Pokazywanie postów oznaczonych etykietą konflikty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą konflikty. Pokaż wszystkie posty

Anna María Matute "Pierwsze wspomnienie"

Po książkę hiszpańskiej pisarki Anny Maríi Matute "Pierwsze

wspomnienie" (Cyranka 2026; przełożyła Ewa Zaleska) postanowiłam sięgnąć z dwóch powodów. Pierwszym był szum, jaki się wokół niej wytworzył, achy i ochy, że to arcydzieło. Ale oczywiście nie to przeważyło. Ostatecznym impulsem był temat - opowieść o dzieciństwie w czasach hiszpańskiej wojny domowej. Z niewiadomych dla mnie powodów ta tematyka żywo mnie interesuje. Może wzięło się to od Hemnigwaya, a może wciąż nurtującego mnie zdumienia, jak to się dzieje, że ludzie mieszkający obok siebie nagle w tak okrutny sposób skaczą sobie do gardeł.

Anna María Matute jest w Polsce dotąd niezbyt rozpoznana, chociaż ze zdumieniem stwierdziłam, że "Pierwsze wspomnienie" to wcale nie jej pierwsza książka wydana w naszym kraju. Natomiast w światowym obiegu literackim uznawana jest za jedną z najwybitniejszych pisarek europejskich XX wieku, mistrzynię prozy psychologicznej. Pisała także dla dzieci, ilustrowała te książki, była wykładowczynią na amerykańskich uniwersytetach, krytyczką literacką, laureatką wielu znaczących nagród. 

"Pierwsze wspomnienie" to pierwsza część trylogii i mam wielką nadzieję, że Cyranka będzie kontynuowała ten cykl. Gdyby Annę Maríę Matute wydawały chłopaki z ArtRage'u, miałabym pewność, że tak się stanie, bo oni nie porzucają swoich autorek i autorów, nawet jeśli te książki kupuje skandalicznie mało osób. Tu dygresja. Zwykle na koniec roku podają dane sprzedażowe, co bardzo podnosi moje ego, bo zawsze jestem wśród tych nielicznych, którzy kupili i przeczytali przynajmniej kilka spośród wydanych przez nich tytułów. A jednocześnie nie mogę wyjść ze zdumienia, że takie dobre książki kupiło tak niewiele osób. Koniec dygresji, czas przejść do meritum.

Skoro bardzo bym sobie życzyła, aby Cyranka wydała dwie kolejne książki z cyklu, to zapewne dla czytających te refleksje jest już jasne, jaką mam  opinię o "Pierwszym wspomnieniu". Tak, tak, zgadzam się z tymi, którzy uważają, że to rzecz niezwykła i warta lektury. Przyznam jednak, że nie od razu podzielałam ten zachwyt. Nie było mi łatwo wejść w tę książkę. Raz, że to proza gęsta, prawie bez dialogów, pełna wysublimowanych opisów przyrody, w dodatku narracja przerywana jest fragmentami w nawiasach stanowiącymi komentarz. Czyj? Może dorosłej narratorki, ale nie do końca jest to dla mnie jasne. Dwa, że kiedy ją zaczęłam, byłam dość zajęta, więc czytałam z doskoku. Tu pół godziny, tam najwyżej godzina. Dopiero kiedy wreszcie dzięki długiemu weekendowi czasu miałam w bród, połknęłam ją w ciągu jednego dnia. I dopiero wtedy doceniłam jej wielkość, wkręciłam się bardzo, mimo że nie jest to lektura lekka, łatwa i przyjemna. Stąd moja rada - jeśli ktoś zamierza sięgnąć po "Pierwsze wspomnienie", do czego gorąco namawiam, to warto to zrobić, kiedy można się tej książce oddać w pełni, a nie wydzielać ją sobie drobnymi kawałeczkami niczym lek na receptę.

Cóż to za historia? Są to wspomnienia czasu, który czternastoletnia Matia, narratorka, spędzała w ponurym domu swojej oschłej, nieprzystępnej babki na jednej z hiszpańskich wysp. W książce jej nazwa nie pada, ale z info wydawcy dowiadujemy się, że to Majorka. Wprawdzie nigdy tam nie byłam, ale jednego jestem pewna - ta książkowa wyspa niczym nie przypomina turystycznego raju, jakim stała się dziś. W domu przebywa też dwa lata starszy kuzyn, Borja, jego matka, korepetytor i służba. Matka Matii od lat nie żyje, ona wychowywała się w rodzinnym domu ojca pod opieką jego starej niani. Po wyrzuceniu z kościelnej szkoły trafia do  babki. Wybuch wojny domowej sprawia, że razem z kuzynem utkwili tu na jakiś czas. Zanim znajdzie się im szkoły, są pod opieką korepetytora, niedoszłego księdza, syna służącej.

Ciotka Emilia i Borja nie mogli wrócić na półwysep, a wuj Alvaro, który miał stopień pułkownika, był na froncie. Niczym zwabieni do dziwacznej zasadzki, Borja i ja zrozumieliśmy zaskoczeni, że musimy pozostać na wyspie nie wiedzieć jak długo. Szkoła odpłynęła w dal, a w otaczającej nas atmosferze - u babki, ciotki Emilii, proboszcza, lekarza - wyczuwało się jakąś ekscytację, która nadawała monotonnemu życiu dorosłych smak anormalności. 

Ojciec Borji bije się gdzieś na froncie po tej właściwej, czyli frankistowskiej stronie. Używam tu przymiotnika właściwej w sensie ironicznym, ale dla otoczenia, w jakim przebywa główna bohaterka, to wcale nie ironia. Tymczasem ojciec Matii stoi po przeciwnej stronie barykady, czemu czasem w nienawistny sposób daje wyraz babka. Nie bardzo wiadomo, co się z nim dzieje. Czy walczy, a może siedzi w więzieniu?

W atlasie śledziłam także przebieg wojny wuja Alvara, położenie zdobytych miast ("Upadło, upadło". "Te Deum..."). Wojny, która zgubiła, pogrążyła mojego ojca i jego niesłuszne przekonania. Wojny, która tam na mapie, na niezdobytych jeszcze obszarach, pochłonęła go jak mokradła. I co z niego zostało?

Wojna domowa jest w tej książce tylko dalekim echem, tłem zaledwie. Na wyspie nie toczą się walki, a i dzieci chroni się przed okrutnymi wiadomościami o tym, co dzieje się na froncie. Ale świat, w którym obracają się Matia i Borja, też jest okrutny. Zostawieni sami sobie mają dużo swobody. Palą, piją, Borja podkrada pieniądze babce i matce. W chłopackim świecie, do którego Matia raz jest dopuszczana, a raz jest z niego wykluczana, są dwie zwalczające się bandy. W jednej są chłopcy z dobrych domów, w drugiej z tych gorszych, niezamożnych. Ich członkowie potrafią być wobec siebie okrutni. Ale bywa, że zawierają rozejmy. Borja jest hersztem, autorytetem. Potrafi być bardzo bezwzględny, kiedy z powodu zazdrości chce się na kimś zemścić. I nie będzie to już zwyczajna chłopacka zemsta, ale zemsta mająca poważne konsekwencje. Coś, co w okrutny sposób zaważy na życiu jednego z bohaterów. Do swojej intrygi wciągnie Matię, czyniąc ją współwinną tego, co się stanie, bo ze strachu, zmanipulowana przez starszego kuzyna, nie będzie potrafiła ująć się za skrzywdzonym, chociaż był dla niej kimś ważnym.

To bardzo mroczny świat. I chociaż wydarzenia rozgrywają się w większej części latem, to czytając, miałam wrażenie, jakby wyspę spowijał mrok albo przynajmniej warstwa ciężkich, ołowianych chmur wiszących nisko nad ziemią.

Matia i Borja są bardzo samotni. Przeżywają  swoje rozterki i problemy w pojedynkę. Czasem dopuszczają do nich siebie nawzajem. Coś ich łączy, ale wiele ich dzieli. Już nie dzieci, jeszcze nie dorośli i dorosnąć bardzo nie chcą. Szczególnie Matia, bo to jej perspektywę poznajemy. Boją się świata dorosłych, który jest jeszcze okrutniejszy niż ich świat. Stąd powracający motyw baśni, a szczególnie Piotrusia Pana, Nibylandii, Kaja i Gerdy. 

Wydawało mi się, że mówi prawdę, że jest bardzo samotny, podobnie jak ja, i że gdyby nie ta nasza samotność, to, kto wie, może nigdy nie zostalibyśmy przyjaciółmi.

Byliśmy tacy bezbronni, tacy zależni, a przecież zarazem tak dalecy od nich wszystkich: od portretu wuja Alvara, braci Taronji, od mojego ojca, Antonii, Mandaryna ... Jakże obcy byli dorośli, ta dziwna rasa mężczyzn i kobiet. Jacy obcy i absurdalni byliśmy my. Jak bardzo poza światem, a nawet poza czasem. Już nie byliśmy dziećmi. Nagle nie wiedzieliśmy, kim jesteśmy.

Nigdy wcześniej nie zauważyłam, że [korepetytor] był tylko chłopcem, niewiele od nas starszym, uwikłanym po uszy w nieczyste sprawy mężczyzn i kobiet; zanurzonym po szyję w świecie, w tej studni, do której wszyscy już się ześlizgiwaliśmy.

... jakbym chciała krzyknąć: "Nie, nie, zatrzymajcie mnie, nie wiedziałam, dokąd biegnę, nie chcę dowiedzieć się niczego więcej". (Ale już przeskoczyłam mur i zostawiłam za sobą Kaja i Gerdę w ogrodzie na dachu).

A jednocześnie pojawiają się też pierwsze, dobre, oznaki dorosłości - współczucie, zrozumienie i empatia dla drugiego człowieka.

I patrząc na stojącego obok Mandaryna, pierwszy raz poczułam współczucie jak dorosła osoba, zapragnęłam podać mu rękę i powiedzieć: "Nie przejmuj się nimi, to tylko głupie dzieci. Wybacz im, bo nie wiedzą, co czynią". A równocześnie wstydziłam się tego pierwszego uczucia dorosłej osoby i czułam strach, i żałowałam samej siebie, swoich słów i litości.

Jest w tej książce jeszcze coś, na co warto zwrócić uwagę, a co może umknąć, bo nie wybija się na pierwszy plan. To zupełnie inne traktowanie dziewczyny niż chłopaka w tym tradycyjnym świecie. W tych nielicznych chwilach, kiedy babka przypomina sobie o Matii, daje wyraz takim poglądom.

Podczas pierwszych wakacji wzięli mnie ze sobą tylko raz, a i wtedy musiałam na noc wracać do domu. Babka mówiła, że jestem już zbyt duża, żeby samotnie chodzić z nimi do Gaju Pomarańczowego i spędzić trzy noce poza domem. (...) Kiedy wyprawiali się do gaju Pomarańczowego, dwa razy towarzyszyłam im aż do portu i dopiero tam się rozstawaliśmy, a babka nie miała o niczym pojęcia. Potem wracałam do domu Leontiną, nienawidząc tego, że jestem kobietą.

W tamtych czasach jedną z najbardziej upokarzających rzeczy było, pamiętam, stałe zamartwianie się babki o mój wygląd. O rzekomą przyszłą urodę, którą powinnam zyskać za wszelką cenę.

- To jedyne, co przydaje się kobiecie, jeżeli nie ma pieniędzy.

Uroda zatem była jedynym dobrem, na jakie mogłam liczyć w życiu. Jednakże była ona jeszcze cokolwiek nieobecna i odległa, a mój wygląd w przekonaniu babki pozostawiał wiele do życzenia,.

Matia zdecydowanie nie darzy babki sympatią, co znajduje wyraz w sposobie jej opisywania.

Okna dzierżawców płonęły światłem, na pewno babka szpiegowała je z saloniku przez teatralną lornetkę. Poczułam głuchą irytację. Siedzi tam pewnie jak brzuchaty, poobtłukiwany bóg, jak wielka żarłoczna lalka, pociągając za sznurki swoich marionetek. (...) Jej oczy niczym długie macki, wchodziły do tych domów, oblizywały je, zamiatały w pokojach pod łóżkami i stołami. To były lustrujące oczy, unosiły białe dachy i chłostały: prywatność, sen, zmęczenie.

Rozparta w fotelu babka przeżuwała jedną ze swoich niezliczonych pastylek. Dekolt sukienki okalał fałdy i zmarszczki wokół gardła przepasanego aksamitną tasiemką. Na szyi powyżej tasiemki również tworzyły się fałdy i zmarszczki, aż do podbródka. Jakby ktoś ją wypchał, a na szyi zacisnął węzeł: z jednej strony głowa, z drugiej ciało, jak dwa worki, każdy z innej materii.

Już z tych kilku cytatów można się zorientować, jak gęsta jest to proza i w jak niezwykły sposób została napisana. Na koniec chcę zwrócić uwagę na jeszcze jedną cechę tej książki. Ogromną rolę odgrywa w świecie Matii przyroda, a opisując ją, wyraża swoje uczucia. Na dowód ostatni już cytat.

Nienawiść przebijała się przez ciszę jak słońce, jak podbiegnięte ropą i krwawiące oko przez morską mgłę. Tam, na wyspie, słońce zawsze wydawało mi się złowieszcze, polerowało kamienne płyty na placu, sprawiało, że błyszczały i robiły się śliskie jak kości, jak złośliwa i dziwna kość słoniowa.

Znakomita, chociaż wymagająca uważnej lektury książka. Ale naprawdę warto się w nią wgryźć, wejść w ten mroczny, niepokojący świat już nie dzieci, jeszcze nie dorosłych. Docenić urodę języka.

Kevin Jared Hosein "Głodne duchy"

Naprawdę niewiele brakowało, abym przegapiła powieść Kevina

Jareda Hoseina "Głodne duchy" (Czarne 2025; przełożyła Zofia Szachnowska-Olesiejuk). Tyle ukazuje się nowości, że o pomyłkę nietrudno. Na szczęście Czarne ma swój podcast i właśnie tam usłyszałam rozmowę o tej książce. Już samo to, że autor jest karaibskim pisarzem pochodzącym z Trynidadu i Tobago, było dostateczną zachętą, a i dalsza część rozmowy upewniła mnie, że muszę tę powieść przeczytać. I miałam rację. Jest to książka, jaką najbardziej lubię - znakomita w czytaniu, a jednocześnie o dużym ciężarze. Jednym słowem poruszająca istotne tematy. No i nie pozostawiła mnie obojętną. W tym wypadku dociąża ją jeszcze wiszące nad bohaterami fatum, fatum rodem z antycznej tragedii. Śledząc losy bohaterów, wiemy, że musi dojść do nieszczęścia. Pozostaje pytanie - do jakiego? Kogo dotknie? 

Zanim przejdę do konkretów, dodam jeszcze, że "Głodne duchy" to pierwsza powieść dla dorosłych Kevina Jareda Hoseina, wcześniej pisał dla dzieci i młodzieży, a zaczął swoją zawodową karierę jako nauczyciel biologii, czym zajmował się ponad dziesięć lat.

Akcja książki rozgrywa się w roku 1944 w małej miejscowości i jej okolicach gdzieś na Trynidadzie. Te okolice są niezwykle istotne, bo odzwierciedlają drabinę społeczną. Na wzgórzu nad wioską znajduje się bogata posiadłość Daltona Changoora. Mieszka z nim znacznie od niego młodsza żona, piękna i dystyngowana Marlee. W tym świecie za dużymi pieniędzmi idą strach i szacunek. Dalton bardzo dużo może, wszyscy się z nim liczą i bez szemrania spełnią jego prośby czy żądania. Chociaż trzyma się z boku, trzęsie całą okolicą. Jakie prowadzi interesy? Nie wiadomo, lepiej się nie dopytywać. Życie w jego posiadłości jest obiektem domysłów i marzeń. Pilnują jej trzy groźne psy. Był taki czas, kiedy Dalton Changoor zapraszał do domu dzieci. Urządził dla nich pokój zabaw i boisko, ale potem w wyniku pewnych wypadków i to się skończyło. O tym, jak upływa życie państwa, jakie takie pojęcie mogą mieć trzej pracujący dla pana Changoora robotnicy. Z domu często słychać dźwięki muzyki. 

W dole jest miasteczko Bell. Znajduje się tam posterunek policji, szkoła i szpital. No i domy. Cóż w tym dziwnego? Otóż posiadanie takiego domu to wielkie marzenie tych, którzy mieszkają w baraku stojącym za miastem. Bo tych kilka rodzin żyjących w nim stoi najniżej w hierarchii społecznej. To ludzie pracujący na plantacji trzciny cukrowej. Nawet jeśli ktoś z nich dostanie pracę w miasteczku, to i tak zarabia na tyle marnie, że może sobie tylko pomarzyć o domu w Bell. Barak to kilka niewielkich pomieszczeń poprzegradzanych cienkimi ściankami. W każdym żyje jedna rodzina. Najczęściej z dziećmi, a nawet z wnukami. O żadnej intymności mowy być nie może. Wszystko dzieje się tu na oczach dzieci albo nie dzieje się wcale. Jakby tego było mało, przecieka dach. Kiedy przychodzi czas ulew, woda wlewa się do środka. 

Woda bulgotała w ich zalanym po kostki pokoju. Sączyła się do środka przez szpary w ścianach. Następnego ranka materac z włókna kokosowego cuchnął, a w workach z ryżem pojawiły się kijanki.

W takim miejscu łatwo o choroby i przemoc. Mężczyźni nie stronią od alkoholu. Ale najgorsza jest beznadzieja. Kto urodził się w baraku, ten zapewne w nim umrze. Życie tu to naznaczenie. I nie chodzi tylko o biedę i fatalne warunki bytowe. Chodzi o coś więcej - o brak szacunku i pogardę ze strony mieszkańców Bell. Mieszkasz w baraku, jesteś gorszy, w razie czego z definicji podejrzany. Można cię zamknąć bez dania racji. Policjanci nie uwierzą komuś z baraku, wiadomo, tam mieszkają wyrzutki społeczne i złodzieje. Znamy ten mechanizm. 

Młodzieniec skrzyżował na piersi cherlawe ramiona, spojrzał na obdarte buty Hansa i zmarszczył nos, jakby właśnie poczuł, że ktoś puścił bąka. 

Niektórzy pragną się z baraku wyrwać. Młode dziewczyny za wszelką cenę chcą się związać z chłopakiem z Bell. Hans Saroop i jego żona Szueta marząc o lepszej przyszłości dla syna, posyłają go do szkoły w Bell. Ale żeby tam chodzić, trzeba mieć wiele samozaparcia, bo chłopak z baraków będzie zawsze obiektem bezlitosnych kpin i prześladowania. Nic dziwnego, że Kryszna nie chce tam wracać po wakacjach. Buntuje się przeciw uległości rodziców, a szczególnie ojca, który uważa, że tylko grzecznością i pokorą coś wskóra. Nie chce zadrażniać sytuacji. W milczeniu znosi drobne i większe upokorzenia, czego świadkiem bywa syn i nie potrafi takiej postawy zrozumieć. Kipi w nim gniew i wściekłość. 

Kryszna wyciągnął szyję, żeby zajrzeć do środka. (...) Rzucił mężczyźnie spojrzenie spode łba.

- Ale o co się panu rozchodzi?

(...) Mężczyzna patrzył Hansowi prosto w oczy.

- Chłopcy zostają na zewnątrz.

Hans skinął głową.

- Ta jest, psze pana.

- A ci tam to niby co? - Kryszna wskazał na dzieci w sklepie.

- Cicho bądź - skarcił go ojciec, kładąc mu dłoń na plecach.

Mężczyzna nie spuszczał wzroku z Hansa.

- Mieliśmy tu już kilka incydentów, a ja mam tylko jedną parę oczu.

Kryszna nie ma zamiaru znosić zniewag swoich rówieśników z Bell. Żeby bronić honoru, gotów jest się bić. Ma wiernych przyjaciół, którzy w razie czego ruszą mu na pomoc. To kuzyn Tarak i dwaj bliźniacy otoczeni złą sławą. Ale przemoc rodzi przemoc. Chłopaki z miasteczka pamiętają każdy siniak, każde wyzwisko, a przy tym czują się bezkarni, bo jeden z nich jest synem komendanta policji. Konflikt eskaluje i z góry czujemy, że nie może skończyć się dobrze. To tylko jeden z elementów ciągu różnych zdarzeń, które w końcu doprowadzą do tragedii.

Na nierówności majątkowe nakładają się jeszcze problemy rasowe i religijne. Bo na Trynidadzie mieszkają  wyznawcy hinduizmu i chrześcijanie, biali, mulaci i czarni. Ci z baraku to najczęściej hinduiści, ci z miasteczka przeważnie chrześcijanie. To tylko pogłębia konflikt.

Ogromną zaletą powieści są głębokie portrety bohaterek i bohaterów, ich wzajemne skomplikowane relacje. Mało tu postaci jednoznacznie dobrych. Poznając ich historie, doskonale rozumiałam, co nimi powoduje, dlaczego postępują tak, a nie inaczej. Niewypowiedziane traumy, marzenie o miłości i bliskości, a wreszcie o lepszym życiu. I po prostu zmęczenie beznadziejną codziennością, szarpaniną o jako taką egzystencję. To prowadzi niektórych bohaterów do upadku. Nawet dumny Kryszna ma w pewnym momencie dość i czuje, że doszedł do ściany. Jest gotów skapitulować i prosić o pomoc kogoś, kogo nienawidzi. Ulec pokusie o lepszym życiu.

Czy jest w tej powieści coś jasnego? Znajduję trzy takie elementy. Jeden to solidarność mieszkańców baraku, którzy zawsze mogą na siebie liczyć w trudnych sytuacjach. Jeśli coś ich ratuje, to wspólnota, jaką tworzą. Drugi to miłość do barakowego psa, Białej Damy. Tarak, inni również, chociaż on szczególnie, jest dla niej gotów na wiele. Niestety to przywiązanie stanie się jednym z zalążków tragedii, jaka się w tej powieści rozegra. Trzecim jasnym punktem jest postawa jednego z trzech pracowników Changoorów, Robinsona, który wydaje się być człowiekiem szlachetnym, dobrym i bezinteresownym. Czy coś jeszcze? Może dumna postawa Szuety, która nie chce litości. Od kogo i w jakiej sytuacji, tego zdradzić nie mogę.

No i jest też w powieści zagadka. Bo wszystko zaczyna się od nieoczekiwanego zniknięcia Daltona Changoora. To ta strzelba, która skoro wisi na ścianie, to w ostatnim akcie musi wystrzelić. Gdyby nie zniknął, na pewno nie doszłoby do tragedii.

Bardzo dobra, ciekawa i poruszająca powieść, a w dodatku pięknie napisana. 

Filmowe remanenty - "Lombard", "Chrzciny", "Słoń"

Premiera filmowa goni premierę, tyle się dzieje, że nie da się obejrzeć wszystkiego, a ja nie nadążam z pisaniem. Dziś o jednej zaległości i o dwóch nowościach.

Na obsypany nagrodami i zachwytami dokumentalny film Łukasza Kowalskiego, "Lombard", czekałam z niecierpliwością. To historia lombardu prowadzonego przez Jolę i Wieśka w jednej z bytomskich dzielnic, dodajmy - zapomnianej przez Boga i ludzi. Przybytek ten mieści się w obskurnym pawilonie po sklepie popularnej sieci. Właściciele zgromadzili tam nieprzebrane morze przedmiotów. Jola i Wiesiek w niczym nie przypominają bezwzględnych krwiopijców żerujących na ludzkiej biedzie. Sprzedają za grosze, często wspierają swoich klientów. Nic dziwnego, że interes się nie kręci, właściwie stale są pod kreską. Nie układa się też między nimi. Ale to także opowieść o ich współpracowniczkach i jednym współpracowniku. Oni też borykają się z problemami, żyją na krawędzi. Właściwie niewiele ich wszystkich dzieli od ubogich klientów lombardu, chociaż Jola dumnie paraduje w futrze. Od razu zaznaczę, że film jest rzeczywiście znakomity, mam jednak wrażenie, że mój odbiór różni się nieco od tego, co wcześniej słyszałam. Chociaż bywa zabawnie, absurdalnie, trochę hrabalowsko, a reżyser patrzy na bohaterów z sympatią i szacunkiem, to jednak całość przygnębia. Nieszczęścia, bieda, brzydota otoczenia, brak perspektyw. Chyba najbardziej przejmującym momentem był dla mnie piknik organizowany przez Jolę, która chce dać okolicznym mieszkańcom, sąsiadom lombardu, trochę rozrywki i przy okazji ratować to miejsce. Kiedy wyszłam z kina, a było już ciemno, ulice mojego miasta wydały mi się  równie przygnębiające, chociaż przecież w niczym nie przypominają dzielnicy Bytomia, w której mieści się tytułowy lombard. Naprawdę trudno było mi się otrząsnąć.

Za to zupełnie inaczej nastroiły mnie "Chrzciny" Jakuba Skoczenia, które pojawiły się w kinach jakoś tak znienacka. To rozgrywająca się 13 grudnia 1981 roku historia rodzinna. Tego dnia w małej górskiej wiosce, skąd daleko do świata, mają się odbyć chrzciny wnuczki Marianny, wdowy, matki sześciorga dzieci. Jej marzeniem było zgromadzenie przy tej okazji ich wszystkich i doprowadzenie do zgody. Przede wszystkim pomiędzy dwoma najstarszymi synami - Wojtkiem, komuchem, który w domu rodzinnym nie był od lat, bo pokłócił się z bratem, i Tadeuszem, działaczem Solidarności i gorliwym katolikiem. Plan Marianny może się nie udać z powodu ogłoszenia stanu wojennego. Nic dziwnego, że robi wszystko, aby żadne z dzieci nie dowiedziało się o tym, co się wydarzyło. To oczywiście prowadzi do wielu nieporozumień i zabawnych zdarzeń. Ich przyczyną są też rodzinne konflikty. Nie tylko między najstarszymi braćmi. Stopniowo dowiadujemy się coraz więcej o wzajemnych pretensjach i rodzinnych tajemnicach. No i jeszcze pytanie - kto jest ojcem dziecka Hani. Dziewczyna nie chce powiedzieć, nawet matce. Film oglądałam z wielką przyjemnością. Bywa śmieszny, ale przede wszystkim jest ciepły. Jednak jego największą zaletą jest znakomite aktorstwo. Nie tylko Katarzyny Figury grającej Mariannę i Tomasza Schuchardta, ale także Michała Żurawskiego, Macieja Musiałowskiego (pyszna rola), Tomasza Włosoka, Andrzeja Konopki. Na specjalną uwagę zasługują role  mniej znanych młodych aktorek, nieopatrzonych jeszcze, które grają trzy córki Marianny - Agaty Bykowskiej, Marty Chyczewskiej i Marianny Gierszewskiej. Warto wybrać się do kina. 

I wreszcie trzeci film "Słoń", pełnometrażowy debiut Kamila Krawczyckiego nagrodzony w Gdyni w konkursie filmów mikrobudżetowych. To bardzo kameralna historia. Akcja toczy się w małej podhalańskiej wsi, gdzie Bartek prowadzi niewielkie gospodarstwo. Jego oczkiem w głowie są dwa konie, których nie chce sprzedać. Marzy o tym, aby kiedyś otworzyć stadninę. Nieoczekiwanie do wsi wraca starszy od niego Dawid, który po śmierci  ojca przyjechał  pozamykać wszystkie sprawy. Przed laty uciekł, zostawiając ojca samego, co mają mu za złe wścibskie sąsiadki. Między Bartkiem i Dawidem zaczyna iskrzyć. Ale wbrew pozorom nie jest to tylko gejowskie love story ani opowieść o nietolerancji. Wprawdzie Bartek spotyka się z wrogością, ale w żadnym razie nie jest ofiarą. Uczucie, które się rodzi pomiędzy młodymi mężczyznami, jest iskrą zmuszającą go do zastanowienia, jak chce dalej żyć. To również opowieść o rodzinnych relacjach, uwikłaniach, obowiązkach i manipulacjach. Co syn jest winien samotnej matce, jeszcze stosunkowo młodej, ale nieradzącej sobie z codziennością i niestroniącej od alkoholu? Czy ma prawo wymagać od niego poświęcenia? A co brat jest winny siostrze, która kilka lat temu, nie oglądając się na nikogo, wyjechała za granicę, a teraz wraca i oczekuje pomocy? Jak pogodzić miłość do koni i do Dawida, który nie po to kiedyś uciekł, aby teraz zostać w swojej rodzinnej wsi? Takie dylematy stawiają przed widzami twórcy. Film jest subtelny, tempo ma niespieszne, a jednak z każdą minutą coraz bardziej wciągała mnie ta historia. Obserwowanie napięcia narastającego pomiędzy bohaterami, subtelnej gry, jaka się pomiędzy nimi toczy, to wielka przyjemność. No i znowu znakomite role - szczególnie magnetyczny jest Jan Hrynkiewicz grający Bartka, ale także należy zauważyć Ewę Skibińską w roli matki, która potrafi się zmieniać niczym kameleon, no i Pawła Tomaszewskiego (Dawid). Klimat budują też zdjęcia - otoczona górami wieś pokazana jest pięknie, bo piękna jest pora roku - jesień, na drzewach kolorowe liście. "Słoń" nie pozwala o sobie zapomnieć. 


"Sieranevada"

Nie mogłam opuścić najnowszego rumuńskiego filmu - "Sieranevada" Cristi Puiu, ojca filmowych sukcesów kina znad Dunaju. W każdym razie to od "Śmierci pana Lazarescu" zaczął się triumfalny pochód przez festiwale rumuńskich reżyserów, co podobno niekoniecznie przekłada się na popularność wśród ich rodaków. Taką informację gdzieś kiedyś przeczytałam, za jej prawdziwość nie ręczę, chociaż wydaje mi się dość wiarygodna. "Sieranevada" w polskich kinach masowo na pewno oglądany nie będzie, to film dla koneserów. Trwa niemal trzy godziny, akcja prawie cały czas toczy się w ciasnym, zagraconym mieszkaniu, w którym rodzina spotyka się na stypie w czterdziestym dniu od śmierci (albo pogrzebu, nie zapamiętałam) zmarłego ojca. Nic specjalnego się nie wydarzy poza kłótniami, nieporozumieniami, rozmowami. Rodzinna psychodrama, portret rumuńskiej klasy średniej, na którym i my możemy się odnaleźć. Film jest znakomicie zrobiony. Sposób prowadzenia kamery sprawia, że widz ma wrażenie uczestnictwa w tym spotkaniu. Jakbyśmy byli w środku. Słyszymy i widzimy tyle, ile widzi i słyszy ktoś, kto w tej stypie uczestniczy. Goście i domownicy rozchodzą się po mieszkaniu, stale krążą pomiędzy pokojami a kuchnią, jak to w takich przypadkach bywa, więc jasne jest, że nie można być na raz wszędzie, słyszeć i widzieć wszystkiego. Kamera najczęściej śledzi bohaterów z perspektywy przedpokoju, zaglądając tylko do klaustrofobicznych wnętrz. Czasem zapuszcza się do jednego z pokoi albo do kuchni. Ta klaustrofobiczna atmosfera w połączeniu z agresją, która bije od bohaterów, jest dość męcząca, ale myślę, że to zmęczenie celowe. Mnie "Sieranevada" podobała się bardzo, ale, podkreślam jeszcze raz, na pewno nie jest to film dla każdego. A kto już widział, może czytać dalej.

Niemal od pierwszej sceny atakują widza krzyk i agresja. Bohaterowie nie rozmawiają ze sobą, oni na siebie warczą, mają pretensje, mówią podniesionym głosem, są zniecierpliwieni, źli, obwiniają się o wszystko, zrzędzą. Na zaciętych twarzach widać złość. Tak wygląda pierwsza rozmowa Larego z żoną prowadzona w samochodzie, podobnie jest na rodzinnym spotkaniu, a chyba najbardziej uderza scena na ulicy, kiedy uczestnicy zajścia i przypadkowi świadkowie obrzucają się wyzwiskami, przeklinają, krzyczą, a wszystko z powodu  źle zaparkowanego samochodu. Niewiele brakuje, aby doszło do rękoczynów. Skąd my to znamy?

Podobnie jest na stypie. Niemal każdy do każdego ma jakieś pretensje, niemal wszyscy obwiniają się o coś. Członkowie rodziny kłócą się o sprawy drobne, zupełnie nieistotne, ale ogromne emocje budzi też stosunek do komunistycznej przeszłości. Ciotka wspominająca z rozrzewnieniem czasy Ceausescu wywołuje falę agresji u swojej siostrzenicy (?) (nie zawsze łatwo zorientować się w stopniu pokrewieństwa bohaterów), która tak bardzo jest wzburzona, że reaguje płaczem. Wychodzą na jaw niewierności, zdradzona żona bez żenady wywleka na wierzch szczegóły, którymi niekoniecznie trzeba się dzielić publicznie. Młodsze pokolenie snuje teorie spiskowe, których skarbnicą jest  internet.

Stypa okazuje się być tylko atrapą, wydmuszką. Liczy się obrzęd, dochowanie tradycji, za którą nic się nie kryje. Nie ma w tym ducha, namysłu, refleksji, przeżycia, skupienia, prawdziwej żałoby. Jest pustka. Trzeba tylko przejść przez kolejne religijne i ludowe rytuały. Ich strażniczkami są wdowa po zmarłym i jego córka. I chociaż skrupulatnie pilnują wszystkiego, to chyba nie bardzo wiedzą, dlaczego tak robią. W pewnym momencie zniecierpliwiony syn zarzuca to matce. Ktoś inny uczestniczy w modlitwie prowadzonej przez popa, bo chce posłuchać śpiewu. tak ładnie śpiewają, powie. To wszystko odbywa się gdzieś pomiędzy gotowaniem, nakrywaniem, wychodzeniem po zakupy, kłótniami, bezsensownymi rozmowami. Stale ktoś wchodzi i wychodzi, rodzinna wspólnota rozpada się. Jakby tego było mało stypę zakłócają nieproszeni goście, co pogłębia jeszcze chaos.

Wśród mniejszych i większych awantur, wśród pretensji, wzajemnego oskarżania się nie ma atmosfery dla żałoby. Nikt tu o zmarłym nie rozmawia, nikt go nie wspomina, nie opłakuje. Po co się spotykają? Bo taka tradycja, bo tak wypada, bo matka i córka tego chcą, chociaż nie potrafią zbudować odpowiedniej atmosfery. Znamienne jest, że Lary dopiero w samochodzie, a nie w czasie nieudanej stypy, wspomina zmarłego ojca, przywołuje obrazy z dzieciństwa, a w końcu się rozkleja. I nawet do wspólnego posiłku nie udaje się zasiąść, bo stale staje na przeszkodzie. Kiedy wreszcie można zjeść spóźniony obiad, część gości już wyszła.

"Moje córki krowy"

I znowu będę marudzić. Aż mi głupio, że wychodzi ze mnie taka malkontentka. Ostatnio zdarzyło się to kilkakrotnie, ale tylko w notkach filmowych. Bo passę lekturową mam świetną. Trudno, nie będę przecież udawać, że zachwyca, skoro jednak nie zachwyca. Nie myślcie, czytelnicy tej notki, że tak bardzo lubię być w kontrze, że pragnę się wyróżnić odmiennym zdaniem. Nie, ale cóż ja mogę na to poradzić, że po raz kolejny opuszczam kino rozczarowana. Tym razem chodzi o "Moje córki krowy". Na film Kingi Dębskiej czekałam od gdyńskiego festiwalu. Chyba wszyscy się w nim zakochali, i publiczność (nagroda), i dziennikarze (też nagroda). Wprawdzie jury pominęło go w swoim werdykcie, ale, jak mówiła reżyserka, cóż ważniejszego od uznania ze strony tych dwóch gremiów. Dlaczego wobec tego zgłaszam swoje wotum separatum? O co mam pretensje? O to, że wychodzę z kina i zaraz zapominam. O to, że film nie boli. O to, że nie mogę powiedzieć, jak podobno wielu widzów (to nie ironia, wierzę, że tak jest), że to o mnie. A przecież problem choroby i umierania rodziców jest mi bardzo bliski. Wprawdzie nie mam rodzeństwa, ale ileż razy poruszała mnie filmowa lub literacka rodzinna psychodrama. Na tym polega siła sztuki, że uczy empatii, pozwala nam przeżywać stany niedostępne z różnych powodów.

"Moje córki krowy" to film przyjemny. Świetnie zagrany (Agata Kulesza, Gabriela Muskała, Marian Dziędziel), ładny wizualnie (nawet szpital jest elegancki), odrobinę śmieszny (może nawet odrobinę za bardzo - drażni mnie przerysowany Marcin Dorociński), trochę wzruszający, nawet zakończenie jakoś krzepi. Taki film kanapowy, mogłabym go obejrzeć w domu na ekranie telewizora, ale po co od razu biec do kina. Natychmiast nasunęło mi się porównanie z dwoma innymi tytułami. Myślę tu o "33 scenach z życia" Szumowskiej i "Placu Zbawiciela" Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauzego. Dla porządku przypomnę, pierwszy mierzy się między innymi z tematem choroby i śmierci rodziców. Porównanie tym bardziej uprawnione, że i Dębska, i Szumowska nie ukrywają, że inspiracją dla tych filmów były ich własne historie. Chciały nimi zamknąć jakiś etap w swoim życiu. Mało tego, film Szumowskiej też nie stronił od uśmiechu, co niektórzy mieli mu nawet za złe. "Plac Zbawiciela" to z kolei obraz rodzinnego piekła. Naszego codziennego. I jeszcze jeden przykład, nie tak doskonały jak te dwa, ale poruszający. Myślę tu o debiutanckim "Murze" Dariusza Glazera, który miał swoją premierę jesienią. Tamte filmy mnie sponiewierały. To na takie kino czekam! Szkoda mi czasu na obrazy letnie, lekkie, łatwe i przyjemne. Problem z odbiorem filmu Kingi Dębskiej polega na rozminięciu się moich oczekiwań z jej koncepcją. W jednym z wywiadów powiedziała, że gdyby zrobiła go trochę wcześniej, byłby pełen gniewu na los, na Pana Boga, na moją siostrę. I na ludzi, którzy się cieszą, jakby nigdy nic. Właśnie o gniew idzie. Zabrakło mi go.

Konkluzja będzie przewrotna. Mnie film rozczarował, ale jestem pewna, że wielu widzom będzie się podobał. Jeśli, czytelniku tej notki, oczekujesz od kina przyjemności, rozrywki, wytchnienia, chcesz, żeby krzepiło, lubisz, żeby o poważnych sprawach opowiadało w sposób nie za bardzo dołujący, to z pewnością "Moje córki krowy" są dla ciebie. Nie przejmuj się moim marudzeniem i śmiało idź do kina.

"Sierpień w hrabstwie Osage"

Do kina szłam podszyta nieufnością zmieszaną z ciekawością. Czym okaże się "Sierpień w hrabstwie Osage"? Film ze znakomitą obsadą, obsypany nominacjami do Złotych Globów dla Meryl Streep i Julii Roberts (nawet nie wiem, czy dostały) i do Oskarów. Rodzinna psychodrama porównywana do Czechowa. "Czechow w Oklahomie" krzyczy tytuł recenzji, nietypowa komedia, śmiech więźnie w gardle, to z lidu do tego samego tekstu. Czym więc będzie ten film? Amerykańskim dobrze skrojonym produktem na miarę, eleganckim, ale przewidywalnym, czy może czymś więcej? Bliżej mu do produkcji z Hollywoodu czy do duńskiego "Festen"? Tak sobie myślałam, zmierzając w mroźne sobotnie przedpołudnie przez opustoszałe miasto do mojego ulubionego kina. No cóż, teraz już wiem. Tak w gruncie rzeczy przypuszczałam. "Sierpień w hrabstwie Osage" to sprawnie zrobiony film ze znakomitą obsadą, przyjemny w oglądaniu, ale do bólu przewidywalny. Jest jak te piosenki, które lubimy, bo doskonale znamy. Z Czechowem łączy go tyle tylko, że bohaterkami są matka i trzy siostry, a rzecz rozgrywa się na prowincji, amerykańskiej rzecz jasna. Całą resztę można sobie dośpiewać. Spotkanie matki z córkami, zięciami i innymi krewnymi prowokuje rodzinne piekiełko. Wybuchają zadawnione konflikty i pretensje, na wierzch wychodzą rozmaite urazy, traumy, toksyczne więzi i oczywiście tajemnice. Mogłabym tu stworzyć długą listę tychże, z których, czytelniku tej notki, mógłbyś dowolnie wybierać, bawiąc się w zgadywanie. Mogłabym też pewnie po prostu je wymienić bez większej szkody, wszak są tak dobrze znane. Toposy, którymi karmi się kino popularne i seriale. Owszem, ogląda się z przyjemnością, podobną do tej, jaką czerpiemy z wizyty w teatrze na wystawionej po bożemu, solidnej sztuce, która daje znakomitej obsadzie duże pole do aktorskiego popisu. Nieprzypadkowo odwołuję się do takiego skojarzenia. Scenariusz bowiem powstał na podstawie nagradzanej sztuki Tracy'ego Lettsa. I tę teatralność na ekranie widać. Z wyżej wymienionych powodów nie żałuję, że w kinie byłam. Świetne aktorstwo, sarkastyczne dialogi, rodzinne tajemnice to czasem wystarcza. Ale jeśli, czytelniku tej notki, szkoda ci pieniędzy na taką elegancką błyskotkę albo nie bardzo masz czas na wyprawę do kina, możesz ją sobie spokojnie darować. I tak w pół godziny po seansie zapomnisz. To nie film z pazurem, prowokacyjny, poruszający, ostry. Ot, miłe, eleganckie, może nieco wzruszające dwie godziny w kinie, tylko tyle albo aż tyle. Zależy od punktu widzenia.

Bohdan Slama "Cztery słońca"

Czeski reżyser Bohdan Slama należy do tych twórców, których kupuję w ciemno. Nie obchodzi mnie, ile gwiazdek będzie miał jego film i co napiszą recenzenci. Bez względu na to wybiorę się do kina. Widziałam wszystkie jego obrazy pokazywane w Polsce: najpierw "Dzikie pszczoły", potem "Szczęście" i "Mojego nauczyciela". Pierwszy jeszcze mnie nie zachwycił, ale dwa następne już tak. Szczególnie "Szczęście". Slama pokazuje na ekranie przeciętnych ludzi w zwyczajnym otoczeniu. Świat wykreowany przez niego nie jest piękny, przeciwnie, bywa po prostu brzydki: takie jest blokowisko, w którym mieszkają bohaterowie "Szczęścia", taka jest wieś z "Dzikich pszczół", a i ta z "Mojego nauczyciela" do najpiękniejszych nie należy. Zniszczone, ciasne, zagracone wnętrza dopełniają tego obrazu. Swoim bohaterom każe się zmagać z dokuczliwą codziennością, często stawia ich w sytuacjach trudnych, zmusza do dokonywania ważnych, ale niełatwych wyborów, wielu z nich to życiowi nieudacznicy, którzy na własne życzenie pakują się w kłopoty. Podobnie jest w najnowszym filmie Slamy "Cztery słońca". Przeciętna, patchworkowa rodzina i zwyczajne życie, a właściwie, jak to u tego reżysera, udręka codzienności. I wnikliwe portrety bohaterów. Nie ma tu ludzi szlachetnych, ani skończonych drani, jak w życiu: w każdym, nawet najbardziej irytującym, można znaleźć coś dobrego. Film Slamy nie jest komedią, jednak oglądając go, kilkakrotnie uśmiechnęłam się. Niestety jest to śmiech z ludzkiej głupoty. Chociaż "Cztery słońca" nie dotknęły mnie aż tak bardzo jak "Szczęście" i "Mój nauczyciel", to nadal Bohdan Slama pozostaje jednym z moich ulubionych reżyserów, a film polecam bez względu na recenzje, które chyba nie są najlepsze. A kto już w kinie był, może przeczytać ciąg dalszy.

Kiedy oglądałam "Cztery słońca", długo miałam wrażenie, że gdzieś to już widziałam. Przypomniało mi się "Tajne przez poufne" braci Coenów. Ta sama irytująca ludzka głupota i beztroska. Są to jednak skojarzenia dość powierzchowne. Po pierwsze Coenowie bezlitośnie kpią ze swoich bohaterów, podczas gdy Slama ma do nich ciepły stosunek. Po drugie kiedy się wnikliwiej przyjrzeć, od razu widać, że bohaterowie czeskiego filmu nie są tak jednowymiarowi. To ludzie z krwi i kości: trochę dobrzy, trochę źli, trochę pechowcy, trochę życiowi nieudacznicy.

Taki jest Fogi. Niby dorosły, ojciec dwójki dzieci, ale niedojrzały i nieodpowiedzialny. Bez przerwy na własne życzenie, z powodu swojej dezynwoltury popada w tarapaty. Traci pracę, bo palił marihuanę, znika z domu, bo razem ze swoim przyjacielem udaje się w podróż w poszukiwaniu duchowego mistrza. Snuje jakieś nierealne plany, które mają mu zapewnić życiowy sukces. Oczywiście zamiast tego jest spektakularna klapa i nowe kłopoty. Ma problemy z dorastającym synem i nie bardzo wie, jak może sobie z nim poradzić. Gdera, głosi kazania, ale w gruncie rzeczy pozwala na wszystko, postępuje niekonsekwentnie. Zresztą sam nie jest dla syna żadnym wzorem. W gruncie rzeczy nie stara się go zrozumieć, nie wie, co go dręczy i boli. Wychowanie ogranicza raczej do działań od przypadku do przypadku. Gasi pożary, poucza. Fogi oczywiście chce, aby jego syn wyrósł na porządnego człowieka, ale jak mu w tym pomóc, nie ma pojęcia.

Prawdziwą cichą bohaterką jest Jana, jego druga żona. To ona musi borykać się z codziennym kołowrotem i życiowymi problemami. Brak pieniędzy, popsuta pralka, w pracy uciążliwi klienci i cała ta irytująca krzątanina: gotowanie, sprzątanie, zakupy, problemy z dziećmi. A to wszystko w ciasnym, zagraconym mieszkaniu. Tak mija każdy dzień. A liczyć może tylko na siebie. Fogi dostarcza wciąż nowych problemów. Nic dziwnego, że ze zniecierpliwieniem, lub co najwyżej z pobłażaniem, traktuje kolejne cudowne pomysły męża: a to nowy biznes, a to załatwianie łóżkowych niepowodzeń przy pomocy kamieni o niezwykłej mocy, a to propozycja, aby sprawili sobie jeszcze jedno dziecko, remedium na małżeńskie kłopoty. Drażnią ją też idiotyczne  rady przyjaciółki. Do tego dochodzi borykanie się z problemami Veny. Chociaż to syn jej męża z pierwszego małżeństwa, to ona go rozumie i to do niej chłopak ma zaufanie. Jej się zwierza, a nie ojcu, który albo na niego burczy, albo pozwala na wszystko. Tym większa jest tragedia chłopca, kiedy odkrywa, że macocha ma romans z jego nauczycielem, którego on wyjątkowo nie lubi.

Kiedy oglądałam film, stopniowo nabierałam coraz większej sympatii do Veny. Początkowo budził moją niechęć, z czasem przekonałam się, że jest nieszczęśliwym dzieckiem, ofiarą dorosłych. Matki, która nie dość, że odeszła, to jeszcze o nim nie pamięta. Nawet kiedy przysyła paczkę z ciuchami, to z góry wiadomo, że wszystko będzie za małe. Niedojrzałego ojca. W końcu zawodzi go ostatnia osoba, której ufa, Jana. Jak kilkunastoletni chłopak ma poradzić sobie z tym, co zobaczył? Jak udźwignąć taką wiadomość? Jak zachować się wobec ojca, który niczego się nie domyśla? Jak wobec macochy? Nic dziwnego, że milczy, unika wzroku Jany i kategorycznie odmawia rozmowy na ten temat. Irokez na głowie, papierosy, marihuana, alkohol, dziewczyny to pewnie i bunt, i ucieczka. Od problemów, od złych emocji, od szkoły, od domu.

Prawdopodobnie podobną ofiarą dorosłych jest starszy od niego Jerry, który Venie imponuje. Jakie ma życie? Matka alkoholiczka, ojciec, który, jak można się domyślić, zaćpał się albo zapił. Brak pracy. Może irytować brakiem odpowiedzialności, ale jednocześnie budzi litość i sympatię. Podobnie jest z pozostałymi bohaterami. Wiele złego napisałam tu o Fogim, ale przecież jego miłość do dzieci i Jany jest autentyczna, jego tragedia, kiedy żona chce go opuścić, nieudawana. Jego starania i chęć poprawy szczere. Jest wrażliwy: nie potrafi zagazować wybrakowanych kurcząt, co bez trudu przychodzi instruującej go kobiecie. Potrafi być czuły, troskliwy i miły, potrafi nawet odciążyć żonę w codziennych obowiązkach. Trudno jednak żyć z takim człowiekiem na co dzień. Dlatego jestem w stanie zrozumieć, że Jana wdaje się w romans z przystojnym nauczycielem Veny, który prawi jej komplementy i pożera wzrokiem. Może wreszcie odetchnąć, oderwać się od dokuczliwej, dręczącej codzienności, z której nie ma wyjścia. Nawet miejsce romantycznych schadzek jest inne. Domek na wypielęgnowanej działce, a nie zagracone, ciasne mieszkanie. Jednak cena za te chwile przyjemności ogromna: zranienie męża, ale przede wszystkim Veny. A czy obiekt jej uczuć jest tego wart? Czy to tylko podrywacz, czy też człowiek zraniony w małżeństwie, znużony codziennością? Czy jego słowa o żonie są prawdziwe? Może tak, skoro decyduje się zamieszkać ze swoją kochanką i jej małą córeczką. Cóż z tego, kiedy ostatecznie stchórzy i wystawi zdesperowaną Janę do wiatru.

Tragedia, która spotyka rodzinę, może okazać się dla  wszystkich ratunkiem. Chwilą otrzeźwienia, docenienia tego, co się ma, możliwością naprawienia błędów. Nieszczęście zbliża ich do siebie na powrót, jednoczy. Czy skorzystają z szansy? Tego oczywiście nie wiadomo, jak w życiu.

Powinnam jeszcze chyba napisać coś o przyjacielu Fogi, Karelu, który wierzy w uzdrawiającą moc kamieni i poszukuje duchowego mistrza. Nie wiem, czy w zamyśle reżysera miał być postacią szlachetną, czystą, nieuwikłaną w codzienność, dążącą do prawdy. Mnie drażnił swoją naiwnością, oderwaniem od życia, skupieniem na sobie. Jego duchowa głębia budzi we mnie uśmiech politowania, wzruszenie ramion, a dla jego żony i przyjaciela staje się tylko źródłem problemów.

Tym razem akcja filmu Slamy toczy się w pięknej okolicy: zieleń, góry, sielska wioska. Ale to tylko piękne dekoracje, w których rozgrywają się ludzkie dramaty. Świat nie jest sielanką. Mimo tego Vena porzuca kuszący beztroską i urodą  rajski ogród prześwietlony słońcem, gdzie można zajadać się apetycznie wyglądającym ciastem, i wraca na ten ludzki padół przywołany mocą miłości Fogi i Jany.

Wojciech Górecki "Planeta Kaukaz". Podróż w nieznane.

Wznowiona w 2010 roku reporterska książka Wojciecha Góreckiego "Planeta Kaukaz" (Czarne 2010; wydanie II uzupełnione) jest jak odkrycie nieznanego lądu. No bo cóż wie o Kaukazie taki ktoś jak ja, kto jakoś specjalnie nie interesuje się tym rejonem świata? Niewiele. Góry, Elbrus, Gruzja, Czeczenia, Osetia, konflikty, wojny, burzliwa historia, przesiedlenia całych narodów w czasach stalinowskich. Raczej hasła niż prawdziwa wiedza. I oto za sprawą książki Góreckiego dane mi było odbyć podróż ze wschodu na zachód, od Morza Kaspijskiego po Morze Czarne, od Kałmucji i Dagestanu do Adygeji i Abchazji, a po drodze odwiedziłam inne kraje o równie wdzięcznych nazwach wchodzące w skład Federacji Rosyjskiej. Takie nazwy jak Dagestan czy Abchazja nie były mi obce (podkreślam: nazwy), ale Adygeja albo Karaczajo-Czerkiesja? Bądźmy szczerzy, o ich istnieniu  dowiedziałam się z tego bardzo ciekawego zbioru reportaży. Bo Górecki nie pisze o Gruzji, Armenii czy Azerbejdżanie (o tym jest "Toast za przodków" - finalista Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za rok 2010, który czeka na półce na swoją kolejkę), ale o Kaukazie Północnym, gdzie na obszarze równym mniej więcej obszarowi Szwecji znajdziemy "zagmatwaną mozaikę ludów, kultur, języków i religii." A ludów tu jeszcze więcej niż państw! Są Karaczaje, Bałkarzy, Kałmucy, Lezgini, Ingusze, Czeczeni, Osetyjczycy, Kabardyjczycy, Adygowie, Czerkiesi, Szapsugowie i inni. Kto słyszał o Lezginach czy Karaczajach? A każde z tych plemion(?), narodów(?) w mniejszym czy większym stopniu odczuwa swoją odrębność. Jak pisze Górecki, narody kaukaskie w osiemdziesięciu procentach są do siebie podobne pod względem obyczajowym czy kulturowym, ale pozostaje te odrębne dwadzieścia procent. To powoduje, że z jednej strony odczuwają pankaukaską wspólnotę, z drugiej mają swoje ambicje. Często ten narodowy duch, to dążenie, aby stworzyć własne państwo, odrodziły się po latach uśpienia. Aby pokazać, że nasze na wierzchu, aby podbudować własne narodowe ego, aby udowodnić swoją wyższość nad sąsiadami, korzeni szuka się aż w starożytności albo nawet w przeszłości mitycznej czy legendarnej, tworząc pseudonaukową historię (tak jest na przykład w przypadku Osetyjczyków z północy skonfliktowanych z Gruzją i ze swoimi krajanami z południa). To musi rodzić konflikty, szczególnie, że w tym tyglu od lat trzydziestych dziewiętnastego wieku stale miesza Rosja, stosując starą zasadę dziel i rządź. Takie republiki jak Karaczajo-Czerkiesja czy Kabardyno-Bałkaria to twory całkowicie sztuczne, które łączą w jeden organizm wrogie sobie narody. Konflikty i waśnie były tu od zawsze, szczególnie, że wina i pamięć o niej przechodzą  zwykle z pokolenia na pokolenie, ale wojny (jak ta gruzińsko-osetyjska czy ingusko-osetyjska) zaczęły się dopiero w ostatniej dekadzie dwudziestego wieku. Górecki w sposób prosty, zwięzły i ciekawy tłumaczy przyczyny tych konfliktów, sięgając często aż do wieku dziewiętnastego albo i dalej. Pokazuje, jaki wpływ na to, co się tutaj działo, miała polityka nie tylko rosyjska, ale i europejska. Chociaż to odległy zakątek, był często kartą przetargową w grze wielkich mocarstw. Nie wpłynęło to jednak na prawdziwe zainteresowanie tym obszarem świata. Rosjanie niewiele wiedzą o mieszkańcach Kaukazu, ten rejon jest dla nich równie odległy i obcy jak jakieś afrykańskie państwo.

Ale nie tylko o historii i polityce pisze w swoich reportażach autor. To także opowieść o podróżach, które przez lata odbywał, o spotkaniach z ludźmi, często oryginałach o barwnych życiorysach. Raz będzie to ktoś przypadkowo spotkany gdzieś po drodze, innym razem przyjaciel, miejscowy polityk czy profesor. Zawód decyduje o charakterze rozmowy. Górecki jest stale obecny w swoich tekstach jako wędrowiec, komentator kaukaskiego świata, rozmówca, przyjaciel swoich starych znajomych. Odwiedza spore miasta, ale najlepiej czuje się w górskich zagubionych wioskach, aułach. Może dlatego, że jak pisze, miasta to na Kaukazie twory sztuczne, na ogół brzydkie, chaotyczne, bezładne. Prawdziwe centra to owe auły, wsie, często bardzo duże. To tu od wieków toczyło się prawdziwe życie. To tu można spotkać się z niezwykłą gościnnością i serdecznością, to tu przetrwał dawny świat. Ale zmiany postępują niezwykle szybko. Wkracza telewizja, komórki, nawet internet, wszystko się globalizuje, wsie pustoszeją. Hinalug, górski auł, jeszcze na początku naszego stulecia od listopada do wiosny odcinany od świata przez śnieg (odcinany w sposób dosłowny) dziś połączony jest z najbliższym miastem asfaltową szosą. Każdy może teraz dotrzeć tu niezależnie od pory roku. Dobrze to czy źle? A ileż trudu kosztowało Góreckiego i jego towarzysza podróży zdobycie tego miejsca, a potem powrót, w ostatnim momencie, tuż przed śniegiem, który uwięziłby ich tam na kilka miesięcy. Wraz z dostępnością giną języki, giną obyczaje, czasem zatraca się tożsamość plemienna czy narodowa. Młodzi Lezgini nie znają już lezgińskiego. Ale nie tylko ich te zmiany dotykają. Świat małych plemion, małych narodów ginie na naszych oczach. Ale wspominałam też o procesie odwrotnym: mozolnym odbudowywaniu narodowej świadomości. Ciekawym zjawiskiem jest też powrót z wielowiekowego wygnania. Tak powstała Adygeja, republika zanurzona w Kraju Krasnodarskim, którą zamieszkuje tylko dwadzieścia procent rdzennej ludności, pozostali to Słowianie (głównie Rosjanie). Niezwykle ciekawa jest historia tego narodu, który przetrwał przede wszystkim w Turcji i na Bliskim Wschodzie, a zdecydował się powrócić w momencie, kiedy zdał sobie sprawę, że dalsze trwanie na wygnaniu grozi albo asymilacją albo degeneracją.

Wszystko jest w tej książce bardzo interesujące, nowe, odkrywcze, fascynujące. Opowieści o Kozakach, starowiercach i staroobrzędowcach, nieznanych wioskach, plemionach czy klanach, obyczajach i religiach: prawosławiu, islamie, chrześcijaństwie, które od zawsze współistniały na tych terenach, a od końca zeszłego wieku powoli się odradzają. To, co pragmatyczne, realne, miesza się z zabobonami i magią, czego Górecki na własnej skórze niejednokrotnie doświadczył.

Ileż jest takich nieodkrytych miejsc! Zawsze, kiedy dzięki literaturze poznaję jedno z nich, ogarnia mnie żal, że czasu nie starczy, aby poznać inne. Cóż, tak już jest, trzeba się z tym pogodzić. Póki co, namawiam cię, czytelniku tej notki, na książkową podróż na Północny Kaukaz. Nie pożałujesz, zapewniam.

Robert D. Kaplan "Bałkańskie upiory. Podróż przez historię."

Robert D. Kaplan to amerykański dziennikarz, komentator polityczny i pisarz. W latach osiemdziesiątych mieszkał w Grecji, skąd odbywał liczne podróże po krajach bałkańskich. Książka wydana przez wydawnictwo Czarne (2010) jest plonem tych peregrynacji. Pisana na początku lat dziewięćdziesiątych może wydawać się nieaktualna, ale tak nie jest. Problemy narodów bałkańskich, które ciągną się od stuleci, nadal nie zostały rozwiązane, a ich zapatrzenie w przeszłość, życie przeszłością sprawia, że  nie możemy być pewni, iż względny spokój zawitał na Bałkany na stałe (zresztą, co jest w życiu na stałe i na zawsze?). Po przeczytaniu książki amerykańskiego dziennikarza łatwiej zrozumieć to, co teraz dzieje się na przykład w Grecji. Jeszcze raz zadałam sobie pytanie, jak to się stało, że ten kraj przyjęto do strefy euro? A Kosowo, czy rzeczywiście społeczność międzynarodowa powinna uznawać niepodległość tego kraju, skoro te ziemie to kolebka starej Serbii? Czy w ogóle możliwe jest rozwiązanie konfliktów targajacych tymi ziemiami, jeśli zamieszkuje je mieszanka narodów, a historia sprawiła, że granice zmieniały się tam bardzo często? Takie pytania stawiam sobie po przeczytaniu tej pasjonującej książki: reportażu połączonego z niezwykle przystępnym i zwięzłym wykładem historycznym.

Po pracę Kaplana sięgnęłam, ponieważ od jakiegoś czasu czytam książki z tego kręgu kulturowego i dzięki nim go odkrywam (ślady tych zainteresowań na blogu). Aby pozostać w bałkańskim klimacie, zaraz po skończeniu lektury zabrałam się za kolejną powieść Eginalda Schlattnera, siedmiogrodzkiego Sasa, "Czerwone rękawiczki" (Czarne 2004; o "Fortepianie we mgle" pisałam). Ale do rzeczy. Kaplan poświęca swoją książkę czterem krajom. W pierwszej części pisze o dawnej Jugosławii jeszcze przed rozpadem i tuż po, ale  przed wybuchem konfliktu zbrojnego, który zresztą przewidział. Poświęca swoją uwagę Serbii, Chorwacji, wzajemnej nienawiści zamieszkujących te kraje narodów, pisze o jej korzeniach. Nie zapomina o Bośni, a nawet Albanii, no i o Kosowie. Niezwykle ciekawa jest historia Macedonii, kraju do którego przyznają się i Serbowie, i Bułgarzy, i Grecy. Następny rozdział to fascynująca podróż przez Rumunię, kraj dotkliwie poturbowany przez komunistyczny reżim Causescu (o latach wcześniejszych, bo czterdziestych i pięćdziesiątych, traktują książki Schlattnera). Kraj, który najpierw zawarł sojusz z Hitlerem, a potem sprytnie udał się pod skrzydła Stalina, za co gorzko zapłacił. Państwo pełne kontrastów, które w obecnym kształcie istnieje właściwie dopiero od czasów traktatu w Trianon. Zupełnie inna jest przeszłość Dobrudży, Mołdawii, Bukowiny (z tą ostatnią dzięki korzystnemu położeniu najłagodniej obszedł się reżim) czy Siedmiogrodu. Przeraża niezwykle wyrafinowane okrucieństwo rumuńskich faszystów (prześladowania Żydów) i komunistów. Kolejny rozdział to Bułgaria. O ile Rumuni uważali wyzwolenie ich przez Rosjan za nieszczęście, o tyle Bułgarzy w jakimś stopniu godzili się z podporządkowaniem rosyjskiemu bratu, a to dlatego, że mieli w pamięci kilkuwiekową okupację osmańską, która dawała się we znaki całym Bałkanom, ale najdotkliwiej właśnie Bułgarii. A to właśnie dzięki Rosji Bułgarzy zostali wyzwoleni. Bułgaria w porównaniu z Rumunią jawiła się Kaplanowi jako kraj pogodny i cieszący się większą swobodą. Rozmowy, jakie przeprowadzał z bułgarskimi przyjaciółmi, w Rumunii byłyby niemożliwe. Co ciekawe w latach osiemdziesiątych Rumunia, w której szalał niewyobrażalny reżim Causescu, cieszyła się w Stanach dobrą opinią, była nawet objęta klauzulą specjalnego uprzywilejowania (Causescu odciął się od Rosji). Inaczej Bułgaria, którą Związek Radziecki wykorzystywał  do zadań specjalnych (Kaplan szeroko pisze o udziale bułgarskich służb specjalnych w zamachu na Jana Pawła II). Amerykański pisarz wytyka Stanom i Zachodowi polityczną ślepotę i kompletną nieznajomość bałkańskich realiów wynikającą z braku zainteresowania tym odległym zakątkiem Europy. Żeby pokazać, jak bardzo się mylą, często ukazuje podobieństwo zachodzacych tam procesów do tego, co dzieje się na Bliskim Wschodzie. I wreszcie ostatni rozdział poświęca Grecji, którą traktuje jak część Bałkanów, o czym się zwykle nie pamięta, sytuując ten kraj na Zachodzie. Najpierw niezwykle ciekawie pisze o Salonikach, mieście przed drugą wojną zamieszkanym w większości przez Żydów, mieście, w którym Grecy stanowili mniejszość w stosunku do innych nacji. Ale dziś o tym nie pamiętają. Podkreśla, że Grecja to nie tylko starożytność, ale przede wszystkim Bizancjum, a potem też osmańska okupacja. Obszerny fragment zajmuje pasjonująca i przerażająca historia rządów Andreasa Papandreu.

Nie sposób tu napisać o wszystkim, zresztą ta notka nie ma zastąpić lektury, ale do niej zachęcić. Dlatego wspomnę jeszcze tylko o trzech problemach najlepiej oddających prawdę o tym regionie Europy. Pierwszy: każdy z tych krajów dążył do stworzenia państwa narodowego etnicznie i zrobił wszystko, aby wymazać z pamięci fakt, że kiedyś tak nie było, a bałkańskie nacje mieszały się na różnych terenach. Drugi: dzisiaj ta wiedza stanowi w tych krajach tabu. Trzeci: wieczne oglądanie się w zamierzchłą przeszłość, mieszanie jej z teraźniejszością. Jak pisze Kaplan "... każdy naród uważał za swoje naturalne terytorium wszystkie ziemie, które posiadał w okresie swej najdalszej historycznej ekspansji." To tak jakby Polacy marzyli, ba, poważnie myśleli, o Polsce w granicach od morza do morza.

I już zupełnie na zakończenie wspomnę jeszcze o dwóch niezwykle ciekawych i charakterystcznych rysach tej książki. Kaplan poznaje Bałkany przez historyczny szczegół. Pisze, zachwycając się najczęściej, o jakiejś ważnej budowli (czasem jest to cerkiew, a czasem historyczny budynek hotelu) i z niej wywodzi czasy współczesne (to znaczy lata osiemdziesiąte i wczesne dziewięćdziesiąte). Drugi sposób to rozmowy z ludźmi: przypadkowo spotkanymi, z którymi rozmawiał tylko raz, albo z takimi, z którymi podczas swoich częstych pobytów w tych krajach zaprzyjaźnił się. Przez książkę Kaplana przewija się galeria barwnych, często dziwacznych postaci. I rzecz ostatnia:lektury, do których często nawiązuje. Niektóre z tych pozycji to dla niego bałkańskie Biblie.

Wspaniała, świetnie napisana książka odkrywająca przed czytelnikiem historię i współczesność krajów, które znamy zwykle z nadmorskich wakacji i medialnych doniesień sprzed kilkunastu lat, kiedy to te tereny ogarnięte były zbrojnym konfliktem. A na mojej półce czeka już najnowsza książka tego samego autora, która ukazała się pod koniec września ("Na wschód do Tatarii. Podróże po Bałkanach, Bliskim Wschodzie i Kaukazie."; Czarne 2010). Już się cieszę na jej lekturę.

P.S.

A powieść Eginalda Schlattnera "Fortepian we mgle", którą w tej notce przywołałam i o której pisałam jakiś czas temu, znalazła się w finałowej siódemce nagrody Angelus. Trzymam kciuki i namawiam do przeczytania!!!


Popularne posty