Pokazywanie postów oznaczonych etykietą donosy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą donosy. Pokaż wszystkie posty

Hans Fallada "W moim obcym kraju. Dziennik więzienny 1944"

Proszę się nie obawiać. Wbrew tytułowi ta książka to nie zapiski więzienne, a notatki robione w więzieniu. Jaka to różnica? Otóż zasadnicza: jest to spisana w celi, z narażeniem życia, opowieść o życiu w III Rzeszy w latach 1933-1944, a bohaterem tej historii jest sam Fallada, niemiecki pisarz stosunkowo mało u nas znany. Tak się dziwnie złożyło, że, oprócz książki, o której piszę: "W moim obcym kraju. Dziennik więzienny 1944" (Czytelnik 2011; przełożył Bogdan Baran), wyszła właśnie jedna z jego powieści wydana przez całkiem inne wydawnictwo ("Każdy umiera w samotności" Sonia Draga). Na razie czeka grzecznie na swoją kolej na półce. Ale do rzeczy.

Kiedy spojrzymy na tytuł i skojarzymy go z datą, możemy łatwo ulec kolejnemu złudzeniu. III Rzesza, wojna, więzienie, a więc pewnie sprawa polityczna. Otóż nic bardziej błędnego. Fallada odbywa karę w więzieniu dla umysłowo chorych, gdzie trafił z zarzutem usiłowania zabójstwa swojej żony. Nie pierwszy to zresztą wyrok w awanturniczym życiu artysty. To właśnie w takich warunkach powstaje dziennik, a właściwie pamiętnik czy wspomnienia. Ma być świadectwem prawdy o tamtych czarnych czasach. Autor daje upust swojej nienawiści do nazistów, ale też tłumaczy, dlaczego nie wyemigrował jak wielu innych artystów. A pozostanie w kraju z konieczności wymuszało wiele kompromisów. Ponieważ szczerość mogła kosztować go życie, Fallada pisze swoje wspomnienia drobnym maczkiem, używa wielu skrótów na przykład n. oznacza nazistów. W ten sposób minimalizuje ryzyko w razie wpadki. W końcu korzystając z przepustki, wynosi swój dziennik poza więzienie i skrzętnie ukrywa. Dlatego zapisków nie doprowadza do końca.

Wspomnienia Fallady to obraz życia w III Rzeszy. Pierwsza notatka zaczyna się od dnia, kiedy spłonął Reichstag, ostatnia to  lata wojny. Oczywiście, jak już wspomniałam, bohaterem tej książki jest sam pisarz i jego najbliżsi: rodzina, przyjaciele. Ale oprócz tego dostajemy obraz degeneracji społeczeństwa niemieckiego w czasach nazizmu. Wspomnienia są odpowiedzią na pytanie, jak udawało się żyć w III Rzeszy, jeśli nie podzielało się powszechnie panujących poglądów.

To historia artysty, pisarza, człowieka, który nie interesuje się polityką, ale żyje w takim miejscu i w takim okresie, że od polityki uciec nie sposób. W tych momentach historia dogania każdego i zmusza do zajęcia jakiegoś stanowiska. Można mówić, że polityka nas nie obchodzi, ale zawsze ma wpływ na nasze życie, czy sobie tego życzymy czy nie. A w burzliwych czasach,  w jakich przyszło żyć Falladzie, ten wpływ był większy niż zwykle. Cenzura, zakazy wydawania pisarzy znajdujących się na liście artystów niepożądanych, palenie książek uznanych za nieprawomyślne. Co ma zrobić artysta, kiedy jego twórcza wolność zostaje ograniczona? Wielu decyduje się na emigrację, on zostaje. Wyjazd za granicę to niepewność, poniewierka, często ucieczka, bieda, zaczynanie wszystkiego od nowa. Ale pozostanie w kraju to albo decyzja o współpracy z nazistami, albo borykanie się z kłopotami finansowymi i polityczne represje, albo wieczne lawirowanie pomiędzy władzą a wiernością swoim poglądom. To szukanie tej cienkiej granicy po przekroczeniu której traci się twarz. Fallada stale lawiruje. Z jednej strony pisze o swojej nienawiści do nazistów, pomstuje na to, co zrobili z niemieckim narodem, z drugiej stara się pisać i wydawać. Martwi się, że trafi na listę artystów niepożądanych, bo to grozi utratą dochodów. Jak daleko musi się posunąć, niech świadczy fakt, że w pewnym okresie pisze scenariusz filmowy i zgodnie z instrukcją Goebelsa idzie na daleko idące ustępstwa, dopisując zakończenie w duchu nazistowskim. Po cichu liczy na to, że zanim film będzie gotowy, władza upadnie. Może po to, aby usprawiedliwić siebie, a może po to, aby oddać prawdę o tamtych czasach, pisze też o innych. Na przykład o swoim znajomym, znanym rysowniku, który regularnie publikował  karykatury w jednym z nazistowskich pism. Jak się tłumaczył? Była wojna, wrogami III Rzeszy byli Churchill, Roosevelt i Stalin, więc z nimi walczył swoimi rysunkami. A za zasługę poczytywał sobie, że nie rysuje karykatur antysemickich. A jego żona usprawiedliwiała go przymusem rysowania. Pewnie dlatego, zdając sobie sprawę z dwuznaczności swojej sytuacji, kilkakrotnie gwałtownie krytykuje emigrantów. Pisze, że nie mają prawa się wypowiadać o czymś, o czym nie mają pojęcia. Szydzi z emigracyjnych apeli o stawianie aktywnego oporu  nazistom. Twierdzi, że łatwo wzywać z bezpiecznego portu. Mówi, że nie wiedzą, ilu trudów i wyrzeczeń wymagało zabieganie o zwykłe, codzienne sprawy: zdobywanie pieniędzy, opału, żywności. Jak tłumaczy swoją decyzje o pozostaniu? Zwyczajnie: apolitycznością i miłością do kraju. Przyznaję, że trudno mi zrozumieć podobne postawy. A jeszcze trudniej zachowanie wielu po wybuchu wojny. Wydawca Fallady, kiedy się o tym dowiaduje, wraca z emigracji i mimo swoich antynazistowskich poglądów zaciąga się do wojska.

Druga warstwa tych wspomnień to obraz degeneracji stosunków międzyludzkich. Przede wszystkim wieczna nieufność spowodowana powszechnym donosicielstwem. Ostrożność należy zachować nawet wobec dawnych przyjaciół. Jak pisze Fallada:

"...gdy wówczas zeszło się w Niemczech trzech ludzi, jeden na pewno był donosicielem."

Pisarz też padł ofiarą takiego donosu, czego omal nie przypłacił życiem. Szczęśliwie skończyło się tylko na kilkunastodniowym areszcie, skąd dzięki staraniom żony i znajomych udało mu się wyjść. A pobudki kierujące donosicielami były nie tylko ideowe, ale przede wszystkim materialne. Zwykła, ludzka chciwość przykryta dla niepoznaki nazistowską ideologią wtrącała ludzi do więzień, a często prowadziła na śmierć. Kolejna sprawa to robienie karier przez rozmaite miernoty wierne nazistom. Fallada długo rozpisuje się o dwóch wójtach po kolei sprawujących władzę w wiosce, w której mieszka. Byli bezkarni, bo cieszyli się całkowitym zaufaniem partii. A układać się z nimi jakoś było trzeba, bo to od takich ludzi zależał na przykład przydział opału na zimę. Pisarz obserwując życie małej, spokojnej miejscowości, w której mieszka, pokazuje, jak zmieniają się stosunki sąsiedzkie. W miejsce wzajemnej życzliwości, uczynności, sympatii i zaufania wkrada się podejrzliwość, nieufność, donosicielstwo i zwierzęca walka o zapewnienie materialnej egzystencji. Ciekawy jest też obraz czasu wojny. Z perspektywy Fallady wojna to przede wszystkim codzienna udręka, kombinowanie, skąd zdobyć opał czy dodatkowy przydział żywności. I wreszcie antysemityzm. Dziennik jest dowodem na to, jak antysemicka propaganda przesiąka ludzkie umysły. Fallada wielokrotnie twierdzi, że nie jest antysemitą, ale też wielokrotnie daje dowody, jak antysemickie stereotypy zadomowiły się w jego sposobie myślenia. Powiela na przykład stereotyp o żydowskiej chciwości, w innym miejscu użyje pogardliwego epitetu drobny, wynaturzony Żydek, na kolejnych stronach z ubolewaniem pisze o zmianie swoich poglądów na temat Żydów.

Kupiłam i przeczytałam tę książkę ze względu na tematykę i entuzjastyczną notkę, jaką o niej przeczytałam na łamach książkowej rubryki w jednym z tygodników. Muszę przyznać, że po przeczytaniu poczułam się trochę rozczarowana. Pewnie miałam zbyt wielkie oczekiwania i stąd ten niedosyt. Owszem, książka jest ciekawa, ale jakoś szczególnie mnie nie poruszyła. A może to kwestia rozgadania tak charakterystycznego dla wspomnień czy dzienników. Groza gdzieś rozmywa się pośród żywiołu opowieści o znajomych i zdarzeniach czy pośród dygresji. Znacznie bardziej przeżyłam inne lektury na ten sam temat: "Południcę" Julii Franck, "Muzeum ziemi ojczystej" Siegfrida Lenza (o obu pisałam) i "Aimee i Jaguar" Erici Fischer (lektura jeszcze z czasów przedblogowych). Te książki naprawdę polecam. A po Falladę też sięgnąć na pewno warto. Może dla kogoś, kto jest miłośnikiem dzienników, takie świadectwo będzie bardziej interesujące? A ja jestem ciekawa powieści Fallady, która czeka cierpliwie na półce.

"Kret" Rafaela Lewandowskiego

Jako że żywo interesuje mnie polskie kino, nie mogłam nie obejrzeć "Kreta", fabularnego debiutu Rafaela Lewandowskiego, o którym głośno przy okazji premiery. W Gdyni za rolę drugoplanową w tym filmie nagrodę otrzymał Marian Dziędziel. Nagroda w pełni zasłużona, ale rola drugoplanowa? Dziędziel gra tu jednego z dwóch głównych bohaterów! No ale to tak na marginesie. Targają mną mieszane uczucia. Chyba miałam większe oczekiwania. To nie oznacza, że żałuję. Film na pewno warto zobaczyć. Historię ojca i syna (w tej roli Szyc) ogląda się świetnie, ich losy śledzi się z rosnącym napięciem. Ze zdumieniem jednak przeczytałam w materiałach dystrybutora, że to thriller, co oczywiście niczego filmowi nie ujmuje. Chyba inaczej rozumiem ten termin. Cóż, taka strategia marketingowa. Ale do rzeczy. Na pewno drugą zaletą filmu jest świetne aktorstwo, nie tylko nagrodzonego Mariana Dziędziela. Co w takim razie mi przeszkadza? Nie sposób nie porównywać "Kreta" z "Rysą" Michała Rosy czy "Czeskim błędem" Hrebejka, ponieważ poruszają podobny temat: oskarżenia o współpracę z komunistycznymi służbami bezpieczeństwa. Moim zdaniem na tle tamtych filmów ten wypada najsłabiej. Brakuje mu zniuansowania, skomplikowania, subtelności, jest po prostu najbardziej jednoznaczny. Tu dość łatwo postawić akcenty, bo film wpisuje się w pewien schemat: jeśli zdradził, to dlatego że znalazł się w potrzasku; nie był draniem, zmusiła go do tego sytuacja. Oczywiście broniąc "Kreta", można przywołać argumenty, że to nie film o lustracji, ale o czymś więcej. To prawda, niemniej jednak nie sposób pominąć tej tematyki, bo w taki kontekst wpisał reżyser, zarazem współscenarzysta, losy swoich bohaterów. Ale moje największe zastrzeżenia budzi zakończenie, którego ze zrozumiałych względów nie zdradzę. Końcówka filmu wydaje mi się zupełnie puszczona, nieprzemyślana, a przez to nieprawdopodobna! Scenarzyści postawili jednego z dwóch głównych bohaterów w pewnej krańcowej sytuacji, a potem przemknęli nad nią, jakby nic się nie stało! W tym wypadku przeczy to logice rzeczywistości, jest po prostu kompletnie nieprawdopodobne! A po szczegóły, jak zwykle w części dalszej, odsyłam tych, którzy film już widzieli.

Zacznę może od zakończenia, które mnie zirytowało. Co wydaje mi się tak nieprawdopodobne? Otóż bardzo wiele. Paweł w akcie zemsty? z nienawiści? wymierzając sprawiedliwość? morduje cynicznego ubeka Garbarka. Na pewno nie robi tego w afekcie, zwracam uwagę na drobniutki szczegół: kamień, którym uderza, zabiera ze sobą z chaty, użyje go dopiero, kiedy dojdą do samochodu. Jakby dawał sobie jeszcze czas na przemyślenie wszystkiego albo szukał dogodnego momentu. Jest zima. Do tej chwili wszystko się zgadza. Ostatnia scena filmu to już wiosna. Minęło zatem kilka miesięcy. Co widzimy: Paweł z żoną i synkiem przyjeżdżają odwiedzić ojca w sanatorium. Jakby się nic nie stało! Jakby nie było tamtego morderstwa! Zbrodnia to nie bułka z masłem, wobec tego całkowite pominięcie w filmie konsekwencji, jakie powinna była wywołać, wydaje mi się wielkim błędem. Przecież musiało być jakieś śledztwo! Zginął w końcu świadek w procesie, który rozgrzewał do czerwoności opinię publiczną, ubek, powiązany ze sprawą Zygmunta. Trudno sobie wyobrazić, aby Paweł nie był przesłuchiwany! Nie ma mowy, aby taka sprawa nie miała wpływu na jego małżeństwo, skoro już wcześniej oskarżenia rzucone na ojca skonfliktowały go z żoną (to zresztą wydało mi się też dość powierzchowne, mało subtelne, takie łopatologiczne, wiadomo, muszą się poróżnić z tego powodu). A przecież żona na pewno zorientowała się, że Paweł jest zamieszany w te zbrodnię. Dlaczego? Po pierwsze zauważa jego długą nieobecność w domu, pyta, gdzie był. Po drugie pieniądze. Bo skąd wziął te dwieście tysięcy dla szantażysty? To na pewno była kwota przeznaczona na samochód. Zwróćmy uwagę na to, że po zamordowaniu Garbarka Paweł wszystko pali. A ojciec? Trudno mi uwierzyć, że nie przemknęła mu przez głowę myśl, że to jego syn stoi za tą zbrodnią. I nic? Tak spokojnie korzysta sobie z uroków życia? A sam Paweł? Może z tym żyć? Żadnych wyrzutów sumienia? Nic się nie zmienia? Co prawda to przeciągłe, wymowne spojrzenie, pełne bólu? żalu? pretensji? rozpaczy?,  którym obdarza ojca, jest istotne i jakiś niepokój sugeruje, ale to moim zdaniem za mało.

W warstwie lustracyjnej niczym odkrywczym film Lewandowskiego nie zaskakuje. Mamy tu Zygmunta, dawnego działacza opozycji, przywódcę strajku, któremu wiedzie się nie najlepiej (chociaż nie jakoś dramatycznie). Cynicznego ubeka, który żyje jak pączek w maśle (dom, samochód) i jeszcze narzeka, że zmniejszono mu emeryturę. Ciągnący się latami proces o zabójstwo dawnego opozycjonisty. Typowa jest też reakcja na wiadomość, że Zygmunt to TW o pseudonimie Kret. Kiedy prasa wydobędzie tę sensację, jedni nie uwierzą w oskarżenia, inni natychmiast rzucą kamieniem. Rosnąca nieufność pomiędzy Pawłem i jego żoną Ewą, która doprowadza do konfliktu, też wpisuje się w schemat. Kto widział "Rysę", pewnie zgodzi się ze mną, że tam to samo zostało pokazane ciekawiej, o wiele bardziej dramatycznie i nie tak prosto jak tu. Być może jednak tematyka lustracji miała w zamyśle scenarzystów i reżysera stanowić tylko tło, a prawdziwy temat "Kreta" jest inny. Stąd te uproszczenia? O czym w takim razie jeszcze, a może przede wszystkim, jest ten film?

Najciekawsza na pewno jest tu relacja pomiędzy ojcem i synem wsparta świetnym aktorstwem. Dziędziel gra zwykłego człowieka, niekoniecznie szlachetnego (rasistowskie uwagi rzucane pod adresem Araba), który nie ogląda się w przeszłość. Prawdziwą i może jedyną radością w jego życiu jest wnuk. Do procesu,  wytoczonego przez synową, podchodzi z dużym dystansem. Czy boi się, że przy tej okazji wypłynie prawda o jego przeszłości? Raczej nie, jest przecież pewny umowy z prowadzącym go niegdyś ubekiem. Kiedy jednak padają na niego podejrzenia, a sprawa podsycana przez media robi się bardzo głośna, niknie w oczach. Staje się bezradny, zaszczuty, ucieka. Nie chce stanąć z otwartą przyłbicą, przyznać się, wytłumaczyć i przeprosić. Konsekwentnie milczy. Nawet synowi nie powie całej prawdy. Przyzna się tylko do podpisania lojalki, drobiazgu w kontekście całości, której warunki zerwał po śmierci żony. Reszty dowie się Paweł od ubeka Garbarka. Być może obciąża go zbyt wiele i dlatego nie znajduje w sobie dość odwagi, aby przyznać się i przeprosić. Być może wstydzi się tego także przed synem i dlatego woli milczeć. A może prawda wydaje mu się zbyt skomplikowana, aby tłumaczyć. Kto nie przeżył na własnej skórze, nie zrozumie? Oczywiście z moralnego punktu widzenia jego milczenie jest winą. Milcząc, kłamie, a tym samym kreuje fałszywy obraz rzeczywistości. Pozostawia siebie na piedestale. Mnie nasuwa się jeszcze jedno pytanie: jaki jest jego udział w śmierci towarzysza walki, ojca jego synowej? Czy ta śmierć go jakoś obciąża? Czy przyczynił się do niej swoimi donosami? Na to pytanie film nie tyle nie odpowiada (nie musi przecież dawać odpowiedzi na wszystko), ile się nim, moim zdaniem, nie zajmuje. Szkoda.

A Paweł? Przeszłością ojca i teścia zainteresowany jest tak sobie. Bardziej porusza go to, że widzi swoją żonę w telewizji. "Ładnie wypadłaś." powie. (Cytat z pamięci) Zajmują go sprawy codzienne: handel używaną odzieżą, rodzina, studia żony. Początkowo nie wierzy w winę ojca. Ufa mu bezgranicznie. Potem przyjmuje jego wyjaśnienie, rozumie. Pewnie dlatego dziwi go, że ojciec ucieka przed odpowiedzialnością, która taka wielka nie jest. Nie walczy o swoje dobre imię. To on musi bronić jego honoru, próbuje szukać pomocy u przewodniczącego Solidarności, dla którego największym zmartwieniem nie jest Zygmunt, ale zszargana opinia związku, gdyby oskarżenie okazało się prawdziwe. Nawet kiedy dowie się wszystkiego, jest gotów zapłacić szantażyście a w końcu go zabija. Dlaczego to robi? Teraz już nie ma wątpliwości, jaka jest prawda, której ujawnienie zniszczyłoby legendę Zygmunta. Czy boi się o zdrowie ojca? O swoje małżeństwo? O odium, które rykoszetem dotknęłoby też jego? Czuje, że jest mu to winien? Tak jak kiedyś ojciec zachował się podle z miłości do niego i żony, tak teraz on  musi coś dla niego zrobić? Bierze na siebie współodpowiedzialność? Czy ojciec  uczynił go współwinnym, kiedy poszedł na współpracę z miłości do niego ? Jak w greckiej tragedii, wina rodzica obciąża syna? W każdym razie Paweł staje przed dylematem: z jednej strony ujawnienie prawdy, z drugiej miłość do ojca. Ale czy rzeczywiście ten wybór to dla niego dylemat? Moim zdaniem nie. Raczej nie miał  wątpliwości, kiedy zdecydował się prawdę ukryć. Potem, tak jak ojciec, wybiera milczenie. O popełnionych niegodziwościach nie będą rozmawiać. Fakt, że czasem lepiej nie wiedzieć. Niekoniecznie zawsze trzeba się dogrzebywać prawdy. Ale tu za dużo wydarzyło się między ojcem i synem, aby milczeć. A może nic innego im nie pozostaje, jeśli mają wieść dalej zwyczajne życie? Pytanie tylko, czy na milczeniu można je zbudować.

"Czeski błąd", czyli Hrebejek tym razem serio.

Uwielbiam czeskie kino i to śmieszne, i to poważne. Hrebejek należy do tych reżyserów, którego filmów nigdy nie opuszczam. Po komedii "Do czech razy sztuka" dostajemy Hrebejka w tonacji serio, melancholijnego. Warto pamiętać o tym, wybierając się na ten film, aby się nie rozczarować. Tym razem to wszystko, co zdradzę w tej części, bo lepiej nie wiedzieć nic. Tylko w takim wypadku można przeżyć niespodziankę i docenić konstrukcję filmu, która moim zdaniem jest istotna. Niestety w każdej gazecie i we wszystkich materiałach promujących film taką informację znajdziemy, a szkoda. Dodam tylko, że mimo drobnych wad, których reżyser nie uniknął, koniecznie trzeba wybrać się do kina. Ale myślę, że do tego wielbicieli czeskich filmów zachęcać nie muszę. Druga część tylko dla tych, którzy film widzieli.

Hrebejek zwodzi widza i myli tropy. Jego film zapowiada się  na małżeńską tragedię. Poważnie chora Lucie dostaje dwie wiadomości: dobrą i złą. Dobra: guz, który jej wycięto, nie okazał się złośliwy, jest wyleczona. Zła: Ludek, jej mąż, nie zakończył romansu z Radką, koleżanką z pracy, o czym postanowił żonę poinformować, kiedy tylko dowiedział się, że będzie zdrowa. W tym momencie poczułam się rozczarowana, bo historia opowiadana w tonacji całkowicie poważnej zapowiadała się banalnie. Szybko jednak, jak to w życiu bywa, okazało się, że nieszczęścia chodzą stadami. Przed Lucie i jej rodzicami, Janą i Pavlem, staje poważniejsze wyzwanie. Nagle z niebytu wyciągnięta zostaje teczka Pavla, który dotąd cieszył się nieposzlakowaną opinią represjowanego opozycjonisty, i rozpętuje się rodzinne piekło. Bo Hrebejek skupia się na  rodzinie. Pokazuje, jakie reperkusje wśród najbliższych wywoła wiadomość o donoszeniu na przyjaciela. Nagle  choroba i zdrada męża są niczym w porównaniu z wiadomością, że nieskazitelny ojciec, człowiek szanowany, autorytet, ma drugie oblicze. A zła wiadomość goni jeszcze gorszą, to wcale nie koniec. Najgorsze dopiero przed Lucie.

Nikt tu nie jest bez winy, każdy coś wyparł z pamięci, każdy coś ukrywa. Pavel, Jana i Borek, każda z osób dramatu inaczej zapamiętała tamte dramatyczne wydarzenia i po wysłuchaniu ich sprzecznych relacji trudno rozstrzygnąć, kto miał rację. Dostrzegają swoją winę, ale jednocześnie starają się usprawiedliwić. Najchętniej zapomnieliby o swojej przeszłości, zakopali ją głęboko, w końcu wszystko się jakoś ułożyło, a Borek, ten, który jest ofiarą i na pozór wydaje się bez winy, na emigracji osiągnął artystyczny sukces i życiową harmonię. Jak sam przyznaje, gdyby został w kraju, byłby nikim. A Pavel i Jana odkupili swoją winę późniejszą bezkompromisową opozycyjną działalnością.

Tak jest teraz, ale nie sposób uciec od przeszłości. Pavel donosił na przyjaciela, wykorzystując słabość rywala. Dzięki temu zdobył Janę. Nigdy nie potrafił przyznać się do winy, wolał zapomnieć. W tym kontekście dobre rady udzielane wnuczce i słowa o ciążących wyrzutach sumienia, kiedy ukryjemy prawdę, brzmią nieszczerze. Janie pewnie wygodniej było  udawać, że nie wie, co zdarzyło się naprawdę. To ona była sprężyną historii, to ona zostawiła Borka. Do tego stopnia zakłamje albo wypiera przeszłość, że wydaje się już sama nie wiedzieć, kto jest ojcem Lucie. A Borek, pokrzywdzony: opuszczony przez Janę, zdradzony przez przyjaciela, więziony, przypalany papierosami, zmuszony do emigracji. Czy jest bez skazy? Też nie. Dlaczego tak łatwo uwierzył ludziom, którzy przypalali go papierosami, że Lucie jest córką Pavla a nie jego? Dlaczego potem nie szukal z nią kontaktu? Może tak mu było wygodnie, jemu, artyście? A Jana? Kto kogo porzucił? Borek ją czy ona jego? Ich relacje są sprzeczne. Czy wybrała Pavla, bo tylko on pomógł jej w tej beznadziejnej sytuacji czy po prostu skorzystała z okazji, by wrócić do dawnego chłopaka? Wróciła z miłości, bezradności czy wyrachowania, do którego pchnął ją instynkt matki, która musi zapewnic byt swojemu dziecku? Nie sposób rozwiązać ten gordyjski węzeł i tylko wina Pavla, mimo że umniejszana przez niego i Janę, wydaje się bezsporna.   

Każde z nich inaczej reaguje, kiedy bomba wybucha. Pavel spokojny i melancholijny, zaprzecza wszystkiemu i umniejsza swoją winę, długo nie chce się przyznać i przeprosić. Jana histerycznie. Broni nie tylko męża i siebie, ale i córkę. Za wszelką cenę chce uchronić ją przed prawdą, ale to jest już niemożliwe. Tylko Borek, który nie ma sobie nic do zarzucenia, potrafił pogodzić się z przeszłością i przebaczyć. Osiagnął harmonię i wydaje się być szczęśliwy i spełniony. Kiedy patrzę na jego spokojny, ciepły uśmiech, bezpretensjonalne zachowanie pozbawione zajadłości, wierzę mu.

Ten film dotyka spraw trudnych, tragicznych i bolesnych w sposób spokojny i ciepły. Podkreśla to barwa i tonacja zdjęć: złotych, wiejskich krajobrazów, miłych wnętrz i jesiennej, słonecznej Szwecji.  Reżyser oddaje głos każdemu bohaterowi dramatu i żadnego nie skreśla. Paradoks polega na tym, że mimo iż u zarania tkwiło zło, wszystko obróciło się na dobre. O Borku już pisałam. Ale jest jeszcze Lucie, która po burzy odnajduje spokój. Może dlatego że ona jedna nie boi skonfrontować się z przeszłością? Poznaje prawdziwego ojca i wybacza Janie i Pavlovi. Dzięki temu może zapomnieć o chorobie i mężu łajdaku. Ciepła i spokoju jest chyba jednak trochę za dużo. Już samo przyznanie się Pavla do winy może wydawać się mało prawdopodobne, choćby ze względu na okoliczności, jakie wybrał. Jeszcze mniej prawdopodobna jest reakcja zgromadzonych: jednomyślnie pozytywna (niestety jak z hollywoodzkiego filmu). A zakończenie? Sielankowa zgoda? Czy jest możliwa? Być może po jakimś czasie, ale tak szybko?

I na koniec, żeby nie było za słodko, jeszcze o czarnych charakterach. Dla mnie to Kafka i Ludek. Dlaczego Kafka to jasne. Cyniczny, pozbawiony wyrzutów sumienia ubek, który spokojnym, pewnym siebie głosem opowiada o wydarzeniach z przeszłości, punktując ludzką słabość i nie mając dla niej odrobiny zrozumienia. Kulturalny starszy pan za nic nie czuje się odpowiedzialny i nie dostrzega, że to on i system, który reprezentował, wydobywali z ludzi wszystko, co najgorsze. Otoczony liczną rodziną świętuje swoje urodziny. Tą gorzką, ale jakże prawdziwą pointą kończy się ten film.

A Ludek? Dla mnie to typ odrażający, nawet jego kochanka Radka z czasem zyskuje ludzką twarz, on nie. Nagle kiedy Lucie na jego cyniczną i bezczelną  szczerość pozbawioną poczucia winy reaguje nie tak, jakby sobie życzył, wychodzi cała jego małość i wszystkie kompleksy, które żywi wobec jej rodziców. Wyznanie prawdy byłoby szlachetne, ale jest w tym, jak robią to Ludek i Radka, coś fałszywego. Może dlatego że wyczuwamy poczucie wyższości, kiedy udzielają Lucie dobrych rad. To, co Ludek robi później, robi z niskich pobudek. Kierowany ślepą nienawiścią chce zniszczyć  teścia i jego żonę. Cieszy go ich upadek. W końcu zostaje sam.     

Popularne posty