Książka na wakacje. Ota Pavel "Śmierć pięknych saren"

W czasie którejś z moich wakacyjnych podróży odkryłam prostą prawdę: w drogę najlepiej zabrać ze sobą do czytania formy krótkie, czyli opowiadania albo zbiory reportaży czy wywiadów, z których każdy stanowi zamkniętą całość. Opasłe powieści świetnie sprawdzają się w czasie wakacyjnego lenistwa na plaży czy w innych okolicznościach przyrody, ale na pewno nie wtedy, kiedy każdy dzień wypełniony jest włóczęgą i intensywnymi wrażeniami. Wówczas najlepiej sięgnąć po coś krótkiego, idealnie jeśli wystarczy na jeden wieczór. Tej zasadzie pozostaję wierna od kilku lat. W tym roku wzięłam ze sobą zbiór opowiadań Oty Pavla "Śmierć pięknych saren" (Biblioteka Gazety Wyborczej 2011; przełożyli Andrzej Czcibor-Piotrowski i Józef Waczków). Być może usłyszałam o niej po raz pierwszy właśnie w roku 2011, kiedy to Wyborcza wydawała serię Literatura czeska, w której "Śmierć pięknych saren" się ukazała.. Pamiętam, że każdą z jej pozycji polecał w gazecie Mariusz Szczygieł, znany reporter i czechofil. Jest bardzo prawdopodobne, że napisał wtedy słowa, które znajdują się na okładce:

"To książka, którą od lat kupuję w ilościach hurtowych i rozdaję znajomym. Bo to najbardziej antydepresyjna książka świata."

Potem jeszcze kilkakrotnie słyszałam albo czytałam, jak zachwalał opowiadania Oty Pavla (ostatni raz całkiem niedawno). Okazuje się, że słuchałam go (albo czytałam) niezbyt uważnie, skoro wbiłam sobie do głowy, że to opowiadania o sporcie, a szczególnie o narciarstwie. Dlatego nigdy nie próbowałam po nie sięgnąć. Aż tu nieoczekiwanie przed moim wyjazdem wpadły mi w ręce. Spojrzałam do spisu treści i ze zdumieniem stwierdziłam, że żaden z tytułów nawet nie ociera się o sport. Zagadka wyjaśniła się po moim powrocie, kiedy to znalazłam informację o autorze. (Może trudno w to uwierzyć, ale w wydaniu Biblioteki Gazety Wyborczej notki o autorze brak!) Otóż Ota Pavel był dziennikarzem i komentatorem sportowym i w czasie zimowej olimpiady w Insbrucku nagle zapadł na chorobę psychiczną. Spędził wiele lat w szpitalu psychiatrycznym, a pisanie stało się dla niego terapią i pozwoliło wrócić do życia. Z chorobą zmagał się jednak z przerwami do końca (zmarł w 1973 roku). Zostawił po sobie wiele zbiorów opowiadań, niestety w Polsce ukazał się oprócz tego, o którym dziś piszę, jeszcze tylko jeden ("Jak tata przemierzał Afrykę").

Być może, czytelniku tej notki, domyślasz się już, że skoro użyłam przed chwilą słowa niestety, podzielam entuzjazm Mariusza Szczygła dla opowiadań Oty Pavla. Tak, nie mylisz się. To książka ze wszech miar godna polecenia. Mam jednak kłopot z nazwaniem jej najbardziej antydepresyjną książką świata. Otóż jeżeli ktoś sięgnie po opowiadania czeskiego pisarza wiedziony nadzieją, że wprawią go one w doskonały nastrój i będą lekiem na melancholię, smutek, chandrę czy inne marne stany duchowe, może się poczuć wystrychnięty na dudka. Z jednej strony znajdziemy tam to, z czym często kojarzy się nam czeska literatura, a już szczególnie czeskie filmy. Rzeczywiście są te autobiograficzne historie bardzo często niezwykle śmieszne (bywało, że śmiałam się w głos). Ota Pavel sięga do swego dzieciństwa, młodości i dorosłości i garściami czerpie z nich zabawne opowieści o swoim ojcu, o sobie, o braciach czy znajomych i przyjaciołach rodziny. Przepyszne są opowiadania o tym, jak tatuś kupił staw z karpiami, jak sprzedawał najlepsze w Europie lepy na muchy, jak brat narratora złowił ogromnego karpia i zapragnął dowieźć go żywego do Pragi, aby pochwalić się przed wszystkimi przyjaciółmi, a szczególnie przed nieprzyjaciółmi, swoją zdobyczą, jak narrator wraz z niejakim Długim Honzą spływali Lużnicą i Wełtawą do Pragi, niewielkie mając pojęcie o tym, na co się porywają. Mogłabym tak wymieniać jeszcze przez chwilę. Ale to nie cała prawda o opowiadaniach ze zbioru "Śmierć pięknych saren". Jest i druga strona medalu. Autor nie ucieka od zdarzeń smutnych czy wręcz tragicznych. Wspomina nie tylko o chorobie, która go dotknęła, ale przede wszystkim o okrutnych wojennych losach swojej rodziny. Ota Pavel naprawdę nazywał się Otto Popper. Jego ojciec, Leon, był czeskim Żydem. To, że matka, Herminia, Żydówką nie była, nie uchroniło starszych braci autora przed trafieniem do obozu koncentracyjnego. Potem znalazł się tam też ich ojciec. Oni ocaleli, ale wielu członków jego rodziny skończyło w piecach Auschwitz. Pavel i o tym wspomina. Opowiada też o biedzie, niedostatku i strachu, jakie cierpiał, kiedy został tylko z matką. Pewnie, że nie znajdziemy w tych opowiadaniach żadnych makabrycznych scen, opisów tortur, prześladowań czy śmierci. Autor łagodzi wojenną tragedię, także swoją chorobę, chociaż w mniejszym stopniu, dzięki przyjętej konwencji. Po prostu często snuje swoje opowieści tak, jakby opowiadało je dziecko. Patrzy na świat dziecięcymi oczyma. A przecież dziecko nie wszystko rozumie, a przede wszystkim nie wszystko pamięta. Pojmuje rzeczywistość w sposób prosty i naiwny. Stąd takie proste, naiwne stwierdzenia:

"A kiedy przyszedł Adolf Hitler, pan Kowarzyk zabębnił i ogłosił (...)", " ... i gdyby nie mamusia, której bał się tylko odrobinę mniej niż Adolfa Hitlera (...)", "Chłopcy napychali się na przyszłe lata, aby przeżyć Teresin, Auschwitz, Mauthausen (...) i wszystkie te wspaniałe rzeczy, jakie im Niemcy zgotowali (...) ".

Ja jednak nic nie poradzę na to, że natychmiast te naiwne zdania wypełniają mi się konkretami, tymi wspaniałymi rzeczami, jakie im Niemcy zgotowali. Z jednej strony spojrzenie na świat oczyma dziecka osłabia tragizm wojennego czasu, z drugiej powoduje wzruszenie. Łzy się do oczu cisną, kiedy czytamy o tym, jak kilkunastoletni chłopiec próbuje zdobyć jedzenie dla siebie i matki, jak marznie w nieogrzewanym mieszkaniu, jak na kolację czeka na niego tylko kromka chleba i szklanka herbaty. Smutek i melancholia mieszają się z radością i śmiechem, wielkie z małym, patetyczne ze zwyczajnym. Te ostatnie stwierdzenia zapisałam kursywą, bo są niemal wiernym cytatem też z Mariusza Szczygła. Nie dotyczą bezpośrednio opowiadań Oty Pavla, ale to, według niego, cechy dobrego utworu literackiego. Idealnie pasują do prozy czeskiego pisarza.

Rozpisałam się, a myślałam, że napiszę notkę z tych mniej obszernych, jakie mi się czasem zdarzają, ale koniecznie muszę, choćby krótko, zasygnalizować, na czym jeszcze polega urok i wielkość opowiadań Oty Pavla. Po pierwsze na niczym nieskrępowanej dziecięco-naiwnej wyobraźni, która od czasu do czasu dochodzi do głosu w opowieściach nie tylko tych z czasów wojny. Ot choćby kilka zdań o ubzdryngolonym karpiu, który wypuszczony do rzeki wesoło sobie podśpiewuje, a potem opowiada innym karpiom, że był w prima sort gospodzie na kółkach, gdzie dawano za darmo śliwowicę, a także rum. Po drugie na pięknym języku, który w jakiejś mierze jest pewnie zasługą tłumaczy. Po trzecie wielka jest miłość autora do przyrody, zwierząt, wody, do krajobrazów południowych Czech i niezwykle pięknie przelewa ją autor na karty swojej książki. Dawno nie czytałam takich uczuciem przepojonych opisów, a przy tym nie są one ani sentymentalne, ani kiczowate. Po czwarte wreszcie, w co aż trudno uwierzyć, niezwykłe są opowieści wędkarskie. W życiu ryb nie łowiłam i zajęcie to wydaje mi się niezwykle nudne, a w opowiadaniach Oty Pavla znajdziemy całe strony o zmaganiach z rybami (celowo użyłam słowa zmagania). Ale jak to jest napisane! Narrator ryby kocha, zachwyca się ich wyglądem, czci je, wielbi i szanuje. Łowienie ryb to walka między człowiekiem a zwierzęciem, raz górą jest człowiek, innym razem ryba. Ale nawet pokonanej należy się podziw, miłość i szacunek. Trzeba przeczytać, aby zachwycić się pięknem opowieści Oty Pavla. Przecież nie  mogę bez końca cytować, chociaż miałabym na to wielką ochotę.

"Śmierć pięknych saren" to nieoczekiwane i cenne odkrycie. Sięgnijcie po te najczęściej zabawne, czasem jednak smutne, mądre, skrzące się wyobraźnią i pięknymi frazami niezwykłe opowiadania. Niekoniecznie w czasie wakacji. One są dobre na każdą pogodę.

Filmowe lato: "Pożądanie" i "Więzy krwi"

Mam wrażenie, że tegoroczne wakacje obfitują tylko w repertuar rozrywkowy. W poprzednich latach zawsze udawało mi się wyłowić coś ambitniejszego. W tym roku królują filmy miłosne, szeroko rozumiane sensacyjne, ewentualnie komedie. Takie też są zapowiedzi na dalszą część lata. Prawdziwy sezon ogórkowy. No chyba że nagle, niczym królik z kapelusza, wyskoczy coś innego. Nie mogę odżałować, że z powodu wakacyjnego wyjazdu przepadł mi irański film "Rękopisy nie płoną". Jak to możliwe, że w moim całkiem sporym przecież mieście, gdzie kin studyjnych jest kilka, grano go tak krótko i to tylko w jednym, moim ulubionym, kinie? Cóż, na bezrybiu i rak ryba, więc sposród filmów lekkich, łatwych i przyjemnych wybrałam dwa. Jeden romansowy, czyli francuskie "Pożądanie" z piękną Sophie Marceau oraz z Francoisem Cluzet, drugi sensacyjny, francusko-amerykańskie "Więzy krwi" z Marion Cotillard. Wyboru nie żałuję, oba bardzo dobrze się ogląda, chociaż na pewno tę stawkę w cuglach wygrywają "Więzy krwi". Możliwości, jakie daje kino sensacyjne, są po prostu większe niż te, którymi dysponuje kino spod znaku amora.

Tu o wiele trudniej wyjść poza schemat, chociaż reżyserka, scenarzystka i zarazem odtwórczyni jednej z ról, Lisa Azuelos, bardzo się stara. Ożywieniem kliszy ma być gra z widzem: czy to, co oglądamy na ekranie, jest prawdą, czy tylko fantazją jednego z bohaterów? Niczego tu nie zdradzam, bo kto widział zwiastun filmu, ten wie, że na takich zabiegach film jest oparty. A poza tym? Uwodzicielska i czarująca Sophie Marceau w roli wziętej, świeżo samotnej pisarki (ale z trojgiem dzieci), dla której żonaty mężczyzna jest tabu (cytat z pamięci), i interesujący Francois Cluzet w roli wziętego, żonatego i też dzieciatego prawnika, który w młodości się wyszumiał, a teraz docenia uroki statecznego życia rodzinnego. Wiadomo, że się spotkają, wiadomo, że zaiskrzy, pozostaje pytanie, czy złamią swoje zasady. Kto ciekaw, niech wybierze się do kina, tym bardziej, że film ma wszelkie zalety przynależne lekkiemu gatunkowi. Jest chwilami zabawny i dowcipny, po francusku lekki jak pianka i elegancki, ładny (przez ładność w takich razach rozumiem pięknych aktorów w pięknych strojach, piękne miasto, takież wnętrza, jednym słowem piękny świat, który w takiej formie nie występuje), trochę ironicznych obserwacji na temat szczęśliwego  małżeństwa z odpowiednim stażem. To tyle. Czy ktoś się wzruszy? Nie wiem, ja się nie wzruszyłam. Same zalety? Nie, aż tak dobrze nie jest. Lojalnie uprzedzam, że w końcu to wszystko zaczęło nieco nużyć a niektóre sceny zbyt ociekały uczuciowym lukrem. Poza sezonem wakacyjnym, szczególnie w okresie obfitości ciekawych premier, pewnie bym się na "Pożądanie" nie wybrała, ale w zaistniałych letnich okolicznościach nie żałuję.

A "Więzy krwi"? Tu przyczepić się nie ma do czego. Przyzwoity, a może nawet więcej, film sensacyjny. Trzy kobiety i trzech mężczyzn, zagadki, namiętności stare i nowe. Ale najważniejsi są  dwaj bracia. Ten dobry, młodszy, Frank - gliniarz, i ten zły, Chris, który właśnie wyszedł z więzienia i próbuje zacząć wszystko od nowa. Frank chce mu w tym pomóc,  a to stoi w konflikcie z jego zawodowymi obowiązkami. Co wybierze: zawodową czy rodzinną lojalność? Oczywiście wiadomo, że za braćmi wlecze się wspólna przeszłość, zadawnione urazy, niechęci, rywalizacja, kompleksy. I Chris, i Frank to postacie niejednoznaczne, szczególnie ten pierwszy raz budzi sympatię, innym razem odpycha. Rozegrane jest to ciekawie i zaskakująco. No i bardzo dobrze zagrane (Clive Owen i Billy Crudup). Film trzyma w napięciu, akcja stale skręca, wszystko jest tu z sobą misternie zaplecione, więc oglądać należy uważnie, bo drobne szczegóły okazują się ważne. Nawet pościg samochodowy się znalazł. A dodatkowym bonusem, być może dla niektórych najważniejszym, jest osadzenie akcji w latach siedemdziesiątych i wierne oddanie realiów epoki. I tu moja pretensja do dystrybutora: nie rozumiem, dlaczego polskie tłumaczenie nie szanuje tego i kilkakrotnie razi użyciem słów z językowego topu (wybacz, czytelniku tej notki, że nie podam przykładów, cóż, pamięć mnie zawiodła). To oczywiście drobiazg w morzu zalet, więc konkluzja jest jednoznaczna: "Więzy krwi" to film nie tylko na lato.

Paweł Smoleński "Oczy zasypane piaskiem"

To nie pierwsza reporterska książka Pawła Smoleńskiego poświęcona węzłowi

gordyjskiemu, jakim niewątpliwie są stosunki izraelsko- palestyńskie. Autor od wielu lat jeździ do Izraela, na Zachodni Brzeg i do Strefy Gazy, ma znajomych i przyjaciół po obu stronach muru. Z żelazną konsekwencją stara się przybliżyć czytelnikom istotę konfliktu, jego codzienny wymiar i skutki. Smoleński nie jest komentatorem politycznym, tylko reporterem, któremu bardzo bliski jest ten kawałek świata, dlatego jego książki i artykuły to nie suche komentarze, ale teksty pełne  troski, współczucia, zdziwienia, empatii i, co pewnie najważniejsze, próby zrozumienia obu stron. Podobne odczucia towarzyszą czytelnikowi w czasie lektury, a jest to pewnie możliwe dlatego, że Smoleński pokazuje ten świat przez ludzi. Bohaterem jego tekstów jest zawsze konkretny człowiek, ze swoją historią, zaletami i wadami, z konkretnego miejsca. To jego oczami patrzymy na rzeczywistość. Kiedy jednak trzeba, autor nie uchyla się od komentowania. Wdaje się w polemikę ze swoim rozmówcą albo robi to tylko na użytek czytelnika. Stąd poczucie, że Smoleński stara się patrzeć obiektywnie. Dlatego chociaż rozumie ból jednych i drugich, potrafi spojrzeć bezstronnie i dostrzec nieprawości w postępowaniu i Żydów, i Palestyńczyków. A gdzieś w tle wszystkich jego tekstów wyłania się marzenie, aby obie nacje żyły zgodnie na terenach dawnej Palestyny. Marzenie, które dzieli z wieloma swoimi rozmówcami. "Oczy zasypane piaskiem" (Czarne 2014) tym różnią się od dwóch poprzednich zbiorów reportaży ("Izrael już nie frunie", "Arab strzela, Żyd się cieszy"), że tym razem autor pisze o terytoriach okupowanych, czyli o Wschodniej Jerozolimie, Zachodnim Brzegu i Strefie Gazy.

Dla mnie, wiernej czytelniczki tekstów Smoleńskiego żywo zainteresowanej zgłębianym przez niego problemem (to śledzenie problemów izraelskich i palestyńskich wzięło mi się z literatury najwyższych lotów, czyli z powieści wielbionego przeze mnie Amosa Oza; dopiero potem zaczęłam interesować się tą tematyką) było oczywiste, że sięgnę po "Oczy zasypane piaskiem". Nie ukrywam jednak towarzyszących mi obaw, że przecież tyle się już na ten temat naczytałam, nie tylko tekstów Smoleńskiego, iż pewnie niczego nowego się nie dowiem. Znam przecież problem budowy żydowskich osiedli na Zachodnim Brzegu, mechanizm i skutki ich powstawania. Niszczenie krajobrazu, rozcinanie tych pięknych terenów przez wygodne drogi tylko dla Żydów, nienawiść ich mieszkańców do Palestyńczyków i odwrotnie, zabieranie ziemi, dzielenie rozmaitymi płotami i murami Zachodniego Brzegu, co sprawia, że dojazd do sąsiedniej wioski czy na pole staje się gigantycznym problemem. Znam historię budowy muru oddzielającego Izrael od Zachodniego Brzegu, znam stosunek władz okupanta do Palestyńczyków. Znam opowieści o cysternach na wodę niszczonych w majestacie prawa przez izraelską armię. Wiem, jak traktują Palestyńczyków młodzi chłopcy i młode dziewczęta odbywający służbę wojskową w izraelskiej armii. Wiem, że wielu mieszkańców Izraela nie godzi się na taki stan rzeczy. Wiem, że są żydowscy prawnicy czy organizacje pozarządowe, które pomagają Palestyńczykom w starciu z izraelskim wymiarem sprawiedliwości. Wiem pewnie dużo więcej. Stąd moje obawy. A jednak mimo że te wszystkie przywołane przed chwilą problemy są obecne na kartach książki, to jest ona przecież czymś nowym. Smoleński zabiera czytelnika na wyprawę w głąb. Zaczyna od Wschodniej Jerozolimy, aby wyruszyć na Zachodni Brzeg. Nie tylko do pobliskiego Betlejem, nie tylko na piękne wzgórza, które tak dobrze poznałam dzięki książkom palestyńskiego prawnika i pisarza Raji Shehadeha ("Palestyńskie wędrówki", "Obcy w domu"), nie tylko do zamożnego Ramallah, ale też do budzącego grozę Hebronu czy Dżeninu, miasta, które wyrosło z obozu dla palestyńskich uchodźców. Odwiedza też osady Beduinów czy wsie odcinane od świata przez bezlitosne mury. Największe przerażenie wywołuje jednak podróż do Strefy Gazy. To jak zstąpienie do piekieł. Kiedy czytałam te fragmenty, zastanawiałam się, jak w ogóle można tam żyć. A przecież ludzie tam żyją, bo nie mają wyboru. A to jeszcze nic, bo, jak pisze Smoleński: "Za kilkanaście lat Gaza stanie się jednym z najstraszniejszych miejsc świata." I nie są to jakieś hipotezy, lecz wyliczona z matematyczną dokładnością stuprocentowa pewność. Chyba, że wszystko się zmieni. Wszystko, czyli problem ścieków i czystej wody, której zabraknie, bo zostanie zatruta (ściekami) i zasolona. A to nie jedyne bolączki Strefy Gazy. Inne? Proszę bardzo. Koszmarny ścisk i tłok (na tym niewielkim, ściśle zamkniętym obszarze mieszka sporo ludzi), blokada ekonomiczna, bieda, rozwarstwienie społeczne, terror, Hamas. I to też jeszcze nie wszystko.

Nie da się ukryć, że reportaż Smoleńskiego ma pesymistyczną wymowę. I nie chodzi tylko o łamanie praw człowieka, o trud codziennego życia, o wzajemne ataki, o zagrożenie zamachami terrorystycznymi, o rakiety palestyńskie spadające na terytorium Izraela. Znacznie gorsze są zmiany w mentalności młodych Izraelczyków, którzy odbywają służbę wojskową na ulicach Hebronu, Dżeninu czy innych miast Zachodniego Brzegu. Autor świetnie pokazuje, jak to się dzieje, że wrażliwy, młody chłopak nagle potrafi poniżać Palestyńczyków, traktować ich okrutnie, gardzić nimi, bezmyślnie szykanować. Pokazuje też drugą stronę medalu. Potworny strach, zagubienie tych młodych chłopaków, którzy z rodzinnego środowiska trafiają na tereny okupowane. Podobne procesy zachodzą w młodych Palestyńczykach. Oni też, wychowani na ulicach Hebronu czy Dżeninu, zatruwają się nienawiścią do Żydów, stają się bezwzględni i okrutni. Równie groźna jest obojętność izraelskiego społeczeństwa, niedostrzeganie problemu, bo przecież wygodniej się żyje po dobrej stronie muru. No i jeszcze najgorsze, że nie wiadomo, jak ten węzeł gordyjski sensownie rozsupłać. Niewielki są na to szanse. Jest jednak coś, co sprawia, że zbiór reportaży Smoleńskiego daje iskierkę może nie tyle nadziei na rozwiązanie problemu, ile iskierkę optymizmu, która czyni życie lepszym. To liczne przykłady przekraczania granic, działań u podstaw, na drobną skalę, ale niezwykle ważnych. To ludzie i organizacje po obu stronach muru. Żydowski adwokat, który broni praw Palestyńczyków do ich ziemi, mieszkańcy wioski Bilin w sposób pokojowy broniący swojej ziemi, Fatima Faroun, założycielka stowarzyszenia Sziruk, które pomaga Palestynkom "dobijać się swoich praw", to babcie, starsze kobiety, które stoją na przejściach granicznych i pilnują, aby izraelscy żołnierze z szacunkiem traktowali Palestyńczyków. Krople, które drążą skałę.

PS. Robocza wersja tej notki powstała pod koniec czerwca. Niestety w międzyczasie życie dopisało pesymistyczny komentarz do omawianego zbioru reportaży. Właśnie jesteśmy świadkami kolejnego krwawego konfliktu pomiędzy Izraelem a Strefą Gazy. Tym bardziej książki Smoleńskiego stają się lekturą obowiązkową. Naprawdę zachęcam.

   


Norman Manea "Powrót chuligana"

Ta książka chodziła za mną od dawna. Dziś już nie pamiętam, kiedy pierwszy raz usłyszałam o Normanie Manei, rumuńskim pisarzu od lat osiemdziesiątych zeszłego wieku przebywającym na emigracji w USA. Czy znalazłam go na stronach wydawnictwa Pogranicze? Czy dowiedziałam się o jego istnieniu, kiedy kilka lat temu jego książka, o której dziś opowiem, "Powrót chuligana" (Pogranicze 2009; przełożył Kazimierz Jurczak) znalazła się w finale Angelusa? Tak czy inaczej lekturę stale odkładałam, ba, Manea co jakiś czas wylatywał mi z głowy, a wszystko pewnie dlatego, że jego książki nie jest łatwo zdobyć. Kiedy w zeszłym roku Czytelnik wydał  "Kryjówkę", natychmiast ją przeczytałam, z czego na tych stronach zdałam relację. Wtedy ponownie przypomniałam sobie o "Powrocie chuligana", ale, jak to bywa, inne lektury sprawiły, że odłożyłam go na święty nigdy. Ale każda książka ma swój czas! Po lekturze znakomitego "Bukaresztu" Małgorzaty Rejmer zapragnęłam przedłużyć przygodę z Rumunią i kolejny raz przypomniałam sobie o książkach Normana Manei. Tym razem działałam szybko. Natychmiast sprowadziłam jego dwie książki z Pogranicza (a przy okazji jeszcze powieści kilku innych autorów). Zaczęłam od wspomnianego "Powrotu chuligana", zbiór opowiadań zostawiając na później. Wczoraj skończyłam czytać, a dziś piszę. (To wczoraj było w październiku, notka nieco przeleżakowała wypierana przez filmy i literackie nowości.)
Muszę przyznać, że książka całkowicie spełniła pokładane w niej nadzieje. Jej lektura przyniosła mi satysfakcję, mimo że momentami nie jest najłatwiejsza (ale też bez przesady). "Powrót chuligana" to powieść autobiograficzna. Manea, rumuński Żyd z Bukowiny, opowiada o życiu swoim i swojej rodziny. Pretekstem do wspomnień i rozliczenia z przeszłością jest wizyta w ojczyźnie po prawie dziesięciu latach spędzonych na emigracji. Kiedy wreszcie zdecyduje się na podróż, a nie przyszło mu to łatwo, najpierw odbędzie inną. Wspomnieniami powróci do czasów dzieciństwa, studiów i lat późniejszych, aż do decyzji o emigracji, też nieprostej. Wspominać będzie swoje miłości, szkolnych i studenckich kolegów, ale przede wszystkim rodzinę. Pamięcią sięgnie do dziadków, opowie o rodzicach i innych krewnych. Nie jest to opowieść linearna. Manea kilkakrotnie powraca do tych samych zdarzeń, wątków i postaci. Robi to także w ostatniej części książki będącej zapisem owego kilkudniowego pobytu w Rumunii, o którym wspomniałam. Nie jest to także opowieść potoczysta i łatwa. Po pierwsze dlatego, że jego wspomnienia fragmentami przypominają eseje, sporo tu różnych, często dość trudnych, rozważań, literackich aluzji i odniesień do innych autorów czy metafor. Taką metaforą jest choćby tytułowy chuligan. Wcale nie jest oczywiste, jak ją rozumieć. Bo mianem chuligana nie określa tylko siebie. Pisze tak też o innych, choćby pisarzach sympatyzujących z faszystowską Żelazną Gwardią. Chuligan to na pewno rozrabiaka. Tak widzi siebie Manea. Człowiek osobny, podążający swoimi ścieżkami. Odkąd opublikował esej o Eliadem, w którym napisał o jego związkach z Żelazną Gwardią, w kraju został uznany za zdrajcę, który własne gniazdo kala, bo podnosi rękę na narodową świętość. Między innymi dlatego decyzję o podróży do Rumunii podjął z takim trudem. Nie wszyscy czekali na niego z radością. Drugi powód, dla którego autobiograficzna opowieść pisarza nie jest, jak pisałam, potoczysta i łatwa, to tragiczna historia Rumunii, Rumunów i samego pisarza. Wielokrotnie na kartach swych wspomnień wraca Manea do, jak pisze, swojej Inicjacji. To rok 1941, kiedy jako kilkuletnie dziecko wraz z rodzicami, dziadkami i innymi bukowińskimi Żydami został deportowany w bydlęcych wagonach do Transistrii, ukraińskiego terytorium podbitego przez Trzecią Rzeszę i Rumunię. Z tego piekła udało się wrócić nielicznym. Wśród nich był Manea i jego rodzice. Ale już dziadkowie nie mieli tyle szczęścia, pozostali tam, pochowani w bezimiennym grobie. A przecież po powrocie nie było lepiej. Najpierw nowa, komunistyczna rzeczywistość. Nacjonalizacja, odbieranie majątków, prześladowania wrogów ludu. Za takiego został uznany ojciec pisarza i zesłany do obozu katorżniczej pracy w Peripravie. Potem rządy szalonego Ceausescu, bieda, wszechwładna Securitate, podsłuchy, donosy, zniewolenie. Gorzka, smutna i nostalgiczna to książka. Jak już pisałam, Manea długo nie potrafił podjąć decyzji o emigracji. Mógł to zrobić znacznie wcześniej. Za rządów Ceausescu Żydzi bez problemu mogli wyjeżdżać z kraju przehandlowani przez komunistyczne władze za dolary (dosłownie). Wtedy się nie zdecydował, nie rozumiał też tych, którzy wyjeżdżali, chociaż ich nie potępiał. Pisarz przejmująco opowiada o rozstaniach z przyjaciółmi, którzy opuszczali kraj na zawsze. Aż w końcu i on, nadal niechętnie, wyjeżdża na kilka lat przed przełomem. Czy zostałby, gdyby wiedział, jak potoczy się historia?
Podobnie jak przywołana na początku tej notki "Kryjówka", w której po przeczytaniu "Powrotu chuligana" można odcyfrować autobiograficzne wątki, jest to książka o emigracji. Mimo że Manea ułożył sobie życie na obczyźnie, mimo że odniósł sukces jako pisarz nie tylko w ojczystej Rumunii, mimo że wśród jego amerykańskich przyjaciół są najwybitniejsi pisarze (wspomina o swoich spotkaniach z Samuelem B. i Philipem; jak się domyślam, chodzi o Bellowa i Rotha), w  amerykańskim Raju czuje się obco (wielokrotnie przywołuje adekwatne strofy z ironicznego wiersza Herberta "Sprawozdanie z raju"). Ale obco czuje się też w Rumunii, kiedy do niej wraca. Nie żyją już krewni i niektórzy przyjaciele, nie żyje matka, na której pogrzebie nie mógł być, zmieniły się miejsca, szczególnie Bukareszt (bez trudu odnajdziemy tu to, o czym w swojej książce pisała Rejmer). Rozmowom z dawnymi znajomymi, nawet przyjaciółmi, brak dawnej temperatury. I on i oni wiedzą, że spotkykają się tylko na chwilę, potem każdy pójdzie w swoją stronę. Manea widzi zmiany, ale niekoniecznie są to zmiany, które dają nadzieję. Nie rozumie już swojego kraju. Zmieniły się miejsca, zmienili ludzie. Powrót pisarza do ojczyzny usiany jest rozmowami z duchami przeszłości. Smutkiem i melancholią napawa też świadomość upływającego czasu. Manea pisze o swojej starości, zmęczeniu fizycznym i psychicznym. Nigdzie nie jest u siebie, ani tam, ani tu. Jednak coś zakotwicza pisarza, decyduje o jego tożsamości. To język, jego pierwszy język i jedyny, rumuński. Język narzędzie  pracy, które pozwala mu tworzyć, dzięki czemu może zamknąć się w swojej ślimaczej skorupie. Jest więc język rumuński schronieniem i kryjówką przed obcym światem.
Melancholijna, smutna, ale bardzo ciekawa książka. Kogo "Bukareszt" Małgorzaty Rejmer, albo jeszcze inne lektury, zainteresował Rumunią, ten powinien sięgnąć po Maneę, nie zrażając się trudniejszymi fragmentami. Przeczytany w całości "Powrót chuligana" wynagrodzi ten trud.

Wiesław Myśliwski "Traktat o łuskaniu fasoli"


Muszę przyznać ze wstydem, że dotąd jakoś nie miałam ochoty na prozę Myśliwskiego.


Mimo licznych nagród, mimo że przez niektórych uważany jest za najwybitniejszego współczesnego polskiego prozaika. Dlaczego? Przyczyna mego czytelniczego zaniechania jest chyba jeszcze bardziej wstydliwa. Cóż, jakoś odstręczała mnie przyczepiona pisarzowi łatka specjalisty od tematów wiejskich. Dopiero jesienią, kiedy o Myśliwskim znowu zrobiło się głośno przy okazji wydania jego najnowszej powieści "Ostatnie rozdanie", nabrałam wielkiej ochoty, aby sięgnąć po jego prozę. Poszperałam trochę i postanowiłam zacząć od "Widnokręgu" lub "Traktatu o łuskaniu fasoli". Minęło kilka miesięcy, gdy nagle, nieco przez przypadek, wpadła mi w ręce ta ostatnia powieść, a więc nie zwlekając, to od niej rozpoczęłam swą czytelniczą przygodę z Myśliwskim. Teraz spróbuję przekonać ciebie, czytelniku tej notki, abyś i ty po nią sięgnął. Jest jednak przecież wielce prawdopodobne, że uczyniłeś to już wcześniej.

"Traktat o łuskaniu fasoli" (Znak 2010) to powieść, która zadowoli każdego miłośnika literatury. Ten mniej wymagający znajdzie tu po prostu barwną, realistyczną opowieść. Monolog starszego mężczyzny snuty przy tytułowym łuskaniu fasoli. Czytelnik szukający czegoś więcej bez trudu odkryje warstwę drugą. Odwieczne pytanie o to, co rządzi życiem: przeznaczenie czy przypadek? Rozważania o wojnie, śmierci, pamięci, życiu, losie. Jest wreszcie warstwa trzecia, historyczna. Narrator, urodzony przed wojną, opowiadając rozmaite zdarzenia ze swojego życia, siłą rzeczy sięga do dzieciństwa i, szczególnie, wczesnej młodości, która przypadła na lata tuż powojenne. Wiele miejsca zajmują opowieści o szkole, w której uczył się na elektryka, o pracy przy elektryfikacji wsi, a wreszcie, to później, o pracy na wielkich budowach.

Narrator opowiada historię swojego życia chaotycznie, nie trzymając się chronologii. Ot tak po prostu, mówi o tym, co mu się przypomni. Jest to raczej ciąg przypadkowych skojarzeń niż zaplanowana metodycznie opowieść. To oczywiście zabieg celowy podporządkowany jednej z ważniejszych refleksji tej powieści. Życie nie stanowi jakiejś całości, wytyczonej jasno drogi, jest poszarpane, rozrzucone, od przypadku do przypadku. Nabieramy takiego przekonania, szczególnie jeśli patrzymy w przeszłość z dystansu minionych lat. Na to nakłada się jeszcze pamięć, która stwarza człowieka, jego świat. Jesteśmy tylko tym, co pamiętamy. Tak jawi się życie narratora, kiedy spogląda na nie wstecz, zwierzając się tajemniczemu przybyszowi. Ta postać, której czytelnik nie słyszy, stanowi pewną zagadkę. Można ją oczywiście odbierać w porządku realistycznym. Ot, zabłąkany mężczyzna, który odwiedza narratora w jego samotni pewnego jesiennego dnia. Może rzeczywiście przyszedł po fasolę? Ale jest jednocześnie w powieści wiele tropów, które nie pozwalają traktować go tylko jak człowieka z krwi i kości. Kim wobec tego jest ów tajemniczy gość? Jednoznacznej odpowiedzi oczywiście nie ma. Nie zamierzam dzielić się moimi przemyśleniami, aby nie zdradzać za wiele potencjalnemu czytelnikowi. Dodam jeszcze, że to nie jedyna taka postać w tej powieści. 

Czas wreszcie wspomnieć o głównym bohaterze "Traktatu o łuskaniu fasoli". Kim jest? Mężczyzną u kresu życia wyrwanym przez wojnę ze swojego środowiska, rodziny, miejsca. Odtąd przez długie lata pozostaje człowiekiem bez tożsamości, nieukształtowanym, bez swojego miejsca na ziemi, targanym przez rozliczne przypadki, niesionym przez życie niczym patyk przez nurt rzeki, raz bystrej, to znowu leniwej. Długo nie stawia sobie żadnego celu, pozwala się unosić prądowi życia. Nie ma w tym żadnej refleksji, żadnego planu, tylko trwanie. Przypadki, o jakich wspomniałam, to spotkania z ludźmi, którzy spełnili w jego życiu rolę milowych kamieni. Kim byłby, gdyby nie spotkał na swojej drodze naznaczonego tragicznym losem nauczyciela muzyki, magazyniera na budowie, eks księdza, tajemniczego pana Roberta, nieznajomego z kawiarni? Czy do końca życia byłby już tylko elektrykiem na budowach? A może jego los potoczyłby się jeszcze inaczej? Co zawdzięcza spotkanym ludziom? Nauczycielowi muzyki i magazynierowi miłość do saksofonu, pasję, która później stała się zawodem. Panu Robertowi powrót do miejsca urodzenia. Innym skłonność do metafizycznego namysłu nad światem, zrozumienie, że na to, co człowieka spotyka, można patrzeć z różnej perspektywy, że wszystko ma drugą stronę medalu, że nasz los zahacza o los innego człowieka. Jest więc narrator mężczyzną zwyczajnym-niezwyczajnym. Nie skończył uniwersytetów, nie zdobył muzycznego wykształcenia, ale zyskał pasję i bogactwo doświadczenia. U kresu swoich dni posiadł ową życiową mądrość, której często zazdrościmy wybrańcom. Jest spokojny, pogodzony z losem, swoje przeżył i swoje wie. Przyjmuje z pokorą to, co życie mu przynosi. Mimo że tęskni za muzyką, potrafi ze stoickim spokojem przyjąć wyrok losu. 

A oprócz tego, jak wspominałam, jest tu szereg barwnych lub smutnych historii, galeria postaci często sponiewieranych i doświadczonych przez los, naszkicowanych delikatną kreską, a przecież pełnokrwistych. Wszyscy ci prości, mądrzy albo dziwni ludzie przewinęli się przez życie narratora. Zagościli w nim na chwilę, czasem na dłużej. Dlatego wiemy o nich tylko coś, nigdy wszystko. Jak w życiu.

"Traktat o łuskaniu fasoli" to powieść łącząca w sobie czytelniczą atrakcyjność z mądrością refleksji o człowieku i świecie. Warta nagród, którymi została obsypana.   

Ignacy Karpowicz "Sońka"

Kiedy tylko zaczęto mówić o najnowszej powieści Ignacego Karpowicza "Sońka" (Wydawnictwo Literackie 2014), wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Nie z powodu mego uwielbienia dla autora. Nie czytałam przecież ani "Balladyn i romansów", ani "ości", tym bardziej jego wcześniejszych książek. Mimo że chwalone, nie bardzo mnie interesowały. Inaczej rzecz się ma z wynoszoną pod niebiosa "Sońką". Zafascynował mnie temat, historia. Podobnie było z Karpowiczem. Od swojego wuja, malarza Leona Tarasewicza, usłyszał kiedyś, że w sąsiedniej wsi mieszka kobieta, która w czasie drugiej wojny miała romans z Niemcem. Kto czytał lub słuchał licznych ostatnio wywiadów z pisarzem (wiadomo, promocja ma swoje prawa), ten wie, że ta historia, a właściwie jej przeczucie, zapadła mu w pamięć tak głęboko, że musiał się z nią zmierzyć. Zanim się na to zdecydował, minęło siedem lat, a, o ile dobrze pamiętam, drugie tyle trwała praca nad powieścią, a właściwie jej ociosywanie do obecnych niewielkich rozmiarów. Jak powiedział Karpowicz w jednej z rozmów, "Balladyny i romanse" oraz "ości" przydarzyły mu się w międzyczasie. To wydana niedawno "Sońka" była tą właściwą, istotną powieścią.

Autor nigdy nie poznał prawdziwej historii ani tym bardziej jej bohaterki. Nie miał odwagi dręczyć pytaniami starej kobiety u kresu życia. Inaczej rzecz się ma z bohaterem jego powieści, warszawskim reżyserem i literatem Igorem Grycowskim, który niczym królewicz z baśni przybył na Podlasie do wsi, w której mieszkała Sonia. (Wieś, za dużo powiedziane, cztery chałupy, w tym dwie opuszczone) Jak w najprawdziwszej baśni pojawił się trochę przez przypadek, a jako że to baśń współczesna, przybył nie konno, nie w karocy, a w drogim samochodzie, który zepsuł się akurat na tym końcu świata. Ale może jednak to wcale nie przypadek? Może sprowadził go na przykład Soniny Anioł Stróż, aby mogła mu opowiedzieć swoją historię i wreszcie w spokoju umrzeć? Nie dziw się, czytelniku tej notki, że wspominam o baśni, o królewiczu, o Aniele Stróżu. Otóż to wszystko, i jeszcze więcej, w powieści Karpowicza jest. Historia Soni stylizowana jest na baśń. Nie jeden raz pada fraza dawno, dawno temu, niczym w baśni samotną, starą kobieta opiekują się zwierzęta, którym od czasu do czasu udzielany jest głos. Igor-królewicz zjawił się na pewno po to, aby odczarować Sonię. W miarę opowieści ona młodnieje, on się starzeje. Ją to wyznanie na chwilę budzi do życia, jest jej łabędzim śpiewem, dopełnia je, jemu przydaje doświadczenia, otwiera na nowe doznania, och, jak bardzo zazdrości bohaterom prawdziwej miłości, a wreszcie pozwala wrócić do korzeni. Przestać się wstydzić swojego dzieciństwa, swoich dziadków, zapomnianego języka. No i odrodzić się jako artyście. Jest przecież i drugi królewicz, ten prawdziwy, Niemiec Joachim. Jak przystało na baśń, miłość spada na Sonię i Joachima nagle, niczym grom z jasnego nieba. Ledwo spojrzeli sobie w oczy, już wiedzieli, że są zgubieni. To taka miłość, na którą nie poradzisz, przychodzi i nic z nią zrobić nie możesz. Miłość, która obywa się bez słów (przecież kochankowie nie rozumieją siebie, ona mówi po białorusku, on po niemiecku). Dalej oczywiście nie będzie jak w baśni. Nie będą żyli długo i szczęśliwie. No bo jak niby miałaby być możliwa ich miłość w czasie wojny? Ale życie Soni przed i po Joachimie też baśni nie przypominało. W tamtych czasach los kobiety na podlaskiej wsi był gorszy niż los zwierzęcia. Całkowicie zdominowana przez mężczyzn, zdana na ich łaskę i, częściej, niełaskę, ich służąca, obiekt zaspokajania seksualnych żądz.

Powieść Karpowicza opowiada o życiowych paradoksach i komplikacjach, tragicznych zrządzeniach losu, które zmuszają do niemożliwych wyborów, o bohaterach szczęśliwych przez chwilę i takich, którzy nawet tej odrobiny szczęścia nie zaznali, o draniach i tych szlachetnych, gotowych do poświęceń także w imię uczucia. Jest hymnem na cześć miłości i skargą na historię, która przejeżdża po ludziach jak walec, rujnuje ich życia, miłość czyni niemożliwą i tragiczną, sieje śmierć, nienawiść, upodlenie, sąsiada zwraca przeciwko sąsiadowi. Czy można kochać wroga? Czy można kochać mordercę? Czy można kochać aż tak ślepo? Czy można dla miłości poświęcić wszystko, także życie najbliższych? Czy to na pewno miłość? A może tylko jej złudzenie? Może prawdziwa miłość jest zwyczajna, codzienna, nie tak szalona, ślepa i bezwzględna? Kto nigdy nie zatracił się w podobnym szaleństwie, kto nigdy nie postawił wszystkiego na jedną kartę, kto choć przez chwilę nie myślał o konsekwencjach, dla kogo nigdy nie liczyło się tylko tu i teraz, kto nigdy nie był gotów jak Faust zaprzedać swą duszę, ten pewnie Soni nie zrozumie.

Dlaczego Karpowicz nie opowiedział tej historii wprost, dlaczego przydał jej ramę? Dlaczego na drodze samotnej, wiejskiej kobiety postawił Igora Grycowkiego vel Ignacego Grykę, z którego narrator kpi i ironizuje? Antypatycznego, niespełnionego, modnego warszawskiego artystę, który uosabia, przynajmniej początkowo, wszystko to, co najgorsze i najgłupsze w artystycznym światku? Nie śmiem pytać, ile w nim z autora. Dlaczego obdarzył go swoimi korzeniami, swoim imieniem? To żart tylko, literacka gra, ironia, kpina z siebie czy coś więcej? Czy nie umiemy już opowiadać historii o miłości ot tak po prostu, bo boimy się łatwych wzruszeń? Ale wzruszenie jest wzruszeniem niezależnie od tego, czy wywoła je szmira czy prawdziwe dzieło sztuki. To nie moje słowa, ale książkowego Igora. Jak by nie było, powieść Karpowicza mimo tej ramy, a może dzięki niej, jest naprawdę bardzo dobra. Ascetyczna, miejscami dosadna, ironiczna, miejscami poetycka, wzruszająca i mocna, znienacka wali czytelnika obuchem w łeb, napisana kunsztownym, poetyckim wręcz językiem. Jest trochę jak poemat o tragicznej miłości, o złym losie, o odrodzeniu. Bo opowieść Soni, jak już wspominałam, ma na Igora ozdrowieńczy wpływ. Zmienia go i odradza.

"Jak ojciec i syn"

Koniec wiosny rozpieszcza świetnymi filmowymi premierami. Jeszcze niedawno tak narzekałam na posuchę, a tu nagle tydzień po tygodniu znakomite, mądre tytuły. Po gruzińsko-estońskich "Mandarynkach" całkowita zmiana klimatu. Zupełnie inna tematyka, na dodatek rzadki gość na naszych ekranach, kino japońskie. "Jak ojciec i syn" to historia na pierwszy rzut oka rodem z tabloidu. Dwa małżeństwa dowiadują się nieoczekiwanie, że w szpitalu zamieniono ich dzieci. Chłopcy mają właśnie rozpocząć naukę w szkole. Co robić? Jak poradzić sobie z taką wiadomością i całkowicie nową sytuacją? Co czują rodzice chłopców? A oni sami? Kto ma zdecydować o tym, co dalej? Co ważniejsze: więzy krwi czy spędzone wspólnie siedem lat, zbudowane więzi, miłość? Czy można nagle wyrzucić ze swojego życia jedno dziecko, aby pokochać inne? Na te pytania muszą odpowiedzieć sobie bohaterowie a widz razem z nimi. Film sprawia, że wczuwamy się w sytuację obu rodzin. Dzięki empatii czysto teoretyczny dla większości z nas problem staje się prawdziwy. Nie tylko współczujemy, współodczuwamy, ale także bijemy się z myślami. Podobnie rzecz się miała we wspomnianych przed chwilą "Mandarynkach". Jest jeszcze coś, co łączy oba filmy. To kameralne, psychologiczne dramaty rozgrywane w ciszy, skupieniu, w wolnym tempie (oba trwają około dwóch godzin). Jeśli, czytelniku tej notki, nie lubisz takiego kina, daruj sobie, po co masz się nudzić i przeszkadzać innym widzom (wyzłośliwiam się, bo za sobą miałam takiego delikwenta; dlaczego nie wyszedł?), ale jeżeli niestraszne ci takie filmy, wybierz się koniecznie. Nie pożałujesz. Mądre, subtelne, skromne kino, a przy okazji po prostu wzruszające. A kto film widział, może czytać dalej. Zapraszam.

Wiadomość, która jak grom z jasnego nieba spada na obie rodziny, rujnuje ich dotychczasową szczęśliwą egzystencję. Było to szczęście całkowicie odmiennie rozumiane. Dwa różne światy. Jeden odzwierciedlający moje stereotypowe myślenie o Japonii, o której niewiele w gruncie rzeczy wiem. Oschły, nieokazujący uczuć ojciec całe dnie spędzający w pracy, uczestnik wyścigu szczurów, który nie dopuszcza myśli, że jego jedyny syn mógłby pójść inną drogą. Musi być równie perfekcyjny i dobry jak on. Stąd, bardzo droga zapewne, prywatna szkoła, do której obowiązuje wieloetapowy egzamin traktowany śmiertelnie poważnie przez rodziców i małego Keitę, stąd ćwiczenia na pianinie, których nie można zaniedbać nawet w dniu egzaminu, chociaż emocje i zmęczenie dają o sobie znać. Cicha, spokojna, uległa niepracująca żona. I jednocześnie ciepła, troskliwa matka. Mieszkanie w dobrej dzielnicy tak wyprane z indywidualności, że przypomina hotel. I mały, smutny, nad wiek poważny chłopiec, Keita. I druga rodzina. Z prowincji, z dzielnicy małych, japońskich domków i drobnych biznesów. Wszystko ich dzieli. Zamożność, podejście do życia, sposób wychowywania dzieci, temperament, luzackie, żywiołowe zachowanie, nawet strój. W tym małżeństwie żona jest równoprawną partnerką, chwilami wydaje się nawet bardziej dojrzała i odpowiedzialna. Chociaż jej mąż, który czasami przypomina dużego chłopca, jest mimo pozorów zdecydowanym, silnym i mądrym człowiekiem. Obie kobiety od razu połączy sympatia i porozumienie, mężczyn niekoniecznie. Ojciec Keity traktuje państwa Saiki z wyższością, nieufnie, jest wobec nich nieszczery, bo prowadzi swoją grę.

Wiadomość o zamianie chłopców uruchamia lawinę nie tyle zdarzeń, te toczą się powoli, ile uczuć i rozterek. Co zrobić? I jak to zrobić? Co ważniejsze? Przywiązanie, miłość, wspólna przeszłość czy więzy krwi? Co i jak powiedzieć chłopcom? Jak im wszystko wytłumaczyć? Czy w ogóle trzeba coś zmieniać? Przecież to dzieci, nie psy czy koty (pani Saiki nawet psa czy kota nie potrafiłaby zamienić). Wszystko wydaje się toczyć pod dyktando pana Nonomiya. Podświadomie oskarża żonę, że nie odkryła pomyłki. Przecież matka powinna takie rzeczy czuć. Przecież instynkt macierzyński, przecież matczyne serce! Gdzież one były, kiedy niecna pielęgniarka, chcąc zemścić się na ludziach szczęśliwych (to wytłumaczenie jest jednym z nielicznych minusów filmu; wydaje mi się mocno naciągane), zamieniała dzieci? Odkrycie, że Keita nie jest prawdziwym synem, pozwala panu Nonomiya zrozumieć, albo raczej zracjonalizować, dlaczego chłopiec nie jest tak doskonały, jakby chciał. Przecież to niemożliwe, aby jego syn nie spełniał pokładanych w nim nadziei. Pod wpływem przeżyć i uczuciowej burzy odzywają się wspomnienia z dzieciństwa, traumy, konflikty. Pan Nonomiya jest naprawdę nieszczęśliwy i chociaż tak perfekcyjny, nie umie poradzić sobie z sytuacją, co skrzętnie stara się ukryć. Może i to jest przyczyną dodatkowej frustracji? Na domiar złego zatroskany szef przesuwa go na inne stanowisko, aby miał więcej czasu dla siebie i rodziny, co traktuje jak porażkę.

Dla mnie jednak najbardziej niepojęte w tej tragicznej sytuacji jest to, że najmniej liczą się chłopcy i ich uczucia. Dzieci szybko się przyzwyczają, mówi dyrektor szpitala. Okazuje się, że nie jest to takie proste. Chociaż z nową sytuacją dorośli oswajają ich stopniowo, to w końcu zostaną wymienieni niczym pomylony bagaż. Keicie chyba łatwiej wejść w nową rodzinę. Jest rodzeństwo, o którym marzył, jest ciepło, jest troska, uwaga i mnóstwo czasu, które spędza się wspólnie z dziećmi. Ale przecież i on nie potrafi zapomnieć o domu, w którym spędził siedem lat, i nosi w sobie urazę. O wiele trudniejsza jest sytuacja drugiego chłopca. Żywiołowego, bezpośredniego, nieco niesfornego. Nie potrafi zrozumieć sztywnych reguł panujących w nowym domu. A najgorsze, że wszystko jest nieodwołalne, na zawsze. Dorośli przecięli więzy, zdecydowali za nich. Ale i oni cierpią. Pani Nonomiya mówi, że pokochała swojego prawdziwego synka, ale czuje się, jakby zdradzała Keitę. Nikt nie jest szczęśliwy. Kiedy już się wydaje, że wszystko zaczyna się układać, że wszyscy zaczynają żyć nowym życiem, nagle okazuje się, że nie da się zerwać starych relacji. Wspólna przeszłość, wychowanie, to naprawdę się liczy, nie więzy krwi. Najskrytszym marzeniem małego Saiki jest powrót do dawnego domu. Można nazywać nowych rodziców mamą i tatą, ale prawdziwymi rodzicami i tak pozostaną ci, którzy wychowali.

Wydaje się, że ta historia będzie miała szczęśliwe zakończenie. Dzieci wrócą do swoich domów, może ich rodzina się poszerzy, wszak jest całkiem prawdopodobne, że nadal będą się spotykać. Ale może najważniejsza jest zmiana, jaka zaszła w panu Nonomiya. Ta historia czegoś go nauczyła, wiele uświadomiła. Oczywiście pozostaje pytanie, czy ten eksperyment dokonywany na żywych organizmach pozostawi w dzieciach jakiś ślad. Czy uda się wszystko posklejać? Czy będzie jak dawniej, a może nawet lepiej?

Jeśli pogrzebać głębiej, niektóre rozwiązania tego filmu mogą z perspektywy czasu wydać się zbyt proste, nieco czarno-białe (diametralnie różne rodziny, a szczególnie obaj mężczyźni). Kiedy jednak śledzi się tę kameralną, subtelnie opowiedzianą historię podkreśloną dźwiękami melancholijnej muzyki, zupełnie się o tym nie myśli. Przeżywamy dramat bohaterów razem z nimi. Mądry, piękny, wzruszający film.

I na koniec jeszcze jedna uwaga. Mam wrażenie, że z powodu nieznajomości japońskich realiów coś mogło mi umknąć. Czego oczywiście bardzo żałuję.

Philip Roth "Everyman"

Powrót do Rotha (Philipa). Odkryłam go kilka lat temu, więc mam co nadrabiać, ale to wielka przyjemność. Na półce czeka pięć kolejnych powieści, w tym trzy kupione ostatnio za grosze na w taniej książce. Marzę jeszcze o zdobyciu cyklu zwanego "Trylogią amerykańską", ale już wiem, że to nie będzie łatwe. Nie ma co owijać w bawełnę, w tej chwili Philip Roth to, obok Amosa Oza, mój ulubiony pisarz (no i jeszcze Miljenko Jergowic, jak mogłam go pominąć!). Oczywiście nie wszystkie z sześciu dotąd przeczytanych powieści cenię na równi, ale tylko jedną, "Upokorzenie", uważam za nieudaną. Najlepsze?  "Duch wychodzi", "Wzburzenie" i "Nemezis". Przeczytanego właśnie "Everymana" (Czytelnik 2008; przełożyła Jolanta Kozak) sytuuję zaraz za nimi. Niewielka, skondensowana książeczka, jakby wprawka do wydanej rok później znakomitej, robiącej niesamowite wrażenie powieści "Duch wychodzi". Napisałam wprawka, bo obie lektury łączy temat: mierzenie się ze starością, chorobą i nieuchronnym końcem. Ale o ile "Everyman" skupia się prawie wyłącznie na tych zagadnieniach, o tyle "Duch wychodzi", pozycja znacznie obszerniejsza, wielowątkowa, zajmuje się też innymi tematami. No ale skupmy się na mojej ostatniej lekturze, przecież to o niej mam pisać.

Jak wspomniałam przed chwilą, jedno jest w życiu pewne: śmierć. Może dlatego powieść rozpoczyna się sceną pogrzebu głównego bohatera. Od razu wiemy, że umrze. Kiedy ziemia przykryje trumnę z jego ciałem, kiedy rozejdą się żałobnicy, wśród nich nienawidzący go synowie z pierwszego małżeństwa, druga żona, córka, ukochany, młodszy brat, jedna z kochanek, poznamy zwięzłą historię jego życia, zwykłego człowieka, everymana. Najpierw będzie o szczęśliwym dzieciństwie, którego nie zmącił nawet pobyt w szpitalu i pierwsze ledwo uświadomione zetknięcie ze śmiercią. Potem nastąpią opowieści o trzech żonach, dzieciach, kochankach, błędach, winach, zaniechaniach, oskarżeniach, pracy w agencji reklamowej. Swoisty życiowy bilans, podsumowanie. Żył w zgodzie ze sobą, czyli tak, jak mu było wygodnie, zdaje sobie sprawę z popełnionych błędów, z zaniechań, z tego, że dokonując dość egoistycznych wyborów, krzywdził innych, ale nie rozpamiętuje. Było, minęło, czas łagodzi emocje i uczucia. Dlatego nie rozumie swoich dorosłych już synów, którzy nadal tkwią w dziecięcych pretensjach do ojca dlatego, że porzucił ich matkę. Są dorośli, czas, aby go zrozumieli.

Jednak najważniejszym tematem powieści jest przemijanie, starzenie się, choroba. Ale wbrew pozorom to nie nękające go dość regularnie, skrupulatnie wyliczane, kłopoty zdrowotne czynią jego starość przykrą. Najgorsza jest samotność, poczucie bezsensu i świadomość, że choćby nie wiadomo jak zaklinać rzeczywistość, nie ma powrotu do tego, co było. Cóż z tego, że jemu nadal podobają się młode kobiety, kiedy on dla nich jest tylko żałosnym starcem. Na nic zajęcie się malarstwem  porzuconym niegdyś dla pracy w branży reklamowej, poczucie bezsensu i ciągnącego się, a jednocześnie umykającego czasu, pozostaje. A wokół, gdzie się nie obejrzy, podobni do niego schorowani starzy ludzie robiący dobrą minę do złej gry. Główny bohater, tytułowy everyman, płaci za popełnione w przeszłości błędy, przede wszystkim samotnością, poczuciem wykluczenia, zbędności. Starość w książkach Rotha, tak jest też we wspomnianej przeze mnie powieści "Duch wychodzi" (nawet bardziej), nie jest radosna, beztroska i wesoła. Mimo że zamożna to beznadziejna, bo znękana chorobami i poczuciem przerażającej pustki. I choćby nie wiem jak się chciało, z tej drogi zawrócić nie można. Przeszłość pozostaje tylko wspomnieniem.

"Mandarynki"

Warto wybrać się do kina na skromny estońsko-gruziński film "Mandarynki" Zazy Urushadzego nagrodzony na zeszłorocznym Warszawskim Festiwalu Filmowym (nagroda publiczności i za reżyserię). To piękna i smutna opowieść o wojnie gruzińsko-abchaskiej rozpisana na kilku zaledwie aktorów. W Abchazji, która postanowiła uniezależnić się od Gruzji i ogłosiła się niepodległym państwem, trwa beznadziejna, bratobójcza wojna. Gdzieś w górskiej wiosce zamieszkanej od stu lat przez Estończyków pozostało tylko dwóch mężczyzn. Każdy z nich ma swój powód, aby zostać. Inni mieszkańcy, także rodziny Iva i Margusa, uciekli do Estonii. W tym pięknym, chociaż naznaczonym jakimś smutkiem miejscu, można na chwilę zapomnieć, że tuż obok przebiega front. Ale tylko na chwilę, bo od brutalnej rzeczywistości uciec się nie da. Ten prosty film z całą siłą pokazuje z jednej strony bezsens wojny, z drugiej jej przerażające skutki. Być może komuś wyda się naiwny, mnie uwiódł. Swoją prostotą, urokiem, sympatycznymi bohaterami i smutkiem. Jest w "Mandarynkach" jakieś przedziwne połączenie uroku i przerażenia. To, co widzimy na ekranie, momentami po prostu budzi grozę. A przy okazji nie sposób nie polecić trzeciej części kaukaskiej trylogii Wojciecha Góreckiego zatytułowanej "Abchazja", która opowiada o tej idiotycznej wojnie i jej tragicznych skutkach. Śmierci, wysiedleniach i ucieczkach, a wreszcie zrujnowaniu tego pięknego kraju, który dziś nieco podźwignął się z ruin, ale nadal jest państwem, a właściwie bytem, niezdolnym do samodzielnego istnienia, całkowicie zdanym na łaskę i niełaskę Rosji (Autor znakomicie pokazuje, jak Rosja rozgrywa tu swoje interesy, mając Abchazję za marionetkę w swych rękach). Kto obejrzy film, powinien koniecznie sięgnąć po reportaż Góreckiego. Tyle dygresji, wracam do "Mandarynek". Jeszcze raz namawiam, aby koniecznie wybrać się do kina, a kto już był, niech przeczyta ciąg dalszy. Zapraszam.

Na pierwszy rzut oka można by o wojnie zapomnieć. Piękny, tchnący spokojem krajobraz, dwaj mężczyźni zajęci codziennymi sprawami, jeden zbija skrzynki, drugi pracuje w mandarynkowym sadzie, przytulny, chociaż prosty dom pełen rodzinnych pamiątek, kubek herbaty, kromka chleba, stary, wygodny fotel. Ale zaraz okaże się, że wieś jest wyludniona, bo pozostali mieszkańcy albo uciekli do Estonii, albo walczą, albo zginęli na wojnie. Margus też chce wyjechać, kiedy tylko zbierze mandarynki, bo jakoś trudno je zostawić, zmarnować, przecież tak nie można. Tylko Ivo nie ruszy się stąd na pewno, bo nie chce opuścić grobu syna, który na wojnie stracił życie. Ale to nie jedyny powód. Trudno mu rozstać się z miejscem, w którym się urodził, w którym ma swój dom. Zresztą jego sąsiad też jakoś zwleka z opuszczeniem wioski. Może mandarynki to tylko pretekst? To dlatego nazwałam ten film smutnym. Kiedy patrzyłam na to piękne miejsce, na ten miły dom, na sad pełen dojrzałych mandarynek, doskonale rozumiałam rozdarcie bohaterów. Z jednej strony strach mieszkać w  wyludnionej wiosce narażonej na wizyty żołnierzy, po których nigdy nie wiadomo, czego można się spodziewać, z drugiej żal zostawić rodzinny dom i rodzinną ziemię. Doskonale mogłam sobie wyobrazić rozdzierający smutek pożegnań. Jesteśmy świadkami jednego z nich. Znajomy, a może nawet przyjaciel, lekarz też wyjeżdża. Ile takich rozstań już przeżyli?

A wojna nie pozwala o sobie zapomnieć. Z pozoru życie toczy się spokojnie, ale w najbardziej nieoczekiwanych momentach sielankę przerywają zdarzenia niebezpieczne albo po prostu okrutne. Wizyty żołnierzy, którzy bywają groźni i nieobliczalni, wybuch moździerza, który powoduje pożar domu Margusa, a wreszcie śmierć. To wszystko porusza, przeraża i pewnie tym mocniejsze robi wrażenie, że dzieje się tak nagle. Kiedy już i my, widzowie, i bohaterowie zapomnieliśmy o niebezpieczeństwie, wtedy właśnie dzieje się coś strasznego, ostatecznego, nieodwracalnego i absurdalnego zarazem. A wkrótce potem następuje cisza i życie próbuje wrócić na swoje dotychczasowe tory. Wojna to nieustanny, podskórny strach, nieustanne lawirowanie, aby nikomu się nie narazić, nie stracić życia a jednocześnie pozostać porządnym człowiekiem.

Takimi porządnymi, prostymi, zwyczajnymi ludźmi są Ivo i Margus. Nie wiem, czy łatwiej im zachować bezstronność, bo to nie ich wojna, wszak są Estończykami. Jak by nie było, zachowują się szlachetnie, ratując życie rannych niezależnie od tego, kim są. Po prostu człowiekowi w potrzebie trzeba pomóc, chociaż wymaga to lawirowania i odwagi. Jest w tych mężczyznach, szczególnie w Ivie, życiowa mądrość, spokój i zgoda na los, jakikolwiek by nie był, chociaż robią wszystko, aby tego najgorszego uniknąć. Obaj są też po prostu bardzo sympatyczni. Tacy po bliższym poznaniu okazują się również dwaj uratowani żołnierze, Czeczen Ahmed, który zaciągnął się na wojnę jako płatny najemnik, i Gruzin Nika, jedynak, aktor z Tbilisi. Śmiertelni wrogowie, stojący po przeciwnej stronie barykady, przepełnieni nienawiścią do siebie, wzajemnymi uprzedzeniami, z głową spuchniętą od stereotypów na swój temat. Ich kłótnie są groteskowe, wręcz bawią. Tyle tylko, że oni traktują je bardzo  poważnie, dlatego śmiech więźnie w gardle. Kiedy zmuszeni sytuacją spędzą ze sobą trochę czasu, poznają się lepiej, dostrzegą we wrogu człowieka, a nie głupiego Czeczena i niedojdę Gruzina, to wreszcie pękną bariery i obaj polubią się równie mocno jak wcześniej nienawidzili.

Film Zazy Urushadzego pokazuje prawdy najprostsze. Że wojna jest bezsensem, absurdem, że jest straszna, niesie śmierć, wyrzuca ludzi z domów, wyrywa z normalnego życia, każe zostawić samotną matkę, porzucić aktorstwo i wyruszyć na front, aby zabijać. (Jak absurdalna to wojna świetnie tłumaczy książka Góreckiego, do której pozwolę sobie jeszcze raz się odwołać.) Że wróg to taki sam człowiek jak my, ani gorszy, ani lepszy. Łatwo go zabić, kiedy nic się o nim nie wie, ale gdy odkryjemy w nim człowieka, już nie będzie to takie proste. Być może komuś to wszystko wyda się banalne i naiwne. Według mnie w prostocie przekazu tkwi siła tego skromnego, melancholijnego filmu. Dzięki empatii dla bohaterów, jaką udało się stworzyć reżyserowi i aktorom, niezwykle mocno odczułam grozę i bezsens wojny. Pewnie nie tylko ja, skoro film zdobył nagrodę publiczności na Warszawskim Festiwalu Filmowym.

"Eastern boys"

Wreszcie w kinie. Wiosna jakoś nie rozpieszcza mnie filmowo. Mało interesujących propozycji, a i czas miałam trudny, chociaż na coś wartego uwagi zawsze znajdę ochotę i siłę. Dlatego cieszy każdy wart obejrzenia film. Wybrałam się do kina na "Eastern boys", francuski obraz, który zwyciężył na tegorocznym krakowskim festiwalu Off Plus Kamera, a i w Wenecji zdobył nagrodę w jednej z sekcji. Rzeczywiście bardzo ciekawy film, chociaż na pewno nie dla miłośników kina szybkiej akcji. Opowieść o mieszkających w Paryżu imigrantach z obszaru dawnego Związku Radzieckiego i o Danielu, dobrze sytuowanym przedstawicielu klasy średniej, toczy się w dużej części niespiesznie, momentami może nawet nużyć, bo reżyser nieco ponad miarę przeciąga niektóre sceny, a przy tym opowiadana jest dość ascetycznie. Początek przypomina wręcz dokument. Film rozwija się w sposób bardzo zaskakujący, kilkakrotnie zwodzi widza, robiąc fabularną woltę. Nie jest to kino tylko społeczne, chociaż wątek imigrancki dominuje. Oglądamy też historię pokomplikowanych relacji między dwoma mężczyznami, które ewoluują w dość nieoczekiwany sposób. To, co na ekranie, bywa nieprzyjemne, drażniące, niepokojące. W każdym razie nie pozostawia widza obojętnym. Na pewno ciekawa propozycja. Polecam, a jeśli ktoś widział, może przeczytać ciąg dalszy. Zapraszam.

Jak pisałam we wstępie, film meandruje. Początkowo na pierwszy plan wysuwa się problem społeczny, gdy nagle ważniejsza staje się historia osobista. Ale i ona najpierw pokazywana jest bardziej psychologicznie, a potem nieoczekiwanie przemienia się w kino akcji. Niektórych niezdecydowanie reżysera, w jakim kierunku jego film ma podążać, może razić, mnie nie przeszkadza. To rozdarcie jest chyba zamierzone, o czym świadczyłby podział filmu na cztery rozdziały.

Zacznę od wątku społecznego, który mnie chyba nieco bardziej zainteresował. Piszę społecznego, ale opowieść o imigrantach  potraktowana tu została raczej symbolicznie, metaforycznie. Nie jest to kino interwencyjne, społeczne w dosłownym tego słowa znaczeniu. Reżyser zderza ze sobą bogatą, cywilizowaną Francję, a może Zachód, z barbarią ze Wschodu. Dla Daniela, zamożnego przedstawiciela francuskiej klasy średniej, wszyscy ci eastern boys, chłopcy ze Wschodu, których widuje na dworcu a potem spotyka w swoim mieszkaniu, są jednakowi. Nie odróżnia ich narodowości, imion, nie zna ich historii, nie wie, gdzie i jak żyją, jak sobie radzą. Ale czy my odróżniamy? Czy coś o nich chcemy wiedzieć? W tym sensie są niewidzialni. Można ich bezkarnie wykorzystać. Ale istnieje przecież druga strona medalu. Te ofiary Zachodu, który ich nie chce, i Wschodu, który ich wypluł, potrafią też uprzykrzyć życie. Kradną, co świetnie pokazuje przypominający dokument pierwszy rozdział filmu. Są bezczelni, bezkarni i pewni siebie. Bywają też prawdziwie niebezpieczni, o czym Daniel przekona się dość boleśnie. Chociaż w sprytnie zastawioną pułapkę wpadł na własne życzenie, trudno mu nie współczuć. Trudno też polubić i rozgrzeszyć jego prześladowców, którzy zachowują się wyzywająco, prowokująco i bez żenady na oczach osłupiałego właściciela zabierają z mieszkania wszystko, co cenne a on przygląda się temu biernie. Nie wie, jak się zachować, co też chyba należy traktować metaforycznie. Dopiero później pojawi się refleksja i pytanie o przyczynę. Dlaczego tacy są? Dlaczego w ogóle tu są? Jak można problem rozwiązać? Czy w ogóle można? Kiedy Daniel lepiej pozna Marka, a właściwie Rusłana, dowie się, jaka historia za nim stoi, zrozumie, że i on jest w pułapce, zależny od szefa gangu. Z jednej strony sytuacja zmusza go do takiego życia, z drugiej grupa daje mu oparcie, stanowi namiastkę rodziny. Dzięki tym chłopakom ze Wschodu w obcym świecie może czuć się jak wśród swoich. Innej drogi nie widzi, a może nie chce jej szukać. Tak jest po prostu łatwiej.

Jak pisałam, nie jest to kino społeczne, dlatego o bohaterach wiemy tak naprawdę niewiele. Historia Rusłana to raczej klisza niż pełnokrwista, wzruszająca opowieść. Wojna w Czeczenii, śmierć rodziców, tylko tyle. Rusłanowi się uda. Daniel, który początkowo go wykorzystuje, potem chce dać mu szansę na normalne życie. Ratuje tego jednego chłopaka, ale nie może przecież uratować wszystkich. Ten szlachetny czyn ma jednak drugą stronę medalu. Pomagając mu, pogrąża przy okazji innych. I nie myślę tu o niewzbudzających sympatii członkach gangu, ale o imigrantach z Azji, którzy też wpadają w czasie policyjnej akcji. Przy tej okazji warto zwrócić uwagę, że autorzy filmu pokazują różne oblicza imigracji. Są ci tytułowi chłopcy ze Wschodu, gangsterzy, ale jest też Tajka, która sprząta mieszkanie Daniela. Kiedy spotyka w nim Rusłana, oboje patrzą na siebie wilkiem. I ona też pozostaje anonimowa. Daniel na pewno nic o niej nie wie. Może mieszka w podobnym hotelu? Jest wreszcie czarnoskóra recepcjonistka, pewnie córka imigrantów, już bardziej stąd. Stoi na straży francuskiego porządku.

Równie ważny jest oczywiście wątek osobisty. Relacja Daniela i Rusłana, która zaczyna się tak niefortunnie, a potem daje każdemu z nich szansę, aby stać się kimś lepszym. Daniel, który najpierw traktuje chłopaka jak obiekt seksualny, być może nie pierwszy raz to robi, potem dorasta do roli ojca? opiekuna? Jeśli dobrze przyjrzeć się temu, co dzieje się między nimi, od początku widać, że mężczyzna pragnie czułości, bliższej relacji. Niewiele wiemy o jego życiu. Raczej domyślamy się, że być może ciągnie się za nim jakaś nieszczęśliwa historia osobista, stąd pragnienie bliskości. Ale równie dobrze mogło się ono obudzić dopiero teraz. Może Rusłan wniósł w sterylne, chłodne życie Daniela coś ważnego? Początkowo chłopak jest oschły, po prostu sprzedaje swoje ciało, nawet nie udaje zainteresowania. To, co  dzieje się między nimi,  naprawdę przygnębia. Żałosny seks za pieniądze. To Daniel prosi o coś więcej niż tylko szybki numerek. Z czasem Rusłan zaczyna się zmieniać. Budzą się w nim pragnienia i to on poczuje się odtrącony, kiedy jego sponsor ostudzi relację między nimi. Może nie wierzył, że inny układ jest możliwy?

Pozostaje oczywiście pytanie o psychologiczną prawdę. Czy taka przemiana od seksu do relacji ojciec - syn jest w ogóle możliwa? Nie wiem. Być może na tym polega słabość tego filmu, który nad zawiłościami ludzkiej duszy nie bardzo się pochyla. (Pewnie dlatego zagadką pozostaje przyczyna rozpaczy szefa gangu po stracie Rusłana.) Ale może nie o psychologiczną prawdę tu chodzi? Kiedy Daniel dostrzeże w chłopaku ze Wschodu człowieka, zbudzi się w nim poczucie odpowiedzialności za jego los.

Krzysztof Varga "Czardasz z mangalicą"

Kto czytał "Gulasz z turula" Krzysztofa Vargi, ten z pewnością sięgnie po jego kontynuację, "Czardasza z mangalicą". Tym razem nie czekałam kilku lat, tylko wzięłam się za lekturę od razu. O książce sporo się mówiło, cóż, Varga należy do tych pisarzy, których kolejne dokonania media natychmiast zauważają. Niezorientowanym wyjaśniam, że autor po ojcu ma w żyłach węgierską krew, nazywa siebie nawet pół-Węgrem, a Węgry swoją drugą ojczyzną. Nic dziwnego, że zna je jak własną kieszeń, stąd jego fascynacja tym krajem i narodem, stąd jego dwie książki. Raczej eseje niż reportaże.

Varga jest Węgrami zafascynowany, ale nie jest to miłość łatwa. Dostrzega ich wady i bez ogródek o nich pisze, chociaż ostrze krytyki łagodzi czułością. Kto poznał część pierwszą, nie zdziwi się, kiedy przeczyta w "Czardaszu z mangalicą", że Węgrzy nadal przeżywają żałobę po Trianon i nadal marzą o odzyskaniu straconych wtedy ziem (chociaż całkiem niedawno słyszałam w audycji radiowej innego znawcę przedmiotu, który twierdził, że ta tęsknota za wielkimi Węgrami jest w Polsce wyolbrzymiana; nie mnie rozstrzygać, który z panów ma rację), że lubują się w klęskach jeszcze bardziej niż my, że mitologizują swoją przeszłość, że są narodem smutnym i melancholijnym, że węgierska prowincja jest nudna i może przyprawić o depresję, że płaski krajobraz i pustka jeszcze ten spleen potęgują. Varga obsesyjnie podróżuje po Węgrzech. Jego najnowszy esej czerpie z wędrówek hojnie. Z tych całkiem niedawnych i tych sprzed lat, a nawet takich, które zapamiętał z dzieciństwa. Ale oprócz podróży rzeczywistych odbywa też autor wyprawy w głąb własnej pamięci, wspomnień i fascynacji. Dlatego książka pełna jest mocno rozbudowanych dygresji, które stanowią często osobne, długie fragmenty. Jedno przywołuje pamięć czegoś, coś natychmiast kojarzy się z czymś i tak snuje Varga swą opowieść o drugiej ojczyźnie. Momentami przypomina to podróżną prozę Stasiuka, ale autor "Czardasza z mangalicą " jest jednak bardziej konkretny i nie stroni od zabytków i miejsc odwiedzanych przez turystów. Że styl ma podobny do stylu Pilcha, zauważyłam już dawno, czytając jego felietony. Tu jest podobnie.

O czym więc jeszcze pisze Varga w swoim węgierskim eseju? O puszcie i Nizinie Węgierskiej, które wytrwale przemierza, zaglądając do wiosek czy miasteczek zapomnianych przez turystów, opuszczanych przez mieszkańców. O skrywanych tam tajemnicach (fascynująca historia trucicielek). O pomnikach. Tak, pomniki i inne dzieła architektoniczne opisuje z detalami i z lubością, czasem przesadną. Sporo miejsca poświęca swoim literackim fascynacjom, odkrywając przed czytelnikiem pisarzy z rzadka albo w ogóle w Polsce niewydawanych (na dominację Maraia w naszej ofercie wydawniczej narzeka od dawna, upominając się o innych autorów). Przyznam, że ja te fragmenty czytałam z wielkim zainteresowaniem. Nie omieszkał napisać o fascynacji Budapesztem, szczególnie tym dawnym, przedwojennym, którego śladów szuka. Ale opowiada także o innych miastach, na przykład cały rozdział poświęca Peczowi, w którym spędził jakiś czas. Wiele też miejsca w książce zajmuje kuchnia. Autor przywołuje z pamięci wszystkie zjedzone gulasze, porkoloty i inne węgierskie niezdrowe przysmaki.

I tak snuje się ta opowieść od miejsca do miejsca, od refleksji do refleksji. Najczęściej jest bardzo ciekawa, czyta się jednym tchem, czasem jednak trochę nuży. Może za dużo tych pomników, może za długo wodzi Varga czytelnika po węgierskich bezdrożach. Mimo tego "Czardasza z mangalicą" na pewno warto przeczytać. Jeśli jednak ktoś nie zna jego poprzedniej węgierskiej książki, niech sięgnie najpierw po nią. Jest konkretniejsza i pewnie dlatego stanowi znakomitą podbudowę pod tę, o której pisałam tym razem.

Popularne posty