"Nie ma tego złego". Poruszający film z Danii.

Lubię duńskie kino, staram się nie pomijać, no, chyba że temat jest wyjątkowo nieinteresujący. Tym razem nawet nie sprawdziłam, na co idę. Nadchodzi letni, kinowy sezon ogórkowy, więc trzeba wykorzystać ostatnie sensowne premiery. Dlatego niewiele się zastanawiając, poszłam do kina na "Nie ma tego złego", filmowy debiut Mikkela Munch-Falsa. Po takim wstępie, czytelniku tej notki, być może spodziewasz się, że film był do kitu. A może odwrotnie: Nie zawiodła się, film był znakomity, myślisz sobie. Hmm, a ja, tym razem, jestem nieco rozdarta, uczucia mam mieszane. Akceptuję, ale nie bez zastrzeżeń. Chyba jestem trochę zmęczona tematem. Samotność, duchowe cierpienia i problemy z seksualnością. W dodatku nie jedno popaprane życie, ale aż cztery! Matka i córka, ojciec i syn. Od cierpienia aż gęsto. Ironizuję, a temat jest niezwykle poważny. Każda z opowiedzianych historii osobno robiłaby wielkie wrażenie. Zgromadzone razem tracą nieco na autentyczności. Mimo wszystko film warto zobaczyć. Ale ostrzegam. "Nie ma tego złego" to kino bardzo mocne. Nie, nie chodzi tu wcale o sceny seksu czy przemocy. Tego na ekranie nie zobaczymy. Reżyser za każdym razem zatrzymuje się w ostatniej chwili i nie robi ostatniego kroku, pozostawiając resztę naszej wyobraźni. To opowiadane historie są tak przerażające, że aż kulimy się ze zgrozy, zdumienia czy obrzydzenia. A przecież w swojej istocie są wywiedzione z życia. O podobnych od czasu do czasu rozpisuje się prasa. Tyle tytułem wstępu. Kto już w kinie był i nie wyszedł przed końcem, może przeczytać ciąg dalszy.

We wstępie napisałam, że to film o samotności, cierpieniu i problemach z seksualnością. To oczywiście prawda, ale nie cała. To także opowieść o tym, jakie mroczne, wstydliwe tajemnice skrywają zwyczajni, niczym niewyróżniający się ludzie. Czy ktoś podejrzewałby, że cichy, skromny, przystojny Anders o wyglądzie intelektualisty obnaża się w parkach (i pewnie innych miejscach publicznych) przed kobietami? A Jonas, miły, ładny chłopak jest męską prostytutką? A starsza, nieśmiała, skromna Ingeborg przypominająca szarą myszkę zdecyduje się, zdesperowana, zapłacić Jonasowi za seks? A jej przeżywająca traumę po amputacji piersi córka, Anna, zagra w filmie pornograficznym, którego bohaterem ma być właśnie osoba okaleczona fizycznie? A jednak tak się dzieje i nie są to opowieści wydumane, no może poza rozwinięciem historii Anny. Problem młodej kobiety, która po mastektomii nie może pogodzić się z utratą atrybutu kobiecości jest oczywiście prawdziwy. Mogę również zrozumieć, że zasklepia się w swoim nieszczęściu i odrzuca wszelką pomoc najbliższych jej osób. Nie odbiera telefonów, a jeśli już spotka się z matką, to udaje, że wszystko jest w porządku. Jakoś prawdopodobne, a może raczej nie niemożliwe, wydaje mi się też to, że katuje się filmami pornograficznymi, których bohaterami są ludzie fizycznie okaleczeni. Natomiast jej desperacka decyzja, aby w takim filmie zagrać, już mnie nie przekonuje. Tak bardzo marzy o seksie, że decyduje się na taki krok? Jest tak nieszczęśliwa, że chce straceńczo sięgnąć dna? Boi się i odrzucenia, i bliskości, więc jedyny ratunek widzi w takim przedsięwzięciu? Ten koncept wydał mi się nazbyt wydumany.

Wszystkie pokazane na ekranie historie są przejmujące. Mnie najbardziej poruszyła opowieść o Ingeborg i Andersie. Ich los jest przerażająco smutny. Ona cierpi z powodu samotności. Jednocześnie dotknęły ją trzy nieszczęścia: choroba córki, emerytura i nagła śmierć męża. Ale czy wcześniej na pewno była szczęśliwa? Jej kontakt z mężem wygląda na powierzchowny. Chyba nie mieli sobie wiele do powiedzenia, gdzieś ulotniło się dawne uczucie, nie bardzo potrafią ze sobą  rozmawiać. Może dlatego przejście na emeryturę tak ją przeraża. Jej perspektywa to nuda u boku męża. Ale czy w pracy była doceniana? Pożegnanie połączone z inną firmową uroczystością uświadamia Ingeborg prawdę (a może zawsze o tym wiedziała?). Uśmiech, który nie schodzi z jej twarzy, jest mieszaniną uprzejmości, konwencji i niepewności. Na końcu zostanie sama w pustym, zimnym pokoju. Aby udać, że pożegnanie wypadło wspaniale, do jednego bukietu dokupi sobie kilka kolejnych. Bo czy tak żegna się cenioną pracownicę? A potem jest tylko gorzej. Aż żal patrzeć, jak czeka na telefon, jak czepia się każdej okazji, aby  z kimś  porozmawiać. Desperacko stara się wychodzić z domu: do baru, gdzie pozna Jonasa, do klubu bingo, w którym przesiadują głównie stare kobiety (o tym jak żałosne to miejsce, świadczą idiotyczne nagrody dla zwyciężczyń). Kolejno znosi gorycz porażek. Jonas za seks zażąda pieniędzy, a ona przez moment łudziła się, że chłopak, który mógłby być jej synem, bezinteresownie zwrócił na nią uwagę (aż tak jest zdesperowana i głodna bliskości, że zdecyduje się najpierw na zaproszenie chłopaka do domu, a potem za zapłacenie mu). Mężczyzna, równie samotny jak ona, który się nią zainteresował, nieoczekiwanie umiera. Nieustające pasmo cierpienia i upokorzeń.

Jeszcze tragiczniejsza wydaje mi się historia Andersa. Jest chory: obnaża się przed nieznajomymi kobietami, co rujnuje mu życie. Cierpi, chce to zmienić, leczy się, chodzi do terapeuty, ale efekty są mizerne. Lekarz, też w gruncie rzeczy  bezradny, próbuje różnych metod, ale bez większych rezultatów. Pacjent nadal nie radzi sobie ze swoją seksualnością. Znamienna jest scena, kiedy terapeuta zmęczony własnymi problemami odsłania się przed Andersem. Na pytanie, czy człowiek może się zmienić, odpowiada, że może tylko próbować. Ale samo próbowanie, zmaganie się nie uwalnia od cierpienia. W końcu decyduje się na krok ostateczny: samookaleczenie. Upadły i nieszczęśliwy Anders  doprowadzony do granic wytrzymałości bardzo przypomina mi bohatera "Wstydu" McQueena. Jest równie samotny: w domu i w pracy, zamknięty w ciasnym pokoju wypełnionym po brzegi metalowymi regałami. Co jest przyczyną a co skutkiem? Samotność jest wynikiem choroby czy nieumiejętność nawiązywania kontaktów spowodowała chorobę?

A Jonas? Jego historia jest najbardziej przerażająca i odrażająca, trudna do przyjęcia. To świadomość tego, co robi, sprawia, że film jest tak ciężki w odbiorze, narusza psychiczną wytrzymałość widza. Delikatna uroda tak bardzo kontrastuje z ciemnymi postępkami. Dlaczego sprzedaje się za pieniądze? Czy to bunt spowodowany odkryciem tajemnicy ojca? Jedno mam twórcom filmu za złe: całkowite puszczenie wątku matki chłopaka. Wygląda na to, że kobieta w ogóle nie interesuje się synem. Dlaczego? Przydałoby się jakieś wyjaśnienie. Reżyser, który jest jednocześnie scenarzystą, tak bardzo skupił się na historii czwórki wyrazistych bohaterów, że całkowicie pominął żonę Andersa, która przecież między innymi w trosce o dobro syna wyprowadza się razem z nim z domu. Co zdarzyło się później między tym dwojgiem? Nie wiemy, bo najprawdopodobniej rozbiłoby to misterną koncepcję filmu. Wielokrotnie pisałam, że drażni mnie poświęcanie realizmu w imię artystycznych ambicji. Ale po tej dygresji wracam jeszcze na chwilę do Jonasa. Jego historia ogniskuje w sobie całe zło świata. Chłopak stale spotyka  kogoś, kto bez skrupułów, cynicznie go wykorzysta, folgując swoim chuciom. I za każdym razem są to zwyczajni, niczym niewyróżniający się ludzie. Co z tego, że przygarną, nakarmią, pozwolą zostać, są mili? Robią to w określonym celu. A facet poznany w publicznej toalecie? Najpierw kupi od Jonasa usługę, dopiero potem z troską zapyta, dlaczego to robi. Przecież oni wszyscy mogliby mieć takiego syna. Dlaczego nie pomyślą o tym, zanim go skrzywdzą?

Trudną do zniesienia atmosferę rozbija reżyser ironią. Takie są tytuły kolejnych rozdziałów, na jakie film został podzielony, taki  finał. Nie sposób się nie roześmiać, kiedy zdajemy sobie sprawę, jakie miny zrobią za moment uczestnicy świątecznej kolacji. Tym bardziej, że szykują się do niej jak do towarzyskiego boju. Uroczyste, eleganckie, odświętne stroje mają ich zmienić w kogoś, kim przecież nie są, a kim pewnie chcieliby być. Maskarada tym razem się nie uda, o czym oni jeszcze nie wiedzą, ale widz tak. Czy mimo wszystko może im się udać? Tak bardzo są żałośni, ich cierpienie tak wielkie, że chciałoby się, aby wszystko zakończyło się szczęśliwie. Niech znajdą swoje drugie połowy, dadzą sobie ciepło i bliskość, i cudownie się zmienią pod wpływem siły uczucia. Jednak reżyser decydując się na  ironiczne zakończenie, zdaje się w to wątpić. Daje widzowi pociechę, ale to złudna pociecha. Drugi finał, epilog nawiązujący do prologu, każe zwątpić jeszcze bardziej.

Smutny, przerażający film. Sponiewierał mnie bardzo. Mimo zastrzeżeń, o których wspominałam, wart jest uwagi.

"Minister". Za kulisami polityki.

Wreszcie udało mi się obejrzeć francuskiego "Ministra", film, który przemknął przez ekrany z prędkością błyskawicy i uciekł mi sprzed nosa. Właśnie wrócił na jeden wieczór w ramach przeglądu filmów francuskich. Tym razem dopadłam go mimo licznych przeszkód i osobiście przekonałam się, że bardzo dobre opinie, jakie słyszałam na jego temat, są prawdziwe. Ten film można w pewnym sensie przyrównać do amerykańskiej "Chciwości", która gościła na ekranach chyba zimą (pisałam). Tamten zaglądał do wnętrza finansowej korporacji i odsłaniał kulisy pierwszych godzin finansowego kryzysu dręczącego świat od kilku lat. Ten pokazuje zaplecze współczesnej polityki, jest portretem tytułowego ministra, człowieka bez właściwości. Akcja toczy się we Francji, ale równie dobrze mogłaby zostać umieszczona wszędzie. Niby nic się nie dzieje, polityczna codzienność, ale intrygi sprawiają, że zdarzenia gnają, a film ogląda się z zapartym tchem. Przede wszystkim jednak "Minister" jest portretem tytułowego bohatera, klasy politycznej i tych wszystkich, którzy pozostają w cieniu, a bez których politycy nie istnieją. Demaskuje mechanizmy rządzące współczesną polityką. No, może słowa demaskuje użyłam nieco na wyrost, bo przecież uważny obserwator, czytelnik i słuchacz komentatorów politycznych i socjologów wie, że dzisiaj polityka niestety tak właśnie wygląda. Bardzo gorzki film. Warto obejrzeć. A ciąg dalszy dla tych, którzy już widzieli.

Ten francuski film przede wszystkim pokazuje dwie prawdy o współczesnej polityce. Prawda pierwsza: celem polityka jest władza dla władzy, rządzenie dla rządzenia. Prawda druga: polityk nie istnieje bez sztabu pomagierów, szarych eminencji i bez mediów.

Dla Bertranda, tytułowego ministra, liczy się jedno: utrzymać się na stanowisku, nie dać się wygryźć konkurencji w osobie ministra finansów i zwiększyć swoje wpływy, aby awansować. Wszelkie chwyty dozwolone. Nieważne są idee, nieważne złożone na wizji i na boku obietnice, ważne, żeby nadal być ministrem. Liczą się słupki poparcia wyborców. Czy wiemy, jakie jest naprawdę stanowisko ministra transportu na temat prywatyzacji dworców, wokół której rozgrywa się jedna z politycznych batalii? Czy Bertrand ma w ogóle jakieś zdanie na ten temat? Najpierw jest przeciw, bo to nie spodoba się elektoratowi, potem z kamienną twarzą musi zaprzeczyć wszystkiemu, co deklarował i obiecywał wcześniej, bo zostaje do tego zmuszony. Teraz wraz ze swymi doradcami robi wszystko, aby klęska kosztowała go jak najmniej. Jeszcze lepiej byłoby przekuć ją w zwycięstwo. Jest taka kapitalna scena, kiedy minister udziela wywiadu. Z jego ust płyną same frazesy, ogólniki, nie ma w tym deka treści. Za nic nie może powiedzieć prawdy, musi się wszystkim przypodobać, stąd ta mowa trawa. Aż dziw, że ktokolwiek daje się na to nabrać. Jego zwierzchnicy i konkurenci też nie kierują się dobrem państwa, ideami, brakuje im wielkich wizji, za nic mają dobro wspólne. Są politycznymi graczami, którzy bez przerwy muszą myśleć tylko o jednym: jak utrzymać się przy władzy. Po nas choćby potop. My zrobimy to, co dla nas najwygodniejsze, a z problemem będą się zmagać za kilka lat nasi następcy. Tę cyniczną prawdę wypowiada, pewnie trochę innymi słowami, jeden z członków gabinetu. Polityka to gra, wieczne intrygi, knucie, podchody, zawieranie i zrywanie sojuszy. Tu nie liczą się przyjaźnie. Nawet najbardziej oddanego współpracownika można zwolnić, kiedy nie będzie potrzebny albo kiedy wymagać będzie tego sytuacja. Oni zresztą zdają sobie z tego doskonale sprawę. Póki się da, żyją u boku swego mocodawcy, potem odejdą i znajdą następnego.

Polityk nie istnieje bez sztabu swoich zaufanych doradców i bez mediów. Za Bertrandem stoją przede wszystkim Pauline, odpowiedzialna za jego wizerunek, i Gilles (kierownik gabinetu? doradca?). Bez niego minister transportu nie zrobi żadnego kroku. To on pociąga za wszystkie sznurki, doradza, wytycza plan gry. To przez niego przechodzą wszystkie informacje, także te prywatne. Gilles należy jeszcze do starej klasy polityków i członków administracji państwowej. Wykształcony na najlepszej francuskiej uczelni, sprawny, lojalny, zawsze w cieniu. Nie ma złudzeń, wie, że stara, ideowa polityka należy do przeszłości, jest już chyba zmęczony. Pauline to reprezentantka współczesnego politycznego świata. Odpowiada za wizerunek, doskonale porusza się w świecie mediów, umawia spotkania, wywiady, decyduje, do jakiej stacji warto pójść, co powiedzieć, jaki krawat założyć, jaką minę zrobić. Stale śledzi sondaże. Kiedy minister pojawi się na miejscu katastrofy autobusu, liczy się tylko to, jak wypadnie medialnie. Tragedia jest pretekstem. Pauline o niej nie myśli, ona jest w pracy, a że jej praca to kreowanie szefa, więc tym się zajmuje. Jesteś taki, jakby cię ktoś wymyślił, mniej więcej to powie w pewnym momencie o Bertrandzie jedna z bohaterek, żona jego kierowcy. I właśnie takie jest zadanie Pauline: wymyślanie polityków. Przydać może się wszystko. Nigdy nie wiadomo, co przysłuży się popularności. Czasem decyduje przypadek. Katastrofa samochodu, makabryczna w skutkach, nieoczekiwanie przysparza Bertandowi sympatii wyborców (pewnie litują się nad nim, ofiarą tragedii) i wynosi go w górę. Z ministra transportu awansuje na ministra pracy. Tam miał zwalniać, tu powinien zabiegać o miejsca pracy. Ale czy to ma jakiekolwiek znaczenie? Jego zawód to po prostu sprawowanie władzy.

Polityka odziera człowieka z wszystkiego. Bertrand jest przeraźliwie samotny. Kiedy przypadkowo trafi mu się wolny wieczór, spędzi go w towarzystwie kierowcy i jego żony, których właściwie nie zna, bo nie ma z kim. Nieważne, czy oni sobie tego życzą, czy nie. Życia rodzinnego właściwie nie ma. Żonę widuje tylko rankiem lub późnym wieczorem, córki wcale. Jego osobiste sprawy załatwia zaufany Gilles, on nie ma na to czasu (zresztą Gilles też jest sam, miałam wrażenie, może mylne, że wręcz mieszka w swoim biurze). Bertrand pociesza żonę, że jeszcze tylko półtora roku, do następnych wyborów, ale zapewne złamie obietnicę, bo awansował. Im bardziej się lęka o własną pozycję polityczną, tym bardziej warczy na swoich współpracowników. Jest wobec nich arogancki, niegrzeczny. Ludzką twarz odsłoni, kiedy w wypadku zginie jego nowy kierowca, bezrobotny stażysta. Jest wstrząśnięty widokiem tego, co się rozegrało (trudno nie być, to makabryczne sceny), ale to tylko chwila. Kiedy dojdzie do siebie i wróci do polityki, wszystkie gesty, jakie wykona w związku z tą śmiercią, będą miały medialny charakter. Nie będzie w tym nic osobistego. Czy stać go na to, aby jakoś pomóc wdowie, czy będzie o niej pamiętać?

Bertrand jest nikim, człowiekiem bez wizji, bez charyzmy, z poglądami do wynajęcia (albo raczej to on wynajmuje poglądy od innych), nawet wygląda nijako. Niełatwo zapamiętać jego twarz. Ma jedną namiętność: władzę.

We wstępie wspominałam o "Chciwości". Może tamten film bardziej trzyma w napięciu, ma większą dramaturgię, może jego bohaterowie są jeszcze bardziej cyniczni. Ale "Ministra" na pewno warto obejrzeć. Smutno się robi, kiedy uświadomimy sobie, że świat polityki pokazywany na ekranie jest prawdziwy. Jeden łączy się z drugim: demoniczny świat finansów podporządkował sobie świat miałkich polityków. Słowo mąż stanu odłożono na razie na półkę.

"Najsamotniejsza z planet". Wyprawa do Gruzji.

To kolejny film, który obejrzałam w czasie przedłużonego weekendu. Słyszałam o nim wiele dobrego i tym razem, na szczęście, nie zawiodłam się. Zdaję sobie sprawę, że film rosyjskiej reżyserki, Julii Loktev, albo się akceptuje, albo zupełnie odrzuca. Ja należę do tych, którzy oglądali go z prawdziwym zainteresowaniem. Można powiedzieć, że to film o niczym. Ot, takie podglądanie życia, niby niezwykłego, ale pokazane jak w dokumencie, wcale takie ekscytujące się nie wydaje. Na ekranie śledzimy parę globtroterów podróżujących po Gruzji. On Hiszpan, ona Amerykanka (?). Podglądamy ich w podróżniczej zwykłości. Zabawy z dziećmi gospodarzy, u których nocują, wizyta w miejscowej knajpie, zwyczajne rozmowy, spacery, śmiech, a wreszcie treking w górach. Niby nic się nie dzieje, a jednak film magnetyzuje. Kiedy już wydaje się, że tak będzie do końca, nagle wydarzy się coś nieprzewidzianego (w końcu w czasie włóczęgi należy brać wszystko pod uwagę), co na jakiś czas wytrąci wszystkich z równowagi. Nieoczekiwanie wśród beztroski podróżowania bohaterowie będą musieli zmierzyć się ze swoją siłą lub słabością. Czy sprostają? Tego zdradzić nie mogę. 

Film opowiada też o relacjach między globtroterami a miejscowymi. Alex i Nica chcą zanurzyć się w tym świecie, poznać ludzi, wejść z nimi w bliższy kontakt. Mimo że próbują i pozornie im się to udaje, okaże się, że pewnej granicy nie da się przekroczyć. Zawsze pozostanie jakaś tajemnica, bariera  i niemożność zrozumienia, za które można drogo zapłacić. Poznanie, zrozumienie innego jest iluzją. Tyle mądrzenia się. Nie muszę dodawać, że dodatkową nagrodą dla wytrwałych są piękne zdjęcia dzikich, górskich, gruzińskich krajobrazów.

"Cygan". Smutny film ze Słowacji.

To kolejny film, który obejrzałam w miniony przedłużony weekend. Trochę się wahałam, czy iść, tymczasem to właśnie "Cygan" słowackiego reżysera Martina Sulika poruszył mnie najbardziej. Z całym przekonaniem namawiam, tym bardziej, że łatwo go przeoczyć. Wiadomo, takie filmy nie mają szerokiej dystrybucji i krzykliwej reklamy. A "Cygan" porusza ważny i stosunkowo mało znany (i, trzeba to uczciwie przyznać, niewiele nas obchodzący) problem mieszkających w gettach przypominających slamsy słowackich Romów, fatalnie traktowanych przez Słowaków. Reżyser pokazuje złożoność problemu. Nie ucieka od winy swoich rodaków, ale zwraca równocześnie uwagę na jej przyczyny. Film oczywiście nie jest dokumentem. Oglądamy historię nastoletniego Roma, Adama, mieszkającego właśnie w takiej skleconej byle jak wiosce. To niewesoła opowieść, nawet pokazywane wesele mimo skocznej, romskiej muzyki tchnie raczej smutkiem niż radością. Melancholijny nastrój kreują też szare jesienno-zimowe krajobrazy. "Cygan" Sulika wprowadza widza w inny świat, odległy, nieznany, spychany na margines, a przecież to wszystko dzieje się dosłownie za miedzą. A i u nas, chociaż problem nie jest aż tak bolesny, to przecież istnieje. Zachęcam, a kto już widział, może przeczytać ciąg dalszy.

Pierwsze ujęcia: w kadrze las zielony wiosenną zielenią, a w nim chłopak szaleńczo uciekający przed psem. Po chwili już wiadomo, że widz został wprowadzony w błąd: Adam, bo to on, wcale nie ucieka, pies należy do niego i razem biegną nad rzekę. Ale ta pierwsza scena ma w sobie coś symbolicznego. Adam to tytułowy Cygan tak jak inni jego rodacy zaszczuty przez gadziów. Ale jest ta scena jednocześnie przewrotna. Nie tylko dlatego, że to nie ucieczka. Na ekranie nie zobaczymy już więcej zieleni i radosnej zabawy. Krajobraz szybko zmieni się na jesienny i zimowy, co jeszcze bardziej podkreśli brzydotę otoczenia: szpetną, brudną romską wioskę, brzydkie miasteczko, byle jakie autobusy, kolejową bocznicę. A Adam nigdzie nie będzie uciekał, jest raczej obserwatorem miotającym się między skrajnościami. Kilkakrotnie powtarza się ten sam obraz: stoi nieruchomo, wpatrując się przed siebie wielkimi, czarnymi, nieco zdziwionymi, nieco ciekawymi oczyma.

Adam budzi sympatię. To typ bohatera, któremu się kibicuje. Chciałoby się, żeby mu się udało, ale to nie takie proste. Jest wrażliwy, chętny do pracy, uczciwy, przywiązany do matki i młodszego rodzeństwa, chętnie kontynuowałby  naukę. Może miałby jakąś szansę, gdyby nie śmierć ojca. To on zaszczepił w nim uczciwość i pragnął dla niego lepszego życia. Niestety teraz prawie wszystko sprzysięgło się przeciwko niemu. Julka, dziewczyna, w której się kocha, zostanie sprzedana bogatemu Czechowi, bo w ten sposób będzie mogła pomóc zadłużonej rodzinie. Co może zrobić? Jak ją zatrzymać i uchronić przed ponurym losem, skoro ich rodziny raczej za sobą nie przepadają? Na domiar złego znalazł się w potrzasku, a ściślej we władaniu demonicznego stryja, który ożenił się z jego matką. Żigo, wioskowy mafioso, jest nieczuły, ostry, brutalny, bezwzględny, zieje nienawiścią do gadziów, ale jednocześnie oferuje Adamowi łatwe życie, takie, jakie sam prowadzi. Chłopak ma mu pomagać w złodziejskim procederze. Nie może liczyć na pomoc matki, która jest zależna od męża. Musi opiekować się i nią, i młodszym rodzeństwem. Czuje się odpowiedzialny nawet za niewiele młodszego Mariana, który schodzi na manowce. Jedyną osobą, na którą może liczyć, jest miejscowy ksiądz opiekujący się romską społecznością, szczególnie dziećmi i młodzieżą, bo to ich można jeszcze wyrwać z takiego życia. Ale co on może? Nakłaniać do nauki, pomóc w znalezieniu najpodlejszej pracy, uczyć boksu, namawiać do śpiewania i tańczenia w przykościelnym zespole muzycznym. A co dalej? Przecież cały świat jest przeciwko Romom. Wszędzie spotykają się z wrogością, niechęcią i pogardą. Lekarz lekceważy matkę Adama, która zaczyna rodzić. Pielęgniarki w szpitalu są nieuprzejme i złośliwe. Barman w knajpie swoich romskich klientów też obrzuca pogardliwym spojrzeniem. Autobus nie zatrzyma się na przystanku, bo czekają na nim tylko dwaj romscy chłopcy. Szkolni koledzy Mariana wyśmiewają się z niego i to między innymi dlatego nie chce chodzić do szkoły. Pracodawca oszuka braci Julki. Nawet chłopak z organizacji zajmującej się Romami opowiada rasistowskie dowcipy, nie krępując się obecnością Adama. Uważa, że to tylko żarty, nie liczy się z wrażliwością chłopaka. Ale jest i druga strona medalu. Cyganie kradną, szmuglują, wysyłają swoje dzieci na żebry, sprzedają swoje młode córki dla pieniędzy, nie szanują pracy, przepuszczają to, co zarobią. Co jest przyczyną a co skutkiem? Jak rozplątać ten gordyjski węzeł? Ojciec Adama marzył o innym życiu. Chciał się wyrwać z wioski. Nigdzie nie był u siebie. I tu, i tam czuł się źle. Zawieszony pomiędzy swoją tradycją, kulturą, społecznością, a obcym światem. Aby coś w nim osiągnąć, musiałby się wyrzec swojej romskości.

Samotny, bezbronny Adam miota się pomiędzy demonicznym stryjem, a księdzem. Jedynym wyjściem jest ucieczka. Dokąd? Przecież nie jest rozwiązaniem spanie na zapleczu przykościelnej sali gimnastycznej. A matka i rodzeństwo, do których jest przywiązany? Ratując siebie, zostawia brata, Mariana. Ale czy dla niego jest jakaś szansa? Czy on jej chce? Adam wie, że ma coraz mniej czasu, że będzie mu coraz trudniej. Dlatego najchętniej od razu wyjechałby do szkoły, w której naukę oferuje mu dziewczyna z pozarządowej organizacji. Jest drugą życzliwą mu osobą. Niestety nie zdążył. Demon go pokonał. Śmiertelny cios zadany stryjowi prawdopodobnie, przynajmniej na jakiś czas, odbierze mu szansę na inne życie.

I na koniec muszę wspomnieć o oczywistym. Film jawnie nawiązuje do "Hamleta". Stryj, który zabił ojca i ożenił się z matką. Duch ojca wyjawiający tajemnicę. Syn, który chce go pomścić. Jakoś ta warstwa filmu najmniej do mnie przemawia. Jest, ale równie dobrze mogłoby jej nie być. To, co poruszające i interesujące, to historia Adama i skomplikowane stosunki pomiędzy Romami a Słowakami.

Film smutny, ale czy szczęśliwe zakończenie byłoby tu jakkolwiek prawdopodobne?

"Łowcy głów" w kinie. Rozczarowanie!

Cztery wolne dni właśnie niestety się skończyły, a ja wykorzystałam je między innymi na nadrabianie kinowych zaległości. Wybrałam się na "Łowców głów", szeroko reklamowaną ekranizację skandynawskiego kryminału Jo Nesbo. Nie czytałam żadnej jego książki, dlatego nie wiem, czy można wierzyć zapewnieniom, że to kontynuator Stiega Larssona (a może nawet od niego lepszy). Nawet jednak gdybym znała powieść, nie miałabym do czego porównać, bo jakoś dotąd nie przeczytałam "Millenium". Ale ponieważ widziałam europejską ekranizację pierwszej części, mogę zestawić oba filmy. Być może właśnie dlatego wyszłam z kina rozczarowana. Spodziewałam się czegoś równie mrocznego, mocno trzymającego w napięciu. Tymczasem już pierwsze sceny nie przypominają ponurych, skandynawskich kryminałów. Skojarzyły mi się raczej z lekką i sympatyczną "Aferą Thomasa Crowna". Kto widział, wie, że to zupełnie inna bajka. Ten ironiczny, miły początek mogłabym jeszcze wybaczyć, niestety potem film skręca w stronę groteski. Zamiast zaciskać pięści ze zdenerwowania, oblewać się zimnym potem, drżeć ze strachu, miałam ochotę wybuchnąć śmiechem. Jeśli, czytelniku tej notki, byłeś już w kinie, pewnie wiesz, które sceny mogą powodować wesołość. Obawiam się jednak, że nie takiego efektu oczekiwał reżyser. A może się mylę? Przecież Morten Tyldum jest autorem "Kumpli". Ale na tym nie koniec zarzutów. Intryga wydała mi się niezbyt przekonująca, psychologiczny portret (raczej portrecik) głównego bohatera mocno naciągany i łzawy, a zakończenie rozczarowało mnie zupełnie stopniem nieprawdopodobieństwa.

Nie wiem, czy to wina filmu, czy książki i nie zamierzam tego sprawdzać. Bardziej prawdopodobne, że kiedyś w końcu sięgnę po trylogię Larssona. Gdybym wiedziała, co mnie czeka w kinie, raczej bym sobie darowała.

Ida Fink "Podróż", "Wiosna 1941"

             Po Grossmanie powinnam odetchnąć, ale czasem lubię podtrzymać lekturowy klimat, dlatego od razu sięgnęłam po czekającą na półce "Podróż" Idy Fink (W.A.B. 2012). Książka zaskoczyła mnie tak bardzo (dlaczego, o tym za chwilę), że natychmiast postanowiłam skonfrontować ją ze zbiorkiem opowiadań "Wiosna 1941" (W.A.B. 2011). Jak często w tych notkach zacznę od kilku słów o autorce, która ostatnio przeżywa wydawniczy renesans (jej książki po raz pierwszy wyszły w Polsce  kilkanaście lat temu). Nie ukrywam, że i ja sięgnęłam po nie dzięki temu, że w księgarniach ukazały się właśnie wznowienia. Wcześniej właściwie znałam tylko nazwisko pisarki. Ida Fink urodziła się w w roku 1921 w Zbarażu, w czasie wojny podzieliła los innych Żydów i trafiła do getta, skąd udało jej się uciec i przetrwać na aryjskich papierach. W latach pięćdziesiątych wyemigrowała do Izraela, gdzie zmarła w ubiegłym roku. Pamiętam informację o jej śmierci, bo już wtedy myślałam, aby sięgnąć po wydany właśnie zbiór jej opowiadań. Znana jest przede wszystkim jako autorka przejmujących opowiadań o Holokauście. A w tym roku jedno z nich, "Zabawa w klucz", znajdujące się w przeczytanym przeze mnie zbiorku, trafiło na maturę z polskiego. Sama nie wiem: dobrze to czy źle? Kiedy guglowałam, aby dowiedzieć się trochę więcej o pisarce, przede wszystkim wyskakiwały linki do stron informujących o maturalnej karierze jej opowiadania. Może to przysporzy tej prozie czytelników? A naprawdę warto czytać Idę Fink! Ja na pewno sięgnę jeszcze po inne zbiory jej krótkich form. A teraz do rzeczy.

Wspomniałam, że "Podróż" mnie zaskoczyła. Już wyjaśniam dlaczego. Od znajomego czytelnika usłyszałam o wydanym w ubiegłym roku zbiorze "Wiosna 1941", że jest świetny, ale opowiada historie straszne. Nic dziwnego, skoro Ida Fink, naznaczona swoim doświadczeniem, zajmowała się tylko tematyką Holokaustu. Leżała więc sobie "Podróż" na półce, bo, mimo że bardzo chciałam, bałam się do niej zajrzeć. Tymczasem teraz nie waham się nazwać tej książki optymistyczną. Celowo napisałam kursywą, bo jednak jest to słowo zastępcze, z braku innego, które jakoś nie przychodzi mi do głowy. Bo "Podróż" czyta się jednym tchem. W pewnym sensie jest jak książki sensacyjne: nie sposób się od niej oderwać, tak bardzo chce się wiedzieć, co się stanie dalej. Losy dwóch sióstr: starszej, dwudziestokilkuletniej Katarzyny, i młodszej, Elżbiety, są tyleż frapujące, co nieprawdopodobne, a jednak wywiedzione z doświadczenia. Trudno mi powiedzieć, jak dużo jest tu opowieści o prawdziwej Idzie Fink, która razem z młodszą siostrą uciekła z getta w Zbarażu i ukrywała się do końca wojny. Czasami miałam wrażenie, że ta książka to wspomnienie udrapowane w piękną, literacką formę. Narratorka snuje swoją historię z perspektywy lat, od czasu do czasu zapowiadając przyszłe zdarzenia, zmieniając od czasu do czasu narrację z pierwszo na trzecioosobową. Wiemy na przykład, że nigdy nie uda jej się podziękować komendantowi obozu, w którym mieszkają Polki pracujące w niemieckiej fabryce, za to, że pozwolił uciec. Wiemy, że nigdy nie dowie się, co stało się z przyjaciółką, z którą się rozłączyły. I on, i ona zginą później w bombardowaniu miasta. Wiemy też, jaki będzie finał podróży-ucieczki obu sióstr. Książka ilustrowana jest kilkoma czarno-białymi fotografiami autorki. Na jednym Ida Fink z siostrą i ojcem, na innym z siostrą tuż po wojnie, na kolejnych z małą córeczką, sama, pięćdziesięciokilkuletnia, a na każdym promiennie uśmiechnięta. To wszystko sprawia, że chociaż opowiadana historia jest świadectwem czasów najciemniejszych, bije z niej jakiś optymizm. Jednak żyję i potrafię się śmiać; pamiętam, ale jestem; spotkałam na swojej drodze wielu ludzi podłych, ale może jeszcze więcej zwyczajnie porządnych, dzięki nim przetrwałam i mogę dać świadectwo, zdaje się mówić swoją książką Ida Fink.

Co utkwiło mi w pamięci po lekturze?

Najbardziej chyba siostrzana więź. Katarzyna cały czas opiekuje się młodszą o kilka lat siostrą, drży o nią, w żadnej chwili nie wyobraża sobie, że mogłaby ją porzucić. A co najmniej dwukrotnie staje przed  tragicznym wyborem: zostawić Elżbietę i ratować siebie czy zostać z nią, ryzykując życie obu. Nie waha się ani przez moment. Prawdopodobnie byłoby jej łatwiej uciekać samodzielnie (Katarzyna ma dobry wygląd, Elżbieta zły, jest brunetką), poza tym to na niej, starszej, spoczywa ciężar podejmowania decyzji, z których większość jest dosłownie na wagę życia. Z drugiej jednak strony siostra jest oparciem. Iść razem jest trudniej, ale i łatwiej, bo samotność podwójną znieść mimo wszystko łatwiej niż pojedynczą. Katarzyna i jej siostra są jak dwie drobinki piasku rzucone gdzieś w brutalny świat, zdane na łaskę i niełaskę ludzi albo na szczęśliwy traf. Tylko w drobnej części są paniami swojego losu, reszta nie zależy od nich.

Kolejna drzazga (to subtelna aluzja do jednego z opowiadań autorki) w mej czytelniczej pamięci to mozół i trud ucieczki. Zmęczenie do granic wytrzymałości, głód i pragnienie, błądzenie, strach, samotność we dwoje, czasem we troje, brud, zimno, spanie gdzieś pod drzewem, w deszczu, potargane ubrania. I pytania: co robić? dokąd dalej? czy znowu się uda? A wokół toczy się wojenne, ale w miarę normalne życie (bohaterki, aby się ratować, zaopatrzone w fałszywe papiery, dobrowolnie zgłaszają się na roboty do Rzeszy, więc przede wszystkim podróżują właśnie po  tamtych terenach): ludzie siedzą w kawiarniach, spacerują nad rzeką, bawią się, na wsi jest pięknie, rolnicy pracują na polu i w gospodarstwie, prawie jak zwykle, przecież krowy trzeba wydoić, zboże skosić. Siostrom też czasami udaje się w miarę normalnie żyć. Harują ciężko, ale w niedzielę jest wolne. Można spotkać się z innymi towarzyszami niedoli, miło spędzić popołudnie i wieczór, dostać przepustkę na wyjazd do sąsiedniej wsi czy miasteczka, kupić sobie elegancki kapelusz. Na tym polega paradoks tych czasów.

I jeszcze jedno. Ludzie. Szlachetni i odważni, którzy są gotowi pomóc bezinteresownie, narażając swoje życie. Zwyczajni, którzy nie pomagają, ale też nie zaszkodzą, nie doniosą, przymkną oko, udadzą, że nie widzą i nie wiedzą. Źli, którzy wykorzystają nieszczęście, chcąc się przy okazji dorobić. Albo jeszcze gorsi, gotowi natychmiast wydać, uwięzić i zabić. Gospodarze, u których pracują, surowi, wymagający, ale i życzliwi, chociaż to życzliwość nienarzucająca się, trudno może byłoby ją nazwać serdecznością. I wreszcie Polki pracujące w tej samej fabryce i skoszarowane w tym samym obozie. Są pomiędzy nimi antysemitki, które, kiedy tylko odkryją, że wśród nich jest kilka Żydówek ukrywających swoją tożsamość dzięki fałszywym papierom, zaczynają dokuczać, wyśmiewać, stosować ostracyzm, a wreszcie któraś doniesie. Ale potem przestraszą się konsekwencji tego, co zrobiły. Oczywiście nie wszystkie są takie.

No i wreszcie sprawa tożsamości. Obie siostry kilkakrotnie muszą stać się kimś innym. Zaczyna się, kiedy postanawiają uciec z getta i dostają fałszywe papiery. To wtedy stają się Katarzyną i Elżbietą. Potem jeszcze dwukrotnie wymyślą siebie na nowo. Zmieniane za każdym razem imiona, nazwiska i życiorysy są symbolem tych przemian. Za każdą taką zmianą musi iść jednak coś więcej. Trzeba udawać, wejść w rolę. Jeśli jest się akurat chłopką, nie można przyznać się do świetnej znajomości niemieckiego, do tego, że się zna i kocha muzykę, trzeba  mówić inaczej i zachowywać się inaczej. Swoją rolę należy odegrać perfekcyjnie, od tego zależy życie.

Połączenie sensacyjnej fabuły i owego optymizmu tak bardzo mnie zaskoczyło, że natychmiast postanowiłam skonfrontować "Podróż" ze zbiorkiem opowiadań "Wiosna 1941", mimo że ja, miłośniczka cegieł, rzadko sięgam po krótkie formy. To zupełnie inna lektura! Tu zaskoczenia nie było. Autorka roztacza przed czytelnikiem całe spektrum żydowskich losów czasu Holokaustu. Niektóre z opowiadań pisane są w pierwszej osobie, w innych narrator jest trzecioosobowy. W kilku znowu można dopatrzeć się echa przeżyć samej autorki, autobiograficznych wątków. Czasem pojawiają się nawet te same osoby co w "Podróży". Na przykład pani Kasińska, która załatwia obu siostrom fałszywe papiery, albo ojciec, lekarz. Inne opowiadają historie ludzi, których być może autorka znała. Ale równie dobrze mogła skonstruować ich losy, czerpiąc tylko ze swoich i cudzych doświadczeń, tworząc na podstawie różnych biografii uniwersalny los żydowski. Nie wszystkie historie kończą się tragicznie, ale we wszystkich jest strach, cierpienie, pytanie, jak przetrwać albo jak zachować godność. Czasem narrator zwięźle i z porażającym chłodem informuje, że bohaterowi opowiadania wprawdzie teraz się udało, ale później zginął. Nie zawsze jesteśmy świadkami tej śmierci. Są tu wszystkie okropności, które znamy z literatury, filmu, historii. Cały wachlarz żydowskiego nieszczęścia, skondensowany i opisany w słowach prostych, celnych, pięknych, bez epatowania emocjami. Można by powiedzieć w krótkich żołnierskich słowach, gdyby ta fraza nie kojarzyła się także z prymitywną przaśnością. Bo język i styl Idy Fink są niezwykłe, odróżniają jej prozę, czynią ją niepowtarzalną. Proste, poetyckie, ironiczne, czasem konkretne a czasem zadumane i niedopowiedziane. Trzeba przeczytać, aby wiedzieć, w czym rzecz. I właśnie ten charakterystyczny dla autorki język łączy "Podróż" i opowiadania.

Naprawdę koniecznie trzeba poznać książki Idy Fink. To proza, która pozostaje w pamięci. A tym, którzy się boją tej tematyki, chcę podpowiedzieć, że opowiadania, chociaż tragiczne, są króciutkie, więc można je sobie dozować w pojedynczych dawkach. "Podróż" natomiast, jak wspominałam, czyta się jak powieść sensacyjną, co jej niczego nie ujmuje. Może to zachęci do sięgnięcia po obie pozycje. Lektura, nie bójmy się tego słowa, obowiązkowa. Warto wyłowić ją z morza innych też obowiązkowych.

P.S. Już po napisaniu tej notki wyguglowałam wywiad, jaki przeprowadziła z Idą Fink Justyna Sobolewska w roku 2003. Moje podejrzenia się sprawdziły. To proza, której źródłem były wojenne doświadczenia pisarki. Autorka stwierdziła, że "Podróż" nie jest powieścią. Nazwała ją fikcją autobiograficzną.


Wasilij Grossman "Życie i los"

O Grossmanie od czasu do czasu coś tam obijało mi się o uszy: że wybitny, wielki, jednym słowem koniecznie powinno się przeczytać, ale jakoś pozostawałam na jego książki obojętna. Może dlatego, że o wojnie? Aż nagle dojrzałam do lektury i postanowiłam przeczytać. Wypadło na "Życie i los" (W.A.B. 2011; przełożył Jerzy Czech), bo drugiej ("Wszystko płynie") akurat nie było w księgarni. Lekko się przeraziłam, gdy wzięłam do ręki tom nabrzmiały od ponad ośmiuset stron. Aż tyle o wojnie, jęknęłam w duchu. Cóż było robić, kosztował niemało, więc nie mogłam zdezerterować. I słusznie. To powieść, nie boję się tego powiedzieć, rzeczywiście wielka, wspaniała, wybitna, po prostu kawał LITERATURY! Teraz już wiem, że i tę drugą koniecznie muszę zdobyć i przeczytać.

Na początek kilka słów o autorze, bo kiedy wspominałam, co aktualnie czytam, nikt jakoś Grossmana nie kojarzył. Rosyjski pisarz "o żydowskich korzeniach" (cytuję z okładki), urodzony na początku zeszłego wieku na Ukrainie, zmarł w roku 1964. Autor opowiadań i kilku powieści. Obie wspomniane przeze mnie miały swoją premierę na Zachodzie, w Związku Radzieckim ukazały się dopiero w roku 1989, w Polsce wydano je początkowo w drugim obiegu. "Życie i los" historię miało dramatyczną: skonfiskowano maszynopis, na szczęście jeden udało się ocalić i przemycić na Zachód, gdzie został opublikowany już po śmierci pisarza.

Akcja tej monumentalnej powieści rozgrywa się w czasie kilku  miesięcy, które zadecydowały o losach drugiej wojny, a tym samym świata. Chodzi oczywiście o Stalingrad. Zwycięstwo Armii Czerwonej nad wojskiem hitlerowskich Niemiec odwróciło losy wojny. Ale ten szczęśliwy przełom okupiony ogromną ilością ofiar  i całkowitym unicestwieniem miasta, pozwolił potem Stalinowi dyktować warunki jego zachodnim sojusznikom. Co to oznaczało dla naszego zakątka Europy, wiadomo, co dla Rosjan też. Ale nie o przyszłości jest ta powieść, chociaż narrator od czasu do czasu do przodu wybiega, zapowiadając to, co się stanie. Bohaterami książki są członkowie inteligenckiej rodziny Szaposznikowów i ludzie jakoś z nimi związani. Ale przez karty powieści przewija się mnóstwo innych postaci, czasem też historycznych. Nie należy zniechęcać się, jeśli początkowo ten literacki tłumek myli się i miesza. Z czasem wszystko ułoży się, splecie w jedną całość, a my z zapartym tchem będziemy śledzić losy tych ludzi. Wojna rzuciła bohaterów w różne miejsca. Ktoś ukrywa się w ruinach obleganego Stalingradu, ktoś tam walczy, stawiając beznadziejny opór w słynnym oblężonym domu, ktoś dowodzi kompanią czołgów, ktoś jest pilotem, ktoś oficerem politycznym. Ale nie tylko na froncie i na jego tyłach rozgrywa się akcja powieści. Także w Kazaniu, gdzie z Moskwy ewakuowano wiele instytucji. W Kujbyszewie, gdzie mieszka w wynajmowanej klitce jedna z sióstr. Na kałmuckich stepach, w getcie jakiegoś ukraińskiego miasteczka, w obozie jenieckim, w łagrze na dalekiej Syberii i wreszcie na Łubiance, stalinowskim więzieniu. Chociaż wydaje się to niemożliwe i nieprawdopodobne, to jednak we wszystkich tych ciemnych, strasznych miejscach toczy się życie. Czy to schron, czy piwnica w oblężonym mieście, czy otoczony dom, w którym broni się rosyjski oddział, czy obozowy barak wszędzie ludzie próbują żyć. Toczą się rozmowy, uprawia się seks, kocha się kogoś, za kimś tęskni, na kogoś czeka, gotuje, je, pije, żartuje, śpiewa, dyskutuje i kłóci. I tylko czasami w tę wojenną zwyczajność wtargnie z nagła coś okrutnego: jakaś egzekucja, czyjaś śmierć. Jak iskra, jak grzmot, który zaraz ucichnie. I chociaż trwa to zwykle chwilę a bohaterowie, szczególnie ci na froncie i ci w obozach, wydają się być znieczuleni na wojenne zło, nie mogą wypędzić spod powiek niechcianych koszmarów. A wraz z nimi obuchem po głowie dostaje czytelnik. Nie ma co ukrywać: jest w tej powieści wiele szarpiących trzewia scen. Szczególnie mocne i przejmujące są te opowiadające o losach Żydów zamkniętych w gettach ukraińskich miast, schwytanych na obrzeżach Stalingradu. Poznajemy historię kilkorga z nich. Jadą jednym z transportów do obozu. Mnie najbardziej poruszyła opowieść o Dawidzie, chłopcu wysłanym przez matkę z Moskwy do babci na Ukrainie. Wydawało się, że tam będzie bezpieczniej. Do czasu. Towarzyszymy mu i innym do tragicznego końca. Trudno zapomnieć poetycko-realistyczny obraz ich śmierci w komorze gazowej. Równie okrutne i bolesne są sceny przesłuchań na Łubiance, a jeszcze mocniejsze obrazy pędzonych do niewoli niemieckich jeńców wojennych. W łachmanach, owinięci czym popadnie, często bosi, głodni i zmarznięci niedawni triumfatorzy wędrują czwórkami na Sybir. Wielu nie dotrze. Grossman z całą bezwzględnością pokazuje okrucieństwo wojny, pochylając się z litością nad każdym. I nad rosyjskim żołnierzem, i nad niemieckim. Każdy z nich miał jakieś swoje przedwojenne, zwyczajne życie. Ktoś kochał literaturę i muzykę, ktoś był inżynierem, ktoś studentem, a ktoś robotnikiem. Wojna ich zrównała, zapędziła do ziemianek, schronów i okopów. Jednych zaraziła nienawiścią, innych nie pozbawiła ludzkich odruchów. Ktoś, nawet w chaosie wojny, ocali w sobie człowieczeństwo i zamiast mścić się na na wrogu, podaruje mu kromkę chleba, nie bardzo wiedząc dlaczego, inny nie dostrzeże w nim człowieka i kopnie jak psa, zabijając.

Równie przejmujący jest obraz zrównanego z ziemią, oswobodzonego Stalingradu. Aż trudno uwierzyć, że jeszcze parę miesięcy wcześniej toczyło się tu normalne życie. Jeszcze trudniej, że kiedyś to miasto, jak wiele innych, zmartwychwstanie. Kiedy razem z jedną z bohaterek wędrujemy po morzu gruzów, kiedy razem z nią szukamy jej domu, sklepów, w których robiła zakupy, teatru, kawiarni, do której chodziła, jesteśmy przerażeni i bezradni.

Ale życie bohaterów zrujnowała nie tylko wojna. Przetoczył się po nich także walec komunizmu. Wśród postaci przewijających się przez karty powieści nie ma zajadłych wrogów systemu. Przeciwnie, jest pomiędzy nimi wielu ideowych komunistów, którzy swoje przekonania wykuwali jeszcze w czasach Lenina. Długo ufali Stalinowi, popierali kolektywizację wsi, wierzyli, że oskarżani i skazywani w czystkach 1937 roku byli winni. Teraz, w czasie wojny wielu z nich zostanie wystawionych na próbę. W wielu zacznie się budzić świadomość niesprawiedliwości i okrucieństwa systemu. Ta powieść pokazuje z jednej strony nieprawości stalinizmu: fałszywe oskarżenia, sfingowane procesy, donosicielstwo, strach, nieufność, łamanie ludzi, zsyłki do łagrów, rodzący się antysemityzm i niechęć do innych narodów niż rosyjski, z drugiej kształtowanie się pod wpływem wojny rosyjskiej świadomości narodowej i ustroju narodowo-państwowego. To wtedy powstał mit wojny ojczyźnianej, mit wielkiego narodu rosyjskiego, który oswobodził Europę, mit żywy do dziś. Losy jednostek splatają się z losem narodu. Jedna z bohaterek przypomina sobie wszystkie nieszczęścia, które dotykając narodu, nie oszczędziły jej rodziny:

"Epoka powszechnej kolektywizacji, rok trzydziesty siódmy, los kobiet, które trafiły do obozów jako żony represjonowanych, los ich dzieci, które zabrano do domów dziecka... Postępowanie Niemców z jeńcami, wojenne nieszczęścia i porażki, wszystko to dręczyło ją, pozbawiało spokoju tak samo, jak nieszczęścia we własnej rodzinie."

Powieść Grossmana nie byłaby zapewne tak interesująca i wstrząsająca, nie dotykałaby tak mocno prawdy o ludzkim życiu i losie, gdyby nie historie bohaterów. Im dalej, tym lepiej ich poznajemy, tym mocniej przeżywamy ich losy, które coraz bardziej się komplikują. Dylematy moralne, życiowe wybory najwyższej wagi, poświęcenie, cierpienie, strata, miłość, także ta niechciana, bo nielegalna niosąca duchowe męki, małość i wielkość człowieka. To wszystko brzmi górnolotnie i ogólnikowo, ale rozpisane na konkretne ludzkie historie porusza. Pokazuje to, co stanowi sedno naszego życia. Cały jego tragizm i ulotne piękno.


Mark Slouka "Widzialny świat"

Książka amerykańskiego pisarza, prawdopodobnie syna czeskich emigrantów, Marka Slouki, "Widzialny świat" (Czarne 2010; przełożył Sebastian Musielak) trochę się na mojej półce przeleżała. Dziś już nawet nie pamiętam, dlaczego ją kupiłam. Pewnie coś na jej temat usłyszałam. A kiedy wreszcie ostatnio po nią sięgnęłam w ramach wdrożonego niedawno planu wyciągania z półki nie tylko tego, co nowe, ale i najstarszych zasobów, połknęłam ją w ciągu kilku dni (muszę przyznać, że nie jest to tom opasły, ale też i nie całkiem mizerny). Ta powieść po prostu mnie ujęła. Nie jest oczywiście arcydziełem, nie może się równać z takimi "Przypadkami inżyniera ludzkich dusz" Skvoreckiego, ale przecież nie samymi arcydziełami czytelnik żyje. A porównanie ze Skvoreckim nie jest zupełnie przypadkowe. Bohaterowie obu książek to czescy emigranci albo potomkowie takich (podobnie jak pisarze). Obaj snują swoją opowieść na dwóch planach czasowych: współczesnym i wojennym. Zdarzenia współczesne rozgrywają się w Ameryce (odpowiednio w Stanach i Kanadzie), a minione w Czechosłowacji okresu wojny (u Skvoreckiego także później). Na tym podobieństwa się kończą. Powieść Skvoreckiego jest oczywiście znacznie bogatsza pod każdym względem, także językowym, co genialnie oddał tłumacz Andrzej Jagodziński. Nie ma co owijać w bawełnę: jest to po prostu książka wybitna i każdy miłośnik literatury poważnej powinien się z nią zmierzyć. I niech nikogo nie odstrasza jej rozmiar: po zakończeniu lektury popadłam niemal w rozpacz, że to już, że muszę rozstać się z bohaterami, że muszę opuścić świat wykreowany przez autora. A przydarzyło się to nie tylko mnie. No ale nie o Skvoreckim mam dzisiaj pisać (zainteresowanych odsyłam do mojej notki). Przejdę zatem do "Widzialnego świata".

Narrator wspomina dzieciństwo i młodość spędzone w domu swoich rodziców, czeskich emigrantów. Przeszłość przefiltrowana jest przez pamięć dziecka. Chaotycznie wracają do niego obrazy, a to przyjaciół rodziców, którzy bywali w ich mieszkaniu, a to zdarzeń, których znaczenie pojął dopiero po latach. Za znajomymi ciągną się ich historie, czasem śmieszne, czasem smutne czy tragiczne. Każdy ma jakieś korzenie w wojennej Czechosłowacji. Każdy wydaje się w jakiś sposób niezwykły, przynajmniej w oczach dziecka, a czy tak jest naprawdę, nigdy się już nie dowiemy, większość z nich nie żyje. Czy historie zapamiętane przez narratora wydarzyły się naprawdę? Trudno stwierdzić, czasem po latach  przez przypadek poznawał zupełnie inną wersję zdarzeń, często niestety mniej przyjemną. Która jest prawdziwa?

Pierwsza część powieści ma urok świata widzianego oczyma dziecka. To rozmowy podsłuchiwane z dziecięcego pokoju przez szparę w drzwiach. To krótkie spotkania z barwnymi znajomymi rodziców, którzy na chwilę wpadali do pokoju synka gospodarzy. To wspomnienia wakacji spędzanych w domku nad jeziorem. Wszystko ma urok dzieciństwa, dziecięcych wspomnień. Ale nad tym z pozoru szczęśliwym okresem unosi się pewna tajemnica, z której narrator jako dziecko nie do końca zdawał sobie sprawę. Im był starszy, tym więcej widział i rozumiał. To tajemnica jego rodziców, a ściślej matki.

"W czasie wojny matka poznała mężczyznę. Po tej historii, jak po każdej dobrej historii miłosnej, pozostały spustoszenia i broczące rany. Na jesieni 1942 roku było już po wszystkim. W maju tamtego roku czescy partyzanci dokonali w Pradze zamachu na Reichsprotektora Reinharda Heydricha i jak łatwo zgadnąć, krajem targały okrutne represje (...)"

To cytat z pierwszej strony. Tym człowiekiem nie był oczywiście ojciec narratora. Kto nim był? Kim był mężczyzna, o którym jego matka nie mogła zapomnieć do końca życia? Kim był mężczyzna, który cały czas swoim wspomnieniem rywalizował z jego ojcem? Kim był mężczyzna, z którego wspomnieniem nawet on, syn, musiał dzielić się matką? Kim był ten, który w pewnym sensie mu ją zabrał? Tego narrator próbuje się dowiedzieć od czasów swojej młodości. Bezskutecznie. Nawet wizyta w Pradze niewiele daje. Nikt nie pamięta tamtej historii. Ale próbując odkryć prawdę o rodzicach, odkrywa prawdę o czasie wojny. Sielskie obrazy dzieciństwa mieszają się w powieści z jej okrucieństwem: represjami, aresztowaniami, przesłuchaniami, masowymi egzekucjami. Większość nawiązuje do autentycznej historii zamachu na Heydricha i tego, co działo się potem. Tak jak tamte wspomnienia i te nie mają charakteru linearnego ani jednoznacznego. Wszystko jest kwestią pamięci i wszystko wraca zgodnie z jej kapryśną logiką. Co może zrobić narrator dręczony tajemnicą matki, której nie jest w stanie odkryć? Może ją sobie wyobrazić. I tak właśnie robi. Zrezygnowany, znużony bezskutecznymi poszukiwaniami wyobraża sobie zdarzenia, które rozegrały się w roku 1942 w Czechosłowacji i które zaważyły na całym życiu rodziców, rykoszetem trafiając także jego. Ostatnia, najkrótsza, część powieści to łapiąca za serce historia miłosna z wojną w tle. Najprawdziwszy, sentymentalny melodramat. Taki, w którym miłość przegrywa z obowiązkiem. Także najprawdziwsze wojenne dylematy i tragedie. Pytania o koszty heroicznych czynów. Obowiązek, honor, zdrada, wierność, rozpacz. Przypadek, który ratuje. Co z tego, kiedy potem trzeba borykać się z ciężarem pewnej myśli. Może bywają w życiu takie sytuacje, kiedy myśli sobie, że lepiej było zginąć niż ocaleć? Całkiem prawdopodobne, że komuś ta historia wyda się nazbyt sentymentalna i banalna. Mnie ujęła i wzruszyła.

I na koniec jeszcze słów parę o języku. Oszczędnym i poetyckim zarazem. Oto próbka:

"Dwa razy dziennie wychodzili w deszcz i zbierali wszelki półsuchy chrust, wyłamywali sosnom gałązki z ich kłujących serc, zaglądali pod obwisłe gałęzie w poszukiwaniu suchych szyszek."

To jeszcze jedna zaleta tej powieści dodająca jej melancholijnego uroku. Niech sobie ktoś myśli, co chce, mnie się "Widzialny świat" spodobał.

"Poliss". Film o pracy francuskiej policji.

Wybrałam się wreszcie na francuski film "Poliss". Tak dalece pozostałam wierna mojemu zwyczajowi, aby wcześniej nie czytać żadnych informacji na temat, że nie bardzo wiedziałam, czy idę na dokument, czy film fabularny. Zaskoczeniem była również informacja, która na początku pojawia się na ekranie, że jest to oparta na faktach opowieść o pracy policyjnego wydziału zajmującego się sprawami dzieci i nieletnich. To tu trafiają podejrzenia o pedofilię, wykorzystywanie czy maltretowanie dzieci. Sprawy przykre, chwytające za serce, często trudne. Podobne znamy przecież z rodzimego podwórka. Czy ojciec molestował swoją kilkuletnią córkę? A może, jak twierdzi, to zemsta byłej żony? Między innymi na takie pytania muszą odpowiedzieć sobie pracujący tu policjanci i psychologowie.

Film wprawdzie dokumentem nie jest, ale bardzo go przypomina, chociaż na ekranie rozpoznajemy twarze znanych francuskich aktorów. Właściwie trudno tu mówić o akcji: obserwujemy codzienną pracę wydziału. Dzieci i ich rodzice pojawiają się i znikają, nie dowiemy się, jaki będzie ciąg dalszy, reżyserka, Maiwenn, nie zaspokoi naszej ciekawości. Kiedy sprawa wędruje dalej, znika z pola widzenia policjantów, a więc i naszego. Za progiem już czekają następni poszkodowani. Zajęcie ważne, wyczerpujące i niezwykle stresujące. Bezradność, bezsilność, kiedy czegoś nie można załatwić, złość, niepewność i nagłe napady śmiechu, aby rozładować stres. I tak w kółko. Ale ten film to nie tylko problemy dzieci, to także życie i praca policjantów wydziału. Pracują bardzo długo, na prywatność niewiele zostaje czasu. Razem przeżywają porażki i świętują sukcesy. Koszt tej harówki bywa bardzo duży. Dlatego w ich życiu rodzinnym pojawiają się problemy. Ale i w pracy nie są od nich wolni: wspólnota, jaką tworzą, to nie tylko przyjaźnie, również konflikty, często tłumione, nagle wybuchające z nieoczekiwaną siłą. Od czasu do czasu pojawiają się pretensje do szefa o to, że nazbyt ostrożny i ulega zwierzchnikom.

Zdarzenia długo bezładne jak w dokumencie, stopniowo zaczynają układać się w zarys akcji. Historie kilkorga bohaterów wybijają się na pierwszy plan. Są dość banalne i przewidywalne, ale może dlatego, że to jednak tylko tło dla policyjnej codzienności, ten brak odkrywczości tak bardzo nie przeszkadza. Dopiero zakończenie jest zupełnym zaskoczeniem. Tego nie spodziewa się nikt: ani zgromadzeni na naradzie policjanci, ani my, widzowie. Można być blisko, można pracować z kimś latami po dwanaście godzin na dobę i nie wiedzieć, co się dzieje z drugim człowiekiem. W końcówce filmu twórcy jedyny raz pociągnęli dalej historię jednego z dziecięcych bohaterów. W ten sposób powstała klamra spinająca losy dwóch postaci. Mnie wydała się nieco nachalna.

Mimo mocnego zakończenia, mimo przerażających historii wykorzystywanych dzieci, mimo kilku wzruszających momentów całość nie wywarła na mnie wielkiego wrażenia. Raczej postawiłam się w roli obserwatora-podglądacza niż osoby zaangażowanej. Inaczej niż jednej z bohaterek, fotografce dokumentującej pracę wydziału, nie udało mi się wejść w sam środek zdarzeń.

Chociaż marudzę, film obejrzałam z dużym zainteresowaniem i ciekawością. Na pewno warto obejrzeć.

"Piękno". Nieudany film z RPA.

Z powodu długiego majowego weekendu, który postanowiłam wykorzystać od deski do deski, przepadł mi francuski "Minister", film bardzo chwalony. "Polisse", również rodem znad Sekwany, na razie grają o porze niezbyt dogodnej (do biletu musiałabym jeszcze doliczyć koszt taksówki), mam nadzieję, że od piątku zmieni się godzina emisji i będę mogła zobaczyć. Wobec tego wybrałam się na "Piękno" z RPA. Za rekomendację posłużyły mi Nowe Horyzonty, na których film był pokazywany, oraz Festiwal Filmów Świata Ale Kino! Od razu powiem: żałuję, że poszłam, mogłam zostać w domu i oddać się lekturze "Życia i losu" Wasilija Grossmana, który teraz czytam. Cóż, film zapowiadał się nieźle, długo dawałam mu szansę (dziewczyna siedząca obok dużo wcześniej demonstrowała swoje niezadowolenie, w końcu wyszła), miałam nadzieję, ale ambicje artystyczne twórców zatriumfowały nad logiką. Wielokrotnie pisałam, jak bardzo drażni mnie w kinie demonstracyjne lekceważenie realiów w imię artystycznych racji. Nie mam pretensji ani o wolne tempo, ani o dwie mocne sceny (jedna obrzydliwa, druga wstrząsająca, ale obie uzasadnione), tylko o zmarnowany temat. Dla porządku wspomnę, że jest to historia dobrze sytuowanego pięćdziesięciolatka, który ma żonę, dwie dorosłe córki (właśnie jedną z nich wydał za mąż), pozornie poukładane życie i nagle traci głowę dla niezwykle przystojnego syna swoich przyjaciół. Dalej, na szczęście, akcja rozwija się dość zaskakująco, wobec tego więcej zdradzić nie mogę. Ja się zawiodłam i zirytowałam, więc odradzam, ale jeśli ktoś już widział, niech przeczyta ciąg dalszy i skonfrontuje opinie. Zapraszam.

Sytuacja wyjściowa banalna. Ileż to razy widzieliśmy w kinie podobne obrazki: pozornie przykładne małżeństwo, dobrze sytuowane, żadnych większych problemów, ale od obojga wieje chłodem. Grzeczni, układni, rozmawiają tylko o codziennych, domowych sprawach, a w nocy odwracają się do siebie plecami, co im zupełnie nie przeszkadza. Po jakimś czasie wyjaśni się dlaczego: ona ma prawdopodobnie kochanka (oczywiście banał), a on ... . I tu następuje scena, która mnie z jednej strony zaskoczyła, z drugiej zbrzydziła, ale, jak wspominałam we wstępie, nie o to mam pretensje. Wydaje mi się, że takie było założenie: ta męska orgia chyba podobne odczucia miała wywołać. Bohater, który od początku nie budził mojej sympatii, teraz wydał mi się wręcz odrażający, podobnie jego kompani. I nie chodzi tylko o hipokryzję: kilkakrotnie rzuca pogardliwe uwagi o pedałach (przytaczam jego słowa), a sam uczestniczy w tajnych, męskich schadzkach, ale jakiś odrażający kult silnego mężczyzny. Zastanawiam się, czy w ogóle można tu mówić o hipokryzji. Przecież słowa pedał użyją raczący się piwem mężczyźni. Żadnych czarnych, żadnych pedałów, powie gospodarz spotkania, kiedy jeden z gości przyprowadzi ze sobą czarnoskórego chłopaka. Natychmiast dość obcesowo zostanie wykluczony z towarzystwa, wyproszony z domu. Tym większe zaskoczenie, kiedy za chwilę widzimy tych samych facetów uprawiających seks tylko w swoim, męskim towarzystwie. Mam wrażenie, że żaden z nich nie uważa się za geja (oni oczywiście powiedzieliby pedała). To, chyba, taki rodzaj męskiej zażyłości jak w niektórych krajach Południa czy Azji. Tam mężczyźni trzymają się za rękę, tańczą ze sobą i okazują sobie taką fizyczną bliskość jak w naszym kręgu kulturowym kobiety. To tylko jednak moje spekulacje. Myślę, że dla zrozumienia tego, co oglądamy na ekranie, przydałaby się lepsza znajomość tamtej kultury. A że może tu chodzić o swoiście pojęty kult silnego mężczyzny, pana i władcy, gardzącego kobietami, świadczy relacja bohatera z jedną z córek. Najpierw ma do niej o wszystko pretensje, traktuje ją niczym małą dziewczynkę, chce kontrolować i mówić, co jej wolno, a czego nie, a potem, kiedy ona w niezrozumiały dla mnie sposób ze strachu przed ojcem zalewa się histerycznie łzami, on jej wspaniałomyślnie wybacza. Ten wątek filmu z racji odmienności kulturowej jest nawet interesujący.

Dlaczego wobec tego tak mnie "Piękno" zirytowało? Dlaczego uznałam czas spędzony w kinie za stracony? Drażnił mnie z jednej strony banał, z drugiej artystyczne nadęcie idące w parze z demonstracyjnym lekceważeniem realiów. No i rozwiązanie dramatycznej sytuacji. Ale po kolei. Banalna jest historia pięćdziesięciolatka przeżywającego duchowy kryzys najprawdopodobniej spowodowany tym, że nie ma odwagi podążyć za swoimi pragnieniami. Żyje tak, jak żyją wszyscy wokół, jak się tego od niego oczekuje. Banalna jest pokazana w kontrze historia jego znajomego, który porzucił żonę dla młodszej partnerki i czuje się szczęśliwy. Lekceważy opinię innych na swój temat. Francois spogląda na niego melancholijnym, zrezygnowanym, zazdrosnym okiem, z szacunkiem. Tyle o banalności. Teraz o artystycznym nadęciu. Prawie od początku reżyser daje widzowi do zrozumienia, że nie będzie to zwykły film obyczajowy, nie, mamy do czynienia z kinem artystycznym, ambitnym. Wolne tempo, nicsięniedzianie, wyciszanie dźwięku i obserwowanie bohaterów z dystansu to te artystyczne chwyty. Towarzyszy temu markowanie jakiejś intrygi. Co właściwie zrobił Francois, aby odciągnąć od Christiana, na którego punkcie dostał obsesji, jego dziewczynę? Jakieś telefony, sfingowanie kradzieży samochodu, w którym siedzi. O co chodzi? A może to ja nie zrozumiałam, a wszystko było jasne jak słońce? Albo może właśnie nieważne? Drogi widzu, to przecież kino artystyczne, ambitne, więc jakież znaczenie ma taki drobiazg? Nie o to przecież tu chodzi, więc się nie czepiaj. Jeśli chcesz dobrze skonstruowanej historii, to idź na inny film. Ja jednak lubię dostać wszystko na raz: artystyczne, ambitne kino i dobrze opowiedzianą historię, i wcale nie wydaje mi się, abym  miała wygórowane żądania.

I na koniec o zmarnowanej szansie albo rozminięciu się moich oczekiwań z zamysłem reżyserskim. Zaskakująca i wstrząsająca jest scena gwałtu. Przyznam, że nie takiego rozwoju wypadków się spodziewałam. Myślałam, że historia potoczy się banalnie, a tu przerażające zaskoczenie. Bezradny, miotający się Christian, który  nie potrafi wyrwać się silniejszemu i potężniejszemu mężczyźnie, błaga go bezskutecznie o litość. Ta scena zostaje w pamięci. Gwałt zadany przez kogoś, kogo się zna, nie przez obcego napastnika. Tym straszniejszy. Trauma, która może ciągnąć się za ofiarą długi czas. Reżyser pokazuje banalność zła, w gruncie rzeczy przypadkowość. Po Francois ta sytuacja zdaje się spływać jak woda po gęsi. Ale ja chciałabym też wiedzieć, co dzieje się z ofiarą. Rozwiązanie okazuje się tyleż przewrotne, co jednak nieprawdopodobne. Christian zakpił sobie ze swojego oprawcy? To ma być zemsta? Tak mu łatwo przyszła? Mnie to nie przekonuje. No i to była ta przysłowiowa kropla, która przelała czarę goryczy. Chyba dość dawno tak zdecydowanie nie odrzuciłam żadnego filmu. Teraz, kiedy to napisałam, poszukam recenzji, żeby się skonfrontować z opinią fachowców. Bardzo jestem ciekawa.

Saul Bellow "Ofiara"

Bellow to kolejny po Philipie Rothcie wybitny amerykański pisarz, którego jakoś przegapiłam. Nie wiem dlaczego, ale jeśli chodzi o literaturę zza oceanu zatrzymałam się na wielkiej trójce: Hemingwayu, Fitzgeraldzie i Faulknerze. Był jeszcze Styron, coś tam Updike'a, może ktoś jeszcze, a ostatnio Frazen. Tyle. Nie da się czytać wszystkiego, ale do Rotha dopisuję Bellowa i postanawiam co jakiś czas po nich sięgać. "Ofiara" (Czytelnik 2012; przełożył Lech Czyżewski) to wczesna powieść pisarza, wydana w roku 1947, co, jak sądzę, nie jest bez znaczenia dla jej interpretacji.

Można na tę powieść spojrzeć na dwa sposoby. Pierwszy, prostszy, kiedy oderwiemy się od kontekstu historycznego, kiedy zapomnimy, że książka powstała niedługo po wojnie, kiedy nie przywiążemy wielkiego znaczenia do tego, że główny bohater Asa Leventhal jest amerykańskim Żydem, kiedy zapomnimy, że pisarz był synem rosyjskich Żydów, którzy opuścili Rosję w 1913 roku. I drugi, pewnie bardziej uprawniony, kiedy to wszystko będziemy mieć w pamięci. Zacznę, pomijając kontekst.

Leventhal, mężczyzna chyba około czterdziestoletni, a może trochę młodszy, po życiowych burzach i niepowodzeniach, nie bez trudu osiągnął wreszcie stabilizację. Mieszka wraz z żoną w Nowym Jorku, pracuje w jakimś wydawnictwie jako redaktor, nie skończył wprawdzie studiów, ale po latach pracy zdobył doświadczenie w swoim fachu. To wystarczy, aby czuł się doceniany i potrzebny, i mógł wieść spokojne życie. Kiedy porównamy jego los z losem brata, Maxa, tym bardziej docenimy fakt, że mu się udało. Max jest robotnikiem, mieszka wraz z żoną i dwoma synkami w czynszowej kamienicy na Staten Island, pracuje z dala od domu. Ale szczęście i spokój Asy Leventhala są bardzo kruche. Gdzieś z tyłu czai się przeszłość. Pamięć o matce, która umarła w szpitalu dla obłąkanych, o czym obaj bracia dowiedzieli się, kiedy już byli dorośli. Pamięć o latach niepowodzeń, upokorzeń związanych z poszukiwaniem pracy. Pamięć o tym, że Mary, zanim została jego żoną, odeszła bez słowa do innego. Dlatego Leventhal czuje się gorszy. Dlatego przywiązuje tak wielką wagę do tego, co ktoś o nim powie, jak na niego spojrzy, co o nim myśli. Jest przeczulony na swoim punkcie, jakby obawiał się, że w każdej chwili może utracić wszystko, co ma. Jeśli tak się stanie, wcale go to nie zdziwi, uzna, że mu się należało, bo jest kimś gorszym, skażonym obłąkaniem matki, sklepem tekstylnym ojca. Taka postawa powoduje, że bardzo często reaguje niewspółmiernie do tego, co go spotyka. Wybucha, wchodzi w konflikty, obraża się, jest podejrzliwy. Pewnie dlatego nieoczekiwane spotkanie z dawnym znajomym, Kirbiem Allbeem, wywróci jego życie do góry nogami. Allbee, tonący alkoholik, oskarża go o to, że przez niego stracił pracę w wydawnictwie. Mało tego, jest przekonany, a przynajmniej tak twierdzi, że zaszkodził mu celowo. Leventhal, którego poczucie pewności siebie jest tak kruche, chociaż nie czuje się winny, stopniowo wchodzi w rolę ofiary. Allbee coraz śmielej sobie poczyna, coraz bardziej panoszy się w jego życiu, stawia coraz większe żądania, triumfuje, kpi, jest bezczelny i bezkarny, zamienia jego życie w koszmar. Leventhal dodatkowo przytłoczony i przygnębiony rodzinnymi kłopotami brata, nieobecnością żony, która wyjechała do matki, staje się łatwym łupem uzurpatora. Nawet jeśli początkowo nie czuł się winien, rzucone przez przyjaciół słowa i natrętne zachowanie Allbeego zachwieją jego przekonaniem o niewinności. Zachowuje się niczym człowiek szantażowany, gotów na spełnienie każdego żądania swego prześladowcy, bo wierzy, że tylko tak może się od niego uwolnić. Zadaje sobie pytania o winę nieuświadomioną. Może rzeczywiście jest winny, chociaż niczego nie zrobił celowo? Może to jednak on odpowiada za ciąg nieszczęść w życiu Allbeego, który rozpoczął się od utraty pracy? Tak bardzo chciałby usłyszeć od kogoś, że się nie myli: jest niewinny. Wina Leventhala to wina egzystencjalna. Żyjąc, czy tego chcemy, czy nie, nieświadomie krzywdzimy innych. Jedno przypadkowe słowo, jeden gest, jakiś moment, zbieg okoliczności i powodujemy lawinę nieszczęść. My zyskujemy, ktoś traci. Czy da się przejść przez życie, nie czyniąc zła? Nowojorski, wilgotny upał, letni skwar znakomicie budują atmosferę napięcia, zagrożenia, smutku i melancholii. Leventhal samotnie przemierza ulice miasta, zmaga się z problemami rodziny i nigdzie nie znajduje wytchnienia, nawet w mieszkaniu, które stopniowo zaczyna przypominać zatęchłą norę. Czuje się coraz bardziej osaczony, jest czujny i napięty, wszak w każdej chwili może spotkać swojego prześladowcę.

Chociaż Leventhal nie jest narratorem, zdarzenia oglądamy z jego perspektywy. Interpretujemy je tak jak on, tylko czasami poznajemy perspektywę innych bohaterów, ale przefiltrowaną przez jego punkt widzenia. Dlatego i na Allbeego patrzymy  oczami Asy. Mamy go za pogrążającego się alkoholika, który z uporem straceńca dąży do samozagłady, nie czyni żadnego wysiłku, aby wypłynąć na powierzchnię, za to chętnie oskarża innych o swoje niepowodzenia i dlatego nie bardzo można pomóc. Ale przyszedł taki moment, kiedy zadałam sobie pytanie, czy tak rzeczywiście jest. Jaki jest naprawdę Allbee? Co czuje? Jest bezczelnym, pewnym siebie szantażystą, który zorientował się, że łatwo może wykorzystać swoją ofiarę, wzbudzając w niej poczucie winy, czy chorym, nieszczęśliwym człowiekiem, który nie może podźwignąć się po osobistej tragedii? A może i on jest ofiarą? Ofiarą Asy? Ofiarą losu? Tego nie dowiemy się nigdy. Leventhal podszyty strachem i winą często postrzega świat i ludzi jako zagrożenia, które na niego czyhają. Podobnie traktuje bratową i jej matkę. Czy ma rację?

To jedno spojrzenie na powieść Bellowa. Uniwersalne, psychologiczne. Ale jest i drugie, które odkryjemy, jeśli weźmiemy pod uwagę kontekst żydowski, o którym wspominałam na początku. Roztrząsając winę lub niewinę Leventhala, celowo pominęłam pewien szczegół. Otóż Allbee od czasu do czasu pozwala sobie na antysemickie uwagi. Pewnie oburzyłby się, gdyby ktoś nazwał go antysemitą. To od tego się wszystko zaczęło, od pewnej antysemickiej aluzji pod adresem przyjaciela Asy, Harkaviego, rzuconej przed laty na przyjęciu. Allbee lubi patrzeć na to, co się potem zdarzyło, jak na zemstę Leventhala. Później, w czasie ich burzliwych dyskusji kilkakrotnie będzie nawiązywał do jego żydowskości, zapewniając, że nie ma nic przeciwko, ale jednak te uwagi będą podszyte lekceważeniem i pogardą. I tu być może tkwi drugi klucz do zachowania Leventhala, do jego kapitulacji i przyjęcia roli ofiary. Czuje się naznaczony swoją żydowskością, dlatego z pokorą znosi afronty i prześladowanie. Sam gardzi postawą ojca, z nienawiścią wspomina recytowany przez niego wierszyk: "Mów mi Joszke, mów mi Mosiek, ale daj mi grosik." Pieniądze, do których nigdy nie doszedł, miały uniezależnić go od wrogów, od pogardy świata. Asa chce być inny, chce być dumny, chce uwolnić się od swojej przeszłości, swojego lęku i strachu, ale nie potrafi. Stale toczy samotną walkę ze sobą i ze światem, niezrozumiany przez najbliższych. Kiedy przyjdzie chwila próby, wejdzie w rolę Żyda, biernej ofiary, która nie walczy, ale pokornie poddaje się swojemu prześladowcy. Tylko raz w tej powieści padnie słowo Holokaust. Użyje go właśnie bezradny Leventhal w dyskusji z Allbeem, kiedy nie będzie potrafił znaleźć innych argumentów. Zabrzmi to wbrew jego intencjom trochę żałośnie, trochę ironicznie.

Bellow, tak jak Roth, potrafi nadać świetnie skonstruowanej, potoczystej, nastrojowej opowieści, którą znakomicie się czyta,   ciężar gatunkowy. Bo w gruncie rzeczy jest to opowieść o egzystencjalnym niepokoju, o życiu, które przygniata i beznadziejnym poszukiwaniu sensu. Nawet w okresach względnego powodzenia trudno się od tego uwolnić. Szczęście może być tylko chwilowe, niezawinione cierpienie tylko patrzy, by nas dopaść, a zło, na które nie zasługujemy, przytrafia się nam, czy tego chcemy, czy nie. Jak powie Allbee: "Obrywamy za nic i cierpimy za nic, i nie da się zaprzeczyć, że zło jest tak prawdziwe jak słońce."


Popularne posty