Petra Hulova "Stacja tajga". Odkrywanie nieznanego.

Kto oczekuje czeskich realiów, będzie zawiedziony, bo choć  "Stacja tajga" (W.A.B. 2011) to książka napisana przez Czeszkę, jej akcja toczy się albo w Rosji, głównie na Syberii, albo w Danii. Może bohaterami są przynajmniej Czesi? Nic z tego: to  Duńczycy, Rosjanie i plemiona zamieszkujące Syberię. Dlaczego? Dlaczego czeska pisarka, pisząc swoją powieść, tak zupełnie odrywa się od znanych sobie realiów? Przyznam się, że usiłowałam znaleźć odpowiedź na to pytanie przede wszystkim dlatego, gdyż zastanawiałam się, na ile prawdziwe jest to, co pisze o Syberii i jej mieszkańcach. Mieszkała tam? Podróżowała? Niewiele udało mi się znaleźć. Szperając, natrafiłam na wywiad, którego udzieliła czeskiemu radiu po wydaniu swojej pierwszej powieści "Czas Czerwonych Gór" (W.A.B. 2002), której akcja toczy się w Mongolii. Otóż Hulova studiowała mongolistykę i kulturoznawstwo i rok spędziła w tym egzotycznym kraju. To tłumaczy Mongolię. Ale Syberia? W innym mini wywiadzie z lutego tego roku wspomina o podróżach, które stają się inspiracją dla jej pisarstwa. Może to jest ślad? Nie wiem. A Dania? Tu trop wydaje się łatwiejszy: autorka była stypendystką jakiejś duńskiej organizacji literackiej. A teraz do rzeczy.

Muszę przyznać, że te syberyjskie realia zafascynowały mnie bardzo. To jak odkrycie kolejnego nieznanego świata, spotkanie z innym. Dlatego nie daje mi spokoju pytanie: na ile jest to portret prawdziwy? Cóż, pozostaje ufać w porządny reaserch, a może własne pisarskie doświadczenia. Akcja tej powieści rozgrywa się przede wszystkim w małej, syberyjskiej wiosce Charyń zagubionej gdzieś wśród tajgi. Warunkiem dalszego istnienia osady jest kolej transsyberyjska, przy której leży. Dopóki pociągi będą zatrzymywać się na stacji Charyń, dopóty wioska będzie istnieć. Kiedy przestaną, podzieli los podobnych jej: z czasem mieszkańcy porzucą swoje domy, a w ich miejsce powoli będzie wdzierać się tajga. Niezwykle fascynujące są plastyczne, dokładne opisy wioski: małych, drewnianych domków otoczonych niewielkimi obejściami, porzuconych domostw, poczty, na której praca jest marzeniem wielu tutejszych kobiet, osiedla buraczarzy (miejscowe plemię zajmujące się dość tajemniczą produkcją czegoś z buraków; stąd ich potoczna nazwa)  składającego się z byle jak i z byle czego skleconych chat, wreszcie tajgi: groźnej i fascynującej zarazem. Tajga jest domem dla miejscowych, z niej żyją, potrafią się po niej bezbłędnie poruszać, nią się zachwycają. Ale może być jednocześnie zgubą dla kogoś, kto jej nie zna, i pułapką dla uciekinierów z łagru. Taki jest ten świat: obok zachwycającej przyrody, groza przeszłości. Dziś łagier zwiedzają nieliczni turyści, kiedyś był więzieniem, miejscem zsyłki, wyniszczającej pracy, a dla tubylców źródłem zarobku. Nie przejmowali się losem więźniów, traktowali ich jak pospolitych przestępców, może nawet wierzyli, że tak jest. Kiedy uciekinier wpadł w ręce Bura, ten wydawał go bez skrupułów. Nawet mieszkający w Charyniu przed laty zesłaniec polityczny, lekarz Welor, aby przetrwać, musiał się jakoś dostosować do tutejszych warunków i żyć w zgodzie z miejscową władzą.

Równie fascynujący jest portret mieszkańców osady. To wieś pęknięta na pół: żyją w niej Rosjanie, potomkowie dawnych osadników (historia założenia Charynia jest nieco tajemnicza: nie wiadomo, ile w niej prawdy, a ile legendy) i owi buraczarze, miejscowe plemię, które być może przybyło tu kiedyś z północy. Jedni i drudzy darzą się niechęcią, żyją niby w tej samej wsi, ale oddziela ich symboliczny mur, różni wszystko. Rosjanie gardzą buraczarzami, uważają ich za ludzi prymitywnych, prostaków, a ci nieliczni, którzy mają w sobie domieszkę ich krwi, starannie to ukrywają. Buraczarze traktują Rosjan jak najeźdźców, kolonizatorów, uzurpatorów, którzy kiedyś wtargnęli na ich ziemię i bezpowrotnie zmienili ich życie, wyzyskując. Dzielą los innych rdzennych mieszkańców różnych zakątków świata: Indian, Aborygenów, Afrykanów. Sowiecka władza wykorzystując ich, próbowała jednocześnie na siłę cywilizować, dzisiaj, kiedy Związek Radziecki się rozpadł, i nikt ich do niczego nie zmusza, nie chcą integracji, izolują się, co prowadzi do degradacji. I jedni, i drudzy potrafią być okrutni i nieczuli na ludzki los. Ponieważ akcja powieści toczy się na dwóch planach czasowych, poznajemy życie Charynia w powojennych latach czterdziestych i współczesnych. Obserwujemy zmiany, jakie zaszły. Kiedyś komunistyczna rzeczywistość w realiach syberyjskich. Kto tu mieszkał lub przybył, właściwie był już skazany na to miejsce. Aby opuścić Charyń, trzeba się było uciekać do krwawych podstępów, a krewni tego, komu udało się wyjechać, byli srogo karani za niezawinioną winę uciekiniera: pragnienie wolności. Jednocześnie w tamtych okrutnych czasach Rosjanie potrzebowali tubylców, buraczarzy. Bez nich nie mogło się odbyć coroczne zimowe polowanie, które stanowiło o być albo nie być mieszkańców. Nawet wszechwładna władza radziecka nic tu pomóc nie mogła. Jeśli polowanie się nie udało, wioskę dziesiątkował głód. Rosjanie byli zależni od buraczarzy, od ich świetnej znajomości tajgi i tras wędrówek zwierzyny, a nawet czarów. Dziś wioskę można swobodnie opuszczać, zimowych polowań już nie ma, więc buraczarze są tylko szkodnikami, którzy zatruwają powietrze wyziewami z buraków. Społeczność Charynia, chociaż wewnętrznie podzielona, stanowi monolit dla obcych, przybyszów z dalekiej, prawie mitycznej Europy, którzy próbują traktować miejscowych jak etnograficzną i antropologiczną ciekawostkę, przedmiot badań. W latach czterdziestych przyjechał tu naiwny Duńczyk, Hablund, który naczytał się nie do końca prawdziwych informacji o tym świecie. Zafascynowany nim porzucił swoje ustabilizowane życie, które go znudziło, i przybył tu, aby nakręcić film o miejscowych. Dziś, trochę przypadkowo, jego tropem wyrusza młody Duńczyk, Erskine, student antropologii, który w zgłębieniu tajemnicy Hablunda i życia miejscowych upatruje swoją szansę na karierę naukową. Obaj wydają się śmieszni. Tak naprawdę nic nie wiedzą o tym świecie i nie potrafią się w nim poruszać, traktują jego mieszkańców niby z życzliwością, ale jednocześnie z europejską wyższością. W gruncie rzeczy są przedmiotem kpin, z czego nie zdają sobie sprawy. Próbują pozyskać życzliwość tubylców, aby prowadzić swoje badania, ale walą głowa w mur. Tu nie można być tylko obserwatorem, to się nie uda. Obserwator nie odkryje tajemnicy, znudzi się i zrezygnuje. Żeby poznać ten świat, trzeba stać się jego częścią, ale to też tylko pozory. I tak pozostanie się kimś obcym, takim najsłabszym ogniwem, co okaże się w chwili kryzysu.   

Niezwykle ciekawe są opisy podróży koleją transsyberyjską. Jeden z bohaterów, Fiedia, pracuje jako konduktor na trasie między Moskwą a Władywostokiem. Od czasu do czasu towarzyszymy mu w jego pracy. Poznajemy jej tajniki, obserwujemy pasażerów, podziwiamy krajobrazy za oknem, szczególnie tajgę, którą i on jest zafascynowany. Włóczymy się razem z nim po Władywostoku, który mnie jawi się jak miejsce ziejące jakąś dziwną pustką.

Ta powieść to również, a może przede wszystkim, fascynujące ludzkie historie, portrety kilku głównych bohaterów i kilkunastu drugoplanowych, ale jakże ważnych. Obok losów dwóch wspomnianych już Duńczyków, Hablunda i Erskina, i konduktora Fiedii, poznajemy też historię pozostawionej w Danii Mariane, żony Hablunda, jej przyjaciółki, nieco tajemniczej syberyjskiej emigrantki Tani Krasnoludkowej. Ale równie bogate i ciekawe są portrety miejscowych: Bura, rodziny Kawaryczów, zesłańca Welora i jego charyńskiej żony, wariatki, a także wielu, wielu innych. Na szczególną uwagę zasługuje los kobiet, co, jak czytałam, zdaje się nie tylko w tej powieści interesować Petrę Hulovą. To kobiety bardzo często dźwigają ciężar codzienności. Porzucone przez mężczyzn goniących za swoimi fascynacjami, zostawione same sobie muszą być silne i stać się samodzielne, nawet jeśli dotąd takie nie były. Inne mają mężów nieudaczników, darmozjadów, więc i one muszą same zmagać się z życiem. Jeszcze inne są przez mężczyzn wykorzystywane. Wszystkie są twarde i potrafią radzić sobie w każdych warunkach. Szczególnie w Charyniu nie ma właściwie podziału na to, co męskie i kobiece. Kobieta-więzień tak jak mężczyzna-więzień będzie zmuszona do morderczej pracy. Kobiety wyruszą razem z mężczyznami na zimowe polowanie, wprawdzie nie po to, aby polować, ale na równi z nimi muszą znosić trudy wędrówki przez zimową tajgę, obsługując ich na wielu różnych polach. Ale kobiety potrafią być równie bezduszne i okrutne jak mężczyźni. Ich portret nie jest wcale cukierkowy.

Powieść ma ciekawą konstrukcję. Tytuły rozdziałów to imiona głównych bohaterów. Wędrując od rozdziału do rozdziału, stopniowo poznajemy ich historie, odkrywamy tajemnice, cofamy się w  przeszłość, nieraz odległą. Ich losy zaczynają się zazębiać, wszystko składa się w jedną całość niczym kartoniki puzzli. A prawda o nich, jaka się na końcu wyłania, bywa banalna. Ich wybory są często przypadkowe, a to, co początkowo może się wydawać wielkie i szlachetne, okazuje się po prostu zwyczajne i małe. 

Bardzo ciekawa powieść, do przeczytania jednym tchem. Przewodnik po nieznanym świecie. Nie jestem pewna, czy taka była główna intencja autorki, ale mnie to właśnie najbardziej zainteresowało.     

"80 dni". Hiszpański film, którego nie wolno przegapić!

Seria filmów o kobietach trwa. Ale hiszpańskie "80 dni" różni się od tych trzech, o których pisałam ostatnio, a to dlatego, że bohaterkami są kobiety po sześćdziesiątce, jedna jest może nawet trochę starsza. To, co łączy ten obraz z poprzednimi, jest obserwacja, podglądanie codzienności. Znowu kino spod znaku Mike'a Leigh. Kto nie boi się na ekranie starości, kto lubi zmierzyć się z poważną tematyką, powinien "80 dni" zobaczyć koniecznie. Film jest świetnie zrobiony, ogląda się go znakomicie. Mamy tu zadumę, melancholię, studium bohaterów, dylemat moralny i obyczajowy, sceny komiczne, filmowe qui pro quo niczym w komedii omyłek i sporo obyczajowych obserwacji. Na koniec krótkie, aby nie odbierać przyjemności oglądania, wprowadzenie w temat. W sali szpitalnej przy łóżkach dwóch mężczyzn pogrążonych w śpiączce spotykają się Axun i Maite. Jedna przychodzi do brata, druga do zięcia, którego nikt oprócz niej nie odwiedza. Różni je wszystko: wykształcenie, podejście do życia, miejsce zamieszkania. Przypadkowe spotkanie, które, jak łatwo się domyślić, będzie brzemienne w konsekwencje. Jakie? Oczywiście nie zdradzę. Naprawdę polecam. Film, który trzeba zobaczyć! A jeśli ktoś już widział, może przeczytać ciąg dalszy.

Jak napisałam we wstępie, różni je wszystko. Maite to nie tylko wykształcona mieszkanka sporego miasta (chyba San Sebastian), ale i nauczycielka w konserwatorium. Może tak bliski związek z muzyką, jej artystyczna wrażliwość powodują, że ma swobodny stosunek do rzeczywistości. Dla niej słowo starość nie ma praktycznego znaczenia. W środku wciąż jest tą samą osobą sprzed lat i, jak mówi, starość wcale nie sprawia, że nie popełniamy tych samych błędów (zabawnie ograna powracająca dwukrotnie scena z filiżanką). Jest spontaniczna, lekko szalona (urodziny, które organizuje pogrążonemu w śpiączce bratu), dość bezpośrednia, a przede wszystkim świadoma siebie i pogodzona ze sobą. Bo Maite jest lesbijką, z czym specjalnie się nie kryje. Wie o tym jej przyjaciel Julian, który być może się w niej podkochuje, rozmawia o swoich skłonnościach swobodnie z Garazi, młodą bratanicą Axun. Jak powie Garazi: "Nigdy nie spotkałam lesbijki w twoim wieku." (cytat z pamięci). Przemiany obyczajowe to jeden z problemów, jaki porusza ten film. To, co nie dziwi i nie szokuje młodej dziewczyny, nie jest takie łatwe dla starej kobiety. Axun powie: "Wiem, że to teraz modne." (cytat z pamięci). Co innego jednak przyjąć do wiadomości, zaakceptować odmienność przyjaciółki, a co innego uświadomić sobie i pogodzić się z własną odmiennością i to odkrytą w takim wieku! To nie czas na zmiany! Czy rzeczywiście?

Dla Maite każdy wiek jest dobry na miłość i na nowe rozdanie, ale dla Axun nie. To kobieta prosta, niewykształcona, całe życie spędziła na wsi. Jej świat to dom, kuchnia, mąż, córka mieszkająca w Kalifornii, praca w polu, kościół, wypady do pobliskiego miasteczka na spotkania z przyjaciółkami takimi samymi jak ona. Kiedy Maite, siedząc przy łóżku chorego brata, robi młodzieżowe kolczyki, Axun wyszywa krzyżykami ohydną makatkę z portretem swoim i męża, którą chce uszczęśliwić córkę. Dla niej problem stanowi zrobienie przelewu bankowego, oszczędności trzyma w przysłowiowej skarpecie i to jeszcze w pesetach! Pod wpływem nowoczesnej przyjaciółki zacznie się zmieniać, a może lepiej byłoby powiedzieć emancypować. Założy te symboliczne młodzieżowe kolczyki, pójdzie z Maite do kina, popłynie na wyspę, przejmie jej poglądy i będzie dzielić się nimi ze swoimi przyjaciółkami. Coraz więcej czasu zacznie spędzać w mieście, zaniedbując męża. Ale to wszystko nie jest dla niej wcale takie proste. Pewnie dlatego kręci jak nastolatka, nie mówiąc mężowi prawdy, wymyślając fałszywe usprawiedliwienia. Wie, że jej mąż nie zrozumie nowego trybu życia. Uzna go za fanaberię i ekstrawagancję. On czeka na kolację, którą zrobi i poda mu ona. Zupełnie nie radzi sobie sam, od lat przyzwyczajony do obsługi. I mimo że niewiele mają sobie do powiedzenia poza wymianą komunikatów o codziennych sprawach, ważna jest sama obecność. Pewnie dlatego Axun coraz bardziej brnie w kłamstwa, doprowadzając tym do nieoczekiwanego nieporozumienia, owego komediowego (na ekranie, nie w życiu) qui pro quo. Ten wątek jest zresztą jeszcze jednym atutem filmu. Psychologiczne studium starego mężczyzny, któremu nagle świat wywraca się do góry nogami. Juan Mari początkowo jest tylko niezadowolony z postępowania żony: jej odwiedzin w szpitalu, późnych powrotów, zaniedbywania obowiązków, potem zaczyna coś podejrzewać. Odkrywa kłamstwa i samowolę (wysłanie pieniędzy córce). Jest zły, zaniepokojony, ale długo milczy. Boi się prawdy, opuszczenia. Może ma nadzieję, że wszystko minie, ale może po prostu nie wie, co zrobić. Kiedy wreszcie wybuchnie, a obrażona Axun stanie się nieobliczalna, przerazi się ewentualnych konsekwencji i powie żonie, że jej wybacza. Pokonany przyzna się bezradnie, że nie umiałby bez niej żyć. Nieważne czy to miłość, czy tylko przywiązanie. Tak po prostu jest. To wzruszająca i przejmująca scena. Juan Mari nigdy nie pozna prawdy. Nie dowie się, że powinien być zazdrosny nie o Bogu ducha winnego Juliana, ale o kobietę.

Ale wróćmy do Axun. O ile nowy tryb życia, chociaż okupiony wyrzutami sumienia, jest jeszcze w stanie zaakceptować, o tyle nie umie poradzić sobie z rodzącym się zainteresowaniem przyjaciółką, a wreszcie uczuciem do niej. To ją przerasta, boi się. Odkrycie własnej odmienności jest dla niej bardzo trudne. Nie śpi, ucieka, broni się, wybucha gniewem. Pewnej granicy przekroczyć nie potrafi. Ta jej duchowa rozterka, lęk, krok zrobiony do przodu, aby natychmiast się wycofać, są znakomicie pokazane i znakomicie zagrane. Zresztą dla Axun to problem podwójny. Chodzi nie tylko o miłość do kobiety, chociaż przede wszystkim o to, ale i o rodzaj mezaliansu. Prosta wiejska kobieta nie pasuje do świata Maite. Pół biedy, kiedy spędzają czas same, gorzej, kiedy trzeba wyjść. Axun wstydzi się wejść na koncert, nie potrafi się odnaleźć w tym miejskim świecie ludzi wykształconych, artystów. Jej świat to wieś, małe miasteczko. Jeśli muzyka, to w kościele albo na potańcówce. Co właściwie powinna zrobić Axun? Czy ma jakiś wybór? Czy wolno jej odejść od starego męża, z którym spędziła całe życie? Czy może go teraz zostawić? Zdecydować się na podwójne życie? Spotykać się z Maite, udając, że to tylko przyjaźń? Pewnie nie byłoby to niemożliwe. Ale przecież Maite nie kryje się ze swoimi skłonnościami, więc jest prawdopodobne, że charakter ich związku szybko wyszedłby na jaw. Sytuacja wydaje się być bez wyjścia. Kiedy przychodzi czas podjęcia decyzji, Axun bez wahania zostaje z mężem, opłakując jednocześnie rozstanie z przyjaciółką, z czego oczywiście nikt nie zdaje sobie sprawy. Może tylko Garazi domyśla się dramatu, jaki się rozgrywa. Myślę, że sytuacja nie byłaby wcale prostsza, gdyby Axun zakochała się w mężczyźnie. W tym sensie jest to film uniwersalny, nie tylko o miłości lesbijskiej. Odwieczny dylemat: iść za głosem serca czy pozostać wiernym przysiędze małżeńskiej, tu zostaje zwielokrotniony. Bo czy można porzucić starego mężczyznę, z którym spędziło się całe życie? Czy on będzie w stanie poukładać sobie wszystko na nowo, czy podźwignie się jakoś?

To najważniejsze problemy poruszone w filmie, ale nie jedyne. Mamy tu jeszcze równie interesujący wątek matki i dorosłej córki, ich wzajemnych stosunków, niezrozumienia, niecierpliwości (córka) i tęsknoty (matka). Także problem etyczny: kto ma się opiekować pogrążonym w śpiączce mężem? Czy można tego wymagać od żony, z którą od dawna jest w separacji i którą, jak twierdzi ona, krzywdził? 

A na dodatek piękne górskie i nadmorskie krajobrazy północnej Hiszpanii, chyba Kraju Basków, humor i dowcip, znakomite aktorstwo. Naprawdę świetny film o ważnych problemach. I wcale nie dziwi mnie, że kino o tak pokazanej starości powstało w Hiszpanii. Kto tam był, pewnie zauważył sceny jakby żywcem wyjęte z tego filmu. Eleganckie starsze panie, często bardzo starsze, przesiadujące w kawiarniach albo na nagrzanych słońcem murkach w centralnych punktach miast (to samo dotyczy panów). Tam starzy ludzie nie siedzą zamknięci w domach. Wychodzą do świata. Nikogo nie dziwi widok wnuczki czy wnuka spędzających czas z babcią czy dziadkiem w kawiarni. Normalna jest knajpa, w której pełno młodych i starych, i nikt nie czuje się z tym źle. Widziałam wiele podobnych scen, jakich u nas się niestety nie widuje. I tymi  obyczajowymi spostrzeżeniami zakończę.  

Miljenko Jergović "Buick rivera"

Niedawno zachwycałam się tutaj "Różą Tannenbaum" Jergovicia i zapowiadałam, że wkrótce przeczytam jego "Buicka riverę" (Pogranicze 2003), która to powieść już od jakiegoś czasu czekała na półce na swoją kolej. Kupiłam ją w taniej książce, gdzie od czasu do czasu udaje mi się upolować coś interesującego. To tam wyszperałam m.in. "Krystaliczną sieć" Mirko Kovacza czy "Most nad Złotym Rogiem" Emine Sevgi Ozdamar, moje ulubione powieści (obie wydało Pogranicze, o obu pisałam, polecam!!!). Nie zawsze udaje się trafić tak wspaniale. A jak było tym razem? Cóż, jeśli najpierw przeczytałabym tę powieść chorwackiego pisarza, nie wpadłabym zapewne w taki zachwyt, jak po lekturze "Ruty Tannenbaum", i kto wie, czy sięgnęłabym po nią (a to byłaby strata niepowetowana!). Na szczęście złożyło się inaczej. Po prostu "Buick rivera" to książka dobra, ale nie porywająca. Może wrażenie psuje groteskowe zakończenie? Nagle z tonu serio, z melancholijnych wspomnień, z poetyckiego nastroju pisarz na kilkunastu ostatnich stronach ucieka w groteskę, a ja za groteską nie przepadam. Cóż, taką mam przypadłość. 

Akcja tej powieści toczy się w mieście Toledo i jego okolicach, nie chodzi jednak o piękne, hiszpańskie Toledo, lecz o miasteczko w stanie Oregon w USA. To opowieść o przypadkowym spotkaniu Hasana, Bośniaka przebywającego w Stanach od lat, i Vuko, bośniackiego Serba, który do Stanów uciekł po wojnie bałkańskiej, chcąc uniknąć rozpoznania i kary. Jergović zderza ze sobą gdzieś na neutralnym terenie dwie narodowości i pokazuje, że konflikt, nienawiść, wzajemna nieufność i podejrzliwość wcale nie wygasły. Tkwią w tych ludziach głęboko i w każdej chwili mogą wybuchnąć na nowo. Różnic nie zniwelowały odległość, amerykańskie doświadczenia i życie w innym środowisku. Dla Angeli, żony Hasana, Vuko to rodak jej męża. Ona nie zdaje sobie sprawy z dzielących ich różnic, a nawet gdyby Hasan jej to wyjaśnił, pewnie nie zrozumiałaby. Urodzili się i mieszkali w tej samej okolicy, na tej samej ziemi, więc są krajanami i powinni się z tego spotkania ucieszyć! Oni jednak od razu orientują się, kto jest kim, wystarczy, że się sobie przedstawili. I mimo że nic nie wiedzą o swojej przeszłości, zwierzają się sobie tylko ze swoich małżeńskich kłopotów (obaj ożenili się dopiero na emigracji), natychmiast stają się wobec siebie nieufni i podejrzliwi. Przypisują sobie wzajemnie najgorsze intencje, a ich myśl przestaje podążać prostą drogą, lecz zaczyna biec krętą ścieżką. Głęboko skrywana niechęć powoduje, że nie są w stanie ocenić sytuacji realistycznie, podejrzewają siebie wzajemnie o ukryte, nieczyste zamiary, co doprowadza ich do aberracyjnych konkluzji i absurdalnych działań. Zdarzenia wymykają się spod kontroli, kręci się spirala nieprawdopodobnych poczynań. Stają do swoistego pojedynku, którego stawką jest tytułowy buick rivera, ukochany samochód Hasana, stary rzęch, obiekt kultu i kość niezgody pomiędzy nim a jego żoną Angelą. Vuko jest gotów kupić ten samochód i wydać na niego wszystkie pieniądze, jakie zabrał ze sobą po rozstaniu z żoną tylko po to, aby zrobić na złość i upokorzyć wyimaginowanego przeciwnika. To nie koniec spirali bezsensownych zdarzeń, dopiero teraz rusza galopada myśli, nieprawdopodobnych spekulacji, które skłaniają obu mężczyzn do dziwacznych zachowań i prowadzą do nieoczekiwanego zakończenia. Przypadkowe spotkanie wywraca ich życie do góry nogami. Można by odwrócić przysłowie i powiedzieć: mysz urodziła górę. No i właśnie wtedy, w zakończeniu, kiedy nagromadzenie absurdu sięga zenitu, pojawia się ten groteskowy ton, który osłabia poważną wymowę całości. Rozumiem, albo tak mi się tylko wydaje, intencje autora. Może nie pozostaje nic innego, jak obśmiać ten konflikt, pokazać jego groteskowość? Co robicie? Stuknijcie się w głowy! O co się spieracie? Dlaczego od razu widzicie w sobie wroga? Przecież Hasan nie ma pojęcia o wojennej przeszłości Vuko, a i tak od razu widzi w nim szejtana (po bośniacku szatana). Jergović pokazuje dwie odmienne mentalności: otwartą, ufną amerykańską, która każe widzieć w obcym człowieku raczej dobrego niż złego i nie przypisywać mu z góry niecnych intencji, oraz bałkańską, która od razu zakłada, że określony wygląd, język i wiara czynią z człowieka kogoś z urodzenia złego. Nie trzeba dodawać, że ta druga postawa prowadzi i pogardzanego, i pogardzającego do zguby.

Najciekawsze są dla mnie w tej powieści wspomnienia, które snują obaj bohaterowie, wspomnienia sięgające ich bałkańskich czasów. Hasana: sielskie, melancholijne, poetyckie, wspomnienia dzieciństwa spędzonego w domu rodzinnym gdzieś w górskiej wsi, wspomnienia ukochanej neny (babci) Fadili. To świat, w którym zwyczajność, codzienność miesza się z tym, co niezwykłe, mistyczne, świat barwnych postaci. Może dzieciństwo i młodość spędzone w bośniackiej, górskiej wiosce spowodowały, iż mimo że Hasan nie wierzy już w Allaha, nadal wierzy w szejtana, który miesza ludziom w głowach, plącze ich losy. Wszystko dlatego, że stają przed nim głusi i ślepi, a nie dlatego, że jest wszechmocny. Wspomina także Vuko: swoje życie, które lubił, pracę kierowcy autobusu, którą sobie cenił. Nie ma już tamtego świata, bo trzeba było go zniszczyć, aby wyrównać sąsiedzkie nieporozumienia z zepsutymi, jak mówi, Bośniakami. Vuko wcale nie uważa się za nacjonalistę czy rasistę. Przecież nie chodziło o wiarę ani o narodowość, a o rozwiązanie sąsiedzkich nieporozumień z zepsutymi muzułmanami. Dlatego nie ma mowy o żadnym ludobójstwie, o jakie oskarżają Serbów cudzoziemcy.

"Jakie ludobójstwo, ludzie? Co za ludobójstwo, skoro nikt nikogo nie nienawidził? Czy Serbowie śpiewali piosenki o Eminie i o Almie, i o Fatimie? Śpiewali. I przed wojną, i podczas wojny, a na pewno śpiewają je po wojnie. A czy biali śpiewali piosenki o Murzynkach, kiedy trwało niewolnictwo? I czy Hitler śpiewał piosenki o pięknych Żydówkach? Nie. Oczywiście, że nie. O, i właśnie na tym według Vuka Szalipura polegała różnica między ludobójstwem i rozwiązywaniem nieporozumień."

Cóż, Vuko nadal niczego ze swojej przeszłości nie zrozumiał, do żadnej winy się nie przyznał, tym bardziej niczego nie żałował. Nadal jest przekonany, że racja jest po jego stronie. Ameryka nie leczy z nienawiści i kiedy nadarza się okazja, z człowieka wypełzają upiory, a raczej szejtan, jak powiedziałby Hasan.

"Puzzle" Natalii Smirnoff, ciekawe kino z Argentyny.

Kina obrodziły filmami, których bohaterkami są dojrzałe kobiety. Ostatnio pisałam o "Miss Kicki" i "Belgia, Moskwa", teraz obejrzałam argentyńskie "Puzzle" Natalii Smirnoff. I ten, podobnie jak tamte, jest dobry, ale nie wybitny. Film, który przyjemnie się ogląda, niepozbawiony ambicji, ma się więc poczucie, że to nie czas stracony. Ot, takie weekendowe kino, ale o czymś i na dobrym poziomie. Maria Del Carmen, główna bohaterka, kończy właśnie pięćdziesiąt lat. Jest gospodynią domową, ma sympatyczną rodzinę: dwóch dorosłych synów mieszkających jeszcze z rodzicami i męża. Jej świat kręci się tylko wokół nich. W przeciwieństwie do bohaterek wspomnianych przeze mnie filmów Maria jest kobietą zadbaną, elegancką i raczej ze stanu rzeczy zadowoloną. Nieoczekiwanie i dość przypadkowo trochę się w jej życiu zmieni, kiedy po swoich urodzinach wśród innych prezentów znajdzie paczkę tytułowych puzzli. Czy ciąg dalszy można przewidzieć? I tak, i nie. Na szczęście nie jest to kino spod znaku Hollywood (swoją drogą znakomicie potrafię sobie wyobrazić amerykańską wersję, brrr!). "Puzzle" to film nie tylko o dojrzałej kobiecie. To także portret rodziny. Jeśli szukać podobieństw, to można je znaleźć w kinie Mike'a Leigh, tyle że film argentyńskiej reżyserki jest lżejszy, no i jednak słabszy, co nie znaczy, że zły. Niewiele się tu dzieje, wszystko polega na obserwacji, kontemplacji detalu, nastrój podkreśla muzyka, ważny jest obraz, szczególnie kolor. Bohaterowie nie wykładają kawy na ławę, nie epatują swoimi uczuciami, widz więcej wyczyta z ich gestów i wyrazu twarzy niż słów. Być może niektórym ten film wyda się nudny właśnie dlatego, że jest takim zapisem dość zwyczajnej i monotonnej, w gruncie rzeczy, codzienności. Ja, po raz kolejny ostatnio, spędziłam w kinie przyjemne półtorej godziny. Polecam. Tych, którzy widzieli, zapraszam dalej.

Pierwsze sceny filmu to pięćdziesiąte urodziny Marii. Pełno gości ( w Ameryce Południowej urodziny to ważne święto, na którym gromadzi się cała rodzina łącznie z ciotkami, wujkami, kuzynami i innymi pociotkami). Właściwie nie widzimy gości, jeśli już to raczej ich nogi, kolana czy ręce. Słyszymy gwar, przelotne rozmowy. Kamera pokazuje kuchnię, talerze, potrawy, stoliki, podłogę, na którą spadnie rozbity półmisek. Tak uczestniczy w swoich urodzinach Maria, która mimo że jest jubilatką, jak to często bywa, pełni tu rolę raczej służącej. To z jej perspektywy oglądamy przyjęcie, a jej perspektywa jest właśnie taka. Właściwie dopiero kiedy zdmuchnie świeczki na torcie, zyskamy pewność, że to na pewno jej urodziny. Czy jest zła i nieszczęśliwa? Nie wygląda, najwyżej trochę zmęczona. Podobnie mija jej każdy dzień: nie pracuje, jest gospodynią domową, żeby nie powiedzieć kurą domową. Kiedy zacznie odwiedzać Roberto, aby wspólnie z nim przygotowywać się do turnieju, początkowo bliżej jej będzie do jego służącej niż do niego. Miałam wrażenie, że krępuje ją, kiedy jest obsługiwana przez kobietę, z którą w jakimś sensie dzieli los. Wystarczy spojrzeć, jak bardzo się ożywia, kiedy może podać jej przepis na ciasteczka, które upiekła i przyniosła!

Trudno powiedzieć, aby Maria była źle traktowana przez swoich domowników. Nic z tego. To sympatyczni ludzie, a nie toksyczne potwory! Mąż prawi jej komplementy, daje kwiatki, nawet kiedy zajęta przygotowaniami do turnieju zapomni o zakupach, usłyszy tylko delikatny wyrzut, a nie wykrzyczane w złości pretensje. Również seks, którego sceny przypominają stereotypowe wyobrażenia o typowym seksie małżeństwa z długoletnim stażem, nie sprawia jej przykrości. Nie wygląda na rozczarowaną. Zresztą seks z Roberto różni się tylko stopniem namiętności i tym, że zamiast piżamy i nocnej koszuli mają na sobie ubrania. Zmierzam do tego, że, o czym wspominałam we wstępie, Maria nie jest kobietą nieszczęśliwą. Może dlatego realizacja nieoczekiwanie uświadomionej pasji to nie bunt, nie gwałtowny przewrót, który wywraca jej życie do góry nogami, ale powolne odkrywanie przyjemności i dążenie do celu. Spotkania z Roberto trzyma w tajemnicy, ale mimo tego trenuje z nim regularnie. Nie od razu przyzna się, że bierze udział w turnieju, jakby chciała oswoić rodzinę stopniowo ze swoją nową pasją. Nigdy zresztą nie powie im całej prawdy, kluczy tak, iż można odnieść wrażenie, że to turniej indywidualny. Ta taktyka okazuje się skuteczna: nikt nie ma do niej pretensji o udział w zawodach, gdy zwycięży, wszyscy będą jej gratulowali, a kiedy poprosi, aby pomogli jej wygospodarować w domu niewielkie pomieszczenie, w którym będzie mogła oddawać się swojej pasji (Roberto ma wspaniały pokój z ogromnym, specjalnie skonstruowanym stołem), nikt jej nie wyśmieje, nie uzna za dziwaczkę. Mąż i synowie ochoczo rzucą się do wynoszenia gratów z pokoju, który dotąd służył jako magazyn niepotrzebnych, zapomnianych sprzętów. A ile będzie przy tym wspólnej zabawy i radości!

Sielanka? Jednak nie do końca. Maria zyskuje pasję, akceptację i szacunek rodziny, ale z czegoś rezygnuje: nie wykorzysta nagrody, nie pojedzie na turniej do Niemiec, nawet nie podejmie próby, jakby z góry wiedziała, co może osiągnąć, a czego nie. Sama wyznacza sobie granice. Ale czy chodzi tylko o turniej, czy może o budzące się uczucie do Roberto? Czy gdyby nie to, zdecydowałaby się walczyć o wyjazd do Niemiec? Niewykluczone, że nie napotkałaby jakiegoś wielkiego oporu. Być może Maria po prostu przewiduje, czym mogłyby się skończyć jej dalsze spotkania z Roberto. Wybiera rodzinę, męża, a nie namiętny, szalony romans, który nie wiadomo, co przyniesie. Jak często w życiu. Być może, tak jaki i widz, zdaje sobie sprawę, że niewiele wie o swoim partnerze do puzzli. Jest prawdopodobne, że, tak samo jak teraz z nią, kiedyś romansował z Carmen, z którą startował w poprzednich turniejach. Decyzja wydaje się być stanowcza i przemyślana, jak wszystko, co robi Maria, ale okupiona cierpieniem. Kiedy wraca z ostatniego spotkania, płacze. W ostatniej scenie filmu widzimy ją jednak, jak siedzi  zadowolona na trawie przed letnim domem należącym do rodziny. Pojechała, aby samodzielnie dopilnować sprzedaży działki, zastępując zajętego męża. Być może jeszcze niedawno nie zdobyłaby się na to. Straciła uczucie(?), przelotny romans(?), namiętność(?), zyskała samodzielność.

Ale puzzle dla Marii to nie tylko turniej, rywalizacja i spotkania z Roberto. To przede wszystkim zachwyt nad obrazkiem, który się układa, to wyraz piękna, tajemnicy, odkrycia innego, odległego świata: czy to będzie symbolizująca zamierzchłą przeszłość piękna Nefretete, czy Toskania, czy delfin. Może też dlatego zrezygnowała z dalszego udziału w turnieju, bo chce układać po swojemu, ciesząc się nie tylko zagadką, ale też urodą obrazu? Maria wkracza w świat puzzli, niczym bohaterka jakiejś baśni do tajemniczego pałacu pełnego skarbów. Wystarczy popatrzeć, jak przygląda się Nefretete, jak wchodzi do sklepu z puzzlami, jak z zachwytem i niemal nabożnie podziwia tysiące pudełek, które wyłaniają się w kolejnych salkach, jak wreszcie z rozkoszą i niezwykle delikatnie dotyka pojedynczych kartoników, jak je powoli waży w dłoniach, przesypuje między palcami. Nawet korony drzew, pod którymi przechodzi, przypominają puzzle. A wszystkiemu towarzyszy muzyka znakomicie podkreślająca tę baśniowość. Podobnie zresztą odkrywa należący do Roberto dom, który też w pewnym sensie przypomina piękny pałac.

I ostatnia sprawa, na którą chciałabym zwrócić uwagę. Wspomniałam we wstępie, że to nie tylko film o dojrzałej kobiecie, która odkrywa pasję i wybija się na rodzinną samodzielność, ale też obraz rodziny. Pisałam już tu trochę o tym, więc teraz jeszcze o jednym aspekcie tego rodzinnego portretu. Maria realizuje swoją pasję i postępuje po swojemu, a jednocześnie oburza się na młodszego syna, który chce spełnić  marzenia i wyruszyć na półroczną wędrówkę po Indiach. Chciałaby, aby postąpił jak większość: dokończył studia, a za pieniądze ze sprzedanej działki kupił mieszkanie. To ojciec, a nie ona, godzi się na jego plan. Ale ten sam ojciec nie rozumie starszego syna, który woli być urzędnikiem niż pracować w rodzinnym biznesie. Tak bywa: realizując siebie, jednocześnie odmawiamy prawa do samodzielnej drogi innym i to nie dlatego, że jesteśmy złośliwi, ale po prostu inaczej wyobrażamy sobie ich szczęście. Z miłości i troski zabieramy im prawo do błędów i realizacji siebie. Każdy powinien iść własną drogą, rodzina wcale na tym nie ucierpi, zdaje się mówić reżyserka. Każdy jest  indywidualnością, a my często nie potrafimy tego dostrzec. Maria układa puzzle, jej mąż ćwiczy tai chi, młodszy syn stał się wegetarianinem i pragnie pojechać do Indii, a starszy też chce iść swoją drogą.

Proszę, ile można odnaleźć w tym kameralnym, argentyńskim filmie! 

   

"Belgia, Moskwa". Kobieta po przejściach.

Jakiś recenzent określił ten belgijski film mianem komedii romantycznej. To gruba przesada. O ile mogę się jeszcze zgodzić z druga częścią, to na pewno nie z pierwszą. Tak jak w "Miss Kicki", o której pisałam ostatnio, mamy tu podobną bohaterkę: dojrzałą, niepiękną, a może raczej zaniedbaną, zmęczoną życiem matkę trójki dzieci, którą niedawno porzucił mąż. Już w pierwszej scenie, w dość niesprzyjających okolicznościach Matty, tak ma na imię, poznaje sporo młodszego Johnnego, kierowcę tira. Znajomość zaczyna się bardzo niefortunnie od karczemnej awantury i bogatego repertuaru złośliwości, których sobie wzajemnie nie szczędzą. Co będzie dalej, niby możemy przewidzieć, okazuje się jednak, że nie do końca. Film przynajmniej częściowo wymyka się schematom. Jest to raczej opowieść w tonie serio o kobiecie po przejściach i mężczyźnie z przeszłością, i śledząc ich losy, nie bez emocji, wcale nie jesteśmy pewni, jak ta historia się skończy. Sytuacja z różnych względów komplikuje się i wcale nie jest oczywiste, co zrobi Matty. Trzeba pamiętać, że to nie kino hollywoodzkie, ale europejskie, więc nic tu nie jest upiększone i ucukrowane. Matty ma zmarszczki, ubiera się bardzo przeciętnie, nie zasypia ani nie budzi się w pełnym, nieskazitelnym makijażu, mieszka w zwyczajnym mieszkaniu przeciętnie urządzonym, pracuje na poczcie. Miasto, w którym toczy się akcja, też jest raczej takie sobie, ot nic nadzwyczajnego. Przed nami na ekranie rozgrywa się zwyczajna historia, taka, jaka mogłaby przydarzyć się każdemu. Nie jest to kino wielkie, ale po prostu dobre, weekendowe, ale niegłupie. Z przyjemnością przyglądałam się poczynaniom sympatycznych bohaterów. Warto zobaczyć. A jeśli ktoś widział, może przeczytać ciąg dalszy tych rozważań.

Muszę przyznać, że wciągnęła mnie historia Matty, a raczej jej uczuciowy dylemat. Kogo wybrać: męża, którego jeszcze kocha, ale który odszedł do innej, czy świra, Johnnego, wielką niewiadomą.

Matty wciąż kocha niewiernego męża, z sentymentem wspomina wspólne życie, raczej dostrzega w przeszłości to, co miłe, więc nic dziwnego, że chciałaby, aby do niej wrócił. Niby stawia mu ultimatum, każe dokonać ostatecznego wyboru, ale termin podjęcia decyzji wciąż przesuwa. Werner, mimo że sympatyczny, mnie strasznie irytował. To wieczny chłopiec albo może facet przeżywający kryzys wieku średniego, jak mówi jego żona. Wyprowadził się do znacznie młodszej od siebie Gail, ale wciąż kokietuje Matty, czule zapewniając ją, że stale o niej myśli. Wydaje się, że chciałby zjeść ciastko i jednocześnie je mieć. Sytuacja jeszcze się komplikuje, kiedy dowiaduje się, że jego żona zaczęła się z kimś spotykać. Odtąd zachowuje się niczym pies ogrodnika, co to sam nie zje, ale innemu nie da. Robi się zazdrosny, miesza się w związek Matty, chcąc ją za wszelką cenę zniechęcić do Johnnego. Prowokuje i jego, szukając zwady, o co zresztą nietrudno. Trzeba przyznać, że cała trójka dość łatwo poddaje się emocjom. Werner niby to w końcu się decyduje i wraca do domu, ale chyba nadal utrzymuje kontakt z Gail, o czym mogą świadczyć smsy czy telefony, które wyraźnie go mieszają. Jeśli Matty zdecyduje się na niego, wcale nie będzie mogła mieć pewności, że wszystko się ułoży. Być może szybko znowu będzie zaniedbywaną żoną.

Nie mamy wątpliwości, że z ulgą przyjęłaby powrót marnotrawnego męża, gdyby w jej życiu nie pojawił się zwariowany, sympatyczny jedenaście lat młodszy Johnny. Początkowo Matty, nie od razu przyznając się przed sobą, ma ochotę tylko się z nim przespać. Chce się przynajmniej na jeden wieczór poczuć znowu pożądaną kobietą, a nie wzdychającą, zapomnianą przez niewiernego męża żoną. Z czasem jednak Johnny coraz bardziej ją pociąga. Stanowi przeciwieństwo Wernera. Jest tylko kierowcą tira, ale kocha to, co robi, zachwyca się Matty, nie przeszkadza mu różnica wieku ani to, że ma dzieci. Myślę jednak, że najbardziej kręci ją jego spontaniczność i świrowatość, także okoliczności: namiętne sam na sam w szoferce tira. To wszystko stanowi jakąś nowość w monotonnym życiu Matty, która może poczuć się znowu niczym w czasach minionej młodości. Obserwujemy, jak się zmienia, pięknieje. Ze zgorzkniałej, smutnej, szarej myszy staje się uśmiechniętą, zadowoloną, pewną siebie kobietą. Nie idzie wcale do fryzjera, kosmetyczki czy na zakupy, a jednak staranniej się ubiera i upina włosy. Okazuje się, że mimo wieku jest jeszcze całkiem ładna. I pewnie wszystko byłoby prostsze, gdyby nie kryminalna przeszłość Johnnego i jego skłonność do agresji. Stąd dylemat Matty: pójść za głosem serca i zaufać kochankowi czy wybrać małżeńską stabilizację i pozwolić wrócić mężowi. Niespodzianka, nowość, ale i niepewność kontra życie stare, przewidywalne, ale spokojne. W pewnym momencie jest już na tyle zmęczona emocjonalną huśtawką, że marzy tylko o spokoju u boku  dzieci, bez mężczyzn. Z całej trójki tylko Johnny wie, czego chce. Zależy mu na Matty, która nieoczekiwanie nadała sens jego samotnemu życiu, jakkolwiek banalnie by to nie brzmiało.

Bo taki jest  ten film: pokazuje sytuacje banalne, zwyczajne, ale bardzo prawdziwe. Rozterki bohaterów nie są wydumane, życie często się tak właśnie komplikuje i wcale niełatwo dokonać wyboru, który może zaważyć na dalszym życiu, a na pewno na najbliższej przyszłości. I nigdy nie będziemy wiedzieli, co utraciliśmy, odrzucając jedno na rzecz drugiego. Zawsze już będziemy zadawać sobie pytanie: co by było gdyby, nawet wtedy, kiedy wybór okaże się słuszny. Prawdziwe są również uczuciowe dylematy, niepewność własnych uczuć: czy kochamy kogoś, z kim łączy nas wspólna przeszłość i dobre wspomnienia, czy też tego nowego, który w naszym życiu się dopiero pojawił. Z zainteresowaniem śledziłam uczuciową burzę, która rozpętała się w życiu Matty. Kiedy ostatecznie porzuciła męża, odczułam satysfakcję. Kiedy wybrała Johnnego, ucieszyłam się, bo nie ukrywam, że to jemu kibicowałam. Cóż, i mnie uwiódł ten sympatyczny, bezpośredni, spontaniczny świr. I wyjątkowo nie przeszkadzało mi szczęśliwe zakończenie, tym bardziej, że jest wielce prawdopodobne, iż to szczęście tylko chwilowe, wszak Johnny bywa nieobliczalny. Kiedy jednak rozważam rzecz na chłodno, zdroworozsądkowo, myślę, że Matty powinna odprawić obu: i niewiernego męża, i gwałtownika Johnnego, a już na pewno nie wprowadzać go do swojego domu.

Na koniec chciałabym jeszcze wspomnieć o tym, co w tym filmie zwróciło jeszcze moją uwagę.

Niezwykle sympatyczna, przyjacielska, otwarta relacja między matką i najstarszą córką, siedemnastolatką. Niby się kłócą, niby mają do siebie pretensje, ale to tylko chwilowe. Szybko okazuje się, że świetnie potrafią ze sobą rozmawiać i wzajemnie się wspierają. Matka niczego nie ukrywa, niczego nie udaje, nie jest też do końca pobłażliwa, potrafi powiedzieć prawdę i wymagać. Zastanawiam się tylko, na ile powszechna jest w tamtym społeczeństwie taka reakcja jak Matty na wieść o tym, że córka jest lesbijką. Początkowo jest zaskoczona, ale szybko akceptuje ten fakt, właściwie nie przeżywa żadnych wstrząsów. Może też dlatego łatwiej się im porozumieć, bo obie w tym samym czasie dokonują niestandardowych wyborów: matka wiąże się z dużo młodszym facetem (oczywiście nikogo nie dziwi związek jej męża z dużo młodszą partnerką), a córka z dziewczyną.

Druga sprawa, która mnie przyjemnie zaskoczyła, to otwartość wszystkich bohaterów. Tu nikt niczego nie ukrywa, przed nikim, niczego nie udaje. Możliwe są spokojne kontakty Matty z prawie byłym mężem, możliwe są jego kontakty z dziećmi, możliwe jest spotkanie Wernera i Johnnego, co, jak wiemy, nie zawsze dobrze się kończy. I znowu zastanawiam się, na ile to powszechne w Belgii. Czy to raczej norma, czy wyjątek?

Nie ukrywam, że ten film odbierałam dość emocjonalnie: kibicując jednym, złoszcząc się na innych, wczuwając się w sytuację bohaterki. Mądry, przyjemny, sympatyczny film.

 

"Miss Kicki" Hakona Liu. Samotność w Taipei.

Lubię kino skandynawskie i azjatyckie. "Miss Kicki" to dwa w jednym: produkcja szwedzko-tajwańska wyreżyserowana przez norwesko-tajwańskiego reżysera Hakona Liu (matka Norweżka, ojciec Tajwańczyk; wychowywał się na Tajwanie, studiował w Oslo). Akcja filmu toczy się na Tajwanie, głównie w Taipei, gdzie przylatuje ze Szwecji tytułowa Kicki (to imię, które ona wymawia Kiki) razem ze swoim szesnastoletnim synem. Matka i syn w zasadzie się nie znają, bo od czwartego roku życia wychowywała go babcia (dlaczego, nie będę zdradzać). Podróż ma ich niby zbliżyć do siebie, ale zasadniczy powód tych egzotycznych wakacji jest inny. Nie mamy tu do czynienia z filmem wybitnym, raczej takim, który można, ale niekoniecznie trzeba, zobaczyć. Ja obejrzałam go z przyjemnością. To kino budowane na nastroju, nie na akcji. Krótkie, powierzchowne rozmowy, milczenie, gesty i mimika, najwięcej się dzieje między słowami, pozwolę sobie nawiązać do tytułu jednego z moich ulubionych filmów, który znakomicie oddaje ekranową rzeczywistość. Prawdziwą przyjemnością jest obserwowanie Kicki, w tej roli bergmanowska aktorka Pernilla August, i jej syna Wiktora. To film o samotności mocno dojrzałej, niepięknej, zapuszczonej kobiety i jej trudnych, bo właściwie żadnych, relacjach z subtelnym synem. A wszystko na tle szarego molocha, Taipei, którego obraz potęguje niewesoły nastrój. Jeśli ktoś lubi takie kino, polecam. A kto widział, może czytać dalej.

Esencją tego filmu są portrety bohaterów: Kicki, Wiktora i Didi, relacje pomiędzy nimi oraz powierzchowne rozmowy, small talk (to angielskie określenie bardzo dobrze oddaje istotę tego, co z ekranu słychać).

Kicki to mocno dojrzała, niezbyt piękna, raczej zniszczona (papierosy, alkohol), nie najszczuplejsza, fatalnie się ubierająca kobieta, która rozpaczliwie poszukuje miłości, a może po prostu bliskości. Dlatego wpada na raczej desperacki, niż szalony pomysł podróży do Taipei, gdzie mieszka bogaty biznesmen, pan Chang, z którym łączy ją internetowy romans. Owszem, pan Chang napomknął, że ją kiedyś zaprosi, ale ona postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i zrobić mu niespodziankę. Skąd się znają? Czy jest to tylko znajomość internetowa? Czy może spotkali się osobiście, kiedy ona pracowała w Stanach? Tego nie wiemy. Prawdopodobnie to kolejna próba zbudowania bliższej relacji z mężczyzną. Być może nigdy nie przeżyła prawdziwej, wielkiej, szczęśliwej miłości, jest sama, a właściwie należałoby napisać samotna. Wie, czego chce, ale kiedy przychodzi do realizacji planu, po prostu się boi. Każda kolejna próba onieśmiela ją coraz bardziej, czemu zresztą trudno się dziwić: spróbujmy postawić się w jej sytuacji. Patrząc na jej rozpaczliwe wysiłki, jednocześnie żałowałam jej i wstydziłam się za nią. Upokorzenie, jakiego dozna, będzie tym bardziej przykre, że spotka ją w obecności syna, który dopiero wtedy zrozumie, dlaczego matka zaproponowała mu tę egzotyczną podróż, a na miejscu zostawiła właściwie samego, pozwalając snuć się samotnie po Taipei. Onieśmielenie i skrępowanie to stan, jaki towarzyszy jej w tym azjatyckim mieście. Onieśmiela ją szklany, zimny biurowiec, w którym pracuje pan Chang, pełen grzecznych, uprzejmych, ale bezosobowych pracowników. Krępuje hotel, w jakim się zatrzymuje z Wiktorem. Może wstydzi się przed synem, że tylko na tyle ją stać. Nieustannie robi dobrą minę do złej gry, udając, że wszystko jest w porządku. Ale to nieprawda. Kicki jest tak rozpaczliwie samotna, tak desperacko poszukuje bliskości, że gotowa jest flirtować z każdym, kto okaże jej chociaż trochę zainteresowania, nieważne, że najprawdopodobniej jest to tylko uprzejmość wynikająca z roli. Ale porozumienie nie jest możliwe nie tylko ze względu na barierę językową, i Kicki, i właściciel hotelu słabo władają angielskim, ale przede wszystkim dlatego, że przecież niewiele mają sobie do powiedzenia. Rozmowy, jakie toczą, są zdawkowe i konwencjonalne.

Podobnie wyglądają jej relacje z synem. Pewnie go po swojemu kocha, ale po latach nie umie, a może nie chce nawiązać z nim prawdziwego porozumienia. Nie wiemy, dlaczego zostawiła go z babcią, jak często się widywali, dlaczego nie zamieszkała z nim po powrocie do Szwecji. Miałam wrażenie, że Wiktor z jednej strony przeszkadza jej, z drugiej Kicki nie bardzo wie, o czym miałaby z nim rozmawiać. Dlatego pozwala mu samotnie snuć się po tym ogromnym, szarym mieście. Kiedy ona w jakimś po chińsku kolorowym barze próbuje prowadzić powierzchowne rozmowy, on sam je coś w zimnym, bezosobowym MacDonaldzie (?). Dopiero tragedia zbliży matkę i syna. Ona uświadomi sobie, jak jest dla niej ważny, on zrozumie, że jednak mu na niej zależy. Ale i wtedy niewiele będą sobie mieli do powiedzenia. Jej wyjaśnienia i tłumaczenia będą nader powściągliwe. To zresztą moim zdaniem najsłabsza część filmu, najmniej prawdopodobna. Co prawda akcja nagle przyspiesza, ale ja niekoniecznie tego oczekuję. Poza tym takie łatwe i szybkie rozwiązanie problemu wydaje mi się mało prawdopodobne. Dziwi też, że kiedy niebezpieczeństwo zostaje szczęśliwie zażegnane, po wszystkich to, co się stało, spływa jak woda po gęsi.

Równie interesujący jest portret Wiktora. To robiący sympatyczne wrażenie chłopak, wrażliwy, grzeczny, nieśmiały, przynajmniej w kontaktach z matką. Przeżyje wielkie rozczarowanie, kiedy zrozumie prawdziwy cel jej wizyty w Taipei, i odtąd nie będzie potrafił ani chciał być z nią sam na sam. W luksusowym hotelu nad jeziorem, turystyczną atrakcją, będzie od niej za wszelką cenę uciekał. Ten wielki, elegancki hotel jeszcze bardziej obnaży samotność bohaterów. W podłym hoteliku w Taipei przynajmniej można było z kimś porozmawiać, tutaj otrzymuje się tylko  fachową, uprzejmą, ale bezosobową obsługę. Pewnie dlatego Kicki, początkowo zachwycona miejscem, po chwili, samotna w swoim luksusowym pokoju, ze złością obrywa płatki z kwiatka zdobiącego wnętrze.

Bardzo ciekawa jest relacja, jaka łączy Wiktora i Didiego. Początkowo Wiktor wyraźnie się go obawia, próbuje wywikłać się z tej znajomości, ale nie bardzo potrafi i ustępuje osaczającemu go Didiemu. Z czasem staną się sobie coraz bliżsi i to oni najwięcej się o sobie dowiedzą. Może dlatego, że znacznie lepiej znają angielski, a może są siebie po prostu ciekawi. Nie wiemy, czy intencje doświadczonego przez los Didiego są od początku czyste i bezinteresowne. Czy kieruje nim ciekawość i sympatia do nieśmiałego cudzoziemca? Czy też chciał go naciągnąć albo okraść, a z czasem polubił i porzucił ten zamiar? W każdym razie to, co dzieje się pomiędzy nimi potem, wydaje się szczere. Trudno też do końca być pewnym charakteru ich relacji: czy to więź przyjacielska czy homoseksualna, co sugerują niektóre sceny. A może sami do końca nie zdają sobie sprawy z tego, co ich połączyło,  dwóch smutnych, samotnych chłopaków. W zakończeniu filmu widzimy ich spacerujących razem o zachodzie słońca po hotelowym dachu na tle szarego nieba i neonu, podczas gdy samotna Kicki spogląda na Taipei i na nich. Ale może teraz ważniejsze jest to, że pogodziła się z synem i spróbuje odzyskać utracony czas?

Świat w tym filmie wcale nie jest piękny. Brzydkie, zaniedbane i bezosobowe jest szwedzkie mieszkanko Kicki, brzydki jest hotelik, w którym się zatrzymują, brzydkie jest szare, ogromne Taipei. Piękno okazuje się tylko konwencją albo iluzją. Kiedy pan Chang w pierwszej scenie filmu odsłania przed Kicki panoramę miasta, zapiera jej, i nam widzom, dech w piersiach, ale kiedy już znajdziemy się tam razem z nią i Wiktorem, okaże się, że naprawdę wszystko wygląda inaczej. Tylko morze wabi swoim pięknem. Iluzją jest też szczęście, które wydaje się na wyciągnięcie ręki, a w rzeczywistości trudno je osiągnąć. Nawet więź z synem nie wystarcza.

"Miss Kicki" przypomina trochę mój ulubiony film "Między słowami" Sofii Coppoli, tyle że ten pierwszy jest tylko dobry, a ten drugi znakomity. W obu następuje zderzenie kultur, w obu samotni bohaterowie próbują nawiązać ze sobą bliższą relację rzuceni gdzieś w obce, wielkie miasto, w obu nastrój budowany jest milczeniem, mimiką, gestami. Wszystkiego o Kicki dowiadujemy się, obserwując jej miny, zakłopotanie, uśmiechy, ukradkowe spojrzenia, rzucane mimochodem uwagi, sposób, w jaki pali papierosa czy nerwowo obciąga spódnicę. Podobnie jest z Wiktorem, tylko twarz Didiego pozostaje nieprzenikniona. Ten film byłby kolejną banalną opowieścią o samotności i trudzie porozumienia, gdyby nie składał się z tych drobnych obserwacji ludzkich zachowań, z tego, co między słowami. To właśnie dzięki temu jest interesujący.

Ala Al Aswani "Kair. Historia pewnej kamienicy"

Udało się. Zdobyłam "Kair. Historię pewnej kamienicy" Ala AL Aswaniego (Capricorn.Media Lazar 2008). Niedawno pisałam tu o "Chicago", drugiej powieści tego egipskiego pisarza. O obu dowiedziałam się z tej samej audycji radiowej i natychmiast zapragnęłam przeczytać. Ta druga jest dostępna bez problemu, pierwsza nie, bo wydana została kilka lat temu w dodatku przez jakieś niszowe wydawnictwo. No ale udało się i przeczytałam w ciągu kilku dni. Ta powieść jest trochę jak przewodnik: w przystępny i atrakcyjny sposób przedstawia sytuację współczesnego Egiptu (no może niezupełnie współczesnego, bo akcja toczy się w czasie wojny o Kuwejt), ale, jak to w przewodniku, czytelnik dostaje wiadomości naskórkowe. Żeby dowiedzieć się więcej, pełniej, trzeba by sięgnąć po poważniejsze prace. Gdybym jednak przeczytała ją przed rozruchami w Egipcie, na pewno nie byłabym zdziwiona z powodu tego, co tam się wydarzyło.

To pierwsza powieść Al Aswaniego i kiedy przeczyta się obie, widać, że pisarz się rozwija. Stosuje podobną technikę pisarską, podobne zabiegi, ale portrety bohaterów w "Chicago" są zdecydowanie bogatsze i może dzięki temu opowiadane historie robią o wiele większe wrażenie. W jego amerykańskiej powieści czuć smutek, melancholię i, pozwolę sobie na górnolotność, ból istnienia. "Kair", mimo że przedstawia losy bohaterów równie tragiczne oraz ich ciężkie, z różnych względów, życie, nie pozostawia takiego wrażenia, nie wprowadza czytelnika w zadumę, nie porusza na poziomie emocjonalnym, jeśli już to raczej na intelektualnym. Wiem, że muszę im współczuć, pochylić się nad bezwyjściowością ich egzystencji. Warto jednak na pewno sięgnąć po tę powieść choćby tylko ze względów poznawczych. "Chicago" to portrety egipskich emigrantów mieszkających w Stanach, akcja książki, o której piszę tym razem, toczy się w tytułowym Kairze, poznajemy więc ten kraj bezpośrednio, od środka.

Autor zastosował w tej powieści podobny zabieg: bohaterami są mieszkańcy tytułowej kamienicy, zwanej, od nazwiska jej pierwszego właściciela, kamienicą Jakobiana. Budynek znajduje się w samym centrum Kairu przy ulicy Sulejmana Paszy niedaleko słynnego placu Tahrir. Kto zna Kair, być może się zdziwi, bo takiej ulicy na planie miasta nie znajdzie. Nic dziwnego, w roku 1954 przemianowano ją na Talaat Harb, ale większość mieszkańców nadal posługuje się starą nazwą. Budynkowi, jak całemu przypominającemu europejskie metropolie centrum, daleko do dawnej świetności. Za tą świetnością i za minionymi europejskimi czasami, tymi sprzed rewolucji Nasera, tęsknią niektórzy bohaterowie. Szczególnie starzejący się playboy, miłośnik kobiet, wykształcony w Europie inżynier Zaki ad-Dassuki. Zawsze elegancki, szarmancki wobec swoich licznych kochanek, dziś raczej przygodnych, skonfliktowany z siostrą, która chce przejąć jego nie tak znów wielki majątek. W gruncie rzeczy zdaje sobie sprawę, że prowadząc taką lekką, niezobowiązującą egzystencję, przegrał życie. Na starość uświadamia sobie powierzchowność swoich licznych związków, pustkę i samotność. Zeuropeizowany jest też dziennikarz Hatim (jego matka była Francuzką), homoseksualista rozpaczliwie poszukujący stałego partnera. Tęskni nie tyle za uczuciem, ile za stabilizacją. Ma dość upokorzeń związanych z poszukiwaniem kochanka na jedną noc. Ciekawy jesteś, czytelniku tej notki, jak traktuje się gejów w społeczeństwie muzułmańskim (właściwie egipskim, bo każdy kraj muzułmański jest jednak inny)? Otóż i mieszkańcy kamienicy, i pracownicy gazety wiedzą o jego homoseksualizmie i tylko czasem spotykają go z tego powodu drobne złośliwości. Oczywiście Hatim nie obnosi się ze swoimi skłonnościami, ale też ich nie ukrywa. Zaki i Hatim to dobrze sytuowani mieszkańcy pięter kamienicy Jakobiana, ale poznajemy też kilku takich, którzy mieszkają na dachu w blaszanych domkach, a właściwie klitkach, które w czasach świetności pełniły taką funkcję jak nasze piwnice. Dziś żyją tu ubogie rodziny, często są to przybysze ze wsi, a to nędzne lokum jest i tak obiektem zazdrości tych, którym powiodło się jeszcze gorzej. Mieszkańcy dachu stanowią swoistą społeczność: świetnie się znają, wszystko o sobie wiedzą, wspierają, ale i kłócą. Histeryczne, gwałtowne, barwne awantury, które niejednokrotnie kończą się sprowadzeniem przez jednego z uczestników konfliktu skorumpowanych policjantów, są dla europejskiego czytelnika ciekawe przez swoją egzotyczność. Gwałtowność temperamentów to nie tylko cecha ubogich. Podobnie przebiegają kłótnie pomiędzy Zakim a jego wyjątkowo zawziętą i złośliwą siostrą. Ale wróćmy na dach. Któż tam mieszka? Syn stróża, Taha, ambitny, pracowity i zdolny, marzący o dostaniu się do Akademii Policyjnej, co ma pozwolić mu wyrwać się do lepszego świata (ta historia jest najbardziej przewidywalna i stereotypowa). Piękna Busejna, jego ukochana, która musi pracować, aby pomóc owdowiałej matce utrzymać młodsze rodzeństwo. Co złego w pracy? Ano nic, jeśli ceną za jej posiadanie nie jest seksualny wyzysk stosowany przez pracodawcę. Barwną postacią jest Malak, który przebojem zajmuje zwolnioną komórkę. Gotów na każde drobne i większe łajdactwo, świństwo czy oszustwo, byle tylko osiągnąć cel: stałą poprawę swego statusu, stałe powiększanie  majątku. Jest nienasycony w swych pragnieniach. To taki typ, który wyrzucony drzwiami wejdzie oknem i w końcu swoje osiągnie.

Ta galeria postaci, a nie wymieniłam wszystkich, to przekrój egipskiego społeczeństwa. Co szczególnie zwraca uwagę w diagnozie, którą stawia Al Aswani?

Po pierwsze los kobiety całkowicie uzależnionej od zachcianek mężczyzny i jeśli chce do czegoś dojść, a tym czymś w wypadku bohaterek powieści jest po prostu utrzymanie się na powierzchni, musi pogodzić się z seksualnym wyzyskiem i zaakceptować to, że tylko świadcząc drobne usługi seksualne, na przykład swojemu pracodawcy, może coś osiągnąć. Czym różni się druga (czytaj równoległa, na jaką pozwala islam, ale nie pozwala państwo), utrzymywana w ścisłej tajemnicy żona bogatego biznesmena i początkującego polityka Azzama od kochanki, a właściwie utrzymanki? Naprawdę niczym. Na ile taki obraz sytuacji egipskich kobiet jest prawdziwy, a może raczej należałoby zapytać: powszechny? Na pewno są w tym społeczeństwie kobiety wykształcone i samodzielne, ale o nich Al Aswani nie pisze.

Po drugie wszechogarniająca korupcja. Łapówki i haracze, drobne i ogromne, są tu na porządku dziennym. Trzeba je dać, aby zdobyć wolną komórkę na dachu, aby dostać się do Zgromadzenia Narodowego, aby być dobrze traktowanym w szpitalu, aby zostać studentem Akademii Policyjnej. Wydaje się, że bez pieniędzy niczego w tym świecie zdobyć nie można. Na pewno żyje się łatwiej, kiedy jest się dobrze urodzonym, ale to nie rozwiązuje wszystkiego. Lepiej być dzieckiem wysokiego urzędnika państwowego czy bogatego biznesmena niż synem stróża, ale  dopiero pieniądze otwierają wszystkie drzwi.

Po trzecie samowola, skorumpowanie i brutalność policji i służb specjalnych. To swoiste państwo w państwie. Zwykli policjanci mogą uprzykrzyć życie swoją służbistością czy lekko poturbować zatrzymanego. Wszystko jest tak naprawdę kwestią pieniędzy i układów: ten wygra, kto zapłaci więcej albo zna kogoś bardziej wpływowego. Dlatego pewnie policja jest z taką łatwością  wykorzystywana w rodzinnych czy sąsiędzkich sporach. Po prostu wystarczy zapłacić, aby brat czy sąsiad zostali zatrzymani czy choćby postraszeni. Ale prawdziwie niebezpieczne są służby specjalne, które inwigilują społeczeństwo i brutalnie, stosujac najwymyślniejsze tortury, rozprawiają się z protestujacymi studentami czy każdym czynnym przeciwnikiem państwa. Opisy tortur, jakim w więzieniu poddawany jest jeden z bohaterów powieści, są naprawdę przerażające.

Po trzecie stosunek do religii. Wielu bohaterów ma Boga na ustach, ale wydaje się, że są to tylko utarte formułki, które niewiele znaczą. Tak naprawdę żyją, jakby Bóg nie istniał. Nawet niektórzy duchowni są gotowi znaleźć w Koranie uzasadnienie dla każdego działania: czy jest to zmuszenie kobiety do aborcji, czy  udział Egiptu w wojnie o Kuwejt u boku Amerykanów. Inni bohaterowie są po prostu niereligijni. Żadna z głównych bohaterek powieści nie nosi chusty. Nie religia jest tu opresyjna, ale państwo, które toleruje korupcję (a może nawet jej sprzyja) oraz przemoc służb specjalnych, i ludzie. Ciśnie się na usta przysłowie: człowiek człowiekowi wilkiem. Tak jest w tej powieści. Ale gdzieś z boku, pod powierzchnią istnieje  grupa radykalnych muzułmanów, którzy gromadzą wokół siebie młodych, niezadowolonych, pozbawionych perspektyw ludzi z niższych warstw społecznych i szkolą ich w tajnych obozach. Stają się muzułmańskimi męczennikami gotowymi zginąć w walce z niewiernymi.

Cóż, niewesoły to obraz Egiptu, kraju zżeranego przez korupcję, kraju, gdzie trudno o pracę, gdzie wyrwać się z nizin społecznych można jedynie dzięki cwaniactwu i oszustwom, a nie dzięki ciężkiej pracy i ambicji. Kraju, w którym służby specjalne są wszechwładne, gdzie kobieta jest obiektem seksualnego wyzysku. Nic dziwnego, że jedna z bohaterek, młoda dziewczyna Busejna, nienawidzi Egiptu i jej największym marzeniem jest wyjazd gdziekolwiek (no może nie gdziekolwiek). Patriotą okazuje się stary Zaki, ale może dlatego, że pamięta inny, dawny Egipt, za którym tęskni, Egipt sprzed czasów Nasera. Tamten kraj też przecież nie był idealny, ale może lepszy od tego, który jest teraz? Jednak tego, ja, laik, na pewno nie rozstrzygnę.

Siegfried Lenz "Lekcja niemieckiego". Nieoczekiwane odkrycie.

Nie wiem, czy powinnam się wstydzić, ale do niedawna nie miałam pojęcia o

niemieckim pisarzu Siegfridzie Lenzu. I pewnie  tak by pozostało, gdyby nie przypadkowa rozmowa z przyjaciółmi, od których usłyszałam o jego książkach: "Lekcja niemieckiego" i "Muzeum ziemi ojczystej". Nie muszę chyba dodawać, że należą do grona ich ulubionych powieści. To, co powiedzieli, było na tyle zachęcające, że natychmiast postanowiłam przeczytać przynajmniej jedną. Padło na "Lekcję niemieckiego" (Czytelnik 1971),  pożyczyłam i pochłonęłam jednym tchem! Teraz już wiem, że za jakiś czas sięgnę po "Muzeum ziemi ojczystej", a w księgarniach poszukam "Biura rzeczy znalezionych", które wydał stosunkowo niedawno, bo w 2004 roku, też Czytelnik w serii Nike. Teraz przypominam sobie jak przez mgłę, że o tej ostatniej coś słyszałam, zapewne wtedy, kiedy się ukazała. A Siegfrid Lenz? Niewiele udało mi się o nim dowiedzieć. Urodził się w 1926 roku w Ełku (Akcja "Muzeum..." toczy się na Mazurach), po wojnie studiował w Hamburgu i od dawna zajmuje się tylko pisaniem (powieści,opowiadania i dramaty). Wymienia się go obok Grassa i Bolla. W Polsce wyszło zaledwie kilka jego książek. Tyle. A teraz do rzeczy, czyli do "Lekcji niemieckiego".

Akcja tej powieści toczy się na dwóch planach czasowych: w 1954 roku i w latach wojny oraz tuż powojennych. Bohaterem, jednocześnie narratorem, jest dwudziestojednoletni Siegfrid Jepsen, zwany Siggi, który odsiaduje trzyletni wyrok w ośrodku dla trudnej młodzieży znajdującym się na wyspie w dorzeczu Łaby. Ośrodek ten szczyci się nowoczesnymi metodami resocjalizacji. Jeśli po przeczytaniu tych słów, czytelniku tej notki, zniechęciłeś się, gdyż nie jesteś miłośnikiem literatury więziennej o trudnej młodzieży (też nie jestem), to spieszę donieść, że niesłusznie, bo to wbrew pozorom nie taka książka. Być może trochę zmienisz zdanie, jeśli napiszę, iż Siggiego skazano za kradzież obrazów namalowanych przez malarza Maksa Ludwika Nansena. Być może spojrzysz przychylniejszym okiem na "Lekcję niemieckiego", kiedy dodam, że Siggi tak naprawdę nie kradł obrazów, on je ukrywał, aby chronić! Być może stwierdzisz, że warto czytać dalej, jeśli napiszę, że trzon tej powieści stanowią wspomnienia Siggiego z czasów dzieciństwa, które spędził w nadmorskiej wiosce Rigbill w Szlezwiku - Holsztynie (najbardziej wysunięty na północ niemiecki land graniczący z Danią).

Epicka, zmysłowa narracja wspaniale malująca nadmorski krajobraz, codzienne życie mieszkańców tych okolic, barwne postacie, świat uczuć i wyobraźni głównego bohatera to jedna z zalet tej książki. W zasadzie nie ma tu dialogów zapisywanych tradycyjnie, rozmowy toczone między bohaterami wplecione są w mięsistą narrację. Niektóre rozdziały to tylko opisy miejsc i sytuacji. Znakomicie czyta się na przykład opowieść o tym, jak Siggi i jego starsza siostra Hilka wybrali się na wydmy podbierać jajka mewom. Wędrujemy wraz z nimi nadmorską groblą, słyszymy szum morza, krzyki mew, czujemy chłód wody, po której brodzą, i ból zadawany przez dzioby oszalałych ptaków broniących wysiadywanych jajek. Innym razem uczestniczymy w sześćdziesiątych urodzinach jednego z bohaterów. Czujemy smak podawanych ciast, szum wiatru w ogrodzie, słyszymy muzykę wygrywaną na harmonii, porywa nas wartki korowód tancerzy. Osobna przyjemność to zaglądanie do domu i pracowni malarza Maksa Nansena widzianej oczyma kilkunastoletniego Siggiego albo do jego kryjówki w starym, nieczynnym wiatraku, gdzie zaczyna się jego pasja i obsesja gromadzenia, aby ocalić. Nawet wizyta w rodzinnym domu narratora dostarcza wielu doznań. Zapach posiłków, pasty do butów, dźwięk dzwonka telefonu w gabinecie ojca, miejscowego policjanta, brzęk naczyń, pukanie do drzwi, kroki na schodach, skrzypienie starych podłóg. Świat, jakiego zapewne już nie ma. Poświęcam tyle miejsca opisom, bo ich zmysłowość, senualność to niezwykła wartość tej powieści. Ale oprócz tak dokładnego odmalowania świata, w którym żyje narrator, toczy się tu dość wartka akcja, której oś stanowi konflikt pomiędzy ojcem Siggiego, policjantem, a Maksem Nansenem, malarzem. Konflikt spowodowany przez czasy, w jakich przyszło im żyć, i przez niezwykłą obowiązkowość posterunkowego Jensa Jepsena. Wokół tych wydarzeń buduje autor moralne dylematy, jakim muszą stawić czoła bohaterowie.

Jens i starszy od niego Maks znają się od lat, żyją w tej samej nadmorskiej miejscowości, łączy ich rodzaj sąsiedzkiej przyjaźni, jak wszystkich w tej małej społeczności. Przed wielu laty Maks ocalił Jensowi życie, wyciągnął go z kanału, w którym się topił. Mimo tego posterunkowy Jepsen nie waha się wykonać rozkaz swoich przełożonych: ma przekazać malarzowi zakaz malowania wydany przez hitlerowskie władze i dopilnować jego wykonania. Uczestniczy też w konfiskacie obrazów. Spełnia swoje obowiązki z coraz większą pasją, coraz większy mur niezrozumienia wyrasta pomiędzy dawnymi przyjaciółmi. Nawet kiedy wojna się skończy, policjant, który po krótkim pobycie w obozie jenieckim, wróci na swoje stanowisko, będzie obsesyjnie tropił malarza i dybał na jego obrazy. Przynajmniej tak sądzi Siggi, jego syn, dlatego między innymi próbuje je chronić, czyli po prostu zabierać i ukrywać.

Siggi, wrażliwy chłopiec, samotnik, wychowujący się przede wszystkim wśród dorosłych, wnikliwie obserwujący świat wokół siebie, jest zafascynowany malarzem i jego twórczością. Jak już wspominałam, spędza godziny w jego domu i pracowni, obserwując, jak maluje, i słuchając rozmów o sztuce toczonych z wyimaginowanym Baltazarem. Chłopiec jest w potrzasku, bo ojciec próbuje uczynić z niego swojego szpiega: ma donosić, czy malarz rzeczywiście przestrzega zakazu. Konflikt pomiędzy surowymi rodzicami, szczególnie ojcem, obowiązkowym wyznawcą panującego w Niemczech porządku, a ich dziećmi Siggim, Hilką, która już po wojnie pozuje Nansenowi do jednego z obrazów, i Kaasem, który nie chce służyć w wojsku i dlatego okalecza się a potem wielokrotnie ucieka, stanowi istotny problem tej powieści. Gertruda i Jens uważają, że ich dzieci okryły się hańbą, szczególnie Kaas, dlatego ojciec nie zawaha się go zadenuncjować (spełnia przecież swój obowiązek), a po latach wyrzuci z domu. Hilka i Siggi świadomi, że rodziców wymienić nie można, chociaż najchętniej tak by zrobili, marzą o tym, aby wyjechać, odciąć się od domu rodzinnego. Ale jak się okazuje, nawet jeśli się to uda, to i tak nie można zapomnieć. Paradoksalnie więc pobyt w ośrodku dla trudnej młodzieży jest dla Siggiego wybawieniem. Dokąd ma pójść, kiedy znowu będzie wolny? To pytanie sobie zadaje.

Mimo że znaczna część akcji tej powieści toczy się w latach wojny, to jej okropności w zasadzie omijają ten nadmorski zakątek. Do Siggiego docierają tylko echa wojennych zdarzeń. Wieczorem obowiązuje zaciemnienie, czasem przelatują brytyjskie samoloty, mówi się o zestrzelonych spadochroniarzach, mąż sąsiadki tkwi gdzieś pod oblężonym Leningradem. Nie ma wystrzałów, frontu, łapanek, tortur, kwestii żydowskiej. A  zakończenie wojny opisane jest wręcz groteskowo. Ale mimo że prawie nieobecna wojna powoduje moralne konflikty, rozpad więzi rodzinnych i przyjacielskich, upadek, ale i niezłomność. Jest probierzem: teraz widać, kto jest cichym bohaterem, a kto w imię obowiązku poświęci syna i przyjaciela. Nie dzieje się nic nadzwyczajnego, wszystko jest takie banalne, małe, ale w tej codzienności rozgrywają się dramaty, wprawdzie nie o wymiarze historycznym, lecz ludzkim, zwyczajnym. Ta powieść pokazuje, jak możliwe jest zło, jak się rodzi z poczucia obowiązku, ze ślepego wykonywania rozkazów, z bezmyślności. Jens nie widzi nic zdrożnego w tym, co robi. Gdyby znalazł się w innym miejscu, bez mrugnięcia powieką spełniałby inne obowiązki: torturował, rozstrzeliwał, nadzorował transporty jadące do Auschwitz, wpychał Żydów do komór gazowych. Tutaj tylko pilnuje zakazu malowania, konfiskuje obrazy i ściga własnego syna.

Mimo urody zrekonstruowanego świata to powieść gorzka. Pokolenie rodziców odpowiedzialne za faszyzm i wojnę, po krótkiej kwarantannie wraca do swoich obowiązków, a pokolenie ich dzieci skrzywione przez wojenne dzieciństwo trafia do ośrodków dla trudnej młodzieży, jak Siggi czy jego kolega z pokoju, Kurt, specjalizujący się w aktach przemocy. Z drugiej jednak strony to powieść mądrze optymistyczna. Taka jest lekcja, jakiej udziela zrozpaczonemu Siggiemu malarz Nansen. Niczego nie tracimy bezpowrotnie, bo to, czego dokonaliśmy, co zgromadziliśmy, nawet utracone, pozostawia w nas jakiś ślad.  Cóż, w życiu od czasu do czasu coś tracimy i nie pozostaje nam nic innego, jak pogodzić się z tym. Zawsze możemy zacząć od nowa. Jak malarz, który zdaje się ze stoickim spokojem przyjmować wyroki losu i dalej robi swoje.

Warto zadać sobie trud i poszukać "Lekcji niemieckiego", a potem zanurzyć się w świecie wykreowanym przez Siegfrida Lenza. Namawiam!



"Erratum" Marka Lechkiego. Zobaczcie koniecznie!

Obejrzałam właśnie "Erratum" Marka Lechkiego okrzyknięte przez niektórych krytyków najlepszym filmem zeszłorocznego festiwalu w Gdyni (otrzymał nagrodę za debiut).Czy jest lepszy od "Matki Teresy od kotów" i "Chrztu"? Trudno mi rozsądzić. Sztuka to nie sport, nie da się zmierzyć czy zważyć. Na pewno trzeba koniecznie zobaczyć wszystkie trzy (jeśli ktoś tamtych dwóch jeszcze nie widział, wszak miały swoją premierę jesienią). "Erratum" nie opowiada o tak dramatycznych zdarzeniach jak tamte filmy i dlatego, mimo raczej powolnej, melancholijnej narracji, może spodobać się liczniejszej widowni. To historia trzydziestokilkuletniego Michała Bogusza (znakomicie granego przez Tomasza Kota), który przez splot okoliczności zmuszony jest spędzić kilka dni w swojej rodzinnej miejscowości. Przed laty właściwie uciekł stąd od ojca. Wyjechał, aby spełnić marzenia. Teraz chcąc nie chcąc, wraca do swojej młodości. Musi stawić czoło ojcu i dawnemu przyjacielowi. Ale nie tylko. To taki film, w którym akcja jest niespieszna, kamera przygląda się bohaterom, zatrzymuje się na ich twarzach, chwyta ulotne chwile, codzienność. To, co mogłoby być dramatyczne, jest po prostu zwyczajne. Potencjalna tragedia rozmywa się. Dlaczego? Tego zdradzić nie mogę. Sporo tutaj ładnych filmowych metafor, kilka magicznych scen. Także dlatego miałam naprawdę dużą przyjemność z oglądania "Erratum". Zachęcam. A dla tych, którzy już widzieli, jest jak zwykle ciąg dalszy.

Szłam z dużymi nadziejami, ale kiedy oglądałam początkowe sceny, trochę się najeżyłam. Pomyślałam, że znowu zapowiada się wysoce artystyczny film, nad którym rozpływają się krytycy, a zwykły widz czuje się nabity w butelkę. Kto widział na przykład "Palimpsest" Niewolskiego czy "Dotknij mnie" duetu Jadowska i Stankiewicz, ten wie, o czym mówię. Przerost formy nad treścią. A ponieważ ostatnio dałam się wpuścić aż dwukrotnie w takie filmowe maliny, tym bardziej byłam zła. O nie, znowu, już  chciałam zakrzyknąć (w duchu), kiedy niedobre wrażenie na szczęście prysnęło. "Erratum" okazało się prostą historią, niespiesznie opowiedzianą, ale bardzo ludzką, prawdziwą i niewydumaną, a przy tym zachwycającą filmową kuchnią.

Zacznę od powrotu do przeszłości, który zmusza Michała Bogusza do zrobienia życiowego bilansu. Wcale jednak nie jestem pewna, czy to najważniejszy wątek tego filmu, ale o tym za chwilę. Michał jest skłócony z ojcem. W chwili złości, nie mogąc przebić się przez jego milczenie, obojętność czy wrogość, wykrzyczy, że  wyjazd z rodzinnego miasta to nie tylko chęć spełnienia muzycznych marzeń, ale przede wszystkim ucieczka od niego. Dlatego, kiedy powinęła mu się noga i nie dostał się na Akademię Muzyczną, wybrał gównianą, jak mówi, trzyletnią rachunkowość, byle tylko zaczepić się z dala od domu, byle nie wracać. Dlaczego? Tego się nie dowiemy. Ale prawdopodobnie nie było to nic wielkiego, ot, zwykły konflikt, niechęć do rodzinnego domu. A może w grę wchodził stosunek ojca do matki? Michał nie bardzo ma ochotę spotkać się z ojcem, ale dwukrotnie odwiedza grób matki. Może to jest trop? Jak długo nie był w domu? Nie wiemy. W każdym razie jest zawzięty, nie chce wyciągnąć ręki do zgody i kategorycznie odrzuca propozycję żony, aby zaprosić dziadka na zbliżającą się komunię wnuka. Czy milczenie ojca to tylko, jak przed chwilą napisałam, obojętność i wrogość? A może pretensje o wybór drogi życiowej? A może także żal o to, że zostawił go samego, że się nim nie interesuje, nie pomaga (gdzieś mimochodem dowiadujemy się, że długo chorował; widzimy, że porusza sie o kulach)? Ojciec spędza całe dnie przed telewizorem w zaniedbanym, wymagającym remontu mieszkaniu. Tu kolejne pytanie: dlaczego nie remontuje? Nie stać go? Nie ma sił? Czy mu po prostu nie zależy i dlatego nie zwraca uwagi na bylejakość swojego życia? Przecież w pewnym momencie mówi do syna, który walczy z zatkanym odpływem wanny, że następnego dnia wezwie fachowców. Więc może o to chodzi? Może Michał uciekł od tej bylejakości, od marazmu?

Co osiągnął? Nie spełnił swoich marzeń, nie został muzykiem. Pracuje w biurze rachunkowym, mieszka w zwyczajnym, dość zgrzebnym mieszkaniu, jego stosunki z żoną nie wydają się zbyt serdeczne. Elegancka marynarka, krawat to tylko pozory, wypasiona bryka, którą jeździ po swoim rodzinnym mieście, jest samochodem szefa. Od pierwszych scen filmu widz zdaje sobie sprawę, że ogląda człowieka rozczarowanego, zmęczonego, niezadowolonego ze swojego życia. Inaczej rzecz ma się ze Zbyszkiem, przyjacielem z lat młodości, z którym przyjdzie się Michałowi skonfrontować w rodzinnym mieście. Ich pierwsze spotkanie myli. Michał zbywa Zbyszka jak pierwszego lepszego kumpla z klasy czy z podwórka. To on, w marynarce, w krawacie i w eleganckim samochodzie, może wydawać się królem życia na tle kolegi w drelichowej kurtce, idącego piechotą. Jest jednak odwrotnie: to Zbyszek spełnił swoje marzenia, pozostal wierny ideałom młodości. Przede wszystkim nadal gra w zespole założonym niegdyś przez Michała, koncertuje, żyje na luzie, imając się dorywczych prac, co nie wydaje się przeszkadzać jego uśmiechniętej żonie. Ma mieszkanie, które remontował przez trzy lata, ale jest zadowolony. Teraz już rozumiemy, dlaczego Michał z taką niechęcią i pozornym lekceważeniem odniósł się do zaproszenia na koncert zespołu. Idąc tam, musiałby się zmierzyć z własnym rozczarowaniem, zazdrością i niewygodną prawdą, że wyjeżdżając, zdradził przyjaciela. Okazuje się, że ucieczka niekoniecznie musi byc lepsza. Marzenia można spełniać gdziekolwiek, jeśli tylko się chce, jeśli tylko pozostanie się wiernym sobie i nie pójdzie z życiem na kompromisy.

Michał, zmuszony przez okoliczności, pozostanie w swoim mieście kilka dni, co każe mu skonfrontować się ze swoimi marzeniami, zastanowić nad sobą, swoimi relacjami z ojcem i przyjacielem. Musi dokonać życiowego bilansu, posprzątać w swoim życiu. I tu chciałabym się na chwilę zatrzymać nad filmową kuchnią, nad kilkoma metaforami, które tak ładnie zagrały w tym filmie. Po pierwsze otwarta, zepsuta skrzynka na listy. Kiedy niedługo po przyjeździe przechodzi obok niej, zmierzając do mieszkania ojca, po prostu odnotowuje z niechęcią to, że nie da się jej zamknąć. Potem, po kilku dniach, pochyla się nad nią i zamyka. Porządkuje, bo uporządkował swoje życie. Piękna jest ostatnia scena: puka do drzwi mieszkania ojca, jakby używał jakiegoś szyfru, może z dzieciństwa, ale tym razem nie odpowie mu wroga cisza. Ojciec odpowie pukaniem, uśmiechnie się łobuzersko. Grzechy są ci odpuszczone, zdaje się mówić. Obaj znajdują się po przeciwnej stronie drzwi, które nieodparcie kojarzą się z konfesjonałem. Kolejna piękna scena: Zbyszek, policjant, leśniczy i Michał stoją przed drewnianą, płonącą wieżą, miejscem ważnym dla obu przyjaciół. To tu w młodości przychodzili pogadać, może palić pierwsze papierosy. To stąd przepędzał ich groteskowy leśniczy, który niewiele zmienił się od tamtego czasu. Teraz ma komórkę, przez którą może wezwać policję czy straż. To tu przychodzą teraz pogadać, zastanowić się, pomilczeć. To tu odradza się ich przyjaźń. I kiedy policjant każe im wsiąść do samochodu, Michał prosi o chwilę, aby mogli jeszcze popatrzeć na płonącą wieżę. I stoją tak we czterech zafascynowani tym widokiem. Ileż poezji jest w tej scenie (wybacz, drogi czytelniku tej notki, egzaltację, ale innych słów tutaj nie znajduję). Kolejna metafora: właściciel warsztatu. To on, niczym demiurg, sprawia, że Michał musi pozostać w mieście kilka dni. Każe mu czekać na zderzak. Dajmy mu się  wykazać, powie o spóźniającym się dostawcy, kiedy zniecierpliwiony Michał chce szukać zderzaka  w sklepach. Jakby  dawał mu czas i szansę na pogodzenie się z ojcem, o którym stale wspomina. Jakby rzucanymi w pozornie zwyczajnej rozmowie uwagami, pragnął go zmusić do refleksji nad życiem. I tak się dzieje. Michał dokonuje życiowego bilansu i wyjedzie z miasta pogodzony ze sobą, z ojcem, z przyjacielem, zaprzyjaźniony z psem, którego wiezie na siedzeniu samochodu. Co zrobi dalej? Może coś zmieni (prawdopodobnie stracił pracę, więc będzie impuls do zmian)? Czy się uda? Ważne, że spróbuje.

I ostatnia sprawa, o jakiej chcę jeszcze wspomnieć. Być może najważniejszym wątkiem filmu, a przynajmniej równie istotnym, jest wypadek samochodowy, który Michał spowodował, i śmierć bezdomnego człowieka. To dlatego musi pozostać w mieście dłużej, niż zamierzał. Ta sprawa go zmieni. Porządkując historię bezdomnego, porządkuje przy okazji swoje życie. Początkowo Michał nie zamierza się do niczego przyznać, zawiadamia tylko pogotowie i gdyby nie obawa, że policja dotrze do niego, bo na miejscu została jego komórka, pewnie nie rozmawiałby potem z policjantem, który słucha w radiu koncertu swojej córki (kolejna symboliczna scena!). Relacjonując żonie przez telefon, co się stało, przyznaje, że ta sprawa nie zrobiła na nim szczególnego wrażenia. Jest tym nawet zdziwiony. Przecież ludzie mówią o wstrząsie, a on nic takiego nie czuje. To jeszcze jedna przykra prawda, jakiej się o sobie dowiaduje. Może jest tak dlatego, że ofiara to bezdomny? Z tego samego powodu policjant też ją bagatelizuje. Michał był trzeźwy, jechał prawidłowo, tamten był pijany, wtargnął pod samochód. Cóż, co można było zrobić! A że człowiek to bezdomny bez tożsamości, a więc nikt, nie będzie sprawy. Nie ma kogoś, kto by się o niego upomniał. To prawie tak, jakby Michał przejechał psa! Pewnie dlatego nie będzie też kary. W którym momencie postanawia przywrócić zmarłemu tożsamość, a jednocześnie godność? Czy wtedy, kiedy spotyka ojca handlującego starzyzną? Czy kiedy widzi, jak zgniata puszki po piwie? Czy wtedy zrozumiał, jak niewiele trzeba, żeby człowiek stał się nikim dla świata? Stracił swoją przeszłość, swoje życie? Czy uświadomił sobie, że jego ojciec może za jakiś czas też stać się takim nikim? Stopniowo, z uporem Michał odgrzebuje pamięć o zmarłym. Dzięki jego staraniom to już nie anonimowy NN, teraz stoi za nim jakaś przeszłość. Jest już imię, nazwisko, zawód, rodzina, zainteresowania, dom, tragedia, konflkit i alkohol. Banalna (w wymiarze społecznym) i niebanalna (w wymiarze prywatnym) droga od statecznego ojca, męża, nauczyciela historii do anonimowego bezdomnego, alkoholika, wyrzutka, człowieka poza nawiasem. Dzięki Michałowi ten bezdomny mężczyzna odzyska swoje człowieczeństwo. Będzie miał krzyż na grobie, niesamotny pogrzeb. Nawet syn, mimo że początkowo o ojcu nie chce słyszeć, przychodzi jednak na jego grób. Tylko ksiądz nie dotrze. Tak, teraz Michał może spojrzeć sobie w oczy. Czy to, co zrobił, nie jest ważniejsze od kary, którą powinien ponieść? A może istotne jest i jedno, i drugie?

To tyle, choć na pewno mogłabym się jeszcze wgłębiać w szczegóły i analizować "Erratum" dalej, tak dużo w nim treści, wątków, metafor. Świetny film i mądrze optymistyczny. Choć daje nadzieję, kończy się krzepiąco, nie ma tu, na szczęście, banalnego happy endu. Za to jest o czym pomyśleć i czym się zachwycić.

"Ruta Tannenbaum" Miljenko Jergovicia. Wyprawa na Bałkany.

Książka chorwackiego pisarza Miljenko Jergovicia "Ruta Tannenbaum" (Czarne 2008)

chodziła za mną od dawna. Po raz pierwszy usłyszałam o niej jakieś dwa lata temu przy okazji Nagrody Angelusa (nagroda dla pisarza z Europy Środkowo-Wschodniej przyznawana we Wrocławiu). Chciałam kupić, ale zawsze przegrywała z innymi, wreszcie wypadła z pamięci. Aż tu nagle jakiś czas temu zobaczyłam ją przypadkowo w księgarni: jeden samotny egzemplarz, lekko sfatygowany. Chodziłam wokół niej jeszcze trochę, ale książka cały czas była, jakby na mnie czekała, więc w końcu kupiłam. Na półce-poczekalni leżała krótko (niektóre nabytki kilka miesięcy muszą czekać na swoją kolejkę, rekordzistki nawet dłużej), no i nie żałuję. To bardzo dobra, mądra, poruszająca powieść, znakomicie napisana.

Akcja, umieszczona w Zagrzebiu, rozpoczyna się w latach trzydziestych zeszłego wieku, a kończy w roku 1943. Bohaterką jest nie tylko tytułowa Ruta, chorwacka Shirley Temple, ale także jej rodzice: Ivka z domu Singer i Moni, biedny Moni, który ma tyle rozumu, ile szafranu w kaszy biedaka (ta fraza w kontekście wielu bohaterów powtarza się w powieści wielokrotnie), ojciec Ivki, Abraham Singer, sąsiedzi Amalija i Rado, i wielu, wielu innych. Jedną z charakterystycznych cech tej książki jest gawędziarski, często dowcipny i lekki ton, miejscami ironiczny. Jak to w gawędzie bywa, narrator od głównej opowieści ucieka w dygresje i snuje historie wielu barwnych postaci. Niektóre z nich goszczą na kartach powieści tylko przez chwilę, inne trochę dłużej, a jeszcze inne znikają, aby powrócić. W ten sposób poznajemy służące, drobnych rzezimieszków, wyrachowanych morderców, kupców, lekarzy i ich pacjentki, aktorów, reżyserów, śpiewaków operowych i kogo tam jeszcze. Nie należy się przejmować, że ci epizodyczni bohaterowie giną w odmętach czytelniczej pamięci. Jest tak jak w życiu: ktoś nam o kimś opowiada, a my po jakimś czasie zapominamy. Momentami powieść przypomina baśń, a to dzięki powtarzalności pewnych fraz (choćby tej o szafranie w kaszy biedaka) i użyciu struktur typowych dla tego gatunku ("Wysłuchała jej Amalija i ..."). Podobnie z zakończeniem: jest jedno, ale różni się w szczegółach, jak baśń ma różne warianty. Od początku, wiemy, co stanie się z główną bohaterką i jej rodzicami, ale końcowa wersja, ta z ostatnich stron jest nieco inna. Ale jeśli to baśń, to bardzo gorzka i smutna, bo historia chorwackich Żydów z tamtych lat (a uważny czytelnik na pewno rozpoznał żydowskie nazwiska), nie może być wesoła. Zresztą nie tylko o Żydów tu chodzi, ale o odwieczne konflikty targające bałkańskimi narodami. Jergović krytycznie przygląda się swoim rodakom, pokazując ich okrucieństwo, tchórzostwo i hipokryzję.

Kiedy akcja powieści się rozpoczyna, Zagrzeb, biały Zagrzeb, jest częścią powstałego po rozpadzie monarchii austro-węgierskiej Królestwa Jugosławii ze stolicą w Belgradzie. Mieszka tu wiele narodów: Chorwaci, Serbowie, Bośniacy, Niemcy, Żydzi i Cyganie, którzy pozornie żyją zgodnie, ale nienawiść do Serbów i pogardę dla Żydów niesie ze sobą język obnażający prawdziwe emocje. Kiedy wybuchnie wojna, długo wydaje się, że nie będzie dotyczyć tego krańca kontynentu europejskiego. A nawet jeśli, to co złego  się stanie? Żydzi nie wierzą w zagrożenie. Ivka może uratować siebie i swoją rodzinę, ojciec ofiarowuje im pieniądze na wyjazd do Ameryki, ale lekceważą to, co dzieje się już w Europie. Bo  Hitler, Niemcy są z perspektywy Zagrzebia czymś odległym, niegroźnym, nieistotnym. I w pewnym sensie tak właśnie jest, bo prawdziwym zagrożeniem są Chorwaci, chorwaccy ustasze, którzy podnoszą głowy, kiedy w wyniku zawieruchy wojennej rozpadnie się Królestwo Jugosławii i powstanie Niepodległe Państwo Chorwackie. A wtedy do obozu w Jasenovcu towarowe pociągi będą wywozić nie tylko Żydów, ale także Serbów czy Cyganów. To ustasz, nie hitlerowiec, poderżnie gardło swojemu ziomkowi niczym jagnięciu (dosłownie!) tylko dlatego, że jest Żydem. To ustasze będą polować na Żydów, a porządni obywatele będą udawać, że tego nie widzą. Żyd zrobi się przezroczysty, przez jego wątrobę czy śledzionę można spojrzeć na wystawę eleganckiej cukierni. Ruta, chorwacka Shirley Temple, tak niedawno uwielbiana przez zagrzebskie środowisko teatralne i mieszczańską publiczność odwiedzającą teatr, po wybuchu wojny stanie się dla nich wszystkich niewidzialna, będzie powietrzem. Podobnie jej matka i ojciec. I jedyny miłosierny gest, na jaki będzie stać jednego z aktorów, który jeszcze niedawno nosił Rutę na rękach, to ofiarowanie żebrzącej Ivce bochenka chleba. Bez uśmiechu, bez słowa, w pośpiechu, tak, żeby przypadkiem nikt nie zauważył. Ustasze robią swoje, a zwyczajnym obywatelom wygodniej jest nie wiedzieć, co dzieje się z żydowskimi sąsiadami, którzy są zabierani z domów czy z ulic. Wygodniej uwierzyć, że w towarowych pociągach, które jadą do Jasenovca, przewożeni są niebezpieczni bandyci.

Ale relacje międzyludzkie nie są w tej powieści czarno-białe. Przyglądamy się im, śledząc sąsiedzkie kontakty między rodziną Tannenbaumów, chorwackich Żydów, i ich sąsiadami z sutereny: Amaliją i Rado Morinjami. Ivka to córka bogatego, żydowskiego kupca, jej mąż, cichy nieudacznik Moni, jest drobnym urzędnikiem, na Amaliji ciąży piętno wariatki (przeszła depresję po śmierci jedynego syna; kiedy krzyczy, z okien okolicznych domów spadają doniczki), Rado pracuje jako zwrotniczy, w dodatku nie w Zagrzebiu, ale w jakiejś małej miejscowości. Ich relacje zmieniają się w zależności od tego, kto jest górą. Początkowo niby poprawne, ale w gruncie rzeczy nacechowane strachem, wzajemnymi uprzedzeniami i pogardą. Jeśli Ivka i Moni godzą się wyświadczyć Amaliji przysługę, robią to nie z dobrego serca, lecz z obawy przed atakami jej złości, przed obmową. Kiedy ich kilkuletnia córka odniesie teatralny sukces i stanie się ulubienicą Zagrzebia, Ivka i Moni obrosną w piórka i odwrócą się od sąsiadów z sutereny, bardzo ich raniąc, szczególnie Amaliję przywiązaną do małej Ruty jak do własnego dziecka. Ale potem role jeszcze raz się odwrócą. To oni będą błagać o uwagę i pomoc. Bezskutecznie. Nikt nie otworzy im drzwi. A Rado, który przystąpi do ustaszów, nie przejmie się tragicznym losem Moniego. Podobnie Amalija. Ludzki odruch współczucia natychmiast odrzuci, wyliczając przyczyny, dla których Żydzi mają zostać ukarani ("Będą pokutować, bo swoje postne chleby miesili z krwią zabitych chorwackich dzieci. Będą pokutować, bo za pośrednictwem swych banków wpędzali ludzi w biedę, ojcom wyrywali chleb z rąk, a matki zmuszali do skakania z dachów z dziećmi w objęciach. ... Będą pokutować Żydzi, bo Żydzi innym czynili zło ... .). Odżyje tłumiona nienawiść, uprzedzenia i przesądy. Podobnie zachowają się inni sąsiedzi.

Powieść Jergovicia to również wspaniałe studium charakterów. Wszystkie postacie, o których tu wspominałam, łącznie z Rutą, są znakomicie scharakteryzowane. W ciągu tych ponad dziesięciu lat zmieniają się, niestety niekoniecznie na lepsze. Niektórzy, jak Moni, kryją swoje tajemnice, prowadzą podwójne życie (nie, nie takie, jak sobie w tym momencie, drogi czytelniku tej notki, wyobrażasz). Mają swoje marzenia, a najważniejszym z nich, wspólnym dla wszystkich, jest być kimś innym, lepszym, ważniejszym. Jeśli się to niektórym nawet udaje, to tylko na chwilę. Wszak szczęście na pstrym koniu jeździ. Wszyscy też, i to bardzo smutna konstatacja, są zdolni do zła. Okoliczności, przypadkowy splot wydarzeń, poczucie siły sprawiają, że nagle są gotowi krzywdzić, ranić, poniżać a nawet zamordować. I, powtarzam jeszcze raz, dotyczy to wszystkich, nawet małej Ruty zepsutej przez teatralne sukcesy.

I na koniec wspomnę jeszcze o czymś, co wywarło na mnie szczególne wrażenie. To opis starości, choroby i umierania ojca Ivki, Abrahama Singera. Jest na tych kilku czy kilkunastu stronach przejmująca prawda o końcu ludzkiej drogi. Jest bezradność, fizjologiczne poniżenie, zdziwienie, że szczęśliwe życie tak szybko minęło, a to, co teraz, wlecze się niemiłosiernie, jest niezgoda na to, co się dzieje, bunt, złorzeczenie Bogu i kurczowe trzymanie się resztek życia mimo wszystko. Przejmujące.

Naprawdę świetna powieść odkrywająca to, co nieznane albo znane słabo. Jedna z tych, których nie zapomnę. Na pewno kiedyś jeszcze do niej wrócę. A na półce-poczekalni leży inna książka Jergovicia, za którą wkrótce się wezmę z przyjemnością i nadzieją, że będzie równie dobra. A jakby tego było jeszcze mało, to w maju wychodzi kolejna wydawana przez Czarne. Namawiam: koniecznie sięgnijcie po "Rutę Tannenbaum"!

Filmowe remanenty. "Młyn i krzyż", "Razem i osobno", "Hiszpański cyrk"

Dziś inaczej niż zwykle będą, z kilku powodów, filmowe remanenty. Po pierwsze dlatego, że film, o którym chciałam napisać, zawiódł mnie kompletnie i, poza kilkoma zdaniami, nie jest wart żadnej wzmianki. Trudno też na siłę snuć rozważania na jego temat. No po prostu nie ma o czym! Po drugie nie skończyłam jeszcze fascynującej powieści, którą właśnie czytam, więc o niej dopiero w tygodniu. Po trzecie inna książka, którą przeczytałam, też niespecjalnie jest warta uwagi, mimo że jej autorem jest noblista, więc i o niej nie napiszę. Po czwarte widziałam ostatnio dwa filmy, które koniecznie trzeba  zobaczyć, a ponieważ z różnych względów nie podzieliłam się wrażeniami od razu, więc robię to teraz w takiej okrojonej formie. Ale do rzeczy.

Pierwszy z nich to "Młyn i krzyż" Lecha Majewskiego. Nie powiem, żebym była znawczynią twórczosci tego reżysera. Widziałam poprzednio tylko jeden jego film "Ogród rozkoszy ziemskich". Zafascynowała mnie ta opowieść o miłości i śmierci osadzona w Wenecji i mocno związana z obrazem Bosha. Zaraz potem przeczytałam nawet powieść Majewskiego "Metafizyka", która stała się kanwą dla scenariusza. Też z przyjemnością (to złe słowo, bo to książka o śmierci). Na "Młyn i krzyż" poszłam nie dla reżysera, lecz, jak poprzednio, z powodu tematu. Tym razem Majewski ożywia obraz jednego z moich ukochanych malarzy Petera Bruegla "Droga krzyżowa". To fascynujące przeżycie! Reżyser wybiera sobie dwanaście postaci z obrazu i śledzi, a raczej dopowiada, ich losy tuż przed i tuż po scenie, w jakiej malarz uwiecznił je na obrazie (akcja filmu, jeśli można mówić o akcji, trwa dobę). Oprócz tego wprowadza na ekran samego artystę i jego marszanda, którzy opowiadają o akcie tworzenia (Bruegel) i o tym, co dzieje się wokół, a co ma wpływ na powstanie obrazu (marszand). W filmie pada niewiele słów, warstwa dźwiękowa to głównie odgłosy: chrzęst mechanizmu młyna, płacz, turkot kół, stukot młotka przybijającego gwoździe do krzyża, dziecięcy śmiech, głosy ptaków, śpiew, kroki tańca i wiele innych. Najważniejszy jest tu oczywiście obraz i metafizyczna refleksja. Reżyser wyławia z malowidła pojedyncze sceny, często takie, których na pierwszy rzut oka widz kontemplujący obraz nie dostrzega, i pokazuje ich kulisy. Wprowadza nas do miasta widocznego na dalekim planie, do fascynującego wnętrza młyna, do lasu, przygląda się tańczącym też gdzieś w odległym planie. Przewijają się również przed nami twarze, wnętrza i sceny nie tylko z obrazu, ale zawsze z Breugla. Poznamy na przykład rodzinę malarza, jego żonę zajętą codziennymi obowiązkami i gromadkę dzieci. Gdy on rozważa tajemnicę życia, śmierci, cierpienia i czasu, ona przewija, gotuje, sprząta. W tym samym momencie dzieją się sprawy podniosłe i zwyczajne. Tak jak na obrazie: gdy jedni się bawią, inni cierpią. Scena ukrzyżowania nie jest wcale centralną sceną dzieła, można jej nawet nie zauważyć. Wszak najczęściej nie dostrzegamy tego, co ważne. Bywa, że historia dzieje się po cichu, nie spektakularnie. To, co mnie szczególnie poruszyło, to nieuchronność cierpienia, które musi się wydarzyć. Nikt specjalnie się przed nim nie buntuje: ani młody wieśniak, który zostanie przez hiszpańskich żołnierzy przywiązany do koła, ani dwóch łotrów, którzy zostaną ukrzyżowani razem z Chrystusem, ani sam Chrystus, ani jego matka. Jakby wiedzieli, że to nieuchronne, więc musi się wypełnić. Słychać tylko płacz żony wieśniaka i cichą skargę matki. Film jest fascynujący malarsko. Oglądanie breuglowskiego świata na ekranie to rozkosz (brr, cóż za górnolotne słowo!). Poznajemy też symboliczną warstwę i historyczny kontekst, a więc coś, o czym wiemy, że jest, ale do czego nawet bardzo zainteresowanemu laikowi podziwiajacemu obraz w galerii, w albumie czy ekranie komputera trudno dotrzeć. Na pewno obejrzę ten film jeszcze raz. Polecam go wszystkim miłośnikom Breugla i niderlandzkiego malarstwa, ale także tym, którzy niekoniecznie interesują się tą dziedziną sztuki. Może dzięki temu filmowi odkryją ją dla siebie.

Drugi film, który bardzo warto zobaczyć, to chiński "Razem i osobno" Quanana Wanga pokazywany w kanale Ale Kino! w cyklu Kino Mówi: Kocham. To niezwykle ciekawa opowieść o parze dawnych kochanków, których rozdzieliła historia. Mieli się spotkać i razem uciec na Tajwan, ale do spotkania nie doszło i wyjechał tylko on, ona została w komunistycznych Chinach. Oboje założyli rodziny, ale o sobie nie zapomnieli. Spotykają się po pięćdziesięciu latach. On jest już wdowcem i chce ją zabrać na Tajwan, aby wreszcie z nią być. Ale ona ma  męża i kilkoro dzieci. Jest rozdarta pomiedzy wdzięcznością, przywiązaniem i szacunkiem, a miłością. Znacie? Otóż nie, tak tylko się wam wydaje. Początek to oczywiście schemat, ale dalej jest już zupełnie coś innego. I właśnie ta odmienna warstwa kulturowa i obyczajowa jest tak interesująca. Bohaterowie zupełnie inaczej podchodzą do małżeństwa i miłości, wolni są od hipokryzji, która towarzyszy naszej kulturze. Coś, co u nas traktowane jest jak skandal, rozwiązłość, zdrada czy grzech, tam jest przedmiotem spokojnego wyboru, szczerych rozmów i wspólnych rozważań. Wcale jednak nie zmniejsza bólu czy cierpienia, ale jest ono ciche i nienachalne, przyjmowane z pokorą. Film jest spokojny, kontemplacyjny, tempo niespieszne, więcej tu obserwacji niż rozmów, chociaż nie toczy się w całkowitym milczeniu. Świetne sceny obyczajowe, rodzajowe, rodzinno-sąsiedzkie, uliczne. Już sama obserwacja innej kultury, innej codzienności jest bardzo ciekawa. A do tego niebanalna historia miłosna niemłodej już pary zwykłych, niepięknych ludzi. Mimo że niemłodzi i tacy zwyczajni ja po prostu wzruszyłam się do łez. Nie były to łzy sentymentalne czy czułostkowe, raczej zaduma nad komplikacją ludzkich losów i czasem, którego nie można cofnąć. Polecam! Na pewno pokazywany będzie jeszcze kilkakrotnie.

I na koniec film, którego moim zdaniem oglądać nie warto! To z jego powodu dzisiejsze remanenty! Dawno się tak nie męczyłam w kinie jak na "Hiszpańskim cyrku" Alexa de la Iglesii. Miałam ochotę wyjść i szkoda, że tego nie zrobiłam, bo im dalej, tym gorzej, a zakończenie wlecze się niemiłosiernie, mimo że dzieje się mnóstwo niczym w hollywoodzkim filmie akcji. To historia miłosnego trójkąta z hiszpańską historią w tle. Początek akcji sięga roku 1937, wojny domowej, koniec to lata siedemdziesiąte. Zaczyna się nieźle, ale potem film grzęźnie w nadmiarze pomysłów, absurdu, groteski, cytatów filmowych, sztucznej krwi, emocji, uczuć i huku wystrzałów, ciosów, muzyki i czego tam jeszcze. Jak to w grotesce wszystko jest przerysowane i nie do końca serio, ale tutaj przerysowane jest zdecydowanie zanadto. Dlatego pewnie nic nie wzrusza, nie przeraża, nie złości i nie śmieszy. Po prostu nuży. Nadmiar bodźców jest taki, że po pewnym czasie zobojętniałam i z utęsknieniem czekałam na koniec (a film trwa ponad sto minut!). Żeby to wszystko jeszcze czemuś służyło! Niestety przesłanie to banał: wojna jest cyrkiem, Hiszpania jest cyrkiem, właściwie wszystko jest cyrkiem, życie, miłość, nienawiść też (akcja toczy się w środowisku cyrkowym, bohaterami są dwaj klauni i akrobatka). Może dla Hiszpanów ten film jest ważniejszy ze względu na historię, w którą się wpisuje. Znalazłam tu parę scen śmiesznych, parę świetnych plastycznie, kilka fascynująco onirycznych, kilka interesujących rodzajowych, ale to wszystko. Lubię barok, kocham Almodovara, groteska i absurd też nie są mi obce, byle nie w nadmiarze. Ten film jednak się w nim topi, a treści na lekarstwo. Po prostu zdecydowany przerost formy! Nie warto!

Tyle remanentów filmowych, może kiedyś zbierze mi się na remanent książkowy. 


Popularne posty