Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bliski Wschód. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bliski Wschód. Pokaż wszystkie posty

Anthony Shadid "Kamienny dom. O Bliskim Wschodzie, jakiego już nie ma"

Kiedy tylko zobaczyłam na stronie Czarnego zapowiedź książki Anthon'ego Shadida "Kamienny dom. O Bliskim Wschodzie, jakiego już nie ma" (Czarne 2014; przełożyła Hanna Jankowska), od razu wiedziałam, że ją kupię. Jak magnes przyciągnął mnie podtytuł. Nostalgia za Bliskim Wschodem sprzed pierwszej wojny światowej, kiedy nie dzieliły go sztucznie stworzone granice. Napisałam nostalgia, ale powinnam chyba użyć słowa ciekawość. Przecież trudno mieć osobisty stosunek do miejsca i czasu, którego się nie zna. Kiedy czytam reportaże z tamtych stron, tak dziś skonfliktowanych, podzielonych, skłóconych, myślę o okresie Imperium Osmańskiego, a potem Wielkiej Syrii, kiedy można było swobodnie wędrować od Bejrutu do Damaszku i dalej do Jerozolimy. Podejrzewam, że ta bliskowschodnia arkadia to wytwór mojej wyobraźni. Pewnie i tamten świat nie był wolny od napięć, religijnych i narodowościowych tarć. Cóż, za mało na ten temat wiem, a w literaturze non-fiction co jakiś czas natykam się na idylliczne wspomnienia. Sięgając po książkę Shadida, miałam nadzieję , że autor odkryje przede mną tamtą rzeczywistość. Niestety nieco się rozczarowałam.

Ale od początku. Aby wyjaśnić przyczyny mojego zawodu, muszę napisać kilka słów o autorze. Otóż Ahthony Shadid to amerykański reporter, którego dziadkowie po pierwszej wojnie światowej, kiedy Francja i Wielka Brytania podzieliły Bliski Wschód na swoje strefy wpływów, wykrawając z tego obszaru sztuczne państwowe twory, wyemigrowali do Stanów Zjednoczonych. Kolebką jego rodu jest Mardż Ujun, dziś pustoszejące, podupadłe libańskie miasto przy granicy z Izraelem i Syrią, w czasach Osmanów miejsce na szlaku handlowym, brama do Damaszku, Jerozolimy, Sajdy i Hajfy, jak czytam na okładce. To tam pradziadek autora, Isber Samara, który po zbiciu majątku zapragnął stać się osmańskim dżentelmenem, zbudował ów tytułowy kamienny dom, siedzibę rodu. Niestety niedługo cieszył się spełnionym marzeniem. Imperium Osmańskie upadło, pojawiły się granice, przecięto naturalne szlaki handlowe, w Libanie, gdzie na niewielkim terenie ściśnięto wyznawców wielu religii, zaczęły się konflikty. Dawny kosmopolityczny, swobodny świat rozpadł się, przyszłość rysowała się niepewnie. Dlatego Isber i jego żona po kolei wyprawiali swoje liczne potomstwo w nieznane, do odległej Ameryki, licząc, że tam będzie im lepiej. Jak wielka musiała być niepewność jutra, skoro decydowali się na te szalone kroki. Wyjazd oznaczał rozłąkę, może na zawsze. I rzeczywiście, niektórzy już nigdy nie odwiedzili rodzinnych stron, ktoś przyjechał z wizytą po dziesięciu latach, babka autora spotkała się ze swoją dziewięćdziesięcioletnią wówczas matką po trzydziestoletniej rozłące. Sama miała już ponad pięćdziesiąt lat i była wdową. Los zadrwił sobie również z Isbera. Zmarł w kilka lat po wybudowaniu rodowej siedziby. W 2006 roku Anthony Shadid, pracujący w Libanie jako reporter, postanawia odbudować zrujnowany dom przodków. Kryzys w życiu osobistym nastraja go nostalgicznie, pragnie wrócić do swoich korzeni. Dlatego bierze roczny urlop w redakcji i na rok osiedla się w Mardż Ujun. Przez ten czas będzie zmagał się z remontem domu. I o tym właściwie jest ta książka. I stąd moje rozczarowanie. Spodziewałam się opowieści o Bliskim Wschodzie, jakiego już nie ma i o historii Libanu, tymczasem dostałam przede wszystkim nieco nużącą kronikę zmagań z rzemieślnikami remontującymi dom i portrety mieszkańców Mardż Ujun, z którymi autor się zaprzyjaźnił. To nie  tak, że książkę Shadida odrzucam. Opowiadane historie są ciekawe, przejmujący jest obraz wyludniającego się, opustoszałego, częściowo zrujnowanego miasteczka, z którego uciekają młodzi ludzie, ciekawa jest też historia rodzinna, której kolejną odsłonę dostajemy w każdym rozdziale. Niestety to wszystko rozmywa się wśród opowieści o niesolidnych, chociaż sympatycznych rzemieślnikach remontujących dom. Podobnie jest z opowieścią o czasach osmańskich i o Libanie. Te dwa wątki giną zupełnie. Historia kraju przez piętnaście lat pogrążonego w tragicznej wojnie domowej, a przedtem i potem też trawionego krwawymi konfliktami, kraju bez perspektyw nie wybrzmiewa dostatecznie mocno, pokazana jest naskórkowo. Czego innego się spodziewałam. Nie winię autora. "Kamienny dom" to pewnie nostalgiczny przerywnik w jego dziennikarskiej karierze. Hołd złożony przodkom, rodzinnej siedzibie, ojczyźnie dziadków. To także opowieść o poszukiwaniu korzeni. I zachwyt nad odzyskanym miejscem. A warto wiedzieć, że Anthony Shadid to wybitny reporter, korespondent z Iraku i z obszaru Bliskiego Wschodu, dwukrotny laureat Pulitzera. Czarne kilka miesięcy temu wydało jego reporterską książkę o Iraku, która leży na mojej półce książek oczekujących. Nie, nie zniechęciłam się. Przeciwnie, wkrótce się za nią zabiorę i mam nadzieję, że okaże się ważną lekturą.

I na koniec jeszcze jedna refleksja, która towarzyszyła mi, kiedy czytałam "Kamienny dom". Otóż ze zdziwieniem i smutkiem stwierdziłam, że Anthony Shadid zmarł w roku 2012, czego dowiedziałam się z notki biograficznej na skrzydełku książki (w anglojęzycznych źródłach odkryłam, że zabił go atak astmy, kiedy przebywał w Syrii). Muszę przyznać, że ta smutna informacja położyła się cieniem na lekturze jego książki. Cały czas myślałam o tym, jak krótko cieszył się odbudowanym domem, jak nagle może skończyć się życie. Kiedy napisał swoją książkę, a było to w roku 2011, nie spodziewał się, że został mu tylko rok.

I jeszcze jedna refleksja. Jak dziś wygląda Mardż Ujun? Dziś, kiedy liczba syryjskich uchodźców w Libanie niemal dorównuje liczbie jego mieszkańców? Co dzieje się z domem Isbera? Kto w nim mieszka?

Robert D. Kaplan "Na wschód do Tatarii. Podróże po Bliskim Wschodzie i Kaukazie"

Ponad rok temu przeczytałam pierwszą wydaną w Polsce reporterską książkę amerykańskiego dziennikarza Roberta D. Kaplana "Bałkańskie upiory. Podróże przez historię" (Pisałam o niej). Tak bardzo mi się spodobała, że kiedy tylko ukazała się kolejna, "Na wschód do Tatarii" (Czarne 2010; przełożył Janusz Ruszkowski), natychmiast kupiłam. Swoje na półce przeleżała, czekając na odpowiedni moment. Wreszcie taki nastąpił: wpasowała się pomiędzy dwie książki Wojciecha Góreckiego o Kaukazie, "Planetę Kaukaz", przeczytaną niedawno, i "Toast za przodków", w czytelniczym przygotowaniu (wkrótce). No cóż, druga książka amerykańskiego reportera i eseisty nie wzbudziła już we mnie takiego entuzjazmu, nie obarczałabym jednak winą Kaplana, a .... czas. Jest to bowiem zapis jego reporterskiej podróży odbytej w latach 1998-1999. Wprawdzie "Bałkańskie upiory" też były notatkami z lat osiemdziesiątych (jeszcze sprzed roku 89), ale może właśnie dlatego nabrały już walorów historycznych. Znakomicie pokazywały, jak to się stało, że w kilka lat później doszło na Bałkanach do krwawej wojny. Kaplan bardzo często odwoływał się do historii tych ziem, co było drugą wielką zaletą. Inaczej jest z jego ostatnią książką. Jedenaście lat, jakie upłynęły od jego podróży do momentu jej wydania, to wystarczająco dużo, aby stała się nieaktualna, a za mało, aby nabrała historycznej patyny. To wszystko jednak nie oznacza, że nie warto po nią sięgnąć. Nie odkryję tu żadnej Atlantydy, jeśli napiszę, że im mniej, czytelniku tej notki, wiesz o krajach, po których podróżuje Kaplan, tym jego zapiski będą ciekawsze. Tak było ze mną.

Dlatego pewnie najmniej interesująca okazała się pierwsza część poświęcona Węgrom, Rumunii i Bułgarii. Miałam poczucie dojmującej dezaktualizacji, kiedy autor stawiał tezę, że cywilizacyjnym ratunkiem dla tych dwóch ostatnich państw jest  członkostwo w NATO. Tymczasem dziś oba kraje nie tylko należą do wojskowego sojuszu, ale i do Unii. A wtedy, pod koniec lat dziewięćdziesiątych, liczni rumuńscy i bułgarscy rozmówcy Kaplana mieli poczucie, że Zachód o nich zapomniał  i póki tak będzie, powloką się w cywilizacyjnym ogonie i na zawsze pozostaną niechcianym Wschodem. Bardzo ciekawe kwestie konfliktu bułgarsko-macedońskiego czy rumuńskiego antysemityzmu znałam już dzięki poprzedniej książce autora. To wszystko jednak nie oznacza, że  nie dowiedziałam się o tych krajach czegoś interesującego. Taką nowością była dla mnie historia wyhodowanej przez państwo bułgarskiej mafii dającej zajęcie zapaśnikom, którzy przed rokiem 1989 odnosili w tym sporcie wielkie sukcesy i byli niezwykle popularni. Po upadku systemu to wszystko się skończyło, a państwo przymknęło oko na ich nową działalność.

Z podobnych powodów, a może też dlatego, że sporo na ten temat czytałam, w rozdziałach poświęconych Turcji i Izraelowi bardziej interesowało mnie, co ma do powiedzenia Kaplan-turysta. Z przyjemnością podążałam śladem autora z Ankary do granicy syryjskiej, a rok później gruzińskiej. Poddawałam się magii anatolijskiego krajobrazu, przed oczami stawały mi obrazy z filmu Ceylana "Pewnego razu w Anatolii". A dotąd niezrealizowane marzenie, aby tam pojechać, jeszcze mocniej dawało o sobie znać. Ale i ten rozdział przyniósł mi coś nowego: historię konfliktu turecko-syryjskiego. A kiedy Kaplan wjechał do Izraela, zazdrościłam mu wizyty w ruinach starożytnego Seforis, pustych, pięknych i niezadeptanych, wtedy, przez turystów. Przypomniałam sobie Jerozolimę: Wzgórze Świątynne i Stare Miasto, które pod koniec lat dziewięćdziesiątych Kaplan odbierał zupełnie inaczej niż ja latem ubiegłego roku. Dla mnie to gwarne, tłoczne, fascynujące miejsce, dla niego też fascynujące, ale jednocześnie zaniedbane, brudne i niebezpieczne. Miejsce, gdzie obcy poruszają się raczej tylko w grupach, a Izraelczycy nie przychodzą w ogóle (pisząc te słowa, uświadomiłam sobie, że tak naprawdę nie wiem, czy obecnie Żydzi odwiedzają arabską część Starego Miasta, jakoś przyjęłam to za pewnik, a może wcale tak nie jest).

Ale to, co sprawia, że ostatecznie nie żałuję lektury Kaplana, to rozdziały poświęcone Bliskiemu Wschodowi i Kaukazowi. To moja terra incognita, dlatego wszystko, co pisał, było dla mnie nowością, mimo że zdawałam sobie sprawę, że również te partie książki są już w dużej mierze zdezaktualizowane. Ale opowieść o niezwykle skomplikowanej historii tych ziem, konfliktach, życiu mieszkańców anno domini 1998/9, obrazy miast i mijanych krajobrazów, także fragmenty podróżnicze sprawiły mi dużą przyjemność. Dotąd Liban, Syria (nie myślę oczywiście o wydarzeniach najbardziej aktualnych), Jordania, a na Kaukazie Gruzja, Azerbejdżan i Armenia, no i jeszcze dalszy Turkmenistan to w mojej głowie niestety białe plamy. Cóż o nich wiedziałam poza jakimiś strzępami informacji? Wojna domowa w Libanie, konflikt z Izraelem, gruzińskie spory, azerska ropa, trzęsienie ziemi w Armenii, rzeź Ormian, wojna o Górski Karabach (tak: górski, nie górny, jak dotąd myślałam). Ale już skąd wojny i konflikty, jak wyglądały miasta i wioski armeńskie w dziesięć lat po tragicznym trzęsieniu ziemi, co łączyło Syrię i Liban, dlaczego sytuacja Armenii przypomina nieco sytuację Izraela, czym są współczesny Azerbejdżan i Turkmenistan nie miałam pojęcia.

Po raz kolejny zauważam, że trudno tu dzielić się wszystkim, co ciekawe, nie taka rola tych zapisków, wszak nie o streszczenia  idzie, więc napomknę tylko o tym, co zapadło mi w pamięć najbardziej.

Zupełnie inny obraz Gruzji! Wcale nie tak romantyczny, jak jawi się z licznych ostatnio wydawanych dziennikarsko-podróżniczych relacji. Piękno krajobrazu, ale bieda, szczególnie na prowincji, korupcja i mafijne układy w polityce, kult siły, męskości, nacjonalizm. Oczywiście biorę poprawkę na to, że minęło dziesięć lat, na pewno coś musiało się zmienić. Ile i co, pewnie dowiem się z książki Góreckiego, którą wkrótce zamierzam przeczytać.

Syria i jej sąsiedzi. Po raz kolejny przekonałam się, jak umowne i sztuczne są granice współczesnych państw w takich rejonach jak Bliski Wschód (to samo dotyczy Kaukazu) wytyczone arbitralnymi decyzjami Zachodu zgodnie ze strefami wpływów Francji czy Wielkiej Brytanii. A w obu rejonach kłębi się tygiel narodów, plemion, mieszają się języki i religie: muzułmanie (szyici, sunnici, alawici), katolicy, prawosławni. Kiedyś pogranicze turecko-syryjskie to po prostu Wielka Syria, której częścią był też dzisiejszy Liban. Upadek Imperium Osmańskiego po pierwszej wojnie światowej przyniósł z jednej strony wyzwolenie spod władzy kalifów, z drugiej spowodował wzrost nacjonalizmów i konfliktów religijnych w sztucznie utworzonych państwach. Granice podzieliły narody, niby dały wolność, ale ograniczyły swobodę przemieszczania się.

Trochę podobnie jest na Kaukazie. Kaplan stale spotykał się tam z tęsknotą za czasami imperium sowieckiego (oczywiście nie wszyscy tak myślą i nie wszędzie). Za  względną stabilizacją, kosmopolitycznym charakterem tych ziem. Dziś (a właściwie dziesięć lat temu) jest nędza, bezrobocie, etniczna jednolitość (czystki przede wszystkim dotknęły Ormian zamieszkujących wiele terenów w Azerbejdżanie) i tlące się konflikty. To co z naszej perspektywy jest błogosławieństwem, z tamtej niekoniecznie.

Po lekturze pozostaje przekonanie, jak niespokojne były i są te rejony świata. Jaką burzliwą miały historię, jak ścierały się tu interesy tureckie, rosyjskie, perskie, ormiańskie, a jeszcze wcześniej bizantyjskie, rzymskie i wiele innych. I naiwna, utopijna myśl, że może w niektórych miejscach najlepiej sprawdzają się wielkie wielonarodowe twory, oczywiście pod warunkiem, że rządzone są przez mądrych, oświeconych władców.

Kaplan w swojej książce snuje różne przewidywania dotyczące przyszłości miejsc, które odwiedza. Niektóre z tych prognoz sprawdziły się, inne nadal nie. Może najboleśniejsza jest pomyłka dotycząca Syrii. Ale kto mógł przewidzieć, że historia tego kraju potoczy się tak krwawo?


"Pogorzelisko" - film, który też warto zobaczyć.

Dlaczego ludzie walą drzwiami i oknami na "Jak zostać królem", film świetnie zrobiony i zagrany, ale taki, o którym zapomina się następnego dnia, a omijają szerokim łukiem "Pogorzelisko", które trzyma w napięciu od początku do końca, a jednak jest czymś więcej niż tylko znakomitą rozrywką? Cóż, pytanie retoryczne, w grę wchodzi przecież marketingowa machina, magia Złotych Globów i Oskarów, pewnie też liczba kopii. A szkoda, bo film zrobiony jest tak, że może podobać się masowej widowni. Mamy tu zagadkę związaną z przeszłością rodziny, poszukiwanie i mozolne odkrywanie prawdy, podróż, wojnę i miłość. A okrucieństwo wojny jest w tym filmie pokazywane trochę teatralnie, co łagodzi odbiór. Teatralność i egzaltacja mnie trochę przeszkadzały, co nie zmienia faktu, że "Pogorzelisko" polecam. A teraz dla porządku krótka informacja o treści. Jest to historia kanadyjskiego rodzeństwa, bliźniąt Jeanne i Simona, którzy po śmierci matki, na prośbę wyrażoną w testamencie, udają się do jej ojczystego kraju gdzieś na Bliskim Wschodzie, aby odnaleźć swojego ojca i swojego brata. Dotąd byli przekonani, że ojciec nie żyje, a o istnieniu brata w ogóle nie wiedzieli. Ta podróż, skomplikowane poszukiwania, stopniowe odkrywanie przeszłości to treść tego filmu. Ale oczywiście nie tylko do epickiej opowieści sprowadza się "Pogorzelisko". O tym jednak w drugiej części, która jest raczej dla tego, kto film już widział.

Jak pisałam we wstępie, nie przyjmuję tego filmu bezkrytycznie, kilka elementów mnie w nim drażni. Może jednak zacznę od tego, co mi się podobało.

Przede wszystkim film znakomicie się ogląda. To zasługa kompozycji. W jakimś stopniu jest to kino drogi i to drogi podwójnej: tej współczesnej, którą pokonuje Jeanne śladami matki, potem również jej brat Simon, i tej z przeszłości, którą przebywa Nawal Marwan, ich matka, w poszukiwaniu swojego syna, którego musiała oddać do sierocińca. Obie wędrówki najeżone są niebezpieczeństwem. Oczywiście dużo więcej ryzykuje Nawal w kraju ogarniętym wojną domową o podłożu religijnym. Ale  na Jeanne i Simona, szczególnie na niego, również czyha niebezpieczeństwo, z czego nie od razu zdają sobie sprawę. Mimo że wojna dawno się skończyła, poruszanie się po kraju, w którym konflikty z przeszłości zostały tylko przysypane cienką warstwą piachu, bez pomocy miejscowych kacyków nadal jest niebezpieczne. Gdyby nie tutejszy notariusz, nigdy nie odkryliby prawdy. Szczególnie Jeanne, która początkowo wędruje sama, stale napotyka na mur milczenia.

W filmie znakomicie budowane jest napięcie. Z zapartym tchem śledzimy żmudne odkrywanie prawdy i długo nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jak ta prawda okaże się tragiczna. Wszystko wyjaśnia się w zakończeniu. Przyznam się, że nie spodziewałam się takiego rozwiązania. Z równym napięciem śledzimy losy Nawal, szczególnie jej wędrówkę w poszukiwaniu syna przez kraj ogarnięty wojną. Kiedy wszyscy pokonują drogę z południa, gdzie trwają walki i religijne prześladowania, na północ, dziewczyna podróżuje w odwrotnym kierunku. Znamiennna jest scena, kiedy pokonuje zaporę ustawioną przez wojsko. Przed nią tłum marzący o tym, aby przedostać się na stronę, po której stoi ona. Tylko Nawal idzie w przeciwnym kierunku.

"Pogorzelisko" jest też wspaniałą epicką opowieścią o wojnie, miłości i religijnych uprzedzeniach, które tę miłość z góry skazują na klęskę. Z tym że tu nieszczęśliwy finał zakazanej miłości, który zwykle bywa punktem dojścia, jest dopiero początkiem  tragicznej historii. Frapujące są dalsze, niezwykłe losy Nawal.

Kolejna zaleta filmu to zdjęcia. Egzotyczny świat pokazywany bardzo często w panoramicznych planach. Surowy, górski krajobraz, głęboki kanion, wioska na wzgórzach, panorama miasta, które, nawet zrujnowane, jest pięknie fotografowane.

Dla mnie nie bez znaczenia jest też kontekst: historia osadzona na  nienazwanym Bliskim Wschodzie, konflikt polityczny i religijny.

Historia opowiedziana w tym filmie, szczególnie odkryta do  końca, może wydać się nieprawdopodobna. Przyznam, że przez chwilę też miałam wątpliwości, czy przypadkiem reżyser i scenarzysta w jednej osobie nie przesadził. Brat, który jednocześnie okazuje się być ojcem, syn, który jest oprawcą i gwałcicielem własnej matki - to można uznać za  kicz. Ja jednak będę bronila tego pomysłu. Po pierwsze podobna historia, choć z pozoru wydaje się nieprawdopodobna, jest jednak możliwa (zawsze była, a dziś w świecie anonimowych dawców spermy tym bardziej). Wszak życie pisze najlepsze scenariusze, że posłużę się tu tym wyświechtanym stwierdzeniem. Sama znam przynajmniej jeden niezwykły ludzki los pełen dramatycznych zdarzeń i nieprawdopodobnych odkryć, który świetnie nadawałby się na scenariusz filmu czy powieść. Po drugie ta historia to wyraźne nawiązanie do antycznej tragedii czy mitu. Czyż nie pobrzmiewają tu echa historii Edypa? W tym filmie jest oczywiście trochę inaczej. Do tragedii nigdy by nie doszło, gdyby dziecka nie oddano do sierocińca. Gdyby nie religijne uprzedzenia, rodzinne nienawiści, hańba, jaką wedle miejscowych zasad Nawal okryłła  rodzinę, nie stałoby się to, co oglądamy. To nie bogowie czy fatum, to człowiek sprowadza na człowieka nieszczęście. Z drugiej jednak strony można też mówić o przekleństwie losu. Gdyby Nawal urodziła się w innej części świata, jej życie potoczyłoby się zupełnie inaczej.

Jest to wreszcie film o dociekaniu prawdy. Unosi się nad nim pytanie: czy zawsze warto ją znać? Jaką cenę za nią płacimy? Z jednej strony poznanie prawdy pozwala dzieciom zrozumieć własną matkę, jej dziwne zachowania (o tym wspomina zbuntowany Simon po odczytaniu testamentu). Z drugiej pozostaje pytanie: jak żyć z taką wiedzą? Jak poradzić sobie ze świadomością, że brat to jednocześnie ojciec, ale także oprawca matki. Ktoś, kto zadał jej największy ból, kto ją gwałcił i torturował. I fakt, że zanim został Abou Tarekiem, był snajperem zaślepionym nienawiścią, to już tylko pikuś. No i jeszcze świadomość, że ten człowiek mieszka teraz w tym samym mieście i prowadzi zwyczajne życie. Być może mijali go gdzieś na ulicy. Jak sobie z tym poradzić? Jak dalej żyć? Czy można wybaczyć? Jeanne i Simon na pewno tego nie robią. Spełniają tylko wolę matki, dostarczając mu dwie koperty, i natychmiast znikają. A Nawal? Przez lata wychowywała dzieci, które przyszły na świat w wyniku gwałtu, które przypominały jej o najstraszniejszych wydarzeniach, o cierpieniu, bólu i poniżeniu. Widzimy, że kiedy wyszła na wolność, nie bardzo chciała je zabrać, być może wolałaby, żeby nie przeżyły. Tym bardziej, że cały czas myślała o dziecku, które było owocem miłości (jak to okropnie brzmi, ale niestety nie znajduję innej frazy). Kiedy w końcu przez przypadek odkrywa prawdę, to ją zabije. Nie jest w stanie jej udźwignąć. Cóż, prawda nie zawsze wyzwala, nie zawsze jest źródlem katharsis.

I na koniec o tym, co mnie drażniło. Wspominałam już we wstępie, że film wydał mi się momentami nazbyt teatralny, egzaltowany i sztuczny. Najbardziej widoczne jest to w niektórych dialogach, na przykład kiedy  Jeanne rozmawia ze swoim profesorem matematyki na kanadyjskim uniwersytecie. Albo taki kwiatek: "Czy jeden dodać jeden zawsze jest dwa? A co jeśli jeden dodać jeden jest jeden?" (cytat z pamięci). Tak Simon próbuje przekazać swojej siostrze prawdę, którą odkrył. Przecież taki sposób ludzie ze sobą nie rozmawiają! Teatralne są też niektóre sceny, przez co tracą swoją dramaturgię. Taka jest scena ataku na autobus, kiedy Nawal ratuje siebie i jednocześnie próbuje ocalić małą dziewczynkę, zabierając ją matce. Początkowo zdarzenia są bardzo dramatyczne, przejmujące. Potem jednak, kiedy Nawal tkwi w teatralnej pozie sama na tle płonącego wraku, napięcie i dramaturgia gdzieś ulatują. Może  z tego powodu filmowe losy Nawal nie zawsze przejmują. Owszem, są tragiczne, ale od jakiegoś momentu śledziłam je bez emocji. Tu przypomina mi się "Ostrożnie pożądanie" Anga Lee, opowieść o dziewczynie, która przypadkowo, jedną niewinną decyzją rujnuje sobie życie. Tam morderstwo, jej dramatyczna droga elektryzują, tu momentami zabrakło mi autentycznego wstrząsu. Dopiero sytuacja, w jakiej znalazły się dzieci Nawal po odkryciu prawdy, powoduje dreszcz przerażenia i współczucie.

Mimo tych kilku uwag, nie żałuję, że film obejrzałam. Na pewno pozostanie ze mną na dłużej, niż perfekcyjny "Powrót króla". Polecam. Ten drugi zresztą też.


Popularne posty