Jakub Żulczyk "Informacja zwrotna"

Na początek wyznanie - dotąd nie czytałam żadnej powieści Jakuba

Żulczyka. Wiem, wiem, prasę ma świetną - ceniony przez ludzi od literatury i przez czytelników. No ale wiadomo, nadmiar powoduje, że trzeba wybierać, więc z jego twórczością było mi do tej pory nie po drodze. Ale jego najnowsza powieść, "Informacja zwrotna" (Świat Książki 2021), nie dość, że znowu zbierała bardzo dobre recenzje i znalazła się w wielu rocznych zestawieniach, to jeszcze dotyka tematu alkoholizmu, który mnie jakoś zawsze interesował od strony społecznej i socjologicznej, a od lektury "Mireczka. Patoopowieści o moim ojcu" Aleksandry Zbroi i obejrzenia "Powrotu do tamtych dni" Konrada Aksinowicza działa także emocjonalnie. Po prostu zrozumiałam, o ile to możliwe, jeśli na szczęście nie ma się podobnych doświadczeń, co przeżywa dziecko wychowujące się w rodzinie, w której jest alkohol. Kropkę nad i postawił plebiscyt O!Lśnienia, który powieść Żulczyka wygrała, pokonując "Przewóz" Andrzeja Stasiuka i biografię Stanisława Lema pióra Agnieszki Gajewskiej.

"Informacja zwrotna" to zwierzenia Marcina Kani, muzyka, autora jednego wielkiego przeboju, menadżera innych grajków, może też producenta (nie pamiętam), no a przede wszystkim alkoholika. Nagle w niejasnych okolicznościach znika jego dorosły syn, Piotrek. Spotkali się poprzedniego wieczoru, ale Marcin nic nie pamięta z tego spotkania poza jednym - syn powiedział mu, że go nienawidzi. W mieszkaniu zaginionego leżą zakrwawione prześcieradła. Ojciec wyrusza na poszukiwania. Przemierza miasto, spotyka się z ludźmi. Szybko okazuje się, że nic o swoim synu nie wie. W tle pojawia się warszawska afera reprywatyzacyjna. Czy ma jakiś związek z zaginięciem Piotrka? Co się z nim stało? Uciekł? Został zamordowany? Dlaczego? Żulczyk umiejętnie dawkuje emocje, myli tropy, niemal do końca zaskakuje czytelnika. Długo nic nie jest takie, jak się wydaje. Dzięki formalnym zabiegom historię Piotrka poznamy z kilku punktów widzenia. Fabuła wciąga od pierwszej strony i trzyma do samego końca. Ale nie jest to przyjemna lektura.

Bo w ramę powieści sensacyjnej włożył autor dwa trudne tematy - alkoholizm i warszawską zbójecką reprywatyzację. Zacznę od drugiego, bo o nim będzie krótko. Doceniam, że Żulczyk, pisarz popularny wśród czytelników, zajął się tą kwestią. Prawdopodobnie wielu dowie się tego, na czym polegał ten nieetyczny i przestępczy proceder, właśnie z tej powieści. Dla mnie nie było tam nic nowego, bo od kiedy afera wypłynęła na światło dzienne, sporo o niej czytałam i słuchałam. O jej mechanizmach, antybohaterach i ofiarach. No ale to nie jest zarzut.

Za to drugi temat - alkoholizm znowu mnie poraził. Żulczyk znakomicie oddaje różne stany Marcina Kani - trzeźwość, względną trzeźwość, alkoholowe ciągi, a wreszcie potworny głód alkoholu, kiedy próbuje nie pić. Szczególnie opisy alkoholowych ciągów, wyróżniające się odmiennym językiem i stylem, oddające bełkot, kompletne zamroczenie, a nawet zmianę stanu świadomości, czyta się bardzo ciężko - bo trudno nie poczuć obrzydzenia do narratora. Złość, nienawiść, obrażanie ludzi, wybuchy agresji - w taki sposób zmienia się psychika Marcina, takie są konsekwencje chlania. Autor nie romantyzuje swojego bohatera i jego nałogu, co zarzuca się na przykład Jerzemu Pilchowi (nawet bohater "Informacji zwrotnej" śmieje się z tego), tym bardziej nie podlewa niczego humorem. Pokazuje cały bezmiar upodlenia, degradacji, zniszczeń, a wreszcie pustki, jakie są konsekwencją choroby alkoholowej. Pokazuje też, jak trudno z niej wyjść. I to wszystko jest przerażające. Bo Marcin Kania zniszczył nie tylko swoje życie. Skrzywdził też po drodze kilka osób, ale przede wszystkim zniszczył też swoich bliskich - żonę, córkę i syna. Kiedy w obliczu tragedii próbuje trzeźwieć i coś robić, aby odnaleźć Piotrka, okazuje się, że ostatnie trzydzieści lat to dziura w pamięci, w którą wpadła jego rodzina. Niewiele pamięta, nic nie wie o swoich dzieciach, które go po prostu nienawidzą. A mają za co. Jest w powieści kilka przejmujących scen, o których trudno zapomnieć. Największymi ofiarami jego nałogu są właśnie córka i syn, którym zrujnował życie. Piotrek powie mu wprost, że go nienawidzi, Ula wykrzyczy, że chciałaby po prostu zwyczajnie żyć, a on zamienił jej codzienność w piekło. To rany, które się nie zagoją. Brak pewności siebie, poczucie, że jest się kimś gorszym, wstyd, a wreszcie budząca się nienawiść i agresja. W powieści Żulczyka, inaczej niż w książce Aleksandry Zbroi i w filmie Konrada Aksinowicza,  Ula i Piotrek nie miotają się od odrazy i nienawiści do miłości. Tu jest czysta nienawiść. A najbardziej przeraża bezmiar samotności i pustki, jakie odczuwa Marcin Kania. Być może właśnie sięgnął dna. Czy się podniesie? Czy jest dla niego jeszcze jakiś ratunek? I czy trzeba było zapłacić taką cenę, aby na chwilę wytrzeźwieć i spojrzeć w prawdzie na swoje życie?

A w tle obserwujemy losy kilkorga innych alkoholików, z którymi główny bohater regularnie spotyka się na terapii. No i światek, a właściwie w tym wypadku półświatek, muzycznej branży. 

PS. Jakub Żulczyk zna temat, bo sam był uzależniony, o czym otwarcie mówi. Prowadzi też razem z Juliuszem Strachotą podcast o uzależnieniach. Podobno bardzo dobry i bardzo popularny. 

Stanisław Lem "Solaris"

Z literaturą fantastyczno-naukową od zawsze było mi nie po drodze.

Taki sam stosunek mam do fantasy. Co nie znaczy, że nic nie czytałam. Liznęłam klasyka gatunku, Tolkiena, z trudem zmęczyłam jakiś tom Sapkowskiego. No ale dziś ma być o Lemie. To mój wieczny wyrzut sumienia - no bo wiem, że wybitny i że powinnam. Mało tego - jeśli już coś czytałam, to zawsze mi się podobało. Znam "Dzienniki gwiazdowe", po które sięgnęłam z polecenia bliskiej mi niegdyś osoby, wielkiego miłośnika jego twórczości, i "Powrót z gwiazd", trochę "Cyberiady". Przy okazji roku Lema stale obiecywałam sobie, że powinnam. Wysłuchałam kilku rozmów na temat jego twórczości, poleceń, od czego warto zacząć, no i co jakiś czas obiecywałam sobie, że koniecznie, ale to koniecznie, muszę wreszcie przeczytać "Solaris" (Wydawnictwo Literackie 2012) uznawany przez wielu za najwybitniejszą powieść pisarza. I pewnie tak by to trwało, gdybym nie obejrzała w teatrze jej inscenizacji. Chociaż przedstawienie mi się podobało, to dręczyło mnie pytanie - ile w nim Lema? Dlatego niemal natychmiast zabrałam się do lektury.

Jeśli od czasu do czasu, zdecydowanie za rzadko z powodu pogoni za nowościami, zdarza mi się tu dzielić refleksjami o klasyce literatury, a przecież Lem to już klasyk, mam problem, jak o niej pisać. Bo zawsze w takiej sytuacji wydaje mi się, że wszyscy już wszystko wiedzą, więc po co jeszcze ja mam wtrącać swoje trzy grosze. No ale spróbuję, tak po prostu, nie z wyżyn autorytetu - zawodowego znawcy literatury, ale z perspektywy zwyczajnej czytelniczki, którą jestem. 

"Solaris" wciągnął mnie od pierwszych linijek i pozwolił oderwać się od dojmującej rzeczywistości. Ma magnetyczną moc i nie pozwala o sobie zapomnieć. Akcja rozgrywa się na planecie Solaris, na której znajduje się stacja naukowa, gdzie od kilkudziesięciu lat prowadzone są badania nad tajemniczym oceanem zajmującym większą jej część. Po szesnastu miesiącach lotu z Ziemi przybywa tu Kelvin, młody naukowiec, psycholog. Jest zafascynowany Solaris, pisał o niej swoją pracę dyplomową, czym zwrócił uwagę jednego z badaczy. Na stacji nikt go nie wita, chociaż powinno być tam trzech pracowników. Kiedy wreszcie kogoś znajduje, od razu dziwi go zachowanie naukowca. Orientuje się, że dzieje się tam coś dziwnego. Prawdopodobnie to wynik działania oceanu. Wkrótce i on zostanie wciągnięty w wir niesamowitych zdarzeń. Kelvin spróbuje rozwikłać zagadkę Solaris, zgłębiając niezwykle bogatą literaturę solarystyczną i szukając w bibliotece śladów świadectw badaczy, którzy przeżyli tam coś niepokojącego i dziwnego. Będzie musiał zmierzyć się ze swoją przeszłością, a to z kolei postawi przed nim szereg pytań i dylematów moralnych. Chcąc uporać się z problemami, jakie generuje ocean, zostanie postawiony przed podjęciem bardzo trudnej decyzji. Będzie się miotał pomiędzy racjonalnością naukowca, a kłębiącymi się uczuciami. Rozum nakazuje jedno, serce drugie. 

"Solaris" czyta się jak powieść trochę sensacyjną, a trochę grozy. Jakie jest źródło problemów, zastanawia się czytelnik, podążając za Kelvinem. Jak to się skończy? Czy uda się rozwikłać zagadkę i poradzić sobie z niezwykłymi zjawiskami? Tajemnicę i grozę buduje klaustrofobiczny nastrój. Naukowcy siedzą zamknięci na stacji, niemal nie spotykają się ze sobą. Przez niewielkie okienka obserwują dziwne ruchy glutowatego oceanu, wschody i zachody dwóch słońc, niezwykłą poświatę, jaka  towarzyszy tym zjawiskom. A stacja, jak to u Lema, trochę zakurzona, trochę zabałaganiona. To zawsze tak mnie uderzało w jego literaturze - ludzie odbywają podróże międzygalaktyczne, odkrywają inne cywilizacje, ale wszystko wydaje się takie zwyczajne, często byle jakie. Przejmujące jest też poczucie samotności i pustki, jakie towarzyszy bohaterom, którzy uciekają przed sobą, nie potrafią i nie mogą się porozumieć. A to czyni sytuację jeszcze trudniejszą.

Ale twórczość Lema to przecież coś znacznie więcej. "Solaris" to nie tylko zwykła powieść sensacyjna. Jakie pytania stawia? Jakie problemy porusza? Centralnym zagadnieniem jest kontakt z innym, obcym. Planeta Solaris jest tak niezwykła, bo znajduje się na niej odmienna od znanych forma życia. To ocean, który w dziwny, tajemniczy sposób oddziałuje na ludzi pracujących na stacji. Czy uda się zgłębić jego mechanizmy i tajemnice? Czy jest możliwy jakiś kontakt? W świecie, w którym dawno zapomniano o religii, ocean budzi w Kelvinie tęsknotę za czymś metafizycznym, za jakąś sprawczą siłą na miarę boga, chociaż chciałby, aby był to inny bóg - bóg ułomny. Pojawia się też pytanie o nieśmiertelność. Czy jest możliwa? I na jakich warunkach? No i o tożsamość człowieka. Czy to samo imię, ta sama zewnętrzna powłoka oznacza, że jest się stale tym samym człowiekiem? Trochę to mgliście brzmi, ale trudno pisać inaczej, jeśli nie chce się zdradzić niczego z treści, a przecież ta notka jest przede wszystkim dla tych, którzy "Solaris" nie znają. Lem pochyla się też nad nędzną dolą człowieka, który, niezależnie od okoliczności, będzie targany rozpaczą, męką i miłością. Nawet najwspanialszy rozwój techniki nie uwolni go od tych uczuć, od egzystencjalnych niepokojów, smutków i od tęsknoty za jakąś siłą, która przyniosłaby ukojenie. Na koniec cytat.

Człowiek wyruszył na spotkanie innych światów, innych cywilizacji, nie poznawszy do końca własnych zakamarków, ślepych dróg, studni, zabarykadowanych, ciemnych drzwi. 

PS. Po lekturze "Solaris" potwierdziły się moje przypuszczenia - Lema w spektaklu wiele nie było. Powstało interesujące przedstawienie inspirowane powieścią. Zresztą trudno przenieść ją na deski sceny czy na kinowy ekran, co pokazała nieudana amerykańska ekranizacja. 

Filmowe remanenty - "Córka", "Najgorszy czlowiewk na świecie"

W kinach wiele przyciągających uwagę premier, trudno nadążyć. Wybrałam się na dwie - jedną sprzed tygodnia, "Córkę", i drugą całkiem świeżą, "Najgorszego człowieka na świecie".

"Córka" to ekranizacja powieści Eleny Ferrante. Nie czytałam, gdyż moją przygodę z jej twórczością zakończyłam po lekturze tetralogii neapolitańskiej zapoczątkowanej "Genialną przyjaciółką". Co mi się podobało, ale przede wszystkim, co mnie rozczarowało, a nawet zirytowało, można przeczytać tu i tu. (Po "Córkę" również nie zamierzam sięgać i sprawdzać, jak wierna jest filmowa ekranizacja.) Mojej niechęci do Ferrante nie zmienił nawet bardzo dobry film pokazywany i nagradzany na wielu znaczących festiwalach. Dla tych, którzy nie znają powieści, krótkie wprowadzenie. Na jedną z greckich wysp przybywa pięćdziesięcioletnia Amerykanka, profesorka jednej z amerykańskich uczelni. Chce spędzić przyjemnie czas, odpocząć, pragnie raczej samotności niż towarzystwa. Błogo zapowiadający się odpoczynek zostaje zburzony przez ekspansywną, hałaśliwą, bogatą i liczną rodzinę, która odwiedza tę samą niewielką plażę. Leda przygląda im się z niechęcią i z odrobiną fascynacji. Oni reagują na nią podobnie tym bardziej, że od razu dochodzi do konfliktu, który szybko zostaje zażegnany. Obserwacja młodej matki i jej kilkuletniej córeczki sprawia, że Leda musi skonfrontować się ze swoją przeszłością, ze swoim stosunkiem do córek. Jednym z najważniejszych tematów filmu jest właśnie macierzyństwo. Odczarowane, pokazane, jak twierdzą dystrybutorzy, bez tabu. Ale czy rzeczywiście we współczesnym świecie świadomość, że nie każda kobieta ma instynkt macierzyński, że bycie matką to trud, który nie tylko męczy, ale może irytować i burzyć inne plany, że nie każda kobieta nadaje się na matkę i nic w tym złego - niech po prostu dzieci nie ma - czy to wszystko jest jeszcze jakimś tabu? Wydaje mi się, że tyle się już na ten temat pisze i mówi, tak odczarowuje macierzyństwo, że chyba nie. No ale może jestem w błędzie. Jednak jeśli dzieci już są, może pojawić się problem. Czy tylko ojciec ma prawo do samorealizacji? A co z ambicjami matki? Ale czemu winne są dzieci? W takiej sytuacji każda decyzja będzie okupiona czyimś cierpieniem, a może w ogóle nie ma z tej sytuacji dobrego wyjścia. Znam osobiście, albo z opowieści, kobiety, które dokonały podobnych wyborów jak Leda. Pozostaje pytanie - dlaczego jeśli to mężczyzna zachowuje się tak jak Leda, co zdarza się bardzo często, mierzymy go inną miarą niż kobietę? Pytanie jest czysto retoryczne, odpowiedź doskonale znana. Drugim tematem filmu, nie tak wyeksponowanym, jest przezroczystość kobiet w pewnym wieku. Leda, która w młodości cieszyła się dużym powodzeniem wśród mężczyzn, teraz staje się niewidzialna. Wielokrotnie pod jej adresem, a nie jest osobą sympatyczną i może irytować, oj może, padają niewybredne, obraźliwe wyzwiska wskazujące na jej związaną z wiekiem domniemaną nieatrakcyjność seksualną. Piszę domniemaną, bo wcale nie jest nieatrakcyjna. Nie będę tu ich cytować, są powszechnie znane. Nikt się z nią nie liczy, bo nie jest młoda i nie stoi za nią żaden mężczyzna. Spędza  wakacje samotnie. Świetnie pokazuje to scena w kinie. Kto widział, ten wie, kto się wybiera, niech ją uważnie śledzi. Film jest znakomicie zrobiony. Kto nie zna książki, będzie miał dużą przyjemność ze stopniowego odkrywania przeszłości Ledy. Zamęt, który jej towarzyszy, znakomicie podbija atmosfera niepokoju, jaką udało się stworzyć na ekranie. W żadnym razie nie jest to horror czy thriller, ale twórcy umiejętnie wykorzystali chwyty charakterystyczne dla tych gatunków. Jednym słowem "Córkę" należy obejrzeć koniecznie. Dwie godziny mijają, nie wiadomo kiedy.  

Za to drugi film, norweski "Najgorszy człowiek na świecie", bardzo mnie rozczarował. Również pokazywany był na licznych festiwalach, dostał jakieś nagrody, ma znakomite recenzje, tymczasem wyszłam z kina zirytowana. Główną bohaterką jest Julie, trzydziestolatka, która nie wie, czego od życia chce. Niegdyś skakała ze studiów na studia, aby ostatecznie żadnych nie skończyć i pracować w księgarni, interesuje się a to fotografią, a to pisaniem. Nie wie, z kim chce być - z Akselem, rysownikiem, z którym mieszka od kilku lat, czy z przypadkowo poznanym Eivindem. Oczywiście nic w tym złego, że ktoś szuka swojej drogi i zmienia partnerów, problem w tym, że ta konkretna historia zupełnie mnie nie obchodzi. Julia jest irytująca, podobnie jak duchowe rozterki pozostałych bohaterów, niekończące się ględzenie i rozkminianie wszystkiego na dziesiątą stronę. Tym razem nic mnie to nie obchodzi! Czy to wina przerostu formy nad treścią, co stwarza dystans do bohaterów i powoduje, że widz przygląda im się jak jakimś obiektom? Nie wiem. Może. Przecież wszystko już było, teraz rzecz w tym, jak to zostanie opowiedziane. Albo zagra na twoich falach, albo, jak w tym przypadku, nie. Poruszy lub pozostawi obojętnym. To moja opinia. Ale recenzje "Najgorszy człowiek na świecie" ma bardzo dobre, więc może warto wyrobić sobie swoje zdanie.

Oscar Martinez "La Bestia. O ludziach, którzy nikogo nie obchodzą"

Każda książka ma swój czas. "La Bestia. O ludziach, którzy nikogo

nie obchodzą" (Post Factum 2019; przełożył Tomasz Pindel) przeleżała w moim czytniku ponad dwa lata. Z nowości stała się zaległością, a potem było jak zwykle - co jakiś czas przypominałam sobie o niej, ale zawsze pojawiały się pilniejsze lektury albo nie miałam nastroju na ten reportaż opowiadający o przerażających sprawach. No cóż, teraz kończyłam ją w momencie wybitnie niesprzyjającym. A przypomniałam sobie o niej, kiedy czytałam książkę "Archiwum zagubionych dzieci" Valerii Luiselli. Dlaczego? Bo obie dotykają podobnego tematu. Powieść opowiada między innymi o dzieciach z Ameryki Środkowej, które bez dorosłych przemierzają Meksyk, aby spróbować dostać się do wymarzonego amerykańskiego raju, gdzie mieszkają już ich rodzice albo przynajmniej jedno z nich. Reportaż Oscara Martineza pokazuje problem szerzej - to historie dorosłych emigrantów z tej samej części kontynentu, którzy również wędrują przez Meksyk w tym samym celu. Książka powstawała pod koniec pierwszej dekady naszego wieku, w Polsce została wydana dziesięć lat później. Zastanawiałam się, czy od tamtej pory coś się zmieniło. Czy jest lepiej? Ze wstępu, który napisał autor do polskiego wydania, wynika, że nie.   

Martinez przez trzy lata aktywnie zbierał materiały do swojej książki. Aktywnie oznacza w tym wypadku, że nie tylko spotykał się z uciekinierami, z ludźmi, którzy im pomagają, przedstawicielami lokalnych władz, policjantami, a wreszcie tymi, którzy robią biznes na ludzkim nieszczęściu, ale także przemierzał tę samą trasę, którą przemierzają oni. Wędrował z nimi przez dzikie ostępy, unikając posterunków policji, wskakiwał na pociąg - osławioną Bestię, jechał na jej dachu, a potem szukał miejsc, w których można przekroczyć mur oddzielający Meksyk od Stanów. Nie posmakował tylko tej ostatniej próby - przejścia na drugą stronę granicy i ryzykownego ostatniego etapu wędrówki najczęściej przez pustynię strzeżoną na okrągło przez amerykańską straż graniczną wspomaganą najnowszymi wynalazkami techniki wykrywającymi każdy ruch.

Droga, jaką przebywają przez Meksyk migranci z najniebezpieczniejszych krajów kontynentu amerykańskiego, a może i świata, z Hondurasu, Salwadoru, Gwatemali i Nikaragui, to droga przez mękę, a na jej końcu sukces jest bardzo niepewny. Przekroczenie muru, który w tamtych czasach nie w każdym miejscu był murem w dosłownym sensie tego słowa, bardziej zaporą, jest niemal niemożliwe. Ale nawet jeśli się uda, to nie oznacza jeszcze sukcesu. Bo potem trzeba wędrować kilka dni przez pustynię albo kamieniste wzgórza, a u celu można zostać złapanym na szosie, kiedy czeka się na umówioną podwózkę. Niektórzy próbują drogi wpław przez rzekę - słynną Rio Bravo. Tam przecież nie ma muru. Są za to śmiertelnie niebezpieczne wiry i amerykańscy pogranicznicy czający się w krzakach na drugim  brzegu. A ponieważ w Stanach ci, którym się ta sztuka w końcu udała,  i tak przebywają nielegalnie, stale narażeni są na to, że wpadną i zostaną deportowani. W czasie swoich peregrynacji Martinez rozmawia także z takimi, których to spotkało. Ale zanim dotrą do upragnionej granicy, zanim ich marzenia rozbiją się w proch w zetknięciu z murem, to oczywiście dotyczy nowicjuszy, czeka ich gehenna. Wędrują najczęściej w kilkuosobowych grupach, sami albo płacą przewodnikom, coyotes i pollero. Część drogi przebywają pieszo, część busami, potem najczęściej decydują się na podróż na dachu osławionej Bestii, czyli pociągu towarowego przemierzającego Meksyk. Na każdym etapie tej drogi narażeni są na liczne niebezpieczeństwa - napady, kradzieże, porwania dla okupu, oszustwa nieuczciwych przewodników, a kobiety oczywiście dodatkowo na gwałty i uprowadzenie do burdelu. Ruszając, muszą to ryzyko wkalkulować. Dodatkowe zagrożenie stanowi oczywiście policja, która może deportować do granicy. Śmiertelnym niebezpieczeństwem jest też podróż Bestią. Można wpaść pod jej koła, wskakując na wagon, usnąć na dachu i stoczyć się na ziemię, zmarznąć na kość nocą albo prażyć się w upale w dzień, wreszcie zostać napadniętym. Zatrzymania pociągu i okradanie podróżnych na gapę to chleb powszedni. A na końcu, jeśli się uda, i tak czeka rozczarowanie, o czym już wspominałam. To wszystko przypomina jakąś upiorną grę. Większość przebywa tę straszną drogę wielokrotnie. Dlaczego? Bo tam, skąd uciekają jest jeszcze gorzej. Tam nie da się żyć. Tu przytoczę przywołane we wstępie przez autora słowa jednego z księży  prowadzących schronisko dla migrantów: Skoro są gotowi przechodzić przez to wszystko, to jak wygląda to, przed czym uciekają?

Ale nie zawsze tak było. Jeszcze w latach osiemdziesiątych czy dziewięćdziesiątych zeszłego wieku droga przez Meksyk nie roiła się od niebezpieczeństw. Bez trudu dało się ją przebyć, a potem przekroczyć amerykańską granicę. Problem zaczął się wtedy, kiedy głowę podniosły narkotykowe kartele. To one konkurują z migrantami o przejście przez granicę, a jakby mało miały pieniędzy, zarabiają i na nich. To dla narkotykowych bossów pracują drobni przestępcy napadający na wędrowców. To oni korumpują policję, która działa z nimi ręka w rękę. To ze strachu przed nimi panuje zmowa milczenia. To im opłacają się coyotes i pollero. To oni sprawili, że panuje bezprawie. To z ich powodu powstał mur, a amerykańska straż graniczna uzbroiła się po zęby i strzeże granicy.

Oscar Martinez opowiada o problemie, ale towarzyszy też ludziom, którzy są w drodze. Rozmawia z nimi w schroniskach, odbywa  jakiś etap podróży, a po rozstaniu dzwoni, dopytując, co się z nimi dzieje. Często po jakimś czasie słyszy głuchą ciszę w telefonie. Co robią? Gdzie są? Czy żyją?

Wojna za naszą granicą sprawiła, że zapomnieliśmy o innych stronach świata, gdzie też cierpią ludzie. Autor pisze, że ta wędrówka ludów z Ameryki Środkowej do Stanów to jedno z najbardziej masowych zjawisk migracyjnych świata. Co roku próbuje tej sztuki około dwieście tysięcy zdesperowanych ludzi. Pamiętajmy i o nich.  

Valeria Luiselli "Archiwum zagubionych dzieci"

Po powieść "Archiwum zagubionych dzieci" Valerii Luiselli (Pauza

2021; przełożył Jerzy Kozłowski), meksykańskiej pisarki mieszkającej w Stanach Zjednoczonych, sięgnęłam po pewnych wahaniach. I właściwie nie pamiętam, dlaczego nie od razu znalazła się na mojej liście książek, które chcę przeczytać. Przecież fakt, że autorka pochodzi z interesującego mnie, nie tylko literacko, obszaru świata i tematyka jej książki - migracja z krajów Ameryki Środkowej - oraz bardzo dobre recenzje krytyków, którym ufam, powinien sprawić, że na jej powieść rzucę się od razu. Tak jednak nie było. W końcu jednak przeczytałam, ale uczucia mam mieszane. Chociaż mimo pewnych zastrzeżeń jestem na tak, to nie mogę powiedzieć, aby "Archiwum zagubionych dzieci" mnie porwało. Na pewno nie sięgnę po dwie powieści Valerii Luiselli, jakie w Polsce wyszły wcześniej. Czy po kolejną, która się zapewne kiedyś ukaże, trudno mi już dziś wyrokować. Ale do rzeczy.

Jest to historia patchworkowej rodziny, która udaje się w długą podróż po Stanach. Poznali się kilka lat wcześniej - połączyła ich wspólna praca, realizowany dla Nowego Jorku projekt dźwiękowego archiwum miasta. On jest dźwiękowcem, ona przyszła do tej pracy z dziennikarstwa. On nagrywał odgłosy miasta, ona rozmawiała z mieszkańcami. Kiedy kończy się nowojorski projekt, szukają nowych wyzwań i ich drogi powoli zaczynają się rozchodzić. On chce wyruszyć w długą podróż do Apaczerii, czyli ziem zamieszkiwanych niegdyś przez Apaczów, którzy go fascynują. Jest opętany ideą szukania dźwięków, dzięki którym zbliży się do ich świata. Wierzy, że chociaż rzeczywistość się zmienia, w niektórych odgłosach może nadal trwać. Nie bardzo wtajemnicza ją w swoje plany. Ona powoli zaczyna zdawać sobie sprawę, że pogodzenie ich dążeń nie jest możliwe. Decyduje się wyruszyć w drogę razem z nim, ale w Apaczerii nie zostanie na dłużej. Zaczyna ją pochłaniać inny projekt, bardziej dziennikarski. To historie dzieci z krajów Ameryki Środkowej, które samotnie, bez dorosłych, najczęściej w kilkuosobowych grupach wędrują do Stanów, gdzie mieszkają już ich rodzice albo przynajmniej jedno z nich. Chcą się z nimi połączyć, ale to droga długa i niebezpieczna. Przekroczenie granicy wcale nie gwarantuje sukcesu. Większość trafia do ośrodków dla uchodźców, a potem są deportowane. Jej zainteresowanie tym problemem nie jest przypadkowe. Poznała kobietę, Meksykankę, która czeka na dwie swoje córki. Chce, aby dołączyły do niej i do jej syna, którego urodziła już w Nowym Jorku. Wie, że przekroczyły granicę, były w jednym z ośrodków, ale zniknęły i nie ma pojęcia, gdzie teraz są.  Ona próbuje jej jakoś pomóc tym bardziej, że sama jest matką - wychowuje przecież dwoje dzieci - dziesięcioletniego chłopca, syna męża z pierwszego małżeństwa, i pięcioletnią dziewczynkę, swoją córkę. Ma irracjonalną nadzieję, że odnajdzie dzieci znajomej Meksykanki w czasie rodzinnych peregrynacji. Początkowo narratorką jest ona, potem te same zdarzenia i kolejne oglądamy z innej perspektywy. Czyjej? Nie zdradzę.

Pisząc o bohaterach, używam zaimków - ona i on. Nieprzypadkowo. Po pierwsze nie znamy ich imion. Narratorka mówi o swoim mężu, używając właśnie słowa mąż. O dzieciach chłopiec i dziewczynka. Dopiero w podróży pod wpływem jego opowieści nadają sobie nowe, indiańskie, imiona. Bo imię dla Indian miało znaczenie. Dla nich w tym nowym życiu też ma mieć. Jakby stwarzali siebie od nowa, zaczynali wszystko od początku. To trochę zabawa, a trochę zabieg symboliczny, jakich w tej powieści wiele. Zmusza do zadania pytania - dlaczego? Dlaczego narratorka konsekwentnie nie używa imion swoich dzieci? Czy czyni to opowieść bardziej uniwersalną? Czy zrównuje je tym gestem z tymi tytułowymi zaginionymi dziećmi? Dziećmi samotnie przemierzającymi Meksyk w drodze do amerykańskiego raju? A może chodzi jeszcze o coś innego? Nieprzypadkowo w powieści pojawia się też wątek Apaczów. Historia się powtarza. Kiedyś Amerykanie eksterminowali Indian, wyrzucali z ich terenów, teraz zachowują się bezwzględnie wobec migrujących dzieci. Odmawiając im prawa wjazdu, skazują je często na śmierć. Niejednokrotnie ginie po nich wszelki ślad. Czy ktoś kiedyś stworzy dźwiękowe archiwum ich wędrówek?

Powieść Valerii Luiselli ma jakąś hipnotyczną moc. Wędrówkę wszystkich bohaterów, może za sprawą specyficznego języka i elegijnego tonu, śledziłam z wielkim zainteresowaniem i uwagą. Celowo pomijam słowo przyjemność, bo zupełnie tu nie pasuje. Po pierwsze ze względu na temat, po drugie nie jest to książka, którą czyta się bardzo łatwo. Nie żeby była jakoś niezwykle skomplikowana, ale język i odniesienia do licznych książek oraz piosenek stawiają pewien opór. To taka powieść bardzo erudycyjna i bardzo intelektualna. Dość szybko uważny czytelnik zorientuje się, że ma drugie dno. Tworzy je symbolika, paralela losów i rozmaite literackie oraz muzyczne aluzje mniej lub bardziej widoczne w tekście. Tytuły niektórych książek przywoływane są wprost, nawiązania do innych zostały ukryte i dla przeciętnego czytelnika są raczej nie do odcyfrowania. Dopiero z informacji od autorki zamieszczonych na końcu książki odkryłam większość z nich. To zabawa dobra dla erudytów i recenzentów, innych może frustrować, a nawet lekko irytować. I mnie te uczucia towarzyszyły w czasie lektury.

Z mojego punktu widzenia najbardziej interesująca jest oczywiście opowieść o zagubionych dzieciach. Autorka odtwarza ich drogę, posługując się tekstem fikcyjnej książki, którą czyta narratorka, a potem chłopiec. To elegia dla zagubionych dzieci, trochę realistycznie, a trochę w sposób odrealniony, oniryczny odtwarzająca ich pełną niebezpieczeństw drogę. Bardzo smutne, momentami chwytające za serce fragmenty. A przecież takie historie dzieją się naprawdę, o czym będę pisać za tydzień, bo pod wpływem powieści Valerii Luiselli sięgnęłam po reporterską książkę, którą kupiłam kilka lat temu, a która dotyka właśnie podobnego tematu. Autorka pokazuje też, jak łatwo problem, który nas nie dotyczy, może stać się naszym problemem. Ale nie ma równości - obywatele Stanów zawsze będą mieli łatwiej. Celowo piszę w sposób zawoalowany, aby nie zdradzać wszystkiego, bo element zaskoczenia jest w tej powieści bardzo istotny.

Przyznam, że długo nie mogłam się w książkę wciągnąć. Początkowo lekturze towarzyszyło znużenie i zniechęcenie. Dlaczego? Bo jakoś zupełnie nie zainteresował mnie wątek kłopotów małżeńskich narratorki i historia jej związku. Może dlatego, że sposób pisania, choćby nazywanie męża mężem zamiast imieniem, zdystansował mnie do tej pary i ich historia stała się jedną z wielu, jakie czytałam. Jakoś nie potrafiłam się nimi przejąć. Ale kto wie? Może tak miało być? Może to celowy zabieg. Czemu miałby służyć, nie bardzo chce mi się już roztrząsać.

"Belfast"

"Belfast" Kennetha Branagha to film, który koniecznie trzeba obejrzeć. Obraz konfliktu latami toczącego Irlandię Północną. Właściwie wojny domowej, która swoje korzenie miała przede wszystkim w różnicach religijnych. A wszystko to widziane oczami chłopca, Buddy'ego, który razem z rodzicami i bratem mieszka na ulicy, gdzie żyją zgodnie rodziny katolickie i protestanckie. jego najbliżsi i on to protestanci. Ojciec pracuje w Wielkiej Brytanii, przylatuje do domu co jakiś czas. Matka wychowuje dzieci. W pobliżu mieszkają dziadkowie i inni krewni. Akcja filmu rozpoczyna się w roku 1969, kiedy konflikt zaczyna narastać. Jesteśmy świadkami napaści protestanckich bojówek na mieszkania katolickich rodzin, które wcześniej zostały oznakowane. Mieszkańcy spokojnej dotąd uliczki, na której dzieci, niezależnie od wyznania, mogły się wspólnie bawić, nagle przeżywają szok. Powstaje barykada, niektóre rodziny katolickie decydują się przeprowadzić. Zaczyna działać mechanizm - kto nie z nami, ten przeciwko nam. Protestanckie rodziny muszą się opodatkować na protestanckie bojówki. Stoisz z boku, nie podoba ci się przemoc, uważaj. Na razie cię ostrzegamy, potem wyciągniemy konsekwencje. Od razu przypomniała mi się znakomita powieść baskijskiego pisarza Fernando Aramburu "Patria", gdzie został pokazany podobny mechanizm. Ojciec Buddy'ego chce, aby przeprowadzili się do Wielkiej Brytanii. Ale jak tu wyjechać, kiedy w Belfaście jest rodzina, przyjaciele, znajomi, szkoła, koledzy, wspólne zabawy i koleżanka? Jak to wszystko zostawić i pojechać w nieznane? Gdzie nikt nas nawet nie zrozumie, chociaż mówimy po angielsku? Gdzie nie będzie nauczycielki, którą Buddy bardzo lubi? I przecież trzeba dokończyć projekt o Księżycu robiony wspólnie z ukochaną koleżanką!

Ten czarno-biały lekki, sympatyczny, pełen humoru, nostalgiczny film opowiada o sprawach bardzo poważnych. Wydarzenia pokazywane z punktu widzenia małego dziecka, w dodatku przeuroczego - trudno się oprzeć jego urokowi i szerokiemu uśmiechowi - pozwalają widzowi zbliżyć się do człowieka. Pokazać w filmowym skrócie, z jakimi dylematami muszą mierzyć się dorośli i jak to działa na dzieci. Wprawdzie barykada zbudowana na ulicy i uliczne zadymy stają się elementem zabawy, ale to tym gorzej. Bo dzieci zaczynają przesiąkać nienawiścią. Jeśli tak dalej pójdzie, przemoc stanie się dla nich chlebem powszednim. To dlatego ojciec Buddy'ego chce koniecznie wyjechać. Aby uciec i aby wyrwać swoich synów ze spirali przemocy i nienawiści. Na razie o różnicach religijnych rozmawia się jak o drobnych dziwactwach, katolickich sąsiadów się lubi, ale jak długo jeszcze? Kiedy uroczy Buddy sięgnie po kamienie? Kiedy wrzuci zapaloną pochodnię do mieszkania swojej katolickiej koleżanki? Na razie to, co robi, w dobrej wierze, nieświadomy, w czym tak naprawdę uczestniczy, budzi uśmiech na twarzy widza, ale to zapowiedź czegoś strasznego. 

No i jest jeszcze w filmie Kennetha Branagha coś, co, szczególnie dziś zupełnie nieoczekiwanie, chwyta za serce. To ta trudna decyzja - wyjechać, zostawiając wszystko - rodzinę, przyjaciół, mieszkanie, cały swój dobrze znany świat i zaczynać wszystko od nowa w nowym środowisku czy zostać? Oczywiście w tym wypadku ta decyzja nie jest tak dramatyczna. Nie uciekają przed bombami, nie muszą pakować się w pośpiechu do jednej walizki, a ojciec może spokojnie przygotować w nowym miejscu grunt pod przeprowadzkę. Ale kiedy na końcu czytam dedykację: Dla tych, którzy wyjechali. i drugą: Dla tych, którzy zostali. (Cytaty z zawodnej pamięci. Była jeszcze trzecia, ale wyleciała mi z głowy.), nie potrafię nie myśleć o tych wszystkich, którzy uciekali, uciekają i uciekać będą przed wojnami, przemocą i niesprawiedliwością.       

Magdalena Grochowska "Różewicz. Rekonstrukcja" (tom I)

Chociaż jestem wielką fanką pisania Magdaleny Grochowskiej, a

stało się tak, kiedy przeczytałam książkę "Jerzy Giedroyc. Do Polski ze snu" jej autorstwa, jakoś nie miałam ochoty sięgać po kolejną biografię, która wyszła spod jej pióra - "Różewicz. Rekonstrukcja" (tom I) (Dowody na Istnienie 2021). Dlaczego? Bo życie poety wydało mi się na nieinteresujące, zwyczajne, żeby nie powiedzieć nudne. No może wypadałoby przeczytać, to przecież ważny artysta, jeden z kamieni milowych polskiej poezji i dramatu dwudziestego wieku, myślałam, ale wielką chęcią nie pałałam. Do czasu. Bo kiedy usłyszałam pierwszą rozmowę Magdaleny Grochowskiej o jej najnowszej książce, o zmaganiach z biografią poety i dramaturga, od razu zmieniłam zdanie. I nie żałuję. To, co wydawało mi się nudne i zwyczajne, okazało się fascynujące i dramatyczne.

Ale początki nie były łatwe. Magdalena Grochowska w swoich obu książkach, tej o Giedroyciu i drugiej, jaką przeczytałam, "W czasach szaleństwa. Hertz, Fiłosofow, Stempowski, Moltke" przyzwyczaiła mnie do innego sposobu pisania. Przezroczystego - jej, reporterki, biografki, w tych pozycjach nie było. Tymczasem tu jest inaczej, szczególnie na początku. Zanim zacznie na dobre opowiadać o Różewiczu, zwierza się z trudności, na jakie napotykała w swojej pracy. Z tego, że poeta się jej wymykał, że trudno go było namierzyć, że zacierał ślady, ukrywał to, co ważne. I nie byłoby w tym nic złego, bo mnie obecność reportera w reportażu nie przeszkadza, byle z umiarem, gdyby nie język, jakim posługuje się Grochowska w pierwszych rozdziałach, tych, które są takim swoistym rozbiegiem do prawdziwej biografii. Powiem wprost - jest to język egzaltowany, barokowy, pełen niedomówień. Na szczęście to tylko początek, potem jest bardzo, bardzo ciekawie. Jakbym otwierała jakąś niezapisaną księgę. To, co w szkolnych podręcznikach, leksykonach i encyklopediach sprowadza się do jednego suchego zdania, dzięki pracy biografki zostaje rozwinięte, a przed czytelnikiem odkrywa się cały dramat losu Różewicza. Uwielbiam takie odkrycia. 

Napisałam, że jest to książka bardzo, bardzo ciekawa, ale jest też bardzo, bardzo smutna. Ta biografia boli! Dlaczego? Z kilku powodów. Wojna sprawiła, że potem już nic nie było takie samo. Partyzantka, która wcale nie była doświadczeniem romantycznym, o czym odważył się Różewicz napisać w swoim dramacie "Do piachu", za który oberwał srogo, a i dziś, gdyby go wystawiono, rzuciliby się na niego obrońcy ojczyzny i strażnicy jedynej słusznej wersji przeszłości. Dezercja. Śmierć starszego brata, utalentowanego poety. No właśnie - to jedno z odkryć. Doskonale wiedziałam, że Różewicz miał brata Stanisława, cenionego reżysera filmowego, ale nigdy nie słyszałam o najstarszym, Januszu, który dla poety był wzorem, autorytetem, opiekunem. Ale wojenny dramat Różewicza nie sprowadzał się tylko do tego. To także śmiertelne niebezpieczeństwo, jakie groziło jego matce z racji pochodzenia - była Żydówką. Co z tego, że jeszcze w młodości przeszła na katolicyzm i czuła się Polką, dla hitlerowców nie miało to żadnego znaczenia. Niebezpieczeństwo groziło także jej dzieciom, bo i one według prawa okupanta były Żydami. Również jej mężowi, bo według tego samego rozumowania ukrywał ich. I o tym, o powikłanej, tragicznej i fascynującej historii jego matki, o tym, że unikał tematu jej pochodzenia, także nie miałam pojęcia. Grochowska zastanawia się, czy ma prawo o tym pisać, skoro  poeta o tym nie mówił. A nie mówił z oczywistych powodów. Mimo tego znaleźli się dobrze poinformowani, którzy wielokrotnie w różnych miejscach przy jego nazwisku rysowali gwiazdę Dawida. Dlatego autorka pyta, a odpowiedzi otrzymuje różne, w końcu jednak dochodzi do wniosku, że biografia poety byłaby skłamana bez opowieści o jego korzeniach .

Wojna, która zdewastowała Różewicza, zniszczyła jego świat, młodość, plany, odebrała szansę na normalny rozwój, położyła się też cieniem na dalszym życiu. Przed poetą rozwarła się czarna jama rozpaczy, beznadziei, braku poczucia sensu. Dlatego uznał, że nie da się już pisać tak jak kiedyś, ładnie, nie był jedyny, który tak sądził, stworzył swój wiersz, nazywany nawet od jego nazwiska różewiczowskim. Ten sposób pisania, niepoetycki, jak pisze Grochowska, niemal reporterski, początkowo przysporzył mu wrogów. Dlatego między innymi poeta trzymał się na uboczu środowiska literackiego. Znacznie bliżej było mu do malarzy. Źle się czuł w słynnym kołchozie pisarzy na Krupniczej w Krakowie, gdzie na jakiś czas i on znalazł swoją przystań. Miał też silne poczucie nieprzystawalności - studiował, ale dziwiło go, że po tym, co się stało, można normalnie żyć, zdawać egzaminy, uczyć się, wymagać. Był rozdwojony - czuł, że świat się skończył, że nie uchroniła ludzi ani religia, ani sztuka, ale z drugiej strony zaczął studiować właśnie historię sztuki, aby odbudować wiarę w jej moc i w człowieka. Powinien milczeć, a jednak nie potrafił i pisał. Można by o nim powiedzieć to, co on powiedział o swoim przyjacielu - przeżył piekło, a jest kochankiem życia. Lubił podkreślać też swoją prowincjonalność. Jeszcze bardziej na boczny tor odsunęła go świadoma decyzja, aby zamieszkać w Gliwicach, które wtedy, kilka lat po wojnie, zupełnie nie przypominały miasta, jakim są dziś. Wojenne doświadczenia, niezrozumienie, krytyka, osobność to powody, dla których, jak napisałam, ta biografia mnie bolała. 

Ale to nie jest tak, że Różewicz był tylko szlachetnym męczennikiem. Ta książka nie została napisana na kolanach, nie jest hagiografią. Autorka pokazuje też mniej sympatyczną twarz poety. Pisze o jego stosunku do kobiet, który dziś trudno zaakceptować. Miał ogromny szacunek dla kobiet starych, dla matek Polek - figura matki, starej kobiety zajmowała ważne miejsce w jego twórczości. Był silnie związany ze swoją matką i teściową, obie mieszkały do swojej śmierci u Różewiczów. Ale trudno oprzeć się wrażeniu, że w stosunku do młodych kobiet był po prostu mizoginem. Grochowska przytacza na to dowody - cytaty z listów, wywiadów, audycji. Jeden sięga nawet roku dwutysięcznego! Nie był też najlepszym ojcem. Zajmowanie się domem i dziećmi spadało na żonę. On pisał i nie wolno było mu przeszkadzać. Często był też nieobecny, bo wiele podróżował. Te wojaże również mogą być źródłem zastrzeżeń - korzystał z możliwości, jakie stwarzało literatom komunistyczne państwo. Oczywiście nie on jeden. Rażą jednak Grochowską jego reportaże z Węgier - jakby nie dostrzegał tragedii rewolucji 1956 roku, jaka się tam rozegrała. 

Autorka jak zwykle ma za sobą ogromną pracę. Przekopała się przez dokumenty, próbowała przyszpilić swojego bohatera, szukając tropów w jego twórczości, rozmawiając z przyjaciółmi, rodziną, która udzieliła jej wsparcia, znawcami jego życia i twórczości. Jeździła też śladami poety, o czym opowiada, przybliżając czytelnikowi miejsca dla niego ważne. Warto też dodać, że nie jest to biografia ortodoksyjnie chronologiczna - poszczególne rozdziały, chociaż wyznaczane etapami jego życia, podporządkowane są bardziej problemom, dlatego autorka wybiega w przód, aby w potem znowu się cofnąć. 

Bardzo ciekawa, chociaż emocjonalnie niełatwa, lektura. Czekam na drugi tom, który dopiero powstaje.   

Filmowe remanenty - "Matki równoległe", "Wszystko poszlo dobrze"

Dawno, a nawet bardzo dawno, nie pisałam o kinie. Nie pamiętam, czy oprócz filmów, o których dzisiaj, coś w tym czasie widziałam. Jeśli tak było, to najwyraźniej nie zrobiło na mnie wrażenia, skoro nie zapamiętałam tytułu. Teraz jednak zmobilizowałam się, aby podzielić się refleksjami o jednym gorącym tytule, który premierę miał w ten weekend, i drugim, który jeszcze wciąż na ekranach kin można obejrzeć.

Ta świeżynka to "Matki równoległe" Pedro Almodovara, jednego z moich ulubionych reżyserów. Premierę ze względu na pandemię odkładano, ale film można było obejrzeć na pokazach przedpremierowych, przynajmniej w moim ulubionym kinie. Nie mogąc się doczekać, wybrałam się na taki seans. Czas był świąteczny i pewnie dlatego wtedy na gorąco nie podzieliłam się swoimi refleksjami. Ale chyba nie tylko taki był powód. Cóż, film, który zbiera skrajne głosy - od zachwytów do batów - nie powalił mnie na kolana, pozostawił dość obojętną i nie bardzo wiedziałam, jak go ugryźć. Przyznam, że po znakomitym "Bólu i blasku" spodziewałam się czegoś równie dobrego. Wprawdzie mój ulubiony reżyser bywał już w znacznie gorszej formie, czasem nawet żenująco złej, ale "Matkom równoległym" daleko do jego największych osiągnięć. Mimo że znaleźć tu można to, za co go tak uwielbiam - pokręconą historię, nieoczywistość losów bohaterek, kiczowaty sentymentaliz i kolory, kolory, których we wszechobecnej szarzyźnie potrzebuję jak kania dżdżu - jakoś to wszystko nie działa. Ogląda się z przyjemnością, potem jednak zapomina. Z przykrością to piszę. Może Almodovar chciał za dużo? Może połączenie w jednym filmie problematyki historyczno-politycznej - poszukiwanie grobów zaginionych w czasie hiszpańskiej wojny domowej - z opowieścią o różnym podejściu do macierzyństwa po prostu się nie klei? Niby w scenariuszu wszystko się zgadza, a jednak znać szwy. Oczywiście miłośnicy Almodovara, a właściwie nie tylko oni, powinni "Matki równoległe" zobaczyć, bo, jak wspominałam, bardzo dobrze się je ogląda, poza tym jest o czym pomyśleć, no i warto wyrobić sobie swoje zdanie. Przecież niektórzy się zachwycają.

Za to najnowszy film Francoisa Ozona "Wszystko poszło dobrze" polecam gorąco. Chociaż dotyczy eutanazji, tematu ciężkiego, a w Polsce tabu, to wbrew pozorom ma w sobie wdzięk francuskiego kina. Jednym słowem ładny film o ważnej sprawie. Jest to historia sióstr, których ułożone życie rodzinne i zawodowe przerywa nagła wiadomość o chorobie ojca. Bogaty przemysłowiec i kolekcjoner dzieł sztuki w wyniku udaru został częściowo sparaliżowany. I wprawdzie stopniowo jego stan się poprawia, ale nigdy już najprawdopodobniej nie odzyska dawnej sprawności. Zawsze będzie zdany na pomoc innych i nie będzie mógł żyć jak dotąd. Zrezygnowany prosi jedną z córek o eutanazję, która we Francji jest nielegalna. Film pokazuje całą komplikację związaną z jego życzeniem, a właściwie żądaniem. Bo, jak mówią córki, ojcu nie da się odmówić. Od spraw organizacyjnych, przez pytania, czy powinien, a właściwie, czy ma prawo, po uczucia obu córek. Bo przecież jego sytuacja wcale nie jest taka zła. Po pierwsze ma pieniądze i może sobie pozwolić na doskonałą opiekę. Po drugie odzyskał częściową sprawność - może poruszać się na wózku. Czy wobec tego ma prawo do takiej decyzji tylko dlatego, że nie będzie się już cieszył pełnią życia? Być może najważniejsze pytanie brzmi - czy w takiej sytuacji ma prawo narażać swoje córki i stawiać je w niezwykle trudnej dla nich, także emocjonalnie, sytuacji? A z wielu powodów jest ona nie do pozazdroszczenia. Naprawdę niełatwo odpowiedzieć na te wszystkie pytania. Wiem, jak czuje się człowiek, który nagle musi przestać prowadzić życie, jakie uwielbiał. I wiem, że jedni potrafią się z tym pogodzić i powiedzieć sobie - trudno, przecież mogło być gorzej - a inni nie są w stanie tego zaakceptować. Mogę sobie tylko wyobrazić, jak czują się córki postawione wobec takiego żądania. Mądry, wyważony, niebanalny film. A kto lubi Sophie Marceau, ma dodatkowy powód, aby go obejrzeć. 

PS. "Wszystko poszło dobrze" znakomicie współgra z szeroko komentowaną książką Mateusza Pakuły "Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję". Nie czytałam, ale wiele słyszałam, także bardzo ciekawą rozmowę z autorem. Pewnie powinnam sięgnąć. Może to zrobię.

Antonio Lobo Antunes "Zadupia"

Skuszona entuzjastyczną recenzją jednego z cenionych przeze mnie

krytyków sięgnęłam po powieść "Zadupia" słabo znanego w Polsce portugalskiego pisarza Antonia Lobo Antunesa (Noir sur Blanc 2021; przełożył Wojciech Charchalis). Przed wielu laty, ściślej rzecz biorąc na początku naszego wieku, ukazały się w innym wydawnictwie jego dwie książki, a potem cisza. Nie przypuszczam, aby dziś ten sam wydawca, który w międzyczasie przekształcił się w koncern wydawniczy, zdecydował się na publikację tych tytułów. Ciekawa jestem, czy Noir sur Blanc pójdzie za ciosem i doczekamy się innych książek tego ważnego dla literatury portugalskiej pisarza. W tym miejscu kilka słów o nim. 

Urodził się w roku 1942, z wykształcenia jest lekarzem psychiatrą. Ma za sobą, jak całe pokolenie portugalskich mężczyzn, traumatyczne doświadczenie wojny w Angoli, która przez wiele lat usiłowała wyrwać się spod portugalskiego kolonialnego buta. W swojej twórczości rozlicza się właśnie z przeszłością swojego kraju. A "Zadupia" są opowieścią o dewastującej sile wojny. Dodajmy - bezsensownej wojny. Dla Portugalczyków. 

Od razu napiszę, że nie jest to rzecz dla każdego. Ze względu na formę i język wymaga skupienia i wysiłku. Nie można jej czytać z doskoku, ale też nie da się tej ledwie ponad dwustu stronicowej książki połknąć w dwa, trzy dni. Lektura stawia opór i z konieczności jest powolna. Kłopot przede wszystkim sprawia język - najczęściej, bo nie zawsze, nasycony metaforami i porównaniami. Do tego długie, wielokrotnie złożone zdania z dowolnie traktowaną interpunkcją. Nie raz, nie dwa wracałam do początku, aby złapać ich sens, aby zrozumieć, czemu służy rozbuchane obrazowanie. Ten nadmiar może razić, ale jest przecież celowy. Wydaje mi się, że właśnie dzięki temu autor osiąga melancholię i smutek, jakie przenikają tę książkę. Słychać dźwięki portugalskiego fado. Do tego dochodzi dystans do opowiadanych zdarzeń, ale z drugiej strony nieprawdopodobnie silne emocje, które co jakiś czas dają o sobie znać. ... proszę przedstawić jakieś wyniki, które można pokazać - przemawiał pułkownik, a my mieliśmy do pokazania tylko amputowane nogi trumny żółtaczki malarie zmarłych pojazdy zmienione w harmonię rupieci. (interpunkcja oryginału) Melancholia i dystans przywołują skojarzenia z "Casablancą". W pewnym momencie narrator porównuje się do Humphrey'a Bogarta. Ale uwaga - w żadnym razie nie jest to wzruszający, wyciskający łzy melodramat. Chyba że a rebours - bo miłości bohatera rozpadały się w nie tak romantyczny sposób. Zniszczyła je wojna i jej skutki.

Ale trud włożony w czytanie tej powieści zostaje wynagrodzony. To rzeczywiście rzecz znakomita i niepozostawiająca czytelnika obojętnym. Proza tak skondensowana i gęsta, że aż roi się od celnych stwierdzeń. Zaznaczyłam sobie wiele cytatów i chętnie przywołałabym tutaj wszystkie, no ale ze względu na szczupłość miejsca i wytrzymałość osób czytających tę notkę nie zrobię tego. Ale jakieś (jeszcze) będą.

Narratorem jest mężczyzna opowiadający przygodnie spotkanej kobiecie, z którą spędzi noc, swoje wspomnienia z wojny, swoje życie. Robi wrażenie człowieka starego, który wszystko ma już za sobą, chociaż jeśli uważnie śledzi się tok narracji, można się zorientować, że opowiada o zdarzeniach, które miały miejsce sześć lat wcześniej. A na wojnę poszedł, mając dwadzieścia kilka lat! Dlaczego tak jest? Bo wojna zdewastowała jego życie, sprawiła, że stał się ruiną człowieka. Pozbawiła go planów, marzeń, sensu, zniszczyła rodzinę.  ... mam dwadzieścia kilka lat, jestem w połowie życia i wszystko wydaje mi się zawieszone  wokoło mnie ... Marzył o zostaniu pisarzem, ale Nigdy słowa nie wydawały mi się tak powierzchowne jak w tym czasie popiołów, pozbawione sensu, który zwykle im nadawałem ...  Chociaż od powrotu z Angoli minęło kilka lat, wciąż wracają do niego te same obrazy śmiertelnie rannych kolegów - żołnierza, który strzelił sobie w głowę, ale zrobił to tak nieumiejętnie, że umierał kilka godzin, innego, który błagał go o to, aby wymyślił mu jakąś chorobę, która odeśle go do domu, bo jeśli nie, to skończy ze sobą, jeszcze inny siedział przy drodze i rękami podtrzymywał swoje wnętrzności, bo pocisk rozerwał mu brzuch. A on, wojskowy lekarz, nie był w stanie im pomóc. Niewiele mógł zrobić. Jak pisze, naprawiał igłą i nitką bohaterskich obrońców imperium.

Jak już wspominałam, z jednej strony jest to opowieść nasycona smutkiem, melancholią, cynicznym dystansem, z drugiej wściekłością. Wściekłością na bezsensowną wojnę, na zmarnowane życie. Dawno nie czytałam książki, która w tak znakomity sposób obnażałaby absurdy wojny. Szczególnie takiej - kolonialnej, niesprawiedliwej, toczonej z powodu widzimisię polityków, którzy nie potrafią wyrzec się mocarstwowych zachcianek i ambicji. Bohater pisze wprost, że to nie jego wojna, że został do niej zmuszony jak tysiące innych portugalskich mężczyzn. Ale przecież, jak zawsze, są równi i równiejsi. Politycy, bogaci przemysłowcy i ich synowie nie muszą walczyć. Ci pierwsi decydują o losie innych, ci drudzy na wojnie zbijają majątki. Kto tak naprawdę morduje bohatera i współtowarzyszy jego losu - partyzanci czy Lizbona w imię wielkiej polityki? Narrator wyrzuca z siebie swój gniew, jakby wyrzygiwał wściekłe słowa. Nagle kunsztowny język pełen poetyckich obrazów zostaje rozbity przez dosadne słownictwo skurwysyny, dojebać [polityków] w dupę. Po chwili znów jest sobą - ... co oni zrobili z moim narodem, co oni zrobili z nami, że tak siedzimy (...) na ziemi, która do nas nie należy, umieramy na malarię i od kul ...

Autor znakomicie oddaje absurd wojny. Narrator nagle zostaje wyrwany ze swojego świata i przeniesiony dziesięć tysięcy mil od Lizbony,  Portugalii,  rodziny i trafia w miejsce zupełnie mu obce. Obce pod każdym względem - klimatycznym, krajobrazowym, kulturowym. I musi się bić, bronić sprawy, która nie jest jego sprawą. I znowu jak we śnie wracają obrazy, tym razem nędzy i cierpienia miejscowej ludności. Absurd jest podwójny - bo z jednej strony dla niego wieści z domu są jak wiadomości z innego świata, z drugiej strony jego bliscy, którzy zostali w Portugalii, nie są w stanie wyobrazić sobie, co przeżywa on i współtowarzysze jego losu. Nikt, kto tam nie był, nie zrozumie, z czym się mierzyli, czego świadkami byli. To niemożliwe. Ta niekompatybilność doświadczeń czyni z niego i takich jak on ludzi samotnych, oderwanych od świata, wyobcowanych. Tym dotkliwsza jest trauma, bo nikt jej nie rozumie. Dla rodziny, rodziców, ciotek, wujków, babek i dziadków był powodem do dumy. Wojna miała zrobić z niego mężczyznę. Tymczasem wykorzeniła go z poprzedniego życia, nigdzie już nie należy, jest potwornie samotny. Wrócił chudy, co z przykrością stwierdzili rozczarowani krewni. A przecież miał stać się mężczyzną! Nie zdają sobie sprawy, że chudość to jego najmniejszy problem.

Bo jakiego mężczyznę miała z niego zrobić wojna? Nieczułego, bezrefleksyjnego, posłusznie podporządkowującego się rozkazom z Lizbony? Tchórzliwego oportunistę, który nie stanie w obronie gnębionych, upokarzanych i mordowanych, bo chce wrócić z tej wojny do swojego świata? Okrutnego i bezwzględnego? Takiego, z którego wychodzi zwierzę? Który gwałci, poniża, upokarza i morduje? Jeśli o taką męskość chodziło,  to się udało. 

... wojna (...) skazywała nas na nędzę rozpaczy i czyniła z nas ponure, rozżalone bydlęta, gwałcące kobiety oparte o zimną, lustrzaną biel glazury ... 

Znakomita, dająca do myślenia, działająca na emocje pacyfistyczna powieść. I nie ma znaczenia, że opowiada o jakiejś konkretnej wojnie. Jest po prostu uniwersalna. Może także dzięki swojej formie, która przenosi doświadczenia bohatera w rejony szersze niż tylko portugalskie. Warto zadać sobie trud, znaleźć czas i skupienie, aby ją przeczytać. 

PS. Świetny jest też wstęp Wojciecha Charchalisa, który przystępnie i zwięźle pokazuje tło historyczne, z którego wyrasta ta powieść - odkrycia geograficzne, kolonialne podboje, czasy dyktatury Salazara, Nowego Państwa, a wreszcie konwulsji kolonialnego, imperialnego świata. 

Katarzyna Wężyk "Aborcja jest"

 Nie od razu zdecydowałam się na lekturę książki Katarzyny Wężyk

"Aborcja jest" (Agora 2021). Poglądy w tej sprawie mam sprecyzowane, uważam, że to decyzja kobiety, prawo powinno zostać zliberalizowane, powtarzam zliberalizowane, nie mam więc na myśli powrotu do zgniłego kompromisu, który obowiązywał do jesieni 2021, podpisałam się pod społecznym projektem ustawy o legalnej aborcji. Dlatego wydawało mi się, że nie mam powodu, aby sięgać po reportaż Katarzyny Wężyk, no bo po co przekonywać przekonanego, kiedy tyle innych książek czeka w długiej kolejce, wciąż i wciąż przybywają nowe, więc z czegoś trzeba zrezygnować. Chociaż przyznać muszę, że od początku kusiła mnie warstwa historyczna. Jaki był stosunek do aborcji kiedyś? Jak kobiety zapobiegały ciąży? Dlatego w końcu uległam. Kiedy książka dostała nagrodę Grand Press w kategorii Reporterska Książka Roku, postanowiłam przeczytać. I nie żałuję. Powodów jest kilka.

Po pierwsze zaspokoiłam swoją historyczną ciekawość. Autorka, zaczynając od starożytności, opowiada o tym, jak zmieniał się stosunek do aborcji i jakimi metodami dysponowały kobiety, aby nie zajść w niechcianą ciążę. Relacjonuje dyskusje toczone nie tylko wśród teologów na temat tego, od kiedy płód staje się dzieckiem. Ten historyczny rys pokazuje, jak seksualność kobiet od zawsze była narzędziem sprawowania nad nimi władzy, a stosunek do ich praw reprodukcyjnych, a więc i do aborcji, podporządkowywano rozmaitym celom, ale nigdy nie chodziło o dobro kobiet. Bo nawet w starożytności, kiedy dzieciobójstwo, porzucanie noworodków i aborcja były czymś powszechnym, a tę ostatnią traktowano jak jeden ze środków zapobiegania ciąży, decyzja o usunięciu płodu nie należała do kobiety, tylko do jej męża. Jeśli miał już męskiego potomka, najczęściej nie widział problemu. Od czasów średniowiecza za sprawą Kościoła seks uznany został za coś grzesznego. Miał służyć tylko prokreacji, nie przyjemności, a ideałem stała się wstrzemięźliwość. Ale dopiero w 1917 Kościół uznał aborcję za zabójstwo, wcześniej był to po prostu grzech. I nie tylko Kościół mieszał w tym kotle. Wraz z rodzącym się kapitalizmem kobiety miały stać się inkubatorami dostarczającymi siły roboczej, a kiedy w XIX wieku zaczęła rodzić się idea państw narodowych, ich zadaniem było rodzenie nowych obywateli - najlepiej chłopców, żołnierzy. No a w krajach takich jak Stany Zjednoczone koniecznie białych. Swoje dołożyli lekarze - ciąża i poród stały się sprawą mężczyzn, bo wraz z rozwojem medycyny odebrano tę sferę kobietom, akuszerkom i położnym. Długo jednak kwestii przerywania ciąży nie regulowało prawo, dopiero w XIX wieku państwa stopniowo wprowadzały jej zakaz i kryminalizację. Mimo władzy Kościoła, a potem państwa, aborcja zawsze była, a dzietność systematycznie spadała. I zawsze najlepiej radziły sobie z problemem kobiety zamożne, a najgorzej ubogie, a szczególnie piętnowano samotne. Bo jak to tak - była grzeszna przyjemność, której skutkiem jest ciąża, a nie ma kary? Co ciekawe w powszechnej świadomości długo termin aborcja stosowano do usuwania płodu nazywanego ożywionym, czyli takiego, który już się rusza. Przerywanie ciąży we wcześniejszych tygodniach określano doskonale nam znanym terminem - przywracanie menstruacji.

Po drugie Katarzyna Wężyk bardzo dokładnie, krok po kroku, pokazała, jak to się stało, że po roku 1989 w czasie transformacji peerelowską liberalną ustawę dotyczącą przerywania ciąży zastąpiono nową nazywaną jeszcze do niedawna dość powszechnie kompromisem aborcyjnym. I znowu prawa kobiet, jak zawsze w historii i nie tylko w Polsce, stały się elementem jakiejś gry i z naszym zdaniem nikt się nie liczył. Po prostu przehandlowano je, nie tylko te reprodukcyjne, za poparcie Kościoła dla transformacji, a potem wejścia do Unii. Ale może najbardziej istotne jest uświadomienie sobie, jak ważny był język. Bo to język sprawił, że, poza  najbardziej świadomymi spośród nas, dałyśmy sobie zrobić wodę z mózgu, wtłoczyć w poczucie winy i pogodzić się z tym zgniłym kompromisem. Zamiast płodu, pojawiło się dziecko, które matka nosi pod sercem (brr, takiej dawki egzaltacji nie jestem w stanie znieść), zamiast przerwania ciąży czy aborcji morderstwo i cały ten dyskurs o cywilizacji śmierci. Muszę przyznać, że bardzo mało pamiętam z tamtych wydarzeń. Jakby lata dziewięćdziesiąte w mojej pamięci zasnuła jakaś mgła. Jakbym je wyparła, zapomniała. Dlatego rozdziały, w których autorka opowiada o polskiej potransformacyjnej bitwie o aborcję, były dla mnie bardzo ciekawe, chociaż wcześniej wydawało mi się, że nie będą już tak interesujące, bo wszystko przecież wiem. Myliłam się.

Po trzecie Katarzyna Wężyk oddaje głos kobietom, które miały aborcję. Rozdziały historyczne przeplecione są ich zwierzeniami. To bardzo różne historie. Mamy tu pełne spektrum losów i powodów, dla których kobiety zdecydowały się ciążę usunąć. Jedne były w takim momencie życiowym, że nie chciały albo wręcz nie mogły sobie pozwolić na dziecko, inne dzieci w ogóle nie planowały, a antykoncepcja zawiodła. O aborcji mówią też kobiety, które na dziecko czekały, ale płód miał wady letalne. Te przeżywały największe dylematy i tragedie. Najbardziej jednak wstrząsające w tych opowieściach jest zmaganie kobiet o wyegzekwowanie przysługującego im prawa. Bo w tej ostatniej grupie wszystkie miały do tego prawo, a jednak lekarze robili wiele, aby ciąży nie usunąć. Jedne znalazły w sobie tyle siły, aby walczyć, nawet w sądzie, inne, obawiając się mitręgi, wolały wziąć sprawę w swoje ręce mimo przysługującego im prawa do aborcji. Katarzyna Wężyk bardzo mocno pisze o lekarzach, którzy obok Kościoła i polityków zgotowali kobietom w Polsce taki los. Ich udział w zaostrzeniu prawa jest ogromny. Najbardziej wstrząsnęła mną historia, szeroko kilka lat temu opisywana, zgwałconej nastolatki, której obrońcy życia urządzili piekło, zanim w końcu znalazł się szpital, który zrobił zabieg. O swojej aborcji opowiadały też kobiety, które miały ją jeszcze w czasach PRL-u, kiedy obowiązywało liberalne prawo.

Uważam, że "Aborcja jest" to lektura obowiązkowa, bo jak powiedziała Beata Stasińska:  Materiał dowodowy jest w tej książce wstrząsający. Mamy wreszcie książkę, która odczarowuje temat.

Magdalena Parys "Tunel"

Do lektury którejś z powieści Magdaleny Parys przymierzałam się

od czasu do czasu, zazwyczaj, kiedy przy okazji promocji jej kolejnej książki wpadł mi w ręce, albo w ucho, wywiad z autorką. Najwyraźniej nie było to pragnienie bardzo silne, skoro dotąd nic z tego nie wyszło. I pewnie nie wyszłoby nadal, gdybym nie natknęła się na super atrakcyjną promocję "Tunelu" (Agora 2020), pierwszej części Trylogii Berlińskiej. Pierwsze wydanie to rok 2011, w międzyczasie ukazały się dwa kolejne tytuły cyklu, "Magik" i "Książę". Jeśli ktoś o autorce nie słyszał, informuję, że Magdalena Parys to polska pisarka urodzona w Gdańsku, mieszkająca w Berlinie Zachodnim. W Niemczech znalazła się, kiedy miała trzynaście lat. Echa doświadczeń, które były jej udziałem, widać w "Tunelu", ale o tym za chwilę. 

Najpierw jednak bez krygowania się napiszę, że od powieści nie mogłam się oderwać. Czytałam ją w tym około świątecznym czasie, kiedy świat nieco zwalnia, czyli między Świętami a Nowym Rokiem. I takiej właśnie pozycji, dla której zarywa się noc, było mi trzeba. Ale "Tunel" jest czymś znacznie więcej niż książką sensacyjną. Bo atrakcyjna dla czytelnika rama skrywa istotne treści. Na pewno sięgnę po kolejne tomy berlińskiego cyklu. 

Zasadnicza akcja to rok 2010, ale razem z bohaterami wędrujemy w przeszłość - druga wojna, zimna wojna, podział Berlina, lata osiemdziesiąte, wreszcie zjednoczenie Niemiec. Chociaż większość wydarzeń rozgrywa się w obu częściach Berlina, to trafiamy też do wojennego Gdańska i w inne miejsca. Sensacyjna intryga osnuta jest wokół wydarzeń z lat osiemdziesiątych, kiedy Roman, mieszkający razem z matką w Berlinie Zachodnim, organizuje ucieczkę swojego brata, który z ojcem został we wschodniej części miasta. Postanawia wybudować tunel. Nie on pierwszy. Szybko orientuje się, że przedsięwzięcie przerasta jego siły, dlatego w intrygę wciąga przyjaciół i przede wszystkim specjalistów od takiej roboty, którzy nie pierwszy raz angażują się w pomoc w ucieczce. Sprawa komplikuje się, na jaw wychodzą nowe, zaskakujące, fakty, niemal każdy tu coś ukrywa. Jeden z uczestników tamtych wydarzeń po latach postanawia wyjaśnić tajemnice tamtej akcji, które nie dają mu spokoju. I tak krok po kroku czytelnik dzięki jego śledztwu dowiaduje się coraz więcej. 

Książka Magdaleny Parys ma wiele zalet, minusów nie dostrzegam, no może poza jednym drobnym, na którym tu skupiać się nawet nie będę. Co sprawia, że po "Tunel" warto sięgnąć? 

Skoro to powieść włożona w konwencję sensacyjną nie bez znaczenia jest intryga - fascynująca, bardzo skomplikowana, a jednak klarownie prowadzona. Autorka nie raz wodzi czytelnika za nos, myli tropy, w pewnym momencie miałam nawet wrażenie, że coś się nie zgadza, że może coś przeoczyła albo ja źle zapamiętałam, ale nie, tak właśnie miało być, wszystko logicznie zostaje wyjaśnione. Powoli puzzle wskakują na swoje miejsce, a kropkę nad i stanowi epilog.  

Kolejna zaleta - bohaterowie. Jest ich kilku, dwa pokolenia - jedni pamiętają czasy wojny, inni urodzili się później, w latach czterdziestych albo pięćdziesiątych zeszłego wieku. Poznajemy relacje między nimi i ich, często bardzo skomplikowane, losy, ale przede wszystkim wszyscy zostali znakomicie sportretowani. To ludzie z krwi i kości, kochający, nienawidzący, oddani innym, czasem śmieszni, mający rozmaite słabości. Nie ma wśród nich herosów bez skazy, niestety znajdą się szuje, które trudno polubić. Wydarzenia sprzed lat poznajemy z perspektywy każdego z nich, co jest oczywiście dodatkową zaletą powieści. Każda kolejna historia to cegiełka, która pozwala inaczej spojrzeć na relacje między nimi i zdarzenia, w które byli zamieszani.

Wreszcie rzecz najważniejsza - powieść Magdaleny Parys to nie jest tylko książka sensacyjna. "Tunel" porusza wiele problemów i wątków historycznych. Jest to opowieść o pękniętym mieście i rozdzielonych rodzinach. Jednym się udało i żyli w Berlinie Zachodnim, inni musieli się jakoś urządzić po wschodniej stronie. Ale zachodnia część też nie od razu była rajem. Magdalena Parys sięga do czasów blokady, kiedy wydawało się, że mieszkańcom grozi głód. Najważniejszym problemem, jaki porusza, wydają mi się zaszłości historyczne. Cień Trzeciej Rzeszy i drugiej wojny rozpościera się nad bohaterami, a szerzej nad niemieckim społeczeństwem. Autorka pokazuje uwikłania bohaterów w nazistowską ideologię. Zastanawia się, czy możliwe jest zbudowanie nowego państwa i nowego społeczeństwa na gruzach potwornej przeszłości bez ubrudzenia się. Okazuje się, że żadna strona, ani umowna Zachodnia, ani umowna Wschodnia, nie wychodzi z tego bez szwanku. Bo często nie da się zupełnie odciąć od przeszłości, no bo ktoś ten nowy świat musi nawet nie tyle budować, ile obsługiwać, a czasem jest też pokusa, aby iść na skróty i z haniebnej przeszłości po prostu korzystać. I znowu dotyczy to obu stron. Konkluzja jest może nie nowa, ale zawsze warto o niej pamiętać. Niestety przykra - wszystko sprowadza się do brudnej, cynicznej polityki, w której szlachetne ideały są jedynie zasłoną dymną dla mas.

Na koniec dodam jeszcze, że mnie zainteresował wątek dramatycznej ucieczki z Gdańska zdobywanego przez Armię Czerwoną, no i bogate tło obyczajowe. 

Kto ma ochotę na niebłahą powieść, którą znakomicie się czyta, niech koniecznie po "Tunel" sięgnie.  

Popularne posty