"Omar"

Nie mogłam nie pójść na "Omara", którego akcja toczy się na Zachodnim Brzegu. Początkowo myślałam, że to film izraelski, dopiero potem dowiedziałam się, że to produkcja całkowicie palestyńska, w dodatku nominowana w zeszłym roku do Oskara (do tej informacji nie przywiązuję specjalnej wagi, lekce sobie ważąc cały ten oscarowy przemysł). Film jest aż gęsty od emocji, ma bardzo dobre tempo, trzyma w napięciu, a przede wszystkim rozwija się zupełnie nieoczekiwanie. Zwrotów akcji jest kilka i nawet zakończenie zaskakuje. Jeśli ktoś widział zwiastun, może w czasie seansu liczyć na niespodzianki. Jest to kino gatunkowe (połączenie melodramatu z filmem sensacyjnym, a wszystko zanurzone w politycznym sosie), ale niebłahe. Pokazuje człowieka w sytuacji bez wyjścia, uwikłanego w politykę. Każe widzowi zastanowić się nad zdradą, zadumać nad splotem nieoczekiwanych zdarzeń, które zmieniają bezpowrotnie życie Omara. No i możemy przyjrzeć się realiom życia na Zachodnim Brzegu. Uczciwie przyznaję, że niezbyt pogodny to film. A przy okazji chciałabym polecić film izraelsko-palestyński "W ciemno", który swoją premierę w naszych kinach miał dwa lata temu, a ja zobaczyłam go dopiero teraz w czasie wakacyjnego przeglądu, jaki corocznie odbywa się w moim ulubionym kinie (tak narzekałam na brak ciekawych filmów latem, ale to nie cała prawda; w kinie bywałam często, tyle że na tym, co mi kiedyś umknęło). "W ciemno" to gejowska historia miłosna, która w prosty sposób uświadamia, czym jest w praktyce mur oddzielający Izrael od Zachodniego Brzegu. Nawet ja, chociaż sporo wiem na ten temat, byłam początkowo zaskoczona. Dziwiłam się tak, jak jeden z bohaterów, Izraelczyk, który nie był w stanie zrozumieć sytuacji swojego przyjaciela Palestyńczyka. Warto poszukać, tego filmu. I oczywiście koniecznie trzeba się wybrać na "Omara". A kto już widział, może czytać ciąg dalszy. Zapraszam.

O ile bohatera wspomnianego przeze mnie przed chwilą filmu "W ciemno", palestyńskiego studenta, polityka nie interesuje i najchętniej wyemigrowałby gdzieś daleko w poszukiwaniu normalnego życia (Byle dalej stąd, mówi w pewnym momencie), o tyle Omar jest w działalność podziemną zaangażowany. Pozornie żyje zwyczajnie, pracuje w piekarni, kocha się w siostrze przyjaciela, ale jednocześnie jest członkiem jednej z komórek Hamasu.

Wartość tego filmu polega między innymi na tym, że trudno bohatera ocenić jednoznacznie. Z jednej strony przyciąga uwagę (jest w nim coś magnetycznego), budzi sympatię i współczucie, z drugiej trudno zaakceptować jego terrorystyczną działalność. Kibicujemy jego miłości do Nadii, budzi naszą sympatię jego wrażliwość, subtelność, refleksyjny charakter. Współczujemy mu, kiedy obserwujemy, z jakimi absurdami musi się codziennie mierzyć, żyjąc w Palestynie, kiedy patrzymy, jak poniżają go izraelscy żołnierze, jak jest poobijany, posiniaczony i poraniony, jak torturują go w więzieniu. Współczujemy też potem, kiedy szantażowany przez izraelskie służby bezpieczeństwa, znajdzie się w sytuacji bez wyjścia. Ale jednocześnie wiemy, że z zimną krwią uczestniczył w planowaniu zamachu na izraelskiego żołnierza i tylko przypadek zdecydował, że to nie on strzelał. Gdyby Tarek kazał to zrobić jemu, nie miałby przecież żadnych wątpliwości. Ale chwilę wcześniej widzieliśmy, jak izraelscy żołnierze poniżali go. Święty by nie wytrzymał, myślimy sobie i już wpadamy w tę samą pułapkę. Przemoc rodzi przemoc. Nie wiadomo, co jest skutkiem, a co przyczyną. Spirala się nakręca.

Ten film pokazuje, jak stan zagrożenia, okupacja deprawują charaktery. Strach, nienawiść sprawiają, że wszystkie strony konfliktu uwikłane są w zło. Nawet dzieci rzucają kamieniami w samochód izraelskich żołnierzy. Ból, bicie, przemoc są w tym świecie czymś oczywistym. Omar niemal stale chodzi poobijany i posiniaczony, musi uciekać lub się ukrywać i traktuje to jak coś normalnego. Lekceważy rany, przechodzi nad nimi do porządku dziennego. Nawet miłość, rywalizacja o kobietę i zazdrość plączą się z polityką. Sposobem na pozbycie się konkurenta są denuncjacja, donos, fałszywe oskarżenie. Nie ma skrupułów. Amjad nie tylko wpycha przyjaciela w łapy izraelskich służb bezpieczeństwa, nie tylko naraża go na tortury, ale, co chyba jest najgorsze dla Omara, sprawia, że wszyscy uważają go za zdrajcę, donosiciela i kapusia. W tym świecie nikomu nie można wierzyć i ufać, nie wiadomo, kto jest przyjacielem, a kto wrogiem. Omar w pewnym momencie zdaje sobie sprawę, że sam musi stawić czoła sytuacji, w jakiej się znalazł. Na nikogo nie może liczyć. Ale i on swoje porachunki z Amjadem wyrówna w podobny sposób. Zdradzony, oszukany ostatecznie go zadenuncjuje i sam będzie chciał wykonać wyrok. Bardzo smutny to film. Uświadamia, że nie można bezkarnie igrać ze złem. Decydując się na podwójną grę, Omar dopiero po jakimś czasie zrozumie, że dał się schwytać w pułapkę. Zapewnienia agenta izraelskich służb bezpieczeństwa, że to tylko raz, że potem będzie wolny, będzie mógł normalnie żyć, są nic niewarte, o czym uprzedził go jeden z więźniów, który (o ironio) jednocześnie go zdradził. To, że Omar zastrzelił swoich prześladowców, nie rozwiązuje jego problemów, nie zwróci mu wolności. Na ich miejsce przyjdą inni, będą jeszcze bardziej nienawidzić, będą łaknąć zemsty. Pozostaje mu już tylko jedna droga, droga przemocy i terroru. 

A poza warstwą polityczną mamy tu też przecież tragiczną historię miłosną. Historię rywalizacji, zdrady, nieporozumień, zazdrości, cierpienia. Bardzo ciekawą, trzymającą w napięciu i po prostu przejmującą. Tym ciekawszy to film.    

Igor T.Miecik "Katiusza z bagnetem. 14 sekretów ZSRR"

Kilka tygodni temu usłyszałam w radiu rozmowę z Igorem T. Miecikiem, który właśnie wydał swoją drugą książkę "Katiusza z bagnetem. 14 sekretów ZSRR" (Dom Wydawniczy PWN 2014). Temat wydał mi się bardzo ciekawy i aktualny. Przecież o Rosji pisze się teraz i mówi na okrągło. Znam poprzednią książkę autora, zbiór rosyjskich reportaży "14:57 do Czyty", czytam też jego teksty drukowane systematycznie w prasie. Jak się okazuje, Miecik pisze o Rosji nieprzypadkowo. Jego babcia była Rosjanką, mieszkała jeszcze za czasów ZSRR na wschodniej Ukrainie (wtedy w Ukraińskiej Socjalistycznej Republice Radzieckiej), gdzie schroniła się przed represjami stalinowskimi. Jak powiedział autor w radiowej audycji, z której dowiedziałam się o jego najnowszej książce, wschodnia Ukraina była w tamtych czasach dobrym miejscem na zniknięcie, ukrycie się (nie należy rozumieć tego dosłownie) i przeczekanie. Miecik zaczyna swoją opowieść o czternastu sekretach ZSRR historią swojej babci, która dopiero pod koniec życia wyjawiła wnukowi tragiczne rodzinne sekrety. Wcześniej milczała, za to lubiła wspominać, jak za Stalina przystrajała kolorową bibułką lokal wyborczy. Ta opowieść staje się metaforą, która niesie całą książkę. Babcia Miecika nie jest wyjątkiem. Ukrywanie, milczenie, wypieranie niewygodnych prawd, zakłamywanie historii, wiara w ojczyźniane mity tworzone przez radziecką propagandę są w Rosji powszechne do dziś. Większość Rosjan nie jest gotowa na rozstanie z iluzjami.

"Katiusza z bagnetem" to czternaście kilkustronicowych rozdziałów, w których autor na podstawie książek, artykułów i własnych rozmów z historykami, artystami, muzealnikami, naukowcami, a czasem świadkami historii rozprawia się z czternastoma mitami. Najczęściej są to opowieści niepozbawione białych plam, sporo w nich domysłów i poszlak. Nadal trudno dojść do prawdy, dokumenty niszczono albo ciągle są tajne, zamknięte na głucho w archiwach, świadkowie nie żyją albo milczą. Są to opowieści bardzo ciekawe, ale potwornie przygnębiające. Zebrane razem, czytane jedna po drugiej przerażają. Dawno nie spotkałam tak czarnej książki. Miecik zestawił obok siebie historie tragiczne: głód na Ukrainie, blokada Leningradu, udział dzieci i kobiet w wielkiej wojnie ojczyźnianej, powojenny los żołnierzy okaleczonych w czasie wojny albo wziętych do niemieckiej niewoli, kolaboracja z nazistami, seksualne wybryki Berii. Na tym tle opowieści o prywatnym życiu Lenina, o tragicznej historii Stachanowa, który pobił rekord w wydobyciu węgla, o ukrywanych wypadkach w czasach pierwszych wypraw w kosmicznych to przysłowiowa bułka z masłem. Z książki wyłania się przerażający obraz kraju, w którym władza może wszystko, jednostka nic nie znaczy, liczy się tylko ideologia, w imię której można poświęcić życie milionów. Niby to żadne odkrycie, ale uświadomienie sobie tego po raz kolejny napawa grozą. Szczególnie teraz, kiedy dowodów na to, jak rosyjska propaganda miesza w głowach Rosjan, media dostarczają codziennie. Może żeby nie było tak beznadziejnie i strasznie, Miecik zamyka swoją książkę rozdziałem krzepiącym. Trudno mówić o nadziei, historia rosyjskiego prokuratora opowiedziana jako ostatnia jest przypadkiem jednostkowym, ale robi się dzięki niej choć troszeczkę jaśniej.

"Boyhood"

Premierami jesień się zaczyna. Tą parafrazą frazy z piosenki Czesława Niemena inauguruję powakacyjny sezon filmowy. Zapowiada się ciekawie, a co z oczekiwań wyjdzie, okaże się w kinie. Na początek zobaczyłam "Boyhood" Linklatera, autora mojej ulubionej trylogii ("Przed wschodem słońca", "Przed zachodem słońca" i "Przed północą"). O filmie mówiło się bardzo dobrze przy okazji Berlinale, gdzie dostał Srebrnego Niedźwiedzia. Przyznam, że nie czekałam na polską premierę z wypiekami na twarzy. Jakoś niezbyt interesował mnie temat ani eksperyment Linklatera, który przez dwanaście lat kręcił swój film z tymi samymi aktorami, pokazując zmiany zachodzące w bohaterach, podglądając upływający czas. Teraz jednak postanowiłam wybrać się do kina wygłodniała ciekawych nowości. No i chciałam się przekonać, o co tyle hałasu (tym razem cytat). Obejrzałam i mogę zapewnić, że rzeczywiście najnowszy film Linklatera jest wart wyprawy do kina. Mimo że bardzo długi, prawie trzy godziny, świetnie się go ogląda. Znakomite aktorstwo, szczególnie role dziecięce, zaduma, refleksja,, odrobina uśmiechu, odwieczne pytania, na które nie ma odpowiedzi, mierzenie się z losem. "Boyhood" ma wiele wspólnego ze wspomnianą przeze mnie trylogią. To też film gadany, bardzo prosty. Towarzyszenie codzienności. Ale tym razem w centrum uwagi jest rodzina, a przede wszystkim dzieci, ich relacje z rodzicami i rówieśnikami, ich dorastanie, dojrzewanie. Linklater ma dar wyławiania ze zwyczajnych sytuacji tego, co najważniejsze. Potrafi dotrzeć do sedna, do istoty rzeczy, pokazać banalną-niebanalną prawdę o życiu. Jeśli ktoś nie lubi jego poprzednich filmów, być może i ten go znudzi. Kto jednak jest ich fanem, jak ja, ten koniecznie powinien "Boyhood" zobaczyć. A kto już widział, niech przeczyta ciąg dalszy, gdzie kilka konkretów. Zapraszam.

Niby nic wielkiego. Ot, przyglądanie się życiu współczesnej, zwyczajnej rodziny, patchworkowej. Matka samotnie wychowująca dwójkę dzieci, starszą Samanthę i młodszego Masona. Weekendowy tatuś nadrabiający zaległości w kontaktach z córką i synem. Próby ułożenia sobie życia na nowo. A jednak z ekranu bije prawda. Dzięki przyjętej metodzie film ma walor dokumentu. Pewnie dlatego odnosimy wrażenie, że oglądamy coś ważnego. Przeglądamy się w tym, co na ekranie. I my też pewnie moglibyśmy stać się bohaterami filmu. Po raz kolejny mam ochotę sparafrazować znany cytat. Tym razem słowa Stendhala. Ten film jest jak zwierciadło przechadzające się po gościńcu. To odbija lazur nieba, to błoto przydrożnej kałuży. Co zobaczymy w zwierciadle podstawionym przez Linklatera? Najpierw kobietę i mężczyznę, matkę i ojca, którzy muszą stawić czoła konsekwencjom błędów młodości. Pewnie się kochali, a może pomylili pożądanie z miłością, zapomnieli się zabezpieczyć, co w chwili szczerości wyznaje ojciec (kapitalna scena uświadamiania Samanthy) i katastrofa gotowa: zbyt wczesne rodzicielstwo. Nie sprostali i to ona przede wszystkim zmaga się z konsekwencjami. Z trudem wychowania, z całym tym codziennym kołowrotem. Widzimy ją, zwyczajną kobietę, matkę. W rozciągniętym dresie, z lekką nadwagą, zdenerwowaną, kiedy traci cierpliwość do dzieci, kiedy kłóci się z przyjacielem i z ojcem Masona i Samanthy. Oboje rodzice próbują jakoś ułożyć sobie życie, a mimowolnymi ofiarami padają dzieci. Chcą czy nie chcą, muszą, bo nie mają wyboru, podporządkować się ich decyzjom. Zmienić miasto, szkołę i zostawić przyjaciół. Pogodzić się z uczuciowymi wyborami matki. Zaakceptować jej kolejnych nieudanych mężów. Być świadkiem jej upokorzenia, w milczeniu, kuląc się ze strachu, znosić wrzaski tyrana i alkoholika. A kiedy zaprzyjaźnią się z jego dziećmi, muszą się z nimi rozstać. Mason i Samantha, chociaż  dla rodziców bardzo ważni, są jak bagaż, który można przestawiać  z kąta w kąt, z mieszkania do mieszkania, z rodziny do rodziny. (Tu przypomina się "Przeszłość" Farhadiego.) A przecież dorośli nie robią tego specjalnie, chcą tylko ułożyć sobie życie i mają do tego prawo. Oni też padają ofiarami swoich nieudanych wyborów. Paradoksalnie to ojciec, ten mniej odpowiedzialny, w końcu szczęśliwie dobije do portu. Matka, chociaż spełniona zawodowo, ma poczucie przegranej. Kiedy Mason wyprowadza się z domu, zostaje sama. Znowu musi szukać, próbować, starać się wypełnić pustkę.

Ale "Boyhood" to przede wszystkim film o dzieciach, o dojrzewaniu. Masona i Samanthę obserwujemy przez dwanaście lat, od dzieciństwa do momentu, kiedy żegnają się z domem i wyjeżdżają na studia. Ona bardziej wygadana, wyszczekana i żywiołowa, on spokojny, nieco wycofany, przygląda się wszystkiemu z boku, ale widać, że jest refleksyjny i zastanawia się nad tym, co go spotyka. Tak będzie do końca. Oboje muszą sprostać nowym wyzwaniom, jakie funduje im matka szukająca swojego miejsca w życiu. Próbują protestować, wyrażać swoje niezadowolenie, rozczarowanie, ale co więcej mogą? Poznają, co to strach, ból, przemoc, tęsknota, bezradność, zawiedzione uczucia, rozczarowanie, rozstanie z przyjaciółmi. Kiedy będą starsi, zrozumieją, że nie da się w życiu uniknąć błędów. Tym razem będą je popełniać na własny rachunek. Alkohol, papierosy, trawka, drobne kłamstwa, pierwsze miłości, cierpienie rozstania i dociekanie, kto zawinił, jaki błąd popełniłem. To Mason zadaje w tym filmie najprostsze, ale najważniejsze pytania. Jaki jest sens tego wszystkiego, pyta naiwnie ojca. Ale ojciec nie zna odpowiedzi. Kto ją zna? Może rzeczywiście ważne jest to, co teraz? Ta chwila, którą właśnie przeżywamy?

Rozstajemy się z Masonem w momencie, kiedy dostaje się do collegu. Jeszcze kilka lat i osiągnie wiek, w jakim byli jego rodzice, kiedy ich poznaliśmy. Jest u progu dorosłości. Szuka drogi, szczęścia i sensu. Jak matka i ojciec przed laty, jak wielu przed nim i po nim. Każdy robi to po swojemu, każdy chce jak najlepiej, nie zawsze się udaje. Czy jemu się uda?

A w tle dyskretnie pokazana historia Ameryki znaczy upływ czasu. Inwazja na Irak, wybory prezydenckie i sprawy drobniejsze, ale też ważne na przykład Facebook. No i świetne aktorstwo, szczególnie rewelacyjne dzieci. Od Ellara Coltrane, który gra głównego bohatera, trudno oderwać wzrok. Jest w nim coś magnetycznego.




Ed Vulliamy "Ameksyka. Wojna wzdłuż granicy"

Do książki brytyjskiego dziennikarza i reportera, Eda Vulliami'ego, "Ameksyka. Wojna wzdłuż granicy" (Czarne 2012; przełożył Janusz Ochab)  zabierałam się bardzo długo, mimo że od razu wiele o niej mówiono i pisano, a jej sławę przypieczętowała Nagroda im. Ryszarda Kapuścińskiego, którą dostała rok temu. To zmobilizowało mnie, żeby ją kupić, ale swoje na półce książek oczekujących odleżała. Może dlatego, że Ameryka jakoś nie leży w sferze moich zainteresowań. Wiem, wiem, pewnie to błąd, ale zawsze w takich sytuacjach tłumaczę się tym, że trudno czytać wszystko i o wszystkim. Z tych samych powodów inny zbiór reportaży, o którym też było głośno, nadal tkwi na mojej liście książek, które chcę przeczytać. Myślę tu o "Śmierci w Amazonii" Artura Domosławskiego. W końcu jednak zdjęłam "Ameksykę" z półki i zabrałam się za lekturę, wkraczając tym samym w obszar zagadnień, o których słyszałam tylko piąte przez dziesiąte. Na pewno niezwykle ciekawy i ważny.

Czym jest owa tytułowa Ameksyka? Tak nazwał Vulliamy tereny po obu stronach granicy Stanów Zjednoczonych i Meksyku. Od Pacyfiku do Zatoki Meksykańskiej, pas ziemi o długości około 3400 kilometrów i szerokości 80. Kalifornia, Arizona, Nowy Meksyk, Teksas, pustynia, graniczna rzeka Rio Grande. Świat znany z westernów, ale też z takich filmów jak "To nie jest kraj dla starych ludzi" braci Coenów czy "Tarffic" Stevena Sodebergha. Przygraniczny świat owiany romantyczną legendą o charakterystycznej dla takich terenów specyfice. Świat, gdzie toczy się normalne, codzienne życie, które czerpie napęd ze swego położenia. Daleko od Waszyngtonu i daleko od Mexico City. I tu należy zrobić przerwę, bo to, co dotąd napisałam, może cię zmylić, czytelniku tej notki. Życie się toczy, bo musi, ale od wielu lat jest to życie w cieniu narkotykowej wojny, która zbiera krwawe, bezsensowne żniwo, oczywiście nieporównanie częściej po stronie meksykańskiej. Meksyk opisywany przez brytyjskiego reportera to kraj straszny. Toczony polityczną korupcją i niemocą, walką pomiędzy narkotykowymi kartelami o strefy wpływów, biedą. Ofiarami narkotykowej wojny stają się właściwie wszyscy. Nie tylko ci nieliczni, którzy jeszcze mają odwagę w jakikolwiek sposób protestować, nie tylko członkowie karteli i gangów, przemytnicy, handlarze i inni związani z tym przemysłem, ale także zwykli ludzie. Śmierć bardzo często bywa poprzedzona wymyślnymi torturami, zadawana jest w sposób wyszukany i niezwykle okrutny, a jej ofiary są coraz częściej zupełnie przypadkowe. Trudno dopatrzeć się w tym jakiejkolwiek logiki, jest tylko przyjemność zabijania. Takie są zabójstwa młodych kobiet czy narkomanów w ośrodkach odwykowych prowadzonych najczęściej przez nawróconych zapaleńców. Do rangi symbolu urosło meksykańskie Juarez uważane za najniebezpieczniejsze miasto obu Ameryk, niektórzy posuwają się dalej, twierdząc, że to najniebezpieczniejsze miasto świata. Autor kilkakrotnie przytacza statystyki: na początku 2009 roku w ciągu czterdziestu ośmiu godzin zamordowano tam dwadzieścia jeden osób, a w całym roku zabójstw w Juarez było 2390. Nie ma dnia, nie ma nocy bez morderstwa, najczęściej kilku. W innych przygranicznych meksykańskich miastach jest tylko trochę lepiej. Ale narkotykowa wojna ma i inne skutki. Nie chodzi tylko o to, że na tych terenach władza należy właściwie do karteli, które mają policję w kieszeni, a rząd próbuje zaprowadzić ład przy pomocy wojska. Nie chodzi też tylko o powszechny strach, tłumienie wolności mediów, ale może najgorsza jest deprawacja młodego pokolenia. Młodzi chłopcy czy mężczyźni jedyną szansę dla siebie upatrują w pracy dla kartelu. To łatwy, ale niebezpieczny zarobek. A kto raz w to wejdzie, nie wyplącze się nigdy. Świat narkotyków wytworzył w Meksyku swoistą kulturę. Zespoły specjalizujące się w piosenkach gloryfikujących bohaterów narkotykowego biznesu,  kult Santisima Muerte, Najświętszej Śmierci, duchowego symbolu wojny narkotykowej, romantyczną aurę otaczającą ten świat i związanych z nim ludzi.

Ale Vulliamy nie pisze tylko o narkotykowej wojnie, która niszczy pogranicze. Opowiada też o innych problemach. O położonych przy granicy amerykańskich fabrykach i zakładach, w których za grosze i w nieludzkich warunkach pracują Meksykanie, wykonując najprostsze czynności (najczęściej jest to montaż czegoś z dostarczonych ze Stanów elementów). Nie muszę chyba pisać, że coraz częściej te zakłady przenoszone są w rejony jeszcze tańsze, co tylko pogłębia biedę i bezrobocie. Pisze o dzielnicach nędzy, w których mieszkają pracownicy tych fabryk. O migracji z centralnego, a jeszcze częściej z południowego Meksyku za pracą. O marzeniu wielu, aby uciec do Stanów. O przemycie ludzi przez granicę drogą zwaną Drogą Diabła. O towarach przewożonych przez tiry i o tym, jak się ten handel odbywa. Co w nim dziwnego? A no to, że meksykańskie ciężarówki nie mają prawa przekroczyć granicy, dlatego w miejscu zwanym Bramą Ameryk (miasta Laredo w Stanach i Nuevo Laredo w Meksyku) przeładowuje się tony towarów z jednych tirów na drugie, a jakie to rodzi konsekwencje, tego można dowiedzieć się z książki. No i wreszcie o handlu bronią, który jest skutkiem biznesu narkotykowego. Obraz Meksyku, a szczególnie terenów przygranicznych, bo o nich pisze Vulliamy, jaki wyłania się z książki, jest potworny. Czytając "Ameksykę", zadawałam sobie pytanie, jak można tam żyć. A trzeba dodać, że autor to wytrawny dziennikarz i reporter, znawca tematu, na pograniczu Stanów i Meksyku zjadł zęby. Podróżował po tych terenach wiele lat, poznając je i pisząc o toczących je problemach. Po obu stronach granicy ma wielu znajomych, przyjaciół i liczne kontakty.

No dobrze, a gdzie w tym wszystkim Stany? Zapytasz, być może, czytelniku tej notki. Ach są, ach są. Książka Vulliami'ego to podróż od Pacyfiku do Zatoki Meksykańskiej odbywana po obu stronach granicy. Autor opowiada też o życiu po amerykańskiej stronie. Pisze o zetknięciu się Trzeciego Świata z Pierwszym. W jednym drogi dziurawe, w drugim gładkie, w jednym Juarez, najniebezpieczniejsze miasto świata, a po drugiej stronie granicy El Paso, jedno z najbezpieczniejszych miast w Ameryce. I tak dalej, i tak dalej. Ale nie to jest najważniejsze. Istotą "Ameksyki" jest oskarżenie, jakie autor kieruje pod adresem Pierwszego Świata. Odpowiedzią na problemy związane z kłopotliwym sąsiedztwem jest odseparowanie się od niego w każdy możliwy sposób. Wzmożone kontrole na granicach, zamykanie tych granic, niewpuszczanie meksykańskich tirów, deportowanie imigrantów, a wreszcie budowanie muru. Tak, tak muru. Cóż w tym dziwnego, być może wzruszysz ramionami czytelniku tej notki, uznając dezaprobatę autora, a za nim moją, za przejaw politycznej poprawności. Ale to nie tak. Vulliamy obnaża hipokryzję Pierwszego Świata, który jedną ręką odgradza się od niewygodnego sąsiedztwa, podczas gdy drugą korzysta z niego. I nie chodzi tylko o te zlokalizowane po meksykańskiej stronie granicy fabryki, o których pisałam, ale o narkotyki. Jest popyt, więc jest podaż. Kiedy bogata Ameryka kupuje dragi, nie zastanawia się, jaka jest ich prawdziwa cena. Ci sami Amerykanie, którzy piją kawę oznaczoną logo fair trade, kupują jednocześnie narkotyki, które ze sprawiedliwym handlem nie mają nic wspólnego. Z troską pochylają się nad losem wykorzystywanych plantatorów kawy, ale nie zastanawiają się, ile ofiar stoi za ich działką i kto z niej czerpie prawdziwe zyski, a kto naraża się za jakiś ochłap. Ale to jeszcze nie wszystko. Za pieniądze z narkobiznesu kartele kupują w Stanach morze broni. Z Meksyku do Stanów przemycane są narkotyki, w drugą stronę płynie rzeka żelaza. I niewielu zastanawia się, jakie konsekwencje to rodzi. I tak koło się zamyka. A co dzieje się z zarabianymi na tym biznesie pieniędzmi? Pieniędzmi splamionymi krwią, jak nazywa je autor. Oczywiście są prane. Gdzie? W amerykańskich bankach. Jest prawie pewne, że część z nich posłużyła do ratowania tych, które były zagrożone bankructwem na początku ostatniego kryzysu. A wszystko niemal w majestacie prawa. Rozdział poświęcony temu procederowi napawa odrazą, obnaża po raz kolejny hipokryzję Pierwszego Świata.

No cóż, niewesoła to lektura, ale oczywiście ważna. Na pewno warto ją przeczytać, chociaż muszę uczciwie przyznać, że nie zawsze porywa. Niektóre fragmenty po prostu nużą. Może czasem za dużo przykładów, statystyk, może niektóre historie opowiada autor zbyt drobiazgowo. Radą na to jest czytanie "Ameksyki" po kawałku, rozdziałami, wolniej, a nie, jak ja to zrobiłam, połknięcie jej na raz (książka ma ponad pięćset stron gęsto zadrukowanych drobną czcionką).

Miron Białoszewski "Pamiętnik z powstania warszawskiego"

Od kilku lat, kiedy tylko w okolicach pierwszego sierpnia media wybuchają coroczną,

rytualną dyskusją na temat powstania warszawskiego, mam ochotę wrócić do lektury "Pamiętnika z powstania warszawskiego" Mirona Białoszewskiego. Po raz pierwszy przeczytałam go dawno temu i w jakimś sensie była to dla mnie książka inicjacyjna. Chyba wtedy zrozumiałam, czym jest wojna i po raz pierwszy zadałam sobie pytanie, które dziś przy okazji rozmaitych lektur towarzyszy mi często: jak da się przeżyć coś tak niewyobrażalnego? Jaką siłę trzeba w sobie mieć, żeby nie zwariować, przebrnąć a potem jeszcze żyć? Niektóre obrazy z Białoszewskiego majaczyły mi w głowie do dziś, tak silne wywarły na mnie wrażenie. Ciekawa byłam ponownego zetknięcia z książką. No i wreszcie w tym roku postanowiłam, że już muszę koniecznie. Może dlatego, że kilka miesięcy temu odnalazłam nieco sfatygowany rodzinny egzemplarz, który gdzieś się zawieruszył. Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Sięgnęłam po Białoszewskiego kilka dni temu, kiedy medialna wrzawa ucichła, a nowa związana z premierą filmu Komasy jeszcze na dobre nie wybuchła. Ja skorzystałam ze starego wydania PIW-owskiego z roku 1976, bo takie leży na mojej półce i jestem sentymentalnie do niego przywiązana, ale kto nie ma, a zdecyduje się przeczytać, niech sięgnie po świeżo wydaną przez PIW wersję bez skreśleń.

"Pamiętnik z powstania warszawskiego" Białoszewskiego to cywilne świadectwo tamtych dni. Urodzony w 1922 roku autor w powstaniu udziału nie brał. Napisałam te słowa i zadumałam się nad nimi. Na pewno nie brał udziału? Czy to możliwe wtedy w Warszawie? Nie walczył, nie był powstańcem, ale przecież powstanie go dotyczyło jak tysięcy mieszkańców miasta. Budował barykady, odgruzowywał zasypanych w piwnicach ludzi, gasił pożary, przenosił żywność dla powstańców. Ale przede wszystkim próbował jak inni jakoś przeżyć. A więc siedział w piwnicach, nasłuchując spadających z nieba bomb, pocisków wyrzucanych przez miotacze ognia i inne potworne wojenne machiny siejące spustoszenie i śmierć, zdobywał żywność, chodził po wodę, ale też cieszył się ze spotkań z dawno niewidzianymi znajomymi, próbował pisać. Białoszewski napisał swoją książkę po dwudziestu trzech latach od tamtych wydarzeń. Wcześniej nie potrafił, chociaż bardzo chciał. Miał czterdzieści pięć lat, kiedy wyznał na pierwszej stronie:

"... leżę na tapczanie cały, żywy, wolny, w dobrym stanie i humorze, (...) Warszawa znów ma milion trzysta tysięcy mieszkańców."

Jego pamiętnik to jednocześnie świadectwo powstania i świadectwo zmagań z pamięcią, czego na kartach książki stale jesteśmy świadkami. Białoszewski stara się opowiadać chronologicznie, ale wielokrotnie zderza się z figlami, jakie płata pamięć. Wydawało mu się, że czegoś był pewny, ale w miarę odtwarzania zdarzeń, okazuje się, że to nie ten dzień, że coś musiało zdarzyć się wcześniej albo później. Najczęściej jego niepewność dotyczy czasu, ale niekiedy miejsca lub na przykład tego, czy rzeczywiście z piwnicznego okienka na Miodowej mógł widzieć księżyc w pełni.

Chociaż "Pamiętnik z powstania warszawskiego" jest niewielkich rozmiarów (trochę ponad dwieście stron), to opowieść bywa bardzo drobiazgowa. Wraz z autorem zanurzamy się w piekło powstania. Białoszewski szczegółowo opisuje ryzykowne wędrówki pośród ruin, barykad, przez podwórka, piwnice, biegiem, w huku wybuchających bomb, a wszystko po to, by znaleźć znośną piwnicę, w której można by się schronić (zmieniał miejsce cztery razy). Ponownie wielkie wrażenie zrobiły na mnie opowieści o piwnicznym życiu. Nasłuchiwanie bomb, odliczanie do wybuchu, strach, czy trafi właśnie tu, szukanie najbezpieczniejszych miejsc (pod filarami, tak im się wtedy wydawało), wieczny huk, osypujący się tynk, modlitwy, ale też spacery (po piwnicach), życie towarzyskie, gotowanie, zdobywanie jedzenia i wody, drobne utarczki, ale najczęściej wielka życzliwość i wzajemne pomaganie sobie, powstańcze znajomości, radość i nadzieja na rychłe zwycięstwo, a potem na pomoc, wreszcie zobojętnienie i pogodzenie się ze śmiercią, która mogła przyjść w każdej chwili. Pisze o głodzie zaglądającym w oczy i doskwierającym braku wody. Szczegółowo opowiada o ewakuacji kanałami ze Starówki, co robi wielkie wrażenie, i o zdziwieniu, że Śródmieście wygląda jeszcze prawie normalnie. Kiedy tam trafił, początkowo jeszcze można  było mieszkać w mieszkaniach. Ale i to trwało krótko. No i przede wszystkim opisuje zagładę miasta. Morze gruzów, pożary, zbombardowane, płonące kościoły, klasztory, pałace. Było i nie ma, bezpowrotnie. Jeszcze raz oddam mu głos:

" ... i nagle nie ma miasta, nie ma domów, no ... rozpacz... (...) Po wszystkim. Dwieście tysięcy ludzi leży pod gruzami. Razem z Warszawą." 

"Pamiętnik z powstania warszawskiego" jest tym, czego domagają się, z każdym rokiem głośniej, uczestnicy dyskusji wokół powstania: kroniką ginącego miasta, głosem oddanym cywilom i hołdem dla nich, pewnie mimowolnym, bo przecież obcy jest Białoszewskiemu patos, heroiczny czy martyrologiczny ton. Zawsze się dziwię, że się o nim tak mało mówi. Chociaż autor nie pisze o epizodach najdrastyczniejszych, wspomina je tylko tak, jak wspomina się o czymś, co zna się z drugiej ręki (czasem w zaskakująco lekkim tonie), to i tak jego książka przeraża, bo pozwala zanurzyć się w powstanie, poznać je od podszewki. A przecież było jeszcze straszniej. Od niedawna mówi się o masakrze na Woli. W zeszłym roku czytałam w prasie wstrząsającą relację kobiety, która cudem ocalała, a tuż przed lekturą Białoszewskiego słuchałam w radiu fragmentu świeżo wydanej książki o powstaniu autorstwa kanadyjskiej historyczki Aleksandry Richie. Trafiłam na opowieść o bestialskich gwałtach na kobietach i dziewczynkach przetrzymywanych przez Niemców na Zieleniaku. Opis był tak drastyczny, że miałam ochotę zatkać uszy. Dlatego tak się zdziwiłam, kiedy Białoszewski kwituje ten epizod jednym zdaniem. Nie był tam przecież, tylko słyszał. Jak o tym opowiadać? Człowiek staje bezradny wobec ogromu zła i bestialstwa. Co innego książka historyczna.

Na koniec, krótko, bo się rozpisałam, muszę jednak wspomnieć o mistrzostwie Białoszewskiego. W końcu to literatura. Mistrzostwo przejawia się w zmyśle obserwacji, drobnych scenkach, opowieściach o ludziach, często w tonie plotkarskim, komentarzach, zdziwieniach i oczywiście w języku. Genialnie potocznym, mówionym i myślanym, żywym, pełnym słowotwórczej inwencji. Właściwie zastanawiam się, czy powinnam o tym pisać. Przecież każdy powinien przynajmniej słyszeć o tym ze szkoły. Mimo wszystko nie oprę się, aby jeszcze raz nie oddać głosu autorowi:

"Niepokój się zaczął, to trzeba było spokoju. Śpiewanie. Błaganie. Stanie. Już bez ciskań się. Różańce. Zacierki. Jedzenie pod framugą, bo się brało ze sobą." Albo: "Więc gdzieś tam w okolicy tego poplątania była odnoga w betonie, wszystko w betonie, szaro, twardo, sucho, szorstko, z tym że, jak w pralni harmider, latania, bety." Albo tak: "Po stoku na śmietnik, w dziurę w murze. Podwóruchno. Wlecenie na balkonik. Czyjeś mieszkanie. Wlecenie przez długą dechę w okno czyjegoś mieszkania. Tam siedzą. Baby. Ludzie. Dziura. Wlezienie w ciemno w leżących."

Wystarczy.

Chociaż może to niezbyt stosowne stwierdzenie w kontekście tematu, ale trzeba to powiedzieć: "Pamiętnik z powstania warszawskiego" to obok wstrząsającego świadectwa zagłady miasta i codziennego heroizmu, językowa i literacka uczta. Taki paradoks.

"Bardzo poszukiwany człowiek"

Wakacje to w polskich kinach marny czas. Nie od dziś wiadomo, że króluje głównie rozrywkowy repertuar. Mam jednak wrażenie, że tego lata jest wyjątkowo monotonnie i nieciekawie. W dodatku z powodu wyjazdów albo zbyt długiego wybierania się przepadły mi aż trzy niewakacyjne filmy. Chwilowo mój blog powinien chyba zmienić nazwę, bo tylko czytam, a oglądam niewiele. Mam nadzieję, że zbliżająca się wielkimi krokami jesień przyniesie zmianę repertuaru. Tymczasem wybrałam się na "Bardzo poszukiwanego człowieka", szpiegowski thriller nakręcony na podstawie powieści mistrza gatunku Johna le Carre. Mam jeszcze w pamięci inną ekranizację jego prozy, znakomitego "Szpiega". Ale już wcześniejszy "Wierny ogrodnik" wydał mi się  nazbyt sentymentalny i jakoś przewidywalny. Pamiętam, że wyszłam z kina rozczarowana. Ponieważ nie czytałam ani jednej powieści le Carre (może kiedyś nadrobię ten brak), trudno mi powiedzieć, na ile to słabość scenariusza, a na ile literackiego oryginału (pewnie to pierwsze, skoro autor uważany jest za mistrza w szpiegowskiej odmianie pisarskiego fachu). "Bardzo poszukiwanego człowieka" stawiam pośrodku. Jest bez wątpienia lepszy od "Wiernego ogrodnika", ale "Szpiegowi" nie dorównuje. 

Tym razem to historia współczesna osnuta wokół walki wywiadów z islamskim terroryzmem. Gdzieś w tle pojawia się bardzo aktualne pytanie o to, czy wywiadowi wolno działać poza prawem w imię szlachetnego celu, jakim jest bezpieczny świat. Ale problem został ledwo dotknięty, a szkoda. Jakoś nie wybrzmiewa z należytą mocą. I taki właśnie jest ten film. Dość powierzchowny, nazbyt przewidywalny, a jakby tego jeszcze było mało, postacie są jednowymiarowe. Niby domyślamy się, że główny bohater, agent kontrwywiadu grany przez Philipa Seymoura Hoffmana, niejedno przeszedł i mrok ma w duszy, ale bardziej w to wierzymy niż czujemy. Dlatego jest mi w zasadzie doskonale obojętny, żadnych emocji nie rozpala. Podobnie jest z Annabel, młodą, szlachetną prawniczką czy Issą, tajemniczym przybyszem z Czeczenii. Zbyt szybko rozwiewają się wątpliwości związane z tym bohaterem, właściwie nie wiadomo na jakiej podstawie, a przecież to wokół niego osnuta została szpiegowska intryga. Trudno też zrozumieć motywy decyzji, jakie podejmuje. A już oponenci agenta granego przez Hoffmana są postaciami nakreślonymi bardzo grubą kreską. Żadnego cieniowania racji, żadnych wątpliwości, z góry wiemy, kto tu będzie dobrym, a kto złym policjantem. I jeszcze jeden kamyczek do tego ogródka. Otóż mimo że akcja filmu toczy się w Hamburgu, wszyscy bohaterowie niezależnie od tego, kim są, mówią po angielsku. Taki zabieg, stosowany przez producentów w trosce o wyższą frekwencję, powoduje, że film trąci sztucznością. Marudzę i marudzę, ale przecież nie skreślam "Bardzo poszukiwanego człowieka". To uczciwa, filmowa robota, taka na czwórkę. Ogląda się ją bardzo dobrze, w jakimś napięciu, no i dwa razy (tylko? aż?) zostałam zaskoczona. Raczej gorzki to film, ale tylko raczej, a szkoda, bo zmarnowano potencjał na bardzo mroczne kino.

Philip Roth "Przeciwżycie"

Na mojej półce co jakiś czas przybywają kolejne powieści mojego ulubieńca, Philipa Rotha, a ja, też co jakiś czas, systematycznie po nie sięgam. "Przeciwżycie" (Czytelnik 2009; przełożyła Zofia Zinserling) przeczytałam w czerwcu 2013 roku, notkę o książce napisałam również wtedy. To kolejna pozycja, której bohaterem i narratorem jest pisarz Nathan Zuckerman, chyba przedostatnia z cyklu ( o ostatniej pisałam; to moja ulubiona, niezwykle poruszająca "Duch wychodzi"). Powieść, o której dzisiaj, dotyka trzech zagadnień, które ściśle się ze sobą splatają.

Pierwsze z nich, co pewnie zrozumiałe, skoro bohaterem jest pisarz, to problem twórczości. Ile twórca czerpie w swoich książkach z rzeczywistości? Na ile fikcja miesza się z życiem? Co jest prawdą a co zmyśleniem? I wreszcie jak dalece wolno pisarzowi wykorzystywać w swojej pracy cudze życiorysy? Zuckerman całą swoją twórczość czerpie z życia. Obsesyjnie notuje wszystko, co wydaje mu się istotne, tworząc z tych zapisków, jak sam pisze, magazyn w swej fabryce pamięci (to też jego określenie). Wszystko może się przydać i wszystko może być wykorzystane. Właśnie to stało u źródeł konfliktu między pisarzem a jego najbliższą rodziną. Po wydaniu jednej z powieści obrazili się na niego rodzice i brat Henry, który nie może mu wybaczyć, że jej bohaterami zostali właśnie oni, w dodatku ukazani w niekorzystny i nieprawdziwy sposób. Właściwie wszystkie bliskie mu osoby, które czytały jego książki, boją się, że zostaną sportretowane w kolejnych. To bywa powodem nieporozumień a nawet rozstań. Może dlatego Zuckerman wiedzie żywot samotnika, z dala od rodziny, porzucany przez kolejne kobiety? Zajęty tworzeniem powieści, w których, wychodząc od swoich korzeni, bada inne możliwości. I to są owe tytułowe przeciwżycia.

Tak doszłam do kolejnego tematu powieści. Roth-autor i Zuckerman-bohater-pisarz pokazują, jakie mogą być konsekwencje naszych decyzji. Co się stanie, kiedy podążymy za swoimi marzeniami, pragnieniami, zrywając z dotychczasowym życiem. Obaj stawiają swoich bohaterów wobec wyborów najważniejszych. Kładąc wszystko na jedną szalę, czasem ryzykują życie. Pytanie, czy warto? Czy warto dla odzyskania męskości poddawać się ciężkiej operacji? Jakie koszty zapłacimy, jeśli dla miłości zmienimy całkowicie środowisko? Czy można odejść od rodziny, aby zmienić wszystko? Czy warto porzucać samotność, aby w dojrzałym wieku zrealizować pragnienie bycia ojcem, które się nagle pojawiło? Jak daleko wolno się posunąć w swoich pragnieniach? Kiedy są to tylko egoistyczne zachcianki, a kiedy odzyskiwanie prawdziwego siebie? Roth i Zuckerman snują przeciwżycia swoich bohaterów. Pozwalają im sprawdzić, co się stanie. Zajrzeć na drugą stronę lustra. Taka jest moc literatury. Dzięki temu zabiegowi czytelnik stale jest zaskakiwany i trzymany w napięciu. Co jest prawdziwym losem bohaterów, a co jest szkicem wyjętym z magazynu fabryki pamięci Zuckermana? W swojej powieści Roth stale wodzi nas za nos.

I ostatni temat, stały motyw twórczości pisarza, to problematyka żydowska. Roth zastanawia się, jaką postawę powinni przyjąć Żydzi wobec reszty świata. Pokazuje ich kilka. A więc Żydzi amerykańscy, którym wystarczy tylko świadomość swoich korzeni. Żyją w kontrze do losu swoich rodziców. Nie są religijni, nie katują się Holokaustem, nie zastanawiają się, co myśli o nich świat. Nie czują się prześladowani czy dyskryminowani. Przeciwnie, mają się znakomicie. I to właśnie oni są znienawidzeni przez niektórych Żydów mieszkających w Izraelu, tych, którzy budują osiedla na Zachodnim Brzegu. Akcja powieści toczy się w roku 1978, kiedy osadnictwo dopiero się rozkręca. Roth w swojej powieści prezentuje ideologię, która za tym stoi. Przekonanie o konieczności powrotu do Judei, żydowskiej kolebki. Potępianie zeświecczonych Żydów ze Stanów i z Tel Awiwu. Tak, zdaniem bohatera, fanatyka mieszkającego w jednym z osiedli, dokonuje się prawdziwy Holokaust rękami samych Żydów. Tak Żydzi tracą swą podmiotowość, bo chcą upodobnić się do nie-Żydów, chcą im się przypodobać. Jest wreszcie jeszcze inna postawa reprezentowana przez zwariowanego młodzieńca, który remedium na antysemityzm, odnajduje w zaprzeczaniu Holokaustowi. Nie przypominajmy gojom ich win, a oni przestaną nas nienawidzić. Żydami będziemy i bez Holokaustu. I jeszcze inna możliwość, a łączy się z nią, chyba najciekawsza, opowieść o amerykańskim Żydzie, który przeprowadza się do Anglii. W Ameryce w ogóle nie zastanawiał się nad swoim żydostwem, tu nieoczekiwanie dla siebie spotyka się z zawoalowanym, głęboko zakorzenionym, często nieuświadamianym antysemityzmem, co zmusza go do zrewidowania swojej postawy. Nagle to, co w nim żydowskie, a do czego wcześniej nie przywiązywał wagi, staje się ważne. Broniąc się, oburzając, na nowo definiuje siebie. Czy przy okazji staje się przesadnie drażliwy? To zarzuca mu jego ukochana, Angielka, a on ją oskarża o nieuświadomiony antysemityzm, o którym przed chwilą pisałam. Spór pomiędzy parą bohaterów jest bardzo ciekawy. Stawia pytania o granice politycznej poprawności (chociaż samo pojęcie nie pada), o prawo do przewrażliwienia na swoim punkcie czy wreszcie o ów podskórny, często nieuświadamiany antysemityzm przejawiający się na przykład w języku. Chociaż powieść powstała w 1986 roku przedstawiane zagadnienia są bardzo aktualne. Można iść tym tropem dalej  poszerzyć pole rozważań o rasizm i problemy mniejszości.

"Przeciwżycie" to intelektualna przygoda zmuszająca czytelnika do myślenia, stawiania pytań, konfrontowania się z własnymi przekonaniami. Bliżej jej do "Operacji Shylock" niż do "Wzburzenia", "Nemezis" czy powieści "Duch wychodzi". Bardzo ciekawa i bardzo dobra. Po przeczytaniu już (albo dopiero) siedmiu książek Rotha (ile jeszcze przede mną!), mam już swój prywatny ranking. Najbardziej lubię te, w których pisarz dotyka zagadnień egzystencjalnych, one mnie prawdziwie poruszają, przejmują. To właśnie "Wzburzenie", "Nemezis" i "Duch wychodzi". Ale to nie znaczy, że po "Przeciwżycie" sięgnąć nie warto. Przeciwnie. Trzeba.

Zadie Smith "Londyn NW"

Dziś o najgłośniejszej albo najgorętszej, że użyję tego wyświechtanego przez językową modę określenia, premierze późnej wiosny, "Londyn NW" Zadie Smith (Znak 2014; przełożył Jerzy Kozłowski). Powieść zapowiadana i wyczekiwana, i bardzo szybko okrzyknięta przez polskich recenzentów wydarzeniem. Ja w każdym razie nie spotkałam się z głosami krytycznymi (myślę tu o zawodowych krytykach, bo już po napisaniu tej notki, a jeszcze przed publikacją wysłuchałam audycji Poczytalni w TOK FM, gdzie została jednogłośnie schlastana przez uczestników dyskusji). Czy trzeba przypominać, kim jest Zadie Smith? Miłośnikom literatury na pewno nie, gdyby jednak zabłąkał się na tę stronę jakiś miłośnik, który nic o niej nie wie, informuję, że to brytyjska powieściopisarka o jamajskich korzeniach. Jej prozatorski debiut, "Białe zęby", narobił przed laty dużo szumu. Odtąd każda powieść, a pisze niewiele (ta jest czwarta), witana jest entuzjastycznie, a autorka to już uznana marka w literackim świecie. Wychowała się w owym tytułowym i tajemniczo brzmiącym Londynie NW, czyli w robotniczej, północno-zachodniej dzielnicy. NW to po prostu kod pocztowy. Można śmiało powiedzieć, że Zadie Smith pisze o miejscu i ludziach, które doskonale zna. Czytałam "Białe zęby" i "O pięknie", było to jednak na tyle dawno, że nie ośmielę się dzisiaj do nich odwoływać. W każdym razie podobały mi się na tyle, że autorce jestem wierna, chociaż ominęłam "Łowcę autografów", dziś już nie pamiętam dlaczego.

Zadie Smith to autorka, o jaką na próżno na naszym literackim poletku upominają się niektórzy krytycy. Łączy w swojej twórczości świetnie opowiedzianą i skonstruowaną historię z tą wartością dodaną, dzięki której powieść otrzymuje przepustkę do działu literatury bardzo dobrej, ambitnej. Jednym słowem zadowoli różne literackie gusta i te najprostsze, i te domagające się czegoś więcej. Rzeczywiście książki Zadie Smith czyta się znakomicie, jak się zacznie, to trudno się oderwać. Na plażowe wakacje nadaje się jak najbardziej. Tak jest też z jej najnowszą powieścią. To historia czworga trzydziestolatków urodzonych i wychowanych w tytułowym Londynie NW, niegdyś dzielnicy robotniczej, później zamieszkanej też przez ludzi o rozmaitych odcieniach skóry. W Londynie gorszym, z gorszymi szkołami, a jednocześnie będącym kulturowym tyglem. Tacy są bohaterowie tej powieści. Leah, jedyna wśród nich biała, jej przyjaciółka Keisha a właściwie Nathalie, Felix i Nathan. Łączy ich sąsiedztwo i szkoła, którą kończyli. Szkoła, do której nikt, kto myśli z troską o przyszłości swoich dzieci i dysponuje jakąś gotówką, nie posłałby swojego potomstwa. Jeśli, czytelniku tej notki, pomyślisz sobie w tym momencie, że łatwo zgadnąć, co dalej, to muszę przyznać, że się nie mylisz. Tak, tak, będzie to opowieść o tym, na ile pochodzenie determinuje los człowieka. Tak, zgadłeś, jednym się powiodło, inni walczą, jeszcze inni spadli na samo dno. Nie traktowałabym jednak tego jak zarzut, bo w końcu wszystko już było, a literatura od zawsze przecież żywi się powtarzalnymi motywami i tematami. Jest to zresztą temat  istotny, egzystencjalna zagadka. Dlaczego ktoś osiąga sukces, a ktoś ma wiecznego pecha, a jeszcze ktoś mimo talentów i powodzenia u dziewczyn sięga dna. W powieści Zadie Smith nakładają się na to problemy rasowe. W kosmopolitycznym Londynie niełatwo wybić się komuś o ciemnym kolorze skóry, o ile nie urodził się w dobrej dzielnicy. Zła dzielnica i kolorowa skóra to piętno podwójne. A jednak Nathalie się udało. Jak to osiągnęła, ile ją to kosztowało i jaką cenę płaci za swoje perfekcyjne, zaplanowane z ołówkiem w ręku życie, o tym między innymi opowiada ta powieść.

Jest jednak coś, co drażniło mnie w "Londynie NW". To do bólu przewidywalne i, chociaż prawdziwe, to jednak zbanalizowane, szczególnie przez literaturę popularną i prasę dla kobiet,  problemy obu przyjaciółek trzydziestolatek. Nie chcę wdawać się w szczegóły, aby nie zdradzać za wiele tym wszystkim, którzy powieści jeszcze nie czytali, napiszę więc ogólnikowo: niespełnienie zawodowe i osobiste, znudzenie codziennością, dylematy związane z macierzyństwem, rozczarowanie życiem, konflikty matka-córka, meandry kobiecej przyjaźni. Jakoś szeleściło mi to wszystko papierem. Czytając, myślałam sobie z lekkim zniecierpliwieniem, ojej, znam to. A przecież Doris Lessing potrafiła tak pisać o podobnych problemach, że ciarki po plecach chodziły, a książka dotykała do żywego i zmuszała czytelniczkę do bolesnej konfrontacji z sobą. Czytając Zadie Smith nic podobnego nie czułam. Nie wykluczam jednak, że niejeden, a właściwie niejedna, odnajdzie tu siebie.

Ale mimo tych zastrzeżeń warto sięgnąć po "Londyn NW". Może mniej ważne od tego co, ważniejsze jest jak. To jak jest rzeczywiście mistrzowskie. Znakomity zmysł obserwacji i literacki talent sprawiają, że nawet epizodyczni bohaterowie mają za sobą jakieś historie, coś ich gnębi, coś czują. Kilka stron, jakaś banalna rozmowa, a przed czytelnikiem rozwija się czyjeś życie. Były fragmenty, które czytałam z zazdrością, jaką odczuwam czasem, kiedy trafia mi się lektura tak sprawnie, z takim talentem podana. O Boże, myślę sobie, jak bym tak chciała. Jak bym chciała mieć taki językowy słuch, tak napisać dialog, tak paroma kreskami naszkicować postać z krwi i kości, z jej przywarami, kompleksami, lękami i obawami. Jak bym chciała umieć tak obserwować ludzi, słuchać ich rozmów, a potem przelać to na papier. Ale niestety nie umiem, dlatego piszę o książkach, a nie książki. Pod tym względem szczególnie podobał mi się rozdział poświęcony Felixowi. Jeden dzień z jego życia, wędrówka po mieście, kilka spotkań, kilka rozmów, a najlepsza chyba ta z chłopakiem, od którego chce kupić samochód. Przyjemność czytania.

Mimo zastrzeżeń polecam najnowszą powieść Zadie Smith. Portret północno-zachodniego Londynu, kalejdoskop postaci i problemów gnębiących współczesnych trzydziestolatków. Zresztą nie tylko ich.

Książka na wakacje. Ota Pavel "Śmierć pięknych saren"

W czasie którejś z moich wakacyjnych podróży odkryłam prostą prawdę: w drogę najlepiej zabrać ze sobą do czytania formy krótkie, czyli opowiadania albo zbiory reportaży czy wywiadów, z których każdy stanowi zamkniętą całość. Opasłe powieści świetnie sprawdzają się w czasie wakacyjnego lenistwa na plaży czy w innych okolicznościach przyrody, ale na pewno nie wtedy, kiedy każdy dzień wypełniony jest włóczęgą i intensywnymi wrażeniami. Wówczas najlepiej sięgnąć po coś krótkiego, idealnie jeśli wystarczy na jeden wieczór. Tej zasadzie pozostaję wierna od kilku lat. W tym roku wzięłam ze sobą zbiór opowiadań Oty Pavla "Śmierć pięknych saren" (Biblioteka Gazety Wyborczej 2011; przełożyli Andrzej Czcibor-Piotrowski i Józef Waczków). Być może usłyszałam o niej po raz pierwszy właśnie w roku 2011, kiedy to Wyborcza wydawała serię Literatura czeska, w której "Śmierć pięknych saren" się ukazała.. Pamiętam, że każdą z jej pozycji polecał w gazecie Mariusz Szczygieł, znany reporter i czechofil. Jest bardzo prawdopodobne, że napisał wtedy słowa, które znajdują się na okładce:

"To książka, którą od lat kupuję w ilościach hurtowych i rozdaję znajomym. Bo to najbardziej antydepresyjna książka świata."

Potem jeszcze kilkakrotnie słyszałam albo czytałam, jak zachwalał opowiadania Oty Pavla (ostatni raz całkiem niedawno). Okazuje się, że słuchałam go (albo czytałam) niezbyt uważnie, skoro wbiłam sobie do głowy, że to opowiadania o sporcie, a szczególnie o narciarstwie. Dlatego nigdy nie próbowałam po nie sięgnąć. Aż tu nieoczekiwanie przed moim wyjazdem wpadły mi w ręce. Spojrzałam do spisu treści i ze zdumieniem stwierdziłam, że żaden z tytułów nawet nie ociera się o sport. Zagadka wyjaśniła się po moim powrocie, kiedy to znalazłam informację o autorze. (Może trudno w to uwierzyć, ale w wydaniu Biblioteki Gazety Wyborczej notki o autorze brak!) Otóż Ota Pavel był dziennikarzem i komentatorem sportowym i w czasie zimowej olimpiady w Insbrucku nagle zapadł na chorobę psychiczną. Spędził wiele lat w szpitalu psychiatrycznym, a pisanie stało się dla niego terapią i pozwoliło wrócić do życia. Z chorobą zmagał się jednak z przerwami do końca (zmarł w 1973 roku). Zostawił po sobie wiele zbiorów opowiadań, niestety w Polsce ukazał się oprócz tego, o którym dziś piszę, jeszcze tylko jeden ("Jak tata przemierzał Afrykę").

Być może, czytelniku tej notki, domyślasz się już, że skoro użyłam przed chwilą słowa niestety, podzielam entuzjazm Mariusza Szczygła dla opowiadań Oty Pavla. Tak, nie mylisz się. To książka ze wszech miar godna polecenia. Mam jednak kłopot z nazwaniem jej najbardziej antydepresyjną książką świata. Otóż jeżeli ktoś sięgnie po opowiadania czeskiego pisarza wiedziony nadzieją, że wprawią go one w doskonały nastrój i będą lekiem na melancholię, smutek, chandrę czy inne marne stany duchowe, może się poczuć wystrychnięty na dudka. Z jednej strony znajdziemy tam to, z czym często kojarzy się nam czeska literatura, a już szczególnie czeskie filmy. Rzeczywiście są te autobiograficzne historie bardzo często niezwykle śmieszne (bywało, że śmiałam się w głos). Ota Pavel sięga do swego dzieciństwa, młodości i dorosłości i garściami czerpie z nich zabawne opowieści o swoim ojcu, o sobie, o braciach czy znajomych i przyjaciołach rodziny. Przepyszne są opowiadania o tym, jak tatuś kupił staw z karpiami, jak sprzedawał najlepsze w Europie lepy na muchy, jak brat narratora złowił ogromnego karpia i zapragnął dowieźć go żywego do Pragi, aby pochwalić się przed wszystkimi przyjaciółmi, a szczególnie przed nieprzyjaciółmi, swoją zdobyczą, jak narrator wraz z niejakim Długim Honzą spływali Lużnicą i Wełtawą do Pragi, niewielkie mając pojęcie o tym, na co się porywają. Mogłabym tak wymieniać jeszcze przez chwilę. Ale to nie cała prawda o opowiadaniach ze zbioru "Śmierć pięknych saren". Jest i druga strona medalu. Autor nie ucieka od zdarzeń smutnych czy wręcz tragicznych. Wspomina nie tylko o chorobie, która go dotknęła, ale przede wszystkim o okrutnych wojennych losach swojej rodziny. Ota Pavel naprawdę nazywał się Otto Popper. Jego ojciec, Leon, był czeskim Żydem. To, że matka, Herminia, Żydówką nie była, nie uchroniło starszych braci autora przed trafieniem do obozu koncentracyjnego. Potem znalazł się tam też ich ojciec. Oni ocaleli, ale wielu członków jego rodziny skończyło w piecach Auschwitz. Pavel i o tym wspomina. Opowiada też o biedzie, niedostatku i strachu, jakie cierpiał, kiedy został tylko z matką. Pewnie, że nie znajdziemy w tych opowiadaniach żadnych makabrycznych scen, opisów tortur, prześladowań czy śmierci. Autor łagodzi wojenną tragedię, także swoją chorobę, chociaż w mniejszym stopniu, dzięki przyjętej konwencji. Po prostu często snuje swoje opowieści tak, jakby opowiadało je dziecko. Patrzy na świat dziecięcymi oczyma. A przecież dziecko nie wszystko rozumie, a przede wszystkim nie wszystko pamięta. Pojmuje rzeczywistość w sposób prosty i naiwny. Stąd takie proste, naiwne stwierdzenia:

"A kiedy przyszedł Adolf Hitler, pan Kowarzyk zabębnił i ogłosił (...)", " ... i gdyby nie mamusia, której bał się tylko odrobinę mniej niż Adolfa Hitlera (...)", "Chłopcy napychali się na przyszłe lata, aby przeżyć Teresin, Auschwitz, Mauthausen (...) i wszystkie te wspaniałe rzeczy, jakie im Niemcy zgotowali (...) ".

Ja jednak nic nie poradzę na to, że natychmiast te naiwne zdania wypełniają mi się konkretami, tymi wspaniałymi rzeczami, jakie im Niemcy zgotowali. Z jednej strony spojrzenie na świat oczyma dziecka osłabia tragizm wojennego czasu, z drugiej powoduje wzruszenie. Łzy się do oczu cisną, kiedy czytamy o tym, jak kilkunastoletni chłopiec próbuje zdobyć jedzenie dla siebie i matki, jak marznie w nieogrzewanym mieszkaniu, jak na kolację czeka na niego tylko kromka chleba i szklanka herbaty. Smutek i melancholia mieszają się z radością i śmiechem, wielkie z małym, patetyczne ze zwyczajnym. Te ostatnie stwierdzenia zapisałam kursywą, bo są niemal wiernym cytatem też z Mariusza Szczygła. Nie dotyczą bezpośrednio opowiadań Oty Pavla, ale to, według niego, cechy dobrego utworu literackiego. Idealnie pasują do prozy czeskiego pisarza.

Rozpisałam się, a myślałam, że napiszę notkę z tych mniej obszernych, jakie mi się czasem zdarzają, ale koniecznie muszę, choćby krótko, zasygnalizować, na czym jeszcze polega urok i wielkość opowiadań Oty Pavla. Po pierwsze na niczym nieskrępowanej dziecięco-naiwnej wyobraźni, która od czasu do czasu dochodzi do głosu w opowieściach nie tylko tych z czasów wojny. Ot choćby kilka zdań o ubzdryngolonym karpiu, który wypuszczony do rzeki wesoło sobie podśpiewuje, a potem opowiada innym karpiom, że był w prima sort gospodzie na kółkach, gdzie dawano za darmo śliwowicę, a także rum. Po drugie na pięknym języku, który w jakiejś mierze jest pewnie zasługą tłumaczy. Po trzecie wielka jest miłość autora do przyrody, zwierząt, wody, do krajobrazów południowych Czech i niezwykle pięknie przelewa ją autor na karty swojej książki. Dawno nie czytałam takich uczuciem przepojonych opisów, a przy tym nie są one ani sentymentalne, ani kiczowate. Po czwarte wreszcie, w co aż trudno uwierzyć, niezwykłe są opowieści wędkarskie. W życiu ryb nie łowiłam i zajęcie to wydaje mi się niezwykle nudne, a w opowiadaniach Oty Pavla znajdziemy całe strony o zmaganiach z rybami (celowo użyłam słowa zmagania). Ale jak to jest napisane! Narrator ryby kocha, zachwyca się ich wyglądem, czci je, wielbi i szanuje. Łowienie ryb to walka między człowiekiem a zwierzęciem, raz górą jest człowiek, innym razem ryba. Ale nawet pokonanej należy się podziw, miłość i szacunek. Trzeba przeczytać, aby zachwycić się pięknem opowieści Oty Pavla. Przecież nie  mogę bez końca cytować, chociaż miałabym na to wielką ochotę.

"Śmierć pięknych saren" to nieoczekiwane i cenne odkrycie. Sięgnijcie po te najczęściej zabawne, czasem jednak smutne, mądre, skrzące się wyobraźnią i pięknymi frazami niezwykłe opowiadania. Niekoniecznie w czasie wakacji. One są dobre na każdą pogodę.

Filmowe lato: "Pożądanie" i "Więzy krwi"

Mam wrażenie, że tegoroczne wakacje obfitują tylko w repertuar rozrywkowy. W poprzednich latach zawsze udawało mi się wyłowić coś ambitniejszego. W tym roku królują filmy miłosne, szeroko rozumiane sensacyjne, ewentualnie komedie. Takie też są zapowiedzi na dalszą część lata. Prawdziwy sezon ogórkowy. No chyba że nagle, niczym królik z kapelusza, wyskoczy coś innego. Nie mogę odżałować, że z powodu wakacyjnego wyjazdu przepadł mi irański film "Rękopisy nie płoną". Jak to możliwe, że w moim całkiem sporym przecież mieście, gdzie kin studyjnych jest kilka, grano go tak krótko i to tylko w jednym, moim ulubionym, kinie? Cóż, na bezrybiu i rak ryba, więc sposród filmów lekkich, łatwych i przyjemnych wybrałam dwa. Jeden romansowy, czyli francuskie "Pożądanie" z piękną Sophie Marceau oraz z Francoisem Cluzet, drugi sensacyjny, francusko-amerykańskie "Więzy krwi" z Marion Cotillard. Wyboru nie żałuję, oba bardzo dobrze się ogląda, chociaż na pewno tę stawkę w cuglach wygrywają "Więzy krwi". Możliwości, jakie daje kino sensacyjne, są po prostu większe niż te, którymi dysponuje kino spod znaku amora.

Tu o wiele trudniej wyjść poza schemat, chociaż reżyserka, scenarzystka i zarazem odtwórczyni jednej z ról, Lisa Azuelos, bardzo się stara. Ożywieniem kliszy ma być gra z widzem: czy to, co oglądamy na ekranie, jest prawdą, czy tylko fantazją jednego z bohaterów? Niczego tu nie zdradzam, bo kto widział zwiastun filmu, ten wie, że na takich zabiegach film jest oparty. A poza tym? Uwodzicielska i czarująca Sophie Marceau w roli wziętej, świeżo samotnej pisarki (ale z trojgiem dzieci), dla której żonaty mężczyzna jest tabu (cytat z pamięci), i interesujący Francois Cluzet w roli wziętego, żonatego i też dzieciatego prawnika, który w młodości się wyszumiał, a teraz docenia uroki statecznego życia rodzinnego. Wiadomo, że się spotkają, wiadomo, że zaiskrzy, pozostaje pytanie, czy złamią swoje zasady. Kto ciekaw, niech wybierze się do kina, tym bardziej, że film ma wszelkie zalety przynależne lekkiemu gatunkowi. Jest chwilami zabawny i dowcipny, po francusku lekki jak pianka i elegancki, ładny (przez ładność w takich razach rozumiem pięknych aktorów w pięknych strojach, piękne miasto, takież wnętrza, jednym słowem piękny świat, który w takiej formie nie występuje), trochę ironicznych obserwacji na temat szczęśliwego  małżeństwa z odpowiednim stażem. To tyle. Czy ktoś się wzruszy? Nie wiem, ja się nie wzruszyłam. Same zalety? Nie, aż tak dobrze nie jest. Lojalnie uprzedzam, że w końcu to wszystko zaczęło nieco nużyć a niektóre sceny zbyt ociekały uczuciowym lukrem. Poza sezonem wakacyjnym, szczególnie w okresie obfitości ciekawych premier, pewnie bym się na "Pożądanie" nie wybrała, ale w zaistniałych letnich okolicznościach nie żałuję.

A "Więzy krwi"? Tu przyczepić się nie ma do czego. Przyzwoity, a może nawet więcej, film sensacyjny. Trzy kobiety i trzech mężczyzn, zagadki, namiętności stare i nowe. Ale najważniejsi są  dwaj bracia. Ten dobry, młodszy, Frank - gliniarz, i ten zły, Chris, który właśnie wyszedł z więzienia i próbuje zacząć wszystko od nowa. Frank chce mu w tym pomóc,  a to stoi w konflikcie z jego zawodowymi obowiązkami. Co wybierze: zawodową czy rodzinną lojalność? Oczywiście wiadomo, że za braćmi wlecze się wspólna przeszłość, zadawnione urazy, niechęci, rywalizacja, kompleksy. I Chris, i Frank to postacie niejednoznaczne, szczególnie ten pierwszy raz budzi sympatię, innym razem odpycha. Rozegrane jest to ciekawie i zaskakująco. No i bardzo dobrze zagrane (Clive Owen i Billy Crudup). Film trzyma w napięciu, akcja stale skręca, wszystko jest tu z sobą misternie zaplecione, więc oglądać należy uważnie, bo drobne szczegóły okazują się ważne. Nawet pościg samochodowy się znalazł. A dodatkowym bonusem, być może dla niektórych najważniejszym, jest osadzenie akcji w latach siedemdziesiątych i wierne oddanie realiów epoki. I tu moja pretensja do dystrybutora: nie rozumiem, dlaczego polskie tłumaczenie nie szanuje tego i kilkakrotnie razi użyciem słów z językowego topu (wybacz, czytelniku tej notki, że nie podam przykładów, cóż, pamięć mnie zawiodła). To oczywiście drobiazg w morzu zalet, więc konkluzja jest jednoznaczna: "Więzy krwi" to film nie tylko na lato.

Paweł Smoleński "Oczy zasypane piaskiem"

To nie pierwsza reporterska książka Pawła Smoleńskiego poświęcona węzłowi

gordyjskiemu, jakim niewątpliwie są stosunki izraelsko- palestyńskie. Autor od wielu lat jeździ do Izraela, na Zachodni Brzeg i do Strefy Gazy, ma znajomych i przyjaciół po obu stronach muru. Z żelazną konsekwencją stara się przybliżyć czytelnikom istotę konfliktu, jego codzienny wymiar i skutki. Smoleński nie jest komentatorem politycznym, tylko reporterem, któremu bardzo bliski jest ten kawałek świata, dlatego jego książki i artykuły to nie suche komentarze, ale teksty pełne  troski, współczucia, zdziwienia, empatii i, co pewnie najważniejsze, próby zrozumienia obu stron. Podobne odczucia towarzyszą czytelnikowi w czasie lektury, a jest to pewnie możliwe dlatego, że Smoleński pokazuje ten świat przez ludzi. Bohaterem jego tekstów jest zawsze konkretny człowiek, ze swoją historią, zaletami i wadami, z konkretnego miejsca. To jego oczami patrzymy na rzeczywistość. Kiedy jednak trzeba, autor nie uchyla się od komentowania. Wdaje się w polemikę ze swoim rozmówcą albo robi to tylko na użytek czytelnika. Stąd poczucie, że Smoleński stara się patrzeć obiektywnie. Dlatego chociaż rozumie ból jednych i drugich, potrafi spojrzeć bezstronnie i dostrzec nieprawości w postępowaniu i Żydów, i Palestyńczyków. A gdzieś w tle wszystkich jego tekstów wyłania się marzenie, aby obie nacje żyły zgodnie na terenach dawnej Palestyny. Marzenie, które dzieli z wieloma swoimi rozmówcami. "Oczy zasypane piaskiem" (Czarne 2014) tym różnią się od dwóch poprzednich zbiorów reportaży ("Izrael już nie frunie", "Arab strzela, Żyd się cieszy"), że tym razem autor pisze o terytoriach okupowanych, czyli o Wschodniej Jerozolimie, Zachodnim Brzegu i Strefie Gazy.

Dla mnie, wiernej czytelniczki tekstów Smoleńskiego żywo zainteresowanej zgłębianym przez niego problemem (to śledzenie problemów izraelskich i palestyńskich wzięło mi się z literatury najwyższych lotów, czyli z powieści wielbionego przeze mnie Amosa Oza; dopiero potem zaczęłam interesować się tą tematyką) było oczywiste, że sięgnę po "Oczy zasypane piaskiem". Nie ukrywam jednak towarzyszących mi obaw, że przecież tyle się już na ten temat naczytałam, nie tylko tekstów Smoleńskiego, iż pewnie niczego nowego się nie dowiem. Znam przecież problem budowy żydowskich osiedli na Zachodnim Brzegu, mechanizm i skutki ich powstawania. Niszczenie krajobrazu, rozcinanie tych pięknych terenów przez wygodne drogi tylko dla Żydów, nienawiść ich mieszkańców do Palestyńczyków i odwrotnie, zabieranie ziemi, dzielenie rozmaitymi płotami i murami Zachodniego Brzegu, co sprawia, że dojazd do sąsiedniej wioski czy na pole staje się gigantycznym problemem. Znam historię budowy muru oddzielającego Izrael od Zachodniego Brzegu, znam stosunek władz okupanta do Palestyńczyków. Znam opowieści o cysternach na wodę niszczonych w majestacie prawa przez izraelską armię. Wiem, jak traktują Palestyńczyków młodzi chłopcy i młode dziewczęta odbywający służbę wojskową w izraelskiej armii. Wiem, że wielu mieszkańców Izraela nie godzi się na taki stan rzeczy. Wiem, że są żydowscy prawnicy czy organizacje pozarządowe, które pomagają Palestyńczykom w starciu z izraelskim wymiarem sprawiedliwości. Wiem pewnie dużo więcej. Stąd moje obawy. A jednak mimo że te wszystkie przywołane przed chwilą problemy są obecne na kartach książki, to jest ona przecież czymś nowym. Smoleński zabiera czytelnika na wyprawę w głąb. Zaczyna od Wschodniej Jerozolimy, aby wyruszyć na Zachodni Brzeg. Nie tylko do pobliskiego Betlejem, nie tylko na piękne wzgórza, które tak dobrze poznałam dzięki książkom palestyńskiego prawnika i pisarza Raji Shehadeha ("Palestyńskie wędrówki", "Obcy w domu"), nie tylko do zamożnego Ramallah, ale też do budzącego grozę Hebronu czy Dżeninu, miasta, które wyrosło z obozu dla palestyńskich uchodźców. Odwiedza też osady Beduinów czy wsie odcinane od świata przez bezlitosne mury. Największe przerażenie wywołuje jednak podróż do Strefy Gazy. To jak zstąpienie do piekieł. Kiedy czytałam te fragmenty, zastanawiałam się, jak w ogóle można tam żyć. A przecież ludzie tam żyją, bo nie mają wyboru. A to jeszcze nic, bo, jak pisze Smoleński: "Za kilkanaście lat Gaza stanie się jednym z najstraszniejszych miejsc świata." I nie są to jakieś hipotezy, lecz wyliczona z matematyczną dokładnością stuprocentowa pewność. Chyba, że wszystko się zmieni. Wszystko, czyli problem ścieków i czystej wody, której zabraknie, bo zostanie zatruta (ściekami) i zasolona. A to nie jedyne bolączki Strefy Gazy. Inne? Proszę bardzo. Koszmarny ścisk i tłok (na tym niewielkim, ściśle zamkniętym obszarze mieszka sporo ludzi), blokada ekonomiczna, bieda, rozwarstwienie społeczne, terror, Hamas. I to też jeszcze nie wszystko.

Nie da się ukryć, że reportaż Smoleńskiego ma pesymistyczną wymowę. I nie chodzi tylko o łamanie praw człowieka, o trud codziennego życia, o wzajemne ataki, o zagrożenie zamachami terrorystycznymi, o rakiety palestyńskie spadające na terytorium Izraela. Znacznie gorsze są zmiany w mentalności młodych Izraelczyków, którzy odbywają służbę wojskową na ulicach Hebronu, Dżeninu czy innych miast Zachodniego Brzegu. Autor świetnie pokazuje, jak to się dzieje, że wrażliwy, młody chłopak nagle potrafi poniżać Palestyńczyków, traktować ich okrutnie, gardzić nimi, bezmyślnie szykanować. Pokazuje też drugą stronę medalu. Potworny strach, zagubienie tych młodych chłopaków, którzy z rodzinnego środowiska trafiają na tereny okupowane. Podobne procesy zachodzą w młodych Palestyńczykach. Oni też, wychowani na ulicach Hebronu czy Dżeninu, zatruwają się nienawiścią do Żydów, stają się bezwzględni i okrutni. Równie groźna jest obojętność izraelskiego społeczeństwa, niedostrzeganie problemu, bo przecież wygodniej się żyje po dobrej stronie muru. No i jeszcze najgorsze, że nie wiadomo, jak ten węzeł gordyjski sensownie rozsupłać. Niewielki są na to szanse. Jest jednak coś, co sprawia, że zbiór reportaży Smoleńskiego daje iskierkę może nie tyle nadziei na rozwiązanie problemu, ile iskierkę optymizmu, która czyni życie lepszym. To liczne przykłady przekraczania granic, działań u podstaw, na drobną skalę, ale niezwykle ważnych. To ludzie i organizacje po obu stronach muru. Żydowski adwokat, który broni praw Palestyńczyków do ich ziemi, mieszkańcy wioski Bilin w sposób pokojowy broniący swojej ziemi, Fatima Faroun, założycielka stowarzyszenia Sziruk, które pomaga Palestynkom "dobijać się swoich praw", to babcie, starsze kobiety, które stoją na przejściach granicznych i pilnują, aby izraelscy żołnierze z szacunkiem traktowali Palestyńczyków. Krople, które drążą skałę.

PS. Robocza wersja tej notki powstała pod koniec czerwca. Niestety w międzyczasie życie dopisało pesymistyczny komentarz do omawianego zbioru reportaży. Właśnie jesteśmy świadkami kolejnego krwawego konfliktu pomiędzy Izraelem a Strefą Gazy. Tym bardziej książki Smoleńskiego stają się lekturą obowiązkową. Naprawdę zachęcam.

   


Popularne posty