Filmowe remanenty - "1917", "Matthias i Maxime"

Dziś jedna zaległość - "1917" i jedna nowość - "Matthias i Maxime".


Najpierw poszłam na film, który bardzo chciałam obejrzeć - "1917" Sama Mendesa. Temat, pierwsza wojna światowa, znakomite recenzje i liczne nagrody oraz nominacje, sprawiły, że bardzo czekałam na ten tytuł. Akcja rozgrywa się w ciągu mniej więcej doby na froncie. Dwóch żołnierzy otrzymuje straceńczą misję - przedrzeć się przez teren właśnie opuszczony przez wojska niemieckie do innej kompanii i powstrzymać planowany atak. Jeśli się to nie uda, ta bezsensowna operacja zamieni się w jatkę. Takich sytuacji w czasie pierwszej wojny było bardzo dużo. Film Sama Mendesa mimo że jest wielkim wojennym, epickim widowiskiem, które oglądamy z zapartym tchem, pozbawiony został zupełnie triumfalizmu i patosu. Ma wymowę głęboko pacyfistyczną. Bo nawet jeśli ta konkretna misja zakończy się powodzeniem, czego widz się spodziewa, to ten sukces niczego nie rozwiąże. Wojna ciągle trwa, giną ludzie, miasta równane są z ziemią, żołnierze tkwią w okopach, w deszczu i w błocie, jeśli przeżyją walkę, bardzo często zostają kalekami albo umierają w polowych szpitalach. Jeden atak zostaje odwołany, ale kolejnego można się spodziewać w każdej chwili. Wyrok zostaje odroczony o kilka godzin, dni, w najlepszym razie tygodni. W pamięć zapadają obrazy okopów - znużeni, znudzeni, zrezygnowani żołnierze wciśnięci w ścianę okopu, siedzący na czym popadnie, niektórzy czytają, inni grają, jeszcze inni rozmawiają, ktoś usiłuje spać, ktoś siedzi otępiały. To beznadziejna chwila wytchnienia, wyczekiwanie przed kolejnym atakiem. Ale jeszcze większe wrażenie robi widok polowego szpitala, opuszczonego gospodarstwa, zostawionej samej sobie krowy, której nie ma kto wydoić, ściętych drzew owocowych, a wreszcie zrujnowanego miasta, w którym dogasają, a może wybuchają, pożary. Co stało się z jego mieszkańcami? Gdzie się podziali? Dokąd uciekli? Ilu zginęło? Reżyser dzięki dwóm symbolicznym scenom zmusza widza do postawienia sobie takich pytań, pokazuje nie tylko heroizm żołnierzy i ich beznadziejny los, ale tragedię ludności cywilnej. Za tę wojnę, która wybuchła trochę przez przypadek (to oczywiście duże uproszczenie), płacą wszyscy. Nie będzie triumfalnego happy endu, bo nie może być. Pozostajemy z obrazami, które nie dają spokoju, bo każą zastanowić się, jak mogły potoczyć się dalsze losy bohaterów tego filmu. Tych głównych i tych, którzy na ekranie pojawili się tylko przez chwilę. Ile procent  szans na przeżycie mieli? Nie da się ukryć - widz nie wychodzi z kina pokrzepiony. 


I drugi film - wreszcie nowość "Matthias i Maxime" Xaviera Dolana. Najpierw winna jestem wyznanie - to pierwszy film tego cudownego, bezczelnego dziecka kina, jaki widziałam. I właściwie sama nie rozumiem, dlaczego tak się stało. Przecież o Dolanie słyszałam, bo trudno było nie słyszeć. Czy nie interesowały mnie tematy, jakie poruszał? Czy uznałam, że nie jestem tym widzem, dla którego kręci swoje filmy? Nie wiem. Pamiętam tylko, że poprzedni chciałam już zobaczyć, ale miał nie najlepsze recenzje, więc sobie darowałam. Tym razem poszłam i nie żałuję. Obejrzałam go z wielką przyjemnością, chociaż dotknął moich czułych miejsc. To opowieść o grupie przyjaciół, trzydziestolatków. Znają się od czasów szkolnych, dorastali razem, pochodzą z różnych rodzin, mają za sobą różne losy. Najsłabiej powiodło się jednemu z tytułowych bohaterów - Maximowi, przez przyjaciół nazywanego Maxem. Pracuje jako barman i musi opiekować się matką uzależnioną od narkotyków, a może tylko leków? Dlatego chce zmienić swoje życie i na dwa lata wyjechać do Australii. Odpocząć, nabrać dystansu, zdobyć nowe doświadczenia. Obserwujemy, jak dopina swoje sprawy przed odlotem i jak żegna się z przyjaciółmi, którzy na jego cześć wydają pożegnalne przyjęcia. I w czasie jednego z takich weekendowych spotkań razem z Matthiasem zagrają krótką scenę, za to znaczącą, w studenckiej etiudzie kręconej przez zmanierowaną, silącą się na oryginalność siostrę jednego z bohaterów. Ta scena zburzy ich spokój, bo nieoczekiwanie zmusi do zmierzenia się z ukrytymi uczuciami i z własną tożsamością. To nie jest łatwe, a staje się tym trudniejsze, bo dzieje się właśnie w takim momencie. I dla Maxa, który przed wyjazdem ma mnóstwo na głowie, no i przecież marzył o zmianie, nowych doświadczeniach. I dla Mattha, który ma poukładane życie - zaczyna karierę prawnika w firmie ojca i jest w stałym związku. Czasu pozostało bardzo niewiele. Można nic z tym nie robić, ale trudno zapomnieć o emocjach, które buzują. W dodatku nie wiadomo, co myśli ten drugi. Czuje to samo? Czy dla niego była to tylko aktorska etiuda? Pozornie życie toczy się dalej. Max krząta się wokół swoich spraw, Matth pracuje. Tylko pozornie, dlatego na ekranie obserwujemy bardzo subtelnie pokazane zmagania bohaterów z własnymi myślami, pragnieniami, marzeniami i wątpliwościami. Walczyć, wyłożyć karty na stół, próbować czy przejść obok, tracąc szansę? Wszystko rozgrywa się gdzieś pomiędzy słowami. W gestach, spojrzeniach, mimice. W filmie przeplatają się żywiołowość, energia, nostalgia i melancholia. Chwile zabawne, beztroskie sąsiadują z pełnymi napięcia. Samo życie - spotkania z przyjaciółmi, kłótnie z matką, załatwianie spraw, praca, różne światy. Bardzo dużo obserwacji, świetnych scen. Film bawi, zmusza do zadumy i wzrusza. Ile okazji straciliśmy? Ilu osobom nie odważyliśmy się powiedzieć, co czujemy, z obawy przed porażką? Z ilu się rozstaliśmy?

Filmowe remanenty - "Małe kobietki", "Kłamstewko"

Dawno nie pisałam o filmie. Najpierw żadna z premier nie interesowała mnie na tyle, abym wyjście do kina przedłożyła nad lekturę książki, potem przez chwilę podróżowałam, no i teraz mam zaległości, a przecież w perspektywie rysuje się kilka interesująco zapowiadających się tytułów. Dlatego, kiedy już ochłonęłam, pędem ruszyłam do kina - najpierw wybrałam się na chińskie "Kłamstewko" i na "Małe kobietki" Grety Gerwig, z filmów obowiązkowych został mi jeszcze "1917".


Greta Gerwig już swoim reżyserskim debiutem, "Lady Bird", zdobyła moje serce. Wcześniej bardzo podobała mi się "Frances Ha" według jej scenariusza i z nią w roli głównej. "Małe kobietki" to kontynuacja tej świetnej passy. Adaptacja klasycznej powieści May Alcott ma same zalety. Jest świeża, energetyczna, nieco ironiczna, pięknie sfotografowana, świetnie zagrana i w żadnym razie nie trąci myszką. Jej oglądanie to wielka przyjemność. A przecież na zapowiedź "Małych kobietek" nie zareagowałam entuzjastycznie, bo w pamięci kołatało wspomnienie poprzedniej ekranizacji powieści z Wynoną Ryder. Przypominam sobie rozczarowanie i całkowitą obojętność. Jakże inaczej jest teraz! Nie znam literackiego pierwowzoru, dlatego musiałam trochę poszperać, aby sprawdzić, jak ma się do niego adaptacja Grety Gerwig. Otóż scenarzystka i reżyserka jest mu z jednej strony wierna, z drugiej zaburzając chronologię, umieszczając opowieść na dwóch przeplatających się planach czasowych, sprawia, że historia czterech sióstr staje się niezwykle dynamiczna i energetyczna. W filmie zostaje zderzony wiek nastoletni bohaterek, radosny, kolorowy, pełen marzeń i nadziei mimo wojny secesyjnej rozgrywającej się w tle, z ich dorosłością, kiedy muszą zmierzyć się z rzeczywistością, która nie zawsze układa się tak, jakby chciały. Czekają je rozczarowania, zranione uczucia, bieda, trud codzienności, strata, cierpienie. Przeznaczeniem kobiety jest małżeństwo i to najczęściej małżeństwo z rozsądku podyktowane warunkami finansowymi. Małżeństwo, które jest kontraktem, przedsięwzięciem ekonomicznym. Tylko kobieta bogata może pozwolić sobie na życie samodzielne bez mężczyzny u boku, jak ironicznie i sarkastycznie zauważa zamożna ciotka sióstr grana przez Meryl Streep. A siostry March pochodzą z rodziny niezbyt dobrze sytuowanej, ich ojciec jest pastorem. Na pierwszy plan wysuwa się Jo, znakomicie zagrana przez Saoirse Ronan (to ona była tytułową Lady Bird), najbardziej niezależna, marząca o pisaniu, trzpiotowata, ale jednocześnie odpowiedzialna. Jej przeciwieństwem jest Amy, twardo stąpająca po ziemi, zdająca sobie sprawę, że musi wziąć na siebie odpowiedzialność za rodzinę, a drogą do tego jest dobre zamążpójście. Wszystkie bohaterki to postacie żywe, z krwi i kości, silne i samodzielne, chociaż wiele je różni choćby to, jak wyobrażają sobie swoją przyszłość. Jest to jednocześnie opowieść o sile siostrzeństwa, więzi między kobietami, które trzymają się razem i wzajemnie wspierają, chociaż i między nimi dochodzi do konfliktów. Bardzo pomysłowe jest zakończenie, w którym Grecie Gerwig udało się być jednocześnie wierną literackiemu pierwowzorowi i uciec od jego konwencjonalności i nieznośnego sentymentalizmu. Jak to zrobiła? Trzeba zobaczyć, zdradzić nie mogę. Świetny film - nie ma w sobie nic ze zmurszałej klasyki, przeciwnie, brzmi zadziwiająco współcześnie.


A wcześniej wybrałam się na chińsko-amerykańskie "Kłamstewko". Chociaż "Małe kobietki" nieco przyćmiły ten film, to przecież jak najbardziej zasługuje na uwagę. To taki rodzaj kina, które jest lekkie, przyjemne, a jednocześnie niebanalne. Marzenie przeciętnego widza. Nieczęsto zdarza mi się takie filmy oglądać. Jak już wybiorę się na coś lżejszego, to najczęściej mam poczucie straty czasu. Tym razem tak nie było. To historia rozgrywająca się trochę w realiach amerykańskich, ale przede wszystkim jednak chińskich, co dla mnie jest zawsze niezwykle ciekawe. Opowieść o rodzinie, która na wieść o śmiertelnej chorobie babci postanawia ukryć przed nią tę informację. Żeby się z nią pożegnać, zjawia się u niej pod pretekstem ślubu jej wnuka. Nieświadoma swojego poważnego stanu Nai Nai cieszy się z obecności najbliższych niewidzianych od lat i bez reszty angażuje się w organizację wesela. Film jest momentami śmieszny, mnóstwo tu obyczajowych obserwacji, ale pod tym wszystkim kryje się sporo goryczy, nostalgii i melancholii. Rodzina rozproszyła się po świecie, jeden syn mieszka w Stanach, drugi w Japonii, młode pokolenie słabo mówi po chińsku, już są bardziej stamtąd niż stąd, a właściwie do końca nie przynależą nigdzie. Zmieniają się obyczaje, członkowie rodziny zanurzeni w różnych kulturach nie zawsze się rozumieją, jeden wynosi się nad drugiego. Słabną więzi, odległość i praca powodują, że najbliższe sobie osoby nie widują się latami. Zmienia się też otoczenie. Nie ma już tego świata, który Bili, wnuczka Nai Nai, główna bohaterka, pamięta z  czasów dzieciństwa spędzonego u babci. Chiny zmieniają się tak szybko! Na pierwszy plan wysuwa się pytanie stanowiące jednocześnie oś konfliktu - mówić prawdę o śmiertelnej chorobie tak, jak robi się to w Stanach, czy udawać, co praktykowane jest w Chinach. A zakończenie pozostaje otwarte, można je interpretować na dwa sposoby. Chociaż film opowiada o Chińczykach, to przecież odnajdziemy w nim wiele naszych doświadczeń.

Krzysztof Tomasik "Homobiografie"

O książce Krzysztofa Tomasika "Homobiografie. Wydanie drugie poprawione i poszerzone" (Wydawnictwo Krytyki Politycznej 2014) słyszałam od dawna, ale nie brałam jej pod uwagę w moich planach czytelniczych. Tymczasem jakoś niedawno zauważyłam ebooka po bardzo promocyjnej cenie, więc niewiele myśląc, kupiłam. Nie czekałam długo z lekturą, bo po dwóch przygnębiających książkach potrzebowałam czegoś nieco lżejszego, potoczyście napisanego, jednym słowem czegoś, co przeczytam z przyjemnością. I takie właśnie są "Homobiografie". Oczywiście temat, jaki porusza autor w swojej książce, jest jak najbardziej poważny. Chodzi o odkłamanie biografii nieheteronormatywnych pisarek, pisarzy i innych osób z artystycznych kręgów. Dlatego obok na przykład Marii Dąbrowskiej i Anki Kowalskiej, Jarosława Iwaszkiewicza, Jerzego Andrzejewskiego znajdziemy tu kompozytorów - Karola Szymanowskiego i Zygmunta Mycielskiego, Antoniego Bormana, współtwórcę i dyrektora administracyjnego Wiadomości Literackich, Annę Iwaszkiewicz, żonę Jarosława, a nawet lekarkę Zofię Sadowską. W sumie biogramów jest dwadzieścia.

Być może ktoś zada sobie pytanie, po co w ogóle taka książka? Czy musimy wiedzieć, kto z artystów był nieheteronormatywny? Czy to ważne? Przecież to ich osobista sprawa. I czy taka książka nie będzie po prostu plotkarska? Oczywiście stawiam te pytania z przekory, dla mnie odpowiedź jest oczywista, ale na wszelki wypadek udzielę jej nieprzekonanym. Skoro w biografiach pisze się o żonach, mężach, a nawet kochankach, to przemilczenie faktu, że ktoś był homoseksualistą, lesbijką czy biseksualistą, jest okrojeniem tej osoby z istotnej części jej osobowości. Nawet jeśli niektórzy próbowali oficjalnie uciec od tej części siebie, na przykład Paweł Hertz czy Anna Iwaszkiewicz, albo stosowali rozmaite strategie maskujące, to za każdym razem za taką postawą krył się dramat, który był przecież, jak każda tragedia, ważną częścią ich życia. A druga wątpliwość - czy taka książka nie będzie nazbyt plotkarska? To już zależy od strategii autora i wydawnictwa. W tym wypadku mamy przecież do czynienia z poważnym autorem i równie poważnym wydawnictwem. 

Krzysztof Tomasik tworzy dwadzieścia krótkich, z konieczności, biogramów osób nietuzinkowych, najczęściej znanych, czasem jednak zupełnie zapomnianych lub nieistniejących w powszechnej świadomości. To przypadek wspomnianej Zofii Sadowskiej, reportera Antoniego Sobańskiego, dziennikarza i pisarza Aleksandra Janty-Połczyńskiego, pisarzy Zbigniewa Uniłowskiego czy Wilhelma Macha. Autor sam przyznaje, że każdy z bohaterów jego książki zasługuje na porządną biografię. Wbrew pozorom Krzysztof Tomasik nie zajmuje się w swoich tekstach tylko tą stroną osobowości bohatera, która przywołana została w tytule. Nie próbuje też za wszelką cenę udowadniać czegoś na siłę. Dopuszcza wątpliwości, pisze o niejasnościach, o braku pewności dotyczących tego, jakie relacje łączyły jego bohaterów z innymi osobami. Oprócz tego autor opowiada po prostu o barwnym życiu swoich bohaterów i o recepcji ich twórczości kiedyś i dziś. Bo nawet jeśli pamiętamy, kim był Jerzy Andrzejewski, to jego dorobek literacki powoli popada w zapomnienie. Opowieści często zostały wzbogacone o źródła z epoki - dzienniki, listy, cytaty z prasy.

Oczywiste jest jednak, że bardzo ważną częścią "Homobiografii" jest homoseksualność prezentowanych bohaterów. Przebija z tych historii tęsknota za stałym partnerem, rozpacz niezrozumienia, świadomość przemijania, smutek starości, wielkie, czasem nieodwzajemnione, uczucia, bunt, domaganie się od otoczenia akceptacji partnerów, próby ułożenia sobie życia, ale też zacieranie śladów - świadome budowanie oficjalnej biografii na przekor rzeczywistości. Bardzo ciekawe jest również obserwowanie, jak zmieniał się sposób funkcjonowania w społeczeństwie osób nieheteronormatywnych. Przyjętą normą było, że homoseksualni mężczyźni urodzeni na początku zeszłego wieku żenili się i mieli dzieci, mimo że otoczenie, a nawet ich wybranka, często doskonale zdawali sobie sprawę z ich skłonności. Po prostu wtedy nie wyobrażano sobie innego modelu życia. Mimo tego zdarzało się, że te małżeństwa okazywały się bardzo trwałe i udane. Taki jest przypadek Jarosława Iwaszkiewicza i Jerzego Andrzejewskiego. To dowodzi tylko, w jak rozmaity sposób można żyć. A że często trudno to zrozumieć? Bo trudno jest się wyzwolić spod wpływu stereotypu.

Bardzo ciekawa książka. Warto po nią sięgnąć.

Michał P. Garapich "Dzieci Kazimierza"

Kolejna książka, na którą nie zwróciłabym uwagi, gdyby nie rozmowa z autorem, jaką usłyszałam w radiu. Wiedziałam, że wyszła, ale w natłoku innych tytułów, które koniecznie chciałam kupić i przeczytać, nie zadałam sobie nawet trudu, aby sprawdzić, co to jest. Jednak rozmowa z Michałem P. Garapichem o jego książce "Dzieci Kazimierza" (Czarne 2019) na tyle mnie zafrapowała, że postanowiłam po nią sięgnąć. Powodów było kilka.

Pierwszy - można ją śmiało umieścić w nurcie literatury zajmującej się ludową historią, czyli historią opowiadaną z punktu widzenia zwykłych ludzi. Drugi to temat kręcący się wokół pytania - od kogo się wywodzimy? Od szlachty, jak chcielibyśmy o sobie myśleć, czy od chłopów? Dziś już mamy świadomość, że zdecydowana większość z nas to potomkowie tych drugich, którym ci pierwsi długo odmawiali prawa do bycia częścią narodu. Szła za tym cała ideologiczna i mityczna podbudowa. Jakie katastrofalne skutki to miało i dokąd nas ostatecznie zaprowadziło, wiadomo. Trzeci powód to zwyczajna ciekawość. Bo Michał P. Garapich, pochodzący z Krakowa, od dwudziestu lat mieszkający w Londynie, profesor jednego z tamtejszych uniwersytetów zajmujący się miedzy innymi migracjami, wyrusza śladem swojego pradziadka Kazimierza z Cebrowa na Podolu, który był ojcem ponad dwadzieściorga dzieci. Problem polega na tym, że tylko siedmioro z nich to potomkowie uznawani, bo urodzeni w małżeństwie. Pozostali pochodzą ze związków Kazimierza z czterema wieśniaczkami z jego rodzinnej wsi. Autor nazywa tę sytuację po imieniu - poligamia. Odkąd autor pamięta w rodzinie była to tajemnica poliszynela - powód do pieprznych żartów opowiadanych przez mężczyzn przy wódce i kartach. Niby wiedziano, niby rozmawiano, nawet z  niektórymi potomkami jego dzieci się spotykano, a jednak w pamiętnikach prowadzonych przez Pawła, brata Kazimierza, i ciotkę Ellę, jedną z jego córek, nie ma po nich wielu śladów. Jeśli już się pojawiają, to jako pogardzane lewaki, czyli bękarty, nieślubne dzieci.

Michał P. Garapich nie szuka sensacji. Najpierw żmudnie odkrywa rodzinną historię, szuka  tych nielegalnych potomków Kazimierza, potem zaczyna jeździć do Cebrowa, aż w końcu doprowadza do ponownego symbolicznego pochówku na cebrowskim cmentarzu członków rodziny, których ojciec Kazimierza, Michał, poseł na sejm galicyjski, przeniósł pod osłoną nocy z tegoż cmentarza do specjalnie wybudowanej rodzinnej kaplicy. Ta uroczystość staje się znakomitą okazją do wielkiego rodzinnego spotkania potomków jego pradziadka, legalnych i lewaków. To wszystko jest dla autora pretekstem do symbolicznego potraktowania rodzinnej historii i stawiania uniwersalnych pytań. O relacje dwór-wieś, pan - poddane nacechowaną seksualną przemocą, Polacy-Ukraińcy, wszak dziedzic był Polakiem, a dziewczyny, z którymi żył, Ukrainkami. O to, czym właściwie jest rodzina i jak zawsze było jej daleko do wzorca rodzice żyjący w małżeństwie i dzieci. O dominację mężczyzn. O pokorne milczenie kobiet, które godziły się, bo wtedy nie potrafiły i nie mogły inaczej, na seksualne wybryki Kazimierza. Chodzi nie tylko o dziewczyny ze wsi, ale także o żonę, która pokornie wszystko akceptowała. Pozostaje jeszcze jedno pytanie - jak powszechny był to obyczaj? Michał P. Garapich uważa, że bardzo. Trudno się dziwić - na podstawie rozmaitych lektur mamy podobną intuicję. Podobne relacje oparte na przemocy seksualnej opisała Joanna Kuciel-Frydryszak w znakomitej książce "Służące do wszystkiego".  Oczywiście nie każdy dziedzic miał aż tyle nieślubnych dzieci. Nawet inicjacja seksualna dworskich synów odbywała się z wiejskimi dziewczynami, o czym pisze brat Kazimierza, Paweł, w swoich pamiętnikach. 

Ale sytuacja wcale nie była czarno-biała. Dzieci, chociaż nieślubne, i tak miały we wsi lepszy status, bo dostawały od Kazimierza ileś morgów ziemi i dom. Mało tego, syn i córka z pierwszego związku przez jakiś czas chowali się z jego rodziną. Na świat przyjmowała je ich babka, a później traktowała jak wnuki. On sam zatrzymał się w pól drogi - uznawał i nie uznawał jednocześnie, może kochał, ale pełni praw nigdy nie chciał dać. 

Pytań jest więcej. Pojawiają się w kolejnych pokoleniach. Bo po wojnie sytuacja się odwraca. Panowie przestają być panami, tracą majątek, ale nadal pielęgnują w sobie poczucie wyższości. Cebrowska, kresowa przeszłość obrasta mitem i legendą. Tęsknota za nią to tęsknota za władzą, jaką kiedyś mieli.Tymczasem potomkowie lewaków zyskują, już nie są poddanymi, mogą się kształcić, starać o stanowiska. A jednak ten stosunek pańsko-poddańczy stale się odtwarza. Stąd wstydliwe przemilczanie prawdy, mitologizowanie przeszłości, niechęć do przyznania, że te lewaki to bracia, siostry, wnuki, ciocie, wujkowie, kuzyni, kuzynki. Te słowa większości starszego pokolenia rodziny Garapichów nie mogą przejść przez gardło. Nieślubne dzieci, wnuki i prawnuki Kazimierza na zawsze pozostaną dla nich kimś obcym. Nawet jeśli się spotykają, to nieświadomie, a może świadomie, okazują im swoją wyższość, o co tamci mają zrozumiałe pretensje. Bo czasy się zmieniły, tamtego świata już nie ma. Jak się jednak okazuje, w mentalności pozostał. Kończy się też dominacja mężczyzn. Kobiety z rodziny Garapichów biorą, świadomy albo nieświadomy, odwet. To symboliczna zemsta w imieniu tamtych kobiet - choćby babci Michci, która musiała się godzić na wybryki Kazimierza, choćby jego nieślubnej córki Melanii. Mimo że wychowywała się u niego w domu, nie chciał jej uznać, dlatego nie mogła wyjść za mąż za oficera, w którym się z wzajemnością zakochała. Ta sytuacja była szczególnie tragiczna, bo przecież nigdy nie doszłoby do jej znajomości z owym oficerem, gdyby nie mieszkała z Kazimierzem i jego rodziną. I tak koło się zamyka. A takie to były czasy, że oficer nie mógł ożenić się z kobietą z nieprawego łoża. 

A poza tym książkę znakomicie się czyta. Razem z Michałem P. Garapichem odkrywamy kolejne rodzinne tajemnice, odbywamy podróże w czasie i przestrzeni - do tamtego świata i do dzisiejszego Cebrowa, gdzie mieszka kilkoro potomków Kazimierza, z którymi autor się zaprzyjaźnił. Bardzo ciekawa i zmuszająca do myślenia książka.

Volker Kutscher "Śliska sprawa" tom I

Pierwszy tom "Śliskiej sprawy" Volkera Kutschera (W.A.B. 2019; przełożyła Anna Kierejewska) to kolejna powieść, po którą sięgnęłam pod wpływem spotkania na krakowskim Festiwalu Conrada. Wcześniej nie miałam pojęcia o jej istnieniu, szerszej publiczności może być znana w wersji serialowej. Na podstawie cyklu książek o berlińskim komisarzu Gereonie Rathcie (Nie mam pojęcia, czy dobrze zapisałam odmienioną wersję nazwiska, ale nieodmieniona nie przejdzie mi przez gardło.) powstał (powstaje nadal?) serial pod tytułem "Babylon Berlin". Podobno bardzo dobry i popularny. Cóż, o nim też nie słyszałam, bo zupełnie nie złapałam serialowego bakcyla. W każdym razie festiwalowe spotkanie, na którym obecna była tłumaczka, twórcy filmu i autor komiksu zachęciło mnie do sięgnięcia po powieść. Jest to pierwszy kryminał, jaki przeczytałam od lat. Nie żebym miała w pogardzie ten literacki gatunek, przeciwnie, kiedyś kryminały pochłaniałam w dużej ilości, ale od kiedy Mankell skończył swoją serię o Walanderze, jakoś nie potrafiłam wciągnąć się w żadną inną. Wszelkie próby kończyły się zniechęceniem - za kolejne tomy już się nie brałam. Szczerze mówiąc, nie szukałam też specjalnie gorliwie, bo moja, kiedyś drewniana, dziś wirtualna półka książek oczekujących pęka w szwach, więc trochę szkoda mi czasu na kryminały. Z tego powodu zupełnie ominęła mnie fala polskiej literatury kryminalnej. Ale do rzeczy.

Dlaczego w ogóle zainteresowałam się perypetiami komisarza berlińskiej policji Gereona Ratha? Ze względu na kontekst - Berlin końca lat dwudziestych, ściślej rzecz biorąc rok 1929. Właśnie byłam po lekturze dwóch znakomitych książek zajmujących się podobna tematyką - reportażu historycznego "W ogrodzie bestii" Erika Larsona i powieści "Podróżny" Ulricha Alexandra Boschwitza, więc tym chętniej sięgnęłam po "Śliską sprawę". 

Gereon Rath jest w stolicy od niedawna. Przyjechał z Kolonii, gdzie pracował w wydziale kryminalnym, tu z braku miejsc trafił do obyczajówki. Marzy o tym, aby znowu szukać przestępców. W berlińskiej komendzie czuje się obco, tym bardziej, że krążą na jego temat rozmaite plotki. Pod wpływem zbiegu okoliczności na własną rękę zaczyna rozwiązywać sprawę tajemniczego morderstwa, którą zajmują się policjanci z wydziału kryminalnego. Nie ma pojęcia, w jakie tarapaty wpadnie. Muszę przyznać, że kryminał czytałam z dużą przyjemnością i tym razem na pewno sięgnę po kolejny tom, kiedy się tylko ukaże. Dlaczego? Z paru powodów. 

Po pierwsze historia jest po prostu ciekawa. Trzymała w napięciu i obfitowała w nieoczekiwane zwroty akcji. Byłam gotowa zarwać noc, aby dowiedzieć się, co będzie dalej, ale rozsądek zwyciężał. Cóż, rano trzeba wstawać do pracy. Drugi powód to interesująco sportretowana postać głównego bohatera. Gereon Rath jest ambitny, przekonany o swojej zawodowej wartości, spogląda z wyższością i pogardą na niektórych kolegów z wydziału kryminalnego. Ta nadmierna pewność siebie i skłonność do pochopnego podejmowania decyzji wpakują go w niezłe tarapaty. Przyjdzie mu znieść wielkie upokorzenie. Ciekawie, chociaż szkicowo, zarysowana jest rodzinna historia komisarza. Żal do rodziców, losy dwóch braci, jego stosunek do pierwszej wojny, w której nie zdążył wziąć udziału, bo kiedy został powołany do wojska, wojna na szczęście się skończyła. Wreszcie tło - Berlin końca lat dwudziestych. Plastyczne opisy miasta, które dynamicznie się rozbudowuje, miasta, które nie zasypia, w którym roi się od nocnych lokali, a ludzie bawią się bez umiaru. Poza tym tło polityczne. Związki kombatantów z czasów pierwszej wojny, nielegalny handel bronią, świat przestępczy, rosnące w siłę SA - bojówki NSDAP, poglądy na rolę Niemiec, wojenne resentymenty, jakieś antysemickie uwagi. Kiedy toczy się akcja powieści, miastem wstrząsają komunistyczne wiece i zamieszki krwawo tłumione przez policję. Ale to jeszcze czas, kiedy Hitler brany jest za niegroźnego dziwaka. Jego nazwisko w powieści padnie tylko raz właśnie w takim kontekście. Na razie nic wielkiego się nie dzieje, tylko czytelnik wie, że groza czai się tuż za rogiem. Z tego powodu ciekawa jestem części kolejnych.

Na koniec uwaga przykra, nie pod adresem autora powieści, ale jej wydawcy. Naprawdę dawno nie czytałam tak skandalicznie zredagowanej książki! Byłam po prostu wściekła! Liczne literówki to pikuś. Prawdziwą plagą są te same przyimki używane w zdaniu dwukrotnie, co sprawia, że zdanie staje się jakimś koszmarkiem. Najprawdopodobniej ktoś poprawiał szyk zdania, ale nie zadał sobie trudu, aby wyrzucić zbędny przyimek. To samo dotyczy innych błędów. Żeby zdarzyło się to raz, ale takie kwiatki są nagminne! Służę przykładami. Bardzo by chcieliby.  ... idzie na spotkanie się z kobietą. Czy woli się pan nadal stroić sobie żarty przez telefon? Sporo jest też powtórzeń. Razi też nagminnie używana forma znajdywać zamiast znajdować. Ta pierwsza wprawdzie jest poprawna, ale rzadko używana i brzmi archaicznie. Szczytem wszystkiego jest użyty, na szczęście raz, przymiotnik antysemitystyczny! Gdzie redakcja, gdzie korekta? I to wszystko w szacownym, podobno, W.A.B. Wiem trochę o rynku wydawniczym, bo się nim interesuję, więc znam tłumaczenia wydawców -  pośpiech, jesteśmy tylko ludźmi, każdy popełnia błędy, zlecanie redakcji i korekty na zewnątrz, marne zarobki. Wszystko rozumiem, co nie znaczy, że akceptuję. Ale w tym wypadku miara została przekroczona!!! Poświęcam temu problemowi tyle miejsca, bo irytuje mnie, że piszący o książkach nie zwracają uwagi na te problemy. Bardzo rzadko zdarza mi się słyszeć lub czytać w recenzjach zawodowców tego typu uwagi. Przykładem niech będzie "Syn" Philippa Meyera swego czasu szeroko omawiany i chwalony, ale w żadnej recenzji nie znalazłam ani słowa o fatalnej redakcji.

Norman Lewis "Grobowiec w Sewilli. Podróż przez Hiszpanię u progu wojny domowej"

Po książkę Normana Lewisa "Grobowiec w Sewilli. Podróż przez Hiszpanię u progu wojny domowej" (Czarne 2013; przełożył Janusz Ruszkowski) miałam ochotę sięgnąć zaraz po przeczytaniu jego "Neapolu 44. Pamiętnika oficera wywiadu z okupowanych Włoch", który zachwycił mnie nie tylko barwnymi anegdotami, obrazem świata, ale także pięknym językiem. Tak się szczęśliwie złożyło, że udało mi się dostać "Grobowiec w Sewilli" akurat teraz tuż po lekturze dwóch innych pozycji związanych z tematyką hiszpańskiej wojny domowej. Myślę o powieści Almudeny Grandes "Pacjenci doktora Garcii" i reportażu Katarzyny Kobylarczyk "Strup. Hiszpania rozdrapuje rany". Książka słabo znanego w Polsce angielskiego pisarza Normana Lewisa jest znakomitym uzupełnieniem tamtych tytułów.

To opowieść o podróży przez bardzo niespokojną Hiszpanię w roku 1934, kiedy to  krajem wstrząsały strajki, na ulicach wielu miast dochodziło do zamieszek oraz regularnych walk z policją i wojskiem, a ich rezultatem był wprowadzany i odwoływany stan wyjątkowy. Dlatego wyprawa do Sewilli, skąd wywodziła się rodzina ówczesnej żony autora, zajęła jemu i jego szwagrowi, z którym podróżował, znacznie więcej czasu niż planowali. Jechać musieli drogą bardzo okrężną - z San Sebastian, gdzie zaczynali, przez Pampelunę i Saragossę, do Madrytu, potem przez Salamankę do ... Portugalii i dopiero w taki dziwny sposób dotarli do Sewilli. Ponieważ niemal od razu natrafili na trudności z powodu niekursujących autobusów i pociągów, w niektórych miejscach utkwili na dłużej, a część drogi, z Pampeluny do Saragossy, odbyli pieszo. "Grobowiec w Sewilli" jest drugą wersją debiutanckiej książki Lewisa "Spanish Adventure". Autor zdecydował się na taki zabieg pod koniec swojego długiego życia (zmarł w wieku 95-ciu lat). Jest więc to mieszanka młodzieńczego entuzjazmu, świeżego spojrzenia na opisywane zdarzenia i dojrzałości, pamięci przefiltrowanej przez czas.

Chociaż tę niewielkich rozmiarów książkę czytałam bardzo szybko i z przyjemnością, muszę szczerze przyznać, że trochę mnie jednak rozczarowała. Po lekturze "Neapolu 44" poprzeczka zawieszona była znacznie wyżej. Czego mi zabrakło? Językowej finezji. "Neapol" mnie zdumiał i zachwycił między innymi właśnie znakomitym językiem, bo nie wiedząc nic o autorze, przystępowałam do lektury przekonana, że mam do czynienia po prostu z pamiętnikami żołnierza obrobionymi przez redaktorów z wydawnictwa. Tymczasem okazało się, że ten żołnierz był już w chwili wydania swojego dziennika autorem wielu książek podróżniczych i beletrystycznych. Nie jest to wina tłumacza, bo obie pozycje przełożył  Janusz Ruszkowski. Tylko we fragmentach opisujących krajobrazy widać ślady urody języka. 

Mimo tych uwag nie żałuję lektury. Po pierwsze, jak już wspominałam, "Grobowiec w Sewilli" w tej chwili stanowi dla mnie domknięcie pewnego cyklu związanego z tematyką hiszpańskiej wojny domowej i dyktatury Franco. Dlatego bardzo interesowało mnie świadectwo czasu - opowieść o zrewoltowanej Hiszpanii. Przyznam, że nie miałam pojęcia o wydarzeniach z jesieni 1934 nazywanych rewolucją 1934 roku. Zmusiło mnie to do szperania w internecie. To zawsze cenne. Co jeszcze? Podobnie jak w "Neapolu 44" znajdujemy tu mnóstwo zabawnych anegdot o spotykanych ludziach. Poza tym "Grobowiec w Sewilli" śmiało można traktować jak książkę łotrzykowską. W takiej konwencji Lewis opowiada o przeszkodach, jakie na swojej drodze napotkali obaj podróżnicy. Więcej tu młodzieńczego awanturnictwa i dezynwoltury, opowieści o niebezpiecznej przygodzie, z której uszło się cało, a którą po latach wspomina się i opowiada z ekscytacją, robiąc wrażenie na słuchaczach, niż grozy wydarzeń. A przecież autor i jego kompan byli świadkami zamieszek, ulicznych bitew, widzieli krew i zabitych, musieli chronić się przed świszczącymi kulami snajperów. To wszystko tu jest, ale przetworzone, przefiltrowane przez łotrzykowską konwencję. Dla mnie dodatkową przyjemnością był fakt, że mam do opisywanych miejsc emocjonalny stosunek, bo w większości z nich byłam i wspominam te podróże z dużym sentymentem.

Na koniec pozostaje pytanie, jaki był stosunek autora do opisywanych wydarzeń. Po której stronie się opowiadał? Zachowywał dystans, nie był entuzjastą strajkujących i demonstrujących. Kojarzył ich z komunistami. Inaczej jego szwagier - jednoznacznie opowiadał się po stronie sił republikańskich. Chciał nawet w Hiszpanii zostać i pomagać zrewoltowanym masom. Wtedy wyjechał, ale wrócił w czasie wojny domowej. Był kierowcą ambulansu. Udział w tamtych wydarzeniach nadszarpnął jego zdrowie.

Dariusz Zalega "Śląsk zbuntowany"

Lektura "Pacjentów doktora Garcii" Almudeny Grandes, powieść o hiszpańskiej wojnie domowej i czasach dyktatury generała Franco, pociągnęła za sobą kolejne czytelnicze wybory. Tak się szczęśliwie złożyło, że akurat w tym samym czasie pojawił się reportaż Katarzyny Kobylarczyk "Strup. Hiszpania rozdrapuje rany" o ruchu poszukiwania zaginionych w tamtych czasach i z licznymi odniesieniami do historii, oraz "Śląsk zbuntowany" Dariusza Zalegi (Czarne 2019). Jaki ta ostatnia książka ma związek z hiszpańską wojna domową? Otóż opowiada o ochotnikach ze Śląska walczących w międzynarodowych brygadach w Hiszpanii. A szczęśliwy traf sprawił, że zdobyłam też rzecz, którą już od jakiegoś czasu chciałam też przeczytać - "Grobowiec z Sewilli. Podróż przez Hiszpanię u progu wojny domowej" Normana Lewisa autora świetnego "Neapolu 44. Pamiętnika oficera wywiadu z okupowanych Włoch". Po tym wstępie przechodzę do historycznego reportażu Dariusza Zalegi.

"Śląsk zbuntowany" to książka, którą można umieścić w nurcie pozycji zajmujących się tak zwaną ludową historią, czyli opowieścią o przeszłości pisaną z punktu widzenia zwykłego człowieka, a nie królów, dowódców, polityków. Bohaterami reportażu Dariusza Zalegi są robotnicy, szczególnie górnicy. Pisząc o nich, opowiada o Śląsku, a potem o wojnie domowej w Hiszpanii. Pokazuje, jak to się stało, że około dwustu ochotników z tamtych terenów, nie tylko Polaków, także Niemców i Czechów, zaciągnęło się do międzynarodowych brygad, aby walczyć o nieswoją przecież sprawę. Czy rzeczywiście nieswoją? Co ich ukształtowało? Co doprowadziło do podjęcia tak trudnej decyzji?  

Ich zaangażowanie nie wzięło się z niczego. To ludzie, którzy sprawdzili się dużo wcześniej, często jeszcze zanim część Śląska została po plebiscytach i powstaniach przyłączona do Polski. Działacze związkowi, członkowie lewicowych partii czy zwykli robotnicy walczący o swoje prawa. Brali udział w licznych strajkach, często byli ich organizatorami, walczyli w powstaniach. Ci najaktywniejsi intensywnie zdobywali wiedzę, czytając książki, biorąc udział w dyskusjach i innych formach samokształcenia. Ciekawy jest problem ich identyfikacji narodowej. Kim się czuli? Polakami? Niemcami? Ślązakami? Bardzo różnie. Na pewno dla większości z nich była ważna jeszcze jedna identyfikacja - robotnicza. Autor opowiada o tych wszystkich sprawach i problemach, zanim wyruszy za swoimi bohaterami do Hiszpanii. Pisze o podziale Śląska po pierwszej wojnie, o powstaniach, o górniczych strajkach, o działalności związkowej i politycznej, o kryzysie gospodarczym, wreszcie o rozczarowaniu polityką II Rzeczpospolitej wobec tych terenów. Upraszczając, można powiedzieć, że Śląsk został wykorzystany, a potem był nierozumiany, zapomniany, ale jednocześnie intensywnie eksploatowany. Bardzo ważne miejsce zajmuje opowieść o licznej emigracji ze Śląska. Górnicy wyjeżdżali do pracy w kopalniach francuskich czy belgijskich. Polska eksportowała swoich bezrobotnych, pozbywając się problemu. Na obczyźnie często kontynuowali swoją związkową i polityczną działalność. Potem wielu z nich angażowało się w pomoc ochotnikom, w przerzucanie ich za Pireneje, wreszcie sami wyruszali do Hiszpanii.

To wszystko jest bardzo ciekawe, a równie interesująca jest opowieść o udziale śląskich robotników w hiszpańskiej wojnie domowej. Niby wiedziałam, że na wieść o puczu generała Franco do Hiszpanii wyruszyli ochotnicy z wielu krajów, aby walczyć po stronie Republiki przeciwko faszyzmowi. Nie miałam jednak pojęcia przynajmniej o dwóch aspektach tej sprawy. Po pierwsze o tym, ile determinacji wymagało dołączenie do tych brygad, jak trudne to było, bo nielegalne, z iloma niebezpieczeństwami się wiązało. Niektórzy próbowali kilka razy, zanim udało im się dotrzeć do Francji, gdzie brygady się organizowały. Większość państw zachowywała neutralność wobec konfliktu, co oznaczało nieangażowanie się w pomoc ochotnikom i bierne przyzwolenie na wojskowy pucz Franco. Dlatego wędrówka tych zapaleńców była nielegalna, dopiero we Francji, i to tylko do jakiegoś czasu, traktowani byli przychylnie. Ta krótkowzroczność, jak często w dziejach, okazała się mieć dalekosiężne skutki. Gorzko mówi o tym jeden z uczestników tamtych wydarzeń - niemiecka armia bombardując hiszpańskie miasta znajdujące się na terenach, gdzie broniła się Republika, miała doskonały trening przed bombardowaniem polskich miast, co miało nastąpić już wkrótce

Drugą sprawą, o której nie bardzo miałam pojęcie, był los ochotników po zwycięstwie faszystowskiej dyktatury. Oczywiście wielu z nich zginęło, ale ci, którzy przeżyli, schorowani, wycieńczeni, okaleczeni, nie mieli do czego wracać. W Polsce i w III Rzeszy traktowani byli jak nielegałowie (stracili polskie paszporty, stali się bezpaństwowcami), wywrotowcy, element niebezpieczny. Nękano ich rodziny. Do Związku Radzieckiego też nie mogli się udać po czystkach, jakie nastąpiły z chwilą rozwiązania Komunistycznej Partii Polski. Większość wylądowała we francuskich obozach internowania, gdzie też nie witano ich entuzjastycznie. Panowały tam koszmarne warunki. Tak dotrwali do wybuchu wojny. Potem albo próbowali walczyć, albo trafiali do niemieckich obozów. Alternatywą często było zaciągnięcie się do Legii Cudzoziemskiej, szybko jednak rozumieli, że to błąd. Szlachetna decyzja o pomocy hiszpańskiej Republice zaważyła na ich dalszych losach. Dopiero po drugiej wojnie w PRL-u patrzono na nich z sympatią, ale wykorzystywano propagandowo. Jednak wielkich karier nie zrobili. Niekoniecznie też o nich marzyli zmęczeni wojnami i poniewierką. Dziś wahadło znowu się odwróciło. Co jakiś czas wybuchają awantury o to, czy zostawiać poświęcone im upamiętnienia. Dla prawej strony naszej sceny politycznej są komunistami, którzy opowiedzieli się po stronie Stalina. Historia nie jest taka prosta. Nie będę wdawać się tu w przedstawianie, jak bardzo różnorodne ideologicznie były siły opowiadające się za hiszpańską Republiką. To przecież nie tylko staliniści ze Związku Radzieckiego, nie od razu Stalin miał też tak duże wpływy. Gdyby nie neutralność innych państw, być może Republika nie byłaby tak podatna na komunistyczne wpływy. Kończę te dywagacje, bo nie czuję się na tyle kompetentna, a poza tym historycy nie lubią takiej gdybologii. I jeszcze jedna refleksja. Czy dziś byłoby tak dużą grupę ludzi stać na tak szlachetny gest? Kiedy czytam o ochotnikach z wielu krajów walczących w hiszpańskiej wojnie domowej, ta sprawa wydaje mi się jak z kosmosu. A książkę "Śląsk zbuntowany" Dariusza Zalegi polecam.

Katarzyna Kobylarczyk "Strup. Hiszpania rozdrapuje rany"

Czasem tak się szczęśliwie składa, że kiedy kończę jedną książkę, czeka już na mnie następna o tej samej lub podobnej tematyce. Bardzo lubię takie literackie łańcuchy - jedna pozycja uzupełnia drugą, poszerza perspektywę, czasem pokazuje problem z innej strony. Tak było i tym razem. Kiedy czytałam "Pacjentów doktora Garcii" Almudeny Grandes, w moim czytniku leżał już reportaż Katarzyny Kobylarczyk "Strup. Hiszpania rozdrapuje rany" (Czarne 2019) - rzecz o ruchu poszukiwania zaginionych z czasów hiszpańskiej wojny domowej, ekshumowaniu pochowanych w masowych grobach, o Dolinie Poległych, o której ostatnio było bardzo głośno, i wreszcie o zupełnie nieznanym fakcie - hiszpańskich więźniach w hitlerowskich obozach. Chociaż książka dotyczy współczesności - krąży wokół pytania, jak Hiszpania radzi sobie z tą niezwykle trudną przeszłością, to przecież trudno uniknąć sięgania do historii. Wbrew temu, co słyszałam, autorka sporo miejsca poświęca faktografii z czasów hiszpańskiej wojny domowej i dyktatury generała Franco, dzięki czemu mogłam się na ten temat jeszcze więcej dowiedzieć i szerzej spojrzeć na problemy pokazane w powieści Almudeny Grandes. Sama nie wiem, którą z nich należałoby przeczytać w pierwszej kolejności. A może to bez znaczenia? W każdym razie obie gorąco polecam! Zanim przejdę do konkretów jeszcze jedna dygresja. Otóż Katarzyna Kobylarczyk jest też autorką innej książki o Hiszpanii - to "Pył z landrynek. Hiszpańskie fiesty", którą dobry kawał czasu temu bardzo się zachwycałam. Jakże inna to opowieść - radosna, pogodna, przepełniona fascynacją dla kraju i jego, czasem dziwnych, obyczajów, a przy tym pięknie napisana. Kto ma ochotę choćby na chwilę odetchnąć od ciężkich lektur, od trosk świata, kto interesuje się Hiszpanią, kto ją zna albo poznać chce, kto się do niej wybiera, niech koniecznie przeczyta "Pył z landrynek"!

No a teraz do rzeczy, czyli do tematu zupełnie niewesołego. Kiedy po śmierci generała Franco Hiszpania wkraczała na drogę ku demokracji, jak często w podobnych sytuacjach, obie strony zgodziły się, aby nie wracać do przeszłości. Nie szukać winnych, budować przyszłość. Taką postawę przypieczętował strach - przecież trudno od razu otrząsnąć się po latach dyktatury -  spotęgowany jeszcze nieudanym zamachem stanu, który miał miejsce krótko po wkroczeniu na drogę demokracji. I tak Hiszpania budowała autostrady, zachłysnęła się wolnością, ale przecież o swoich zamordowanych i zaginionych z lat wojny domowej i czasów faszystowskiej dyktatury nie zapomniała. Ruch poszukiwania ciał ofiar, które najczęściej pochowane zostały w anonimowych, zbiorowych grobach gdzieś pod murem cmentarza, pod płotem, w polu, w wiejskiej studni, zaczął się na początku lat dwutysięcznych trochę przez przypadek. Dziś to najczęściej wnuki chcą odnaleźć ciała swoich dziadków, rzadziej mocno wiekowe dzieci szukają kości rodziców. Od tamtej pory powstało ileś organizacji, które najczęściej wolontaryjnie, przy znikomej pomocy państwa zajmują się poszukiwaniami i ekshumacjami. Po raz pierwszy przeczytałam o tym w znakomitej reporterskiej książce Aleksandry Lipczak "Ludzie z placu Słońca". A szukać wcale nie jest łatwo, choćby dlatego, że egzekucje najczęściej nie odbywały się we wsi czy miasteczku, gdzie mieszkał aresztowany, zwykle wyroki wykonywano gdzieś w okolicy. Można ironicznie i gorzko powiedzieć, że aby sąsiad nie mordował sąsiada, mieszkańcy okolicznych miejscowości wyręczali się wzajemnie. Z pomocą przychodzi ludzka pamięć, bo chociaż tyle lat milczano, teraz nagle, kiedy w okolicy prowadzi się poszukiwania, często rozwiązują się języki. Ludzie pamiętają, jakby to było wczoraj. Tylko w latach 2000-2009 otwarto ponad 740 zbiorowych mogił, ekshumowano ponad dziewięć tysięcy ciał. Największa, w Maladze, liczyła ich 2800. Ile takich mogił jeszcze czeka na odkopanie? 500? Tego nikt nie jest w stanie oszacować. 

Z książki Katarzyny Kobylarczyk po raz kolejny wyłania się obraz kraju ogarniętego zbiorowym szaleństwem i zbiorową nienawiścią. A wszystko z imieniem Boga na ustach, w imię obrony tradycji i religii. Oczywiście musi paść kontrargument, że druga strona też dopuszczała się strasznych zbrodni. Jej ofiarami byli księża, zakonnicy, zakonnice i wszyscy, którzy z kościołem mieli jakiekolwiek związki, choćby produkowali świece. To prawda. Katarzyna Kobylarczyk pokazuje argumenty drugiej strony, pisze o ich pomordowanych, cały obszerny rozdział poświęca przecież  Dolinie Poległych. Ale ofiar po stronie republikańskiej było jednak znacznie więcej. Po wojnie szaleństwo się nie skończyło - trwały aresztowania, procesy i egzekucje wszystkich w jakikolwiek sposób opowiadających się za Republiką. Zapełniły się więzienia, a tłok w nich był tak nieprawdopodobny, że zamieniano na nie szkoły, fabryki, klasztory, a potem wymyślono program praca za skrócenie kary. Znowu z Bogiem i miłosierdziem na ustach. Wielu wolało skorzystać z takiej okazji, niż cierpieć niewygody i głód w przepełnionych więzieniach. Ale praca wcale nie była lekka. Więźniowie budowali drogi, kopali kanały, harowali w kopalniach, pracowali przy budowie Doliny Poległych. To ostatnie miejsce pracy wbrew temu, co się uważa, akurat nie należało do najgorszych. Trudno uwierzyć, że ostatni obóz pacy zamknięto dopiero w roku 1970! Nie ma też równości po śmierci. Frankiści dbali o swoich poległych i zamordowanych, wydobywając ich z masowych mogił, urządzając uroczyste pogrzeby, a wreszcie budując wspomnianą Dolinę Poległych, w której bez pytania chowali też kości wrogów, stwarzając tym samym pozory pojednania. A temat tego mauzoleum wrócił ostatnio za sprawą przeniesienia szczątków Franco. Kiedy Katarzyna Kobylarczyk pisała swoją książkę, wciąż jeszcze tam spoczywał, dziś wiemy, że hiszpańskiemu rządowi udało się jednak doprowadzić do jego ekshumacji. 

Bardzo ciekawa jest trzecia część książki. To opowieść o hiszpańskich więźniach hitlerowskich obozów. Fakt mało znany również w Hiszpanii. O ironio trafiali do nich zwolennicy Republiki, którym po zwycięstwie Franco udało się opuścić Hiszpanię i schronić we Francji. Najpierw siedzieli w obozach internowania, gdzie przebywali w okropnych warunkach, a po zajęciu Francji przez Trzecią Rzeszę zostali zabrani do obozów hitlerowskich. Tam czekał ich jeszcze potworniejszy los. Ginęli z wyczerpania pracą ponad siły, od chorób, z niedożywienia albo mordowani. Ci, którzy doczekali wyzwolenia, nie bardzo wiedzieli, co mają z sobą zrobić. Nikt ich nie chciał, do Hiszpanii bali się wracać. 

Aż trudno uwierzyć, że wszystko to działo się na naszym kontynencie niecałe sto lat temu. Wciąż jeszcze żyją ludzie, którzy w tamtych wydarzeniach uczestniczyli. Bardzo ciekawa, bardzo gorzka książka.  

"Pan T"

Od gdyńskiego festiwalu było dla mnie oczywiste, że wybiorę się do kina na "Pana T" Marcina Krzyształowicza, autora znakomitej "Obławy" i rozczarowującej, nieudanej "Pani z przedszkola". Najnowszy film już po Gdyni zbierał znakomite recenzje, mówiło się o świetnej roli Pawła Wilczaka, który jednak nagrody nie dostał, ale trzeba przyznać, że konkurencja w tej kategorii była w tym roku wyjątkowo silna. Wystarczy wspomnieć, że z niczym wyjechał rewelacyjny, charyzmatyczny Bartosz Bielenia grający główną rolę w filmie Jana Komasy "Boże Ciało". Za to nagrodzono Sebastiana Stankiewicza za drugoplanową rolę męską. 

Jakiś czas przed premierą ze zdumieniem przeczytałam o awanturze pomiędzy twórcami, a synem Leopolda Tyrmanda. Dlatego film rozpoczyna informacja, że historia nie jest biografią konkretnej osoby. Nie mnie rozstrzygać spory prawne i osądzać, kto mówi prawdę, a kto kłamie. Zostawiam więc oczywiste aluzje do Tyrmanda i zajmę się tylko filmem, który póki co można swobodnie oglądać na ekranach kin, z czego się cieszę, bo "Pan T" jest rzeczywiście bardzo dobry! Sama się sobie trochę dziwię, że aż tak podobał mi się film, w którym odnajduję wiele tego, za czym w kinie nie przepadam - nadmierną zabawę formą, różne fajne sceny (dla tych, którzy już oglądali - ta w warsztacie, któremu szefuje przyjaciel-poeta), czarny humor, dużą dozę surrealizmu i absurdu. A jednak to wszystko plus pozostałe elementy złożyły się w całość, którą oglądałam nie tylko z zapartym tchem, ale i z zachwytem dla precyzji scenariusza, dla obrazu, dla wykreowanego na ekranie świata oraz dla wielu fantastycznych scen. Ale może najsilniej podziałała na mnie atmosfera przygnębienia, beznadziei, niemocy.

Akcja toczy się w roku 1953 w Warszawie. Bohaterem jest pisarz, który nie chce iść na żadne układy z władzą, nie chce podporządkować się narzucanym przez nią wzorcom literatury socrealistycznej, dlatego nie może wydać książki, więc musi utrzymywać się z korepetycji. Paweł Wilczak - rzeczywiście znakomity, kto wie, jaki byłby ten film bez niego - gra bohatera, który ze zdumieniem i ze spokojem poprzedzonym rezygnacją przypatruje się potwornej rzeczywistości, która go otacza. Niewiele mówi, za to patrzy okrągłymi niczym spodki oczyma, w których widać bezbrzeżny smutek. Twarz Pawła Wilczaka wydaje się jak wykuta z kamienia, jest niemal nieruchoma. Maska, która skrywa cierpienie, pewnie obrzydzenie, może strach. To przygnębiające wrażenie potęgują jeszcze fragmenty pilnie skrywanych dzienników bohatera, które słyszymy z offu czytane jego smutnym, spokojnym, mocnym głosem. Kiedy kilkakrotnie obserwowałam go leżącego na nędznym łóżku, w nędznym pokoju w domu literatów, który być może będzie musiał opuścić, jeśli nadal nic nie wyda, wszak władza ludowa nie toleruje bumelantów, spływał na mnie cały smutek tamtego świata. Świata powojennej biedy, opresji, zniewolenia, ale też donosów, intryg i konformizmu. W otoczeniu Pana T jest mnóstwo artystów, którzy znakomicie potrafili się w tym świecie odnaleźć, dzięki czemu opływają w dostatki. Różne są strategie przetrwania - płynąć z prądem, zająć się jakimś pokątnym biznesem, uciec w szaleństwo, imać się jakiejkolwiek pracy. Przecież nieprzypadkowo w domu literatów mieszka tylu dziwaków. Ale przy tym wszystkim Pan T nie jest przecież postacią ze spiżu. Przeciwnie. Bywa śmieszny, ironiczny, nieprzyjemny, idzie na drobne kompromisy, chociaż gardzi swoimi kolegami, niezupełnie stroni od tego środowiska.

Drugim bohaterem filmu jest Filak, grany przez nagrodzonego Sebastiana Stankiewicza. Facet z prowincji, bez wykształcenia, boży prostaczek, marzy, aby zostać dziennikarzem, a jego ideałem i jednocześnie mentorem staje się Pan T. To on pokaże mu miejsce, gdzie panuje wolność - jazzowy koncert. Nielegalny oczywiście. Jak daleko gotowy jest się posunąć, aby mieszkać w Warszawie i pracować w gazecie?

Film został znakomicie wymyślony i zrobiony. Mamy precyzyjną intrygę, której Pan T staje się przypadkowym bohaterem, mamy wiele zabawnych scen (najpyszniejsza to rozmowa Pana T z Bierutem), świetne zdjęcia często skupiające się na detalu, zabawę powracającymi motywami (moneta), surrealistyczną zagadkę, która tu o dziwo zupełnie mi nie przeszkadza, wiele zapadających w pamięć epizodycznych ról (znakomity Jerzy Bończak w roli Bieruta, którego gra w sposób zupełnie nieoczywisty), świetną scenografię i kostiumy przenoszące widza w tamten świat. Znakomitą decyzją były czarno-białe zdjęcia, które z jednej strony potęgują przygnębiającą atmosferę, z drugiej dają dystans i nawiązują do czarno-białego kina z tamtych lat.  I chociaż wszystko zostaje zamknięte optymistyczną klamrą - inaczej być nie może, bo to film gatunkowy: trochę sensacyjny, trochę czarna komedia - to i tak dominuje poczucie przygnębienia, opresji i klaustrofobii.

Almudena Grandes "Pacjenci doktora Garcii"

"Pacjenci doktora Garcii" (Sonia draga 2019; przełożyły Zofia Siewak-Sojka, Magdalena Olejnik) to druga powieść hiszpańskiej pisarki Almudeny Grandes wydana w Polsce. Chociaż pierwsza, "Pocałunki składane na chlebie", trochę mnie rozczarowała, postanowiłam sięgnąć po kolejną z dwóch powodów. Po pierwsze temat - hiszpańska wojna domowa, a po drugie bardzo ciekawe spotkanie z autorką na krakowskim Festiwalu Conrada, na który nie zaprasza się byle kogo. Śmiało mogę powiedzieć, że Almudena Grandes tym, co mówiła, ale także sposobem bycia, zrehabilitowała się w moich oczach. 

I rzeczywiście "Pacjenci doktora Garcii" to książka bardzo ciekawa i zdecydowanie lepsza niż wspomniane "Pocałunki składane na chlebie". Warto po nią sięgnąć choćby ze względów poznawczych. A czyta się znakomicie, bo akcja wpisana została w ramy powieści szpiegowskiej. Co prawda trudno mi wyrokować, jak sama intryga ma się do najlepszych wzorców gatunku, bo z braku czasu nie czytam takiej literatury, więc nie mam do czego porównać. Poza tym nie z powodu szpiegowskiej intrygi zainteresowałam się powieścią Almudeny Grandes. Dla mnie, o czym już wspominałam,  magnesem był temat - wojna domowa w Hiszpanii. 

Akcja "Pacjentów doktora Garcii" toczy się na przestrzeni wielu lat. Rozpoczyna się w Madrycie w roku roku 1936, kończy w drugiej połowie lat siedemdziesiątych już po śmierci generała Franco w czasach rozpoczynającej się transformacji. Powieść ma dwóch głównych bohaterów. Tytułowy to doktor Guillermo Garcia Medina, chirurg pracujący w jednym z madryckich szpitali opowiadający się zdecydowanie po stronie Republiki. Drugim jest Manuel Arroyo Benitez, wywodzący się ze społecznych dołów republikański dyplomata. Ich losy splotą się nieoczekiwanie w wojennym Madrycie, kiedy to Guillermo ocali Manuelowi życie. Po upadku Republiki przyjaciel odwdzięczy mu się tym samym - wręczając fałszywe papiery i ofiarowując nową tożsamość, która uratuje go przed więzieniem albo nawet śmiercią. Po kilku latach spotkają się znowu i tak zacznie się szpiegowska intryga. 

Jak widać hiszpańska wojna domowa to zaledwie punkt wyjścia. Potem zaczyna się to, co najciekawsze, bo, przynajmniej dla mnie, nowe. Jakoś nigdy ani nie zastanawiałam się, ani nie czytałam o tym, co nastąpiło potem. Moja uwaga z racji lektur skupiła się na okrucieństwach samej wojny, ale po upadku Republiki i zwycięstwie generała Franco wcale nie było lepiej. Nastąpiły lata dyktatury, która w bezwzględny sposób rozprawiała się ze swoimi przeciwnikami, skazując ich na wieloletnie więzienie, obozy pracy albo śmierć. Gdyby doktor Garcia nie porzucił swojego dotychczasowego życia, tak by właśnie skończył. Porzucić oznaczało nie tylko przyjąć nową tożsamość, ale także opuścić wygodne mieszkanie, utracić wszystko i pożegnać się z pracą w szpitalu. I tak główny bohater ze świetnie zapowiadającego się chirurga stał się urzędnikiem firmy przewozowej. 

Kolejny ważny temat tej powieści, też dla mnie nowy, to rola Hiszpanii w ukrywaniu zbrodniarzy z czasów drugiej wojny światowej, którzy tu byli więcej niż tolerowani. Dla znacznej części z nich to przystanek w drodze do Argentyny, gdzie znaleźli ostateczne schronienie. Stało się tak dzięki działalności Clary Stauffer, falangistki i nazistki, zwolenniczki Franco i Hitlera, kobiety o niemiecko-hiszpańskich korzeniach. To postać autentyczna jak wiele innych w powieści. Na ile słabo w Polsce rozpoznana najlepiej świadczy fakt, że kiedy wpisałam jej nazwisko do wyszukiwarki, wyskoczyły materiały po hiszpańsku, niemiecku i angielsku. Po polsku pojawia się tylko w kontekście tej powieści! To właśnie wokół działalności założonej przez nią organizacji pomagającej szukającym ratunku w Hiszpanii zbrodniarzom wojennym osnuta jest szpiegowska intryga. 

"Pacjenci doktora Garcii" to bardzo gorzka powieść. Nie będzie happy endu, bo być nie może. Ani w planie osobistym, ani  w ściśle z nim splecionym politycznym. Nie dokona się dziejowa sprawiedliwość, nie spełnią się marzenia bohaterów książki o upadku dyktatury, o potępieniu jej przez międzynarodową społeczność. Bo wielka polityka jak zwykle zwyciężyła - w czasach zimnej wojny świat zaczął przymykać oczy na rządy generała Franco, a rola hiszpańskich władz w pomaganiu nazistom została przemilczana. Strach przed rozszerzaniem się komunistycznej zarazy zrobił swoje, a głównym wrogiem stał się Związek Radziecki. Stąd niechlubna rola Stanów Zjednoczonych w popieraniu południowoamerykańskich dyktatur, o czym także opowiada ta powieść. Kto chce wiedzieć więcej, niech koniecznie zajrzy do znakomitego reportażu Artura Domosławskiego "Gorączka latynoamerykańska", o którym nie tak dawno pisałam.

Ale wątek szpiegowski to nie tylko intryga. To także bardzo ciekawy problem etyczny i moralny. Tajna operacja, w której biorą udział bohaterowie, wymaga od nich zanurzenia się w środowisku, które jest im z gruntu obce i obrzydliwe, zajmowania się działalnością przynoszącą korzyści materialne zbrodniarzom wojennym i zacierającą ślady dokonywanych przez nich grabieży, podejmowania trudnych decyzji i wykonywania zadań, z których trudno się otrząsnąć. Najsmutniejsze jest to, że ich wieloletnie wyrzeczenia, narażanie życia na niewiele się zdają. Szczególnie Manuel czuje się przegrany. Bardzo gorzko wypada jego rozliczenie z własnym życiem. 

Powieść Almudeny Grandes ma wiele wątków, wielu bohaterów, jej akcja toczy się nie tylko na przestrzeni lat, ale również w rozmaitych miejscach. Oprócz Hiszpanii to także Związek Radziecki, Estonia, Francja, Anglia, Szwajcaria, Argentyna i Niemcy. Szczególnie epizody rozgrywające się w tych dwóch ostatnich krajach są bardzo ciekawe. Niezwykle interesujący jest obraz powojennego Berlina. Pokonanego, zrujnowanego, biednego i głodnego. Warto wspomnieć, że pomiędzy intrygę autorka wplotła rozdziały z innego porządku. Znajdziemy w nich wiadomości historyczne związane z tematem powieści - informacje o autentycznych postaciach pojawiających się na kartach książki czy kulisy politycznych wydarzeń.

Tak się świetnie złożyło, że również niedawno ukazała się reporterska książka Katarzyny Kobylarczyk "Strup. Hiszpania rozdrapuje rany" zahaczająca o temat hiszpańskiej wojny domowej. I tak miałam zamiar ją przeczytać, ale w tej sytuacji sięgnęłam po nią od razu po lekturze "Pacjentów doktora Garcii". Znakomicie ją uzupełnia, o czym za tydzień.

PS. Przy okazji chciałabym polecić inną powieść o hiszpańskiej wojnie domowej. To "We mgle czasów" Antonia Munoza Moliny. Zrobiła na mnie duże wrażenie.

"Młody Ahmed"

Lubię kino braci Dardenne. Nie powiem, abym oglądała ich filmy od zawsze, ale od jakiegoś czasu staram się nie opuszczać żadnego. Tworzą obrazy minimalistyczne, trochę bliskie dokumentowi, interesują ich problemy społeczne, na bohaterów wybierają zwykłych ludzi, raczej z dołów drabiny społecznej. Kto lubi Kena Loacha, ten powinien zainteresować się braćmi Dardenne. Szczególnie ich dwa poprzednie filmy zrobiły na mnie duże wrażenie - "Nieznajoma dziewczyna" i "Dwa dni, jedna noc". Może dlatego, że starsze, "Milczenie Lorny" i "Syna", pamiętam słabiej. Dlatego nie mogłam opuścić ich najnowszego filmu - "Młodego Ahmeda", który na tegorocznym festiwalu w Cannes zdobył Złotą Palmę. Dyskusja w Tygodniku Kulturalnym jeszcze podsyciła moją ciekawość, bo zdania były podzielone. Zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że nie jest to najlepszy film braci Dardenne, dwa poprzednie, które tu przywoływałam, zrobiły na mnie znacznie większe wrażenie, ale to wszystko nie znaczy, że "Młodego Ahmeda" można sobie darować.


To historia czternastoletniego chłopca o arabskich korzeniach mieszkającego w Belgii, który pod wpływem miejscowego imama staje się coraz bardziej religijny, aż w końcu zaczyna się radykalizować. Wzorem staje się dla niego kuzyn, który zginął jako męczennik, być może gdzieś w Syrii. W filmie nie znajdziemy odpowiedzi, dlaczego tak się dzieje. Ahmed pochodzi z zadomowionej w Belgii rodziny, która nie jest zbyt religijna. Matka i siostra nie noszą hidżabów, brat też nie jest specjalnie gorliwy. Pewną niewiadomą stanowi ojciec chłopca nieobecny w jego życiu. Co się z nim dzieje? Czy jego brak miał jakiś wpływ na rosnącą gorliwość religijną Ahmeda? Czy szukał w imamie wzorca mężczyzny, którego nie miał w domu? Czy po prostu tak się czasem zdarza bez wyraźnego powodu, że ktoś ulega czyimś wpływom? Sądzę, że to celowy zabieg - braci Dardenne nie interesowały przyczyny, skupili się na samym procesie. Ahmed jest nie tylko głównym bohaterem, ale z czasem to na nim przede wszystkim skupia się uwaga twórców. Obserwujemy jak rośnie jego fanatyzm i do czego prowadzi. Nie znamy przyczyn, ale potem doskonale możemy odczytać motywy, które kierują jego działaniami, doprowadzając do nieoczekiwanych zdarzeń. W tym sensie jest to kino psychologiczne. 


Chociaż Ahmed w swoim fanatyzmie posuwa się bardzo daleko, raczej mu współczujemy niż czujemy do niego niechęć. Dlaczego? Bo jest dzieckiem, ofiarą imama, który sprytnie nim manipuluje, podsuwając dosłowne, najprostsze rozumienie Koranu. Chłopiec pozostaje głuchy na wszelkie inne argumenty. Chciałoby się krzyczeć - edukacja, edukacja, edukacja! Co jednak zrobić, kiedy ktoś nawet mając możliwość, nie chce słuchać, bo wie swoje? Czy mało mamy przykładów fanatyzmu wokół siebie? Czy mało znamy ludzi odpornych na wszelkie argumenty, które nie zgadzają się z ich widzeniem świata? Dlatego film braci Dardenne chociaż opowiada konkretną historię, można odczytać uniwersalnie jako rzecz o uleganiu fałszywym autorytetom.

Wbrew temu, co może się wydawać, "Młody Ahmed" trzyma w napięciu, momentami ociera się o kino sensacyjne czy thriller psychologiczny i prowadzi do zaskakującego finału. Czy daje jakąś nadzieję? Jeśli tak, to jest to nadzieja okupiona tragedią. 

Przy okazji tego filmu warto przypomnieć znakomity reportaż Wojciecha Jagielskiego "Wszystkie wojny Lary", który porusza podobny temat. Autor stara się dociec przyczyn radykalizacji dwóch młodych chłopaków - synów tytułowej Lary.

Popularne posty