Meksykańskie lektury (II) - Ola Synowiec "Dzieci Szóstego Słońca. W co wierzy Meksyk"

Ciąg dalszy meksykańskich lektur. Tym razem przeczytałam debiut ksiązkowy Oli Synowiec "Dzieci Szóstego Słońca. W co wierzy Meksyk" (Czarne 2018). Autorka, co ważne, od roku 2011 mieszka w Meksyku. Ten fakt pozwala mieć nadzieję, że poznała ten kraj już na tyle dobrze, iż wie, o czym pisze. Ma też licznych miejscowych znajomych, na których się powołuje. Wspominam o tym, bo jak wiadomo, z rzetelnością reporterów bywa różnie, co jakiś czas wybucha afera. Dlatego dziś ostrożniej podchodzę do  literatury faktu, dlatego nie przeczytałam dwóch reporterskich książek o Birmie, bo zarzucano im liczne błędy faktograficzne. Zdarza się, że autor zna kraj, o którym pisze, tylko z kilkumiesięcznego pobytu. Jak widać, rozkwit reportażu, jaki obserwujemy w ostatnich latach, ma swoje ciemne strony. Ale do rzeczy.

Książkę Oli Synowiec czyta się bardzo dobrze. Mimo niesprzyjających warunków połknęłam je w ciągu kilku dni. Wbrew tytułowi nie jest to tylko opowieść o religijności współczesnych mieszkańców Meksyku. Każdy rozdział poświęcony jest innemu zjawisku dotyczącemu zasadniczego tematu, ale staje się pretekstem do sięgnięcia w przeszłość, do opowieści o historii kraju albo do poświęcenia uwagi jakimś zagadnieniom i problemom społecznym. Razem tworzy to bardzo ciekawą mieszankę. Ola Synowiec stara się pokazać prezentowane problemy z różnych punktów widzenia, oddaje głos ludziom o odmiennych poglądach. Czytelnik zyskuje dzięki temu świadomość złożoności zagadnienia. Z książki przebija fascynacja autorki krajem, jego mieszkańcami, różnorodnością kulturową i religijną. Jeżeli coś mnie drażni, to końcowe wyznanie wiary, na pewno szczere, ale w takiej formie brzmi dość infantylnie, żeby nie powiedzieć pensjonarsko. Autorka pisze o tym, że przyjechała do Meksyku szukać Boga, a znalazła drugiego człowieka. (...) człowiek nie znudzi mnie nigdy i nie przestanie fascynować. (...) Mamy inne kolory skóry, inne kolory włosów, różne płcie, sposoby ubierania się i style życia. (...) Te minimalne różnice zachwycają. Decydują o naszej odmienności. I dalej w tym duchu. No jasne, że tak jest, ale czy koniecznie trzeba się nad tym rozwodzić na kilku stronach? Biję się w piersi, bo czasem, niesiona emocjami, też w tych notkach piszę słuszne banały mające cechy wyznania wiary (staram się jednak samokrytycznie zaznaczać, że Ameryki nie odkrywam), no ale ja nie jestem autorką książki, prowadzę tylko skromny blog.

A teraz konkretniej - jakie zagadnienia porusza Ola Synowiec w swoich tekstach? Zaczyna od szeroko znanych i będących turystyczną atrakcją meksykańskich obchodów Święta Zmarłych, kultu Świętej Śmierci, wszechobecnych czaszek i wszystkich tego typu rekwizytów, od których w Meksyku się roi. Okazuje się, że te obchody mają stosunkowo młode korzenie. Zostały sztucznie wykreowane w całym kraju po rewolucji 1910, kiedy to szukano elementów, które mogłyby stworzyć meksykański naród. Do tego potrzebne były wspólne dla wszystkich tradycje, sięgnięto więc do obyczajów znanych w jednym z regionów i metodycznie rozpropagowano. Ale historia Święta Zmarłych jest o wiele bardziej złożona i jeszcze ciekawsza. 

Potem autorka zajmuje się ruchem meksykańskich, jak ich nazywa, rodzimowierców, czyli ludzi, którzy wskrzeszają dawne indiańskie tańce, tańczą przez wiele godzin na placach miast, żyją indiańską tradycją i religią. Powstaje pytanie, czy naprawdę wierzą w azteckich, zapoteckich czy majańskich bogów? Jedni tak, inni nie. Przy okazji czytelnik dostaje garść informacji historycznych o początkach hiszpańskiej konkwisty w Meksyku. Kolejne zagadnienie to zamieszki studenckie roku 1968 (to te pokazywane w filmie "Roma"), długo okryte w cenzurą. Co mają wspólnego z wiarą i religijnością? Okazuje się, że sporo. Może raczej z kultem. Jest to też refleksja nad rolą mediów, ludzką bezmyślnością, bezrefleksyjnością i naiwnością oraz nad teoriami spiskowymi. 

Bardzo ciekawy jest reportaż o małej, górskiej wiosce - meksykańskiej stolicy grzybów halucynogennych, do której pielgrzymował między innymi sam John Lenon. Jak się okazuje, dziś w Meksyku wszystko może stać się pretekstem do stworzenia turystycznej atrakcji. Tak stało się i w tym wypadku. Podobnie jest zresztą z czarownikami, o których traktuje ostatni reportaż. Nawet czarna msza zostaje przez władze wioski wypromowana tak, aby nikogo nie gorszyła, a przyciągnęła tłumy ciekawskich.  I grzyby halucynogenne, i czarownicy to dziś turystyczna komercja, część turystycznego przemysłu. 

Bardzo ciekawy jest rozdział o coca-coli. Po raz drugi zadam to samo pytanie - co to ma wspólnego z wiarą? Bardzo dużo. Jest to również opowieść o cyniczności koncernu i popierających go politykach, o dewastacji środowiska naturalnego (woda!) i o katastrofalnym wpływie nadmiernego spożycia bardzo słodkiej coca-coli (słodszej niż w innych krajach) na zdrowie mieszkańców Meksyku. Cukrzyca to teraz choroba numer jeden w tym kraju. Jeśli dotyka Indian z małych wiosek, a tak właśnie jest, to jej skutki są dramatyczne. 

I wreszcie jeszcze jeden, bardzo ważny, rozdział dotyczący konfliktu między katolikami a rozmaitymi wyznaniami ewangelickimi, które zdobywają w Meksyku (także w Ameryce Południowej, na przykład Zielonoświątkowcy w Brazylii) coraz więcej wyznawców. 

To tyle w telegraficznym skrócie, na zachętę. Kto ciekawy, niech czyta. Kto był w Meksyku albo się wybiera, przeczytać powinien koniecznie.

Letnie remanenty filmowe (II) - "Rzymskie wakacje", "Jestem miłością"

Letnich remanentów filmowych ciąg dalszy. Tym razem klasyka - "Rzymskie wakacje" z Audrey Hepburn i Gregorym Peckiem - i włoski film sprzed lat dziesięciu, którego nie widziałam - "Jestem miłością" z Tildą Swinton w reżyserii Luci Guadagnino. Spod jego ręki wyszły między innymi "Tamte dni, tamte noce".

"Rzymskie wakacje" oglądałam raz jeden przed wielu laty na małym ekranie. Okazuje się, że niewiele pamiętałam, poza tym, że ona, Anna, jest księżniczką, a on, Joe Bradley, dziennikarzem. W mojej pamięci zostało jeszcze to, że razem wędrują po Rzymie, no i scena przy słynnych Ustach Prawdy. Dlatego z wielką przyjemnością i ciekawością obejrzałam ten uroczy, bezpretensjonalny czarno-biały film z roku 1953! Nie tylko ja, sala była pełna. Dlaczego warto sobie "Rzymskie wakacje" przypomnieć albo zobaczyć po raz pierwszy? Choćby dla pary aktorów wcielających się w główne role, Audrey Hepburn i Gregory Pecka. Dla Rzymu, jakiego już nie ma. Bez korków, bez tłumu turystów i turystycznej komercji. Czy możemy wyobrazić sobie pusty plac, na którym znajduje się Fontanna di Trevi? Tylko chłopcy grają tam w piłkę. Niedawno obiło mi się o uszy, że lustro wody ma zostać zakryte, albo już zostało, bo służby miejskie nie nadążają z wyjmowaniem wrzucanych monet. Albo Schody Hiszpańskie, na których siedzi kilka osób? Kolejny powód, dla którego warto film obejrzeć, to humor. "Rzymskie wakacje" to przecież klasyczna komedia, oparta na serii pomyłek, momentami nieodparcie śmieszna. No i w końcu nie należy zapominać, że jest to też melodramat. Wprawdzie żywioł komediowy wybija się na plan pierwszy, ale happy endu nie będzie. 

Drugi film to "Jestem miłością". Tym razem moja opinia nie będzie tak entuzjastyczna, chociaż nie mogę powiedzieć, abym żałowała, że go obejrzałam. To historia rozgrywająca się głównie w Mediolanie. Jej bohaterami są członkowie bogatej rodziny Recchich, przemysłowców, właścicieli znanej fabryki tkanin. Emma, żona syna założyciela imperium, matka trojga dorosłych dzieci, Rosjanka, zakochuje się z wzajemnością w przyjacielu swojego syna, znakomitym kucharzu, co będzie brzemienne w skutkach. Tematów jest tu wiele. Po pewnym czasie miałam wrażenie przesytu. Jakby twórcy chcieli poruszyć wszystko. Główny to erotyczne, uczuciowe przebudzenie Emmy żyjącej w uporządkowanym, bardzo bogatym świecie, gdzie rządzi konwenans, rytuał i chłód. Jej dzieci, szczególnie jeden z synów i córka, próbują żyć po swojemu, wyzwolić się z tej skorupy. Emma przyzwyczaiła się do tego świata zastygłego w formie, także do wygody, do bogactwa, ale pod wpływem dwóch zbiegów okoliczności zaczyna się budzić. Jest to zresztą dość przewidywalne. Ale pojawia się też problem sprzeniewierzenia się rodzinnej tradycji, drapieżnego kapitalizmu i globalizacji, a nawet tajemnicy  z czasów drugiej wojny skrywanej wstydliwie przez dziadka i innych członków rodziny. Te tematy potraktowane są dość naskórkowo, dlatego widzowi brakuje argumentów, aby opowiedzieć się po którejś ze stron. Kto w tych sporach ma rację, co można usprawiedliwić czy zrozumieć, a czego nie da się wybaczyć i należy głośno protestować? Druga irytacja to celebrowanie formy. Najpierw mi to nie przeszkadzało, rozumiałam zamysł - podkreślenie kontrastu między skonwencjonalizowanym, martwym światem włoskiej przemysłowej burżuazji, a zwyczajnym życiem. (Jak przeczytałam później jest to też efekt hołdu, jaki swoim filmem składa reżyser twórczości Viscontiego.) Potem jednak zaczęło mnie to drażnić, szczególnie dramatyczny finał pokazany został bardzo manierycznie. Mimo wszystko nie żałuję, nie odrzucam zupełnie tego filmu. Długo oglądałam go z przyjemnością, potem z irytacją, ale i z zainteresowaniem. Plusem są piękne plenery, otwarte zakończenie. No i magnetyzująca Tilda Swinton.

Meksykańskie lektury (I) - Patrick Deville "Viva"

"Viva" (Noir sur Blanc 2018; przełożył Jan Maria Kłoczowski) to druga książka Patricka Deviile'a, po którą sięgnęłam, i na pewno nie ostatnia. Pierwszą była "Kampucza", opowieść o Indochinach, w czytniku mam jeszcze "Ekwatorię" o Afryce Równikowej, a już po napisaniu tej notki kupiłam dwie pozostałe, jakie w Polsce wyszły. Myślę, że z Patrickiem Deville'm jest tak, że albo się go pokocha, albo po przeczytaniu jednej z jego książek już nigdy nie sięgnie się po kolejną. Jeśli w ogóle dotrwa się do końca lektury. 

Czym może odrzucać pisarstwo Deville'a? Po pierwsze pomieszaniem porządków. Bo jak zakwalifikować jego książki? To miks eseju, literatury podróżniczej, biografii (wybiórczych) kilku postaci na raz i historii regionu, który autor bierze na warsztat. Po drugie opisami. Kto ich nie toleruje, będzie ziewał z nudów albo przerzucał strony. Po trzecie mieszaniem czasów, tematów, postaci, miejsc - można się pogubić. Po czwarte erudycją. Na kartach jego książek pojawiają się ludzie, o których często mamy tylko blade pojęcie, a jeszcze częściej żadnego. A autor pisze o nich tak, jakbyśmy ich dobrze znali. Bywa, że gubimy się w nadmiarze nieznanych nazwisk. 

Ale to, co zniechęci jednych, zachwyci innych! Dla nich nie ma wad, są same zalety. Kto początek tej notki czytał ze zrozumieniem, domyśla się, że zaliczam się do tych drugich - miłośników  pisarstwa Patricka Deville'a. Ta wyliczanka minusów to oczywiście z mojej strony zabieg przewrotny, ale też próba racjonalnego podejścia. Przecież zdaję sobie sprawę, że te książki nie mogą liczyć na masowego odbiorcę. Oświadczam więc, że mnie jego literatura zachwyca, poszerza moje horyzonty, odkrywa nieznane, staje się przyczynkiem do dalszych poszukiwań i inspiracją dla kolejnych lektur. Właściwie gdybym miała czas i gdyby nie kolejka innych książek, mogłabym zaraz po skończeniu "Vivy" zacząć ją czytać jeszcze raz! Uważniej. Nieprzypadkowo zabrałam się teraz  za "Pod wulkanem" Malcolma Lowryego, zapomnianą klasykę literatury, która kupiona kiedyś za grosze kurzyła się na mojej półce książek czekających na swoją kolej dziś zastąpioną raczej półką wirtualną w moim ukochanym czytniku. 

Bo Malcolm Lowry to jeden z głównych bohaterów opowieści Patricka Deville'a. Poza tym, że jest autorem "Pod wulkanem", nic o nim nie wiedziałam. Dzięki "Vivie" przestał być tylko imieniem i nazwiskiem, stał się żywym człowiekiem. Nieszczęśliwym, zagubionym, alkoholikiem, cierpiącym z miłości, niszczącym kobiety, które kochał i niszczony przez nie, szarpiącym się ze światem. Przez całe lata pracował nad licznymi wersjami swojej powieści, aż wreszcie się udało. Skończył i znalazł wydawcę, ale szczęścia, równowagi ducha i tak nie osiągnął. Być może nigdy nie napisałby swojej powieści, gdyby nie regularna pensja wypłacana mu przez zamożnego ojca. Tyle o Lowrym, znacznie więcej u Deviile'a.

A teraz do sedna, czyli do "Vivy". Pewnie wiele osób spoglądających na okładkę rozpozna na niej Fridę Kahlo, bo ona również jest jedną z ważnych bohaterek tej książki. Także jej mąż Diego Rivera. A kim jest ten pan z bródką stojący obok malarki? To ... Trocki. Co tu robi Trocki? Co ich łączyło? Także o tym można dowiedzieć się z  "Vivy". Bo jest to opowieść o Meksyku, a właściwie jeszcze bardziej o rozmaitych niespokojnych duszach, przede wszystkim artystach, którzy w latach dwudziestych, trzydziestych i czterdziestych ubiegłego wieku ciągnęli z Europy właśnie do Meksyku. Dlaczego? Trocki, jeden z towarzyszy Lenina, bohater rewolucji październikowej, później wyklęty i ścigany przez Stalina, po wieloletniej tułaczce i ucieczce dzięki wstawiennictwu Diego Rivery znalazł w Meksyku azyl polityczny. To tylko oddaliło w czasie jego śmierć. Bo także tu, w dalekiej Ameryce, w tym kraju, w którym w 1910 roku dokonała się lewicowa rewolucja, żywa była dyskusja i nienawiść pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami Stalina i Trockiego. Aż tu sięgały macki NKWD. 

Rewolucja - to odpowiedź na pytanie, dlaczego tak wielu artystów przyciągał w tamtym czasie Meksyk. Uciekali z Europy, w której do głosu dochodził faszyzm, z Europy, która chyliła się ku upadkowi, która nie potrafiła już wykrzesać z siebie nowej idei. Wierzyli, że w porewolucyjnym Meksyku znajdą to, czego Europa dać im nie może. Byli też tacy, których ciągnęły stare, przedkolumbijskie kultury, coś pierwotnego, niezniszczonego przez zepsutą cywilizację. Chcieli się tu zagubić, zaszyć wśród Indian. Niektórym być może się udało, bo ślad po nich zaginął. To o nich jest ta książka. Oprócz już wymienionych na kartach opowieści pojawiają się między innymi francuscy surrealiści Andre Breton i Antonin Artaud, tajemniczy Traven, prawdopodobnie autor powieści "Skarb Sierra Madre" szerzej znanej dzięki ekranizacji, Tina Modotti, aktorka i fotografka, działaczka lewicowa, kobieta o niesamowitej biografii, Arthur Cravan, pisarz i bokser. To oczywiście nie wszyscy.  Łączy ich poza pobytem w Meksyku niezwykłość losów. 

Patrick Deville swoim zwyczajem zestawia ich w oczywistych i całkiem nieoczywistych konfiguracjach i parach. Czasem dlatego, że się znali. Jak Frida Kahlo i Trocki, którzy mieli romans. Czasem tym wspólnym mianownikiem jest tylko podobieństwo biografii, podobny światopogląd, cokolwiek. Czasem dobrani są na zasadzie jakiegoś zbiegu okoliczności, jakiego dopatruje się autor w ich losach. I tak plecie się ta książka. A ponieważ Patrick Deville pięknie, sensualnie pisze i potrafi znakomicie odtworzyć realia epoki, czytelnik, tak jak ja zachwycony jego prozą, z przyjemnością przenosi się w czasie i w miejscu. I zupełnie nie należy przejmować się tym, że o bohaterach tej opowieści wiemy bardzo niewiele albo zgoła nic. Po to jest, abyśmy chociaż trochę ich poznali. "Viva", tak jak "Kampucza", jest jak łyk zimnej wody, jak haust świeżego powietrza, jak skrzynia pełna skarbów i niespodzianek. Ożywcza, inspirująca, niezwykła lektura.

Letnie remanenty filmowe (I) - "Na plaży Chesil", "Pierwszy człowiek"

Dawno już o filmie nie pisałam, bo dawno w kinie nie byłam. Najpierw podróżowałam, a przed wyjazdem nie miałam już czasu ani chęci na wyjście do kina, a teraz lato w całej pełni i filmowa posucha traw w najlepsze. Ale nie w moim mieście, gdzie od lat właśnie w czasie wakacji w niektórych małych kinach odbywają się przeglądy filmowe, a najlepszy w moim ulubionym. Można nadrobić nie tylko zaległości z ostatniego sezonu, ale i zobaczyć filmy sprzed lat kilku, klasykę kina, a czasem trafiają się prawdziwe perełki. Co tydzień kilkanaście innych tytułów, każdy grany trzy albo cztery razy na różnych seansach. Nadrabiam zaległości, chodzę na filmy lżejsze, na które zazwyczaj szkoda mi czasu, oglądam po raz drugi to, co mi się najbardziej podobało, a szczególnie cieszy mnie, kiedy trafi się coś wyjątkowego.

Na początek wybrałam się na bardzo elegancki angielski film "Na plaży Chesil" będący adaptacją powieści Iana McEwana z jego scenariuszem, o czym, przyznaję, nie miałam bladego pojęcia. Wyznanie drugie - nie czytałam żadnej jego powieści. Muszę przyznać, że film mnie miło zaskoczył, dał mi więcej niż oczekiwałam. To historia młodego małżeństwa, które wyjeżdża w podróż poślubną do tytułowego Chesil. Akcja toczy się w roku 1962, jeszcze przed rewolucją seksualną, co dla filmu ma zasadnicze znaczenie, bo temat krąży wokół nieudanej nocy poślubnej i poważnych komplikacji, jakie z tego faktu wynikły. W bardzo pomysłowo prowadzonych naprzemiennych retrospekcjach poznajemy historię miłości pary. Co ważne to małżeństwo jest mezaliansem. Florence pochodzi z zamożnej rodziny, jej ojciec prowadzi jakąś firmę, Edward przeciwnie - jego ojciec to dyrektor prowincjonalnej szkoły, matka choruje psychicznie, co stanowi dodatkowe obciążenie. Dla polskiego widza różnice klasowe niekoniecznie są aż tak bardzo widoczne, bardziej w nie wierzymy niż czujemy. Film jest pięknie fotografowany z wielką dbałością o szczegóły, które budują nastrój. To, co dzieje się pomiędzy Florence i Edwardem, pokazywane jest bardzo subtelnie i dyskretnie, zwłaszcza sceny w hotelu w Chesil. Dopiero teraz wychodzą na jaw różnice między nimi, które wcześniej nie miały znaczenia. Zresztą wszystko mogłoby potoczyć się inaczej, gdyby nie urażone ambicje i uczucia, gwałtowność charakteru i purytańskie czasy. Wielką rolę gra w filmie muzyka charakteryzująca bohaterów. On słucha jazzu, ona jest skrzypaczką i marzy o sukcesie kwartetu smyczkowego, który założyła. Stąd dwie różne ścieżki dźwiękowe. Film długo ogląda się bardzo przyjemnie, w radosnym nastroju, potem jednak robi się poważnie i dramatycznie. Mam właściwie tylko jedno zastrzeżenie - łzawość i banalność zakończenia historii Florence i Edwarda. Nie mam tu na myśli finałowej sceny, która z opóźnieniem zdradza, co do końca wydarzyło się na plaży, i rzuca światło na dalszy ciąg tej smutnej historii.

Drugi film, na jaki się wybrałam, to "Pierwszy człowiek" o Nielu Armstrongu, który pierwszy stanął na Księżycu, a właśnie w tych dniach przypada pięćdziesiąta rocznica tego wydarzenia. Film miał bardzo dobre recenzje, dostał wiele nagród i jeszcze więcej nominacji, ale jakoś jesienią mi umknął. Chyba za dużo było wtedy ciekawych propozycji do oglądania. Teraz z przyjemnością nadrobiłam tę zaległość. Film rzeczywiście jest bardzo dobry, trzyma w napięciu, skupia się na dylematach, zagrożeniach i kosztach, jakie ponoszą kosmonauci biorący udział w programie przygotowań do misji lądowania na Księżycu. Te koszta ponoszą także ich rodziny. Już w trakcie przygotowań dochodzi do wielu tragedii, czasem od dramatu jest o włos. A sam lot to też wielkie ryzyko - tyle elementów może zawieść! Uczestnicy ekspedycji naprawdę nie mogą mieć pewności, że wrócą na Ziemię. Zresztą rzeczywiście nieszczęście było blisko. Co nimi powoduje? Czy mają prawo narażać swoje rodziny? Co czuje żona Armstronga i jego synowie? To długie osiem dni, z ostatnimi przygotowaniami nawet więcej. Na tym nie koniec dylematów. Czy warto pakować tyle pieniędzy w program kosmiczny, narażając życie ludzi? Kiedy jego wynik jest niepewny? I w imię czego? Rywalizacji ze Związkiem Radzieckim? Film jest świetnie zagrany, bardzo powściągliwie, subtelnie. Udało się też uniknąć patosu tak charakterystycznego dla wielu amerykańskich produkcji. No i na koniec jednak się wzruszyłam, czego nie planowałam.

Nikos Panagiotopoulous "Dzieci Kaina"

Już sama nie pamiętam, w jaki sposób trafiłam na książkę Nikosa Panagiotopoulousa "Dzieci Kaina" (Książkowe Klimaty 2015; przełożyła Katarzyna Rowińska). Jedno jest pewne, że po przeczytaniu bardzo dobrej powieści Amandy Michalopoulou "Dlaczego zabiłam moją najlepszą przyjaciółkę", również wydaną przez Książkowe Klimaty, zapragnęłam przeczytać coś jeszcze z literatury greckiej. Ale czy gdzieś natknęłam się na omówienie "Dzieci Kaina", czy może, co bardziej prawdopodobne, wybrałam je, studiując ofertę Książkowych Klimatów, nie pamiętam. Na pewno opis był zachęcający. Literackie requiem dla konsumpcyjnego pokolenia, które doprowadziło Grecję do upadku. (...) Co naprawdę stało się z Grecją podczas tych "cichych" lat wzrostu i prosperity? Jak wpłynęło to na ludzi? "Dzieci Kaina" są trudną i odważną próbą pokazania twarzy dzisiejszej Grecji. Właśnie na coś takiego miałam ochotę, dlatego dałam się skusić - jakiś czas temu kupiłam, a potem przeczytałam. Początkowo pochłaniałam powieść z przyjemnością i zainteresowaniem, ale z czasem lektura zaczęła mnie irytować i chociaż trudno powiedzieć, aby była nudna, to poczucie złości z powodu marnowania czasu na przeciętną książkę nie opuściło mnie już do końca. Tak to bywa z powieściami wybieranymi na czytelniczy węch - w zalewie propozycji niełatwo trafić na coś naprawdę wartościowego. Pewnie dlatego w moim czytniku przeważa literatura faktu, ale tęsknię za powieścią, szukam, szperam i co jakiś czas muszę jakąś przeczytać.
"Dzieci Kaina" to historia sześciorga byłych przyjaciół, trzech kobiet i trzech mężczyzn, którzy po dwudziestu pięciu latach spotykają się ponownie. Na zaproszenie jednego z nich, Petrosa, spędzają długi (w książce pada nazwa przedłużony) weekend w nadmorskiej wiosce, w której trzydzieści lat temu jako siedemnastolatkowie spędzili razem pierwsze wakacje. Potem przyjeżdżali tam jeszcze kilkakrotnie, aż ich losy, pod wpływem pewnych zdarzeń stanowiących ważny punkt odniesienia w powieści, mocno się rozeszły. Teraz, niechętnie, przybywają na zaproszenie Petrosa, który od lat w tym właśnie miejscu organizuje międzynarodowe warsztaty scenariopisarstwa. W czasie tego weekendu dojdzie do tragicznego wypadku - zginie Christos, najbardziej tajemniczy z całej szóstki. Niczego nie zdradzam, bo o tragedii dowiadujemy się z pierwszego rozdziału. Jego śmierć, związane z nią wątpliwości, zagadka życia staną się osią konstrukcyjną powieści.
Po latach oczywiście nic już nie jest takie samo jak kiedyś. Ani wioska, która pod naporem rozwijającej się turystyki straciła swój dawny urok, ani oni, ani ich przyjaźń, właściwie nawet trudno powiedzieć, że coś z niej zostało. Jak się zmienili? Tak, czytelniku tej notki, słusznie domyślasz się - w większości porobili finansowe i zawodowe kariery, wżenili się w dobre rodziny, zdążyli się rozwieść albo zdradzić swoje żony i mężów, dawno pozbyli się młodzieńczego idealizmu i młodzieńczej anarchii. Prowadzą konsumpcyjne, ustabilizowane życie. Jak mówi Sofia, najmniej z nich wszystkich ustawiona, najbardziej krytyczna i najbardziej rozczarowana, zawodowo robią rzeczy nikomu tak naprawdę niepotrzebne, spełniają zachcianki wykreowane przez speców od marketingu i reklamy, są na usługach bożka konsumpcjonizmu i sami konsumują. W gorzkim monologu wewnętrznym pod koniec powieści Sofia przejeżdża się nie tylko po swoim pokoleniu, ale i po greckich politykach.
Niestety wszystko to wydało mi się dość banalne, przewidywalne i bardzo naskórkowe. Jeśli chciałam o Grecji dowiedzieć się czegoś więcej, czegoś ze środka, bo przecież to grecka powieść, niewiele z tego wyszło. To rozczarowanie. A skąd irytacja? Z przerostu formy nad treścią. Nie chodzi o to, że akcja prowadzona jest niechronologicznie. To akurat podsyca ciekawość czytelnika, sprawia, że układa sobie historię jak puzzle, z czasem dowiadując się coraz więcej. Gorzej, że całość utopiona została w literackiej zabawie. Mnóstwo tu nawiązań do budowy greckiego dramatu, do konstrukcji filmowego scenariusza, gierek takich jak wychodzenie z roli, zwracanie się bezpośrednio do czytelnika, a na dokładkę muzycznych cytatów. Cała powieść aż roi się od takich postmodernistycznych chwytów. Mnie wydało się to pretensjonalne, irytujące i niepotrzebne. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że rozbuchana forma ma ukryć wątłą, banalną treść. Wielkie rozczarowanie. Tym bardziej w zestawieniu z powieścią Amandy Michalopoulou. Lepiej od razu po nią sięgnąć, zamiast zawracać sobie głowę "Dziećmi Kaina".

Norman Lewis "Neapol 44. Pamiętnik oficera wywiadu z okupowanych Włoch"

Książkę Normana Lewisa "Neapol 44. Pamiętnik oficera wywiadu z okupowanych Włoch" (Czarne 2014; przełożył Janusz Ruszkowski) miałam w czeluściach swojego czytnika od dawna. Kiedy wyszła, nie wydała mi się szczególnie interesująca, więc jej nie kupiłam. Upłynęło trochę czasu, gdy w radiu, przy okazji jakiegoś innego tematu, usłyszałam, że jest to rzecz świetna, warta ze wszech miar lektury. Ta zachęta wystarczyła, abym stała się szczęśliwą posiadaczką ebooka kupionego po okazyjnej cenie. (Nadal niezwykle mnie cieszy, kiedy uda mi się upolować ebook w taki sposób, a wbrew pozorom zdarza się to dość często.) A potem było jak zwykle - książka zapadała się coraz głębiej w otchłani mojego czytnika, nowych nabytków przybywało i przybywało, spychały ją na coraz odleglejsze miejsce. I tak mogłabym o niej zapomnieć, ale ostatnio znowu usłyszałam o "Neapolu 44", oczywiście znowu w radiu i to  od samego Tomasza Stawiszyńskiego. Nie było już na co czekać. Połknęłam w kilka dni.

Już w trakcie lektury zaskoczyło mnie, że pamiętnik oficera wywiadu armii brytyjskiej napisany został pięknym językiem, autor jest wrażliwy na ludzi, na otaczające go krajobrazy. Wiele tu interesujących opisów, wspaniałych anegdot, głębokich refleksji. Rzuciłam się więc do internetu, aby dowiedzieć się czegoś o Normanie Lewisie. I tu pełne zaskoczenie będące dowodem mojej ignorancji. Otóż Norman Lewis to nie pierwszy lepszy oficer brytyjskiej armii, tym uczyniła go wojna. To wybitny reporter, powieściopisarz i autor książek podróżniczych, którego, jak podaje wydawca, Graham Greene nazwał "jednym z najwybitniejszych pisarzy XX wieku". Dotarło do mnie, że kojarzę dwie inne jego reporterskie książki wydane przez Czarne. Nad jedną z nich - "Grobowcem w Sewilli", kiedy wyszedł, nawet się pochyliłam, ale w końcu drogą eliminacji, nie da się kupować wszystkiego, tym bardziej przeczytać, skreśliłam  z listy zakupów. Teraz jednak jestem pewna, że chcę go przeczytać. Wyszły u nas także, ale przed wieloma laty, więc są niedostępne, powieści Lewisa. Też chętnie z ciekawości bym po nie sięgnęła, ale w tym wypadku nie mam złudzeń - musi mi na książce niezwykle zależeć, żebym szukała jej po antykwariatach czy portalach aukcyjnych. Wymaga to więcej zachodu, a i tak jest co czytać. Ale do rzeczy.

Język, wrażliwość na świat, głębia refleksji to nie jedyne zaskoczenie związane z lekturą "Neapolu 44". Spodziewałam się raczej tylko i wyłącznie portretu świata po apokalipsie wojny. I oczywiście był, ale to nie cała prawda o książce Lewisa. Znajdziemy na kartach tego pamiętnika obraz ogromnej biedy, dodajmy, biedy, którą wojna tylko pogłębiła. Bo południe Włoch i wcześniej było regionem niezwykle zacofanym, o czym autor też oczywiście wspomina. Nie jest wiedzą tajemną, że do dziś utrzymują się różnice między północą a południem kraju, także w mentalności ludzi, sposobie bycia i we wzajemnym postrzeganiu. Liczne dowody można znaleźć także w literaturze czy filmie. Pisze więc Lewis o głodzie, o prostytucji, którą parają się także kobiety z arystokratycznych rodzin. Kilka razy opowiada jak to na przykład mężczyzna z wyższych sfer oferuje jemu albo jego koledze usługi swojej siostry w zamian za coś, co dziś nazwalibyśmy sponsoringiem. Wtedy ceną było uniknięcie głodu. Jeden z jego ulubionych informatorów, też człowiek dobrze urodzony, adwokat bez pracy, co i przed wojną było normą w takich rodzinach, niemal całe dnie spędza w łóżku, aby do minimum ograniczyć zużywanie energii, bo żywi się głodowymi racjami tylko dwa razy dziennie. Trochę podobną relację, ale jeszcze straszniejszą i bardziej wstrząsającą ze względu na kontekst, znalazłam w muzeum Polin. Chodziło oczywiście o mieszkańca warszawskiego getta, który jadł raz dziennie w stołówce dla ubogich. Opowieść o tym, jakie strategie obierał, aby przetrwać do godziny posiłku, bardzo mną wstrząsnęła. 

Obrazu apokalipsy dopełnia wszechobecny strach - przed nalotami niemieckimi, przed wybuchami, bo miasto, jak krążą plotki, zostało zaminowane, przed niemieckimi szpiegami i dywersantami, przed chorobami i epidemiami, autor kilkakrotnie zapada na malarię, wreszcie przed zwykłymi bandytami i mafią. Strach kobiet jest oczywiście jeszcze większy - jak zawsze czasom niepokoju towarzyszą gwałty. Do tego dochodzą chaos, bałagan i absurdy wojny, bezduszność alianckiej administracji sprawującej władzę nad zdobytymi i okupowanymi terenami. Osobna sprawa to wszechobecna korupcja i powiązania z mafią. Alianci próbują z tym walczyć, ale to walka z wiatrakami, skazana na niepowodzenie. Oficerowie wywiadu zostają wystawieni na pierwszą linię tych zmagań, ale Lewis po jakimś czasie orientuje się, że nic zrobić się nie da. Wszyscy w tym uczestniczą, wszyscy wszystkich kryją. Czarny rynek, korupcja to podskórne życie południa Włoch, które wojna jeszcze wzmocniła, a które tak tu wyglądało i wcześniej. Autor przyjmuje to po jakimś czasie z dobrodziejstwem inwentarza, traktuje jak koloryt lokalny. 

I teraz czas płynnie przejść do tego, o czym już wspomniałam - to nie jest pełny obraz pamiętnika Lewisa. Bo to wszystko miesza się z barwnymi opowieściami o ludziach, o ich osobliwych, egzotycznych obyczajach, o ich religijności, wierze w magię i cuda. Autor z jednej strony dziwi się temu, ale z drugiej coraz bardziej w to wsiąka, coraz bardziej lubi ten niezwykły świat i tych ludzi, z którymi współpracuje i których spotyka na swojej drodze. Zyskuje tu licznych przyjaciół, opowiada o tym świecie z coraz większą sympatią. Kiedy nagle dostaje rozkaz wyjazdu i całkiem nowe zadania, z żalem przyjmuje, że będzie musiał opuścić Neapol i jego piękne okolice. Najbardziej boli go, że nie zdąży pożegnać się z bliskimi mu ludźmi. Poza tym wiele w pamiętniku Lewisa zachwytu nad krajobrazem, który z wielką wrażliwością, uwagą i maestrią opisuje. No i wszystko bardzo powoli zaczyna się odradzać, czego świadectwo też znajdziemy na kartach pamiętnika. Na ulicach toczy się codzienne, barwne życie. Ludzie nie tylko krzątają się wokół swoich zwyczajnych spraw, ale bawią się choćby występami wędrownych klaunów czy magików. Wreszcie, kiedy Rzym zostanie wyzwolony i kiedy znowu będzie możliwa podróż ze stolicy do Neapolu, jego ulubiony informator, przyjaciel, o którym już tu wspominałam, będzie mógł wrócić do swojej dorywczej profesji wujka z Rzymu, która pozwalała mu jakoś wiązać koniec z końcem. Na czym polegało to dość rozpowszechnione w Neapolu i pewnie nie tylko tam zajęcie, zdradzać nie będę. Niech to będzie zanętą i zachętą do przeczytania tej gorzko-słodko-śmieszno-strasznej książki. Wiem jedno - na pewno sięgnę po "Grobowiec w Sewilli", gdzie autor opowiedział o swojej podróży przez Hiszpanię w przededniu wojny domowej.

Anuradha Roy "Sny o Jowiszu"

"Sny o Jowiszu" nieznanej mi hinduskiej pisarki Anuradhy Roy (Czwarta Strona 2017; przełożył Jędrzej Polak) wpadły w moje ręce przez przypadek. Natknęłam się na tę powieść w niezwykle atrakcyjnej ebookowej promocji i oczywiście nie zainteresowałabym się nią, gdyby nie pomyłka. Znajome nazwisko i imię, ale po chwili przyszło otrzeźwienie - przecież Arundhati Roy napisała tylko dwie powieści, "Boga rzeczy małych" i "Ministerstwo niezrównanego szczęścia", obie czytałam. No tak, wszystko jasne, imię podobne, jednak tylko podobne. Ale zaczęłam szperać, jako że łasa jestem na literaturę z Azji. Niewiele jednak znalazłam poza informacją, że książka nominowana została do Nagrody Bookera. Zawsze to coś. A ponieważ "Sny o Jowiszu" to powieść obyczajowa, której akcja toczy się w moich ukochanych Indiach, cena atrakcyjna - postanowiłam zaryzykować i kupić niemal w ciemno. Spodziewałam się książki lekkiej, popularnej, tymczasem mile się rozczarowałam. Nie jest to rzecz wybitna, ale interesująca i na pewno nie miła i przyjemna. Przeciwnie, momentami bardzo przygnębiająca i przykra. Ale po kolei.
"Sny o Jowiszu" to dziejąca się współcześnie opowieść. Jej akcja toczy się w znajdującej się nad Zatoką Bengalską miejscowości Dżarmuli, w której znajduje się odwiedzana przez pielgrzymów świątynia Wisznu. Z ciekawości zaczęłam szperać, czy miejsce jest autentyczne. Nic nie znalazłam, za to prawdziwa jest Świątynia Słońca w Konarku, która też pojawia się w książce. Powieść ma kilku bohaterów, którzy właśnie w Dżarmuli spotykają się ze sobą albo tylko mijają. Ich losy poznajemy naprzemiennie. Jest sprzedawca herbaty, który z trudem zarabia na swoje utrzymanie. Śpiewa tęskne pieśni, nie potrzebuje nic więcej do szczęścia poza tym, co ma, a ma niewiele. Jest młody chłopak, Raghu, właściwie chłopiec, który mu pomaga. Jest świątynny przewodnik, Badal, mieszkający z ciotką i ze starym stryjem, z którym pozostaje w konflikcie. Jeździ na skuterze, chciałby się wyrwać z domu, skrycie kocha się w Raghu. Gardzi ludźmi, których oprowadza po świątyni. Ta praca to konieczność. Są trzy starsze panie, przyjaciółki, które przyjechały do Dżarmuli z Kalkuty na kilkudniowe wakacje. Wspominają swoje życie, próbują zapomnieć o troskach. Jedna z nich ma coraz większe problemy z pamięcią. Jest też młody, niespełniony filmowiec, który zatrudnia się jako pomocnik przy rozmaitych projektach. Niedawno porzuciła go żona. Czuje się samotny, nieszczęśliwy, smutki topi w alkoholu. Przyjechał do Dżarmuli, aby pomóc przy dokumentacji filmu Nomi -  drobnej, młodej kobiety o wyglądzie budzącym zdziwienie, a nawet politowanie, miejscowych. Przyleciała do Indii ze Szwecji. To właśnie ona jest główną bohaterką tej powieści, o niej dowiadujemy się najwięcej. Jej pobyt w Dżarmuli to nie przypadek. W dzieciństwie spędziła wiele tragicznych lat w aśramie znajdującym się gdzieś w tej okolicy. Potem została adoptowana przez samotną Szwedkę. Przylatując do Indii, musi się zmierzyć z traumatycznymi wspomnieniami. Na co ma nadzieję? Że odnajdzie przyjaciółkę z aśramu, którą zawiodła? Że odnajdzie brata, za którym tęskni? Albo matkę? Stracili się z oczu w tragicznych okolicznościach, w czasie jakiejś wojny. Czy rzeczywiście była to wojna czy tylko jakieś poważne zamieszki? Tego nie udało mi się zidentyfikować. Uciekła, a właściwie została ewakuowana łodzią, z tamtego miejsca razem z innymi dziewczynkami, które straciły rodziny.
Opisy lat spędzonych w aśramie, do którego przybywają ludzie z Zachodu, ale także hinduscy celebryci, postacie ze świecznika, aby spotkać się z tutejszym guru, są przerażające. Muszę przyznać, że z trudem przez nie brnęłam. Okrucieństwo i przemoc spotyka w nim nie tylko dzieci, ale również prostych ludzi, którzy tu pracują. Otaczany szacunkiem i czcią guru skrywa mroczną tajemnicę, w cyniczny, bezwzględny sposób wykorzystuje swoje koneksje i pozycję. Aśram, który miał być dla osieroconych dziewczynek azylem, stał się dla nich piekłem, pułapką bez wyjścia. Jak udało się Nomi wyrwać z tej matni, tego zdradzić nie mogę. Nic dziwnego, że po tak traumatycznych przeżyciach nie potrafi nawiązać relacji z przybraną matką. Chociaż niewątpliwie to ona jest w tej powieści postacią najtragiczniejszą, najmocniej doświadczoną przez życie, to inni bohaterowie też szczęśliwi nie są. Jaka przeszłość ciągnie się za  Raghu? Czy ma jakąś rodzinę? A mężczyzna sprzedający herbatę? Obaj nisko stoją na społecznej drabinie. Wszystkie postacie w tej powieści niosą w sobie jakąś tęsknotę, smutek, niespełnienie, przykre doświadczenia. Nie dowiemy się o nich wiele. Zostali zaledwie naszkicowani, ale wyrazistą kreską. Sporo tu niedopowiedzianych historii, niezamkniętych wątków. Nie będzie happy endu, nikt tu się z nikim cudownie nie odnajdzie, nie padnie sobie w ramiona. Gorzka to powieść. Bardzo ładnie napisana.
Ale oprócz tych kilku historii odnajdziemy w tej książce Indie, ich koloryt. Już choćby tylko dlatego nie żałuję, że po "Sny o Jowiszu" sięgnęłam. Uliczny handel, tłum pielgrzymów w świątyni, ruch, brud i bałagan, zapachy i barwy targowiska, kobiety w kolorowych sari, upał i kurz, rybacy wypływający na połowy, plaża, niekoniecznie czysta i urocza, bezładna zabudowa. Kto nie był, może sobie wyobrazić. Kto był i złapał bakcyla, ten z lubością zanurzy się w tym bałaganiarskim, ale fascynującym świecie. Czy polecić tę powieść temu, kto był i nie chce wracać więcej? Mnie w każdym razie spodobała się na tyle, że postanowiłam sięgnąć po drugą książkę Anuradhy Roy wydaną w Polsce.
PS. Nieco zmroziło mnie odkrycie, że "Sny o Jowiszu" tłumaczył Jędrzej Polak, który częściowo zepsuł mi przyjemność lektury "Syna" Philippa Meyera. Tym razem na szczęście książką miała dobrego redaktora. W zasadzie nie ma się do czego przyczepić. Czasem styl mi nieco zazgrzytał, ale żadnych potworków językowych nie było.

Didier Eribon "Powrót do Reims"

O książce francuskiego filozofa i socjologa Didiera Eribona "Powrót do Reims" (Karakter 2019; przełożyła Martyna Ochab) dowiedziałam się oczywiście z radia, którego namiętnie słucham, i z Tygodnika Kulturalnego, który namiętnie oglądam. Od razu stało się dla mnie jasne, że muszę ją przeczytać, bo leży w sferze moich zainteresowań. Szybko kupiłam, trafiła się promocja (na ebook oczywiście), i równie szybko połknęłam. Właśnie minęło kilka dni od skończenia lektury. 

Kto powinien sięgnąć po tę książkę? Każdy oczywiście. No nie, taka naiwna nie jestem. Przecież to ani powieść, ani klasyczna autobiografia czy wspomnienia, ale połączenie tych dwóch ostatnich gatunków z esejem. I właśnie te fragmenty mogą stanowić barierę dla przeciętnego czytelnika, nawet jeśli jest zainteresowany kwestiami społecznymi i światopoglądowymi, które są zasadniczym tematem tej książki, o czym za chwilę. Didier odwołuje się w nich do prac i dorobku naukowego francuskich filozofów i socjologów, między innymi do Rolanda Barthesa, Pierre'a Bourdieu, Jeana Paula Sartre'a, Jacquesa Lacana czy Michela Foucaulta. Z Pierrem Bourdieu prowadzi nawet ostrą polemikę. Nie będę udawać, że znam ich myśl czy książki. Nie, znam tylko ich nazwiska. Jeszcze słabiej wygląda to w przypadku myślicieli czy pisarzy amerykańskich, do których dorobku autor też  się odnosi. Jedynie James Baldwin, o którego powieści "Gdyby ulica Beale umiała mówić" jakiś czas temu pisałam, nie jest dla mnie białą plamą. 

Dlaczego o tym piszę? Po pierwsze dlatego, aby potencjalny czytelnik wiedział, na jakie rafy napotka. Po drugie, żeby się tym w żadnym wypadku nie przejmował. Fragmentów, które ze względu na język, na odwoływanie się do dorobku nieznanych nam autorów, na dyskurs socjologiczny czy filozoficzny, mogą być barierą w trakcie lektury, nie ma wiele. A cała reszta jest bardzo interesująca i, co najważniejsze, skłania do refleksji. Jednym słowem "Powrót do Reims" to nie tylko rzecz dla ludzi obytych z literaturą, na którą Didier się powołuje. To lektura dla każdego zainteresowanego przede wszystkim tematyką społeczną i polityczną - nierównościami, wykluczeniem, brakiem możliwości zdobycia rzetelnego wykształcenia, a co za tym idzie niemożliwością społecznego awansu, wyrwania się ze  środowiska, w którym się urodziło. Dlatego ta książka jest obowiązkowa nie tylko dla ludzi o lewicowych poglądach, to przekonywanie przekonanych, ale przede wszystkim dla ekonomicznych liberałów. W dyskusji o modelu państwa, o błędach popełnionych w trakcie transformacji po roku 1989, jaka się w tej chwili w Polsce toczy, przynajmniej w mojej bańce informacyjnej,  to głos bardzo ważny, mimo że dotyczy Francji i historii człowieka urodzonego w roku 1953. Jego myśl jest świeża i ważna także u nas.

No a teraz do rzeczy. Didier Eribon urodził się we francuskiej rodzinie robotniczej na francuskiej prowincji. Takie urodzenie było wyrokiem - skazaniem na powielenie losu rodziców, dziadków i pradziadków. To jedna z ważnych, chociaż przecież oczywistych, refleksji jego książki - jak przypadek (miejsce i środowisko urodzenia) determinuje nasze losy. Ktoś powie, przecież jemu się udało, w końcu osiągnął to, o czym od wczesnej młodości marzył. Tak, ale po pierwsze jego droga trwała znacznie dłużej niż droga jego rówieśnika urodzonego w środowisku burżuazyjnym, mieszczańskim czy inteligenckim, wymagała wielkiej determinacji, a po drugie, i ważniejsze, swój sukces osiągnął nie dzięki zdobyciu formalnego wykształcenia, ale  dzięki szczęśliwemu splotowi okoliczności. Bo wykształcenie zdobyte na prowincjonalnej uczelni, kiedy się na nią dostał, był z tego niezwykle dumny, we Francji nie otwiera żadnej drogi. Jest nic niewarte, daje tylko chwilową satysfakcją temu, kto je zdobywa. Różnice zaczynają się jeszcze wcześniej - już w liceum wydawałoby się całkiem niewinny wybór drugiego języka obcego, hiszpańskiego albo niemieckiego, determinuje twoją ścieżkę. Autor wybrał hiszpański, naiwnie myślał, że należy kierować się swoimi upodobaniami. Nic bardziej błędnego - w burżuazyjnej Francji to znajomość niemieckiego dodaje prestiżu, jest warunkiem dostania się na dobrą uczelnię. Tych wszystkich kodów Didier nie znał, bo i skąd. Te wszystkie kody były oczywiste dla kogoś dobrze urodzonego. Dlatego nieświadomy niczego cieszył się, że zaraz po maturze dostał się na studia i nie rozumiał tych kolegów, którzy w liceum zostali dłużej, aby jeszcze przez dwa lata (chyba) przygotowywać się do zdawania na prestiżowe uczelnie. Z tego samego powodu potem nie miał szans na zdanie egzaminów uprawniających do nauczania w szkole czy na uczelni. Mimo wykształcenia bił głową w mur.

To dlatego dziś żółte kamizelki swój gniew kierują także przeciwko tym najważniejszym francuskim uczelniom. Problem nie w tym, aby ich nie było, ale w tym, aby dostęp do nich był równy. Tymczasem to, w jakim środowisku się wychowałeś, decyduje o tym, gdzie skończysz. W Polsce te różnice nie są aż tak wielkie, a  środowiskowe bańki aż tak szczelne, ale po pierwsze też są, a po drugie przepaść, rozwarstwienie stale rosną. Nie mają takich samych szans dziecko urodzone na wsi, gdzie żaden transport publiczny nie dociera, skazane na wybór szkoły, do której da się jakoś dojechać, i dziecko urodzone w dobrze sytuowanej rodzinie w dużym mieście, które trafi do prywatnego przedszkola, prywatnej szkoły, najlepszego liceum, a potem na dobrą uczelnię. 

Kolejnym ważnym zagadnieniem, na którym skupia się Didier, jest pytanie, jak to się stało, że jego rodzice i bracia dziś głosują na Front Narodowy. Jak to możliwe, że ludzie wywodzący się ze środowisk robotniczych, które kiedyś bardzo mocno identyfikowały się z lewicą, dziś identyfikują się z prawicą? Autor zarzuca lewicy, pokoleniu 68 roku, ale nie tylko, zdradę klas ludowych. Jak pisze, dziś lewica przemawia językiem rządzących, a nie rządzonych. Twierdzi, że błędem było odejście od takich pojęć jak klasy, ucisk, walka klas. W konsekwencji tych zmian i zaniechań zniknęła dawna opozycja burżuazja - robotnicy, a pojawiła się nowa - narodowa i rasowa. Dla środowiska, z którego Didier się wywodzi, dziś ważniejsze jest bycie Francuzem niż robotnikiem i człowiekiem lewicy. Kiedyś było inaczej. Zostawieni sobie, zdradzeni, oszukani, kiedy pojawiają się problemy, głosują na Front Narodowy.

Mnie fascynuje jeszcze jedno - pytanie, które zadaje sobie Didier. Gdyby dzięki determinacji nie wyrwał się ze swojego środowiska, gdyby powielił los swoich braci, czy dziś i on byłby wyborcą Marine Le Pen? To refleksja o tym, jak determinują nas życiowe wybory, świadome albo przypadkowe. Mam kilka takich zwrotnych punktów w moim życiu, które doprowadziły mnie w miejsce, w którym jestem. Często stawiam sobie podobne pytania. Także dotyczące spraw światopoglądowych. Czy gdybym kiedyś u początku mojej drogi związała się z innym człowiekiem, przejęłabym jego poglądy? Dziś jesteśmy po dwóch stronach barykady, zupełnie nie rozumiemy swojego sposobu myślenia. Kim byłabym dziś?

Kończąc, nie mogę nie wspomnieć o jeszcze jednym wątku w biografii Didiera, wątku homoseksualizmu. Bo autor wykluczony był podwójnie - jako chłopak pochodzący ze środowiska robotniczego i jako gej. Jak pisze, paradoksalnie to drugie wykluczenie pomogło mu stać się tym, kim jest dzisiaj. Homoseksualność sprawiła, że tym bardziej chciał wyrwać się ze swojego rodzinnego i społecznego środowiska, jedyną drogą była ucieczka w naukę, w zdobycie wykształcenia. Dzięki temu mógł stać się tym, kim był (gejem), i uciec od tego, co z racji urodzenia było mu przeznaczone. W wymiarze czysto praktycznym znajomości w świecie gejowskim pomogły mu potem w jego drodze zawodowej.

Na koniec jeszcze raz powtórzę - naprawdę nie należy bać się trudności związanych z lekturą. Nie są wielkie, a poza fragmentami eseistycznymi jest tu bardzo dużo rozmaitych, interesujących rodzinnych historii i  arcyciekawych opowieści o życiu klasy robotniczej w czasach młodości autora i jeszcze wcześniejszych.

Richard Flanagan "Pierwsza osoba"

Odkąd przeczytałam "Ścieżki północy", Richard Flanagan stał się jednym z tych pisarzy, którego twórczość pilnie obserwuję. Potem było "Klaśnięcie jednej dłoni", również bardzo dobre, mocne, gęste i dojmujące. "Nieznana terrorystka" początkowo mnie trochę rozczarowała, ale później z nawiązką zatarła gorsze wrażenia. W czytniku mam jeszcze "Pragnienie", a zamierzam kupić "Śmierć przewodnika rzecznego". Ale na "Księgę ryb Williama Goulda" jakoś nie mam ochoty, mimo że przez krytyków oceniana jest bardzo wysoko. Nic więc dziwnego, że sięgnęłam po najnowszą powieść Flanagana "Pierwsza osoba" (Wydawnictwo Literackie 2019; przełożył Maciej Świerkocki), pierwszą, którą napisał od zdobycia Bookera za "Ścieżki północy". Nie będę ukrywała, że tym razem się rozczarowałam i nic nie było w stanie zmienić mojej oceny. Najgorsze jest to, że ta powieść po prostu mało mnie obeszła. Wrażenia pozostały letnie. Zupełnie inaczej było z poprzednimi książkami Flanagana, które mnie poruszały, przejmowały, ekscytowały, trzymały w napięciu. Trudno o nich zapomnieć. Tym większe rozczarowanie tym razem.

O czym jest "Pierwsza osoba"? Jak zwykle u Flanagana akcja rozgrywa się na Tasmanii, skąd pisarz pochodzi, i w Australii. To tocząca się głównie na początku lat dziewięćdziesiątych historia Kifa Khelmanna, który marzy o tym, aby zostać pisarzem. Żeby mieć czas na napisanie swojej pierwszej powieści, ima się różnych podrzędnych prac i dlatego z trudem jest w stanie utrzymać rodzinę - żonę i małą córeczkę. Tymczasem wkrótce na świat mają przyjść bliźniaki. Kif mierzy się z tak prozaicznymi problemami jak spłata rat za dom, wcale nie luksusowy, raczej nędzny, kupno łóżeczek i wózka dla dzieci, a nawet butów dla siebie. Chodzi w mocno zdezelowanych adidasach. Na to wszystko nie ma pieniędzy. Nic dziwnego, że kiedy w wyniku zbiegu okoliczności, dostaje propozycję zostania ghost writerem Siegfrieda Heidla, największego oszusta w Australii, człowieka o mętnej przeszłości, mitomana, ostatecznie przyjmuje tę propozycję, mimo że początkowo chce ją odrzucić. Kif ma ambicje, a pisanie czyjejś autobiografii wydaje mu się ofertą poniżej jego godności. W dodatku jej bohater to przestępca. 

Wzięcie tego zlecenia pokazane zostaje w powieści jak faustowski kontrakt z diabłem. Kif sprzedaje się za pieniądze. Gardzi Heidlem od początku, a jeszcze bardziej, kiedy zaczyna z nim współpracować. Pisanie tej książki to droga przez mękę. Rozmowy z jej bohaterem niewiele dają - trudno czegokolwiek się od niego dowiedzieć, trudno go zmusić do współpracy, nie wiadomo, kiedy mówi prawdę, a kiedy kłamie. Jest kapryśny, stale rozmawia przez telefon, załatwiając swoje sprawy, często gdzieś znika, szybko się nudzi, pełno go w mediach. Kif walczy z czasem i z oporem materii. Dla niego to być albo nie być - jeśli książka nie powstanie do procesu Heidla, zamiast dziesięciu tysięcy dolarów dostanie ... pięćset. I właśnie ta niepewność, ta zaciskająca się na szyi Kifa pętla to te nieliczne fragmenty, które czytałam z takim czystym czytelniczym zainteresowaniem.- uda się czy nie? Przez początkowe partie książki brnęłam z trudem, jakoś nie mogłam się wciągnąć. Ostatnia część - przebieżka przez dalsze losy bohatera - okazała się dość przewidywalna i zupełnie niezajmująca.

Najgorsze jest jednak to, że ta opowieść w ogóle niespecjalnie mnie obeszła. Wydała mi się przede wszystkim papierowa i mało odkrywcza. Mamy tu wprawdzie i wątek mediów goniących za sensacją, gotowych dla poczytności i oglądalności (jeszcze nie klikalności) zrobić celebrytę z oszusta, przestępcy, a może i mordercy, i satyrę na wydawców sprzedających literackie badziewie. Dostaje się też czytelnikom, którzy za pisarza uważają autora bestselerowych książek kulinarnych. Najważniejszy pewnie w zamyśle autora ma być wątek faustowski, o którym już wspominałam. Kif zaczyna sobie zdawać sprawę, że Heidl, którym pogardza, coraz bardziej nim włada. Zatruwa jego duszę, sprawia, że staje się cyniczny, wykoślawia jego patrzenie na świat, co ma zasadniczy wpływ na jego późniejsze zawodowe wybory. O ludziach zajmujących się tym, czym Kif zajmie się z czasem, myślę sobie, że jeśli istnieje piekło, to właśnie oni powinni się w nim smażyć. Nie, czytelniku tej notki, jesteś w błędzie, nie chodzi tu wcale o przestępców czy morderców. Nie, to goście w białych kołnierzykach zatruwający miliony ludzi tym, co robią, z czego żyją, co przynosi im kokosy. Władcy ich umysłów. Sprzedawcy szajsu. To wszystko jednak nie bardzo mnie obeszło. Zabrakło tego czegoś, co sprawia, że opisywane problemy poruszają, a losy bohatera są mi bliskie i istotne - współczuję mu, przejmuję się nim, złoszczę się na niego albo czuje odrazę. Tym razem tak nie było. Dylematy Kifa, a z czasem ma ich znacznie więcej (trudno o nich pisać, aby nie zdradzać za wiele), niby dotykające istoty człowieczeństwa w powieści Flanagana wydają się wykoncypowane, brak im autentyzmu. Podobne wrażenia miałam początkowo, kiedy czytałam "Nieznaną terrorystkę", ale potem los bohaterki, która osaczona przez media i policję znalazła się w sytuacji bez wyjścia, stał się naprawdę przejmujący. Trudno było jej nie współczuć, trudno było nie popaść w przygnębienie, nie zatrwożyć się opisywanym światem.

Najbardziej zaciekawiły mnie w "Pierwszej osobie" wątki tasmańskie. Wspomnienia Kifa z czasów młodości, opowieść o jego przyjaźni z Ray'em czy historia jego małżeństwa. Ale tego było niewiele. Zaledwie tło dla głównego wątku.  

Czytać, nie czytać? Jeśli ktoś nie zna Flanagana, a naprawdę warto zainteresować się jego twórczością, niech zacznie od "Ścieżek północy" i "Klaśnięcia jednej dłoni". Jeśli ktoś go lubi, jak ja, pewnie i tak sięgnie po "Pierwszą osobę". 

Andrzej Chwalba "Rok 1919. Pierwszy rok wolności"

Kiedy chodziłam do szkoły, historia jakoś specjalnie mnie nie interesowała, wiedzę z tej dziedziny mam mocno dziurawą, bo chociaż w liceum uczył mnie bardzo dobry historyk, to niestety był on człowiekiem niezwykłej łagodności i dobroci. Nietrudno było mieć dobre oceny bez większego wysiłku. Od kilku lat wiele się zmieniło. Historia bardzo mnie interesuje, oczywiście nie wszystkie tematy. Powiedziałabym, że im odleglejsze czasy, tym mniej. Pilnie słucham w moim ulubionym radiu kilku audycji historycznych, od czasu do czasu czytam jakąś książkę popularnonaukową albo reportaż historyczny. Inna sprawa, ile mi z tego w głowie zostaje. Raczej mgliste wrażenie niż konkretne informacje. Przeraża mnie to. No ale lepszy rydz niż nic. Nie mogłam wobec tego ominąć książki Andrzeja Chwalby wydanej przez Czarne "Rok 1919. Pierwszy rok wolności" (2019). Temat pasjonujący. Profesor Chwalba wydał już kilka tytułów skierowanych do szerszego odbiorcy, ale jakoś dotąd żadnej nie czytałam. Ale "Roku 1919" nie miałam zamiaru przegapić.

Obchodzimy właśnie stulecie odzyskania niepodległości. No dobrze, ale co to znaczyło w praktyce? Jak się to odbyło, jak dokonało? Pstryk i 11 listopada 1918 Polska na nowo stała się niepodległym państwem. Zaborcy wojnę przegrali, skorzystaliśmy ze sprzyjającego momentu dziejowego, mieliśmy zdeterminowanych mężów stanu-wizjonerów: Piłsudskiego, Paderewskiego, Witosa, Dmowskiego i Daszyńskiego (o nim zwykle się zapomina). I tak z trzech zaborów w zmienionych granicach powstała II Rzeczpospolita. Ale przecież to nie odbyło się tak prosto! Niby od dawna wiedziałam, że sklejenie państwa z ziem należących przez grubo ponad sto lat do innych krajów to trud niewyobrażalny. Inne prawo, inny system szkolnictwa, sądownictwa, inny stopień rozwoju gospodarczego, różny stopień praw i swobód dla obywateli, inna sieć kolejowa, a nawet inny rozstaw torów. To wiedza raczej powszechna. Ale Andrzej Chwalba pokazuje znacznie dokładniej ogrom problemów, przed jakim stanęła powstająca Polska. Jakby rozsuwał przed czytelnikiem kurtynę dziejów albo zbliżał oko kamery i hasło odzyskanie niepodległości dzięki temu przestaje być puste. 

Kiedy czyta się kolejne rozdziały, kiedy czyta się o ogromie wyzwań, kłopotów, trudności, a nawet klęsk, trudno oprzeć się magicznemu sposobowi myślenia - to cud, że Polska powstała, zbudowała się i zaczęła funkcjonować jak każde inne państwo. Ale autor w zakończeniu przekonuje, że ma to swoje racjonalne podstawy - praca, starania i determinacja polityków oraz urzędników państwowych, ale także zwykłych ludzi, którzy podjęli ten trud i na swoją miarę oraz możliwości, krzątając się kolo codziennych spraw, budowali państwo. Wobec tego wypada zrobić przynajmniej przegląd problemów, z jakimi zmagała się odrodzona Polska. 

Zacząć należy od tego, że trudno znaleźć jeden moment, kiedy powstała. Wiadomo, że 11 listopada to data mocno umowna, długo konkurowało z nią kilka innych! Ustalanie granic to też proces. Wcale nie było jasne, które ziemie ostatecznie wejdą w skład państwa. Na niektórych terenach wciąż jeszcze stacjonowały wojska niemieckie. Samo rozbrajanie i układanie się z okupantami też nie było proste. Ogłoszenie niepodległości wcale nie oznaczało zakończenia wojny. Zanim w 1920 roku wybuchł konflikt polsko-bolszewicki, walczyliśmy z Ukraińcami, o czym słabo się pamięta. Wiemy o orlętach lwowskich, często nie mając świadomości, że to jeden z epizodów tej wojny. 

Płynność granic i walki to nie koniec problemów. Kolejny z nich to kłopoty ze znalezieniem ludzi - do administracji państwowej i lokalnej, do wojska, a armia była bardzo potrzebna, do policji, ale także nauczycieli. Skąd ich brać i wobec tego, czy zostawiać tych, którzy pracowali w strukturach państw zaborczych? Czyścić do spodu czy pozwolić pracować kompetentnym, którzy często nie mówili nawet po polsku? I kolejne wyzwania - wzajemna niechęć i pogarda mieszkańców trzech zaborów. Różna obyczajowość, różny stopień rozwoju, różna polszczyzna, różna mentalność. Wędrówki ludów, migracje - nie tylko cywilów, ale przede wszystkim żołnierzy. Zdemobilizowanych i jeńców. To rodziło ogromne problemy. Jeden przykład - powrót pewnej rodziny z Petersburga do Polski trwał niemal dwa lata. I nie był to wcale wyjątek. A poza tym dewastacja ziem należących do nowego państwa, bo po większości z nich przejechał walec wojenny, a okupanci dodali swoje. Najmniej zniszczona była Wielkopolska, tam w ogóle wszystkie bolączki występowały w stopniu najłagodniejszym, najbardziej ziemie północno-wschodnie, czyli Wileńszczyzna i okolice. Tu z kolei wszystkie problemy były zwielokrotnione. 

To nadal nie koniec plag trapiących powstające państwo - bo jeszcze kłopoty z zaopatrzeniem, często po prostu głód (zdarzały się napady na ludzi, którzy nieśli zakupy), i z transportem, pociągi przeznaczone były przede wszystkim dla wojska, choroby, epidemie, nieprawdopodobny bandytyzm. I tak dalej, i tak dalej. Książkę kończy arcyciekawy rozdział o trudnych, niezwykle skomplikowanych stosunkach polsko-żydowskich. W ogóle odnajdziemy w początkach niepodległej Polski zalążek problemów, które odbiją się czkawką później - ot choćby rzeź wołyńska. Jej praprzyczyn należy szukać w roku 1919 właśnie.

Bardzo to wszystko ciekawe, chociaż nie należy spodziewać się literackich fajerwerków i eksperymentów z formą. To solidna książka popularnonaukowa.

Wojciech Lada "Polscy terroryści"

A było tak. Kupiłam najnowszą książkę Wojciecha Lady "Pożytki z katorgi" wydaną przez Czarne, na którą od chwili zapowiedzi ostrzyłam sobie zęby, bo temat wydaje mi się ciekawy. A ponieważ zdecydowałam się na nią właściwie w ciemno, zainteresowana tematem, spokojna, bo wiadomo, że Czarne trzyma poziom, postanowiłam sprawdzić, kim jest autor. I tak natrafiłam na jego poprzednią książkę - "Polscy terroryści" (Znak 2014), a że temat równie ciekawy, a może nawet fascynujący, no i szczęście sprzyjało (promocja, promocja!), więc kupiłam i niemal od razu siadłam do lektury. Połknęłam w dwa majówkowe dni, bo rzecz okazała się bardzo ciekawa.

Polacy terrorystami? Czy wiedziałeś o tym, czytelniku tej notki? Może słyszałeś o najsłynniejszej akcji - napadzie na pociąg w Bezdanach? Najsłynniejszej, bo brał w niej udział sam Józef Piłsudski, a działo się to w roku 1908. Akcja była jedną z wielu, zresztą wyjątkowo spartaczona i nieudana. Słusznie domyślasz się, że i o niej jest mowa w "Polskich terrorystach".  Dla mnie temat nie był zupełnie nowy, coś obiło mi się o uszy, dosłownie, bo słuchałam kiedyś audycji radiowej na ten temat. Całkiem prawdopodobne, że była to rozmowa wokół książki Wojciecha Lady. Oczywiście dziś już tego nie pamiętam. No a wcześniej widziałam film Agnieszki Holland "Gorączka" nakręcony na podstawie powieści Andrzeja Struga "Dzieje jednego pocisku". Próbowałam nawet ją przeczytać, ale mnie znudziła. Być może dziś byłoby inaczej. 

Wojciech Lada w sposób bardzo przejrzysty, uporządkowany i przystępny dla przeciętnego czytelnika pisze o tym mało (?) znanym epizodzie naszej historii. Polski terroryzm związany był przede wszystkim z partiami i organizacjami lewicowymi. To dlatego nazwisko Piłsudskiego tak często przywoływane jest na kartach książki. Bo najwięcej zamachów miały na swoim koncie bojówki PPS-u. Sam Piłsudski nie był zwolennikiem terroru, raczej myślał o przygotowaniu powstania, uległ pod presją partyjnych, robotniczych dołów, które aż rwały się do tej roboty, co może dziwić, bo zamachowcy często płacili życiem za udział w akcji. Albo rozrywała ich bomba, którą rzucali, albo, jeśli zostali złapani, skazywani byli na śmierć. Ale co robotnik miał do stracenia? Zarabiał bardzo marnie, ciężko pracował, jadł podle, podle mieszkał, a prawdopodobieństwo, że umrze w wieku trzydziestu kilku lat, było bardzo duże. Nic dziwnego, że mając taką perspektywę, swojego życia nie cenił, a chęć zemsty na zaborcy była tak ogromna, że palił się do konspiracyjnej roboty. Bo to właśnie chęć zemsty w głównej mierze napędzała terrorystów. Kto padał ofiarą zamachowców? Żandarmi, urzędnicy i funkcjonariusze rosyjskiego apartu władzy, ale także Polacy podejrzewani o donosicielstwo. Aby zdobyć pieniądze na działalność, napadano między innymi na pociągi przewożące gotówkę. W jaki sposób dokonywano zamachów? Początkowo strzelano, czasem w ruch szedł nóż, potem rozwinęła się produkcja bomb. Piłsudski, aby nie doprowadzić do anarchii, musiał ująć w karby to oddolne robotnicze pospolite ruszenie, dlatego powstały bojówki. 

Ale chaosu i anarchii nie udało się uniknąć. Apogeum zamachów to lata 1905 (zapomniana rewolucja) i kilka kolejnych, ale terror obecny był na ziemiach polskich, głównie zaboru rosyjskiego, już od ćwierćwiecza. To kontynuacja ciągle świeżej w pamięci tamtego pokolenia tradycji powstania styczniowego. Budził strach i przerażenie u rosyjskich aparatczyków. W roku, w którym nasilenie terroru było największe, do zamachów dochodziło średnio ... trzy razy dziennie! Stale ktoś ginął, pistolety i bomby stały się rzeczą powszednią. W piśmie Robotnik pojawiła się nawet rubryka Kronika Terrorystyczna. Oczywiście odwet był straszny - w wyniku kary śmierci w samej Warszawie w latach 1906-1908 zginęło więcej Polaków niż w powstaniu styczniowym na ziemiach zaboru rosyjskiego! Ale to niejedyne negatywne konsekwencje. Chociaż zamachy były kierowane przeciwko konkretnym osobom, to przecież bardzo często ich ofiarami padali przypadkowi przechodnie. Z czasem z bronią w ręku zaczęto załatwiać rozmaite porachunki, mnożyły się morderstwa na zlecenie, krwawo walczyły też między sobą bojówki socjalistyczne i endeckie. Lada pisze, że ziemie zaboru rosyjskiego stały się Dzikim Wschodem.

Jak już wspomniałam, konstrukcja książki jest bardzo przejrzysta i precyzyjna. Oprócz wstępu i rozdziału ostatniego składającego się z bardzo ciekawych refleksji - na przykład o różnicach między terroryzmem dawnym a współczesnym, o pozytywnych skutkach tamtego terroru (Legiony, sprawne rozbrajanie zaborców w roku 1918,  udział w wojnie 1920 roku), o tym, na ile spadkobiercą tamtej idei było AK - w kolejnych rozdziałach Lada przygląda się rozmaitym aspektom polskiego terroryzmu. Opisuje sposoby przeprowadzania akcji, zajmuje się życiem terrorystów (bardzo ciekawe - żadnej stabilizacji, stale w drodze, konieczność bezustannego zmieniania mieszkań, właściwie trudno mówić o mieszkaniach, to życie kątem u kogoś), produkcją bomb, pisze o więzieniach i o roli kobiet. A ta była niemała! Między innymi przewoziły pod spódnicami broń i ładunki wybuchowe! Nazywano je dromaderkami. Dlaczego tę niebezpieczną funkcję powierzano kobietom? Bo ich nie podejrzewano i łatwo mogły ukryć towar właśnie w spódnicach, często specjalnie szytych dla tego celu. Ale nie tylko tym się zajmowały. Brały też udział w zamachach i produkowały bomby. Autor nie zapomina wymienić najważniejszych polskich terrorystów. Wśród nich, oprócz Piłsudskiego, byli na przykład jego późniejsza żona Aleksandra Szczerbińska, przyszły premier i marszałek sejmu Walery Sławek, Ignacy Mościcki, jeden z prezydentów II RP Stanisław Wojciechowski, Kazimierz Sosnkowski i ..., jak pisze autor, około ośmiu tysięcy innych. Wystarczy? Warto też dodać, że książka jest znakomicie udokumentowana.

Na koniec dwie, z konieczności krótkie, refleksje. Jak to jest, że dzisiaj, kiedy wiemy, jak straszny jest terroryzm, kiedy potępiamy terror islamski, zupełnie inaczej oceniamy tamtych terrorystów (w II Rzeczpospolitej ci, którzy przeżyli, cieszyli się ogromnym szacunkiem). Dlaczego? Bo walczyli w słusznej sprawie? Ale Wojciech Lada twierdzi, że ich celem była zemsta, po prostu zemsta. Nie można też zapominać o przypadkowych ofiarach zamachów i anarchii, do jakiej bojownicy doprowadzili. Strach, niepewność, zagrożenie stały się codziennością, dotykały nie tylko Rosjan, ale i Polaków. Że skala była inna? Tak, bo środki były inne. Jak spekuluje autor, gdyby dynamit istniał w czasach powstania styczniowego, powstańcy pewnie próbowaliby wysadzić Kreml! I refleksja druga. Naprawdę musimy wiedzieć, że terror nie tylko islamskie ma imię. Warto pamiętać, o terroryzmie włoskim i niemieckim z lat siedemdziesiątych zeszłego wieku i o tym, że zamachy terrorystyczne w Stanach to przede wszystkim dzieło białych mężczyzn, a jest wynikiem między innymi powszechnej dostępności do broni.

Popularne posty