"Pozycja dziecka"

Na co iść do kina? W tym tygodniu wybór był oczywisty, nie tylko dlatego, że bez wahania odrzuciłam "Witaj w klubie" (po "Sierpniu w hrabstwie Osage" i "Tajemnicy Filomeny" mam na jakiś czas dość filmów gładkich i przewidywalnych). Po prostu pojawił się nowy (nowy na naszych ekranach) rumuński film, "Pozycja dziecka" Calina Petera Netzera, kolejnego cudownego dziecka rumuńskiej kinematografii. Film, jak wspomniałam, nie jest już taki świeży, otrzymał Złotego Niedźwiedzia na zeszłorocznym festiwalu w Berlinie. Polecam bez wahania. Nieznających najnowszej rumuńskiej kinematografii, tej spod znaku Cristiana Mungiu, muszę jednak uprzedzić, że to kino na pewno nie dla masowego widza. Surowe, ascetyczne (w "Pozycji dziecka" właściwie nie ma muzyki, cisza aż dźwięczy z ekranu), niemal dokumentalne, werystyczne, gadane i poruszające nielekkie tematy. Bywa nieprzyjemne. Bohaterowie "Pozycji dziecka" to wprawdzie reprezentanci rumuńskiej klasy średniej, ale opowieść o nich jest równie przerażająca jak historia bohaterek "Prowincji", "Za wzgórzami" czy "4-ech miesięcy, 3-ech tygodni i 2-óch dni". Ale film Netzera to nie tylko kino społeczne, także, dla niektórych przede wszystkim, psychologiczne. Bo jest to opowieść o splątanej relacji matki i dorosłego syna. Jeśli ktoś gotowy jest na takie wyzwanie, niech koniecznie wybierze się do kina. A dla tych, którzy już byli, napisałam, jak zwykle, ciąg dalszy.

Kto widział przywołane we wstępie "4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni", na pewno pamięta przytłaczającą atmosferę i przerażający obraz zniewolonego społeczeństwa w czasach Causescu. Przywołuję tamten film, od którego zaczęła się chyba kariera rumuńskiej kinematografii, bo przy wszystkich różnicach, dostrzegam w nim jedno podobieństwo do "Pozycji dziecka". Cóż z tego, że nie ma już krwawego dyktatora, cóż z tego, że czasy inne, niekomunistyczne, a Rumunia należy nawet do Unii. Otóż portret rumuńskiego społeczeństwa jest tu równie przygnębiający. Przyznam, że ta warstwa filmu wydała mi się najciekawsza, więc od niej zacznę. Nie mogłam uwierzyć w to, co widzę na ekranie! A przecież mam prawo sądzić, że realia nie zostały wyssane z palca. I nie chodzi tylko o matkę, która jest gotowa zrobić wszystko, aby uchronić swojego dorosłego syna od kary za spowodowanie śmiertelnego wypadku. Podobnie postępuje jej siostra. Cornelia i Olga zachowują się na komisariacie jakby były u siebie. Policjantów zupełnie nie dziwi bezceremonialne, wręcz bezczelne, zachowanie obu kobiet. Niby protestują, ale przecież jakże nieśmiało. Protokół z przesłuchania zostanie zmieniony za ich, wcale nie cichym, przyzwoleniem. Przysługa za przysługę. Policjant nie zawaha się prosić Cornelię o pomoc w obejściu przepisów budowlanych. Świadek wypadku także nie jest zdziwiony prośbą matki. Do ustalenia zostaje tylko cena, za jaką zmieni zeznania, bo że się zgodzi, jest oczywiste. Kto ma pieniądze i pozycję, towarzyskie i biznesowe powiązania, odpowiednie znajomości, ten może wszystko. A przecież obie kobiety nie należą do jakiegoś szemranego środowiska. Jedna jest architektką wnętrz, druga, o ile dobrze pamiętam, lekarką. Obracają się w towarzystwie naukowców, prawników, lekarzy, artystów. One mogą wszystko, ale rodzina chłopca, który zginął przejechany przez Barbu, syna Cornelii, traktowana jest zupełnie inaczej. Nikt wokół nich nie skacze, nikt im nie pomaga. Bezradni i zrozpaczeni czekają na korytarzu komisariatu.

Druga warstwa filmu Netzera, dla krytyków chyba ważniejsza, to relacja zaborczej matki i niedojrzałego, bezwolnego syna. Cornelia chce nad Barbu sprawować kontrolę całkowitą. Film zaczyna się sceną zwierzeń. Kobieta żali się, że syn jej unika. Wypadek, który spowodował, daje jej okazję do odzyskania władzy nad nim. Będzie go nie tylko chronić od karnej odpowiedzialności, ale chce niepodzielnie panować nad jego życiem. Wyrwać z rąk innej kobiety, którą traktuje jak rywalkę. Jest jej małym, chociaż dorosłym, synkiem, za którego najchętniej podejmowałaby wszystkie decyzje. Żeby go ukoić, zrobi mu masaż pleców, niewiele brakuje, aby wykąpała go jak małe dziecko.

Ale Cornelia to nie jedyna silna kobieta w tym filmie. Podobna jest jej siostra, podobna cicha i pozornie wycofana Carmen, partnerka Barbu. Kiedy trzeba kobiety zjednoczą się, aby go ratować. To one są twarde, a mężczyźni bezwolni i słabi. Nieprzypadkowo pozostają na drugim planie. Barbu to niedojrzały trzydziestolatek. Nie potrafi i nie ma ochoty wziąć odpowiedzialności za swoje życie. Carmen oskarża go, że nie chce mieć dziecka. Nie stać go jednak na postawienie sprawy wprost, woli robić uniki. Kiedy spowoduje wypadek, pozwoli kobietom przejąć kontrolę nad wszystkim. Nie widać, aby miał wyrzuty sumienia, aby rozumiał, co zrobił, histerycznie skupia się na sobie, swoim bólu głowy, swoim cierpieniu. Oddaje stery matce, niech załatwi, co trzeba. Mam wrażenie, że, jak Felicjan Dulski, najchętniej wykrzyknąłby, a raczej powiedział cichym, płaczliwym głosikiem, dajcie mi święty spokój. Ale może jest dla niego jakaś nadzieja? W końcu nie zważając na protesty matki, chce stanąć twarzą w twarz z ojcem chłopca, którego zabił. Twardo domaga się, aby wypuściła go z samochodu. Co powie zrozpaczonemu mężczyźnie, kiedy się z nim spotka? Czyżby wreszcie zrozumiał, do jakiej tragedii doprowadził?. Jego łzy wydają się szczere.

Ludmiła Ulicka "Zielony namiot"

Tego mi było trzeba. Od czasu do czasu miło jest przeczytać grubą powieść, którą pochłania

się jednym tchem. Dobrze napisaną, raczej tradycyjną, solidne rzemiosło, żaden eksperyment, ale jednocześnie niebłahą. Taki właśnie jest niedawno wydany "Zielony namiot" Ludmiły Ulickiej (Świat Książki 2013; przełożył Jerzy Redlich). Powieść środka, o jaką upominają się autorzy artykułu-manifestu "Alice Munro nie miałaby u nas szans" zamieszczonego jakiś czas temu w Gazecie Wyborczej. Ulicka to rosyjska pisarka urodzona w 1943 roku, autorka wielu powieści wydawanych także u nas. Nazwisko słyszałam, ale dotąd jakoś było nam nie po drodze. Zastanawiałam się, czy nie kupić jej poprzedniej powieści, która ukazała się także w Świecie Książki, "Daniel Stein, tłumacz", ale nie zrobiłam tego. Jednak kiedy przeczytałam o świeżo wydanym "Zielonym namiocie", od razu poczułam, że to coś dla mnie. I nie myliłam się.

Akcja tej rosyjskiej książki zaczyna się w latach pięćdziesiątych zeszłego wieku, jeszcze przed śmiercią Stalina, kończy w roku 1996, w noc śmierci Josifa Brodskiego. Początek jak porządnej, tradycyjnej powieści. Poznajemy trzech kilkunastoletnich chłopców, uczniów tej samej klasy jednej z moskiewskich szkół, Ilję, Sanię i Michę. Każdy pochodzi z innej rodziny, każdy ma za sobą inną przeszłość, ich losy bardzo różnie się potoczą, każdy pójdzie odmienną drogą. Jesteśmy świadkami zarania ich przyjaźni i domyślamy się, że w dalszej części będziemy śledzić ich losy. Po bożemu. Tak rzeczywiście jest, ale tylko do pewnego momentu. Nagle zaczynają się mieszać czas i bohaterowie. Historia traci swą linearność, niekiedy zaczyna bardziej przypominać zbiór opowiadań, aby w następnych rozdziałach znowu wejść w koleiny powieści. Pojawiają się nowi bohaterowie, niektórzy tylko na chwilę, mniej lub bardziej związani z trójką przyjaciół. Na pierwszy plan wysuwa się Ilja, na długo tracimy z oczu pozostałą dwójkę, ale wrócą, a wtedy powieść zyska tragiczną nutę. Autorka swobodnie żongluje ludzkimi losami, niektóre zamykając w jednym rozdziale-opowiadaniu. Ta swoboda dotyczy także czasu. Narrator nie raz nie dwa wybiega w przyszłość, uchylając rąbka tajemnicy. Najpierw ten zabieg dziwi, nawet irytuje, potem jednak czytelnik przyzwyczaja się i nadal towarzyszy mu miłe poczucie potoczystości. Właśnie dlatego nie waham się, mimo wszystko, nazwać powieści Ulickiej tradycyjną. Oczywiście nie sposób nie zadać sobie pytania, po co to wszystko. Otóż "Zielony namiot" jest wspomnieniem przeszłości, z której wybiera się swobodnie ludzi i zdarzenia, nie zważając na chronologię. To pamięć o czasach minionych. Tyle o formie, pora zająć się samą opowieścią, bo to ona jest jednak najważniejsza.

Kim są bohaterowie Ulickiej? To przede wszystkim inteligenci, artyści, naukowcy, wolne ptaki. Dysydenci zaangażowani w działalność konspiracyjną. Rozpowszechniają zakazaną literaturę, samizdat, niektórzy działają na rzecz obrony praw człowieka. Zachłystują się nowymi autorami i ideami. W powieści aż roi się od nazwisk pisarzy niegdyś w Związku Radzieckim zakazanych, Sołżenicyn, Pasternak, Brodski, Wysocki i wielu innych. Sporo na kartach książki fragmentów wierszy, które czytają bohaterowie. Ich życie bywa barwne, awanturnicze, czasem wręcz beztroskie, ale to tylko pozory. Muszą się zmagać z trudami codzienności (ciasne mieszkania, kłopoty finansowe, brak pracy), ale jeszcze gorsze są zmagania z KGB. Bywają śledzeni, prześladowani, stale mówi się o procesach politycznych, łagrach, przesłuchaniach. Atmosfera się zagęszcza, bohaterom towarzyszy lęk i niepewność jutra. Bywa, że schwytani w pułapkę muszą stanąć wobec moralnych wyborów. Różne decyzje podejmują. Wielu, nie mogąc udźwignąć paskudnej radzieckiej rzeczywistości, decyduje się na emigrację. Szczególnie Żydzi, którzy stale muszą mierzyć się z antysemityzmem. Autorka nie potępia swoich bohaterów, stara się ich zrozumieć.

Są w tej powieści momenty dużej urody (opowieść o beztroskiej wyprawie na Krym, o malarzu ukrywającym się na zabitej wsi czy o królu Arturze, eks marynarzu mieszkającym pod Moskwą), momenty wzruszające, skłaniające do zadumy (na przykład nad tym, jak często przypadek wywraca nasze życie na nice, albo nad tym, na ile jesteśmy odpowiedzialni za los innych), a wreszcie momenty chwytające za gardło, tragiczne. Kiedy czytamy o tym, jak pętla zaciska się na szyi niektórych bohaterów, jak nagle spadają na nich wszystkie nieszczęścia, jak się szamoczą z życiem, jak nie widzą wyjścia z sytuacji, jak popadają w depresję czy marazm, czujemy, że dotykamy spraw najważniejszych. Trzech przyjaciół, trzy różne losy. Nieco szalony, beztroski, trochę cyniczny, pragmatyczny Ilja, wolny ptak rozprowadzający samizdat. Wrażliwy, nieśmiały, tajemniczy artysta Sania bezwarunkowo oddany muzyce, wierny przyjaciel. I wreszcie mój ulubiony bohater, Micha, Żyd, sierota na garnuszku ubogiej ciotki, bez reszty gotów zaangażować się w coś, w co wierzy, czy to będzie praca z głuchoniemymi dziećmi, czy miłość, czy konspiracyjna działalność, czy pomoc drugiemu człowiekowi. Wierny przyjaźni, miłości i sprawie.

Dawno żadna powieść nie sprawiła mi takiej zwyczajnej, literackiej przyjemności. Na pewno sięgnę po inne książki Ulickiej, a wyszło ich w Polsce kilka.

PS W "Zielonym namiocie" pojawia się bardzo piękny i ciekawy wątek Tatarów Krymskich. Wspominam o tym, bo problem jakże aktualny.

Piotr Paziński "Ptasie ulice"

Poszłam za ciosem i bardzo szybko po przeczytaniu "Pensjonatu", który mnie zachwycił, zabrałam się za kolejną książkę Piotra Pazińskiego, "Ptasie ulice" (Nisza 2013). Kto czytał tamtą, wie, czego się spodziewać. Na razie Paziński pozostaje autorem jednego tematu. Wskrzesza świat do niedawna w publicznym dyskursie zapomniany, wymazany z powszechnej pamięci, świat polskich Żydów, a właściwie warszawskich. Robi to w charakterystycznym dla siebie stylu. To, co realne, miesza się z fantasmagorią. Nakładają się na siebie czasy i miejsca, ci, którzy jeszcze żyją współistnieją ze zmarłymi. Świat zaludniony przede wszystkim przez odchodzące pokolenie tych nielicznych Żydów, którzy ocaleli z Holokaustu i nie wybrali emigracji. Świat starych ludzi żyjących przeszłością. Wśród nich narrator, młodszy o dwa pokolenia, który jako człowiek dorosły we wspomnieniach wraca do dzieciństwa i usiłuje ten znikający świat odszukać, ocalić. Czy tego chce, czy nie czuje z nim więź. Ci starzy ludzie nie pozwalają mu odejść, ale i on tego nie chce. Niewiele w tej prozie dialogów, niewiele zdarzeń, głównie oniryczne lub melancholijne obrazy. Tyle krótkiego wprowadzenia. Kto chce wiedzieć więcej, może przeczytać moją notkę o "Pensjonacie"

Najnowsza książka Pazińskiego nie stanowi całości, składa się z czterech opowiadań. Pierwsze, "Kondukt", różni się od pozostałych. Tu narracja prowadzona jest w trzeciej osobie, w  pozostałych pojawia się narrator znany z "Pensjonatu", pojawiają się też inne postacie z tamtej książki, pani Tecia, doktor Kamińska, pan Abram, może jeszcze ktoś. Przyznam, że początkowo czułam się nieco rozczarowana. Dwa pierwsze opowiadania podobały mi się, ale nie aż tak bardzo jak "Pensjonat". Dlaczego? To kwestia subiektywna. Może dlatego, że zabrakło w nich tego pięknego, poetyckiego języka nasyconego metaforami, który tak zachwycił mnie w "Pensjonacie"? Może pierwsze nieco mnie znudziło? Zbyt monotonna wydała mi się wędrówka żałobnego konduktu po istniejącym i zarazem nieistniejącym cmentarzu. Z kolei drugie, "Staruszek", ledwie się zaczęło, zaraz się skończyło. Nie dało tego, co obiecywało. Jedno za długie, drugie za krótkie. Ale w dwóch następnych, "Manuskrypt Izaaka Feldwurma" i "Mieszkanie", odnalazłam klimat pierwszej książki (chociaż i tu język już nie tak poetycki). Jak wspomniałam, te odczucia, opinie to kwestia bardzo subiektywna. Dlaczego opowieść o tym, jak narrator krąży po niestniejącej Warszawie w poszukiwaniu tytułowego Izaaka jest bardziej interesująca od opowieści o kondukcie żałobników bez końca wędrujących po fantasmagorycznym cmentarzu? Albo opowieść o nocy spędzonej na czuwaniu przy zwłokach zmarłej w zagraconym, zaniedbanym przez starość mieszkaniu? Nie wiem.

W poprzedniej książce Paziński wskrzeszał ludzi, którzy odwiedzali tytułowy pensjonat, i swoje wspomnienia z dzieciństwa z nim związane. W "Ptasich ulicach" przede wszystkim wskrzesza nieistniejące, zapomniane miasto. Miasto, na którym wyrosło nowe, szczelnie przykrywając to, co było na tym miejscu dawniej. Tak skutecznie, że przeszłość wymazana została ze świadomości mieszkańców nowego. Podczas wędrówek, które narrator odbywa po północnych dzielnicach, jedno miesza się z drugim. Ale tylko na chwilę udaje się przywrócić tamto zapomniane miasto. A może to tylko ułuda? Trudno dotknąć przeszłości.

Jeszcze kilka zdań chciałabym poświęcić ostatniemu z opowiadań. To "Mieszkanie". Opowieść nie tylko o żydowskim świecie, ale i o samotnej starości. Czuwając przy zwłokach nieboszczki, narrator rozpamiętuje swoje wizyty u niej. Musi się zmierzyć z poczuciem ulgi, jakie odczuwał, kiedy czas spotkania dobiegał końca, z niezręcznym milczeniem, które jakże często między nimi zapadało, z niedostateczną uwagą, jaką dawał zmarłej. Jak w życiu.

"Co jest grane, Davis?"

Nareszcie amerykański film, który nie tylko mnie usatysfakcjonował, ale i pozwolił przejąć się losem bohatera, tytułowego Davisa. Nic dziwnego, wszak jego autorami są niezawodni bracia Coenowie. Nie będę udawać, że śledzę ich twórczość dokładnie, mam luki, nie wszystko widziałam, ale od jakiegoś czasu raczej nie opuszczam ich filmów. "Co jest grane, Davis?" przypomina "Poważnego człowieka". Nie jest ani tak absurdalny i śmieszny jak "Tajne przez poufne", ani tak bezwzględny w opisie świata jak "Fargo" czy "To nie jest kraj dla starych ludzi". To opowieść o codzienności, która przygniata. Kogo? Tytułowego Davisa usiłującego spełnić się w roli folkowego muzyka. Oczywiście opowiedziana w charakterystycznym dla Coenów stylu, dlatego znajdziemy tu groteskę, ironię, absurd. Film bywa śmieszny, ale dominują smutek i melancholia. Tyle we wstępie. A jeśli ktoś opowieść o Davisie już widział, może przeczytać ciąg dalszy. Zapraszam.

Czy historię o pechowcu Davisie należy brać na serio? Czy mam prawo przejmować się jego losem? Oceniać postępowanie? Może to tylko bajka i zabawa? Takie pytania zadawałam sobie, oglądając najnowszy film Coenów. Sposób filmowania sprawia, że świat zatrzymany w kadrze przypominał mi ilustracje starych książek dla dzieci. Ładny, nieco tajemniczy i dziwny. Aż roi się od groteskowych, przerysowanych postaci. Tacy są Gorfeinowie (to, ci, którym zgubił kota), tacy są ich goście, taki jest agent Davisa i jego sekretarka. Typy jakby żywcem wyjęte z jakiegoś panoptikum! Za tym idą oczywiście absurdalne sytuacje czy zabawne dialogi. To wszystko sprawia, że widz może poczuć się zdezorientowany, bo filmowa opowieść o Davisie została wzięta w nawias. Ale nie dajmy się zwieść. Czy Woodego Allena nie traktujemy poważnie? A przecież kręci śmieszne filmy. Podobnie jest z Coenami. Dlatego poświęcę trochę uwagi głównemu bohaterowi.

Przyznam, że historia Davisa przejmuje mnie ogromnym smutkiem. Oczywiście rację będą mieli ci, którzy powiedzą, że sam ściągnął sobie na głowę przynajmniej część kłopotów. Jest roztargniony (dlatego ucieka mu kot), bałaganiarski (tak traci licencję marynarza), myśli tylko o tym, co teraz (tak pozbawia się tantiem z piosenki, która nieoczekiwanie staje się przebojem). Zgodzę się też z tymi, którzy powiedzą, że jest nieodpowiedzialnym lekkoduchem. Romansuje z żoną przyjaciela. Jego związki z kobietami mają charakter przelotny. Nie chce wziąć odpowiedzialności za swoje życie. Bywa też obcesowy i niemiły, potrafi ludzi traktować z góry. Na to wszystko zgoda. Ale już raczej nie przyklasnę tym, którzy twierdzą, że wszystkich wykorzystuje. To prawda, że sypia u znajomych, korzystając z ich gościnności albo na siłę się do nich wpraszając. Robi tak jednak dlatego, że dramatycznie brakuje mu pieniędzy. Davis jest folkowym muzykiem. Marzy o śpiewaniu, występach, nie chce się sprzedać, mierzi go uporządkowane, zwyczajne życie. Oczywiście można powiedzieć, trudno, chłopie, skoro nie muzyka nie przynosi ci pieniędzy, weź się do jakiejś roboty, weź odpowiedzialność za swoje życie. Jest jednak coś poruszającego w determinacji, z jaką stale próbuje utrzymać się na powierzchni. Wzrusza nadzieja, z jaką za każdym razem podchodzi do występu w podrzędnym klubie, gdzie może wystąpić niemal każdy.

Kiedy patrzyłam na boksowanie się Davisa z codziennością, przypominałam sobie takie dni, kiedy nic się nie udaje, tylko pech człowieka prześladuje. Problem w tym, że w jego przypadku to nie dzień, ale życie. Stara się, ciągle gdzieś gna, próbuje coś załatwić, a na koniec i tak jest w punkcie wyjścia. Znowu ten sam klub, znowu ta sama kanapa u Gofreinów. A po drodze nieudana wyprawa do Chicago, zgubiony kot, bijatyka. Nawet nie ma płaszcza, tylko kuli się z zimna w marynarce. Ale to, co w historii Davisa najsmutniejsze i najważniejsze, jest zaledwie delikatnie zaznaczone, półsłówkami, gestem, spojrzeniem. Ból po stracie przyjaciela, który kładzie się cieniem na jego życiu. Stracone złudzenia, bo nieoczekiwanie okazuje się, że Jean przespała się także z właścicielem klubu. Niewykorzystane okazje, bo brakuje odwagi albo wiary, że coś się jeszcze da naprawić. Ból istnienia. Jak długo jeszcze będzie próbował? Czy w końcu szczęście się do niego uśmiechnie? Czy podzieli los tych wszystkich, a nie jest ich wcale mało, którym nigdy się nie uda? Jest w historii pechowego Davisa prawda o życiu. I nieważne, czy marzysz, aby zostać artystą, czy twoje pragnienia są bardziej przyziemne. To film o tych, którzy tłuką głowa w mur. Dlatego taki smutny.


Andrzej Stasiuk "Jadąc do Badadag"


Od jakiegoś czasu chodził za mną Stasiuk. W sensie ścisłym chodziły za mną jego książki.


Wiedziałam, że to literatura dla mnie. Jak może nie sięgnąć po autora, którego obsesją jest Europa Środkowo-Wschodnia, ktoś, kto pilnie śledzi nagrodę Angelusa od nominacji, aż po finał? Od pomysłu do jego realizacji droga bywa długa. Myśl kwitła, a ja oddawałam się lekturze innych książek. Aż wreszcie ostatnio przytargałam do domu "Jadąc do Badadag" (Czarne 2004) i bezzwłocznie przeczytałam. Nie myliłam się, warto było.

Ta książka jest zbiorem tekstów podróżnych. Słowacja, Węgry, Ukraina, Rumunia, Mołdawia, Albania, Słowenia, Serbia i Chorwacja to miejsca, po których autor obsesyjnie jeździ, miejsca, które zna jak własną kieszeń, miejsca, do których wraca. Jego paszport roi się od pieczątek, wszystkie z tej części Europy (przypominam: rok wydania 2004, czasy jeszcze przedunijne). Stasiuka nie interesuje Zachód, mało tego, jego nie interesują wielkie miasta czy zabytki, nie interesuje go to wszystko, za czym goni przeciętny turysta, bo Stasiuk turystą nie jest. Śpi w jakichś przygnębiających miejscach, tanich hotelikach, przypadkowych kwaterach. Je i pije w knajpach, do których strach wejść. Niejednokrotnie zmaga się z melancholią, samotnością i nudą. Ostentacyjnie unika tego, co opisywane w przewodnikach. Jeśli zwiedzi turystyczną atrakcję w jakiejś dziurze, czasem przecież takie bywają w miejscach, do których jeździ, to tylko dlatego, aby nie sprawić przykrości komuś, kto mu ją z dumą prezentuje.  W jednym z rozdziałów opowiada o tym, jak płynął deltą Dunaju na wyspę Sfintu Gheorghe. Tak bardzo chciał ją zobaczyć, że przez moment dałam się zwieść. Nazwa brzmi przecież tak pociągająco! Uwierzyłam, że jest tam coś niezwykłego. Wyobraziłam sobie stary monastyr na wyspie zagubionej w delcie Dunaju. Trudno tam dotrzeć, ale jaka nagroda czeka na strudzonego wędrowca. Jak mogłam być tak naiwna, skoro przeczytałam już wcześniej mniej więcej połowę książki? Oczywiście Sfintu Gheorghe to wielkie nic. Kilka rozpadających się domów z trzciny i gliny, jakaś knajpa, a na końcu wysypisko śmieci. Do takich właśnie miejsc peregrynuje Stasiuk. Baia Mare, Oradei, Gjirokaster, Cahul, Gonc, Clit, a wreszcie tytułowe Badadag. Czy te nazwy mówią ci coś, czytelniku tej notki? Czy wiesz, w którym z wymienionych krajów się znajdują? Raczej nie. Po co tam jechać? Wszędzie tak samo, wszędzie tak samo toczy się życie. Wszystkie te miejsca są do siebie podobne, wszystkie zlewają się w jedno i właściwie nie ma większego znaczenia, gdzie dokładnie są. Ale właśnie tego Stasiuk szuka i szukał będzie do śmierci. Tysiąckrotnie powielonej codzienności. Porządku w chaosie, stałości w tymczasowości, czegoś nad, jakiegoś nadpejzażu, jak pisze. Poczucia sensu w świecie, którego nie pojmuje? To mu daje  prowincja, taka, gdzie wszystko zanika i niszczeje, pokrywa się liszajem, brudem i zapomnieniem. Jak przyznaje ma zamiłowanie do rozpadu i żałosną skłonność do wszystkiego, co nie wygląda tak, jak powinno. O tym jest właśnie "Jadąc do Badadag".

To na pewno nie jest książka dla każdego. Wielu pewnie znudzi. Nic ekscytującego przecież po drodze się nie wydarzy. Podróż do podróży podobna, wszystkie zlewają się w jedną, nic dziwnego, skoro tyle ich było. Tyle miejsc, tyle dróg, tyle przydrożnych knajp, tyle noclegów. Ale jeśli ktoś zasmakuje w takiej prozie, nawet jeśli sam nie umiałby w ten sposób podróżować, bo czego innego w podróży szuka, to będzie miał ucztę wspaniałą. Tym właśnie była dla mnie książka Stasiuka. Proza o magnetycznej sile przyciągania.

"Tajemnica Filomeny"

Komu podobał się "Piękny umysł", "Jak zostać królem" albo coś w podobnym stylu, ten pewnie zaakceptuje "Tajemnicę Filomeny" Stephena Frearsa. Kino gładkie, eleganckie, krzepiące, bardzo dobre w oglądaniu, a i łzę uronić można. Reżyser znany, w roli głównej znakomita aktorka, Judy Dench. Jednym słowem rozrywka idealna. Ja jednak wyszłam rozczarowana. Naiwnie spodziewałam się czegoś innego. Może dlatego, że zmylił mnie wiele obiecujący lid do recenzji Tadeusza Sobolewskiego. Sugerował, że to kino poważne ("... dla wszystkich, których dotyka dzisiejszy kryzys religii"). Sobolewski nie pisze o pierwszym lepszym filmie, wybiera tylko te ważne, zwykle ufam jego gustom, tym razem zdecydowanie się rozminęliśmy. Cóż z tego, że "Tajemnicę Filomeny" rzeczywiście bardzo dobrze się ogląda, cóż z tego, że krzepi, cóż z tego, że wzrusza. Kicz też krzepi i wzrusza. Nie chcę się powtarzać, ale trudno, po raz kolejny napiszę: wolę obraz niedoskonały, ale poruszający poruszeniem prawdziwym, a nie łatwym i prostym. A szkoda, bo "Tajemnica Filomeny" ma potencjał na taki właśnie film, ale musiałby go zrobić ktoś inny, na przykład Mike Leigh. Tyle we wstępie, a w drugiej części konkrety dla tych, którzy w kinie już byli.

Tym razem, przekornie będzie to opowieść o tym, czym "Tajemnica Filomeny" mogłaby być, a, niestety, nie jest.

Otóż mogłaby być opowieścią o cynicznym dziennikarzu, który dla pieniędzy, pracy, ewentualnie sławy żeruje na ludzkiej tragedii. Albo szerzej o bezwzględnych mediach. Tymczasem trudno powiedzieć, jaki jest Martin. Długo nie mogłam się zorientować, co nim kieruje. Dlaczego zajął się historią z życia wziętą? Ile w nim cynizmu, wyrachowania, a ile ciekawości, dziennikarskiej pasji czy chęci niesienia pomocy bezradnej staruszce? Mam wrażenie, że reżyser nie potrafi się zdecydować. Niby drażni Martina ta prosta kobieta, denerwują go jej literackie gusta, nieznajomość świata, naiwność, gadatliwość. Ale przecież od początku widzimy, że to sympatyczny człowiek, trudno go nie lubić, reżyser puszcza do nas oko i już wiemy, że koniec końców Martin nie tylko zaangażuje się całym sercem w poszukiwania syna Filomeny, ale też postąpi szlachetnie i nie zrobi jej krzywdy. I tak się dzieje. Dostajemy ociekające lukrem zakończenie. Dzielny Martin nie przejmuje się bezwzględną szefową, dziennikarską harpią, która oczekuje od niego dramatu i łez, szlachetnie obieca, że nie wydrukuje artykułu. W zamian czeka go nagroda, bo Filomena zmieni zdanie.

Druga możliwość, dla mnie o wiele ciekawsza, to film o wierze. On przeszedł typową drogę. Wychowany w rodzinie katolickiej, kiedyś wierny syn kościoła, teraz niewierzący, sceptyczny, racjonalny. Bóg nie jest mu do niczego potrzebny, doskonale się bez niego obywa, nie potrzebuje wiary jako podpórki. Ona, chociaż w młodości skrzywdzona przez zakonnice, nadal wierzy i praktykuje. Religia jest bardzo ważna w jej życiu. Nie ma w niej zapiekłości i nienawiści. Stara się zrozumieć i wytłumaczyć, a nie obwiniać, mimo cierpienia. Potrafi przebaczyć, chociaż, jak mówi, nie przyszło jej to łatwo. Może ten wątek wypada najlepiej, jest w nim sporo prawdy, ale i on grzęźnie w uproszczeniach i moralizatorstwie. Filomena wyrzuca Martinowi, że pełen jest złości i jadu, oczywiście robi to cierpliwie i z troską o jego zbłąkaną duszę. Jak dobra, łagodna, wyrozumiała matka, która zawsze będzie kochać swojego błądzącego syna. Jej słowa szeleszczą papierem.

Wreszcie możliwość trzecia. Ostry film o błędach kościoła, bez uproszczeń, bez czarno-białej wizji świata. Problem przecież nie został wydumany, historia oparta na faktach. Tymczasem tu wszystko jest jednoznaczne. Zakonnice okrutne i cyniczne, Hildegarda wręcz demoniczna, do końca przekonana o swojej racji. Ale dzielny Martin odkryje prawdę, która okaże się jeszcze gorsza, niż myślał, wykrzyczy słowa potępienia, powie, co o tym myśli. Teraz nowa matka przełożona, która jeszcze niedawno też wydawała się coś ukrywać, z uśmiechem na ustach, grzecznie, triumfująco, jakby to ona pokonała straszną Hildegardę, zaprowadzi Filomenę na grób jej syna. Happy end. Zero zniuansowania, kawa na ławę.

Niby te trzy tematy są w "Tajemnicy Filomeny", ale uproszczone, piękne i gładkie. Szablonowych rozwiązań jest w tym filmie wiele. Odnaleziony syn okazał się człowiekiem sukcesu, o swej ojczyźnie i matce nie zapomniał, umierając zrobił wszystko, aby ją odnaleźć, w ojczystym kraju chciał zostać pochowany. Był gejem, ale Filomena, chociaż wierna córka katolickiego kościoła, bez trudu się z tym godzi. Jego przyjaciel Pete nie chce się z nią widzieć? Cóż to dla niej, ona dzięki swej determinacji i łagodności dopnie swego! A jeśli widz się dotąd nie wzruszył (ale trzeba mieć serce z kamienia, aby nie uronić łzy, kiedy matka rozpacza, widząc, jak jej dziecko odjeżdża w siną dal z obcymi ludźmi), to na pewno wzruszy się teraz, będąc świadkiem tego słodkiego pojednania. Niewykorzystany, bo też uproszczony, jest potencjał, jaki niesie ze sobą skonfrontowanie tak niedobranej pary jak Filomena i Martin, pary z całkiem innych światów. Ale o tym już pisałam, więc powtarzać się nie będę.

Wyzłośliwiam się, a tymczasem taka jest konwencja podobnych produkcji. Cóż, sama sobie jestem winna, skoro dzwonkiem alarmowym nie okazała się informacja o ilości nominacji do Złotych Globów i Oskarów. Przyznam, że i ja się wzruszyłam (odrobinkę), wszak kicz to sztuka szczęścia.

"Wielkie piękno"

W poprzednim wpisie wspominałam, że napiszę o "Wielkim pięknie" Sorrentiniego. To film meteor. Wydaje mi się, że miał wejść już jakiś czas temu, ale premierę przesunięto. A tu nagle okazało się, że zdobył Europejską Nagrodę Filmową w kilku (!) kategoriach (film, reżyseria, aktor, montaż), Złoty Glob dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego i, jakżeby inaczej, nominację do Oskara w tej samej kategorii. Złoty Glob i nominacja do Oskara mogą dziwić, bo to kino niekomercyjne, na pewno nie dla każdego (o czym lojalnie uprzedzam). Wskazuje się na podobieństwo do Felliniego, mówi się, że wyrasta z ducha jego kina. Ciekawość i wiara w to, że film może okazać się dużym przeżyciem, sprawiły, że poszłam na niego przed "Jackiem Strongiem", o czym w poprzedniej notce wspominałam. Zdradziłam też wtedy, że film Pasikowskiego pozostał ze mną, a wrażenia z "Wielkiego piękna" gdzieś się ulotniły. W kategoriach obiektywnych (czy takie istnieją?) oczywiście film Sorrentiniego jest lepszy. To inna półka i inna liga, pewnie nawet nie ma sensu zestawianie ich ze sobą, tak bardzo są różne (robię to tylko dlatego, że widziałam jeden po drugim). Ale kino to też, a dla mnie przede wszystkim, przeżycie, emocje. I tu włoski film przegrywa. Ma zachwycać, a jakoś nie zachwyca. Powiem precyzyjniej: kiedy oglądałam zachwycał (chociaż nie od razu, trzeba się wgryźć, oswoić), jednak im więcej czasu mija od seansu, tym wrażenia bledsze. Działa melancholijny nastrój, działa wiele niezwykłych scen, ale gdzieś ulatnia się cała mądrość, przesłanie pozostaje tylko na poziomie deklaratywnym. Kto się kinem interesuje, zobaczyć powinien, ale kto film traktuje przede wszystkim jako rozrywkę, może się znudzić. Akcji tu właściwie nie ma (główny bohater, starzejący się dziennikarz, snuje się po Rzymie, dyskutuje albo imprezuje), jest za to wiele dziwności i surrealistycznych scen, a wszystko przyprawione niewesołymi refleksjami o życiu i krytyką klasy próżniaczej. Tyle we wstępie, a po szczegóły zapraszam do części drugiej. Oczywiście tych, którzy film już widzieli.

Muszę szczerze wyznać, że początek mnie rozdrażnił. Boże, pomyślałam, przerost formy nad treścią! Kino bardzo artystyczne, nadmuchane i nabzdyczone! Przeestetyzowane. A tego naprawdę nie lubię! Poczułam, że dałam się twórcom filmu i recenzentom nabić w butelkę. Z czasem jednak wszystko zaczęło się krystalizować. Szereg początkowych luźnych, niepowiązanych ze sobą scen ustąpił wątłej, bo wątłej, ale jednak akcji. Na melancholijną historię starzejącego się dziennikarza, autora jednej powieści (ale za to głośnej), niespełnionego artysty patrzyłam z zainteresowaniem.

Jep coraz częściej podsumowuje swoje życie. Wraca wspomnieniami do czasów młodości, do rodzinnego miasteczka, do pierwszej miłości. Zastanawia się, dlaczego na zawsze pozostał autorem jednej powieści. Dlaczego nie napisał drugiej? Czy naprawdę tylko dlatego, że nie udało mu się dotknąć absolutu, doświadczyć tego tytułowego wielkiego piękna? A może po prostu zabrakło woli, talentu, pracowitości, konsekwencji? Mimo że na zawsze pozostał autorem jednej powieści, autorem niespełnionym, korzysta z tamtego sukcesu. Obraca się w towarzystwie artystów, dziennikarzy, zdeklasowanej, ale wciąż dumnej, arystokracji, przedsiębiorców i ludzi bogatych. Wszyscy oni prowadzą luksusowe, próżniacze, puste życie. Od przyjęcia do przyjęcia, od imprezy do imprezy, od łóżka do łóżka, od jednego artystycznego happeningu do drugiego. Są w tym jakoś podobni do Jordana Belforta, bohatera "Wilka z Wall Street". Tyle tylko, że  on jest biznesmenem, a oni artystami, on oszukuje, oni nie. Chociaż czy rzeczywiście? Nie kradną, to prawda, ale są artystyczną wyrocznią. Czy nie jest oszustwem wmawianie szarym konsumentom kultury, że jakiś humbug jest wielkim dziełem sztuki? Jak by tego jeszcze było mało, ich pozycja umożliwia nie tylko życie lekkie, łatwe i przyjemne, ale, co jeszcze bardziej irytujące i niesprawiedliwe, daje nieoczekiwane przywileje. Tylko oni dzięki rozmaitym koneksjom mogą podziwiać miejsca niedostępne, zwiedzać piękne pałace nocą, kiedy jest w nich pusto. Czy potrafią to docenić?  Jep chyba tak. Choć jest próżniakiem, cudownym starcem, budzi moją sympatię. Może dlatego, że potrafi być krytyczny wobec siebie i innych? Może dlatego, że jest świadom swojego próżniaczego życia? Może dlatego, że potrafi być przyjacielem? Może dlatego, że umie zdemaskować pseudo sztukę? Może dlatego, że w dniu sześćdziesiątych piątych urodzin mówi sobie, że nie będzie już robił niczego, na co nie ma ochoty? Jep żyje nocą, rankiem przechadza się po wyludnionych o tej porze ulicach Rzymu, podziwiając ich piękno i zastanawiając się nad sobą. Poczucie pustki i miałkości egzystencji coraz częściej każe mu wspominać młodość, szukać tam siebie prawdziwego i utraconych szans. Ale czy przypadkiem się nie oszukuje? Czy rzeczywiście jego pierwsza dziewczyna kochała go całe życie, a on przegapił szczęście? Czy to nie iluzja? Czy złudzeniem nie była wiara w to, że mógł napisać kolejne powieści?

Oglądając ten film, poddawałam się melancholijnemu nastrojowi i często miałam wrażenie, że słyszę coś ważnego. Jakąś mądrą, złotą myśl, jakiś klucz do sensu. Wiele tu też aluzji do dzieł filmowych i literackich ("Słodkie życie" i "Osiem i pół" Felliniego, "Podróż do kresu nocy" Celine'a, Flaubert).  Niestety to wszystko okazało się bardzo ulotne. Mądrości, cytaty gdzieś się zapodziały w mrokach niepamięci, pozostała ogólna refleksja o zmarnowanym życiu i satyra na klasę próżniaczą. Stąd rozczarowanie "Wielkim pięknem". Ale może to moja wina, wina widza nie dość uważnego?

Na zakończenie muszę przyznać, że niewątpliwą przyjemność sprawia szereg absurdalnych, surrealistycznych, ironicznych, prześmiewczych scen wywiedzionych z ducha filmów Felliniego. Para arystokratów, która żyje w piwnicy utraconego pałacu i za pieniądze uświetnia swoją obecnością towarzyskie spotkania, przyjęcie weselne, wizyta świętej zakonnicy, flamingi na tarasie mieszkania Jepy, biskup, który w kółko opowiada o jedzeniu i wiele innych zdarzeń i postaci. 

Teraz, kiedy pisałam o tym filmie, trochę go dla siebie odzyskałam. Pozostaję jednak przy swoim zdaniu, że to raczej tylko przeżycie estetyczne okraszone garścią dość oczywistych refleksji.


"Jack Strong"

Pewnie powinnam zacząć od tego, że historia pułkownika Kuklińskiego jakoś dotąd mnie specjalnie nie zajmowała. Oczywiście miałam jakie takie pojęcie, o co chodziło, ale nie rozpalał mnie dylemat: bohater czy zdrajca? Może dlatego na najnowszy film Pasikowskiego nie czekałam z wypiekami na twarzy. Chciałam go obejrzeć, ale nie aż tak bardzo, jak to nieraz mi się zdarza, więc najpierw wybrałam się na "Wielkie piękno" Sorrentiniego, którego byłam bardzo ciekawa (ale o tym we środę). A przed wyprawą na "Jacka Stronga" przeczytałam wywiad z profesorem Paczkowskim o sprawie Kuklińskiego, żeby nie oglądać filmu bez historycznego podkładu. Warto to zrobić, ale dziury w niebie nie będzie, jeśli sięgnie się po jakieś materiały po seansie. A teraz wreszcie czas na werdykt. Cóż, wrażenia po obejrzeniu "Wielkiego piękna" dość szybko po wyjściu z kina gdzieś się ulotniły, a film Pasikowskiego mam wciąż przed oczami.

To bardzo sugestywne, trzymające w napięciu kino gatunkowe. Reżyser pozostał wierny sobie i, tak jak w przypadku "Pokłosia", zrobił film dla masowej widowni. Mimo że historię znałam i doskonale wiedziałam, jak się skończy, cały czas śledziłam ją z wielkim zainteresowaniem. Już pierwsza scena wprowadza nastrój zagrożenia. Odtąd wiemy, co stanie się z Kuklińskim, jeśli zostanie zdekonspirowany. Rozumiemy, dlaczego tak bardzo się boi, a my boimy się razem z nim. Wiemy, jakie ryzyko podjął. Wybór gatunku, szpiegowski thriller, ma oczywiście konsekwencje. Pasikowski nie rozważa w swoim filmie dylematu: zdrajca czy bohater. Stawia konsekwentnie na jedną kartę: bohater. Może czasem robi to mało finezyjnie, jakby chciał, aby widz nie miał żadnych wątpliwości, że Kukliński to kryształowa szlachetność. Film bardzo wiernie odtwarza całą historię. Zaczyna od pokazania, jak rodzi się decyzja o współpracy a potem skupia się na konsekwencjach. Ryzyko, strach, ogromna samotność, narażanie nie tylko siebie, ale i rodziny. Prowadzenie podwójnego życia ma swoją cenę, co na ekranie doskonale widać. Aby usprawiedliwić decyzję Kuklińskiego, Pasikowski bardzo mocno akcentuje to, jakimi pionkami w wielkiej politycznej grze byli żołnierze. I ci szeregowi, i ci pracujący w sztabie generalnym, i wreszcie sama wierchuszka. Żeby godzić się na to, trzeba było albo bardzo wierzyć w komunistyczną ideologię, albo nie myśleć, albo być cynikiem wyzutym z wrażliwości. Rosjanie są tu pokazani jako demoniczne zło, potwory (czasem niemal dosłownie). Wiem, że niektórzy ten brak zniuansowania (źli Rosjanie, dobrzy Amerykanie) mają reżyserowi za złe. Mnie to jakoś specjalnie nie przeszkadza. W konwencji się mieści. Drażni mnie za to coś innego, oprócz wspomnianej już łopatologii, nadmierny patos. Na szczęście nie ma go zbyt wiele, pojawia się głównie w zakończeniu. 

"Jack Strong" to naprawdę dobre sensacyjne kino, z kilkoma świetnymi rolami (Dorociński jak zwykle nie zawodzi). A przy okazji film zmusza do zainteresowania się tematem. To niewątpliwie jeszcze jedna zaleta.

Stefano Liberti "Na południe od Lampedusy. Podróże rozpaczy"

Nie mogłam nie przeczytać zbioru reportaży włoskiego dziennikarza Stefano Libertiego "Na południe od Lampedusy. Podróże rozpaczy" (Czarne 2013; przełożył Marcin Wyrembelski). Nie tylko dlatego, że wydanie książki zbiegło się w czasie z tragedią, jaka miała miejsce u wybrzeży wyspy i  temat imigrantów forsujących przez morze bramy niegościnnej Europy znowu stał się głośny (oczywiście na chwilę; teraz jakoś zniknął). Odkąd kilka lat temu przeczytałam fascynujący i przerażający reportaż Klausa Brinkbaumera "Afrykańska odyseja", w którym autor podąża szlakami imigrantów za wszelką cenę próbujących dostać się do Hiszpanii, ten problem stał się mi bardzo bliski. Ze współczuciem i bezradnością myślę o tych wszystkich Afrykańczykach, których widywałam na ulicach miast południowej Europy, jak sprzedają swój badziewny towar produkowany pewnie przez podobnych im biedaków gdzieś w krajach Azji. Dlatego książka Libertiego stała się dla mnie lekturą obowiązkową. Autor od lat zajmuje się tą tematyką, to nie pierwsza jego praca poświęcona problemom niechcianych w Europie imigrantów. Jest też autorem filmu dokumentalnego na ten sam temat. Reportaże zamieszczone w tomie "Na południe od Lampedusy" są owocem jego fascynacji, a właściwie, jak sam pisze, obsesji. Powstawały w ciągu kilku lat, kiedy to autor wielokrotnie podróżował szlakami imigrantów. Zatrzymywał się w miejscach, w których gromadzili się, czekając na transport, albo w takich, w których utknęli, często na lata. Był w Senegalu, Mauretanii, Nigrze, Libii, Algierii i Maroku, a na końcu odwiedził tytułową Lampedusę. Spotykał się i rozmawiał z ludźmi w drodze, z wieloma połączyły go bliższe więzy, ale także z tymi, którzy takie podróże organizują, i z rozmaitymi urzędnikami europejskich instytucji.

Liberti inaczej niż wspomniany tu Brinkbaumer mniej zajmuje się przyczynami emigracji. Nie epatuje specjalnie biedą czy beznadziejną sytuacją gospodarczą, społeczną i polityczną krajów subsaharyjskich, skąd przede wszystkim pochodzą bohaterowie jego reportaży. Jakby przyjął za oczywiste, że skoro uciekają, podejmują trud podróży rozpaczy, to mają ku temu powody. Skupia się za to na dwóch sprawach. Po pierwsze z pasją zgłębia wszystko, co łączy się z organizacją takich wypraw. Stara się przeniknąć do gett, w których imigranci przebywają dłużej, czekając na łut szczęścia, aby wyruszyć dalej. Bada ich strukturę, hierarchię, podpatruje codzienność. Włóczy się po medynach Tangeru i Rabatu, odwiedza algierską Maghnijję, miasto imigrantów sklecone z prowizorycznych szałasów, zagląda do punktów przesiadkowych w Nigrze czy zapomnianych miejsc Sahary Zachodniej. Wysłuchuje dziesiątków podobnych do siebie, rozpaczliwych lub pełnych nadziei opowieści ludzi, którzy utknęli w drodze albo zostali z niej zawróceni. To jeden wątek reportaży Libertiego. Drugi to pokazywanie, jak dwuznaczną rolę pełnią tu kraje europejskie i instytucje unijne, które dają spore pieniądze państwom północnej Afryki, aby to one zatrzymywały u siebie imigrantów z krajów subsaharyjskich. Szczególnie zasłużyły się w tym procederze Włochy, przez lata dogadując się z reżimem Kadafiego. Stąd łapanki na ulicach marokańskich, libijskich czy algierskich miast. Stąd brutalne traktowanie schwytanych i odsyłanie ich z powrotem (nierzadko porzuca się ich na pustyni, skazując na śmierć, przed którą może ich uchronić jedynie przypadkowy ratunek). Stąd swoisty ping pong, który trwa na granicy na przykład Maroka i Algierii czy Turcji i Grecji. Stąd imigranci czekający na ziemi niczyjej pomiędzy granicami. Autor pokazuje, jak przy okazji wylewa się dziecko z kąpielą. Ofiarami represji padają często ludzie, którzy od lat mieszkają w jednym z północnoafrykańskich krajów. Zdążyli już ułożyć sobie tam życie, pracują, zarabiają, zgromadzili jakiś dobytek. Nagle zostają pozbawieni wszystkiego i odesłani donikąd. Są i tacy, których celem wcale nie jest Europa, ale właśnie Libia (to już chyba przeszłość) czy Maroko. Dawniej mogli się tam osiedlać, teraz automatycznie znajdują się w kręgu podejrzeń i ich los jest bardzo niepewny. Liberti pokazuje także, jak kraje europejskie swoją egoistyczną czy nierozważną polityką przyczyniają się do produkowania imigrantów (na przykład nielegalne połowy europejskich statków na wodach Senegalu zrujnowały tamtejszych rybaków, zmuszając ich do szukania szczęścia w Hiszpanii). I jeszcze jeden paradoks: w gruncie rzeczy Europa  potrzebuje przybyszów z Afryki. Kto będzie pracował na polach Hiszpanii? Kto będzie wykonywał tysiące innych prac, których Europejczycy nie chcą się imać?

I wreszcie trzeci wątek pojawiający się w książce. Obalanie mitów. Przede wszystkim włoski dziennikarz kwestionuje liczby imigrantów forsujących drogą morską bramy Europy. Twierdzi, że są zdecydowanie zawyżone, a przyczyniły się do tego media. Zarzuca urzędnikom Frontexu ignorancję (swoją wiedzę czerpią właśnie z mediów, sami nie prowadzą żadnych rzetelnych badań). Efektem tego są ogromne środki wydawane na walkę z imigrantami. Drugi mit dotyczy pośredników, którzy te podróże rozpaczy organizują. Powszechnie uważa się, że są to wielkie, zorganizowane siatki przemytników. Liberti udowadnia, że to nieprawda. Najczęściej zajmują się tym drobni naganiacze, pośrednicy działający na małą skalę. Obowiązuje zasada: jest popyt, jest podaż. Sami wędrowcy traktują ten proceder jako coś naturalnego. Zarobek jak każdy inny. Trzeci mit to przekonanie, że uciekinierzy to ludzie prości. Nieprawda, jest wśród nich wielu wykształconych. Trudno mi oczywiście ocenić, na ile Liberti ma rację, obalając mity (szczególnie ten pierwszy). Jego argumenty wydają się wiarygodne, ale na pewno są tacy, którzy je kwestionują.

Wbrew temu, co może wydawać się po przeczytaniu tej notki, nie jest to lektura sucha. Chociaż sporo tu konkretów, przypisów, liczb i faktów, to jest ten reportaż przede wszystkim relacją z podróży nasiąkniętą emocjami. Takie są historie wędrowców spotkanych na trasie, takie są opisy odwiedzanych miejsc. Często brzydkich, zagubionych na końcu świata, tchnących beznadzieją albo przynajmniej melancholią, ale fascynujących swoją atmosferą. Ważna, smutna i ciekawa książka. Takich nigdy dość.

"Hannah Arendt"

Jakiś czas temu zobaczyłam w kinie zwiastun filmu o Hannah Arendt. Nie zachęcał. Zapowiadało się na biograficzną czytankę w amerykańskim stylu. Gwoździem do trumny była scena wykładu. Sala pełna studentów, którzy na koniec w hołdowniczym uwielbieniu biją brawo. Aż zazgrzytałam zębami. Szkoda, pomyślałam. Jakież było moje zdumienie, kiedy pojawiło się nazwisko reżyserki: Margarethe von Trotta. Hollywoodzki film? To przecież do niej nie pasuje. Po raz kolejny przyszło mi się przekonać, że zwiastuny kłamią. Może jednak nie zaryzykowałabym wizyty w kinie, gdyby nie głosy, że może to nie dzieło wybitne, ale ciekawe mimo swojej klasycznej, nieodkrywczej formy. Zgadzam się w pełni z tymi opiniami. Ale po kolei.

Po pierwsze film jest produkcją europejską (francusko-luksembursko-niemiecką). Po drugie nie jest wcale biografią niemieckiej filozofki, uczennicy Martina Heideggera. Margarethe von Trotta skupia się na tym okresie życia Arendt, kiedy ma już ustaloną pozycję w Stanach. I właśnie wtedy decyduje się zostać korespondentką New Yorkera na procesie Eichmanna w Jerozolimie. Widz dostaje też kilka retrospektywnych scen opowiadających o jej związku z Heideggerem. Kiedy Arendt wyjeżdżała do Izraela, szykowała się na spotkanie z potworem. Tymczasem obserwując Eichmanna podczas procesu, stwierdza, że jest zwyczajnym człowiekiem, który wyrzekłszy się myślenia, ślepo wykonywał rozkazy zwierzchników. To wtedy rodzi się jej słynna teza o banalności zła. Dziś klasyka, wtedy wywołuje burzę. Książka opublikowana po procesie, w której wyłożyła swoją tezę, a jakby tego było jeszcze mało, oskarżyła wielu przywódców żydowskich o współpracę z nazistami, ściągnęła na nią gromy. I to właśnie w filmie niemieckiej reżyserki wydało mi się najciekawsze.

Margarethe von Trotta pokazuje, jaką cenę płaci Hannah Arendt za niezależność, bezkompromisowość i śmiałość swoich poglądów. Uczennica Martina Heideggera pozostaje wierna jego nakazowi myślenia, dlatego, kiedy dochodzi do wniosku, że Eichmann nie jest potworem a zło jest banalne, zwyczajne, nie cofa się przed głoszeniem swoich przemyśleń. Pozostaje wierna sobie, cierpliwie tłumaczy, że nie broni nazistowskiego zbrodniarza, tylko wyjaśnia mechanizm zbrodni. Wywołuje furię. Mimo że o internecie jeszcze nikomu się nie śniło, tym bardziej o zjawisku sieciowego hejterstwa, to śmiało możemy mówić o hejterstwie listowym. Arendt otrzymywała stosy papierowej korespondencji ociekającej inwektywami i nienawiścią. Odwrócili się od niej prawie wszyscy, także przyjaciele, co odczuła najboleśniej. Musiała też liczyć się z utratą stanowiska na uczelni, a przecież miała świeżo w pamięci amerykańską poniewierkę. Mimo to trwała przy nakazie myślenia i samodzielności sądów. Była wierna swoim poglądom i nie bała się ich głosić, chociaż niewielu je podzielało. Taka postawa to rzadkość, także dziś. Ilu potrafi myśleć samodzielnie, nie powielać schematów, powszechnych sądów, iść pod prąd? Ilu ma odwagę zaryzykować środowiskowy i towarzyski ostracyzm? Wbrew pozorom Hannah Arendt nie jest pokazana jako postać spiżowa. Widzimy i jej słabości, i to, ile kosztuje ją osamotnienie i potępienie. Jak bardzo czuje się zmęczona nagonką.

Poza tym film jest też ciekawy z powodów czysto poznawczych. Bardzo dobrze odtwarza klimat epoki i w sposób przystępny, prosty, ale nie czytankowy, przybliża postać niemieckiej filozofki i jej poglądy. Jeszcze jeden walor to oryginalne zdjęcia z procesu Eichmanna. Widz może śledzić jego reakcje, wypowiedzi tak, jak robiła to Arendt (obserwowała proces nie na sali sądowej, ale z pokoju dla korespondentów, dzięki czemu mogła widzieć go z bliska na ekranie). I rzeczywiście, mamy przed sobą zwykłego, spokojnego, rzeczowego człowieka. A scena wykładu zakończona studencką owacją? Owszem, jest, ale zwiastun kłamał, a to, co z niego zniknęło, całkowicie zmienia jej wymowę. Co to było, oczywiście nie mogę zdradzić. Warto wybrać się na film Margarethe von Trotty o Hannah Arendt. Nie jest to arcydzieło, ale rzetelna filmowa robota, która porusza i skłania do przemyśleń.

Wojciech Nowicki "Salki"

Nie od razu miałam ochotę na "Salki" Wojciecha Nowickiego (Czarne 2013). Ale obok książek wydawanych przez Czarne nigdy nie przechodzę obojętnie, to podstawowe źródło moich lektur. Jasne, że nie czytam wszystkiego, co wydają, to niemożliwe, ale jeśli tylko zainteresuje mnie temat, biorę w ciemno. Tym razem  zdecydowały świetne recenzje. Wiosną tak dużo się o "Salkach" mówiło, że nabrałam ochoty. No i sięgnęłam wreszcie po książkę o tajemniczym i nieco dziwnym tytule.

Czym są owe salki? To metaforycznie potraktowane miejsca, w których pamięć przechowuje wspomnienia. Reszty nie zdradzę, kto przeczyta, dowie się, skąd właśnie taka nazwa. Bo jest to książka między innymi o pamięci. Autor zastosował prosty zabieg. Podczas wietrznej, bezsennej nocy spędzonej na niewygodnym łóżku w miłym domu na Gotlandii, nocy poprzedzającej powrót do Polski, Nowicki przypomina sobie różne zdarzenia ze swojego życia. Wspomnienia, jak to w takich razach zwykle bywa, są chaotyczne, wpadają i wypadają, czasem łączą się w skojarzeniowe ciągi. Na pewno każdy zna doskonale ten stan. Wystarczy właśnie taka bezsenna noc albo chwila nudnego oczekiwania, albo długa podróż, albo jakaś wędrówka, po prostu moment, kiedy musimy zająć czymś naszą głowę, a myśli zaczynają kłębić się nachalnie, wracają jakieś zdarzenia z przeszłości dalszej lub bliższej, przychodzą jacyś ludzie, których, bywa, ledwo pamiętamy. Wspomnienia Nowickiego są właśnie takie, chaotyczne i nieuporządkowane, ale przecież to książka, więc jest w tym szaleństwie metoda. Ramę stanowi tu historia rodzinna i podróże.

Autor przywołuje nieżyjących już krewnych z obu gałęzi rodu: ciotki, wujów, dziadków, rodziców, i ich obsesyjne opowieści o raju utraconym i doznanych krzywdach. Jak być może niektórzy już się domyślają, ten raj utracony to kresy, Ukraina i Litwa. Wracają jakieś nazwy, które dla nich były stale żywe, dla niego, kiedy jako dziecko słuchał wciąż tych samych opowieści, nic nie znaczyły, wracają też litanie krzywd, przede wszystkim okrucieństwa rzezi wołyńskiej, którą w dzieciństwie karmili go dorośli, nie zważając na wrażliwość małego chłopca. Niewiele pamięta, bo, wiadomo, wtedy go te obce dla niego historie nudziły, dziś chciałby wiedzieć więcej, ale jest już za późno, nie ma kogo pytać. Terra incognita. Ale jest i druga ziemia nieznana, to miejsce, gdzie się urodził i wychował, Opole. Na gruzach cudzej przeszłości, czego wtedy też nie rozumiał. Historia zakłamana, wymazana, przeinaczona. Nie są to opowieści linearne, chronologiczne, nie są nawet kompletne, po prostu takie, jak przywołała je kulawa pamięć bezsennej nocy.

I drugi nurt wspomnień, jeszcze bardziej chaotyczny, podróże. Odbywane na przekór swoim zasiedziałym przodkom, dla których wyjazd z domu to nieomal katastrofa. Odbyli jedną, stamtąd tu, więcej nie chcieli. Potem interesowały ich już tylko podróże pamięci, żadne inne. Inaczej autor. Kiedy czyta się jego przypadkowe wspomnienia, skondensowane w czasie jednej bezsennej nocy, ma się wrażenie, że stale jest w drodze. Najczęściej gdzieś do miejsc nieoczywistych. Przewijają się w jego pamięci jakieś prowincjonalne rumuńskie, serbskie, albańskie, ukraińskie czy litewskie miasteczka i wioski. Z rzadka pojawia się piękne Arles albo jakieś znane muzeum. Jeśli są muzea, to prowincjonalne, dziwaczne, zapomniane, duszne od upału, takie, w których wciąż trzeba zakładać filcowe kapcie, w których nic się nie dzieje. W takich miejscach zwyczajny turysta, nie ma czego szukać. Ale Nowicki stale tam wraca, mimo że często trawi go nuda, czeka  jakiś parszywy nocleg, a czasem zdarzy się coś niemiłego. Po co? Aby być, zobaczyć, wtopić się, obserwować, spotykać dziwnych ludzi. Autor jest znakomitym obserwatorem, zwraca uwagę na szczegół, drobiazg. Tak czuje smak i zapach odwiedzanych miejsc. Przyznaję, tego zazdroszczę, ja tak nie potrafię. Umykają mojej uwadze rozmaite drobiazgi. Zazdroszczę też sposobu, w jaki o tym wszystkim pisze. Czasem mocno, dosadnie, nie pogardzi kolokwializmem, grubym słowem, częściej pięknie, niemal poetycko, posługując się metaforycznym skrótem.

Jest to proza nieco podobna do książki Krzysztofa Środy, "Podróże do Armenii i innych krajów", na cześć której jakiś czas temu napisałam tu niewielki pean pełen ochów i achów oraz zazdrości (zazdrości, nie zawiści). No właśnie, podobna, ale tylko nieco. Bo nadszedł czas na łyżkę dziegciu w tej beczce miodu. Początkowo poddałam się książce Nowickiego z niemal bezbrzeżnym zachwytem, połykałam stronę za stroną. Była jak balsam na moją znękaną duszę. Gdzieś tak od połowy, a może jeszcze dalej, zaczęła mnie nużyć. Za dużo tych podróży, tych dygresji zaczerpniętych z wyszperanych na pchlich targach lektur, opowieści o wariatach, wycieczek w odległą historię. A wszystko to jakoś do siebie podobne. Po pewnym czasie miałam wrażenie, że stale czytam to samo. W końcu pojawiło się poczucie, że ta osobista proza może niekoniecznie w całości powinna trafić do czytelnika. Jak to wyjaśnić? Przecież nie chodzi o to, że autor zdradza jakieś osobiste sekrety, nie, tego tu nie ma. Może rzecz w tym, że ta wystylizowana proza jest rodzajem dziennika i, jak to z memuarami bywa, co ważne dla autora, niekoniecznie interesuje kogoś z zewnątrz. Na tym polega wyższość prozy Środy. Niby metoda i temat podobne (nie ma tylko historii rodzinnej), ale dzięki temu, że wszystko krótsze, ujęte w karby, czytelnik nie ma wrażenia przesytu. Przeciwnie, kiedy kończy, chciałby więcej. oddając się lekturze książki Nowickiego, po jakimś czasie zaczęłam sobie zadawać pytanie: właściwie po co to wszystko? Aż w końcu być może znalazłam odpowiedź. Otóż "Salki" powstały prawdopodobnie w domu dla pisarzy na Gotlandii. To tam znajduje się to niewygodne łóżko, które wspomina, to tam spędził tę bezsenną noc. Może więc jest to danina złożona twórczemu stypendium? Wyzłośliwiam się, z pewnością tak nie jest, na pewno nie w całości. Może tylko ten fragment o współtowarzyszach pisarzach, no i ta wietrzna noc spędzona w za krótkim łóżku. Mimo zastrzeżeń nie żałuję, że książkę przeczytałam. Chociaż dostrzegam mielizny, lektura "Salek" sprawiła mi sporo przyjemności.

Popularne posty