Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wybór. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wybór. Pokaż wszystkie posty

Philip Roth "Przeciwżycie"

Na mojej półce co jakiś czas przybywają kolejne powieści mojego ulubieńca, Philipa Rotha, a ja, też co jakiś czas, systematycznie po nie sięgam. "Przeciwżycie" (Czytelnik 2009; przełożyła Zofia Zinserling) przeczytałam w czerwcu 2013 roku, notkę o książce napisałam również wtedy. To kolejna pozycja, której bohaterem i narratorem jest pisarz Nathan Zuckerman, chyba przedostatnia z cyklu ( o ostatniej pisałam; to moja ulubiona, niezwykle poruszająca "Duch wychodzi"). Powieść, o której dzisiaj, dotyka trzech zagadnień, które ściśle się ze sobą splatają.

Pierwsze z nich, co pewnie zrozumiałe, skoro bohaterem jest pisarz, to problem twórczości. Ile twórca czerpie w swoich książkach z rzeczywistości? Na ile fikcja miesza się z życiem? Co jest prawdą a co zmyśleniem? I wreszcie jak dalece wolno pisarzowi wykorzystywać w swojej pracy cudze życiorysy? Zuckerman całą swoją twórczość czerpie z życia. Obsesyjnie notuje wszystko, co wydaje mu się istotne, tworząc z tych zapisków, jak sam pisze, magazyn w swej fabryce pamięci (to też jego określenie). Wszystko może się przydać i wszystko może być wykorzystane. Właśnie to stało u źródeł konfliktu między pisarzem a jego najbliższą rodziną. Po wydaniu jednej z powieści obrazili się na niego rodzice i brat Henry, który nie może mu wybaczyć, że jej bohaterami zostali właśnie oni, w dodatku ukazani w niekorzystny i nieprawdziwy sposób. Właściwie wszystkie bliskie mu osoby, które czytały jego książki, boją się, że zostaną sportretowane w kolejnych. To bywa powodem nieporozumień a nawet rozstań. Może dlatego Zuckerman wiedzie żywot samotnika, z dala od rodziny, porzucany przez kolejne kobiety? Zajęty tworzeniem powieści, w których, wychodząc od swoich korzeni, bada inne możliwości. I to są owe tytułowe przeciwżycia.

Tak doszłam do kolejnego tematu powieści. Roth-autor i Zuckerman-bohater-pisarz pokazują, jakie mogą być konsekwencje naszych decyzji. Co się stanie, kiedy podążymy za swoimi marzeniami, pragnieniami, zrywając z dotychczasowym życiem. Obaj stawiają swoich bohaterów wobec wyborów najważniejszych. Kładąc wszystko na jedną szalę, czasem ryzykują życie. Pytanie, czy warto? Czy warto dla odzyskania męskości poddawać się ciężkiej operacji? Jakie koszty zapłacimy, jeśli dla miłości zmienimy całkowicie środowisko? Czy można odejść od rodziny, aby zmienić wszystko? Czy warto porzucać samotność, aby w dojrzałym wieku zrealizować pragnienie bycia ojcem, które się nagle pojawiło? Jak daleko wolno się posunąć w swoich pragnieniach? Kiedy są to tylko egoistyczne zachcianki, a kiedy odzyskiwanie prawdziwego siebie? Roth i Zuckerman snują przeciwżycia swoich bohaterów. Pozwalają im sprawdzić, co się stanie. Zajrzeć na drugą stronę lustra. Taka jest moc literatury. Dzięki temu zabiegowi czytelnik stale jest zaskakiwany i trzymany w napięciu. Co jest prawdziwym losem bohaterów, a co jest szkicem wyjętym z magazynu fabryki pamięci Zuckermana? W swojej powieści Roth stale wodzi nas za nos.

I ostatni temat, stały motyw twórczości pisarza, to problematyka żydowska. Roth zastanawia się, jaką postawę powinni przyjąć Żydzi wobec reszty świata. Pokazuje ich kilka. A więc Żydzi amerykańscy, którym wystarczy tylko świadomość swoich korzeni. Żyją w kontrze do losu swoich rodziców. Nie są religijni, nie katują się Holokaustem, nie zastanawiają się, co myśli o nich świat. Nie czują się prześladowani czy dyskryminowani. Przeciwnie, mają się znakomicie. I to właśnie oni są znienawidzeni przez niektórych Żydów mieszkających w Izraelu, tych, którzy budują osiedla na Zachodnim Brzegu. Akcja powieści toczy się w roku 1978, kiedy osadnictwo dopiero się rozkręca. Roth w swojej powieści prezentuje ideologię, która za tym stoi. Przekonanie o konieczności powrotu do Judei, żydowskiej kolebki. Potępianie zeświecczonych Żydów ze Stanów i z Tel Awiwu. Tak, zdaniem bohatera, fanatyka mieszkającego w jednym z osiedli, dokonuje się prawdziwy Holokaust rękami samych Żydów. Tak Żydzi tracą swą podmiotowość, bo chcą upodobnić się do nie-Żydów, chcą im się przypodobać. Jest wreszcie jeszcze inna postawa reprezentowana przez zwariowanego młodzieńca, który remedium na antysemityzm, odnajduje w zaprzeczaniu Holokaustowi. Nie przypominajmy gojom ich win, a oni przestaną nas nienawidzić. Żydami będziemy i bez Holokaustu. I jeszcze inna możliwość, a łączy się z nią, chyba najciekawsza, opowieść o amerykańskim Żydzie, który przeprowadza się do Anglii. W Ameryce w ogóle nie zastanawiał się nad swoim żydostwem, tu nieoczekiwanie dla siebie spotyka się z zawoalowanym, głęboko zakorzenionym, często nieuświadamianym antysemityzmem, co zmusza go do zrewidowania swojej postawy. Nagle to, co w nim żydowskie, a do czego wcześniej nie przywiązywał wagi, staje się ważne. Broniąc się, oburzając, na nowo definiuje siebie. Czy przy okazji staje się przesadnie drażliwy? To zarzuca mu jego ukochana, Angielka, a on ją oskarża o nieuświadomiony antysemityzm, o którym przed chwilą pisałam. Spór pomiędzy parą bohaterów jest bardzo ciekawy. Stawia pytania o granice politycznej poprawności (chociaż samo pojęcie nie pada), o prawo do przewrażliwienia na swoim punkcie czy wreszcie o ów podskórny, często nieuświadamiany antysemityzm przejawiający się na przykład w języku. Chociaż powieść powstała w 1986 roku przedstawiane zagadnienia są bardzo aktualne. Można iść tym tropem dalej  poszerzyć pole rozważań o rasizm i problemy mniejszości.

"Przeciwżycie" to intelektualna przygoda zmuszająca czytelnika do myślenia, stawiania pytań, konfrontowania się z własnymi przekonaniami. Bliżej jej do "Operacji Shylock" niż do "Wzburzenia", "Nemezis" czy powieści "Duch wychodzi". Bardzo ciekawa i bardzo dobra. Po przeczytaniu już (albo dopiero) siedmiu książek Rotha (ile jeszcze przede mną!), mam już swój prywatny ranking. Najbardziej lubię te, w których pisarz dotyka zagadnień egzystencjalnych, one mnie prawdziwie poruszają, przejmują. To właśnie "Wzburzenie", "Nemezis" i "Duch wychodzi". Ale to nie znaczy, że po "Przeciwżycie" sięgnąć nie warto. Przeciwnie. Trzeba.

"Sponsoring" Małgośki Szumowskiej

To kolejny film, na który niecierpliwie czekałam, ale tym razem spełnienia nie było. Nie wiem, czy to wina poprzedzającej go ostrej kampanii promocyjnej, od której uciec nie sposób, czy też może słabość tkwi w samym obrazie. Już nigdy się nie dowiem, na ile świeżość spojrzenia spowodowałaby emocjonalny odbiór tego, co na ekranie. Owszem, oglądałam z zainteresowaniem, które w pewnym momencie przerodziło się niestety w lekkie znużenie, aby pod koniec znowu powrócić, ale cały czas patrzyłam chłodnym okiem, bez emocji, a chyba nie o to chodziło Szumowskiej. Nic mnie nie zaskoczyło, nie zobaczyłam niczego, czego bym się nie spodziewała. A szkoda, bo od "33 scen z życia" bardzo kibicuję reżyserce. Powiem więcej: wiele jej poglądów i doświadczeń jest mi bliskich. Tym bardziej mi żal. Film jest dobry, ale tylko dobry. Raczej nie z tych, które pozostają w pamięci na dłużej. To, co napisałam, nie oznacza, że odwodzę kogokolwiek od wybrania się do kina na "Sponsoring". Pójść warto, choćby dla trzech aktorek: Juliette Binoche, Anais Demoustier i Joanny Kulig. No i jeszcze jedno: uważam, że francuski tytuł o wiele lepiej oddaje istotę filmu. Polski jest trochę mylący, zawęża problematykę, sprowadzając ją do kina społecznego. Ale o tym w dalszej części.

A francuski tytuł brzmi "One" i to on jest kluczem do odczytania filmu Szumowskiej. Bo dostajemy tu portrety trzech kobiet: dwóch studentek, Charlotty vel Loli i Alicji, oraz Anne, kobiety w średnim wieku, dziennikarki. Wszystkie konfrontują się ze swoją seksualnością.

Najmniej skomplikowana wydaje mi się Polka, Alicja. Spontaniczna, trochę prymitywna, pewna siebie. Zdaje się zupełnie nie żałować dokonanego wyboru. Być może pewność siebie, którą wręcz prowokuje Anne, daje jej materialna pozycja, jaką osiągnęła. To ona narzuca ton ich rozmowie, od początku dominuje i prowadzi grę. Bawi ją niepewność dziennikarki, zawodowa uprzejmość, ogłada, widoczne skrępowanie. W gruncie rzeczy chyba nią gardzi: od czasu do czasu złośliwie, po polsku komentuje jej zachowanie. Alicja nie widzi nic złego w tym, co robi. Lubi niczym nieskrępowany seks. Nie wstydzi się swojego zajęcia, a w rozmowie z Anne wręcz chełpi. Miałam wrażenie, że swoboda, z jaką podchodzi do swoich seksualnych doświadczeń, daje jej przewagę, poczucie wyższości. Mimo że młodsza, czuje, że w tej dziedzinie mogłaby swoją rozmówczynię niejednego nauczyć. Na pewno burzy jej spokój.

Zupełnie inna jest Lola. Niby też pewna siebie, ale w głębi duszy subtelna, nieśmiała, wrażliwa. Nawet jej powierzchowność jest odmienna: piegowata twarz czyni z niej bardziej niewinną dziewczynkę (nie lolitkę) niż kobietę. Ma chłopaka, który oczywiście nie wie, jak dorabia jego dziewczyna. Początkowo bagatelizuje swoją sytuację. Ona też twierdzi, że lubi to, co robi. Z czasem okazuje się, że w jej przypadku nie jest to wcale takie proste. Przeszkadzają jej ciągłe kłamstwa, do których musi się uciekać przed rodzicami i chłopakiem. Lawirowanie, kluczenie, aby niczego się nie dowiedzieli. Ma też za sobą przykre i niebezpieczne doświadczenie: seks z sadystycznym klientem (Andrzej Chyra). I chyba nie zawsze to, co robi sprawia jej przyjemność. Czasem wyraźnie się zmusza i odbębnia pańszczyznę. Przeżyje też rozczarowanie: wydaje się jej, że z jednym z mężczyzn może połączyć ją coś więcej, ale on szybko sprowadzi ją na ziemię. Dla niego Lola jest tylko dziewczyną, której płaci za seks. Jego namiętność jest tylko fizyczną namiętnością. Łajdaczy się z nią (to jego określenie) w przerwie na lunch. A ona ponosi koszty tej relacji: już nie potrafi jak dawniej być ze swoim chłopakiem, coś się zaczyna psuć. Inne są też jej spotkania z Anne. Z czasem stają się bardziej szczere i przyjazne. Obdarza ją zaufaniem, a na końcu zdradzi jej swoje prawdziwe imię, Charlotte.

Dlaczego to robią? Odpowiedź jest dość oczywista i wcale nie odkrywcza: dla pieniędzy. Wydaje im się, że to przyjemniejszy i bezbolesny sposób na zapewnienie sobie lepszego statusu materialnego. Wolą sponsoring niż harówkę w knajpie. Chcą mieć wszystko od razu. Można zapytać: czy Alicja musi studiować w Paryżu, skoro jej na to nie stać? A Charlotte koniecznie chce zmyć z siebie zapach blokowiska, z którego się wywodzi. Czy uważają, że się prostytuują? Chyba nie. Być może jednak prowokatorka Alicja wcale nie obraziłaby się, gdyby nazwać ją dziwką. W każdym razie nie robią wrażenia ofiar.

No i wreszcie najważniejsza z całej trójki, główna bohaterka, Anne. Spotkania z Alicją i Lolą burzą jej spokój. Nie potrafi tak jak jej mąż traktować ich z pogardą. Czuje się wobec nich winna. Ona nigdy o nic nie musiała walczyć, pewnie pochodzi z zamożnej francuskiej rodziny. Jej synowie też nie będą musieli o nic walczyć. Starszy, licealista, buntuje się przeciwko mieszczańskiemu stylowi życia rodziców. On gardzi tym, za czym tęskni Lola. Przynajmniej tak mu się wydaje. Jego bunt sprowadza się do opuszczania szkoły i słownych deklaracji. Nic więcej za nim nie idzie. Czy potrafiłby się wyrzec wygodnego życia? Ale to nie o nim mam pisać, wracam zatem do głównej bohaterki. Anne drażni codzienność: przewidywalna, nudna, pełna dokuczliwych drobiazgów. Świetne są sceny, kiedy poirytowana walczy ze złośliwą lodówką czy wózkiem na zakupy. Czuje się zamknięta w konwencjonalnej codzienności. Obserwujemy ją w ciągu jednego dnia, kiedy musi skończyć artykuł i jednocześnie przygotować elegancką kolację dla znajomych męża, z którymi nic jej nie łączy. A pomiędzy jednym i drugim utarczki z synami, pretensje do męża, jakieś porządki. Można powiedzieć: czego chcesz kobieto, przecież żyjesz sobie wygodnie, nie musisz martwić się o nic, szukasz dziury w całym. Ale dostatek rodzi pustkę. Czy sens jej życiu ma nadawać patroszenie ostryg na wykwintną kolację dla mężowskiego szefa, z którym nie czuje żadnego powinowactwa dusz? Nie przypadkiem tej scenie towarzyszy muzyczne gloria jak ironiczny komentarz. Czy o to tylko chodzi? Pod wpływem spotkań z dziewczynami  Anne uświadamia sobie rutynę swojej relacji z mężem, uczuciowe wychłodzenie. Nagle czuje się niespełniona i niezaspokojona seksualnie. Tym boleśniej to ją dotyka, że w komputerze męża (i syna) znajdzie filmy pornograficzne. A może i jej mąż korzysta z usług takich dziewczyn jak Alicja i Lola? Przecież Charlotta opowiada jej, że jej klienci są żonatymi mężczyznami i od niej wracają potulnie do swoich żon. Skoro Anne i jej mąż chcą tego samego, dlaczego nie mogą się spotkać? Czy rutyna codzienności zabija namiętność? Czy tak to się musi skończyć? Czy Anne jest niezaspokojoną przez obojętnego męża ofiarą, czy może to ona nie potrafi go zaspokoić, dotąd obojętna na tę sferę życia?  A może wystarczy szczera rozmowa? Film nie udziela odpowiedzi. A próba ratowania związku, jaką podejmuje Anne, wypada żałośnie. Jest rozpaczliwym błaganiem o bliskość, namiętność, a może chęcią wyzwolenia namiętności w sobie. Jak, wobec tego, rozumieć ostatnią scenę filmu? Radosne śniadanie w rodzinnym gronie, a w tle wzniosła muzyka. Ironia? Pogodzenie? Po chwilowym szaleństwie i buncie wszystko wraca na stare, dobre, wygodne tory? Tak jest dobrze? Nie wiem, mam problem z interpretacją.

Film ma  tytuł "One" (ten francuski), ale gdzieś w tle, wcale nie tak niewyraźnym i nieważnym, pozostają oni, mężczyźni: klienci, mężowie ochoczo korzystający z usług dziewczyn, które sponsorują, co nie przeszkadza im wyrażać się o nich pogardliwie. W czym są od nich lepsi? Tacy zwyczajni, porządni mieszczanie. Tak jak Alicja i Lola są zwyczajnymi studentkami. Każdy może być takim mężczyzną, co świetnie pokazuje scena kolacji, kiedy to wyobraźnia Anne gromadzi wokół stołu wszystkich klientów obu dziewczyn i sadza ich pomiędzy zaproszonymi gośćmi, nagimi jak tamci.

To tyle. Sporo refleksji po obejrzeniu, ale w czasie seansu emocjonalny chłód, a ja lubię, kiedy film mnie porusza.

"Puzzle" Natalii Smirnoff, ciekawe kino z Argentyny.

Kina obrodziły filmami, których bohaterkami są dojrzałe kobiety. Ostatnio pisałam o "Miss Kicki" i "Belgia, Moskwa", teraz obejrzałam argentyńskie "Puzzle" Natalii Smirnoff. I ten, podobnie jak tamte, jest dobry, ale nie wybitny. Film, który przyjemnie się ogląda, niepozbawiony ambicji, ma się więc poczucie, że to nie czas stracony. Ot, takie weekendowe kino, ale o czymś i na dobrym poziomie. Maria Del Carmen, główna bohaterka, kończy właśnie pięćdziesiąt lat. Jest gospodynią domową, ma sympatyczną rodzinę: dwóch dorosłych synów mieszkających jeszcze z rodzicami i męża. Jej świat kręci się tylko wokół nich. W przeciwieństwie do bohaterek wspomnianych przeze mnie filmów Maria jest kobietą zadbaną, elegancką i raczej ze stanu rzeczy zadowoloną. Nieoczekiwanie i dość przypadkowo trochę się w jej życiu zmieni, kiedy po swoich urodzinach wśród innych prezentów znajdzie paczkę tytułowych puzzli. Czy ciąg dalszy można przewidzieć? I tak, i nie. Na szczęście nie jest to kino spod znaku Hollywood (swoją drogą znakomicie potrafię sobie wyobrazić amerykańską wersję, brrr!). "Puzzle" to film nie tylko o dojrzałej kobiecie. To także portret rodziny. Jeśli szukać podobieństw, to można je znaleźć w kinie Mike'a Leigh, tyle że film argentyńskiej reżyserki jest lżejszy, no i jednak słabszy, co nie znaczy, że zły. Niewiele się tu dzieje, wszystko polega na obserwacji, kontemplacji detalu, nastrój podkreśla muzyka, ważny jest obraz, szczególnie kolor. Bohaterowie nie wykładają kawy na ławę, nie epatują swoimi uczuciami, widz więcej wyczyta z ich gestów i wyrazu twarzy niż słów. Być może niektórym ten film wyda się nudny właśnie dlatego, że jest takim zapisem dość zwyczajnej i monotonnej, w gruncie rzeczy, codzienności. Ja, po raz kolejny ostatnio, spędziłam w kinie przyjemne półtorej godziny. Polecam. Tych, którzy widzieli, zapraszam dalej.

Pierwsze sceny filmu to pięćdziesiąte urodziny Marii. Pełno gości ( w Ameryce Południowej urodziny to ważne święto, na którym gromadzi się cała rodzina łącznie z ciotkami, wujkami, kuzynami i innymi pociotkami). Właściwie nie widzimy gości, jeśli już to raczej ich nogi, kolana czy ręce. Słyszymy gwar, przelotne rozmowy. Kamera pokazuje kuchnię, talerze, potrawy, stoliki, podłogę, na którą spadnie rozbity półmisek. Tak uczestniczy w swoich urodzinach Maria, która mimo że jest jubilatką, jak to często bywa, pełni tu rolę raczej służącej. To z jej perspektywy oglądamy przyjęcie, a jej perspektywa jest właśnie taka. Właściwie dopiero kiedy zdmuchnie świeczki na torcie, zyskamy pewność, że to na pewno jej urodziny. Czy jest zła i nieszczęśliwa? Nie wygląda, najwyżej trochę zmęczona. Podobnie mija jej każdy dzień: nie pracuje, jest gospodynią domową, żeby nie powiedzieć kurą domową. Kiedy zacznie odwiedzać Roberto, aby wspólnie z nim przygotowywać się do turnieju, początkowo bliżej jej będzie do jego służącej niż do niego. Miałam wrażenie, że krępuje ją, kiedy jest obsługiwana przez kobietę, z którą w jakimś sensie dzieli los. Wystarczy spojrzeć, jak bardzo się ożywia, kiedy może podać jej przepis na ciasteczka, które upiekła i przyniosła!

Trudno powiedzieć, aby Maria była źle traktowana przez swoich domowników. Nic z tego. To sympatyczni ludzie, a nie toksyczne potwory! Mąż prawi jej komplementy, daje kwiatki, nawet kiedy zajęta przygotowaniami do turnieju zapomni o zakupach, usłyszy tylko delikatny wyrzut, a nie wykrzyczane w złości pretensje. Również seks, którego sceny przypominają stereotypowe wyobrażenia o typowym seksie małżeństwa z długoletnim stażem, nie sprawia jej przykrości. Nie wygląda na rozczarowaną. Zresztą seks z Roberto różni się tylko stopniem namiętności i tym, że zamiast piżamy i nocnej koszuli mają na sobie ubrania. Zmierzam do tego, że, o czym wspominałam we wstępie, Maria nie jest kobietą nieszczęśliwą. Może dlatego realizacja nieoczekiwanie uświadomionej pasji to nie bunt, nie gwałtowny przewrót, który wywraca jej życie do góry nogami, ale powolne odkrywanie przyjemności i dążenie do celu. Spotkania z Roberto trzyma w tajemnicy, ale mimo tego trenuje z nim regularnie. Nie od razu przyzna się, że bierze udział w turnieju, jakby chciała oswoić rodzinę stopniowo ze swoją nową pasją. Nigdy zresztą nie powie im całej prawdy, kluczy tak, iż można odnieść wrażenie, że to turniej indywidualny. Ta taktyka okazuje się skuteczna: nikt nie ma do niej pretensji o udział w zawodach, gdy zwycięży, wszyscy będą jej gratulowali, a kiedy poprosi, aby pomogli jej wygospodarować w domu niewielkie pomieszczenie, w którym będzie mogła oddawać się swojej pasji (Roberto ma wspaniały pokój z ogromnym, specjalnie skonstruowanym stołem), nikt jej nie wyśmieje, nie uzna za dziwaczkę. Mąż i synowie ochoczo rzucą się do wynoszenia gratów z pokoju, który dotąd służył jako magazyn niepotrzebnych, zapomnianych sprzętów. A ile będzie przy tym wspólnej zabawy i radości!

Sielanka? Jednak nie do końca. Maria zyskuje pasję, akceptację i szacunek rodziny, ale z czegoś rezygnuje: nie wykorzysta nagrody, nie pojedzie na turniej do Niemiec, nawet nie podejmie próby, jakby z góry wiedziała, co może osiągnąć, a czego nie. Sama wyznacza sobie granice. Ale czy chodzi tylko o turniej, czy może o budzące się uczucie do Roberto? Czy gdyby nie to, zdecydowałaby się walczyć o wyjazd do Niemiec? Niewykluczone, że nie napotkałaby jakiegoś wielkiego oporu. Być może Maria po prostu przewiduje, czym mogłyby się skończyć jej dalsze spotkania z Roberto. Wybiera rodzinę, męża, a nie namiętny, szalony romans, który nie wiadomo, co przyniesie. Jak często w życiu. Być może, tak jaki i widz, zdaje sobie sprawę, że niewiele wie o swoim partnerze do puzzli. Jest prawdopodobne, że, tak samo jak teraz z nią, kiedyś romansował z Carmen, z którą startował w poprzednich turniejach. Decyzja wydaje się być stanowcza i przemyślana, jak wszystko, co robi Maria, ale okupiona cierpieniem. Kiedy wraca z ostatniego spotkania, płacze. W ostatniej scenie filmu widzimy ją jednak, jak siedzi  zadowolona na trawie przed letnim domem należącym do rodziny. Pojechała, aby samodzielnie dopilnować sprzedaży działki, zastępując zajętego męża. Być może jeszcze niedawno nie zdobyłaby się na to. Straciła uczucie(?), przelotny romans(?), namiętność(?), zyskała samodzielność.

Ale puzzle dla Marii to nie tylko turniej, rywalizacja i spotkania z Roberto. To przede wszystkim zachwyt nad obrazkiem, który się układa, to wyraz piękna, tajemnicy, odkrycia innego, odległego świata: czy to będzie symbolizująca zamierzchłą przeszłość piękna Nefretete, czy Toskania, czy delfin. Może też dlatego zrezygnowała z dalszego udziału w turnieju, bo chce układać po swojemu, ciesząc się nie tylko zagadką, ale też urodą obrazu? Maria wkracza w świat puzzli, niczym bohaterka jakiejś baśni do tajemniczego pałacu pełnego skarbów. Wystarczy popatrzeć, jak przygląda się Nefretete, jak wchodzi do sklepu z puzzlami, jak z zachwytem i niemal nabożnie podziwia tysiące pudełek, które wyłaniają się w kolejnych salkach, jak wreszcie z rozkoszą i niezwykle delikatnie dotyka pojedynczych kartoników, jak je powoli waży w dłoniach, przesypuje między palcami. Nawet korony drzew, pod którymi przechodzi, przypominają puzzle. A wszystkiemu towarzyszy muzyka znakomicie podkreślająca tę baśniowość. Podobnie zresztą odkrywa należący do Roberto dom, który też w pewnym sensie przypomina piękny pałac.

I ostatnia sprawa, na którą chciałabym zwrócić uwagę. Wspomniałam we wstępie, że to nie tylko film o dojrzałej kobiecie, która odkrywa pasję i wybija się na rodzinną samodzielność, ale też obraz rodziny. Pisałam już tu trochę o tym, więc teraz jeszcze o jednym aspekcie tego rodzinnego portretu. Maria realizuje swoją pasję i postępuje po swojemu, a jednocześnie oburza się na młodszego syna, który chce spełnić  marzenia i wyruszyć na półroczną wędrówkę po Indiach. Chciałaby, aby postąpił jak większość: dokończył studia, a za pieniądze ze sprzedanej działki kupił mieszkanie. To ojciec, a nie ona, godzi się na jego plan. Ale ten sam ojciec nie rozumie starszego syna, który woli być urzędnikiem niż pracować w rodzinnym biznesie. Tak bywa: realizując siebie, jednocześnie odmawiamy prawa do samodzielnej drogi innym i to nie dlatego, że jesteśmy złośliwi, ale po prostu inaczej wyobrażamy sobie ich szczęście. Z miłości i troski zabieramy im prawo do błędów i realizacji siebie. Każdy powinien iść własną drogą, rodzina wcale na tym nie ucierpi, zdaje się mówić reżyserka. Każdy jest  indywidualnością, a my często nie potrafimy tego dostrzec. Maria układa puzzle, jej mąż ćwiczy tai chi, młodszy syn stał się wegetarianinem i pragnie pojechać do Indii, a starszy też chce iść swoją drogą.

Proszę, ile można odnaleźć w tym kameralnym, argentyńskim filmie! 

   

"Linia zanurzenia", czyli jeszcze raz Jean Hatzfeld.

Poszłam za ciosem i pod wływem lektury "Strategii antylop"  od razu kupiłam wydaną właśnie powieść Jeana Hatzfelda "Linia zanurzenia" (Biblioteka Gazety Wyborczej 2010). Napisał ją pomiędzy drugą a trzecią częścią trylogii rwandyjskiej (więcej informacji w poprzednim wpisie). Jest to powieść skromna (tylko dwieście stron) i oszczędna. Przez oszczędność rozumiem niezbyt rozbudowaną narrację, sporą ilość dialogów, zaledwie naszkicowanie miejsc akcji i postaci. Więcej dzieje się tu pomiędzy niż w. Czy to wada czy zaleta zależy od upodobań. Ja jestem miłośniczką powieści solidnych,a grubych z mięsistą narracją, jednak mimo to książkę francuskiego reportera przeczytałam z dużym zainteresowaniem. Słowo przyjemność nie byłoby tu może na miejscu ze względu na poważny i smutny temat. Powieść powinna zainteresować miłośników literatury faktu, ponieważ stanowi swoisty komentarz do pracy reportera wojennego.

Akcja toczy się w Paryżu, gdzie właśnie wraca z reporterskiej misji w Czeczenii Frederic. Obserwujemy go na lotnisku, kiedy czeka na  bagaż. Od razu udaje się do paryskiego mieszkania swojej węgierskiej przyjaciółki Emese, z którą dzieli życie już od wielu lat. Podjął jakąś ważną decyzję, którą chce jej przekazać, ale stale nie znajduje odpowiedniej okazji. Jaką? Tego dowiemy się znacznie później. Czas w Paryżu upływa mu na pracy w redakcji i spotkaniach z liczną reporteską i fotoreporterską bracią. Plotkują, dyskutują, snują łączące ich wspomnienia z różnych miejsc, w których skrzyżowały się ich zawodowe losy. Oczywiście te miejsca związane są z konfliktami zbrojnymi, bo wszyscy oni to reporterzy wojenni. Tylko Emese nie chce rozmawiać z Fredericiem o jego pracy. Ona wiedzie spokojne, pracowite życie, o jakim marzyła przed laty, kiedy mieszkała gdzieś na prowincji  komunistycznych Węgier. Jej świat to praca tłumaczki i redaktorki, ciekawe spotkania zawodowe, kotka, eleganckie mieszkanie w ładnej dzielnicy Paryża, przyjaciele, sztuka, lekcje salsy, knajpki, dobre wino i dobre jedzenie, no i Frederic. Brzmi banalnie, ale pomimo tej zwyczajności Emese nie wydaje się osobą płytką. Pamiętajmy, skąd przybyła i o czym marzyła. Weźmy pod uwagę, że wszystko zawdzięcza sobie i swojej determinacji.

Jakże odmienny jest jego świat. Poznajemy go ze wspomnień, które od czasu do czasu snuje, i z mejli otrzymywanych od przyjaciół z Vukovaru czy Jerozolimy. Wojna zdaje się być żywiołem Frederica. Dlaczego? I o tym właśnie jest powieść Hatzfelda. Wbrew pozorom nie ma w jego pracy wzniosłych pobudek, nie o zbawianie świata tu chodzi, nie o informowanie opinii publicznej Zachodu o okropnościach wojny. Uwaga tej opinii na pstrym koniu jeździ i nigdy nie wiadomo, w którym momencie konfliktu zainteresuje się nim i będzie współczuła jego ofiarom. Za tym współczuciem oczywiście nic więcej nie pójdzie, bo i co miałoby pójść? Po jakimś czasie wszyscy zapomną, a ludzie będą zabijali się dalej lub próbowali ułożyć sobie życie na zgliszczach, ale to tym bardziej niewielu zainteresuje.

Wróćmy jednak do Frederica. Czego szuka na wojnie? Przygody, a może raczej odmiany, ucieczki od zwyczajnego, mieszczańskiego życia w Paryżu. Los reportera wojennego to z jednej strony przebywanie na froncie, ale i gdzieś na jego tyłach, w hotelach, nierzadko wytwornych. To spotkania z reporterami całego świata i z miejscowymi. Czasem takie spotkania przeradzają się w trwalsze więzi, czego dowodem mejlowa korespondencja czy przyjaźń z synem czeczeńskiej tłumaczki. Reporter jest kimś pomiędzy, ma wszystko: przygodę, emocje, stałe dzianie się i jednocześnie swój bezpieczny, zachodni świat, do którego w każdej chwili może wrócić i w nim pozostać. On ma wybór, ludzie, z którymi przebywa i o których pisze tego wyboru nie mają. Nie można jednak zapominać, że ta praca bywa niebezpieczna. Śmierć może być jej częścią. Ale smierć czyha też na himalaistów, na uprawiających sporty ekstremalne i na wielu innych. I oni też szukają ucieczki od codzienności.

Na tym polega konflikt między Fredericiem i jego ukochaną, konflikt, który toczy się gdzieś podskórnie. Tylko raz Emese wybuchnie i zarzuci mu, że postawił się w roli bezpiecznego obserwatora, a tak naprawdę niewiele wie na ten temat. To jej dziadek walczył na froncie wschodnim, to jej ojciec brał udział w węgierskim powstaniu w 1956. I chociaż ona sama wojny nie doświadczyła, to odczuła jej bliskość, także geograficzną, wszak Vukovar, o którym tyle się tu mówi, jest o wiele bliżej Węgier niż Paryża. A Frederic nie chce dokonać wyboru między pracą a miłością, pragnie jednego i drugiego.

Powieść Hatzfelda owiana jest melancholią i smutkiem. Autor odziera czytelnika ze szlachetnych złudzeń. Dzięki spotkaniu, o którym pisałam w poprzednim wpisie, wiem, że poglądy na pracę reportera, które tu wykłada, są w dużym stopniu jego własnymi, co nie znaczy, że to powieść autobiograficzna. Jak sam powiedział, nie wie, ile w nim z Frederica.

W tej melancholinej, oszczędnej powieści dostajemy i wojnę, i miłość, i utratę.


Zeruya Shalev "Życie miłosne", czyli o gmatwaninie ludzkich uczuć.

To druga powieść tej izraelskiej pisarki, którą przeczytałam. Poprzednia "Po rozstaniu" jest właściwie zamknięciem cyklu, który "Życie miłosne" (W.A.B. 2008) rozpoczyna. Tak przynajmniej twierdzi wydawca, ale kolejność, w jakiej sięga się po te pozycje,  nie ma żadnego znaczenia, bo są to całkowicie odrębne powieści. Łączy je oczywiście styl i w pewnym sensie tematyka.
Zacznę od stylu. Zeruya Shalev pisze w sposób dla siebie charakterystyczny. To lektury pozornie bez dialogów, sama gęsta narracja, często bardzo długie zdania. Warto o tym wiedzieć, sięgając po jej powieści, bo zetknięcie z nimi może być początkowo trudne. Ale to trudność tylko na pierwszy rzut oka. Dość szybko można się przyzwyczaić do takiego sposobu pisania i potem książki się połyka. Nieobecność dialogów jest zresztą pozorna, bo naprawdę ukryte są w narracji. Od czasu do czasu Shalev posługuje się językiem barwnym, niemal poetyckim. Oto przykład:
"... ja na przykład wpadam w rozpacz na samą myśl o tych wszystkich latach, które mnie czekają, dybią na mnie jak jakieś monstra (...), a ja muszę kolejno wskakiwać im na grzbiet, cwałować z zapałem ich ścieżkami i okazywać przy tym radość życia, obejmować włochatą, grubą szyję, która napawa mnie wstrętem, mieć przed zamkniętymi ze strachu oczami cały obmierzły pysk."
Tyle o stylu i języku, a teraz  przejdę do sedna. To powieści psychologiczne, które portretują  dusze bohaterek-narratorek i pokazują ich stany emocjonalne, uczucia, pragnienia najczęściej głęboko ukrywane. Poznajemy je w momentach w ich życiu przełomowych, a droga, jaką wybierają, może budzić sprzeciw, niezrozumienie czy złość. Posuwając się nią, stąpają po kruchym lodzie, dowiadując się o sobie i innych prawd, które nie zawsze są przyjemne. Rzucają się w nową dla siebie sytuację niczym pływak skaczący na główkę do nieznanej wody. Podążając tą drogą, odkrywają tajemnice innych, ich powikłane życiorysy. Powieści Shalev pokazują rewers ludzkich losów, wyciągają na powierzchnię to, co zwykle ukrywamy przed światem i do czego, bywa, sami niechętnie się przyznajemy. To mroczny, pesymistyczny świat.
Po pierwszą z nich ("Po rozstaniu") sięgnęłam, kiedy zrobiło się o niej głośno w związku z wizytą autorki w Polsce przy okazji jej premiery, znęcona faktem, że to literatura izraelska. I chociaż  akcja tych powieści osadzona jest w Jerozolimie, niewiele tu, w przeciwieństwie do książek Oza, izraelskiej obyczajowości. W gruncie rzeczy wydarzenia mogłyby rozgrywać się gdziekolwiek. Jak już wspomniałam, to przede wszystkim lektury psychologiczne i chyba takie, w których bardziej gustują kobiety.
Bohaterką "Życia miłosnego" jest dwudziestokilkuletnia Ja'ra Korman bezdzietna mężatka, która próbuje zrobić karierę naukową na uniwersytecie. Powinna skupić się na pracy, bo rywalizuje z koleżanką o etat na uczelni. Jest zdolna, wierzy w nią profesor, jej naukowy opiekun i protektor. I pewnie wszystko szłoby gładko, gdyby przypadek nie postawił na jej drodze Ariego Ewena, dawnego przyjaciela jej rodziców, który po latach spędzonych we Francji wrócił do Jerozolimy. Czy możliwa jest tak nagła fascynacja (zakochanie? miłość?) młodej kobiety mężczyzną w wieku jej ojca? Myślę, że w sferze relacji międzyludzkich naprawdę wszystko (no, może bezpieczniej będzie powiedzieć, że prawie wszystko) może się zdarzyć. Ja'ra tak dalece traci dla Ariego głowę, że przestaje panować nad własnym życiem. Zawala sprawy na uniwersytecie (ku nieskrywanej radości konkurującej z nią koleżanki), ryzykuje małżeństwo, naraża się na gniew rodziców. Nic się nie liczy, tylko ten niedawno poznany starszy od niej, zmęczony i nasycony życiem, ale jednocześnie fascynujący mężczyzna, który całkowiecie przejął nad nią duchową władzę. Chociaż Ja'ra szybko orientuje się, że on nią manipuluje, że się nią bawi, że niekoniecznie obdarza uczuciem, nie umie odejść. Coraz bardziej brnie w ten romans, nie-romans. Arie na przemian kusi ją, a potem odpycha. Co jest prawdą, a co złudzeniem? Czy kiedy dzwoni do niej i błaga o spotkanie czy kiedy twierdzi, że wszystko sobie wymyśliła? Pozwala mu robić ze sobą wszystko, czując raz fascynację raz obrzydzenie. Jest jego więźniem w sensie psychicznym i w pewnym momencie dosłownym, uwięziona, trochę przypadkowo, w jego mieszkaniu (nie będę zdradzać okoliczności). Sytuacja coraz bardziej się komplikuje, coraz więcej wychodzi na jaw. Ja'ra powoli odkrywa, jakie naprawdę więzi łączyły Ewena z jej rodzicami, dokopując się do rodzinnej tajemnicy sprzed lat. I mimo że wszyscy, którzy zaczynają się orientować, co się dzieje, ostrzegają ją przed nim, Ja'ra brnie w tę sytuację niczym ćma w płomień świecy.
Postawa narratorki może drażnić. Jeśli traktować to, co robi, dosłownie, trudno ją zrozumieć. Ale z drugiej strony, czy sami nie postępujemy często w życiu nieracjonalnie? Czy nie rzucamy się w przepaść, nie oglądając się na rzeczywistość wokół? Nie rozumiem jej fascynacji tym konkretnym mężczyzną: egoistycznym, egocentrycznym, niesympatycznym, ponurym. Ale Arie jest tu przecież także symbolem kogoś, dla kogo nagle tracimy głowę. I to zrozumieć potrafię. Ścieżki ludzkich uczuć są często naprawdę pogmatwane. Trzeba też powiedzieć, że dzięki spotkaniu  z nim Ja'ra musi zadać sobie kilka pytań, przyjrzeć się swojemu małżeństwu, swoim życiowym wyborom. Dlaczego właściwie wyszła za Joniego? Chyba po prostu pomyliła miłość z bezpieczeństwem, które jej obiecywał. Może chciała wyrwać się z domu rodzinnego, na którego atmosferę wpłynęła  tragedia, z której jej matka długo nie potrafiła się otrząsnąć. Ja'ra po prostu okazała się niedojrzała, ale czy można być dojrzałym w wieku dwudziestu kilku lat? Czy wtedy człowiek wie, czego chce? Czy powinien podejmować decyzje, które mają zdefiniować jego życie? Co lepsze: bezpieczeństwo czy szaleństwo? A może coś pomiędzy? Teraz, kiedy zrujnowała swoje życie, będzie musiała podjąć decyzję: czy próbować je odbudować czy tworzyć coś nowego, już bez Ariego i bez męża. Ma szansę odnaleźć siebie na nowo, żyć samodzielnie a nie wsparta na mężczyźnie. Ofiarą dojrzewania Ja'ry jest Joni, jej mąż. Tak po ludzku jest mi go żal. Ale czy można wymagać od niej, aby była z nim tylko dlatego, że nie chce go skrzywdzić? Tak już jest, nie da się przejść przez życie nie raniąc. (Zresztą Joni wydaje się być spokojnym, dobrym, ale nudnym człowiekiem, uległym wobec losu. Nie potrafi walczyć, cierpi w milczeniu.) Ja'ra nadal nie jest dojrzała, ciągle fantazjuje na temat swojego życia. Proces wglądania w siebie dopiero się rozpoczął. Co będzie dalej, nie wiemy.
Trudno powiedzieć, abym szczególnie polubiła bohaterki i bohaterów książek Shalev, abym przejęła się bardzo ich losami, abym je głęboko przeżyła. Raczej przyglądam się im po części z irytacją, po części z zainteresowaniem, po części ze zrozumieniem. Ale na pewno za jakiś czas sięgnę po kolejną książkę z cyklu (środkową) "Mąż i żona". W jakiś sposób swiat powieści tej izraelskiej pisarki przyciąga i fascynuje. W nadmiarze taka literatura może drażnić, czytana od czasu do czasu jest przyjemnością (chociaż to niewłaściwe słowo).

Popularne posty