Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gawęda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gawęda. Pokaż wszystkie posty

Meir Shalev "Rosyjski romans"

Rzadko się zdarza, abym sięgała po dwie książki tego samego autora pod rząd. Może nawet nie zdarzyło się nigdy dotąd. Tym razem jednak byłam pod takim wrażeniem "Dwóch niedźwiedzic" Meira Shaleva, że natychmiast zanurkowałam w czeluście czytnika i wydobyłam stamtąd jego "Rosyjski romans" kupiony już jakiś czas temu (po promocyjnej cenie oczywiście). Nie zawiodłam się. I ta powieść bardzo mi się podobała, chociaż gdybym miała wybierać, to trochę wyżej stawiam "Dwie niedźwiedzice". Wcale bym się jednak nie zdziwiła, gdyby krytycy literaccy wskazali na "Rosyjski romans".

Od razu wyjaśnię, aby nie było nieporozumień, że tytuł jest mocno mylący. Kto spodziewa się gorącej historii miłosnej, ten srodze się zawiedzie. Ten tytułowy rosyjski romans jest tylko tłem, fantasmagorią, która kładzie się cieniem na życiu jednego z bohaterów powieści. Właściwie trudno mówić nawet o romansie, to raczej nieszczęśliwa, przerwana miłość, od której bohater nie może się uwolnić, a to przez całe lata niszczy jego małżeństwo. Bo tak naprawdę książka Meira Shaleva jest opowieścią o rosyjskich Żydach, którzy w ramach drugiej aliji (lata 1904-1913) przybyli do Palestyny. Baruch, narrator i jeden z głównych bohaterów, snuje wspomnienia o swoim dziadku Mirkinie, swojej babce Fejdze, ich dwóch serdecznych przyjaciołach, którzy wspólnie w tamtych pionierskich latach wędrowali po Palestynie, imali się rozmaitych ciężkich prac, aby w końcu wybrać miejsce, gdzie założą wieś. Baruch wspomina nie tylko historie rodzinne, ale także opowiada o innych mieszkańcach wsi. Wsi wydartej bagnom przez dzielnych pionierów. Tak przynajmniej głosi miejscowa legenda  podtrzymywana przez ojców założycieli, potem zakwestionowana przez naukowców, co oczywiście spotkało się z wybuchem wściekłości szczególnie wśród wioskowej starszyzny. Historie opowiadane przez Barucha są śmieszne i nostalgiczne, ich bohaterowie niezwykli, barwni, oryginalni. Nikt i nic nie jest tu zwyczajne, normalne. Niemal wszystko otacza niemal baśniowa aura.

Legenda, mit, gawęda to słowa kluczowe dla "Rosyjskiego romansu". Taka właśnie jest ta powieść. Historia wsi i jej mieszkańców obrosła legendami, często fantastycznymi. Co jest prawdą, a co zmyśleniem czytelnik twardo chodzący po ziemi odkryje od razu, ale dla bohaterów powieści taka prawda nie ma znaczenia, ważne jest to, co i jak pamiętają. A pamiętają często właśnie tak, dlatego w tych opowieściach znajdziemy sporo fantastycznych, nieprawdopodobnych wydarzeń i postaci obdarzonych jakimiś nadludzkimi, niezwykłymi cechami. Taki jest wujek Barucha, Efraim,  który po tragicznym wypadku wraca do wsi ze zniekształconą bliznami twarzą. Z pięknego młodzieńca staje się potworem, którego inni trochę się boją, trochę nie akceptują. W zamian zyskuje nadludzką siłę - może bez problemu dźwigać byka rzadkiej i cennej rasy, który staje się jego jedynym przyjacielem. Kiedy odejdzie ze wsi, razem z bykiem oczywiście, opowieści o nim, o tym, co się z nim dalej działo, staną się jeszcze bardziej nieprawdopodobne. Takich zdarzeń jest tu bardzo dużo - fantasmagoria miesza się z poezją. Listy od rosyjskiej kochanki Mirkina, dziadka Barucha, która nie chciała wyjechać z nim do Palestyny, przynoszą w dziobach ptaki wędrujące na południe. Trzeba książkę przeczytać, aby zrozumieć, jak ładnie i kunsztownie zostało to wszystko opowiedziane.

Z drugiej strony jest ta historia bardzo mocno zanurzona w realiach. Mamy tu i opowieść o żydowskich pionierach przybyłych do Palestyny, o ich ciężkiej pracy, o początkach osadnictwa, bardzo dużo realiów obyczajowych, mamy też historię rodzinną, można ją śmiało nazwać sagą, której rdzeniem jest relacja między dziadkiem, Mirkinem, i wychowywanym przez niego wnukiem, Baruchem, mamy też wreszcie historię wsi i jej mieszkańców. Chronologia opowieści jest co jakiś czas szarpana, narrator wraca do zdarzeń wcześniejszych, żeby po jakimś czasie przypominać wszystko po kolei, jak należy. Jak już wspominałam, wiele tu opowieści śmiesznych i niezwykłych, ale w miarę upływającego czasu, historia staje się coraz bardziej nostalgiczna i smutna. Pionierzy starzeją się, powoli umierają, coraz ich mniej, kolejne pokolenia nie są już tak niezwykłe. To oczywiście funkcja pamięci, tak to wszystko zapamiętał Baruch. Baruch, który po śmierci dziadka, po ucieczce wuja Efraima i wyjeździe drugiego, Abrahama (pierwsze dziecko urodzone w tej wsi), staje się coraz bardziej samotny. W ruinę popada też wiele sadów i gospodarstw, bo nie ma się kto nimi zajmować. Związek z ziemią, z przyrodą jest w tej powieści bardzo ważny. Podobnie jak w "Dwóch niedźwiedzicach" znajdzie tu czytelnik dużo pięknych opisów pracy na roli, przyrody, zasypany zostanie nazwami roślin i konkretnymi informacjami o nich czy o zwierzętach.

Bardzo ciekawa, zabawna i jednocześnie smutna książka.

Miljenko Jergovic "Psy nad jeziorem"

Bałkańskiego pisarza Miljenka Jergovicia wielbię za dwie powieści. To "Ruta Tannenbaum" i "Srda śpiewa o zmierzchu w Zielone Świątki". Za tę drugą dostał kilka lat temu Angelusa, pierwsza, według mnie jeszcze lepsza, była do nagrody kiedyś nominowana, ale chyba nie znalazła się w ścisłym finale. Bardzo lubię też i cenię esej "Ojciec", historię rodzinną pisarza. Wysoko stawiam zbiór opowiadań "Drugi pocałunek Gity Danon". Ale dwie jego samochodowe opowieści już mnie tak nie zachwyciły, szczególnie "Buick Riviera", "Wołga, Wołga" jest znacznie lepsza, ale jednak to nie powieść klasy dwóch pierwszych wymienionych przeze mnie. O wszystkich pisałam. Na lekturę czeka jeszcze "Wilimowski" i "Freelander", trzecia z serii samochodowej. Teorię mam taką, że najlepiej wychodzą Jergovicowi powieści grube.

No a teraz sięgnęłam wreszcie po "Psy nad jeziorem" (Czarne 2017; przełożyła Magdalena Petryńska). Tłumaczka dopięła swego i doprowadziła do wydania kolejnej powieści pisarza, a wiem, bo miałam okazję chwilę z nią rozmawiać  po spotkaniu z Jergoviciem, które współprowadziła, że nie było to takie proste. Jeśli ktoś nie zetknął się dotąd z prozą bałkańskiego pisarza, a chciałby spróbować, to namawiam go koniecznie na "Rutę Tannenbaum" i "Srdę". Wzięcie na pierwszy ogień "Psów nad jeziorem" może nie okazać się tak fascynujące, bo nie ma co kryć, to książka nie jest książka klasy tamtych dwóch. Ja oczywiście nie żałuję, że ją przeczytałam, znalazłam tu to, co cenię u pisarza najbardziej, czyli żywioł nieskrępowanej opowieści, ale jednocześnie nie mogę powiedzieć, aby "Psy nad jeziorem" wywarły na mnie większe wrażenie. Mam też poczucie, że być może jakaś warstwa powieści jest dla mnie niedostępna, a to dlatego, że, jak pisze autor w krótkiej odautorskiej nocie, "Psy nad jeziorem" to ćwiczenie stylistyczne na marginesie serialu telewizyjnego "Zagubieni" i powieści Roberta Bolano "Dzicy detektywi". Tak, słusznie w tym momencie domyślasz się czytelniku tej notki - serialu nie widziałam, Roberta Bolano nie czytałam w ogóle. Zostawiam więc ten wątek i przyznaję, że pewnie ktoś, kto obie pozycje zna, będzie miał z "Psów nad jeziorem" więcej satysfakcji.

A co zostało dla czytelnika takiego jak ja? Żywioł opowieści i poczucie, że świat jest jednym wielkim chaosem i padołem łez. Tyle tu bólu, zbrodni, bezsensownej przemocy, wojen, chorób i śmierci. Jako realistka, co niektórzy mylą z pesymizmem, i pilna obserwatorka przeszłej i obecnej rzeczywistości zgadzam się z taką diagnozą, ale ... Ale mam takie wrażenie, że albo autor pisze pod tezę, albo wyrzucił z siebie całą złość i całe przerażenie złem, jakie pleniło się i pleni na świecie. Raczej stawiałabym na to drugie. Niemal wszystkie opowieści, jakie snuje dwóch bohaterów, jeden, pogrążony w śpiączce bałkański pisarz, i drugi, recepcjonista z belgradzkiego hotelu, który go znalazł, dotykają wojennych zbrodni, śmierci, choroby, przemocy. Jergovic w swojej powieści stale wraca do historii Bałkanów, do drugiej wojny, czasów komunizmu, najnowszych wojen. Jest dosadny i ironiczny, w lapidarny sposób wyrzuca światu niepamięć i obojętność. Jego bohaterowie nie są w stanie uniknąć śmierci, nawet jeśli bardzo przed nią uciekają. Za to zbrodniarze często kary unikają i dożywają swych dni gdzieś w Ameryce Południowej jako szanowani obywatele. Nawet dzieciństwo kryje mroczne tajemnice.  Wszystkie opowiadane historie, a jest tu ich kilka, podporządkowane są kanonom gawędy. Recepcjonista wymyśla historię swojej kuzynki, ale snuje ją w miarę logicznie i składnie, od początku do końca. Inaczej jest z opowieściami pisarza pogrążonego w śpiączce. Jego historie są chaotyczne, skacze od jednej do drugiej, nie wiadomo, co jest prawdą, co sennym majakiem. Trzeba się tym gawędom podporządkować, poddać, pozwolić uwieść, poczuć przyjemność, jaka płynie z opowiadania. Czasem nawet jest śmiesznie, bo tak to u Jergovicia bywa, śmiech miesza się z trwogą. 

 

Ziemowit Szczerek "Międzymorze. Podróże przez prawdziwą i wyobrażoną Europę Środkową"

Ucieszyłam się bardzo, kiedy gruchnęła wieść, że Ziemowit Szczerek wydaje kolejną książkę. Tym razem to „Międzymorze. Podróże przez prawdziwą i wyobrażoną Europę Środkową” (Czarne, Agora 2017). Zachwyciłam się przecież najpierw „Tatuażem z tryzubem”, a potem jego pierwszą książką „Przyjdzie Mordor i nas zje”. Nie ja jedna, obie miały świetne recenzje, potwierdzeniem były liczne nominacje do rozmaitych nagród, a wreszcie Paszport Polityki w roku 2013. Dlatego teraz też obiecywałam sobie bardzo dużo. I chociaż czytało mi się najnowszą książkę Szczerka świetnie, to refleksje mam mieszane.

Po początkowym zachwycie spowodowanym poczuciem, że wchodzę w literacki świat doskonale mi znany, zaczęłam mieć wątpliwości. Drażniło mnie skakanie z tematu na temat, czasem wydawało mi się, że autor pisze o niczym, czasem, że niektóre teksty, te najnowsze, są po prostu niedopracowane. Miałam wrażenie, że brakuje im tej lekkości, tego poczucia humoru, tej zadumy, tego  językowego wyrafinowania połączonego z luzem, które znałam z dwóch poprzednich książek. Wtedy, nawet jeśli pisał pozornie o niczym, jeśli chwytał drobne, nieistotne szczegóły dnia codziennego, byłam zachwycona. Ale to, co w tamtych książkach zachwycało, tu drażniło, robiło wrażenie nachalnej powtórki. Te wszystkie szyldozy, tynkozy, plastikozy, dobudozy, nadformia, Poniemiecje (na wzór Poradziecji, która kiedyś wydawała mi się taka odkrywcza), te wszystkie przekleństwa, ten wykoncypowany językowy luz. To, co piszę, jest oczywiście bardzo subiektywne, ale przecież takie jest każde odczytanie książki. Może po prostu „Międzymorze” trafiło na mój zły moment, może takie pisanie już mi się przejadło, a może rzeczywiście nie ma w nim tamtej finezji? Czy gdybym teraz sięgnęła choćby do fragmentów poprzednich reportaży Szczerka, też by mnie irytowały?

A jednak sporo się z jego najnowszej książki dowiedziałam. Wstyd przyznać, ale ja tego tytułowego Międzymorza, które autor przemierza od lat z takim zachwytem, po prostu nie znam. Mnie ciągną inne klimaty, dlatego te zapiski z podróży, bo tak każe je Szczerek traktować, pozwoliły mi odbyć przynajmniej podróż zapośredniczoną. Najbardziej przykuły moją uwagę te fragmenty, w których autor skupia się dłużej na jednym kraju – na Słowacji, Litwie, Łotwie, Estonii, Łużycach. Kiedy dorzuci coś z przeszłości, napisze o problemach współczesnych, doda jakąś smaczną scenkę (chociaż z tymi scenkami jest właśnie najgorzej, niektóre bywają niestety po prostu banalne), puści wodze fantazji i snuje historię alternatywną. Ale w żadnym wypadku nie jest to wykład historyczny, bardziej gawęda. Tu mu się coś przypomni, tam coś innego, więc rzuci garść historycznych informacji podanych kolokwialnym językiem. A wszystko niezobowiązująco. Trudno też peregrynacje Szczerka osadzić jednoznacznie w czasie, bo to bardziej wspomnienia niż dziennik podróży, dlatego nie padają żadne daty, tylko czasem z kontekstu możemy domyślić się, jakiego okresu opowieść dotyczy.

A całość podporządkowana jest jednemu zamysłowi – Szczerek przykłada do tego wyimaginowanego Międzymorza lupę i zastanawia się, czy taka wyobrażona wspólnota w ogóle istnieje, jak chcieliby politycy. Co łączy te wszystkie kraje od Niemiec po Ukrainę, od Serbii po Estonię? Kiedy mija się granice, które autora tak bardzo fascynują, długo nic się nie zmienia, ani krajobraz, ani architektura, mogłoby się wydawać, że one nie istnieją, że ustanowiono je sztucznie. Dlaczego akurat w tym miejscu, a nie trzy kilometry dalej? A jednak różnice są, nawet wielka słowiańska rodzina narodów jest mitem. Serbowie, prawosławni, znać tam wpływy tureckie, Chorwaci, katolicy,  ciągną w stronę Zachodu. Na jednym miejscu bardziej odcisnęło się piętno niemieckie - to Czechy (Jakie one słowiańskie? - wątpi Szczerek), a z kolei Słowacja jest wiejska, katolicka i bardziej wschodnia. Jeszcze inne są Węgry. A Rumunia? A co dopiero mówić o krajach bałtyckich. Przecież i one nie stanowią jedności. Estończycy śmieją się z Łotyszów, lgną do Skandynawii. Nawet jednej Litwy nie ma!

Wiele w pisaninie Szczerka ciekawego, a szczególnie opowieści o przeszłości, o tym, jak się wszystko ze sobą mieszało, jak na siebie oddziaływało. Na te dociekania nakłada Szczerek spostrzeżenia najnowsze. Patrzy na Międzymorze w momencie buntu. Buntu peryferii przeciwko europejskiemu centrum. Co nam tam jakaś Europa będzie mówiła, jak mamy żyć, jak się urządzać. My mamy swoje reguły, swoje zasady, co nie przeszkadza nam tę Europę finansowo doić. I tak bawimy się z nią, naiwną, w kotka i myszkę. I tak ją ogrywamy, żeby nie powiedzieć dosadniej, co by w tym miejscu pewnie lepiej pasowało. I tak z demokracji krok po kroku zostaje nam tylko wydmuszka. Ale i w takiej postawie nie ma jedności, na szczęście, bo na przykład państwa bałtyckie, patrzą na Polskę z politowaniem i próbują przeczekać, aż nam to szaleństwo minie.

Mimo wielu wątpliwości, jakim tu dałam wyraz, nie żałuję, że „Międzymorze” przeczytałam. Sporo dzięki tej zapośredniczonej podróży odkryłam.

 

Wiesław Myśliwski "Kamień na kamieniu"

Znowu sięgnęłam po Myśliwskiego. Pewnie nie nastąpiłoby to tak szybko, gdybym od roku

nie była szczęśliwą posiadaczką czytnika. [Uwaga! Teraz nastąpi pean na cześć czytnika, kto nie ma ochoty czytać, niech przejdzie od razu do drugiego akapitu, gdzie już będzie na temat.]  Tak, tak, szczęśliwą. Nie należę do tych malkontentów, dla których liczą się tylko książki papierowe. Nie powiem, żebym je całkowicie zarzuciła, mam jeszcze spory zapas na półce książek oczekujących, no i co jakiś czas coś kupuję. A to ze względu na zdjęcia, a to bo nie ma ebooka, a to wpadnie coś w taniej książce, no i obiecałam sobie, że najważniejszych dla mnie autorów, Amosa Oza, Miljenko Jergovicia i Philipa Rotha, będę czytać w tradycyjnej formie. Pewnie, że żal mi trochę, iż półki z kolorowymi grzbietami z Czarnego nie powiększą się, ale co robić, kiedy miejsca na nowy regał brak, a tytułów, których mogę się pozbyć, po kilku remanentach zostało już niewiele. Chociaż nie wyobrażam sobie mieszkania bez książek, to nie jestem jednak zwolenniczką zastawiania nimi każdej wolnej przestrzeni. Czytnik to znakomita alternatywa dla braku miejsca, poza tym jest naprawdę wygodny! No i tak się jakoś porobiło, że urosła mi już w nim w ciągu tego roku spora wirtualna półka książek oczekujących, a to za sprawą promocji, z których nauczyłam się korzystać, a jest ich na ebooki naprawdę dużo. Dlatego niekoniecznie kupuję to, co najnowsze, ale to, co od dawna tkwi na mojej liście książek, które chciałabym kupić, a akurat trafia się po okazyjnej cenie. I tak wpadły w moje ręce dwie starsze powieści Myśliwskiego, a że miałam akurat ochotę na porządną prozę, pewniaka, na którym się nie zawiodę, sięgnęłam po "Kamień na kamieniu" (Znak 2008). I jeszcze jedno,  początkującym czytnikowiczom polecam świetną stronę Świat Czytników.

No a teraz będzie już tylko o Myśliwskim. Jak wspomniałam, miałam ochotę na pewniaka, no i nie zawiodłam się. Rozumiem, że pewnie nie każdy go lubi, może kogoś zniechęca temat (ze mną też tak było), może kogoś chaos (tylko pozorny) wynikający z gawędziarskiego charakteru jego prozy, ja śmiało mogę wyznać, że go uwielbiam. Właśnie za gawędę i mistrzowskie operowanie językiem. Jak bardzo go podziwiam i bardzo zazdroszczę językowego słuchu i językowej wirtuozerii! Czytanie tej prozy to naprawdę literacka przyjemność, żeby nie napisać rozkosz. A kto Myśliwskiego jeszcze nie poznał, niech przynajmniej spróbuje i nie zniechęca się. Jakiś czas temu przeczytałam wyznanie jednego z tłumaczy pisarza, który stwierdził, że właśnie "Kamień na kamieniu" był dla niego wielkim przeżyciem, wstrząsnął nim, a może nawet jakoś przeorał (to ostatnie może być projekcją mojej niedoskonałej pamięci). Nie wyjaśniał dlaczego. Jeśli miał na myśli jakieś dojmujące doznanie metafizyczne, to nie stało się ono moim udziałem, a nie powiem, byłam ciekawa, czy coś takiego mi się przytrafi. Jeśli  myślał o wstrząsających, przejmujących scenach, to tak, jest ich tu trochę.

"Kamień na kamieniu" to, podobnie jak "Widnokrąg" i "Traktat o łuskaniu fasoli", monolog głównego bohatera. Pewnie (piszę pewnie, bo znam tylko te trzy książki) Myśliwski to autor jednej powieści. Ma swój rozpoznawalny styl, język i konstrukcję. To monolog-gawęda. Jak to gawęda jest niechronologiczna, dygresyjna, podporządkowana logice słowa mówionego. Każdy rozdział to wyjście od jakiegoś konkretu, jakiejś sprawy czy historii, a potem hulaj dusza, piekła nie ma, narrator skacze od skojarzenia do skojarzenia. Sprowadza nas w głąb swej pamięci, w głąb czasu. Ale to oczywiście chaos tylko pozorny, doskonale kontrolowany, a może okiełznany, przez autora. Bo z  każdym rozdziałem krąg poznania rozszerza się, aż w końcu poznajemy historię bohatera w całości. Ma też Myśliwski swój temat. To wieś, ale i styk miejskiego z wiejskim. Bo niektórzy  bohaterowie ze wsi uciekają. Na studia, do szkoły, do pracy. Rozpoznamy w jego powieściach pewne stałe motywy. Historie rodzinne, relacje rodzice - dzieci, poszukiwanie miłości, dorastanie, wojna, nieuchronny upływ czasu i zmiany. Stary świat przemija, pozostaje tylko w pamięci. "W kamieniu na kamieniu" symbolem takiej nieodwracalnej zmiany jest droga prowadząca przez wieś. Niegdyś bita, wysadzana drzewami, łączyła, bo była przyjazna. Stanowiła okno na świat, gdzie przysiadało się przed domem na ławeczce i przyglądało się idącym, jadącym (oczywiście drabiniastym wozem), zagadywało się, wymieniało uwagi, poplotkowało, pomędrkowało. Potem ta sama droga zaczyna dzielić. Odkąd ją wyasfaltowano, odkąd stała się drogą przelotową, rozcięła wieś, utrudniła życie, stała się nawet przyczyną tragedii głównego bohatera. Skończyły się sąsiedzkie pogawędki. Napisałam o tym, co wspólne dla Myśliwskiego, ale przecież każda jego powieść to krwista, odmienna historia, pełna znakomicie nakreślonych bohaterów i pełna mikro opowieści.

Bohaterem "Kamienia na kamieniu" jest Szymek Pietruszka. I choć wcale nie miał ochoty zajmować się ziemią, i nie był szykowany na dziedzica, to jednak właśnie on musi w końcu zająć się ojcowizną, chociaż ma trzech braci. A nie było to jego marzeniem, ba, pracy przy żniwach zawsze nienawidził. Bo ciężka. Dwaj bracia wyfrunęli do miasta i rzadko wracają, a kiedy już przyjadą, to nie czują się w rodzinnej chałupie u siebie. Krytykują i kręcą nosem. Miastowi. Trzeci też wyjechał, ale potem wrócił w tragicznych okolicznościach i pożytek z niego żadnego. Szymek Pietruszka to postać barwna. Targana namiętnościami, gwałtowna, zapalczywa. Jest twardy, stanowczy, uparty, umie postawić na swoim, ale umie też przyjąć los i pogodzić się z rzeczywistością, bo jak mówi: "Trza żyć (...), trza żyć. Bo co jest lepszego?" Świetny tancerz, hulaka i zabijaka, obiekt westchnień wielu panien, ale nigdy się nie ożenił, bo zawiódł się głęboko na swojej wybrance. W czasie wojny partyzant. Jego sława jako niezwyciężonego trwa jeszcze długo. To właśnie historie wojenne są tak bardzo wstrząsające. Logika gawędy powoduje, że śmiech i makabra sąsiadują ze sobą. Narrator bez trudu przechodzi od tego, co zwyczajne, zabawne, do tragicznych wojennych zdarzeń. Chociaż westchnie, zaduma się, to pogodzony jest z tym, co się zdarzyło. Było, minęło. Taki był czas, że się walczyło, zabijało, kochało, śmierci się nie bało. Mogła przyjść w każdym momencie. Ta melancholia, zgoda na to, co los przyniesie, świadomość, że życie to raczej trud, a szczęścia w nim niewiele, ot trochę chwil radości, którymi trzeba się cieszyć, świadomość, że i tak wszystko skończy się śmiercią, towarzyszy bohaterom powieści cały czas. Można to nazwać życiową mądrością, można fatalizmem. Pewnie dlatego motywem przewodnim opowieści Szymona Pietruszki jest pomysł zbudowania rodzinnego grobu, gdzie zbierze się całą rodzinę. Rodziców, braci, ich żony i siebie. To z tej opowieści wyrasta większość pozostałych, to do niej narrator stale powraca. Bohater "Traktatu o łuskaniu fasoli" był jak trzcina na wietrze, wszystko, co mu się w życiu zdarzało, było raczej przez przypadek, niż wynikało z jego woli, brał, co mu los dawał. Bohater "Widnokręgu" przeciwnie, świadomie kierował swoim losem. Szymek Pietruszka zmaga się z życiem, ma drobne marzenia, sam o sobie decyduje, ale rozumie, że nie wszystko od niego zależy i nie wszystko może mieć. Wie, kiedy odpuścić i pokornie przyjąć swój los.

Książki Myśliwskiego trzeba czytać. Są tak bogate, tak mądre, tak poruszające, ale i śmieszne, tak skrzą się wspaniałym językiem, że trudno oddać ich wielkość, w tej z konieczności krótkiej  blogowej notce (nawet jeśli jest długa, a nawet skandalicznie za długa jak na wymogi gatunku). Zakończę więc wezwaniem: Czytajcie Myśliwskiego!!! Powiedzieć, że to literacka przyjemność, to nic nie powiedzieć. To literacka rozkosz! (Aluzja do ulubionej frazy jednego z tuzów naszej literatury zamierzona.)

Miljenko Jergović "Drugi pocałunek Gity Danon"

Miłośnicy Miljenko Jergovicia, chorwackiego (?), bośniackiego (?) pisarza urodzonego w


Sarajewie, mieszkającego w Zagrzebiu, pewnie już wiedzą, że właśnie ukazał się zbiór jego opowiadań pod tytułem "Drugi pocałunek Gity Danon" (Biuro Literackie 2016; przełożył Miłosz Waligórski). Dobrych wiadomości jest więcej, jeszcze w tym roku w Książkowych Klimatach pojawi się niewielkich rozmiarów powieść "Wilimowski". To każe mieć nadzieję, że może oba wydawnictwa pójdą za ciosem i wydadzą kolejne książki Jergovicia. Najbardziej ucieszyłabym się z jakiejś pokaźnych rozmiarów powieści. Mam nadzieję, że taka istnieje i czeka na przekład. Póki co cieszą mnie opowiadania, które właśnie skończyłam. Minęły już czasy, kiedy ten gatunek z góry skreślałam, bo za krótki. Zanim podzielę się refleksjami po lekturze, chciałabym podkreślić, że zbiorek został ładnie i starannie wydany oraz zredagowany. Wspominam o tym, bo dzisiaj to nie jest wcale oczywiste. No i tłumaczenie Miłosza Waligórskiego też zasługuje na uwagę. A teraz do rzeczy.

Opowiadania zamieszczone we właśnie wydanym zbiorze są niewielkich rozmiarów, na ogół kilka, czasem kilkanaście stron. Odnajdziemy w nich klimat znany z powieści Jergovicia, ich gawędziarskich epizodów. Kto zna twórczość pisarza, wie, że jego książki inkrustowane są sporą dawką takich gawęd i rozbudowanych anegdot. Teksty z "Drugiego pocałunku Gity Danon" są dość różnorodne. Jedne realistyczne, inne, i tych jest zdecydowanie więcej, balansują na granicy opowiadania, baśni czy legendy. Chyba można je nazwać ludową gawędą. Jakby  kolejni opowiadacze puszczali wodze fantazji i tak ubarwiali historię, że już nie wiadomo, gdzie jest to, co zdarzyło się naprawdę, a gdzie są tylko barwne dodatki, którymi pierwotna opowieść z czasem obrastała. Zdarzenia toczą się w różnym czasie. Wiele zahacza o ostatnie bałkańskie wojny, niektóre sięgają do okresu austro-węgierskiej monarchii, są wreszcie opowieści współczesne. Autor oszczędził czytelnikowi realistycznie opisanych wojennych makabr, wszystko pozostaje raczej w sferze domysłów i wyobraźni. Ale nie jest to lektura wesoła, chociaż często zabarwiona ironią czy humorem. Smutek i melancholia splatają się z barwną, czasem zabawną anegdotą, poetycki język miesza się z dosadnym. Skąd smutek? Jego źródłem są nieszczęśliwe miłości, tęsknota za człowiekiem, ukochanym psem, za krajem, który trzeba było opuścić, za rodzinnym miastem czy wioską, wreszcie za przeszłością, co bezpowrotnie minęła. Czasami jest to tylko smutek przeczucia, że coś złego czai się tuż obok. Innym razem żal, że czemuś, co się ledwie zaczęło, złośliwy los nie dał szansy. Znać w tych opowiadaniach ciężar życia, ból istnienia, ale jednocześnie pogodzenie się z losem, świadomość, że tak musi być. To wszystko ukryte jest gdzieś pomiędzy wersami. Bo delikatne są te opowieści jak puch, utkane z koronkowych słów. Celowo używam tu takich nieco pretensjonalnych, nieco egzaltowanych porównań, bo nie bardzo potrafię inaczej oddać istotę rzeczy. Lubię w takich sytuacjach skryć swoją bezradność wobec materii, z którą się zmagam, za stwierdzeniem, że najlepiej jest takie opowiadania po prostu przeczytać. Bo to oczywiście najszczersza prawda.

A lektura gawęd Miljenko Jergovicia jest wielką radością. Na każdym poziomie. Tym najprostszym, kiedy bawimy się opowiadaną historią, tym głębszym, który każe się zadumać, zastanowić, pomyśleć, wreszcie wielką przyjemność sprawia też język opowieści. Miłośników pisarza na pewno nie muszę zachęcać, a jeśli ktoś dotąd nie czytał jego książek, niech jak najszybciej nadrobi te zaległości. "Drugi pocałunek Gity Danon" będzie świetnym wstępem do dwóch najważniejszych powieści Jergovicia. To "Ruta Tannenbaum" i "Srda śpiewa o zmierzchu w Zielone Świątki". No i nie wolno pominąć eseju "Ojciec".  Pozostaje mi zakończyć wezwaniem: Czytajcie!!!

Miljenko Jergović "Wołga, Wołga"

Jakoś tak po cichu, chyłkiem, bez rozgłosu ukazała się kolejna powieść Miljenko Jergovicia. Celowo nie piszę nowa, bo "Wołga, Wołga" (Pogranicze 2013; przełożyła Magdalena Petryńska) pochodzi z roku 2009. Nie mogę powstrzymać się od komentarza, jak to jest, że powieść wybitnego pisarza, autora przejmującej "Ruty Tannenbaum", "Ojca" i nagrodzonej Angelusem książki "Srda śpiewa o zmierzchu w Zielone Świątki", przechodzi  kompletnie niezauważona. Nawet jeśli jest słaba, to zasługuje przecież na recenzję, a już na pewno na odnotowanie. Gdyby nie to, że co jakiś czas wchodzę na stronę Pogranicza, nie miałabym o niej pojęcia. No ale weszłam, odkryłam, kupiłam i przeczytałam. Od razu napiszę, że wprawdzie "Wołga, Wołga" nie dorównuje tamtym trzem, to jednak jest przecież warta uwagi. Znajdziemy tu wszystko, co charakterystyczne dla pisarza. Bałkański tygiel, gawędy i opowieści, smutek i melancholię, zagadkę, spojrzenie na zdarzenia z różnej perspektywy.

"Wołga, Wołga" to opowieść o Dżelalu Plevljaku, wojskowym kierowcy. Przez czternaście lat w każdy piątek wyrusza wysłużoną czarną wołgą, którą kupił przed laty od swojego zwierzchnika, ze Splitu, gdzie mieszka i pracuje, do Livna w Bośni, aby pomodlić się w meczecie. Jadąc, snuje wspomnienia. Opowiada o trzech ważnych w swoim życiu osobach, o smutku, od którego ucieka, o samotności, o wierze, do której wrócił przygnieciony nieszczęściem. Ale Dżelal nie dzieli się z nami swoją tragedią, tylko delikatnie o niej napomyka, za to obficie darzy nas losami innych, jak on nieszczęśliwych. W jego opowieściach przegląda się tragiczny bałkański los. Druga wojna światowa, czetnicy, ustasze, partyzantka Tity, obóz w Jasenovacu, czasy komunistyczne, wszędobylska bezpieka i milicja, Naga Wyspa, tłumione narodowe i religijne konflikty, których niby w zjednoczonej Jugosławii nie ma, ale przecież czają się tuż pod powierzchnią. Wzajemna pogarda, nienawiść trzymana za pysk przez komunistyczny reżim, które wybuchną wraz z jego upadkiem. Wtedy znowu przyjaciel pokaże swoje prawdziwe oblicze i nieoczekiwanie zmieni się we wroga. A samotny, dotknięty przez los Dżelal tak bardzo łaknie przyjaźni, rodzinnego ciepła. Tak bardzo, że gotów jest wiele poświęcić.

Opowieści bohaterów Jergovicia są jak zwykle barwne, niezwykłe, dramatyczne, czasem zabawne. Nie wiadomo jednak, ile w nich prawdy. Tym światem rządzi fantazja, zmyślenie, kłamstwo i wreszcie zwyczajna plotka. Pomówienia powtarzane setki razy w końcu stają się prawdą. Tak powstają legendy. Swoje dorzuca też prasa i chmara dziennikarzy, którzy, kiedy dojdzie do kolejnej tragedii, jak hieny rzucają się na nieszczęsnego Dżelala, usiłując odkryć tajemnicę jego życia. Każdy indagowany oczywiście pamięta inaczej. Rozpoczyna się festiwal nienawiści i pomówień. Opowiadane historie są coraz mniej prawdopodobne. W końcu miałam wrażenie, że powieściowym światem włada szaleństwo. Druga część książki to próba obiektywnego spojrzenia na to, co się zdarzyło. Ale okazuje się, że to niemożliwe. Pisarskie śledztwo usiłuje odkryć prawdę, ale wciąż napotyka na mur sprzecznych relacji, oskarżeń, fantastycznych opowieści i zwykłych plotek. Czytelnik stale jest zaskakiwany, do samego końca. Nic nie jest takie, jak się wydaje. W takim świecie żyje poczciwy, dobroduszny, łatwowierny Dżelal. "Wołga, Wołga" to także książka o potrzebie wiary. W świecie, w którym oficjalnie Boga nie ma, tli się tęsknota za nim. Kiedy wszystko jest płynne, nietrwałe, kruche i niepewne, w coś trzeba wierzyć, gdzieś trzeba szukać oparcia. Dlatego Dżelal wytrwale jeździ do meczetu, modląc się o wysłuchanie jego prośby. Ale cud się nie zdarza. Może dlatego, że wiara jest łaską, której on chyba nie dostąpił. A może dlatego, że cuda po prostu nie istnieją.

"Wołga, Wołga" nie ma takiej mocy, jak książki Jergovicia, o których wspominałam we wstępie, perły w koronie jego pisarstwa, ale warto po nią sięgnąć. 

PS. Miałam okazję być na spotkaniu z Jergoviciem, w którym uczestniczyła także jego tłumaczka. Ze zdumieniem i smutkiem dowiedziałam się, że na razie żadne wydawnictwo nie planuje wydania niczego z bogatego dorobku pisarza. Z zazdrością patrzyłam na tych uczestników spotkania, którzy podchodzili po autograf z najnowszą powieścią oczywiście w oryginale. Tym bardziej namawiam do lektury.


Jerzy Pilch "Wiele demonów"

To dla "Wielu demonów" (Wielka Litera 2013) rozpoczęłam swoją przygodę z beletrystyką Pilcha. Temat plus znakomite recenzje sprawiły, że postanowiłam książkę przeczytać, ale wcześniej sięgnęłam po zbiór opowiadań "Moje pierwsze samobójstwo" i "Miasto utrapienia" (powieść), o czym jakiś czas temu pisałam. Opowiadania tak, powieść już nie aż tak, a "Wiele demonów"? Niestety i tym razem rozczarowanie! Tak to bywa, kiedy spodziewamy się arcydzieła. Coraz bliższa jestem przypuszczenia, że Pilchowi znacznie lepiej wychodzą krótsze formy (felietony i opowiadania), bo gatunek obliguje go do dyscypliny. Oczywiście bezczelnością jest formułowanie takiej tezy, jeśli przeczytało się tylko trzy książki autora, który napisał ich kilkanaście. Dlatego proszę nie traktować jej serio.
Pilch akcję swej najnowszej powieści umieszcza w czasach stalinizmu i ponownie zaprasza czytelnika do swojego ulubionego świata i garściami z niego czerpie. Tym razem Wisła zamienia się w Sigłę, ale topografia pozostaje niezmieniona. Jest też dom,  którego podwórko wyłożone zostało rzecznymi kamieniami. Niezorientowanym wyjaśniam, że dobrze znam ten dom i to podwórko z dwóch wyżej wspomnianych książek, chociaż oczywiście za każdym razem są one niby te same, ale jednak inne, bo literacko przetworzone. Podobnie ma się sprawa z zamieszkującymi dom bohaterami. Siglański świat poznajemy oczami jednego z jego mieszkańców, kilkunastoletniego chłopaka przygarniętego po śmierci rodziców przez gospodarzy, pana Naczelnika (poczty) i jego żonę Zuzannę. Ale ciężar opowieści tym razem rozkłada się i na inne domostwa, a szczególną rolę odegra fara, dom rodziny pastora Mraka. W tym miejscu czas najwyższy zdradzić, że jest to historia niby kryminalna. W tajemniczych i niewyjaśnionych okolicznościach znika nagle w środku nocy młodsza córka pastorostwa, Ola. Wieczorem była w swojej sypialni, a rano już nie i nawet dzieląca z nią pokój jej starsza siostra Jula nie zauważyła, kiedy zniknęła. Żadnych śladów. Diabelska sprawka? Ta tajemnica przez lata nie daje spokoju mieszkańcom Sigły. Oczywiście gatunkowa forma jest  tylko pretekstem i tak naprawdę nie o rozwiązanie zagadki tu idzie. Istotą jest, jak zwykle u Pilcha, opowieść. Przez karty książki przewija się mnóstwo dziwacznych postaci a narrator snuje ich historie. Nawet postacie epizodyczne zasługują na specjalne potraktowanie, za każdym ciągnie się jakaś opowieść równie jak on dziwaczna. Narrator sięga w przeszłość, nie prowadzi swojej opowieści linearnie, świat jego wspomnień jest chaotyczny i często przypadkowy. I chociaż gdzieś po drodze chwilami gubimy główny trzon tej historii, to przecież, jak wspomniałam, nie on jest tu najistotniejszy. Pytanie, co się stało z córką pastora, mało jest w gruncie rzeczy ważne. O co innego w powieści Pilcha tak naprawdę idzie. Inaczej niż w "Mieście utrapienia" przekaz  "Wielu demonów" jest od początku jasny. To pytania o sens wszystkiego, o sekret ludzkiego życia, który podobno poznał listonosz Fryderyk Moitschek. Ale tylko podobno, bo gdy jedni mieli go za proroka, znachora i uzdrawiacza, inni powątpiewali w jego nadzwyczajne moce. Po co się rodzimy? Po co żyjemy? Ku czemu zmierzamy i co będzie po śmierci? Te pytania cały czas krążą w powieściowym świecie. Tu wszyscy zadają je sobie serio, za pan brat są z duchami, demonami i cudami, chociaż każdy robi to na swój sposób. Stąd w tym niewielkim zakątku tyle różnych wyznań i dziwacznych towarzystw dbających o duchowy rozwój swoich członków. I nawet kiedy narrator snuje najbujniejsze opowieści, kiedy opowiada o różnej maści dziwakach zamieszkujących siglańską ziemię, to i tak za gardło chwyta go groza. Umrą, umrą, umrą, wtrąca nagle od czasu do czasu. Świadomość śmierci i nieuchronnego końca towarzyszy mu stale mimo młodego wieku. Przyznam, że właśnie owo mierzenie się ze sprawami ostatecznymi, tak mnie skusiło. I właśnie dlatego poczułam się rozczarowana. Bo  sama powtarzana kilkakrotnie fraza umrą, umrą, umrą, nie sprawiła, że przejęłam się zagadką bytu. A przecież nie tak wcale dawno temu przez moją głowę nagle niczym błyskawica przeleciała podobna myśl i było to doznanie z gatunku metafizycznych (a przecież dzieckiem nie jestem i o istnieniu końca dobrze wiem). Zdarzyło się to w okolicznościach całkiem zwyczajnych zupełnie niepasujących do tego typu refleksji. Wspomnienie tej chwili do dziś przejmuje mnie dreszczem. Chociaż świat wydaje mi się raczej pozbawiony sensu, straszny i absurdalny, a za jego króla mam raczej przypadek niż cokolwiek innego, to powieść Pilcha bardziej mnie bawiła niż przerażała. Wiem nawet dlaczego. Otóż moim zdaniem winne jest gadulstwo autora. Powieść wydaje mi się mocno przegadana. Za dużo tych dygresyjnych historii o każdej, nawet epizodycznej, postaci, za długie te niekończące się rozmowy, dyskusje i sprzeczki, za dużo tych narracyjnych popisów. Pilch jest wspaniałym opowiadaczem, ale mam wrażenie, że czasem nie zna miary, nie potrafi albo nie chce powściągnąć swoich oratorskich zapędów. To dlatego wolę jego opowiadania. Kiedy czytam "Trupa ze złożonymi skrzydłami" albo "Śnieg przez dwie trzecie doby",  jestem poruszona. Wtedy naprawdę czuję grozę przemijania, odchodzenia i nieuchronności śmierci. Wtedy razem z narratorem tęsknię za światem dzieciństwa, który przeminął na zawsze i już nigdy nie wróci, żałuję niewykorzystanych okazji. Przecież wszystko mogło być inaczej. Czy lepiej? Kto to wie, tego sprawdzić się nie da. Takich doznań spodziewałam się po "Wielu demonach". Nic z tego. Zamiast nich przesyt, a nawet, o zgrozo, nuda. Momentami, szczególnie w drugiej części, traciłam cały zapał i całe zainteresowanie siglańskim światem.
Ale może to wszystko celowe? Może absurd istnienia, śmierć i inne demony drążące człowieka da się znieść tylko wtedy, jeśli się je zagada i utopi w morzu opowieści? Nawet jeśli tak jest, na mnie to nie działa. Na koniec spieszę wyjaśnić, iż mimo rozczarowania nie żałuję czasu poświęconego lekturze "Wielu demonów". Gdyby jednak ktoś pytał mnie o radę, to z trzech książek Pilcha, które dotąd przeczytałam, poleciłabym mu "Moje pierwsze samobójstwo", o ironio, zbiór opowiadań.
PS. Niezorientowanym wyjaśniam, skąd to o ironio. Nie lubię opowiadań za ich krótką formę. Jestem miłośniczką powieści, im grubsze, tym lepiej.

Jerzy Pilch "Moje pierwsze samobójstwo", "Miasto utrapienia"

Nie raz, nie dwa w tych zapiskach zwierzałam się, że z rzadka sięgam po polską współczesną beletrystykę. Nie, to nie wynika z żadnego ortodoksyjnego założenia (mam znajomego kinomana, który z zasady nie ogląda filmów amerykańskich), po prostu niezbyt często znajduję coś dla siebie. Dlatego pewnie, może wstyd się przyznać, nie przeczytałam żadnej książki Jerzego Pilcha. Autor nie jest mi obcy. Lubię jego felietony, pilnie czytam wywiady, których udziela, bawi mnie jego charakterystyczny, rozpoznawalny styl, ale dotąd nie przeczytałam żadnej powieści, tym bardziej żadnego opowiadania. A dziś będzie aż o dwóch  książkach Pilcha: zbiorze opowiadań (!) "Moje pierwsze samobójstwo" (Świat Książki 2006) i powieści "Miasto utrapienia" (Świat Książki 2004). Cóż się nagle stało, że oddałam się lekturze i to aż dwóch książek pisarza? Przyczyna jest banalna. Chcę przeczytać najnowszą powieść Pilcha, bardzo chwaloną. Nie, nie dlatego że chwalona, przecież nie czytam wszystkiego, nad czym rozpływają się krytycy, po prostu temat mnie zainteresował. A że, jak słyszę, jest to rzecz poważna, całkiem serio, o najważniejszych problemach egzystencjalnych traktująca, postanowiłam nie zaczynać znajomości z prozą Pilcha od jego opus magnum. Chciałam przeczytać najpierw typową dla jego twórczości powieść. Poprosiłam znawców pisarza o wskazanie mi najlepszej (nie jestem pewna, czy nie zaszła pomyłka, kto inny radził, kto inny pożyczał, ale w końcu nie ma to wielkiego znaczenia), ale ponieważ wyjeżdżałam w podróż, na pierwszy ogień poszedł zbiór opowiadań "Moje pierwsze samobójstwo" (dawno odkryłam, że w podróży najlepiej sprawdzają się krótkie, zamknięte formy). "Miasto utrapienia" przeczytałam zaraz po powrocie. Rozpisałam się, czas przejść do sedna.

Ale na początek jeszcze jedna uwaga. Odkąd prowadzę te notatki, ile razy przeczytam coś klasycznego (a przecież Pilch jest już takim współczesnym klasykiem), zawsze zastanawiam się, czy warto pisać o tym, co wszyscy świetnie znają (Tak było z "Blaszanym bębenkiem" Grassa. Przeczytałam, nie napisałam.). Oczywiście z tymi wszystkimi nieco przesadzam, niemniej wątpliwości mnie nie opuszczają. Mimo tego tym razem zamierzam podzielić się swoimi wrażeniami z lektury. Kto, tak jak ja, zaczął znajomość z twórczością pisarza od felietonów i wywiadów, ten pewnie mniej więcej wie, czego spodziewać się po jego beletrystyce. Przede wszystkim tego samego, rozpoznawalnego, barwnego, dowcipno-ironicznego stylu, charakterystycznej frazy (to modne słówko jest chyba jednym z ulubionych słów pisarza). Potem opowieści, bo opowieść to żywioł Pilcha. A wreszcie możemy być pewni, że na kartach książki spotkamy mniej lub bardziej literacko przetworzonych jego krewnych, przyjaciół rodziny, znajomych, jego Wisłę (czasem dla niepoznaki nazwaną inaczej), jego Kraków i jego Warszawę. Pilch garściami czerpie ze swojego życia, szczególną kopalnią literackich tematów jest rodzinna Wisła, babka Czyżowa, dziadek Czyż, nie zapomina też o rodzicach i wszystkich tych, którzy przewijali się przez kuchnię domu dziadków. No i oczywiście kobiety, szczególnie arcylaski, jak je nazywa. Tak jest i tym razem.
W zbiorze opowiadań "Moje pierwsze samobójstwo" nawet narrator to alter ego autora. Mieszkający w Warszawie pisarz, który przekroczył już smugę cienia, snuje swoje opowieści. Najczęściej zabawne, czasem tak śmieszne, że zaśmiewałam się w głos, ale są i poważne w tonie. Bywa też, że to, co zaczyna się lekko, kończy się całkiem serio. Szczególnie, kiedy narrator pisze o przeszłości, której już nie ma, o przemijaniu, śmierci, tęsknocie za tym, co bezpowrotnie odeszło.  No i oczywiście jest wszystko to, o czym wspominałam. Rozmaite arcylaski: a to najpiękniejsza kobieta świata, a to początkująca piosenkarka w jaszczurczo-zielonej sukni, a to pierwsza miłość, Gocha, i jeszcze inne. Jest oczywiście babka, która w tym zbiorze nazywa się Pechowa, i jej drugi mąż, dziadek Pech, są rodzice, zwani starymi, rozmaici bywalcy wielkiej kuchni w starym wiślańskim domu, którego podwórko wyłożone było rzecznymi kamieniami, są przyjaciele z czasów dzieciństwa i z czasów studenckich. Jest Wisła, jest rodzinna przeprowadzka do Krakowa, jest wreszcie Warszawa. No i oczywiście, jakbym mogła zapomnieć, miłość do piłki nożnej, a szczególnie do jednej z krakowskich drużyn. Ale najważniejsza jest wywiedziona z hrabalowskiego ducha opowieść, poprzetykana rozmaitymi dygresjami, jednak zawsze zmierzająca do puenty. Momentami przypominała mi moją ukochaną książkę innego czeskiego pisarza, Skvoreckiego "Opowieści inżyniera ludzkich dusz" (rzecz jasna Pilch to jednak nie Skvorecky). Muszę przyznać, że opowiadania z tomu "Moje pierwsze samobójstwo" czytałam z dużą przyjemnością. Ratowały mnie przed nieuchronną melancholią, jaka z rzadka, ale jednak, dopada samotnego podróżnika, także wtedy, gdy moja wędrówka osiadała na mieliźnie (też z rzadka, ale jednak). Oczywiście nie wszystkie opowiadania są równie dobre, ze dwa mnie nieco nudziły, ale w sumie naprawdę przyjemna lektura.

Inaczej rzecz ma się z powieścią. I tu odnajdziemy ulubione motywy pisarza, nie będę się powtarzać  (Wisłę rozpoznamy w Granatowych Górach, rodzinnej miejscowości narratora, babka ma tu na imię Joanna, a dziadek to Jan Nepomucen Wojewoda). Bez trudu rozpoznamy też znak rozpoznawczy, charakterystyczny styl (czasem mam wrażenie, że wszyscy bohaterowie jego książek mówią Pilchem). Jest to historia na poły kryminalna, na poły sensacyjna o tym, jak to narrator, młody student prawa obsesyjnie oceniający laski w punktowej skali do jedenastu (chyba), pewnego dnia odkrywa w sobie niezwykłą umiejętność: słyszy to, czego zwykły człowiek usłyszeć nie potrafi. Zaczyna się od rozpoznawania z wystukiwanych dźwięków pinów do kart bankomatowych. A potem wracają do niego słyszane i wyobrażone rozmowy i opowieści. I znowu gawęda jest najważniejszym żywiołem. Akcja w każdym rozdziale przerywana jest jakąś historią, a to rodzinną, a to szkolną, a jeśli nie opowiada narrator, to robią to ludzie, których spotyka, szczególnie wiele jest opowieści Konstancji (nietrudno zgadnąć, kim jest). Niektóre historie są naprawdę przednie. Moją ulubioną jest opowieść o tym, jak to w Granatowych Górach rozeszła się pogłoska, że wkrótce zamieszka tam sam ojciec święty (Jan Paweł II, rzecz jasna), który zamierza opuścić Watykan i spędzić swe ostatnie lata właśnie w Granatowych Górach, bo podobno jeździł tu kiedyś na nartach. Oczywiście wszystko w największej tajemnicy. Początkowo na mieszkańców pada blady strach, no bo przecież trzeba będzie wreszcie zacząć żyć po Bożemu, ale szybko dochodzą do wniosku, że skoro papież zamieszka w Granatowych Górach incognito, to tym bardziej należało będzie żyć po staremu, aby tajemnica się nie wydała. Opowieść jest pyszna, pysznie, brawurowo napisana, obnaża nasz powierzchowny katolicyzm. Trzeba jednak zauważyć, że Pilch pochyla się nad wadami rodaków z sympatią. Owszem, czyni je przedmiotem kpin, satyry, ale nie chłoszcze batem, nie kipi nienawiścią, ma zrozumienie dla ludzkich przywar (sam zresztą do swoich publicznie lubi się przyznawać). Ale obok takich fantastycznie opowiedzianych kawałków, jest też wiele zwyczajnie nużących. Zaliczę do nich przede wszystkim niektóre opowieści Konstancji. W końcu ileż można czytać o jej dziwacznych związkach z facetami. Ale nie to przeszkadzało mi najbardziej. Ostatecznie przecież powieść czytało się dobrze. Moje podstawowe rozczarowanie sprowadza się wątpliwości: o czym właściwie jest "Miasto utrapienia"? Ta powieść rozpada mi się na kawałki, na osobne historie, nie umiem znaleźć w niej spoiwa, nie potrafię dokonać syntezy. Ale może to moja słabość? Może tym razem okazałam się czytelnikiem nie dość przenikliwym i pojętnym? A może tak miało po prostu być? Może takie są wszystkie powieści Pilcha? Nie wiem, sprawdzę. Bo mimo wszystko nie zniechęciłam się. Wkrótce sięgnę po najnowszą powieść pisarza, w końcu to od niej moja przygoda z jego beletrystyką się zaczęła, a za jakiś czas pewnie wrócę do tych dawniejszych. Wytypowałam sobie dwie. No ale kiedy to nastąpi, trudno przewidzieć, bo półka z książkami oczekującymi pęka w szwach.

Kazimierz Kutz "Piąta strona świata"

Zdarza się, wcale nie tak rzadko, że o moich lekturach decyduje impuls. Tak było i tym

razem. Przecież powieść znanego reżysera, "Piąta strona świata" (Znak 2010), ukazała się trzy lata temu. Przecież słyszałam o niej. Przecież na mojej półce od kilku lat leży "Czarny ogród" Małgorzaty Szejnert (reporterska opowieść o Giszowcu i Nikiszowcu), o którym kilka lat temu było głośno. Dostałam go, leżał, czekał na zmiłowanie, a ja już właściwie byłam przekonana, że raczej nigdy po niego nie sięgnę. Bo Śląsk, moja terra incognita, zupełnie mnie nie interesował. Zawsze kojarzył mi się z przemysłem degradującym środowisko, górnikami mnożącymi swoje żądania i politycznymi przepychankami. Dlatego nie widziałam żadnego ze śląskich filmów Kutza. Owszem, czasem w radiu albo w telewizji słyszałam, jak znany reżyser opowiadał o tej piątej stronie świata, o jej mieszkańcach, o swoich korzeniach, zawsze żarliwie, zawsze z pasją. Ale jego słowa wpadały mi jednym uchem, a drugim wypadały. Dziś wstydzę się swojej ignorancji. Po przeczytaniu powieści natychmiast nabrałam ochoty na obejrzenie na przykład "Soli ziemi czarnej" czy "Paciorków jednego różańca". Co sprawiło, że nagle sięgnęłam po książkę Kutza? Przypadek. Najpierw, jesienią, przeczytałam "Morfinę" Twardocha, potem w wywiadach pisarz, też Ślązak, sporo o Śląsku opowiadał. Zaczęłam rozumieć coś, co przecież wiedziałam: że pod moim bokiem jest kraina o bardzo skomplikowanej historii. I wreszcie ta ostatnia kropla, która wydrążyła skałę: telewizyjna rozmowa z reżyserem spektaklu, który powstał na podstawie powieści w jednym ze śląskich teatrów. I dyskusja wokół niego. No i już wiedziałam, że koniecznie po powieść Kutza muszę sięgnąć. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Nie żałuję i wszystkim polecam, chociaż to lektura czarna jak ziemia, o której opowiada. Ale spieszę dodać, że czyta się znakomicie. Jak pogodzić te sprzeczności? Już wyjaśniam.

"Piąta strona świata" to powieść-gawęda. Starzejący się Ślązak (mniej więcej rówieśnik samego autora), syn śląskiego powstańca, opowiada historię rodzinną i historię swojej przyjaźni z chłopakami z sąsiedztwa. Połączyła ich budka należąca do matki jednego z nich, w której zaczęli spotykać się w czasie wojny (drugiej). Kto miał pecha i stawał się pełnoletni, szedł na front, niektórzy nigdy nie wrócili, innych wojna złamała. Wszyscy wywodzą się z Roździenia. Dziś to część Katowic, u zarania tej historii po prostu wieś, w 1934 roku połączona z sąsiednimi Szopienicami. Jak na gawędę przystało opowieść nie rozwija się linearnie, narrator miesza czasy, wraca do tych samych momentów w historii, jednak krok po kroku podąża ku współczesności, starając się wyjaśnić zagadkę samobójczej śmierci swoich dwóch najbliższych przyjaciół: Alojza Byli, robotnika, samotnika, samozwańczego filozofa, i Lucjana Czornynogi, lekarza, społecznika. Jak to w gawędzie bywa, mnóstwo tu niezwykłych opowieści, nietuzinkowych bohaterów, powikłanych ludzkich losów. Nieważne, że czasem postacie zaczynają się czytelnikowi mieszać, nieważne, że czasem zapominamy, kto jest kim. Taka już uroda gawędy, że nadmiar opowieści miesza w głowach. Ale to właśnie gawędziarski żywioł sprawia, że powieść czyta się tak dobrze. Nie utrudnia lektury nawet gwara, której narrator używa naprzemiennie z językiem literackim, bo, jak wielu Ślązaków, doskonale włada jednym i drugim.

A jednak nie jest to przecież lektura pogodna, napisałam nawet, że czarna. Dlaczego? Powodów jest wiele. Wspomnę o nich w kolejności dowolnej.

Zdewastowany śląski krajobraz to jeden z nich. Narrator chociaż kocha swój Roździeń, kocha Śląsk, nie ukrywa spustoszeń, jakie w tym niegdyś rolniczym krajobrazie uczynił wielki przemysł. Przodkowie bohaterów powieści byli najczęściej rolnikami, ich potomkowie pracują w hutach, w kopalniach albo na kolei. Gdzieniegdzie pozostały jeszcze resztki ojcowizny, ale ziemi uprawiać się już nie da, bo obok wyrosła huta cynku, która truje przyrodę i płuca. Wszędzie jest szaro, brzydko, ściany familoków atakuje grzyb, dookoła rozciągają się hałdy. O dawnych czasach przypomina chyląca się ku ziemi  Męka Pańska, figura Chrystusa upamiętniająca miejscowych, którzy zginęli w wojnie francusko-pruskiej (1870-1871).

No właśnie, tragiczna historia Śląska i Ślązaków to kolejna przyczyna tego, że powieść nie jest pogodna. Narrator wielokrotnie z goryczą, gniewem i pasją skarży się na śląski los. Na to, że ziemia i jej mieszkańcy byli od dawna wykorzystywani przez innych. Od wojny francusko-pruskiej jeszcze dwa razy w czasie dwóch wojen światowych posłużą Niemcom jako mięso armatnie. Najtragiczniejsza, może też dlatego, że najświeższa, jest ta ostatnia, druga. Ślązacy podzieleni na kategorie, byli albo prześladowani (uczestnicy powstań, ich rodziny, komuniści), albo wpisywani na volkslisty (też różne) i wcielani do Wermachtu. Wielu z nich, jeśli szczęście im sprzyjało i znaleźli się na froncie zachodnim, zrzucało niemiecki mundur i przechodziło na stronę aliantów. Kto miał pecha i trafiał na front wschodni, często nie wracał. Ale wykorzystywanie Śląska i mieszkańców nie odbywało się tylko tak. Przede wszystkim była to eksploatacja ekonomiczna. Narrator tłumaczy też skomplikowaną sytuację narodowościową Ślązaków. Kim właściwie byli? Niemcy chcieli ich widzieć Niemcami, Polacy Polakami. Jedni przyznawali się do niemieckości, inni do polskości, ci najczęściej walczyli w powstaniach, ale wielu czuło się po prostu Ślązakami, mówiło tylko śląską gwarą. Podziały szły często w poprzek rodzin: przodkom ze strony matki bliżej było na przykład do Prus, potem Rzeszy, a tym ze strony ojca do Polski. To wszystko sprawiało, że nigdy nie mogli prawdziwie cieszyć się swoją śląskością. Nawet kiedy nastała Polska, przez wielu wyczekiwana, i ta międzywojenna, i ta komunistyczna, byli traktowani z pogardą, wypierani z lepszych posad przez ludność napływową. Wielu kończyło swoje życie w obozach, niemieckich albo polskich (takie po wojnie też były, o czym się zwykle nie pamięta).

Kolejne źródło melancholii płynące z powieści to przemijanie, którego nieodłącznymi towarzyszkami są zmiany i samotność. O zmianach krajobrazu już pisałam, ale najdotkliwsze są te dotykające ludzi. Przyjaciele z budki stopniowo rozpierzchają się po świecie. Najpierw po tym najbliższym. Kiedy rodzice zmieniają pracę lub mieszkanie, oni wędrują za nimi. Ale wtedy mogą się jeszcze spotykać, bo do budki cały czas jest blisko. Pierwszy poważny cios to wojna. Już pisałam, że jedni nigdy z niej nie wrócili, innym się udało, ale nie byli już sobą. Wyruszali na studia albo do pracy gdzieś w Polskę, a potem niektórzy, gnębieni i prześladowani, albo tylko w poszukiwaniu lepszego losu, uciekali w świat. Zadziwiająco wielu wśród tego budkowego towarzystwa było ludzi wybitnych i znanych. Można ich było spotkać w Nowym Jorku, Kanadzie czy RPA. I tak w końcu narrator zostaje sam. Przyjaciół już nie ma, rodziny nie założył, pozostają mu wspomnienia, często gorzkie.

To wszystko sprawiało, że kiedy czytałam powieść Kutza, pod powiekami wyobrażał mi się jakiś czarny świat. Pochylające się ku ziemi ze starości budynki, pokryte liszajami ściany familoków, siny dym z komina huty, dziurawa droga, czarna hałda, skrzypiące tramwaje, kolejowe pobocza, rachityczna zieleń, stare ławki na lichych podwórkach, drewniane wychodki, gnojówka.

Ale na koniec chcę wspomnieć o czymś optymistycznym. Powieść Kutza to hołd złożony śląskim kobietom, żonom i matkom, prawdziwym głowom rodzin. To na nich, zapobiegliwych i pracowitych, opierały się rodziny, to one przechowywały tradycję, dbały o wykształcenie dzieci, mimo że proste, z rodzin chłopskich albo robotniczych, to często oczytane. To matka narratora, taka właśnie zwyczajna kobieta, rozczytała budkowych chłopaków. To dzięki temu, że sama pożyczała książki, czytał je narrator i zanosił przyjaciołom z budki, gdzie w ciężkich wojennych czasach odbywało się samokształcenie.

Zakończę tak, jak często, namawianiem, aby po powieść Kutza sięgnąć. Warto zrozumieć przynajmniej trochę z tej piątej strony świata. Warto wiedzieć, że nie jesteśmy narodem jednolitym, jak lubimy o sobie myśleć. I chociaż Śląsk się od tamtej pory jeszcze bardziej zmienił, nie jest już przecież tak jednorodny jak kiedyś, wielu Ślązaków wyjechało, wiele jest ludności napływowej, to wciąż przecież pozostaje piątą stroną świata. Teraz jestem pewna, że na pewno przeczytam "Czarny ogród" Małgorzaty Szejnert.

Popularne posty