Walter Kempowski "Prima sort"

Po lekturze powieści "Wszystko na darmo" Waltera

Kempowskiego jasne było, że sięgnę po kolejną wydaną w Polsce jego książkę - "Prima sort" (ArtRage 2025; przełożyła Małgorzata Gralińska). Z pełnym przekonaniem mogę stwierdzić, że przeczytam następne, które się ukażą, a, jak słyszałam, chłopaki z ArteRage'u nie powiedziały ostatniego słowa, jeśli chodzi o tego niemieckiego pisarza. Chwała im za to, że odkryli Waltera Kempowskiego!

Książka "Prima sort", która ukazała się w Niemczech w roku 1971 i przyniosła autorowi uznanie krytyki i czytających, jest pierwszą powieścią pisarza z jego wielkiego cyklu "Deutsche Chronik" ("Niemiecka kronika"). Książki te powstały na bazie nagrywanych na taśmę magnetofonową rozmów z matką, bratem i innymi żyjącymi krewnymi oraz zbieranych listów, zapisków, dokumentów czy fotografii. Wszystko to przetworzone literacko złożyło się na ten cykl. 

Opowieść zaczyna się w marcu 1938 roku, kiedy to mieszkająca w Rostocku rodzina Kempowskich przenosi się do nowego, bardziej komfortowego mieszkania. Walter ma wtedy dziewięć lat. Koniec to moment, kiedy do rodzinnego miasta pisarza wkraczają wojska radzieckie, czyli wiosna roku 1945. Jest więc to opowieść o zwyczajnej niemieckiej mieszczańskiej rodzinie w burzliwych czasach. Ojciec pisarza, weteran pierwszej wojny, którą często wspomina, był szanowanym rostockim armatorem, pochodząca z kupieckiej rodziny matka zajmowała się domem. Małżonkowie mieli jeszcze dwoje starszych dzieci, syna Roberta i córkę Ullę. 

Przeprowadzka do nowego, lepszego, mieszkania ma zwiastować dla rodziny lepsze czasy. Jakby wbrew temu, co dzieje się wokół. W życiu Kempowskich polityka właściwie nie istnieje. Na pewno nie są gorliwymi wyznawcami nazizmu, ale też nie widać jakichś oznak obrzydzenia dla tej ideologii. 

Na Patriotischer Weg znaleziono obcięte palce, robota ludu Izraela. Mordują chrześcijan, ćwiartują, a potem wyrzucają. Uważają to za dobry uczynek. W każdej synagodze jest piwnica wypełniona zakrzepłą krwią. Dzięki temu trafiają do nieba.

Tak Walter relacjonuje swoje rozmowy z kolegami w drodze do szkoły. 

Ależ ten Hitler robi świetną robotę. (...) Możemy być dumni, że dane nam jest żyć w takich czasach.

Takie teksty słyszy  w szkole. 

- O fuj - szepnęła matka. - Wygląda jak gruby żydowski szpieg ...

Wszystko, co złe w charakterze dzieci, a szczególnie Waltera, który z czasem będzie przysparzał jej trosk, matka przypisuje polskim przodkom. 

- Ale: żeby nigdy nie odrabiać prac domowych, to też żadna robota. - Nie dziw się potem, że tracimy cierpliwość. - To ci polscy przodkowie w naszej rodzinie dochodzą do głosu.

Taka fraza powraca w powieści wielokrotnie. Kiedy wybuchnie wojna, ojciec nie będzie mógł przeboleć, że z powodu przynależności do loży masońskiej nie został powołany do wojska. Potem zostanie wcielony do służb pomocniczych, będzie między innymi stacjonował w okolicach Szczecina. Nie zwierzał się z tego, co tam dokładnie robił. 

Narrator opowiada o zwyczajnym, codziennym życiu swoim i swojej rodziny. O rozmowach przy stole, o spotkaniach z kolegami, o szkole, o wakacjach, o bracie, siostrze, znajomych, sąsiadach, o coraz większych problemach z zaopatrzeniem, o bombardowaniach miasta, a wreszcie o znacznych zniszczeniach w ich wyniku. Jest tylko dzieckiem, więc dostrzega też dobre strony alarmów przeciwlotniczych.

Jeśli alarm odwoływano po północy, następnego dnia byliśmy zwolnieni z dwóch pierwszych lekcji. To było przyjemne, niekiedy nawet pożądane.

W miarę upływu czasu, kiedy dorasta, jego spojrzenie na świat się zmienia. Nie może przeboleć, że nigdy nie był w jednym z kościołów, który zbombardowany podczas jednego z alianckich nalotów zniknął z powierzchni ziemi. Kultura odgrywa ważne miejsce w życiu rodziny. 

- Ale przecież kultura ... - zaczęła matka. - Nasza stara, dobra niemiecka ojczyzna ...

Słuchają muzyki, brat i jego koledzy także jazzu, w domu są książki. Nawet pod koniec wojny Walter i jego matka nie potrafią się oprzeć i idą na koncert organowy do jednego z ocalałych kościołów, chociaż zdają sobie sprawę, że jest to niebezpieczne z powodu grożących bombardowań. W czasie koncertu kilkakrotnie gaśnie światło.

I takie przeczucie: może dziś ostatni raz słucha się organów? Czy za chwilę zacznie się nalot?

Dziadek, który przybył do nich z Hamburga, kiedy jego dom został zbombardowany, wielokrotnie wspomina utracone książki. Nawet kiedy pod koniec wojny Walter, wcielony do służby kurierskiej Luftwaffe, jedzie do zrujnowanego Berlina, szuka tam jeszcze ocalałych księgarń. 

Na próżno szukać jednak refleksji, z jakiego powodu ich wygodny mieszczański świat runął. Matka wzdycha i powtarza coś w rodzaju: co to się porobiło, i zmęczona trudami codziennego życia chciałaby, aby to się już skończyło. 

- Że też ludzie nie potrafią żyć w pokoju - westchnęła matka. Wielcy tego świata powinni iść na ring bokserski i rozegrać walkę między sobą. Chętnie by popatrzyła.

Och, gdyby mogła chwycić tych oficjeli za karki i uderzyć jednym łbem o drugi. Żeby tutaj wszystko obrócić w ruinę. Zawsze ubzdurają sobie jakieś głupoty, a potem my musimy wypić to piwo.

Słyszą o poległych na froncie sąsiadach, znajomych, kolegach Roberta czy Ulli, ale sami mają szczęście - ich najbliżsi są w miarę bezpieczni. Robert z powodu wady wzroku nie został wcielony do wojska, Ulla wyszła za mąż za Duńczyka i wyjechała do Danii. Jednak im bliżej końca wojny, tym bardziej widać jej tragiczne skutki. To nie tylko zniszczenie miasta i coraz trudniejsza codzienność, ale także napływający do Rostocku uciekinierzy z zajmowanych przez armię radziecką terenów. I strach przed nadciągającymi Rosjanami. Co robić? Zostać czy uciekać do stref zajętych przez Brytyjczyków czy Amerykanów? Ale jak zostawić wszystko? Jak tam dotrzeć, kiedy kolej nie działa?

A my? Czy Rosjanie dotrą też do nas? W głowie się nie mieści.

Czytając książkę, widzimy źródła zła, które toczy niemieckie społeczeństwo. To między innymi dryl i okrucieństwo szkoły oraz organizacji młodzieżowych, choćby Hitlerjugend, do których obowiązkowo wcielani są uczniowie. Nawet korepetycje u niejakiej ciotki Anny, na które wysyłają Waltera rodzice, bo nie przykłada się do nauki, budzą grozę wśród chodzących na nie uczniów. Dorastający Walter  nie umie czy nie chce dostosować się do tego drylu. Znajduje sobie towarzystwo wśród takich jak on outsiderów. Wyrazem buntu jest fryzura - dłuższe włosy. 

Co się stało, co za głupoty wyprawiam! Wciąż te długie włosy, nigdy nie stawiam się na służbę... ("Liesel, czy załatwiłaś już listy?") A tu proszę, raport: klub jazzowy i przesiadywanie w kawiarni? Zajadanie piankowych deserów?

Dlatego trafia do karnej jednostki Hitlerjugend, gdzie tacy jak on mają dostać szkołę życia. Stosowane wobec młodych buntowników metody budzą grozę. Odskocznią jest  sztuka. To właśnie po jednym z takich dni spędzonych w tej karnej jednostce Walter myśli tylko o tym, aby pójść na koncert organowy.

Oryginalność "Prima sort" bierze się ze sposobu pisania i z języka. Pełno tu rozmaitych powiedzonek, którymi posługują się członkowie rodziny Kempowskich. Miód, malina, gitara, mandolina, tytułowe prima sort, a kiedy się coś nie udaje psia dupa, psie ryby. Ale nie tylko o te powiedzonka chodzi. Narracja prowadzona jest w taki sposób, jakbyśmy znaleźli się w samym środku rozmów, które często prowadzone są przecież chaotycznie. Nie zawsze wiemy, kto wypowiada daną kwestię, opowieść przetykana jest krótkimi dygresjami, cytatami z piosenek, jakimiś wtrąceniami zapisywanymi w nawiasach. 

- Kto wistuje?

Spustoszyć całe miasto - niewiarygodne, jak daleko to zaszło. Całkowicie niepojęte. Wspaniały kościół Świętego Piotra. Święty Jakub. Nie do pomyślenia.

- Gra w piki daje wyniki.

Może to stanowić barierę w czytaniu, ale naprawdę warto się przełamać, bo bardzo szybko da się przyzwyczaić do takiego sposobu opowiadania. Warto też zapoznać się z posłowiem tłumaczki, Małgorzaty Gralińskiej, która pisze o tym, jak szukała odpowiedników tych rodzinnych powiedzonek,  jakie zabiegi stosowała, aby  oddać styl i język powieści, a wreszcie zwraca uwagę na symbolikę zaszytą w niektórych fragmentach tej książki trudną do rozszyfrowania dla przeciętnego czytelnika. Pisze też o powojennych losach rodziny Kempowskich, które nie były różowe.

Zdaję sobie sprawę, że twórczość Waltera Kempowskiego raczej nie spotka się z masowym odbiorem, ale naprawdę warto spróbować. Ja jestem jej fanką.

Georges Perec "Rzeczy"

Jest mało prawdopodobne, abym sięgnęła po "Rzeczy" Georgesa

Pereca (Wydawnictwo Lokator 2014; przełożyła Anna Tatarkiewicz), gdyby nie głośna powieść Vincenzo Latronico "Do perfekcji", którą niedawno przeczytałam. Kto ją poznał, ten wie, jaki związek zachodzi pomiędzy tymi dwiema książkami. Otóż Vincenzo Latronico wzorował się na "Rzeczach", napisał ich współczesną wersję, co otwarcie komunikuje. Dlatego, z pewnymi oporami, postanowiłam jednak zapoznać się z pierwowzorem. Napisałam, że z pewnymi oporami, bo o Georgesie Perecu oczywiście słyszałam, a nawet widziałam spektakl na podstawie jego książki "Życie instrukcja obsługi", i jakoś nie wydawało mi się, aby był to pisarz dla mnie.  Cóż, nie przepadam za prozą eksperymentalną, a do takiej szufladki jego twórczość trafiła. 

Chociaż powieść Vincenzo Latronico nie wywarła na mnie wielkiego wrażenia, czego dowodem jest moje literackie podsumowanie roku, gdzie jej nie umieściłam, to jednak kierowana ciekawością i impulsem wypożyczyłam sobie "Rzeczy" z biblioteki. A ponieważ nikt nie czekał na nie w kolejce, zwlekałam z rozpoczęciem lektury, bo inne tytuły przyzywały mnie zdecydowanie silniej. Teraz muszę jednak przyznać, że powieść przeczytałam ze sporym zainteresowaniem i może kiedyś (kiedy? kiedy?) spróbuję się zmierzyć z jakąś inną książką Georgesa Pereca. Od razu też napiszę, że pierwowzór, chociaż to debiut, jest zdecydowanie lepszy i głębszy. Cóż, od razu czuć, że ma się do czynienia z literacką klasą. 

Lata sześćdziesiąte zeszłego wieku. Sylvie i Jerôme, para dwudziestokilkulatków, mieszkają w Paryżu w skromnym mieszkanku. Przerwali studia psychologiczne, gdyż podjęcie pracy ankieterów, albo inaczej psychosocjologów, co brzmi bardziej prestiżowo, o którą stosunkowo łatwo, wydało im się bardziej atrakcyjne, bo miało przybliżyć ich do celu - osiągnięcia statusu społecznego, wspięcia się na wyższy poziom drabiny społecznej. Szybko jednak okaże się, że to pułapka, z której nie będą umieli znaleźć wyjścia. Z jednej strony dzięki takiej pracy mogą żyć dość swobodnie, nie zamykać się w kieracie pełnoetatowej harówki. 

Tak żyli oboje oraz ich przyjaciele w swych mieszkaniach ciasnych i sympatycznych, ze swymi sprawami i filmami, składkowymi przyjęciami, wielkimi projektami. Nie byli nieszczęśliwi. Pewne uroki ich życia, ulotne, pierzchliwe, opromieniały ich dni.

Z drugiej jednak strony pieniądze, jakie zarabiają, nie przybliżają ich do takiej pozycji materialnej, o jakiej marzą. Utknęli w małym paryskim mieszkanku i nic nie zapowiada, aby mogli się z niego wyrwać. 

Byli "nowymi ludźmi", młodą nieopierzoną jeszcze kadrą w pół drogi do sukcesu. Wszyscy prawie wywodzili się z małomieszczaństwa i uważali, że stare wartości już im nie wystarczają, pożądliwie, zachłannie spoglądali ku oczywistemu komfortowi, zbytkowi, ku doskonałości wielkiej burżuazji. Nie mieli przeszłości,, nie mieli tradycji. Nie oczekiwali spadku.

Cóż, chcieliby mieć ciastko i zjeść ciastko - mieć wolność i pieniądze.

... nie zaharowując się, mieli życie - tak czy owak, lepiej czy gorzej - zabezpieczone. Ale nie było to nic trwałego. 

"Mój Boże - często myśleli sobie, a czasami mówili Jerôme i Sylvie - kto nie pracuje, ten nie je, zapewne, ale kto pracuje, ten nie żyje".

Swoboda, którą się cieszą, też okazuje się pułapką - prowadzi do egzystencjalnej pustki, dlatego naiwnie tęsknią za prawdziwymi wyzwaniami, jakie Historia dała pokoleniu ich rodziców. Marząc o wielkich czynach, przechodzą obojętnie wobec wojny w Algierii. Kiedy w końcu napór wydarzeń zmusił ich do zajęcia stanowiska, zaangażują się, ale dość niemrawo i na chwilę. Zniechęci ich poczucie, że nie mają wpływu na bieg wydarzeń, i ... nadchodzące wakacje.

Pragnęliby jakiegoś dowodu, że to, co robią, jest ważne, użyteczne, niezastąpione, że ich trwożne wysiłki mają jakiś sens dla nich samych, są czymś, co jest im potrzebne, czymś, co mogłoby im pomóc w osiągnięciu samowiedzy, przeistoczeniu się, życiu. (...) Ale w przeddzień wakacji nawet zwykła czujność zdawała się tracić rację bytu.

Ratunkiem nie okaże się również praca w Tunezji w roli nauczycieli języka francuskiego, szczególnie, że nie zostaną skierowani do wymarzonego Tunisu, ale do prowincjonalnego miasteczka. Będą prowadzili samotnicze życie, nie nawiążą relacji ani z takimi jak oni ekspatami, ani tym bardziej z miejscowymi. Dzień będzie podobny do dnia. 

Wkrótce mogło im się zdawać, że ustało w nich wszelkie życie. Czas mijał w bezruchu. Nic już nie łączyło ich ze światem (...) Nie snuli już projektów, nie odczuwali niecierpliwości, nie czekali już na nic, nawet na wakacje, ciągle zbyt odległe, nawet na powrót do Francji. 

Życie ich było jak stary nawyk, jak nuda prawie pogodna; życie bez treści.

Ich problem polegał na tym, że prestiż, do jakiego dążyli, utożsamiali przede wszystkim z posiadaniem owych tytułowych rzeczy. 

Chcieliby być bogaci. Sądzili, że umieliby nimi być. 

Nie potrafili oprzeć się zewnętrznym oznakom bogactw; bogactwo kochali bardziej niż życie.

Niestety znali tylko jedną namiętność: dobrobyt, i ona wyczerpywała ich możliwości.

Chcieli używać świata, ale dookoła używanie było jednoznaczne z posiadaniem.

Nie umieli zatrzymać się w pół drogi - mieć mniej, ale żyć. Nie urodzili się w rodzinach, dzięki którym mogliby ominąć ten etap harówki, który ograbiłby ich z życia, i od razu wskoczyć do owego mieć i żyć jednocześnie. 

Umieliby korzystać z przyjemności. Chętnie przechadzaliby się bez celu, wybierali, oceniali. Kochaliby życie. Byłoby ono prawdziwą sztuką.

Jest więc to opowieść o skostniałym francuskim społeczeństwie i pokoleniu, które jeszcze nie potrafi się zbuntować. 

Kiedy indziej mieli tego dosyć. Chcieli walczyć, zdobywać swe szczęście. Ale jak walczyć? Przeciwko komu? Żyli w dziwnym, migotliwym świecie, kuszącym świecie cywilizacji handlowej, obfitości stającej się więzieniem, fascynujących zasadzek szczęścia. Skąd groziły niebezpieczeństwa? Na czym polegało zagrożenie? Przeciwko czemu? Kiedyś miliony ludzi walczyły i jeszcze walczą o chleb. Jerôme i Sylvie nie sądzili, aby można walczyć o kanapy Chesterfield.

Bunt przyjdzie później - w roku 1968. Oni chcą mieć, mieć i mieć, chociaż widzą, że to pułapka.

Tyle lat minęło, a przecież powieść nie straciła na aktualności. Nic dziwnego, że Vincenzo Latronico postanowił przepisać ją na nowo i nadać jej współczesny sztafaż. Anna i Tom są w podobnym miejscu.

Tommi Kinnunen "Powiedziała, że nie żałuje"

O powieści fińskiego pisarza Tommiego Kinnunena "Powiedziała, że

nie żałuje" (Wydawnictwo Poznańskie 2023; przełożył Sebastian Musielak) słyszałam, kiedy się ukazała i sporo się o niej mówiło przy okazji promocji. Nawet zastanawiałam się, czy jej nie kupić, ale widocznie aż tak bardzo o tym nie marzyłam, skoro tkwiła sobie na liście alertów cenowych  mimo pojawiającej się od czasu do czasu atrakcyjnej ceny. Raz nawet z niej wypadła w ramach czyszczenia owej listy, ale po przeczytaniu "Pułkownikowej" Rosy Liksom wróciła, bo postanowiłam ją jednak przeczytać. Dlaczego? Bo wydała mi się znakomitym uzupełnieniem tamtej powieści - akcja obu toczy się w czasie drugiej wojny i tuż po niej w Finlandii. To takie książki, które otwierają oczy na coś, o czym się nie miało pojęcia. Pisząc o "Pułkownikowej", przyznałam się, że niewiele na temat historii Finlandii wiedziałam, ot tyle, że w czasie drugiej wojny Finom udało się odeprzeć atak armii radzieckiej, a potem utrzymać niepodległość, ale za cenę czegoś, co określa się terminem finlandyzacja. Jednym słowem i w dużym uproszczeniu znajdowali się gdzieś pomiędzy państwami bloku wschodniego, a krajami Zachodu. Teraz, przystępując do lektury książki Tommiego Kikunnena, byłam już oczywiście mądrzejsza.

Akcja powieści osnuta jest wokół ostatniego epizodu drugiej wojny na terenie Finlandii. Po zawarciu pokoju z ZSRR Finowie zerwali sojusz z III Rzeszą i doszło do wojny nazywanej lapońską. Armia niemiecka wycofała się do Norwegii z północnych terytoriów kraju, na których wcześniej stacjonowała po zawarciu paktu z neutralną Finlandią. Niemcy stosowali taktykę spalonej ziemi. Opuszczone przez Finów miasta i wioski systematycznie podpalano, mosty na rzekach burzono, minowano drogi i porty. Jak to w takich sytuacjach bywa, odwrócenie sojuszy powoduje też rozmaite niewygodne problemy. Nagle ci wszyscy, którzy dotąd popierali Niemców, stają się kolaborantami i zdrajcami. Mniejsza o polityczne tuzy, ale jak ma się w tym odnaleźć zwykły szary człowiek, który niespecjalnie zastanawiał się nad tym, co się dzieje? Nie wiedział albo wolał nie wiedzieć, co robią naziści. Bardziej lub mniej ochoczo wchodził w kontakty z niemieckimi żołnierzami. Znakomicie pokazuje to wspomniana już "Pułkownikowa".

Bohaterkami powieści Tommiego Kikunnena są właśnie takie kobiety. Jest ich pięć. Z różnych powodów zabrały się  do Norwegii z niemiecką armią, aby tam pracować na jej rzecz. Jedna była pielęgniarką i nie chciała zostawić chorego, którym się opiekowała, inna praczką, główna bohaterka, Irene, pracowała w kantynie, a jeszcze inna zajmowała się tym samym, co wcześniej - była pracownicą seksualną, chociaż przyznam, że to poprawnościowe określenie w kontekście powieści nie bardzo pasuje. Najchętniej użyłabym tego przaśnego i mocnego słowa. Takich kobiet jak one, a pewnie i mężczyzn, były setki albo i tysiące. Dlaczego to zrobiły? Jedne być może z powodów ideologicznych, inne, bo związały się z jakimś niemieckim żołnierzem, jeszcze inne, bo chciały zarobić, pewnie były i takie, które bały się poniewierki i nędzy związanej z ewakuacją na południe Finlandii i ucieczka z niemiecką armią wydała im się opcją bezpieczniejszą. Kiedy naziści ostatecznie przegrali, zostały na lodzie. Nielicznym, najczęściej tym, które były w ciąży z niemieckimi żołnierzami, pozwolono ewakuować się drogą morską razem z armią. Inna sprawa, czy dopłynęły, bo wiele statków zostało zatopionych. A jeśli, to i tak ich los mógł być marny. Pozostałe zostały zamknięte w norweskich obozach, gdzie na początek  ogolono im głowy jako widomy znak hańby. Potem miały zostać przewiezione do Finlandii, gdzie czekały na nie takie same obozy i przesłuchania. Tym pięciu kobietom, bohaterkom powieści, udało się uniknąć tego losu - odzyskały paszporty, przekroczyły granicę z Finlandią, do czego zresztą dokumenty nie były im potrzebne, bo nikt jej nie pilnował, i wyruszyły pieszo do domu. 

Szły przez pustkowie. Rzadko spotykały ludzi, bo tylko nielicznym pozwolono już wrócić do zgliszcz swoich domów. Spały najczęściej pod gołym niebem, za posłanie mając gałęzie, wydzielały sobie skromne racje jedzenia, dźwigały walizki, stopy miały całe w pęcherzach. Ogolone głowy, widomy znak ich hańby, ukrywały pod chustkami zrobionymi z sukienki. Przeprawiały się przez rzeki, musiały uważać na miny. Marzły i mokły. Szły tak przez wiele tygodni, nie bardzo wiedząc, co zastaną na miejscu i jak wytłumaczą najbliższym fakt, że wyruszyły z niemiecką armią. Im bliżej domu, tym bardziej przypominały ludzkie wraki.

Tommi Kinnunen oddaje w swojej powieści głos kobietom, o których dotąd milczano.  A dlaczego milczano? O tym mówi jedna z bohaterek.

Irene wiedziała, że nie będzie mogła nigdy opowiedzieć o tej wędrówce. Nie będzie mogła nikomu opisać, jak długo trwała ani jak strasznie była mozolna, nie będzie mogła wspomnieć o swoich towarzyszkach ani nawet próbować się dowiedzieć, co się stało z Aili albo z Siiri. Będzie musiała do końca życia milczeć ...

Autor porusza w swojej powieści trzy zasadnicze problemy. Pierwszy dotyczy tego, jak inaczej za kolaborację z Niemcami oceniano kobiety i mężczyzn. 

Finowie, którzy walczyli u boku armii niemieckiej, mają swoje towarzystwo pamięci, natomiast z pracujących dla tej samej armii Finek zrobiono po wojnie albo kurwy, albo nastolatki, którym miłość uderzyła do głowy. Dlaczego czyny mężczyzn usprawiedliwia się rozkazami z góry, a kobiety obarcza się odpowiedzialnością indywidualną? (To ze wstępu autora.)

Żołnierze nie rozumieli strachu, który ściskał serca pozostających na lądzie. Oni nie musieli się bać, bo za nich zawsze ktoś odpowiada, a kobiety są na wojnie zdane na siebie, polują na nie wszyscy.

Mężczyźni mogli wspominać w kantynie poległych towarzyszy broni, kobietom jednak nie wolno było zbyt długo opłakiwać zaginionych koleżanek. Wracający z frontu żołnierze potrzebowali ich radości, a nie smutku.

Drugi, ten najbardziej delikatny, to problem winy tych kobiet. Z jednej strony im współczujemy, z drugiej zdajemy sobie sprawę, że współpracowały z Niemcami, a wcale przecież nie musiały tego robić. Żadna z nich nie została przez niemieckich żołnierzy zabrana do Norwegii siłą. Oczywiście nie one dokonywały zbrodni, ale spały ze zbrodniarzami, gotowały dla nich, sprzątały ich kwatery, obsługiwały w kantynie. Widziały, jak żołnierze podpalają wioski mijane po drodze. Im dłużej idą, tym lepiej rozumieją, że to, co zrobiły, nie było niewinne. 

Irene zrozumiała, że chociaż sama nikogo nie skrzywdziła, to jednak miała w tym swój udział. Tak jak pozostałe, i ona słyszała, co wyprawiali niemieccy żołnierze, potem jeszcze widziała to i owo, a jednak milczała. (...) Łatwo było udawać niewiniątko, kiedy człowiek myślał, że stoi po stronie zwycięzców, i wiedział, że w imię prawdy trzeba by się pożegnać z wieloma rzeczami.

Teraz już strach przed śmiercią nie ściskał jej za gardło - jego miejsce zajął strach przed życiem.

Czy z perspektywy czasu żałowały, że pracowały dla Niemców? Czy nadal uważały, że wszystko, co robiły, było słuszne, czy jednak wiedząc, jak to się skończyło, zaczynały mieć pewne wątpliwości? A co ich kraj sądził o swoim udziale w tej wojnie?

Jest i kwestia trzecia, najbardziej optymistyczna. Otóż wspólna wędrówka zmienia te kobiety. Stają się silne i chcą same stanowić o sobie, żadna z nich nie pragnie powrotu do życia, jakie prowadziła wcześniej. 

Po powrocie do domu Siiri nie zamierzała odpowiadać za nic, za co nie pociągano do odpowiedzialności mężczyzn.

To wszystko nie oznacza, że stworzyły wspólnotę. Chociaż dużo ze sobą rozmawiały, chociaż się sobie zwierzały, chociaż się wspierały, mają świadomość, że nie będą szukały kontaktu ze sobą. Dlaczego? Może dlatego, że spotkanie przypomniałoby im o współwinie?

A wreszcie jest też w powieści moment, który karze się zastanowić nad dylematami etycznymi. Najstarsza z nich i najmniej winna, pielęgniarka, jest najsłabszym ogniwem tej drużyny. Ma problemy ze stawami, idzie najwolniej, trudno jej dźwigać walizkę. Może nie powinna z nimi wyruszyć, tylko zostać z innymi kobietami w chacie pogranicznika? Jak długo mogą jej pomagać? Co zrobić, kiedy opóźnia marsz? A kiedy nie ma już siły? Nie mogę oczywiście zdradzać szczegółów i napisać, jak jej towarzyszki rozwiązały ten dylemat. W każdym razie to moim zdaniem najbardziej tragiczna bohaterka.

I na koniec moja ulubiona refleksja, coś, co nigdy nie daje mi spokoju.

Świat został pomyślany tak dziwacznie, że gdy na jednym brzegu rzeki życie toczy się jak dawniej, drugi zostaje doszczętnie zniszczony.

Bardzo ciekawa powieść. Warto jej lekturę uzupełnić "Pułkownikową" Rosy Liksom.

Eleanor Catton "Las Birnamski"

Po lekturze dwóch wyjątkowo przygnębiających powieści, "Końca"

Marty Hermanowicz i "Urodzin" Weroniki Murek,  potrzebowałam czegoś lżejszego. Mój wybór padł na "Las Birnamski" Eleanor Catton (Wydawnictwo Literackie 2024; przełożył Maciej Świerkocki). Od razu wyznam, że nie czytałam jej nagrodzonej Bookerem powieści "Wszystko, co lśni", bo, pamiętam, zniechęciły mnie wcale nie tak nieliczne krytyczne głosy. Zresztą w moich czytelniczych wyborach nie podążam za nagrodami. Owszem, nagroda może być, ale nie musi, zachętą do sięgnięcia po książkę. Dlaczego wobec tego jakiś czas temu kupiłam "Las Birnamski"? Bo zainteresował mnie temat. 

Muszę przyznać, że powieść spełniła powierzone jej zadaniaMiałam z tej lektury przyjemność, chociaż nie od początku, no i nie do samego końca. Po odłożeniu książki przyszło też otrzeźwienie i nieco bardziej krytyczne spojrzenie. Najpierw jednak parę słów wprowadzenia. 

Akcja  rozgrywa się w roku 2017 w Nowej Zelandii. Tytułowy Las Birnamski to nazwa ekologicznej organizacji, ogrodniczego kolektywu, którego członkowie, działając na granicy prawa, zajmują jakieś opuszczone tereny i sadzą tam rośliny, a potem sprzedają swoje plony. Pomysłodawczynią, założycielką i spiritus movens tej grupy jest dwudziestokilkuletnia Mira. Pomaga jej przyjaciółka, Shelley. Wszystko zaczyna się w momencie, kiedy w jednym z parków narodowych dochodzi do trzęsienia ziemi w wyniku czego na pobliskiej przełęczy obsuwa się ziemia i zostaje zamknięta popularna wśród turystów droga. Burzy to plany właścicieli dużej farmy leżącej w okolicy, którzy chcieli rozparcelować ziemię i sprzedać ją deweloperowi pod budowę domów. Na razie nie ma mowy o tym interesie, bo ruch turystyczny zamarł, a zabezpieczenie osuwiska i odbudowanie drogi zajmie kilka lat. Mira dostrzega w tym szansę dla Lasu Birnamskiego, który stale jest pod kreską. A gdyby tak udało się niepostrzeżenie zająć ten duży teren i hodować tam rośliny na większą skalę? Zrobiła research - miejsce jest odludne, gospodarze rzadko odwiedzają swój dom, bo sami mieszkają w stolicy. Wyrusza na rekonesans. Nieoczekiwanie dla siebie zostaje przyłapana przez nieznajomego mężczyznę, który doleciał tam prywatnym odrzutowcem. Mężczyzna okazuje się amerykańskim miliarderem, który chce na tym terenie zbudować luksusowy bunkier na wypadek katastrofy. Wpłacił już zaliczkę za teren, co utrzymywane jest w tajemnicy. Po pierwszym spięciu zafascynowany bezczelnością Miry i kłamstwami, którymi zawsze posługuje się, kiedy zostanie przyłapana w podobnej sytuacji, nieoczekiwanie proponuje jej dil. Nie tylko pozwoli Lasowi Birnamskiemu uprawiać rośliny na terenie farmy, ale jeszcze zainwestuje w ten kolektyw ogrodniczy duże pieniądze. Takie o jakich nie śmieli nigdy marzyć. Mira wraca do domu i na zebraniu przedstawia członkom organizacji hojną propozycję. Czy zostanie przyjęta, o tym muszą zadecydować w demokratycznym głosowaniu. Postanawia zrobić wszystko, aby tak się stało, dlatego na wszelki wypadek nie mówi im wszystkiego. Jeśli komuś wydaje się, że streściłam powieść, to zapewniam, że nic takiego się nie stało. To zaledwie punkt wyjścia dla tego, co nastąpi dalej. I ja również zataiłam niektóre fakty, aby nie psuć przyjemności potencjalnym czytelniczkom i czytelnikom.

"Las Birnamski" określany jest przez wydawcę mianem psychologicznego thrillera i mogę się z tym zgodzić. Po nieco nudnawym i przegadanym początku, kiedy akcja na dobre zostaje zawiązana i rusza z kopyta, powieść rzeczywiście trzyma w napięciu. Zdarzenia obserwujemy naprzemiennie z kilku punktów widzenia - Miry, jej przyjaciółki Shelley, ich znajomego, niegdyś członka kolektywu, Tony'ego, owego miliardera Roberta Lemoine'a i małżeństwa, które jest właścicielem farmy. Stopniowo dowiadujemy się coraz więcej, poznajemy też stosunkowo szybko prawdziwe powody, dla których Robert Lemoine postanowił zainwestować w ogrodniczy kolektyw. A nie są to powody szlachetne. Tony, skłócony z członkami grupy, a przede wszystkim z Mirą, której zarzuca, że sprzedała ideały za pieniądze, postanawia wyświetlić sprawę. Początkowo napędza go gniew na bogaczy tego świata, którzy myślą tylko o sobie i wszystko mogą kupić, interes publiczny mając za nic, i polityków, którzy im to ułatwiają. Chce o tym napisać artykuł, marzy mu się zrobienie kariery. Kiedy jednak przybywa na miejsce, szybko odkrywa prawdę. Teraz Tony kierowany słusznym gniewem chce przy okazji wybić się materiałem śledczym. 

... i poczuł, jak przetacza się po nim walec wściekłości i rozpaczy z powodu bezwzględnego okrucieństwa późnego kapitalizmu, który nie tylko niszczy środowisko, instytucje obywatelskie, ideały intelektualne oraz polityczne, ale nawet gorzej, niszczy bowiem jego osobiste nadzieje na przyszłość - poczuł znajomy przypływ smutku i bezsilnej złości z powodu straceńczego, marnotrawnego, bezdusznego, narcystycznego i bezpłodnego egoizmu dzisiejszych czasów ...

Wszystko oczywiście się komplikuje - Tony jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie, dochodzi do nieoczekiwanych wydarzeń, które mieszają szyki wszystkim, nawet amerykańskiemu miliarderowi. Ostatecznie rzecz idzie o to, czy Tony'emu uda się wyświetlić prawdę, czy wyjdzie cało z potyczki z wszechmocnym Robertem, który do swojej dyspozycji ma nie tylko bajeczne pieniądze, oddanych ludzi, ale i drony zwiadowcze, potrafi też znakomicie manipulować ludźmi i mieszać w Internecie. 

Powieść dostarcza wielu czytelniczych przyjemności, przede wszystkim oczywiście dlatego, że akcja trzyma w wielkim napięciu, a poza tym mnożą się tajemnice. Chciałam też oczywiście dowiedzieć się, jak ta historia się skończy. Muszę przyznać, że finał mnie zaskoczył, co oczywiście jest dodatkowym plusem. Wielką przyjemność sprawiały mi też opisy dzikiej przyrody, których jest tu trochę. Z radością śledziłam wędrówki Tony'ego po odludnych szlakach parku narodowego, wchodziłam w skórę Miry, która obozowała na odludziu. Jednym słowem czułam się tak, jakbym to ja tam była. Bardzo lubię takie przeżywanie powieści. 

Plusem są też oczywiście poruszane w książce problemy, ścieranie się różnych racji i poglądów. Na jakie kompromisy można iść? Czy dorosłość i skuteczne działania zawsze ich wymagają? Jak długo można być pięknoduchem żyjącym słuszną ideą, niedostrzegającym rzeczywistości? Jak daleko można się posunąć, aby przekonać innych do swoich racji? No i problemy, o których już wspominałam. Ochrona środowiska kontra wydobycie metali ziem rzadkich. Jaki koszt środowiskowy i ludzki jesteśmy gotowe i gotowi zapłacić, aby je mieć? A przecież są nam niezbędne. Zapisując te słowa w laptopie, też przecież z nich korzystam. No i jest to także opowieść o miliarderach, którzy mogą pozwolić sobie na wszystko, kupując polityków, manipulując ludźmi, mając ich za nic. Robert Lemoine to wyjątkowo bezczelny i odrażający typ.

Kolejną zaletą powieści są rozbudowane, pogłębione portrety bohaterek i bohaterów. Wnikamy w ich motywacje, poznajemy ich poglądy i relacje między nimi.

Jednak kiedy już skończyłam czytać, kiedy poznałam zakończenie i stwierdziłam, że jest zaskakujące, kiedy emocje opadły, przyszło otrzeźwienie. Otóż "Las Birnamskim" jest tylko, albo aż, znakomicie skrojoną i napisaną powieścią sensacyjną. Poruszane w książce problemy nie są przecież żadnym odkryciem, to po prostu dodatek, który nie przeszkadza czerpać przyjemności z lektury. Gdyby rzecz była na serio, powieść powinna czytelniczki i czytelników przeczołgać i zdołować. Może dlatego to zaskakujące zakończenie wydało mi się równocześnie nie pasować do całości. Jakby autorka chciała znowu dodać swojej powieści ciężaru, jaki niósł początek. Nie mam jednak pretensji do Eleanor Catton o to, że napisała thriller, bo może ktoś, kto się nad takimi problemami na co dzień nie zastanawia, zwabiony sensacyjną fabułą pomyśli sobie o tym przez chwilę. 

Książki, które zrobiły na mnie największe wrażenie, czyli podsumowanie czytelnicze roku 2025

Przyszła mi ochota, aby zrobić podsumowanie czytelnicze roku 2025. Chociaż wiem, jak trudno wybrać książki naj, naj, naj, szczególnie trzymając się jakiejś określonej liczby, to sama chętnie pod koniec roku czytam takie rankingi, bo lubię porównywać je z moim czytelniczym gustem, no i zawsze można odkryć coś, co się przeoczyło. Przez kilka lat robiłam takie zestawienia na moim koncie facebookowym, ale odkąd odechciało mi się je prowadzić, zaprzestałam. No a w tym roku postanowiłam umieścić takie podsumowanie  tu.

Od razu napiszę, że nie będą to tylko książki wydane w ubiegłym roku, ale po prostu przeczytane, dlatego nowości  jest w tym zestawieniu zaledwie  8. Najstarsza to rok 2005! Nie robię też podziału na tytuły polskie i zagraniczne, beletrystykę i nonfiki. Nie wyznaczyłam też sobie jakiejś określonej liczby. Po prostu przejrzałam tytuły, o których tu pisałam, i na kartce wypisywałam te, które zrobiły na mnie największe wrażenie. Wyszło ich 27. W tym zestawieniu wygrało wydawnictwo ArtRage (7), o jedno oczko niżej jest Czarne (6), potem Filtry (3) i Marginesy (2), dalej dziewięć wydawnictw z pojedynczymi tytułami. Dla porządku wspomnę jeszcze, że podzieliłam się na blogu refleksjami o 51 książkach, a przeczytałam trochę więcej, bo zdarza mi się milczeć o jakiejś lekturze albo z braku czasu, albo, rzadziej, bo wydaje mi się tak nieistotna, że nie bardzo wiem, co miałabym o niej napisać. Wśród moich lektur, nie tylko w w roku 2025, przeważa beletrystyka, jest trochę biografii, najmniej reportażu, o eseju nie wspomnę. Usiłuję to zmienić, ale jakoś mi nie wychodzi. Może napierająca rzeczywistość sprawia, że wolę sięgać po beletrystykę? Inna sprawa, że wcale nie szukam rzeczy pokrzepiających, o otulających nie wspomnę. Kiedyś te proporcje były inne. 

No a teraz do dzieła.

Wybrane książki podzieliłam na trzy grupy. W każdej tytuły pojawiają się w kolejności, w jakiej ukazywały się na blogu, a więc od stycznia do grudnia, bo ustalić w tych trzech zestawieniach jakiejś hierarchii, nie potrafię.

Najpierw 7 książek wyróżnionych, a więc tych, które wynotowałam ze znakiem zapytania, ale ostatecznie żal mi było się ich pozbyć.

1. Claudia Piñeiro "Elena wie" (Sonia Draga 2019; najnowsze wydanie 2024; przełożył Tomasz Pindel; ukazała się razem z drugą krótką powieścią "Twoja", ale tej nie wyróżniam) - porażający obraz kobiety chorującej na chorobę Parkinsona, która usiłuje rozwiązać zagadkę śmierci swojej córki.

2. Dhalia de la Cerda "Wściekłe suki" (Filtry 2024; przełożyła Katarzyna Okrasko) - opowiadania o meksykańskich kobietach.

3. Błażej Ciarkowski "Łódź. Ziemia wymyślona" (W.A.B. 2024) - list miłosny do Łodzi, ale nie bezkrytyczny.

4. Alia Trabucco Zerán "Do czysta" (Czarne 2025; przełożył Tomasz Pindel) - chilijska powieść o relacjach rodzinnych, o których opowiada gosposia i opiekunka dziecka pewnego małżeństwa z wyższej klasy średniej.

5. Louise Erdrich "Rzeka Czerwona" (ArtRage 2025; przełożyła Agnieszka Walulik) - historia młodej dziewczyny, która z poczucia obowiązku popełnia największy błąd swojego życia, plus zagadka pewnej nocy. 

6. Chimamanda Ngozi Adichie "Amerikaana" (Zysk i S-ka 2014; przełożyła Katarzyna Petecka-Jurek) - powieść nigeryjskiej autorki, której akcja rozgrywa się częściowo w Stanach, a częściowo w Nigerii.

7. Paul Murray "Żądło" (Filtry 2025; przełożył Łukasz Witczak) - irlandzka powieść o relacjach rodzinnych.

Teraz lista główna. Tu jest 11 pozycji.

1. Zsuzsa Bánk "Pływak"  (Czarne 2005; przełożyła Elżbieta Kalinowska) -  wpływ rewolucji węgierskiej roku 1956 na życie pewnej rodziny, który poznajemy z punktu widzenia dzieci.

2. Anna Burns "Mleczarz" (Art Rage 2024; przełożyła Aga Zano) - trochę straszny, trochę zabawny obraz życia w Irlandii Północnej w czasach Kłopotów.

3. Patrick Radden Keefe "Imperium bólu. Baronowie przemysłu farmaceutycznego" (Czarne 2023; przełożył Jan Dzierzgowski) - o pazerności i cynizmie przemysłu farmaceutycznego oraz o epidemii opioidowej w Stanach, no i o rodzinie Sacklerów.

4. Gregor von Rezzori "Niegdysiejsze śniegi" (Czarne 2025; przełożyła Małgorzata Gralińska) - historia rodziny autora po rozpadzie monarchii austro-węgierskiej. 

5. Mario Vargas Llosa "Zielony dom" (Znak 2010; przełożył Carlos Marrodán Casas) - wielowątkowa powieść, która od razu awansowała do grona moich ulubionych książek jednego z moich ukochanych pisarzy.

6. Jokha Alharthi "Ciała niebieskie" (AtrRage 2024; przełożyła Hanna Jankowska) - powieść z Omanu nie tylko o relacjach rodzinnych. 

7. Ayfer Tunç "Historie z ojczyzny" (Książkowe Klimaty 2020; przełożyła Agnieszka Erdogan) - krótkie znakomite tureckie opowiadania o Turcji, jakiej już (prawie?) nie ma. 

8. Négar Djavadi "Wszystkie moje rewolucje" (Czarne 2025; przełożyła Katarzyna Marczewska) - historia wielopokoleniowej rodziny irańskiej z rewolucjami w tle i o trudach życia na emigracji.

9. Joanna Kuciel-Frydryszak "Słonimski. Heretyk na ambonie" (Marginesy 2024) - wznowienie biografii Antoniego Słonimskiego, o którym, wstyd przyznać, niewiele wiedziałam.

10. Sylwia Zientek "Blask Montparnasse'u. Artystki i artyści Szkoły Paryskiej" (Agora 2025) - tytuł mówi sam za siebie, dla amatorskich miłośników sztuki pozycja obowiązkowa.

11. Marta Hermanowicz "Koniec" (ArtRage 2024) - brawurowy językowo debiut i jedna z najbardziej mrocznych powieści o dziedziczeniu wojennej traumy, jakie czytałam.

No i crème de la crème, czyli 9 książek, które zrobiły na mnie największe wrażenie. Takich, o których nie da się zapomnieć.

1. Izrael Joszua Singer "Towarzysz Nachman" (Fame Art 2022; przełożył Krzysztof Modelski) - opowieść o polskich Żydach z samego dołu drabiny społecznej, której akcja toczy się w międzywojennej Polsce.

2. Tamta Melaszwili "Kos, kos, jeżyna" (Filtry 2024; przełożyła Magdalena Nowakowska) - znakomita gruzińska powieść o kobiecie, która w patriarchalnym małomiasteczkowym świecie próbuje być niezależna.

3. Andrea Abreu "Ośli brzuch" (ArtRage 2022; przełożyła Agata Ostrowska) - dorastanie w turystycznym raju, wcale nie takie rajskie.

4. Ewa Mańkowska "Hanna i Dorota" (EMG 2024) - biografia dwóch kapistek: Hanny Rudzkiej-Cybisowej i wygumkowanej z historii kapistów Doroty Seydenman.

5. Anna Kaszuba-Dębska "Przybyszewska/Pająkówna. Głuchy krzyk" (Marginesy 2023) - podwójna biografia: malarki Anieli Pająkówny i jej nieślubnej córki, Stanisławy Przybyszewskiej; dwa bardzo smutne, a nawet tragiczne losy.

6. Sebastian Barry "Tak daleko od domu" (ArtRage 2025; przełożył Tomasz S. Gałązka) - poruszająca opowieść o młodym irlandzkim chłopaku, który wyrusza na front  pierwszej wojny światowej.

7. Aleksandar Tišma "Kapo" (ArtRage 2025; przełożyła Magdalena Petryńska) - być może najciemniejsza powieść, jaką przeczytałam ever; o chorwackim Żydzie, który żeby ocaleć z piekła Holocaustu zostaje kapo, a po wojnie musi żyć dręczony strachem i wyrzutami sumienia.

8. Abdulrazak Gurnah "Powróceni" (Wydawnictwo Poznańskie 2022; przełożył Krzysztof Majer) - pierwsza powieść noblisty, jaka ukazała się w Polsce; też z pierwszą wojną światową w tle.

9. Kevin Jared Hosein "Głodne duchy" (Czarne 2025; przełożyła Zofia Szachnowska-Olesiejuk) - znakomita powieść z Trynidadu o wymiarze antycznej tragedii;  relacje rodzinne, nierówności społeczne, głębokie portrety bohaterek i bohaterów.

Weronika Murek "Urodziny"

Zachęcona dobrymi recenzjami i tematem postanowiłam przeczytać

"Urodziny" Weroniki Murek (Czarne 2025). Chociaż nie jest to do końca typ książki, jaki lubię, o czym wiedziałam, jestem na tak.

Bohaterką powieści jest starzejąca się, a może po prostu dojrzała, aktorka, Jaga Babażyna. Ile może mieć lat? To nigdzie nie zostało powiedziane. Czy mieści się w przedziale pięćdziesiąt - sześćdziesiąt? Tak mi się wydaje. No i jeszcze coś, na co nie sposób nie zwrócić uwagi - zestawienie takiego imienia z takim nazwiskiem nie może być przecież przypadkowe. Skojarzenie jest natychmiastowe - to Baba Jaga. Dlaczego tak? Tu pewnie interpretacje mogą być różne. O mojej za chwilę. "Urodziny" pisane są w dwóch porządkach - realistycznym i surrealistycznym. I to właśnie ten drugi element powodował, że potrzebowałam dodatkowego impulsu, aby po tę powieść sięgnąć. Cóż, nie raz, nie dwa pisałam tu, że najbliżej mi do prozy do bólu realistycznej.

Zacznę od tego, co w powieści trzyma się ziemi i co mnie  do niej przyciągnęło. Jak już napisałam, Jaga Babażyna jest dojrzałą aktorką. Najlepsze lata w swoim zawodzie ma w tym momencie za sobą. Oczywiście wszystko może się odwrócić, w życiu tak przecież bywa, ale to już snucie ciągów dalszych. Ma etat w teatrze, ale to nie wystarcza na utrzymanie, tym bardziej że nie gra głównych ról. Aby jakoś się utrzymać, łapie rozmaite zlecenia. A to słuchowisko radiowe, a to minimalna rólka w filmie, taka bez znaczenia, którą można dowolnie ociosać, a to czytanie czegoś. Jaga gna od zlecenia do zlecenia i jest potwornie zmęczona. 

Zmęczenie jest wyrazem kluczem w tej powieści - przewija się wielokrotnie. Bo zmęczeni są też inni, nawet ci, którzy w tym momencie płyną na fali. Jak młoda aktorka Anna Maria, która wprawdzie gra główne role i patrzy na Jagę z góry, ale ma małe dziecko, co nie zawsze daje się pogodzić. Zmęczone są też wszystkie osoby pracujące w tej branży, najczęściej kobiety. Kostiumografki, charakteryzatorki, producentki. Poza tym wszyscy są zmęczeni. Takie zdanie pada w pewnym momencie. Przyczyną jest nie tylko łapanie wielu zleceń, ale także często byle jakie warunki pracy. Tu nikt nikogo nie szanuje, no chyba że jest się gwiazdą pierwszej wielkości. Kto stoi tylko odrobinę wyżej w tej hierarchii, patrzy z góry na tego pod sobą. Tu człowiek człowiekowi wilkiem, bo przecież może mu podebrać zlecenie. Skreślenie kogoś z planu zdjęciowego w ostatniej chwili już po ubraniu kostiumu i zrobieniu charakteryzacji, proszę bardzo. Odwołanie nagrania, dlaczego nie. W przyczepie, w której pracują charakteryzatorki i kostiumografki, jest zimno i co chwilę gaśnie światło. Kto by się tym przejmował. Aktorki i aktorzy przebierają się na wolnym powietrzu za byle jakim parawanem. Trudno, cóż poradzić na to, że tego dnia za wiele osób jest na planie. 

Czuje na sobie wzrok pozostałych. Przecież jest aktorką, jej ciało jest narzędziem, należy do wszystkich. Jej koledzy to profesjonaliści: wepchnięci między wieszaki, pochyleni lub kucający przed lustrem (...) Warunki są trudne, ale tak to czasem wygląda i nie ma co się dziwić.

A jeśli ktoś tak jak Jaga przechodzi właśnie kryzys, jest w gorszej formie psychicznej czy fizycznej, nie ma co liczyć na współczucie, a jeśli już to udawane. Taka kulawa kaczka tylko spowalnia pracę, psuje efekt, zapomina tekstu. A przecież trzeba biec dalej, na plan filmowy, do studia nagrań, do radia. 

W tym zawodzie przebija się tylko kilka osób, pozostali to ludzkie ostrużyny, to, co zostaje, kiedy człowiek przetraci całą energię i trzyma się jedynie nadziei na Wielką Zmianę. Niech Jaga na siebie spojrzy; w jej wieku sukces jeszcze mniej prawdopodobny, a przede wszystkim jest zbędny. Niech Jaga spojrzy na siebie; nawet gdyby jej się udało, nie przyniosłaby nikomu korzyści, zwłaszcza reklamodawcom; prawdopodobnie nie jest nawet aktywna w mediach społecznościowych. Przejebała życie na mrzonki, to smutne.

Kryzys to drugi temat tej powieści. W takiej sytuacji jest właśnie Jaga. Niedawno  wyszła ze szpitala, wcześniej opuścił ją mąż, a na dodatek wokół niej dzieje się coś dziwnego. To wszystko sprawia, że trudno skupić się na pracy, której przecież tak potrzebuje. Milcząco znosi kolejne upokorzenia, bo przecież gdyby się odwinęła, mogłaby stracić te resztki, które jeszcze ma. Wszak pańska łaska na pstrym koniu jeździ. Nie ma co liczyć na dawne znajome i dawnych znajomych. Nikt nie pomoże. Ale trzeba udawać, nie można opuścić gardy.

Młody pyta, co Jaga teraz robi, a ona powtarza, wylicza projekty. Audiobook okazuje się dużym projektem multimedialnym, granie ogonów w bajce dla dzieci - wielkim nowatorskim wyzwaniem. Czechow, Montessori, Szekspir, duże nazwiska, wielkie nazwiska. (...) Nie zapyta, czy tamten nie ma czegoś dla niej, ale da do zrozumienia, że jest kobietą o wielkich siłach i apetycie. Stawia na nieustanny rozwój.

Jaga jest przeraźliwie samotna. Wiek też nie gra na jej korzyść, to dodatkowe obciążenie - jej problemy wszyscy traktują z pobłażaniem albo wręcz ze zniecierpliwieniem. Czy stąd to mające się kojarzyć z Babą Jagą imię i nazwisko? Wszak bohaterka baśni o Jasiu i Małgosi budzi jak najgorsze skojarzenia. W czytelniczej wyobraźni jest stara, brzydka i zła. Jaga nie buntuje się, nie ma pretensji do losu. Może dlatego, że nie jest pierwsza ani ostatnia w tej sztafecie. Taki zawód, raz na wozie, raz pod wozem, a kobietom w jej wieku tym bardziej nie jest łatwo. Ona też kiedyś odnosiła sukcesy, dla niej też kiedyś ten zawód był czymś więcej niż tylko źródłem zarobkowania. Przynosił satysfakcję. Dlatego ze spokojem zabarwionym smutkiem obserwuje tych, którzy ją wyprzedzili. 

... Jaga ją rozumie. Jej interes wobec przyszłości jest większy - jest młodsza i spędzi w niej więcej czasu.

Tyle warstwa realistyczna. Ale jest przecież jeszcze ta druga. Bo pod jej domem zjawiają się niespodziewani goście. Jakaś rodzina - rodzice i dwoje dzieci. Kim są? Czego chcą? Czy są niebezpieczni? Dlaczego Jagę prześladują? Dlaczego widzi ich, a szczególnie dzieci, już nie tylko pod domem? Czy są prawdziwi, czy to wytwór jej wyobraźni? Jak się ich pozbyć? Są jak lalki-marionetki, od których Jaga zaczynała swoją aktorską drogę. Czy przypominają jej młodość? Czy może są tęsknotą za dziećmi, z których świadomie zrezygnowała dla aktorskiej kariery? Czy boją się jak Jaś i Małgosia Baby Jagi, czy to ona się ich boi? Kto kogo pokona? Odwrotnie niż w baśni to one wprosiły się do jej domu, to one ją nachodzą. 

To smutna powieść. O przegranym życiu. 

Kobieta budzi się, a jej przebudzenie nikomu nie jest potrzebne.

Marta Hermanowicz "Koniec"

Na książki debiutantów i debiutantek zwykle patrzę bardzo ostrożnie i decyduję się na przeczytanie nielicznych - tych, które nie tylko zbierają pozytywne opinie, ale po prostu zainteresują mnie tematem. Dlatego postanowiłam kupić "Koniec" Marty Hermanowicz (ArtRage 2024). Z lekturą jednak zwlekałam bardzo długo, bo potrzebowałam przestrzeni na tę powieść, która, co z góry wiedziałam, będzie obciążająca. Nie pomogła nawet Nagroda Conrada za debiut. W końcu jednak, nie zważając na brak przestrzeni, z zupełnie innych powodów wreszcie po nią sięgnęłam.

Dlaczego tak bardzo bałam się "Końca"? Bo to powieść o traumie wojennej dziedziczonej przez kolejne pokolenie. Chociaż jestem zaprawiona w bojach i nie unikam książek o przygniatającej tematyce, to jednak nie zawsze znajduję w sobie siłę na taką lekturę. 

Akcja powieści toczy się na trzech planach czasowych - klamra jest współczesna, ale przede wszystkim mamy lata dziewięćdziesiąte ubiegłego wieku i wreszcie okres wojny oraz powojenny. Siedmioletnia Malwina mieszka razem z mamą Urszulą  w pięćdziesięciometrowym mieszkaniu na osiedlu Przyszłość w Nowej Soli. Przeprowadziły się tu do babci Lotki z wymagającego remontu poniemieckiego domu na ulicy Koniec. Mąż Urszuli pojawia się i znika, bo taką ma pracę. Kiedy jest, to wielkiego pożytku z niego nie ma. To dom kobiet. Jest jeszcze ciocia Halina, młodsza siostra Lotki, mieszkająca też na ulicy Koniec. Na osiedlu Przyszłość Malwina zostaje umieszczona w jednym pokoju z babcią i śni jej wojenne sny. Lotka cierpi na chroniczną bezsenność, więc pewnie dlatego przynależne jej nocne koszmary nawiedzają wnuczkę, która żyje wśród umarłych, gromadzi ich zdjęcia, chowa w domku dla lalek.

Wiedziałam, że babcia zaraz napadnie mnie śnieniem, zrzuci skrzynię na barki. Ponieś za mnie, odbiorę rano, wcale nie są ciężkie. Pluła na mnie snami tak, jak pluła wariatka, nie miałam jak się uchylić.

... dla mnie nie ma towarzystwa poza umarłymi, zbierałam ich jak inni naklejki.

Przecież jestem tragarką, dziewczynką na posyłki, łączniczką, zaplątaną w czas, który wpadł we własne sidła.

Losy rodziny Pająków z Wołynia, czyli dziadków Urszuli, jej matki, ciotki i mieszkającego w Anglii wujka, są zasadniczym tematem powieści Marty Hermanowicz. Zresztą autorka nie ukrywa, o czym pisze w posłowiu, że inspiracją dla książki były opowieści jej babci. W żadnym razie nie jest to jednak tak modna dziś autofikcja.

Niewątpliwie to przede wszystkim język sprawia, że "Koniec" to debiut niezwykle udany. Jak to jest napisane! Jaką sprawia przyjemność! Nie chodzi tylko o to, że tekst został nasycony metaforami czy innymi środkami stylistycznymi, ale o to, że autorka bawi się językiem, wykorzystując kalki, powiedzonka, wierszyki dla dzieci. 

Budynek świątyni trzymał się blisko ziemi jak owad przed burzą, postawiony niedawno, rówieśnik osiedla. Z zakrystii wyszedł ksiądz, uśmiechnął się, położył dłoń na mojej głowie. Przedstawił się, szczęść Boże Roman, Bóg na dzisiaj skończył.

Plisowana spódnica łasiła się do kolan i gryzła.

Fala wyrzuciła mnie na brzeg klasy, taniec z krzesłami, kto pierwszy. Tam, gdzie udało mi się dobiec, było już zajęte. I w kółko, kółko graniaste.

Jeśli ktoś maszeruje, to natychmiast w dalszej części zdania pojawia się znana fraza z naszego hymnu marsz, marsz Dąbrowski. Jeśli mowa o jedzeniu, a jest tu ono ważnym motywem, to fragment kończy się znanym wierszykiem o sroczce, która kaszkę warzyła.

Malwinko, kotku, kochanie, dziecinko, skarbeńku, bój się Boga, sroczka kaszkę warzyła, dzieci swoje karmiła, a-a-a, kotki dwa.

Albo wyliczanką potraw, które Pająkowie będą jeść, kiedy wreszcie wrócą na swój ukochany Wołyń. Dla Malwiny te same potrawy wmuszane jej, oczywiście z troski, przez babcię i mamę  stają się narzędziem opresji. 

I będziemy jeść kiełbasę, chleb ze smalcem, słoniną, rogale, pachnące drożdżowe bułeczki, kaszę, kapustę, rosół z kluseczkami, kurczaka, świniaka, pierogi ze skwarkami, młode ziemniaczki. Jadłospis kotłuje się z ostatnią niedzielą. Mama drepcze za tatą, pozwala mu się prowadzić.

Wstaje nowy dzień, chwalmy Pana, Boże, coś Polskę przetransportował.

Jakby tego było mało, te językowe chwyty wracają niczym muzyczne sample. Tak jak wracają i mieszają się daty, rok 1939, 1989 i kolejne. To wszystko sprawia, że atmosfera się zagęszcza, a osoby czytające, razem z narratorką, Malwiną, przeżywają na powrót te same czy podobne sytuacje. Te zabiegi mają też wydźwięk ironiczny, który tym bardziej podkreśla grozę sytuacji.

Kolejną zaletą powieści jest sam temat - historia rodziny, która wywieziona została z Wołynia na Sybir, a potem ewakuowała się razem z Armią Andersa. To chyba najmniej literacko opowiedziany fragment wojennych losów Polek i Polaków. Wojna jest tematem wyeksploatowanym przez literaturę, ale na pewno nie historie ludzi zesłanych na Syberię czy do Kazachstanu. Może dlatego tak niewiele o tym wiem. Tym bardziej, że w moich szkolnych czasach był to temat przemilczany. Oczywiście jakieś pojęcie na ten temat miałam. Ale z naciskiem na jakieś. Trochę opowiedziała tę historię Monika Śliwińska w "Pannach z Wesela", bo Anna, wdowa po Włodzimierzu Tetmajerze, najstarsza z sióstr Mikołajczykówien, razem z rodziną córki też znalazła się na Syberii i też wydostała się stamtąd z Armią Andersa. Ale tam to był zaledwie fragment, chociaż bardzo poruszający, większej opowieści biograficznej o trzech kobietach. Tu jest to zasadniczy temat. 

Losy Lotki, jej rodziców i rodzeństwa są przejmujące. I to właśnie Lotka wydaje się być najbardziej obciążona swoją dramatyczną przeszłością. To ona musiała opiekować się młodszym rodzeństwem, kiedy rodzice i najstarszy, Tadeusz, wyruszali do pracy w tajdze. To ona gotowała, chociaż nie miała z czego i nie umiała, to ona sprzątała, to ona cierpiała, samotnie przeżywając swoją wymuszoną okolicznościami dorosłość, to ona nie mogła chodzić do szkoły, o czym marzyła

Ani jednego dnia w szkole, wszystkie na wojnie. Siedziałam w baraku z młodszym bratem i siostrą, ktoś musiał; jak ktoś coś musi, to zazwyczaj chodzi o mnie

To ona jako dorosła kobieta nie potrafiła okazywać uczuć, chomikowała kromki chleba, a wreszcie cierpiała na bezsenność. Nie potrafiła też darować matce, że postanowiła wrócić do Polski, kiedy mogła wybrać Zachód. Nieświadoma tego, że nie wróci na swój wytęskniony Wołyń, ale wyląduje w Nowej Soli na ulicy Koniec w poniemieckim domu. To w końcu Lotka przekazuje swoją traumę wnuczce. Bardzo mocno wybrzmiewają tu po wielokroć pretensje do Boga.

Ojcze nasz, któryś nic nie zrobił. Trzech Boskich Osób nie starczyło, by uratować Zbyszka.

Ale nie jest tak, że "Koniec" przyjmuję bezkrytycznie. Moje wątpliwości budzi wątek Malwiny. I nie chodzi o jej sny, przecież to zabieg symboliczny. Ale o to, że jej historia opowiedziana została trochę po macoszemu. Czegoś mi w niej brakuje. Malwina jest nie tylko dziewczynką, której śni się wojna, ale też bardzo samotną, odrzuconą przez rówieśniczki i rówieśników, prześladowaną przez nich, a babcia i matka nie potrafią jej zrozumieć, tym bardziej nieobecny wciąż ojciec. Po prostu jest dzieckiem bardzo nieszczęśliwym, destrukcyjnym. 

Okulary byłyby największą klęską. Nie dość, że jąkała z ruskim akcentem, dzidzia piernik w ubraniach babci, poradziecka, poniemiecka, dziecko trefne, zepsute, to jeszcze ślepak, okularnik. Najpierw okulary, a potem garb i sztuczna szczęka. Przeczuwałam, że zamienię się w babcię, wypchana jej snami jak upolowane zwierzę.

Destrukcyjna i niepotrafiąca poradzić sobie z rzeczywistością jest też dorosła Malwina, która przyjeżdża do matki na wieść o chorobie babci. Niby wszystko się zgadza, niby wiadomo, dlaczego jest taką outsiderką i dziwaczką, ale jednak jej historia wydaje mi się rysowana zbyt grubą kreską. Nie potrafię też zrozumieć, dlaczego nikt nie próbuje jej pomóc. Sygnały, jakie wysyła, są na tyle mocne i jednoznaczne, że chyba nawet w tych trudnych latach dziewięćdziesiątych, latach transformacji, matka próbowałaby szukać dla niej jakiejś pomocy. Mówiąc krótko, historia Malwiny jest dla mnie nie do końca prawdopodobna. Poza tym nie rozwija się, po jakimś czasie powtarza się stale to samo. Jakby autorka nie miała pomysłu na dalszy ciąg, a musiała kontynuować, aby opowiedzieć do końca losy Lotki. A przecież czytałam już kiedyś o dziewczynce samotnej, bo w opinii wszystkich nieudacznej. To b
ohaterka "W
łoskich szpilek" i "Szumu" Magdaleny Tulli.  Zestawiam te książki nieprzypadkowo. Bo oprócz bohaterek łączy je wspaniały język. Jednak portret dziewczynki z książek Magdaleny Tulli był dla mnie kompletny. Tu jest inaczej.

Mimo tych uwag "Koniec" to powieść świetnie napisana i bardzo przejmująca. Z tych, które zdołują i przeczołgają.

Paul Murray "Żądło"

"Żądło" (Filtry 2025; przełożył Łukasz Witczak) irlandzkiego pisarza

Paula Murraya leżało sobie w moim czytniku już od dłuższego  czasu, ale ile razy miałam się za tę powieść zabierać, tyle razy rezygnowałam z lektury, a to z powodu objętości - ponad pięćset stron. Nie to, żebym nie lubiła grubych książek, ale po prostu albo akurat nie miałam czasu, albo decydowałam się na coś innego równie pokaźnych rozmiarów. Aż teraz przeszukując mój ukochany czytnik, aby wybrać kolejną lekturę, nieoczekiwanie sięgnęłam po "Żądło". Ot tak, bez wyraźnego powodu czy impulsu.

Powieść Paula Murraya zupełnie nieoczekiwanie zrymowała mi się ze znakomitymi "Głodnymi duchami" Kevina Jareda Hoseina, o których pisałam niedawno. Obie czyta się znakomicie, obie opowiadają historie, od których trudno się oderwać, obie poruszają problemy rodzinne i problemy nierówności społecznych, obie znakomicie portretują bohaterki i bohaterów, ale przede wszystkim w obu nad wisi nad nimi fatum. Wiemy, że musi dojść do nieszczęścia. Tyle tylko że w wypadku "Żądła", iż to nieuchronne, zorientowałam się znacznie później. I jeszcze jedno zastrzeżenie, chociaż powieść irlandzkiego pisarza bardzo mi się podobała, to jednak znacznie wyżej stawiam "Głodne duchy". 

Trudno jest pisać o "Żądle" tak, aby niczego nie zdradzić, co byłoby wielkim grzechem, bo to książka, w której fabuła jest równie ważna jak poruszane w niej problemy. Cóż, nie mam wyboru, muszę spróbować. 

To historia rodziny Barnesów mieszkającej w prowincjonalnym irlandzkim mieście, której majątek topnieje w wyniku kryzysu ekonomicznego. Być może ich problemy  to pokłosie  krachu z roku 2008. To nie  majątek odziedziczony po przodkach, przeciwnie jest stosunkowo świeżej daty. Zdobył go Maurice, głowa rodu. Jest właścicielem dwóch salonów samochodowych i warsztatu. A właściwie był, bo już dawno wycofał się z interesów, powierzając prowadzenie firmy swojemu starszemu synowi, Dickie'mu. Sam osiadł w Portugalii, gdzie oddaje się między innymi grze w golfa. 

Kiedy interesy zaczynają iść źle i trzeba zamknąć jeden z salonów, szczęście rodzinne się sypie. Dickie i jego piękna żona Imelda oddalają się od siebie, on coraz więcej czasu spędza w pobliskim lesie, budując schron na wypadek nadciągającej klimatycznej apokalipsy. Namawia go do tego miejscowy dziwak i prepers, właściciel jakiejś niewielkiej firmy remontowej, albo tylko złota rączka, Victor. Ona, wściekła z powodu problemów finansowych, za które, nie bez przyczyny, obwinia męża, wyprzedaje z domu, co się da, a trzeba przyznać, że jest się czego pozbywać, gdyż Imelda oddawała się zakupom z wielką pasją. Oboje nie zauważają problemów swoich dzieci. 

Starsza córka, Cass, przygotowuje się do matury i marzy o tym, aby pojechać na studia do Dublina, gdzie kiedyś studiował jej ojciec. Jeszcze niedawno jej wyjazd do stolicy był pewny, teraz z przyczyn finansowych staje pod znakiem zapytania. Cass nie tylko  z powodu obaw o swoje plany, ale również z innych, zaczyna balować, zaniedbując naukę. Czy zda maturę? Jej młodszy brat, zwany PJ, nudzi się w czasie letnich wakacji spędzanych z konieczności w domu. Koledzy wyjechali, spotyka się tylko z jednym, za którym nie przepada. Jakby tego było mało, rykoszetem obrywa za niepowodzenia ojca - jest ofiarą szantażu starszego kolegi. Chcąc oszczędzić rodzicom kłopotów, nie przyznaje się, iż chodzi w tak ciasnych butach, że krwawią mu stopy. Cała rodzina nadzieję upatruje w przyjeździe Maurice'a.

A to dopiero wierzchołek góry lodowej. Kryzys rodzinny być może nie przybrałby takich rozmiarów, gdyby małżeństwo Imeldy i Dickie'go nie zostało zbudowane na zgniłych fundamentach. Im głębiej wchodzimy w ich historię, tym lepiej rozumiemy, dlaczego teraz wszystko się sypie.

Losy rodziny poznajemy z czterech perspektyw przedstawionych w tyluż rozdziałach. Historie Cass, PJa, Imeldy i Dickie'go opowiedziane w trzeciej osobie wzajemnie się uzupełniają. Jest jeszcze rozdział piąty pod wymownym tytułem "Wiek samotności", w którym naprzemiennie towarzyszymy  bohaterkom i bohaterom. Zmienia się też narracja z trzecioosobowej na drugoosobową. Im bliżej końca, tym zmiany perspektywy częstsze, a napięcie sięga zenitu. Pojawiają się też dwie postacie spoza rodziny, które również odegrały ważną rolę w tej historii. Na tym etapie jeszcze trudniej oderwać się od powieści i nie ma rady, trzeba czytać do końca.

I tak oto  doszłam do momentu, od którego nic więcej zdradzić nie mogę. A szkoda - chciałoby się podywagować, przenicować bohaterów. Ta powieść jest znakomitym materiałem na dyskusję w dyskusyjnym klubie czytelniczym, którego od niedawna stałam się fanką. Cóż, pozostaje mi tylko zasygnalizować problemy, jakie poruszane są w "Żądle".

Wspomnę o nich w przypadkowej kolejności. Jeden z nich to relacja między braćmi. Starszy, chociaż zdolniejszy, pozostaje w cieniu młodszego, gwiazdy miejscowego klubu piłkarskiego i bożyszcza dziewczyn. Chociaż to on ma przejąć rodzinną firmę, to i tak czuje się gorszy. Zazdrości mu powodzenia towarzyskiego, sławy, oczywiście na lokalną skalę, i może przede wszystkim luzu. No i tego, że to on jest ukochanym synem. Kolejny problem to strach przed ujawnieniem swojego prawdziwego ja, strach podszyty grzechem, skazanie się na podwójne życie, co w krótszym i dłuższym terminie będzie miało dramatyczne skutki. 

... chciał móc się dalej łajdaczyć w Dublinie. Wiedział, że to, co robią, jest złe. Udawał, że jest inaczej, ale znał prawdę. Contra naturam, wbrew naturze - zapamiętał to z dawnych lat, kiedy jeszcze jako pobożny chłopiec  uczył się takich rzeczy, choć wtedy nie rozumiał, co to znaczy.

Wreszcie różnice społeczne. Są w tej powieści bohaterki i bohaterowie, którzy pochodzą z rodzin nie tylko biednych, ale dysfunkcyjnych, w których na porządku dziennym była przemoc. Ich podobne wspomnienia z dzieciństwa budzą grozę. Nic dziwnego, że są gotowi zrobić wszystko, aby się z tego środowiska wydostać. Są wreszcie problemy najmłodszego pokolenia, które pozostawione samo sobie nie ma odporności na przeszkody,  które stają na drodze. Są tu też zawiedzione uczucia, brak lojalności wobec bliskich osób i wielkie, choć nieszczęśliwe, miłości. No i są pytania o to, jak inaczej mogłoby potoczyć się życie, gdyby kiedyś ktoś dokonał innego wyboru. Ile w tym braku stanowczości, nieumiejętności postawienia na swoim, a ile lojalności wobec rodziny, a w końcu przypadku podyktowanego splotem okoliczności. 

Jak do tego doszło? Patrzysz wstecz i nie umiesz stwierdzić, w którym miejscu popełniłeś błąd. Czy na wszystkim zaważyła jedna zła decyzja?

Uwierzyli w ciebie - uwierzyli w tego człowieka, który przed nimi stanął; w przemianę, której byli świadkami, z dziwoląga i fajtłapy w żywą podobiznę brata. Stałeś się teraz swój i nie chcieli dostrzec niczego, co by mogło temu zaprzeczyć. Chroniła cię przynależność do wspólnoty.

I wreszcie konkluzja, że trudno budować na kłamstwie, a tu kłamstwo było podwójne. A to wszystko w cieniu katastrofy klimatycznej, która cieniem kładzie się nad światem. Miasto nawiedza największa od lat powódź, potem susza.

Czy to nie dziwne, że poeci wszędzie widzą przyrodę, ale nie widzą, że ona się kurczy? (...) Jak oni mogą tego nie dostrzegać? Tej zagłady gatunków? Skoro są tacy spostrzegawczy? Rozglądam się i widzę świat, który jest niszczony. Prawdziwa poezja opisywałaby spacer po wielkim cmentarzysku albo wysypisku śmieci. Przyrodę można znaleźć już tylko w wierszach. To jeden wielki pic na wodę. Nawet ludzie wrażliwi kłamią, mówisz.

To wszystko jednak nie byłoby tak poruszające i nie trzymałoby w takim napięciu, gdyby nie wspaniałe portrety bohaterek i bohaterów nie tylko z rodziny Barnesów.

Kolejna bardzo dobra irlandzka powieść.

Popularne posty