Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Romowie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Romowie. Pokaż wszystkie posty

"Papusza"

Weekend spędziłam w kinie. Najpierw "Historie rodzinne", potem "Papusza". Niedoceniona w Gdyni, teraz zbiera świetne recenzje. Film, na który czekałam, jak na każdy wychodzący z rąk Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauzego. Nie będę przedłużać wstępu i od razu przejdę do meritum. Że "Papuszę" trzeba zobaczyć koniecznie, to truizm. Teraz parę słów o tym dlaczego. Bo to piękny film. Piękny w sensie dosłownym. Dzięki muzyce Jana Kantego-Pawluśkiewicza, ale przede wszystkim dzięki zdjęciom Krzysztofa Ptaka i Wojciecha Staronia. Czarno-białe zdjęcia, często dalekie plany, wysmakowane, malarskie kadry. Wystarczy, aby sprawić estetyczną przyjemność. A przecież to nie wszystko. Jest historia cygańskiej poetki, Papuszy, jej męża, Dionizego Wajsa, poety, Jerzego Ficowskiego, który Papuszę odkrył. Jest opowieść o Cyganach, o tym, jak żyli, o ich kulturze, obyczajach, a wreszcie o ich dramacie. Są świetne role, nie tylko nagradzanego Zbigniewa Walerysia, Antoniego Pawlickiego czy Jowity Budnik, ale też te drugoplanowe grane przez romskich aktorów- amatorów. Po prostu "Papuszę" znakomicie się ogląda. Zaraz po festiwalu w Gdyni niektórzy zarzucali filmowi chłód. Nie zgadzam się z tym. Mnie historie bohaterów poruszyły, nie będę ukrywać, że się nawet wzruszyłam. Nie jest to film wesoły, raczej smutno-nostalgiczny. Zmusza do zadumy i refleksji. Pokazuje świat, którego już nie ma. Tyle mogę zdradzić we wstępie. Więcej w drugiej części, przeznaczonej jak zwykle dla tych, którzy już "Papuszę" widzieli.

Zacznę od tytułowej bohaterki. Przyznam samokrytycznie, że wcześniej niewiele o Papuszy wiedziałam. Tylko tyle, że była cygańską poetką. Od kiedy zaczęły ukazywać się informacje o filmie, pisano o niej coraz więcej. Potem słyszałam też ze dwie rozmowy z Angeliką Kuźniak, autorką książki pod tym samym tytułem (powstawała niezależnie od filmu; przypadkiem oba dzieła ujrzały światło dzienne prawie w tym samym czasie). Do kina szłam więc już z jakąś wiedzą, ale film ożywił suche informacje.

Papusza od początku jest inna. Wyróżnia ją umiejętność czytania i pisania, czego nauczyła się sama. Garnie się do książek, jest wrażliwa, układa wiersze, które same do niej przychodzą. Swojej twórczości nie traktuje poważnie. Ba! Układanych przez siebie strof w ogóle nie uważa za twórczość. Ale jej odmienność nie tylko na tym polega. Nie może mieć dzieci. W społeczności, w której powinność kobiety to posiadanie licznego potomstwa, jest bezwartościowa. Od początku jej życie naznaczone było dramatem. Aranżowane małżeństwo z wiele lat starszym muzykiem, Dionizym Wajsem, bezpłodność, wojna. Potem problemy, które dotykają wszystkich Cyganów. Szykany mające ich skłonić do osiadłego trybu życia, porzucenia taborów. Bieda, ciężka zima, głód. Wreszcie poniżające warunki, w jakich przyszło jej żyć po osiedleniu. A przecież naiwnie wierzyła, że może tak będzie lepiej, bo jej ukochany przybrany syn, Tarzanek, pójdzie do szkoły, o której ona mogła tylko marzyć. Ale prawdziwy dramat przyjdzie wraz wydaniem wierszy i książki Jerzego Ficowskiego. Strach narasta, dławi, Papusza znalazła się w matni, w sytuacji, z której wyjścia nie ma. Czuje się zdradzona przez przyjaciela, Jerzego Ficowskiego. Oskarżona o zdradę tajemnic, potępiona, narażona na ostracyzm. Wreszcie, nie tyle zapomniana, co samotna, żyje w urągających człowiekowi warunkach. Kontrast, wielokrotnie w filmie pokazywany, pomiędzy ciemną, zawilgoconą norą, w której mieszka, a jasnym, schludnym warszawskim mieszkaniem Ficowskiego czy domem, a właściwie dworem, cygańskiego króla jest uderzający. Jakby się Ficowski nie starał, zawsze wypadnie to protekcjonalnie. Są z innych światów. On wpada tu tylko na chwilę, a potem wraca do swojego czystego, jasnego życia, ona odwrotnie. W tym lepszym świecie jest tylko gościem, na krótką chwilę. Czuje się w nim obco. Przez moment stoi w blasku fleszy, przebrana w nie swój strój, dzięki łasce ministra wyrwana z więzienia, gdzie odsiadywała wyrok za kradzież kury, bo przecież nie wypada, aby nie była na swojej premierze w teatrze. Czy dla warszawskiego świata nie jest przypadkiem taką babą-dziwo, Cyganką, która pisze wiersze? Gdzie jej miejsce, jej świat? Zniknął. Nie ma już taborów, nie ma już przestrzeni, łąk, jezior, wędrówki, wolności. Tego wszystkiego, z czego czerpała natchnienie. Została odkryta przez Ficowskiego i Tuwima i uhonorowana, ale wiersze nie przyniosły jej szczęścia.

Równie ciekawe są portrety obu mężczyzn, Jerzego Ficowskiego i Dionizego Wajsa. Ficowski, który w taborze ukrywał się przed ubecją, poznał obyczaje i kulturę cygańską i odkrył Papuszę-poetkę. Jest w tym świecie tylko na chwilę, kiedy tylko niebezpieczeństwo minie, wróci do siebie. O Papuszy nie zapomni, będzie  pomagał nie tylko jej, ale też jej rodzinie. Ale nie można przecież wziąć na siebie czyjegoś losu i cierpienia. A za to cierpienie czuł się odpowiedzialny, bo nieświadomie je sprowokował. Uczynił Papuszę sławną i odebrał jej spokój. Czy mógł zapobiec nieszczęściu? Nie sposób przecież wycofać wydrukowany już nakład książki. A wcześniej? Odkrywając cygańską kulturę, oswajając ją, pokazując gadziom, naruszył jednocześnie cygańskie tabu. Dylemat, rozterka, bezradność, ale przede wszystkim smutek to wszystko maluje się na twarzy Ficowskiego. Smutek i cierpienie widać też na twarzy Papuszy. Dwie piękne sceny u progu mieszkania poetki. Więcej milczenia niż słów,  spojrzenia, twarze, gesty mówią wszystko.

I wreszcie Dionizy Wajs. Może największe zaskoczenie. Spodziewałam się zobaczyć portret despotycznego męża. To też oczywiście jest, ale przecież nie tylko. Nienawidzi jej pisania, ale jednocześnie przepełnia go duma z żony. Nie przepada za Ficowskim, który zdradził, ale nie pogardzi przyniesionymi przez niego pieniędzmi, które Papusza zarobiła swoimi wierszami. Kiedy trzeba, będzie jej przed innymi  bronił. Wprawdzie zrobi awanturę, będzie miał pretensje, że wpakowała ich w kłopoty, ale poza domem stanie za nią murem. Może najbardziej wzruszająca jest scena, kiedy w szpitalu odwiedza chorą na depresję żonę. Trwa przy niej niezłomnie, chce oszczędzić cierpień, pomóc. A przecież i jemu nie jest lekko. Dosięgnął go środowiskowy ostracyzm. Aby ją leczyć, sprzedał harfę. Ale nie tylko na tym polega dramat Dionizego. Niegdyś ceniony grajek, dziś pozbawiony ukochanego zajęcia. Niegdyś pan świata, upojony wolnością i swobodą, teraz zamknięty w czterech ścianach nory, którą trudno nazwać mieszkaniem. A jeszcze wcześniej, kiedy nastały ciężkie czasy, zmuszony nieść brzemię odpowiedzialności za swój tabor. Zrezygnowany, nieszczęśliwy i przepełniony gniewem ostatecznie żegna przeszłość, niszcząc  cygański wóz, który przez lata był dla niego i jego rodziny domem. Tym samym przypieczętowuje swój los, rozstaje się ze złudzeniami i marzeniami. Jest w tym człowieku i wielkość, i małość.

I na koniec muszę przecież wspomnieć, że "Papusza" to także film o Cyganach. O ich umiłowaniu wolności, odrębnej kulturze, tajemnicach, tradycji. O niechęci czy nawet nienawiści, z jaką się na co dzień spotykają. Wyzwiska, oskarżenia, pogarda,  napady, podpalenia. Jest tu wreszcie dramat narodu zmuszonego do porzucenia swojego dotychczasowego życia. To koniec pewnej epoki, koniec  świata, do jakiego przywykli, w jakim żyli od stuleci. Stale w drodze, wszędzie u siebie. Potem zmuszeni do osiedlenia się w miastach, skazani na biedę i izolację. Ale czy możemy wyobrazić sobie, że nadal wędrują swoimi taborami? Nie posyłają dzieci do szkół, wydają za mąż nastoletnie dziewczęta?

"Papusza", elegia o końcu świata.

"To tylko wiatr"

Jak przekonać kogoś, aby obejrzał ten film? Obawiam się, że "To tylko wiatr" Benedeka Fliegaufa zobaczy garstka widzów. Takie niezalecające się do widza filmy z góry skazane są na niepowodzenie. Nie pomoże mu też brak reklamy i promocji. Kto o nim usłyszy? Jest zupełnie niekomercyjny, bardziej przypomina dokument niż fabułę: jeden dzień z życia romskiej rodziny. Nic atrakcyjnego, dzień jak każdy inny. A przecież to film niezwykle ważny. "Węgierskie "Pokłosie"", kątem oka dostrzegłam tytuł recenzji Janusza Wróblewskiego zamieszczonej w "Polityce". Ja też miałam takie skojarzenie. Pomyślałam sobie, że tym razem to węgierski reżyser wyciąga trupa z szafy. Trupa całkiem świeżego. Chociaż opowieść pokazana w filmie jest fikcyjna, to nawiązuje do zdarzeń autentycznych. Opowiada o pogromach romskich rodzin, jakie miały miejsce na Węgrzech kilka lat temu. Tak, to, co widzimy na ekranie, zdarzyło się naprawdę. To nie film, tak było. Tym bardziej przeraża. Nie wiem, jaką frekwencję miał ten obraz na Węgrzech, w Polsce na pewno mizerną. A przecież powinno się "To tylko wiatr" zobaczyć! Mimo że jest tak ostentacyjnie nieatrakcyjny i smutny. Zapewniam jednak, że ogląda się go z zainteresowaniem. Może to przekona niezdecydowanych. I jeszcze gwoli uzupełnienia podaję informację, że na ostatnim Berlinale zdobył Srebrnego Niedźwiedzia. Naprawdę nie powinno się go przeoczyć. A jeśli ktoś już w kinie był, może czytać dalej.

Właściwie od początku wiadomo, co się zdarzy, a mimo to oglądałam film w napięciu. Reżyser umiejętnie buduje atmosferę zagrożenia. Jest zwyczajny dzień, cała rodzina wyrusza do swoich obowiązków, ale gdzieś czai się niepokój. Może właśnie o sile tego filmu decyduje kontrast pomiędzy  wręcz celebrowaną przez twórców codziennością a zbrodnią, która wisi w powietrzu. Obserwujemy jeden dzień z życia romskiej rodziny. Domyślamy się, że będzie to dzień ostatni. Nic nadzwyczajnego się nie wydarzy. Jest jak zawsze. Pierwsza wstaje matka. Musi nakarmić starego ojca, wydać polecenia dzieciom, nie ma czasu na zjedzenie śniadania. Kamera pokazuje brudną, zabałaganioną kuchnię. Potem zrobi to jeszcze dwukrotnie: kiedy ze wspólnego łóżka zwloką się dzieci. Najpierw starsza Anna, potem młodszy Rio. Każde z nich odbędzie też podobną drogę: ścieżką pomiędzy krzewami, przez las rozświetlony słońcem do drogi, gdzie jest przystanek autobusowy. Ten zielony las, właściwie aż nienaturalnie żółty, przez kontrast jeszcze bardziej wydobywa brzydotę otoczenia. Nędzną chatę, brudną i zaniedbaną. Stary bunkier, w którym gromadzi swoje skarby Rio. Zniszczony dom innej romskiej rodziny, która niedawno została zamordowana. Pobocze szosy sprzątane przez  Ptaśkę. Byle jaką wioskę. Zapijaczonych, zaćpanych ludzi. W takim świecie żyją Romowie. Nędza, beznadzieja, brud, bylejakość, brak perspektyw, wrogość otoczenia. Z niechęcią, pogardliwymi uwagami zetkną się bohaterowie opowieści w ciągu tego dnia kilkakrotnie. Niewiele osób jest im życzliwych. Ale są. Szefowa zmiany Ptaśki, która przyniesie jej reklamówkę używanych ubrań i powie, aby uważała na siebie. Wytatuowane koleżanki Anny, dla których projektuje tatuaż. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że reżyser nie pokazuje świata Romów w czarno-białych barwach. Z całą bezwzględnością wskazuje problem. Piją, ćpają, zajmują się lewymi interesami, nie dbają o otoczenie, wdają się w bójki i w kłótnie. Anna nie stanie w obronie swojej molestowanej przez kolegów koleżanki z klasy. Woli wyjść i udawać, że niczego nie widzi. Dlaczego? Pewnie sama boi się o siebie. Może, żyjąc w takim świecie, zobojętniała na zło? Może ta koleżanka jej dokuczała? Gdzie tu jest skutek, a gdzie przyczyna? Ile tu winy samych Romów, a ile ich węgierskich sąsiadów? Kto odpowiada za ten stan beznadziei? Nie chcą czy nie mogą żyć inaczej? Czy alkohol i narkotyki to ucieczka? Opium, które ogłusza i pozwala zapomnieć, ale jednocześnie uniemożliwia wyrwanie się z tego zaklętego kręgu.

Film świetnie charakteryzuje troje bohaterów. Ptaśka, zmęczona życiem, twarda, o zaciętej twarzy. Kiedy trzeba, potrafi być złośliwa, walczyć o swoje. Odpłacić pięknym za nadobne. Wykonuje najgorsze, słabo płatne zajęcia, wierzy, że wkrótce z dziećmi wyjedzie do Kanady, dołączy do męża. Oschła, nie ma siły albo nie potrafi okazać dzieciom uczuć, chociaż domyślamy się, że są dla niej ważne. Tak jak ważny jest ojciec, którym się opiekuje. Rio, samowolny, chodzi własnymi ścieżkami. Uparcie buduje kryjówkę, do której znosi różne skarby, owoc swoich wypraw po okolicy. Anna, zamknięta w sobie, nieśmiała, samodzielna, próbuje w tych warunkach być normalną dziewczyną. Ubierać się jak one, zyskać ich zainteresowanie, uczyć się. Ale pozostaje na uboczu, jest wycofana, samotna. Zdana na siebie. Potrafi współczuć i troszczyć się o innych. Łapią za gardło sceny, kiedy zabiera małą, śliczną Zitę nad jezioro. Zajmuje się nią, myje jej włosy, rozczesuje. Jest coś rozczulającego, wzruszającego w tych codziennych czynnościach. Anna jest delikatna i czuła. Zita piękna jak z obrazka, przypomina księżniczkę. Jaki los ją czeka? Co dobrego może ją spotkać w zapijaczonym domu? Ich rozstanie naznaczone jest przeczuciem tego, co się wydarzy. Jest w nim coś tragicznego i smutnego. Zita wraca do chaty, w której nikt na nią nie czeka, Anna zmierza ku swemu przeznaczeniu. To ich ostatnie spotkanie. Kto umyje małej Zicie włosy? Kto się do niej uśmiechnie? Kto zainteresuje?

Anna i Rio są nad wiek dojrzali. Mimo że tego nie pokazują, doskonale zdają sobie sprawę z zagrożenia. Rio w poszukiwaniu swoich skarbów wchodzi do chaty sąsiadów, którzy zostali zamordowani. Ogląda to, czego na pewno nie powinien widzieć kilkunastoletni chłopak. Jest świadkiem rozmowy, która nie powinna dotrzeć do jego uszu. Wie, co im grozi, dlatego szykuje kryjówkę. Jego na pozór chłopackie, beztroskie życie, życie rodem z przygodowych, dziecięcych książek zaprawione jest odorem rozkładu i śmierci. Rio jest jak dziecko wojny bawiące się w zgliszczach zbombardowanych domów. W getcie jego rówieśnicy pewnie też wymyślali sobie jakieś zabawy. Anna również nie jest głucha i ślepa. Kiedy rozmawia z ojcem, prosi go, aby przyjechał. Robi się niebezpiecznie. Powinien przy nich być, chronić. Bez niego są jeszcze łatwiejszym celem. Oczywiście to poczucie bezpieczeństwa, które miałby im dać, jest złudne.

Zwyczajny dzień pełen rutynowej mitręgi, ale i chwil przyjemnych, zbliża się ku końcowi. Groza narasta. Jakieś nieuchwytne zło czai się gdzieś obok. Czujne, zalęknione spojrzenia lustrują las. Gdzieś mignie jakiś człowiek, jakiś samochód. A może to tylko wyostrzona niepokojem wyobraźnia podsuwa groźne obrazy? Kiedy każde z bohaterów samotnie wędruje przez zmierzchający las, czujemy ich niepokój. Byle do domu, byle do rana. Noc niesie jeszcze większy strach. Trudno zasnąć. To tylko wiatr, pocieszają się wzajemnie. Ale następnego dnia już nie będzie. Suche strzały rozdzierają ciszę. Wszystko dzieje się tak szybko. Egzekucja, chociaż na szczęście jej nie widzimy, budzi przerażenie. Dlaczego? Dlaczego ktoś z premedytacją strzela do ludzi? Co z tego, że są ubodzy, brudni, zaniedbani? Odpowiedź jest tyleż oczywista, co banalna i zatrważająca. Bo są inni, obcy.

Na koniec jeszcze dwie refleksje. Przeraża obojętność otoczenia i sytuacja bez wyjścia. Zagrożona romska społeczność może liczyć tylko na siebie. Nikt im nie pomoże. Dwaj policjanci prowadzący śledztwo zamiast chronić po cichu sprzyjają mordercom. Pochwalają ich intencje. I refleksja druga. Dopiero śmierć sprawia, że Ptaśka, Anna i jej dziadek pięknieją w swoich paradnych, trumiennych strojach. I dopiero teraz mogą liczyć na szacunek troskliwie ubierani przez pracownika kostnicy.

"Bez wstydu". Filmowy debiut Filipa Marczewskiego.

Jako że kibicuję polskiemu kinu, wybrałam się na "Bez wstydu" Filipa Marczewskiego, mimo że oceny zbiera raczej średnie. Film znalazł się w konkursie głównym tegorocznego gdyńskiego festiwalu, ale nagrody żadnej nie zdobył, nie był też jakoś gorąco dyskutowany (tradycyjnie śledziłam liczne spory w trakcie i po). Krótko mówiąc, nie był to ten tytuł, na który po Gdyni czeka się niecierpliwie. Cóż, obejrzałam i nie dziwię się. Chociaż nie żałuję, że wybrałam się do kina, film mnie ani nie zbulwersował, ani jakoś specjalnie nie poruszył. Stało się tak chyba dlatego, że temat-tabu, kazirodcza miłość między bratem i siostrą, został rozwodniony, bo scenarzysta i reżyser za dużo srok za ogon na raz chcieli złapać, co niestety filmowi na dobre nie wyszło. Mam też kilka innych zastrzeżeń, ale o nich w drugiej części moich refleksji. Co wobec tego "Bez wstydu" ratuje? Przede wszystkim dwie główne role: Agnieszki Grochowskiej i Mateusza Kościukiewicza. Ta para przyciąga uwagę widza. A poza tym film po prostu dobrze się ogląda. Czy to wystarczy, aby wybrać się do kina, każdy powinien zdecydować sam. Tym razem nie napiszę, że wizyta obowiązkowa. Tyle dla tych, którzy nie widzieli, a dla pozostałych jak zawsze ciąg dalszy.

Zanim zacznę się pastwić nad błędami, przyjrzę się trochę bohaterom. Kiedy oglądałam film, przede wszystkim stawiałam sobie pytanie: czy to zakazane uczucie jest wzajemne, a jeśli tak, to od kiedy? Czy Anka, najprawdopodobniej po śmierci matki, odesłała swojego młodszego brata do ciotki, bo przerosła ją opieka nad Tadzikiem, czy dlatego, że zdawała sobie sprawę z tego, jakim uczuciem ją darzy? A jeśli tak, to czy i ona czuła to samo? Początkowo nic nie wskazuje na wzajemność z jej strony. Ale kiedy nagle przeprasza brata za to, że go z domu wyprawiła, mówi: "Nie powinniśmy zapominać, że jesteśmy rodzeństwem." (cytat z pamięci). Te słowa obudziły moją czujność, bo brzmią dwuznacznie. Mogą oznaczać tylko siostrzano-braterskie uczucie i troskę, która powinna za tym iść, ale równie dobrze ostrzeżenie: "Jesteśmy rodzeństwem i nie wolno nam o tym zapomnieć. Nie możemy przekroczyć granicy, mimo że bardzo byśmy chcieli." Nadal jednak stawiałam raczej na brak wzajemności. Dopiero scena miłosna, i wszystko, co po niej nastąpiło, przekonała mnie ostatecznie, że i Anka czuje do Tadzika to samo, co on do niej. Jest starsza i rozsądniejsza, więc doskonale zdaje sobie sprawę, że to uczucie zakazane, bez jakiejkolwiek przyszłości, toteż stara się chronić przed nim i siebie, i jego. Czy dlatego jest taka nieczuła, obcesowa, nieprzyjemna, oschła? Czy dlatego nie potrafi uporządkować swojego życia? Czy dlatego wiąże się z nieodpowiednimi facetami, bo chce za wszelką cenę stłumić zakazaną miłość do brata? A może dopiero kiedy Tadzik wrócił, uczucie się odrodziło? Może zapomniała, zwalczyła, a nieoczekiwane pojawienie się chłopaka na nowo zburzyło jej spokój? To musi pozostać w sferze domysłów. Podobnie jak nieoczywiste zakończenie.

Wspominałam już we wstępie o Agnieszce Grochowskiej i Mateuszu Kościukiewiczu. Oboje dali swoim postaciom niejednoznaczność. Ona  zimna, oschła, pewna siebie, wyzywająca, innym razem czuła, zagubiona, bezbronna, wrażliwa. Kiedy trzeba, potrafi działać zdecydowanie. On młodzieńczo bezkompromisowy, zazdrosny o siostrę, nie przebierając w środkach, stara się wyeliminować znienawidzonego rywala. Raz po dziecięcemu prawie bezradny w swoich uczuciach, innym razem bierze na siebie odpowiedzialność i za wszelką cenę chce zdobyć pieniądze na spłacenie długu. Uczciwy, brzydzi się poglądami faceta Anki i swoich kumpli (i nie boi się powiedzieć, co o tym myśli), ale jednocześnie przyjmuje ofiarowany mu przez Irminę kradziony dywan i pozwala wcisnąć kit sprzedawcy, aby jak najwięcej zarobić. Grochowska i Kościukiewicz bronią swoich bohaterów. Trudno nie polubić Tadzika, a i Anka początkowo odpychająca, z czasem zaczyna budzić swoim pogubieniem sympatię.

Czas na zarzuty. Jeśli celem reżysera i scenarzysty było wywołanie dyskusji, zaszokowanie publiczności, wzburzenie czy wzruszenie, to nic z tego nie wyszło. Film pozostaje letni, nie zachęca do zadawania sobie pytań na niewygodne tematy. A stało się tak moim zdaniem dlatego, że za dużo tu wszystkiego. Jest i kwestia romska, i faszyzująca młodzież, i nieuczciwi, obleśni politycy. Te wątki rozrzedzają główny temat filmu. W dodatku prowadzone są dość nieudolnie.

Historia Irminy jest do bólu przewidywalna, nie ma w niej żadnego dramatyzmu, z czasem staje się nieznośnie melodramatyczna. Scena jej powrotu do niechcianego męża, który wspaniałomyślnie wybacza, bo chyba (tak każe nam wierzyć reżyser) kocha, jest niczym z kiczowatego wyciskacza łez. I nawet jeśli w zamierzeniu twórców to celowy kicz, ja tego  nie kupuję. Naiwnie brzmi też żal Irminy, która obwinia Tadzika o to, że ostatecznie nie miała wyboru i musiała zaakceptować zaaranżowane przez ojca małżeństwo. A co by się zmieniło, gdyby  znalazł dla niej czas i wysłuchał? Uciekliby razem? Na to liczyła? Co by to dało? Jeśli reżyser chciał pokazać wewnętrzny dramat Tadzika, pokazać, jego rozdarcie pomiędzy uczuciem do siostry i Irminy, to nie wyszło mu to zupełnie. Ankę kocha, a Irminę traktuje jak dobrego kumpla. I nawet trudno wzruszyć się czy zezłościć losem biednej, romskiej dziewczyny, która przeżywa miłosny zawód. A przecież powinniśmy.

A wątek społeczno-polityczny? Jest schematyczny. Andrzej, facet Anki, to typ od początku do końca niesympatyczny i odrażający. Im dalej, tym gorzej. Żadnego wewnętrznego skomplikowania. Poseł, grany przez Pawła Królikowskiego, to wyjątkowa kanalia. Jak z potocznych wyobrażeń o politykach, którzy kradną i robią różne świństwa. Faszyzujący młodzieńcy też są straszni, napadają na Romów, czytają faszystowskie broszury, zło w czystej postaci. Kpię i ironizuję, nie chcę, aby ktoś pomyślał, że mam zamiar ich bronić. Takie poglądy są mi obce, przerażają mnie i budzą odrazę, ale w "Bez wstydu" poważny problem zostaje pokazany na poziomie marnej telenoweli. Stąd mój kpiarski ton. Nie da się robić filmu o wszystkim, bo powstaje film o niczym. Szkoda.

"Cygan". Smutny film ze Słowacji.

To kolejny film, który obejrzałam w miniony przedłużony weekend. Trochę się wahałam, czy iść, tymczasem to właśnie "Cygan" słowackiego reżysera Martina Sulika poruszył mnie najbardziej. Z całym przekonaniem namawiam, tym bardziej, że łatwo go przeoczyć. Wiadomo, takie filmy nie mają szerokiej dystrybucji i krzykliwej reklamy. A "Cygan" porusza ważny i stosunkowo mało znany (i, trzeba to uczciwie przyznać, niewiele nas obchodzący) problem mieszkających w gettach przypominających slamsy słowackich Romów, fatalnie traktowanych przez Słowaków. Reżyser pokazuje złożoność problemu. Nie ucieka od winy swoich rodaków, ale zwraca równocześnie uwagę na jej przyczyny. Film oczywiście nie jest dokumentem. Oglądamy historię nastoletniego Roma, Adama, mieszkającego właśnie w takiej skleconej byle jak wiosce. To niewesoła opowieść, nawet pokazywane wesele mimo skocznej, romskiej muzyki tchnie raczej smutkiem niż radością. Melancholijny nastrój kreują też szare jesienno-zimowe krajobrazy. "Cygan" Sulika wprowadza widza w inny świat, odległy, nieznany, spychany na margines, a przecież to wszystko dzieje się dosłownie za miedzą. A i u nas, chociaż problem nie jest aż tak bolesny, to przecież istnieje. Zachęcam, a kto już widział, może przeczytać ciąg dalszy.

Pierwsze ujęcia: w kadrze las zielony wiosenną zielenią, a w nim chłopak szaleńczo uciekający przed psem. Po chwili już wiadomo, że widz został wprowadzony w błąd: Adam, bo to on, wcale nie ucieka, pies należy do niego i razem biegną nad rzekę. Ale ta pierwsza scena ma w sobie coś symbolicznego. Adam to tytułowy Cygan tak jak inni jego rodacy zaszczuty przez gadziów. Ale jest ta scena jednocześnie przewrotna. Nie tylko dlatego, że to nie ucieczka. Na ekranie nie zobaczymy już więcej zieleni i radosnej zabawy. Krajobraz szybko zmieni się na jesienny i zimowy, co jeszcze bardziej podkreśli brzydotę otoczenia: szpetną, brudną romską wioskę, brzydkie miasteczko, byle jakie autobusy, kolejową bocznicę. A Adam nigdzie nie będzie uciekał, jest raczej obserwatorem miotającym się między skrajnościami. Kilkakrotnie powtarza się ten sam obraz: stoi nieruchomo, wpatrując się przed siebie wielkimi, czarnymi, nieco zdziwionymi, nieco ciekawymi oczyma.

Adam budzi sympatię. To typ bohatera, któremu się kibicuje. Chciałoby się, żeby mu się udało, ale to nie takie proste. Jest wrażliwy, chętny do pracy, uczciwy, przywiązany do matki i młodszego rodzeństwa, chętnie kontynuowałby  naukę. Może miałby jakąś szansę, gdyby nie śmierć ojca. To on zaszczepił w nim uczciwość i pragnął dla niego lepszego życia. Niestety teraz prawie wszystko sprzysięgło się przeciwko niemu. Julka, dziewczyna, w której się kocha, zostanie sprzedana bogatemu Czechowi, bo w ten sposób będzie mogła pomóc zadłużonej rodzinie. Co może zrobić? Jak ją zatrzymać i uchronić przed ponurym losem, skoro ich rodziny raczej za sobą nie przepadają? Na domiar złego znalazł się w potrzasku, a ściślej we władaniu demonicznego stryja, który ożenił się z jego matką. Żigo, wioskowy mafioso, jest nieczuły, ostry, brutalny, bezwzględny, zieje nienawiścią do gadziów, ale jednocześnie oferuje Adamowi łatwe życie, takie, jakie sam prowadzi. Chłopak ma mu pomagać w złodziejskim procederze. Nie może liczyć na pomoc matki, która jest zależna od męża. Musi opiekować się i nią, i młodszym rodzeństwem. Czuje się odpowiedzialny nawet za niewiele młodszego Mariana, który schodzi na manowce. Jedyną osobą, na którą może liczyć, jest miejscowy ksiądz opiekujący się romską społecznością, szczególnie dziećmi i młodzieżą, bo to ich można jeszcze wyrwać z takiego życia. Ale co on może? Nakłaniać do nauki, pomóc w znalezieniu najpodlejszej pracy, uczyć boksu, namawiać do śpiewania i tańczenia w przykościelnym zespole muzycznym. A co dalej? Przecież cały świat jest przeciwko Romom. Wszędzie spotykają się z wrogością, niechęcią i pogardą. Lekarz lekceważy matkę Adama, która zaczyna rodzić. Pielęgniarki w szpitalu są nieuprzejme i złośliwe. Barman w knajpie swoich romskich klientów też obrzuca pogardliwym spojrzeniem. Autobus nie zatrzyma się na przystanku, bo czekają na nim tylko dwaj romscy chłopcy. Szkolni koledzy Mariana wyśmiewają się z niego i to między innymi dlatego nie chce chodzić do szkoły. Pracodawca oszuka braci Julki. Nawet chłopak z organizacji zajmującej się Romami opowiada rasistowskie dowcipy, nie krępując się obecnością Adama. Uważa, że to tylko żarty, nie liczy się z wrażliwością chłopaka. Ale jest i druga strona medalu. Cyganie kradną, szmuglują, wysyłają swoje dzieci na żebry, sprzedają swoje młode córki dla pieniędzy, nie szanują pracy, przepuszczają to, co zarobią. Co jest przyczyną a co skutkiem? Jak rozplątać ten gordyjski węzeł? Ojciec Adama marzył o innym życiu. Chciał się wyrwać z wioski. Nigdzie nie był u siebie. I tu, i tam czuł się źle. Zawieszony pomiędzy swoją tradycją, kulturą, społecznością, a obcym światem. Aby coś w nim osiągnąć, musiałby się wyrzec swojej romskości.

Samotny, bezbronny Adam miota się pomiędzy demonicznym stryjem, a księdzem. Jedynym wyjściem jest ucieczka. Dokąd? Przecież nie jest rozwiązaniem spanie na zapleczu przykościelnej sali gimnastycznej. A matka i rodzeństwo, do których jest przywiązany? Ratując siebie, zostawia brata, Mariana. Ale czy dla niego jest jakaś szansa? Czy on jej chce? Adam wie, że ma coraz mniej czasu, że będzie mu coraz trudniej. Dlatego najchętniej od razu wyjechałby do szkoły, w której naukę oferuje mu dziewczyna z pozarządowej organizacji. Jest drugą życzliwą mu osobą. Niestety nie zdążył. Demon go pokonał. Śmiertelny cios zadany stryjowi prawdopodobnie, przynajmniej na jakiś czas, odbierze mu szansę na inne życie.

I na koniec muszę wspomnieć o oczywistym. Film jawnie nawiązuje do "Hamleta". Stryj, który zabił ojca i ożenił się z matką. Duch ojca wyjawiający tajemnicę. Syn, który chce go pomścić. Jakoś ta warstwa filmu najmniej do mnie przemawia. Jest, ale równie dobrze mogłoby jej nie być. To, co poruszające i interesujące, to historia Adama i skomplikowane stosunki pomiędzy Romami a Słowakami.

Film smutny, ale czy szczęśliwe zakończenie byłoby tu jakkolwiek prawdopodobne?

Popularne posty