Ta książka chodziła za mną od dawna. Dziś już nie pamiętam, kiedy pierwszy raz usłyszałam o Normanie Manei, rumuńskim pisarzu od lat osiemdziesiątych zeszłego wieku przebywającym na emigracji w USA. Czy znalazłam go na stronach wydawnictwa Pogranicze? Czy dowiedziałam się o jego istnieniu, kiedy kilka lat temu jego książka, o której dziś opowiem, "Powrót chuligana" (Pogranicze 2009; przełożył Kazimierz Jurczak) znalazła się w finale Angelusa? Tak czy inaczej lekturę stale odkładałam, ba, Manea co jakiś czas wylatywał mi z głowy, a wszystko pewnie dlatego, że jego książki nie jest łatwo zdobyć. Kiedy w zeszłym roku Czytelnik wydał "Kryjówkę", natychmiast ją przeczytałam, z czego na tych stronach zdałam relację. Wtedy ponownie przypomniałam sobie o "Powrocie chuligana", ale, jak to bywa, inne lektury sprawiły, że odłożyłam go na święty nigdy. Ale każda książka ma swój czas! Po lekturze znakomitego "Bukaresztu" Małgorzaty Rejmer zapragnęłam przedłużyć przygodę z Rumunią i kolejny raz przypomniałam sobie o książkach Normana Manei. Tym razem działałam szybko. Natychmiast sprowadziłam jego dwie książki z Pogranicza (a przy okazji jeszcze powieści kilku innych autorów). Zaczęłam od wspomnianego "Powrotu chuligana", zbiór opowiadań zostawiając na później. Wczoraj skończyłam czytać, a dziś piszę. (To wczoraj było w październiku, notka nieco przeleżakowała wypierana przez filmy i literackie nowości.)Norman Manea "Powrót chuligana"
Ta książka chodziła za mną od dawna. Dziś już nie pamiętam, kiedy pierwszy raz usłyszałam o Normanie Manei, rumuńskim pisarzu od lat osiemdziesiątych zeszłego wieku przebywającym na emigracji w USA. Czy znalazłam go na stronach wydawnictwa Pogranicze? Czy dowiedziałam się o jego istnieniu, kiedy kilka lat temu jego książka, o której dziś opowiem, "Powrót chuligana" (Pogranicze 2009; przełożył Kazimierz Jurczak) znalazła się w finale Angelusa? Tak czy inaczej lekturę stale odkładałam, ba, Manea co jakiś czas wylatywał mi z głowy, a wszystko pewnie dlatego, że jego książki nie jest łatwo zdobyć. Kiedy w zeszłym roku Czytelnik wydał "Kryjówkę", natychmiast ją przeczytałam, z czego na tych stronach zdałam relację. Wtedy ponownie przypomniałam sobie o "Powrocie chuligana", ale, jak to bywa, inne lektury sprawiły, że odłożyłam go na święty nigdy. Ale każda książka ma swój czas! Po lekturze znakomitego "Bukaresztu" Małgorzaty Rejmer zapragnęłam przedłużyć przygodę z Rumunią i kolejny raz przypomniałam sobie o książkach Normana Manei. Tym razem działałam szybko. Natychmiast sprowadziłam jego dwie książki z Pogranicza (a przy okazji jeszcze powieści kilku innych autorów). Zaczęłam od wspomnianego "Powrotu chuligana", zbiór opowiadań zostawiając na później. Wczoraj skończyłam czytać, a dziś piszę. (To wczoraj było w październiku, notka nieco przeleżakowała wypierana przez filmy i literackie nowości.)Wiesław Myśliwski "Traktat o łuskaniu fasoli"
Muszę przyznać ze wstydem, że dotąd jakoś nie miałam ochoty na prozę Myśliwskiego.
Mimo licznych nagród, mimo że przez niektórych uważany jest za najwybitniejszego współczesnego polskiego prozaika. Dlaczego? Przyczyna mego czytelniczego zaniechania jest chyba jeszcze bardziej wstydliwa. Cóż, jakoś odstręczała mnie przyczepiona pisarzowi łatka specjalisty od tematów wiejskich. Dopiero jesienią, kiedy o Myśliwskim znowu zrobiło się głośno przy okazji wydania jego najnowszej powieści "Ostatnie rozdanie", nabrałam wielkiej ochoty, aby sięgnąć po jego prozę. Poszperałam trochę i postanowiłam zacząć od "Widnokręgu" lub "Traktatu o łuskaniu fasoli". Minęło kilka miesięcy, gdy nagle, nieco przez przypadek, wpadła mi w ręce ta ostatnia powieść, a więc nie zwlekając, to od niej rozpoczęłam swą czytelniczą przygodę z Myśliwskim. Teraz spróbuję przekonać ciebie, czytelniku tej notki, abyś i ty po nią sięgnął. Jest jednak przecież wielce prawdopodobne, że uczyniłeś to już wcześniej.
"Traktat o łuskaniu fasoli" (Znak 2010) to powieść, która zadowoli każdego miłośnika literatury. Ten mniej wymagający znajdzie tu po prostu barwną, realistyczną opowieść. Monolog starszego mężczyzny snuty przy tytułowym łuskaniu fasoli. Czytelnik szukający czegoś więcej bez trudu odkryje warstwę drugą. Odwieczne pytanie o to, co rządzi życiem: przeznaczenie czy przypadek? Rozważania o wojnie, śmierci, pamięci, życiu, losie. Jest wreszcie warstwa trzecia, historyczna. Narrator, urodzony przed wojną, opowiadając rozmaite zdarzenia ze swojego życia, siłą rzeczy sięga do dzieciństwa i, szczególnie, wczesnej młodości, która przypadła na lata tuż powojenne. Wiele miejsca zajmują opowieści o szkole, w której uczył się na elektryka, o pracy przy elektryfikacji wsi, a wreszcie, to później, o pracy na wielkich budowach.
Narrator opowiada historię swojego życia chaotycznie, nie trzymając się chronologii. Ot tak po prostu, mówi o tym, co mu się przypomni. Jest to raczej ciąg przypadkowych skojarzeń niż zaplanowana metodycznie opowieść. To oczywiście zabieg celowy podporządkowany jednej z ważniejszych refleksji tej powieści. Życie nie stanowi jakiejś całości, wytyczonej jasno drogi, jest poszarpane, rozrzucone, od przypadku do przypadku. Nabieramy takiego przekonania, szczególnie jeśli patrzymy w przeszłość z dystansu minionych lat. Na to nakłada się jeszcze pamięć, która stwarza człowieka, jego świat. Jesteśmy tylko tym, co pamiętamy. Tak jawi się życie narratora, kiedy spogląda na nie wstecz, zwierzając się tajemniczemu przybyszowi. Ta postać, której czytelnik nie słyszy, stanowi pewną zagadkę. Można ją oczywiście odbierać w porządku realistycznym. Ot, zabłąkany mężczyzna, który odwiedza narratora w jego samotni pewnego jesiennego dnia. Może rzeczywiście przyszedł po fasolę? Ale jest jednocześnie w powieści wiele tropów, które nie pozwalają traktować go tylko jak człowieka z krwi i kości. Kim wobec tego jest ów tajemniczy gość? Jednoznacznej odpowiedzi oczywiście nie ma. Nie zamierzam dzielić się moimi przemyśleniami, aby nie zdradzać za wiele potencjalnemu czytelnikowi. Dodam jeszcze, że to nie jedyna taka postać w tej powieści.
Czas wreszcie wspomnieć o głównym bohaterze "Traktatu o łuskaniu fasoli". Kim jest? Mężczyzną u kresu życia wyrwanym przez wojnę ze swojego środowiska, rodziny, miejsca. Odtąd przez długie lata pozostaje człowiekiem bez tożsamości, nieukształtowanym, bez swojego miejsca na ziemi, targanym przez rozliczne przypadki, niesionym przez życie niczym patyk przez nurt rzeki, raz bystrej, to znowu leniwej. Długo nie stawia sobie żadnego celu, pozwala się unosić prądowi życia. Nie ma w tym żadnej refleksji, żadnego planu, tylko trwanie. Przypadki, o jakich wspomniałam, to spotkania z ludźmi, którzy spełnili w jego życiu rolę milowych kamieni. Kim byłby, gdyby nie spotkał na swojej drodze naznaczonego tragicznym losem nauczyciela muzyki, magazyniera na budowie, eks księdza, tajemniczego pana Roberta, nieznajomego z kawiarni? Czy do końca życia byłby już tylko elektrykiem na budowach? A może jego los potoczyłby się jeszcze inaczej? Co zawdzięcza spotkanym ludziom? Nauczycielowi muzyki i magazynierowi miłość do saksofonu, pasję, która później stała się zawodem. Panu Robertowi powrót do miejsca urodzenia. Innym skłonność do metafizycznego namysłu nad światem, zrozumienie, że na to, co człowieka spotyka, można patrzeć z różnej perspektywy, że wszystko ma drugą stronę medalu, że nasz los zahacza o los innego człowieka. Jest więc narrator mężczyzną zwyczajnym-niezwyczajnym. Nie skończył uniwersytetów, nie zdobył muzycznego wykształcenia, ale zyskał pasję i bogactwo doświadczenia. U kresu swoich dni posiadł ową życiową mądrość, której często zazdrościmy wybrańcom. Jest spokojny, pogodzony z losem, swoje przeżył i swoje wie. Przyjmuje z pokorą to, co życie mu przynosi. Mimo że tęskni za muzyką, potrafi ze stoickim spokojem przyjąć wyrok losu.
A oprócz tego, jak wspominałam, jest tu szereg barwnych lub smutnych historii, galeria postaci często sponiewieranych i doświadczonych przez los, naszkicowanych delikatną kreską, a przecież pełnokrwistych. Wszyscy ci prości, mądrzy albo dziwni ludzie przewinęli się przez życie narratora. Zagościli w nim na chwilę, czasem na dłużej. Dlatego wiemy o nich tylko coś, nigdy wszystko. Jak w życiu.
"Traktat o łuskaniu fasoli" to powieść łącząca w sobie czytelniczą atrakcyjność z mądrością refleksji o człowieku i świecie. Warta nagród, którymi została obsypana.
Ignacy Karpowicz "Sońka"
Kiedy tylko zaczęto mówić o najnowszej powieści Ignacego Karpowicza "Sońka" (Wydawnictwo Literackie 2014), wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Nie z powodu mego uwielbienia dla autora. Nie czytałam przecież ani "Balladyn i romansów", ani "ości", tym bardziej jego wcześniejszych książek. Mimo że chwalone, nie bardzo mnie interesowały. Inaczej rzecz się ma z wynoszoną pod niebiosa "Sońką". Zafascynował mnie temat, historia. Podobnie było z Karpowiczem. Od swojego wuja, malarza Leona Tarasewicza, usłyszał kiedyś, że w sąsiedniej wsi mieszka kobieta, która w czasie drugiej wojny miała romans z Niemcem. Kto czytał lub słuchał licznych ostatnio wywiadów z pisarzem (wiadomo, promocja ma swoje prawa), ten wie, że ta historia, a właściwie jej przeczucie, zapadła mu w pamięć tak głęboko, że musiał się z nią zmierzyć. Zanim się na to zdecydował, minęło siedem lat, a, o ile dobrze pamiętam, drugie tyle trwała praca nad powieścią, a właściwie jej ociosywanie do obecnych niewielkich rozmiarów. Jak powiedział Karpowicz w jednej z rozmów, "Balladyny i romanse" oraz "ości" przydarzyły mu się w międzyczasie. To wydana niedawno "Sońka" była tą właściwą, istotną powieścią.
Autor nigdy nie poznał prawdziwej historii ani tym bardziej jej bohaterki. Nie miał odwagi dręczyć pytaniami starej kobiety u kresu życia. Inaczej rzecz się ma z bohaterem jego powieści, warszawskim reżyserem i literatem Igorem Grycowskim, który niczym królewicz z baśni przybył na Podlasie do wsi, w której mieszkała Sonia. (Wieś, za dużo powiedziane, cztery chałupy, w tym dwie opuszczone) Jak w najprawdziwszej baśni pojawił się trochę przez przypadek, a jako że to baśń współczesna, przybył nie konno, nie w karocy, a w drogim samochodzie, który zepsuł się akurat na tym końcu świata. Ale może jednak to wcale nie przypadek? Może sprowadził go na przykład Soniny Anioł Stróż, aby mogła mu opowiedzieć swoją historię i wreszcie w spokoju umrzeć? Nie dziw się, czytelniku tej notki, że wspominam o baśni, o królewiczu, o Aniele Stróżu. Otóż to wszystko, i jeszcze więcej, w powieści Karpowicza jest. Historia Soni stylizowana jest na baśń. Nie jeden raz pada fraza dawno, dawno temu, niczym w baśni samotną, starą kobieta opiekują się zwierzęta, którym od czasu do czasu udzielany jest głos. Igor-królewicz zjawił się na pewno po to, aby odczarować Sonię. W miarę opowieści ona młodnieje, on się starzeje. Ją to wyznanie na chwilę budzi do życia, jest jej łabędzim śpiewem, dopełnia je, jemu przydaje doświadczenia, otwiera na nowe doznania, och, jak bardzo zazdrości bohaterom prawdziwej miłości, a wreszcie pozwala wrócić do korzeni. Przestać się wstydzić swojego dzieciństwa, swoich dziadków, zapomnianego języka. No i odrodzić się jako artyście. Jest przecież i drugi królewicz, ten prawdziwy, Niemiec Joachim. Jak przystało na baśń, miłość spada na Sonię i Joachima nagle, niczym grom z jasnego nieba. Ledwo spojrzeli sobie w oczy, już wiedzieli, że są zgubieni. To taka miłość, na którą nie poradzisz, przychodzi i nic z nią zrobić nie możesz. Miłość, która obywa się bez słów (przecież kochankowie nie rozumieją siebie, ona mówi po białorusku, on po niemiecku). Dalej oczywiście nie będzie jak w baśni. Nie będą żyli długo i szczęśliwie. No bo jak niby miałaby być możliwa ich miłość w czasie wojny? Ale życie Soni przed i po Joachimie też baśni nie przypominało. W tamtych czasach los kobiety na podlaskiej wsi był gorszy niż los zwierzęcia. Całkowicie zdominowana przez mężczyzn, zdana na ich łaskę i, częściej, niełaskę, ich służąca, obiekt zaspokajania seksualnych żądz.
Powieść Karpowicza opowiada o życiowych paradoksach i komplikacjach, tragicznych zrządzeniach losu, które zmuszają do niemożliwych wyborów, o bohaterach szczęśliwych przez chwilę i takich, którzy nawet tej odrobiny szczęścia nie zaznali, o draniach i tych szlachetnych, gotowych do poświęceń także w imię uczucia. Jest hymnem na cześć miłości i skargą na historię, która przejeżdża po ludziach jak walec, rujnuje ich życia, miłość czyni niemożliwą i tragiczną, sieje śmierć, nienawiść, upodlenie, sąsiada zwraca przeciwko sąsiadowi. Czy można kochać wroga? Czy można kochać mordercę? Czy można kochać aż tak ślepo? Czy można dla miłości poświęcić wszystko, także życie najbliższych? Czy to na pewno miłość? A może tylko jej złudzenie? Może prawdziwa miłość jest zwyczajna, codzienna, nie tak szalona, ślepa i bezwzględna? Kto nigdy nie zatracił się w podobnym szaleństwie, kto nigdy nie postawił wszystkiego na jedną kartę, kto choć przez chwilę nie myślał o konsekwencjach, dla kogo nigdy nie liczyło się tylko tu i teraz, kto nigdy nie był gotów jak Faust zaprzedać swą duszę, ten pewnie Soni nie zrozumie.
Dlaczego Karpowicz nie opowiedział tej historii wprost, dlaczego przydał jej ramę? Dlaczego na drodze samotnej, wiejskiej kobiety postawił Igora Grycowkiego vel Ignacego Grykę, z którego narrator kpi i ironizuje? Antypatycznego, niespełnionego, modnego warszawskiego artystę, który uosabia, przynajmniej początkowo, wszystko to, co najgorsze i najgłupsze w artystycznym światku? Nie śmiem pytać, ile w nim z autora. Dlaczego obdarzył go swoimi korzeniami, swoim imieniem? To żart tylko, literacka gra, ironia, kpina z siebie czy coś więcej? Czy nie umiemy już opowiadać historii o miłości ot tak po prostu, bo boimy się łatwych wzruszeń? Ale wzruszenie jest wzruszeniem niezależnie od tego, czy wywoła je szmira czy prawdziwe dzieło sztuki. To nie moje słowa, ale książkowego Igora. Jak by nie było, powieść Karpowicza mimo tej ramy, a może dzięki niej, jest naprawdę bardzo dobra. Ascetyczna, miejscami dosadna, ironiczna, miejscami poetycka, wzruszająca i mocna, znienacka wali czytelnika obuchem w łeb, napisana kunsztownym, poetyckim wręcz językiem. Jest trochę jak poemat o tragicznej miłości, o złym losie, o odrodzeniu. Bo opowieść Soni, jak już wspominałam, ma na Igora ozdrowieńczy wpływ. Zmienia go i odradza.
"Jak ojciec i syn"
Wiadomość, która jak grom z jasnego nieba spada na obie rodziny, rujnuje ich dotychczasową szczęśliwą egzystencję. Było to szczęście całkowicie odmiennie rozumiane. Dwa różne światy. Jeden odzwierciedlający moje stereotypowe myślenie o Japonii, o której niewiele w gruncie rzeczy wiem. Oschły, nieokazujący uczuć ojciec całe dnie spędzający w pracy, uczestnik wyścigu szczurów, który nie dopuszcza myśli, że jego jedyny syn mógłby pójść inną drogą. Musi być równie perfekcyjny i dobry jak on. Stąd, bardzo droga zapewne, prywatna szkoła, do której obowiązuje wieloetapowy egzamin traktowany śmiertelnie poważnie przez rodziców i małego Keitę, stąd ćwiczenia na pianinie, których nie można zaniedbać nawet w dniu egzaminu, chociaż emocje i zmęczenie dają o sobie znać. Cicha, spokojna, uległa niepracująca żona. I jednocześnie ciepła, troskliwa matka. Mieszkanie w dobrej dzielnicy tak wyprane z indywidualności, że przypomina hotel. I mały, smutny, nad wiek poważny chłopiec, Keita. I druga rodzina. Z prowincji, z dzielnicy małych, japońskich domków i drobnych biznesów. Wszystko ich dzieli. Zamożność, podejście do życia, sposób wychowywania dzieci, temperament, luzackie, żywiołowe zachowanie, nawet strój. W tym małżeństwie żona jest równoprawną partnerką, chwilami wydaje się nawet bardziej dojrzała i odpowiedzialna. Chociaż jej mąż, który czasami przypomina dużego chłopca, jest mimo pozorów zdecydowanym, silnym i mądrym człowiekiem. Obie kobiety od razu połączy sympatia i porozumienie, mężczyn niekoniecznie. Ojciec Keity traktuje państwa Saiki z wyższością, nieufnie, jest wobec nich nieszczery, bo prowadzi swoją grę.
Wiadomość o zamianie chłopców uruchamia lawinę nie tyle zdarzeń, te toczą się powoli, ile uczuć i rozterek. Co zrobić? I jak to zrobić? Co ważniejsze? Przywiązanie, miłość, wspólna przeszłość czy więzy krwi? Co i jak powiedzieć chłopcom? Jak im wszystko wytłumaczyć? Czy w ogóle trzeba coś zmieniać? Przecież to dzieci, nie psy czy koty (pani Saiki nawet psa czy kota nie potrafiłaby zamienić). Wszystko wydaje się toczyć pod dyktando pana Nonomiya. Podświadomie oskarża żonę, że nie odkryła pomyłki. Przecież matka powinna takie rzeczy czuć. Przecież instynkt macierzyński, przecież matczyne serce! Gdzież one były, kiedy niecna pielęgniarka, chcąc zemścić się na ludziach szczęśliwych (to wytłumaczenie jest jednym z nielicznych minusów filmu; wydaje mi się mocno naciągane), zamieniała dzieci? Odkrycie, że Keita nie jest prawdziwym synem, pozwala panu Nonomiya zrozumieć, albo raczej zracjonalizować, dlaczego chłopiec nie jest tak doskonały, jakby chciał. Przecież to niemożliwe, aby jego syn nie spełniał pokładanych w nim nadziei. Pod wpływem przeżyć i uczuciowej burzy odzywają się wspomnienia z dzieciństwa, traumy, konflikty. Pan Nonomiya jest naprawdę nieszczęśliwy i chociaż tak perfekcyjny, nie umie poradzić sobie z sytuacją, co skrzętnie stara się ukryć. Może i to jest przyczyną dodatkowej frustracji? Na domiar złego zatroskany szef przesuwa go na inne stanowisko, aby miał więcej czasu dla siebie i rodziny, co traktuje jak porażkę.
Dla mnie jednak najbardziej niepojęte w tej tragicznej sytuacji jest to, że najmniej liczą się chłopcy i ich uczucia. Dzieci szybko się przyzwyczają, mówi dyrektor szpitala. Okazuje się, że nie jest to takie proste. Chociaż z nową sytuacją dorośli oswajają ich stopniowo, to w końcu zostaną wymienieni niczym pomylony bagaż. Keicie chyba łatwiej wejść w nową rodzinę. Jest rodzeństwo, o którym marzył, jest ciepło, jest troska, uwaga i mnóstwo czasu, które spędza się wspólnie z dziećmi. Ale przecież i on nie potrafi zapomnieć o domu, w którym spędził siedem lat, i nosi w sobie urazę. O wiele trudniejsza jest sytuacja drugiego chłopca. Żywiołowego, bezpośredniego, nieco niesfornego. Nie potrafi zrozumieć sztywnych reguł panujących w nowym domu. A najgorsze, że wszystko jest nieodwołalne, na zawsze. Dorośli przecięli więzy, zdecydowali za nich. Ale i oni cierpią. Pani Nonomiya mówi, że pokochała swojego prawdziwego synka, ale czuje się, jakby zdradzała Keitę. Nikt nie jest szczęśliwy. Kiedy już się wydaje, że wszystko zaczyna się układać, że wszyscy zaczynają żyć nowym życiem, nagle okazuje się, że nie da się zerwać starych relacji. Wspólna przeszłość, wychowanie, to naprawdę się liczy, nie więzy krwi. Najskrytszym marzeniem małego Saiki jest powrót do dawnego domu. Można nazywać nowych rodziców mamą i tatą, ale prawdziwymi rodzicami i tak pozostaną ci, którzy wychowali.
Wydaje się, że ta historia będzie miała szczęśliwe zakończenie. Dzieci wrócą do swoich domów, może ich rodzina się poszerzy, wszak jest całkiem prawdopodobne, że nadal będą się spotykać. Ale może najważniejsza jest zmiana, jaka zaszła w panu Nonomiya. Ta historia czegoś go nauczyła, wiele uświadomiła. Oczywiście pozostaje pytanie, czy ten eksperyment dokonywany na żywych organizmach pozostawi w dzieciach jakiś ślad. Czy uda się wszystko posklejać? Czy będzie jak dawniej, a może nawet lepiej?
Jeśli pogrzebać głębiej, niektóre rozwiązania tego filmu mogą z perspektywy czasu wydać się zbyt proste, nieco czarno-białe (diametralnie różne rodziny, a szczególnie obaj mężczyźni). Kiedy jednak śledzi się tę kameralną, subtelnie opowiedzianą historię podkreśloną dźwiękami melancholijnej muzyki, zupełnie się o tym nie myśli. Przeżywamy dramat bohaterów razem z nimi. Mądry, piękny, wzruszający film.
I na koniec jeszcze jedna uwaga. Mam wrażenie, że z powodu nieznajomości japońskich realiów coś mogło mi umknąć. Czego oczywiście bardzo żałuję.
Philip Roth "Everyman"
Powrót do Rotha (Philipa). Odkryłam go kilka lat temu, więc mam co nadrabiać, ale to wielka przyjemność. Na półce czeka pięć kolejnych powieści, w tym trzy kupione ostatnio za grosze na w taniej książce. Marzę jeszcze o zdobyciu cyklu zwanego "Trylogią amerykańską", ale już wiem, że to nie będzie łatwe. Nie ma co owijać w bawełnę, w tej chwili Philip Roth to, obok Amosa Oza, mój ulubiony pisarz (no i jeszcze Miljenko Jergowic, jak mogłam go pominąć!). Oczywiście nie wszystkie z sześciu dotąd przeczytanych powieści cenię na równi, ale tylko jedną, "Upokorzenie", uważam za nieudaną. Najlepsze? "Duch wychodzi", "Wzburzenie" i "Nemezis". Przeczytanego właśnie "Everymana" (Czytelnik 2008; przełożyła Jolanta Kozak) sytuuję zaraz za nimi. Niewielka, skondensowana książeczka, jakby wprawka do wydanej rok później znakomitej, robiącej niesamowite wrażenie powieści "Duch wychodzi". Napisałam wprawka, bo obie lektury łączy temat: mierzenie się ze starością, chorobą i nieuchronnym końcem. Ale o ile "Everyman" skupia się prawie wyłącznie na tych zagadnieniach, o tyle "Duch wychodzi", pozycja znacznie obszerniejsza, wielowątkowa, zajmuje się też innymi tematami. No ale skupmy się na mojej ostatniej lekturze, przecież to o niej mam pisać.
Jak wspomniałam przed chwilą, jedno jest w życiu pewne: śmierć. Może dlatego powieść rozpoczyna się sceną pogrzebu głównego bohatera. Od razu wiemy, że umrze. Kiedy ziemia przykryje trumnę z jego ciałem, kiedy rozejdą się żałobnicy, wśród nich nienawidzący go synowie z pierwszego małżeństwa, druga żona, córka, ukochany, młodszy brat, jedna z kochanek, poznamy zwięzłą historię jego życia, zwykłego człowieka, everymana. Najpierw będzie o szczęśliwym dzieciństwie, którego nie zmącił nawet pobyt w szpitalu i pierwsze ledwo uświadomione zetknięcie ze śmiercią. Potem nastąpią opowieści o trzech żonach, dzieciach, kochankach, błędach, winach, zaniechaniach, oskarżeniach, pracy w agencji reklamowej. Swoisty życiowy bilans, podsumowanie. Żył w zgodzie ze sobą, czyli tak, jak mu było wygodnie, zdaje sobie sprawę z popełnionych błędów, z zaniechań, z tego, że dokonując dość egoistycznych wyborów, krzywdził innych, ale nie rozpamiętuje. Było, minęło, czas łagodzi emocje i uczucia. Dlatego nie rozumie swoich dorosłych już synów, którzy nadal tkwią w dziecięcych pretensjach do ojca dlatego, że porzucił ich matkę. Są dorośli, czas, aby go zrozumieli.
Jednak najważniejszym tematem powieści jest przemijanie, starzenie się, choroba. Ale wbrew pozorom to nie nękające go dość regularnie, skrupulatnie wyliczane, kłopoty zdrowotne czynią jego starość przykrą. Najgorsza jest samotność, poczucie bezsensu i świadomość, że choćby nie wiadomo jak zaklinać rzeczywistość, nie ma powrotu do tego, co było. Cóż z tego, że jemu nadal podobają się młode kobiety, kiedy on dla nich jest tylko żałosnym starcem. Na nic zajęcie się malarstwem porzuconym niegdyś dla pracy w branży reklamowej, poczucie bezsensu i ciągnącego się, a jednocześnie umykającego czasu, pozostaje. A wokół, gdzie się nie obejrzy, podobni do niego schorowani starzy ludzie robiący dobrą minę do złej gry. Główny bohater, tytułowy everyman, płaci za popełnione w przeszłości błędy, przede wszystkim samotnością, poczuciem wykluczenia, zbędności. Starość w książkach Rotha, tak jest też we wspomnianej przeze mnie powieści "Duch wychodzi" (nawet bardziej), nie jest radosna, beztroska i wesoła. Mimo że zamożna to beznadziejna, bo znękana chorobami i poczuciem przerażającej pustki. I choćby nie wiem jak się chciało, z tej drogi zawrócić nie można. Przeszłość pozostaje tylko wspomnieniem.
"Mandarynki"
Na pierwszy rzut oka można by o wojnie zapomnieć. Piękny, tchnący spokojem krajobraz, dwaj mężczyźni zajęci codziennymi sprawami, jeden zbija skrzynki, drugi pracuje w mandarynkowym sadzie, przytulny, chociaż prosty dom pełen rodzinnych pamiątek, kubek herbaty, kromka chleba, stary, wygodny fotel. Ale zaraz okaże się, że wieś jest wyludniona, bo pozostali mieszkańcy albo uciekli do Estonii, albo walczą, albo zginęli na wojnie. Margus też chce wyjechać, kiedy tylko zbierze mandarynki, bo jakoś trudno je zostawić, zmarnować, przecież tak nie można. Tylko Ivo nie ruszy się stąd na pewno, bo nie chce opuścić grobu syna, który na wojnie stracił życie. Ale to nie jedyny powód. Trudno mu rozstać się z miejscem, w którym się urodził, w którym ma swój dom. Zresztą jego sąsiad też jakoś zwleka z opuszczeniem wioski. Może mandarynki to tylko pretekst? To dlatego nazwałam ten film smutnym. Kiedy patrzyłam na to piękne miejsce, na ten miły dom, na sad pełen dojrzałych mandarynek, doskonale rozumiałam rozdarcie bohaterów. Z jednej strony strach mieszkać w wyludnionej wiosce narażonej na wizyty żołnierzy, po których nigdy nie wiadomo, czego można się spodziewać, z drugiej żal zostawić rodzinny dom i rodzinną ziemię. Doskonale mogłam sobie wyobrazić rozdzierający smutek pożegnań. Jesteśmy świadkami jednego z nich. Znajomy, a może nawet przyjaciel, lekarz też wyjeżdża. Ile takich rozstań już przeżyli?
A wojna nie pozwala o sobie zapomnieć. Z pozoru życie toczy się spokojnie, ale w najbardziej nieoczekiwanych momentach sielankę przerywają zdarzenia niebezpieczne albo po prostu okrutne. Wizyty żołnierzy, którzy bywają groźni i nieobliczalni, wybuch moździerza, który powoduje pożar domu Margusa, a wreszcie śmierć. To wszystko porusza, przeraża i pewnie tym mocniejsze robi wrażenie, że dzieje się tak nagle. Kiedy już i my, widzowie, i bohaterowie zapomnieliśmy o niebezpieczeństwie, wtedy właśnie dzieje się coś strasznego, ostatecznego, nieodwracalnego i absurdalnego zarazem. A wkrótce potem następuje cisza i życie próbuje wrócić na swoje dotychczasowe tory. Wojna to nieustanny, podskórny strach, nieustanne lawirowanie, aby nikomu się nie narazić, nie stracić życia a jednocześnie pozostać porządnym człowiekiem.
Takimi porządnymi, prostymi, zwyczajnymi ludźmi są Ivo i Margus. Nie wiem, czy łatwiej im zachować bezstronność, bo to nie ich wojna, wszak są Estończykami. Jak by nie było, zachowują się szlachetnie, ratując życie rannych niezależnie od tego, kim są. Po prostu człowiekowi w potrzebie trzeba pomóc, chociaż wymaga to lawirowania i odwagi. Jest w tych mężczyznach, szczególnie w Ivie, życiowa mądrość, spokój i zgoda na los, jakikolwiek by nie był, chociaż robią wszystko, aby tego najgorszego uniknąć. Obaj są też po prostu bardzo sympatyczni. Tacy po bliższym poznaniu okazują się również dwaj uratowani żołnierze, Czeczen Ahmed, który zaciągnął się na wojnę jako płatny najemnik, i Gruzin Nika, jedynak, aktor z Tbilisi. Śmiertelni wrogowie, stojący po przeciwnej stronie barykady, przepełnieni nienawiścią do siebie, wzajemnymi uprzedzeniami, z głową spuchniętą od stereotypów na swój temat. Ich kłótnie są groteskowe, wręcz bawią. Tyle tylko, że oni traktują je bardzo poważnie, dlatego śmiech więźnie w gardle. Kiedy zmuszeni sytuacją spędzą ze sobą trochę czasu, poznają się lepiej, dostrzegą we wrogu człowieka, a nie głupiego Czeczena i niedojdę Gruzina, to wreszcie pękną bariery i obaj polubią się równie mocno jak wcześniej nienawidzili.
Film Zazy Urushadzego pokazuje prawdy najprostsze. Że wojna jest bezsensem, absurdem, że jest straszna, niesie śmierć, wyrzuca ludzi z domów, wyrywa z normalnego życia, każe zostawić samotną matkę, porzucić aktorstwo i wyruszyć na front, aby zabijać. (Jak absurdalna to wojna świetnie tłumaczy książka Góreckiego, do której pozwolę sobie jeszcze raz się odwołać.) Że wróg to taki sam człowiek jak my, ani gorszy, ani lepszy. Łatwo go zabić, kiedy nic się o nim nie wie, ale gdy odkryjemy w nim człowieka, już nie będzie to takie proste. Być może komuś to wszystko wyda się banalne i naiwne. Według mnie w prostocie przekazu tkwi siła tego skromnego, melancholijnego filmu. Dzięki empatii dla bohaterów, jaką udało się stworzyć reżyserowi i aktorom, niezwykle mocno odczułam grozę i bezsens wojny. Pewnie nie tylko ja, skoro film zdobył nagrodę publiczności na Warszawskim Festiwalu Filmowym.
"Eastern boys"
Jak pisałam we wstępie, film meandruje. Początkowo na pierwszy plan wysuwa się problem społeczny, gdy nagle ważniejsza staje się historia osobista. Ale i ona najpierw pokazywana jest bardziej psychologicznie, a potem nieoczekiwanie przemienia się w kino akcji. Niektórych niezdecydowanie reżysera, w jakim kierunku jego film ma podążać, może razić, mnie nie przeszkadza. To rozdarcie jest chyba zamierzone, o czym świadczyłby podział filmu na cztery rozdziały.
Zacznę od wątku społecznego, który mnie chyba nieco bardziej zainteresował. Piszę społecznego, ale opowieść o imigrantach potraktowana tu została raczej symbolicznie, metaforycznie. Nie jest to kino interwencyjne, społeczne w dosłownym tego słowa znaczeniu. Reżyser zderza ze sobą bogatą, cywilizowaną Francję, a może Zachód, z barbarią ze Wschodu. Dla Daniela, zamożnego przedstawiciela francuskiej klasy średniej, wszyscy ci eastern boys, chłopcy ze Wschodu, których widuje na dworcu a potem spotyka w swoim mieszkaniu, są jednakowi. Nie odróżnia ich narodowości, imion, nie zna ich historii, nie wie, gdzie i jak żyją, jak sobie radzą. Ale czy my odróżniamy? Czy coś o nich chcemy wiedzieć? W tym sensie są niewidzialni. Można ich bezkarnie wykorzystać. Ale istnieje przecież druga strona medalu. Te ofiary Zachodu, który ich nie chce, i Wschodu, który ich wypluł, potrafią też uprzykrzyć życie. Kradną, co świetnie pokazuje przypominający dokument pierwszy rozdział filmu. Są bezczelni, bezkarni i pewni siebie. Bywają też prawdziwie niebezpieczni, o czym Daniel przekona się dość boleśnie. Chociaż w sprytnie zastawioną pułapkę wpadł na własne życzenie, trudno mu nie współczuć. Trudno też polubić i rozgrzeszyć jego prześladowców, którzy zachowują się wyzywająco, prowokująco i bez żenady na oczach osłupiałego właściciela zabierają z mieszkania wszystko, co cenne a on przygląda się temu biernie. Nie wie, jak się zachować, co też chyba należy traktować metaforycznie. Dopiero później pojawi się refleksja i pytanie o przyczynę. Dlaczego tacy są? Dlaczego w ogóle tu są? Jak można problem rozwiązać? Czy w ogóle można? Kiedy Daniel lepiej pozna Marka, a właściwie Rusłana, dowie się, jaka historia za nim stoi, zrozumie, że i on jest w pułapce, zależny od szefa gangu. Z jednej strony sytuacja zmusza go do takiego życia, z drugiej grupa daje mu oparcie, stanowi namiastkę rodziny. Dzięki tym chłopakom ze Wschodu w obcym świecie może czuć się jak wśród swoich. Innej drogi nie widzi, a może nie chce jej szukać. Tak jest po prostu łatwiej.
Jak pisałam, nie jest to kino społeczne, dlatego o bohaterach wiemy tak naprawdę niewiele. Historia Rusłana to raczej klisza niż pełnokrwista, wzruszająca opowieść. Wojna w Czeczenii, śmierć rodziców, tylko tyle. Rusłanowi się uda. Daniel, który początkowo go wykorzystuje, potem chce dać mu szansę na normalne życie. Ratuje tego jednego chłopaka, ale nie może przecież uratować wszystkich. Ten szlachetny czyn ma jednak drugą stronę medalu. Pomagając mu, pogrąża przy okazji innych. I nie myślę tu o niewzbudzających sympatii członkach gangu, ale o imigrantach z Azji, którzy też wpadają w czasie policyjnej akcji. Przy tej okazji warto zwrócić uwagę, że autorzy filmu pokazują różne oblicza imigracji. Są ci tytułowi chłopcy ze Wschodu, gangsterzy, ale jest też Tajka, która sprząta mieszkanie Daniela. Kiedy spotyka w nim Rusłana, oboje patrzą na siebie wilkiem. I ona też pozostaje anonimowa. Daniel na pewno nic o niej nie wie. Może mieszka w podobnym hotelu? Jest wreszcie czarnoskóra recepcjonistka, pewnie córka imigrantów, już bardziej stąd. Stoi na straży francuskiego porządku.
Równie ważny jest oczywiście wątek osobisty. Relacja Daniela i Rusłana, która zaczyna się tak niefortunnie, a potem daje każdemu z nich szansę, aby stać się kimś lepszym. Daniel, który najpierw traktuje chłopaka jak obiekt seksualny, być może nie pierwszy raz to robi, potem dorasta do roli ojca? opiekuna? Jeśli dobrze przyjrzeć się temu, co dzieje się między nimi, od początku widać, że mężczyzna pragnie czułości, bliższej relacji. Niewiele wiemy o jego życiu. Raczej domyślamy się, że być może ciągnie się za nim jakaś nieszczęśliwa historia osobista, stąd pragnienie bliskości. Ale równie dobrze mogło się ono obudzić dopiero teraz. Może Rusłan wniósł w sterylne, chłodne życie Daniela coś ważnego? Początkowo chłopak jest oschły, po prostu sprzedaje swoje ciało, nawet nie udaje zainteresowania. To, co dzieje się między nimi, naprawdę przygnębia. Żałosny seks za pieniądze. To Daniel prosi o coś więcej niż tylko szybki numerek. Z czasem Rusłan zaczyna się zmieniać. Budzą się w nim pragnienia i to on poczuje się odtrącony, kiedy jego sponsor ostudzi relację między nimi. Może nie wierzył, że inny układ jest możliwy?
Pozostaje oczywiście pytanie o psychologiczną prawdę. Czy taka przemiana od seksu do relacji ojciec - syn jest w ogóle możliwa? Nie wiem. Być może na tym polega słabość tego filmu, który nad zawiłościami ludzkiej duszy nie bardzo się pochyla. (Pewnie dlatego zagadką pozostaje przyczyna rozpaczy szefa gangu po stracie Rusłana.) Ale może nie o psychologiczną prawdę tu chodzi? Kiedy Daniel dostrzeże w chłopaku ze Wschodu człowieka, zbudzi się w nim poczucie odpowiedzialności za jego los.
Krzysztof Varga "Czardasz z mangalicą"
Kto czytał "Gulasz z turula" Krzysztofa Vargi, ten z pewnością sięgnie po jego kontynuację, "Czardasza z mangalicą". Tym razem nie czekałam kilku lat, tylko wzięłam się za lekturę od razu. O książce sporo się mówiło, cóż, Varga należy do tych pisarzy, których kolejne dokonania media natychmiast zauważają. Niezorientowanym wyjaśniam, że autor po ojcu ma w żyłach węgierską krew, nazywa siebie nawet pół-Węgrem, a Węgry swoją drugą ojczyzną. Nic dziwnego, że zna je jak własną kieszeń, stąd jego fascynacja tym krajem i narodem, stąd jego dwie książki. Raczej eseje niż reportaże.
Varga jest Węgrami zafascynowany, ale nie jest to miłość łatwa. Dostrzega ich wady i bez ogródek o nich pisze, chociaż ostrze krytyki łagodzi czułością. Kto poznał część pierwszą, nie zdziwi się, kiedy przeczyta w "Czardaszu z mangalicą", że Węgrzy nadal przeżywają żałobę po Trianon i nadal marzą o odzyskaniu straconych wtedy ziem (chociaż całkiem niedawno słyszałam w audycji radiowej innego znawcę przedmiotu, który twierdził, że ta tęsknota za wielkimi Węgrami jest w Polsce wyolbrzymiana; nie mnie rozstrzygać, który z panów ma rację), że lubują się w klęskach jeszcze bardziej niż my, że mitologizują swoją przeszłość, że są narodem smutnym i melancholijnym, że węgierska prowincja jest nudna i może przyprawić o depresję, że płaski krajobraz i pustka jeszcze ten spleen potęgują. Varga obsesyjnie podróżuje po Węgrzech. Jego najnowszy esej czerpie z wędrówek hojnie. Z tych całkiem niedawnych i tych sprzed lat, a nawet takich, które zapamiętał z dzieciństwa. Ale oprócz podróży rzeczywistych odbywa też autor wyprawy w głąb własnej pamięci, wspomnień i fascynacji. Dlatego książka pełna jest mocno rozbudowanych dygresji, które stanowią często osobne, długie fragmenty. Jedno przywołuje pamięć czegoś, coś natychmiast kojarzy się z czymś i tak snuje Varga swą opowieść o drugiej ojczyźnie. Momentami przypomina to podróżną prozę Stasiuka, ale autor "Czardasza z mangalicą " jest jednak bardziej konkretny i nie stroni od zabytków i miejsc odwiedzanych przez turystów. Że styl ma podobny do stylu Pilcha, zauważyłam już dawno, czytając jego felietony. Tu jest podobnie.
O czym więc jeszcze pisze Varga w swoim węgierskim eseju? O puszcie i Nizinie Węgierskiej, które wytrwale przemierza, zaglądając do wiosek czy miasteczek zapomnianych przez turystów, opuszczanych przez mieszkańców. O skrywanych tam tajemnicach (fascynująca historia trucicielek). O pomnikach. Tak, pomniki i inne dzieła architektoniczne opisuje z detalami i z lubością, czasem przesadną. Sporo miejsca poświęca swoim literackim fascynacjom, odkrywając przed czytelnikiem pisarzy z rzadka albo w ogóle w Polsce niewydawanych (na dominację Maraia w naszej ofercie wydawniczej narzeka od dawna, upominając się o innych autorów). Przyznam, że ja te fragmenty czytałam z wielkim zainteresowaniem. Nie omieszkał napisać o fascynacji Budapesztem, szczególnie tym dawnym, przedwojennym, którego śladów szuka. Ale opowiada także o innych miastach, na przykład cały rozdział poświęca Peczowi, w którym spędził jakiś czas. Wiele też miejsca w książce zajmuje kuchnia. Autor przywołuje z pamięci wszystkie zjedzone gulasze, porkoloty i inne węgierskie niezdrowe przysmaki.
I tak snuje się ta opowieść od miejsca do miejsca, od refleksji do refleksji. Najczęściej jest bardzo ciekawa, czyta się jednym tchem, czasem jednak trochę nuży. Może za dużo tych pomników, może za długo wodzi Varga czytelnika po węgierskich bezdrożach. Mimo tego "Czardasza z mangalicą" na pewno warto przeczytać. Jeśli jednak ktoś nie zna jego poprzedniej węgierskiej książki, niech sięgnie najpierw po nią. Jest konkretniejsza i pewnie dlatego stanowi znakomitą podbudowę pod tę, o której pisałam tym razem.
Drago Jancar "Widziałem ją tej nocy"
Po bałkańską literaturę sięgam w ciemno. No prawie w ciemno, bo na przykład na jedną z czołowych jej przedstawicielek, Dubravkę Ugresic, jakoś nie mam ochoty. Być może to błąd. Ale kiedy tylko ukazała się zapowiedź powieści słoweńskiego pisarza, Drago Jancara, "Widziałem ją tej nocy" (Czarne 2014; przełożyła Joanna Pomorska), wiedziałam, że przeczytam. I nie zawiodłam się. Mimo niesprzyjających okoliczności pochłonęłam ją w niecały tydzień, a nie jest to książka traktująca o lekkich sprawach. Za to żaden postmodernizm, żaden literacki, językowy eksperyment, po prostu dość tradycyjna powieść. Niby wszystko już było, niby o wszystkim już pisano, ale ważny temat odpowiednio pogłębiony sam się obroni. I tak się sprawa ma z powieścią słoweńskiego pisarza.
Książka przedstawiana bywa jako romans. Nic bardziej mylnego. Owszem, zaczyna się od romansu i od miłości, ale to tylko początek. Nie miłość przecież jest tu najważniejsza, ale wojna i związane z nią moralne dylematy i wybory. Wojna, która ważne decyzje każe podejmować szybko i nie zostawia czasu na etyczne rozważania, na hamletyzowanie, dzielenie włosa na czworo. Działać trzeba natychmiast, dokonywać wyborów od razu. Ale wątpliwości co do ich słuszności pozostają, często na długie lata. Bywa, że rodzą się dopiero z czasem i nie pozwalają zapomnieć o przeszłości.
Główną bohaterką tej opowieści jest Veronika, kobieta wykształcona, studiowała w Berlinie, żona bogatego biznesmena z Lublany, kobieta ekscentryczna, oryginalna, samowolna, niezważająca na konwenanse, nieco egoistyczna, wielka miłośniczka koni i zwierząt. Czasem można odnieść wrażenie, że bardziej przejmuje ją los czworonogów niż ludzi. To ona jest centralną postacią opowieści. Na jej życie i na zagadkę jej zniknięcia w styczniu 1944 roku spoglądamy z punktu widzenia pięciorga bohaterów. Ludzi, którzy ją znali i którym nie była obojętna. Zaczyna się rzeczywiście od szalonego romansu. To opowieść Serba, Steva, żołnierza jugosłowiańskiej (przedwojennej) armii, który na prośbę męża Veroniki uczy ją jeździć konno. Potem jest wielka, namiętna miłość zakończona nieszczęśliwie. Niczego tu nie zdradzam, bo o tym, jak zakończy się romans zamężnej Veroniki i oficera, który dla ukochanej kobiety zaryzykował swoją wojskową karierę, czytelnik dowiaduje się właściwie już na pierwszej stronie, a na drugiej nad i zostaje postawiona kropka. Potem jednak jest znacznie ciekawiej. Każda kolejna opowieść odsłania przed czytelnikiem coraz więcej, odkrywa kolejne tajemnice, rozwiązuje zagadki, jest coraz bardziej fascynująca i smutna. Poznajemy późniejsze losy głównej bohaterki, przede wszystkim te wojenne. Żadna z opowiadających o niej postaci nie wie wszystkiego, to czytelnik składa w całość tragiczną historię Veroniki i jej męża.
Gdybym miała podać główny temat tej książki, powiedziałabym, że to opowieść o rujnującej sile wojny, która burzy ludziom życie, poniża ich i sprawia, że zachowują się tak, jak nigdy w czasach pokoju. Niby nic nowego, ale jest w tej powieści moc, która do głębi porusza. Każe się zadumać i zamyślić, zmusza do refleksji. Może dlatego, że wojnę oglądamy poprzez losy jednostek, nie narodów czy armii. Nie ma tu wielkiej polityki, nie ma bitew, opisów frontu. Główny teatr wojny omija cichą Słowenię. Ale nawet jeśli nie tędy przetacza się front, to i tak okrucieństwa wojny dają znać o sobie. Nie można żyć tak, jakby nic się nie zdarzyło. Nie da się ignorować rzeczywistości. Nie da się nadal bezkarnie zachwycać muzyką, sztuką, podejmować eleganckich gości, kochać swoich koni, polować, prowadzić interesów. Nawet jeśli jest się przyzwoitym, porządnym człowiekiem. Nie da się żyć bez jasnych deklaracji. W czasie wojny wróg musi być wrogiem, czarne czarnym, białe białym, nie ma miejsca na rozmaite odcienie szarości. Nie można kochać czy lubić po prostu człowieka. Trzeba kochać swojego, zadawać się ze swoimi. A tak chcieli żyć Veronika i jej mąż Leo. Jakby wojny nie było. A jeśli już się zdarzyła, to próbowali się z nią jakoś ułożyć.
Ale "Widziałem ją tej nocy" to nie tylko historia nietuzinkowej kobiety, jej męża i kochanka. Równie ważni się inni bohaterowie. Stara matka, niemiecki lekarz, partyzanci. To dzięki ich losom rozszerza się perspektywa opowieści. Poznajemy skomplikowany wojenny czas w Jugosławii. Szczególnie ciekawe są opowieści o niemieckim lekarzu i wiejskim chłopaku, Jeranku, który trochę wbrew własnej woli został wplątany w konspirację a potem partyzantkę. Oni dwaj, podobnie jak Veronika, też nie mieli ochoty na tę wojnę. To nie była ich wojna. Chcieli normalnie żyć, ale brutalnie zostali wyrwani z normalności i zmuszeni do działania często wbrew sobie. Cóż, wojna wszystko tłumaczy. Właściwie wszyscy bohaterowie tej książki stają w pewnym momencie przed pytaniami: na ile są winni? na ile odpowiedzialni? czy gdyby postąpili inaczej, nie stałoby się to, co się stało? Po raz kolejny literatura stawia pytanie o winę niezawinioną, o odpowiedzialność. Poza tym Drago Jancar świetnie pokazuje, jak przypadkowy splot okoliczności, jakieś urażone ambicje, nieodwzajemnione uczucia, jakiś drobny gest, ton głosu, spojrzenie, źle odczytana sytuacja, przypadki w sumie, mogą doprowadzić do tragedii. Gdyby ktoś nie znalazł się w tamtym momencie w tamtym miejscu ... Czasem decyduje kwadrans, chwila i rusza machina tragicznych w skutkach zdarzeń.
Wojna pokazana w powieści Drago Jancara to wojna na uboczu. Piękne krajobrazy słoweńskich gór, lasy, sielska wieś, polowania, konne jazdy, proste wiejskie prace, przyjęcia, dźwięki fortepianu. Jest trochę tak jakby jej nie było. Tylko gdzieś w mieście ludzie siedzą w niemieckim więzieniu, niemiecki kat torturami zmusza zatrzymanych do zeznań, są łapanki, po lasach kryją się partyzanci. I jest kilka scen bardzo mocnych, przejmujących, przerażających, ściskających za gardło. Tym bardziej, że pojawiają się znienacka, na moment. Jak kamień, który rzucony w wodę, na kilka sekund mąci jej toń.
Świetna powieść. Poruszająca, przejmująca, dotykająca głębi ludzkiej egzystencji. Pokazująca życie w całym jego cholernym skomplikowaniu.
Antonio Munioz Molina "We mgle czasów"
Z literaturą hiszpańską jestem na bakier. Nie miałam dotąd szczęścia. Jakieś dwie powieści, które przeczytałam z przyjemnością, ale i ze świadomością, że to nic wielkiego. Już nie stoją na mojej półce, pozbyłam się ich bez żalu, robiąc cykliczny remanent. I jeszcze jedna, przez którą ledwo przebrnęłam, taka nudna i płaska, chociaż pisarka podobno znana (nie pamiętam nazwiska). Tej pozbyłam się jeszcze prędzej. Chętnie nadrobiłabym te zaległości, bo do Hiszpanii mam duży sentyment. Nic dziwnego, że skorzystałam z okazji i postanowiłam przeczytać świeżo wydaną grubaśną powieść (ponad osiemset stron) Antonia Munioza Moliny "We mgle czasów" (Świat Książki 2014; przełożyła Marta Boberska). Tym razem bingo! Świetna książka, która wciągnęła mnie bez reszty. Trzy tygodnie obcowania z poruszającą, bardzo ciekawą prozą. I niech cię nie przerazi, czytelniku tej notki, że powieść ta niemal pozbawiona jest dialogów, że dostaniesz lity, gęsto zadrukowany tekst, często pozbawiony akapitów, a autor chętnie posługuje się długimi, wielokrotnie złożonymi zdaniami. Pewnie dlatego na okładce mowa jest o widocznym wpływie Prousta na jego prozę. Być może brzmi to strasznie, ale powieść czyta się naprawdę znakomicie. Jest tak intensywna, że trudno o niej zapomnieć, nawet jeśli z braku czasu codzienna porcja lektury to tylko trzydzieści stron. Zabrałam się za nią w trudnym dla mnie momencie i w pierwszym odruchu chciałam odłożyć na bardziej sprzyjający czas, ale przetrwałam kilka pierwszych stron, aby dać sobie czas na dopasowanie się do stylu autora. Warto było, potem otuliłam się nią niczym szalem, aż szkoda było się rozstać. Wojciech Tochman "Eli, Eli"
Do najnowszej książki Wojciecha Tochmana "Eli, Eli" (Czarne 2013) trochę się zbierałam. Znałam jej historię, wiedziałam, o czym jest, słyszałam skrajne opinie od bardzo dobrych po odsądzające autora od czci i wiary (rzadziej). Tę cześć i wiarę należy w tym wypadku traktować metaforycznie, bo opinia krytyczna, o jakiej myślę, nie dotyczyła stosunku Tochmana do kościoła, tylko samego pomysłu na książkę. Dla porządku jednak odnotowuję, że podobno niektórzy krytycy mają mu za złe właśnie krytykę kościoła katolickiego na Filipinach. Piszę podobno, bo sama takich zarzutów pod adresem autora nie czytałam ani nie słyszałam. Tochman nie wybiera sobie tematów łatwych. Wojną na Bałkanach zajął się w znakomitej, wstrząsającej książce "Jakbyś kamień jadła" (do dziś nie potrafię o niej zapomnieć), ludobójstwem w Rwandzie w "Jutro narysujemy śmierć" (leży na półce, w końcu muszę przeczytać), nie inaczej jest w zbiorze reportaży z polskiego podwórka, drukowanych wcześniej w prasie, a wydanych pod tytułem "Bóg zapłać". Bohaterami tych tekstów są ludzie zmagający się z nieszczęściem, chorobą, stratą. Bardzo dobre, bardzo przygnębiające. No i wreszcie najnowsza książka "Eli, Eli", w potocznej opinii rzecz o slamsach Manili, naprawdę o Filipinach i roli reportera. Jak wspomniałam na początku, trochę się do niej zbierałam (może dlatego, że za dużo się nasłuchałam), w końcu bezpośrednim impulsem do lektury była rozmowa profesora Wiktora Osiatyńskiego z Tochmanem w TOK FM.
Czytając "Eli, Eli", miałam wrażenie, że to najciemniejsza książka, jaka mi się przytrafiła. Nie wiem, czy tak jest rzeczywiście, bo przecież nie unikam tematów trudnych. Wojna na Bałkanach, ludobójstwo w Rwandzie i inne problemy Afryki, Jedwabne i Holocaust, Chiny, Indie. Pewnie coś bym jeszcze znalazła. W każdym razie opowieści zgromadzone w najnowszym tomie reportaży Tochmana przygnębiają ogromnie. To obcowanie z potworną ludzką nędzą. Autor szukał swoich bohaterów na Onyksie, slamsie Manili. Czytałam opisy podobnych miejsc choćby w "Wypalaniu traw" Wojciecha Jagielskiego czy w "Zbawcach mórz" Adama Leszczyńskiego, ale Onyks opisany przez Tochmana wydał mi się miejscem najgorszym. Byle jak sklecone budy, ale nierzadko za dom służy stara szafa, choroby, wysoka śmiertelność, szczególnie wśród mężczyzn, gangi, głód, alkohol, narkotyki, prostytucja, brak edukacji i pracy, a jeśli już jest, to bardzo ciężka i za grosze, bezpańskie dzieci, potworny ścisk, brak perspektyw. Ale, chociaż trudno to sobie wyobrazić, jest miejsce jeszcze gorsze. To cmentarze, gdzie na grobach, a właściwie w grobach, bo to często wielopiętrowe budowle przypominające kamienice, wśród kości też mieszkają ludzie. Upadlające miejsca zapomniane przez Boga i ludzi. Może jednak najgorszy ze wszystkiego jest brak perspektyw. Mieszkańcy dzielnic nędzy nawet nie mają nadziei, że coś się w ich życiu zmieni. Najczęściej nie marzą ani nie myślą o zmianie. Jeśli jednak któryś z rozmówców reportera ośmiela się snuć plany, ten natychmiast pozbawia czytelnika złudzeń. Z tych miejsc nie można się wyrwać. Kiedy czyta się o tym wszystkim, żal (?), zdziwienie (?), pretensja (?), wyrzut (?), który między wierszami pojawia się w książce, wydaje się jak najbardziej na miejscu. Aż ciśnie się na usta, nawet gdyby nie prowokował go tytuł. To pretensja do Boga, że opuścił to miejsce, jak wiele innych na świecie. To pytanie o przyczynę zła.
Ale Onyks opuścili też ludzie. Starają się go nie zauważać. Chociaż na tę dzielnicę nędzy napierają wieżowce ze szkła i stali, w których mieszkają wyrobnicy rozmaitych korporacji, to te dwa światy, mimo że znajdują się tak blisko siebie, dzieli nieprzekraczalna granica. Ci, którym się powiodło, nie zapuszczają się na Onyks, ci z Onyksu nie przekraczają umownej linii demarkacyjnej. Wiedzą, że nie mają tam czego szukać. To świat nie dla nich.
Tochman opowiada o filipińskiej nędzy w sposób niezwykle emocjonalny. Nie ukrywa współczucia, czasem obrzydzenia, ale najczęściej wściekłości, oburzenia, bezsilnej złości. Często, bardzo często używa grubych słów albo chowa swoją bezsilność za ironią i pozornym cynizmem. Dużo w tej książce autora. Stawia pytania. Nie tylko o miejsce Boga w świecie, nie tylko o przyczynę zła, ale także o swoje miejsce w tym wszystkim. Jak daleko wolno się reporterowi posunąć? Czy w ogóle powinien tu być i o tym pisać? Przecież nie wierzy, że może zmienić świat. Przecież nie robi tego za darmo. To jego praca. Przecież po dniu spędzonym wśród biedaków na Onyksie wróci do hostelu, w którym ma prysznic i wentylator. Potem wróci do Polski, gdzie ma pewnie przyzwoite mieszkanie. Czy jest lepszy od turystów z bogatego świata, którzy biorą udział w wycieczkach po slamsach i fotografują nędzę? Czy za usprawiedliwienie wystarczy, że stara się wejść w bliskie relacje ze swoimi bohaterami, poznać ich, czasem nawet zjeść z nimi posiłek czy przenocować w ich domu? Czy wystarczy, że ich lubi? Czy wybieli swoje sumienie, jeśli pomoże niektórym, bo przecież wszystkim nie jest w stanie? A czytelnik? Po co czytam tę książkę? Czy jestem jak ci uczestnicy wycieczek po slamsach? Co zrobię z tą wiedzą? Na co mi ona? Czy to współczucie, czy niezdrowa ciekawość? Podglądactwo? Po co się tak przygnębiać, skoro i tak nic nie można zrobić? A jednak uważam, że powinno się wiedzieć. Nie można zamykać oczu. I nie chodzi tylko o to, że łatwiej docenić to, co mamy. I chociaż wiem, że niewiele da się zrobić poza comiesięczną wpłatą na konto jakiejś charytatywnej organizacji (ja wpłacam na konto PAH-u, odkąd uświadomiono mi, że ważne są takie regularne datki, choćby niewielkie; namawiam wszystkich, to naprawdę łatwe, wystarczy wejść na ich stronę, a tam wszystko gotowe; wystarczy wpisać kwotę i wybrać cel), to nie można żyć w radosnej nieświadomości, bo to życie fałszywe.
Po tych osobistych refleksjach sprowokowanych lekturą (nie po raz pierwszy) wracam do książki. Nie mogę przecież skończyć, nie napisawszy o prawdziwej przyczynie wrzawy wokół książki Tochmana. Myślę, że nie wywołałaby tylu kontrowersji, gdyby składała się tylko z reportaży. Rzecz w tym, że zdobią ją zdjęcia. Cóż złego w zdjęciach? Pewnie nic, gdyby były to zdjęcia reporterskie. Ale są to fotografie artystyczne, pięknie skomponowane, wydane na lśniącym, kredowym papierze, robione przez Grzegorza Wełnickiego. Możemy je podziwiać jak reprodukcje obrazów. To od nich się wszystko zaczęło. Fotograf jest jeszcze jednym bohaterem tej książki. Tochman, jakby chciał rozbroić minę, na którą wstąpił, opisując pracę Wełnickiego, ucieka się do ironii, dystansu, stawiania pytań. Ale koniec końców pracuje z nim, wiele mu zawdzięcza, tłumaczy jego poczynania, rozumie. Ja jednak mam z tym kłopot. Bo nawet jeśli przyjąć za dobrą monetę wyjaśnienie, że często dla uchwyconych w kadrze bohaterów sesja fotograficzna to święto, a zrobione zdjęcie sprawia, że czują się kimś wyjątkowym, to po co pokazywać je nam? Te piękne portrety na lśniącym, kredowym papierze sprawiają, że ich bohaterowie stają się eksponatami w ludzkim zoologu (o takich zoologach też Tochman pisze). Chyba wolę brudne zdjęcia reporterskie, które pokazują problem (chociaż i za nimi najczęściej nie stoją czyste intencje). A jeszcze trudniej mi zrozumieć motywację fotografa, o której w książce mowa.
Mimo wątpliwości, zachęcam do tej trudnej lektury. Żeby wiedzieć.
PS. Z reportażu Tochmana dowie się też czytelnik sporo na temat historii i współczesności Filipin. To jeszcze jeden powód, aby po "Eli, Eli" sięgnąć.
Popularne posty
-
Kiedy ponad rok temu wreszcie zawarłam znajomość z prozą Myśliwskiego, wiedziałam, że nastąpi ciąg dalszy. Wtedy przeczytałam "Trakt...
-
Wszystkim amatorsko interesującym się malarstwem, wszystkim, którym wyraz galeria kojarzy się w pierwszym rzędzie z malarstwem albo rzeźbą, ...
-
Zacznę od wyznania - literaturę latynoamerykańską znam bardzo słabo. A i to za dużo powiedziane, bliższe prawdy byłoby stwierdzenie, że właś...
-
Po lekturze "Kronik oporu i miłości" byłam pewna, że do książek Ingi Iwasiów jeszcze wrócę, żeby nadrobić zaległości, bo wcześni...
-
Do "Zielonego Domu" Mario Vargasa Llosy (Znak 2010; przełożył Carlos Marrodán Casas) przymierzałam się od dawna, a utwierdził mnie...
