Pokazywanie postów oznaczonych etykietą władza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą władza. Pokaż wszystkie posty

Alicja Urbanik-Kopeć "Instrukcja nadużycia. Służące w XIX-wiecznych polskich domach"

Tak się złożyło, że niemal w tym samym czasie wyszły dwie książki

na podobny temat, obie wpisują się w nurt publikacji odkrywających ludową historię Polski. To książki o służących w XIX i na początku XX wieku. Najpierw ukazała się w Marginesach pozycja Joanny Kuciel-Frydryszak "Służące do wszystkiego", a kilka miesięcy później Alicja Urbanik-Kopeć wydała "Instrukcję nadużycia. Służące w XIX-wiecznych polskich domach" (Post Factum 2019). Tę pierwszą przeczytałam dość szybko, tę drugą kupiłam później i trochę czekała na swój czas. Teraz wydała mi się świetną lekturą po "Ulicy dzieciństwa" Tove Ditlevsen

Zabierając się za "Instrukcję nadużycia", zastanawiałam się, czy dowiem się czegoś nowego, skoro temat ten sam. I chociaż sporo informacji się pokrywa, to Alicja Urbanik-Kopeć znacznie więcej miejsca poświęca sprawom, których Joanna Kuciel-Frydryszak nie poruszała albo robiła to w znacznie mniejszym stopniu. Poza tym pierwsza książka skupia się przede wszystkim na okresie dwudziestolecia międzywojennego, a druga na wieku XIX. Warto też pamiętać, że autorka "Służących do wszystkiego" jest dziennikarką, napisała biografię Słonimskiego i Iłłakowiczówny, a Alicja Urbanik-Kopeć naukowczynią, badaczką historii literatury i kultury polskiej XIX wieku. Tych, którzy obawiają się, że na książce negatywnie odbiła się jej profesja i warsztat naukowca, pragnę uspokoić, że czyta się ją  znakomicie. Wniosek jest taki, że oba tytuły uzupełniają się, są bardzo ciekawe i po oba warto sięgnąć.

"Instrukcja nadużycia" podzielona jest na trzy części. W pierwszej autorka pokazuje drogę, jaką musiała odbyć dziewczyna, aby służącą zostać. W wieku XIX znakomita większość z nich to młode dziewczyny ze wsi. Te z miasta, wywodzące się z rodzin robotniczych czy innych miejskich nizin społecznych, wolały pracę w fabryce czy w sklepie niż służbę u kogoś. Służące, a zwłaszcza te do wszystkiego, a takich od drugiej połowy XIX wieku było najwięcej, stały w hierarchii kobiecych zajęć najniżej. To niewyobrażalna, nisko opłacana harówka i całkowita zależność od państwa, a zwłaszcza pani, brak prywatności i samotność. Na drodze dziewczyny ze wsi, często niemal dziecka, stały liczne niebezpieczeństwa. Podróż do miasta za pracą była zazwyczaj jej pierwszą podróżą. Jak się odnaleźć w mieście? Gdzie szukać zajęcia? Jak nie wpaść w ręce oszustów, nieuczciwych pośredników? Jak znaleźć wiarygodnych pracodawców? To nie lada wyzwanie. W sukurs tym biednym, zagubionym dziewczynom szły liczne organizacje pomocowe i pisma dla służących, najczęściej katolickie, które z jednej strony robiły dla nich dużo dobrego, rzeczywiście przejmując się ich losem, z drugiej jednak kształtowały w nich postawę podległości i pielęgnowania cnoty. Autorka tłumaczy, dlaczego, kiedy na przełomie wieków zaczęto dostrzegać haniebny los służących, mówić o ulżeniu ich doli dzięki uregulowaniu relacji z pracodawcami i zakładać związki zawodowe, większym wzięciem cieszyły się te katolickie, a nie te o socjalistycznym rodowodzie. Działo się tak dlatego, że dla dziewczyn pochodzących ze wsi, a takie stanowiły większość, środowisko kościelne było naturalne.

Druga część książki skupia się na relacjach między służącymi, a paniami i panami. Autorka przyczyn złego traktowania służących przez ich pracodawczynie upatruje w dwóch sprawach. Po pierwsze kobiety, które nie miały ani pieniędzy, ani władzy, bo były zależne od mężów, przenosiły swoją opresję w dół. W relacji z służącą to one wreszcie miały nad kimś władzę i mogły panować nad nią finansowo. Rekompensowały sobie w ten sposób własne niedole. Dlatego ingerowały także w ich życie prywatne. Druga przyczyna oparta jest na podobnym mechanizmie. Wraz z industrializacją na służbę mógł sobie pozwolić niemal każdy. I to właśnie ci stojący najniżej na społecznej drabinie, najsłabiej opłacali służące i najgorzej je traktowali. Bo tylko w konfrontacji z taką osobą rósł ich prestiż, którego w społeczeństwie nie mieli. Łatwo rzucać kamieniem, łatwo się oburzać, ale warto zauważyć, że podobny mechanizm odnajdujemy w dzisiejszym świecie. Przykład pierwszy z brzegu - wraz z demokratyzacją wielkiej mody kupujemy mnóstwo tanich ciuchów w sieciówkach, które naśladują wielkich projektantów, i nie przejmujemy się tym, że za ich niską ceną stoi niewolnicza praca azjatyckich szwaczek. Nie stać nas na rzeczy markowe i drogie, ale możemy być równe, no prawie równe, kobietom, które takie na ciuchy mogą sobie pozwolić. Autorka pokazuje też, jak nieprzygotowane do życia były i panie, i służące. Tych pierwszych nikt nie uczył, jak prowadzić dom, jak zarządzać finansami, te drugie też na początku swojej drogi zawodowej były zielone. Jeśli spotkała się młoda pani domu z dziewczyną, która dopiero zaczynała pracę, nieszczęście gotowe. Służące wolały pracować u takich niedoświadczonych, głupich, jak mówiły, pań, bo było im po prostu łatwiej. 

Osobna sprawa to panowie i panicze. Alicja Urbanik-Kopeć sporo miejsca poświęca seksualnemu wykorzystywaniu służących. Coś, co dziś nazywamy molestowaniem, było na porządku dziennym. Gwałty, romanse, pierwszy raz ze służącą rodziców to norma. Ich konsekwencja to choroby weneryczne i niechciane macierzyństwo. A los służącej z nieślubnym dzieckiem był nie do pozazdroszczenia - nikt jej nie chciał zatrudnić. Nic dziwnego, że najczęściej ich dzieci trafiały do rodziny na wieś albo do przytułków. Osobnym problemem było dzieciobójstwo. Panował stereotyp, że służąca nie ma żadnych hamulców i moralnych zasad, jest rozpustna, kojarzono ją ze zwierzęcymi instynktami i brudem, skoro sprząta brudy państwa. Stąd taka łatwość nadużycia w sytuacji podległości. Dlatego uroda nie była atutem. Znacznie bezpieczniej mogły się czuć te brzydsze. Panie, doskonale zdając sobie sprawę z niebezpieczeństwa, wolały zatrudniać nieurodziwe dziewczyny. Pisma dla służących pełne były przestróg i rad. Na niewiele się to jednak zdawało w sytuacji całkowitej podległości. Sporo miejsca poświęca autorka dowcipom w tak zwanych wesołych gazetkach, pocztówkom i filmom erotycznym oraz pornograficznym, których bohaterkami były służące. Stanowiły one obiekt erotycznych fantazji i fascynacji.

Ostatnia część dotyczy prostytucji i codziennej, ciężkiej pracy. Okazuje się, że najwięcej prostytutek rekrutowało się spośród byłych albo obecnych służących. Autorka tłumaczy, jakie mechanizmy powodowały taki stan rzeczy. Pokazuje też budzenie się świadomości, że trzeba zaradzić pierwszemu i drugiemu problemowi. Przytacza dyskusje, jakie przetaczały się przez prasę. I chociaż z czasem niemal wszyscy zgadzali się, że tak dalej być nie może, to kiedy przychodziło do osobistych wyborów, niewielu wyobrażało sobie, że mogłoby zrobić coś, aby ulżyć ciężkiej doli swojej służącej. Znane już były takie wynalazki jak elektryczność, wodociągi, centralne ogrzewanie, które znacznie ułatwiłyby pracę, ale niewielu decydowało się na założenie tych luksusów w swoim mieszkaniu, bo przecież to kosztowało. Podobnie z innymi przyzwyczajeniami, które nie wymagały nakładów finansowych. I znowu nie ma się co dziwić, przecież podobny mechanizm obserwujemy dzisiaj. Niemal wszyscy zdajemy sobie sprawę z nadchodzącej katastrofy klimatycznej, z konieczności zmian i wyrzeczeń, ale kiedy przychodzi do osobistych wyborów, nie wyobrażamy sobie, aby z czegoś zrezygnować - nadal mamy dwa samochody w rodzinie, suw ciągle jest synonimem prestiżu.

Pozwalam sobie na analogie do współczesności, bo po pierwsze nasuwają się same, a po drugie autorka w zakończeniu pisze o tym, że wprawdzie taki świat służących, jaki znamy z dziewiętnastowiecznych przekazów, odszedł do lamusa, to instrukcja nadużycia to dalej podstawowy dokument zatrudnienia. Problemy dziewiętnastowiecznych służących są nadal problemami wielu grup zawodowych. Napięcia klasowe, dyskryminacja płciowa, przymus emigracji zarobkowej, nieformalny sposób zatrudnienia pracowników rodzący nieuniknione patologie (...) to wszystko prowadzi do nadużyć. 

"Kler"

Kiedy przed paroma tygodniami pojawił się trajler "Kleru", razem z nim pojawiły się też obawy, że Smarzowski zmarnował okazję, aby poważnie porozmawiać o grzechach Kościoła, wśród nich tym najbardziej bulwersującym - pedofilii. Że nakręcił satyrę rysowaną grubaśną krechą. Wtedy pomyślałam sobie, że nawet jeśli tak właśnie będzie, to trudno, ale przynajmniej ktoś, mówiąc bardzo kolokwialnie, dowali Kościołowi, w Polsce nietykalnemu. Wykrzyczy całą złość, która gromadzi się w części społeczeństwa. Skoro kolejne rządy tańczą tak, jak im biskupi zagrają, skoro państwo teoretycznie świeckie, staje się coraz bardziej wyznaniowe, to przynajmniej Smarzowski popsuje humory kościelnej hierarchii. Na szczęście od festiwalu w Gdyni wiadomo, że trajler zupełnie nie oddaje ducha jego najnowszego filmu. Teraz kiedy właśnie obejrzałam "Kler", mogę potwierdzić, że tak jest rzeczywiście. To nie ani komedia, ani satyra. Raczej dramat, film który działa bardzo mocno, przygnębia i wstrząsa. Czy coś zmieni? Nie jestem taką optymistką jak niektórzy. W krótkiej perspektywie pewnie nie, ale kropla drąży skałę i być może za kilka, kilkanaście lat polski Kościół znajdzie się w takiej sytuacji jak irlandzki, na co wytrwale, z uporem pracuje. Chociaż ... znam osoby wierzące, wcale niefanatyczne, nie z rydzykowego Kościoła, które wiedzą, ale wolą omijać te problemy szerokim łukiem, bo to burzy ich spokój. Nie akceptuję, ale potrafię ten mechanizm zrozumieć. Tyle refleksji okołofilmowych, a kto ma ochotę na te stricte filmowe, może czytać dalej. No bo tym razem pewnie nie muszę zachęcać, aby na "Kler" się wybrać.

Że "Kler" pokazuje wiele niegodziwości polskiego Kościoła, chciwość, hipokryzję, pedofilię, matactwa, zamiatanie pod dywan, to wie nawet ten, kto filmu nie widział, ale o nim słyszał, a nie usłyszeć było właściwie nie sposób. Że dzięki sensacyjnej intrydze, zwrotom akcji, szybkiemu montażowi, potęgującej grozę muzyce trzyma w napięciu do ostatniej chwili, wie ten, kto na filmie już był. Nie będę więc o tym pisać. Skupię się na tym, co sprawia, że "Kler" to obraz wielowymiarowy, a nie propagandowa agitka. A jest tak przede wszystkim za sprawą dwóch bohaterów - księdza Kukuły, granego przez Arkadiusza Jakubika, i księdza Trybusa, w tej roli Robert Więckiewicz.

Dla tego ostatniego, proboszcza w biednej parafii, długo trudno mieć choćby odrobinę sympatii. Jest nałogowym alkoholikiem, pijany jak bela prowadzi samochód, bo wie, że może czuć się bezkarny - w razie czego znajomy policjant przymknie na to oko. No bo kto udzieli mu ślubu? Kto w razie czego będzie chował jego rodziców? Ale to nie koniec jego przewin - bez większych skrupułów wyciąga pieniądze od swoich ubogich parafian, jak sam mówi, trzeba tak zbierać, aby nie uzbierać. Tak jak wódkę ma je zawsze pod ręką, poupychane po szufladach biurka. Nikt się niczemu nie dziwi, nikt nie protestuje. No i jeszcze żyje ze swoją gospodynią. I tu refleksja pierwsza. Że celibat jest często łamany, wiadomo. Ale Smarzowski zwraca uwagę na wielką samotność księży. Trybus jest sam jak palec w czterech ścianach swojej plebanii, nie ma nikogo, do kogo mógłby się zwrócić o radę, porozmawiać. Stąd pewnie alkoholizm i stąd kochanka. I tak żyje z dnia na dzień, aż nagle musi podjąć ważne decyzje, bo stanął wobec dwóch dylematów - jego kochanka zaszła w ciążę i jest przekonany, że zabił człowieka. Hance najpierw każe usunąć dziecko, ale potem budzi się w nim odpowiedzialność. Największy dramat przeżywa jednak, kiedy uświadomi sobie, że śmiertelnie potrącił człowieka, swojego parafianina. Widać, jak się łamie, jak się bije z myślami - co ma zrobić? Przyznać się, czy udawać, że nic się nie stało? I znowu ta samotność. Nie ma komu się zwierzyć. W końcu podejmuje trudne decyzje, mierzy się z konsekwencjami swoich czynów. Czy zdaje sobie sprawę, że nie będzie to droga usłana różami? Czy wie o tym Hanka, która naiwnie marzy o pięknej kuchni? To wszystko sprawia, że Trybus jest postacią tragiczną, niejednoznaczną.

Podobnie jak ksiądz Kukuła. Też za pan brat z miejscową policją, też dużo uchodzi mu na sucho. Oskarżony o pedofilię, omal nie pada ofiarą linczu. Sam w dzieciństwie molestowany przez księdza. Kiedy w końcu odkrywa prawdę i próbuje ją ujawnić, zderza się ze ścianą. Potężna machina uruchomiona przez biskupa nie tylko skutecznie zablokuje ukazanie się wiadomości w prasie, ale zrobi z niego człowieka z problemami psychicznymi. I on mierzy się z samotnością, i on musi sam podejmować najtrudniejsze decyzje. Jego ostatni gest, gest bezradności i rozpaczy, jest zaskakujący i przerażający. Czy przyniesie jakieś efekty? Czy wyrwie wiernych zgromadzonych na mszy z letargu? Ostatnia scena sugeruje, że nie. Przynajmniej ja ją tak odbieram. Nad jego ofiarą pewnie wszyscy po jakimś czasie przejdą do porządku dziennego. Tym bardziej, że już wcześniej dorobiono mu gębę człowieka niestabilnego psychicznie. Trudno tu nie pamiętać o tych wszystkich, którzy naprawdę dokonali samospalenia. Co to dało?

Prawdziwą kanalią okazuje się biskup Mordowicz, w którego wciela się Janusz Gajos. Bo jeszcze większa kanalia, grany przez Jacka Braciaka ksiądz Lisowski, ma jednak tragiczny rys - dzieciństwo spędzone w domu dziecka prowadzonym przez siostry zakonne. Powie ktoś, że ta okrutna scena z udziałem bezwzględnej, demonicznej siostry, to za dużo grzybów w barszcz? Naprawdę nie było takich przypadków? A siostra Bernadetta, o której w swoim reportażu pisała Justyna Kopińska? Ale wracam do biskupa Mordowicza. Jego nie tłumaczy nic. Bezwzględny, cyniczny, pazerny, nie przebiera w słowach, instrumentalnie wykorzystuje swoich podwładnych, swój dwór, chciałoby się powiedzieć. Wszystko może, ma wielkie wpływy. Nie odnajduję w nim nic ludzkiego, sympatycznego. Czy to przypadek, że jako najbardziej zdemoralizowanych twórcy filmu pokazują biskupa i jego pomagierów z kurii? Pomagierów gotowych spełnić każde żądanie, gotowych w służbie swojego zwierzchnika na każde świństwo. Chyba nie. Ryba psuje się od głowy, chciałoby się powiedzieć. Przykład idzie z góry. Portret kurii został pokazany znakomicie, zaznaczony ledwie widocznymi znakami. Kto uważnie ogląda, zauważy te szczegóły. Młody ksiądz grający na harmonii, kiedy zażyczy sobie tego biskup, ileż w tym pogardy, jakieś gesty dwóch innych księży. Czy to zwykła życzliwość, przypadek, czy coś więcej? Nie wspominam o tym, co widać gołym okiem - zblatowanie z biznesem, interesy, tajne narady, kłamstwa, intrygi, wielkie sumy pieniędzy przynoszone w worku z jakiegoś ukrytego na zapleczu sejfu. I co najważniejsze ten obraz wcale nie śmieszy. Przeciwnie - jest przerażający i odrażający. 

Im bliżej końca, tym film coraz bardziej wciska w fotel. Szczególne wrażenie robi kilka scen. Gadające głowy z dokumentu nakręconego przez holenderskiego dziennikarza - ofiary księży pedofilów, które opowiadają o swoich traumatycznych doświadczeniach. Łamiącym się głosem, ze łzami w oczach. Wysłuchanie mężczyzny w dzieciństwie molestowanego przez księdza - on jeden naprzeciwko kilkunastu duchownych. Nie znajdzie zrozumienia, znajdzie je za to ksiądz, który go skrzywdził. Istotą problemu nie jest molestowanie, ale to że go pomówiono. Kata stawia się w roli ofiary. I wreszcie scena trzecia, kiedy wierni pretorianie biskupa gasząc pożar, odpowiadają na telefony dziennikarzy. Uważny widz usłyszy, że w ich usta włożono autentyczne wypowiedzi kościelnych hierarchów. I jeszcze retrospekcje z przeszłości księdza Kukuły. Te sceny atakują, niemal bombardują, niektóre działają tym mocniej, że zostają powtórzone. Nie sposób zapomnieć, ani tych scen, ani całego filmu.

 

 

"Dureń"

Film rosyjski to rzadki gość na naszych ekranach, tym bardziej nie należy przegapić okazji. Właśnie pojawił się "Dureń" Yurija Bykova, więc niezwłocznie wybrałam się do kina. Jak czytam, reżysera porównuje się do Smarzowskiego i trzeba przyznać, że sporo między nimi podobieństw. Jest to kino brudne, brzydkie, brutalne, pokazujące świat w jego najgorszej odsłonie. Film dosłownie osacza widza. Bliskie plany, ciasne wnętrza, mrok (akcja toczy się w ciągu jednej nocy), rozmaite głośne dźwięki prawie nieustannie dochodzące zza kadru i ludzkie twarze jak z koszmarnego snu powodują, że widz nie może złapać oddechu. Poczułam się jeszcze bardziej przybita niż po "Lewiatanie". Film Bykova nie ma w sobie tej zadumy, tego oddechu (plenery), tej nostalgii, smutku i melancholii, po prostu wali obuchem. A diagnoza podobna: arogancka władza, która ma jeden cel - wyłącznie własne korzyści, wszechogarniająca korupcja jak pajęczyna oplatająca wszystko, przekręty. Człowiek człowiekowi wilkiem. Kolejny rosyjski film, jaki obejrzałam w ciągu ostatniego roku (oprócz przywołanego już "Lewiatana" jeszcze "Geograf"), po którym zadaję sobie pytanie: na ile to, co na ekranie, zostało wyolbrzymione? No bo jeśli obraz jest realistyczny, to Rosja przypomina piekło. Właściwie nie powinno mnie to dziwić. Wystarczy przeczytać "Czasy secondhand" Swietłany Aleksijewicz. Wypada jeszcze dla porządku wspomnieć o fabule "Durnia", która jest bardzo prosta. Uczciwy do bólu hydraulik Dima, wezwany do awarii w jednym z mieszkań wielopiętrowego bloku zamieszkiwanego przez ponad osiemset osób, dochodzi do wniosku, że budynek w każdej chwili może się zawalić. Próbuje zrobić wszystko, aby nie doprowadzić do tragedii. Szybkie tempo i napięcie przeplatają się ze scenami gadanymi, których tu też sporo. Warto zobaczyć to mocne kino, chociaż nie ma takiej reklamy jak "Lewiatan" i do kin weszło raczej cichaczem. A jeśli ktoś już film widział, może czytać ciąg dalszy.

Jak pisałam we wstępie, filmowe obrazy od pierwszych kadrów osaczają. Ciasne, ciemne, zatłoczone wnętrza, w których gnieździ się pięcioosobowa trzypokoleniowa rodzina. Zwykły blok. Zwyczajni ludzie. Matka, przypominająca postać z obrazów Dudy-Gracza albo Bruegla, stale gdera i o wszystko ma pretensje. Nic dziwnego, trafił jej się mąż nieudacznik. Nieudacznik, bo beznadziejnie uczciwy. Nie kradnie, kiedy wszyscy dookoła to robią. A zresztą, czy wyniesienie rur z zakładu to kradzież? Przecież inaczej nie zrobi się remontu w mieszkaniu. Każdy to przecież rozumie i każdy tak postępuje. Tylko oni nie i dlatego do niczego nie doszli. Co mają z życia? W ślady ojca idzie syn, który okaże się jeszcze szlachetniejszy i uczciwszy. I tu moja wątpliwość. I Dima, i jego ojciec są właściwie bez skazy. Aż nieprawdziwi w swojej niewzruszonej niezłomności. Ojciec codziennie naprawia ławkę niszczoną przez miejscową młodzież. Jest odporny na pretensje żony i impregnowany docinki kolegów z pracy, którym zarzucił nieuczciwość. Podobnie Dima. Żadnej drogi na skróty. Najpierw studia, potem dopiero wygodne życie. Nie mieści mu się w głowie, że można nie zareagować w obliczu katastrofy grążącej tylu ludziom. Dla niego jest jasne, że musi zawiadomić przełożonych. Ale szybko przekona się, że jest bezradny w zetknięciu ze skorumpowaną władzą, która siedzi w kieszeni szemranych biznesmenów. W czasie urodzinowego przyjęcia przejdzie ekspresową lekcję życia. Jest wśród bawiących się oficjeli i ich gości jak istota z Marsa. Inaczej ubrany, przygląda się z boku, a potem ze zdumieniem słucha. Jedyny szlachetny, nie ma szans w tym potwornym świecie.

Potworni są tu wszyscy. Władze miasta i podległe im służby. W obliczu niebezpieczeństwa rzucają się sobie do gardeł, jeden oskarża drugiego, każdy ma na każdego jakieś haki, każdy kradł i dbał tylko o swoje interesy. Nie ma tu jakiegoś cieniowania racji, bohaterowie nie mają żadnych  moralnych dylematów. Jest cynizm, pazerność i brak jakichkolwiek skrupułów. Tylko raz, kiedy przyjdzie do ostatecznej rozgrywki, Fiedotow zachowa się szlachetnie i uratuje Dimę. No ale jak tu żyć, skoro trzeba się opłacać górze? Korupcja zaczyna się od dołu i wędruje niczym po drabinie na same szczyty. Przy władzach rejonowych władze miasta są nikim, a przecież jakoś radzić sobie muszą. Przecież trzeba zadbać o siebie, swoją rodzinę a może i o przyjaciół. Teraz liczy się tylko, jak ukryć przekręty. Nieważni są ludzie. Jeśli dojdzie do katastrofy, przyjedzie komisja i wyda się, że pieniądze przeznaczone na remont zostały wyprowadzone. A  że zginą mieszkańcy bloku? Ale kim oni są, aby się nimi przejmować? Alkoholicy, menele, ćpuny, wyrzutki społeczne. Jak mówi jeden z uczestników przyjęcia, przecież dla wszystkich nie starczy. Gdyby podzielić po równo, każdy dostałby tyle co nic, więc ktoś musi odpaść od tego stołu. Jak u Dostojewskiego zdeptać trzeba ludzką wesz.

A  blok, o który toczy się walka, to rzeczywiście prawdziwe pandemonium. Ludzki zsyp. Awantury, alkohol, przemoc, narkotyki, libacje. Zdegenerowane wódką i biedą twarze, karykaturalne ciała. Nikt nikogo nie szanuje, panuje prawo silniejszego. I tylko schludnej staruszki, która musi tu mieszkać, żal. I znowu widz zostaje osaczony przez bliskie plany, przez ciasnotę wnętrz, przez ciemność. Dima zrobi wszystko, aby uratować tych ludzi. Zaryzykuje swoim życiem. Najbardziej przygnębiający jest fakt, że właściwie nie było dla kogo się poświęcać. Wychodzi na to, że cyniczna elita miała rację. Trudno pogodzić się z taką wizją świata. Ostatnia scena jest jak kropla, która przelewa czarę goryczy. Chociaż już wcześniej, kiedy policjanci na polecenie Gałaganowej zabijają szefa straży i Fiedotowa, aby potem można było zrzucić na nich winę, przecieramy oczy ze zdumienia. Czy to możliwe? Ale przecież w "Lewiatanie" stało się podobnie. Potworny świat.

"Lewiatan"

Zafundowałam sobie przygnębiający kinowy weekend. O "Dużym zeszycie" pisałam ostatnio, a dzień wcześniej poszłam, a właściwie pobiegłam, na najnowszy film Zwiagincewa "Lewiatan". Kiedy oglądam takie filmy, zawsze zastanawiam się, na ile wykreowany obraz świata jest prawdziwy. Opowiedziana historia wydaje się po prostu nieprawdopodobna. A jednak. Nawet jeśli została przerysowana, to wyrasta przecież z ducha Rosji. Obawiam się jednak, że realia, które oglądamy na ekranie, nie zostały wyssane z palca. Małe postradzieckie miasteczko, gdzieś nad Morzem Barentsa. Surowe krajobrazy i zaniedbane, częściowo opuszczone bloki z wielkiej płyty. Miejsce, z którego chce się jak najprędzej uciec. Do Moskwy oczywiście. Ale nie wszyscy marzą o wyjeździe. Niektórzy świetnie się tu urządzili, a Kola, główny bohater, po prostu nie chce. Tu ma dom, który sam wybudował, tu mieszkali jego rodzice. I o ten dom musi stoczyć walkę z miejscowym merem, który chce go wywłaszczyć, bo ma chrapkę na działkę. To opowieść o zderzeniu bezsilnej jednostki z wszechwładnym państwem, które ma za nic prawa swoich obywateli. Dostajemy też, podobnie jak w niedawno pokazywanym innym rosyjskim filmie, "Geograf przepił globus", obrazki z rosyjskiej codzienności. Słyszałam głosy, że Zwiagincew zderza w swoim dziele powagę ze scenami komediowymi. Nie wiem, kto dopatrzył się w "Lewiatanie" czegoś śmiesznego. No może jedna czy dwie sceny wywołują uśmiech, ale o śmiechu mowy nie ma. To wyjątkowo przygnębiający obraz świata. Znowu, jak w przypadku "Dużego zeszytu", przywołam Smarzowskiego i znowu napiszę, że "Lewiatan" mimo podobnego spojrzenia na rzeczywistość różni się zasadniczo od filmów polskiego reżysera. To kino, skromne, nie tak atrakcyjne, za to mocno podszyte filozofią i duchowością. Mimo przygnębiającej aury, mrocznych zdjęć, prawie wyzutych z koloru, film bardzo dobrze się ogląda. To po prostu najwyższa półka. Ale przecież prawdziwym miłośnikom kina, którzy zachwycili się poprzednimi filmami Zwiagincewa, "Powrotem" i "Eleną", nie muszę tego tłumaczyć. Kto już widział, niech czyta dalej, kto jeszcze na "Lewiatana" się nie wybrał, niech to zrobi jak najszybciej.

A zaczyna się całkiem miło. Gdzieś pośród surowego, nieco księżycowego krajobrazu stoi drewniany, całkiem spory dom. Nagle przeszklona weranda rozbłyska przyjemnym światłem. Ktoś się krząta, zbiera do wyjścia. Wnętrza, chociaż nieco zagracone, są przytulne i sympatyczne. To dom Koli, który, jak mówi, wybudował własnymi rękami. Dlatego nie chce go oddać. Tym bardziej za marne grosze, za które będzie mógł sobie kupić mieszkanie w jednym z tych obskurnych, szarych bloków z wielkiej płyty tak skutecznie szpecących nadmorski pejzaż. Kola toczy nierówną walkę z merem. Właściwie jest w tej potyczce bez szans. Miasteczkiem rządzi sitwa, chciałoby się powiedzieć mafia, która robi, co chce. Dlatego przyjaciel Koli, prawnik z Moskwy, wie, że jedyna szansa to znalezienie haków na mera. W tej walce wszelkie metody są dozwolone. Nie ma znaczenia bezduszny sąd, prawdopodobnie, jak wszystkie instytucje w miasteczku, całkowicie podporządkowany merowi. Niekorzystny wyrok odczytuje sędzina beznamiętnym głosem w iście ekspresowym tempie tak, jakby za nic miała Kolę, jakby go nie było na sali rozpraw. Obraz władzy w "Lewiatanie" jest potworny. Mer to zapijaczony władca absolutny, gruby i obleśny, stosujący gangsterskie metody. Miasteczko traktuje jak łup, jak swoją własność. Jeździ w obstawie osiłków, otacza się ludźmi, którzy dla utrzymania się przy władzy są gotowi zrobić wszystko. Wrażenie robi na nim jedynie jakaś szycha z Moskwy, której się boi. Ale nie zamierza łatwo się poddać, dlatego zwoła naradę, której przebieg włos jeży na głowie. To wszystko jakoś nie przeszkadza mu żarliwie modlić się w cerkwi, spotykać z popem i zabiegać o jego poparcie. Sojusz tronu z ołtarzem w filmie Zwiagincewa przygnębia najbardziej. Finał jest tyleż zaskakujący, co przerażający. Kiedy kamera odjedzie, zrozumiemy, dla kogo przeznaczona była działka, na której stał dom Koli. A miejscowy pop na pocieszenie ma dla niego opowieść o Hiobie, który z pokorą przyjął wszystkie nieszczęścia zesłane przez Boga i wiary nie utracił. Na Kolę rzeczywiście zwaliło się wszelkie zło. Nie tylko przegrywa z merem, ale na dodatek ma jeszcze problemy z synem, żona zdradza go z najlepszym przyjacielem, a w końcu ginie w niewyjaśnionych okolicznościach. I tu podobieństwa do Hioba się kończą. Kola nie wierzy, nie szuka pociechy w Bogu, za to topi swoje smutki w morzu alkoholu. W miasteczku są dwie cerkwie. Jedna stara, zrujnowana, w której spotykają się koledzy Romy, piją alkohol, palą papierosy. Na jednej ze ścian miga ledwo widoczny stary fresk. Postacie świętych, a może samego Boga, zdają się spoglądać na Kolę. Mam wrażenie, że kuli się pod ich wzrokiem. Jest jeszcze druga cerkiew, ta nowa, wybudowana na zgliszczach domu Koli. Ociekająca bogactwem, oślepiająca bielą ścian. W tej cerkwi dużo mówi się o Bogu, ale to fałszywe słowa. W świecie Zwiagincewa chyba wszyscy zapomnieli, co to grzech. I mer, i jego poplecznicy, i pop. Tak jak mały chłopczyk, syn Anżeli, który nie rozumie znaczenia tego słowa. Budynek cerkwi to po prostu inwestycja, a pop to inwestor. Przecież tak mówi o nim mer w rozmowie z Kolą (albo jego adwokatem; nie pamiętam).

Tytułowy Lewiatan ma dwojakie znaczenie, oba są w filmie ważne. Jedno wywodzi się z traktatu angielskiego filozofa Thomasa Hobbesa i symbolizuje absolutne, świeckie państwo chroniące obywateli przed wojną. Drugie znaczenie wywodzi się z Biblii. To potwór morski, przeciwnik Boga. Szkielet wieloryba, który straszy na plaży, jest czytelnym nawiązaniem do niego. W świecie pokazanym u Zwiagincewa Boga już dawno nie ma, pokonało go zło, to małe i to wielkie. A państwo? Państwo obywatela zniewala, na pewno przed niczym nie chroni.

Ale "Lewiatan" jest nie tylko traktatem o świecie bez wartości. To także opowieść o nieszczęśliwej miłości, zdradzie, rozczarowaniu małżeństwem i prowincjonalnym życiem, niejasnych pragnieniach i tęsknotach, rodzinnych problemach, zbuntowanym, nieszczęśliwym nastolatku tęskniącym za nieżyjącą matką, zazdrosnym o uczucia ojca. To portret nieszczęśliwej, smutnej kobiety, która miota się pomiędzy jedną miłością a drugą, pomiędzy poczuciem obowiązku a pragnieniem ucieczki, zmęczonej beznadziejną walką toczoną przez męża, poniewieraną przez pasierba, udręczoną pracą w przetwórni ryb. Czy Lila popełniła samobójstwo, czy została zamordowana na zlecenie mera, nie wiadomo. Może odpowiedź na to pytanie nie jest aż tak ważna. Obie możliwości są prawdopodobne.

Jest też "Lewiatan" obrazem życia na rosyjskiej prowincji, gdzie alkohol pije się nie na kieliszki a na butelki przy każdej możliwej okazji, gdzie wszystko trzeba załatwiać, gdzie rządzą układy i układziki, większe i mniejsze zależności. A wszystko rozegrane zostało w ponurym, księżycowym, ale na swój sposób pięknym, surowym, mrocznym krajobrazie, który podkręca jeszcze przygnębiającą wymowę filmu. Kolejny obraz, który nie niesie żadnej nadziei.

"Minister". Za kulisami polityki.

Wreszcie udało mi się obejrzeć francuskiego "Ministra", film, który przemknął przez ekrany z prędkością błyskawicy i uciekł mi sprzed nosa. Właśnie wrócił na jeden wieczór w ramach przeglądu filmów francuskich. Tym razem dopadłam go mimo licznych przeszkód i osobiście przekonałam się, że bardzo dobre opinie, jakie słyszałam na jego temat, są prawdziwe. Ten film można w pewnym sensie przyrównać do amerykańskiej "Chciwości", która gościła na ekranach chyba zimą (pisałam). Tamten zaglądał do wnętrza finansowej korporacji i odsłaniał kulisy pierwszych godzin finansowego kryzysu dręczącego świat od kilku lat. Ten pokazuje zaplecze współczesnej polityki, jest portretem tytułowego ministra, człowieka bez właściwości. Akcja toczy się we Francji, ale równie dobrze mogłaby zostać umieszczona wszędzie. Niby nic się nie dzieje, polityczna codzienność, ale intrygi sprawiają, że zdarzenia gnają, a film ogląda się z zapartym tchem. Przede wszystkim jednak "Minister" jest portretem tytułowego bohatera, klasy politycznej i tych wszystkich, którzy pozostają w cieniu, a bez których politycy nie istnieją. Demaskuje mechanizmy rządzące współczesną polityką. No, może słowa demaskuje użyłam nieco na wyrost, bo przecież uważny obserwator, czytelnik i słuchacz komentatorów politycznych i socjologów wie, że dzisiaj polityka niestety tak właśnie wygląda. Bardzo gorzki film. Warto obejrzeć. A ciąg dalszy dla tych, którzy już widzieli.

Ten francuski film przede wszystkim pokazuje dwie prawdy o współczesnej polityce. Prawda pierwsza: celem polityka jest władza dla władzy, rządzenie dla rządzenia. Prawda druga: polityk nie istnieje bez sztabu pomagierów, szarych eminencji i bez mediów.

Dla Bertranda, tytułowego ministra, liczy się jedno: utrzymać się na stanowisku, nie dać się wygryźć konkurencji w osobie ministra finansów i zwiększyć swoje wpływy, aby awansować. Wszelkie chwyty dozwolone. Nieważne są idee, nieważne złożone na wizji i na boku obietnice, ważne, żeby nadal być ministrem. Liczą się słupki poparcia wyborców. Czy wiemy, jakie jest naprawdę stanowisko ministra transportu na temat prywatyzacji dworców, wokół której rozgrywa się jedna z politycznych batalii? Czy Bertrand ma w ogóle jakieś zdanie na ten temat? Najpierw jest przeciw, bo to nie spodoba się elektoratowi, potem z kamienną twarzą musi zaprzeczyć wszystkiemu, co deklarował i obiecywał wcześniej, bo zostaje do tego zmuszony. Teraz wraz ze swymi doradcami robi wszystko, aby klęska kosztowała go jak najmniej. Jeszcze lepiej byłoby przekuć ją w zwycięstwo. Jest taka kapitalna scena, kiedy minister udziela wywiadu. Z jego ust płyną same frazesy, ogólniki, nie ma w tym deka treści. Za nic nie może powiedzieć prawdy, musi się wszystkim przypodobać, stąd ta mowa trawa. Aż dziw, że ktokolwiek daje się na to nabrać. Jego zwierzchnicy i konkurenci też nie kierują się dobrem państwa, ideami, brakuje im wielkich wizji, za nic mają dobro wspólne. Są politycznymi graczami, którzy bez przerwy muszą myśleć tylko o jednym: jak utrzymać się przy władzy. Po nas choćby potop. My zrobimy to, co dla nas najwygodniejsze, a z problemem będą się zmagać za kilka lat nasi następcy. Tę cyniczną prawdę wypowiada, pewnie trochę innymi słowami, jeden z członków gabinetu. Polityka to gra, wieczne intrygi, knucie, podchody, zawieranie i zrywanie sojuszy. Tu nie liczą się przyjaźnie. Nawet najbardziej oddanego współpracownika można zwolnić, kiedy nie będzie potrzebny albo kiedy wymagać będzie tego sytuacja. Oni zresztą zdają sobie z tego doskonale sprawę. Póki się da, żyją u boku swego mocodawcy, potem odejdą i znajdą następnego.

Polityk nie istnieje bez sztabu swoich zaufanych doradców i bez mediów. Za Bertrandem stoją przede wszystkim Pauline, odpowiedzialna za jego wizerunek, i Gilles (kierownik gabinetu? doradca?). Bez niego minister transportu nie zrobi żadnego kroku. To on pociąga za wszystkie sznurki, doradza, wytycza plan gry. To przez niego przechodzą wszystkie informacje, także te prywatne. Gilles należy jeszcze do starej klasy polityków i członków administracji państwowej. Wykształcony na najlepszej francuskiej uczelni, sprawny, lojalny, zawsze w cieniu. Nie ma złudzeń, wie, że stara, ideowa polityka należy do przeszłości, jest już chyba zmęczony. Pauline to reprezentantka współczesnego politycznego świata. Odpowiada za wizerunek, doskonale porusza się w świecie mediów, umawia spotkania, wywiady, decyduje, do jakiej stacji warto pójść, co powiedzieć, jaki krawat założyć, jaką minę zrobić. Stale śledzi sondaże. Kiedy minister pojawi się na miejscu katastrofy autobusu, liczy się tylko to, jak wypadnie medialnie. Tragedia jest pretekstem. Pauline o niej nie myśli, ona jest w pracy, a że jej praca to kreowanie szefa, więc tym się zajmuje. Jesteś taki, jakby cię ktoś wymyślił, mniej więcej to powie w pewnym momencie o Bertrandzie jedna z bohaterek, żona jego kierowcy. I właśnie takie jest zadanie Pauline: wymyślanie polityków. Przydać może się wszystko. Nigdy nie wiadomo, co przysłuży się popularności. Czasem decyduje przypadek. Katastrofa samochodu, makabryczna w skutkach, nieoczekiwanie przysparza Bertandowi sympatii wyborców (pewnie litują się nad nim, ofiarą tragedii) i wynosi go w górę. Z ministra transportu awansuje na ministra pracy. Tam miał zwalniać, tu powinien zabiegać o miejsca pracy. Ale czy to ma jakiekolwiek znaczenie? Jego zawód to po prostu sprawowanie władzy.

Polityka odziera człowieka z wszystkiego. Bertrand jest przeraźliwie samotny. Kiedy przypadkowo trafi mu się wolny wieczór, spędzi go w towarzystwie kierowcy i jego żony, których właściwie nie zna, bo nie ma z kim. Nieważne, czy oni sobie tego życzą, czy nie. Życia rodzinnego właściwie nie ma. Żonę widuje tylko rankiem lub późnym wieczorem, córki wcale. Jego osobiste sprawy załatwia zaufany Gilles, on nie ma na to czasu (zresztą Gilles też jest sam, miałam wrażenie, może mylne, że wręcz mieszka w swoim biurze). Bertrand pociesza żonę, że jeszcze tylko półtora roku, do następnych wyborów, ale zapewne złamie obietnicę, bo awansował. Im bardziej się lęka o własną pozycję polityczną, tym bardziej warczy na swoich współpracowników. Jest wobec nich arogancki, niegrzeczny. Ludzką twarz odsłoni, kiedy w wypadku zginie jego nowy kierowca, bezrobotny stażysta. Jest wstrząśnięty widokiem tego, co się rozegrało (trudno nie być, to makabryczne sceny), ale to tylko chwila. Kiedy dojdzie do siebie i wróci do polityki, wszystkie gesty, jakie wykona w związku z tą śmiercią, będą miały medialny charakter. Nie będzie w tym nic osobistego. Czy stać go na to, aby jakoś pomóc wdowie, czy będzie o niej pamiętać?

Bertrand jest nikim, człowiekiem bez wizji, bez charyzmy, z poglądami do wynajęcia (albo raczej to on wynajmuje poglądy od innych), nawet wygląda nijako. Niełatwo zapamiętać jego twarz. Ma jedną namiętność: władzę.

We wstępie wspominałam o "Chciwości". Może tamten film bardziej trzyma w napięciu, ma większą dramaturgię, może jego bohaterowie są jeszcze bardziej cyniczni. Ale "Ministra" na pewno warto obejrzeć. Smutno się robi, kiedy uświadomimy sobie, że świat polityki pokazywany na ekranie jest prawdziwy. Jeden łączy się z drugim: demoniczny świat finansów podporządkował sobie świat miałkich polityków. Słowo mąż stanu odłożono na razie na półkę.

Popularne posty