Valeria Luiselli "Archiwum zagubionych dzieci"

Po powieść "Archiwum zagubionych dzieci" Valerii Luiselli (Pauza

2021; przełożył Jerzy Kozłowski), meksykańskiej pisarki mieszkającej w Stanach Zjednoczonych, sięgnęłam po pewnych wahaniach. I właściwie nie pamiętam, dlaczego nie od razu znalazła się na mojej liście książek, które chcę przeczytać. Przecież fakt, że autorka pochodzi z interesującego mnie, nie tylko literacko, obszaru świata i tematyka jej książki - migracja z krajów Ameryki Środkowej - oraz bardzo dobre recenzje krytyków, którym ufam, powinien sprawić, że na jej powieść rzucę się od razu. Tak jednak nie było. W końcu jednak przeczytałam, ale uczucia mam mieszane. Chociaż mimo pewnych zastrzeżeń jestem na tak, to nie mogę powiedzieć, aby "Archiwum zagubionych dzieci" mnie porwało. Na pewno nie sięgnę po dwie powieści Valerii Luiselli, jakie w Polsce wyszły wcześniej. Czy po kolejną, która się zapewne kiedyś ukaże, trudno mi już dziś wyrokować. Ale do rzeczy.

Jest to historia patchworkowej rodziny, która udaje się w długą podróż po Stanach. Poznali się kilka lat wcześniej - połączyła ich wspólna praca, realizowany dla Nowego Jorku projekt dźwiękowego archiwum miasta. On jest dźwiękowcem, ona przyszła do tej pracy z dziennikarstwa. On nagrywał odgłosy miasta, ona rozmawiała z mieszkańcami. Kiedy kończy się nowojorski projekt, szukają nowych wyzwań i ich drogi powoli zaczynają się rozchodzić. On chce wyruszyć w długą podróż do Apaczerii, czyli ziem zamieszkiwanych niegdyś przez Apaczów, którzy go fascynują. Jest opętany ideą szukania dźwięków, dzięki którym zbliży się do ich świata. Wierzy, że chociaż rzeczywistość się zmienia, w niektórych odgłosach może nadal trwać. Nie bardzo wtajemnicza ją w swoje plany. Ona powoli zaczyna zdawać sobie sprawę, że pogodzenie ich dążeń nie jest możliwe. Decyduje się wyruszyć w drogę razem z nim, ale w Apaczerii nie zostanie na dłużej. Zaczyna ją pochłaniać inny projekt, bardziej dziennikarski. To historie dzieci z krajów Ameryki Środkowej, które samotnie, bez dorosłych, najczęściej w kilkuosobowych grupach wędrują do Stanów, gdzie mieszkają już ich rodzice albo przynajmniej jedno z nich. Chcą się z nimi połączyć, ale to droga długa i niebezpieczna. Przekroczenie granicy wcale nie gwarantuje sukcesu. Większość trafia do ośrodków dla uchodźców, a potem są deportowane. Jej zainteresowanie tym problemem nie jest przypadkowe. Poznała kobietę, Meksykankę, która czeka na dwie swoje córki. Chce, aby dołączyły do niej i do jej syna, którego urodziła już w Nowym Jorku. Wie, że przekroczyły granicę, były w jednym z ośrodków, ale zniknęły i nie ma pojęcia, gdzie teraz są.  Ona próbuje jej jakoś pomóc tym bardziej, że sama jest matką - wychowuje przecież dwoje dzieci - dziesięcioletniego chłopca, syna męża z pierwszego małżeństwa, i pięcioletnią dziewczynkę, swoją córkę. Ma irracjonalną nadzieję, że odnajdzie dzieci znajomej Meksykanki w czasie rodzinnych peregrynacji. Początkowo narratorką jest ona, potem te same zdarzenia i kolejne oglądamy z innej perspektywy. Czyjej? Nie zdradzę.

Pisząc o bohaterach, używam zaimków - ona i on. Nieprzypadkowo. Po pierwsze nie znamy ich imion. Narratorka mówi o swoim mężu, używając właśnie słowa mąż. O dzieciach chłopiec i dziewczynka. Dopiero w podróży pod wpływem jego opowieści nadają sobie nowe, indiańskie, imiona. Bo imię dla Indian miało znaczenie. Dla nich w tym nowym życiu też ma mieć. Jakby stwarzali siebie od nowa, zaczynali wszystko od początku. To trochę zabawa, a trochę zabieg symboliczny, jakich w tej powieści wiele. Zmusza do zadania pytania - dlaczego? Dlaczego narratorka konsekwentnie nie używa imion swoich dzieci? Czy czyni to opowieść bardziej uniwersalną? Czy zrównuje je tym gestem z tymi tytułowymi zaginionymi dziećmi? Dziećmi samotnie przemierzającymi Meksyk w drodze do amerykańskiego raju? A może chodzi jeszcze o coś innego? Nieprzypadkowo w powieści pojawia się też wątek Apaczów. Historia się powtarza. Kiedyś Amerykanie eksterminowali Indian, wyrzucali z ich terenów, teraz zachowują się bezwzględnie wobec migrujących dzieci. Odmawiając im prawa wjazdu, skazują je często na śmierć. Niejednokrotnie ginie po nich wszelki ślad. Czy ktoś kiedyś stworzy dźwiękowe archiwum ich wędrówek?

Powieść Valerii Luiselli ma jakąś hipnotyczną moc. Wędrówkę wszystkich bohaterów, może za sprawą specyficznego języka i elegijnego tonu, śledziłam z wielkim zainteresowaniem i uwagą. Celowo pomijam słowo przyjemność, bo zupełnie tu nie pasuje. Po pierwsze ze względu na temat, po drugie nie jest to książka, którą czyta się bardzo łatwo. Nie żeby była jakoś niezwykle skomplikowana, ale język i odniesienia do licznych książek oraz piosenek stawiają pewien opór. To taka powieść bardzo erudycyjna i bardzo intelektualna. Dość szybko uważny czytelnik zorientuje się, że ma drugie dno. Tworzy je symbolika, paralela losów i rozmaite literackie oraz muzyczne aluzje mniej lub bardziej widoczne w tekście. Tytuły niektórych książek przywoływane są wprost, nawiązania do innych zostały ukryte i dla przeciętnego czytelnika są raczej nie do odcyfrowania. Dopiero z informacji od autorki zamieszczonych na końcu książki odkryłam większość z nich. To zabawa dobra dla erudytów i recenzentów, innych może frustrować, a nawet lekko irytować. I mnie te uczucia towarzyszyły w czasie lektury.

Z mojego punktu widzenia najbardziej interesująca jest oczywiście opowieść o zagubionych dzieciach. Autorka odtwarza ich drogę, posługując się tekstem fikcyjnej książki, którą czyta narratorka, a potem chłopiec. To elegia dla zagubionych dzieci, trochę realistycznie, a trochę w sposób odrealniony, oniryczny odtwarzająca ich pełną niebezpieczeństw drogę. Bardzo smutne, momentami chwytające za serce fragmenty. A przecież takie historie dzieją się naprawdę, o czym będę pisać za tydzień, bo pod wpływem powieści Valerii Luiselli sięgnęłam po reporterską książkę, którą kupiłam kilka lat temu, a która dotyka właśnie podobnego tematu. Autorka pokazuje też, jak łatwo problem, który nas nie dotyczy, może stać się naszym problemem. Ale nie ma równości - obywatele Stanów zawsze będą mieli łatwiej. Celowo piszę w sposób zawoalowany, aby nie zdradzać wszystkiego, bo element zaskoczenia jest w tej powieści bardzo istotny.

Przyznam, że długo nie mogłam się w książkę wciągnąć. Początkowo lekturze towarzyszyło znużenie i zniechęcenie. Dlaczego? Bo jakoś zupełnie nie zainteresował mnie wątek kłopotów małżeńskich narratorki i historia jej związku. Może dlatego, że sposób pisania, choćby nazywanie męża mężem zamiast imieniem, zdystansował mnie do tej pary i ich historia stała się jedną z wielu, jakie czytałam. Jakoś nie potrafiłam się nimi przejąć. Ale kto wie? Może tak miało być? Może to celowy zabieg. Czemu miałby służyć, nie bardzo chce mi się już roztrząsać.

"Belfast"

"Belfast" Kennetha Branagha to film, który koniecznie trzeba obejrzeć. Obraz konfliktu latami toczącego Irlandię Północną. Właściwie wojny domowej, która swoje korzenie miała przede wszystkim w różnicach religijnych. A wszystko to widziane oczami chłopca, Buddy'ego, który razem z rodzicami i bratem mieszka na ulicy, gdzie żyją zgodnie rodziny katolickie i protestanckie. jego najbliżsi i on to protestanci. Ojciec pracuje w Wielkiej Brytanii, przylatuje do domu co jakiś czas. Matka wychowuje dzieci. W pobliżu mieszkają dziadkowie i inni krewni. Akcja filmu rozpoczyna się w roku 1969, kiedy konflikt zaczyna narastać. Jesteśmy świadkami napaści protestanckich bojówek na mieszkania katolickich rodzin, które wcześniej zostały oznakowane. Mieszkańcy spokojnej dotąd uliczki, na której dzieci, niezależnie od wyznania, mogły się wspólnie bawić, nagle przeżywają szok. Powstaje barykada, niektóre rodziny katolickie decydują się przeprowadzić. Zaczyna działać mechanizm - kto nie z nami, ten przeciwko nam. Protestanckie rodziny muszą się opodatkować na protestanckie bojówki. Stoisz z boku, nie podoba ci się przemoc, uważaj. Na razie cię ostrzegamy, potem wyciągniemy konsekwencje. Od razu przypomniała mi się znakomita powieść baskijskiego pisarza Fernando Aramburu "Patria", gdzie został pokazany podobny mechanizm. Ojciec Buddy'ego chce, aby przeprowadzili się do Wielkiej Brytanii. Ale jak tu wyjechać, kiedy w Belfaście jest rodzina, przyjaciele, znajomi, szkoła, koledzy, wspólne zabawy i koleżanka? Jak to wszystko zostawić i pojechać w nieznane? Gdzie nikt nas nawet nie zrozumie, chociaż mówimy po angielsku? Gdzie nie będzie nauczycielki, którą Buddy bardzo lubi? I przecież trzeba dokończyć projekt o Księżycu robiony wspólnie z ukochaną koleżanką!

Ten czarno-biały lekki, sympatyczny, pełen humoru, nostalgiczny film opowiada o sprawach bardzo poważnych. Wydarzenia pokazywane z punktu widzenia małego dziecka, w dodatku przeuroczego - trudno się oprzeć jego urokowi i szerokiemu uśmiechowi - pozwalają widzowi zbliżyć się do człowieka. Pokazać w filmowym skrócie, z jakimi dylematami muszą mierzyć się dorośli i jak to działa na dzieci. Wprawdzie barykada zbudowana na ulicy i uliczne zadymy stają się elementem zabawy, ale to tym gorzej. Bo dzieci zaczynają przesiąkać nienawiścią. Jeśli tak dalej pójdzie, przemoc stanie się dla nich chlebem powszednim. To dlatego ojciec Buddy'ego chce koniecznie wyjechać. Aby uciec i aby wyrwać swoich synów ze spirali przemocy i nienawiści. Na razie o różnicach religijnych rozmawia się jak o drobnych dziwactwach, katolickich sąsiadów się lubi, ale jak długo jeszcze? Kiedy uroczy Buddy sięgnie po kamienie? Kiedy wrzuci zapaloną pochodnię do mieszkania swojej katolickiej koleżanki? Na razie to, co robi, w dobrej wierze, nieświadomy, w czym tak naprawdę uczestniczy, budzi uśmiech na twarzy widza, ale to zapowiedź czegoś strasznego. 

No i jest jeszcze w filmie Kennetha Branagha coś, co, szczególnie dziś zupełnie nieoczekiwanie, chwyta za serce. To ta trudna decyzja - wyjechać, zostawiając wszystko - rodzinę, przyjaciół, mieszkanie, cały swój dobrze znany świat i zaczynać wszystko od nowa w nowym środowisku czy zostać? Oczywiście w tym wypadku ta decyzja nie jest tak dramatyczna. Nie uciekają przed bombami, nie muszą pakować się w pośpiechu do jednej walizki, a ojciec może spokojnie przygotować w nowym miejscu grunt pod przeprowadzkę. Ale kiedy na końcu czytam dedykację: Dla tych, którzy wyjechali. i drugą: Dla tych, którzy zostali. (Cytaty z zawodnej pamięci. Była jeszcze trzecia, ale wyleciała mi z głowy.), nie potrafię nie myśleć o tych wszystkich, którzy uciekali, uciekają i uciekać będą przed wojnami, przemocą i niesprawiedliwością.       

Magdalena Grochowska "Różewicz. Rekonstrukcja" (tom I)

Chociaż jestem wielką fanką pisania Magdaleny Grochowskiej, a

stało się tak, kiedy przeczytałam książkę "Jerzy Giedroyc. Do Polski ze snu" jej autorstwa, jakoś nie miałam ochoty sięgać po kolejną biografię, która wyszła spod jej pióra - "Różewicz. Rekonstrukcja" (tom I) (Dowody na Istnienie 2021). Dlaczego? Bo życie poety wydało mi się na nieinteresujące, zwyczajne, żeby nie powiedzieć nudne. No może wypadałoby przeczytać, to przecież ważny artysta, jeden z kamieni milowych polskiej poezji i dramatu dwudziestego wieku, myślałam, ale wielką chęcią nie pałałam. Do czasu. Bo kiedy usłyszałam pierwszą rozmowę Magdaleny Grochowskiej o jej najnowszej książce, o zmaganiach z biografią poety i dramaturga, od razu zmieniłam zdanie. I nie żałuję. To, co wydawało mi się nudne i zwyczajne, okazało się fascynujące i dramatyczne.

Ale początki nie były łatwe. Magdalena Grochowska w swoich obu książkach, tej o Giedroyciu i drugiej, jaką przeczytałam, "W czasach szaleństwa. Hertz, Fiłosofow, Stempowski, Moltke" przyzwyczaiła mnie do innego sposobu pisania. Przezroczystego - jej, reporterki, biografki, w tych pozycjach nie było. Tymczasem tu jest inaczej, szczególnie na początku. Zanim zacznie na dobre opowiadać o Różewiczu, zwierza się z trudności, na jakie napotykała w swojej pracy. Z tego, że poeta się jej wymykał, że trudno go było namierzyć, że zacierał ślady, ukrywał to, co ważne. I nie byłoby w tym nic złego, bo mnie obecność reportera w reportażu nie przeszkadza, byle z umiarem, gdyby nie język, jakim posługuje się Grochowska w pierwszych rozdziałach, tych, które są takim swoistym rozbiegiem do prawdziwej biografii. Powiem wprost - jest to język egzaltowany, barokowy, pełen niedomówień. Na szczęście to tylko początek, potem jest bardzo, bardzo ciekawie. Jakbym otwierała jakąś niezapisaną księgę. To, co w szkolnych podręcznikach, leksykonach i encyklopediach sprowadza się do jednego suchego zdania, dzięki pracy biografki zostaje rozwinięte, a przed czytelnikiem odkrywa się cały dramat losu Różewicza. Uwielbiam takie odkrycia. 

Napisałam, że jest to książka bardzo, bardzo ciekawa, ale jest też bardzo, bardzo smutna. Ta biografia boli! Dlaczego? Z kilku powodów. Wojna sprawiła, że potem już nic nie było takie samo. Partyzantka, która wcale nie była doświadczeniem romantycznym, o czym odważył się Różewicz napisać w swoim dramacie "Do piachu", za który oberwał srogo, a i dziś, gdyby go wystawiono, rzuciliby się na niego obrońcy ojczyzny i strażnicy jedynej słusznej wersji przeszłości. Dezercja. Śmierć starszego brata, utalentowanego poety. No właśnie - to jedno z odkryć. Doskonale wiedziałam, że Różewicz miał brata Stanisława, cenionego reżysera filmowego, ale nigdy nie słyszałam o najstarszym, Januszu, który dla poety był wzorem, autorytetem, opiekunem. Ale wojenny dramat Różewicza nie sprowadzał się tylko do tego. To także śmiertelne niebezpieczeństwo, jakie groziło jego matce z racji pochodzenia - była Żydówką. Co z tego, że jeszcze w młodości przeszła na katolicyzm i czuła się Polką, dla hitlerowców nie miało to żadnego znaczenia. Niebezpieczeństwo groziło także jej dzieciom, bo i one według prawa okupanta były Żydami. Również jej mężowi, bo według tego samego rozumowania ukrywał ich. I o tym, o powikłanej, tragicznej i fascynującej historii jego matki, o tym, że unikał tematu jej pochodzenia, także nie miałam pojęcia. Grochowska zastanawia się, czy ma prawo o tym pisać, skoro  poeta o tym nie mówił. A nie mówił z oczywistych powodów. Mimo tego znaleźli się dobrze poinformowani, którzy wielokrotnie w różnych miejscach przy jego nazwisku rysowali gwiazdę Dawida. Dlatego autorka pyta, a odpowiedzi otrzymuje różne, w końcu jednak dochodzi do wniosku, że biografia poety byłaby skłamana bez opowieści o jego korzeniach .

Wojna, która zdewastowała Różewicza, zniszczyła jego świat, młodość, plany, odebrała szansę na normalny rozwój, położyła się też cieniem na dalszym życiu. Przed poetą rozwarła się czarna jama rozpaczy, beznadziei, braku poczucia sensu. Dlatego uznał, że nie da się już pisać tak jak kiedyś, ładnie, nie był jedyny, który tak sądził, stworzył swój wiersz, nazywany nawet od jego nazwiska różewiczowskim. Ten sposób pisania, niepoetycki, jak pisze Grochowska, niemal reporterski, początkowo przysporzył mu wrogów. Dlatego między innymi poeta trzymał się na uboczu środowiska literackiego. Znacznie bliżej było mu do malarzy. Źle się czuł w słynnym kołchozie pisarzy na Krupniczej w Krakowie, gdzie na jakiś czas i on znalazł swoją przystań. Miał też silne poczucie nieprzystawalności - studiował, ale dziwiło go, że po tym, co się stało, można normalnie żyć, zdawać egzaminy, uczyć się, wymagać. Był rozdwojony - czuł, że świat się skończył, że nie uchroniła ludzi ani religia, ani sztuka, ale z drugiej strony zaczął studiować właśnie historię sztuki, aby odbudować wiarę w jej moc i w człowieka. Powinien milczeć, a jednak nie potrafił i pisał. Można by o nim powiedzieć to, co on powiedział o swoim przyjacielu - przeżył piekło, a jest kochankiem życia. Lubił podkreślać też swoją prowincjonalność. Jeszcze bardziej na boczny tor odsunęła go świadoma decyzja, aby zamieszkać w Gliwicach, które wtedy, kilka lat po wojnie, zupełnie nie przypominały miasta, jakim są dziś. Wojenne doświadczenia, niezrozumienie, krytyka, osobność to powody, dla których, jak napisałam, ta biografia mnie bolała. 

Ale to nie jest tak, że Różewicz był tylko szlachetnym męczennikiem. Ta książka nie została napisana na kolanach, nie jest hagiografią. Autorka pokazuje też mniej sympatyczną twarz poety. Pisze o jego stosunku do kobiet, który dziś trudno zaakceptować. Miał ogromny szacunek dla kobiet starych, dla matek Polek - figura matki, starej kobiety zajmowała ważne miejsce w jego twórczości. Był silnie związany ze swoją matką i teściową, obie mieszkały do swojej śmierci u Różewiczów. Ale trudno oprzeć się wrażeniu, że w stosunku do młodych kobiet był po prostu mizoginem. Grochowska przytacza na to dowody - cytaty z listów, wywiadów, audycji. Jeden sięga nawet roku dwutysięcznego! Nie był też najlepszym ojcem. Zajmowanie się domem i dziećmi spadało na żonę. On pisał i nie wolno było mu przeszkadzać. Często był też nieobecny, bo wiele podróżował. Te wojaże również mogą być źródłem zastrzeżeń - korzystał z możliwości, jakie stwarzało literatom komunistyczne państwo. Oczywiście nie on jeden. Rażą jednak Grochowską jego reportaże z Węgier - jakby nie dostrzegał tragedii rewolucji 1956 roku, jaka się tam rozegrała. 

Autorka jak zwykle ma za sobą ogromną pracę. Przekopała się przez dokumenty, próbowała przyszpilić swojego bohatera, szukając tropów w jego twórczości, rozmawiając z przyjaciółmi, rodziną, która udzieliła jej wsparcia, znawcami jego życia i twórczości. Jeździła też śladami poety, o czym opowiada, przybliżając czytelnikowi miejsca dla niego ważne. Warto też dodać, że nie jest to biografia ortodoksyjnie chronologiczna - poszczególne rozdziały, chociaż wyznaczane etapami jego życia, podporządkowane są bardziej problemom, dlatego autorka wybiega w przód, aby w potem znowu się cofnąć. 

Bardzo ciekawa, chociaż emocjonalnie niełatwa, lektura. Czekam na drugi tom, który dopiero powstaje.   

Filmowe remanenty - "Matki równoległe", "Wszystko poszlo dobrze"

Dawno, a nawet bardzo dawno, nie pisałam o kinie. Nie pamiętam, czy oprócz filmów, o których dzisiaj, coś w tym czasie widziałam. Jeśli tak było, to najwyraźniej nie zrobiło na mnie wrażenia, skoro nie zapamiętałam tytułu. Teraz jednak zmobilizowałam się, aby podzielić się refleksjami o jednym gorącym tytule, który premierę miał w ten weekend, i drugim, który jeszcze wciąż na ekranach kin można obejrzeć.

Ta świeżynka to "Matki równoległe" Pedro Almodovara, jednego z moich ulubionych reżyserów. Premierę ze względu na pandemię odkładano, ale film można było obejrzeć na pokazach przedpremierowych, przynajmniej w moim ulubionym kinie. Nie mogąc się doczekać, wybrałam się na taki seans. Czas był świąteczny i pewnie dlatego wtedy na gorąco nie podzieliłam się swoimi refleksjami. Ale chyba nie tylko taki był powód. Cóż, film, który zbiera skrajne głosy - od zachwytów do batów - nie powalił mnie na kolana, pozostawił dość obojętną i nie bardzo wiedziałam, jak go ugryźć. Przyznam, że po znakomitym "Bólu i blasku" spodziewałam się czegoś równie dobrego. Wprawdzie mój ulubiony reżyser bywał już w znacznie gorszej formie, czasem nawet żenująco złej, ale "Matkom równoległym" daleko do jego największych osiągnięć. Mimo że znaleźć tu można to, za co go tak uwielbiam - pokręconą historię, nieoczywistość losów bohaterek, kiczowaty sentymentaliz i kolory, kolory, których we wszechobecnej szarzyźnie potrzebuję jak kania dżdżu - jakoś to wszystko nie działa. Ogląda się z przyjemnością, potem jednak zapomina. Z przykrością to piszę. Może Almodovar chciał za dużo? Może połączenie w jednym filmie problematyki historyczno-politycznej - poszukiwanie grobów zaginionych w czasie hiszpańskiej wojny domowej - z opowieścią o różnym podejściu do macierzyństwa po prostu się nie klei? Niby w scenariuszu wszystko się zgadza, a jednak znać szwy. Oczywiście miłośnicy Almodovara, a właściwie nie tylko oni, powinni "Matki równoległe" zobaczyć, bo, jak wspominałam, bardzo dobrze się je ogląda, poza tym jest o czym pomyśleć, no i warto wyrobić sobie swoje zdanie. Przecież niektórzy się zachwycają.

Za to najnowszy film Francoisa Ozona "Wszystko poszło dobrze" polecam gorąco. Chociaż dotyczy eutanazji, tematu ciężkiego, a w Polsce tabu, to wbrew pozorom ma w sobie wdzięk francuskiego kina. Jednym słowem ładny film o ważnej sprawie. Jest to historia sióstr, których ułożone życie rodzinne i zawodowe przerywa nagła wiadomość o chorobie ojca. Bogaty przemysłowiec i kolekcjoner dzieł sztuki w wyniku udaru został częściowo sparaliżowany. I wprawdzie stopniowo jego stan się poprawia, ale nigdy już najprawdopodobniej nie odzyska dawnej sprawności. Zawsze będzie zdany na pomoc innych i nie będzie mógł żyć jak dotąd. Zrezygnowany prosi jedną z córek o eutanazję, która we Francji jest nielegalna. Film pokazuje całą komplikację związaną z jego życzeniem, a właściwie żądaniem. Bo, jak mówią córki, ojcu nie da się odmówić. Od spraw organizacyjnych, przez pytania, czy powinien, a właściwie, czy ma prawo, po uczucia obu córek. Bo przecież jego sytuacja wcale nie jest taka zła. Po pierwsze ma pieniądze i może sobie pozwolić na doskonałą opiekę. Po drugie odzyskał częściową sprawność - może poruszać się na wózku. Czy wobec tego ma prawo do takiej decyzji tylko dlatego, że nie będzie się już cieszył pełnią życia? Być może najważniejsze pytanie brzmi - czy w takiej sytuacji ma prawo narażać swoje córki i stawiać je w niezwykle trudnej dla nich, także emocjonalnie, sytuacji? A z wielu powodów jest ona nie do pozazdroszczenia. Naprawdę niełatwo odpowiedzieć na te wszystkie pytania. Wiem, jak czuje się człowiek, który nagle musi przestać prowadzić życie, jakie uwielbiał. I wiem, że jedni potrafią się z tym pogodzić i powiedzieć sobie - trudno, przecież mogło być gorzej - a inni nie są w stanie tego zaakceptować. Mogę sobie tylko wyobrazić, jak czują się córki postawione wobec takiego żądania. Mądry, wyważony, niebanalny film. A kto lubi Sophie Marceau, ma dodatkowy powód, aby go obejrzeć. 

PS. "Wszystko poszło dobrze" znakomicie współgra z szeroko komentowaną książką Mateusza Pakuły "Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję". Nie czytałam, ale wiele słyszałam, także bardzo ciekawą rozmowę z autorem. Pewnie powinnam sięgnąć. Może to zrobię.

Antonio Lobo Antunes "Zadupia"

Skuszona entuzjastyczną recenzją jednego z cenionych przeze mnie

krytyków sięgnęłam po powieść "Zadupia" słabo znanego w Polsce portugalskiego pisarza Antonia Lobo Antunesa (Noir sur Blanc 2021; przełożył Wojciech Charchalis). Przed wielu laty, ściślej rzecz biorąc na początku naszego wieku, ukazały się w innym wydawnictwie jego dwie książki, a potem cisza. Nie przypuszczam, aby dziś ten sam wydawca, który w międzyczasie przekształcił się w koncern wydawniczy, zdecydował się na publikację tych tytułów. Ciekawa jestem, czy Noir sur Blanc pójdzie za ciosem i doczekamy się innych książek tego ważnego dla literatury portugalskiej pisarza. W tym miejscu kilka słów o nim. 

Urodził się w roku 1942, z wykształcenia jest lekarzem psychiatrą. Ma za sobą, jak całe pokolenie portugalskich mężczyzn, traumatyczne doświadczenie wojny w Angoli, która przez wiele lat usiłowała wyrwać się spod portugalskiego kolonialnego buta. W swojej twórczości rozlicza się właśnie z przeszłością swojego kraju. A "Zadupia" są opowieścią o dewastującej sile wojny. Dodajmy - bezsensownej wojny. Dla Portugalczyków. 

Od razu napiszę, że nie jest to rzecz dla każdego. Ze względu na formę i język wymaga skupienia i wysiłku. Nie można jej czytać z doskoku, ale też nie da się tej ledwie ponad dwustu stronicowej książki połknąć w dwa, trzy dni. Lektura stawia opór i z konieczności jest powolna. Kłopot przede wszystkim sprawia język - najczęściej, bo nie zawsze, nasycony metaforami i porównaniami. Do tego długie, wielokrotnie złożone zdania z dowolnie traktowaną interpunkcją. Nie raz, nie dwa wracałam do początku, aby złapać ich sens, aby zrozumieć, czemu służy rozbuchane obrazowanie. Ten nadmiar może razić, ale jest przecież celowy. Wydaje mi się, że właśnie dzięki temu autor osiąga melancholię i smutek, jakie przenikają tę książkę. Słychać dźwięki portugalskiego fado. Do tego dochodzi dystans do opowiadanych zdarzeń, ale z drugiej strony nieprawdopodobnie silne emocje, które co jakiś czas dają o sobie znać. ... proszę przedstawić jakieś wyniki, które można pokazać - przemawiał pułkownik, a my mieliśmy do pokazania tylko amputowane nogi trumny żółtaczki malarie zmarłych pojazdy zmienione w harmonię rupieci. (interpunkcja oryginału) Melancholia i dystans przywołują skojarzenia z "Casablancą". W pewnym momencie narrator porównuje się do Humphrey'a Bogarta. Ale uwaga - w żadnym razie nie jest to wzruszający, wyciskający łzy melodramat. Chyba że a rebours - bo miłości bohatera rozpadały się w nie tak romantyczny sposób. Zniszczyła je wojna i jej skutki.

Ale trud włożony w czytanie tej powieści zostaje wynagrodzony. To rzeczywiście rzecz znakomita i niepozostawiająca czytelnika obojętnym. Proza tak skondensowana i gęsta, że aż roi się od celnych stwierdzeń. Zaznaczyłam sobie wiele cytatów i chętnie przywołałabym tutaj wszystkie, no ale ze względu na szczupłość miejsca i wytrzymałość osób czytających tę notkę nie zrobię tego. Ale jakieś (jeszcze) będą.

Narratorem jest mężczyzna opowiadający przygodnie spotkanej kobiecie, z którą spędzi noc, swoje wspomnienia z wojny, swoje życie. Robi wrażenie człowieka starego, który wszystko ma już za sobą, chociaż jeśli uważnie śledzi się tok narracji, można się zorientować, że opowiada o zdarzeniach, które miały miejsce sześć lat wcześniej. A na wojnę poszedł, mając dwadzieścia kilka lat! Dlaczego tak jest? Bo wojna zdewastowała jego życie, sprawiła, że stał się ruiną człowieka. Pozbawiła go planów, marzeń, sensu, zniszczyła rodzinę.  ... mam dwadzieścia kilka lat, jestem w połowie życia i wszystko wydaje mi się zawieszone  wokoło mnie ... Marzył o zostaniu pisarzem, ale Nigdy słowa nie wydawały mi się tak powierzchowne jak w tym czasie popiołów, pozbawione sensu, który zwykle im nadawałem ...  Chociaż od powrotu z Angoli minęło kilka lat, wciąż wracają do niego te same obrazy śmiertelnie rannych kolegów - żołnierza, który strzelił sobie w głowę, ale zrobił to tak nieumiejętnie, że umierał kilka godzin, innego, który błagał go o to, aby wymyślił mu jakąś chorobę, która odeśle go do domu, bo jeśli nie, to skończy ze sobą, jeszcze inny siedział przy drodze i rękami podtrzymywał swoje wnętrzności, bo pocisk rozerwał mu brzuch. A on, wojskowy lekarz, nie był w stanie im pomóc. Niewiele mógł zrobić. Jak pisze, naprawiał igłą i nitką bohaterskich obrońców imperium.

Jak już wspominałam, z jednej strony jest to opowieść nasycona smutkiem, melancholią, cynicznym dystansem, z drugiej wściekłością. Wściekłością na bezsensowną wojnę, na zmarnowane życie. Dawno nie czytałam książki, która w tak znakomity sposób obnażałaby absurdy wojny. Szczególnie takiej - kolonialnej, niesprawiedliwej, toczonej z powodu widzimisię polityków, którzy nie potrafią wyrzec się mocarstwowych zachcianek i ambicji. Bohater pisze wprost, że to nie jego wojna, że został do niej zmuszony jak tysiące innych portugalskich mężczyzn. Ale przecież, jak zawsze, są równi i równiejsi. Politycy, bogaci przemysłowcy i ich synowie nie muszą walczyć. Ci pierwsi decydują o losie innych, ci drudzy na wojnie zbijają majątki. Kto tak naprawdę morduje bohatera i współtowarzyszy jego losu - partyzanci czy Lizbona w imię wielkiej polityki? Narrator wyrzuca z siebie swój gniew, jakby wyrzygiwał wściekłe słowa. Nagle kunsztowny język pełen poetyckich obrazów zostaje rozbity przez dosadne słownictwo skurwysyny, dojebać [polityków] w dupę. Po chwili znów jest sobą - ... co oni zrobili z moim narodem, co oni zrobili z nami, że tak siedzimy (...) na ziemi, która do nas nie należy, umieramy na malarię i od kul ...

Autor znakomicie oddaje absurd wojny. Narrator nagle zostaje wyrwany ze swojego świata i przeniesiony dziesięć tysięcy mil od Lizbony,  Portugalii,  rodziny i trafia w miejsce zupełnie mu obce. Obce pod każdym względem - klimatycznym, krajobrazowym, kulturowym. I musi się bić, bronić sprawy, która nie jest jego sprawą. I znowu jak we śnie wracają obrazy, tym razem nędzy i cierpienia miejscowej ludności. Absurd jest podwójny - bo z jednej strony dla niego wieści z domu są jak wiadomości z innego świata, z drugiej strony jego bliscy, którzy zostali w Portugalii, nie są w stanie wyobrazić sobie, co przeżywa on i współtowarzysze jego losu. Nikt, kto tam nie był, nie zrozumie, z czym się mierzyli, czego świadkami byli. To niemożliwe. Ta niekompatybilność doświadczeń czyni z niego i takich jak on ludzi samotnych, oderwanych od świata, wyobcowanych. Tym dotkliwsza jest trauma, bo nikt jej nie rozumie. Dla rodziny, rodziców, ciotek, wujków, babek i dziadków był powodem do dumy. Wojna miała zrobić z niego mężczyznę. Tymczasem wykorzeniła go z poprzedniego życia, nigdzie już nie należy, jest potwornie samotny. Wrócił chudy, co z przykrością stwierdzili rozczarowani krewni. A przecież miał stać się mężczyzną! Nie zdają sobie sprawy, że chudość to jego najmniejszy problem.

Bo jakiego mężczyznę miała z niego zrobić wojna? Nieczułego, bezrefleksyjnego, posłusznie podporządkowującego się rozkazom z Lizbony? Tchórzliwego oportunistę, który nie stanie w obronie gnębionych, upokarzanych i mordowanych, bo chce wrócić z tej wojny do swojego świata? Okrutnego i bezwzględnego? Takiego, z którego wychodzi zwierzę? Który gwałci, poniża, upokarza i morduje? Jeśli o taką męskość chodziło,  to się udało. 

... wojna (...) skazywała nas na nędzę rozpaczy i czyniła z nas ponure, rozżalone bydlęta, gwałcące kobiety oparte o zimną, lustrzaną biel glazury ... 

Znakomita, dająca do myślenia, działająca na emocje pacyfistyczna powieść. I nie ma znaczenia, że opowiada o jakiejś konkretnej wojnie. Jest po prostu uniwersalna. Może także dzięki swojej formie, która przenosi doświadczenia bohatera w rejony szersze niż tylko portugalskie. Warto zadać sobie trud, znaleźć czas i skupienie, aby ją przeczytać. 

PS. Świetny jest też wstęp Wojciecha Charchalisa, który przystępnie i zwięźle pokazuje tło historyczne, z którego wyrasta ta powieść - odkrycia geograficzne, kolonialne podboje, czasy dyktatury Salazara, Nowego Państwa, a wreszcie konwulsji kolonialnego, imperialnego świata. 

Katarzyna Wężyk "Aborcja jest"

 Nie od razu zdecydowałam się na lekturę książki Katarzyny Wężyk

"Aborcja jest" (Agora 2021). Poglądy w tej sprawie mam sprecyzowane, uważam, że to decyzja kobiety, prawo powinno zostać zliberalizowane, powtarzam zliberalizowane, nie mam więc na myśli powrotu do zgniłego kompromisu, który obowiązywał do jesieni 2021, podpisałam się pod społecznym projektem ustawy o legalnej aborcji. Dlatego wydawało mi się, że nie mam powodu, aby sięgać po reportaż Katarzyny Wężyk, no bo po co przekonywać przekonanego, kiedy tyle innych książek czeka w długiej kolejce, wciąż i wciąż przybywają nowe, więc z czegoś trzeba zrezygnować. Chociaż przyznać muszę, że od początku kusiła mnie warstwa historyczna. Jaki był stosunek do aborcji kiedyś? Jak kobiety zapobiegały ciąży? Dlatego w końcu uległam. Kiedy książka dostała nagrodę Grand Press w kategorii Reporterska Książka Roku, postanowiłam przeczytać. I nie żałuję. Powodów jest kilka.

Po pierwsze zaspokoiłam swoją historyczną ciekawość. Autorka, zaczynając od starożytności, opowiada o tym, jak zmieniał się stosunek do aborcji i jakimi metodami dysponowały kobiety, aby nie zajść w niechcianą ciążę. Relacjonuje dyskusje toczone nie tylko wśród teologów na temat tego, od kiedy płód staje się dzieckiem. Ten historyczny rys pokazuje, jak seksualność kobiet od zawsze była narzędziem sprawowania nad nimi władzy, a stosunek do ich praw reprodukcyjnych, a więc i do aborcji, podporządkowywano rozmaitym celom, ale nigdy nie chodziło o dobro kobiet. Bo nawet w starożytności, kiedy dzieciobójstwo, porzucanie noworodków i aborcja były czymś powszechnym, a tę ostatnią traktowano jak jeden ze środków zapobiegania ciąży, decyzja o usunięciu płodu nie należała do kobiety, tylko do jej męża. Jeśli miał już męskiego potomka, najczęściej nie widział problemu. Od czasów średniowiecza za sprawą Kościoła seks uznany został za coś grzesznego. Miał służyć tylko prokreacji, nie przyjemności, a ideałem stała się wstrzemięźliwość. Ale dopiero w 1917 Kościół uznał aborcję za zabójstwo, wcześniej był to po prostu grzech. I nie tylko Kościół mieszał w tym kotle. Wraz z rodzącym się kapitalizmem kobiety miały stać się inkubatorami dostarczającymi siły roboczej, a kiedy w XIX wieku zaczęła rodzić się idea państw narodowych, ich zadaniem było rodzenie nowych obywateli - najlepiej chłopców, żołnierzy. No a w krajach takich jak Stany Zjednoczone koniecznie białych. Swoje dołożyli lekarze - ciąża i poród stały się sprawą mężczyzn, bo wraz z rozwojem medycyny odebrano tę sferę kobietom, akuszerkom i położnym. Długo jednak kwestii przerywania ciąży nie regulowało prawo, dopiero w XIX wieku państwa stopniowo wprowadzały jej zakaz i kryminalizację. Mimo władzy Kościoła, a potem państwa, aborcja zawsze była, a dzietność systematycznie spadała. I zawsze najlepiej radziły sobie z problemem kobiety zamożne, a najgorzej ubogie, a szczególnie piętnowano samotne. Bo jak to tak - była grzeszna przyjemność, której skutkiem jest ciąża, a nie ma kary? Co ciekawe w powszechnej świadomości długo termin aborcja stosowano do usuwania płodu nazywanego ożywionym, czyli takiego, który już się rusza. Przerywanie ciąży we wcześniejszych tygodniach określano doskonale nam znanym terminem - przywracanie menstruacji.

Po drugie Katarzyna Wężyk bardzo dokładnie, krok po kroku, pokazała, jak to się stało, że po roku 1989 w czasie transformacji peerelowską liberalną ustawę dotyczącą przerywania ciąży zastąpiono nową nazywaną jeszcze do niedawna dość powszechnie kompromisem aborcyjnym. I znowu prawa kobiet, jak zawsze w historii i nie tylko w Polsce, stały się elementem jakiejś gry i z naszym zdaniem nikt się nie liczył. Po prostu przehandlowano je, nie tylko te reprodukcyjne, za poparcie Kościoła dla transformacji, a potem wejścia do Unii. Ale może najbardziej istotne jest uświadomienie sobie, jak ważny był język. Bo to język sprawił, że, poza  najbardziej świadomymi spośród nas, dałyśmy sobie zrobić wodę z mózgu, wtłoczyć w poczucie winy i pogodzić się z tym zgniłym kompromisem. Zamiast płodu, pojawiło się dziecko, które matka nosi pod sercem (brr, takiej dawki egzaltacji nie jestem w stanie znieść), zamiast przerwania ciąży czy aborcji morderstwo i cały ten dyskurs o cywilizacji śmierci. Muszę przyznać, że bardzo mało pamiętam z tamtych wydarzeń. Jakby lata dziewięćdziesiąte w mojej pamięci zasnuła jakaś mgła. Jakbym je wyparła, zapomniała. Dlatego rozdziały, w których autorka opowiada o polskiej potransformacyjnej bitwie o aborcję, były dla mnie bardzo ciekawe, chociaż wcześniej wydawało mi się, że nie będą już tak interesujące, bo wszystko przecież wiem. Myliłam się.

Po trzecie Katarzyna Wężyk oddaje głos kobietom, które miały aborcję. Rozdziały historyczne przeplecione są ich zwierzeniami. To bardzo różne historie. Mamy tu pełne spektrum losów i powodów, dla których kobiety zdecydowały się ciążę usunąć. Jedne były w takim momencie życiowym, że nie chciały albo wręcz nie mogły sobie pozwolić na dziecko, inne dzieci w ogóle nie planowały, a antykoncepcja zawiodła. O aborcji mówią też kobiety, które na dziecko czekały, ale płód miał wady letalne. Te przeżywały największe dylematy i tragedie. Najbardziej jednak wstrząsające w tych opowieściach jest zmaganie kobiet o wyegzekwowanie przysługującego im prawa. Bo w tej ostatniej grupie wszystkie miały do tego prawo, a jednak lekarze robili wiele, aby ciąży nie usunąć. Jedne znalazły w sobie tyle siły, aby walczyć, nawet w sądzie, inne, obawiając się mitręgi, wolały wziąć sprawę w swoje ręce mimo przysługującego im prawa do aborcji. Katarzyna Wężyk bardzo mocno pisze o lekarzach, którzy obok Kościoła i polityków zgotowali kobietom w Polsce taki los. Ich udział w zaostrzeniu prawa jest ogromny. Najbardziej wstrząsnęła mną historia, szeroko kilka lat temu opisywana, zgwałconej nastolatki, której obrońcy życia urządzili piekło, zanim w końcu znalazł się szpital, który zrobił zabieg. O swojej aborcji opowiadały też kobiety, które miały ją jeszcze w czasach PRL-u, kiedy obowiązywało liberalne prawo.

Uważam, że "Aborcja jest" to lektura obowiązkowa, bo jak powiedziała Beata Stasińska:  Materiał dowodowy jest w tej książce wstrząsający. Mamy wreszcie książkę, która odczarowuje temat.

Magdalena Parys "Tunel"

Do lektury którejś z powieści Magdaleny Parys przymierzałam się

od czasu do czasu, zazwyczaj, kiedy przy okazji promocji jej kolejnej książki wpadł mi w ręce, albo w ucho, wywiad z autorką. Najwyraźniej nie było to pragnienie bardzo silne, skoro dotąd nic z tego nie wyszło. I pewnie nie wyszłoby nadal, gdybym nie natknęła się na super atrakcyjną promocję "Tunelu" (Agora 2020), pierwszej części Trylogii Berlińskiej. Pierwsze wydanie to rok 2011, w międzyczasie ukazały się dwa kolejne tytuły cyklu, "Magik" i "Książę". Jeśli ktoś o autorce nie słyszał, informuję, że Magdalena Parys to polska pisarka urodzona w Gdańsku, mieszkająca w Berlinie Zachodnim. W Niemczech znalazła się, kiedy miała trzynaście lat. Echa doświadczeń, które były jej udziałem, widać w "Tunelu", ale o tym za chwilę. 

Najpierw jednak bez krygowania się napiszę, że od powieści nie mogłam się oderwać. Czytałam ją w tym około świątecznym czasie, kiedy świat nieco zwalnia, czyli między Świętami a Nowym Rokiem. I takiej właśnie pozycji, dla której zarywa się noc, było mi trzeba. Ale "Tunel" jest czymś znacznie więcej niż książką sensacyjną. Bo atrakcyjna dla czytelnika rama skrywa istotne treści. Na pewno sięgnę po kolejne tomy berlińskiego cyklu. 

Zasadnicza akcja to rok 2010, ale razem z bohaterami wędrujemy w przeszłość - druga wojna, zimna wojna, podział Berlina, lata osiemdziesiąte, wreszcie zjednoczenie Niemiec. Chociaż większość wydarzeń rozgrywa się w obu częściach Berlina, to trafiamy też do wojennego Gdańska i w inne miejsca. Sensacyjna intryga osnuta jest wokół wydarzeń z lat osiemdziesiątych, kiedy Roman, mieszkający razem z matką w Berlinie Zachodnim, organizuje ucieczkę swojego brata, który z ojcem został we wschodniej części miasta. Postanawia wybudować tunel. Nie on pierwszy. Szybko orientuje się, że przedsięwzięcie przerasta jego siły, dlatego w intrygę wciąga przyjaciół i przede wszystkim specjalistów od takiej roboty, którzy nie pierwszy raz angażują się w pomoc w ucieczce. Sprawa komplikuje się, na jaw wychodzą nowe, zaskakujące, fakty, niemal każdy tu coś ukrywa. Jeden z uczestników tamtych wydarzeń po latach postanawia wyjaśnić tajemnice tamtej akcji, które nie dają mu spokoju. I tak krok po kroku czytelnik dzięki jego śledztwu dowiaduje się coraz więcej. 

Książka Magdaleny Parys ma wiele zalet, minusów nie dostrzegam, no może poza jednym drobnym, na którym tu skupiać się nawet nie będę. Co sprawia, że po "Tunel" warto sięgnąć? 

Skoro to powieść włożona w konwencję sensacyjną nie bez znaczenia jest intryga - fascynująca, bardzo skomplikowana, a jednak klarownie prowadzona. Autorka nie raz wodzi czytelnika za nos, myli tropy, w pewnym momencie miałam nawet wrażenie, że coś się nie zgadza, że może coś przeoczyła albo ja źle zapamiętałam, ale nie, tak właśnie miało być, wszystko logicznie zostaje wyjaśnione. Powoli puzzle wskakują na swoje miejsce, a kropkę nad i stanowi epilog.  

Kolejna zaleta - bohaterowie. Jest ich kilku, dwa pokolenia - jedni pamiętają czasy wojny, inni urodzili się później, w latach czterdziestych albo pięćdziesiątych zeszłego wieku. Poznajemy relacje między nimi i ich, często bardzo skomplikowane, losy, ale przede wszystkim wszyscy zostali znakomicie sportretowani. To ludzie z krwi i kości, kochający, nienawidzący, oddani innym, czasem śmieszni, mający rozmaite słabości. Nie ma wśród nich herosów bez skazy, niestety znajdą się szuje, które trudno polubić. Wydarzenia sprzed lat poznajemy z perspektywy każdego z nich, co jest oczywiście dodatkową zaletą powieści. Każda kolejna historia to cegiełka, która pozwala inaczej spojrzeć na relacje między nimi i zdarzenia, w które byli zamieszani.

Wreszcie rzecz najważniejsza - powieść Magdaleny Parys to nie jest tylko książka sensacyjna. "Tunel" porusza wiele problemów i wątków historycznych. Jest to opowieść o pękniętym mieście i rozdzielonych rodzinach. Jednym się udało i żyli w Berlinie Zachodnim, inni musieli się jakoś urządzić po wschodniej stronie. Ale zachodnia część też nie od razu była rajem. Magdalena Parys sięga do czasów blokady, kiedy wydawało się, że mieszkańcom grozi głód. Najważniejszym problemem, jaki porusza, wydają mi się zaszłości historyczne. Cień Trzeciej Rzeszy i drugiej wojny rozpościera się nad bohaterami, a szerzej nad niemieckim społeczeństwem. Autorka pokazuje uwikłania bohaterów w nazistowską ideologię. Zastanawia się, czy możliwe jest zbudowanie nowego państwa i nowego społeczeństwa na gruzach potwornej przeszłości bez ubrudzenia się. Okazuje się, że żadna strona, ani umowna Zachodnia, ani umowna Wschodnia, nie wychodzi z tego bez szwanku. Bo często nie da się zupełnie odciąć od przeszłości, no bo ktoś ten nowy świat musi nawet nie tyle budować, ile obsługiwać, a czasem jest też pokusa, aby iść na skróty i z haniebnej przeszłości po prostu korzystać. I znowu dotyczy to obu stron. Konkluzja jest może nie nowa, ale zawsze warto o niej pamiętać. Niestety przykra - wszystko sprowadza się do brudnej, cynicznej polityki, w której szlachetne ideały są jedynie zasłoną dymną dla mas.

Na koniec dodam jeszcze, że mnie zainteresował wątek dramatycznej ucieczki z Gdańska zdobywanego przez Armię Czerwoną, no i bogate tło obyczajowe. 

Kto ma ochotę na niebłahą powieść, którą znakomicie się czyta, niech koniecznie po "Tunel" sięgnie.  

Tatiana Tibuleac "Lato, gdy mama miała zielone oczy"

Długo zbierałam się do tej lektury. Chociaż zewsząd słychać było

same pochwały, ja zastanawiałam się, czy wpisać ją na listę książek, które chcę przeczytać. Jakoś tak mam, że nieszczególnie pasjonuje mnie ten temat - relacja matki z dzieckiem, najczęściej z córką, a w powieści rumuńsko-mołdawskiej pisarki Tatiany Tibuleac "Lato, gdy mama miała zielone oczy" (Książkowe Klimaty 2021; przełożył Dominik Małecki) chodzi o więź matki z synem. W końcu uległam. Czy to o tej powieści ktoś napisał, że jeśli miałoby się przeczytać w ciągu roku tylko jedną książkę, to powinna być nią właśnie ta? Czy to ta rekomendacja przeważyła szalę? Nie pamiętam.

Nie było mi łatwo wejść w tę lekturę. Zaczyna się od takiej dawki nienawiści, że pomyślałam sobie - nie dam rady. Chociaż zazwyczaj książki, które czytam, nie należą do lekkich, łatwych i przyjemnych, tym razem miałam wrażenie, że przekroczyłam próg wytrzymałości. Może właśnie dlatego, że to nienawiść syna do matki? W dodatku bohater, Aleks, który właśnie skończył szkołę, wydawał mi się bardzo odstręczający.

Tego ranka, gdy nienawidziłem jej bardziej niż kiedykolwiek, mama skończyła trzydzieści dziewięć lat. Była mała i gruba, głupia i brzydka. Najbardziej bezużyteczna ze wszystkich matek, jakie dotąd istniały. Przyglądałem jej się przez okno: sterczała pod bramą szkoły jak żebraczka. Zabiłbym ją odłamkiem myśli. (...) Mama miała gdzieś i mnie, i to, że jednak ukończyłem szkołę.

Szybko orientujemy się, skąd w narratorze tyle nienawiści, cynizmu i sarkazmu.  

Byliśmy nikim, robiliśmy nic. Podczas wszystkich lat w tej szkole nie słyszałem ani razu, żeby jakiś kolega chwalił się wakacjami, tak jakby oprócz szaleństwa dotknął nas też trąd. (...) Ludzkie strzępy - oto czym byliśmy.

Te słowa informują o wszystkim. Aleks, jak sam o sobie mówi, jest wariatem. Szkoła, którą właśnie skończył, kształci uczniów takich jak on. Dzieci z rozmaitymi deficytami i zaburzeniami. Często odrzucone przez rodziców i znienawidzone przez nauczycieli. 

Jim, mój najbliższy przyjaciel (...) Był z rodzicami, którzy w mgnieniu oka sprzedaliby go na organy, gdyby się nie bali, co ludzie powiedzą.

Inni [nauczyciele], ci mniej obrotni, każdej jesieni musieli jednak wracać i stawać naprzeciw tych samych diabolicznych uczniów, których tak nie znosili i których się bali.

Jaka przyszłość czeka chłopaka, który czuje się odrzucony przez wszystkich? Jakie ma perspektywy? Na co może czekać? O czym marzyć? Jego jedyny plan to wypad do Amsterdamu razem z dwoma kolegami, którzy też ukończyli szkołę. Wypad na trawkę i dziwki. Wprawdzie Aleks kocha się w jakiejś Jude, ale raczej nie ma u niej szans. 

Mój stosunek do bohatera zmieniał się stopniowo, kiedy poznawałam coraz więcej epizodów z jego życia. Niechęć, złość i antypatia zaczęły ustępować współczuciu, litości i rozpaczy. Bo serce się kroi, kiedy czyta się o dziecku skamlącym o miłość i uwagę matki. O dziecku, które przeżyło wielką tragedię i zostało z nią samo. O dziecku, które potrzebuje bliskości i nie może jej dostać. Nie rozumie, dlaczego jest odrzucane. Ale czy możemy winić matkę? Przecież tragedia dotyczyła całej rodziny. Jej ból był tak wielki, że pochłonął ją w całości, a świat stał się dla niej obojętny. Kiedy po latach się ocknęła, było już za późno. A gdzieś mimochodem możemy domyślać się, że to kobieta niespełniona. Czy dlatego, że jest imigrantką? Wiele w tej powieści niedomówień, białych plam, które czytelnik może wypełniać sam. Taka jest też historia babci, właścicielki sklepu, którym Aleks chyba pogardza, ale dzięki któremu dorobiła się dwóch domów.

Ale to zaledwie skrawek tej historii, początek, bo jej istotę stanowi wspomnienie tego tytułowego lata. Lata, które Aleks zgodził się spędzić ze swoją znienawidzoną matką we Francji. Lata, które radykalnie zmieniło jego stosunek do niej, pozwoliło im się na nowo zbliżyć do siebie. Chociaż Aleks zgodził się na ten wyjazd z wyrachowania, po latach, kiedy je wspomina, wie, że było to najważniejsze lato jego życia i może najszczęśliwsze, mimo że okoliczności były tragiczne. Te fragmenty książki, chociaż z powodów, jakich zdradzić nie mogę, są smutne, paradoksalnie dają jednak czytelnikowi wytchnienie i przynoszą otuchę. Mimo że skupione na na nowo budowanej więzi syna i matki, to gdzieś w tle, jak często w tej powieści ledwo naszkicowane, są i lato, i wieś, i krajobrazy, ale też mieszkający tam ludzie. I znowu poznajemy innego Aleksa, Aleksa, który zmienia się na oczach czytelnika, dojrzewa, Aleksa, który wreszcie budzi sympatię, a nawet podziw.

Ale jest jeszcze jeden Aleks, dorosły, dokładnie trzydziestodziewięcioletni. Uznany artysta - malarz tworzący dziwne obrazy mające swoje korzenie w tamtym lecie. Znowu doświadczony przez los, cyniczny. I chociaż są powody, aby mu współczuć i go rozumieć, to po raz kolejny trudno go polubić. 

Intrygująca, bardzo ciekawa książka. Jednak w całości gorzka. Bo życie nie zawsze usłane jest różami i niektórym stale wiatr w oczy. Pieniądze wprawdzie ułatwiają wiele spraw, ale szczęścia się za nie nie kupi. Niby banalna konstatacja, ale w powieści podana w niebanalny, poruszający sposób.   

Anna Cieplak "Rozpływaj się"

"Rozpływaj się" to pierwsza powieść Anny Cieplak, po którą

sięgnęłam (Wydawnictwo Literackie 2021). O jej wcześniejszych książkach oczywiście słyszałam, bardzo dobrze się o nich mówiło, ale jakoś się nie skusiłam. Pewnie dlatego, że miały młodzieżowych bohaterów, przynajmniej dwie pierwsze, najbardziej utytułowane. No a poza tym wiadomo, nie da się czytać wszystkiego, że powtórzę po raz kolejny moją ulubioną frazę. Banalną, ale prawdziwą. Tym razem  po wysłuchaniu dwóch wywiadów z Anną Cieplak postanowiłam spróbować. Z ciekawości. Po pierwsze, bo autorka znana i doceniana, a po drugie, bo zainteresował mnie temat i tło. Śląsk, historia rozpięta w latach 1999-2019, bohaterowie wywodzący się z klas niższych. 

Bracia Robert i Janek, Alina i Marca (Marcelina) w dzieciństwie mieszkali w familoku w jednej z dzielnic Rudy Śląskiej. Chodzili do tej samej szkoły. Robert i Alina są równolatkami, Janek i Marca kilka lat od nich młodsi. Tylko Marca wychowywała się w pełnej rodzinie. Pozostali nie mieli tego szczęścia z różnych powodów, o czym za chwilę. To na pewno naznaczyło ich na życie. Jest jeszcze jedna ważna postać, Omama, babcia obu braci, trochę zastępująca im matkę, bo ich rodzona nie żyje. Matkowała też Alinie, kiedy jej własna postanowiła wyjechać za granicę. Ale ta ukochana Omama, spajająca dom, silna, stanowcza i ciepła jednocześnie, też ich opuści w poszukiwaniu lepszego życia. Dlaczego wyjedzie? Straciła pracę w kopalni, gdzie była księgową, więc pewnie za chlebem. A może nie tylko? Może także szukać siebie nowej? Żeby oderwać się od roli babci i mamy zabiegającej o dom i sprawy rodziny? 

O Omamie wiemy najmniej. Chociaż to postać dla bohaterów bardzo ważna, poznajemy ją tylko ich oczami. Przyznam, że ta bohaterka gdzieś mi się wymyka. Bardziej dowiaduję się, że taka jest, niż to samodzielnie odkrywam. Przykład - dlaczego Alina czuje się przez nią odepchnięta? Dlaczego mówi, że najpierw pozwoliła jej się do siebie zbliżyć, a potem ją odrzuciła? Cóż, taki był zamysł autorki. Gdyby chciała inaczej, uczyniłaby ją jedną z bohaterek-narratorek. Bo tak właśnie skonstruowana jest powieść Anny Cieplak. Krótkie rozdziały zatytułowane są imionami  Roberta, Janka, Aliny i Marcy. Po kolei, na przemian, mają głos. Z ich punktu widzenia poznajemy relacje między nimi, odkrywamy ich tajemnice z przeszłości, wiemy, co ich gnębi, czego się boją, czego chcą, a właściwie trafniej byłoby stwierdzić czego nie wiedzą, co chcą

Zasadnicza akcja to kilka miesięcy roku 2019, jak się okaże przełomowych w życiu bohaterów. Marca i Janek, ostatecznie się rozstają, muszą określić siebie na nowo, zbudować swoje życie. Najbardziej bezradna jest Marca, najmocniej zabiegająca o awans społeczny, wciśnięta w gorset obowiązków. To ona koniecznie chciała, aby wyjechali z Rudy, teraz czuje, że tak naprawdę nic nie zyskała. Jej rozwój jest pozorny. Uciekła od dawnego świata, do którego nie bardzo lubi wracać, ale jest rozczarowana tym, co osiągnęła. Bo to tylko pozory. Janek, o wiele bardziej spolegliwy, uporządkowany, obowiązkowy, potrafiący pogodzić się z tym, co ma, nie odczuwa tego w taki sposób jak ona. Alina, samotna matka, która też ułożyła sobie życie z dala od przeszłości, najbardziej kolorowa i niezależna z całej czwórki, teraz konfrontuje się z przeszłością. Wracają do niej demony, zaniechania, winy. Walkę o siebie musi stoczyć też Robert. Dla Omamy, która nieoczekiwanie wróciła i z konieczności życie obu braci zaczyna koncentrować się wokół niej. Czy uda mu się wyrwać z alkoholowych ciągów, porzucić inne używki? Czy młodszy brat będzie mógł na niego liczyć? Czy jest jeszcze możliwe naprawienie jego relacji z Aliną? Zbudowanie ich w jakiejś nowej formie? Pozostawiam te pytania bez odpowiedzi, jak i wiele innych spraw, aby nie zdradzać za wiele.

"Rozpływaj się" to powieść o trzydziestolatkach, którzy chociaż wywodzą się z tego samego środowiska, rozmaicie kierują swoim życiem, dokonują różnych życiowych wyborów. Są średniakami, nie mają rodzinnego zaplecza, muszą liczyć na siebie. Największym przegranym wydaje się Robert, który nie wyrwał się z Rudy. Ponieważ nie chciał, albo już nie mógł, być górnikiem jak ojciec, pozostały mu tylko dorywcze prace i picie. Alkohol był na tym górniczym osiedlu powszechny, ale oprócz chlania kiedyś była przede wszystkim ciężka praca. Robertowi pozostało tylko to pierwsze. Najbardziej niespełniona jest Marca, która zdaje sobie sprawę, że szklanego sufitu nie przebije. Zawsze będzie tą, która gorliwie spełnia polecenia innych, aby zasłużyć na ich pochwałę. Może najlepiej wybrała Alina? Skoro nie da się przeskoczyć wyżej, skoro zawsze takich jak ona będzie  tłamsił ten szklany sufit, lepiej żyć na własnych warunkach? Życiem outsiderki, trochę dziwaczki, trochę z dnia na dzień, ale jednak w miarę stabilnie? Nie mieć nad sobą szefa, któremu trzeba czapkować? Ale najwięcej nadziei niesie postać Dorotki, piętnastoletniej córki Aliny. Niezależnej, pełnej ideałów, ale jednocześnie aktywistki na miarę swoich piętnastu lat. Czy jej się uda? Przecież świat, w którym dorasta, jest jeszcze trudniejszy od tego, w którym dorastało pokolenie jej rodziców.

Bardzo ciekawe jest tło tej powieści. Ruda, familoki, ale także katowicka Superjednostka, blok będący marzeniem o awansie ludzi takich jak Alina, Marca, Janek czy Robert.

Książkę czyta się jednym tchem, także dlatego, że zagadki z przeszłości bohaterów autorka odkrywa powoli, każąc im wspominać zdarzenia sprzed lat. Dla mnie była to ciekawa wyprawa w rejony, których nie znam, ale które mnie interesują. Nie jest to powieść wybitna, ale na pewno warto po nią sięgnąć. Można mieć jakieś zastrzeżenia do konstrukcji bohaterów, nie zawsze wszystko mi się w nich sklejało, ale te niedociągnięcia nie ważą na odbiorze całości. Cieszę się, że ją przeczytałam.       

Katarzyna Surmiak-Domańska "Czystka"

Temat rzezi wołyńskiej interesował mnie od dawna. Urodziłam się

i wychowałam w rejonie Polski, gdzie mieszkało wielu repatriantów z przedwojennych Kresów. Jako dziecko słuchałam krwawych opowieści o tym, co działo się na Wołyniu. Nie pamiętam, czy kierowano je do mnie, czy byłam przypadkową słuchaczką. Swoją drogą, kto opowiada dziecku albo przy dziecku o takich okrucieństwach? Potem te opowieści wyparłam. Wróciły do mnie, kiedy z okazji okrągłej rocznicy tamtych wydarzeń temat pojawił się w debacie publicznej. Za to zawsze doskonale pamiętałam historię moich dziadków. Kiedy zaczęły się niepokoje, dziadek wywiózł babcię i dwóch synów do dużego miasta, gdzie było spokojnie. Sam jeszcze został, pracował, był lekarzem. I pewnego wieczoru do babci przyszedł ktoś (Ukrainiec? Polak? O tym albo babcia nigdy nie mówiła, albo wyleciało mi z pamięci.) ostrzec, że na doktora szykowana jest napaść. Babcia jak stała, tak ruszyła nocą, aby ostrzec dziadka i zabrać go do miasta. Podobno musiała przejść trzydzieści kilometrów przez las. Wiele w tej opowieści luk i nieścisłości. No bo dlaczego musiała iść, a nie zabrała się z tym człowiekiem? Może nie wracał? A może był rzeczywiście Ukraińcem i bał się, że ktoś zobaczy ich razem? A może i on przyszedł piechotą? Dziś nie sposób rozstrzygnąć, jak było. Babcia od dawna nie żyje. Historia w swoich zarysach jest prawdziwa, potwierdzili mi ją moi wujkowie. Ciekawe, że długo nie kojarzyłam jej z rzezią wołyńską. Nawet dziś pewności nie mam, bo może chodziło o zwykły napad rabunkowy? Pewnie jednak nie. 

Tak tamte wydarzenia historyczne odłożyły się w mojej pamięci i dlatego zawsze miałam do nich jakiś osobisty stosunek. Dlatego przeczytałam książkę Witolda Szabłowskiego "Sprawiedliwi zdrajcy. Sąsiedzi z Wołynia" o Ukraińcach, którzy ratowali Polaków w tamtym okropnym czasie, no i oczywiście obejrzałam "Wołyń" Smarzowskiego. Ale na "Czystkę" Katarzyny Surmiak-Domańskiej (Czarne 2021) nie zwróciłam początkowo uwagi. Jakieś odkrywanie rodzinnych tajemnic, śledztwo dotyczące przeszłości, sporo się podobnych rzeczy naczytałam. No ale o książce zaczęło być coraz głośniej, poza tym poleciła mi ją bliska mi osoba, z którą wymieniamy się opiniami o lekturach, a kiedy zaczęłam czytać, została książką roku Książek. Magazynu do czytania.

"Czystka" powstała trochę przez przypadek. Co prawda Katarzyna Surmiak-Domańska od dłuższego czasu prowadziła rodzinne śledztwo, chcąc poznać historię swoich dziadków ze strony ojca, ale nie miała zamiaru ubierać tego w książkę. Kiedy pandemia pokrzyżowała jej inne reporterskie plany, postanowiła ją spisać. Temat dziadków, dzieciństwa ojca i jego rodzeństwa był w rodzinie tabu. A może inaczej - ojciec opowiadał w formie zabawnych anegdotek rozmaite historie, ale kiedy córka próbowała grzebać głębiej, pytać o babcię i dziadka, zbywał ją, zasłaniając się niepamięcią. Ale ten brak uwierał na tyle, że stopniowo zaczęła rodzinną historię odgrzebywać. Chciała przynajmniej w taki sposób przywrócić sobie dziadków, szczególnie babcię Franciszkę. Nie było to łatwe, bo nawet w pamięci jej dzieci było sporo dziur i luk. 

"Czystka" jest nie tylko historią rzezi na Wołyniu i w Galicji Wschodniej, to także opowieść o przedwojennych Kresach i powojennej wędrówce ludów - repatriacji stamtąd i nowym życiu zawiązanym na tak zwanych Ziemiach Odzyskanych. To także opowieść o rodzinnym śledztwie - odzyskiwaniu pamięci. I refleksja o tym, co jej brak z nami robi, jak traumy przodków odkładają się w naszej świadomości i psychice. To wszystko poparte naukową podbudową - pracami z zakresu psychologii i oczywiście historii. Nad wszystkim unosi się niepostawione wprost pytanie, czy mamy prawo odkrywać przeszłość wbrew komuś? W tym wypadku wbrew ojcu autorki, który broni się przed wspomnieniami. A trudno się temu dziwić, bo jako kilkunastolatek był świadkiem zdarzeń strasznych - śmierci swojej ukochanej cioci, napadów na wieś, w której się zatrzymali po ucieczce z rodzinnego domu, stracił kolegów, wielokrotnie zmieniał środowisko, czuł się samotny, gorszy i wyobcowany, tułał się po rodzinie i znajomych, no i musiał przejąć obowiązki głowy rodziny, bo ojca nie było, a mama, Franciszka, pod wpływem traumatycznych przeżyć coraz mniej była zdolna do działania. Kilkakrotnie szczęśliwa decyzja podjęta pod presją czasu decydowała o tym, że ocaleli. Ale mógł przecież wybrać inaczej. Kiedy się ma taki bagaż wspomnień, nic dziwnego, że chce się o nim zapomnieć. 

Równie smutna jest historia jego matki. Decyzje, przed jakimi stawała, były często dramatyczne. Rozdzielenie z dziećmi, aby zapewnić im bezpieczeństwo, powrót do rodzinnego domu mimo strachu, żeby pilnować dobytku. A jej życie ani wcześniej, ani później nie było usłane różami. Ciężka praca, problemy finansowe, małżeństwo z naszej dzisiejszej perspektywy nieszczęśliwe i niedobrane, małżeństwo, w którym przemoc była chlebem powszednim. No ale podobny był wtedy los kobiet takich jak ona. Dlatego autorka robi wszystko, aby jej historię jak najdokładniej odtworzyć, co wcale nie było takie łatwe. Stąd tak wiele tu domysłów, wyobrażania sobie, składania jej portretu z poszlak i z wątłych śladów.

Jest jeszcze drugie niewypowiedziane pytanie - czy ktoś ma prawo, aby nas pamięci o przeszłości pozbawiać? Autorka chce wiedzieć, drąży. Ale robi to w sposób delikatny, krok po kroku, aby sprawić jak najmniej bólu. Zresztą cała książka napisana jest z czułością. (Trochę nie lubię tego słowa, odkąd stało się modne, ale tu naprawdę pasuje.) I pewnie dlatego chociaż temat niełatwy, czyta się ją bardzo dobrze. Z czułością dla ojca i innych krewnych, z czułością dla swoich wspomnień z dzieciństwa, wreszcie z czułością dla babci i dziadka, których nie znała. No i jest też czułość dla tamtego świata, którego już nie ma, czułość dla ofiar, ale i uważność dla wrogów. Chociaż nie sposób aprobować okrucieństwa, którego się dopuszczali, to trzeba zrozumieć, jakie są jego źródła. I autorka tłumaczy to, przywołując skomplikowaną historię współżycia Polaków i Ukraińców na Kresach nie tylko w okresie międzywojennym, ale sięga także do czasów przedrozbiorowych. Rachunki krzywd sięgają daleko w przeszłość. Nie można pominąć, że traktowani byli jak obywatele drugiej kategorii i nie można zapomnieć o ich aspiracjach do posiadania swojego państwa. 

Ale oprócz tego wszystkiego mnie utkwiły w głowie wyniki pewnych badań przywołane w książce. Otóż w roku 2008 roku przeprowadzono w Polsce badania wśród osób urodzonych przed rokiem 1939 dotyczące PTSD (zespół stresu pourazowego). Wnioski były szokujące. Symptomy zdiagnozowano u 31% osób pochodzenia nieżydowskiego i u 55% Polaków o żydowskich korzeniach. Tyle lat po wojnie! W Europie Zachodniej, gdzie takie badania prowadzono znacznie wcześniej, ten wynik był jednocyfrowy! Co to nam jako społeczeństwu zrobiło? Nie mogło pozostać bez echa.   

Elisabeth Asbrink "Porzucenie"

Elisabeth Asbrink zaskarbiła sobie moją uwagę wydanym kilka lat

temu reportażem historycznym "W lesie wiedeńskim wciąż szumią drzewa". Książką, która opowiadała o dwuznacznie moralnej postawie Szwedów w czasie drugiej wojny, a szczególnie wobec Żydów, ofiar Holocaustu. Do tematyki żydowskiej wraca w swojej najnowszej powieści "Porzucenie" (Wielka Litera; przełożyła Natalia Kołaczek). Ze względu na autorkę i temat, który od lat pozostaje w kręgu moich zainteresowań, chciałam po nią sięgnąć.

"Porzucenie" w dużej mierze czerpie z rodzinnej historii Elisabeth Asbrink. Losy dziadków, matki i swoje ubrała w powieściowe szaty. Chociaż jeśli ktoś spodziewa się czystej powieści, to może się czuć zawiedziony, bo w autorce zwycięża żywioł reporterski i dużym fragmentom książki bliżej do literatury faktu. 

Zanim podzielę się refleksjami kilka słów o fabule. Jest to historia trzech pokoleń kobiet. Każdej poświęcona jest jedna część. Najstarsza, Rita, Niemka, której rodzice w poszukiwaniu lepszego życia chcieli emigrować do Ameryki, ale z powodu nieszczęśliwego zbiegu okoliczności, a właściwie zaniedbań i beztroski głowy rodu, ostatecznie wylądowali na londyńskim bruku. Czy w mitycznych Stanach osiągnęliby sukces, już nigdy się nie dowiemy, w Londynie przez pierwsze lata klepali biedę, potem było tylko trochę lepiej. Kolejna bohaterka to Sally, córka Rity i Vidala, sefardyjskiego Żyda urodzonego w Salonikach, w czasach, w których należały jeszcze do Imperium Osmańskiego. Jego przodkowie osiedlili się tam w XV wieku, kiedy hiszpańscy królowie katoliccy, Izabela i Ferdynand, wyrzucili ze swojego królestwa Żydów. Sally,  gdy tylko osiąga pełnoletniość, wyjeżdża do Szwecji i tam już zostaje. Chociaż ucieka od swoich korzeni, wychodzi za mąż za Żyda węgierskiego, który jako chłopiec trafił do getta. Jest wreszcie ich córka Katherine, alter ego autorki. Jako dojrzała kobieta postanawia odkryć rodzinną historię, ponieważ ten temat był w ich domu zakazany. Interesuje ją przeszłość Rity, Vidala i Sally. Będzie to więc opowieść o Żydach sefardyjskich.

Czytając książkę, zastanawiałam się, czy warto po raz kolejny wchodzić do tej samej rzeki. Czy warto czytać jeszcze jedną pozycję, której tematem jest wyparcie, zapomnienie, indywidualna i zbiorowa utrata pamięci? Na poziomie indywidualnym przeszłość swojego ojca wypiera Sally, bo to przez niego odróżnia się fizycznie od swoich angielskich koleżanek ze szkoły. Wszystkie upokorzenia, które ją z ich strony spotykają, przypisuje jemu. Czuje, że antysemickie napisy, jakie pojawiają się na murach w latach trzydziestych zeszłego wieku, kiedy wielu Anglików zafascynowanych było faszyzmem, godzą w nią. Dlatego słowo Żyd staje się w jej języku zakazane. Po latach będzie się go bała także mała Katherine obarczona nim podwójnie - przez matkę i ojca. Ale pamięć o Żydach zniknęła również w Salonikach. Nie został po Sefardyjczykach, którzy w czasach Imperium Osmańskiego stanowili znaczną część mieszkańców miasta, żaden ślad. Nie ma już dzielnicy, w której mieszkali, nie ma ani jednej synagogi, nie zachował się żaden ślad po ogromnym cmentarzu. A właściwie owszem, zachowało się wiele śladów - płyty nagrobne można odnaleźć w wielu punktach miasta. Posłużyły jako budulec placów, schodów, fragmentów chrześcijańskich kościołów. Depczą po nich mieszkańcy Salonik i turyści, nie zdając sobie sprawy, po czym chodzą. 

Po tym wprowadzeniu czas odpowiedzieć na pytanie, czy warto było czytać. Otóż w tym wypadku tak! Bo z wiadomych względów dominuje u nas opowieść o Żydach aszkenazyjskich. Tymczasem Elisabeth Asbrink odsłoniła przede mną historię Sefardyjczyków. Sięga w swej opowieści głęboko - do czternasto- i piętnastowiecznej Hiszpanii, kiedy zaczęły się prześladowania Żydów - pogromy, zmuszanie do przejścia na katolicyzm, co i tak niewiele im dało, a wreszcie ostateczne wypędzenie. To właśnie wtedy sprowadzono do Hiszpanii Inkwizycję. Potem równie dużo pisze o Salonikach, o tym, jak żydowscy uciekinierzy żyli tam w czasach Imperium Osmańskiego, i o tym, co się stało potem, kiedy miasto znalazło się w greckich rękach. Wreszcie opowiada o zagładzie Żydów z Salonik w czasach drugiej wojny i o powojennej zbiorowej amnezji, która, jak rozumiem, trwa tam do dziś. Rodzina jej ojca uniknęła tragicznego losu, bo znalazła się w Anglii jeszcze jakiś czas przed hekatombą pierwszej wojny. 

Te fragmenty książki, w których autorka sięga w głąb historii, są najciekawsze. Tu Asbrink odnajduje się najpełniej, bo wchodzi w materię, której dotąd była wierna, materię reportażu historycznego. Te partie "Porzucenia" przypominają mi metodę Aleksandry Lipczak, którą zastosowała w swojej znakomitej opowieści o Al-Andalus, "Lajla znaczy noc". Obie pisarki łączą fakty z odtwarzaniem świata, którego już dawno nie ma. Robią to tak sugestywnie, że czujemy jego smaki i zapachy. W taki sposób pisze Elisabeth Asbrink nie tylko o rodzinie swojego dziadka Vidala, ale również o historii rodziny swojej babki, Rity. I to jest również odkrywcze. Opowieść o najbiedniejszym Londynie z końca XIX i początku XX wieku. Odkryciem dla mnie było, że po pierwszej wojnie w Anglii żyło tak dużo młodych kobiet, a tak mało młodych mężczyzn, bo zginęli na wojnie, iż stało się to ogromnym problemem społecznym. W czasach, kiedy powinnością kobiety było wyjść za mąż i urodzić dzieci, kandydatów na mężów dramatycznie brakowało. Poważnie zastanawiano się, co zrobić z masą samotnych kobiet. Rozważano nawet przesiedlanie ich do kolonii.

Po tych zachwytach będzie jednak łyżka dziegciu. Otóż znacznie słabiej, moim zdaniem, wypadają te fragmenty "Porzucenia", które pisane są w konwencji powieściowej. I nie chodzi o temat, samotność bohaterek, poczucie niespełnienia, a nawet nieszczęścia, osamotnienie dzieci, których dorośli zawodzą i dlatego to one muszą przejmować ich rolę i opiekować się nimi. To wszystko jest ciekawe. Drażnił mnie natomiast sposób opowiadania - język. Na siłę wydumany, egzaltowany. Jakby autorka przestraszyła się prostoty tej historii i próbowała ją ukryć pod górnolotnym słowotokiem, mową-trawą ubraną w pozór głębi. Kiedy spuszczała z tonu i zaczynała po prostu snuć narrację, znowu było dobrze. A najlepiej, kiedy wchodziła w rolę reporterki. Na szczęście takich fragmentów jest w "Porzuceniu" najmniej.       

Popularne posty