Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wszystko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wszystko. Pokaż wszystkie posty

Orhan Pamuk "Dziwna myśl w mej głowie"

Po latach wróciłam do Pamuka. A było tak. Obejrzałam bardzo ciekawą wystawę o


Stambule. Głównie stare zdjęcia i takież widokówki. Zachwyciłam się, zatęskniłam za miastem, w którym nigdy nie byłam i w takim jak to ze starych fotografii nigdy nie będę, bo takiego Stambułu po prostu już nie ma. I bardzo zachciało mi się przedłużyć ten klimat. Zagubić się w uliczkach miasta, popatrzeć na Złoty Róg, na Bosfor, wspiąć się na wzgórza. I wtedy przypomniałam sobie, że w czeluściach mojego czytnika leżą sobie, czekając na swoją kolej, dwie powieści Pamuka - "Rudowłosa" i "Dziwna myśl w mej głowie" (Wydawnictwo Literackie 2015; przełożył Piotr Kawulok).  Po przeczytaniu wydawniczej notki wybór padł na tę drugą, bo jej bohaterem jest uliczny sprzedawca jogurtu, pilawu, lodów, ale przede wszystkim buzy, sfermentowanego napoju na bazie kaszy jaglanej albo innych zbóż. A do Pamuka stosunek mam niejednoznaczny. To po przeczytaniu "Śniegu" otworzyłam się na inną literaturę - między innymi bałkańską, turecką, izraelską (chociaż nie pamiętam, kto był pierwszy - Pamuk czy Amos Oz, mój bezapelacyjny numer jeden wśród pisarzy). Długo stawiałam go w rzędzie moich ulubionych autorów, ale "Muzeum niewinności" i przede wszystkim "Czarna księga" nadwątliły tę miłość. Ta pierwsza, bo z czasem stała się zbyt monotonna, przez tę drugą ledwo przebrnęłam, co naprawdę rzadko mi się zdarza. Może dlatego, kiedy ukazały się "Dziwna myśl w mej głowie" i "Rudowłosa", jakoś się do nich nie paliłam. Właściwie kupiłam je tylko dlatego, że natrafiłam na bardzo okazyjną promocję. I najwyraźniej był w tym palec Boży, bo lektura "Dziwnej myśli w mej głowie" sprawiła, że przeprosiłam się z Pamukiem! Nie wiem, jakie ta powieść miała recenzje, ale mnie sprawiła prawdziwą przyjemność. Mimo że ma prawie siedemset stron, mimo normalnego tygodnia pracy połknęłam ją w dziesięć dni.

"Dziwna myśl w mej głowie" okazała się bardzo trafnym wyborem. Bo z jednej strony jest to saga rodzinna, z drugiej historia miłości, z trzeciej opowieść o Turcji, z czwartej wreszcie opowieść o mieście - o Stambule. O Stambule, który się zmienia, który nie przypomina już dziś tego miasta z fotografii i widokówek, jakimi zachwyciłam się na wystawie. Ba, nie wyglądał już tak w latach sześćdziesiątych, kiedy to Mevlut, główny bohater, wówczas dwunastoletni chłopak, dołączył do swojego ojca, stryja i kuzynów, którzy z anatolijskiej wsi do Stambułu przyjechali kilka lat wcześniej. Przez te kilkadziesiąt lat, gdy niemal każdego jesiennego i zimowego wieczoru wychodzi z domu, aby swym melodyjnym głosem zachęcać do kupienia buzy, miasto zmieniło się nie do poznania. Zmieniły się wzgórza, na których jego ojciec i stryj zaraz po przybyciu do miasta wybudowali, oczywiście nielegalnie, swoje gecekondu, zmieniła się dzielnica Tarlabasi, w której potem razem z żoną i córkami mieszkał główny bohater. Wzgórza, początkowo niemal puste, z czasem całe pokryte zostały gecekondu, na jednym z nich stanął też meczet. Ale na tym nie koniec. W latach dwutysięcznych domki i otaczające je ogrody zaczęły znikać, a na ich miejscu postawiono wieżowce. Miasto rozrosło się niemożebnie, rozlało, wysokościowce panoszyły się na centralnych wzgórzach, a nowe gecekondu powstawały na obrzeżach. Zmiany dotknęły też Tarlabasi, jedną z centralnych dzielnic. Niegdyś, ale tego nie pamięta nawet Mevlut, mieszkali tu Grecy, Ormianie, Żydzi, mieli sklepy, drobne zakłady, życie kwitło, potem osiedlali się tu tacy jak on, ludzie, którym niezbyt się wiodło, ale nie byli też na dnie, jakoś wiązali koniec z końcem. Z czasem Mevlut zrozumie, że musi się stąd wyprowadzić, bo dzielnica się zmienia, podupada, robi się obca i niebezpieczna. I taką opinię ma do dziś, o czym właśnie czytam w reporterskiej książce Thomasa Orchowskiego "Rzeź na Tarlabasi". (Książkę Orchowskiego już dawno oczywiście skończyłam. Ten tekst powstał we wrześniu.) Co za wspaniały zbieg okoliczności! Jakie znakomite dopełnienie wystawy i powieści Pamuka! Mevlut kocha to miasto, które z czasem uznał za swoje. Kocha też chodzić po ulicach i sprzedawać buzę, lubi rozmawiać z ludźmi. Kiedy wieczorami snuje się po mieście, z którym się niemal mistycznie jednoczy, które czuje całym sobą, dziwne myśli lęgną mu się w głowie. Takich jak on, sprzedawców buzy, już właściwie nie ma. Ten napój, tak jak jogurt, który w taki sam sposób niegdyś sprzedawał jego ojciec, można kupić w sklepie. Produkują ją wielkie wytwórnie, nikt nie potrzebuje już takich ulicznych sprzedawców. Powieść Pamuka jest bardzo melancholijna i nostalgiczna. Czuć w niej upływ czasu. To wyraz tęsknoty za światem, jakiego już nie ma i nie będzie. Czy ten nowy jest lepszy?

Ale "Dziwna myśl w mej głowie" to także opowieść o innej Turcji. Nie zwesternizowanej, ale tradycyjnej, napływającej za pracą i lepszym życiem do Stambułu z głębi Anatolii, z małych wiosek. Na miejscu najczęściej zostają kobiety i dzieci, tak było z matką i siostrami Mevluta, a mężczyźni wyruszają za chlebem. Przyjeżdżają, szukają zajęcia, budują nielegalnie gecekondu, licząc, że z czasem ich proceder zostanie zalegalizowany przez władze miasta, i rzeczywiście, co jakiś czas ogłaszana jest amnestia dla takich jak oni. Jedni osiągają sukces, zwłaszcza jeśli mają protekcję bogatego męża, który stawia w dzielnicy meczet i który w tej dzielnicy staje się z czasem szarą eminencją, tak było z kuzynami Mevluta, inni, tacy jak on nieudacznicy, pechowcy, marzyciele, ledwo wiążą koniec z końcem. Marzą, aby ich dzieci skończyły w Stambule liceum, a potem studia, ale ciernista to droga i tylko najwytrwalszym się udaje. Bo jak się uczyć, skoro trzeba jeszcze pomagać ojcu w pracy, skoro jest się tym gorszym, nie ma się żadnego backgroundu, żadnego intelektualnego i kulturalnego zaplecza. Dopiero kolejnemu pokoleniu może się udać ta sztuka. Mnóstwo jest w tej powieści obyczajowych szczegółów, dnia codziennego - szkoła, rodzina, los dziewcząt i kobiet, aranżowane małżeństwa, stosunek do religii, trochę polityki i światopoglądowych sporów. Wiele tu obyczajowych smaczków. Znakomita na przykład jest opowieść o z góry przegranej walce inkasentów z powszechną w Stambule kradzieżą prądu. Niezwykle to wszystko ciekawe.

Jest wreszcie powieść Pamuka sagą rodzinną i dziwną historią miłosną. Małżeństwo Mevluta wzięło się z pomyłki albo intrygi, bo przez kilka lat pisał listy miłosne nie do tej siostry, w której się zakochał. Z naszego punktu widzenia pewnie trudno mówić o miłości, jeśli ze swoją wybranką nie zamieniło się nawet słowa, tylko spojrzało się głęboko w jej piękne, czarne oczy. Ale dla bohaterów tej powieści wywodzących się z głębi Anatolii to sytuacja całkiem oczywista. Pytanie, czy uprowadził (kolejny smaczek) i ożenił się z tą, którą pokochał, z czasem położy się cieniem na małżeństwie Mevluta, chociaż ... , no ale tego nie mogę zdradzić. Wreszcie wielkim bohaterem powieści Pamuka jest sam Mevlut, świetnie sportretowany, zresztą podobnie jak inni bohaterowie. Boży prostaczek, nieco naiwny, uparty, wierny sobie, refleksyjny, idealista, wzbudzający zaufanie, litość i politowanie zarazem. Dla kuzynów i ludzi ich pokroju dziwak i naiwniak, którego łatwo można wystrychnąć na dudka. Są przekonani, że dawno by zginął bez ich pomocy, której niewdzięcznik często nie chce nawet przyjąć. Z konieczności w wielkim skrócie prześlizguję się tylko po rodzinnych relacjach i intrygach. Tak samo pobieżnie napisałam o Mevlucie. Po prostu powieść należy przeczytać. Wielka przyjemność pomieszana z melancholią.

PS. A o reportażach Thomasa Orchowskiego nie napisałam z braku czasu. Rzadko, ale tak bywa. Potem było już za późno. Ale przeczytać warto.

"Zimna wojna"

O sukcesie "Zimnej wojny" Pawła Pawlikowskiego nie sposób było nie usłyszeć. Świetne przyjęcie na festiwalu w Cannes, nagroda za reżyserię, znakomite recenzje. Wielka wrzawa, wielki szum. Jak zawsze w takich wypadkach, kiedy idę do kina, to po pierwsze wydaje mi się, że wszystko o filmie już wiem, a po drugie moja przekorna natura każe zastanawiać się, czy i ja się zachwycę. Różnie bywa. Czasem entuzjazm i mnie się udziela, czasem wychodzę rozczarowana. Tak było z "Twarzą" Małgorzaty Szumowskiej, która pozostawiła spory niedosyt. Dlatego z wielką ciekawością szłam na "Zimną wojnę". Chociaż na mnie nie podziałała tak, jak rasowy melodramat działać powinien, chociaż nie poryczałam się po seansie, a zdarza mi się skrzętnie ukrywać łzy, to wyszłam z kina w nastroju bardzo melancholijnym, a właściwie zgnębiona. Bo jest w tym filmie coś takiego, co sprawia, że rzeczywiście trudno się od niego uwolnić. Piszę te słowa w niedzielne przedpołudnie, w kinie byłam wczoraj, a wciąż mam w głowie obrazy z "Zimnej wojny". Smutną, zrezygnowaną twarz Wiktora (świetny Tomasz Kot), zadziorną minę Zuli (świetna Joanna Kulig), paryskie poddasze, roztańczone dziewczyny z zespołu Mazurek, paryską ulicę, pokryte śniegiem pola polskiej wsi, ruiny kościoła i boskie oko widoczne na zniszczonym fresku. A w głowie stale brzęczy mi muzyka. Bo "Zimna wojna" działa przede wszystkim obrazem i muzyką. Czarno-białe kadry sfotografowane przez Łukasza Żala są malarsko piękne, muzyka od ludowej po jazzową zaaranżowana przez Marcina Maseckiego jest jednym z bohaterów. Ale ten oszczędny film niekoniecznie spodoba się wszystkim. Nie jestem przekonana, czy może liczyć na masową widownię, bo kto spodziewa się klasycznego melodramatu, ten może się rozczarować. Historia jest bardziej naszkicowana niż opowiedziana, widz sam musi sobie dopowiadać to, czego nie ma na ekranie, a jego wyobraźnia może biec w różne strony. Ja w każdym razie nabieram coraz większej ochoty, aby "Zimną wojnę" obejrzeć jeszcze raz. A kto już film widział, może czytać dalej, aby skonfrontować swoje refleksje z moimi. Zapraszam.

Opowieść Pawła Pawlikowskiego to historia miłości Zuli, dziewczyny z prowincji, i Wiktora, muzyka - pianisty, dyrygenta. Jak podaje dystrybutor historia wielkiej i trudniej miłości dwojga ludzi, którzy nie potrafią być ze sobą, a jednocześnie nie mogą bez siebie żyć. Jednym słowem miłości niemożliwej. Niemożliwej nie tylko dlatego, że w pewnym momencie zaczyna ich dzielić żelazna kurtyna. Powodów jest wiele. Jeden z nich to różnica osobowości i pochodzenia. Zula, dziewczyna z prowincji, najprawdopodobniej z prostego domu, z wyrokiem w zawieszeniu, który na niej ciąży i determinuje wiele jej działań. I Wiktor, wrażliwy, wykształcony muzyk. Ona gwałtowna, trochę nieokrzesana, z niewyparzoną gębą, sprytna, twardo stąpająca po ziemi, a jednocześnie z kompleksem niższości, który szczególnie odczuwa w towarzystwie Wiktora. Rozdarta między miłością do niego, a pragmatyzmem, który każe jej lawirować, aby jakoś się ustawić, jakoś żyć w tych trudnych czasach. Dla niej zespół Mazurek to być albo nie być. To możliwość awansu, wyrwania się nie tylko z prowincji, ale i od ojca, który, jak powie z charakterystyczną dla siebie bezpośredniością, pomylił mnie z matką. Dlatego będzie meandrować pomiędzy aparatczykiem i karierowiczem Kaczmarkiem, a Wiktorem. Nie ma żadnego moralnego dylematu, kiedy do repertuaru Mazurka zgodnie z oczekiwaniem władz i za skwapliwym przyklaśnięciem Kaczmarka wkrada się polityka. Coś za coś, albo będziemy szlachetnymi, ale gołymi pięknoduchami, albo oddamy cesarzowi co cesarskie i liźniemy choć trochę wielkiego świata. A Berlin, Moskwa to już w tamtych czasach wielki świat, a Jugosławia czy Paryż jeszcze większy. Zuli bliżej do swojskiego, prymitywnego Kaczmarka, który też przecież potrafi być sympatyczny i ludzki. Kiedy mówi, że słuchając koncertu, przeżył najpiękniejszy dzień w swoim życiu, chociaż wcześniej  ludowizną gardził, wierzymy mu. Ale to nie my decydujemy o miłości, to ona decyduje za nas, dlatego Zula miota się pomiędzy Kaczmarkiem, a wrażliwym Wiktorem. I on musi iść na kompromisy, nie może przecież rzucić pracy w Mazurku, pozwala sobie tylko na nieśmiały sprzeciw. W wyjeździe do Berlina dostrzega swoją szansę. To rok 1949, mur jeszcze nie stoi i przejście na drugą stronę jest możliwe. Zrobi to, mimo że nie doczeka się na Zulę, co ona po latach skwapliwie mu wypomni. Ja bym bez ciebie nie poszła, powie (cytat z zawodnej pamięci).

Ale wolność kosztuje. W tym lepszym świecie Wiktor będzie musiał walczyć o siebie, o pieniądze, będzie musiał nauczyć się funkcjonować w muzycznym biznesie, zabiegać o uznanie, wchodzić w układy. W Polsce polityka, we Francji stroma droga do kariery. A może nawet nie o karierę idzie, może o utrzymanie się w muzycznym świecie. Tego nie będzie umiała zrozumieć Zula. Nie odnajdzie się w Paryżu. Przetłumaczone na francuski słowa ludowej piosenki "Dwa serduszka, cztery oczy", która jest muzycznym przewodnikiem po filmowej opowieści, brzmią nieprawdziwie nie tylko dlatego, że przekładu dokonała poetka, o którą ona jest zazdrosna. Nagrana płyta wyda jej się pusta, nieszczera, będzie owocem kompromisów. Bycie razem, wspólna codzienność zabija ich uczucie, nie potrafią być ze sobą, ale nie potrafią też być osobno, szczególnie Wiktor. Może nie chce powtórzyć błędu, który raz popełnił, dlatego gotów jest na każde szaleństwo. Czy warto? Czy warto rujnować sobie życie dla kapryśnej Zuli? Kim ona jest? Femme fatale, jak chcą niektórzy? Ile w niej wyrachowania, a ile szczerości? Czy ostatni gest to zabawa, makabryczny żart czy gest rozpaczy? Albo gest romantycznych kochanków, których miłość przetrwa śmierć, bo jest wieczna? Zastanawiam się, na ile Paweł Pawlikowski wykorzystał w swoim filmie mit romantycznej miłości, która gubi się w codzienności, spełnia się w cierpieniu i za nic ma śmierć? Ja tu ten mit dostrzegłam. A jeśli był to zabieg świadomy, to czy przypadkiem nie zakpił z niego? Czy ostatnie zdanie, które wypowiada Zula, przesiądźmy się na tamtą ławkę, bo z niej jest ładniejszy widok, należy odbierać poważnie czy właśnie jako kpinę? Będzie tak, jak odczyta to widz. Bo taka jest też historia Zuli i Wiktora - niedopowiedziana, nieoczywista, dająca pole do spekulacji i własnej interpretacji.

Zula i Wiktor biorą swój ślub w zrujnowanym kościele. Ten obraz nie daje mi spokoju. Jest bardzo mocny, pojawia się w filmie dwukrotnie - gdzieś na początku, kiedy Irena (Agata Kulesza), Wiktor i Kaczmarek jeżdżą po wsiach i zbierają ludowe pieśni, i właśnie na samym końcu. Za każdym razem odbywa się to tak samo. Oko kamery patrzy przez zrujnowaną kopułę gdzieś w górę, w niebo, na ścianie widać zniszczony fresk, ale boskie oko jest wyraźne. Kto tam wchodzi za pierwszym razem? Chyba Kaczmarek. Czy w tym zniszczonym świecie jest Bóg? Czy patrzy, czuwa, martwi się, płacze nad losem swoich dzieci? Zula kilkakrotnie powtarza, że w Boga wierzy, ale żyje trochę tak, jakby Go nie było, tylko czasem ogarnia ją trwoga. Wiktor nie odpowiada jej na to pytanie. Na ile ten zrujnowany kościół jest odniesieniem do zrujnowanego kościoła w "Popiele i diamencie" Wajdy? Jakie ma znaczenie to, że biorą swój ślub właśnie w nim? To pytania, które sobie stawiam, chociaż niełatwo znaleźć odpowiedzi.

Ale film Pawła Pawlikowskiego to też opowieść o dwóch światach, o powojennej Europie, o przepaści, o dziejowej niesprawiedliwości. O tej tytułowej zimnej wojnie i żelaznej kurtynie. Kiedy Wiktor przekracza granicę, to wieczorny Berlin Zachodni widziany przez mgnienie jest jak inny świat. Tak samo, albo jeszcze wspanialej, wygląda czarno-biały Paryż fotografowany przez Łukasza Żala. Gwarne knajpy rozbrzmiewające jazzem, eleganckie przyjęcia, piękne ulice. Po drugiej stronie żelaznej kurtyny wszystko jest ubogie i przaśne. Inne są też oczekiwania, problemy i dylematy. Tam po prostu życie, tu życie zdeterminowane przez politykę i Historię. I tylko przypadek sprawia, gdzie się rodzisz. To on determinuje twój los, nie masz wyboru. I jedni drugich nie zrozumieją. Dlatego obraz powojennej Polski nie jest prześmiewczy, piszę to do tych, którym taka myśl przyszła do głowy, jest po prostu prawdziwy. Tak było i nie nasza w tym wina. Zdjęcia Łukasza Żala, szczególnie te, na których są ludzie, przypominają stare fotografie. Zdają się mówić, to już przeszłość,  historia, odległy czas. I miejmy nadzieję, że już się nie powtórzy. Czy w tym kontekście "Zimna wojna" to ostrzeżenie?

Jak już wspominałam, bohaterem filmu jest muzyka. Słyszałam  ją i słyszę, ale wymądrzać się na ten temat nie będę, bo po pierwsze strasznie się rozpisałam, a po drugie nie jest to, nad czym ubolewam, moja mocna strona, więc zostawiam tę warstwę innym.

"Zimna wojna" okazała się jeszcze lepsza, niż myślałam. Dała pole do wielu refleksji.

PS. Podobno to nie kościół tylko cerkiew. To prawdopodobne, bo kiedy Wiktor i Irena jeżdżą po wsiach w poszukiwaniu muzyki, mowa jest o pieśniach łemkowskich.

 

Krzysztof Varga "Langosz w jurcie"

Kiedy skończyłam czytać ostatnią powieść Krzysztofa Vargi "Sonnenberg", o której pisałam w ostatniej notce, zapragnęłam koniecznie choćby na jakiś czas zanurzyć się w klimacie tej lektury, tak bardzo byłam pod jej wpływem. I wtedy przypomniałam sobie, że w głębinach mojego ukochanego czytnika spoczywa sobie, czekając cierpliwie na swoją kolej, "Langosz w jurcie" (Czarne 2016), trzecia część eseistyczno-reporterskiej trylogii Krzysztofa Vargi poświęconej Węgrom. Nie było na co czekać, pora na lekturę  tego zbioru bardziej esejów niż reportaży była idealna. W "Gulaszu z turula", pierwszej znakomitej części owej węgierskiej trylogii, Varga pisał po prostu o Węgrach i Węgrzech, swojej drugiej ojczyźnie (ojciec pisarza był Węgrem). Dla takiego laika jak ja było to odkrycie. Mnóstwo się z tamtej książki dowiedziałam, a przyjemność z czytania miałam ogromną. Nie tylko ja tak uważałam, recenzje były znakomite, książka znalazła się w finale Nike. Druga część, "Czardasz z mangalicą", to zapis licznych podróży po węgierskiej prowincji. Nastrojowy, klimatyczny, trochę jak u Stasiuka, ale jednak przecież inny. Chociaż ciekawy, to już nie tak fascynujący ani nie tak świeży jak "Gulasz z turula", momentami nawet nużył.

Piszę o tym wszystkim nie tylko po to, aby przypomnieć tym, którzy też czytali, albo poinformować tych, którzy nigdy się z tymi książkami nie zetknęli, ale także dlatego, że przed napisaniem tej notki postanowiłam odświeżyć swoje wrażenia z tamtych lektur. Aby to zrobić, sięgnęłam do moich zapisków zamieszczonych na  blogu, a rzadko mi się to zdarza. Skąd ta potrzeba? Otóż "Langosz w jurcie" po prostu mnie rozczarował, a nawet znużył. Chciałam się przekonać, czy to ja się zmieniłam, czy po prostu ostatnia część węgierskiej trylogii Vargi jest najsłabsza. No i chyba właśnie w tym tkwi problem. Już druga, co przypomniałam sobie z mojej notki, zdradzała podobne symptomy, w trzeciej chyba jeszcze się pogłębiły. Bo "Langosz w jurcie" to kontynuacja "Czardasza z mangalicą". Właściwie mogłabym w tym miejscu skończyć i polecić przeczytanie mojego wpisu o tamtej książce z zastrzeżeniem, że "Langosz" jest po prostu nudniejszy i bardziej monotonny. Varga znowu włóczy się po węgierskiej prowincji. Tym razem jednak wędruje wzdłuż granic, czasem nawet je przekracza, aby zobaczyć coś, co do Węgier już nie należy. Tu trzeba wspomnieć o traktacie z Trianon, który okroił kraj naszych południowych bratanków do rozmiarów kraiku.

Jest tu po trochu wszystkiego - wspomnień, impresji, wrażeń, historii, zabytków, innych miejsc, spotkań z ludźmi, obserwacji, refleksji, no i oczywiście jedzenia. Można nieco złośliwie napisać, że Varga stale szuka albo knajpy, gdzie może zaspokoić głód jakimś ulubionym daniem, albo noclegu. Szukając, odkrywa czasem coś, na co w swoich licznych peregrynacjach dotąd się nie natknął. Króluje oczywiście melancholia, której źródłem jest beznadzieja i nuda węgierskiej prowincji, wymieszana z fascynacją. I tak przez dwieście osiemdziesiąt stron. Im dłużej czytałam, tym bardziej mnie to nużyło. Ta powtarzalność, przewidywalność. Niewiele konkretów z "Langosza w jurcie" zostało mi w pamięci. Opowieść o "Szkole na granicy" Gezy Ottlika, podobno znakomitej węgierskiej powieści, piszę podobno, bo jej nie czytałam. Fragmenty opisujące opuszczone wsie, które co jakiś czas Varga mija, czy spotkania z Polakami przyjeżdżającymi do termalnych źródeł. Jakieś impresje, jakieś obrazy. Początkowo miałam wrażenie, że autor postawił sobie tezę, iż stopień porządności i poziom cywilizacyjny nadgranicznych terenów w dużej mierze zależy od sąsiada, z którym te tereny graniczą. Jeśli tak rzeczywiście było, to wybrzmiała ona słabo.

Być może pisarz sam doszedł do wniosku, że temat się wyczerpał, że będzie już tylko się powtarzać, bo w jednym z wywiadów udzielonych przy okazji wydania swojej najnowszej powieści wspomniał, że wzięła się właśnie stąd. Z fascynacji tematem i niemożności kontynuowania książek, o których dziś pisałam. Polecać? Nie polecać? Kto czytał "Gulasz z turula" i "Czardasz z mangalicą", może domknąć całość. Kto nie zna tamtych książek, niech najpierw koniecznie po nie sięgnie, szczególnie po pierwszą, najbardziej odkrywczą, najciekawszą, po prostu najlepszą. A potem sam zdecyduje.

 

Aleksandra Lipczak "Ludzie z placu Słońca"

W moim prywatnym rankingu państw europejskich, które uwielbiam, Hiszpania bije się z


Włochami o palmę pierwszeństwa. Właściwie niby pierwsze są Włochy, ale czy ja wiem? Bo Hiszpania mnie również fascynuje! Podróżować po jakimś kraju to jedno, a znać go tak od podszewki to drugie. Nawet jeśli jeździ się samodzielnie, korzysta z transportu publicznego, wybrzeże omija szerokim łukiem (przynajmniej to śródziemnomorskie), to nie znaczy, że poznało się kraj. Ja przynajmniej nie ośmieliłabym się tak powiedzieć, chociaż po Hiszpanii podróżowałam kilka razy. Między innymi dlatego sięgnęłam po zbiór reportaży Aleksandry Lipczak „Ludzie z placu Słońca” (Dowody na Istnienie 2016). To książka fascynująca, połknęłam ją jednym tchem i każdemu polecam.

Autorka pisze o Hiszpanii współczesnej, ale ponieważ na tym, co dzisiaj, swoje piętno odcisnęła hiszpańska wojna domowa i czasy dyktatury Franco, nie może uciec od przeszłości. Bo Hiszpania na pewno byłaby inna, gdyby nie tamte czasy. Eksplozja wolności i szaleństwa, jaka nastąpiła po upadku dyktatury, to odreagowanie tamtego ciemnego okresu, który nie dość, że kosztował życie wielu ofiar, ale także na dekady zamknął Hiszpanię za Pirenejami. Gdyby nie odreagowanie dyktatury, nie byłoby filmów Almodovara. To właśnie początkom jego twórczości poświęcony jest jeden z reportaży. A czym była dyktatura Franco, opowiada między innymi tekst „Macho”. Wbrew tytułowi jego bohaterem nie jest mężczyzna, tylko kobieta. Pilar Primo de Rivera, siostra założyciela Falangi, która stworzyła przy niej Sekcję Kobiecą. Jej celem było wychowanie nowej kobiety, całkowicie podległej mężczyźnie, zamkniętej w domu. Kiedy czytałam o tym, jak rolę kobiet widziała Pilar, kręciłam głową z niedowierzaniem, tak absurdalnie brzmią jej  postulaty. Można by się z tego śmiać, gdyby nie było to tak straszne, bo przecież część z nich dzięki zmianom prawa została wcielona w życie. Po upadku dyktatury Franco w czasach transformacji tamtego mrocznego okresu nigdy nie rozliczono. Przez lata milczano w imię społecznego spokoju. Zbyt to wszystko było skomplikowane. Dyskusja o przeszłości ruszyła kilkanaście lat temu i trwa do dziś. Dopiero na początku naszego wieku rozpoczęły się poszukiwania ludzi zaginionych w czasie wojny domowej, po hiszpańsku desaparecido, czyli znikniętych. Większość z nich została po prostu rozstrzelana. Jeśli egzekucje były masowe, chowano ich w zbiorowych grobach, jeśli mordowano pojedyncze osoby, takie też są ich groby. Słowo grób jest tu zdecydowanie na wyrost, bo nikt nigdy nie miał się dowiedzieć, gdzie zostali pochowani. Hiszpania jest wielkim cmentarzem, pełno tu skażonych krajobrazów, o jakich pisał Martin Pollack w książce pod takim tytułem. O ludziach, którzy szukają swoich znikniętych i o stowarzyszeniu, które się tym zajmuje i o trudnościach, z jakimi się boryka, opowiada jeden z reportaży. Trudno w to uwierzyć, ja w każdym razie nie miałam o tym pojęcia, że do dziś można zwiedzać sanktuarium, w którym wraz ze swoimi towarzyszami pochowany został Franco, do dziś to miejsce otoczone jest kultem. A przypływających do Mellili, jednej z dwóch hiszpańskich enklaw na północnych wybrzeżach Afryki, wita w porcie wielki pomnik generała. Co zrobić z pamięcią o nim, to pytanie jednego z tekstów.

Ale najwięcej reportaży dotyczy oczywiście problemów społecznych i gospodarczych Hiszpanii współczesnej. Kraju, który jeszcze kilkanaście lat temu gnał do przodu i był przykładem europejskiego eldorado. Światowy kryzys obnażył jego słabości i wybuchł tu z wielką siłą. Z jego skutkami, ogromnym bezrobociem, które dotknęło szczególnie młode pokolenie, zmaga się Hiszpania do dziś. Z reportaży poświęconych kryzysowi i jego skutkom negatywnym i pozytywnym, bo są i takie, bije największa energia. Wyczuwa się w nich gniew, podziw dla tych, którzy walczą i próbują na gruzach starego budować nowe, wzruszenie dla ludzkiej solidarności wywołanej wspólnym nieszczęściem. Gniew ukryty pod maską ironii bije z tekstu o hiszpańskiej bańce na rynku nieruchomości, o miastach widmach i o Paco Hernando, wielkim deweloperze, który po aferze z jego udziałem gdzieś zniknął i nie wiadomo, czy jest bankrutem, czy ocalił coś ze swojego wielkiego majątku. Posługując się jego przykładem, Aleksandra Lipczak opowiada o mechanizmach, które najpierw pozwoliły bańce nieruchomości urosnąć do niebotycznych rozmiarów, a potem doprowadziły do wielkiego krachu. Podziw i wzruszenie promieniują z opowieści o Adzie Colau, burmistrzyni Barcelony, która wyrosła z ruchu oburzonych, a pierwsze kroki stawiała w Platformie Poszkodowanych przez Hipoteki. Takie same uczucia pulsowały w tekście poświęconym działaczom tej platformy – tym, którzy stracili mieszkania w wyniku kryzysu, i tym, którzy im pomagają, a  właściwie zmuszają do działania. Bo tu nikt niczego za nikogo nie zrobi, za to pokaże, jak sobie radzić i wesprze. Przesłanie tego reportażu wydało mi się najważniejsze, bo pokazuje, jak na nowo w nieszczęściu budzi się między ludźmi solidarność. Kryzys zmusił wielu do przewartościowania swoich poglądów. Bohaterowie reportażu mówią, że błędem jest wiara w wolność, która zasadza się na samowystarczalności, wiara, że zależymy tylko od siebie. Tak nie jest. Żyjemy wśród ludzi i współzależymy od nich. Dlatego kluczem do rozwiązania licznych problemów jest przywoływana tu po raz kolejny solidarność i współpraca. Jak mówi cytowana w książce filozofka Marina Garces - „Istnieć to zależeć od innych”. Muszę przyznać, że mnie, skrajną indywidualistkę, bardzo jej wywód poruszył. W innych tekstach Aleksandra Lipczak zastanawia się, jak to możliwe, że na pierwszy rzut oka kryzysu w Hiszpanii  nie widać. I rzeczywiście, dwie moje ostatnie podróże po tym kraju odbyłam już w czasach kryzysu – pierwszą u jego zarania, drugą dwa lata temu. Miałam podobne wrażenia i do dziś pamiętam, jak bardzo mnie to dziwiło. Nie umiałam jednak odpowiedzieć sobie na to pytanie.

„Ludzie z placu Słońca” mają jeszcze jeden nieoczekiwany walor. Chociaż jest to opowieść o Hiszpanii, możemy się w niej przejrzeć jak w lustrze. Kiedy się czyta te reportaże, trudno nie ulec wrażeniu, jak wiele jest podobieństw między Hiszpanią a Polską. Podział  społeczeństwa, polityka mieszkaniowa państwa, deweloperów i banków czy tworzenie się nowych ruchów miejskich, społecznych i politycznych. Jedno nas na pewno niestety różni – jesteśmy ponurakami, brak nam hiszpańskiego luzu.

Kiedy w sierpniu czytałam reportaże Aleksandry Lipczak, było jeszcze przed katalońskim referendum. Teraz wydarzenia nabrały tempa. Dokąd zmierza Hiszpania?

 

Popularne posty