"Ida" Pawła Pawlikowskiego

Na szczęście nie trzeba było długo czekać na "Idę" Pawła Pawlikowskiego. Tym filmem reżyser wychowany i wykształcony w Anglii wraca do Polski. Nie będę udawać, że znam jego twórczość. Widziałam tylko "Kobietę z piątej dzielnicy", która podobała mi się raczej średnio. Ale na "Idę" trudno było nie czekać. Kiedy tyle się o filmie mówi, oczekiwania szybują w górę i łatwo się rozczarować. Odrobinkę się tego obawiałam, ale oczywiście niepotrzebnie. Przed premierą tak głośną trudno zupełnie uniknąć medialnego szumu, choćby człowiek najbardziej się starał. Wspominam o tym dlatego, aby przywołać tu usłyszane przeze mnie słowa jednego z krytyków filmowych, które trafnie "Idę" charakteryzują. To, co w "Pokłosiu" Pasikowskiego zostało wykrzyczane, powiedział ów krytyk, w filmie Pawlikowskiego zostało wypowiedziane ściszonym głosem. Oba filmy dotykają tego samego problemu, Holokaustu, ale w jakże inny sposób. W tym pierwszym opowieść dotyczy zbiorowości, tu mamy los indywidualny. Może stąd to wyciszenie, wręcz asceza? A może taki sposób opowiadania bardziej odpowiada temperamentowi reżysera? "Ida" jest całkowicie zanurzona w klimacie lat sześćdziesiątych. Nie dość, że czarno-biała, to jeszcze nakręcona na wąskiej taśmie, rzecz dziś w kinie niespotykana. Okraszona muzyką z tamtych lat, trochę jazzu, nostalgiczne brzmienie saksofonu, trochę popularnych przebojów. Puste, klarowne, czasem wręcz geometryczne kadry, od czasu do czasu ujęcia z góry. Surowy, zimowy, bezludny krajobraz. Skojarzenia z kinem szkoły polskiej jak najbardziej uprawnione. Melancholia i smutek podszyty grozą. Najważniejsza jest jednak historia, straszna, ale opowiadana chłodno. Bardziej domyślamy się, niż poznajemy emocje bohaterek. Szczególnie zagadkową, enigmatyczną postacią jest tytułowa Ida. Równie ważne są relacje między nią a jej ciotką Wandą. Lakoniczność filmu Pawlikowskiego kojarzy mi się z oszczędnym sposobem opowiadania Hanny Krall, tak charakterystycznego dla jej książek. Tyle tytułem wstępu. Kończę oczywistym stwierdzeniem, że "Idę" zobaczyć trzeba koniecznie. A kto już widział, może przejść do ciągu dalszego.

Jedną z wartości filmu Pawlikowskiego jest niejednoznaczność bohaterek. Reżyser ucieka od postaci czarno-białych. Szczególnie dotyczy to Wandy. Tragiczna, wojenna przeszłość związana z żydowskim pochodzeniem. Strata siostry, szwagra, a przede wszystkim syna. Potem w czasach stalinowskich praca w aparacie przemocy. Krwawa Wanda to ja, powie o sobie siostrzenicy. W tych słowach słyszę więcej cynizmu, niż tęsknoty za tamtym czasem. Teraz jest sędzią, jej wpływy są daleko mniejsze niż wtedy, kiedy była prokuratorem skazującym politycznych wrogów. Przez lata z siostrzenicą nie chciała mieć nic wspólnego, pewnie dlatego, że przypominała jej o sprawach zbyt bolesnych. Jest oschła, odpychająca, cyniczna, ale jednocześnie  miła i serdeczna. Pokpiwa z religijności Idy, prowokuje, wodzi na pokuszenie, ale otacza troską. Potrafi być władcza i stanowcza: sposób, w jaki próbuje od rodziny Skibów wyciągnąć prawdę, budzi skojarzenia z jej prokuratorską profesją. Podobnie rozmawia z milicjantem, który zatrzymał ją za jazdę po pijanemu. Kiedy decyduje się wrócić po Idę na dworzec autobusowy, bierze na siebie brzemię zmierzenia się z przeszłością. Trudno jej nie współczuć, kiedy krok po kroku na prośbę Idy, która chce odnaleźć grób rodziców, dociera do makabrycznej prawdy. Ida nie od razu rozumie sytuację, Wanda doskonale wie, że nie ma żadnego grobu, tylko dziura w ziemi. Jak już pisałam, Pawlikowski o zagładzie opowiada oszczędnie, niemal chłodno. Odkopywanie szczątków zamordowanych odbywa się w ciszy. Wyznanie syna Skiby też jest ciche i lakoniczne. Nie zobaczymy kości czy makabrycznych scen. Obie kobiety spokojnie odchodzą przez pusty las, niosąc kości swoich bliskich. Jedna za drugą, jakby tworzyły żałobny kondukt. W tle słychać cichą muzykę, na tyle cichą, że nie jestem pewna, czy dobrze rozpoznałam w niej dźwięki kościelnej pieśni żałobnej, chyba wielkopostnej. Obie kobiety nie płaczą, nie lamentują, a jednak Wanda nie wytrzymała. Skok z okna, niemal nierzeczywisty, trwający mgnienie, nieoczekiwany, jest dla mnie najmocniejszą sceną filmu. Ale to tylko moment, nie zobaczymy ciała Wandy roztrzaskanego na chodniku. W następnej scenie będzie już tylko Ida, która przyjechała na pogrzeb ciotki.

Ida jest postacią o wiele bardziej enigmatyczną. Nie wiemy, co czuje, kiedy dowiaduje się prawdy o swoim pochodzeniu. Ma spokojną, kamienną twarz. Jest pokorna, jakby godziła się ze wszystkim, co przynosi jej życie. Ale ta kamienna maska, jaką nosi na twarzy, to tylko pozory. Potrafi być stanowcza i świadomie podejmować decyzje. Chce odkryć prawdę o swoich rodzicach, chce wiedzieć, dlaczego jej kości nie leżą w tym grobie, broni swojej postawy, swojej wiary. Potem szczerze przyznaje się Bogu, że nie jest jeszcze gotowa i nie przyjmuje ślubów zakonnych, aby w końcu także świadomie wrócić jednak do klasztoru. Jak rozumieć jej chwilowy związek z muzykiem granym przez Dawida Ogrodnika? Czy to tylko kryzys wiary? Bunt przeciw Bogu? Zachłyśnięcie się życiem? Chęć doświadczenia czegoś dotąd niedostępnego? Może potrzeba bliskości? Po śmierci ciotki Ida zostaje znowu sama. Nawet w pogrążonym w ciszy klasztorze pewnie nie ma z kim rozmawiać o tym, co się stało. W czasie wspólnie posiłków zamiast rozmów słychać  szczęk sztućców. Jak rozumieć decyzję Idy o powrocie do klasztoru? Czy kryzys wiary minął? A może to ucieczka przed życiem? A co potem, pyta Ida chłopaka, który proponuje jej wspólny wyjazd. A potem życie, a potem kłopoty, pada odpowiedź (wszystkie cytaty z pamięci).

Tematem filmu Pawlikowskiego są bolesne problemy polsko-żydowskie. Mamy tu wszystko: i bohaterstwo, i podłość, i antysemityzm, i zacieranie pamięci o Żydach, i lęk przed ich powrotem. Ojciec ukrywał, syn zabił, teraz boi się, że Ida i Wanda wrócą i odbiorą im dom. Tragiczna przeszłość jest wymazywana ze zbiorowej pamięci. Ida nie znała swojej historii, siostry nic jej na ten temat nie powiedziały. W zamian za to dostała od nich nową tożsamość. Kim jest? Jak ma pochować rodziców? Odruchowo mówi o księdzu, ale niewierząca Wanda ironicznie, chociaż trzeźwo, stwierdza, że przydałby się rabin. Ostatecznie pochowają swoich bliskich same, nocą, na opuszczonym żydowskim cmentarzu. Kiedy Wanda popełni samobójstwo, a Ida zamknie się za klasztornym murem, pamięć o tym, co się stało, odejdzie wraz z nimi. Skibowie przecież będą milczeć. Kto przechowa tę pamięć? Może chłopak, który przez przypadek stał się świadkiem historii?

"Życie Adeli: rozdział 1 i 2"

Trudno było nie pójść na "Życie Adeli: rozdział 1 i 2" Abdellatifa Kechiche. Nie tylko Złota Palma w Cannes, nagrody dla obu aktorek tamże, ale i świetne recenzje. Przyznam, że trochę obawiałam się tych trzech godzin. Chociaż jestem zapaloną kinomanką i długie filmy mi nie straszne, to jednak tak długi obraz to dzisiaj rzadkość. Obawy okazały się niepotrzebne, nawet nie wiem, kiedy upłynął czas spędzony w kinie. Przyznam, że zdumiewa mnie, na czym polega siła tego w gruncie rzeczy skromnego filmu. To werystyczna obserwacja życia, zwyczajnych ludzi, zwyczajnych zdarzeń. Kamera nie upiększa, pokaże każda zmarszczkę, każdą fałdkę, każdy pryszcz, każdą głupią minę, każdy fizjologiczny odruch. Teraz, kiedy to napisałam, zastanawiam się, czy użyłam właściwych słów. Bo przecież dla głównej bohaterki, tytułowej Adeli, to lata niezwykle burzliwe. Poszukiwanie tożsamości, odkrywanie siebie, przełamywanie lęków, próba. Jakby nie było, film pokazuje codzienność. Może to jest to najwłaściwsze słowo. Wrócę jeszcze raz do mego pytania: gdzie tkwi siła "Życia Adeli"? Na pewno w prawdzie, w emocjach, we wzruszeniu, ale może przede wszystkim w aktorstwie. Adele Exarchopoulos ma moc magnetyczną. Trudno oderwać od niej oczy. Gra delikatnie, subtelnie, gestem, mimiką, westchnieniem, kamera często pokazuje zbliżenie jej twarzy. Lea Seydoux, filmowa Emma, to jej przeciwieństwo, też świetna. Jej bohaterka drażni i uwodzi jednocześnie (widza również). To tyle tytułem wstępu. Nie ma sensu pisać o treści, pewnie każdy zna temat, jako że film zyskał rozgłos z powodu mocnych scen erotycznych, niektórzy twierdzą nawet, że pornograficznych. Dlatego w tej części to wszystko, a ciąg dalszy dla tych, którzy "Życie Adeli" już widzieli.

Może zacznę od zdziwienia. Naprawdę zaskoczyło mnie, że Adela, która odkrywa, że jest lesbijką, spotyka się w swoim szkolnym środowisku nie tylko z nietolerancją, ale i z agresją. Scena, kiedy koleżanki szydzą z niej, kpią, a wreszcie jedna z nich wybucha nienawiścią, przeraża. Jest w tej wykrzykującej pogardliwe obelgi dziewczynie coś obrzydliwego. Wykrzywiona złością twarz, pogarda, furia. Drugie zdziwienie budzi rodzina. Adela boi się powiedzieć rodzicom prawdę, dlatego przedstawia Emmę jako starszą koleżankę, która pomaga jej w filozofii. Naiwnie sądziłam, że wyzwoleni Francuzi nie mają problemów z odmiennością seksualną. A jednak okazuje się, że wszędzie jest podobnie. Adela nie ukrywa się, kiedy pali i pije, ale to, że kocha kobietę, musi zatrzymać w tajemnicy. Oczywiście zupełnie inaczej sytuacja wygląda w artystycznym środowisku Emmy. Tu nikt niczego nie chowa pod korcem, najwyżej ciekawość prowokuje pytania. Tyle zdziwień, a teraz przejdę do tego, co najważniejsze.

Ten prosty film opowiada o tych zwyczajnych, codziennych sprawach, które stanowią istotę naszej egzystencji. Niby nie ma tu wielkich dylematów, problemów czy tragedii. Są obowiązki: szkoła, studia, praca, jest życie domowe, rodzinne, jest poszukiwanie uczucia, a może tylko bliższej relacji z drugim człowiekiem, jest miłosny zawrót głowy, cielesna namiętność, są wreszcie małe dramaty: rozstania, zdrady, zawiedzione zaufanie, łzy. Ale to wszystko, przeżywane świadomie, buduje nasze człowieczeństwo.

Adela jest zamkniętą w sobie, spokojną nastolatką, trochę zakompleksioną. Nie bardzo wierzy w swój urok. Pozornie na tle koleżanek niczym się nie wyróżnia. A jednak jest inna. Interesuje się literaturą, ma swoje zdanie, wie, czego chce. Szuka, próbuje. Nie obejdzie się bez ofiar. Zrani chłopaka, kiedy się z nim  rozstanie, ale i ona zostanie zraniona, kiedy zaufa koleżance. Dla Adeli, która zaczyna rozumieć, że jest lesbijką, to nadzieja, że znalazła dziewczynę, dla tamtej to nic nieznaczący epizod, eksperyment. Małe, wielkie dramaty. Nikt tu nikogo nie rani celowo. Tak się w życiu zdarza. Łzy i rozpacz nie są udawane. Świat wali się na głowę, nawet jeśli za chwilę czas wyleczy rany. Kiedy Adela odkrywa prawdę o sobie, jest początkowo zagubiona. Jak odnaleźć się w nowej sytuacji, jak szukać drugiej połówki? Tym trudniejsze to wszystko, że przeżywane w ukryciu, w samotności. Nikomu nie można powiedzieć, przyznać się. Podwójne lęki i podwójne obawy. Jest młoda, niedoświadczona, czuje się nieswojo i obco w lesbijskim klubie, do którego odważyła się wejść. Inaczej niż starsza od niej, doświadczona, dominująca Emma, która będzie nie tylko jej kochanką, ale i przewodniczką. Wprowadzi ją w świat sztuki i artystów. Ale Adela też jest silną osobowością, wie, czego chce. Potrafi obronić siebie, czerpiąc jednocześnie od swojej kochanki. Jest jej muzą i modelką, ale prowadzi też dom i pracuje z dziećmi. Emma, artystka, chce czegoś więcej, tworzy i marzy o artystycznej karierze. Dla niej wybory Adeli są zwyczajne, pozbawione szaleństwa, może ambicji. Czy dlatego ich drogi się rozchodzą? Emmę pochłania praca, Adela czuje się coraz bardziej samotna i odrzucona. Wietrzy niebezpieczeństwo, zaczyna być zazdrosna. Jakby tego było mało, znowu musi ukrywać swój związek, a przynajmniej tak jej się wydaje, tym razem przed koleżankami i kolegą z pracy. Boi się ich reakcji. Tylko w środowisku Emmy obie mogą czuć się swobodnie. No i stało się: jeden nieprzemyślany krok, jedno słowo za dużo i koniec. Przyznam, że zdziwił mnie wybuch Emmy. Ja, podobnie jak Adela, miałam wrażenie, że zaczyna interesować się kimś innym. Może tak było. Przecież uczucia podążają krętymi ścieżkami. Nowa fascynacja nie musi wykluczać zazdrości o Adelę. Naruszone prawo własności, zraniona duma. Emma wyrzuca Adelę z domu, wyraźnie dając jej przy tym odczuć swoją wyższość. No a potem jest już za późno. Życie na nowo poukładane trudno znowu burzyć. Mimo że Emma nadal coś czuje do Adeli, nie zdecyduje się odejść od nowej partnerki. Jest też przecież dziecko, za które czuje się odpowiedzialna. Rozpacz Adeli, poczucie straty są bardzo prawdziwe. Ale życie toczy się dalej, trzeba pracować, trzeba żyć, mimo że zawód miłosny tkwi w niej niczym kolec. Niby nie widać, ale bardzo boli. Sama praca, nawet ta, o której marzyła, nie wystarczy. Adela jest samotna, nieszczęśliwa, musi udawać i grać. Zakłada maskę, którą zrzuca, kiedy nikt nie widzi. Czuje się obco, słuchając drażniących świergotów gości zgromadzonych na wernisażu Emmy. Tu wszystko jej przypomina o tym, co straciła. Uczucie nadal jest żywe. Aktorka gra znakomicie. Od nieskrywanej rozpaczy, do tłumionego bólu, wyobcowania. Rola Adele Exarchopoulos tchnie prawdą.

Ten prosty film pokazujący ludzkie dramaty nienachalnie, subtelnie, ale przejmująco i prawdziwie, przypomniał mi o twórczości innego francuskiego reżysera, nieżyjącego już Erica Rohmera. To właśnie on był mistrzem podobnego kina.

I na koniec jeszcze jedna refleksja. Młoda Adela fascynuje się osiemnastowieczną powieścią Marivaux "Życie Marianny". Nie będę udawała, że ją czytałam. Ale od czego internet. Spróbowałam się czegoś dowiedzieć, bo aluzja do książki aż nazbyt czytelna. Zmieniają się czasy, zmieniają obyczaje, ale uczucia i problemy pozostają takie same. I Marianna, i Adela muszą walczyć o siebie. Dla tej pierwszej przeszkodą nie do przebycia były różnice klasowe i majątkowe, dla tej drugiej to brak akceptacji dla odmiennej orientacji seksualnej.


Michał Książek "Jakuck"

"Jakuck" Michała Książka (Czarne 2013) to książka, która wyrasta z pasji, z fascynacji miejscem, jego kulturą, językiem, przeszłością, dniem dzisiejszym, przyrodą i wreszcie zamieszkującymi je ludźmi. Użyłam słów pasja i fascynacja, a może właściwsze byłoby słowo miłość, no ale ponieważ brzmi dość egzaltowanie, niech zostaną dwa pierwsze. Czytając ten reportaż z dalekiej, skutej lodem, zmrożonej mrozem, zasypanej śniegiem Jakucji, chwilami odnosiłam wrażenie, że autor pisze dla siebie, nie oglądając się na czytelnika. Szczególnie wtedy, kiedy drobiazgowo, ulica po ulicy, zaułek po zaułku, dom po domu kreśli obraz Jakucka. Albo kiedy opowiada o ptakach. Nie ukrywam, że czasami nadużywał mojej cierpliwości. Początkowo nie mogłam się też przekonać do rozbudowanego słownika języka jakuckiego. Z czasem jednak zrozumiałam, że poznając znaczenie słów, poznajemy mentalność, kulturę Jakutów (a właściwie Sacha, jak nazywają siebie), poznajemy miejsce. Łatwo zgadnąć, dlaczego na określenie śniegu, zimna czy lodu znajdziemy w tym języku nie jedno słowo, ale kilka. Ale dlaczego podobnie jest ze słowem miejsce? Objaśnienia wyrazów to w wykonaniu autora mini opowieści, które z czasem doceniłam i czytałam z ciekawością. Podobnie było z całą książką. Początkowy opór zastąpiło zaciekawienie, ba, Książek wciągnął mnie w swój świat. Aż w końcu nie mogłam się oderwać od opisu zmrożonego miasta, starych, drewnianych domów (dieriewiaszek), których w Jakucku coraz mniej, bo, jak wszędzie, zastępują je betonowe bloki, od prowadzonych przez autora poszukiwań śladów po chacie Wacława Sieroszewskiego, od relacji z odbytej w tym celu podróży do wiosek położonych na północ od Jakucka. Z otwartymi ustami czytałam o przeprawach przez skutą lodem Lenę pieszczotliwie zwaną Babcią, o zimowej wyprawie na północ w roli pomocnika kierowcy ciężarówki  (od takiej ciężarówki zależy zaopatrzenie odległych wiosek), o wilkach czy o obyczajach mieszkańców. Długo tak jeszcze mogłabym wymieniać. Michał Książek swoimi drobiazgowymi opisami i opowieściami sprawił, że zaczęłam sobie wyobrażać miasto, rzekę, wszechogarniającą pustkę przestrzeni, biel śniegu, ciemności i mgłę, przez którą ludzie gubią się we własnym mieście. Dotkliwy mróz nie pozwalał złapać oddechu, a ból grubo obutych nóg walczących ze skutą lodem i śniegiem ziemią nie dawał o sobie zapomnieć. Mogę zachwycać się tym światem, ale wiem jedno: on nie dla mnie. Nie dla mnie ciemności panujące przez wiele miesięcy, szarość, brak kolorów, nie dla mnie grubaśne stroje, nie dla mnie ponad czterdziestostopniowy mróz, śnieg, wiatr i lód!!! Zima to pora roku, której nienawidzę, czuję, że kradnie mi rok w rok kilka miesięcy z życia, więc nie wyobrażam sobie, jak można egzystować w miejscu, w którym zaczyna się już we wrześniu, a kończy w maju. A autor tej książki potrafi! Spędził w Jakucji kilka lat, studiował tam, uczył się języka, poznawał kulturę i historię, założył rodzinę, podróżował, szukał śladów polskich zesłańców (szczególnie wspomnianego już Sieroszewskiego), którzy często wnieśli wiele do kultury tej lodowej krainy. A tym, co zobaczył, co przeżył, czego się dowiedział, dzieli się z czytelnikiem.

Reportaż Michała Książka rozpoczyna się jesienią 2008 roku, a kończy wiosną roku 2009, no a w środku jest nieubłagana zima. Autor na przemian opisuje miejsca, przyrodę, swoją codzienność, wyprawy, opowiada o historii tej części Syberii, o jej mieszkańcach, ich obyczajach, kulturze i życiu. Pisze o tym, jaki wpływ na ich egzystencję ma niemal wieczna zima, a jak odcisnęła się na nim Rosja, a potem Związek Radziecki. Jak chronili swój język, kulturę, tradycję, swoją odrębność. Uświadamia, że Jakucja to nie tylko Jakuci, ale także Eweni, Ewenkowie i inni. Ale przede wszystkim sprawia, że Jakuck, Jakucja, Jakuci przestają być pustymi nazwami, zyskują swoje desygnaty, już nie są białą (nomen omen) plamą na mapie, a miejscem konkretnym, chociaż oddalonym od nas tysiące kilometrów. A przecież Jakucja nie jest na Syberii jedyna. Czytając reportaż Michała Książka, możemy zrozumieć, jak wielki to obszar, ciekawy i nieznany. A wszystko zaczęło się od młodzieńczej fascynacji Sieroszewskim. Na półkach w domu rodzinnym autora stał komplet jego dzieł, które jako dziecko czytał. Po latach ta literacka fascynacja zawiodła go do Jakucji, tropem idola, który tam spędził lata zsyłki, przeżył wiele chwil strasznych, ale miał też na swoim koncie niejedną prawdziwą przygodę, a w końcu pokochał ten kraj i tych ludzi (nie on jeden). Zazdroszczę autorowi, że udało mu się zrealizować młodzieńcze marzenie.

Kończę zapewnieniem, że książkę warto przeczytać, chociaż trzeba mieć świadomość, że lektura momentami wymaga skupienia i kontemplacji. Ale znajdziemy równie wiele fragmentów trzymających w napięciu czy po prostu zabawnych. Przede wszystkim jednak całość jest po prostu zajmująca. I jeszcze jedno. Wysłuchałam w radiu arcyciekawej rozmowy z autorem "Jakucka". Michał Książek wydał mi się człowiekiem niezwykle interesującym, refleksyjnym i głębokim. Pewnie niejednym doświadczeniem czy przemyśleniem mógłby się jeszcze z czytelnikiem podzielić.

"Chce się żyć"

"Chce się żyć" Macieja Pieprzycy wchodzi na ekrany kin w glorii chwały. Sukcesy na festiwalach w Montrealu i w Gdyni, na obu nagrody publiczności, niemilknące owacje po seansach, zachwyty nad rolą Dawida Ogrodnika, opowieści o tym, ile aktor musiał z siebie dać, aby wcielić się w Mateusza. Jak wieść niesie, widzowie płaczą, a film działa jak katharsis i sprawia, że chce się żyć. Początkowo i ja poddałam się tej euforii, wszak miło słyszeć, że polski film triumfuje w szerokim świecie. Później jednak przyszło otrzeźwienie. Nie lubię w kinie łatwych wzruszeń, nie lubię filmów z łatwym happyendem, nie lubię filmów w stylu hollywoodzkim o tym, jak w końcu po licznych przeszkodach dobro albo sprawiedliwość triumfują, a uciemiężony bohater żyje długo i szczęśliwie, nie lubię filmów, które zagłaskują i upiększają rzeczywistość. Do dziś nie rozumiem zachwytów nad "Pięknym umysłem", który mnie nie tylko rozczarował, ale i zirytował (powtarzam się, już tu o tym pisałam przy okazji poruszającego "Lęku wysokości" Bartosza Konopki), nie poszłam na "Nietykalnych",  nie poszłam też na kilka innych filmów zrobionych według takiego schematu. Ale "Chce się żyć" postanowiłam jednak zobaczyć chociaż podszyta sporą dawką nieufności i ... zaciekawienia. To drugie pojawiło się po wysłuchaniu wymiany zdań dyskutantów Tygodnika Kulturalnego w TVP Kultura (świetny program; nie po raz pierwszy polecam).  Film Pieprzycy jednogłośnie obwołali wydarzeniem tygodnia, mimo że i oni deklarowali swoją nieufność do tego typu produkcji. Nic dziwnego, że chciałam sprawdzić, jak zareaguję. Powiem więcej, nabrałam nawet nadziei, że będzie dobrze.

Po przydługim wstępie czas przejść do meritum. Film rzeczywiście jest bardzo dobry. Świetnie się go ogląda, nie jest nadmiernie czułostkowy, nie epatuje litością dla głównego bohatera ani smutkiem. Zamiast tego dostajemy ironiczny komentarz z offu i pogodny nastrój. Chwilami film jest nieodparcie śmieszny. Scena otwierania paczki od wuja z Niemiec (więcej zdradzić nie mogę), to jedna z najśmieszniejszych scen filmowych, jakie pamiętam. Od razu przypomniało mi się "Pali się moja panno" Menzla. Tam też mam swoje ulubione pięć minut (kiedy ze stołu znika szynka). O świetnym aktorstwie nie muszę wspominać. Nie tylko Dawid Ogrodnik, także Kamil Tkacz w roli młodego Mateusza, Dorota Kolak, Arkadiusz Jakubik i inni. Ale ... No właśnie, jest przecież jakieś ale. Oglądając film, nie mogłam pozbyć się głosu nieufności. Myślałam sobie, jest fajnie, ale co dalej, czym mnie ten film zaskoczy, kiedy zacznę ryczeć jak bóbr, gdzie to katharsis. Wzruszenie nadeszło, ale niejednokrotnie wzruszałam się bardziej. Katharsis nie przeżyłam, film mnie jakoś nadmiernie nie poruszył, pozwolił zasnąć, nie dał specjalnie do myślenia, niczym nie zaskoczył. Nie mogę też powiedzieć, aby sprawił, że chce się żyć. Wrodzony realizm, przez niektórych zwany pesymizmem (ale to nieprawda), od razu kazał mi zwrócić uwagę na to, co niemiłe. Owszem, dla Mateusza historia kończy się szczęśliwie. Odkąd dostrzeżono w nim człowieka, traktuje się go jak ... człowieka. A inni? Jego koledzy? Chłopak z wodogłowiem i ten drugi równie głęboko upośledzony? Im się nie należy ładny pokój? Ich dalej można traktować jak nie-ludzi? Cóż, oni pozostaną w obskurnej sali, będą karmieni na leżąco, a jeśli trzeba będzie, to usunie im się przednie zęby, a ksiądz powie im tylko, że Bóg ich kocha. Takie niewesołe refleksje, zamiast oczyszczającego katharsis, wywołał we mnie film Pieprzycy.

Kończę konkluzją, że "Chce się żyć" to film bardzo dobry, ale nie należy zapominać, że jednak mainstreamowy. Ja chyba  oczekiwałam od niego zbyt wiele.

Amos Oz "Wśród swoich"

Stary, dobry Amos Oz. Znowu po niego sięgnęłam. Tym razem po najnowszy zbiór opowiadań "Wśród swoich" (Rebis 2013; przełożył Leszek Kwiatkowski) zbierający bardzo dobre recenzje. Zresztą w wypadku Oza za nic mam głosy krytyków, po prostu ich nie słucham, jako że kocham go wielką czytelniczą miłością. A opowiadań byłam ciekawa tym bardziej, że poprzedni zbiór, "Sceny z życia wiejskiego", po prostu mnie zachwycił. Doskonale pamiętam, że wysmażyłam tu pean na jego cześć pisany niemal w natchnieniu, świadectwo ekstazy jakiejś ogromnej. Trochę ironizuję, ale nie jestem daleka od prawdy. Wtedy miałam wrażenie, że obcuję z literaturą delikatną, lekką jak puch, melancholijną, a nawet smutną, dotykającą tajemnicy ludzkiej egzystencji w sposób niezwykły. Co tu dużo mówić, po prostu wielką. "Wśród swoich" to powrót do tamtego pomysłu, tonu, nastroju. Podobna konstrukcja, podobny temat, tylko miejsce akcji inne. I jeszcze jedna różnica: to proza całkowicie realistyczna. W tamtym tomie pojawiły się dwa (a może nawet trzy) opowiadania nie do końca spełniające kryteria realizmu. Podobnie jak "W scenach z życia wiejskiego" dostajemy tu zbiór opowieści, których akcja rozgrywa się w jednym miejscu. Niby każda stanowi odrębną całość, każda jest historią kogoś innego, ale w kolejnych rozdziałach ci, którzy byli na pierwszym planie w jednym z poprzednich opowiadań, wracają gdzieś w tle albo wręcz partnerują komuś innemu. Każda historia znajduje też jakieś domknięcie w jednym z następnych rozdziałów. W kilku zdaniach, gdzieś mimochodem, narrator, mieszkaniec kibucu Jikhat, w którym toczy się akcja, informuje o tym, co się wydarzyło. Tak jakby plotkował, opowiadał komuś o swoich sąsiadach. 

Amos Oz wraca w swojej ostatniej książce ponownie do tematyki kibucowej, jak w dwóch powieściach sprzed lat: "Spokój doskonały" i "Może gdzie indziej". Akcję umieścił w latach pięćdziesiątych zeszłego wieku, kiedy ruch kibucowy wciąż jeszcze był wierny swoim ideałom. Sam mniej więcej w tamtych latach, po śmierci matki i konflikcie z ojcem, zamieszkał w kibucu i żył w nim długi czas. Miejsce nie jest tu bez znaczenia. Dlaczego? Bo w kibucu żyje się kolektywnie, we wspólnocie, bardzo blisko innych członków społeczności. Dom przy domu, ściana przy ścianie. Nawet posiłki jada się wspólnie w stołówce. Wspólne są też rozrywki, wspólnie rozwiązuje się problemy, często te najintymniejsze, jeśli tylko wyjdą na światło dzienne, a zazwyczaj wychodzą, bo przecież tu każdy o każdym wszystko wie. Wydawałoby się, że w takiej wspólnocie nikt nie może czuć się samotny. Okazuje się jednak, że samotność potrafi zagnieździć się wszędzie. Nawet tutaj. Podobnie jak nieszczęśliwa miłość, zawiedzione uczucie, zdrada. To bardzo smutne opowiadania. Nie ma tu może antycznych tragedii, jest taki zwykły, codzienny smutek i codzienne nieszczęście. Da się z tym żyć, ale ciężar samotności i niezrozumienia uwiera. Ból istnienia w najczystszej postaci. Jest samotna kobieta i samotny mężczyzna, coś ich do siebie przyciąga, ale nie potrafią przekroczyć niewidzialnej bariery. Jest mąż, który odszedł do innej. Jest ojciec niepotrafiący się pogodzić z tym, że jego osiemnastoletnia córka zamieszkała ze swoim nauczycielem, który zmienia kobiety jak rękawiczki. Jest młody chłopak umieszczony w kibucu przez opiekę społeczną, który pragnie stać się jednym z nich, ale bezskutecznie. Jest mały, nieszczęśliwy chłopczyk dręczony przez dzieci z dziecińca. Tak bardzo pragnie ciepła rodziców. Jest jego ojciec, który ze wszystkich sił chce ochronić swojego synka. Jest mądra, samodzielna, silna kobieta, która ucieka od męża. I samotny mężczyzna niemający odwagi albo refleksu, aby sięgnąć po swoją szansę. I chłopak, który pragnie się stamtąd wyrwać, ale nie ma sił, aby zostawić najbliższych. I wreszcie stary, chory, samotny mężczyzna, który za wszelką cenę chce się czuć potrzebny. Takie to historie, zwyczajne, jak w życiu, jak wszędzie wokół nas. Czasem rozgrywają się na widoku, czasem w zakamarkach duszy. Jedno je łączy: cierpienia nie sposób dzielić z kimś innym. Nikt, nawet gdyby najbardziej chciał, nie jest w stanie wziąć go na siebie. Tym nie można się podzielić.

Tak jak w "Scenach z życia wiejskiego" to, co najważniejsze, rozgrywa się gdzieś pomiędzy słowami. I tylko czasem narrator rzuca czytelnikowi, a może słuchaczowi?, jakieś zdanie, które trafia w sedno. Że miłość to plaga, bo trudno się przed nią obronić, a zwykle prowadzi do nieszczęścia. Że jest na nią większy popyt niż podaż. Że kibuc wbrew temu, co mogłoby się wydawać, nic nie poradzi na samotność. Cóż, jak się okazuje, żadna wspólnota przed nią nie ochroni.

Amos Oz jak zwykle nie zawodzi. Najnowszy tom jego opowiadań to książka bardzo prawdziwa, bardzo smutna i bardzo piękna. Przyznam jednak, z lekką nutką żalu, że nie udało mi się przeżyć ponownie takiego czytelniczego olśnienia, jakie towarzyszyło mi w czasie lektury " Scen z życia wiejskiego". Czy tamte opowiadania były po prostu jeszcze lepsze? Czy może teraz czas mniej sprzyjał skupieniu? Może jedno i drugie? Tak czy owak Amos Oz jest zawsze wart lektury. Jak zwykle, kiedy o nim piszę (który to już raz?), gorąco namawiam do spotkania z jego książkami. Wszystkimi, nie tylko tą ostatnią.

PS. Trwa sezon noblowski. Wkrótce poznamy laureata w dziedzinie literatury. Od dawna uważam za skandal, że dotąd ani Amos Oz, ani mój drugi ukochany pisarz, Philip Roth, nagrody nie dostali. Czy tym razem też tak będzie?

Małgorzata Rejmer "Bukareszt. Kurz i krew"

Kiedy tylko zobaczyłam na stronie wydawnictwa zapowiedź tej książki, od razu wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Nazwisko autorki niewiele mi mówiło, ale to jeden z moich tematów. Odkąd zachwyciłam się powieściami Eginalda Schlattnera, "Fortepian we mgle" i "Czerwone rękawiczki", staram się czytać wszystko, co rumuńskie i o Rumunii. Nie ma tego wiele, a pewnie też nie wszystko trafia mi w ręce. Tymczasem książka Małgorzaty Rejmer od razu stała się głośna, omówienia, wywiady, recenzje i zachwyty (w każdym razie ja nie natknęłam się na głosy krytyczne). Medialny szum sprawił, że natychmiast kupiłam i niemal natychmiast przeczytałam, co nie zawsze się zdarza, bo świeże książki muszą odstać swoje na półce,  czasem krócej, czasem dłużej. A po lekturze dołączyłam do grona admiratorów. Dlaczego? To proste, książka jest nie tylko bardzo ciekawa, momentami poruszająca, nawet wstrząsająca, momentami śmieszna, jeszcze w innych miejscach anegdotyczna, ale też świetnie napisana. Znać, że autorka ma talent nie tylko reporterski, ale i literacki. Sprawdziłam i już wiem, że kilka lat temu debiutowała powieścią "Toksymia" nominowaną do Nagrody Literackiej Gdynia. Stąd pewnie styl pełen literackich ozdobników, bliższy literaturze pięknej niż reportażowi, językowe stylizacje i zabawa formą. Raz będzie to opowieść o Nikolae Ceausescu napisana jak baśń, innym razem rozdziały, którym bliżej do opowiadań czy ludowych przypowiastek niż rasowych reportaży. Czasem bohater staje się jednocześnie narratorem, a rozdział o rumuńskiej rewolucji, której właściwie nie było (dlaczego, nie będę zdradzać), został napisany w formie klasycznego dramatu z chórem. Nawet tytuły rozdziałów, i podtytuł też, podporządkowane są literackiemu zamysłowi."Krew i kurz", "Błoto i złoto", "Kropla i morze", "Kołyski i trumny". Sporo tu takich zabaw. To wszystko sprawia, że książkę czyta się znakomicie i po prostu z wielkim literackim smakiem.

"Bukareszt. Kurz i krew" (Czarne 2013) to efekt fascynacji Małgorzaty Rejmer Rumunią, a Bukaresztem w szczególności. Tak jak Mariusz Szczygieł nauczył się czeskiego z miłości do Czech i Czechów, tak Małgorzata Rejmer, jak przeczytałam w jednym z wywiadów, postanowiła poznać rumuński, kiedy podczas swojego pierwszego pobytu w Bukareszcie, zrozumiała, że muszą być kolejne. I tak powstała ta książka, próba zrozumienia Bukaresztu, Rumunii, Rumunów, efekt fascynacji, może też współczucia dla tragicznej historii kraju i jego mieszkańców. Składa się z trzech części, które różnią się nie tylko treścią.

Część pierwsza, "Komunizm. Błoto i złoto", to, co nietrudno zgadnąć, rzecz o czasach chyba najmroczniejszych, najtragiczniejszych w rumuńskiej historii, przynajmniej tej współczesnej, czyli o okresie komunizmu. To tu znajdziemy opowieści najbardziej wstrząsające. O więzieniach, o Securitate, o efektach dekretu z roku 1966  zakazującego antykoncepcji i aborcji, o rządach Ceausescu, które można by uznać za groteskowe, gdyby nie były tak tragiczne, o nędzy tamtych czasów. Często nie zdajemy sobie sprawy, jak tragiczne były losy rumuńskiego społeczeństwa, jak powikłana rumuńska historia. Naprawdę trudno mi do dziś zapomnieć rozdział o więzieniu w Pitesti i metodach tam stosowanych. A przecież próbkę miałam w "Czerwonych rękawiczkach" Schlattnera. Kiedy czytałam pierwszą część książki Małgorzaty Rejmer, czułam się przygnieciona świadomością, że po raz kolejny dotykam najczystszego zła. Ile jest takich miejsc? Lektura jest tym bardziej wstrząsająca, że w pierwszej części autorka najczęściej skupia się na konkretnych postaciach. To tu najwięcej jest opowieści o ludziach, które bardziej przypominają opowiadanie, przypowiastkę czy balladę.

Część druga, najkrótsza, "Międzywojnie. Oko i ostrze", to podróż w czasie do okresu między wojnami i drugiej wojny światowej. Opowieść o Wielkiej Rumunii (jak Węgry po traktacie w Trianon straciły wiele, tak Rumunia wiele zyskała), o krwawym antysemityzmie, groteskowych władcach, sojuszu z Hitlerem, zmianie frontu i radzieckim odwecie. Ale też o przedwojennym Bukareszcie, który miał przypominać Paryż. Dla mnie  to niezwykle ciekawa powtórka  ze Schlattnera i z "Bałkańskich upiorów" Kaplana.

I wreszcie część trzecia, "Współczesność. Orient i obłęd", czas od rewolucji 1989 roku po dzień dzisiejszy. Co tu znajdziemy? Niewesoły obraz współczesnej Rumunii dręczonej kryzysami, biednej, źle rządzonej, skorumpowanej, zniszczonej, Rumunii, która nie skonfrontowała się ze swoją przeszłością. Próbę odpowiedzi na pytanie, dlaczego społeczeństwo rumuńskie tak biernie przyjmuje swój fatalny los. Małgorzata Rejmer odwołuje się  do najważniejszego rumuńskiego eposu, "Jagniątko". Na ile opowieść o pasterzu, który ze spokojem i rezygnacją czeka na śmierć z rąk dwóch innych pasterzy, odbija narodowy charakter Rumunów? Jest wreszcie wiele odniesień (w poprzednich częściach też) do jeszcze dalszej historii, nawet tej sięgającej czasów starożytnych. Kim są Rumuni? Ile mają z Daków, ile z Rzymian, którzy ich podbili? Ale przede wszystkim jest ta część książki portretem Bukaresztu, miasta pięknego i brzydkiego, zniszczonego i udręczonego, ale fascynującego. Niektórych czytelników Małgorzata Rejmer zaraziła swoją fascynacją tym miastem. Mnie nie na tyle, abym zapragnęła Bukareszt zobaczyć (ale marzy mi się podróż po Bukowinie czy Transylwanii). Jest w tym mieście, jeśli wierzyć autorce, coś, co mnie przygnębia i przeraża. Nie wiem, czy zniosłabym chaos, rany i liszaje, które na tkance miasta odcisnęły bieda, szalone pomysły władców (szczególnie Ceausescu) i bezwzględna natura (Bukareszt jest najbardziej sejsmicznie zagrożoną europejską stolicą; trzęsienia ziemi nawiedzają go systematycznie co jakiś czas, niszcząc budynki i zabijając ludzi). Trzecia część książki jest też najbardziej anegdotyczna, może nawet ciekawostkowa czy plotkarska, ale dzięki temu najłatwiej się ją czyta. Sporo tu krótkich, lekkich rozdziałów o felietonowej proweniencji. Ot choćby śmieszna opowieść o bukaresztańskich taksówkarzach albo o wierze w zabobony, a jeszcze inna o przekleństwach (barwne, wyrafinowane, zabawne, po prostu dzieła literackie, aż chce się kląć po rumuńsku), kolejna o dowcipach i jeszcze kilka innych równie zabawnych i ciekawych. Ale pisze też autorka o problemach miasta: bezpańskich psach (ostatnio sporo się o tym w naszych mediach mówi) czy budynkach zagrożonych zawaleniem.

Kończę, namawiając miłośników książek, literatury nonfiction i wszystkich zainteresowanych światem, aby koniecznie sięgnęli po arcyciekawą i literacko finezyjną książkę Małgorzaty Rejmer. Naprawdę warto wyjrzeć poza nasze opłotki i spróbować zrozumieć Rumunię i Rumunów. Bo co o nich i o ich kraju wiemy? A przecież są tak blisko.

"W imię" Małgośki Szumowskiej

"W imię" Małgośki Szumowskiej to kolejny film, na który czekałam. Aby wybrać się do kina, niepotrzebne mi było potwierdzenie jego wartości nagrodami na gdyńskim festiwalu. Są reżyserzy, których filmy ogląda się w ciemno, co nie oznacza, że zawsze wzbudzają zachwyt. Od "33 scen z życia" Szumowska należy do ich grona. Wprawdzie "Sponsoring" już mnie tak nie zachwycił, pozostawił obojętną, ale zaufania do reżyserki nie nadwyrężył. "W imię" wchodziło na ekrany poprzedzone udziałem w licznych festiwalach, nagrodami w Gdyni i dobrą prasą. Byłam, widziałam i dołączam do grona admiratorów. Opowieść o księdzu, który zakochuje się w młodym chłopaku ze swojej parafii, to film z jednej strony bardzo chłodny, zdystansowany, niemal dokumentalny, z drugiej przesycony emocjami, pełen symbolicznych scen, aluzji do innych dzieł kultury (przede wszystkim o tematyce religijnej). Dramat głównego bohatera naprawdę przejmuje i porusza. Na pewno przyczynia się do tego kreacja Andrzej Chyry. Aktor jest powściągliwy, wyciszony, gra gestem, spojrzeniem. Jest w nim coś takiego, że współczujemy jego postaci, po prostu ją lubimy. Nie da się o niej zapomnieć. Ale nie tylko nagrodzony w Gdyni Chyra zasługuje na uznanie. Także Łukasz Simlat, ale może przede wszystkim ci wszyscy naturszczycy, chłopcy z mazurskiej wsi, którzy grali swoich rówieśników, a pośród nich zawodowiec, Tomasz Schuchardt, tak zakamuflowany, że dopiero napisy końcowe uświadomiły mi, że grał jednego z bohaterów. Mnie podobały się także piękne zdjęcia Michała Englerta. Oczywiście, jak to zwykle bywa, nie przyjmuję filmu bezkrytycznie, mam kilka zastrzeżeń do scenariusza. Nie zmienia to jednak faktu, że długo nie mogłam o nim zapomnieć. Ale kto spodziewał się obrazu interwencyjnego, publicystycznego, a temat do tego prowokował, może czuć się zawiedziony, bo to kino psychologiczne o dramacie człowieka. Tyle tytułem wstępu i zachęty skierowanej do tych, którzy zastanawiają się, czy warto wybrać się do kina. A w drugiej części szczegóły dla kinomanów, którzy "W imię" już widzieli. PS. Chcąc zachować obiektywizm, informuję, że w internetowym wydaniu Wyborczej mignęła mi zapowiedź listu czytelnika, zwykłego widza, jak się przedstawił, który na najnowszym filmie Szumowskiej nie zostawił suchej nitki, nazywając go "niedorobionym snujem". Ale jemu nie podobał się też "Wymyk", "Erratum", "Nieulotne" a nawet "Sztuczki". Cóż, najwyraźniej inne kino lubimy.

Film zaczyna się od sceny beztroskiej zabawy w lesie nad jeziorem. Ale radosny śmiech nagle przeradza się w agresję skierowaną przeciwko niepełnosprawnemu umysłowo chłopakowi. Padają rozmaite wyzwiska, także ty Żydzie. Ten wybuch przeraża. W takim środowisku pracuje ksiądz Adam. Młody, wysportowany, ugania się za piłką razem ze swoimi podopiecznymi albo uprawia jogging w lesie. Najczęściej w cywilnych ciuchach, dżinsach, podkoszulku albo w markowym dresie, takich butach do biegania, w wełnianej czapeczce na głowie i z nieodłącznymi słuchawkami w uszach. Gdyby znalazł się jakiś widz, który nic nie wiedziałby o filmie Szumowskiej, co oczywiście jest raczej niemożliwe, początkowo na pewno nie zorientowałby się, że główny bohater jest księdzem. Dopiero w którejś z kolejnych scen widzimy go, jak wygłasza w kościele kazanie. Ksiądz Adam łączy w sobie sacrum z profanum. Prowadzi ośrodek resocjalizacyjny dla trudnych chłopaków, jest ich wychowawcą, pilnuje budowy, gra w piłkę i biega, aby zaraz potem spełniać swoje kapłańskie obowiązki. Odprawia mszę, wygłasza emocjonalne kazania, prowadzi procesję. Stara się być dla swoich podopiecznych autorytetem na boisku i w kościele. Ciepły, spokojny, rozważny, cierpliwy, stanowczy, ale jednocześnie zdystansowany. Jest między nim a innymi jakaś bariera. Głęboko ukrywa to, co go dręczy, co naprawdę przeżywa, z czym się zmaga, przed czym się broni. Waży gesty i słowa. Na szczerość pozwala sobie, udręczony do granic, tylko w rozmowie z siostrą. Ale i ona nie chce go wysłuchać, jak twierdzi, dlatego, że jest pijany. Ksiądz Adam doskonale wie, że gdyby jego tajemnica wyszła na światło dzienne, to w środowisku, w którym żyje, byłby skończony.Słowa pedał, ciota, Żyd to w tym wiejskim i męskim towarzystwie prawdziwe kamienie obrazy. Ale przecież nie tylko o to chodzi. Gdyby na tym polegał kłopot, pewnie próbowałby zmienić otoczenie. Istota problemu tkwi w nim samym. Jest księdzem zobowiązanym do celibatu, a jednocześnie homoseksualistą. Głęboka wiara zderzona z pożądaniem i uczuciem są przyczyną duchowego rozdarcia. Próbuje się przed tym bronić, ale cierpienia nic nie jest w stanie zniwelować. Nie pomoże bieganie, które ma być lekarstwem. Modlitwą i zmęczeniem fizycznym. Film Szumowskiej pokazuje człowieka w egzystencjalnej pułapce, w sytuacji, z której żadnego wyjścia nie ma. Jest zmaganie się z samym sobą, bezradność, cierpienie. Ale najbardziej przeraża całkowita samotność. Ksiądz Adam, mimo że otoczony ludźmi, jest przeraźliwie samotny, pragnie bliskości. Nic dziwnego, że od czasu do czasu pociechę znajduje w alkoholu. Kiedy przychodzi wieczór, zostaje sam w pokojach pustej plebanii. Udręką są bezsenne noce. Nikomu nie może powiedzieć o swoim cierpieniu. Nikt nie może mu pomóc. Nikt by go nie zrozumiał. Zostałby wyszydzony, zgnojony albo wprawiłby swoim wyznaniem w zakłopotanie. Co by było, gdyby próbował zwierzyć się Michałowi, z którym współpracuje? Najprawdopodobniej jego przyjaciel, czy na pewno?, nie wiedziałby, co z tym wyznaniem zrobić. Nawet wyspowiadać się ksiądz Adam nie ma komu. Tak naprawdę tu nikt z nikim szczerze nie rozmawia, nie ma prawdziwej bliskości, serdeczności, przyjaźni. Wymiana zdań, komunikatów, chciałoby się powiedzieć, ogranicza się do problemów życia codziennego, żartów, śmiechów, plotek, obmawiania. W tym męskim świecie nie okazuje się uczuć, nie rozmawia o tym, co dręczy. Dla Michała nawet sformułowanie grzechów w czasie spowiedzi to problem. Jest tak skryty, że nie przyznał się do tego, że był kiedyś w seminarium. Tylko Ewa, jego żona, próbuje mówić o swojej samotności. Co udręczony ksiądz Adam może jej poradzić? Co może poradzić chłopakowi, który w czasie spowiedzi mówi mu o swoim homoseksualizmie? Bieganie, które jest, jak mówi, modlitwą, problemu przecież nie rozwiąże. Z zazdrością i lękiem patrzy na chłopaków splecionych w miłosnym uścisku. Znowu jest bezradny. Aby rozwiązać problem, pozbywa się kanapy, jakby to ona była winna wszystkiemu. Jest w tym filmie kilka poruszających momentów. To sceny samotnego zmagania się z cierpieniem, sceny alkoholowego szału, ale mnie najbardziej przejmuje rozmowa z siostrą. Ciche, zrezygnowane wyznanie. Co mam z tym zrobić?, zdaje się pytać. I jeszcze wyrzuty sumienia z powodu samobójstwa podopiecznego. Jest też jedna scena piękna, scena miłosnego spełnienia. Czuły uśmiech, bliskość drugiego człowieka, ulga, chwila szczęścia. Tylko co dalej?

A na koniec chciałabym wspomnieć o kilku wątpliwościach. Może najmniej czepiałabym się tego, że obiektem fascynacji księdza Adama jest Dynia, dobry, chociaż prosty, wiejski chłopak, być może trochę ociężały umysłowo. Uczucie wszak nie wybiera. A może w grę wchodzi tylko fizyczność? A może jakiś rodzaj duchowego porozumienia? Pewnie nieprzypadkowo Mateusz Kościukiewicz swoim wyglądem przypomina Chrystusa. Większe pretensje mam o to, że nie do końca zrozumiałe jest, dlaczego ksiądz Adam obwinia się o śmierć swojego podopiecznego. Niedopowiedzenia, skrótowość, dokumentalny charakter filmu sprawiają, że nie od razu jasne było, przynajmniej dla mnie, który chłopak popełnił samobójstwo, a już naprawdę domyślać się musiałam, dlaczego to zrobił. To osłabia siłę tej sceny. Ale najbardziej zirytowało mnie zakończenie. Oczywiście zdaję sobie sprawę z jego symbolicznej wymowy (młody chłopak ucieka ze swoją homoseksualnością do seminarium, powiela błąd swojego ukochanego albo po prostu uważa, że to jedyny sposób, aby z nim być), ale nawet symbolika musi być jakoś osadzona. Tymczasem jest zupełnie nieprawdopodobne, aby ten prosty, może nawet upośledzony chłopak mógł studiować w seminarium. Moje głębokie poczucie realizmu buntuje się przed takim zakończeniem. To wszystko jednak nieważne w obliczu emocji, jakie film Szumowskiej we mnie wywołał.

Jerzy Pilch "Wiele demonów"

To dla "Wielu demonów" (Wielka Litera 2013) rozpoczęłam swoją przygodę z beletrystyką Pilcha. Temat plus znakomite recenzje sprawiły, że postanowiłam książkę przeczytać, ale wcześniej sięgnęłam po zbiór opowiadań "Moje pierwsze samobójstwo" i "Miasto utrapienia" (powieść), o czym jakiś czas temu pisałam. Opowiadania tak, powieść już nie aż tak, a "Wiele demonów"? Niestety i tym razem rozczarowanie! Tak to bywa, kiedy spodziewamy się arcydzieła. Coraz bliższa jestem przypuszczenia, że Pilchowi znacznie lepiej wychodzą krótsze formy (felietony i opowiadania), bo gatunek obliguje go do dyscypliny. Oczywiście bezczelnością jest formułowanie takiej tezy, jeśli przeczytało się tylko trzy książki autora, który napisał ich kilkanaście. Dlatego proszę nie traktować jej serio.
Pilch akcję swej najnowszej powieści umieszcza w czasach stalinizmu i ponownie zaprasza czytelnika do swojego ulubionego świata i garściami z niego czerpie. Tym razem Wisła zamienia się w Sigłę, ale topografia pozostaje niezmieniona. Jest też dom,  którego podwórko wyłożone zostało rzecznymi kamieniami. Niezorientowanym wyjaśniam, że dobrze znam ten dom i to podwórko z dwóch wyżej wspomnianych książek, chociaż oczywiście za każdym razem są one niby te same, ale jednak inne, bo literacko przetworzone. Podobnie ma się sprawa z zamieszkującymi dom bohaterami. Siglański świat poznajemy oczami jednego z jego mieszkańców, kilkunastoletniego chłopaka przygarniętego po śmierci rodziców przez gospodarzy, pana Naczelnika (poczty) i jego żonę Zuzannę. Ale ciężar opowieści tym razem rozkłada się i na inne domostwa, a szczególną rolę odegra fara, dom rodziny pastora Mraka. W tym miejscu czas najwyższy zdradzić, że jest to historia niby kryminalna. W tajemniczych i niewyjaśnionych okolicznościach znika nagle w środku nocy młodsza córka pastorostwa, Ola. Wieczorem była w swojej sypialni, a rano już nie i nawet dzieląca z nią pokój jej starsza siostra Jula nie zauważyła, kiedy zniknęła. Żadnych śladów. Diabelska sprawka? Ta tajemnica przez lata nie daje spokoju mieszkańcom Sigły. Oczywiście gatunkowa forma jest  tylko pretekstem i tak naprawdę nie o rozwiązanie zagadki tu idzie. Istotą jest, jak zwykle u Pilcha, opowieść. Przez karty książki przewija się mnóstwo dziwacznych postaci a narrator snuje ich historie. Nawet postacie epizodyczne zasługują na specjalne potraktowanie, za każdym ciągnie się jakaś opowieść równie jak on dziwaczna. Narrator sięga w przeszłość, nie prowadzi swojej opowieści linearnie, świat jego wspomnień jest chaotyczny i często przypadkowy. I chociaż gdzieś po drodze chwilami gubimy główny trzon tej historii, to przecież, jak wspomniałam, nie on jest tu najistotniejszy. Pytanie, co się stało z córką pastora, mało jest w gruncie rzeczy ważne. O co innego w powieści Pilcha tak naprawdę idzie. Inaczej niż w "Mieście utrapienia" przekaz  "Wielu demonów" jest od początku jasny. To pytania o sens wszystkiego, o sekret ludzkiego życia, który podobno poznał listonosz Fryderyk Moitschek. Ale tylko podobno, bo gdy jedni mieli go za proroka, znachora i uzdrawiacza, inni powątpiewali w jego nadzwyczajne moce. Po co się rodzimy? Po co żyjemy? Ku czemu zmierzamy i co będzie po śmierci? Te pytania cały czas krążą w powieściowym świecie. Tu wszyscy zadają je sobie serio, za pan brat są z duchami, demonami i cudami, chociaż każdy robi to na swój sposób. Stąd w tym niewielkim zakątku tyle różnych wyznań i dziwacznych towarzystw dbających o duchowy rozwój swoich członków. I nawet kiedy narrator snuje najbujniejsze opowieści, kiedy opowiada o różnej maści dziwakach zamieszkujących siglańską ziemię, to i tak za gardło chwyta go groza. Umrą, umrą, umrą, wtrąca nagle od czasu do czasu. Świadomość śmierci i nieuchronnego końca towarzyszy mu stale mimo młodego wieku. Przyznam, że właśnie owo mierzenie się ze sprawami ostatecznymi, tak mnie skusiło. I właśnie dlatego poczułam się rozczarowana. Bo  sama powtarzana kilkakrotnie fraza umrą, umrą, umrą, nie sprawiła, że przejęłam się zagadką bytu. A przecież nie tak wcale dawno temu przez moją głowę nagle niczym błyskawica przeleciała podobna myśl i było to doznanie z gatunku metafizycznych (a przecież dzieckiem nie jestem i o istnieniu końca dobrze wiem). Zdarzyło się to w okolicznościach całkiem zwyczajnych zupełnie niepasujących do tego typu refleksji. Wspomnienie tej chwili do dziś przejmuje mnie dreszczem. Chociaż świat wydaje mi się raczej pozbawiony sensu, straszny i absurdalny, a za jego króla mam raczej przypadek niż cokolwiek innego, to powieść Pilcha bardziej mnie bawiła niż przerażała. Wiem nawet dlaczego. Otóż moim zdaniem winne jest gadulstwo autora. Powieść wydaje mi się mocno przegadana. Za dużo tych dygresyjnych historii o każdej, nawet epizodycznej, postaci, za długie te niekończące się rozmowy, dyskusje i sprzeczki, za dużo tych narracyjnych popisów. Pilch jest wspaniałym opowiadaczem, ale mam wrażenie, że czasem nie zna miary, nie potrafi albo nie chce powściągnąć swoich oratorskich zapędów. To dlatego wolę jego opowiadania. Kiedy czytam "Trupa ze złożonymi skrzydłami" albo "Śnieg przez dwie trzecie doby",  jestem poruszona. Wtedy naprawdę czuję grozę przemijania, odchodzenia i nieuchronności śmierci. Wtedy razem z narratorem tęsknię za światem dzieciństwa, który przeminął na zawsze i już nigdy nie wróci, żałuję niewykorzystanych okazji. Przecież wszystko mogło być inaczej. Czy lepiej? Kto to wie, tego sprawdzić się nie da. Takich doznań spodziewałam się po "Wielu demonach". Nic z tego. Zamiast nich przesyt, a nawet, o zgrozo, nuda. Momentami, szczególnie w drugiej części, traciłam cały zapał i całe zainteresowanie siglańskim światem.
Ale może to wszystko celowe? Może absurd istnienia, śmierć i inne demony drążące człowieka da się znieść tylko wtedy, jeśli się je zagada i utopi w morzu opowieści? Nawet jeśli tak jest, na mnie to nie działa. Na koniec spieszę wyjaśnić, iż mimo rozczarowania nie żałuję czasu poświęconego lekturze "Wielu demonów". Gdyby jednak ktoś pytał mnie o radę, to z trzech książek Pilcha, które dotąd przeczytałam, poleciłabym mu "Moje pierwsze samobójstwo", o ironio, zbiór opowiadań.
PS. Niezorientowanym wyjaśniam, skąd to o ironio. Nie lubię opowiadań za ich krótką formę. Jestem miłośniczką powieści, im grubsze, tym lepiej.

"Przeszłość" Asghara Farhadiego

Trwa dobra kinowa passa. "Blue Jasmine", "W kręgu miłości" a teraz najnowszy film Asghara Farhadiego. Kto nie ma głowy do nazwisk, temu spieszę przypomnieć, że Farhadi to irański reżyser, autor między innymi "Co wiesz o Elly?" i znakomitego "Rozstania", które zdobyło Oskara dla filmu nieanglojęzycznego, pokonując "W ciemności" Agnieszki Holland. Właśnie na ekrany wszedł jego najnowszy film o równie krótkim tytule jak poprzedni, "Przeszłość". Tym razem reżyser pracował we Francji, ale jego bohaterami są mieszkający w Paryżu Irańczycy. "Przeszłość", podobnie jak "Rozstanie", to przejmująca rodzinna psychodrama. Kobieta, dwóch mężczyzn, a w tym wszystkim dzieci. Rozpisany na kilka postaci film wciąga, intryguje i stawia pytania. O winę, odpowiedzialność i o to, czy od przeszłości można się oderwać. Wolne początkowo tempo zaczyna gwałtownie przyspieszać, mnożą się rodzinne zagadki, wychodzą na jaw tajemnice. Nic tu nie jest jednoznaczne, czarno-białe, jak w życiu. Meandry ludzkich uczuć, w których bohaterom trudno się połapać. Ten psychologiczny film trzyma w napięciu do samego końca, do ostatnich minut. Mocną stroną "Przeszłości" jest też aktorstwo. Grająca główną rolę Berenice Bejo została nagrodzona w Cannes, a to nie jedyna ciekawa rola. Oczywiście było jasne, że muszę ten film zobaczyć, i raczej pewne, że się na nim nie zawiodę. Tak się stało, dlatego teraz zapewniam, że żaden miłośnik kina nie powinien najnowszego "Przeszłości" przeoczyć, a wszystkich, którzy już go widzieli, jak zwykle zapraszam dalej.

Kto widział poprzedni film Farhadiego, dostrzeże w nim sporo podobieństw do jego najnowszego obrazu. Rozwód, rozbita rodzina, dramat i pytanie, kto zawinił. O ile jednak "Rozstanie" było z jednej strony filmem uniwersalnym, a z drugiej jednak bardzo irańskim (pamiętam, że pisałam wtedy, iż taka sytuacja w taki sposób w Europie nie mogłaby się zdarzyć), o tyle z bohaterami "Przeszłości" sprawa ma się całkiem inaczej. To Irańczycy we Francji zadomowieni na dobre i ich problemy są problemami współczesnej Europy. Marie ma za sobą wiele związków. Małżeństwo, z którego urodziły się dwie córki, starsza Lucie, i młodsza Lea. Potem kolejne z Ahmadem, też zakończone rozstaniem. Teraz próbuje ułożyć sobie życie z Samirem. Rozumiemy ją, ale rozumiemy też dzieci, które nie potrafią zaakceptować kolejnego związku swojej matki. Obie dziewczynki, Lucie i Lea, przywiązane były do Ahmada i nadal mają z nim dobry kontakt. Biologicznego ojca prawie nie widują, mieszka w Belgii, nie lubią jego żony. Gdzie jest ich miejsce? U boku matki i jej nowego partnera czy u ojca i jego dziwnej, jak mówi Lea, żony? Więzi z dorosłymi są  nietrwałe, dlatego tak silna jest  ich siostrzana więź. Jeśli zbuntowana Lucie zdecyduje się odejść do ojca, Lea wyjedzie do Belgii razem z nią. Jeszcze bardziej skomplikowana jest sytuacja Fouada, dziewięcioletniego syna Samira. Jemu w nowej sytuacji jest się odnaleźć jeszcze trudniej. Jego matka od kilku miesięcy jest pogrążona w śpiączce. Chłopiec nie potrafi zaakceptować ani nowej kobiety w życiu swojego ojca, ani nowego miejsca. Tęskni za matką, tęskni za Paryżem, buntuje się, próbuje uciekać. Tylko towarzystwo Lei, jego rówieśniczki, osładza mu chaos zafundowany przez dorosłych. Chłopiec, dosłownie, jest przestawiany z kąta w kąt. Z jednego domu do drugiego, z parteru na piętro, z łóżka na łóżko, a wszystko dlatego, że dorośli próbując ułożyć sobie na nowo swoje zagmatwane życie, nie zastanawiają się, co czuje dziecko postawione w takiej sytuacji. Dzieci zdają się być tu tylko przeszkodą. I Samir, i Marie mają do nich pretensje o to, że nie potrafią zaakceptować nowej sytuacji. Stale burczą, krzyczą, pouczają, strofują, karzą. Dużo tu wrzasku, gwałtowności, nieposkromionych emocji. Lucie, Fouad i Lea (ona wydaje się być najodporniejsza z całej trójki) są ofiarami bałaganu, jaki panuje w życiu dorosłych. Ten chaos symbolicznie podkreśla rozgardiasz panujący w domu Marie. Remont, ciasnota potęgują poczucie tymczasowości, braku zakorzenienia. Matka Lucie i Lei, otwierając nowy rozdział w swoim życiu, postanawia wprowadzić zmiany w domu, ale remont wlecze się tak, jakby nie potrafiła rozstać się z przeszłością. I ona, i Samir są ludźmi zatrzymanymi w pół drogi. Niby chcą sobie ułożyć życie na nowo, ale z przeszłością jeszcze się nie pożegnali. Czy gdyby Marie nie zaszła w ciążę, ona i Samir byliby nadal ze sobą? W pierwszej scenie filmu widzimy ją  na lotnisku, czeka na Ahmada. Jej reakcja, kiedy go wreszcie dostrzega, może widza zmylić. Uśmiecha się, jakby witała ukochanego. Przez dobrą chwilę trudno rozgryźć, co ich łączy. Trudno też definitywnie rozstrzygnąć, jaką grę z Ahmadem prowadzi Marie. Czy naprawdę chce rozwodu, czy skrycie liczy na jego powrót? Jakaś więź nadal ich łączy. To do niego, mimo pretensji, zwraca się z prośbą o pomoc w rozwiązaniu konfliktu ze zbuntowaną Lucie. Ahmad nie umywa rąk. Starając się rozwiązać problem, mimowolnie znowu wkracza w życie Marie i jej córek. Ale przecież jest już ten trzeci, Samir, jego następca. Czy Ahmad tego chce, czy nie, zostaje wplątany i w jego sprawy. Przeszłość miesza się z teraźniejszością. Z tej trójki to on budzi  moją największą sympatię. Jest odpowiedzialny, uczynny, spokojny, rozsądny i ciepły. Jako jedyny z dorosłych nie krzyczy na dzieci, stara się je zrozumieć i rozwikłać ich problemy. Wie, że czasu zawrócić się nie da, dlatego próbuje spojrzeć na konflikt z punktu widzenia obu skłóconych stron, córki i matki. Ale i on nie jest ideałem. Cztery lata wcześniej odszedł od Marie. Dlaczego? Możemy się tylko domyślać. Wrócił do Iranu? Jak wszyscy w tym filmie i on nie mógł się oderwać od przeszłości? Czy we Francji nie czuł się u siebie? Jedyny spośród bohaterów? Bo przecież pozostali, Marie, Samir i Sahriar (ich znajomy, właściciel restauracji), we Francji są zadomowieni. Ten rozważania rozpoczęłam od stwierdzenia, że Marie zatrzymała się w pół drogi. Podobnie rzecz się ma z jej ponurym, chmurnym kochankiem. Z przeszłością łączy go pogrążona w śpiączce żona, ani żywa, ani martwa. Póki jest, jego nowy związek zawsze będzie tymczasowy. Czego chce? Ostatecznie przekonać się, że żona już nigdy się nie obudzi? A może jednak liczy na cud? Którą z kobiet wówczas by wybrał? Czy zanim jego żona pogrążyła się w depresji, byli szczęśliwi? Czy gdyby nie jej choroba związałby się z Marie? Czy wie, co czuje do obu kobiet?

Tyle o poplątanych uczuciach, relacjach dzieci - dorośli i przeszłości, od której niełatwo się odciąć. Chociaż można by jeszcze długo. Na przykład o tym, że i uczucia dzieci, też są splątane. Na przykład Fouad ucieka od Marie, ale jednocześnie potrzebuje jej ciepła. Kiedy wraca do paryskiego mieszkania, tęskni za Leą.

Chciałabym się jeszcze zatrzymać nad pytaniem o winę, które wyraźnie wybrzmiewa w drugiej części filmu. Problem winy stawiał Farhadi już w "Rozstaniu". Podobnie jest i tu. Na kim spoczywa odpowiedzialność za to, że żona Samira próbowała popełnić samobójstwo i znalazła się w śpiączce? Na Marie i Samirze, bo mieli romans? Na Lucie, bo nie mogąc się z tym pogodzić, chciała jej przesłać listy miłosne kochanków? Czy to, że w wyniku pomyłki jednak tego nie zrobiła, jakoś mimo wszystko ją obciąża? Czy liczy się intencja? A może za wszystko odpowiada Naima, która ostatecznie żonie Samira  te listy przekazała? Ale przecież ona chciała się tylko bronić, poniżana, oskarżana o romans z pracodawcą. Ile jej winy? Wreszcie czy żona Samira w ogóle te listy przeczytała? To pytanie też pozostaje bez odpowiedzi. A może jednak, jak cały czas utrzymywali Marie i Samir, do nieszczęścia doprowadziła jej choroba? Seria przypadków, splot nieszczęśliwych okoliczności. Nawet jeśli nikt nie zawinił, a ostatecznie skłaniam się ku takiemu przekonaniu, to rozumiem ich poczucie winy. I Lucie, i Marie, i Samira, i Naimy.

Znakomity film, o którym można by pisać jeszcze długo. No ale kto by to wtedy przeczytał? Kończę więc, a ty, czytelniku tej notki, możesz dalej snuć swoje rozważania nad "Przeszłością" Farhadiego.

Francesco M. Cataluccio "Czarnobyl"

Dość nieoczekiwanie sięgnęłam po książkę włoskiego eseisty Francesca M. Cataluccia "Czarnobyl" (Czarne 2013; przełożył Paweł Bravo). A wszystko z powodu audycji radiowej, w której usłyszałam bardzo ciekawą rozmowę z autorem na temat jego esejów. Może dlatego jestem rozczarowana? Cóż, spodziewałam się czegoś grubszego, a dzięki objętości głębszego. Niby nic nie można tej książce zarzucić: jest ciekawa, sporo się można dowiedzieć, czyta się ją z zainteresowaniem. Cały czas jednak podczas lektury towarzyszyło mi uczucie niedosytu. Miałam wrażenie, że autor zaledwie prześlizguje się po poruszanych przez siebie tematach, chciałam wejść w nie głębiej. Żebyś, czytelniku tej notki, wiedział, w czym rzecz, muszę wreszcie napisać, o czym jest "Czarnobyl". Niby tytuł mówi swoje, a jednak ... Bo nie jest to, jak mogłoby się wydawać, tylko historia katastrofy w czarnobylskiej elektrowni atomowej, nie jest to także tylko historia miasta, ale przede wszystkim dostajemy opowieść o tragicznych dziejach Ukrainy. Owszem autor pisze o swojej wyprawie do Czarnobyla z wycieczką, jaką można wykupić w jednej z kijowskich agencji turystycznych, i opowiada o tym, co tam zobaczył. Z jednej strony wymarły, opuszczony świat, do którego niektórzy zdecydowali się wrócić, z drugiej turystyczna atrakcja, żerowanie na ludzkim nieszczęściu. Przywołuje z  pamięci samą katastrofę. Pisze o tym, co działo się na miejscu,  i o tym, co sam wtedy przeżywał (mieszkał w tamtym czasie w Warszawie, gdzie studiował). Tłumaczy, dlaczego ten temat tak za nim od lat chodził. Ale to nie wszystko. Bardzo mocno zwraca uwagę na tragizm tych ziem, nie tylko Czarnobyla, ale i Ukrainy, wyliczając  liczne nieszczęścia. Pogromy żydowskie, rewolucja, wojna domowa, czasy stalinowskie, wielki głód, druga wojna i to, co po niej. I właśnie te tematy wydają mi się potraktowane naskórkowo, są zaledwie wspomniane, muśnięte. Zamiast tego wiele miejsca poświęca Catalluccio sobie i rozważaniom metafizycznym. Wychodzi od analizy samej nazwy Czarnobyl (czarna bylina, piołun), kończy na fragmencie Apokalipsy świętego Jana. Po drodze miesza we wszystko szatana. Teza jest jasna: nad tą ziemia wisi jakieś diabelskie fatum. Czytaniu towarzyszy metafizyczny dreszcz, który kłóci się z moją racjonalnością. Nie przeszkadza mi szatan u Dostojewskiego czy Bułhakowa (autor przywołuje obu pisarzy), przeszkadza w rozważaniach Catallucia. 

"W kręgu miłości"

Kilka razy przed różnymi seansami widziałam zwiastun tego filmu. Od początku zwrócił moja uwagę. Pomyślałam, że muszę "W kręgu miłości" obejrzeć, jeśli tylko będzie miał dobre recenzje. Przecież sam trailer, nawet najciekawszy, niekoniecznie zapowiada dobry film. Bywa też odwrotnie. Nie wiem, dlaczego byłam pewna, że to produkcja amerykańska, pewnie z powodu żywiołowej, bluegrassowej muzyki. Tymczasem to film europejski, belgijsko-holenderski. Reżyser, Felix Van Groeningen, jest autorem niezwykle drażniącego, chociaż ciekawego filmu "Boso, ale na rowerze", o którym kiedyś pisałam. Ale o tym wszystkim dowiedziałam się, oglądając pierwsze sceny i już po seansie. A do kina oczywiście poszłam, bo oceny były obiecujące, niektóre nawet bardzo. No i nagród na rozmaitych festiwalach "W kręgu miłości" zebrało całkiem sporo. Nagrodzona została między innymi główna rola żeńska. Słusznie, bo od Veerle Baetens oczu oderwać nie można. Tyle ma uroku, taka potrafi być żywiołowa, radosna, no i jest po prostu ładna urodą intrygującą. Nawet nie przeszkadzały mi tatuaże prawie całkowicie pokrywające jej ciało. Ale nie tylko ona robi wrażenie, także partnerujący jej Johan Heldenbergh, jednocześnie autor sztuki teatralnej, na podstawie której powstał scenariusz. Ta para, fizycznie tak do siebie niepasująca, ma w sobie coś charyzmatycznego. Podobnie jak film, w którym grają. Oczywiście wiem, że słowo charyzmatyczny nie pasuje jako określenie filmu. Jak go w takim razie nazwać? "W kręgu miłości" należy do takich obrazów, które robią wrażenie, nie pozostawiają widza obojętnym, działają na emocje i nie pozwalają o sobie zapomnieć. Nie będę ukrywać, że się po prostu wzruszyłam, co oczywiście starałam się skrzętnie ukryć. No i jeszcze jedno: film mnie zaskoczył. Moją wiedzę o treści opierałam tylko na zwiastunie, dlatego twórcom udało się mnie zwieść. A ja uwielbiam, kiedy film rozwija się w inną stronę, niż się spodziewam. Nie ma nic gorszego w kinie od przewidywalności. Gdyby ktoś zdecydował się obejrzeć "W kręgu miłości", niech nie czyta wcześniej zapowiedzi dystrybutora, bo ten zdradza odrobinę więcej, co sprawdziłam przed chwilą. Dlatego ja zdradzę jak najmniej. "W kręgu miłości" to historia związku żywiołowej Elise, tatuażystki, i starszego od niej Didiera, grającego i śpiewającego w bluegrassowym zespole, potężnego faceta o twarzy proroka. Tyle niech wystarczy, bo im mniej, tym lepiej, a właściwie ciekawiej. A kto już widział, może przeczytać ciąg dalszy. Zapraszam.

Teraz, w ciągu dalszym, mogę zdradzić, czego się spodziewałam, oglądając, parokrotnie, zwiastun filmu. Otóż myślałam, że to kolejna historia o tym, jak wielka miłość zostaje pokonana przez prozę życia. Zupełnie nie przypuszczałam, że film z jednej strony będzie opowieścią o największej stracie, jaką jestem sobie w stanie wyobrazić, o stracie dziecka, a z drugiej okaże się klasycznym melodramatem. Nawet kiedy siedziałam w kinie, długo nie spodziewałam się, że Maybell umrze, a już kompletnym zaskoczeniem była dla mnie śmierć Elise. Może jestem naiwna, ale do końca myślałam, że uda się ją uratować. Tak bardzo kibicowałam tej filmowej parze. Elise i Didier mieli w sobie tyle uroku, radości życia, żywiołowości, szaleństwa, tak bardzo byli w sobie zakochani. Nie da się ukryć, że spełniali potoczne wyobrażenia o wielkiej miłości, której codzienność nie pokona. Niekonwencjonalna para artystów, barwne, swobodne ptaki. Koncerty, przyjaciele muzycy, imprezy, wolność, mieszkanie w przyczepie, a potem w starym domu gdzieś pod miastem, nawet taranda, małżeński kompromis pomiędzy werandą (marzenie Elise), a tarasem (marzenie Didiera) to manifestacja oryginalności i harmonii. Nieplanowane narodziny dziecka również nie burzą sielanki. Jednym słowem luzacki stosunek do codzienności i zgrabne ominięcie znienawidzonej, rutynowej, codziennej udręki, a przy tym odrobina mieszczańskich wygód. Któż z nas o tym nie marzy? Ale i ta opowieść o parze wolnych artystów okazuje się iluzją. Nieprzypadkowo poznajemy ją z poszatkowanej, niechronologicznej retrospekcji. Jest jak wspomnienia. Pamięć wyrzuca to, co złe, upiększa przeszłość. Zawsze nam się wydaje, iż to, co kiedyś, było lepsze. Że życie Elise i Didiera od momentu, kiedy na świecie pojawiła się Maybell, nie było wolne od nieporozumień, sporów i trosk, dowiemy się później, w momencie dramatycznego kryzysu.

Bo tak naprawdę jest to film o utracie. Jak poradzić sobie ze śmiercią dziecka? Oboje cierpią, ale Elise zamyka się w swoim cierpieniu, nie chce pomocy od Didiera, stąd mnożące się nieporozumienia. Niby stara się żyć normalnie, ale nie potrafi. Na nic próba powrotu do namiętności, miłosne zbliżenie kończy się szlochem, który mógłby być oczyszczający, ale nie jest. Na nic likwidacja dziecięcego pokoju. Tylko śpiew, który z radosnego zmienia się w smutny, sprawia (chyba) Elise jakąś przyjemność. Mnożą się wzajemne pretensje, oskarżenia i nieporozumienia. Ale przyczyna ich rozstania będzie inna. W świecie bez Boga ona tak bardzo chce wierzyć, że Maybell nie umarła całkiem. Bo i o tym jest ten film. Po śmierci dziecka Elise odczuwa pustkę, nie ma czym jej wypełnić. Nie obwinia Boga, nie buntuje się przeciwko Niemu, nie bluźni, bo w niego nie wierzy. Znamienna jest scena w szpitalu, kiedy daje córeczce krzyżyk, który dostała niegdyś od swojej matki. Ale to tylko talizman, który ma dodać choremu dziecku sił i odwrócić zły los. Może dla jej babki albo prababki ten krzyżyk był symbolem religijnym, dla niej już nim nie jest. Więź z przeszłością została zerwana, ale w Elise, jak w dziecku, drzemie potrzeba transcendencji, która budzi się w chwili kryzysu. Dlatego wierzy, że Maybell wraca do niej pod postacią ptaka, tak jak dziewczynka wierzyła, że martwy ptak stał się gwiazdką na niebie. Inaczej Didier. Nie wierzy i nie ma w sobie takiej potrzeby. Przeciwnie, o śmierć córeczki obwinia religijnych konserwatystów, którzy sprzeciwiają się badaniom nad komórkami macierzystymi. Jej pragnienie jakiejkolwiek wiary, że po śmierci jest coś, i jego materialistyczny fanatyzm objawiający się furiackimi, pełnymi nienawiści perorami są przyczyną ich rozstania i doprowadzają do drugiej tragedii.

Na zakończenie chciałabym zwrócić uwagę na jeszcze coś. To dyskretnie poprowadzony wątek przyjaźni i ukojenia, jakie może nieść muzyka, która jest treścią życia. W najważniejszych i najtrudniejszych momentach są z Didierem jego przyjaciele z zespołu i jest muzyka. Grą i śpiewem witają Maybell wracającą ze szpitala, a potem w taki sam sposób żegnają ją na cmentarzu. Kiedy umiera Elise, wspólny ból też wyrażają muzyką. Tak jak kilka lat wcześniej byli z nimi w czasie ich ślubu. To piękne, chwytające za gardło sceny.

Być może "W kręgu miłości" znajdzie swoich krytyków, być może niektórzy będą się zżymali na sentymentalizm (to w końcu melodramat), być może niektórych będą drażniły ptaki, w których Elise chce widzieć Maybell (słyszałam takie ironiczne głosy po seansie), ale mnie film bardzo się podobał. Poruszył , wzruszył i nie daje spokoju. A przecież o to chodzi.

Popularne posty