Josef Skvorecky "Gorzki świat"

Z ogromną przyjemnością wróciłam do prozy Josefa Skvoreckego. Całkiem niedawno wydawnictwo Czarne wydało tom opowiadań czeskiego pisarza "Gorzki świat" (2020; przełożyli Andrzej S.Jagodziński, Jan Stachowski). Zanurzyłam się w nie bez reszty i nabrałam ochoty, aby wrócić do jego poprzednich książek. Szczególnie do "Inżyniera ludzkich dusz", za którą pisarz przed laty otrzymał nagrodę Angelus dla pisarzy z Europy Środkowej. Bardzo lubię też tom opowiadań, a właściwie powieść, "Fajny sezon". Na półce książek oczekujących leży wydany kilka miesięcy temu "Cud". Przeczytałabym go już dawno, ale niestety wyszedł tylko w wersji papierowej, a że jest to tom opasły, niewygodny w czytaniu, więc czeka. Cóż, należę do tej mniejszości, która pokochała wygodę czytnika i niestety książki, które nie wychodzą w formie elektronicznej, leżakują dłużej.

Mam wrażenie, że nieżyjący już Josef Skvorecky jest w Polsce o wiele mniej znany i popularny niż Milan Kundera. Zestawiam ich celowo, bo obaj wyjechali z Czechosłowacji i potem tworzyli na emigracji. Skvorecky w Kanadzie, gdzie nie tylko był wykładowcą uniwersyteckim, ale także tłumaczył i razem z żoną założył bardzo ważne emigracyjne wydawnictwo publikujące czeską i słowacką literaturę, która w jego ojczyźnie nie mogła się ukazać. Jak napisał Andrzej S.Jagodziński, tłumacz i miłośnik twórczości pisarza, Jako wydawca Skvorecky był tym dla czeskiej literatury, kim Jerzy Giedroyc dla polskiej. Właściwie dużo mówiło się o nim tylko, kiedy wyszły "Przypadki inżyniera ludzkich dusz". Przyznaję, że właśnie wtedy i ja usłyszałam o Skvoreckym po raz pierwszy. Szum był jeszcze większy, kiedy dostał Angelusa. Niestety potem nastąpiła cisza - tych kilka książek wydanych od tamtego czasu w różnych wydawnictwach przeszło bez echa. Mam wrażenie, że na razie milczenie panuje też wokół "Gorzkiego świata". Na pewno nie sprzyja promocji spowolnienie życia literackiego spowodowane pandemią koronawirusa. 

"Gorzki świat" to zbiór opowiadań, które powstawały od lat pięćdziesiątych do osiemdziesiątych, podzielony przez Andrzeja S. Jagodzińskiego - to on dokonał wyboru i opatrzył całość wstępem - na trzy części. Pierwsza, Siedmioramienny świecznik, to opowiadania, które łączy tematyka żydowska, ich akcja rozgrywa się w przeważającej mierze w czasie okupacji albo do niej nawiązuje. Część druga, Pieśni zapomnianych lat, to historie osadzone w Czechosłowacji lat pięćdziesiątych i wczesnych sześćdziesiątych, kiedy to nadal, inaczej niż w Polsce, trwała w najlepsze epoka stalinowska z wszystkimi jej koszmarnymi konsekwencjami. Wreszcie część trzecia, Eine kleine Jazzmusik - opowiadania o tematyce jazzowej. Ich akcja toczy się w czasach okupacji i stalinowskich, kiedy jazz był muzyką zakazaną, a dla młodych ludzi synonimem wolności. Bohaterem wielu opowiadań jest ulubiona postać pisarza, jego alter ego, Danny (Daniel) Smirzycky znany choćby z "Inżyniera ludzkich dusz" czy z "Fajnego sezonu". To dlatego z taką siłą powróciły do mnie tamte lektury. To dlatego zatęskniłam za nimi. Rozpoznałam bohaterów, rozpoznałam wątki. Tak jest szczególnie w części pierwszej, Siedmioramiennym świeczniku.

Znakiem rozpoznawczym twórczości Skvoreckiego jest umiejętność mieszania nastrojów. Nostalgia, melancholia, liryzm w każdej chwili mogą zostać przełamane ironią, humorem, kpiną. Wiele razy, czytając jego opowiadania czy powieści, śmiałam się w głos, co w czasie lektury nie zdarza się znowu tak bardzo często. Ale ten śmiech w jednej chwili może zostać zduszony - nagle jednym prostym zdaniem, bez patosu, bez zbędnego komentarza narrator informuje o zdarzeniach tragicznych. Większość postaci, które Danny wspomina z czasów swojego dzieciństwa, wujaszek Kohn, doktor Strass, nauczyciel Katz, albo niespodziewanie umiera, albo zginęła w Zagładzie. Ta mieszanka liryzmu, humoru i tragedii jest szczególnie widoczna w opowiadaniach okupacyjnych. W części drugiej i trzeciej dominuje groteska, która obnaża absurdy komunistycznego systemu. Znajdziemy tu wiele historii śmiesznych od początku do końca. W innych pod śmiechem czai się groza. Wprawdzie narrator wielokrotnie dość lekko informuje o aresztowaniu swoich przyjaciół albo znajomych, zamknęli ich i już, jakby to była bułka z masłem, ale czytelnik wie, co się za tym kryje. Czasem przyczyną tragedii bywa młodzieńcza dezynwoltura, pragnienie postawienia na swoim, miłość do jazzu. Tak jest w przejmującym opowiadaniu Eine kleine Jazzmusik, którego akcja rozgrywa się w czasach okupacji. 

Kiedy czyta się niektóre opowiadania jazzowe, których akcja rozgrywa się w latach pięćdziesiątych czy sześćdziesiątych, aż trudno uwierzyć w absurdy tamtej epoki. Słowo bikiniarz było największą obelgą. Bikiniarz Bull Macha, bohater jednej z opowieści, w drzwiach klubu muzycznego, do którego wchodzi, chcąc odnaleźć klimat czasów młodości, widzi napis DZIĘKUJEMY BIKINIARZOM, ŻE NIE ODWIEDZAJĄ NASZEJ PLACÓWKI. Potem jest i straszno, i śmieszno. Poproszona do tańca dziewczyna w pewnym momencie pełnym oburzenia głosem mówi : Ja bikiniarskich tańców nie tańczę. W końcu wykrzyczy mu w twarz: Niech pan sobie znajdzie jakąś wywłokę, nie mnie! I w popłochu ucieknie, bo panicznie się boi, a może jest już tak zindoktrynowana, że napawa ją wstrętem ten bikiniarski taniec. Rozmowa tych dwojga przypomina dialog mieszkańców dwóch różnych planet. On swoje, ona swoje, on coraz bardziej zdumiony, ona coraz bardziej zła i przestraszona. A chodzi przecież o zwyczajny taniec, energiczny, z obrotami i figurami, zamiast smętnego przestępowania z nogi na nogę. Sytuacja ma swój ciąg dalszy - z naszego punktu widzenia równie absurdalny, groteskowy i śmieszny, z tamtego smutny i niebezpieczny. Tym razem skończyło się na szarpaninie i pyskówce, równie dobrze mogło skończyć się aresztem.

Takie właśnie są opowiadania Josefa Skvoreckiego z tomu "Gorzki świat". Bo chociaż często nieodparcie śmieszne, opowiadają o świecie więcej niż gorzkim, po prostu strasznym. Ale przecież na tamten budzący grozę, absurdalny czas przypadła młodość bohaterów tych opowieści. I jakoś musieli się w tych okolicznościach odnaleźć, chcieli żyć, kochać, iść z dziewczyną do łóżka, grać ulubioną muzykę, albo chociaż jej słuchać, bawić się i śmiać. I wszystko to robili, ale strach i niebezpieczeństwo czaiły się tuż za rogiem i od czasu do czasu mąciły ich beztroski świat. 

Świetna literatura. Jeśli ktoś Skvoreckiego nie zna, może śmiało zacząć od tego zbioru opowiadań, a potem sięgnąć po inne książki pisarza.

Bernardo Atxaga "Samotny mężczyzna"

Ponad rok temu przeczytałam powieść baskijskiego pisarza Fernando Aramburu "Patria". Książka nie zdobyła jakiegoś większego rozgłosu, utonęła w morzu innych nowości, a moim zdaniem szkoda. Jest to znakomicie pokazany obraz społeczeństwa podzielonego, trawionego konfliktami, zastraszonego. Jeśli ktoś ma odwagę myśleć po swojemu, nie podporządkować się, poddawany jest ostracyzmowi, a nawet zabijany. Ci, którzy myślą podobnie, ze strachu milczą. Chodzi oczywiście o baskijski separatyzm, nacjonalizm i terroryzm z nim związany. Poza tym jest to powieść znakomicie napisana, jednocześnie uniwersalna i odnosząca się do miejscowych realiów, a pochłania się ją jednym tchem. Poświęcam jej tu tyle miejsca, bo szkoda mi, że gdzieś przepadła. Na mnie zrobiła duże wrażenie i, jak widać, do dziś nie wywietrzała mi z głowy. 

Sięgnęłam po nią, bo jakoś od dawna interesował mnie ten baskijski konflikt, a jednym z moich marzeń była podróż do Kraju Basków. Zrealizowałam je kilka lat temu i odtąd do tego miejsca mam jeszcze większy sentyment. Nic dziwnego, że kiedy zorientowałam się, iż niedawno ukazała się powieść "Samotny mężczyzna" innego baskijskiego pisarza, Bernardo Atxagi,  (Książkowe Klimaty 2019; przełożyła Katarzyna Sosnowska), od razu ją kupiłam i dość szybko przeczytałam. I znowu pewnie utonie, albo już utonęła, wśród mnóstwa innych tytułów, nie słyszałam, aby o niej mówiono, nie znalazłam żadnych recenzji, poza tymi na blogach, żadnych wywiadów z autorem. Tu jedno zastrzeżenie - otóż w książce, na zasadzie posłowia, znajduje się bardzo ciekawa rozmowa z Bernardo Atxagą przeprowadzona przez tłumaczkę. Warto jeszcze wspomnieć, że pisze on po baskijsku. Skąd ten wybór i jakie są jego konsekwencje, wyjaśnia we wspomnianej rozmowie.

"Samotny mężczyzna", podobnie jak "Patria", zrobił na mnie duże wrażenie i naprawdę warto sięgnąć po obie powieści. Tym bardziej jeśli się o Kraju Basków wie niewiele albo zgoła nic. Obaj autorzy starają się pokazywać konflikt obiektywnie, nie gloryfikują żadnej ze stron, ani zwolenników baskijskiego separatyzmu, ani Basków, którzy myśleli inaczej, ani władz Hiszpanii, która do dziś z więźniami politycznymi, a nadal tacy są, obchodzi się bardzo ostro. Ale "Samotny mężczyzna" może być dla polskiego czytelnika ciekawy z jeszcze jednego powodu - otóż akcja powieści rozgrywa się pod Barceloną w roku 1982 w czasie mistrzostw świata w piłce nożnej. Bohaterami są właściciele hotelu, w którym zatrzymała się reprezentacja Polski. Kiedy przeczytałam informację o książce, myślałam, że to nieistotne tło, a o piłkarzach i trenerze Piechniczku tylko się w powieści wspomina, skoro akcja osadzona została w czasie mistrzostw. Okazuje się, że jest inaczej. Oczywiście nie są oni bohaterami książki, chociaż stanowią jej istotny element. Ale już tłumaczka reprezentacji, Danuta Wyka - postać oczywiście fikcyjna, jest bohaterką bardzo ważną i ma swój duży udział w rozgrywających się zdarzeniach.

Nie od razu weszłam w tę powieść całą sobą, musiałam przyzwyczaić się do tego, że w głowie głównego bohatera, Carlosa, niemal bez przerwy toczą się rozmowy. W chwilach napięcia, zdenerwowania słyszy głosy zmarłego przyjaciela, brata, ludzi, których skrzywdził, i tajemniczego Szczura, symbolizującego a to wyrzuty sumienia, a to kogoś w rodzaju złego ducha. Trudno powiedzieć, czy cierpi na jakieś psychiczne zaburzenie, czy to tylko artystyczna kreacja. Kiedy jednak przyzwyczaiłam się do tej konwencji, od powieści nie mogłam się oderwać, a im bliżej końca, tym bardziej trzymała w napięciu. Byłam niezwykle ciekawa, jak się to wszystko skończy, a zapewniam, że po pierwsze nie wiadomo, czy Carlosowi uda się zrealizować plan, a po drugie trudno przewidzieć, jakie będą konsekwencje jego działań. I rzeczywiście takiego rozwiązania się nie spodziewałam. Jak być może domyślasz się, czytelniku tej notki, zdarzenia wpisane zostały w ramę powieści sensacyjnej. Wydawca w opisie powieści używa nawet słowa thriller. Ale trudno tę książkę nazwać tylko rozrywkową. Słowo rozrywka właściwie zupełnie do niej nie pasuje, bo historia przedstawiona w powieści jest bardzo gorzka. 

Główni bohaterowie to trzej przyjaciele, właściciele hotelu pod Barceloną, Baskowie, którzy w przeszłości związani byli z ETA. Mają za sobą mroczną przeszłość - udział w akcjach, w których ginęli ludzie, ucieczkę do Francji, tortury, kilkuletni pobyt w więzieniu. Zerwali z dawną przeszłością, ustatkowali się, obrośli w piórka, układają sobie życie, nie chcą wracać do tego, co było, chociaż czują się Baskami i za Krajem Basków tęsknią. Co sprawiło, że po wyjściu z więzienia, postanowili zmienić swoje życie? Przyczyn jest kilka. Zrozumieli, że walka jest beznadziejna, wyniszcza i do niczego nie prowadzi poza eskalacją terroru, strachu, przemocy i nienawiści. Może wyrzuty sumienia - Carlos zmaga się z nimi bez przerwy, stale wracają do niego obrazy z przeszłości i chociaż próbuje je zagłuszyć, to trudno mu się od nich oderwać. To, czego doświadczył, w czym brał udział, historia jego brata, odcisnęło głębokie piętno na jego osobowości. Jest samotnikiem, człowiekiem skrytym, melancholijnym, nie bardzo potrafi ułożyć sobie życie osobiste. Chyba ucieka przed stałymi związkami. Bliżej mu do towarzyszy walki niż do kobiet, z którymi romansuje. To przyjaciele stanowią jego rodzinę, jednak nawet przed nimi ma swoje tajemnice. Ale wydaje się, że jest jeszcze jedna, najważniejsza, przyczyna, dlaczego bohaterowie postanowili ułożyć sobie życie. To tęsknota za odrobiną luksusu, którego nie należy w tym wypadku rozumieć dosłownie. Luksusem mogą być markowe dżinsy, samochód, płyty z dobrą muzyką, cokolwiek, co daje przyjemność. To dlatego upadają rewolucje - człowiek jest tylko człowiekiem i jak bardzo by nie był zaangażowany w sprawę, w ideę, jakąś swoją cząstką zawsze będzie tęsknił do tego symbolicznego luksusu, do stabilizacji. Nawet jeśli rewolucja pozornie zwycięży, to jeśli ludzie nie dostaną czegoś więcej poza siermiężną rzeczywistością, z czasem zwątpią w ideę. Nieprzypadkowo o tym piszę, bo rewolucja, idee lewicowe bardzo mocno wybrzmiewają na kartach książki za sprawą bohaterów. Jeden z nich urodził się na Kubie i długo marzył, aby tam wrócić. Baskijski ruch narodowy związany z ETA miał charakter lewicowy, wzorował się na ruchach rewolucyjnych na Kubie czy w krajach afrykańskich. Bohaterką bardzo zaangażowaną ideowo jest tłumaczka polskiej reprezentacji, Danuta Wyka. To z nią Carlos toczy ideologiczne dysputy. Czytają listy Róży Luksemburg, wspominają rosyjską rewolucjonistkę Aleksandrę Kołłontaj. I tu łyżka dziegciu. Mam nieco wątpliwości związanych z postacią tłumaczki polskiej reprezentacji. Zostaje pokazana w powieści jako kobieta, która szczerze wierzy w komunistyczne idee, podkreślam -  komunistyczne. Czasami przemawia jak działaczka na partyjnym wiecu, jak agitatorka. Gardzi piłkarzami, bo wydają jej się przyziemni i nieideowi. Nie miałabym problemu z taką konstrukcją tej postaci, gdyby akcja powieści toczyła się w latach czterdziestych czy pięćdziesiątych, ale w osiemdziesiątych? Czy ktoś taki jest prawdopodobny? W czasach, kiedy członkowie partii byli już tylko działaczami partyjnymi? Kiedy przynależność do partii łączyła się tylko z przymusem, bo była drogą do kariery czy zawodowego awansu, a idea już dawno zdążyła się skompromitować? Wydaje mi się, że jest to wyobrażenie pisarza, lewicowego człowieka Zachodu, który nie zna polskich realiów i tak wyobraża sobie komunistyczny raj. Chociaż trzeba przyznać, że Danuta to postać pęknięta. Mimo że czyta listy Róży Luksemburg, mimo że wydaje się wierzyć w idee komunistyczne, to też tęskni za luksusem i wstydzi się, że pochodzi z ubogiego kraju.

Ale jest w tej powieści coś jeszcze, co na mnie zrobiło chyba większe wrażenie. To pytanie, czy da się uciec od przeszłości. I kolejne, na ile nasze decyzje mają wpływ na życie innych ludzi. Nawet jeśli uważamy, że podejmujemy je na własne ryzyko i tylko my poniesiemy ich konsekwencje. Bo Carlos, który, jak inni, zerwał z przeszłością, godzi się ukryć na terenie hotelu dwoje poszukiwanych terrorystów, którzy mają na sumieniu kilka śmiertelnych ofiar. Dlaczego to zrobił? Dlaczego nie uzgodnił tego ze swoimi przyjaciółmi, współwłaścicielami i jednocześnie mieszkańcami hotelu? Miało być na parę dni, wydawało się łatwe, ale czas mija i sytuacja się komplikuje. Carlos zdaje sobie sprawę, że ukrywanie tej dwójki może mieć poważne konsekwencje dla wszystkich, chociaż stara się myśleć o tym inaczej. Bywa, że nie bardzo mamy wybór, decyzję trzeba podjąć natychmiast i brakuje czasu, aby rozważyć wszystkie za i przeciw. Jedna chwila, przypadek decydują o dalszym losie. W przypadku Carlosa w grę wchodzi też sentyment do przeszłości. Trudno zupełnie odciąć się od dawnych towarzyszy. Carlos jest postacią tragiczną, bo dobrego wyjścia z tej sytuacji nie ma. To, co zrobił, może zburzyć tak żmudnie budowane nowe życie. Co dalej? Jak wyprowadzić poszukiwanych? Czy się uda? Im bliżej końca, tym napięcie większe. Warto jednak pamiętać, że nie jest to tylko powieść sensacyjna. Nie mogę napisać nic więcej, aby nie zdradzić zakończenia. A jest bardzo mocne. Powiedzieć, że wbiło mnie w fotel, to nic nie powiedzieć. Że pozwolę sobie sparafrazować jedną z fraz Jerzego Pilcha.

Monika Sznajderman "Pusty las"

"Pusty las" Moniki Sznajderman (Czarne 2019) to nowość, która już nowością być przestała. Brzmi paradoksalnie, ale paradoksem wcale nie jest. Po prostu kupiłam ją dość szybko po premierze, nie przeczytałam od razu, tak się dzieje najczęściej, bo książki nabywam napadowo po kilka na raz, a potem przez kilka tygodni nic. No więc jak zwykle w międzyczasie pojawiały się inne nowości, z rzadka sięgałam też po tytuły z głębin czytnika, a "Pusty las" czekał, aż wreszcie przyszedł jego moment, właściwie sama nie wiem, dlaczego akurat teraz. Najważniejsze, że w końcu go przeczytałam, a lektura sprawiła mi ogromną przyjemność, chociaż jest to książka nostalgiczna, melancholijna, opowiadająca o pogmatwanej, często tragicznej, historii. No i wiadomość z ostatniej chwili - znalazła się wśród dwudziestu tytułów nominowanych do Nike.

Skąd się wziął "Pusty las" i o który konkretnie pusty las chodzi? Kiedy zadaję takie pytanie, wydaje mi się ono czysto retoryczne, no bo myślę sobie, że przecież każdy miłośnik literatury o najnowszej książce Moniki Sznajderman na pewno słyszał. W gruncie rzeczy zdaję sobie jednak sprawę, że tak wcale być nie musi, bo przecież nowości wychodzi tyle, że trudno nadążyć. A więc wracam do mojego pytania - skąd się wziął "Pusty las"? Przynajmniej z dwóch powodów. Z miłości autorki do Beskidu Niskiego, w którym mieszka już ponad czterdzieści lat razem z mężem Andrzejem Stasiukiem. Stąd przecież wzięła się nazwa wydawnictwa - Czarne, od wioski, w której przez jakiś czas mieszkali. I powód drugi ściśle związany z tym pierwszym. Monika Sznajderman chciała przywołać pamięć o swoich sąsiadach, bo jak pisze w książce - ona może tu mieszkać dlatego, że ich tu nie ma. Oczywiście należy rozumieć to symbolicznie, bo przecież gdyby dawni mieszkańcy Wołowca, Czarnego, Łosi, Ropicy, Zdyni i wielu innych miejscowości Beskidu Niskiego nadal w nich żyli, to nic nie stałoby na przeszkodzie, aby autorka osiedliła się w jednej z tych miejscowości. Zgaduję jednak, że przyciągnęła ją właśnie pustka i dzikość tych terenów, a puste i dzikie stały się w wyniku powojennych wysiedleń do Związku Radzieckiego, akcji Wisła i Zagłady. Bo Beskid Niski przed drugą wojną i wcześniej był gęsto zaludniony. To dlatego las wokół Wołowca i innych miejscowości jest pusty. Należałoby właściwie napisać, że dlatego w ogóle jest. Bo w czasach kiedy tętniło tu życie, kiedy rozwijał się przemysł naftowy, lasy karczowano. Tak jednak się dzieje, że gdy ludzie znikają, przyroda natychmiast wypełnia pustkę po nich. Zarastają łąki i hale, stare cmentarze, opuszczone, popadające w ruinę domy. Z czasem tylko bardzo wprawne oko jest w stanie dostrzec, że w tym miejscu był kiedyś sad, a w tamtym wejście do domu. 

Żeby uświadomić sobie tę pustkę, niech przemówią liczby. Przed drugą wojną w Wołowcu, gdzie ostatecznie po kilkukrotnej zmianie miejsca osiedliła się autorka, mieszkało blisko osiemset osób. Po wojnie, która tych terenów jakoś szczególnie nie doświadczyła - nie dotyczy to oczywiście ludności żydowskiej - w wyniku przesiedleń do Związku Radzieckiego zostało około stu. Reszty dokonano z akcją Wisła. W jej wyniku nie został właściwie nikt. Udało się tylko pojedynczym rodzinom. Tak stało się z w całym Beskidzie Niskim. Potem, pod koniec lat pięćdziesiątych czy w latach sześćdziesiątych, wrócili nieliczni. Bo trudno stale zaczynać od nowa, szczególnie jeżeli tam, gdzie ich przymusowo osiedlono, urodziły się dzieci, które wrosły w nowe miejsce. To dlatego las jest pusty, to dlatego las jest. To dlatego Monika Sznajderman może tam mieszkać. To dlatego chciała spłacić dług i postanowiła przywołać pamięć o swoich dawnych sąsiadach, których nigdy nie spotkała.

Kim byli mieszkańcy tych terenów? Nazywano ich różnie - Rusińcami, Rusnakami, Odwicznymi albo po prostu Ukraińcami. W powszechnej świadomości najbardziej przyjęło się, że są Łemkami. Skąd przybyli? Jaka jest ich tożsamość? Tu teorii jest kilka. Autorka przytacza je w książce. I opowiada, a właściwie lepiej pasuje tu słowo snuje, historię tych terenów i ludzi, którzy je  zamieszkiwali. Bardzo często skrupulatnie przywołuje ich imiona i nazwiska, o ile to tylko możliwe, śledzi ich losy, wyobraża sobie, jak żyli, jak się krzątali, jak kochali, rodzili dzieci i umierali. Wielokrotnie powtarza zdanie - Lubię wyobrażać sobie .... albo Lubię sobie myśleć ...... (Cytaty z zawodnej pamięci.) I tak toczy się opowieść o pogromach, zarazach, na które, bywało, czekali kilka miesięcy, bo wieść niosła, że nadchodzą z dalekiej Rosji, o klęskach nieurodzaju, o biedzie, która kazała emigrować do dalekiej Ameryki, o czym pisał Martin Pollack w znakomitej, arcyciekawej książce "Cesarz Ameryki. Wielka ucieczka z Galicji", na którą autorka się powołuje, o boomie naftowym, o tragicznej dla tych terenów pierwszej wojnie, o krótkim czasie Drugiej Rzeczpospolitej, wreszcie o drugiej wojnie, która sprawiła, że zniknęli mieszkający w Beskidzie Niskim Żydzi, w końcu o niby dobrowolnych przesiedleniach do Związku Radzieckiego. Piszę niby, bo rzeczywiście zapisywał się na wyjazd ten, kto chciał, ale kiedy to zrobił mamiony opowieściami, jak to cudownie będzie mu w nowej ojczyźnie, odwrotu już nie było. Wtedy w brutalny sposób, nie patyczkując się, zmuszano do wyjazdu. A szybko rozeszła się wieść, że raj rajem wcale nie jest i wielu chciało zrezygnować. Nie wiedzieli, że i tak czekałby ich los wygnańców, bo wkrótce miała się zacząć niesławna akcja Wisła. 

Oczywiście nie tylko nieszczęścia przytrafiały się mieszkańcom tych terenów. One zdarzają się co jakiś czas, poza tym toczy się normalne życie. Praca w rozwijającym się przemyśle naftowym,  w gospodarstwie, przy wycince drzew, wypasanie owiec. I codzienne krzątactwo - sprzątanie domu i obejścia, gotowanie, pranie, troska o domowników i domowe zwierzęta, plewienie, sianie, zbieranie. W tym miejscu nie mogę powstrzymać się od przytoczenia pięknego cytatu:  .... świat bowiem przemija z każdą chwilą, następują po sobie pokolenia, ktoś rodzi się, a ktoś umiera, codzienna oswojona zagłada. Nie widzimy tego, póki życie toczy się leniwie i spokojnie, póki są zwykłe radości, smutki i zmartwienia, ale niekiedy czas zagęszcza się i przyspiesza, śmierć idzie ławą, jak fala, jak lawina, zabiera na równi młodych i starych, i mówi się wtedy, że jest nieludzka, okrutna. Jakie mądre, jakie trafne, jakie aktualne, jak ładnie napisane. Nie zawsze na śmierci się kończy, nieraz takie zagęszczenie i przyspieszenie czasu niesie zmianę radykalną, niestety niekoniecznie na lepsze.

Ale "Pusty las" jest czymś więcej niż tylko pięknie i wrażliwie  opowiedzianą historią mieszkańców Beskidu Niskiego. To także historia autorki. Opowieść o jej miłości do tych terenów, o fascynacji nimi, o miejscach, w których tu mieszkała, o trudnościach, z jakimi się zmagała, a które, jak to bywa, z perspektywy czasu wydają się tylko romantyczne. Wreszcie jest to opowieść o codzienności, o krzątactwie, o stwarzaniu domu i o wędrówkach po okolicy. Chociaż nigdy nie byłam w Beskidzie Niskim, w czasie lektury powstawał  w mojej wyobraźni. Te pusty lasy, te drogi, potoki, rzeczki, łąki, pozarastane cmentarze, zniszczone cerkwie i domy, zdziczałe sady. Monika Sznajderman znakomicie o tym pisze, tak plastycznie, że aż chciałoby się rzucić to całe miejskie życie i uciec, i zamieszkać w tej pustce, i zapomnieć o świecie, o tych wszystkich problemach, zmartwieniach. No ale zaraz przychodzi otrzeźwienie - przecież to tylko piękna iluzja i jednak nie mam w sobie aż takiej determinacji i siły woli, aby ją zrealizować, no i jestem stuprocentowym człowiekiem miasta. A poza tym czas przecież cyklicznie się zagęszcza, przyspiesza i nie ma takiej dziury, takiej pustki, gdziebyśmy mogli się przed fatum schować. Ale na tym polega siła dobrej literatury, że tak mami i zwodzi, pozwala się przenieść tam, gdzie nas nie ma, chociaż na chwilę. 

Piękna, mądra, ciekawa i ważna książka. Taka, która odkrywa nieznane, albo znane słabo, światy. Ale to proces bolesny, bo nie lubimy pamiętać o trupach w naszej szafie, a Monika Sznajderman chcąc przywrócić pamięć o dawnych mieszkańcach Wołowca, Czarnego, Łosi, Ropicy, Olchowca, Zdyni i wielu innych wiosek, musi te trupy z szafy powyjmować. Lektura obowiązkowa.

Maciej Czarnecki "Skandynawia halal. Islam w krainie białych nocy"

Po przeczytaniu kryminału Katarzyny Tubylewicz "Bardzo zimna wiosna", dzięki któremu przeniosłam się do Szwecji, przypomniałam sobie, że w w moim czytniku, nie za głęboko, ale jednak nie na wierzchu, czeka na swoją kolej zbiór reportaży Macieja Czarneckiego "Skandynawia halal. Islam w krainie białych nocy" (Agora 2019). Swego czasu byłam nawet na spotkaniu z autorem, takim prawdziwym, nie online. Kiedy to było! I kiedy wróci? Temat wiąże się z jednym z wątków z książki Katarzyny Tubylewicz, no i jest bardzo ciekawy, dlatego postanowiłam po "Skandynawię halal" od razu sięgnąć. 

Wiadomo, że w krajach skandynawskich żyje bardzo wielu muzułmanów, a w w czasie kryzysu migracyjnego i tuż po nim w Polsce zaczęły szerzyć się opowieści o non go zones, czyli dzielnicach, do których nawet policja boi się zapuszczać. Właśnie wtedy Maciej Czarnecki zaczął interesować się tematem, jeździć do Szwecji, Norwegii oraz Danii i pisać reportaże, aby sprawdzić, jak jest naprawdę. Jakie problemy i zagrożenia stwarza tak liczna grupa muzułmanów w niegdyś białych, protestanckich, homogenicznych społeczeństwach? Jakie daje korzyści?Jak radzą sobie te kraje z jej integracją? Jak muzułmanie radzą sobie w nowej ojczyźnie? 

Część z tych reportaży była wcześniej drukowana na łamach Gazety Wyborczej. Zawsze mam problem z tak powstałymi książkami - bo to jednak zbiór tekstów podrasowany do książkowego wydania, a nie pomyślana od początku do końca jedna całość. Co rozdział to inny bohater albo inny aspekt tematu. Plus trochę statystyki, trochę wypowiedzi rozmaitych ekspertów albo pracowników instytucji, które pracują na rzecz imigrantów. Pożyteczne, solidne, ale nie zawsze porywające. Czy można dowiedzieć się czegoś nowego? To już zależy od wcześniejszej znajomości tematu - im mniej czytelnik wie, tym ciekawiej. 

Tym razem wszystko sprowadza się do dość oczywistej konkluzji, że nie ma jednego obrazu społeczności muzułmańskiej w krajach skandynawskich. Co człowiek, to inna historia. Wśród tej grupy są przecież tacy, którzy urodzili się w Szwecji, Norwegii czy Danii, inni przybyli tu stosunkowo niedawno wraz z największą falą emigracji w roku 2015. Spore znaczenie ma narodowość. Inaczej integrują się syryjscy uchodźcy, którzy uciekli ze swojej ojczyzny w czasie wojny, bardzo często ludzie wykształceni, niegdyś dobrze sytuowani - oni chcą za wszelką cenę ułożyć sobie życie, nauczyć się języka, zacząć pracować, aby w przyszłości próbować zbliżyć się do statusu, jaki mieli w Syrii. Jeszcze inaczej wiedzie się przybyszom z Pakistanu. Ci często robią kariery - są prawnikami czy lekarzami. Najgorzej integrują się Somalijczycy. Dlaczego? Bo najczęściej są niewykształceni, mają trudności ze znalezieniem pracy, lądują na samym dole drabiny społecznej. Muzułmanów nie łączy też wcale religia, bo jedni są religijni bardzo, a inni wcale. 

Ale to nie koniec komplikacji. Autor pokazuje też problemy wewnątrz tej grupy. Na ostracyzm swoich narażone są wszelkie mniejszości. I tylko trochę pomaga im fakt, że żyją w krajach znanych z tolerancji. Chodzi oczywiście o gejów i lesbijki, ale także o muzułmańskich ateistów. Brzmi jak oksymoron, ale chyba trafnie oddaje problem. Te grupy spotykają się często z  potępieniem i odrzuceniem właśnie w swojej społeczności, w rodzinie. Oczywiście nie można uogólniać, bo przecież nie zawsze tak jest. Sporo miejsca poświęca autor kobietom muzułmankom. Tu pojawiają się takie problemy jak zamykanie ich w domach - często nie pracują, w małym stopniu poznają język. Bywa, że idą z tym w parze aranżowane małżeństwa nieletnich czy zabójstwa honorowe. A skoro o kobietach mowa, to trzeba wspomnieć o dyskusji wokół hidżabów. Czy ich noszenie stanowi opresję czy jest prawem do wolności? Odpowiedź nasuwa się chyba tylko jedna - jeśli kobieta robi to z własnej woli, jej sprawa, gorzej jeśli zostaje zmuszona przez rodzinę czy innych członków społeczności. Z tym zagadnieniem wiąże się bardzo ważne pytanie - dlaczego kraje słynące z tolerancji, z równościowej polityki pozwalają, aby muzułmańskie imigrantki były dyskryminowane w swoich rodzinach i społecznościach? Dzieje się tak oczywiście w wyniku poprawności politycznej i ... wolności. Na problem zwracała już uwagę Katarzyna Tubylewicz w swojej znakomitej książce - "Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie". Długo temat był przemilczany. Dziś w Szwecji i w Norwegii sporo mówi się o błędach, jakie popełniono w sprawach integracji imigrantów, a w szczególności muzułmanów. 

Wreszcie temat, który przywiódł autora do Skandynawii - non go zones, a właściwie otoczone złą sławą osiedla zamieszkane przez samych imigrantów, nie tylko muzułmanów, bo strefy szariatu są jednak mitem czy fake newsem. Maciej Czarnecki sporo pisze o takich miejscach i w Szwecji, i w Norwegii. Odwiedza je, rozmawia z ich mieszkańcami, nie tylko z muzułmanami, ale też z ludźmi, którzy tam pracują w rozmaitych organizacjach pomocowych, w szkołach czy w innych instytucjach. Wielu z nich mimo że zrobiło karierę, nadal tu mieszka i jest to ich świadomy wybór, bo stać ich na to, aby się wyprowadzić. W reportażach zamieszczonych w książce częściej słychać głosy, że problem został wyolbrzymiony, że jest tu w miarę bezpiecznie, że większe jest prawdopodobieństwo napaści w centrach dużych miast, a przestępstwa są takie jak wszędzie - związane z biedą, brakiem pracy, z drogą na skróty, z wiekiem. I nie ma tu nic do rzeczy religia. Oczywiście o jednoznaczną opinię trudno, bo niektórzy problem jednak dostrzegają.

I jeszcze jedno istotne zagadnienie, chyba najtrudniejsze do zweryfikowania - czy islam jest zagrożeniem? Czy celem muzułmanów jest zdominowanie Europy i zaprowadzenie tu praw szariatu? Czy to jakiś spisek i zdobywanie nowego przyczółka krok po kroku? Czy w meczetach trwa indoktrynacja? Na ile groźni są niektórzy mułłowie, szczególnie salaficcy, i niektóre islamskie organizacje? Czy naiwni politycy i intelektualiści, zwłaszcza lewicowi, w imię poprawności politycznej, tolerancji, wolności pozwalają sobą manipulować i nie dostrzegają problemu? Czy jest tak, jak twierdzą niektórzy, że co innego mułłowie i imamowie mówią głośno, a co innego po cichu? Autor, na ile to możliwe, próbuje rozmawiać z przedstawicielami środowisk, wokół których są kontrowersje. Uczestniczy w konferencjach, w spotkaniach. Dociec prawdy jest jednak bardzo trudno. Z tym łączy się kolejny problem - radykalizacji skandynawskich społeczeństw, prześladowania muzułmanów, prawicowych partii czy antyimigranckich organizacji zdobywających coraz więcej zwolenników. Maciej Czarnecki przywołuje bardzo dobrą i bardzo dołującą dystopijną powieść "Utoną we łzach swoich matek" Johannesa Anyuru, o której i ja pisałam. To obraz Szwecji niedalekiej przyszłości, gdzie muzułmanów, którzy nie podpiszą lojalki oznaczającej wyrzeczenie się swojej islamskiej tożsamości, zamyka się w specjalnych ośrodkach. Warto też przywołać duński film "Sons of Denmark" ("Synowie Danii"), pokazywany na Nowych Horyzontach, dostępny na jednej z platform filmowych, który pokazuje wzrost antyislamskich nastrojów wykorzystywany przez ultraprawicowych polityków do robienia politycznej kariery.

To oczywiście nie wszystkie wątki poruszane w reportażach Macieja Czarneckiego. Więcej w książce. Warto po nią sięgnąć, aby poznać nową europejską rzeczywistość, od której przecież nie uciekniemy.

Katarzyna Tubylewicz "Bardzo zimna wiosna"

Właściwie od kilku lat nie czytam kryminałów, o czym już nie raz wspominałam. Nie dlatego, żebym gardziła tym gatunkiem literackim, przeciwnie, kiedyś pochłaniałam ich dużo, ale po prostu z braku czasu na każdą lekturę. Trzeba wybierać z rogu obfitości. Ostatnio jednak zrobiłam dwa wyjątki. Za każdym razem z tego samego powodu - nie tyle interesowała mnie zagadka kryminalna, ile temat, tło społeczne lub historyczne. 

Pierwszy wyjątek to "Śliska sprawa" Volkera Kutschera, której akcja osadzona jest w Berlinie w roku 1929. Książkę rozsławił serial "Babylon Berlin" kręcony na jej motywach. (Nie znam.) Drugi to najnowsza powieść Katarzyny Tubylewicz "Bardzo zimna wiosna" (W.A.B. 2020). Cenię autorkę za jej zbiór reportaży ze Szwecji "Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie". Bardzo też lubię jej słuchać, kiedy w radiu komentuje i objaśnia szwedzkie problemy. A jest w nich doskonale zorientowana, bo w Sztokholmie mieszka od lat. Z tego samego powodu sięgnęłam po napisany przez nią kryminał - bo oczywiście czytelnik znajdzie tu znacznie więcej niż tylko zagadkę i pełną napięcia akcję. Autorka tłem swojej powieści uczyniła problemy społeczne, sięgnęła też do historii. Od razu powiem, że obie powieści to pierwsze tomy cyklu. Jeśli chodzi o serię Volkera Kutschera z komisarzem Gereonem Rathem, to ukazało się już kilka tomów, w Polsce na razie tylko pierwszy, ale prawa zakupiono do kolejnych, a Katarzyna Tubylewicz dopiero pracuje nad dalszą częścią swojego cyklu, o czym opowiadała w audycji radiowej. I jeszcze jedno - na pewno sięgnę po kolejne części obu powieści, co jest najlepszym dowodem na to, że mi się podobały.

Akcja "Bardzo zimnej wiosny" rozgrywa się współcześnie w Sztokholmie i jego najbliższych okolicach. Dwóch komisarzy policji, Jens Vikander i Bjorn Fagel, szuka zabójcy Grety Sjowall, która została brutalnie zamordowana. Nie wygląda to na przypadkową zbrodnię. Kto mógł pragnąć śmierci zamożnej, starszej, szanowanej kobiety? Czy motywem morderstwa są jej pieniądze? Jens i Bjorn stanowiący zgrany tandem pracują nad tą sprawą, ale jednocześnie zawaleni są masą innej roboty. Jednym z problemów, który porusza autorka w swojej powieści, jest niewydolność policji spowodowana nieudaną reorganizacją. Jens i Bjorn bez przerwy na to narzekają. Z tym wiąże się kolejny - wzrost przestępczości. Wojny gangów, kradzieże, napady na ulicach. Cóż, Szwecja z powieści Katarzyny Tubylewicz nie jest rajem, jaki lubimy sobie wyobrażać. Na problem eskalacji przestępczości pisarka zwracała uwagę, komentując szwedzką rzeczywistość, pisała też o tym w swojej poprzedniej książce. Zawsze jednak podkreślała, jak Szwedzi potrafią stawić czoła kłopotom, wyciągać wnioski z popełnianych błędów, przewidywać przyszłość. Tym razem obraz jest ciemny, a światełka w tunelu nie widać. Ciekawe, czy na potrzeby kryminału, czy coś się zmieniło i Katarzyna Tubylewicz nie jest już taką optymistką.  

Kolejny problem, jaki porusza autorka w swojej powieści, to uchodźcy. Niczego tu nie zdradzam, tę informację znajdzie czytelnik w notce od wydawcy. Robi to bardzo rzetelnie, pokazując jego złożoność. Kto czytał "Moralistów", nie będzie zaskoczony, bo w jej reporterskiej książce temat ten przewijał się bardzo mocno. Autorka pisze też o rozmaitych drobniejszych sprawach, o których wspominała w tamtej książce, na przykład o tym, jak Szwedzi podchodzą do pogrzebów. Pewnie właśnie dlatego początkowo miałam trochę wrażenie, że czytam książkę na zadany temat, trochę jak tekst publicystyczny, potem jednak tak się wciągnęłam, że nie zwracałam już na to uwagi. A kto "Moralistów" nie zna, a o Szwecji poza stereotypami wie niewiele, nie będzie miał takich skojarzeń. Za to na pewno warto potem po nich sięgnąć. Po inne książki również, choćby wznowiony i poszerzony zbiór reportaży Macieja Zaremby-Bielawskiego "Polski hydraulik i inne opowieści ze Szwecji" czy "Skandynawię halal. Islam w krainie białych nocy" Macieja Czarneckiego. Pierwszej jeszcze nie czytałam, ale to świetna okazja, aby wkrótce ten brak nadrobić, o drugiej będzie za tydzień.

Równie ważną bohaterką, jak Jens i Bjorn, jest Polka, Ewa Ptak, która przyjechała do Szwecji, aby zajmować się Gretą. Niesie za sobą bardzo traumatyczne przeżycia, wyjazd z Polski był właściwie ucieczką. Jej wątek jest bardzo istotny, a problem przy okazji poruszony też. Powstała więc wielowątkowa i wielowymiarowa opowieść o Szwecji, równocześnie jednak uniwersalna. A to jeszcze nie wszystko. Akcja powieści zanurzona jest częściowo w przeszłości - dotyczy czasów drugiej wojny i tego, co działo się później. I chociaż Katarzyna Tubylewicz opowiada o sprawach, jakie rozgrywały się w Szwecji, to problem nie dotyczy tylko tego kraju. Niedawno czytałam powieść Almudeny Grandes "Pacjenci doktora Garcii", która opowiadała o tym samym procederze, ale w zupełnie innym miejscu Europy. Cóż, więcej napisać nie mogę, bo "Bardzo zimna wiosna" to przecież kryminał. 

Co jeszcze podobało mi się w powieści Katarzyny Tubylewicz? Zniuansowane portrety bohaterów, szczególnie pierwszoplanowej trójki. (Coś mi mówi, że Ewa pojawi się w kolejnym tomie.) No i to, co uwielbiam - opowieść o miejscu, czyli o Sztokholmie, w którym nigdy nie byłam. Z wielką przyjemnością czytałam opisy miasta, poznawałam jego topografię, spacerowałam w wyobraźni po zamożnej dzielnicy położonej wśród zieleni niedaleko jeziora. Bardzo ciekawa książka, która pochłonęła mnie na tyle, że mogłam zapomnieć o pandemii i wszystkim, co z nią związane. Czekam na część drugą.

Mariusz Urbanek "Zły Tyrmand"

Po przeczytaniu "Dziennika 1954" Leopolda Tyrmanda zaczęłam szperać w internecie, poszukując informacji na temat pisarza. No bo niby wiadomo, kim był, znana jest jego legenda, ale kiedy przyszło do konkretów, okazało się, że tak wielu informacji o nim wcale nie miałam. Wtedy właśnie odkryłam książkę Mariusza Urbanka, cenionego specjalisty od biografii, "Zły Tyrmand" (Iskry 2020). Po raz pierwszy ukazała się w roku 1992 w innym wydawnictwie, potem wychodziła już kilkakrotnie w Iskrach w wersji trochę poszerzonej. Początkowo sądziłam, że to typowa biografia, tak jednak nie jest. "Zły Tyrmand" to efekt rozmów autora z ludźmi, którzy znali pisarza. Jak słusznie zauważa Mariusz Urbanek we wstępie napisanym specjalnie do tego wydania, dziś takiej książki nie można byłoby napisać z tej prostej przyczyny, że znakomita większość z osiemdziesięciu osób, które się w niej wypowiadają, już nie żyje. Chwała więc autorowi za to, że wpadł przed laty na pomysł, aby wysłuchać tych, którzy Tyrmanda znali. 

Nie jest to, jak mogłoby się wydawać, zbiór wywiadów. Czasem autor cytuje wypowiedzi i wspomnienia swoich rozmówców, czasem po prostu zdaje z nich relację, innym razem cytuje fragmenty rozmaitych tekstów, w których wypowiadali się o Tyrmandzie. W dużej mierze książkę można nazwać rewersem "Dziennika 1954", ponieważ większość osób, z którymi Mariusz Urbanek spotkał się dla jej potrzeb, została przez Tyrmanda uwieczniona na jego kartach. Często złośliwie i niepochlebnie. W czasie tych rozmów konfrontują się z jego opinią - niektórzy bywają zdziwieni, inni rozczarowani, są tacy, którzy twierdzą, że Tyrmand zupełnie rozminął się z faktami na ich temat, chcąc się na nich odegrać, jeszcze inni zgadzają się z jego oceną nawet wtedy, kiedy nie jest dla nich korzystna. Ale oczywiście przede wszystkim celem autora jest próba odpowiedzi na pytanie - jaki był Tyrmand naprawdę? 

Mimo tego że nie jest to klasyczna biografia, można dowiedzieć się wiele o życiu i recepcji twórczości autora "Złego", a to także dlatego, że Mariusz Urbanek uporządkował chronologicznie relacje ze spotkań, które odbył. Dlatego najpierw rozmawia z tymi, którzy najlepiej znali go z czasów przedwojennych i okupacyjnych, kończy na tych, którzy mieli z nim kontakt do końca, także wtedy, kiedy zamieszkał w mitologizowanej przez siebie i wielbionej Ameryce (czytaj w USA). Oczywiście często bywa tak, że ktoś, kto pamięta Tyrmanda na przykład z czasów wileńskich, czyli okupacyjnych, spotykał go również potem w Warszawie, dlatego wielokrotnie wracają w książce te same fakty, zdarzenia, miejsca, tematy. W niczym to jednak nie przeszkadza. Przeciwnie, jest bardzo ciekawe, bo rozmówcy Mariusza Urbanka często to samo zdarzenie, ten sam fakt widzą i interpretują zupełnie inaczej. 

I tu wracam do zasadniczego pytania tej książki - jaki naprawdę był Tyrmand? Czytelnik szybko musi dojść do wniosku, że nie ma jednej odpowiedzi. Niemal każdy pamięta go inaczej, te same zdarzenia interpretowane są w odmienny sposób, niektórzy wręcz twierdzą, że coś się nigdy nie zdarzyło. Szczególnie kobiety, z którymi się spotykał, często były zdziwione tym, co napisał o nich w swoim "Dzienniku 1954" - one widziały ich znajomość w zupełnie innym świetle. Co ciekawe, najczęściej przywiązywały do niej mniejszą wagę, niż on nadał jej w swoich zapiskach. Albo po latach tak twierdzą. Tym bardziej nie ma takiej samej opinii o jego książkach. Jedni zupełnie nie cenią jego powieści i opowiadań, inni dostrzegają ich wagę w czasach, kiedy powstały. Krzysztof Teodor Toeplitz, jeden z kilku najbliższych Tyrmandowi, twierdzi, że nieporozumienie tkwi w tym, jak Tyrmand rozumiał literaturę. Dla niego dobra literatura to taka, którą się czyta, a nie niszowa. Dlatego taką pisał. Jedno chyba nie jest przedmiotem sporu - Tyrmand chciał być pisarzem, marzył o sławie i docenieniu swojej twórczości. Większość zgadza się też, że najważniejszy w jego literackim dorobku pozostaje "Dziennik 1954". I tu znowu kontrowersja - powstał rzeczywiście wtedy czy znacznie później na emigracji, ewentualnie na bazie jakichś notatek, które autor robił na bieżąco i przechował? Dziś przynajmniej ten spór został rozstrzygnięty - wiadomo, że "Dziennik 1954" jest rzeczywiście dziennikiem. Skąd tak rozbieżne opinie? Pewnie z wielu różnych powodów. Jednym z nich jest pamięć, która filtruje wspomnienia. Stąd zaprzeczanie niektórym faktom - ktoś mógł zwyczajnie o czymś zapomnieć.

Czego wobec tego dotyczą kontrowersje? Największe chyba oceny jego postawy politycznej w latach pięćdziesiątych. Czy rzeczywiście był taki odważny i niezłomny? Czy rzeczywiście stanowił wyrzut sumienia dla środowiska literatów? Większość z nich szła przecież na jakieś koncesje z władzą, a on wolał biedować niż zawierać kompromisy. Czy był autorytetem i niedoścignionym wzorem? Mnie bardzo spodobała się taka opinia - Tyrmand nie walczył ze  światem, ale go nienawidził. Pod słowem świat należy rozumieć oczywiście powojenną polską rzeczywistość - komunistyczną, stalinowską. Dlatego Tyrmand odmawiał uczestniczenia w niej. Wielu jednak bagatelizuje jego niezłomność, twierdzą, że był po prostu śmieszny, że się kreował, że przybierał maski, że miał kompleks niskiego wzrostu, że zawsze był konserwatystą, a nie stał się nim dopiero w Ameryce,  jak się powszechnie uważa, że wcale nie zmienił poglądów, tylko taki właśnie był. Kontrowersje budzi jego katolicyzm - udawany czy prawdziwy? - ukrywanie faktu, że w okresie wileńskim był redaktorem i pisał felietony dla "Komsomolskiej Prawdy", wielu nie rozumie, dlaczego ukrywał żydowskie pochodzenie i opowiadał, że wywodzi się z rodziny baronów kurlandzkich. Akurat w świetle tego, co wiemy dzisiaj, przemilczenie faktu, że był Żydem, nie musi dziwić. Większość ocalałych z Zagłady tak właśnie robiła po prostu ze strachu przed antysemityzmem. Jedna z osób wypowiadających się w książce twierdzi nawet, że na pewno nie wytrzymałby nagonki z Marca 68. Wyjechał kilka lat wcześniej. 

Co zabawne, rozmówcy Mariusza Urbanka inaczej widzą nawet kwestię jego legendarnego sposobu ubierania się. Owszem, chyba wszyscy przyznają, że przywiązywał do tego niezwykłe znaczenie i zwracał uwagę swoim strojem, ale już co do kolorowych skarpetek zdania są odmienne - niektórzy twierdzą, że wcale nie były kolorowe. Są tacy, którzy oburzają się, że nazywało się go bikiniarzem, a inni, że to mu wcale nie uwłacza. Te różnice być może wynikają z odmiennej interpretacji słowa bikiniarz. Za to chyba największa zgoda panuje w ocenie konserwatywnej wolty, jakiej dokonał w okresie amerykańskim. Chociaż, o czym wspominałam, nielicznych ona wcale nie dziwi - zawsze był konserwatystą i kropka. Co jakiś czas ktoś przywołuje słynne zdanie Tyrmanda z artykułu w "New Yorkerze" - Postanowiłem bronić Ameryki przed nią samą.

Bardzo, bardzo ciekawa książka. Konieczne uzupełnienie lektury "Dziennika 1954". Cieszę się, że na nią trafiłam. Świetnie się czyta. No i znakomita odtrutka na dzisiejsze trudne czasy. Kto chce się oderwać od pandemii i związanych z nią problemów, kto nie potrafi teraz czytać książek wagi ciężkiej, bo dość ma swoich lęków i kłopotów, śmiało może sięgnąć po "Złego Tyrmanda" Mariusza Urbanka, nawet jeśli nie zna "Dziennika 1954".

Leopold Tyrmand "Dziennik 1954"

Niby niedawno, ale w zupełnie innej epoce, epoce sprzed koronawirusa, obejrzałam w kinie "Pana T.", film Marcina Krzyształowicza, oparty na kilku miesiącach z życia Leopolda Tyrmanda. Zachwyciłam się nim, czemu dałam wyraz w jednej z moich notek, i nabrałam wielkiej ochoty, aby sięgnąć po prozę pisarza, której dotąd nie czytałam. Oczywiście słyszałam o Tyrmandzie, bo to przecież legenda literatury, ale żadnej z jego książek nie znam. I tu pojawia się wątpliwość. Legenda na pewno, ale czy literatury? Czy może raczej legenda kultury, może nawet popkultury? Bo jak przetrwał w zbiorowej pamięci? Jako barwny ptak siermiężnej epoki stalinowskiej, wielbiciel i promotor jazzu - świetnie pokazała to Magdalena Grzebałkowska w biografii Krzysztofa Komedy, "Komeda. Osobiste życie jazzu". Co zostało z jego literackiego dorobku? Po obejrzeniu filmu, który tak mocno na mnie podziałał, przeczytałam kilka tekstów o Tyrmandzie, także o jego twórczości. Wszyscy wskazują na "Dziennik 1954", zawsze pojawia się też "Zły", ale właśnie jako dzieło popkulturowe, świadectwo pewnej epoki. Co do pozostałych książek Tyrmanda zdania są podzielone. Ktoś docenia "Życie towarzyskie i uczuciowe", chociaż większość jest przeciwnego zdania, ktoś wybiera "Filipa", z którym jest podobnie. Nie ma zgody. Dlatego chcąc przeczytać coś, a nie mając czasu na wszystko, wybrałam pewniaki - "Dziennik 1954" (Wydawnictwo MG 2015) - właśnie skończyłam, i "Złego" - czeka w kolejce.

"Dziennik 1954" to zapis trzech miesięcy 1954 roku. Zaczyna się pierwszego stycznia, urywa dosłownie w połowie zdania drugiego kwietnia. Dlaczego? To wyjaśnia Tyrmand w króciutkim posłowiu - pisał wieczorem, zmęczony odłożył z myślą, że wróci następnego dnia, ale właśnie wtedy podpisał z Czytelnikiem umowę na "Złego". Rozmowy w tej sprawie toczył od dawna, czego śladów w "Dzienniku" nie ma, bo, jak wyjaśnia, nie chciał zapeszyć, bał się, że i tym razem z jego planów nic nie wyjdzie. Zaczął pracę nad "Złym", który przyniósł mu upragniony sukces i sławę, a do swoich zapisków nigdy więcej nie wrócił. 

Z "Dziennikiem" wiąże się jeszcze jedna historia - kiedy wyszedł po raz pierwszy w roku 1980, wielu znających Tyrmanda uważało, że powstał później, że nie są to zapiski prowadzone na bieżąco, że tamtego Tyrmanda nie stać było na tak dojrzałą książkę. Wątpliwości i spory trwały, aż Henryk Dasko, znawca jego twórczości, odnalazł w amerykańskich archiwach zdeponowany oryginał. To ucięło dyskusję.

Co znajdziemy w "Dzienniku 1954"? Oczywiście zapis codzienności, refleksje, rozmyślania, ale nie tylko. Tyrmand, który nie chciał iść na żadne koncesje z władzą - po kolei wylatywał z wszystkich redakcji, w których pracował, a Tygodnik Powszechny, ostatnie miejsce jako takiego wolnego słowa, gdzie znalazł schronienie, został zlikwidowany i przejęty przez PAX, o wydaniu czegokolwiek bez pójścia na daleko idące ustępstwa również mowy nie było - nie tylko ledwo wiązał koniec z końcem, ale nie miał też przed sobą żadnych perspektyw zawodowych. A on tak bardzo chciał pisać, tak bardzo marzył o rozwoju, o wydaniu książki, o sukcesie, o uznaniu. Pisanie dziennika to akt rozpaczy, ujście dla twórczej energii i ostatni szaniec oporu. Skoro nie da się inaczej, to trzeba tak - pisać, pisać, pisać, choćby do szuflady. Dlatego w "Dzienniku 1954" znajdziemy też wspomnienia Tyrmanda z czasów wojny, z lat powojennych, opowieści o kobietach, z którymi był krócej lub dłużej związany, historie znajomych i przyjaciół oraz wiele innych wspominkowych opowieści. Jednym słowem jest to połączenie klasycznego dziennika ze wspomnieniami. 

Ale najmocniej wybrzmiewa w "Dzienniku 1954" rozpacz z powodu traconych szans, upływającego czasu, w którym nic się nie dzieje, poczucie bezsensu, bezradność. 
... codziennie przegrywam codzienność ... Chandra, dodupizm i poczucie klęski. Prywatny katastrofizm. Mam blisko trzydzieści trzy lata i gniję ...., .....prawdziwą samotnością człowieka jest samotność wobec losu, a nie innych ludzi.
Chcę żyć. Życie to udział w epoce, praca, kształtowanie swego czasu w każdym dostępnym wymiarze, to tworzenie ludzkich wartości i pozostawianie ich po sobie. (...) Nie pogardziłbym także ozdobami - powodzeniem, materialnym osiągnięciem, pięknymi przedmiotami wokoło, komfortem, podróżami, zasłużonym wypoczynkiem, darami przyrody.
Po prostu nie ma mnie. Wszystko dlatego, że chcę w moim kraju żyć, myśleć i pracować tak, jak uważam za słuszne. Za to płacę nieprawidłowością istnienia i zakazem rozwoju.
To garść cytatów, jakie wypisałam w trakcie lektury. 

Tyrmand zdawał sobie sprawę z mizerności swojego gestu odmowy i oporu, z jego nieważności. Wiedział, że nikt go nie zauważy. Ten gest ważny był dla niego. Dużo pisze o spotkaniach i rozmowach z przyjaciółmi, którzy są w podobnej sytuacji - nie mają pracy, nie chcą iść na układy z władzą. Szczególnie często na łamach dziennika przewijają się Zbigniew Herbert i Stefan Kisielewski. Ten pierwszy niezłomny jak Tyrmand, nie decyduje się na wydawanie swoich wierszy, ima się rozmaitych nisko płatnych prac w dziwnych instytucjach, aby jakoś przetrwać. Ten drugi, często krytyczny wobec Tyrmanda, potrafi mu wytknąć niekonsekwencje w jego postawie, pokazuje złudność oczekiwań. Warto zacytować za Tyrmandem słowa Kisiela.
... cała Polska jęczy w kieracie komunizmu, męczy się i cierpi, a ty żyjesz jak dandys. Pieniędzy potrzebujesz niewiele, nie masz żadnych obowiązków, nie upadasz pod najcięższym dziś brzemieniem utrzymywania rodziny. Korzystasz z tego, co w komunistycznej Polsce najlepsze, mieszkasz w Warszawie, jedynym wielkim mieście w tym kraju, cieszysz się względnym komfortem, na jaki komunizm stać, oglądasz filmy niedostępne reszcie społeczeństwa, rozczytujesz się w przemycanych z zagranicy, zakazanych książkach. Dostępne masz teatr, kobiety, sport w stołecznym gatunku. 
 I dalej dowodzi Kisiel, jak drażni wielu taka pięknoduchowska postawa Tyrmanda, jego potępianie wszystkich, którzy dokonali innego wyboru.  
I kogo tak cenzurujesz, o kim wyrokujesz? O tych biednych, zahukanych otępiałych pisarzach i artystach, którzy ulegli komunizmowi albo ze strachu, albo z głupoty, albo z życiowych konieczności, by wyżywić dzieci, a teraz uginają się, jak cała Polska, pod ciężarem swego lub cudzego błędu, zaszczuci wymaganiami oprawców. 
I na koniec swej tyrady zauważa Kisiel: Twoją klęską jest, że wydaje ci się, jakoby życie przerwało swój bieg wraz ze zwycięstwem komunistów. Świat stanął ci w miejscu, cóż za fatalne złudzenie! Czekasz, aż wróci twoja normalność w twojej Warszawie, cóż za kompletna bzdura! 

Zacytowałam tak obszernie słowa Stefana Kisielewskiego, podkreślam - przyjaciela Tyrmanda, z kilku powodów. Nie chcę, aby powstało mylne wrażenie, że Tyrmand tylko cierpi i cierpi. Dziennik jest dowodem, że stara się prowadzić w miarę normalną egzystencję. Dużo na jego łamach śladów urody życia - kobiet, ciuchów, które go wyróżniają spośród szarego tłumu, stać go na żart i ironię. Poza tym słowa Kisiela pokazują, jak trudna i złożona była sytuacja, jak trudnych trzeba było dokonywać wyborów, do jakich kompromisów zmuszało życie, szczególnie jeśli się miało na utrzymaniu rodzinę. No i narastająca świadomość, że inaczej nie będzie. Co prawda w "Dzienniku" pobrzmiewają jeszcze echa powszechnego w latach powojennych czekania na kolejną wojnę, która jest dla Polski jedyną nadzieją na wyzwolenie, ale to Kisiel miał rację. Innego życia miało jeszcze długo nie być. Trzeba też przyznać, że Tyrmand nie jest w ocenach postaw swoich znajomych ze światka artystycznego bardzo bezwzględny. Pastwi się tylko nad najbardziej cynicznymi karierowiczami, dla innych, chociaż nie podziela ich wyborów, ma zrozumienie i życzliwość.

Pisze też Tyrmand o strachu. Dzisiaj czytając "Dziennik 1954", możemy nie zdawać sobie sprawy, jakiej odwagi wymagało to pisanie. Gdyby jego zapiski, w których nie krył swojej nienawiści do porządków panujących w Polsce, do panującego ustroju, do władzy, do polityki kulturalnej, wpadły w niepowołane ręce, Tyrmand pewnie zapłaciłby za to nie tylko zakazem wydawania, brakiem pracy, ale pewnie więzieniem.   

A poza tym jest "Dziennik 1954" barwną opowieścią o życiu Tyrmanda, świadectwem tamtych lat. Przykuwają opisy częściowo jeszcze zrujnowanej Warszawy, znakomita jest relacja z podróży pociągiem z Warszawy do Krakowa i z powrotem. Ile w tych fragmentach wspaniałych obserwacji! Warto wspomnieć, że na podróż, która go słono kosztowała i wymagała wielu trudów, zdecydował się tylko po to, aby spotkać się z jedną z tych kobiet, z którymi miał jakiś przelotny romans. Taki właśnie jest jego "Dziennik". No i muszę wspomnieć jeszcze o czymś - w tych zapiskach przewija się Bogna, dziewczyna, której udzielał korepetycji do matury i z którą łączył go romans. Im dalej w dziennik, tym mniej jej na jego kartach. Jeśli coś mnie zdziwiło, to fakt, że Tyrmand prawie zupełnie nie pisze o jazzie. Gdybym nie wiedziała, że był miłośnikiem i propagatorem tej muzyki, poświęcił jej przecież nawet książkę, po przeczytaniu "Dziennika 1954" nie miałabym o tym pojęcia.

I na koniec jeszcze jedno. Dlaczego po zapiski Tyrmanda sięgnęłam dopiero teraz, a nie bezpośrednio po obejrzeniu filmu "Pan T."? Skłoniła mnie do tego lektura biografii Marii Jaremy, o której ostatnio pisałam. Te same czasy, podobny stosunek do powojennej rzeczywistości. Chciałam pozostać w klimacie. Obie książki polecam.

PS.Tyrmand w jednym z fragmentów pisze o pladze tamtych czasów - gruźlicy. Jak bardzo znajomo brzmi ten passus. Służba zdrowia, która nie radzi sobie z epidemią. Prątkujący nierokujący wyleczenia wyrzucani są ze szpitali, chodzą i zarażają. Lekarz do pacjenta, któremu nie chce dać zwolnienia z powodu nacieku w płucu: Gdybym miał pana zwolnić, ćwierć Polski miałoby prawa domagać się sanatorium. Nie wiem sama, czy to pocieszające, czy raczej przerażające. Niby nic nowego, wszystko już było, ale z drugiej strony, tyle lat minęło, a problemy podobne.

Agnieszka Dauksza "Jaremianka"

Po książkę Agnieszki Daukszy "Jaremianka" (Znak 2019) nie miałam zamiaru sięgać, no bo, tu powtórzę moją ulubioną mantrę,  trudno czytać wszystko, trzeba wybierać z mnogości nowych propozycji, z zaległości, które jeszcze przed chwilą były nowościami. A gdzie czas na powroty do książek ulubionych, gdzie czas na nigdy nieprzeczytaną klasykę, tego przysłowiowego Prousta? Zmieniłam zdanie z dwóch powodów. Najpierw książkę poleciła mi znajoma. Że bardzo ciekawa, że zwłaszcza świetnie pokazane czasy przedwojenne. Potem nastąpił szczęśliwy zbieg okoliczności - fascynująca wystawa Idzie młodość! I Grupa Krakowska, z którą to grupą Jaremianka była ściśle związana. Odkrywanie nowych światów! Poczucie jakiegoś nieuchwytnego pokrewieństwa duchowego z ludźmi, którzy dawno odeszli. Przypinkę, jaką kupiłam sobie po obejrzeniu wystawy, noszę przytwierdzoną do plecaka do dziś i zamierzam nosić nadal. Kiedy wyszłam z muzeum, wiedziałam, że nie ma odwrotu - książkę przeczytać muszę! 

"Jaremiankę" połknęłam jednym tchem. Czytałam z ciekawością i z wielką fascynacją. Ciekawość budził kontekst historyczny, najpierw lata trzydzieste zeszłego wieku, potem wojna, a wreszcie lata pięćdziesiąte, stalinizm, odwilż, i losy bohaterów, cała mnogość postaci, z którymi Jaremianka była związana. Źródłem fascynacji była sama bohaterka. Postać nietuzinkowa, niezwykła. Uwielbiam takie odkrywanie białych plam, nowych światów - poznawanie zagadnienia albo, jak w tym przypadku, osoby, o której niewielkie dotąd miałam pojęcie. No bo co wiedziałam o Jaremiance wcześniej? Że malarka, abstrakcjonistka, że związana z Krakowem, gdzie można znaleźć trochę śladów po niej, że była żoną Kornela Filipowicza, że współpracowała z Kantorem. Tyle. I nagle czytam, a przed mną rozwija się stopniowo cały kosmos. Kim była, jak żyła, co myślała, jakich dokonywała wyborów, Jaremianka - kobieta i Jaremianka - artystka. I dalej - jej wielka rodzina, przyjaciele, artyści, o których wiedziałam niewiele albo zgoła nic, mężczyźni, których kochała, nieistniejący już świat - Kraków lat trzydziestych, potem czasy wojny i wreszcie lata powojenne. I już wiem, i jestem bogatsza o tę wiedzę. 

Ot, choćby Jonasz Stern, który dotąd był tylko hasłem w encyklopedii, powidokiem jakiejś szkolnej wiedzy, nagle staje się postacią żywą, o losach niezwykłych, tragicznych. Przed wojną więzień Berezy Kartuskiej, w czasie wojny dwukrotnie w cudowny sposób uszedł śmierci, a potem nieprawdopodobna, pełna trudów i niebezpieczeństw ucieczka ze Lwowa na Węgry. Podobnie Kornel Filipowicz. Kiedyś znany mi jako jakiś pisarz, którego twórczość odeszła w zapomnienie, potem partner Wisławy Szymborskiej, przypomniany dzięki ich korespondencji wydanej kilka lat temu, jeszcze później autor opowiadań. A teraz dzięki książce żywy człowiek - zabiegający o Jaremiankę, próbujący ją jakoś przyszpilić, zatrzymać przy sobie. Szukał swojej drogi artystycznej, w czasach stalinowskich tworzył do szuflady. Zaskoczeniem były jego tragiczne wojenne losy - nie miałam pojęcia, że był więźniem obozów koncentracyjnych. Już jakiś czas temu chciałam przeczytać jego opowiadania, które są właśnie wznawiane, teraz chcę jeszcze bardziej. To tylko dwa przykłady, a przecież takich postaci w tej książce znajdziemy znacznie więcej. O niektórych, jak o pierwszym partnerze Jaremianki, malarzu, członku Grupy Krakowskiej, Henryku Wicińskim nie miałam bladego pojęcia.

No i wreszcie bohaterka biografii, Jaremianka. Takie kobiety jak ona bardzo mi imponują, co nie znaczy, że zawsze rozumiałam jej wybory. Jaka była? Bezkompromisowa, podążająca swoją własną drogą bez względu na wszystko, osobna, żyła po swojemu, na swoich warunkach, łamała konwencje  w życiu osobistym, no i przede wszystkim bezwzględnie oddana sztuce. To sztuka zawsze była dla niej najważniejsza. Nie mężczyźni, chociaż ważnych było kilku, nie rodzina, chociaż bardzo była do niej przywiązana, byli sobie niezwykle bliscy, nie syn, mogę powtórzyć to samo, ale tworzenie. Od czasów młodości, kiedy ze Starego Sambora przyjechała na studia do krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Nie dojadała, marzła w wynajmowanym pokoju, ledwo wiązała koniec z końcem, ale rzeźbiła i malowała. Podobnie jak jej koledzy z Grupy Krakowskiej. Najbardziej oddanie sztuce i bezkompromisowość artystycznych wyborów widać w ciemnych czasach stalinizmu, kiedy nie uległa jedynemu słusznemu prądowi - socrealizmowi i konsekwentnie milczała. Malowała w zaciszu swojej pracowni, która była jednocześnie jej pokojem. Na kolanach, a potem na specjalnie skonstruowanym przez Kornela Filipowicza stołeczku. Ona u siebie, a on w swoim pokoju pisał. Tak żyli, trochę osobno, trochę razem, rozumiejąc swoje pasje i swoje artystyczne wybory, dając sobie dużo wolności. A kiedy wreszcie w czasach odwilży zaczęła być doceniana i wystawiana, przyszła śmiertelna choroba. Trzy lata, od diagnozy do śmierci, wykorzystała do maksimum - malowała, malowała, malowała. Powiedziała synowi, wychowywanemu przez jej matkę i siostrę bliźniaczkę, Nunę, że odtąd będzie miała dla niego jeszcze mniej czasu. Oczywiście tu pojawiają się pytania o cenę, jaką płaci się za konsekwentne postawienie na sztukę. Największą, w potocznym wyobrażeniu, płacił pewnie syn Jaremianki i Filipowicza, Al. Jednak po pierwsze nie nakładajmy naszego współczesnego stosunku do dzieci na tamte czasy, bo wiadomo, że nie były wtedy tak bardzo w centrum uwagi dorosłych jak dziś. Sytuacja, że wychowują je dziadkowie, a nie pracujący rodzice, to wtedy na pewno nie norma, ale też nie rzadkość. Po drugie Al dostał mnóstwo bliskości od babci i ciotki, do których był bardzo przywiązany. Po trzecie z książki wynika, że nie miał żalu do rodziców, że i z nimi był blisko, chociaż nie mieszkali razem. Agnieszka Dauksza spędziła z nim i jego żoną dużo czasu, rozmawiała, oglądała pamiątki po matce, które traktowane są przez niego jak relikwie. Nie znalazłam słowa skargi. 

Mogłabym pisać jeszcze długo o tym, co tak bardzo zafascynowało mnie w Jaremiance i w książce o niej. Jej niepodlegający konwencjom stosunek do mężczyzn. A ważnych było w jej życiu trzech. Przeciwniczka małżeństwa, uległa dopiero Kornelowi Filipowiczowi, a może bardziej okolicznościom. Jej barwne życie, bo chociaż pracowała dużo, to także spotykała się z przyjaciółmi, bawiła się z nimi, ważnym miejscem w ich życiu była kawiarnia w Domu Plastyków na Łobzowskiej w Krakowie. Wyjazdy na stypendia do Paryża i podróże, które przy okazji odbyła. Jej niezwykły związek z siostrą bliźniaczką, Nuną. Jaremianka stała się postacią bardzo mi bliską. Pewnie duża w tym zasługa sposobu, w jaki książka została napisana. Bo i jej autorka nie ukrywa swojej fascynacji Jaremianką. Ma do niej niezwykle osobisty stosunek, czemu często w książce daje wyraz.

I wreszcie na koniec wrócę jeszcze do tego, o czym wspominałam. Równie interesujący, jak zwykle w biografiach, jest kontekst historyczny. Najpierw Kraków lat trzydziestych - nasilający się antysemityzm, także w środowisku akademickim, manifestacje robotnicze, polityczna działalność większości członków Grupy Krakowskiej związanych silnie z lewicą. Potem czasy wojny w Krakowie. Brak wiadomości o najbliższych, o przyjaciołach, bieda, strach, ale i próba normalnego życia. Wreszcie pacyfikacja Woli Justowskiej, dzielnicy Krakowa, w której zamieszkała rodzina Jaremów po wyjeździe ze Starego Sambora. Sama nie mogę się nadziwić, że w zasadzie nie miałam o tych zdarzeniach pojęcia. A przecież doskonale kojarzę ulicę o bardzo długiej nazwie, 28 lipca 1943, która znajduje się na Woli Justowskiej. Zawsze dziwiła mnie ta nazwa, dlaczego nie zadałam sobie trudu, żeby sprawdzić, skąd się wzięła? No i lata powojenne, niby lepiej rozpoznane, ale i tym razem dowiedziałam się wiele nowego.

Bardzo, bardzo ciekawa książka. Koniecznie trzeba po nią sięgnąć i nie ma znaczenia, czy ktoś interesuje się sztuką, czy nie. A na koniec jedno ważne zastrzeżenie. Agnieszka Dauksza jest literaturoznawczynią. Wiem, że niektórzy krytycy sztuki kręcą nieco nosem na jej książkę, zarzucając, że najsłabszą jej częścią są partie poświęcone analizie twórczości Jaremianki. Być może mają rację, ale dla laików albo prawie laików, czyli ludzi takich jak ja, którzy do muzeów i galerii chodzą, ale nie mają żadnej teoretycznej podbudowy, to nie ma znaczenia.

Magdalena Okraska "Ziemia jałowa. Opowieść o Zagłębiu"

Lubię, kiedy moje lektury układają się w cykle. Zwykle wychodzi to przez przypadek - przeczytam coś i zaraz przypominam sobie, że mam w czeluściach mojego ukochanego czytnika książkę, która jakoś z tą ostatnio przeczytaną koresponduje, więc natychmiast po nią sięgam.Nieraz tuż pod powierzchnię, innym razem naprawdę głęboko. Podobnie było i teraz. Gdy tylko skończyłam "Nie zdążę" Olgi Gitkiewicz, reporterską relację o tym, jak w Polsce rozłożono na łopatki transport publiczny w imię neoliberalnej wiary, że każdy zadba o swoje komunikacyjne potrzeby sam, kupując samochód, natychmiast sięgnęłam po książkę Magdaleny Okraski "Ziemia jałowa. Opowieść o Zagłębiu" (Trzecia Strona 2018). A usłyszałam o niej całkiem niedawno w audycji radiowej przy okazji jakiejś rozmowy poruszającej podobne problemy. Bo książka Magdaleny Okraski, etnografki, nauczycielki, działaczki społecznej, opowiada, jak wskazuje tytuł, o Zagłębiu. O jego historii sięgającej drugiej połowy XIX wieku, potem o czasach PRL-u, a wreszcie o tym, jak żyje się tam dziś po transformacji. Autorka doskonale wie, o czym pisze, bo sama mieszka w Zawierciu, mieście doskonale nijakim, niewidocznym, mieście, gdzie nic się nie dzieje, gdzie zlikwidowano większość zakładów przemysłowych, których było tam kilkanaście, mieście, z którego większość młodych chce wyjechać. "Ziemia jałowa" to nie tylko historia Zawiercia, ale i innych zagłębiowskich miast - Sosnowca czy Dąbrowy Górniczej. 

Książka Magdaleny Okraski łączy w sobie dwie opowieści. Z jednej strony uniwersalną - o miastach, których cały krwioobieg był ściśle spojony z jednym, czasem kilkoma zakładami pracy, które w czasach transformacji zlikwidowano, doprowadzono do upadku, po których dziś zostały tylko popadające w ruinę budynki śmiało zawłaszczane przez bujną zieleń. Z tej perspektywy mogłaby to być więc Historia każdego innego miasta mającego podobną historię, a takich miast w Polsce znaleźć można wiele. Ale jest jeszcze perspektywa druga - zagłębiowska. Bo "Ziemia jałowa" to jednocześnie fascynująca opowieść o Zagłębiu, które laicy bardzo często mylą ze Śląskiem. A przecież to zupełnie inny region, chociaż oddziela go od Śląska tylko rzeka Brynica. Być może z tej różnicy zdają sobie sprawę ci, którzy słyszeli o odwiecznym konflikcie śląsko-zagłębiowskim. 

Autorka zaczyna więc od próby ustalenia, gdzie właściwie przebiegają granice Zagłębia. Okazuje się, że nie jest to wcale takie proste, bo inaczej widzą ten region geografowie, inaczej historycy czy etnografowie. I ta perspektywa - zagłębiowska - systematycznie przewija się przez dominującą opowieść o marazmie i powolnym rozkładzie Zawiercia, Sosnowca czy Dąbrowy Górniczej. Czytelnik dowie się, jak te miasta powstawały, wchłaniając w siebie okoliczne wioski wraz z rozrastaniem się przemysłu - kopalń, hut i zakładów włókienniczych (o tych ostatnich nie miałam pojęcia). O historii największych fabryk w regionie, o czasach ich świetności i upadku. O biedzie w okresie wielkiego światowego kryzysu lat trzydziestych XX wieku. Ale też o różnej niż śląska architekturze, odrębnych obyczajach, innym słownictwie, chociaż to ostatnie nigdy nie było tak silne jak gwara śląska (albo język śląski, jak chcą niektórzy), a w czasach PRL-u roztopiło się w polszczyźnie ogólnopolskiej, co spowodowane było napływem ludzi z całego kraju szukających pracy w Zagłębiu, na Śląsku zresztą też. A praca leżała tu wtedy na ulicy. 

Jakże wszystko się zmieniło w czasach transformacji. Jedne zakłady zamykano albo prywatyzowano, inne bankrutowały, jeszcze inne stopniowo ograniczały produkcję, walczyły o przetrwanie z, najczęściej, marnym efektem. Ludzie tracili pracę, wyjeżdżali, ubożeli, a za tym szła degradacja miast, szczególnie ich centrów, gdzie zamykano sklepy, restauracje, kawiarnie. I nic nowego na to miejsce nie powstawało, bo nie miało dla kogo. Nie znajdziemy tu galerii handlowych, hipsterskich lokali, kin, domy kultury nie przypominają już samych siebie z czasów świetności. Runęło wszystko. Jeśli dziś bezrobocie jest mniejsze, to nie jest to zasługą jakichś specjalnych działań samorządów czy władzy centralnej, ale demografii. (Dziś to czas sprzed pandemii, o niskim bezrobociu możemy zapomnieć.)  Miasta się kurczą, w ostatnich latach wiele osób odeszło na emeryturę, a młodych jest coraz mniej. Dlaczego tak się stało? Skąd ten upadek i brak perspektyw? Bo wszystko tu, cała infrastruktura, także mieszkaniowa i kulturalna, była ściśle związana z tymi wielkimi zakładami pracy. Kiedy przestały istnieć, upadały także będące ich własnością domy kultury, a w nich kina, niepewny stał się los zakładowych osiedli. 

Magdalena Okraska dużo miejsca poświęca degradacji kultury. Nie ma kin, a kiedyś w Zawierciu było ich kilka, domy kultury karleją, do Katowic, gdzie sytuacja jest całkiem inna, niby niedaleko, ale niewielu stać na tamtejsze rozrywki, a bywa, że i nie bardzo na bilet. Nie ma co robić w czasie wolnym. Jakiej degradacji uległa oferta kulturalna, uświadamia autorka porównując stan dzisiejszy nie tylko do czasów PRL-u, ale także do Polski przedwojennej. Różnicę szczególnie jaskrawo uświadamia zestawienie cen biletów do kina. Gdyby zachować takie same proporcje cen żywności do cen biletów, to te ostatnie kosztowałyby dziś cztery czy pięć złotych (z powodu zawodnej pamięci mogłam trochę niedoszacować, ale niewiele).  

Chociaż książka w dużej części dotyka spraw, które najczęściej powodują ziewanie, to napisana jest bardzo interesująco. Po pierwsze dlatego, że autorka stosuje płodozmian - raz pisze o historii, raz o problemach społecznych, innym razem zagłębia się w opowieść o czasach świetności i upadku jakiegoś zakładu pracy, czasem skupia się na obyczajowych ciekawostkach. Ale jest jeszcze powód drugi - Magdalena Okraska bardzo zajmująco i obrazowo opowiada. Szczególnie fascynowały mnie te fragmenty książki, w których autorka snując się po dawnych robotniczych dzielnicach, zrujnowanych fabrykach, osiedlach mieszkaniowych, po centrach miast, pisze o tym, co widzi. A robi to tak, że nie mogłam się od książki oderwać. Nie znam tych miejsc, nigdy w nich nie byłam, ale dzięki opisom mogę je sobie doskonale wyobrazić i poczuć ich klimat.

Jeśli coś mi przeszkadzało, to bezkrytyczna krytyka zamykania kopalń. Przynajmniej ja tak odebrałam stanowisko autorki, nie dopatrzyłam się żadnego zniuansowania. Rozumiem, jak skomplikowana jest sytuacja, rozumiem tragedię ludzi, dla których kopalnia była czymś więcej niż tylko miejscem pracy, rozumiem, że potrzebny jest jakiś plan stopniowego odchodzenia od węgla, a takiego planu nie ma, ale uważam, że w czasach katastrofy klimatycznej, która gwałtownie przyspiesza, takie bezkrytyczne spojrzenie na problem jest anachroniczne. I nie wiem, czy tłumaczy je fakt, że książka została wydana w roku 2018.

Poza tym bardzo się cieszę, że "Ziemię jałową" przeczytałam. Wprawdzie problemy społeczne wynikające z transformacji, które opisuje Magdalena Okraska, nie są dla mnie odkryciem, ale już opowieść o Zagłębiu, o szczegółach, konkretach jak najbardziej. Cóż, należę do tej nawróconej grupy, która kiedyś bezkrytycznie zachłysnęła się transformacją, nie dostrzegając jej negatywnych skutków. Dziś widzę je doskonale, co nie znaczy, że uważam, iż wszystkie te kopalnie i huty miałyby pozostać nietknięte. Ale nawet jeśli część z nich, może nawet większa, była z różnych względów skazana na zagładę, to na pewno nie w tak bezwzględny sposób bez oglądania się na skutki społeczne.   

Olga Gitkiewicz "Nie zdążę"

"Nie zdążę" (Dowody na Istnienie 2019) to druga książka Olgi Gitkiewicz po "Nie hańbi". Obie dotyczą problemów społecznych wygenerowanych przez transformację, politykę neoliberalną i rozdęte uwielbienie dla indywidualizmu i źle pojmowanej wolności. W pierwszej autorka opowiadała o chorobach polskiego rynku pracy - śmieciówkach, łamaniu kodeksu pracy, wyzyskiwaniu pracowników i wielu innych. Jak to się kończy, widać teraz, kiedy w wyniku pandemii koronawirusa tysiące (raczej więcej?) ludzi pracujących na zleceniach i umowach o dzieło zostało nagle pozbawionych zarobków. Ciekawa jestem, czy będzie to jakaś lekcja dla neoliberałów i polityków. Kiedy pisałam te słowa, jeszcze mogłam mieć nadzieję, teraz w miarę pogłębiającego się kryzysu widać, że będzie jeszcze gorzej, o ile ustawy zwane szumnie tarczą antykryzysową wejdą w życie w proponowanym kształcie.

W swojej drugiej książce Olga Gitkiewicz zajęła się kolejną potransformacyjną bolączką - wykluczeniem komunikacyjnym. O ile pierwszy problem, stosunki pracy, jest już od lat dobrze rozpoznany, może dlatego, że dotyczy także ludzi z dużych miast, po studiach, często, ale nie tylko, młodych, o tyle drugi w powszechnej świadomości zaistniał znacznie słabiej, bo dotyka przede wszystkim prowincji. Dopiero przed wyborami parlamentarnymi politycy problem dostrzegli, ale podobnie jak z mieszkaniem plus niewiele z tego wyszło. Dlaczego? O tym też pisze Olga Gitkiewicz w swojej książce. Tu dygresja - polityka mieszkaniowa mogłaby się stać tematem następnej książki autorki.

Jak to się stało, że po roku 1989 postawiliśmy, podobnie jak niegdyś Amerykanie, na transport indywidualny? warto wspomnieć, że to właśnie od przykładu Stanów Zjednoczonych książka się zaczyna. Nastąpił splot wielu czynników. Jednym z nich był fatalny stan polskich dróg i ich marna sieć. To jeden z naszych narodowych kompleksów - przyczyna utyskiwań i kpin. Naprawę oraz modernizację istniejących i budowę nowych, zwłaszcza autostrad, brały na sztandary wszystkie rządy. Drugi to fakt, że samochód w Polsce był i jest synonimem prestiżu. Nie masz, widocznie jesteś nieudacznikiem. Z tym łączy się nasze umiłowanie indywidualizmu i wolności. Bo samochód, tak twierdzą niemal wszyscy zmotoryzowani, także moi znajomi, daje ową wymarzoną wolność. I tak wmówiono nam, a my chętnie daliśmy sobie wmówić, że transport publiczny jest jakimś przeżytkiem i trzeba postawić na ten indywidualny. Trudno w to uwierzyć, ale jeszcze dziś wśród publicystów i ekonomistów można znaleźć wielu apologetów transportu indywidualnego. Olga Gitkiewicz obficie ich cytuje. A potem nastąpiło błędne koło, które trwa. Wraz z rozmontowywaniem komunikacji autobusowej i kolejowej ludzie musieli przesiadać się do własnych samochodów. A to stało się pretekstem do likwidowania połączeń i rozbierania linii kolejowych. Bo skoro nie jeżdżą, to po co utrzymywać? I dziś już nie wiadomo, co jest skutkiem, a co przyczyną.

Autorka pokazuje w swojej książce, jak system transportu zbiorowego krok po kroku rozmontowywano. Jak upadały albo były likwidowane PKS-y. Jak ich miejsce zajmowały prywatne busy, co początkowo budziło zachwyt, z czasem wychodziły ich wszystkie mankamenty. Wreszcie jak rozmontowano polską kolej. Tak, tak, słowo rozmontowano nie jest tu na wyrost - była to świadoma polityka wygaszania popytu. Jak to się robi, Olga Gitkiewicz pokazuje, rozmawiając między innymi z Karolem Trammerem redaktorem naczelnym pisma Z biegiem szyn i autorem książki "Ostre cięcie. Jak niszczono polską kolej" wydanej przez Krytykę Polityczną. Książki nie znam, ale wielokrotnie słuchałam i czytałam jej autora w rozmaitych mediach. Sytuacja PKP wydaje się szczególnie kuriozalna. Zniszczeniu uległa infrastruktura dworców, zlikwidowano wiele linii kolejowych, część z nich bezpowrotnie rozebrano. Ale to nie koniec problemów. Podzielono PKP na kilka, a może kilkanaście, rozmaitych spółek i teraz każda odpowiada za inny kawałek. Nawet na dworcu ktoś zarządza kasami, ktoś wyświetlaczami czy komunikatami nadawanymi przez głośniki, tunele mają kilku właścicieli, a to nie koniec paradoksów. W tym chaosie trudno o jednolitą strategię. Dlatego zmiany na lepsze następują powoli i wyrywkowo. Aby o tych wszystkich problemach opowiedzieć, autorka przeprowadziła wiele rozmów z ekspertami, pasjonatami, społecznikami, decydentami i pracownikami.

Olga Gitkiewicz oczywiście pochyla się w swojej książce nad losem ludzi dotkniętych wykluczeniem komunikacyjnym. Problem najbardziej dotyka mieszkańców prowincji, szczególnie osoby starsze i kobiety. To te grupy najczęściej nie mają prawa jazdy, a co za tym idzie samochodu. Droga do najbliższego miasta czy większej wsi, gdzie jest lekarz, apteka, urząd, duży sklep, staje się prawdziwą wyprawą wymagającą cierpliwości, logistyki czy strategicznego planowania. Ale osoby młode - uczniowie i studenci też często mają podobne kłopoty. Brak prawa jazdy i samochodu nie tylko utrudnia im dojazd do szkoły czy na uczelnię, ale wyklucza ich też z uczestnictwa w kulturze. Bo jak wrócić z kina, wykładu czy jakiejś imprezy? Kiedy zbliża się czas odjazdu ostatniego pociągu, autobusu czy busu, z lekcji, z wykładu, z filmowego seansu, ze spotkania autorskiego zaczynają chyłkiem wychodzić ci, którzy muszą zdążyć na ten pociąg, autobus czy bus. Następnego nie będzie tego dnia w ogóle albo za kilka godzin.

Kto powinien przeczytać tę książkę? Każdy, ale przede wszystkim ci wszyscy mieszkańcy dużych miast, którzy problemu nie dostrzegali albo dotąd nie dostrzegają, to ostatnie wydaje mi się nieprawdopodobne, no i politycy. Dla mnie reportaż, a może raport, Olgi Gitkiewicz nie był jakimś wielkim odkryciem, bo problemem interesowałam się od dawna. Czytałam, słuchałam. A ponieważ należę do tych nielicznych dziwaków, którzy świadomie nie mają samochodu ani nawet prawa jazdy, to temat od zawsze mnie ruszał i emocjonował. A już szczególnie uprzywilejowanie zjednoczonej ponad politycznymi podziałami Partii Kierowców, polskich świętych krów, którym wolno wszystko - przekraczać prędkość, parkować na chodnikach i trawnikach, mieć pieszego za dopust boży. Cóż, mieszkam w dużym mieście, do pracy mam dobry dojazd albo pół godziny spacerem, co dla zdrowia praktykuję, więc mogę sobie na dziwactwo nieposiadania samochodu pozwolić.

Zeruya Shalev "Co nam zostało"

Po przeczytaniu zbioru reportaży "Polanim" o Polakach w Izraelu autorstwa Karoliny Przewrockiej-Aderet zapragnęłam pozostać jeszcze w izraelskich klimatach, dlatego z głębin mojego czytnika wygrzebałam kolejną powieść jednej z moich ulubionych pisarek Zeruyi Shalev - "Co nam zostało" (W.A.B. 2013; przełożyli Anna Halbersztat, Bartosz Kocejko). Kto zna książki izraelskiej pisarki, ten wie, czego się spodziewać. Dostaniemy tu to wszystko, co tak u niej lubimy (albo czego nie trawimy). Historię rodzinną, relacje miłosne, kryzys małżeństwa, splątanie ludzkich losów i bardzo, bardzo gęstą narrację, właściwie bez dialogów, często uciekającą gdzieś w rejony fantasmagorii za sprawą bohaterów, których myśl czasem zmierza w takie rejony. Użyłam słowa właściwie, bo dialogi są, ale niewyodrębnione. A jednocześnie jest to proza jak najbardziej realistyczna, mocno osadzona w historii i codzienności Izraela. Bohaterowie, na pierwszym planie zawsze bohaterki, pokazani są w momencie kryzysu emocjonalnego i życiowego. Muszą coś  przewartościować, zmienić, podjąć jakieś ważne decyzje, na co nie zawsze mają siłę. Pakują się w problemy, postępują z naszego punktu widzenia nieracjonalnie, dziwnie, miotają nimi jakieś, najczęściej uczuciowe, obsesje. To jednocześnie proza bardzo psychologiczna, taki emocjonalny rollercoaster. Zawsze, kiedy czytam powieści Shalev, tak to odczuwam. Jakbym wpadła do uczuciowej wirówki, a na koniec została z niej wypluta, ale oczyszczona i z nadzieją. Tak jest i tym razem.

"Co nam zostało" to historia trojga bohaterów - umierającej matki, Chemdy, i jej dorosłych dzieci, córki Diny i syna Awnera. Narracja trzecioosobowa, ale prowadzona z punktu widzenia tej trójki, jest bardzo splątana. Zdarzało się, że dopiero po chwili orientowałam się, że właśnie nastąpiła zmiana i czytam o Dinie, a nie o jej matce. To oczywiście żaden zarzut, trzeba się po prostu przestawić, dać się ponieść opowieści, a potem trudno się oderwać. Chemda, która uległa wypadkowi, leży w sypialni i wspomina swoje życie. Co jakiś czas do jej pokoju wpadają syn, córka, czasem wnuczka albo opiekunka. Jej myśli są chaotyczne - przypomina sobie dzieciństwo spędzone w kibucu, dominującego ojca, który dawał jej miłość, ale jednocześnie dużo wymagał, czasem za dużo. Matka w jej życiu była wiecznie nieobecna. Potem nastąpiło niezbyt udane małżeństwo, śmierć ojca, która zbiegła się z narodzinami córki. Może dlatego nie potrafiła jej dać tyle czułości, uwagi i czasu, ile później dała młodszemu synowi. Wspomina też Jerozolimę, do której przenieśli się z kibucu, wreszcie relacje z dziećmi. Pogrążona w półśnie, półjawie obsesyjnie wraca do obrazu jeziora, nad którym położony był kibuc. Woda, czasem przyjazna, a czasem groźna,  staje się tu symbolem utraconego dzieciństwa, wolności, swobody. Muszę wyznać, że wątek Chemdy najmniej mnie zainteresował i poruszył. Trochę irytowała mnie i nużyła ta powracająca, ogrywana symbolika jeziora. Nie znaczy to jednak, że byłam jej historią znudzona.

Za to bez reszty pochłonęły mnie historie Diny i Awnera, których zbliża nie tyle choroba matki, ile ich własne życiowe kryzysy. Niegdyś zazdrośni o jej miłość, co ich oddaliło, teraz odnajdują siebie na nowo. Ta ponownie odkryta bliskość, możliwość liczenia na siebie, staje się z czasem dla każdego z nich podporą, tym bardziej, że ich małżeństwa przechodzą kryzysy. Awner jest prawnikiem, znanym obrońcą praw człowieka - zajmuje się prześladowanymi Palestyńczykami i Beduinami. Ta praca jest dla niego ważna, wierzy w to, co robi, ale przechodzi zawodowy kryzys, czuje się wypalony, od dawna nie odniósł żadnego sukcesu. Ma poczucie straconych szans, coraz bardziej zaczyna mu ciążyć nieudane małżeństwo. Co robić? Odejść, zostać ze względu na synów? Na razie pogrąża się w marazmie, ucieka w fantazje, zazdrości innym uczuć i bliskości, nawet jeśli te uczucia przecina śmierć. 

Jeszcze poważniejszy kryzys przeżywa Dina. Boleśnie odczuwa fakt, że oddala się od niej nastoletnia córka. Mąż, chociaż kiedyś połączyło ich gwałtowne uczucie, jest człowiekiem chłodnym i zajętym pracą. Nie rozumie rozterek Diny, a ona ponad wszystko pragnie dziecka, dziecka, którego już mieć nie może, bo na przeszkodzie stoi zegar biologiczny, który przestał tykać. Satysfakcji nie przynosi jej praca zawodowa na podrzędnej uczelni. Kiedyś miała szansę na karierę na dobrym uniwersytecie, ale ją straciła. Dziś musi zmagać się z oporem materii - przeciętnymi studentkami nie bardzo zainteresowanymi tematem jej wykładów. Zazdrości im młodości i tego, że mogą być matkami. Dziecko staje się jej obsesją, odbiera siły i chęć do życia. Nikt nie rozumie jej pragnień, nie wspiera decyzji, jaką podjęła. A dla niej Dina gotowa jest poświęcić swoje małżeństwo. Co ciekawe, długo uważałam, że wszyscy, którzy starają się ją powstrzymać, mają rację. Że jest szalona, nie słucha głosów rozsądku, brnie w nieszczęście jak ćma do płomienia świecy. Nagle jednak spojrzałam na to, co robi, oczami Awnera, zmieniając perspektywę i próbując ją zrozumieć. Może rzeczywiście ma rację i wcale nie jest szalona? Trzeba było spojrzenia jej brata, który z jednej strony jest szlachetnym idealistą, a z drugiej musi mocno stąpać po ziemi, żebym pomyślała o tym inaczej. 

"Co nam zostało" niesie nadzieję. Pokazuje, że kryzys da się przezwyciężyć, chociaż przecież nie bez kosztów. Pewne decyzje muszą boleć, nie da się przejść przez życie bezboleśnie. Żeby budować, naprawiać, trzeba coś zamknąć, zburzyć. Można też naprawić błędy, odzyskać bliskich. Chociaż nie jest łatwo. Opieka nad chorą matką budzi ambiwalentne uczucia. Kradnie czas, odciąga od własnych spraw, brzydzi jej starcze, chude ciało, fizjologia. Ale przecież to powinność - matką zająć się trzeba. Nie jest jeszcze za późno, można coś naprawić, coś sobie dać. Podoba mi się to, że inaczej niż w "Bólu", który podobał mi się, ale nie bez zastrzeżeń, tu nie ma lukru, nadzieja nie jest nachalna, takie zakończenie wydaje się jak najbardziej prawdopodobne. A co będzie dalej? Przyszłość jest otwarta. Przed bohaterami na pewno dużo trudu i znoju, ale najważniejsze, że wiedzą, czego chcą i próbują odnaleźć się na nowo.

Z pięciu powieści Zeruyi Shalev, jakie wyszły w Polsce, nie znam jeszcze jednej, "Męża i żony", co zamierzam na pewno nadrobić. Kto nie czytał jej książek, niech koniecznie spróbuje. Od czego zacząć? Nie potrafię wybrać. Wszystkie pochłaniają - wspomniany już "Ból", który miał w Polsce świetne recenzje, "Życie miłosne" czy "Po rozstaniu". 

Popularne posty