Ludwika Włodek "Pra. Iwaszkiewiczowie. Opowieść o rodzinie"

"Pra. Iwaszkiewiczowie. Opowieść o rodzinie" (Marginesy 2021)

Ludwiki Włodek jest uzupełnionym o wstęp drugim wydaniem książki, która pod nieco innym tytułem ukazała się w roku 2013 w innym wydawnictwie. Wtedy, chociaż o niej słyszałam, nie kupiłam, tym razem zmieniłam zdanie. Stała się miłą odskocznią od trudniejszych i smętniejszych pozycji, jakie zazwyczaj czytam. 

Na wszelki wypadek zacznę od autorki, bo warto. Ludwika Włodek jest prawnuczką Jarosława Iwaszkiewicza. Jej ojciec, Maciej, był synem Marii, jednej z dwóch córek pisarza. Autorka miała cztery lata, kiedy najpierw zmarła jej prababcia Anna Iwaszkiewicz, przez bliskich nazywana Hanią, a cztery miesiące później pradziadek Jarosław. Wtedy zgodnie z wolą pisarza zapadła decyzja o przekształceniu Stawiska, domu Iwaszkiewiczów, w muzeum, co oznaczało, że rodzina musi się z nim rozstać. O tym, jak trudne to było, opowiada autorka w ostatnim rozdziale swojej książki. Wyjaśnia też, jaką dalekowzrocznością wykazał się jej pradziadek, upierając się przy tym. Jakie prawdopodobnie byłyby losy Stawiska, pokazuje przypadek Kossakówki, domu Kossaków, który jeszcze do niedawna pozostawał w rękach rodziny. Z braku pieniędzy popadł w ruinę, dopiero teraz jego przyszłość rysuje się w jaśniejszych barwach. Też powstanie tam muzeum. Ale chciałam jeszcze na chwilę wrócić do autorki. Otóż "Pra" nie jest jedyną książką w dorobku Ludwiki Włodek. Mało tego - trzy pozostałe to reportaże, które nie mają nic wspólnego z historią jej sławnej rodziny, a pozostają w mniejszym lub większym stopniu zgodne z jej zawodowymi zainteresowaniami. Wymienię te tytuły, bo po pierwsze warto je przeczytać, a po drugie chcę oddać sprawiedliwość autorce i pokazać, że ma swój dorobek, a sensu jej życia nie stanowi odcinanie kuponów od faktu, że jest prawnuczką sławnego pisarza. Te książki to: "Wystarczy przejść przez rzekę", reportaże z Azji Środkowej, z krajów dawnego ZSRR, "Cztery sztandary jeden adres" opowieść o powikłanej historii Spisza zainspirowana drewnianym domem w Rzepiskach, który kupiła młodsza córka Jarosława Iwaszkiewicza, Teresa, i "Gorsze dzieci Republiki. O Algierczykach we Francji". Tej ostatniej jeszcze nie czytałam, ale mam ją już od dawna w moim czytniku. Ludwikę Włodek można też usłyszeć w mediach, przynajmniej w radiu, którego słucham, jak komentuje problemy krajów Azji Środkowej, Afganistanu, czasem Francji. No a teraz pora, aby opowiedzieć o książce.

Zgodnie z tym, co zapowiada tytuł, nie jest to biografia pisarza. To opowieść o ogromnej rodzinie, a właściwie o dwóch, i o Stawisku, domu, w którym Iwaszkiewiczowie zamieszkali jakiś czas po ślubie i który zawsze gromadził licznych krewnych, a w czasie wojny był schronieniem dla wojennych rozbitków, także żydowskich. Napisałam, że to opowieść o dwóch rodzinach. Tą drugą są zamożni przemysłowcy Lilpopowie, bo Anna, żona Jarosława Iwaszkiewicza, była córką Stanisława Wilhelma Lilpopa założyciela miasta-ogrodu, Podkowy Leśnej. Stawisko to prezent dla córki i jej własność. Kto nie zna rodzinnych koneksji, może się zdziwić, że Lilpopowie krzywo patrzyli na związek Anny z ubogim pisarzem, którego rodzina po pierwszej wojnie musiała opuścić swoje majątki na Ukrainie, dodajmy - nie tak znów wielkie. Czas pokazał, jak bardzo się pomylili. To Jarosław musiał sprzątać po zarządcy ustanowionym po śmierci Stanisława Lilpopa i podźwignął Stawisko, a potem je utrzymywał dzięki dochodom ze swojej twórczości.

Ludwika Włodek opowiada o historii obu rodzin, o czasach wojennych, o swojej babci Marii i jej siostrze Teresie, osobny rozdział poświęca prababci Annie, jeszcze inny zwierzętom, które zawsze były bardzo ważne na Stawisku. Pisze też o innych krewnych, tych ze starszego pokolenia i kolejnych, młodszych. To nagromadzenie postaci sprawia, że czasem mieszają się imiona i nazwiska, nie zawsze da się zapamiętać, kto był kim, ale nie odbiera przyjemności czytania. Ta książka ma urok rodzinnych opowieści. Wiele tu anegdot, zabawnych historii, barwnych postaci. Jak pisze autorka - dzięki tym historiom, które poznała z opowieści babci Marii, jej siostry Teresy, ojca Maćka, ciotek, wujków, a nawet osób spoza rodziny, ale związanych ze Stawiskiem, w jej pamięci żyją ci wszyscy, których nie zdążyła poznać albo znała słabo, bo zmarli, kiedy była dzieckiem. Jestem przekonana, że wielu czytelników zna to z własnych domów. Ja w każdym razie tak.

Ale ta książka to nie tylko przyjemne wspomnienia i barwne anegdotki. I nie tylko dlatego, że, jak w każdej rodzinie, wiele było momentów dramatycznych i trudnych. Choćby losy starszego brata Jarosława Iwaszkiewicza, który razem z żoną i dziećmi pozostał na Ukrainie po rewolucji i do Polski wrócił znacznie później. Autorka pisze też szczerze o sprawach, które rodziny chętnie zamiatają pod dywan. O matce Anny, która porzuciła męża i dziecko dla innego mężczyzny. O babci Marii, która niewiele czasu poświęcała swoim dzieciom. Podrzucała je w różne miejsca niczym kukułcze jaja. O trudnych relacjach między członkami rodziny, wzajemnych żalach i pretensjach. O romansie Jarosława Iwaszkiewicza z PRL-owską władzą. I wielu innych sprawach. Obala też niektóre mity, czasem zabawne, czasem mniej. Na przykład ten o kuchni na Stawisku - jedzenie było tam najczęściej niesmaczne. Czy inny o zamożności rodziny - od wojny stale borykali się z problemami finansowymi. Utrzymanie takiego domu i tylu domowników to sprawa niełatwa.

Ludwika Włodek pisze też o tym, jak silny był związek jej pradziadków, co może trudno zrozumieć - przecież Anna wiedziała o homoseksualności swojego męża i jego kochankach. Mimo tego spędzili tyle lat ze sobą, a Jarosław mocno przeżył śmierć żony i umarł cztery miesiące po niej, bo nie znalazł już w sobie woli życia. Ich historia dowodzi, że nic nie jest czarno-białe i ludzie różnie układają relacje między sobą. Z dzisiejszej perspektywy dziwić może, że autorka niewiele pisze o homoseksualności swojego pradziadka. Nie ukrywa jej, ale nieuważny czytelnik może nie zwrócić uwagi na tych kilka informacji na ten temat. We wstępie napisanym do drugiego wydania przyznaje, że dziś poświęciłaby tej sprawie więcej miejsca. Mimo tego książkę warto przeczytać. Mnie sprawiła dużą przyjemność. 

"Wesele" Wojciecha Smarzowskiego

Na nowe "Wesele" Wojciecha Smarzowskiego czekałam z niecierpliwością. Poszłam, niewiele wiedząc. Po pierwsze reżyser długo trzymał informacje w tajemnicy, a po drugie wyznaję zasadę - im mniej wiem przed seansem, tym lepiej. Wyszłam z kina, czując się tak, jakby mnie ktoś przemielił przez maszynkę albo wyrzucił z jakiejś piekielnej wirówki. Miałam ochotę po prostu się upić, co nie jest w moim przypadku normalne. Podobne wrażenia towarzyszyły bliskiej mi osobie, z którą byłam w kinie. Część seansu przesiedziałam, zasłaniając oczy, ale już sam dźwięk wystarczył. To chyba drugi film po "Przesłuchaniu" Bugajskiego, który mnie tak zmasakrował. A nie stronię od kina trudnego. Nie spodziewałam się, że nowe "Wesele" będzie mocniejsze od "Aidy" i "Żeby nie było śladów". A jednak. O dziwo nikt z kina nie wyszedł. Jest to film obowiązkowy, ale nie sądzę, abym kiedykolwiek znalazła w sobie siłę, żeby obejrzeć go jeszcze raz. Gdybyśmy chociaż żyli w spokojnych czasach, gdyby mogła nas tylko boleć nasza przeszłość. Niestety na to wszystko nakłada się ta beznadziejna sytuacja i towarzyszące jej poczucie bezsilności. Dlatego w pewnym momencie pomyślałam sobie, że mam dość. Dość tej dręczącej przeszłości i teraźniejszości. A teraz kilka refleksji o filmie.

Dziś będą krótkie, bo nie da się o "Weselu" pisać, nie zdradzając zbyt wiele. Jest to film zupełnie inny od pierwszego "Wesela" Smarzowskiego, a jeśli ktoś spodziewa się komedii, mocno się zawiedzie. Owszem, pojawiają się podobne motywy - panna młoda w ciąży, pan młody łasy na pieniądze teścia, nawet prezentem jest wypasiony samochód. Ojciec panny młodej, bogaty biznesmen, który tej nocy, kiedy goście się bawią, musi rozwiązywać problemy, bo grunt pali mu się pod nogami. Jest i dziadek. I to on ma tu do spełnienia rolę najważniejszą. Bo nowemu "Weselu" znacznie bliżej do "Wesela" Wyspiańskiego, nie tylko dlatego, że reżyser sięga w przeszłość i, jak sam mówi, zrobił film o pamięci, a właściwie o niepamięci. Również ze względu na formę. I właśnie przeszłość, której nie potrafimy jako zbiorowość przyjąć do wiadomości, jest zasadniczym tematem tego "Wesela". I to ona tak boli i jest taka mocna. Pytanie, czy trzeba pokazywać to z taką siłą rażenia? Cóż, Smarzowski nigdy widza nie oszczędza i zawsze jedzie, mówiąc kolokwialnie, po bandzie. A poza tym może właśnie tak trzeba, aby dotarło? Aby zrozumieć, co się wydarzyło? Co zrobiliśmy? Aby suchy przekaz zamienić w obraz, który żyje i przemawia? 

 Jeśli mam jakieś zastrzeżenia do filmu Smarzowskiego, to do jego warstwy współczesnej. Może za dużo grzybów w barszcz, może za wiele polskich grzechów, tych hańbiących nas dzisiaj, chciał reżyser na raz napiętnować.  

Miha Mazzini "Wymazana"

Literatury bałkańskie interesują mnie od dawna, podobnie jak

inne niszowe. Ale do bałkańskich mam chyba szczególną słabość. Powikłana, nieoczywista historia, cień wojen z lat dziewięćdziesiątych zeszłego wieku, tak niewiarygodnych, bo tak blisko, Europa, ale jednak inna, z domieszką czegoś odmiennego (najlepiej byłoby napisać - egzotycznego, orientalnego), no i kulturowa różnorodność. Dlatego zawsze zwracam uwagę na książki z Bałkanów, co nie oznacza, że automatycznie po nie sięgam. Ale jeśli tylko temat zapowiada się interesująco, jeśli mam pewność, że przynajmniej trochę warto, to tak. A szansa na to ostatnie na pewno jest większa niż w przypadku tytułów anglojęzycznych, ponieważ książek serbskich, chorwackich, słoweńskich, nie mówiąc o innych z tego regionu, ukazuje się niewiele, co pozwala mi wierzyć, że wydawcy dokonują uważnego wyboru. Nic zatem dziwnego, że kiedy tylko ukazała się powieść "Wymazana" Mihy Mazziniego (Wydawnictwo Ezop, seria Wyszukane 2020; przełożyła Marlena Gruda), zaczęłam ostrzyć sobie na nią zęby. Mój apetyt jeszcze wzrósł, kiedy w necie zaczęły mi migać dobre recenzje.

Historia opowiedziana w tej powieści, wydaje się być niewiarygodna, a jednak jest prawdopodobna. Taka, o jakiej lubimy mówić kafkowska, jak z Kafki. Akcja toczy się w Lublanie, stolicy niepodległej już Słowenii w latach dziewięćdziesiątych. Zala Jovanović, córka Serba i Słowenki, urodzona w Kragujevacu, którego nie pamięta, bo ojciec, wojskowy, został stamtąd przeniesiony, kiedy miała kilka miesięcy, rodzi w lublańskim szpitalu syna. Chociaż Zalę czeka samotne macierzyństwo, bo rozstała się z ojcem dziecka i nigdy nie powiedziała mu o ciąży, to jest szczęśliwa. Ale szczęście trwa krótko - natychmiast pojawia się problem. Okazuje się, że Zala Jovanović ... nie istnieje, przynajmniej w Słowenii. Nie ma jej nazwiska w komputerze, a zatem nie ma ubezpieczenia, a więc będzie musiała zapłacić za poród i pobyt w szpitalu swój i dziecka. Ale to nie koniec komplikacji, jakie na nią spadną. Ktoś, kto oficjalnie nie istnieje, a więc ktoś nielegalny, nie będzie mógł pracować, będzie się musiał przemykać przez życie cichutko niczym myszka, aby nie ściągnąć na siebie uwagi żadnych służb państwowych. Kiedy wpadnie za byle wykroczenie, szybko wyląduje za drutami ośrodka dla azylantów, a stamtąd już prosta droga do deportacji. Wymazana osoba łatwo staje się łupem rozmaitych mętów, cwaniaczków i hochsztaplerów, nawet tych zajmujących wysokie miejsce na społecznej drabinie. Bo cóż ona może, skoro jej nie ma? Gdzie się poskarży? Do kogo wniesie zażalenie? Dlatego można pozbawić ją wszystkiego - mieszkania, a nawet dziecka. 

Okrucieństwo i paradoks sytuacji Zali polega na tym, że ona naprawdę czuje się Słowenką, mówi po słoweńsku, a z Serbią nic ją nie łączy, nikt tam na nią nie czeka, nie ma tam żadnych krewnych ani przyjaciół. I podobnie wygląda sytuacja innych wymazanych. Albo też nie mają tam nikogo, albo więcej mają wspólnego  ze Słowenią, albo nie chcą jechać tam, gdzie trwa wojna. Kto by chciał. A było ich w dwumilionowej Słowenii w latach dziewięćdziesiątych zeszłego wieku ponad dwadzieścia pięć tysięcy, nieoficjalnie prawie pięćdziesiąt, w tym pięć tysięcy dzieci. Wyjaśnijmy wreszcie, co znaczy eufemizm wymazana, wymazani. To ludzie pozbawieni obywatelstwa. Dlaczego? Bo oprócz obywatelstwa Jugosławii, która właśnie się z hukiem rozpadała, posiadali jeszcze paszport innego z krajów Republiki, na przykład właśnie Serbii, a nie mieli słoweńskiego. Uznano ich za nielojalnych wobec nowego państwa i narodu słoweńskiego. Tłumaczka, Marlena Gruda, w posłowiu nazywa ten proceder administracyjną czystką etniczną. Władze niepodległej Słowenii wprowadziły ustawę nagle, 26 lutego 1992 roku, i bez wielkiego rozgłosu. Niby był czas na uregulowanie swoich spraw, ale mało kto o tym wiedział. Nie wieszano informacyjnych plakatów na billboardach, nie trąbiły o tym media. Zala jest kobietą wykształconą, pracuje w przedszkolu, ma przyjaciółki, obraca się wśród ludzi i ani ona, ani nikt z jej otoczenia nie miał pojęcia, że powinna zalegalizować swój pobyt. Krótki cytat z posłowia.

Ten krok był wręcz niepojęty i niewyobrażalny w niegdysiejszej SFRJ, w której panowała zasada równości i jedności. Ludzie przyjeżdżali do Słowenii na studia, do pracy lub na kursy dokształcające jak do innego regionu SFRJ. Często zakładali tam rodziny i rozwijali się zawodowo. Żyli w tym państwie dziesięć, dwadzieścia albo trzydzieści lat. Wielu z nich nigdy nie było w kraju, z którego pochodzili ich przodkowie.

Z posłowia można się również dowiedzieć, jak długo trwały prawnicze i sądowe przepychanki o uznanie tej ustawy za niekonstytucyjną w Słowenii, a potem w Europie. Niektóre sprawy o odszkodowania toczą się do dziś. 

Powieść Mihy Mazziniego ma wymiar uniwersalny. Bo ludzi bez obywatelstwa, bezpaństwowców było i jest na świecie bardzo wielu. Przecież od czasu do czasu nasze media trąbią o sprawie rodziny, która ma zostać wydalona z Polski, bo nie uzyskała pozwolenia na pobyt. Jaki jest los dziecka urodzonego już w Polsce? Dziecka, które mówi tylko po polsku, tu chodzi do przedszkola albo nawet do szkoły, tu ma przyjaciół i nie zna kraju, do którego ma być razem z rodziną deportowane? A los jego rodziców, którzy już u nas zapuścili korzenie? No ale na co stać nasze władze, przekonujemy się teraz, kiedy na polsko-białoruskiej granicy straż graniczna na rozkaz z góry wypycha uchodźców. Nieważne, chorych czy zdrowych, dorosłych czy dzieci. Głodnych, zmarzniętych, wymęczonych, bezradnych.

Powieść Mihy Mazziniego od początku do końca trzyma w napięciu. Zala najpierw nie rozumie swojej sytuacji, kto by rozumiał?, potem jest przekonana, że to pomyłka i bez trudu wyjaśni ją w urzędzie. Tymczasem coraz bardziej pogrąża się w matni. Dumna i samodzielna próbuje poradzić sobie sama. Szybko jednak przekona  się, że tu potrzebne są znajomości i to nie byle jakie. Zala przechodzi szybki kurs obywatelskiego dojrzewania. Zaczyna rozumieć znaczenie słów wysoko postawieni znajomi, koneksje i innych podobnych. Uświadamia sobie, jak bezradny jest człowiek w zetknięciu z urzędniczą machiną państwa, państwa, w którym nie ma prywatnych mediów, w którym nawet autorytety żyją na państwowym garnuszku. Który dziennikarz, który wielki pisarz odważy się nagłośnić sprawę? Każdy po cichu skrzywdzonym współczuje, ale oficjalnie nie zrobi nic. W Zali budzi się duch działaczki - ratując siebie, chce pobudzić innych do walki, ale w pewnym momencie stanie przed szatańską alternatywą, będzie musiała dokonać wyboru. Jakiego? Nie zdradzę, bo, jak wspomniałam, "Wymazana" do końca trzyma w napięciu. Nie miałam pojęcia, jak zakończy się historia Zali.

Na koniec warto dodać, że w tle głównego dramatu, jest też historia rodzinna, relacje z autorytarnym ojcem, wojskowym niepotrafiącym pogodzić się z rozpadem Jugosławii, nieudane związki z mężczyznami i kryminalna afera, w którą zamieszani są wykształceni, kulturalni ludzie na stanowiskach wykorzystujący kobiety takie jak Zala. Bardzo dobra, chociaż mroczna powieść. Cóż, każdy kraj ma swoje trupy w szafie. 

Rafał Hetman "Izbica, Izbica"

Trochę trwało, zanim sięgnęłam po książkowy debiut Rafała

Hetmana "Izbica, Izbica" (Czarne 2021). Najpierw czekałam na jakieś głosy - czy warto? Do znudzenia powtarzam - tyle jest książek, tyle nowości. Wszystkiego, co bym chciała, i tak nie przeczytam, więc nie mam czasu na ryzyko. Szczególnie jeśli temat jest mi już dobrze znany, a tak było w tym wypadku.  Czytać kolejną rzecz o Holokauście? Dowiem się czegoś nowego? Potem, kiedy już książka leżała w moim ukochanym czytniku podarowana z rekomendacją przez bliską mi osobę, nie znajdowałam w sobie siły na taką lekturę. Z podobnych powodów nie sięgnęłam jeszcze po głośne "Płuczki" Pawła Piotra Reszki. No ale w końcu nadszedł odpowiedni moment.

Może na początek słów kilka o autorze. Skąd się wziął? Od kilku lat pisze i mówi w internecie o książkach, przede wszystkim non fiction. Ja natknęłam się na niego właśnie w ten sposób - znalazłam jego podcast, było to jakiś czas przed wydaniem "Izbicy, Izbicy". Szkoda, że nie ma kolejnych odcinków, pewnie jest to związane  z promocją książki. Może i z tym, że pisze kolejną, o czym wiem z jego mediów społecznościowych. Na stronie Czarnego znalazłam informację, że publikował też teksty w prasie i był finalistą Konkursu Stypendialnego im. Ryszarda Kapuścińskiego.

Czas przejść do książki. Czy nie żałuję lektury? W żadnym wypadku, co nie oznacza, że jestem bezkrytyczna. Mam jedno ale, o czym na końcu. Przede wszystkim, chociaż tyle już czytałam na temat Holokaustu, i tym razem dowiedziałam się czegoś nowego. Wstyd się przyznać, ale nie miałam pojęcia, że Izbica nie była w czasie okupacji pierwszym lepszym miasteczkiem. To tam naziści zwozili Żydów najpierw z okolic, a potem z Europy. Stała się gettem tranzytowym, gettem bez murów i drutu, skąd zgromadzonych Żydów wysyłano pociągami do Bełżca, Majdanka, Sobiboru. Na śmierć. Niektórzy ginęli w masowych egzekucjach już na izbickim cmentarzu. To jedno z tych mitycznych miejsc na Wschodzie, którym mamiono Żydów z Europy, wysiedlając ich z austriackich czy czeskich miast. To tam mieli jechać, aby pracować. Długo w to wierzyli, bo przecież wtedy nikt nie wyobrażał sobie, że można metodą przemysłową mordować ludzi. Przez Izbicę przewinęło się około dwudziestu pięciu tysięcy europejskich Żydów. Kiedy tam przyjeżdżali, zajmowali nieczynne sklepy, magazyny, opuszczone mieszkania. Stłoczeni, przestraszeni, głodni. Na jedzenie wymieniali wszystko, co mieli wartościowego. Ale Izbica to także miasteczko, w którym przed wojną Żydzi stanowili dziewięćdziesiąt pięć procent mieszkańców! Mieszkało ich tam cztery tysiące. Ocalały dwadzieścia trzy osoby. Tak, to nie pomyłka - dwadzieścia trzy.

"Izbica, Izbica" jak w soczewce pokazuje polskie problemy z Holokaustem. Wypieranie ze zbiorowej pamięci faktu, że przed wojną Żydzi byli naszymi sąsiadami, że w wielu miejscach mieszkało ich więcej niż Polaków. Powstała pustka, której długo nie zauważano. Zapomnienie, że Holokaust nieodwracalnie zmienił krajobraz polskich miast i miasteczek. Zniknęła znaczna część mieszkańców, a za nimi znikały materialne dowody ich istnienia - synagogi, bożnice, chedery, kirkuty. Jeśli nie zostały unicestwione w czasie wojny, niszczały potem zamieniane na magazyny, opuszczone stawały się miejscem libacji, cmentarze zarastały zielskiem, macewy służyły za budulec. Do dziś można je znaleźć jako elementy dróg, podwórek, ogrodzeń czy budynków. Znikały też wszystkie przedmioty należące do Żydów. Opuszczone przez nich mieszkania zajmowali Polacy i przywłaszczali sobie naczynia, pościel, meble, wszystko, co jeszcze zostało. Dlatego ci nieliczni, którzy ocaleli z Zagłady, byli niemile witani, kiedy wracali. Strach, że Żydzi nam odbiorą to, co do nich należało, jest nadal głęboko zakorzeniony. Tak było też w Izbicy. I było też tak, że polscy sąsiedzi wydawali ich Niemcom, urządzali polowania, wyganiali ze skrytek. Rafał Hetman pisze o niechlubnej roli ochotniczej straży pożarnej w tym procederze. Oczywiście niektórzy pomagali i ukrywali. To dzięki nim ocalało tych dwudziestu trzech.

Jest więc to książka o pamięci, a właściwie o jej braku. O wyparciu. Bo wbrew pozorom znaczna jej część poświęcona jest temu, co działo się po wojnie. Autor, często niemal w beletrystycznej formie, opowiada o konkretnych losach żydowskich mieszkańców. O tych, którzy ocaleli i o wielu tych, którzy Zagłady nie przetrwali. Wyrywa ich z anonimowej masy, przywracając im imiona, nazwiska i ich historię. Już nie są liczbami, statystyką, ale stają się kimś konkretnym. A wśród nich można znaleźć przynajmniej dwie osoby o fascynującym życiorysie. Chłopaka, który był jednym z uczestników buntu w Sobiborze i przeżył. Katolickiego księdza, który urodził się jako Żyd, a dziś godzi w sobie obie tożsamości i chce być pochowany na izbickim kirkucie. Rafał Hetman powiada też o tych, którzy ratowali i którzy wydawali albo mordowali. Rozmawia z mieszkańcami Izbicy, chce się dowiedzieć, ile pamiętają. Konfrontuje ich wiedzę z faktami odkrytymi przez historyków zajmujących się Zagładą. Pisze także o miejscach - synagodze, cmentarzu i innych. Opowieść o cmentarzu jest mimo wszystko jedną z optymistyczniejszych w tej książce. Inaczej niż ta o synagodze, po której nic nie pozostało. Autor pokazuje, z jakim trudem wydobywa się na wierzch i upamiętnia prawdę o tym, że ofiarami, które leżą w masowych grobach na cmentarzu, byli Żydzi, nie Polacy. Jak przejmowaliśmy ich cierpienie, siebie umieszczając w centrum uwagi, z siebie czyniąc ofiary. Nie o to chodzi, że nimi nie byliśmy, ale po pierwsze w znacznie mniejszym stopniu niż Żydzi, a po drugie im też należy się pamięć. Nie chcę pisać o oczywistościach, o których już chyba od jakiegoś czasu wiemy. Dodaję chyba, bo nadal jednak nie jest to wiedza powszechna, a dziś z przyczyn politycznych znowu wypierana.

Z tych wszystkich powodów "Izbica, Izbica" jest znakomitą książką dla osób młodych i tych wszystkich, które prawdę o Holokauście, o trudnych stosunkach polsko-żydowskich dopiero poznają. Co nie oznacza, że nie mogą jej przeczytać inni. Jak już wspominałam, mimo że temat nie jest dla mnie nowością, i ja dowiedziałam się czegoś nowego. Z ciekawostek, jak wyglądały w Polsce kuczki, czyli szałasy budowane na żydowskie święto Sukkot. Warto też tę książkę przeczytać dla pamięci ofiar i ocalałych, po prostu ich poznać.

No i na koniec łyżeczka dziegciu. Czasem beletryzując historie swoich bohaterów, autor posuwał się za daleko albo może właściwsze będzie stwierdzenie, że jej nie sprostał. Myślę tu o fikcyjnych rozmowach pomiędzy różnymi bohaterami książki. Bywa, że są po prostu sztuczne, zgrzytają, a przez to stają się naiwne. No ale takich fałszywie brzmiących dialogów na szczęście nie ma w książce wiele.

"Żeby nie było śladów"

"Żeby nie było śladów" Jana P. Matuszyńskiego to pierwszy film z tych liczących się w Gdyni, który wszedł do kin.  Czekałam na niego z niecierpliwością, bo zainspirowany został znakomitą reporterską książką Cezarego Łazarewicza, któremu należy się wielka chwała za odgrzebanie z mroków zapomnienia sprawy zabójstwa Grzegorza Przemyka i tego, co komunistyczna władza robiła później, aby zrzucić odpowiedzialność za tę zbrodnię na ludzi niewinnych, sanitariuszy i lekarkę z pogotowia, a wybielić milicjantów odpowiedzialnych za skatowanie maturzysty. Film Matuszyńskiego został polskim kandydatem do Oscara, a w Gdyni musiał zadowolić się Srebrnymi Lwami, bo stawka w tym roku była wysoka. Głosy słychać różne - od entuzjastycznych do tych bardziej sceptycznych. Rzuciło mi się w oczy pytanie postawione w lidzie jednej z recenzji (samej recenzji jak zwykle przed spisaniem swoich refleksji nie czytałam) - dlaczego nie chwyta za gardło? 

Chciałabym się odbić od tego pytania, aby przedstawić mój punkt widzenia. Otóż rzeczywiście mnie też nie chwycił za gardło, ale ogromnie przytłoczył. I to ostatnie stwierdzenie należy traktować jak komplement. Bo twórcom udało się pokazać tę potworną machinę, jaką uruchomiło autorytarne państwo, aby mataczyć i ukryć prawdziwych sprawców. Tym bardziej to cenne, że film, i tak dość długi, przecież operuje skrótem. Kto zna znakomitą książkę Cezarego Łazarewicza, temu dodatkowo trudno uciec od porównań. Jego reportaż z oczywistych względów jest znacznie obszerniejszy, pokazuje też sprawy, których nie zobaczymy na ekranie. na przykład sporo miejsca poświęca jednemu ze sprawców zabójstwa, młodemu policjantowi. Twórcy musieli wybrać, skupić swoją uwagę na kilku problemach. 

Dlatego przede wszystkim jest to film o człowieku, który zostaje zaszczuty przez aparat państwa i jego siły bezpieczeństwa, a wszystko po to, aby zmusić go do odwołania zeznań. Tymczasem on okazuje się niezłomny albo po prostu uczciwy. Mówi, co widział na komisariacie, chociaż cenę zapłaci wielką. Strach, samotność, a może przede wszystkim rozpad rodziny - rozczarowanie ojcem (w tej roli świetny Jacek Braciak), który nie staje w jego obronie. Jurka Pilcha, bo tak w filmowej wersji nazywa się ten chłopak, znakomicie zagrał Tomasz Ziętek. Początkowo jest jednym z wielu bohaterów, im bardziej jednak pętla wokół niego się zaciska, tym ważniejszy się staje. Kulminacja przyjdzie w scenie procesu. I ta jedna scena jednak za gardło ściska. Drugim cichym bohaterem filmu jest niewinny sanitariusz podstępem zmuszony do wzięcia na siebie winy. I wobec niego ubecja także użyje swoich podłych metod, aby go złamać.

Inną zaletą filmu jest pokazanie rozgrywek w łonie władzy. Postacie partyjnych aparatczyków zostały dobrze zniuansowane i nie są wcale jednoznaczne. Dla niektórych ukrycie sprawców zakatowania Grzegorza Przemyka jest tą granicą, której nie przekroczą, chociaż wcześniej wyrzutów sumienia nie mieli, wykonując polecenia zwierzchników. Inni, chociaż nie zgadzają się z decyzjami, w końcu będą potulnie wykonywać rozkazy. Prawdziwie demoniczną postacią, o nieprzeniknionej twarzy, pociągającą za sznurki i nie mającą żadnych skrupułów, jest w filmie generał Kiszczak grany przez Roberta Więckiewicza. A czynowników władzy, którzy z radością wykonują jej polecenia, nie cofając się przed żadnym świństwem, jest w tej opowieści wielu. 

Chociaż to film o konkretnej sprawie sprzed lat już niemal czterdziestu, to trudno uciec od współczesnych skojarzeń. I to nie tylko polskich. Sprawa Georga Floyda nasuwa się w pierwszym rzędzie, ale przecież na polskich komisariatach wciąż giną ludzie, wobec których policjanci zastosowali niewspółmierną siłę. To nie tylko Igor Stachowiak, ale kilka całkiem świeżych śmierci we wrocławskich komisariatach. I gdyby nie przypadek i wolne media, sprawy zamieciono by pod dywan. To nie jedyne aktualne akcenty. Kolejne to panoszenie się służb specjalnych, naciski na wymiar sprawiedliwości, oddawanie sprawy swoim, wiernym prokuratorom, na których można liczyć, i wreszcie lekceważenie konstytucji. Jest taka rozmowa w filmie właśnie na ten temat, która robi się aż śmieszna, tak bardzo odnosi się także do naszej sytuacji politycznej.

Chociaż film jest długi, czas w kinie mija niezauważalnie. Napięcie, które im bliżej końca, tym bardziej narasta, i tempo zdarzeń sprawiają, że trudno myślami oderwać się od tego, co na ekranie. Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić, to do dwóch postaci. Barbara Sadowska grana jest przez Sandrę Korzeniak właściwie na jednej nucie, z kolei prokurator Bardonowa, w którą wciela się znakomita aktorka  Aleksandra Konieczna, specjalistka od ról drugoplanowych, jest przez charakteryzację tak wyolbrzymiona, że staje się karykaturalna. A może rzeczywiście tak wyglądała i tak się zachowywała?

Film koniecznie należy zobaczyć, a lektura książki Cezarego Łazarewicza też jest obowiązkowa. Raczej jednak po seansie, a nie tuż przed.

Peter Nadas "Biblia i inne historie"

Kilka lat temu zachwyciłam się powieścią "Pamięć" słabo w Polsce

znanego węgierskiego pisarza Petera Nadasa, który podobno wymieniany bywa wśród kandydatów do Nobla. Wspominam o tym, aby pokazać jego rangę. Teraz sięgnęłam po debiutancką książkę Nadasa "Biblia i inne historie" (Biuro Literackie 2019; przełożyła Elżbieta Sobolewska). To zbiór dłuższych i krótszych opowiadań. Można doszukać się w nich pewnych podobieństw do "Pamięci", która powstała znacznie później. Od razu napiszę, że nie jest to proza łatwa, ale warto podjąć trud lektury. Jeśli ktoś nie zna "Pamięci", niech zacznie od znacznie mniej wymagających opowiadań z tomu, o którym piszę. Jeżeli wciągnie go ta niespieszna, refleksyjna, skupiona na nastroju i szczegółach proza, może zmierzyć się z najważniejszą powieścią w dorobku węgierskiego pisarza.

Akcja tych opowiadań rozgrywa się na obrzeżach jakiegoś miasta, prawdopodobnie Budapesztu, najczęściej w zasobnej dzielnicy willowej. Po drugiej wojnie światowej, a może nawet po węgierskiej rewolucji 1956 roku, ale ten ostatni fakt trudno jednoznacznie ocenić. Uważny czytelnik może dostrzec echa tamtych wydarzeń przynajmniej w niektórych tekstach. Chociaż nie jest to konieczne i nie umniejsza przyjemności obcowania z prozą Nadasa, to ja lubię wiedzieć i dlatego trochę brakowało mi nie tyle przypisów, ile posłowia, które jakoś umieściłoby te opowieści na tle węgierskiej historii. 

Bardzo często bohaterowie tych opowiadań to dzieci. Jeśli są jednocześnie narratorami, to spoglądają na swoje dzieciństwo z perspektywy dorosłego człowieka. Mimo pozorów nie jest to czas dla nich szczęśliwy. Chociaż często mają dużo swobody i mogą beztrosko buszować wśród bujnej przyrody ogrodów albo łąk otaczających stare wille, to nieoczekiwanie skonfrontowane zostają z trudnymi dla siebie sytuacjami. Coś się w nich przełamuje, drobne, niepozorne zdarzenia naznaczą je na resztę życia. Może to być wyrządzona komuś krzywda, której konsekwencji bohater nie przewidział, podsłuchane niepokojące rozmowy między dorosłymi, zetknięcie się ze światem ludzi ubogich, i zrozumienie, że nie wszystkim żyje się równie dobrze, wreszcie śmierć matki. Po prostu doskwiera im samotność - nie bardzo mogą liczyć na zrozumienie czy pomoc ze strony rodziców. Są sami ze swoimi uczuciami, emocjami, lękami i strachami. Po raz pierwszy muszą się zmierzyć z czymś, co uświadamia im, że życie jest trudne, a rzeczywistość skomplikowana. Bywają okrutni wobec swoich rówieśników albo tych dorosłych, którymi pogardzają z powodu starości, biedy czy dziwactw. Może to być staruszek mieszkający w opuszczonej willi, dziewczyna ze wsi pracująca w ich domu jako służąca albo samotny człowiek, który podobno jest Żydem. I choć bohater tego opowiadania nie bardzo rozumie, co to znaczy, czuje, że być Żydem nie jest dobrze. Tym bardziej dziwi się, kiedy pijany ojciec krzyczy, że musi wybić z niego całe żydostwo. Bardzo ciekawe jest też ostatnie opowiadanie, dłuższe, "Dom pani Klary", gdzie rozgrywa się subtelna gra między tytułową bohaterką, starą samotną kobietą, która najprawdopodobniej ma coraz większe kłopoty z pamięcią, a jej służącą, kobietą ze wsi. 

Służąca jest też jedną z bohaterek pierwszego, również długiego, opowiadania zatytułowanego "Biblia" (stąd tytuł zbioru - "Biblia i inne historie"). Wspominam o tym dlatego, bo Nadas pokazuje w swojej prozie świat nowych, komunistycznych, elit. To ludzie, którzy sprawują ważne funkcje w aparacie władzy i mieszkają w starych przedwojennych willach niegdyś należących do innych ludzi, z innych elit. Chociaż teraz to oni sprawują władzę w imieniu ludu i służącej, wiejskiej dziewczynie, każą do siebie mówić towarzyszko czy towarzyszu, to tak naprawdę o życiu tego ludu nie mają pojęcia i po prostu nim pogardzają.  

To wszystko rozgrywa się gdzieś między słowami, bo proza Petera Nadasa jest bardzo subtelna. Dużo tu skupienia na szczególe, zmysłowych opisów rozgrzanej słońcem przyrody, która na ogół stanowi kontrast dla brudnych spraw rozgrywających się między ludźmi. Mało dialogów. Rzadko nazywa się tu wprost emocje czy uczucia, a i historie bohaterów musimy tworzyć sobie ze strzępów informacji. Ja czerpałam z tych opowiadań podwójną przyjemność. Jedną daje obcowanie z pięknem opisów, drugą odszyfrowywanie, co bohaterom w duszy gra. Kim są? Jaka jest ich historia? Co nimi kieruje? Co czują?

Ta niespieszna, ulotna proza na pewno nie jest dla każdego. Jeśli komuś się spodoba, niech próbuje dalej i sięgnie po "Pamięć". To dopiero wyzwanie i prawdziwa literacka uczta. Świadomość, że obcuje się z czymś ważnym i niezwykłym.   

"Aida"

Jesień jak zwykle obrodziła kinowymi premierami. Nadchodzą tygodnie, kiedy trzeba będzie wybierać pomiędzy tytułami. Ale tym razem wątpliwości nie miałam - na "Aidę" Jasmili Żbanić czekałam od dawna i już się obawiałam, że nie trafi na polskie ekrany. Niezależnie od tego ile nagród i nominacji zebrałby ten film i tak chciałabym go obejrzeć. Po pierwsze dlatego, że widziałam dwa poprzednie obrazy tej reżyserki, "Grbavicę" i "Jej drogę" (szczególnie o tym pierwszym nie mogę zapomnieć do dziś), po drugie z powodu tematu - wojna na Bałkanach po rozpadzie Jugosławii i masakra w Srebrenicy. Wiedziałam, że idę na film przygnębiający, taki, który sponiewiera i zmasakruje. Trudno, pewne rzeczy trzeba zobaczyć i przeczytać.

Akcja filmu zaczyna się w momencie, kiedy wojska serbskie zbliżają się do Srebrenicy, którą wcześniej atakowały. Z miasta zaczynają uciekać mieszkańcy. Po chwili widzimy ogromną kolumnę ludzi zmierzającą w stronę bazy Błękitnych Hełmów, czyli wojsk ONZ-etu pilnujących ustanowionej wokół miasta strefy bezpieczeństwa. Wśród uciekających jest mąż i dwaj synowie Aidy, tłumaczki pracującej w bazie ONZ. Film jest opowieścią o tym, jak kobieta próbuje za wszelką cenę uratować swoją rodzinę. Ona może czuć się bezpieczna, oni nie. Oczywiście nikt nie wiedział jeszcze wtedy, że Serbowie zamordują ponad osiem tysięcy muzułmańskich mężczyzn i chłopców. To największe ludobójstwo w Europie od czasów Holokaustu. 

Nie, to nie jest kino spod znaku Hollywoodu, więc nie ma mowy o szczęśliwym zakończeniu. Nie będzie tak jak w amerykańskich filmach, kiedy doskonale wiemy, że spośród głównych bohaterów, któryś musi zginąć, ale inni ocaleją. Widz nie powinien przecież wyjść z kina zupełnie zdołowany, a przy tym niech się trochę wzruszy i mimochodem przyjmie do wiadomości, że rozegrała się wielka tragedia. Kiedy w pierwszych kadrach filmu kamera pokazuje jakby w zwolnionym tempie nieruchome twarze synów, męża i samej Aidy, wiemy, że ich świat się skończył, że za chwilę ich już nie będzie. Ten zabieg powtórzony zostaje jeszcze kilka razy - oglądamy w ten sam sposób pokazywane twarze innych uciekinierów. Te obrazy są jak stare przedwojenne fotografie ludzi, którzy wojny nie przeżyli. Zawsze, kiedy je oglądam, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jeszcze wtedy byli szczęśliwi i nie mieli pojęcia, co ich czeka. Że ich świat zaraz się skończy. 

"Aida" pokazuje, jak było. Bezradność oenzetowskich wojsk i ich dowódców, spryt Mladko Mladica, który ograł ich jak dzieci, bezwzględne trzymanie się przepisów. Tę niemoc Holendrów w symboliczny sposób pokazuje strój żołnierzy pilnujących bazy - z powodu upału wszyscy chodzą w krótkich spodniach. Trudno oprzeć się wrażeniu, że są jak dzieci. Z drugiej strony jest morze przestraszonych ludzi, kobiet, mężczyzn, dzieci, starców, którzy zostawili swoje domy i zabrali to, co zdołali spakować i unieść. Nie wiedzą, co z nimi będzie. Koczują w upale wokół bazy - głodni, spragnieni, wymęczeni. Ci szczęśliwcy, którzy zostali wpuszczeni do środka, nie mają wcale lepiej. Nie siedzą wprawdzie pod palącym słońcem, ale duszą się w zatłoczonej hali i w smrodzie własnych ekskrementów. 

Oprócz tych wstrząsających obrazów, które działają dziś jeszcze mocniej, kiedy temat uchodźców za sprawą Afganistanu stanął znowu w centrum uwagi, niezwykle poruszyły mnie dylematy moralne i koszmarne wybory, przed jakimi stają bohaterowie. Można zżymać się na bezduszność żołnierzy, którzy nie chcą przepuścić męża i synów Aidy, ale trudno nie zgodzić się z ich argumentacją, że jeśli otworzą przed nimi szlaban, to inni też będą chcieli wejść. Gdzie jest ta granica, kiedy trzeba powiedzieć dość? Kibicujemy Aidzie i chcemy, aby ocaliła swoich najbliższych, ale jednocześnie wiemy, że i ona musiała dokonać wyboru. Co jakiś czas z tłumu koczujących za drutami słyszy krzyki swoich sąsiadów czy znajomych, którzy błagają ją o pomoc, bo wydaje im się, że może więcej. Musi pozostać głucha na ich prośby. Nie zazdrościłam jej, kiedy wypełniając obowiązki tłumaczki, przez megafon przekazywała rozkazy holenderskiego dowódcy, które uważała za bezduszne i bezwzględne. Takich sytuacji jest w filmie wiele. Najdramatyczniejsza wydała mi się ostatnia - kwestia wyboru, przed jaką staje rodzina. Nie mogę zdradzić, o jaki wybór chodzi, ale o tej scenie szczególnie nie potrafię zapomnieć.

Jak czytać zakończenie filmu? Jest optymistyczne, bo życie toczy się dalej? Co zawsze mnie zadziwia, a przecież to prawda - z czasem wszystko jakoś się układa, przynajmniej na pozór. Czy przeciwnie - pesymistyczne, bo ludzkość niczego się nie nauczyła i historia może się powtórzyć?

Po co oglądać tak mocny film? Żeby wiedzieć. Żeby wspomnieć tych, którzy zostali bestialsko zamordowani i tych, którzy ocaleli, ale wcześniej tak wiele wycierpieli. Żeby potraktować to, co miało miejsce  w Srebrenicy jak przestrogę. Ta historia wydarzyła się przecież całkiem niedawno, tak niedaleko od nas, w Europie. Wydawało się, że to niemożliwe, a jednak. Dziś jest jeszcze drugi powód - uchodźcy, uciekinierzy szukający bezpiecznego miejsca do życia. Ten film pokazuje, jak czuje się człowiek, który traci wszystko i walczy o życie.

Mario Vargas Llosa "Dyskretny bohater"

Tydzień temu pisałam o "Litumie w Andach" Mario Vargasa Llosy,

dziś, zgodnie z zapowiedzią, będzie o drugiej jego powieści, jaką przeczytałam w czasie tego lata. To "Dyskretny bohater" (Znak 2014; przełożyła Marzena Chrobak). Jest to pozycja łatwiejsza, nie o takiej wadze gatunkowej, i obficie czerpiącą z kanonów literatury popularnej, co nie jest wyjątkowe w twórczości Llosy. 

I tym razem akcja toczy się dwutorowo, a każdy z wątków inkrustowany jest dodatkowo retrospekcjami, z których krok po kroku poznajemy historię bohaterów. Obie historie oczywiście łączą się ze sobą, a w jaki sposób uważny czytelnik zauważy wcześniej, ten mniej dociekliwy oczywiście dowie się w swoim czasie. 

Jeden wątek to opowieść o don Rigobercie, bogatym prawniku z Limy, który właśnie postanowił przejść na emeryturę i korzystać z życia, co w jego przypadku oznacza podróż po Europie i obcowanie ze sztuką wysoką - muzyką, malarstwem, literaturą. Niestety te plany pokrzyżuje prośba bardzo bogatego szefa i przyjaciela, który nie zważając na swój wiek i nie licząc się z nikim, postanowi się ożenić. Don Rigoberto nieoczekiwanie zostanie wplątany w aferę, bo synowie jego przyjaciela zrobią wszystko, aby unieważnić małżeństwo ojca i odzyskać kontrolę nad jego majątkiem. Don Rigoberto, jego druga żona, piękna Lukrecja, i syn Fonsito byli już bohaterami innych powieści Llosy. Nie znam ich, ale zamierzam przeczytać. 

Drugi wątek, chociaż pozornie się różni, jest jednak dość podobny. Jego akcja rozgrywa się na północy Peru, w Piurze, skąd pochodzi sierżant Lituma, o którym pisałam tydzień temu. Tak, tak, słusznie domyślacie się, czytelniczko i czytelniku tej notki, że i on pojawia się na kartach książki chociaż jako postać zdecydowanie drugoplanowa. Głównym bohaterem tej opowieści jest Felicio Yanaque, właściciel dobrze prosperującej firmy przewozowej. Pozornie wszystko go dzieli od don Rigoberta. Mieszka na prowincji, nie ma wykształcenia, wywodzi się z biednej rodziny, miał ciężkie życie, do wszystkiego doszedł, harując kilkanaście godzin na dobę oraz wielkim wysiłkiem i determinacją swojego biednego ojca, który zrobił wszystko, żeby jego synowi żyło się lepiej niż jemu. Zaczynał jako kierowca, aby z czasem pójść na swoje i założyć firmę. Ciężkiej pracy uczy synów, którzy kiedyś przejmą jego przedsiębiorstwo. Nie zapomniał o swoich korzeniach, a pamięć ojca i jego słowa są dla niego świętością. Co w takim razie łączy tego skromnego, nieatrakcyjnego fizycznie mężczyznę z wykształconym don Rigoberto, człowiekiem ze stolicy, bywalcem wykwintnych restauracji, koneserem wyrafinowanej sztuki? Więcej niż mogłoby się wydawać. 

Bo Felcio Yanaque, chociaż jest człowiekiem prostym, niewykształconym, ma w sobie wielką wrażliwość. Nie czyta wprawdzie książek, nie ogląda albumów z malarstwem, ale uwielbia pewną pieśniarkę, której płyty kolekcjonuje i której muzyka sprawia, że zapomina o codzienności. Jej twórczość jest dla niego takim samym wytchnieniem i ucieczką jak dla don Rigoberta sztuka z najwyższej półki. Budzi w nim te same szlachetne nuty, zwykłego zjadacza chleba przerabia  w kogoś szlachetnego. Ale to nie wszystko. Obaj lubią oddawać się rozkoszom zmysłowym, don Rigoberto ze swoją piękną żoną Lukrecją, Felicio Yanaque w ramionach młodej i pięknej kochanki, powabnej Mabel. Jest wreszcie jeszcze jedno podobieństwo - i on, wbrew swojej woli, zostaje wciągnięty w wielką aferę, stanie się, podobnie jak don Rigoberto, bohaterem mediów, od których nie będzie się mógł opędzić. 

Jest to opowieść o ludziach, którzy chcą oddawać się szlachetnym, w wypadku Felicia, całkiem skromnym przyjemnościom, z dala od brudów i zgiełku świata, co okazuje się bardzo trudne. Nad ich losem unosi się pytanie - czy można się odizolować, żyć na swoich warunkach, żyć życiem pięknoducha? A poza tym znajdziemy w tej książce bogate tło społeczne i opowieść o krwiożerczych mediach, które karmią się wszystkim i z wszystkiego uczynią sensację, zmieniając życie zwykłych ludzi w piekło, na szczęście chwilowe. Poza tym historia Felicia jest zwyczajnie przejmująca. 

Warto sięgnąć po tę powieść - czytając ją, oddajemy się trochę grzesznej przyjemności obcowania z czymś lekkim i popularnym, ale pod płaszczykiem błahostki dostajemy znacznie więcej.

Mario Vargas Llosa "Lituma w Andach"

Kilka miesięcy temu urządziłam sobie mały festiwal czytelniczy

powieści Mario Vargasa Llosy. Kiedy ukazała się jego najnowsza książka "Burzliwe czasy", postanowiłam przeczytać nie tylko ją, ale nadrobić najważniejsze zaległości. Dlatego kupiłam jeszcze "Rozmowę w Katedrze" i "Święto Kozła", uważane za dwie najwybitniejsze w jego dorobku, i "Litumę w Andach", mniej znaną powieść, do której zachęcił mnie opis treści. Trzy pierwsze przeczytałam niemal pod rząd, zachwyciłam się, a "Rozmowę w Katedrze" uznałam za jedną z tych książek, które zabrałabym na przysłowiową bezludną wyspę. Tymczasem "Litumę w Andach" (Znak 2009; przełożył Wojciech Charchalis)  odłożyłam na później. Aż nieoczekiwanie przyszedł idealny dla niej czas. Ponieważ ten czas miał chwilę potrwać, dokupiłam jeszcze "Dyskretnego bohatera". Obie książki okazały się idealną lekturą, adekwatną do okoliczności. Chociaż nie są to najwybitniejsze powieści w dorobku pisarza, sprawiły mi wielką przyjemność i polecam je wszystkim. Jeśli ktoś obawia się tych najlepszych, bo wymagają uważnej lektury, śmiało może zacząć właśnie od "Litumy w Andach" czy "Dyskretnego bohatera". Zawsze lubiłam twórczość Mario Vargasa Llosy, ale w tym roku stała mi się ona jeszcze bliższa. A teraz do rzeczy.

Napisałam, że powieść "Lituma w Andach" sprawiła mi wielką przyjemność, chociaż nie jest to właściwe słowo. Wątpliwość, jakiego wyrazu użyć, pojawia się zawsze, kiedy mówimy o książce, którą bardzo dobrze się czyta, ale która opowiada o trudnych, mrocznych sprawach. I tak właśnie jest w tym przypadku. Jej akcja rozgrywa się w małej wiosce w Andach, a właściwie osadzie, w której mieszkają robotnicy budujący drogę, w czasach, kiedy w Peru toczy się walka ze Świetlistym Szlakiem, maoistowską, radykalną partyzantką posługującą się terrorem i bardzo brutalnymi metodami walki. Sierżant Lituma i jego zastępca, Tomasito, znajdują się w sytuacji beznadziejnej. Sami na posterunku w wiosce zagubionej w wysokich górach, w miejscu, do którego trudno dotrzeć, zdają sobie sprawę, że w razie ataku partyzantów, nie mają żadnych szans. A to zdarzyć się może w każdej chwili. Pogłoski o brutalnych napadach i egzekucjach wykonywanych w bestialski sposób  docierają nawet tu. W dodatku w osadzie w tajemniczych okolicznościach znikają ludzie. 

Policjanci prowadzą śledztwo, ale natykają się na zmowę milczenia. Lituma czuje, że coś jest nie tak, ale nie może dotrzeć do prawdy także dlatego, że jest tu kimś obcym, nie stąd, człowiekiem z miasta. Na tym górskim odludziu czuje się trochę tak, jakby znalazł się na innej planecie. Niby wszyscy mieszkają w tym samym kraju, ale ich światy dzieli przepaść. W tej przygniatającej i beznadziejnej sytuacji jedyną rozrywką dla sierżanta są nocne zwierzenia Tomasita - opowieści o jego beznadziejnej miłości do pięknej kobiety, którą na swoją i jej zgubę wyrwał z rąk niejakiego Knura, bogatego, szemranego przedsiębiorcy. Żeby sobie dorobić do nędznej pensji policjanta, od czasu do czasu był jego ochroniarzem, a tę intratną pracę dostał dzięki protekcji swojego wpływowego ojca chrzestnego. Ponieważ Llosa czasem lubi wracać do swoich bohaterów w różnych książkach, tak jest na przykład z Litumą, mam niejasne wrażenie, ale nie pewność, że Knura, Tomasita i jego wszechmocnego ojca chrzestnego spotkałam już w "Rozmowie w Katedrze". 

Akcja powieści, jak często u Llosy, toczy się wielotorowo. Z jednej strony naprzemiennie śledzimy wątek śledztwa i miłosną historię Tomasita, z drugiej pojawiają się barwne historie zaginionych mężczyzn, równie barwne i niesamowite opowieści demonicznego i rozpustnego właściciela knajpy, jedynej rozrywki robotników, i jego równie demonicznej i rozpustnej żony, uważanej przez robotników za czarownicę. Jesteśmy też świadkami kilku brutalnych akcji przeprowadzonych przez partyzantów.  Wszystkie wątki łączą się ze sobą i służą budowaniu szerszego tła pokazującego sytuację społeczną i polityczną w Peru tamtych lat.  

Ale w tej powieści jest coś jeszcze - niesamowita atmosfera, klaustrofobiczna, tajemnicza, przerażająca. Buduje ją miejsce akcji - nieprzewidywalna przyroda, piękne, ale groźne góry i mieszkający w nich indiańscy górale, którzy wierzą w magię, czary i duchy. Te duchy mogą wejść w człowieka, mogą też żądać ofiary, która ma je przebłagać i odwrócić zły los. To nawiązanie do wierzeń wyznawanych przez rdzennych mieszkańców z czasów przedkolumbijskich. Wszystko to tworzy niesamowitą, fascynującą mieszankę. Prawda, jaką odkryje sierżant Lituma, będzie przerażająca. 

Na mnie ta powieść mocno podziałała. Mimo że od lektury upłynęło już trochę czasu, bez trudu mogę dzielić się refleksjami na jej temat, a to najlepszy dowód, że wciąż rezonuje.

Therese Bohman "Utonęła"

Z powieściami szwedzkiej pisarki Therese Bohman zawarłam

znajomość stosunkowo niedawno, za to niemal od razu przeczytałam wszystkie trzy, a tyle dotąd napisała i tyle ukazało się w Polsce dzięki wydawnictwu Pauza. Właśnie skończyłam jej literacki debiut "Utonęła" (2021; przełożyła Justyna Czechowska), który u nas został wydany jako ostatni. 

Kto zna "Po zmierzchu" i "Tę drugą", bez trudu dostrzeże w niedawno wydanej przez Pauzę powieści Therese Bohman cechy utworu debiutanckiego. Jest znacznie skromniejsza - mniej rozbudowana, właściwie jednowątkowa, akcja toczy się w jednym miejscu, powieść ma niewielu bohaterów. To wszystko nie oznacza jednak, że nie warto po nią sięgać. Przeciwnie, tak jak od dwóch poprzednich i od tej nie mogłam się oderwać, a w czasie lektury towarzyszyły mi podobne emocje - angażowałam się w losy bohaterek, a gdyby było to możliwe, radziłabym im, krzyczała na nie, irytowała się ich wyborami, a na koniec i tak popatrzyłabym ze zrozumieniem, no bo kto nie popełnia błędów, zwłaszcza pod wpływem gwałtownych uczuć.

Odnajdziemy w debiucie szwedzkiej pisarki wszystko to, do czego przyzwyczaiły nas jej dwie kolejne powieści. Wnikliwie sportretowaną kobiecą bohaterkę, jej skomplikowane relacje z mężczyznami, drobiazgową analizę nieoczywistych uczuć, emocji i wyborów, które oceniane trzeźwym czytelniczym okiem niekoniecznie akceptujemy, osamotnienie, świetnie budowaną atmosferę i skupienie na detalach. Therese Bohman drobiazgowo i pięknie opisuje miejsca, w których obracają się jej bohaterki. Wiem, że nie każdy jest miłośnikiem opisów, ale ja je uwielbiam, niestraszne mi nawet te bardzo długie, no chyba że są nudne, bo nieudolnie napisane. O ile w dwóch kolejnych powieściach żywiołem pisarki było miasto, tu jest odwrotnie. Jej bohaterka i narratorka, Marin, przyjeżdża z wizytą do siostry, która mieszka na wsi w Skanii ze swoim partnerem Gabrielem, znanym pisarzem. A że Stella zajmuje się zawodowo roślinami, znajdziemy w tej powieści nie tylko opisy odludnych szwedzkich krajobrazów, ale także ogrodu, szklarni i całego bogactwa roślin. 

Stella jest starsza, Marin jeszcze studiuje, historię sztuki, co łączy ją z Karoliną, bohaterką "Po zmierzchu". Od początku atmosfera w domu, który Gabriel odziedziczył po dziadkach, jest ciężka. Kiedy starsza siostra spędza dzień w pracy, młodsza zostaje w domu z jej przyjacielem. Czujemy niezręczność i skrępowanie. Nie bardzo wie, co ma robić, jak spędzać czas, powinna pisać pracę semestralną, ale jakoś jej to nie idzie. Gabriel podsuwa jej lektury, pokazuje reprodukcje obrazów. Marin obserwuje relacje między Stellą i nim. Spędza czas z siostrą, jednak obie nie mówią sobie wszystkiego, nie dzielą się swoimi problemami. 

Ale nie jest to prosta historia. Trudno pisać więcej o wzajemnych relacjach bohaterów, bo chociaż książce Therese Bohman najbliżej do powieści psychologicznej, to jednak to, co się dzieje, jest ważne i początkowo zaskakujące. Jeśli ktoś nie zna powieści, niech nie czyta notki od wydawcy, która nie zdradza wszystkiego, ale jednak odrobinę tak. Ja przystąpiłam do lektury z pustą głową i świetnie się stało. Bo autorka znakomicie gra z czytelnikiem. Dość szybko zaczęłam się zastanawiać, co się wydarzy, jak rozwiną się relacje między bohaterami, co jest prawdą, a co tylko podejrzeniem. I to wodzenie czytelnika za nos, budowanie napięcia jest dodatkowym atutem. Ale najważniejsi są oczywiście bohaterowie, a przede wszystkim Marin. Jej skomplikowane uczucia, emocje i wybory. Na chłodno ich nie akceptuję, miałabym ochotę krzyczeć: Co robisz? Ale z doświadczenia wiem, że to nie takie proste.

PS. W książce Katarzyny Tubylewicz "Samotny jak Szwed? O ludziach Północy, którzy lubią być sami", o której pisałam ostatnio, jest wywiad z Therese Bohman. 

Katarzyna Tubylewicz "Samotny jak Szwed? O ludziach Północy, którzy lubią być sami"

Bardzo lubię książki reporterskie Katarzyny Tubylewicz, bardzo

lubię słuchać w radiu jej opowieści i komentarzy dotyczących Szwecji. Dlatego było dla mnie oczywiste, że sięgnę po kolejną książkę o kraju, w którym od lat mieszka - "Samotny jak Szwed? O ludziach Północy, którzy lubią być sami" (Wielka Litera 2021). Przy okazji warto przypomnieć o poprzedniej - "Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie". Jeśli ktoś jej nie zna, powinien przeczytać, bardzo ciekawa lektura. Podobnie jak książka, o której dzisiaj. 

Napisałam, że to reportaże, ale w rzeczywistości obie pozycje są gatunkową hybrydą, a mam wrażenie, że w ostatniej reporterskich fragmentów właściwie nie ma. To żaden zarzut, autorka wymyśliła charakterystyczną dla siebie formułę i w ten sposób opowiada polskiemu czytelnikowi o Szwecji. Łączy opowieści o sobie, mini eseje z wywiadami. Integralną częścią są zdjęcia zrobione przez dorosłego syna autorki, Daniela. Intrygujące, chociaż w pierwszej chwili mogą się wydać nieoczywiste. Pokazują pustkę, surowość i piękno szwedzkiego krajobrazu. Bo jak inaczej sfotografować samotność? 

Książka, mimo że traktuje o Szwedach, jest jednocześnie bardzo osobista. Katarzyna Tubylewicz przywołuje własne doświadczenia, wspomnienia, pisze, jaki jest jej stosunek do samotności, opowiada o podróżach, które razem z synem odbywali po Szwecji, pracując nad tym wspólnym projektem, dzieli się uwagami o relacji z Danielem i macierzyństwie. Wszystko to oczywiście w kontekście tematu, jakim tym razem się zajęła - samotności. 

A temat wydawał się leżeć na talerzu, bo w Szwecji aż czterdzieści procent gospodarstw domowych to gospodarstwa osób samotnych. Samotnie mieszkają ludzie starzy i młodzi, bo dla tych drugich jest oczywiste, że muszą wyprowadzić się od rodziców, a nawet pary. Autorka tłumaczy, jak do tego doszło. Otóż socjaldemokratyczne państwo wzięło na siebie obowiązki, które wcześniej należały do rodziny i bliskich, dlatego w Szwecji nikt na nikogo nie musi liczyć. Ale przyczyn jest więcej. Inną jest szwedzki kult indywidualnej wolności. Z drugiej jednak strony Szwedzi mają silną potrzebę przynależności do jakiejś grupy, wspólnoty i bardzo nie lubią się z niej wyróżniać, chcą być tacy jak inni. Ale i to zjawisko ma swój rewers. Takie kręgi się nie przenikają, zamykają się na siebie. Czy wobec tego Szwedzi naprawdę są samotni, czy to tylko stereotyp, który sami powielają? A może odpowiedzi należy szukać w różnych obliczach samotności? Tak robi Katarzyna Tubylewicz - pokazuje, że w języku angielskim istnieją dwa słowa - solitude, które tłumaczy jako osobność, i loneliness, czyli właśnie taka samotność, jak rozumiemy ją zazwyczaj, budząca lęk, współczucie, wstyd, politowanie. 

Autorka przygląda się różnym obliczom szwedzkiej, ale nie tylko szwedzkiej, samotności. Pisze o szukaniu kontaktu z naturą tak powszechnym i łatwym w Szwecji, który to kontakt często zastępuje zlaicyzowanym Szwedom doznania religijne. O artystach, którzy wybierają samotność. O introwertykach. O szpiegach, bo ten zawód wydał się Katarzynie Tubylewicz najbardziej samotniczy. O umieraniu, bo nawet jeśli ktoś odchodzi w otoczeniu bliskich, to i tak przecież jest w tych ostatnich chwilach samotny. O wymuszonej przez pandemię samotności ludzi starych. Stawia pytania, zastanawia się, a odpowiedzi szuka u mądrych ludzi, stąd wywiady.   

Ale jednocześnie temat jest bardzo uniwersalny, dlatego niemal każdy może odnaleźć się w tej książce. Nawet jeśli nie jest samotny. Bo rozważania autorki i przeprowadzone przez nią rozmowy prowokują do postawienia sobie kilku pytań. Czy potrafimy być samotni? Czy boimy się samotności? Czy przeciwnie, marzymy o niej, choćby na chwilę? Czy to, że mamy wielu przyjaciół, znajomych, że stale bywamy wśród ludzi, automatycznie oznacza, że nie jesteśmy samotni? W każdym razie ja przejrzałam się w książce Katarzyny Tubylewicz jak w lustrze. 

Popularne posty