Radka Denemarkova "Kobold"

"Kobold" Radki Denemarkovej (Książkowe Klimaty 2019; przełożyły Olga Czernikow, Agata Wróbel) to mój kolejny nabytek po krakowskim Festiwalu Conrada. Rozmowa z pisarką, prowadzona przez Mariusza Szczygła, zrobiła nie tylko na mnie wielkie wrażenie. Dlatego od razu postanowiłam iść za ciosem i kupić jej dwie książki. Druga to "Przyczynek do historii radości". A przed laty czytałam  "Pieniądze od Hitlera" - powieść, która poruszała między innymi niewygodny dla Czechów temat wypędzenia Niemców Sudeckich. Denemarkova jest specjalistką od tematów niewygodnych, wyciągania trupów z szafy. Pozwolę sobie zacytować ponownie wypowiedzi autorki, które przytaczałam w notce o "Pieniądzach od Hitlera". Nie chcę, żeby moje książki były deserem po kolacji. Chcę, żeby stanęły kością w gardle. I drugi cytat. ... współczesna literatura czeska nie dostrzega trupów, które naród czeski ukrywa w szafie. (...) A ja dokładnie się im przyglądam i przymierzam do ludzkich losów. I takie właśnie są książki Radki Denemarkovej - bardzo bolesne, niełatwe, nie dają o sobie zapomnieć.

Nie inaczej ma się sprawa z "Koboldem". Dawno nie czytałam powieści tak dołującej, tak pozbawionej nadziei. Powieści, która momentami odpycha i irytuje, ale z drugiej strony magnetycznie niemal przyciąga i nie pozwala przerwać lektury. To historia o przemocy trawiącej świat od dawna. Książka składa się z dwóch części, które podobno można czytać w dowolnej kolejności. 

Pierwsza, znacznie dłuższa, zatytułowana O wodzie, jest też bardziej wymagająca w lekturze, bo nasycona metaforami i symboliką, jaką niesie woda. W planie realistycznym jest to historia rodziny skażonej przemocą w stopniu niewyobrażalnym. Zaczyna się kilka lat przed drugą wojną, kończy po roku 89, być może nawet współcześnie. To opowieść o Helli, czeskiej Żydówce  z zamożnej rodziny, która zakochuje się bez pamięci, na swoje nieszczęście, w owym tytułowym Koboldzie. Już samo nazwisko jest symboliczne. Bo Kobold to złośliwy duszek, chochlik, karzeł, ale w znaczeniu przenośnym gnom, kreatura, monstrum. I właśnie to do tego drugiego znaczenia odwołuje się Denemarkova w swojej powieści. Bo Kobold to ekscentryk, dziwak, owładnięty rozmaitymi maniami, spryciarz i karierowicz, który zawsze potrafi się odpowiednio ustawić, wie, z której strony wiatr wieje. Jest miły i uprzejmy, powszechnie lubiany, ale w domu to tyran znęcający się nad Hellą i dziećmi. Sekunduje mu w tym matka. Hella jest nie tylko bita, ale również poniżana, wyzywana, znieważana i upokarzana, dręczona psychicznie. Dlaczego nie próbuje odejść? Ratować się? Bo z jednej strony go kocha, z drugiej zakładnikami Kobolda są dzieci. Jeśli ucieknie, nie zobaczy ich więcej. Los dzieci, szczególnie synów, nie jest lepszy. Są tresowane, karane, patrzą na upokorzenia matki. To wszystko nie pozostaje bez wpływu na ich życie, które też potoczy się tragicznie. Przemoc degraduje i niszczy. Uzależnia ofiary od kata. Radka Denemarkova pokazuje w swojej powieści mechanizmy, jakie jej towarzyszą. Obojętność i milczenie otoczenia, które wie, bo słyszy krzyki i  awantury, widzi podbite oko czy siniaki, ale nie zauważa, nie wtrąca się. Kto nie zna ich bliżej, nie mieszka w tej samej kamienicy, ten sądzi, że są zwyczajną, kochającą się rodziną. Hella przed przemocą, poniżeniem i upokorzeniem chroni się w słowach. Na opakowaniach po mące i cukrze pisze krótkie wiersze w różnych językach. Niejasne, hermetyczne. 

Jeżeli byłam w stanie wytrzymać to natężenie zła i beznadziei, to stało się tak dlatego, że  pierwsza część powieści nasycona jest metaforą, symboliką, onirycznymi obrazami, fantastycznymi scenami, które co jakiś czas wybijają czytelnika z realistycznej narracji. Z jednej strony niekiedy mnie irytowały i drażniły, z drugiej pozwalały brnąć dalej. Wszystko kręci wokół żywiołu wody. Woda jest obsesją Kobolda, a potem staje się też obsesją Helli. To rzeka w niezwykły sposób ich połączyła i skazała na siebie. Jaką symbolikę niesie ten żywioł? Woda jest niezbędna do życia, ale symbolizuje też emocje - miłość i nienawiść. Hella kocha i nienawidzi jednocześnie. 

Ale W wodzie to nie tylko kameralna historia Helli, Kobolda i ich dzieci. To także historia ich rodzin, którą stopniowo poznajemy. I rozważania o przypadku, o tym, jakie drogi prowadzą do spotkania, które całkowicie zmienia życie ludzi. Czasem przypadek przynosi szczęście. Taka była historia dziadków Helli. Ją zaprowadził w otchłań przemocy, nienawiści, upokorzeń. A przecież jej los mógłby potoczyć się zupełnie inaczej. Miała się kształcić, wyjść za mąż za kogoś zupełnie innego. Czy wtedy przeżyłaby Zagładę? Była wszak Żydówką, jej rodzice zginęli. Ocalił ją Kobold. Uciekła piekłu, aby trafić do piekła rodzinnego, z którego nie było odwrotu. A w tle przewija się dyskretnie naszkicowana historia Czech. Wojna, komunizm, transformacja. Też naznaczona przemocą. 

Druga część, W ogniu, jest bardziej skondensowana, bardziej kameralna, niemal całkowicie realistyczna i chyba jeszcze bardziej chwyta za serce, przygnębia, przytłacza. To historia Justyny, nieślubnej córki Kobolda, którego nigdy nie spotkała. Justyna naznaczona jest podwójnie - biedą i kolorem skóry. Jej matka była Cyganką, co znajdzie swój tragiczny finał. Justyna, młoda wdowa, samotnie wychowuje dziewięcioro dzieci. Żyje z zasiłków, przesiedlona z powodu długów do nędznego lokalu zastępczego. Kocha swoje dzieci i stara się o nie dbać. Ale jej życie to ciężka, niemająca końca harówa, pogarda otoczenia i urzędników powołanych, o ironio, do tego, aby pomagać takim jak ona. Jest samotna i zdana właściwie tylko na siebie. Dźwiga nadludzki ciężar. Mierzy się z biedą, poniżeniem, pogardą i pracą ponad siły. Jakby tego było mało, wisi nad nią groźba, że bezduszni urzędnicy z opieki społecznej odbiorą jej dzieci, które kocha bezgranicznie. Każdy dzień to walka o przetrwanie, znoszenie pogardliwych spojrzeń i komentarzy, a przede wszystkim ciężka praca. Zawsze taka sama, a jej końca nie widać. I zmęczenie, zmęczenie, zmęczenie. Los Justyny mógłby się odmienić za sprawą sąsiada, który jest w niej zakochany. Ale nigdy tak się nie stanie, bo ona nie wie o jego miłości. A nawet gdyby się dowiedziała, pewnie nie potrafiłaby ani odwzajemnić tego uczucia, ani związać się z nim z rozsądku. Dlaczego? Bo jej sąsiad, pracownik zakładu pogrzebowego, to człowiek schorowany, niepełnosprawny, z wieloma defektami, mający problemy z wysławianiem się, sprawiający wrażenie człowieka upośledzonego intelektualnie, gruby, brzydki, powiedzmy wprost - o odrażającym wyglądzie. Na takich jak on wolimy nie patrzeć, a co dopiero z nimi rozmawiać. Kto znajdzie w sobie tyle hartu ducha, aby pod tą odstręczającą powłoką odkryć człowieka wrażliwego, mądrego, dobrego? Zresztą wcale nie mamy pewności, czy ta miłość nie jest obsesją, która mogłaby doprowadzić do tragedii. Historia tych dwojga wyrzuconych poza nawias nie ma prawa dobrze się skończyć. Jest przejmująca i tragiczna. Żadnej nadziei. 

Radka Denemarkova pisze swoją powieść złością i pasją. Od czasu do czasu daje tym emocjom dojść do głosu w odautorskim komentarzu. Chłodnym, rzeczowym albo gniewnym, podszytym ironią. Dlatego na przykład obowiązki Justyny nazywa projektem, projektem, który się nigdy nie skończy.  Za tym wszystkim kryje się chyba bezradność. Bo przemoc była, jest i będzie. Mimo trudu warto się zmierzyć z tą powieścią. Przecież literatura to nie tylko przyjemność i rozrywka.

PS. Na koniec coś na osłodę. Radka Denemarkova jest mistrzynią języka, a tłumaczki wydobyły jego piękno. 

"Nie ma nas w domu"

Liczba filmowych premier nieco przyhamowała. Mogę odetchnąć z ulgą. W ten weekend nie miałam wątpliwości, na co wybiorę się do kina. To oczywiście najnowszy film Kena Loacha "Nie ma nas w domu". Nie interesowało mnie, co napiszą recenzenci, interesował mnie temat i reżyser - czuły na sprawy społeczne, ujmujący się w swoich filmach za pokrzywdzonymi, biednymi, wyrzuconymi za margines. 


Kim dziś są bohaterowie Kena Loacha? To zwyczajna angielska rodzina. Ricky i Abby oraz ich dwoje dzieci, nastolatek Seb i nieco młodsza Lisa Jane. Mieszkają w wynajętym mieszkaniu. Nie jest to zapleśniała nora, ale też żadne luksusy. Ciasne pokoje, malutka kuchnia, proste meble, gdzieniegdzie łuszczy się farba. Marzą o własnym mieszkaniu, o lepszej przyszłości dla swoich dzieci. Pracują, nie obijają się. Ona opiekuje się starszymi, schorowanymi osobami. Ma kilkoro podopiecznych w różnych częściach miasta, wędruje od jednego do drugiego. Wpada do nich w porze śniadania, obiadu i kolacji. Pomiędzy ma jakieś przerwy. Co z tego, kiedy nie jest łatwo wrócić w tak krótkim czasie do domu, szczególnie jeśli z konieczności korzysta się z miejskiej komunikacji, a przecież często wypada jeszcze coś nieoczekiwanego i nie można zostawić podopiecznego. Nie jest jasne, czy Abby pracuje w opiece społecznej, czy w jakiejś prywatnej firmie. W każdym razie to praca ciężka, często niewdzięczna. Powiedzmy sobie wprost - w takiej formie jest zwyczajnym wyzyskiem. Ale Abby lubi swoich podopiecznych, daje im znacznie więcej niż tylko opiekę. Daje im swój czas, uwagę, czułość, cierpliwość. Taka sama jest dla dzieci i męża. 


Ale prawdziwym niewolnikiem staje się jej mąż, Ricky. Wpada w zręcznie zastawione sidła firmy kurierskiej. Mamiony pracą na własny rachunek, wielkimi zarobkami i całą tą kapitalistyczną czy korporacyjną nowomową - pracujesz nie dla nas, ale z nami, jesteś częścią naszego zespołu, bla, bla, bla. Żałuję, że nie udało mi się zapamiętać więcej z kwiecistej przemowy wygłoszonej pewnym siebie, nieco agresywnym tonem przez faceta przyjmującego Ricka do pracy, który tak oto stał się współczesnym niewolnikiem. Kto interesuje się problemami społecznymi, kto czyta i słucha, ten wie, co stanie się dalej. Coraz bardziej wyśrubowane normy, praca od rana do nocy, trudności z dostarczeniem przesyłek, wredni klienci, żadnych urlopów, żadnego chorowania, a w związku z tym żadnego życia prywatnego. Jesteś maszyną, nie człowiekiem. Paczki muszą być dostarczone, firma musi zarabiać, a że tobie skapnie z tego jakiś marny ochłap, nikogo nie obchodzi. A to nie koniec pułapek, jakie taka forma zatrudnienia zastawiła na Ricka. Wystarczy jakiś pech, większy czy mniejszy, o który, co pokazuje film, a dopowiada nam wyobraźnia, wcale nietrudno, aby wpaść w prawdziwe kłopoty. Strata dniówki, jakieś kary finansowe, gorszy rejon. Dlaczego Rick nie odejdzie? Bo tak działa ten system - gdyby rzucił pracę i tak musiałby spłacić zobowiązania, które zaciągnął w firmie. Dlaczego je zaciągnął? Aby móc pracować. I tak koło się zamyka. Dlatego nieważne, co się dzieje, jak się czuje, czy jest chory - musi harować, harować, harować. 

Ta sytuacja rujnuje nie tylko Ricka, rujnuje całą rodzinę. Już wcześniej nie było łatwo, teraz stało się beznadziejnie. Widzimy jak krok po kroku destrukcji ulegają więzi pomiędzy bliskimi. Dzieci zostawione same sobie, widywane tylko rano i wieczorem, kiedy na nic nie ma już siły. Za cały kontakt musi starczyć rozmowa telefoniczna. Instrukcje osładzane miłym słowem. Abby naprawdę się stara i naprawdę kocha swoje dzieci. Nie trzeba długo czekać, aby zaczęły się poważne kłopoty. Problemy w domu, powodują jeszcze większe problemy w pracy. Jeśli chcesz naprawić jedno, zawalasz drugie. I tak w kółko. Naprzeciwko siebie masz bezdusznego szefa. Przecież każdy ma jakieś rodzinne kłopoty, gdybym się nad nimi pochylał, kto by pracował? Kto by zasuwał? Psuć zaczyna się też między Abby i Rickiem. Nie, nie zdarza się żadna wielka katastrofa. Po prostu nie mają dla siebie czasu, cierpliwości, zaczynają się wzajemnie oskarżać, łatwo wybuchają gniewem. A przecież to dobrzy, mili, ciepli ludzie. Chcą jak najlepiej, starają się, wspierają, jednak na naszych oczach ich świat zaczyna się rozpadać. Ale może najgorsze jest to, że Rick traci autorytet w oczach syna. Ile warte są jego słowa o tym, aby się uczył, poszedł na studia, miał lepszą pracę. Seb widzi, co się dzieje, zaczyna pewnie rozumieć, że jego przyszłość, nawet jeśli zdobędzie wykształcenie, będzie podobna. Wiadomo, że może co najwyżej skończyć jakąś marną uczelnię, a i to zaciągając studencki kredyt. Dlatego buntuje się. Tak jak potrafi.
Nie będzie pocieszenia. Abby, Rick i ich rodzina znaleźli się w matni, w sytuacji bez wyjścia.  A na horyzoncie nie widać nikogo, kto mógłby im pomóc. 

To film o prekariuszach, biednych pracujących, których spotykamy codziennie, niekoniecznie zastanawiając się nad ich losem. I choćbym nie wiem, jak się starała, sama od czasu do czasu, a może częściej niż mi się wydaje, uczestniczę w tym wyzysku. Dlatego oglądałam film Kena Loacha z zapartym tchem, mimo że znam problem, bo sporo na ten temat czytam i słucham. Ale rozpisany na konkretną rodzinną sytuację porusza i budzi gniew. To nie cyferki, statystyki, ale ludzie - Abby, Rick, Seb i Lisa Jane. Że jednej rodzinie nie mogło się na raz tyle nieszczęść przytrafić? Nawet jeśli tak jest, chociaż wcale nie mam takiego przekonania, to historia została tak opowiedziana, że zupełnie się tego nie czuje. Dla mnie film Kena Loacha nie jest ani nachalnie dydaktyczny, ani poczciwy w swojej naiwności i szlachetnych intencjach, ani nie pokazuje problemu w sposób wyolbrzymiony. To głos protestu. W końcu co byłaby warta sztuka, jeśli przynajmniej od czasu do czasu nie ujmowałaby się za słabymi, wykluczonymi, biednymi. "Nie ma nas w domu" koniecznie trzeba obejrzeć.

Inga Iwasiów "Kroniki oporu i miłości"

O Indze Iwasiów oczywiście słyszałam jak każdy, kto interesuje się literaturą na serio, ale dotąd jakoś nie sięgnęłam po żadną z jej powieści. Zastanawiałam się, czy nie spróbować, ale zawsze było coś, co koniecznie chciałam przeczytać, więc zapominałam o szczecińskiej pisarce i jej powieściach. Zmieniłam zdanie po spotkaniu na Festiwalu Conrada. Rozmowa o jej najnowszej powieści "Kroniki oporu i miłości" (Świat Książki 2019) tak mnie zainteresowała, że postanowiłam kupić ją i przeczytać niemal natychmiast. I tak się stało. Nie żałuję, a po wcześniejsze książki Ingi Iwasiów na pewno jeszcze sięgnę.

"Kroniki oporu i miłości" to historia wielowątkowa rozgrywająca się na kilku płaszczyznach czasowych niemal jednocześnie. Nie mamy tu do czynienia z klasyczną retrospekcją. Narratorka, Małgorzata, kobieta pięćdziesięciokilkuletnia, miesza czasy, wątki i zdarzenia w sposób chaotyczny. Trochę na takiej zasadzie, na jakiej pracuje nasza pamięć. Bywa, że swoją uwagę przez dłuższy czas skupia na jednym temacie, innym razem dość szybko, bez uprzedzenia porzuca jakąś opowieść, aby przejść do kolejnego zdarzenia czy wątku, które nie łączą się z poprzednim. Taki sposób opowiadania może początkowo sprawiać trudność, ale kiedy tylko przyzwyczaimy się do tej narracji, kupujemy ją z całym dobrodziejstwem inwentarza. Powoli, powoli składamy sobie historię życia Małgorzaty. A jeśli coś nam umknie? Coś się nie ułoży? Zgubimy jakieś zdarzenie niczym oczko w swetrze robionym na drutach? Będą nam się mylić niektórzy bohaterowie? Nie szkodzi. Tak przecież działa ludzka pamięć. To, co zarejestrujemy, i tak stworzy nam pełny obraz Małgorzaty. 

Jakich wątków dotykają jej kroniki? Pierwszy to historia dzieciństwa i wczesnej młodości bohaterki, historia jej dysfunkcyjnej rodziny. Przyznam, że te fragmenty zrobiły na mnie największe wrażenie. Matka Małgorzaty po urodzeniu najmłodszego dziecka, Olka, zaczęła chorować psychicznie. Ojciec nie potrafił albo nie chciał dostrzec problemu. Jego rola sprowadzała się właściwie do zarabiania niewielkich pieniędzy. Cały ciężar zmagania się z nieodpowiedzialnymi zachowaniami matki oraz z opieką nad najmłodszym bratem, który był dzieckiem dziwnym, być może cierpiącym na jakiś rodzaj autyzmu czy zespołu Aspergera, spadała na Małgorzatę i jej starszego brata Kamila. Naprawdę przejmujące są te wspomnienia. Dzieci, które dźwigają ciężar nie dla nich przeznaczony. Które muszą matkować młodszemu bratu, chronić go przed światem nierozumiejącym jego dziwnych zachowań. Które nie wiedzą, co wymyśli matka. Czy będzie trzeźwa, czy pijana, czy będzie próbowała uwieść hydraulika, który przyjdzie naprawiać kran, czy powodowana obsesją czystości wypierze w wysokiej temperaturze wszystkie ubrania? Do tego ciasnota, problemy finansowe i opowieści matki o jej sielankowym dzieciństwie, których Małgorzata nienawidziła, bo oddalały ją od niej. A jednocześnie ten wątek to opowieść o sile uczucia między rodzeństwem. Od razu przypomniał mi się dokument "Komunia" Anny Zameckiej. Trochę podobna historia. Nic dziwnego, że po takich traumatycznych doświadczeniach dla Małgorzaty bardzo ważną osobą stanie się potem jej teściowa Helena, z którą będzie mieszkać nawet po rozwodzie. Bardzo często pojawia się w jej wspomnieniach.

Kolejny wątek to związki. Pierwszy z Adamem, który skończył się wczesną ciążą i małżeństwem. Nie przetrwał próby czasu. Zostały po nim wspomnienia, syn Patryk, nieżyjąca już Helena, znajomi i mieszkanie teściowej, w którym Małgorzata nadal żyje. A potem były związki z kobietami, w tym ten najważniejszy z Anną, który właśnie się rozpada. Dlaczego? Bo się wypalił? Bo rozeszły się cele partnerek? Bo Małgorzata nie potrafi wyjechać ze Szczecina, swojego rodzinnego miasta, gdzie ma starszego brata, z którym tyle ją łączy, i rodziców, którym wspólnie pomagają mimo całego trudnego bagażu przeszłości? Czy to zwykła przyzwoitość każe jej troszczyć się o rodziców, czy jest to rodzaj toksycznych więzów, których nie sposób przerwać? Anna zajmuje wiele miejsca we wspomnieniach narratorki. W końcu są to kroniki miłości.

A dlaczego kroniki oporu? To kolejny temat powieści. Temat, który próbuje zarejestrować naszą najnowszą historię. Opowieść o aktywizmie. Najpierw, przed laty była Wytwórnia, miejsce, gdzie spotykały się kobiety. Uczyły się szyć, ale przede wszystkim gadały, gadały, gadały. Opowiadały o swoich traumach, rozczarowaniach, przejściach. Jakby wreszcie miały przed kim się otworzyć. Potem wstydziły się swojej szczerości. Początkowy entuzjazm słabł, wykruszały się kobiety przychodzące do Wytwórni. Coś się skończyło. Ale przecież coś zostało. Jak po każdym życiowym doświadczeniu. Teraz jest Ruch. Organizacja protestu i sprzeciwu. Inga Iwasiów nie nadaje jej konkretnych kształtów, ale niewątpliwie wzoruje na rozmaitych podobnych organizacjach, jakich wysyp nastąpił po poprzednich wyborach parlamentarnych. Małgorzata nieco wbrew sobie, bo ktoś musi, a ona ma czas i potrafi, staje się jej kronikarką i trochę liderką. Nieoczekiwanie zapłaci za to dużą cenę - spotka się z falą niszczącego hejtu. Ruch czas świetności ma już za sobą. Coraz mniej entuzjazmu, coraz większe rozczarowanie brakiem efektów. Spory o formy działalności, o przyszłość. 

Życie Małgorzaty usiane jest utratami, porażkami, rozczarowaniami, niezrealizowanymi marzeniami. Do osobistych dochodzą jeszcze zawodowe, które też zajmują sporo miejsca w jej wspomnieniach. A mimo to nie jest to powieść bardzo gorzka. Przynajmniej ja jej tak nie odbieram. Melancholijna, tak, ale nie gorzka. Dlaczego? Bo w Małgorzacie jest siła. Porażki, rozczarowania, straty są wpisane w los człowieka. Mogą pogrążyć, ale mogą też stać się cennym doświadczeniem. To, co spotkało bohaterkę, ukształtowało ją. Dało jej siłę i samodzielność, swobodę podejmowania decyzji, umiejętność przyjmowania ciosów od losu. W końcu wszystko jeszcze przed nią. Nie jest to proste,naiwne pocieszenie w stylu poradników, które zapewniają, że przecież wszystko od nas zależy. Wystarczy tylko bardzo chcieć, aby odmienić swój los. Aby spotkać tego jedynego, w tym wypadku raczej tę jedyną. Nie, nie wszystko od nas zależy. I to Małgorzata na pewno wie.

Olga Tokarczuk "Dom dzienny, dom nocny"

Po "Prawieku i innych czasach" przyszła kolej na drugą z powieści Olgi Tokarczuk czekającą dotąd w czeluściach mojego ukochanego czytnika. To "Dom dzienny, dom nocny" (Wydawnictwo Literackie 2015). Kiedy zaraz po Noblu zrobił się wokół twórczości pisarki medialny szum, całkiem zrozumiały w tej sytuacji, słyszałam kilkakrotnie, że ulubioną książką wielu osób jest właśnie ta powieść. Jeśli ja miałabym wypowiedzieć się w tej kwestii, to przyszłoby mi to z dużym trudem. Na pewno spośród pięciu przeczytanych książek Olgi Tokarczuk najwyżej cenię "Księgi Jakubowe". Nie mam co do tego wątpliwości. To rzecz, jaka trafia się czytelnikowi tylko czasem - mięsista, ważna, gęsta, znakomicie napisana, jednym słowem powieść wagi ciężkiej albo może raczej istotnej. A co potem? "Prowadź swój pług przez kości umarłych"? "Prawiek i inne czasy"? Czy może "Dom dzienny, dom nocny"? Nie umiem zdecydować. Mam takie poczucie, że wybierając jedną, krzywdzę inną. Jeśli natomiast ktoś nie czytał nic, a chciałby zacząć swoją przygodę z twórczością noblistki, do czego gorąco namawiam, niech na początek sięgnie po pierwszą z trzech wymienionych przed chwilą książek. Szczególnie jeśli ma tradycyjne literackie gusta. No dobrze, ale do rzeczy, miało być o "Domu dziennym, domu nocnym".

Ja się nim zachwyciłam. Uwielbiam taką literaturę. Akcja  powieści, a może wcale nie powieści, tylko zbioru opowiadań połączonych wspólnym miejscem, kilkoma bohaterami i osobą narratorki, rozgrywa się w okolicach Nowej Rudy, w Kotlinie Kłodzkiej. Narratorka zastanawia się nad życiem, snując opowieści o swoich sąsiadach i inne usłyszane historie, wracając do powojennej tragicznej historii najbliższej okolicy, ale także relacjonując sny własne i cudze, wyprawy na grzyby, celebrowanie pełni Księżyca i rozmaite codzienne drobne zajęcia, jakie są udziałem jej i Marty, najbliższej sąsiadki. Starej, mądrej kobiety, która robi peruki. Brzmi banalnie, ale wszystko to Olga Tokarczuk wynosi poza zwyczajność. Nadaje ludzkim losom, opisywanym miejscom, codzienności, całej tej naszej krzątaninie wymiar niezwykłości, dramatyzmu, tragizmu. Takie są historie ludzi, o których opowiada. Chociaż bywają chwilami zabawne, to zawsze  prędzej czy później nabierają tragicznego rysu. Czy będzie to opowieść o Krysi, pracownicy banku w Nowej Rudzie, która zakochała się w Amosie, mężczyźnie ze swojego snu, czy przejmująca historia sąsiada Marka Marka, albo opowieść o nauczycielu Ergo Sumie, albo historia pewnej pary zwanej Ona i On, czy wreszcie losy przedwojennych mieszkańców tych okolic. Za każdym razem dotkniemy jakiejś niespełnionej tęsknoty, braku, utraty, wyrzutów sumienia, które prowadzą na skraj szaleństwa. Przejmujące są opowieści o wypędzonych i o tych, którzy zajęli ich miejsce. O tej powojennej wędrówce ludów, jaka stała się udziałem tak wielu. I podobnie jak w "Prawieku" pojawia się przemożna chęć zrozumienia, kto tak urządził nasz świat. Tym razem poszukiwania odpowiedzi na to pytanie prowadzą do nożowników, którzy kiedyś mieszkali w okolicy, robili znakomite noże i śpiewali psalmy. I znowu konkluzja jest pesymistyczna. Bóg jest nieludzki, nie ma nic wspólnego z człowiekiem i nawet nie rozumie ludzkich modlitw. Spośród wszystkich bohaterów tej powieści tylko stara, mądra Marta, która zdaje się wszystko wiedzieć, jest osobą pogodzoną ze światem, z cierpieniem, z bólem. Bardzo ważnym wątkiem jest historia nieuznawanej przez Kościół świętej Kummernis, ukrzyżowanej przez ojca młodej kobiety z brodą. Jeden z jej wizerunków znajduje się w Wambierzycach. Tokarczuk idzie dalej, snując opowieść o młodym mnichu Paschalisie, który spisał historię świętej i chciał ją przedstawić samemu papieżowi. Kummernis, kobieta z brodą, wisząca na krzyżu w sukni, często przypominająca Chrystusa, i mnich, który pragnie być kobietą. 

Kiedy piszę o książkach podobnych w nastroju, atmosferze, sposobie opowiadania do "Domu dziennego, domu nocnego", zawsze mam taką samą refleksję - nie da się żadnym najlepszym nawet tekstem, analizą czy interpretacją oddać ich piękna i głębi. To książki, które trzeba czytać, poddać się ich powolnemu rytmowi, klimatowi, melancholii, smutkowi, zachwycić pięknem języka, który potrafi choćby na chwilę nazwać to, co nieuchwytne, co zagubione między słowami. Taki jest "Dom dzienny, dom nocny". Najpierw należy go przeczytać po bożemu, od początku do końca, a potem można sobie wybierać historie w dowolnej kolejności, choćby na chybił trafił. Kto jeszcze nie zna powieści Olgi Tokarczuk, niech koniecznie nadrobi tę zaległość.

Filmowe remanenty - "Obywatel Jones", "I młodzi pozostaną"

Bogactwo premier takie, że nie ma mowy, aby obejrzeć wszystko, na co ma się ochotę. Trzeba wybierać. Ostatnio w każdym tygodniu z czegoś muszę rezygnować. Nie obejrzałam izraelskich "Synonimów", dokumentu "Ostatnia góra" o polskiej zimowej wyprawie na K2, nadal nie widziałam "Ikara", pewnie nie dam rady wybrać się na macedoński film "Bóg istnieje, a jej imię to Petrunia". Całkiem możliwe, że w natłoku nowości jeszcze coś przeoczyłam. A w ten weekend nadrabiałam zaległości z zeszłego tygodnia. To oczywiście "Obywatel Jones" Agnieszki Holland nagrodzony w Gdyni Złotymi Lwami. Przy okazji chcę wspomnieć o dokumencie "I młodzi pozostaną", który widziałam gdzieś pomiędzy spotkaniami na Festiwalu Conrada, a o którym nie bardzo miałam czas napisać.


"Obywatel Jones" to opowieść o walijskim dziennikarzu Garethcie Jonesie, który narażając życie, wyruszył z Moskwy na Ukrainę, gdzie na własne oczy zobaczył panujący tam głód zwany dzisiaj wielkim głodem. Wymarłe wioski, zamarznięte trupy leżące na ulicach miast i poboczach dróg, ludzie bijący się o jedzenie, kanibalizm. Miał wielkie szczęście, że udało mu się w tamtym momencie ocalić życie. Wrócił do Wielkiej Brytanii i dzięki uporowi poinformował opinię publiczną o tym, co dzieje się na Ukrainie i w Związku Radzieckim. To kolejna opowieść na temat, jak świat wiedział i nie zrobił nic. Garethowi Jonesowi albo się nie wierzy, albo się go ucisza, albo, według dzisiejszych kryteriów, hejtuje. Za tym wszystkim kryje się wielka polityka i interesy gospodarcze. Nie pierwszy to i nie ostatni przypadek w historii. Głos wołającego na puszczy. Mnie ta opowieść rymuje się ze znakomitym reportażem historycznym, który ostatnio czytałam - "W ogrodzie bestii" Erika Larsona o latach trzydziestych w III Rzeszy. Tym bardziej, że film opowiada o tym samym okresie, a Gareth Jones zasłynął przeprowadzeniem wywiadu z Hitlerem. W tym wypadku wołającym na puszczy był amerykański ambasador, którego pesymistycznych diagnoz nikt nie chciał słuchać. Historia przyznała mu rację. Wystarczy rozejrzeć się wokół, aby zobaczyć, jak świat jest obojętny na podobne tragedie, które rozgrywają się na naszych oczach. Jak zawsze zwycięża wielka polityka i wielkie interesy. Tyle dygresji związanych z tematem, a teraz jeszcze kilka refleksji na temat samego filmu, na który niektórzy kręcą nosem. Od razu powiem, że ja Złote Lwy dałabym rewelacyjnemu "Bożemu Ciału" Jana Komasy, co nie znaczy, że należę do grona marudzących na film Agnieszki Holland. Powiedziałabym, że jest to solidne, popularne kino opowiadające o ważnych sprawach, bardzo dobrze zrobione. Utrzymane w konwencji filmu trochę sensacyjnego, trochę thrillera politycznego (tak określa go producent), ma mroczną, przytłaczającą atmosferę, trzyma w napięciu, szczególnie jeśli ktoś, tak jak ja, nie do końca znał losy Garetha Jonesa. Wiedziałam, co zrobił, wiedziałam, że udało mu się ze Związku Radzieckiego wyjechać, ale nie miałam pojęcia jak, wiedziałam, że w końcu zginie, ale nie znałam okoliczności. Lepiej więc przed seansem nie wgłębiać się zbyt dokładnie w historię głównego bohatera. Poza tym akcja zbudowana jest na konflikcie wartości - Garethowi Jonesowi przeciwstawiony zostaje amerykański dziennikarz Walter Duranty,  nagrodzony Pulitzerem korespondent New York Timesa, który cynicznie, a może ze strachu, ukrywa prawdę o tym, co dzieje się w Związku Radzieckim, pisze kłamliwe, pochwalne artykuły o gospodarczych sukcesach i żyje sobie wygodnie w Moskwie, urządzając najlepsze przyjęcia w mieście. I jeszcze jedno - film bardzo dobrze oddaje to, co zdumiewa mnie nieustannie - kiedy jedni cierpią, głodują, chowają się przed bombami, uciekają z domów, koczują w obozach dla uchodźców, inni żyją względnie wygodnie i normalnie. Cóż, ja też przecież należę do tych wybrańców losu. Konkluzja - "Obywatela Jonesa" zobaczyć należy, choćby ze względu na temat, na pamięć walijskiego dziennikarza i milionów ofiar głodu na Ukrainie, którym film jest dedykowany.


Zobaczyć też należy dokument "I młodzi pozostaną" ... Petera Jacksona. Tak, tego od "Hobbita" i "Władcy pierścieni". Szczerze mówiąc, długo nie miałam pojęcia, kto nakręcił ten film i nie reżyser był dla mnie magnesem, a temat. A jest to opowieść o bezsensie i absurdzie wojny. W tym wypadku chodzi o pierwszą wojnę światową. Peter Jackson zrobił to, co przed nim zrobili Polacy - film o powstaniu warszawskim zmontowany z dokumentów i zdjęć. Ta historia jest podobna. Reżyser wykorzystał filmy dokumentalne z londyńskiego Muzeum Wojny, obrobił je, niektóre pokolorował, dodał z offu opowieści weteranów i zmontował to wszystko, tworząc spójną opowieść, która zaczyna się tuż przed wybuchem wojny, a kończy bardzo gorzko powrotem do Anglii tych żołnierzy, którzy wyszli żywi z wojennego koszmaru. A tam nikt ich nie rozumiał, nikt, po początkowym entuzjazmie, nie zamierzał się nimi zajmować. Okaleczeni psychicznie i niejednokrotnie fizycznie nie mieli pracy, stawali się pierwszymi ofiarami kryzysu gospodarczego. Film robi wielkie wrażenie, z bliska pokazuje koszmar, jakim była pierwsza wojna światowa, w trakcie której miliony żołnierzy francuskich, brytyjskich, niemieckich i innych tkwiły miesiącami w okopach w deszczu, w błocie, odbijając od czasu do czasu kawałek ziemi, który nie miał w ogólnym rozrachunku żadnego znaczenia. I już nikt nie wiedział, jaki jest sens tej walki. Warto przy okazji sięgnąć po kilka książek, które na mnie zrobiły wielkie wrażenie. Znakomity reportaż historyczny Petera Englunda "Piękno i smutek wojny" - kiedyś otworzył mi oczy na to, czym była tamta wojna. Albo po sensacyjną powieść Pierre,a Lemaitre "Do zobaczenia w zaświatach". Czy Stefana Hertmansa "Wojnę i terpentynę". Wreszcie po książkę historyczną Włodzimierza Borodzieja i Macieja Górnego "Nasza wojna. Imperia", której część druga, "Narody", właśnie się ukazała. (Kupiłam, ale kiedy ja ją przeczytam?) I pewnie wiele innych.

Marcin Wilk "Pokój z widokiem. Lato 1939"

Temat ostatnich wakacji przed wybuchem drugiej wojny najwyraźniej zrobił się modny, bo oprócz książki Marcina Wilka "Pokój z widokiem. Lato 1939" (W.A.B. 2019), o której dziś piszę, ukazały się też inne pozycje na ten sam temat. Okazją jest zapewne fakt, że mija osiemdziesiąt lat od tamtego lata. Jedna to Marcina Zaborskiego "Jeszcze żyjemy. Lato 1939".  Z opisu, jaki znalazłam na stronie wydawnictwa Świat Książki, które Zaborskiego wydało, wynika, że jej treść może być dość podobna. Natomiast "Wakacje 1939" Anny Lisieckiej to opowieść o tym, jak spędzała tamto lato elita artystyczna. Raczej nie sięgnę, jedna rzecz na ten sam temat wystarczy, a i ona, chociaż ciekawa i mimo tematu lekka w lekturze, należy do kategorii książek, które można, ale niekoniecznie trzeba przeczytać

Czy dowiedziałam się czegoś nowego? Raczej nie. Czy pobudziła mnie do szerszych refleksji? Coś zmieniła w moim sposobie myślenia? Na pewno nie. Już dawno mam za sobą taki metafizyczny dreszcz związany ze świadomością, że tamte wakacje to ostatnie chwile przed kataklizmem, ostatnie momenty radości, czego wielu sobie wtedy nie uświadamiało. Ten dreszcz zawdzięczam mojej ulubionej powieści Jarosława Iwaszkiewicza "Sława i chwała". To tam troje (chyba, pamięć zawodzi) młodych bohaterów spędza razem beztroskie wakacje w Tatrach. Oni nie wiedzą, my wiemy. Potem podobne wrażenie zrobił na mnie powtarzany do znudzenia film Michała Kwiecińskiego "Jutro idziemy do kina" według scenariusza Jerzego Stefana Stawińskiego. Jak wynika z końcowych napisów oparty mniej lub bardziej wiernie na faktach. 

Nawet jeśli liczono się z wybuchem wojny, to nikt nie mógł sobie wyobrazić rozmiaru tragedii, jaka czekała Europę, bo i skąd. Poza tym większość wierzyła, że nawet jeśli wybuchnie, to potrwa krótko, a Polacy są zwarci i gotowi, nie oddadzą nawet guzika od munduru. Ta fraza powtarza się w książce często, przywołują ją bohaterowie, z którymi rozmawia Marcin Wilk. To ludzie, którzy wtedy byli dziećmi lub nastolatkami. Pochodzili z różnych miejsc w Polsce i z różnych warstw społecznych. Na przykład z Gdyni, z Zakopanego, z Zaleszczyk, z Wileńszczyzny, z Wołynia, z Małopolski. Pełny przegląd. Podobnie ma się sprawa ze statusem społecznym. Jest córka oficera marynarki, syn księgarza, ale są też wiejskie dzieci, które żadnych wakacji nigdy nie miały, bo przecież latem na wsi najwięcej jest pracy. Ich relacje dotyczą nie tylko dwóch letnich miesięcy, są znacznie szersze. Opowiadają o swoim przedwojennym życiu - o rodzinie, o zabawach, o szkole, o przyjaźniach, o stosunku do Żydów. Lipiec i sierpień 1939 roku to tylko część ich opowieści. Z tym naddatkiem ma problem Kinga Dunin, która pisała o książce na łamach Krytyki Politycznej. Przyznam, że dzięki niej dowiedziałam się o "Pokoju z widokiem". Mnie ten nadmiar nie przeszkadza, chociaż, jak wspominałam, niczego odkrywczego się nie dowiedziałam.

Ale książka Marcina Wilka składa się nie tylko z wypowiedzi kilkunastu bohaterów. Znajdziemy tu też fragmenty z dzienników Marii Dąbrowskiej czy biografii Witolda Gombrowicza pióra Klementyny Suchanow, wspomnienia Eugeniusza Kwiatkowskiego i kilku innych znanych osób. A oprócz tego bardzo dużo artykułów z prasy poświęconych wywczasom - lekkich, dowcipnych felietonów, reportaży czy tekstów informacyjnych. Te fragmenty ze względu na ciekawe wiadomości, a przede wszystkim język, wydały mi się interesujące. I z opowieści bohaterów i z tekstów prasowych wynika jedno - lipiec był jeszcze raczej beztroski. Tylko relacje z Wolnego Miasta Gdańska i korespondencja z Niemiec odbiegają tonem od pozostałych opowieści. Dopiero w drugiej połowie sierpnia groza narasta, aż dochodzi do mobilizacji ogłoszonej w ostatniej chwili. Na dworcach tłok, panika, ludzie z tobołami chcą wrócić do domu, ale miejsce w pociągu trudno zdobyć. Co było dalej, wiemy. Wiedzą też bohaterowie książki Marcina Wilka. O ich powojennych losach autor informuje w posłowiu, zaspokajając ciekawość czytelnika, który zdążył się już z nimi zżyć.

Czytać, nie czytać? Na pewno będzie to interesująca pozycja dla młodych czytelników, dla pozostałych niekoniecznie. Dobra na urlop, na podróż pociągiem, na weekendowy wypad. Ja czytałam właśnie w takich okolicznościach - potrzebowałam czegoś ciekawego, niezbyt wymagającego, czegoś, co można czytać z doskoku.

"Portret kobiety w ogniu"

Właściwie wcześniej nie zamierzałam oglądać "Portretu kobiety w ogniu" Celine Sciammy. Zapowiedź tego filmu widziałam w moim ulubionym kinie od dawna, wielokrotnie też przed różnymi seansami oglądałam trailer. Raz, że nie przepadam za kinem historycznym, dwa, że nie wiem, dlaczego byłam przekonana, że to filmowa konfekcja. Dopiero ostatnio, kiedy zaczęły pojawiać się bardzo dobre recenzje, ugięłam się i poszłam. I nie żałuję, bo obejrzenie "Portretu kobiety w ogniu" to ogromna przyjemność. Na szczęście nie sprawdziły się moje obawy - przeciwnie to nie jest film dla masowej widowni. Na ekranie oglądamy właściwie przez większość czasu tylko trzy aktorki, akcja toczy się wolno, słów też nie pada jakoś nadmiernie dużo, a kamera skupia się często na detalach - fałdach sukni, ułożeniu dłoni, twarzy wydobytej z ciemności i wielu innych. Ale kiedy bohaterki wychodzą na spacer, kąt widzenia rozszerza się - oglądamy surowy, piękny krajobraz Bretanii, wzburzone morze, klify, łąki. Równie nastrojowe są obrazy wnętrz dość ponurej rezydencji, pustej, zimnej, z której bujne towarzyskie życie już dawno wyparowało. Teraz po większości wielkich pomieszczeń hula przysłowiowy wiatr. Wielkim atutem tego filmu są piękne zdjęcia, które często przypominają obrazy. Jeśli tak jest, to pewnie nieprzypadkowo, bo Marianne, jedna z dwóch głównych bohaterek, przybywa do tej rezydencji, aby namalować portret Heloizy. Portret, który ma trafić do Mediolanu w ręce mężczyzny, za którego młoda kobieta ma zostać wydana za mąż. Tak to się kiedyś odbywało. Film jest opowieścią o powstawaniu tego obrazu. Oczywiście to wielkie uproszczenie, bo najważniejsze jest to, co się dzieje pomiędzy Marianne i Heloizą. 


Napisałam najważniejsze, ale to nadal niecała prawda o "Portrecie kobiety w ogniu". Rzeczywiście jest to love story, melodramat o zakazanej miłości dwóch kobiet, ale przecież nie tylko. Ten film jest znacznie bogatszy. To także opowieść o losie kobiety, która w tamtych czasach, a jest rok 1770, skazana była albo na zaaranżowane małżeństwo, albo na wegetację w domu kogoś z najbliższej rodziny, albo na los guwernantki, wcale nie taki różowy, albo na klasztor. Paradoksalnie to ostatnie rozwiązanie wcale nie musiało być najgorsze. Jak mówi Heloiza, jest tam biblioteka, można słuchać muzyki, można śpiewać, grać. Zamknięcie za murami klasztoru daje więc pewien rodzaj wolności. Bo tylko wyjątkowe kobiety, takie jak Marianne, stać na komfort samodzielności, życia bez mężczyzny, zarabiania na siebie. Ale Marianne jest córką malarza, możemy się domyślać, że była wychowywana inaczej. Gdybym nie była świeżo po lekturze znakomitych "Buntowniczek" Charlotte Gordon, opowieści o dwóch niezwykłych kobietach, Mary Wollstonecraft i jej córki, Mary Shelley, pomyślałabym, że bohaterki filmu są zbyt współczesne, że taki los jak Marianne był wtedy niemożliwy, że kobieta nie mogła być tak świadoma swoich pragnień jak Heloiza. No ale wiem, że i wtedy były kobiety, które próbowały żyć po swojemu. Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić, to do historii Marianne, której droga życiowa nie wydaje się być okupiona jakimiś wielkimi wyrzeczeniami. Jeszcze raz powołam się na "Buntowniczki" - w tamtych czasach samodzielność była wyzwaniem rzuconym światu, wymagała wielkiego hartu ducha, bo łączyła się ze skandalem i ostracyzmem. No ale "Portret kobiety w ogniu" to film bardzo poetycki, zbudowany na metaforze, a nie kino społeczne czy historyczne w dosłownym sensie tego terminu. 


Kolejnym tematem filmu jest kobieca solidarność. Trzecią bohaterką jest Sophie, młoda służąca. Między kobietami rodzi się więź, bo przyjaźń to w tym wypadku za duże słowo. Marianne i Heloiza pomagają jej w kłopocie, bo same są świadome, że podobny los mógłby spotkać każdą z nich. Taka historia to wtedy, ale przecież i dzisiaj, przydarzała się kobietom bardzo często. Jest w tym filmie piękna, poetycka, niekoniecznie realistyczna scena spotkania grupy kobiet. Nie chcę pisać więcej, aby nie zdradzać za wiele. Zresztą to nie jedyna scena metaforyczna, o wielkiej mocy, urodzie, sile przekazu.


No i jeszcze coś. Gra z mitem o Orfeuszu i Eurydyce, który staje się tu metaforą melodramatycznej miłości Marianne i Heloizy. Dlaczego Orfeusz odwrócił się i spojrzał na Eurydykę? Dlaczego nie wytrzymał i stracił ją na zawsze? - zastanawiają się bohaterki filmu. Bo tak za nią tęsknił, bo tak bardzo chciał ją już zobaczyć. Ale Marianne i Heloiza udzielają dwóch innych odpowiedzi. Jedna dotyczy artysty, którym był przecież Orfeusz, druga Eurydyki, która w takim ujęciu staje się pełnoprawną bohaterką mitu. Kto nie widział, niech ogląda uważnie, aby nie utracić tych kwestii, bo obie odpowiedzi rymują się oczywiście z historią Marianne i Heloizy. Mimo że film ma ramy melodramatu, to jest to opowieść krzepiąca. Nie żałuj, zapamiętaj. - to dosłownie zacytowane słowa jednej z bohaterek, chyba Marianne. Wciąż je słyszę, bo wydały mi się bardzo ważne, krzepiące właśnie. Oczywiście kiedy się nad nimi zastanowić, nie wydają się jakoś szczególnie odkrywcze, ale często zapominamy o tej prostej prawdzie, która może być pocieszeniem w naszych małych i wielkich dramatach.

Piękny film. Kiedy wpisałam jego tytuł w wyszukiwarkę, mignęły mi słowa recenzji, które zacytuję: Jeśli istnieje jeszcze na ekranie czysta poezja, ten film jest tego dowodem. Nic dodać, nic ująć. Żałuję, że to nie ja wpadłam na tę lapidarną, ale niezwykle trafną konkluzję.

PS. Autorem tego zdania jest Janusz Wróblewski, krytyk filmowy tygodnika Polityka.

Olga Tokarczuk "Prawiek i inne czasy"

Nobel dla Olgi Tokarczuk sprawił, że sięgnęłam w czeluście mojego czytnika i wydobyłam z nich jej dwie książki, które tam od dawna leżały "Prawiek i inne czasy" (Wydawnictwo Literackie 2015) oraz "Dom dzienny, dom nocny". Zrobiłam też coś, czego zwykle nie robię - przerwałam lekturę reportażu, który właśnie czytałam, i zabrałam się za "Prawiek", a zaraz potem za drugą z wymienionych powieści. 

Moja znajomość z prozą Tokarczuk zaczęła się kiedyś od "Ostatnich historii", które jakoś specjalnie mnie nie obeszły. Całkiem możliwe, że nie byłam wtedy gotowa na taką literaturę. Dopiero po wielu latach sięgnęłam po jej książkę ponownie - tym razem były to "Księgi Jakubowe", chociaż, przyznaję, nie zaraz po premierze. Już nie pamiętam, co mnie w końcu do tego skłoniło. Ciekawość? Pewien rodzaj przymusu, bo powieść stała się głośna i miała znakomite recenzje, a w końcu została nagrodzona Nike? Historia Jakuba Franka? Nieważne, jak było, ważne, że po lekturze doceniłam wielkość Tokarczuk. Chociaż po powieści historyczne sięgam rzadko, nie jest to mój ulubiony gatunek, "Księgi Jakubowe" przeczytałam z ogromnym zainteresowaniem i wielką przyjemnością. Naprawdę warto znaleźć czas, aby zatopić się w lekturze, kontemplować ją i dać się porwać tej historii. Potem był "Pokot" Agnieszki Holland, a ja zaraz po jego obejrzeniu przeczytałam jego literacki pierwowzór - "Prowadź swój pług przez kości umarłych", którym się zachwyciłam. Czy wtedy kupiłam "Prawiek" i "Dom dzienny, dom nocny"? Czy zaraz po "Księgach Jakubowych"? Nie pamiętam. Jak to zwykle bywa, w nawale nowości, zaległości, przypadkowych inspiracji czy poleceń czekały na swoją kolej. Aż wreszcie teraz wraz z radosną nowiną o Noblu dla pisarki, o którym bałam się myśleć na serio, bo wtedy na pewno by go nie było, przyszedł ich czas.

Przyznaję, że do takiej literatury musiałam dojrzeć. Nie tyle o wiek tu chodzi, ile o zmianę i poszerzenie literackich gustów. Jest całkiem prawdopodobne, że dziś przeczytałabym do końca "Sto lat samotności" Marqueza, bo wstyd przyznać, że kiedyś nie dokończyłam lektury. Być może ponowię próbę? (Przed chwilą sprawdziłam - można kupić ebook.) Piszę o tym, bo "Prawiek i inne czasy" wykracza daleko poza konwencję powieści realistycznej. Owszem, takie ma ramy, ale rozsadza je żywioł baśni, przypowieści, trochę fantastyki. Mamy tu wprawdzie rodzinną sagę - historię rodziny Niebieskich i Boskich mieszkających w tytułowym Prawieku, ale opowieści o innych bohaterach wykraczają znacznie poza realistyczny porządek. Taka jest historia ubogiej Kłoski, która mieszka w zrujnowanym domu pod wielkim lasem, gdzie podobno przebiega niewidzialna granica świata. Taka jest opowieść o starej Florentynce, która za swoją rodzinę ma gromadę psów. Dosłownie. Taki jest wątek dziedzica Popielskiego owładniętego manią grania w dziwną grę, którą dostał jeszcze przed wojną od starego rabina. Z pogranicza snu albo baśni jest historia Złego Człowieka. Ale nawet opowieść o Izydorze Niebieskim, synu Genowefy i Michała, bracie Misi, która z czasem staje się główną bohaterką powieści, nieco wykracza poza realistyczne ramy. Wymienieni przeze mnie bohaterowie to odmieńcy, wyrzutki, dziwacy, boże prostaczki. Poruszają się po obrzeżach wiejskiego świata, świata Prawieku. To oni obdarzeni są intuicją, szóstym zmysłem, widzą to, czego inni nie dostrzegają. Samotni, skazani na egzystencję poza głównym, nurtem żyją zanurzeni w naturze. Ich żywiołem są łąki, pola, a szczególnie las otaczający wieś, bujnie krzewiąca się roślinność, zwierzęta. 

Ale obok opowieści o nich mamy sagę rodziny Niebieskich i Boskich - historię Genowefy, Michała, Misi, Pawła, Adelki. Sagę sięgającą pierwszej wojny światowej kończącą się chyba w latach osiemdziesiątych. Jest to przede wszystkim opowieść o ludziach zamkniętych w świecie Prawieku i najbliższej okolicy. Szczególnie starsze pokolenie nie wychyla nosa dalej, ale już najmłodsze ucieka ze wsi, która z czasem wyludnia się i popada w ruinę. Tylko Historia pisana z dużej litery dociera do Prawieku. To oczywiście druga wojna, która  burzy dotychczasowy porządek. Najpierw pojawiają się Niemcy. Są eleganccy, mili, ale sprowadzają zagładę na dawny świat. Znikają Żydzi zamieszkujący Jeszkotle, miasteczko niedaleko Prawieku. Zostaną wypędzeni ze swoich domów, wywiezieni w nieznane, a kto się opiera, zginie od razu. To najbardziej przejmujący moment książki. Potem przyjdą Rosjanie. Przez Prawiek przetoczy się linia frontu, która zmusi mieszkańców do ucieczki do lasu. Ale mniejsze zawieruchy odbijają się zaledwie dalekim echem, bo ludzie zajęci są codziennymi sprawami, troskami, tęsknotami, marzeniami, które najczęściej i tak się nie spełniają. 

Bo "Prawiek i inne czasy" to powieść bardzo pesymistyczna. Przynajmniej ja ją tak odebrałam. Ludzki los jest pasmem niespełnień, nieudanych wyborów, zawiedzionych miłości, codziennej krzątaniny, znoju, chorób, a w końcu śmierci. Czas płynie, wszystko przemija, a człowiek nawet po śmierci niekoniecznie zazna spokoju. Pełno w tym świecie dusz, które błąkają się między ziemią a niebem, w jakimś bezczasie i niebycie. Gdzie w tym wszystkim jest Bóg? Kim jest Bóg? A właściwie jaki jest? To pytanie powraca w powieści wielokrotnie za sprawą dziwnej, tajemniczej gry, która stała się obsesją dziedzica Popielskiego. Bóg jest tu kapryśnym eksperymentatorem, który stwarza wiele światów, a potem je porzuca. Żaden nie jest udany. Wszystko wymyka się Bogu spod kontroli, a szczególnie człowiek. Dlatego jest samotny i znudzony, czasem bywa okrutny dla ludzi. Chciałby umrzeć, ale nie może, bo przecież jest Bogiem. Jego miejsce zajmuje bujnie pleniąca się natura, przyroda, która pewnie pochłonie Prawiek. A mnie zakiełkowało pytanie - czy dziś w dobie katastrofy klimatycznej Olga Tokarczuk też tak by to napisała? 

Mimo smutku i melancholii "Prawiek i inne czasy" podobał mi się bardzo. Teraz czytam "Dom dzienny, dom nocny" i już rozumiem, dlaczego przy okazji noblowskiego szumu wielu ludzi zawodowo zajmujących się literaturą jako swoją ulubioną powieść Tokarczuk wymieniało właśnie tę ostatnią. Chociaż ja uważam, że pisarka pełnię swoich możliwości pokazała w "Księgach Jakubowych", gdzie charakterystyczne dla siebie motywy i fascynującą historię połączyła z drobiazgowym opisem świata.

"Wysoka dziewczyna"

Z powodu nawału bardzo ciekawych premier zmuszona byłam wybrać się do kina aż dwa razy w ciągu jednego weekendu. Staram się tego nie robić, bo wtedy cierpi książka. Tym razem nie miałam wyboru, ponieważ w kolejce czekają jeszcze izraelskie "Synonimy". Najpierw obejrzałam znakomite "Boże Ciało", a zaraz potem "Wysoką dziewczynę" Kantemira Bałagova. Dopiero później uświadomiłam sobie, że widziałam jego pierwszy film "Bliskość", który bardzo mi się podobał, o czym pisałam na blogu. Pierwszy i jedyny, bo ten pochodzący z Nalczyku reżyser jest bardzo młody, ma zaledwie dwadzieścia osiem lat, a już sukcesy na koncie - oba filmy zostały zauważone w Cannes, gdzie dostały nagrody FIPRESCI. Jego historia jest bardzo ciekawa, o czym dowiedziałam się z wywiadu z nim, który przeczytałam. Jak sam mówi, sukces spadł na niego dość nieoczekiwanie, jeszcze kilka lat temu nie bardzo wiedział, co zrobi ze swoim życiem. Owszem, kręcił jakieś filmiki komórką, ale traktował to raczej jak zabawę. Nie śmiał myśleć, że mógłby zająć się tym profesjonalnie. I wtedy na miejscowym uniwersytecie wybitny rosyjski reżyser Aleksandr Sokurow zaczął prowadzić kurs filmowy, pierwszy i ostatni, bo, jak mówi Bałagov, szybko go to znudziło, to nie jego temperament. Jaki wspaniały zbieg okoliczności! Iście filmowy! Poświęciłam tyle miejsca krótkiej reżyserskiej drodze Bałagova, bo wydaje mi się niezwykła. Tak jak jego filmy. Już "Bliskość", jak wspomniałam, bardzo mi się podobała, "Wysoka dziewczyna" jeszcze bardziej, chociaż jest dość wymagająca w odbiorze. Niestety żaden z nich nie może liczyć na masową widownię. A już szczególnie ten ostatni.



Dlaczego? Ciężki temat, wolne tempo, skomplikowane, trudne, męczące relacje między bohaterkami, sposób filmowania, który sprawia, że widz czuje się przytłoczony. Oczywiście to świadomy zabieg. Ja jednak polecam "Wysoką dziewczynę" każdemu, kto ceni kino artystyczne, dotykające spraw ważnych. Proszę się nie obawiać, nie ma tu żadnych eksperymentów formalnych, żadnego przerostu formy nad treścią. Ale do rzeczy. O czym jest ta historia? Jakich spraw dotyka? To opowieść, której akcja rozgrywa się pierwszej powojennej jesieni i zimy w Leningradzie (dziś Petersburg), luźno inspirowana reporterską znakomitą, wstrząsającą książką Swietłany Aleksijewicz "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety"

Bohaterkami są dwie młode kobiety, które razem były na froncie. Nie wiemy, czy znały się wcześniej, czy ich bliska relacja ma swoje korzenie w wojennym losie. Ija, tytułowa wysoka dziewczyna, ze względu na wzrost nazywana Tyczką, wróciła z frontu pierwsza. Jest pielęgniarką w szpitalu, od czasu do czasu popada w dziwny stan odrętwienia, co będzie miało bardzo ważne konsekwencje dla losów bohaterek. Prawdopodobnie to wynik urazu głowy, jakiego doznała na froncie, właśnie z tego powodu została zwolniona, ale nie można wykluczyć, że jest to też skutek wojennej traumy. Mieszka w Leningradzie w komunałce - dużym mieszkaniu, które dzieli wielu lokatorów. Tłok, ścisk, brak intymności, niekoniecznie lubiani sąsiedzi. Mieszkanie jest zagracone, ciemne i ... bardzo pstrokate. Zieleń i czerwień te kolory dominują na ścianach pokoju i w strojach bohaterek, nawet włosy drugiej, Maszy, są intensywnie kasztanowe. 

Jak dowiedziałam się ze wspomnianego wywiadu, to nie jest przypadek. Po pierwsze, co może dziwić, tak wyglądały wnętrza komunałek i tak ubierali się ludzie, którzy pragnęli koloru po latach udręki. A po drugie te barwy mają swoją symbolikę - powtórzę za reżyserem: zieleń to nie tylko nadzieja, ale i niewinność, płodność, empatia, macierzyństwo, czerwień to krew, wojna, ale również namiętność, potrzeba nowych doświadczeń. Taka właśnie jest Masza, która wraca z frontu po zakończeniu wojny. Żywiołowa, otwarta, radosna, chce kochać, chce wyjść za mąż, chce mieć dzieci. Ija przeciwnie. Łagodna, uśmiechnięta, sympatyczna, ale zamyślona, zamknięta w sobie, spokojna, nieśmiała, zdystansowana, mimo to lubiana przez pacjentów, którymi są głównie żołnierze ranni na froncie. Od mężczyzn raczej stroni, jakby bała się bliskiego kontaktu z nimi, a już szczególnie intymnego. Nie wiemy, co przeżyła, czym się zajmowała na wojnie. Jest bardzo prawdopodobne, że jej urazy mają swoje źródło w wojennych przeżyciach - gwałcie, wykorzystywaniu seksualnym przez żołnierzy.  


Między przyjaciółkami zaczyna toczyć się pewna gra. Przyciągają się i odpychają, lubią, a może kochają, i nienawidzą. Pojawia się zazdrość, dominacja, a nawet coś z relacji kata i ofiary. Bardzo to skomplikowane i bardzo ciekawe, gęste, mocne, duszne. Skąd biorą się te namiętności? Tego niestety nie mogę zdradzić - trudno głębiej wgryzać się w relacje między bohaterkami, bo nie mogę napisać, co poza różnicą charakterów do wybuchu emocji doprowadziło. W każdym razie wbrew temu, co być może, czytelniku tej notki, wyobraziłeś sobie na temat filmu, jest w nim precyzyjnie zarysowana akcja. Najpierw na naszych oczach rozegra się tragedia, drugiej, wojennej, możemy się domyślać, a ich skutkiem jest intryga, która nakręca akcję i komplikuje relację między Iją i Maszą.


Film świetnie oddaje ciężką atmosferę liżącego wojenne rany Leningradu. Miasto jest szare, smutne, kontrast stanowią pstrokate wnętrza ciasnej komunałki i kolorowe swetry bohaterek, ogniste włosy Maszy. A jej przeciwieństwo, lnianowłosa Ija, przypomina dziewczynę z perłą Vermera. I wydaje mi się, że malarz zostaje przywołany w filmie. Skąd to nawiązanie? Jeśli w ogóle jest? Jako kontrast dla tamtego mieszczańskiego świata? A tu chaos, zniszczenie, cień śmierci? A może reżyser odwołuje się do symboliki obrazów Vermera? Ale chociaż uwielbiam malarstwo niderlandzkie, także Vermera, ale nie znam się na jego symbolice, no i nie mam jednak pewności, czy te aluzje są świadome, porzucę ten wątek. 

Na koniec dodam jeszcze, że film jest kolejnym głosem pokazującym inne oblicze wielkiej wojny ojczyźnianej, jak nazywają drugą wojnę Rosjanie, oblicze kobiece. Opowiada o sprawach, o których długo się nie mówiło - o kobietach, które są podwójnymi ofiarami. Nie dość, że walczyły, cierpiały, to jeszcze były gwałcone albo seksualnie wykorzystywane za przyzwoleniem dowódców.

"Boże Ciało"

Jesienna obfitość interesujących premier filmowych trwa. A ten weekend od dawna zapowiadał się szczególnie - do kin weszły aż trzy tytuły, które koniecznie należy obejrzeć. Trudno, musiałam złamać ustanowioną jakiś czas temu zasadę, że nie chodzę w weekend do kina dwa razy. W pierwszej kolejności pognałam na "Boże Ciało", w drugiej na "Wysoką dziewczynę", a izraelskie "Synonimy" muszą poczekać. Film Jana Komasy obejrzałam z zapartym tchem, wyszłam pod wrażeniem, a przed oczami wciąż mam niezwykłą twarz znakomitego Bartosza Bieleni. Że jest to aktor niezwykle utalentowany, doskonale wiem, bo widziałam go wielokrotnie w teatrze. 


"Boże Ciało" to historia dwudziestoletniego Daniela odsiadującego karę w zakładzie poprawczym. Wielki wpływ ma na niego ksiądz, któremu służy do mszy. Chłopak chciałby pójść do seminarium, ale kryminalna przeszłość uniemożliwia mu zrealizowanie marzenia. Kiedy jednak zostanie zwolniony warunkowo, zamiast podjąć pracę w zakładzie stolarskim, trochę przez przypadek zaczyna udawać księdza. Jego kontrowersyjne metody, wynikające początkowo z bezradności, zaskakują, z czasem jednak sprawiają, że coraz więcej wiernych z parafii przekonuje się do niego. Bo Daniel ma charyzmę i wydaje się szczerze wierzyć. Nie buduje dystansu, jest z ludźmi, angażuje się w ich problemy, słucha, próbuje dawać otuchę i nieść nadzieję, a przy tym śmiało przyznaje się do swoich słabości, wątpliwości, do swojej marności, oczywiście nie zdradzając prawdy o sobie. Z drugiej strony w zaciszu plebanii jest dawnym Danielem, zwyczajnym, młodym chłopakiem, który wyszedł z zakładu poprawczego. Tak naprawdę nie wiemy, czy rzeczywiście wierzy, bo przeszedł duchową przemianę, czy może jest tylko zafascynowany rolą księdza. Widzimy, jak do tej roli dorasta, jak początkowo zagubiony, czemu trudno się dziwić, z czasem staje się coraz bardziej pewny siebie, w dobrym tego słowa znaczeniu, i angażuje się w konflikt toczący miejscową społeczność, chcąc za wszelką cenę doprowadzić do jego rozwiązania, nie zważając przy tym na koszty, jakie może ponieść. 


Z historią Daniela bardzo mocno splata się drugi istotny temat tego filmu - to analiza zamkniętej wiejskiej społeczności, która przeżywa traumę spowodowaną tragedią, do jakiej doszło kilka miesięcy wcześniej. Ukrywanie niewygodnych faktów, wydanie wyroku, mentalny lincz, ostracyzm, układy, układziki. Daniel razem z niepokorną Elizą (znakomita Eliza Rycembel), córką kościelnej, Lidii (również znakomita Aleksandra Konieczna), próbują wyświetlić prawdę i doprowadzić do pojednania. Są jak para sprawiedliwych, którzy muszą zderzyć się ze społecznym oporem. Na ironię zakrawa fakt, że tym sprawiedliwym jest chłopak z poprawczaka, który ma za sobą nieciekawą przeszłość. Właściwie dlaczego tak mnie to dziwi? W starych dobrych westernach tez tak bywało. 


Ale oba wątki, kościelny i historia zamkniętej społeczności, spaja pytanie o wiarę. Co to znaczy wierzyć? Co z przykazaniem miłości bliźniego? Co z nakazem wybaczania? Co z nierzucaniem fałszywego świadectwa? Wiara to jedno, a życie drugie. Codzienność daleka jest od tego, jak powinien żyć prawdziwie wierzący katolik. Nie ma tu nic, czego byśmy nie byli świadomi. Z podobnymi praktykami, choć niekoniecznie w tak tragicznych okolicznościach, mamy do czynienia na co dzień. Wszędzie. W najbliższym otoczeniu i w życiu publicznym. Przecież jest oczywiste, że gdyby ci wszyscy, którzy mienią się katolikami, naprawdę próbowali wcielić przykazania w czyn, żylibyśmy w zupełnie innym społeczeństwie. I nie myślę tu tylko o politryce, ale choćby o takich codziennych sprawach jak przemoc domowa, jak wyzyskiwanie innych, jak drobne i większe kombinatorstwo, jak atakowanie tych, z którymi nam nie po drodze, z różańcem w ręku albo z Bogiem na ustach. 


Wielkość filmu Komasy polega jednak na tym, że nic tu nie jest czarno-białe. Twórcy filmu pochylają się nad wszystkimi bohaterami, starają się ich zrozumieć, nie wyszydzają ich, nie walą na odlew młotem krytyki, nie przemawiają z wyżyn swojej wielkomiejskości i moralnych racji. Chociaż bywa śmiesznie, chociaż film niesie nadzieję, pokazuje, że można się przełamać, stanąć w prawdzie, to jednak ta historia okazuje się bardzo gorzka. Daniel i Eliza są jak bohaterowie antycznej tragedii. Szczególnie on. Jego dążenie do prawdy, do wyznaczonego celu, musi zostać okupione ofiarą. Ofiarą z ciała i krwi. Czy ta ofiara na dłuższą metę obróci się na dobre? Jakie skutki dla mieszkańców wioski przyniesie jego krótka obecność? Z tymi pytaniami zostajemy. 

Im dłużej myślę o tym filmie, tym głębsze jego pokłady odkrywam. Jest tu kilka zapadających w pamięć scen znakomicie pokazywanych. Myślę nie tylko o ich ustawieniu, rozegraniu, ale także o obrazie. Szczególnie jedna zrobiła na mnie wrażenie swoją malarską urodą. Twarze, poorane zmarszczkami, naznaczone cierpieniem, pewnie też alkoholem, wyłaniają się z ciemności. W ogóle film wizualnie jest piękny. Sielska, górska okolica kontrastuje z chaosem świata, z tragedią, z nienawiścią, jaka zżera mieszkańców wsi. Jest tu też kilka świetnie nakreślonych postaci, także tych z drugiego czy trzeciego planu. No i historia Daniela z jednej strony zanurzona w rzeczywistości, z drugiej metaforyczna. Jest przecież jednocześnie i nawróconym łotrem, i człowiekiem, który dla wyższego celu decyduje się złożyć ofiarę z siebie. Jest wreszcie rozbicie między dojmującą, brudną codziennością, a pragnieniem duchowości. Czy Daniel będzie miał w sobie siłę, aby w tej koszmarnej sytuacji, w jakiej ostatecznie się znalazł, ocalić w sobie ten metafizyczny pierwiastek i dobro?

Charlotte Gordon "Buntowniczki. Niezwykłe życie Mary Wollstonecraft i jej córki Mary Shelley"

O książce Charlotte Gordon "Buntowniczki. Niezwykłe życie Mary Wollstonecraft i jej córki Mary Shelley" (Wydawnictwo Poznańskie 2019; przełożyła Paulina Surniak) usłyszałam przy okazji Literackiego Sopotu - jej autorka była gościem festiwalu. Przeczytałam nawet niewielki artykuł o książkach, na które z tej okazji należy zwrócić uwagę. Na tej liście znalazły się także "Buntowniczki". Ale mimo tego biografia Mary Shelley, autorki "Frankensteina", i jej matki, nieznanej mi zupełnie Mary Wollstonecraft, nie wydała mi się warta zachodu. "Frankensteina" nie czytałam, kojarzył mi się wyłącznie popkulturowo, a jego autorki zupełnie nie łączyłam z Percym Shelley'em, jednym z ważniejszych poetów angielskiego romantyzmu. Tym bardziej nie miałam pojęcia o matce Mary. Teraz nie wiem, czy powinnam się wstydzić, czy nie tylko ja byłam taką ignorantką. Dopiero rozmowa Maxa Cegielskiego z Charlottą Gordon przeprowadzona w programie Xięgarnia (TVN 24) zdecydowała, że książkę postanowiłam jednak przeczytać. Szczęśliwy traf sprawił, że jakoś bardzo szybko znalazłam ebook w nadzwyczaj korzystnej cenie i niemal natychmiast zabrałam się za lekturę, pozostawiając inne książki na boku. I pomyśleć, że właściwie miałam ochotę tę rozmowę przewinąć! Tymczasem książka Charlotte Gordon okazała się wielkim odkryciem przynajmniej z kilku powodów.

Mary Wollstonecraft
Pierwszym i najważniejszym są same bohaterki, Mary Wollstonecraft i jej córka Mary Shelley. Kobiety niezwykłe - samodzielne, buntowniczki, pisarki, myślicielki, osoby o radykalnych poglądach, opowiadające się za wolnością, za reformami, admiratorki rewolucji francuskiej, walczące o prawa człowieka i prawa kobiet, przeciwniczki małżeństwa, zwolenniczki wolnej miłości. Sprzeciwiały się niewolnictwu, świętemu prawu własności, dziedziczeniu majątków i tytułów, nierównościom społecznym, opowiadały się za wolnością dla Irlandczyków. Gdybyśmy mieli oceniać je współczesnym kryteriami, śmiało można by je nazwać feministkami i lewaczkami. Żyły na swoich warunkach. Chciały same zarabiać na siebie, być niezależne od rodziny i mężczyzny, czytaj męża. Chciały kształcić się i pisać, wywierać wpływ na życie intelektualne epoki. Chciały, aby inaczej wychowywano dziewczęta. To zagadnienie było oczkiem w głowie szczególnie Mary Wollstonecraft, która nie tylko pisała na ten temat, ale także przez pewien czas prowadziła nowoczesną szkołę dla dziewcząt. Była autorką wielu książek, najważniejsze z nich to "Wołanie o prawa człowieka" i "Wołanie o prawa kobiety". Uważała, że nie ma praw człowieka bez praw kobiet. Przykro myśleć, że niektóre z ich postulatów są aktualne i dziś. 

Mary Shelley
Aby zrozumieć, na co się porwały, trzeba uświadomić sobie, jakie życie było przeznaczone kobiecie w tamtych czasach, czyli w wieku XVIII i XIX. Wychowywana do bycia żoną i matką, jeśli nie wyszła za mąż, miała do wyboru dwie drogi. Albo wegetowanie przy rodzinie na przykład najstarszego z braci, który dziedziczył majątek rodzinny, albo pracę guwernantki lub nauczycielki na pensji. Nie było to ani prestiżowe zajęcie, ani dobrze opłacane. Przeciwnie, stało nisko w hierarchii społecznej, często łączyło się z pracą półniewolniczą. Guwernantki, zdane na łaskę i niełaskę swoich chlebodawców, nierzadko były wykorzystywane przez nich seksualnie. Mary Wollstonecraft i jej córka Mary Shelley żyły tak, jak chciały, chociaż to niełatwa droga. Musiały borykać się z problemami finansowymi i pomagać rodzinie. Swoim zachowaniem gorszyły i wywoływały skandale, były obrzucane najgorszymi obelgami, poddane ostracyzmowi. Ich twórczość, chociaż niektórzy ją doceniali, większość traktowała bardzo krytycznie, tylko dlatego, że były kobietami. Nawet po śmierci ich najbliżsi chcąc uniknąć skandalu i złej sławy, zrobili wszystko, aby uładzić życiorysy i spuściznę obu pisarek. Dlatego zniekształcili ich dokonania. Mary Wollstonecraft przyprawiono gębę nieszczęśliwie zakochanej kobiety, żebrzącej o miłość mężczyzny, która ukojenie znalazła dopiero u boku męża, Williama Godwina, myśliciela i publicysty o radykalnych poglądach. Z kolei Mary Shelley na skutek zabiegów swoich potomków stała się przykładną żoną poety Percy'ego Shelley'a. Nic bardziej błędnego. Wykastrowano je z całego ich intelektualnego dorobku. Dopiero  w drugiej połowie zeszłego wieku zaczęto odkrywać radykalne myśli i poglądy obu kobiet.

Kolejnym powodem, aby sięgnąć po "Buntowniczki", jest ich barwne życie obfitujące w niezwykłe zdarzenia, dramaty i tragedie. Mary Wollstonecraft pojechała do Francji w czasie rewolucji, była świadkiem terroru, zbrodni, ale także intelektualnego fermentu. Zdobyła się na samotne macierzyństwo, odbyła podróż do Norwegii, aby chronić interesy swojego ukochanego, ojca jej dziecka. Spotykała się jak równa z mężczyznami intelektualistami z kręgów literackich i filozoficznych w Londynie, prowadziła z nimi rozmowy i dyskusje, przyjmowała ich w swoim niewielkim domu. Ona, kobieta, wtedy! Przeżyła dwa zawody miłosne, ale otrząsnęła się z nich. I przede wszystkim pracowała, pisała, myślała. A jej córka, Mary Godwin, potem Shelley? Skandalistka - uciekła z domu z żonatym mężczyzną, Percym Shelley'em, który dopiero później stanie się docenianym poetą. Wtedy był radykałem, wegetarianinem, ateistą (!), zwolennikiem wolnej miłości, opowiadającym się za prawami dla Irlandczyków. Wyrzutek, skandalista, otoczony złą sławą. Stworzą dziwny związek, razem z przyszywaną siostrą Mary, Claire. Niezwykła była ich pierwsza podróż po Francji, w kilkanaście lat po rewolucji. Jechali bez pieniędzy przez kraj spustoszony wojną. Dalsze ich losy również obfitowały w niezwykłe zdarzenia, niestety naznaczone były także wieloma tragediami osobistymi, wyrzutami sumienia, borykaniem się z problemami finansowymi.

Ale książka Charlotte Gordon to także wspaniała opowieść o tamtych czasach. Autorka opowiada o obyczajach i o miejscach. Dla mnie fascynujące były fragmenty o osiemnastowiecznym i dziewiętnastowiecznym Londynie, o Anglii, o ogarniętej rewolucją Francji, o Włoszech czy Szwajcarii. Szczególnie portret Londynu wrył mi się w pamięć. Miasta brudnego, cuchnącego, zatłoczonego, niebezpiecznego. Wytchnieniem była ucieczka na tereny podmiejskie, które dziś są oczywiście w centrum angielskiej stolicy. Okolice kościoła St Pancras, w którym ślub z Godwinem wzięła Mary Wollstonecraft i gdzie została pochowana, to dziś ścisłe centrum miasta, ruchliwy dworzec kolejowy. A wtedy przyjemna podmiejska okolica, w której żyło się lepiej niż w cuchnącym wyziewami fabryk i rynsztoków mieście. Kolejna warstwa książki to oczywiście ludzie tamtej epoki. Wydawcy, filozofowie, intelektualiści, pisarze. Między innymi Percy Shelley i Byron, który jest ważnym bohaterem "Buntowniczek", bo jego losy były od pewnego momentu ściśle splecione z Mary Shelley, jej mężem i przyszywaną siostrą Claire. Wszystko to fascynujące, smutne i odkrywcze.

I już prawie na koniec warto wspomnieć, że Charlotte Gordon pisząc tę podwójną biografię niezwykłych kobiet, matki i córki, zastosowała ciekawy chwyt. Otóż opowiada o ich życiu naprzemiennie, rozdział po rozdziale - raz o Mary W., raz o Mary S. Z jednej strony wzmaga tym ciekawość czytelnika, kończąc rozdział w najbardziej intrygującym momencie, z drugiej zderza w ten sposób życie i dorobek obu bohaterek. Pokazuje, jak córka była spadkobierczynią intelektualnego dorobku matki. A przecież jej nie poznała, bo Mary Wollstonecraft zmarła kilka dni po urodzeniu dziecka.

Niezwykle ciekawa książka, bardzo bogata, mądra i, co ważne, czyta się ją znakomicie. Z konieczności zwróciłam uwagę tylko na ułamek zagadnień poruszanych przez autorkę. Nie muszę dodawać, że lektura obowiązkowa.

PS. 1 Charlotte Gordon będzie gościem Festiwalu Conrada. Nie mogę się doczekać!

PS. 2 Książce przydałaby się staranniejsza redakcja. Od czasu do czasu zdarzają się irytujące błędy. Mylenie potomków z przodkami, odniósł porażkę, a porażki się przecież ponosi, i tak dalej. Nie ma może tych błędów wiele, ale są i kłują w oczy.

Popularne posty