Wasilij Grossman "Życie i los"

O Grossmanie od czasu do czasu coś tam obijało mi się o uszy: że wybitny, wielki, jednym słowem koniecznie powinno się przeczytać, ale jakoś pozostawałam na jego książki obojętna. Może dlatego, że o wojnie? Aż nagle dojrzałam do lektury i postanowiłam przeczytać. Wypadło na "Życie i los" (W.A.B. 2011; przełożył Jerzy Czech), bo drugiej ("Wszystko płynie") akurat nie było w księgarni. Lekko się przeraziłam, gdy wzięłam do ręki tom nabrzmiały od ponad ośmiuset stron. Aż tyle o wojnie, jęknęłam w duchu. Cóż było robić, kosztował niemało, więc nie mogłam zdezerterować. I słusznie. To powieść, nie boję się tego powiedzieć, rzeczywiście wielka, wspaniała, wybitna, po prostu kawał LITERATURY! Teraz już wiem, że i tę drugą koniecznie muszę zdobyć i przeczytać.

Na początek kilka słów o autorze, bo kiedy wspominałam, co aktualnie czytam, nikt jakoś Grossmana nie kojarzył. Rosyjski pisarz "o żydowskich korzeniach" (cytuję z okładki), urodzony na początku zeszłego wieku na Ukrainie, zmarł w roku 1964. Autor opowiadań i kilku powieści. Obie wspomniane przeze mnie miały swoją premierę na Zachodzie, w Związku Radzieckim ukazały się dopiero w roku 1989, w Polsce wydano je początkowo w drugim obiegu. "Życie i los" historię miało dramatyczną: skonfiskowano maszynopis, na szczęście jeden udało się ocalić i przemycić na Zachód, gdzie został opublikowany już po śmierci pisarza.

Akcja tej monumentalnej powieści rozgrywa się w czasie kilku  miesięcy, które zadecydowały o losach drugiej wojny, a tym samym świata. Chodzi oczywiście o Stalingrad. Zwycięstwo Armii Czerwonej nad wojskiem hitlerowskich Niemiec odwróciło losy wojny. Ale ten szczęśliwy przełom okupiony ogromną ilością ofiar  i całkowitym unicestwieniem miasta, pozwolił potem Stalinowi dyktować warunki jego zachodnim sojusznikom. Co to oznaczało dla naszego zakątka Europy, wiadomo, co dla Rosjan też. Ale nie o przyszłości jest ta powieść, chociaż narrator od czasu do czasu do przodu wybiega, zapowiadając to, co się stanie. Bohaterami książki są członkowie inteligenckiej rodziny Szaposznikowów i ludzie jakoś z nimi związani. Ale przez karty powieści przewija się mnóstwo innych postaci, czasem też historycznych. Nie należy zniechęcać się, jeśli początkowo ten literacki tłumek myli się i miesza. Z czasem wszystko ułoży się, splecie w jedną całość, a my z zapartym tchem będziemy śledzić losy tych ludzi. Wojna rzuciła bohaterów w różne miejsca. Ktoś ukrywa się w ruinach obleganego Stalingradu, ktoś tam walczy, stawiając beznadziejny opór w słynnym oblężonym domu, ktoś dowodzi kompanią czołgów, ktoś jest pilotem, ktoś oficerem politycznym. Ale nie tylko na froncie i na jego tyłach rozgrywa się akcja powieści. Także w Kazaniu, gdzie z Moskwy ewakuowano wiele instytucji. W Kujbyszewie, gdzie mieszka w wynajmowanej klitce jedna z sióstr. Na kałmuckich stepach, w getcie jakiegoś ukraińskiego miasteczka, w obozie jenieckim, w łagrze na dalekiej Syberii i wreszcie na Łubiance, stalinowskim więzieniu. Chociaż wydaje się to niemożliwe i nieprawdopodobne, to jednak we wszystkich tych ciemnych, strasznych miejscach toczy się życie. Czy to schron, czy piwnica w oblężonym mieście, czy otoczony dom, w którym broni się rosyjski oddział, czy obozowy barak wszędzie ludzie próbują żyć. Toczą się rozmowy, uprawia się seks, kocha się kogoś, za kimś tęskni, na kogoś czeka, gotuje, je, pije, żartuje, śpiewa, dyskutuje i kłóci. I tylko czasami w tę wojenną zwyczajność wtargnie z nagła coś okrutnego: jakaś egzekucja, czyjaś śmierć. Jak iskra, jak grzmot, który zaraz ucichnie. I chociaż trwa to zwykle chwilę a bohaterowie, szczególnie ci na froncie i ci w obozach, wydają się być znieczuleni na wojenne zło, nie mogą wypędzić spod powiek niechcianych koszmarów. A wraz z nimi obuchem po głowie dostaje czytelnik. Nie ma co ukrywać: jest w tej powieści wiele szarpiących trzewia scen. Szczególnie mocne i przejmujące są te opowiadające o losach Żydów zamkniętych w gettach ukraińskich miast, schwytanych na obrzeżach Stalingradu. Poznajemy historię kilkorga z nich. Jadą jednym z transportów do obozu. Mnie najbardziej poruszyła opowieść o Dawidzie, chłopcu wysłanym przez matkę z Moskwy do babci na Ukrainie. Wydawało się, że tam będzie bezpieczniej. Do czasu. Towarzyszymy mu i innym do tragicznego końca. Trudno zapomnieć poetycko-realistyczny obraz ich śmierci w komorze gazowej. Równie okrutne i bolesne są sceny przesłuchań na Łubiance, a jeszcze mocniejsze obrazy pędzonych do niewoli niemieckich jeńców wojennych. W łachmanach, owinięci czym popadnie, często bosi, głodni i zmarznięci niedawni triumfatorzy wędrują czwórkami na Sybir. Wielu nie dotrze. Grossman z całą bezwzględnością pokazuje okrucieństwo wojny, pochylając się z litością nad każdym. I nad rosyjskim żołnierzem, i nad niemieckim. Każdy z nich miał jakieś swoje przedwojenne, zwyczajne życie. Ktoś kochał literaturę i muzykę, ktoś był inżynierem, ktoś studentem, a ktoś robotnikiem. Wojna ich zrównała, zapędziła do ziemianek, schronów i okopów. Jednych zaraziła nienawiścią, innych nie pozbawiła ludzkich odruchów. Ktoś, nawet w chaosie wojny, ocali w sobie człowieczeństwo i zamiast mścić się na na wrogu, podaruje mu kromkę chleba, nie bardzo wiedząc dlaczego, inny nie dostrzeże w nim człowieka i kopnie jak psa, zabijając.

Równie przejmujący jest obraz zrównanego z ziemią, oswobodzonego Stalingradu. Aż trudno uwierzyć, że jeszcze parę miesięcy wcześniej toczyło się tu normalne życie. Jeszcze trudniej, że kiedyś to miasto, jak wiele innych, zmartwychwstanie. Kiedy razem z jedną z bohaterek wędrujemy po morzu gruzów, kiedy razem z nią szukamy jej domu, sklepów, w których robiła zakupy, teatru, kawiarni, do której chodziła, jesteśmy przerażeni i bezradni.

Ale życie bohaterów zrujnowała nie tylko wojna. Przetoczył się po nich także walec komunizmu. Wśród postaci przewijających się przez karty powieści nie ma zajadłych wrogów systemu. Przeciwnie, jest pomiędzy nimi wielu ideowych komunistów, którzy swoje przekonania wykuwali jeszcze w czasach Lenina. Długo ufali Stalinowi, popierali kolektywizację wsi, wierzyli, że oskarżani i skazywani w czystkach 1937 roku byli winni. Teraz, w czasie wojny wielu z nich zostanie wystawionych na próbę. W wielu zacznie się budzić świadomość niesprawiedliwości i okrucieństwa systemu. Ta powieść pokazuje z jednej strony nieprawości stalinizmu: fałszywe oskarżenia, sfingowane procesy, donosicielstwo, strach, nieufność, łamanie ludzi, zsyłki do łagrów, rodzący się antysemityzm i niechęć do innych narodów niż rosyjski, z drugiej kształtowanie się pod wpływem wojny rosyjskiej świadomości narodowej i ustroju narodowo-państwowego. To wtedy powstał mit wojny ojczyźnianej, mit wielkiego narodu rosyjskiego, który oswobodził Europę, mit żywy do dziś. Losy jednostek splatają się z losem narodu. Jedna z bohaterek przypomina sobie wszystkie nieszczęścia, które dotykając narodu, nie oszczędziły jej rodziny:

"Epoka powszechnej kolektywizacji, rok trzydziesty siódmy, los kobiet, które trafiły do obozów jako żony represjonowanych, los ich dzieci, które zabrano do domów dziecka... Postępowanie Niemców z jeńcami, wojenne nieszczęścia i porażki, wszystko to dręczyło ją, pozbawiało spokoju tak samo, jak nieszczęścia we własnej rodzinie."

Powieść Grossmana nie byłaby zapewne tak interesująca i wstrząsająca, nie dotykałaby tak mocno prawdy o ludzkim życiu i losie, gdyby nie historie bohaterów. Im dalej, tym lepiej ich poznajemy, tym mocniej przeżywamy ich losy, które coraz bardziej się komplikują. Dylematy moralne, życiowe wybory najwyższej wagi, poświęcenie, cierpienie, strata, miłość, także ta niechciana, bo nielegalna niosąca duchowe męki, małość i wielkość człowieka. To wszystko brzmi górnolotnie i ogólnikowo, ale rozpisane na konkretne ludzkie historie porusza. Pokazuje to, co stanowi sedno naszego życia. Cały jego tragizm i ulotne piękno.


Mark Slouka "Widzialny świat"

Książka amerykańskiego pisarza, prawdopodobnie syna czeskich emigrantów, Marka Slouki, "Widzialny świat" (Czarne 2010; przełożył Sebastian Musielak) trochę się na mojej półce przeleżała. Dziś już nawet nie pamiętam, dlaczego ją kupiłam. Pewnie coś na jej temat usłyszałam. A kiedy wreszcie ostatnio po nią sięgnęłam w ramach wdrożonego niedawno planu wyciągania z półki nie tylko tego, co nowe, ale i najstarszych zasobów, połknęłam ją w ciągu kilku dni (muszę przyznać, że nie jest to tom opasły, ale też i nie całkiem mizerny). Ta powieść po prostu mnie ujęła. Nie jest oczywiście arcydziełem, nie może się równać z takimi "Przypadkami inżyniera ludzkich dusz" Skvoreckiego, ale przecież nie samymi arcydziełami czytelnik żyje. A porównanie ze Skvoreckim nie jest zupełnie przypadkowe. Bohaterowie obu książek to czescy emigranci albo potomkowie takich (podobnie jak pisarze). Obaj snują swoją opowieść na dwóch planach czasowych: współczesnym i wojennym. Zdarzenia współczesne rozgrywają się w Ameryce (odpowiednio w Stanach i Kanadzie), a minione w Czechosłowacji okresu wojny (u Skvoreckiego także później). Na tym podobieństwa się kończą. Powieść Skvoreckiego jest oczywiście znacznie bogatsza pod każdym względem, także językowym, co genialnie oddał tłumacz Andrzej Jagodziński. Nie ma co owijać w bawełnę: jest to po prostu książka wybitna i każdy miłośnik literatury poważnej powinien się z nią zmierzyć. I niech nikogo nie odstrasza jej rozmiar: po zakończeniu lektury popadłam niemal w rozpacz, że to już, że muszę rozstać się z bohaterami, że muszę opuścić świat wykreowany przez autora. A przydarzyło się to nie tylko mnie. No ale nie o Skvoreckim mam dzisiaj pisać (zainteresowanych odsyłam do mojej notki). Przejdę zatem do "Widzialnego świata".

Narrator wspomina dzieciństwo i młodość spędzone w domu swoich rodziców, czeskich emigrantów. Przeszłość przefiltrowana jest przez pamięć dziecka. Chaotycznie wracają do niego obrazy, a to przyjaciół rodziców, którzy bywali w ich mieszkaniu, a to zdarzeń, których znaczenie pojął dopiero po latach. Za znajomymi ciągną się ich historie, czasem śmieszne, czasem smutne czy tragiczne. Każdy ma jakieś korzenie w wojennej Czechosłowacji. Każdy wydaje się w jakiś sposób niezwykły, przynajmniej w oczach dziecka, a czy tak jest naprawdę, nigdy się już nie dowiemy, większość z nich nie żyje. Czy historie zapamiętane przez narratora wydarzyły się naprawdę? Trudno stwierdzić, czasem po latach  przez przypadek poznawał zupełnie inną wersję zdarzeń, często niestety mniej przyjemną. Która jest prawdziwa?

Pierwsza część powieści ma urok świata widzianego oczyma dziecka. To rozmowy podsłuchiwane z dziecięcego pokoju przez szparę w drzwiach. To krótkie spotkania z barwnymi znajomymi rodziców, którzy na chwilę wpadali do pokoju synka gospodarzy. To wspomnienia wakacji spędzanych w domku nad jeziorem. Wszystko ma urok dzieciństwa, dziecięcych wspomnień. Ale nad tym z pozoru szczęśliwym okresem unosi się pewna tajemnica, z której narrator jako dziecko nie do końca zdawał sobie sprawę. Im był starszy, tym więcej widział i rozumiał. To tajemnica jego rodziców, a ściślej matki.

"W czasie wojny matka poznała mężczyznę. Po tej historii, jak po każdej dobrej historii miłosnej, pozostały spustoszenia i broczące rany. Na jesieni 1942 roku było już po wszystkim. W maju tamtego roku czescy partyzanci dokonali w Pradze zamachu na Reichsprotektora Reinharda Heydricha i jak łatwo zgadnąć, krajem targały okrutne represje (...)"

To cytat z pierwszej strony. Tym człowiekiem nie był oczywiście ojciec narratora. Kto nim był? Kim był mężczyzna, o którym jego matka nie mogła zapomnieć do końca życia? Kim był mężczyzna, który cały czas swoim wspomnieniem rywalizował z jego ojcem? Kim był mężczyzna, z którego wspomnieniem nawet on, syn, musiał dzielić się matką? Kim był ten, który w pewnym sensie mu ją zabrał? Tego narrator próbuje się dowiedzieć od czasów swojej młodości. Bezskutecznie. Nawet wizyta w Pradze niewiele daje. Nikt nie pamięta tamtej historii. Ale próbując odkryć prawdę o rodzicach, odkrywa prawdę o czasie wojny. Sielskie obrazy dzieciństwa mieszają się w powieści z jej okrucieństwem: represjami, aresztowaniami, przesłuchaniami, masowymi egzekucjami. Większość nawiązuje do autentycznej historii zamachu na Heydricha i tego, co działo się potem. Tak jak tamte wspomnienia i te nie mają charakteru linearnego ani jednoznacznego. Wszystko jest kwestią pamięci i wszystko wraca zgodnie z jej kapryśną logiką. Co może zrobić narrator dręczony tajemnicą matki, której nie jest w stanie odkryć? Może ją sobie wyobrazić. I tak właśnie robi. Zrezygnowany, znużony bezskutecznymi poszukiwaniami wyobraża sobie zdarzenia, które rozegrały się w roku 1942 w Czechosłowacji i które zaważyły na całym życiu rodziców, rykoszetem trafiając także jego. Ostatnia, najkrótsza, część powieści to łapiąca za serce historia miłosna z wojną w tle. Najprawdziwszy, sentymentalny melodramat. Taki, w którym miłość przegrywa z obowiązkiem. Także najprawdziwsze wojenne dylematy i tragedie. Pytania o koszty heroicznych czynów. Obowiązek, honor, zdrada, wierność, rozpacz. Przypadek, który ratuje. Co z tego, kiedy potem trzeba borykać się z ciężarem pewnej myśli. Może bywają w życiu takie sytuacje, kiedy myśli sobie, że lepiej było zginąć niż ocaleć? Całkiem prawdopodobne, że komuś ta historia wyda się nazbyt sentymentalna i banalna. Mnie ujęła i wzruszyła.

I na koniec jeszcze słów parę o języku. Oszczędnym i poetyckim zarazem. Oto próbka:

"Dwa razy dziennie wychodzili w deszcz i zbierali wszelki półsuchy chrust, wyłamywali sosnom gałązki z ich kłujących serc, zaglądali pod obwisłe gałęzie w poszukiwaniu suchych szyszek."

To jeszcze jedna zaleta tej powieści dodająca jej melancholijnego uroku. Niech sobie ktoś myśli, co chce, mnie się "Widzialny świat" spodobał.

"Poliss". Film o pracy francuskiej policji.

Wybrałam się wreszcie na francuski film "Poliss". Tak dalece pozostałam wierna mojemu zwyczajowi, aby wcześniej nie czytać żadnych informacji na temat, że nie bardzo wiedziałam, czy idę na dokument, czy film fabularny. Zaskoczeniem była również informacja, która na początku pojawia się na ekranie, że jest to oparta na faktach opowieść o pracy policyjnego wydziału zajmującego się sprawami dzieci i nieletnich. To tu trafiają podejrzenia o pedofilię, wykorzystywanie czy maltretowanie dzieci. Sprawy przykre, chwytające za serce, często trudne. Podobne znamy przecież z rodzimego podwórka. Czy ojciec molestował swoją kilkuletnią córkę? A może, jak twierdzi, to zemsta byłej żony? Między innymi na takie pytania muszą odpowiedzieć sobie pracujący tu policjanci i psychologowie.

Film wprawdzie dokumentem nie jest, ale bardzo go przypomina, chociaż na ekranie rozpoznajemy twarze znanych francuskich aktorów. Właściwie trudno tu mówić o akcji: obserwujemy codzienną pracę wydziału. Dzieci i ich rodzice pojawiają się i znikają, nie dowiemy się, jaki będzie ciąg dalszy, reżyserka, Maiwenn, nie zaspokoi naszej ciekawości. Kiedy sprawa wędruje dalej, znika z pola widzenia policjantów, a więc i naszego. Za progiem już czekają następni poszkodowani. Zajęcie ważne, wyczerpujące i niezwykle stresujące. Bezradność, bezsilność, kiedy czegoś nie można załatwić, złość, niepewność i nagłe napady śmiechu, aby rozładować stres. I tak w kółko. Ale ten film to nie tylko problemy dzieci, to także życie i praca policjantów wydziału. Pracują bardzo długo, na prywatność niewiele zostaje czasu. Razem przeżywają porażki i świętują sukcesy. Koszt tej harówki bywa bardzo duży. Dlatego w ich życiu rodzinnym pojawiają się problemy. Ale i w pracy nie są od nich wolni: wspólnota, jaką tworzą, to nie tylko przyjaźnie, również konflikty, często tłumione, nagle wybuchające z nieoczekiwaną siłą. Od czasu do czasu pojawiają się pretensje do szefa o to, że nazbyt ostrożny i ulega zwierzchnikom.

Zdarzenia długo bezładne jak w dokumencie, stopniowo zaczynają układać się w zarys akcji. Historie kilkorga bohaterów wybijają się na pierwszy plan. Są dość banalne i przewidywalne, ale może dlatego, że to jednak tylko tło dla policyjnej codzienności, ten brak odkrywczości tak bardzo nie przeszkadza. Dopiero zakończenie jest zupełnym zaskoczeniem. Tego nie spodziewa się nikt: ani zgromadzeni na naradzie policjanci, ani my, widzowie. Można być blisko, można pracować z kimś latami po dwanaście godzin na dobę i nie wiedzieć, co się dzieje z drugim człowiekiem. W końcówce filmu twórcy jedyny raz pociągnęli dalej historię jednego z dziecięcych bohaterów. W ten sposób powstała klamra spinająca losy dwóch postaci. Mnie wydała się nieco nachalna.

Mimo mocnego zakończenia, mimo przerażających historii wykorzystywanych dzieci, mimo kilku wzruszających momentów całość nie wywarła na mnie wielkiego wrażenia. Raczej postawiłam się w roli obserwatora-podglądacza niż osoby zaangażowanej. Inaczej niż jednej z bohaterek, fotografce dokumentującej pracę wydziału, nie udało mi się wejść w sam środek zdarzeń.

Chociaż marudzę, film obejrzałam z dużym zainteresowaniem i ciekawością. Na pewno warto obejrzeć.

"Piękno". Nieudany film z RPA.

Z powodu długiego majowego weekendu, który postanowiłam wykorzystać od deski do deski, przepadł mi francuski "Minister", film bardzo chwalony. "Polisse", również rodem znad Sekwany, na razie grają o porze niezbyt dogodnej (do biletu musiałabym jeszcze doliczyć koszt taksówki), mam nadzieję, że od piątku zmieni się godzina emisji i będę mogła zobaczyć. Wobec tego wybrałam się na "Piękno" z RPA. Za rekomendację posłużyły mi Nowe Horyzonty, na których film był pokazywany, oraz Festiwal Filmów Świata Ale Kino! Od razu powiem: żałuję, że poszłam, mogłam zostać w domu i oddać się lekturze "Życia i losu" Wasilija Grossmana, który teraz czytam. Cóż, film zapowiadał się nieźle, długo dawałam mu szansę (dziewczyna siedząca obok dużo wcześniej demonstrowała swoje niezadowolenie, w końcu wyszła), miałam nadzieję, ale ambicje artystyczne twórców zatriumfowały nad logiką. Wielokrotnie pisałam, jak bardzo drażni mnie w kinie demonstracyjne lekceważenie realiów w imię artystycznych racji. Nie mam pretensji ani o wolne tempo, ani o dwie mocne sceny (jedna obrzydliwa, druga wstrząsająca, ale obie uzasadnione), tylko o zmarnowany temat. Dla porządku wspomnę, że jest to historia dobrze sytuowanego pięćdziesięciolatka, który ma żonę, dwie dorosłe córki (właśnie jedną z nich wydał za mąż), pozornie poukładane życie i nagle traci głowę dla niezwykle przystojnego syna swoich przyjaciół. Dalej, na szczęście, akcja rozwija się dość zaskakująco, wobec tego więcej zdradzić nie mogę. Ja się zawiodłam i zirytowałam, więc odradzam, ale jeśli ktoś już widział, niech przeczyta ciąg dalszy i skonfrontuje opinie. Zapraszam.

Sytuacja wyjściowa banalna. Ileż to razy widzieliśmy w kinie podobne obrazki: pozornie przykładne małżeństwo, dobrze sytuowane, żadnych większych problemów, ale od obojga wieje chłodem. Grzeczni, układni, rozmawiają tylko o codziennych, domowych sprawach, a w nocy odwracają się do siebie plecami, co im zupełnie nie przeszkadza. Po jakimś czasie wyjaśni się dlaczego: ona ma prawdopodobnie kochanka (oczywiście banał), a on ... . I tu następuje scena, która mnie z jednej strony zaskoczyła, z drugiej zbrzydziła, ale, jak wspominałam we wstępie, nie o to mam pretensje. Wydaje mi się, że takie było założenie: ta męska orgia chyba podobne odczucia miała wywołać. Bohater, który od początku nie budził mojej sympatii, teraz wydał mi się wręcz odrażający, podobnie jego kompani. I nie chodzi tylko o hipokryzję: kilkakrotnie rzuca pogardliwe uwagi o pedałach (przytaczam jego słowa), a sam uczestniczy w tajnych, męskich schadzkach, ale jakiś odrażający kult silnego mężczyzny. Zastanawiam się, czy w ogóle można tu mówić o hipokryzji. Przecież słowa pedał użyją raczący się piwem mężczyźni. Żadnych czarnych, żadnych pedałów, powie gospodarz spotkania, kiedy jeden z gości przyprowadzi ze sobą czarnoskórego chłopaka. Natychmiast dość obcesowo zostanie wykluczony z towarzystwa, wyproszony z domu. Tym większe zaskoczenie, kiedy za chwilę widzimy tych samych facetów uprawiających seks tylko w swoim, męskim towarzystwie. Mam wrażenie, że żaden z nich nie uważa się za geja (oni oczywiście powiedzieliby pedała). To, chyba, taki rodzaj męskiej zażyłości jak w niektórych krajach Południa czy Azji. Tam mężczyźni trzymają się za rękę, tańczą ze sobą i okazują sobie taką fizyczną bliskość jak w naszym kręgu kulturowym kobiety. To tylko jednak moje spekulacje. Myślę, że dla zrozumienia tego, co oglądamy na ekranie, przydałaby się lepsza znajomość tamtej kultury. A że może tu chodzić o swoiście pojęty kult silnego mężczyzny, pana i władcy, gardzącego kobietami, świadczy relacja bohatera z jedną z córek. Najpierw ma do niej o wszystko pretensje, traktuje ją niczym małą dziewczynkę, chce kontrolować i mówić, co jej wolno, a czego nie, a potem, kiedy ona w niezrozumiały dla mnie sposób ze strachu przed ojcem zalewa się histerycznie łzami, on jej wspaniałomyślnie wybacza. Ten wątek filmu z racji odmienności kulturowej jest nawet interesujący.

Dlaczego wobec tego tak mnie "Piękno" zirytowało? Dlaczego uznałam czas spędzony w kinie za stracony? Drażnił mnie z jednej strony banał, z drugiej artystyczne nadęcie idące w parze z demonstracyjnym lekceważeniem realiów. No i rozwiązanie dramatycznej sytuacji. Ale po kolei. Banalna jest historia pięćdziesięciolatka przeżywającego duchowy kryzys najprawdopodobniej spowodowany tym, że nie ma odwagi podążyć za swoimi pragnieniami. Żyje tak, jak żyją wszyscy wokół, jak się tego od niego oczekuje. Banalna jest pokazana w kontrze historia jego znajomego, który porzucił żonę dla młodszej partnerki i czuje się szczęśliwy. Lekceważy opinię innych na swój temat. Francois spogląda na niego melancholijnym, zrezygnowanym, zazdrosnym okiem, z szacunkiem. Tyle o banalności. Teraz o artystycznym nadęciu. Prawie od początku reżyser daje widzowi do zrozumienia, że nie będzie to zwykły film obyczajowy, nie, mamy do czynienia z kinem artystycznym, ambitnym. Wolne tempo, nicsięniedzianie, wyciszanie dźwięku i obserwowanie bohaterów z dystansu to te artystyczne chwyty. Towarzyszy temu markowanie jakiejś intrygi. Co właściwie zrobił Francois, aby odciągnąć od Christiana, na którego punkcie dostał obsesji, jego dziewczynę? Jakieś telefony, sfingowanie kradzieży samochodu, w którym siedzi. O co chodzi? A może to ja nie zrozumiałam, a wszystko było jasne jak słońce? Albo może właśnie nieważne? Drogi widzu, to przecież kino artystyczne, ambitne, więc jakież znaczenie ma taki drobiazg? Nie o to przecież tu chodzi, więc się nie czepiaj. Jeśli chcesz dobrze skonstruowanej historii, to idź na inny film. Ja jednak lubię dostać wszystko na raz: artystyczne, ambitne kino i dobrze opowiedzianą historię, i wcale nie wydaje mi się, abym  miała wygórowane żądania.

I na koniec o zmarnowanej szansie albo rozminięciu się moich oczekiwań z zamysłem reżyserskim. Zaskakująca i wstrząsająca jest scena gwałtu. Przyznam, że nie takiego rozwoju wypadków się spodziewałam. Myślałam, że historia potoczy się banalnie, a tu przerażające zaskoczenie. Bezradny, miotający się Christian, który  nie potrafi wyrwać się silniejszemu i potężniejszemu mężczyźnie, błaga go bezskutecznie o litość. Ta scena zostaje w pamięci. Gwałt zadany przez kogoś, kogo się zna, nie przez obcego napastnika. Tym straszniejszy. Trauma, która może ciągnąć się za ofiarą długi czas. Reżyser pokazuje banalność zła, w gruncie rzeczy przypadkowość. Po Francois ta sytuacja zdaje się spływać jak woda po gęsi. Ale ja chciałabym też wiedzieć, co dzieje się z ofiarą. Rozwiązanie okazuje się tyleż przewrotne, co jednak nieprawdopodobne. Christian zakpił sobie ze swojego oprawcy? To ma być zemsta? Tak mu łatwo przyszła? Mnie to nie przekonuje. No i to była ta przysłowiowa kropla, która przelała czarę goryczy. Chyba dość dawno tak zdecydowanie nie odrzuciłam żadnego filmu. Teraz, kiedy to napisałam, poszukam recenzji, żeby się skonfrontować z opinią fachowców. Bardzo jestem ciekawa.

Saul Bellow "Ofiara"

Bellow to kolejny po Philipie Rothcie wybitny amerykański pisarz, którego jakoś przegapiłam. Nie wiem dlaczego, ale jeśli chodzi o literaturę zza oceanu zatrzymałam się na wielkiej trójce: Hemingwayu, Fitzgeraldzie i Faulknerze. Był jeszcze Styron, coś tam Updike'a, może ktoś jeszcze, a ostatnio Frazen. Tyle. Nie da się czytać wszystkiego, ale do Rotha dopisuję Bellowa i postanawiam co jakiś czas po nich sięgać. "Ofiara" (Czytelnik 2012; przełożył Lech Czyżewski) to wczesna powieść pisarza, wydana w roku 1947, co, jak sądzę, nie jest bez znaczenia dla jej interpretacji.

Można na tę powieść spojrzeć na dwa sposoby. Pierwszy, prostszy, kiedy oderwiemy się od kontekstu historycznego, kiedy zapomnimy, że książka powstała niedługo po wojnie, kiedy nie przywiążemy wielkiego znaczenia do tego, że główny bohater Asa Leventhal jest amerykańskim Żydem, kiedy zapomnimy, że pisarz był synem rosyjskich Żydów, którzy opuścili Rosję w 1913 roku. I drugi, pewnie bardziej uprawniony, kiedy to wszystko będziemy mieć w pamięci. Zacznę, pomijając kontekst.

Leventhal, mężczyzna chyba około czterdziestoletni, a może trochę młodszy, po życiowych burzach i niepowodzeniach, nie bez trudu osiągnął wreszcie stabilizację. Mieszka wraz z żoną w Nowym Jorku, pracuje w jakimś wydawnictwie jako redaktor, nie skończył wprawdzie studiów, ale po latach pracy zdobył doświadczenie w swoim fachu. To wystarczy, aby czuł się doceniany i potrzebny, i mógł wieść spokojne życie. Kiedy porównamy jego los z losem brata, Maxa, tym bardziej docenimy fakt, że mu się udało. Max jest robotnikiem, mieszka wraz z żoną i dwoma synkami w czynszowej kamienicy na Staten Island, pracuje z dala od domu. Ale szczęście i spokój Asy Leventhala są bardzo kruche. Gdzieś z tyłu czai się przeszłość. Pamięć o matce, która umarła w szpitalu dla obłąkanych, o czym obaj bracia dowiedzieli się, kiedy już byli dorośli. Pamięć o latach niepowodzeń, upokorzeń związanych z poszukiwaniem pracy. Pamięć o tym, że Mary, zanim została jego żoną, odeszła bez słowa do innego. Dlatego Leventhal czuje się gorszy. Dlatego przywiązuje tak wielką wagę do tego, co ktoś o nim powie, jak na niego spojrzy, co o nim myśli. Jest przeczulony na swoim punkcie, jakby obawiał się, że w każdej chwili może utracić wszystko, co ma. Jeśli tak się stanie, wcale go to nie zdziwi, uzna, że mu się należało, bo jest kimś gorszym, skażonym obłąkaniem matki, sklepem tekstylnym ojca. Taka postawa powoduje, że bardzo często reaguje niewspółmiernie do tego, co go spotyka. Wybucha, wchodzi w konflikty, obraża się, jest podejrzliwy. Pewnie dlatego nieoczekiwane spotkanie z dawnym znajomym, Kirbiem Allbeem, wywróci jego życie do góry nogami. Allbee, tonący alkoholik, oskarża go o to, że przez niego stracił pracę w wydawnictwie. Mało tego, jest przekonany, a przynajmniej tak twierdzi, że zaszkodził mu celowo. Leventhal, którego poczucie pewności siebie jest tak kruche, chociaż nie czuje się winny, stopniowo wchodzi w rolę ofiary. Allbee coraz śmielej sobie poczyna, coraz bardziej panoszy się w jego życiu, stawia coraz większe żądania, triumfuje, kpi, jest bezczelny i bezkarny, zamienia jego życie w koszmar. Leventhal dodatkowo przytłoczony i przygnębiony rodzinnymi kłopotami brata, nieobecnością żony, która wyjechała do matki, staje się łatwym łupem uzurpatora. Nawet jeśli początkowo nie czuł się winien, rzucone przez przyjaciół słowa i natrętne zachowanie Allbeego zachwieją jego przekonaniem o niewinności. Zachowuje się niczym człowiek szantażowany, gotów na spełnienie każdego żądania swego prześladowcy, bo wierzy, że tylko tak może się od niego uwolnić. Zadaje sobie pytania o winę nieuświadomioną. Może rzeczywiście jest winny, chociaż niczego nie zrobił celowo? Może to jednak on odpowiada za ciąg nieszczęść w życiu Allbeego, który rozpoczął się od utraty pracy? Tak bardzo chciałby usłyszeć od kogoś, że się nie myli: jest niewinny. Wina Leventhala to wina egzystencjalna. Żyjąc, czy tego chcemy, czy nie, nieświadomie krzywdzimy innych. Jedno przypadkowe słowo, jeden gest, jakiś moment, zbieg okoliczności i powodujemy lawinę nieszczęść. My zyskujemy, ktoś traci. Czy da się przejść przez życie, nie czyniąc zła? Nowojorski, wilgotny upał, letni skwar znakomicie budują atmosferę napięcia, zagrożenia, smutku i melancholii. Leventhal samotnie przemierza ulice miasta, zmaga się z problemami rodziny i nigdzie nie znajduje wytchnienia, nawet w mieszkaniu, które stopniowo zaczyna przypominać zatęchłą norę. Czuje się coraz bardziej osaczony, jest czujny i napięty, wszak w każdej chwili może spotkać swojego prześladowcę.

Chociaż Leventhal nie jest narratorem, zdarzenia oglądamy z jego perspektywy. Interpretujemy je tak jak on, tylko czasami poznajemy perspektywę innych bohaterów, ale przefiltrowaną przez jego punkt widzenia. Dlatego i na Allbeego patrzymy  oczami Asy. Mamy go za pogrążającego się alkoholika, który z uporem straceńca dąży do samozagłady, nie czyni żadnego wysiłku, aby wypłynąć na powierzchnię, za to chętnie oskarża innych o swoje niepowodzenia i dlatego nie bardzo można pomóc. Ale przyszedł taki moment, kiedy zadałam sobie pytanie, czy tak rzeczywiście jest. Jaki jest naprawdę Allbee? Co czuje? Jest bezczelnym, pewnym siebie szantażystą, który zorientował się, że łatwo może wykorzystać swoją ofiarę, wzbudzając w niej poczucie winy, czy chorym, nieszczęśliwym człowiekiem, który nie może podźwignąć się po osobistej tragedii? A może i on jest ofiarą? Ofiarą Asy? Ofiarą losu? Tego nie dowiemy się nigdy. Leventhal podszyty strachem i winą często postrzega świat i ludzi jako zagrożenia, które na niego czyhają. Podobnie traktuje bratową i jej matkę. Czy ma rację?

To jedno spojrzenie na powieść Bellowa. Uniwersalne, psychologiczne. Ale jest i drugie, które odkryjemy, jeśli weźmiemy pod uwagę kontekst żydowski, o którym wspominałam na początku. Roztrząsając winę lub niewinę Leventhala, celowo pominęłam pewien szczegół. Otóż Allbee od czasu do czasu pozwala sobie na antysemickie uwagi. Pewnie oburzyłby się, gdyby ktoś nazwał go antysemitą. To od tego się wszystko zaczęło, od pewnej antysemickiej aluzji pod adresem przyjaciela Asy, Harkaviego, rzuconej przed laty na przyjęciu. Allbee lubi patrzeć na to, co się potem zdarzyło, jak na zemstę Leventhala. Później, w czasie ich burzliwych dyskusji kilkakrotnie będzie nawiązywał do jego żydowskości, zapewniając, że nie ma nic przeciwko, ale jednak te uwagi będą podszyte lekceważeniem i pogardą. I tu być może tkwi drugi klucz do zachowania Leventhala, do jego kapitulacji i przyjęcia roli ofiary. Czuje się naznaczony swoją żydowskością, dlatego z pokorą znosi afronty i prześladowanie. Sam gardzi postawą ojca, z nienawiścią wspomina recytowany przez niego wierszyk: "Mów mi Joszke, mów mi Mosiek, ale daj mi grosik." Pieniądze, do których nigdy nie doszedł, miały uniezależnić go od wrogów, od pogardy świata. Asa chce być inny, chce być dumny, chce uwolnić się od swojej przeszłości, swojego lęku i strachu, ale nie potrafi. Stale toczy samotną walkę ze sobą i ze światem, niezrozumiany przez najbliższych. Kiedy przyjdzie chwila próby, wejdzie w rolę Żyda, biernej ofiary, która nie walczy, ale pokornie poddaje się swojemu prześladowcy. Tylko raz w tej powieści padnie słowo Holokaust. Użyje go właśnie bezradny Leventhal w dyskusji z Allbeem, kiedy nie będzie potrafił znaleźć innych argumentów. Zabrzmi to wbrew jego intencjom trochę żałośnie, trochę ironicznie.

Bellow, tak jak Roth, potrafi nadać świetnie skonstruowanej, potoczystej, nastrojowej opowieści, którą znakomicie się czyta,   ciężar gatunkowy. Bo w gruncie rzeczy jest to opowieść o egzystencjalnym niepokoju, o życiu, które przygniata i beznadziejnym poszukiwaniu sensu. Nawet w okresach względnego powodzenia trudno się od tego uwolnić. Szczęście może być tylko chwilowe, niezawinione cierpienie tylko patrzy, by nas dopaść, a zło, na które nie zasługujemy, przytrafia się nam, czy tego chcemy, czy nie. Jak powie Allbee: "Obrywamy za nic i cierpimy za nic, i nie da się zaprzeczyć, że zło jest tak prawdziwe jak słońce."


"Wichrowe wzgórza" w filmowej wersji Andrei Arnold

Po "Lęku wysokości" przyszedł czas na ekranizację "Wichrowych wzgórz" w reżyserii Andrei Arnold. Ostrzyłam sobie na nią zęby od dawna. Bardzo byłam ciekawa, co reżyserka znakomitego "Fish tank", społecznego kina spod znaku Kena Loacha czy Mike'a Leigh, zrobi z klasyczną powieścią jednej z sióstr Bronte. Cóż, może nie tyle się zawiodłam, ile pozostałam obojętna. A przecież nie powinnam, bo to historia miłosna przesycona emocjami. Z lektury pamiętam też dojmujące wrażenie, że główni bohaterowie to ludzie skażeni złem. Ale może pamięć mnie zawodzi? Emocje wydały mi się papierowe, a para głównych bohaterów nie tak krwista jak w powieści. To, co otrzymujemy w zamian, nie przekonało mnie. Gdzieś zginęła klarowność opowieści, niejasne stają się motywacje bohaterów. Po Andrei Arnold spodziewałam się czegoś dużo lepszego. O szczegółach w drugiej części, jak zwykle dla tych, którzy film już widzieli.

Czasem im prościej, tym lepiej. Stosunkowo niedawno, całkiem niespodziewanie, bez wielkiego rozgłosu pojawiła się w kinach ekranizacja "Dziwnych losów Jane Eyre" drugiej z sióstr Bronte. Tamten film sprawił mi niezwykłą przyjemność. Były emocje, strach, ciekawość, wzruszenie, gniew i piękne obrazy. Klasyczny, świetnie zrobiony film. No i główna bohaterka, której Mia Wasikowska nadała współczesny rys kobiety świadomej, twardej, niezależnej. Nie będę się tu rozpisywać na temat tamtej ekranizacji, zainteresowanych odsyłam do mojego wpisu, a najlepiej do kin (może raczej przed telewizory, bo w kinach już się go raczej nie obejrzy).

Inaczej postąpiła Andrea Arnold. Chyba bardziej niż na historii miłosnej zależało jej na kinie społecznym. Główny bohater Heathcliff jest w jej wersji nie Cyganem, a Murzynem przywiezionym z kolonii. Ta zamiana pewnie jest nie bez znaczenia. Ma prawdopodobnie nadać ekranizacji rys uniwersalny, współczesny. Rodzi się konflikt my, biali, stąd kontra obcy, czarny, przybysz. Tylko po co? Wszak Romowie nadal spotykają się z odrzuceniem. Ale może problem Romów w Anglii nie jest tak ostry jak na przykład we Francji? A może chodzi o to, że Romowie są niby obcy, ale jednak nasi, europejscy? Czarny Heathcliff jest kimś spoza, jak współcześni uchodźcy z krajów afrykańskich. Przygarnięty przez starego Earnshawa, jakoś tolerowany przez służącą Nelly natychmiast zostaje znienawidzony przez Hindley'a, syna swojego dobrodzieja. Pogardzają nim też Lyntonowie, od razu skreślają z powodu pochodzenia i koloru skóry. Cathy, początkowo niechętna (kiedy go pierwszy raz zobaczy, po prostu  splunie), potem się z nim zaprzyjażnia. Stopniowo przyjaźń, przywiązanie zamieniają się w uczucie, chociaż na ekranie raczej tego nie widać. Widz nieznający książki, może poczuć się zaskoczony jej zwierzeniem. Heathcliff jest w tym filmie człowiekiem, który staje się zły, bo spotkał się z nienawiścią, pogardą i lekceważeniem. Po śmierci starego Earnshawa nikt, poza Cathy, nie ma dla niego dobrego słowa, a i ona ostatecznie go zdradza. Wybiera ogładę, majątek, prestiż. Ale przecież ta ogłada to tylko pozór. Świat pokazany na ekranie jest straszny. Ludzie niezależnie od stanu i zamożności są okrutni, prymitywni, źli. Taki jest Hindley, służący Joseph, tacy są Lyntonowie. Co z tego, że mieszkają w czystym, przestronnym, bogatym, jasnym domu. To tylko lukier, politura, pod którą ukrywają prymitywną pogardę, lekceważenie i nienawiść. Ludzie są tu częścią natury. Nie przypadkiem tyle w tym filmie obrazów zabijania zwierząt: ukręcania łbów ptakom czy zającom, wieszania bezbronnych psów. Tak postępuje Heathcliff, ale i mały synek Hindleya, już zarażony nienawiścią. Brud świata ludzi podkreśla brud panujący dookoła. Prymitywna, zapuszczona posiadłość Earnshawów i wszechobecne błoto. Nie przypadkiem Cathy i Heathcliff tak często dosłownie się w nim nurzają. Tych dwoje może miałoby szansę, gdyby świat wokół był inny. Z tą warstwą filmu nie mam problemu. Zamianę Heathcliffa-Cygana na czarnego Heathcliffa mogę ostatecznie zaakceptować i zrozumieć. Nie o to mam pretensje.

O ile pierwsza część filmu jest w miarę spójna i czytelna, o tyle druga już nie. Nie bardzo można zrozumieć szarpaninę uczuciową pomiędzy niespełnionymi kochankami. Szczególnie postępowanie Katarzyny jest niejasne. Zachowuje się a to jak cierpiąca kobieta, która za późno zrozumiała swój błąd, a to jak histeryczka, a to jak złośnica mszcząca się na człowieku, którego kochała. O co ma pretensje? To ona go porzuciła. Heathcliff krąży monotonnie między dwoma domami. Bardziej rozumiemy niż czujemy, że chce się zemścić na Lyntonie i Hindleyu. A kiedy cierpiąc, tłukł wściekle głową o ściany pokoju, a potem wykopywał z grobu trumnę ukochanej, mnie wydał się raczej groteskowy niż godny litości.

Nie wzruszyłam się, nie przeraziłam, pozostałam obojętna. A klaustrofobiczny nastrój pogłębiony ciemnościami, ciasnotą wnętrz i małym ekranem (zabieg celowy) spowodowały, że ostatecznie poczułam się znużona. Szkoda.

"Lęk wysokości", przejmujący, fabularny debiut Bartosza Konopki

Wreszcie w kinie! Prawie miesiąc nie byłam. Taka kinowa abstynencja zdarza mi się niezwykle rzadko. Nie, to nie brak czasu, ale nieurodzaj. Na nic nie miałam ochoty, nawet na powszechnie chwalonych "Nietykalnych". Obawiałam się, że są do bólu przewidywalni. I, jak donosi mi moja przyjaciółka, której opinii ufam, miałam rację. No ale do rzeczy. Wybrałam się na "Lęk wysokości", nie oglądając się specjalnie na oceny, bo temat jest mi bliski. Moim zdaniem warto. Ale oczywiście to nie kino dla wszystkich. Skromny, kameralny, przypominający dokument film na kilku aktorów. O relacjach ojca z synem, o chorobie psychicznej i przede wszystkim o tym, jak taki stan wpływa na najbliższych. Bardzo prawdziwy. Świetnie zagrany przez Marcina Dorocińskiego i Krzysztofa Stroińskiego. Jeśli, czytelniku tej notki, nie boisz się takiej tematyki, polecam. A kto widział, może czytać dalej.

Najbardziej w fabularnym debiucie Bartosza Konopki ujęła mnie szczerość w podjęciu trudnego, przykrego tematu. Tu nie ma lukru, nie ma łatwych rozwiązań. Reżyser bardzo prawdziwie pokazuje zmagania z chorą psychicznie najbliższą osobą. Można oczywiście spojrzeć na problem bardziej uniwersalnie i rozciągnąć go na każdą przewlekłą chorobę, ale choroba psychiczna jest jednak dość specyficzna. Jeśli pacjent nie chce się leczyć, nie chce zażywać lekarstw, jego stan się pogarsza. Tak dzieje się z ojcem Tomka. Kiedy Wojciech pozwala sobie pomóc, jest sympatycznym, interesującym człowiekiem. Żartuje, mówi do rzeczy, wspina się w górach, pokonując lęk wysokości. Kiedy odstawia leki staje się kimś innym: nieobliczalnym, wściekłym, zamkniętym w sobie, groźnym dla otoczenia szaleńcem. Może podpalić wycieraczkę sąsiadom, wyrzucić z okna telewizor, zamknąć się w domu i nie otwierać nikomu. Zagraża sobie i innym. Jest jak doktor Jekyll i mister Hyde.

Chory to jedno, ale jego rodzina drugie. Film świetnie pokazuje, jak destrukcyjny wpływ na życie najbliższych ma choroba, ile heroizmu wymaga codzienne zmaganie się z tym problemem. Nie wszyscy są w stanie temu wyzwaniu sprostać. Tak jest z matką Tomka. Wiemy tyle, ile dowiadujemy się ze strzępów rozmów. Jedno jest pewne: nie ma jej z mężem, mieszka za granicą. Wyjechała, kiedy syn był jeszcze mały, prawdopodobnie do pracy. Czy potem wróciła, a kiedy poddała się, uciekła? To bardzo prawdopodobne. Zna przecież z autopsji objawy choroby męża, wie, jak się zachowywał, przestrzega syna, aby nie dał się nabrać. Być może nie zdołała mu pomóc, bo on sobie pomóc nie pozwalał, nie przyjmując do wiadomości, że jest chory. Łatwo ją potępić, ja nie potrafię. Tak się złożyło, że kilkakrotnie w moim otoczeniu byli chorzy psychicznie. Ja tylko obserwowałam, mogłam  współczuć, nic więcej. Widziałam, jak choroba degraduje, jakiego poświęcenia wymaga ze strony rodziny. Nie każdy to wytrzymuje, szczególnie, jeśli ktoś, tak jak Wojciech, nie chce się leczyć.

Najciekawsza oczywiście jest relacja ojciec-syn. I tu też nie mamy wszystkich danych. Na rodzinnych filmach (a może to wspomnienia Tomka?) widzimy, że kiedyś łączyła ich bliska więź. Możemy się tylko domyślać, jak Wojciech  fascynował syna, kiedy ten był dzieckiem. Ojciec, który się wspina, ojciec, który zabiera na wycieczki w góry i do jaskini (?). Prawdopodobnie już wtedy choroba się zaczynała, ale mały Tomek nie rozumiał, co się dzieje. Nie wiedział, dlaczego ojciec wyrzuca walizkę pełną ciuchów przez okno, dlaczego matka zabiera go i ucieka z domu. Chciał być z nim. Potem zostali sami, bo ona wyjechała. Dlaczego później nie widzieli się wiele lat? Dlaczego tak długo nie mieli ze sobą kontaktu? Czy Tomek miał dość? Czy ojciec zamknął się w swoim świecie i nie dopuszczał tam nikogo? A może Tomek po prostu wyjechał na studia, potem do pracy? Kiedy nagle w jego poukładanym świecie znowu zjawia się ojciec, początkowo wszystko, co dla niego robi, robi z przymusu, z niechęcią. Właściwie nie chce go oglądać. Najchętniej ograniczyłby się tylko do rozmowy z lekarką, a to, co potrzebne przekazał przez pielęgniarkę. Odrazą napawa go zrujnowane, zapuszczone mieszkanie, pełne różnych gratów, przeraża szpital, chorzy. Tomasz nie robi zbyt sympatycznego wrażenia. Pochłonięty pracą, zmęczony, czeka na swoją zawodową szansę, stale zachmurzony, jakby nieobecny. Stopniowo poświęca sprawom ojca coraz więcej czasu, najpierw z konieczności, potem chyba z żalu i poczucia odpowiedzialności. Na nowo dostrzega w tym sponiewieranym chorobą, znienawidzonym przez sąsiadów, którym zagraża, człowieku swojego ojca. Usiłuje mu pomóc. Ale każdy kij ma dwa końce. Staje się dobrym synem, ale zaniedbuje żonę, która na dodatek akurat teraz zachodzi w ciążę. Powinien się cieszyć, powinien być cały dla niej, ale pochłaniają go sprawy ojca. Bez przerwy kursuje między Warszawą a Śląskiem, próbuje mieszkać z nim, jakoś wyprowadzić na prostą. Dochodzi lęk o to, czy choroba nie przeniesie się na niego, na dziecko (choroby psychiczne bywają dziedziczne). Tego samego zaczyna bać się jego żona. Wreszcie ponad miarę obciążony psychicznie i fizycznie rujnuje sobie telewizyjną karierę. Choroba niszczy życie jego i jego rodziny. Cena za altruizm i, co ważniejsze, odzyskaną więź z ojcem, jest wysoka. Jakby na przekór jego staraniom sytuacja staje się beznadziejna. Kiedy już wydaje się, że jest lepiej, choroba powraca ze zdwojoną siłą. Wojciech znów zamyka się w sobie, odtrąca syna, postępuje nieobliczalnie. Tomek jest w pułapce bezradności. Nie potrafi przebić się przez pancerz, w jakim zamknął się ojciec, nikt nie może mu pomóc. Jeśli ojciec nie zechce się leczyć, jeśli nie zagrozi czyjemuś życiu, nic zrobić nie można. Jednak paradoksalnie to teraz Tomek staje się sympatyczniejszy, wrażliwszy. Nawet zwisające z sufitu telewizyjne piloty już go raczej śmieszą, niż drażnią. Odnalazł w swoim ojcu tego dawnego, interesującego człowieka. Ich wspólna wyprawa w góry jest symbolicznym powrotem do tego, co w ich relacjach było najlepsze.

"Lęk wysokości" w przejmujący sposób pokazuje coś jeszcze: degradację człowieka dotkniętego chorobą. Ten brudny, zapuszczony, opryskliwy, rzucający czym popadnie Wojciech to przecież ten sam pogodny niegdyś człowiek pokazujący synowi góry, którego oglądamy na filmach z rodzinnych wypraw. Jak trudno go nadal kochać, jak trudno nie odsunąć się ze wstrętem, niechęcią i pogardą, kiedy z ust cieknie mu ślina. Jak trudno dostrzec w nim to, co dawniej tak wszyscy lubili. Jak trudno go kochać, jak łatwo znienawidzić i zostawić jak zużyty przedmiot. A jednak Tomkowi przynajmniej na chwilę udaje się dokopać do prawdziwego ja ojca. Niestety tylko na chwilę, śmierć przerwie rozpoczętą rozmowę. A przecież to naprawdę bardzo trudne. Nie każdy znalazłby w sobie taką moc i cierpliwość.

Kilka lat temu krytycy i publiczność zgodnie zachwycali się "Pięknym umysłem" Rona Howarda. Mnie tamten film zirytował. Po amerykańsku upraszczał i zagłaskiwał problem. Życie genialnego schizofrenika po początkowych perturbacjach związanych z atakiem choroby potem toczyło się już gładko jak w idealnym świecie, ku pokrzepieniu wszystkich. Ale idealny świat nie istnieje. Film Bartosza Konopki pokazuje bez uproszczeń i upiększeń walkę o dostrzeżenie człowieka w chorym psychicznie. Mnie prawda i szczerość poruszyły na tyle, że nie zastanawiam się nad niedociągnięciami, które ktoś być może dostrzeże.

Siegfried Lenz "Biuro rzeczy znalezionych"

Przeczytałam niewielkich rozmiarów powieść "Biuro rzeczy znalezionych" (Czytelnik 2006; przełożyła Sława Lisiecka) mojego ulubionego autora, odkrytego mniej więcej
rok temu dzięki przyjaciołom. W porównaniu z "Lekcjami niemieckiego" i "Muzeum ziemi ojczystej" (bardzo polecam; o obydwu pisałam) ta książka jest rzeczywiście niewielka, można by powiedzieć, esencjonalna. Nie ma tu długich, nieco poetyckich opisów, dygresyjnych opowieści rozsadzających akcję, mniej też niezwykłości i magii. Opowiedziana historia nie ma też takiego ciężaru gatunkowego jak tamte. Pozostają zdarzenia niby zwyczajne, ale dzięki ludziom, których spotyka na swej drodze główny bohater, dwudziestokilkuletni Henry Neff, jednak nie całkiem prozaiczne. Już miejsce, w którym się zatrudnia, jest niecodzienne: to kolejowe biuro rzeczy znalezionych. Rzędy regałów wypełnionych po brzegi zostawionymi w pociągach zgubami tworzą swoisty labirynt. Czego to ludzie nie gubią! Henry zdziwi się nie raz, a pracujący tu od dawna Alfred Bussman, Hannes Harms i Paula Blohm pobłażliwie przyglądają się jego zdziwieniu, wszak widzieli już niejedno.

Henry jest sympatycznym młodym człowiekiem, pozbawionym ambicji (także materialnych), który przez życie pragnie podążać spokojnie i wygodnie, nie angażując się zbytnio. Miejsce, w którym pracuje, to zawodowa bocznica, dlatego wydaje się idealne dla niego. Ale biuro rzeczy znalezionych to nie tylko przedmioty, często pozornie bezwartościowe, a dla właścicieli niezwykle ważne, ale i ludzie. Paula, Bussman, każde z nich ma swoją historię, każde zaintryguje Henrego, każde w inny sposób będzie ważne. Ale najważniejszy okaże się Fiodor Lagutin, doktor matematyki, który przyjechał na naukowe stypendium z dalekiej Syberii. To on, przybysz z zewnątrz, prostolinijny, życzliwy, dumny, wnosi do powieści aurę niezwykłości. To z jego powodu Henry będzie musiał wyjść ze swojej wygodnej bierności i przeciwstawić się złu.

O czym jest ta niewielka książeczka? O przyjaźni, o ciekawości drugiego człowieka, o dojrzewaniu do odpowiedzialności. Czyta się jednym tchem, pozostaje w pamięci, chociaż nie może się równać z dwiema najważniejszymi powieściami Lenza. Przeczytana jako pierwsza nie da wyobrażenia o niezwykłości prozy niemieckiego pisarza. Można traktować ją jako przygrywkę do tamtych lektur i cieszyć się na niezwykłą literacką ucztę. Albo od razu zacząć od tego, co najważniejsze, a tę zostawić sobie na deser.

Robert D. Kaplan "Na wschód do Tatarii. Podróże po Bliskim Wschodzie i Kaukazie"

Ponad rok temu przeczytałam pierwszą wydaną w Polsce reporterską książkę amerykańskiego dziennikarza Roberta D. Kaplana "Bałkańskie upiory. Podróże przez historię" (Pisałam o niej). Tak bardzo mi się spodobała, że kiedy tylko ukazała się kolejna, "Na wschód do Tatarii" (Czarne 2010; przełożył Janusz Ruszkowski), natychmiast kupiłam. Swoje na półce przeleżała, czekając na odpowiedni moment. Wreszcie taki nastąpił: wpasowała się pomiędzy dwie książki Wojciecha Góreckiego o Kaukazie, "Planetę Kaukaz", przeczytaną niedawno, i "Toast za przodków", w czytelniczym przygotowaniu (wkrótce). No cóż, druga książka amerykańskiego reportera i eseisty nie wzbudziła już we mnie takiego entuzjazmu, nie obarczałabym jednak winą Kaplana, a .... czas. Jest to bowiem zapis jego reporterskiej podróży odbytej w latach 1998-1999. Wprawdzie "Bałkańskie upiory" też były notatkami z lat osiemdziesiątych (jeszcze sprzed roku 89), ale może właśnie dlatego nabrały już walorów historycznych. Znakomicie pokazywały, jak to się stało, że w kilka lat później doszło na Bałkanach do krwawej wojny. Kaplan bardzo często odwoływał się do historii tych ziem, co było drugą wielką zaletą. Inaczej jest z jego ostatnią książką. Jedenaście lat, jakie upłynęły od jego podróży do momentu jej wydania, to wystarczająco dużo, aby stała się nieaktualna, a za mało, aby nabrała historycznej patyny. To wszystko jednak nie oznacza, że nie warto po nią sięgnąć. Nie odkryję tu żadnej Atlantydy, jeśli napiszę, że im mniej, czytelniku tej notki, wiesz o krajach, po których podróżuje Kaplan, tym jego zapiski będą ciekawsze. Tak było ze mną.

Dlatego pewnie najmniej interesująca okazała się pierwsza część poświęcona Węgrom, Rumunii i Bułgarii. Miałam poczucie dojmującej dezaktualizacji, kiedy autor stawiał tezę, że cywilizacyjnym ratunkiem dla tych dwóch ostatnich państw jest  członkostwo w NATO. Tymczasem dziś oba kraje nie tylko należą do wojskowego sojuszu, ale i do Unii. A wtedy, pod koniec lat dziewięćdziesiątych, liczni rumuńscy i bułgarscy rozmówcy Kaplana mieli poczucie, że Zachód o nich zapomniał  i póki tak będzie, powloką się w cywilizacyjnym ogonie i na zawsze pozostaną niechcianym Wschodem. Bardzo ciekawe kwestie konfliktu bułgarsko-macedońskiego czy rumuńskiego antysemityzmu znałam już dzięki poprzedniej książce autora. To wszystko jednak nie oznacza, że  nie dowiedziałam się o tych krajach czegoś interesującego. Taką nowością była dla mnie historia wyhodowanej przez państwo bułgarskiej mafii dającej zajęcie zapaśnikom, którzy przed rokiem 1989 odnosili w tym sporcie wielkie sukcesy i byli niezwykle popularni. Po upadku systemu to wszystko się skończyło, a państwo przymknęło oko na ich nową działalność.

Z podobnych powodów, a może też dlatego, że sporo na ten temat czytałam, w rozdziałach poświęconych Turcji i Izraelowi bardziej interesowało mnie, co ma do powiedzenia Kaplan-turysta. Z przyjemnością podążałam śladem autora z Ankary do granicy syryjskiej, a rok później gruzińskiej. Poddawałam się magii anatolijskiego krajobrazu, przed oczami stawały mi obrazy z filmu Ceylana "Pewnego razu w Anatolii". A dotąd niezrealizowane marzenie, aby tam pojechać, jeszcze mocniej dawało o sobie znać. Ale i ten rozdział przyniósł mi coś nowego: historię konfliktu turecko-syryjskiego. A kiedy Kaplan wjechał do Izraela, zazdrościłam mu wizyty w ruinach starożytnego Seforis, pustych, pięknych i niezadeptanych, wtedy, przez turystów. Przypomniałam sobie Jerozolimę: Wzgórze Świątynne i Stare Miasto, które pod koniec lat dziewięćdziesiątych Kaplan odbierał zupełnie inaczej niż ja latem ubiegłego roku. Dla mnie to gwarne, tłoczne, fascynujące miejsce, dla niego też fascynujące, ale jednocześnie zaniedbane, brudne i niebezpieczne. Miejsce, gdzie obcy poruszają się raczej tylko w grupach, a Izraelczycy nie przychodzą w ogóle (pisząc te słowa, uświadomiłam sobie, że tak naprawdę nie wiem, czy obecnie Żydzi odwiedzają arabską część Starego Miasta, jakoś przyjęłam to za pewnik, a może wcale tak nie jest).

Ale to, co sprawia, że ostatecznie nie żałuję lektury Kaplana, to rozdziały poświęcone Bliskiemu Wschodowi i Kaukazowi. To moja terra incognita, dlatego wszystko, co pisał, było dla mnie nowością, mimo że zdawałam sobie sprawę, że również te partie książki są już w dużej mierze zdezaktualizowane. Ale opowieść o niezwykle skomplikowanej historii tych ziem, konfliktach, życiu mieszkańców anno domini 1998/9, obrazy miast i mijanych krajobrazów, także fragmenty podróżnicze sprawiły mi dużą przyjemność. Dotąd Liban, Syria (nie myślę oczywiście o wydarzeniach najbardziej aktualnych), Jordania, a na Kaukazie Gruzja, Azerbejdżan i Armenia, no i jeszcze dalszy Turkmenistan to w mojej głowie niestety białe plamy. Cóż o nich wiedziałam poza jakimiś strzępami informacji? Wojna domowa w Libanie, konflikt z Izraelem, gruzińskie spory, azerska ropa, trzęsienie ziemi w Armenii, rzeź Ormian, wojna o Górski Karabach (tak: górski, nie górny, jak dotąd myślałam). Ale już skąd wojny i konflikty, jak wyglądały miasta i wioski armeńskie w dziesięć lat po tragicznym trzęsieniu ziemi, co łączyło Syrię i Liban, dlaczego sytuacja Armenii przypomina nieco sytuację Izraela, czym są współczesny Azerbejdżan i Turkmenistan nie miałam pojęcia.

Po raz kolejny zauważam, że trudno tu dzielić się wszystkim, co ciekawe, nie taka rola tych zapisków, wszak nie o streszczenia  idzie, więc napomknę tylko o tym, co zapadło mi w pamięć najbardziej.

Zupełnie inny obraz Gruzji! Wcale nie tak romantyczny, jak jawi się z licznych ostatnio wydawanych dziennikarsko-podróżniczych relacji. Piękno krajobrazu, ale bieda, szczególnie na prowincji, korupcja i mafijne układy w polityce, kult siły, męskości, nacjonalizm. Oczywiście biorę poprawkę na to, że minęło dziesięć lat, na pewno coś musiało się zmienić. Ile i co, pewnie dowiem się z książki Góreckiego, którą wkrótce zamierzam przeczytać.

Syria i jej sąsiedzi. Po raz kolejny przekonałam się, jak umowne i sztuczne są granice współczesnych państw w takich rejonach jak Bliski Wschód (to samo dotyczy Kaukazu) wytyczone arbitralnymi decyzjami Zachodu zgodnie ze strefami wpływów Francji czy Wielkiej Brytanii. A w obu rejonach kłębi się tygiel narodów, plemion, mieszają się języki i religie: muzułmanie (szyici, sunnici, alawici), katolicy, prawosławni. Kiedyś pogranicze turecko-syryjskie to po prostu Wielka Syria, której częścią był też dzisiejszy Liban. Upadek Imperium Osmańskiego po pierwszej wojnie światowej przyniósł z jednej strony wyzwolenie spod władzy kalifów, z drugiej spowodował wzrost nacjonalizmów i konfliktów religijnych w sztucznie utworzonych państwach. Granice podzieliły narody, niby dały wolność, ale ograniczyły swobodę przemieszczania się.

Trochę podobnie jest na Kaukazie. Kaplan stale spotykał się tam z tęsknotą za czasami imperium sowieckiego (oczywiście nie wszyscy tak myślą i nie wszędzie). Za  względną stabilizacją, kosmopolitycznym charakterem tych ziem. Dziś (a właściwie dziesięć lat temu) jest nędza, bezrobocie, etniczna jednolitość (czystki przede wszystkim dotknęły Ormian zamieszkujących wiele terenów w Azerbejdżanie) i tlące się konflikty. To co z naszej perspektywy jest błogosławieństwem, z tamtej niekoniecznie.

Po lekturze pozostaje przekonanie, jak niespokojne były i są te rejony świata. Jaką burzliwą miały historię, jak ścierały się tu interesy tureckie, rosyjskie, perskie, ormiańskie, a jeszcze wcześniej bizantyjskie, rzymskie i wiele innych. I naiwna, utopijna myśl, że może w niektórych miejscach najlepiej sprawdzają się wielkie wielonarodowe twory, oczywiście pod warunkiem, że rządzone są przez mądrych, oświeconych władców.

Kaplan w swojej książce snuje różne przewidywania dotyczące przyszłości miejsc, które odwiedza. Niektóre z tych prognoz sprawdziły się, inne nadal nie. Może najboleśniejsza jest pomyłka dotycząca Syrii. Ale kto mógł przewidzieć, że historia tego kraju potoczy się tak krwawo?


Gabriela Adamesteanu "Stracony poranek". Smutna powieść z Rumunii.

Tym razem będzie o książce całkiem świeżej. Dałam się skusić powieści rumuńskiej pisarki Gabrieli Adamesteanu "Stracony poranek" (W.A.B. 2012; przełożył Tomasz Klimkowski) i nie żałuję, chociaż nie uwiodła mnie tak jak "Fortepian we mgle" i "Czerwone rękawiczki" Eginalda Schlattnera, o których pisałam swego czasu. Niezorientowanym wyjaśniam, że zestawiam te powieści, bo to literatura rumuńska (chociaż Schlattner pisze po niemiecku, a jeśli ktoś jest ciekaw dlaczego, odsyłam do moich notek) mająca za tło sytuację polityczną w tym kraju. Mimo tego zastrzeżenia przeczytałam z przyjemnością i jeśli w przyszłości ukaże się inna powieść autorki, na pewno po nią sięgnę.

Napisałam o przyjemności lektury, ale nie jest to właściwe określenie, pewnie powinnam użyć słowa zainteresowanie. Chociaż czyta się szybko, powieść nie opowiada o niczym przyjemnym. Zimowy, bukaresztański poranek. Lata osiemdziesiąte zeszłego wieku. Stara kobieta Vica Delca okutana w kilka warstw grubej odzieży, w dziwacznej czapce własnego pomysłu wyrusza z domu, zostawiając tam utyskującego, mrukliwego męża, który swoją starość spędza głównie przed telewizorem. Ona woli ruszyć w miasto i odwiedzać krewnych i znajomych. Bądźmy ściśli: wolała. Teraz siły już nie te, więc po ludziach chodzi znacznie rzadziej. Wędruje ostrożnie, z wysiłkiem, nie tylko dlatego, że ślisko, i wspomina. Swoją nieudaną młodość, która przypadła na czas pierwszej wojny światowej. Bombardowania, choroby, strach, głód, ciężką pracę, aby utrzymać siebie i młodsze rodzeństwo. Późniejsze szczęśliwsze, bo zasobniejsze, lata, kiedy razem z mężem byli właścicielami nieźle prosperującego sklepu. Wędruje i rozmyśla. O samotnej, niewesołej starości, kiedy żyć trzeba z niewielkiej emerytury męża w domu chylącym się ku ziemi ze starości i z braku troski. O krewnych i znajomych, którzy zajęci własnymi sprawami nigdy nie odwiedzą i nie zainteresują się, co u niej i jej mrukliwego męża. Vica jest złośliwa, prosta i dosadna. Nie myśli o ludziach najlepiej, nie szczędzi im w swoich rozmyślaniach krytycznych uwag. Dostrzeże ich wady prawdziwe i urojone. Najlepiej by było, gdyby wszyscy żyli według jej wyobrażeń. Najwięcej miejsca w jej pamięci zajmują nieżyjąca już stara pani Ioaniu i  jej córka Iwona Scarlat. To do niej zmierza. I chociaż na nią utyskuje, to zrobi wszystko, aby ją zobaczyć, bo chce dostać obiecane pieniądze. Jeśli się nie uda, poranek będzie stracony. Dla Iwony, też emerytki, chociaż nieco młodszej, ten poranek już jest stracony. Bo czeka na męża, którego jak zwykle nie ma w domu. Bo musi poświęcić swój czas starej Vici, która ją drażni i irytuje. Dobrze wie, że przyszła po pieniądze i póki ich nie dostanie, nie pozbędzie się jej. I tak upłynie ten dzień: na rozmowie, wspominaniu i pocieszaniu. Bo chociaż obie kobiety, tak różne, pochodzące z tak różnych sfer i środowisk (nawet socjalizmowi mimo starań nie udało się klasowych, przedwojennych różnic zniwelować) gardzą sobą skrycie, to jednak są sobie w swej samotności potrzebne. Bardziej Vica Iwonie, mniej odpornej na swój smutny, starczy los. Kiedyś wspierała jej matkę, starą panią Ioaniu, teraz niesie pocieszenie córce.

W powieści spotykają się dwa światy. Świat drobnych kupców, rzemieślników, robotników, służby i świat bogatego mieszczaństwa. Naukowców, wojskowych, urzędników państwowych, właścicieli dobrze prosperujących biznesów. Są wykształceni, zamożni, mieszkają w pięknych domach, mówią po francusku, wydają przyjęcia, dyskutują, wiodą szczęśliwe życie. Szczęśliwe pozornie. Bo pełno tu zawiedzionych uczuć, zdrad, rozczarowań, niewypowiedzianych pretensji, zazdrości, udawania, kręcenia, hipokryzji. I nawet to pozorne szczęście zburzy pierwsza wojna światowa, potem druga, a wreszcie czasy komunizmu. Wobec walca historii wszyscy są równi. Cierpienie, niedostatek, śmierć, więzienie, choroba dotykają i bogatych, i  biednych. Kiedy wybuchnie pierwsza wojna i Bukareszt będzie bombardowany, dostojny profesor Mironescu, ojciec Iwony, zwanej w tamtych czasach z francuska Yvonne, będzie musiał, jak wszyscy, udać się do składu po opał, stać w kolejce w tłumie zwykłych śmiertelników i przeżyć, tak jak oni, paniczny strach, bo spadają bomby.

"Stracony poranek" to bardzo przygnębiająca powieść. Jeśli przyjrzymy się losom grupy bohaterów, to ze smutkiem zauważymy, że nie ma tu ludzi szczęśliwych. Wszyscy mieli życie bardziej lub tylko trochę mniej nieudane. Nie kochali albo kochali nieszczęśliwie, małżeństwa zawierali z rozsądku, zdradzali albo byli zdradzani, cierpieli, chorowali, byli opuszczani i porzucani. Nie dość, że krzywdzili siebie wzajemnie, to jeszcze swoje dołożyła burzliwa historia: dwie wojny, które nie oszczędziły nikogo w Europie, i komunizm, plaga, która dotknęła tę część naszego kontynentu. Kiedy Zachód powoli lizał powojenne rany i stopniowo budował swój dobrobyt, Wschód pogrążał się w nieszczęściach, jakie niósł za sobą komunizm. Nieprawości tego okresu nie wybijają się w powieści na pierwszy plan, ale stanowią mocne tło. Jeszcze bardziej wikłają życie bohaterów. Przeszłość to pasmo większych czy mniejszych nieszczęść i rozczarowań, dziś nie jest lepiej (myślę tu o dziś powieściowym), a i przyszłość też nie rysuje się różowo. Starość, samotność i niedostatek dotykają wszystkich po równo. W ubogim domu Vici, gdzieś na przedmieściach Bukaresztu, czuć zapach wilgoci, pleśni, stęchlizny i starości, pełno tu rozpadających się, niepotrzebnych nikomu gratów. Ale w rodzinnym domu Iwony w dobrej, willowej dzielnicy, tylko pozornie jest lepiej. Jeśli uważny obserwator rozejrzy się wokół, na pewno zauważy zacieki, brud dawno niemalowanych ścian i rodzinne pamiątki dawno nadgryzione zębem bezlitosnego czasu. A jak utrzymać tę wielką, niegdyś elegancką, pełną służby willę? To tylko jedno ze zmartwień jej właścicielki.

"Stracony poranek" to także powieść o subiektywnej pamięci. Inna jest pamięć Vici, inna pamięć Iwony. Przeszłość poznajemy z  perspektywy tych dwóch kobiet. W ich wspomnieniach jest niby wspólna, ale jednak inna. Nie zgadzają się fakty, nie zgadza ich interpretacja. A kiedy za sprawą rodzinnego zdjęcia, które kontempluje jedna z nich, przenosimy się w lata pierwszej wojny i oglądamy zdarzenia oczami tamtego pokolenia, wszystko wygląda jeszcze inaczej. Ale i tak trudno dociec prawdy. Każdy widzi to samo ze swojego punktu widzenia. Dostajemy barwną mozaikę, ale obraz się zmienia w zależności od kąta, z którego patrzymy. Jak było naprawdę? Nigdy się już nie dowiemy, bohaterowie tamtych dramatów nie żyją, a patrząc na rodzinne zdjęcie, możemy tylko wyobrażać sobie, jak było, i polegać na zawodnej pamięci opartej na subiektywnych przekazach. Ale nie tylko złudna pamięć zwodzi. Zwodzą sami bohaterowie. Tu nikt nie jest szczery. Ludzie co innego myślą, co innego mówią. Vici i Iwona wyrażają radość ze wspólnego spotkania, prawią sobie komplementy i obdarzają uprzejmościami. Ale to tylko gra, udawanie. Naprawdę nie szczędzą sobie złośliwości, krytyki i niechęci. Nie lubią się. Podobnie było w przeszłości. Uczestnicy uwiecznionego na starym zdjęciu towarzyskiego spotkania też udawali, nakładali maski uprzejmości, szacunku, sympatii. Naprawdę darzyli się niechęcią, zawiścią, podejrzliwością. Mąż i żona, siostry, znajomi i przyjaciele. Nieszczerość i hipokryzja aż biją z kart tej powieści. Ale czy byłoby lepiej, gdyby mówili sobie wszystko bez ogródek? Może dzięki tej zewnętrznej warstwie kulturalnej politury mogą sobie ostatecznie pomóc i chociaż na chwilę wesprzeć w nieszczęściu? Może gdyby nie to, życie byłoby zupełnie nie do zniesienia?

I na koniec chciałabym zwrócić uwagę na jeszcze jedną zaletę tej powieści: barwne postacie bohaterów świetnie zróżnicowanych, także pod względem językowym. Inaczej myśli i mówi Vica, inaczej Iwona. Ich indywidualność wyraża się przez język.

Ciekawa, chociaż smutna, powieść, po którą na pewno warto sięgnąć.

Orhan Pamuk "Czarna księga"


Cóż, nie będę ukrywać, napiszę bez ogródek: "Czarna księga" mojego ulubionego Orhana Pamuka (Wydawnictwo Literackie 2011; przełożyła Anna Akbike Sulimowicz) potwornie mnie znudziła. Miałam ochotę porzucić ją i nie kończyć, ale jakoś mimo wszystko nie potrafiłam. Jakże to, polec w trakcie lektury Pamuka? Poddać się? Poza tym, nie ukrywajmy, byłam jednak odrobinę ciekawa, jaki finał będzie miała historia Galipa, stambulskiego adwokata, poszukującego swojej zbiegłej żony i   kuzyna Celala, który gdzieś się ukrył. Przyznam, że rozwiązanie historii na szczęście nieco mnie zaskoczyło, ale to w niczym nie zmieniło mojej opinii o książce. Od lektury  "Śniegu", który najpierw przeleżał swoje na półce, a potem mnie zachwycił, przeczytałam wszystkie wydane w Polsce powieści tureckiego noblisty (poza dwiema historycznymi, bo cierpię na taką przypadłość, że nie lubię literatury historycznej, fantastyczno-naukowej i fantasy). To od niego zaczęło się moje zainteresowanie Turcją, a potem literaturą bałkańską, izraelską i środkowoeuropejską. Trochę to może pokrętne, ale taką ścieżką podążają moje czytelnicze fascynacje ostatnich lat. Wspominam tu o tym, aby podkreślić, jak wiele spotkaniu z  Pamukiem zawdzięczam. To on otworzył mnie na inne literackie światy. Może dlatego tak bardzo dotknęło mnie znudzenie "Czarną księgą". Jeśli mam być szczera, to już druga książka pisarza, która rozczarowuje. Ta pierwsza to "Nowe życie", o którym tu  pisałam. Obie mają pewną wspólną cechę, którą nazwałabym islamskim realizmem magicznym. Ale "Nowe życie" było przynajmniej ciekawe, tymczasem "Czarna księga" po prostu jest nudna, szczególnie druga część.

A zaczyna się całkiem obiecująco jak historia wielopokoleniowej rodziny. Znamy to. Taki był "Cevdet Bej i synowie", trochę "Muzeum niewinności" i "Dom ciszy". Ale najbardziej początek "Czarnej księgi" przypomina historię rodziny pisarza opisaną w jego wspomnieniowym "Stambule". Wybudowana przez dziadków kamienica, w której rozsiani po piętrach mieszkają ich synowie i córki z żonami, mężami i dziećmi. To tam Galip spędził beztroskie dzieciństwo, przemieszczając się swobodnie pomiędzy mieszkaniem rodziców, dziadków i stryjów. To tam był świadkiem  skandali i nieporozumień, które w końcu doprowadziły do sprzedaży rodzinnego gniazda. To tam poznał swoją kuzynkę Ruyię, przyszłą żonę, która jednocześnie była dużo młodszą przyrodnią siostrą wspomnianego już w tej notce Celala, znanego i niezwykle popularnego stambulskiego felietonisty. Ale to tylko początek owiany jest magią wspomnień, bo książka bardzo szybko zmienia charakter. Galip, nieoczekiwanie porzucony przez żonę, zaczyna nieco oniryczną wędrówkę po Stambule. Ma nadzieję, że spotka kogoś, kto będzie coś wiedział o miejscu, w którym się ukryła. Szybko okazuję się, że musi szukać nie tylko jej, ale i swojego ukochanego, nieco tajemniczego i zdziwaczałego kuzyna Celala, który też zniknął. Te peregrynacje po Stambule, odkrywanie nieznanego oblicza miasta, spotkania z rozmaitej maści oryginałami i dziwne zachowanie samego Galipa są jeszcze w miarę interesujące. Nudno robi się w części drugiej, w której całe rozdziały to monotonne rozmowy telefoniczne, prowadzone z pewnym tajemniczym miłośnikiem felietonów Celala, albo tylko odrobinę ciekawsze dyskusje z dziennikarzami z redakcji, w której pracuje ukrywający się kuzyn. Galip cały czas próbuje odkryć tajemnicę swojej żony, a szczególnie jej przyrodniego brata. Obsesyjnie i cierpliwie przeszukuje zgromadzone przez niego zdjęcia, wycinki z gazet, felietony i inne pamiątki. A to wszystko okraszone zostało pewną, dla mnie mętną, teorią liter, które da się (nie zawsze) wyczytać z ludzkich twarzy. Jej wyznawcą był Celal. A ja umierałam z nudów i marzyłam, aby już tylko przez to jak najszybciej przebrnąć.

O czym jest powieść Pamuka? To rozważania o tożsamości jednostki i narodu tureckiego. Co to znaczy być sobą? Czy człowiek może być całkowicie sobą czy też zawsze dostraja się do oczekiwań innych? A może naśladuje tych, których wielbi? Kim wtedy jest? Czy Galip żyjący życiem Celala jest jeszcze Galipem czy może stał się Celalem? Ile w nas siebie, a ile innych ludzi? Nieświadomie powielamy cudze losy, wszystko już było. Kiedy Galip krąży po mieście w poszukiwaniu żony i kuzyna, uświadamia sobie, że nie on pierwszy odbywa taką wędrówkę. Wszędzie odnajduje cudze ślady. Czy na pewno znamy swoich bliskich? Kim tak naprawdę jest Celal, idol Galipa i wielu innych czytelników jego felietonów. Świetnym felietonistą? Mędrcem, który dzięki długoletnim studiom odkrył prawdę o Wschodzie i narodzie tureckim? Śmiesznym, owładniętym obsesją dziwakiem? Politycznym bankrutem i tchórzem? Dziennikarskim oszustem, który świadomie stworzył swoją legendę? Odkrycie Galipa, owej teorii liter zapisanych w twarzach, daje pretekst do diagnozy społeczeństwa tureckiego, którą znamy z innych powieści Pamuka. Turcy zapatrzeni w Zachód stopniowo tracą swoją narodową i islamską tożsamość, naśladując innych, odrywają się od swoich korzeni, a to skazuje ich na nędzną wegetację. W pogoni za nowym stali się nikim: nie są już ze Wschodu, pewnie nigdy nie będą z Zachodu.

Jest w powieści Pamuka jeszcze jedna warstwa: to hołd złożony opowieściom. To one są żywiołem tej książki. Znajdujemy je w felietonach Celala, w historiach snutych przez ludzi spotykanych przez Galipa, w gromadzonych wycinkach, we wspomnieniach. To dzięki nim, ocalonym przez pamięć, możemy spróbować zbliżyć się do tajemnicy naszej egzystencji, i tej w wymiarze jednostkowym, i tej w wymiarze narodowym. To dzięki nim przetrwamy, gdy ich zabraknie, rozpłyniemy się w niepamięci.

Brzmi to wszystko niezwykle poważnie i mądrze, dla mnie jednak jest sztucznym, wyabstrahowanym konstruktem. Może świetnie nadaje się do rozważań prowadzonych przez zawodowych krytyków. Mnie, zwyczajnej czytelniczce, zabrakło  prawdziwego  przeżycia. Nie wykluczam jednak, że ktoś, kto orientuje się lepiej w islamskiej kulturze i filozofii, będzie czerpał z lektury "Czarnej księgi" przyjemność. Może to jest przyczyna mojego znużenia powieścią Pamuka? Może dlatego mistyczne teorie głoszone przez Celala wydały mi się mętne? I tymi wątpliwościami kończę narzekanie na "Czarną księgę". Oczywiście sięgnę po następną książkę pisarza, kiedy tylko się ukaże. Na razie jest pięć do dwóch. Zobaczymy, jak będzie w przyszłości.

Popularne posty