Do kina szłam podszyta nieufnością zmieszaną z ciekawością. Czym okaże się "Sierpień w hrabstwie Osage"? Film ze znakomitą obsadą, obsypany nominacjami do Złotych Globów dla Meryl Streep i Julii Roberts (nawet nie wiem, czy dostały) i do Oskarów. Rodzinna psychodrama porównywana do Czechowa. "Czechow w Oklahomie" krzyczy tytuł recenzji, nietypowa komedia, śmiech więźnie w gardle, to z lidu do tego samego tekstu. Czym więc będzie ten film? Amerykańskim dobrze skrojonym produktem na miarę, eleganckim, ale przewidywalnym, czy może czymś więcej? Bliżej mu do produkcji z Hollywoodu czy do duńskiego "Festen"? Tak sobie myślałam, zmierzając w mroźne sobotnie przedpołudnie przez opustoszałe miasto do mojego ulubionego kina. No cóż, teraz już wiem. Tak w gruncie rzeczy przypuszczałam. "Sierpień w hrabstwie Osage" to sprawnie zrobiony film ze znakomitą obsadą, przyjemny w oglądaniu, ale do bólu przewidywalny. Jest jak te piosenki, które lubimy, bo doskonale znamy. Z Czechowem łączy go tyle tylko, że bohaterkami są matka i trzy siostry, a rzecz rozgrywa się na prowincji, amerykańskiej rzecz jasna. Całą resztę można sobie dośpiewać. Spotkanie matki z córkami, zięciami i innymi krewnymi prowokuje rodzinne piekiełko. Wybuchają zadawnione konflikty i pretensje, na wierzch wychodzą rozmaite urazy, traumy, toksyczne więzi i oczywiście tajemnice. Mogłabym tu stworzyć długą listę tychże, z których, czytelniku tej notki, mógłbyś dowolnie wybierać, bawiąc się w zgadywanie. Mogłabym też pewnie po prostu je wymienić bez większej szkody, wszak są tak dobrze znane. Toposy, którymi karmi się kino popularne i seriale. Owszem, ogląda się z przyjemnością, podobną do tej, jaką czerpiemy z wizyty w teatrze na wystawionej po bożemu, solidnej sztuce, która daje znakomitej obsadzie duże pole do aktorskiego popisu. Nieprzypadkowo odwołuję się do takiego skojarzenia. Scenariusz bowiem powstał na podstawie nagradzanej sztuki Tracy'ego Lettsa. I tę teatralność na ekranie widać. Z wyżej wymienionych powodów nie żałuję, że w kinie byłam. Świetne aktorstwo, sarkastyczne dialogi, rodzinne tajemnice to czasem wystarcza. Ale jeśli, czytelniku tej notki, szkoda ci pieniędzy na taką elegancką błyskotkę albo nie bardzo masz czas na wyprawę do kina, możesz ją sobie spokojnie darować. I tak w pół godziny po seansie zapomnisz. To nie film z pazurem, prowokacyjny, poruszający, ostry. Ot, miłe, eleganckie, może nieco wzruszające dwie godziny w kinie, tylko tyle albo aż tyle. Zależy od punktu widzenia.
"Sierpień w hrabstwie Osage"
"Pod Mocnym Aniołem"
Od razu przyznam, że nie czytałam książki Pilcha. Właściwie początkowo chciałam to zrobić przed obejrzeniem filmu, ale natychmiast przyszło otrzeźwienie. Nie ma nic gorszego, niż zapoznanie się z literackim pierwowzorem, albo jego ponowna lektura, tuż przed wyprawą do kina. W takiej konfrontacji film, z konieczności operujący skrótem, najczęściej nie dorasta do wyobrażeń. Zbyt dokładnie pamiętamy książkę, aby to, co na ekranie, nie wydało się nędznym echem literatury. Pewnie, że nie zawsze tak jest, w wypadku opowiadania ta reguła nie musi się sprawdzać, ale jako że "Pod Mocnym Aniołem" to powieść, wolałam nie ryzykować. Mam w pamięci kilka zepsutych filmów właśnie z tego powodu. Dlatego lekturę odłożyłam na później. Coś tam jednak do mnie dotarło, jakieś strzępy porównań. Podobno książka bardziej krzepi, podobno historia miłosna bardziej wzrusza. Zostawmy jednak powieść, której, jak przed chwilą wspomniałam, nie znam. Zajmijmy się tylko filmem.
Obojętność. To słowo chyba najlepiej oddaje mój stosunek do najnowszego obrazu Smarzowskiego. A niestety nie ma chyba nic gorszego. Historia Jerzego, wziętego pisarza, człowieka sukcesu, uwielbianego przez kobiety, a jednocześnie nałogowego alkoholika, powinna wstrząsnąć, zbrzydzić, poruszyć. Nic z tego. Pozostałam zimna niczym sopel lodu. Oglądałam chłodnym okiem obserwatora, jak często patrzy się na film przyrodniczy. Podobnie traktowałam całą galerię alkoholików graną przez wybitnych aktorów. Zdarzało mi się roześmiać, podziwiałam aktorskie popisy, ale nic więcej. Może za mało w nich życia? Za mało ludzi z krwi i kości? Może za bardzo przypominają literackie figury? Na oddziale odwykowym spotkamy cały społeczny przekrój: artystów, intelektualistów, księdza, kierowcę, zakompleksioną kobietę w dzieciństwie zdominowaną przez ojca, robotnika, rolnika i wreszcie tych z samego dna. Ale przecież oni wszyscy są na dnie, dlatego są tu, na odwyku. Niektórzy po raz kolejny. Dlaczego piją? Słuchamy całej litanii, ale to właściwie bez znaczenia, bo tak naprawdę każdy powód jest dobry. Jestem świadkiem ich wyznań, wspomnień z przeszłości, ale mnie nie poruszają. Mam przed oczami diagnozę społeczną, nie mam prawdziwego życia. Nawet losy Jerzego, artysty, który jest pewien, że picie kontroluje, że to nie jego problem, artysty, dla którego alkohol jest literackim paliwem (ileż wspaniałych historii usłyszy w szpitalu, wystarczy tylko trochę literacko podrasować, tylko trochę zmitologizować!) śledzę chłodnym okiem. Obojętna pozostaję na miłość. Nie umiem wzruszyć się losem studentki, jedynej barwnej osoby na ekranie (dosłownie barwnej, jej intensywnie niebieski płaszcz aż oślepia, pewnie to nie przypadek), która zakochała się w Jerzym, chociaż tego nie chciała, i musi patrzeć na jego upodlenie (jednak "Pod Mocnym Aniołem" na pewno nie jest filmem o współuzależnionej kobiecie; ona to też tylko figura). Podobnie nie umiem współczuć porzuconemu Jerzemu. Nie jest to więc również film o zbawczej sile miłości. Nawet jeśli taki był zamysł, gdzieś się rozmył w szeregu wielu nawracających wspomnień podsuwanych przez chaotyczną pamięć bohatera. Ten ciąg coraz bardziej zapętlających się zdarzeń, wspomnień z pobytów w klinice, które nakładają się na siebie i mieszają, ciąg coraz bardziej onirycznych, nielinearnych scen miał pewnie wessać widza w świat alkoholika, zmęczyć, przerazić, zmarnować. Mnie po prostu w pewnym momencie zaczął nużyć. Za dużo tego. Zobojętniałam do reszty.
I na koniec jeszcze jedna uwaga. Jak słyszę, film niektórym niesie nadzieję, jest w nim podobno odrobina optymizmu. Ale moim zdaniem zakończenie jest otwarte. Dziewczyna nie przyjechała po Jerzego, w ostatniej scenie widzimy go, jak stoi w tym swoim bermudzkim trójkącie, jakby się wahał. Co zrobi? Czy, jak poprzednio, pójdzie Pod Mocnego Anioła albo do sklepu z alkoholem czynnego, jakżeby inaczej, całą dobę? Jakoś nie odnajduję w tej scenie nadziei.
Piotr Paziński "Pensjonat"
O "Pensjonacie" Piotra Pazińskiego (Wydawnictwo Nisza 2009) usłyszałam kilka lat temu w jakimś nieistniejącym już dziś programie telewizyjnym poświęconym polskiej literaturze. Same pochwały, świetne recenzje, już wtedy (chyba?) chciałam ją przeczytać. Jeśli jednak nie kupi się książki od razu, to potem wypierają ją kolejne nowości i inne czytelnicze zachcianki. Tak było i tym razem. Miesiące a nawet lata płynęły, a ja od czasu do czasu przypominałam sobie o "Pensjonacie". Aż pewnego pięknego dnia ostatnich wakacji wpadł mi w ręce przeceniony, kosztował jakąś śmieszną kwotę. Takiej okazji nie mogłam wypuścić z ręki, kupiłam, ba, szczęśliwą posiadaczką drugiego egzemplarza została moja przyjaciółka, namówiona przeze mnie. Ona przeczytała od razu, moja książka swoje na półce odczekała, aż nadszedł jej czas (decyzję o lekturze niewątpliwie przyspieszyła wiadomość, że Paziński wydał właśnie "Ptasie ulice", też chwalone). Wystarczył weekend, aby ją pochłonąć. Nie tylko dlatego, że krótka. Przede wszystkim ciekawa, melancholijna nastrojowa. Żeby napisać, czym jest "Pensjonat", najpierw trzeba wyjaśnić, kim jest autor. Piotr Paziński, z wykształcenia filozof, to reprezentant tak zwanego trzeciego pokolenia po Holokauście. Jest redaktorem naczelnym miesięcznika Midrasz, żydowskiego czasopisma społeczno-kulturalnego. "Pensjonat" to jego literacki debiut.
Czym jest ta książka? Czy to powieść, czy wspomnienia? Trudno oddzielić jedno od drugiego. Autor nie ukrywał w wywiadach, że jego proza karmi się przeszłością. Pamięcią sięga czasów swego dzieciństwa, kiedy to razem z babcią spędzał wakacje w żydowskim pensjonacie w Otwocku. Jedyne dziecko wśród dorosłych, Żydów ocalałych z Holokaustu. Skazane na towarzystwo dziwnych, starych ludzi, ich utyskiwania, opowieści, spory, dyskusje, których nie rozumiał. Po latach wraca do tamtych dni, chciałby jak najwięcej ocalić ze świata, którego już nie ma. Pamięć zawodzi, nie ma kogo zapytać. Dziś żałuje, że kiedyś nie słuchał dość uważnie, nie dopytał, nie chciał wiedzieć. Czytelniku tej notki, czy nie zdarzyło ci się kiedyś coś podobnego?. Żal, że w dzieciństwie nie dość uważnie słuchało się opowieści babci, a teraz przepadło, i nic poradzić nie można, chociaż tak bardzo chciałoby się wiedzieć. Aby dopomóc pamięci narrator (autor?) wraca do pensjonatu. Podupadłego (ale i kiedyś nie było tam luksusów, ciasne pokoiki przenikał zapach stęchlizny i wilgoci, a ściany łazienki porastał grzyb), pustego o tej porze roku, okrytego mgłą i melancholią, toczonego przemijaniem. Czy ci, których tam spotyka, żyją jeszcze, czy może wracają do świata przywołani wspomnieniami narratora? Czy jego sentymentalna podróż zdarzyła się naprawdę, czy to tylko oniryczne wizje? Zaglądając do pokoi, jadalni czy zamkniętej na głucho świetlicy, wyglądając przez okno, spacerując po okolicy, przypomina sobie echa dawnych rozmów, sporów i ludzi, panią Malę, babcię, pana Jakuba, pana Abrama, doktora Kahna i wielu innych. Ożywają postacie na starych fotografiach przechowanych przez panią Tecię, wracają przypomniane pamięcią przedmiotów. Ten ocalał, właściwie nie wiadomo dlaczego, ten wrócił z dalekiego zesłania, ten zginął jak większość. Dlaczego Bóg przypomniał sobie o jednych, a innym pozwolił zginąć w piecach Treblinki albo na ulicach Lwowa od niemieckiej kuli? Obudził się na chwilę ze swego snu, czy zapomniał, a o wszystkim zadecydował przypadek? Nie ma w tej książce tak często obecnych w literaturze Holokaustu dramatycznych, okrutnych scen, nie ma epatowania cierpieniem, nienawiści, pretensji do Boga i ludzi. Jest zaduma, smutek, melancholia, ironia i żal za niepoznanymi nigdy, bo utraconymi, ludźmi, za przeszłością, za tamtym światem. Te, na poły realistyczne, na poły senne, wspomnienia są delikatne jak mgiełka, bo dziurawa pamięć nie pozwala na nic więcej. Ale urok książki Pazińskiego nie tylko na tym polega, a może w ogóle nie na tym. Takich książek odwołujących się do pamięci o utraconym żydowskim pokoleniu było wiele. To język sprawia, że "Pensjonat" przenosi się w wyższe rejony. Język piękny, kunsztowny, naszpikowany metaforami, porównaniami i innymi środkami poetyckiego wyrazu. Jak zwykle, kiedy czytam taką prozę, zazdroszczę autorowi, że tak nietuzinkowo potrafi składać zdania. Jakże bym chciała, aby to spod klawiszy mojego laptopa wysypały się takie zdania:
"Na szczęście tory leżały tak, jak je pozostawiłem. Biegły prosto przed siebie, zdecydowanym ruchem, by stopić się z horyzontem, stąd ledwie widocznym, przesłoniętym przyrodą, albo przeciwnie: zniknąć w ukrytym tunelu wydrążonym w niebie i dalej gnać już po drugiej stronie, w całkiem innym i nieznanym świecie."
Niestety. Ale na szczęście pozostają książki, takie jak "Pensjonat" Piotra Pazińskiego.
Miałam już kończyć, ale przecież muszę dodać jeszcze jedno. Narrator jest nie tylko strażnikiem przeszłości. On czuje się kolejnym ogniwem tamtego świata. Ostatni z łańcucha pokoleń, uczepiony na samym końcu. Jak pisze o sobie.
Filip Springer "Wanna z kolumnadą. Reportaże o polskiej przestrzeni"
Właściwie nie miałam zamiaru czytać tej książki. Tak jak i pozostałych reportaży Filipa Springera. Nie, nie dlatego, że mam coś przeciwko. Odwrotnie, błyskawiczny rozwój pisarskiej kariery ich autora śledzę z dużym zainteresowaniem. Czytelniku tej notki, niech cię nie zmyli mój ton i kursywa użyta w poprzednim zdaniu. To nie ironia, ale dystans do zwrotu pisarska kariera. Naprawdę mój czytelniczy słuch każe mi podziwiać autora, który zajął się niebanalną tematyką. Doskonale wiem, co napisał, czytałam i wysłuchałam kilku albo nawet kilkunastu przeprowadzonych z nim wywiadów. Wszystkie bardzo ciekawe. Tematy też są mi bliskie. Ale powtórzę po raz nie wiem który: nie ma czasu na czytanie wszystkiego, co by się przeczytać chciało. Książki napierają ze wszystkich stron. Nowości, nieoczekiwane odkrycia (jak przeczytasz jedną pozycję jakiegoś autora albo na jakiś temat, to, bywa, że natychmiast masz ochotę na następne), a i do klasyki miałoby się ochotę wrócić albo sięgnąć po zaległości. Kolejka się wydłuża, półka książek oczekujących na przeczytanie puchnie, lista książek oczekujących na kupienie jest jeszcze dłuższa. a przecież czytam, czytam, czytam, czytam. Czasem ten nadmiar mnie po prostu przeraża. Dlatego Filipa Springera starałam się wyprzeć z pamięci, nie wpisywać na listę, bo za dużo, za dużo. Broniłam się dzielnie, ale kiedy szum medialny związany ze świeżo wydaną książką autora zaczął wwiercać się w moje mózgowe zwoje, skapitulowałam. Nie, nie uległam reklamie. Zrozumiałam, że "Wanna z kolumnadą. Reportaże o polskiej przestrzeni" Filipa Springera (Czarne 2013) to książka dla mnie!
Jeśli, czytelniku tej notki, i ty nie możesz spokojnie patrzeć na tysiące zalewających nas billboardów, jeśli i ciebie bolą oczy od paskudnych szyldów, szyldzików, reklam, banerów porażających swą szpetotą, umieszczonych na płotach, fasadach i gdzie popadnie, jeśli i ciebie drażnią oblepione chałupniczymi ogłoszeniami słupy, wiaty przystanków i rynny, jeśli twoje poczucie estetyki ranią poustawiane nawet w centrach miast byle jakie budy, które udają sklepy, jeśli i ciebie irytuje (aż prosi się tu o mocniejsze słowo) ten architektoniczno-estetyczny bajzel, który nas otacza, to i ty powinieneś przeczytać tę książkę. Ale może powinni sięgnąć po nią przede wszystkim ci, którym to wszystko nie przeszkadza? Już nie pamiętam, czy to Springer, czy może ktoś inny w radiowej dyskusji powiedział, że takie książki są właśnie po to, aby zwrócić uwagę na problem. Ostrzegam. "Wanna z kolumnadą" podnosi ciśnienie i po prostu przygnębia. Po przeczytaniu pierwszego rozdziału, "Ucieczka z ulicy Urbanistów", byłam niemal chora. Wcale nie dlatego, że Springer odkrył przede mną coś nowego. Doskonale zdaję sobie sprawę z urbanistycznego chaosu wokół, z budowania bez ładu, składu i myślenia o przestrzeni, z bezładnego rozlewania się osiedli po obrzeżach polskich miast. Ja to wszystko dostrzegam i cierpię. Ale Springer pokazał coś znacznie gorszego: mechanizm, który na to wszystko pozwala, i brak nadziei, że cokolwiek się zmieni. Jest jeszcze gorzej! Billboardy, reklamy, szyldy, papierowe ogłoszenia, rosnące jak grzyby po deszczu płoty grodzące osiedla i budynki, nawet te ohydne budy (akurat o nich autor nie pisze, to mój wkład w temat) można dość łatwo zlikwidować. Wystarczy odpowiednie prawo konsekwentnie realizowane. Nawet bloki z wielkiej płyty zainfekowane jednostką chorobową nazwaną przez Springera pastelozą kiedyś zmienią swój kolor. Mogę sobie wyobrazić, że za, powiedzmy, dziesięć, może piętnaście lat ten problem zniknie. Niestety nie znikną te wszystkie osiedla-sypialnie wyrastające gdzieś w polu, źle zaprojektowane, budowane chyba tylko z myślą o zysku, nie znikną brzydkie budynki, nie zniknie hotel Gołębiewski w Karpaczu, zbrodnia dokonana na krajobrazie. To rany zadane polskiej przestrzeni publicznej na dziesiątki a może setki lat. Podobnie jak uregulowanie rzek czy ich zniknięcie (temu poświęca autor osobny rozdział). Springer nie tylko nazywa i diagnozuje problemy, nie tylko pokazuje mechanizmy, które je powodują, ale także uświadamia konsekwencje estetyczne (to oczywiste), gospodarcze i społeczne, a z tych często nie zdajemy sobie sprawy. Przez karty jego książki przewijają się także ci, którym problem doskwiera. To architekci, urbaniści, ale może przede wszystkim samotni szaleńcy, którzy na własną rękę, dostępnymi sobie metodami próbują zwalczać wszechogarniającą nas brzydotę. Niestety często to walka z wiatrakami. Nie zawsze, na szczęście.
I na koniec jeszcze jedno. Mój znajomy, z którym dzieliłam się emocjami wywołanymi książką Springera, próbował tłumaczyć to wszystko biedą i zwalać winę na bieżącą politykę. Biedni ludzie nie mają pieniędzy na porządną reklamę, porządne ogłoszenie, stąd to chałupnictwo. Niestety to nie tak. Za wielkopowierzchniowymi reklamami, za płachtami spowijającymi budynki, za hotelem Gołębiewski, za nowymi osiedlami, za tym wszystkim stoją wielkie pieniądze, wielki, często bezwzględny, biznes i lokalne układy i układziki. I zupełnie nie ma znaczenia opcja polityczna powiatowego czy miejskiego urzędnika wydającego zgodę na budowę tych koszmarów.
Trafiony, zatopiony. Przeczytałam "Wannę z kolumnadą" i teraz mam ochotę na "Miedziankę" i książkę o Hansenach. Kiedy po nie sięgnę? Kiedyś na pewno.
PS. Emocje towarzyszące pisaniu tej notki zamąciły mi umysł i pewnie dlatego nie wspomniałam, że książka Springera to także album zawierający dokumentację zbrodni popełnianych na krajobrazie. Po prostu książka pięknie wydana (niestety dlatego droższa).
"Na głębinie"
"Na głębinie" to opowieść o zwyczajnym człowieku, który w ekstremalnej sytuacji znalazł w sobie niezwykłą siłę, aby ratować życie. Misiowaty Gulli niczym specjalnym się nie wyróżnia. Pracuje na kutrze, mieszka z rodzicami, wolne wieczory spędza, jak inni, w pubie. Tańczy, pije, pali jak smok, jeśli trzeba w obronie kumpla wda się w awanturę. Jest nieco nieśmiały, nie znajdzie w sobie odwagi, aby nawiązać znajomość z dziewczyną, która mu się podoba. Nie zrobi tego nawet, kiedy wróci do miasteczka, chociaż była to jedna z obietnic złożona sobie i Bogu, gdy walczył o życie. Spełni inne: zaopiekuje się psem kolegi, pocieszy wdowę po przyjacielu i jej dzieci. To jednak prostsze niż poderwanie nieznajomej. Będzie dziwił się sławie, jaką nagle zyskał. Rozgłos nie pasuje do tego zwyczajnego, nieśmiałego faceta. Chociaż boi się powrotu do domu, wróci na swoją wyspę, do miasteczka, a w końcu nawet na kuter. Będzie żył jak dawniej.
Oczywiście najważniejsze miejsce w filmowej opowieści stanowi niezwykły wyczyn Gulliego i pytanie: jak to było możliwe? Rozpacz, zwątpienie, nadzieja i determinacja mieszają się ze sobą. Gulli wie jedno, za wszelką cenę musi płynąć, musi się starać dotrzeć do brzegu. Jeśli będzie czekał na pomoc, na pewno zamarznie. Najpierw zrobi wszystko, aby ratować przyjaciela. Kiedy zostanie sam, przyjdzie pierwsza chwila zwątpienia. Samotność jest pewnie tym bardziej dojmująca, że wokół noc. Przygniata go świadomość, że jest nic nieznaczącą drobinką w żywiole oceanu. Pociechę dają mu mewy. Jak powie potem, nigdy nie był dla nich dobry. Teraz to jedyne żywe stworzenia. Gulli modli się, ale bez przesady. Chyba ważniejsze są rozmowy z ptakami i wspominanie przeszłości. Nie myśli o śmierci, skupia się na zadaniu. Zanim dotrze do celu, stoczy walkę z własną słabością i przeciwnościami natury. Nadzieja pojawia się i znika. Najpierw statek, który go nie zauważa, potem, kiedy dopłynie do wyspy, musi jeszcze ją zdobyć. Nie da się wspiąć po klifie w miejscu, w którym wyszedł z wody smagany wiatrem i falami, musi jeszcze raz wejść do lodowatego oceanu i płynąć dalej. Ile hartu ducha trzeba w sobie mieć, aby w takiej chwili nie załamać się i na nowo podjąć wyzwanie! Przyznam, że mnie najbardziej przeraził moment, kiedy okazało się, że Gulli, zanim dotrze do miasteczka, ma do pokonania skalisto-lodowe pustkowie. Wtedy poczułam potworne zimno, rany na bosych nogach, chłód mokrej koszuli na wyziębionym ciele. Jaką determinację trzeba mieć, aby brnąć przed siebie? Może klucza należy szukać w przeszłości? Mieszkańcy wyspy doskonale pamiętają katastrofę sprzed lat, wybuch wulkanu, który przysypał miasteczko czarnym pyłem. Najpierw nocna ewakuacja, w pośpiechu, w panice. Sceneria tyleż groźna, co piękna. Ognista lawa i płonące domy rozświetlają czarną noc. Nie wszyscy zdecydowali się wrócić. To, co zobaczyli śmiałkowie, było i fantastyczne, i przerażające zarazem. Miasteczko utopione w wulkanicznym, czarnym pyle. Powtórzę po raz kolejny: ile determinacji trzeba w sobie mieć, aby zacząć tu nowe życie? Skąd wziąć siłę, aby oczyścić dom, w którym czarno? A jednak po latach miasteczko żyje i wygląda niezwykle usadowione w nadmorskiej kotlinie otoczonej wzgórzami. Szczególnie nocą, kiedy proste, małe, białe domki przypominają rozżarzone lampiony. No więc może tamto doświadczenie go zahartowało? Ale czy da się w ogóle znaleźć odpowiedź? Gulli godzi się wziąć udział w naukowych badaniach. Miałam wrażenie, że robi to z zaciekawieniem i pewnym rodzajem pasji. W końcu jednak rezygnuje i wraca do domu. Dlaczego? Bo tak naprawdę nie ma odpowiedzi? A może odpowiedź nie jest dla niego ważna? Naukowcy próbują swoim szkiełkiem i okiem rozwikłać zagadkę, zmierzyć, zbadać, znaleźć rozwiązanie i skuteczne remedium dla innych rozbitków. Gulli mówi dość i zostaje z tajemnicą.
"Wilk z Wall Street"
Kluczowe pytanie brzmi: co sprawia, że "Wilk z Wall Street" raczej bawi, niż przeraża? A przynajmniej nie przeraża tak, jak powinien? Owszem, kiedy go oglądałam, zdarzały się momenty, w których czułam obrzydzenie. Ta niepohamowana niczym zachłanność na bezustanną zabawę, nieograniczoną konsumpcję, seks, dragi, alkohol i pieniądze. Orgie seksualne niczym w starożytnym Rzymie. Przedmiotowe traktowanie kobiet, które Jordan Belfort i jego kompani sprowadzają tylko do obiektu seksualnego. Jakieś dzikie, wręcz pierwotne, zachowania: wrzaski, bluzgi, poklepywania, tarmoszenie, chichot. Prymitywne marzenia. Więcej, więcej, więcej. Traktowanie ludzi jak przygłupów, od których bezkarnie i bez skrupułów można wyciągać pieniądze po to, aby zarobić. Nieważne, że oni stracą. I ci wszyscy maklerzy czy brokerzy wpatrzeni w Belforta jak w obrazek, gotowi skoczyć za nim w ogień, bez cienia refleksji. To wszystko budzi wstręt, ale tylko na chwilę. Całość jednak nie dotyka. Dlaczego? Bo bohaterowie Scorsese, chociaż przecież wstrętni, budzą zaciekawienie i, nie oszukujmy się, przynajmniej trochę sympatii. Są, jak podpowiada mi moja intuicja (ale mogę się mylić, gdyż, wstyd się przyznać, w filmografii Martina Scorsese mam jakieś dziwne luki), jakąś wersją bohaterów jego gangsterskich filmów.
Belforta uczynił reżyser narratorem, który zwraca się z ekranu bezpośrednio do nas, widzów. Ten zabieg skraca dystans i natychmiast traktujemy go jak znajomego dzielącego się z nami swoją nieprawdopodobną historią wzlotu i upadku. Wieczny chłopiec skory do najdzikszych swawoli. Jakby tego było mało, główny bohater fascynuje. Może nie tyle pomysłowością, ile oratorskimi popisami, aktorskimi występami, umiejętnością panowania nad wpatrzonym w niego tłumem podwładnych. Belfort to typ guru, który potrafi zawładnąć ludzką masą. Tyleż przerażający, niebezpieczny, co fascynujący. Doceniamy też jego lojalność wobec najlepszych kumpli. Ostatecznie to Donnie, przyjaciel, zdradza go, ratując siebie. A kompani od biznesu i hulanek? Banda rozpasanych, nawalonych dziwaków i świrów, ale też przecież sympatycznych. Nie cyniczni dranie, ale swoje chłopy. Rubaszne, wyluzowane, skore do wiecznej zabawy i najdziwniejszych wygłupów. Jakby nadal mieli kilkanaście lat.
Jest jeszcze drugi powód, który sprawia, że film Martina Scorsese raczej bawi niż przenikliwie analizuje chciwość. To wręcz barokowa przesada. Historię Belforta i jego kumpli, ich działania a szczególnie styl życia cechuje barwny nadmiar. Za dużo tu wszystkiego. Pieniędzy, bogactwa, alkoholu, dragów, seksu i imprez. Ich życie to wielkie przedstawienie, kiczowata rewia, na którą producent nie poskąpił pieniędzy, a nie ambitny dramat, który przeora sumienie widza. Oglądając film, przecież oparty na faktach, zastanawiałam się, na ile twórcy podkręcili historię Jordana Belforta, a na ile zrobił to on sam w swojej książce? Czy rzeczywiście tak żył, tak się zabawiał? Czy w swoich wspomnieniach pisze o wyrzutach sumienia? Stać go na refleksję? Żal za grzechy? Bo jego filmowe wcielenie po spektakularnym upadku zaczyna karierę od początku. Cynicznie uczy wpatrzonych w siebie adeptów chciwości, jak wcisnąć każde badziewie takim naiwniakom jak my.
Ta wizja świata, te wyprane z sumienia chciwe typy powinny przerażać. Tymczasem znakomicie się bawimy, może już pod koniec nieznacznie znużeni, z niebezpieczną fascynacją oglądając wyczyny Jordana Belforta. Tylko czasem czujemy obrzydzenie. Dopiero potem, na poziomie rozumu, przychodzi otrzeźwienie. Zawsze jednak istnieje niebezpieczeństwo, że niektórzy widzowie zatrzymają się na poziomie zabawy. Dlatego zdecydowanie wybieram chłodną, drapieżną, wstrząsającą "Chciwość". Kto nie widział, polecam.
PS. Zapomniałam dodać, że Leonardo di Caprio jest rzeczywiście znakomity.
Toni Morrison "Dom"
To moje pierwsze spotkanie z prozą Toni Morrison, afroamerykańską pisarką, laureatką Nagrody Nobla (1993). Pewnie bym po nią nie sięgnęła, jakoś nam było dotąd nie po drodze (tłumaczenie, że nie sposób czytać wszystkiego, tyle razy w moich notkach przywoływane, robi się nudne, chociaż jest prawdziwe), gdyby nie zgodny pochwalny głos trojga recenzentów w Sztuce czytania (TVP KULTURA). Może nawet nie o tę zgodność szło, ile o temat? Po prostu ich rozmowa sprawiła, że zainteresowałam się "Domem" Toni Morrison (Świat Książki 2013; przełożyła Jolanta Kozak), a że powieść krótka, taka na jeden wolny dzień, szybko ją pochłonęłam. Jednym tchem, można powiedzieć. Bo "Dom" czyta się rzeczywiście bardzo dobrze, z dużym zainteresowaniem, chociaż temat do lekkich nie należy. Jak się domyślam, Toni Morrison porusza w swojej twórczości problemy społeczności afroamerykańskiej. Tak jest przynajmniej w tej powieści.
Lata pięćdziesiąte ubiegłego wieku po wojnie koreańskiej. Frank Money, weteran wspomnianej wojny, przemierza Stany z północy na południe. Wezwany dość enigmatycznym listem jedzie do swojej ukochanej, młodszej siostry Cee, której nie widział od lat. Kiedyś była dla niego najważniejsza. Jedyny jasny punkt w przeszłości. To on był dla niej matką i ojcem. To on się nią opiekował i bronił jej. Historia Franka jest czytelnikowi przedstawiana na dwa sposoby. W krótkich rozdzialikach pisanych kursywą, w których on sam opowiada o sobie, zwracając się bezpośrednio do jakiejś kobiety. To wspomnienia. Poznajemy jego życie od najwcześniejszego dzieciństwa. Życie niełatwe, pełne upokorzenia, nędzy, strachu, bólu. Powracają prześladujące go koszmary okresu spędzonego w Lotus, niewielkiej mieścinie, gdzie osiedli jego rodzice po wygnaniu z Teksasu, i koszmary wojenne. Z dzieciństwa jego pamięć przechowała ucieczkę, okropną żonę dziadka, która nie miała najmniejszej ochoty opiekować się nim i Cee, no i Lotus wspominane przez Franka jak najgorzej. Nuda i żadnych perspektyw poza niewolniczą pracą na polach bawełny. To dlatego on i jego dwaj kumple uciekli stamtąd. Wojsko i wojna wydawały się lepszą alternatywą. Oczywiście nie były. Wojna to kolejny koszmar. Zimno, nuda oczekiwania, walka, śmierć, zabijanie. Frank wrócił z Korei psychicznie okaleczony. Trudno mu się odnaleźć w życiu. Dziś nazwalibyśmy ten stan traumą, z której amerykańscy żołnierze, niezależnie od koloru skóry, mogą się leczyć w specjalnych klinikach. Ale nie wtedy, a przynajmniej nie czarni żołnierze. Wojenna trauma to jeden z tematów tej powieści. Chociaż to, co gryzie go najbardziej, mogło zdarzyć się wszędzie, ale zdarzyło się właśnie w Korei, potęgując koszmary. Jednak zasadniczą część książki stanowią dłuższe rozdziały, w których narracja jest prowadzona w trzeciej osobie. Ich głównym bohaterem, ale nie jedynym, jest oczywiście Frank, który jedzie do siostry. Niełatwa to podróż. Pełna nieoczekiwanych zdarzeń, spotkań, upokorzeń, ale i życzliwości. Bez pomocy spotkanych po drodze ludzi pewnie nie dotarłby do celu. Zostawiam już jednak Franka i jego traumy, bo nie tylko o nim jest powieść Toni Morrison.
Jej bohaterkami są także kobiety: Cee, Lenore, wspomniana już druga żona dziadka, Lily, dziewczyna Franka, i kobiety z Lotus. Każda z nich jest inna, ale jedno je łączy: siła i konsekwentne dążenie do celu. Marzą o lepszym życiu i próbują to realizować, chociaż nie zawsze jest łatwo. Padają ofiarą rasistowskiej Ameryki, ale i swoi potrafią je skrzywdzić. Twarda, bezwzględna, sprytna Lenore myśli tylko o pieniądzach i wygodzie. Jeśli coś nie idzie po jej myśli, zachowuje się jak rozkapryszone dziecko, krzywdząc innych. Uporządkowana Lily marzy o własnym domu. Musi jednak przełknąć upokorzenie: dom, który sobie upatrzyła, nie jest dla ludzi o jej kolorze skóry. Wreszcie Cee. Stworzona na ofiarę. Wykorzystywana i krzywdzona. Nawet jednak ona znajdzie w końcu w sobie dość siły, aby dźwignąć nie tylko siebie. Tu łyżka dziegciu. Ten fragment książki brzmi dla mnie jak tani psychologiczny poradnik. "Mam prawo się smucić, jak chcę. Nie musisz zawsze chronić mnie przed smutkiem. Nie chcę go unikać." "Od samego chcenia nic się nie zrobi, ani od pretensji - ale od myślenia, kto wie." Takich złotych myśli Cee jest w tej partii "Domu" cała garść.
Kolejny temat powieści to konfrontacja z przeszłością i pamięć. Od czego uciekamy? Od miejsca czy od ludzi? Czy możliwy jest powrót? Gdzie jest ten tytułowy dom? Co nim jest? Czy to dom-więzienie, dom-z którego chce się uciec czy dom-schronienie? Odpowiedzieć na te pytania nie mogę, bo zdradziłabym zbyt wiele.
I na koniec jeszcze jedna uwaga. Moja lektura książki Toni Morrison okazała się zupełnie inna niż lektura trojga recenzentów Sztuki czytania. Dla nich to przede wszystkim powieść o wykluczeniu, o rasistowskiej Ameryce lat pięćdziesiątych. Oczywiście to wszystko tu jest, chociaż bardzo delikatnie podane. Obawiam się, iż niejeden czytelnik nie odczyta właściwie tej warstwy, może po prostu poczuć się zagubiony wśród niedomówień. Dla mnie jest to przede wszystkim powieść o słabym mężczyźnie i silnych kobietach.
"Dom" przeczytałam z dużym zainteresowaniem, jednak nie nazwałabym tego zachwytem. Dlatego aż tak bardzo nie spieszy mi się do kolejnych książek Toni Morrison, chociaż na pewno kiedyś (kiedy?) po kolejną z nich sięgnę.
"Dotyk grzechu"
Gdzie tkwi źródło zła, tytułowego grzechu? W ludziach czy w świecie, w którym żyją? Nowe Chiny. Korupcja, fabryki, w których pracownik jest tylko trybikiem wykonującym stale te same czynności, jakieś podejrzane miejsca, ni to hotele, ni to sauny, ni to domy publiczne, potworne przybytki rozkoszy. Miejsca, w których człowiek jest nikim. Wykorzystuje się go i poniża, a on musi być w zamian uprzejmy i miły. Kłaniać się grzecznie w pas, uśmiechać, nie komentować, brać wszystko za dobrą monetę, spełniać zachcianki klientów, którzy są przecież drogimi gośćmi. Wszędzie bohaterów otaczają inni ludzie, ale to niczego nie zmienia. Są sami, samotni. Symbolem samotności w tłumie może być na przykład przerażający obraz hoteli robotniczych. Rząd identycznych balkonów, na których suszy się pranie. W środku identyczne pokoiki, w których stłoczono piętrowe łóżka. Mieszkańcy tych hoteli prawie się o siebie obijają, ale mimo to są samotni. W świecie oglądanym na ekranie nie ma autentycznych, bliskich relacji. Życzliwość, uprzejmość, serdeczność są udawane i wymuszone. Pracownicy jadą na lotnisko witać właściciela kopalni skuszeni workiem mąki, który otrzymają w zamian. Obsługa hoteli czy domów publicznych jest miła dla gości również z obowiązku. Za zawodową uprzejmość i takiż uśmiech dostaje się przecież pensję. Rozmowy między ludźmi ograniczają się tylko do zdawkowych komunikatów. Próba nawiązania bliższych więzi skazana jest na porażkę. Taki los spotka bohaterów ostatniej opowieści, chłopaka i dziewczynę pracujących w ekskluzywnym domu publicznym. Kiedy ona powie mu, że ma dziecko, które musi utrzymywać, on wyjedzie. Nie będzie happy endu. To nie słodka bajka, to życie. Podobnie jest z parą kochanków z przedostatniej noweli. Przeraża chłód panujący w rodzinie (druga opowieść). Dziecko jest szturchane i szarpane. Nawet święto na cześć babci ma w sobie coś z teatru, opery albo akademii ku czci. Samotny w swoim dążeniu do wyświetlenia prawdy i ukarania winnych korupcji jest bohater pierwszej opowieści. Ale nie tylko relacje międzyludzkie są w nowych Chinach przygnębiające. Przygnębiające jest też otoczenie, w którym żyją. Brzydkie, szare, betonowe miasta zasnute dymem i mgłą. Fabryki i kominy, hałdy, przemysłowy krajobraz, wielkie bloki i wieżowce wyrastające nagle nie wiadomo skąd, odhumanizowane, zatłoczone dworce kolejowe, szerokie ulice, na których pieszy jest jak intruz, puste, nocne zaułki, ponure mieszkania, ciasne pokoiki, długie, też puste korytarze. Może nie należy się dziwić, że w takim świecie w ludziach rodzi się zło?
Każdy grzech jest inny. Bohater pierwszej noweli morduje, bo czuje się bezsilny i bezradny. Kiedy w zderzeniu ze sprytnie zaprogramowaną biurokracją przegrywa, postanawia wykrzyczeć prawdę. Poniżony, skatowany staje się obiektem żartów, a nie zrozumienia i współczucia. Może to przelało czarę goryczy, więc postanawia na własną rękę wymierzyć sprawiedliwość. Niczym mściciel kroczy przez miasto ze strzelbą i morduje. Ofiarami są nie tylko ci, którzy zasłużyli, skorumpowany burmistrz, nieuczciwy właściciel kopalni, chłop katujący konia, ale i przypadkowi ludzie. Najbardziej bezwzględny jest bohater drugiej opowieści. On zabija dla zysku. Swoje ofiary wybiera starannie. To ludzie bogaci. Działa przemyślnie, szybko, sprawnie, ma kamienną twarz. Nawet jeśli nie chce być trybikiem w maszynie, to nie usprawiedliwia zbrodni i sięgania po cudzą własność. Nie wiemy, co robił wcześniej. Film zaczyna się od sceny, kiedy ktoś żąda od niego pieniędzy. Dlaczego? Jest komuś winien? Wplątał się w nieczyste interesy? Swoich prześladowców zabije z zimną krwią. Nie daruje nikomu. Jeszcze inaczej ma się rzecz z bohaterką trzeciej noweli. Romansuje z żonatym mężczyzną, ale ma już dość ukrywania się i kręcenia. Nie wyjedzie z nim. Napadnięta przez zbirów nasłanych przez żonę swego kochanka, poniżona przez traktujących ją jak prostytutkę gości hotelu, w którym pracuje (właściwie to nie typowy hotel, ale nocna sauna; kto zna Chiny, być może wie, co to za przybytek), zabija. Za zbrodnią stoi splot nieszczęśliwych okoliczności. To zabójstwo, inaczej niż w przypadku bohaterów poprzednich nowel, nie pociągnie za sobą następnych. Przeciwnie, dziewczyna przyzna się do winy gotowa ponieść karę. To jedna z nielicznych jasnych scen w tym filmie. I ostatnia nowela. Tu zło ma jeszcze inne oblicze. To bezduszne miejsca pracy. Fabryka, gdzie konsekwencjami wypadku w sposób przemyślny obarcza się pracownika. Ekskluzywny dom publiczny dla bogatych gości, którzy traktują pracujące tam młode dziewczyny jak zabawki. Te fragmenty filmu są wyjątkowo dojmujące. Jest coś obleśnego i bardzo przykrego w scenach, w których dziewczyny w wojskowych strojach prężą się przed śliniącymi się na ich widok mężczyznami albo w zaciszu pokoi udających przedział kolejowy przebrane za konduktorki muszą spełniać ich życzenia. Te dziewczyny nie są wulgarne czy wyuzdane, przeciwnie, robią wrażenie bardzo młodych, niewinnych i smutnych. Przykry jest też widok wyglądających podobnie chłopców, którzy na to wszystko patrzą. Muszą być mili, dyskretni, usłużni, wręcz czołobitni, uśmiechać się, kiedy trzeba, a kiedy trzeba zachować kamienną twarz. Alternatywą dla bohatera jest powrót do fabryki i hotelu robotniczego. Kiedy nagle decyduje się skoczyć z balkonu, po szoku wywołanym zaskoczeniem widz jest skłonny zrozumieć jego wybór. W tym morzu zła i nieprawości są tylko dwa jaśniejsze momenty przywracające wiarę w człowieka. O jednym już pisałam: dziewczyna przyznaje się do zbrodni, bo chce ponieść karę. Drugi: chłopak ostatecznie rezygnuje z zemsty na koledze z fabryki, chociaż ten uciekł i pozbawił go odszkodowania. Niewiele.
W przerażającym, pesymistycznym obrazie świata mogą dorównać reżyserowi twórcy rumuńskiego kina. "Cztery miesiące, trzy tygodnie i dwa dni", "Peryferie" i "Za wzgórzami" to tytuły, które przychodzą mi teraz do głowy. Pewnie znalazłyby się i inne.
I na sam koniec jeszcze jedno. Jak czytam w opisie dystrybutora, reżyser inspirował się tradycyjną chińską operą, takim malarstwem i artystycznymi filmami o sztukach walki. Ta warstwa jest niestety dla mnie nieczytelna. Niewiele wiem na te tematy. To jednak nie przeszkadza w odbiorze. Na pewno coś straciłam, ale i bez znajomości tych dziedzin chińskiej kultury film robi wrażenie.
Igor T.Miecik "14:57 do Czyty", Andrzej Muszyński "Południe"
Od miesiąca nie byłam w kinie! Posucha! A jedyny film, chiński "Dotyk grzechu", który chcę zobaczyć, grają o takiej porze, że do ceny biletu musiałabym dorzucić koszty taksówki. Nic straconego, od piątku zmienia się godzina emisji. Wobec tego za tydzień będzie wreszcie o filmie, a dziś o dwóch książkach, które zostały wydane przez moje ukochane wydawnictwo Czarne w serii Reportaż. Pierwsza, "14:57 do Czyty" Igora T.Miecika (Czarne 2012), to, jak łatwo zgadnąć, reportaże z Rosji, druga, "Południe" Andrzeja Muszyńskiego (Czarne 2013), teksty o umownym południu, czyli Azji, Afryce, Ameryce Południowej i krajach Maghrebu. Obie ciekawe i warte lektury, mnie szczególnie zauroczyła ta druga. Ale po kolei.
Niewielka książeczka Igora T.Miecika składa się z dwunastu reportaży drukowanych w prasie w latach 2000-2005. Może komuś wyda się, że nie warto sięgać po literaturę faktu z taką datą ważności, ale to nieprawda. Nie sądzę, aby straciły swoją aktualność, Rosja bardzo się przecież od tamtego czasu nie zmieniła, szczególnie mentalność jej mieszkańców. A są to właśnie teksty przede wszystkim o ludziach. O ludziach zwyczajnych: pasażerach kolei transsyberyjskiej, uczniach i uczennicach elitarnych szkół, które w zamyśle ich twórców mają kształcić przyszłą elitę kraju, kobietach odsiadujących kary w gułagu czy młodych chłopakach szukających szczęścia w tak zwanych walkach bez reguł. Wreszcie o ludziach dotkniętych przez historię: bliskich ofiar marynarzy z okrętu podwodnego Kursk, szahidkach, także tych, które dokonały zamachu w moskiewskim Teatrze na Dubrowce, mieszkańcach moskiewskiego domu wybudowanego w czasach stalinowskich dla ludzi związanych z władzą czy weteranach wojen, drugiej i czeczeńskiej. Zawsze jednak bohaterami reportaży Miecika są ludzie przeciętni, raczej ze społecznych nizin. Mieszkańcy strasznych, brzydkich miejsc takich jak Murmańsk odrażający swą szpetotą. Poszkodowani przez los, bezradni w swoim cierpieniu, pozbawieni jakiejkolwiek pomocy ze strony państwa, szukający sprawiedliwości na własny rachunek, indoktrynowani przez polityków, ideologów, szemrane autorytety. Jednym słowem marionetki w rękach losu, historii, polityki. Wielu z nich marzy o lepszym życiu, dlatego na różne sposoby próbują się wyrwać ze swoich środowisk, często na skróty, co prowadzi ich do gułagów albo na areny krwawych walk, na których zarabiają bogacze. Nawet jednak jeśli próbują dojść do czegoś ciężką pracą, jak uczniowie wspomnianych przeze mnie elitarnych szkół czy członkowie młodzieżowej organizacji Nasi, padają ofiarą rozmaitych politycznych hochsztaplerów czy nauczycieli, których poglądy na historię czy politykę są często dziwne. Wielu to ofiary wielkiej polityki czy odwiecznych konfliktów targających narodami zamieszkującymi Rosję. Tak jest z mieszkańcami Biesłanu, którzy stracili bliskich w terrorystycznym zamachu na szkołę, wspomnianymi szahidkami czy weteranami wojny czeczeńskiej, którzy kiedyś wysłani przez swoje państwo na rzeź, dziś w samotności muszą przeżywać traumy, bo mordowali i byli mordowani. Obraz Rosjan i Rosji wyłaniający się z tych reportaży jest czasem tylko smutny, często zatrważający. Biedni ludzie, tytuł powieści Dostojewskiego, doskonale nadaje się na puentę.
A teraz o "Południu" Andrzeja Muszyńskiego. Jak to czasem bywa w moim wypadku, sięgnęłam po tę książkę po wysłuchaniu rozmowy z autorem (w moim ukochanym radiu oczywiście). Tak mnie zainteresowała, że postanowiłam kupić natychmiast, ale że po drodze przytrafiły się wakacyjne podróże, przeczytałam dopiero teraz (teraz to znaczy w sierpniu; trochę ten wpis czekał na swoją kolej). Polecam ją nie tylko dlatego, że, jak to reportaż, ma walory poznawcze, ale także dla przyjemności, jakie sprawia jej czytanie. Widać, że autor ma zacięcie literackie (w październiku w tym samym wydawnictwie ukazał się jego fabularny debiut, zbiór opowiadań "Miedza"). Muszyński operuje skrótem, jego teksty są skondensowane, ale znać w nich literacki oddech. Niektóre to króciutkie miniaturki, zwane ulotne, zapis chwili, wrażenia, skojarzenia, refleksji. Jakby autor zastanawiał się nad czymś, co zwróciło jego uwagę, jakby próbował rozgryźć zagadkę, tego, co obserwuje. Raz snuje rozważania o tym, dlaczego jedne miejsca przyciągają ludzką ciżbę, a inne pozostają puste, innym razem rozmyśla o fryzjerach, którzy strzygli go w różnych częściach świata, albo opowiada o tym, jak kupował koszulę na targu w Gabonie. Inny rodzaj tekstów to rasowe reportaże, drukowane wcześniej w gazetach, o sprawach ważnych: wstrząsający o rządach Czerwonych Khmerów w Kambodży, pobudzający do refleksji nad rolą przypadku tekst o tunezyjskim początku arabskiej wiosny czy napisany w formie kryminalnej telenoweli reportaż o konflikcie indiańskich plemion z latyfundystami w Wenezueli. To one właśnie mają ów walor poznawczy, o którym wspomniałam, a poza tym są zwyczajnie ciekawe i poruszające. A wreszcie teksty z innej bajki, które przeniosły mnie w świat lektur dzieciństwa. To dramatyczne, przygodowe, trzymające w napięciu (chociaż wiemy, że zakończone pomyślnie) budzące podziw dla dokonań autora, który jest nie tylko reporterem i pisarzem, ale też, a może przede wszystkim, podróżnikiem, relacje z jego niezwykłych wypraw: samotnej wędrówki przez pustynię Atakama w Chile czy pokonania dżungli Mukongo, tym razem w towarzystwie dwóch innych podróżników i tragarzy. Do tej serii należy też opowieść o niesamowitej podróży autobusem, bo na pociąg zabrakło biletów, z La Paz do Rio de Janeiro. Te rozdziały, szczególnie dwa pierwsze, czyta się z wypiekami na twarzy. Każdy z nich mógłby dać asumpt do napisania powieści podróżniczo-przygodowej, od której nie można by się oderwać. Ale może dobrze, że czytelnik dostaje je w takiej krótkiej formie, bo kondensacja świetnie tym tekstom robi. Ale od czasu do czasu do telegraficznego stylu zakrada się jakieś lekkie, poetyckie niemal, zdanie, co przenosi opowieść w inne rejony. Dla porządku dodam jeszcze, że książka podzielona jest bardzo klarownie na cztery rozdziały (Azja, Maghreb i tak dalej), a całość zamyka rozdział, w którym autor w charakterystyczny dla siebie sposób zastanawia się, gdzie zaczyna się owo tytułowe południe, które go tak bardzo fascynuje. Na koniec chcę, aby jeszcze raz mocno wybrzmiało, że lektura zbioru reportaży i refleksji Andrzeja Muszyńskiego to naprawdę duża przyjemność, mimo że kilka tekstów traktuje o sprawach tragicznych.
Wenguang Huang "Strażnik trumny. Opowieść o mojej rodzinie"
Trwa filmowa posucha, na szczęście książek w bród. Czasem mam wrażenie, że kolejka oczekujących na przeczytanie dosłownie na mnie napiera. Skoro w kinie nic ciekawego, zostaję przy literaturze, tym razem chińskiej. Odkąd przeczytałam znakomitą i poruszającą książkę Liao Yiwu "Prowadzący umarłych" i Petera Hesslera "Przez drogi i bezdroża. Podróż po nowych Chinach", również niezwykle ciekawą, otworzył mi się kolejny wór z nowym tematem: Chiny. Natychmiast sporządziłam listę tytułów, które chciałabym przeczytać. Póki co sięgnęłam jednak po nowość, bo najłatwiej. "Strażnik trumny. Opowieść o mojej rodzinie" Wenguanga Huanga (nieocenione i uwielbiane przeze mnie Czarne 2013; przełożyła Dominika Cieśla-Szymańska) to moja ostatnia lektura. Nie będę się krygować i od razu zdradzę, że książkę czyta się znakomicie. Jest bardzo ciekawa i chociaż opowiada o czasach trudnych i dramatycznych, to momentami jest bardzo zabawna. Należy jednak mieć świadomość, że to śmiech przez łzy. Źródłem komizmu jest absurd, jaki niosło życie, ale o tym za chwilę. Grozę łagodzi też zapewne świadomość, że autor, który opowiada w książce historię swojej rodziny, osiągnął sukces. Od lat mieszka w Stanach, jest dziennikarzem, tłumaczem, a teraz także pisarzem. To on przełożył na angielski dwie książki Liao Yiwu (przy okazji dowiedziałam się, że tę drugą Czarne wyda wiosną). Ale czas najwyższy przejść do konkretów.
"Strażnik trumny" to z jednej strony saga rodzinna, z drugiej opowieść o dojrzewaniu, szukaniu własnej drogi życiowej, wyzwalaniu się spod wpływu chińskiej, komunistycznej ideologii, a także o relacjach z ojcem, matką i babcią (tak, babcią, która w tej historii odgrywa rolę kluczową). Urodzony w 1964 roku Wenguang Huang opowiada zwykłą-niezwykłą historię swojej rodziny. Sięga do przeszłości przodków. Poznajemy tragiczne dzieje babci, kobiety twardej, silnej, upartej, i jej syna, ojca autora. Dowiadujemy się, jak została wdową i jak z małym dzieckiem przeniosła się ze wsi w prowincji Henan do miasta Xian (to tam znacznie później odkryto słynną terakotową armię), gdzie pracowała u bogatego pana. Potem przyszła rewolucja kulturalna i zmieniła wszystko. Historia rodzinna matki, długo skrywana, jest tak nieprawdopodobna, że autorowi trudno było w nią uwierzyć. Nie tylko tragiczna, ale i nietuzinkowa, bo kryminalna. Morderstwo, porwanie, mafijne układy. Rodzice Wenguanga Huanga to ludzie prości, przesiąknięci komunistyczną ideologią. Przyszło im żyć w czasach, kiedy stare zostało odrzucone, potępione jako niesłuszne, burżuazyjne, zabobonne, wrogie. Nastała nowa, postępowa, komunistyczna rzeczywistość i obyczaje. Na takie czasy przypadło dzieciństwo i młodość Huanga. Autor nie wypiera się swojej przeszłości, wiary w Mao i komunistyczne Chiny, ani tego, że nosił czerwoną chustę, działał w komunistycznych, młodzieżowych organizacjach, a po śmierci przewodniczącego płakał jak inni. Pisze o latach prania mózgu i dalekosiężnych skutkach wpajania komunistycznych ideałów. Przemiana, która w nim nastąpiła, zachodziła powoli. Dopiero wydarzenia na placu Tiananmen i brutalne stłumienie protestów, które potem nastąpiły, wyleczyły jego pokolenie z iluzji, że możliwa jest zmiana w ramach komunistycznej ideologii. Autor nie udaje, nie przypisuje sobie i takim jak on studentom zasług. Pisze szczerze o tym, że kiedy przystępowali do protestów, nie robili tego z powodów ideowych, ale raczej dla zgrywy. Byli pokoleniem okresu transformacji. Ich dzieciństwo i wczesna młodość to czasy Mao, po jego śmierci nastąpił przełom. To, co niegdyś potępiane i zakazane, nagle stało się dozwolone. Władza przymykała oko na odradzanie się dawnych, uważanych za burżuazyjne, obyczajów, a przede wszystkim pozwalała się bogacić. Nic dziwnego, że wyrosło pokolenie bezideowe i nastawione konsumpcyjnie do rzeczywistości. Jeszcze trudniej miało pokolenie rodziców. Oni naprawdę poczuli się zdradzeni. To, w co wierzyli, a co było często powodem cierpień niewinnych ludzi z burżuazyjnych sfer, odeszło na śmietnik historii. Szczególnie ojciec autora nie potrafił się z tym pogodzić.
Bo "Strażnik trumny" to także opowieść o wielkiej przemianie, która dokonuje się po śmierci Mao, początkowo stopniowo, a potem w zawrotnym tempie. Kiedy się czyta drugą część książki, ma się dosłownie wrażenie buzowania, wirowania, kipienia i czego tam jeszcze. Po prostu wielkiego, chaotycznego ruchu. Z tego chaosu wyłaniają się drobne i większe biznesy, upadają komunistyczne fabryki, wracają stare obyczaje, ale plenią się też nowe (szczególnie w relacjach damsko-męskich).
Wreszcie na koniec czas uchylić rąbka tajemnicy i zdradzić, jaką to kluczową rolę w tej opowieści odgrywa babcia. Rzecz nie tylko w tym, że łączyła ją niezwykle silna więź z synem, który podporządkował matce całe swoje życie. Chodzi nie tylko o to, że była też bardzo ważna w życiu autora, jej oczko w głowie. Rzecz przede wszystkim w tym, że nagle ogarnięta obsesją śmierci zażyczyła sobie tradycyjnego, chińskiego pogrzebu. Jakby tego było mało, zapragnęła spocząć na cmentarzu u boku męża w rodzinnej wsi w prowincji Henan. No i cóż w tym niezwykłego, powiesz zapewne czytelniku tej notki. Nie wiesz, jak bardzo się mylisz. Otóż babcia miała czelność mieć taki kaprys w czasach, kiedy Chinami rządził jeszcze przewodniczący Mao. Zgodnie z obowiązującymi surowymi przepisami zmarłych po śmierci trzeba było kremować i chować tam, gdzie mieszkali. Nie było mowy ani o trumnie, ani o tradycyjnym pogrzebowym stroju, a już niewyobrażalne było przewiezienie ciała setki kilometrów w rodzinne strony. Ale babcia się uparła, a jej syn był synem wzorowym. Odtąd całe życie rodziny będzie podporządkowane planom tradycyjnego pochówku babci. A to oznacza tajemnicę, za coś takiego murowane więzienie i utrata pozycji, i gromadzenie pieniędzy na łapówki dla urzędników i partyjnych bonzów, aby przymknęli oko, i dla krewnych, którzy będą strzegli grobu dziadka i pomogą urządzić pogrzebowe uroczystości. Zabiegi i plany związane z logistyką całego przedsięwzięcia są tak absurdalne, że aż komiczne. Godne Mrożka, chciałoby się powiedzieć, albo jeszcze inaczej: Mrożek by tego nie wymyślił. Życie w cieniu trumny, planowanie, jak przewieźć martwą babcię do rodzinnej wsi (bo inaczej, jeśli umrze zimą, a inaczej, kiedy zdecyduje się odejść latem), jest naprawdę komiczne. Komiczne dziś, bo wtedy nikomu z rodziny do śmiechu nie było. Jak historia się potoczy, oczywiście nie napiszę.
Kończę już, jak często, z poczuciem, że zdradziłam zaledwie ułamek z bogactwa książki Wenguanga Huanga. Naprawdę warto przeczytać "Strażnika trumny", który łączy w sobie morze informacji o Chinach, garść refleksji o dorastaniu i kształtowaniu własnej tożsamości z sagą rodzinną. A wszystko napisane potoczyście i przystępnie, dzięki czemu powinno zainteresować niemal każdego czytelnika .
Anka Grupińska "Ciągle po kole"
Kiedy tylko zobaczyłam w zapowiedziach wydawnictwa Czarne, że ma wyjść nowa książka
Anki Grupińskiej, od razu wiedziałam, że ją kupię, chociaż długo poza autorką i tytułem nie było żadnej informacji dotyczącej treści. Ale Grupińską mogę kupować w ciemno, odkąd przeczytałam "Najtrudniej jest spotkać Lilit", fascynujące rozmowy z chasydkami. Później okazało się, że "Ciągle po kole" (Czarne 2013) to wywiady z bojownikami ocalałymi z warszawskiego getta. To trzecie wydanie, poprzednie ukazały się w roku 1991 i 2000. Oczywiście data kolejnego wznowienia nie była przypadkowa: książka ukazała się w kwietniu z okazji siedemdziesiątej rocznicy wybuchu powstania. Kupiłam ją natychmiast, ale przeczytałam dopiero teraz. Sięgając w końcu po wywiady Grupińskiej, trochę żałowałam, że nie zrobiłam tego od razu, kiedy tyle mówiło się i pisało o wydarzeniach sprzed lat. Wtedy na pewno łatwiej byłoby mi wejść w klimat tej trudnej lektury. Przyznam, że teraz musiałam się przełamać, aby wrócić do tak ciężkiego tematu. Ale wystarczyło parę stron, aby przezwyciężyć początkowy opór i czytać bez wytchnienia. Był jednak moment, kiedy musiałam przerwać lekturę, tak bardzo przytłoczyły mnie opowiadane historie. Mimo wszystko książkę powinno się przeczytać koniecznie, aby wiedzieć, aby współodczuwać, aby fraza powstanie w getcie warszawskim wypełniła się konkretną treścią.A teraz czas najwyższy na konkrety. Wywiady z ocalałymi bojownikami to nie tylko rozmowy o powstaniu. Grupińska zaczyna od początku, chce się zwykle dowiedzieć, z jakich rodzin pochodzili, gdzie mieszkali, co robili przed wojną. Sporo tu informacji o życiu Żydów w przedwojennej Polsce. Różne losy, różne opowieści. Jej rozmówcy i rozmówczynie pochodzili z rozmaitych środowisk, mniej lub bardziej religijnych, syjonistycznych, bundowskich (Bund to żydowska partia socjalistyczna wroga syjonizmowi) a wreszcie całkowicie zasymilowanych. Dlatego w różny sposób odczuwali swoją żydowskość. Ale oczywiście zasadnicza część wszystkich rozmów sprowadza się do czasów wojny i okupacji. Bohaterowie książki opowiadają o życiu w getcie, przygotowaniach do powstania, swoich motywacjach i samym powstaniu. W prawie wszystkich wywiadach powraca dramatyczny moment ewakuacji kanałami. To chyba najbardziej przerażające fragmenty książki, mimo że kanały zostały oswojone przez film i literaturę. Mamy przecież w pamięci "Kanał" Wajdy, a szczególnie stosunkowo świeże "W ciemności" Agnieszki Holland. A jednak kiedy czytałam o brodzeniu po piersi w zimnej wodzie, w nieczystościach, o pełzaniu w niskich korytarzach, a wreszcie o wielogodzinnym wyczekiwaniu pod włazem na moment ewakuacji, pytanie, jak udało im się znieść to wszystko, powróciło. Ewakuacja związana też była z wieloma dylematami moralnymi. Czy czekać na tych, którzy odeszli pod inne włazy, bo tam było wygodniej, czy ruszać, bo ciężarówka wypełniona ludźmi, a w każdej chwili szczęście może przestać sprzyjać? To i tak cud, że udało się trzydzieści słabych, wycieńczonych osób wydostać z kanału i wsadzić na pakę samochodu. Decyzje na miarę ludzkiego życia i powracające przez lata pytania, czy można było postąpić inaczej. Ale są i inne dramatyczne opowieści. Takie, które mogą śnić się po nocach. O skakaniu z transportu do Treblinki i rozdzierającym serce pożegnaniu z rodzicami i rodzeństwem. I znowu dylemat: skakać, skoro rodzina zostaje? Jak się żegnać, skoro wiadomo, że to rozstanie na zawsze? Albo inna opowieść o tym, jak dowódca musi wyznaczyć jedną osobę, aby została z rannymi. A to oznacza pewną śmierć, zamiast nadziei, jaka daje ewakuacja. Albo jeszcze straszniejsza (czy na pewno? jak zważyć, która jest bardziej dramatyczna? czy to w ogóle możliwe?) o tym, jak trzeba zostawić rannego kolegę w płonącym domu i nie można mu nawet dać pistoletu, bo broń i każdy nabój są na wagę złota. Aby to zrozumieć, trzeba wiedzieć, jak wyglądało powstanie w getcie, jak przygotowywali się powstańcy i na czym polegała ich walka. Trzeba mieć swiadomość, że nie godząc się na bierne oczekiwanie na zagładę, porwali się z motyką na słońce. Kiedy myślimy powstanie, mamy przed oczami powstańcze oddziały ścierające się w walkach z wrogiem. Tymczasem kilkudziesięciu powstańców z getta miało do dyspozycji trochę koktajli mołotowa, trochę granatów, niewiele karabinów i pistoletów. Resztę musieli zdobywać na Niemcach. Dlatego ich walka to działanie z ukrycia: strzelanie z okien zabarykadowanych kamienic, dwie pułapki z min. To wszystko. Tylko w taki sposób ta walka była możliwa. Walka z góry skazana na przegraną, właściwie bój o godną śmierć, o jej wybór. Zamiast śmierci w komorze gazowej Treblinki, śmierć z bronią w ręku.
Ale opowieści bojowników z getta nie kończą się tylko na powstaniu. Grupińska dopytuje o ich dalsze losy, te wojenne i te powojenne. A więc rozmówcy autorki mówią o ukrywaniu się po aryjskiej stronie, o udziale w powstaniu warszawskim, o kolejnej ewakuacji z pokonanej, zrujnowanej Warszawy, a wreszcie o wyjeździe z Polski już po wojnie. Tylko dwoje, Marek Edelman i Adina Blady-Szwajgier, pozostało w Polsce, reszta wyjechała. W książce znajdziemy sporo informacji o stosunkach polsko-żydowskich, pada wiele gorzkich słów, ale równie wiele jest wdzięczności dla tych, którzy pomagali. Bo mimo wszystko te kilkanaście osób, z którymi rozmawia Grupińska, przecież przetrwało ten straszny czas. Cud? Determinacja? Przypadek? Szczęście? Jedna z bohaterek tej książki, Luba Gawisar, każdą dramatyczną opowieść przerywa słowami no przecież jestem. To chyba najpogodniejsza rozmówczyni Grupińskiej, pełna optymizmu.
Autorka swymi pytaniami skierowanymi do różnych osób stale wraca do tych samych zdarzeń, dzięki czemu poznajemy je z rozmaitych punktów widzenia, a właściwie chciałoby się powiedzieć, z rozmaitych pamięci. Bo pamięć różnie przechowała te same epizody, każdy pamięta je inaczej. Rozmówcy prowokowani przez Grupińską często wchodzą między sobą w wirtualny spór. Każdy też inaczej patrzy na podjęte niegdyś przez kolegów dramatyczne, tragiczne decyzje, każdy ma swoje racje. Łatwo wydawać osądy z naszej, dzisiejszej perspektywy, wtedy na zastanawianie się nie było czasu. Decyzja mogła oznaczać życie albo śmierć. Kto nie przeżył, nie zrozumie. Może stąd lakoniczność i niechęć do rozdrapywania przeszłości, jaka przebija z obu wywiadów z Markiem Edelmanem.
Większość bohaterów tej książki już nie żyje, autorce udało się złapać ich często w ostatniej chwili. Uczestników i świadków tamtych dramatycznych wydarzeń. Zawsze gdy czytam takie opowieści, usiłuję zrozumieć, jak udało się przetrwać, jak możliwe było dalsze życie, kiedy pamięć dźwigała takie doświadczenia. Czy ja bym potrafiła?
Książka Grupińskiej ma tylko jedną wadę. Autorka zna świetnie temat, na tyle świetnie, że czasem wchodzi w szczegóły dla niej interesujące, dla czytelnika nużące albo nie do końca jasne mimo dokładnych przypisów. Ale to drobiazg, który po przeczytaniu całości staje się nieistotny. Trudna, ale konieczna lektura. Aby dotknąć przeszłości, starać się ją zrozumieć, aby przechować w pamięci tamte zdarzenia i ich bohaterów. Chociaż Marek Edelman powiedziałby pewnie, że to nieistotne i niepotrzebne.
Popularne posty
-
Kiedy ponad rok temu wreszcie zawarłam znajomość z prozą Myśliwskiego, wiedziałam, że nastąpi ciąg dalszy. Wtedy przeczytałam "Trakt...
-
Wszystkim amatorsko interesującym się malarstwem, wszystkim, którym wyraz galeria kojarzy się w pierwszym rzędzie z malarstwem albo rzeźbą, ...
-
Zacznę od wyznania - literaturę latynoamerykańską znam bardzo słabo. A i to za dużo powiedziane, bliższe prawdy byłoby stwierdzenie, że właś...
-
Po lekturze "Kronik oporu i miłości" byłam pewna, że do książek Ingi Iwasiów jeszcze wrócę, żeby nadrobić zaległości, bo wcześni...
-
Do "Zielonego Domu" Mario Vargasa Llosy (Znak 2010; przełożył Carlos Marrodán Casas) przymierzałam się od dawna, a utwierdził mnie...
