"Przed północą" Richarda Linklatera

Czekałam na ten film, od kiedy dowiedziałam się, że będzie. Jestem wielką miłośniczką dwóch poprzednich części cyklu, szczególnie "Przed zachodem słońca". Przypomnę, że "Przed północą" Richarda Linklatera to dopełnienie historii, która rozpoczęła się w filmie "Przed wschodem słońca" (1995 rok), a kontynuowana była we wspomnianym "Przed zachodem słońca" (rok 2004). Opowieść zaczyna się osiemnaście lat temu: Jesse, młody Amerykanin, i Celine, Francuzka, spotykają się w pociągu do Wiednia, wysiadają i włócząc się cały dzień i całą noc po austriackiej stolicy, gadają. Przy rozstaniu umawiają się za rok w tym samym miejscu. Ale do spotkania dojdzie dopiero dziesięć lat później w Paryżu (to drugi film). On został pisarzem, ożenił się, ma dziecko, ona też jest w związku. Chodzą po Paryżu i znowu gadają, gadają, gadają, nadrabiając stracony czas. O życiu, o pracy, o swoich związkach, o sobie. Minęło dziesięć lat, pamięć wiedeńskiego spotkania powraca, właściwie była w nich gdzieś przez te lata. Co będzie dalej? Jesse ma jeszcze tego wieczoru samolot do Stanów. Czy do niego wsiądzie? Nieprawdziwe? Niemożliwe? Nie zna życia ten, kto tak uważa. Minęło kolejnych osiem lat. Jesse i Celine są parą. Spędzają wakacje w Grecji. Znowu chodzą i gadają. Nudne? Nie! Ich rozmowy są za każdym razem ciekawe, błyskotliwe, dowcipne, czasem śmieszne, czasem melancholijne, czasem dramatyczne, ale zawsze dotykają istoty. Pokazują prawdę, poruszają, są lustrem, w którym się przeglądamy. W ich dylematach odnajdujemy swoje. Nawet specjalnie się nie bałam, czy trzecia część dorówna dwóm poprzednim. Wierzyłam w reżysera, w Julie Delpy i Ethana Hawke'a (są współscenarzystami). I miałam rację! Film oglądałam, zapominając o tym, co poza ekranem. A nie było mi tego wieczora łatwo oderwać się od rzeczywistości. Mimo to udało się. Nie wiem, kiedy minął prawie dwugodzinny seans. A patrzenie na Julie Delpy i Ethana Hawke'a to dodatkowa przyjemność. Film podobał mi się bardzo, jest, jak poprzednie, dla mnie bardzo ważny. A kto już widział, może czytać ciąg dalszy, gdzie garść bardziej szczegółowych refleksji.

Najbardziej lubię w filmach Linklatera (tym i poprzednim, pierwszy pamiętam najsłabiej, muszę do niego wrócić) to, że pokazuje życie z jego subtelnymi dylematami często  dręczącymi człowieka. Pozbawia widza iluzji, mówi, że wszystko może się zdarzyć, że ciągle trzeba dokonywać trudnych wyborów. Zaryzykować i wywrócić swoją dotychczasową egzystencję do góry nogami, bo spotkało się miłość swojego życia? A może tylko tak się wydaje? Może wiara w miłość idealną, mocną, stale buchającą równie silnym płomieniem to iluzja, na którą wciąż od nowa dajemy się nabierać? Co by było, gdyby dotrzymali danej sobie obietnicy i spotkali się w Wiedniu rok później? Byliby razem? Szczęśliwi? A może już lekko sobą znudzeni? To część druga. Trzecia pokazuje konsekwencje wyboru i stawia pytanie, czy było warto.

Największą cenę zapłacił Jesse. Aby być z Celine rozszedł się z żoną i poświecił syna. Nie ma rozwiązań idealnych. W takiej sytuacji zawsze jest coś za coś. Rozstania z dorastającym synem uświadamiają mu, co stracił. Jest tatą wakacyjnym i świątecznym, nie towarzyszy swojemu dziecku na co dzień. Pozostają mejle, telefony, skype. Niby banał, niby wiemy, że tak jest, podobne historie przytrafiają się nam albo naszym znajomym, ale  spojrzenie Ethana Hawke'a, w którym jest tyle smutku, zgnębienia, tęsknoty i rozpaczy, pozwala widzowi na nowo odczuć cały bezmiar tragedii, jaka towarzyszy podobnym wyborom. Co robić? Domyślamy się, że najchętniej zamieszkałby z nową rodziną w Stanach, aby być blisko syna. Jesse zdaje sobie sprawę, że to niełatwe, niemal niemożliwe. Bo Celine nie wyobraża sobie porzucenia swojego dotychczasowego życia, swojej pracy, swojej Francji, swojego Paryża. Podświadomie boi się, że ta propozycja padnie. Na pewno każdy doskonale zna podobne uczucie, kiedy gdzieś pod powierzchnią czai się lęk, za którym stoi problem, początkowo skrywany, niewypowiadany. Najchętniej zamietlibyśmy go pod dywan, udawali, że go nie ma. Ale tak da się tylko do czasu. W końcu wybuchnie. Może lepiej wyjść bestii naprzeciw, głośno wypowiedzieć swoje lęki. Tak robi Celine i budzi demony. Na naszych oczach rozegra się farsa, która przerodzi się w tragedię. Wieczór, w założeniu  romantyczny, przeradza się w kłótnię. Padają wzajemne oskarżenia, niewypowiedziane pretensje, każda strona ma swoje racje, każda uważa się za pokrzywdzoną. Celine i Jesse nie rozumieją siebie wzajemnie. Jedno dziwi się słowom drugiego. Kto się bardziej poświęca? Kto więcej traci? Kto jest kurą domową? Nawet udane greckie wakacje dla niej wcale takie nie były. Z jednej strony padają typowe kobiece zarzuty i użalania się nad sobą (że jest złą matką, a to dlatego, że pracuje i zajmuje się wszystkim: domem i dziećmi, że on sobie jeździ na spotkania autorskie, a ona zostaje sama z całą tą obmierzłą codziennością, z tą prozą życia, od której on jest wolny), z drugiej męskie zdziwienie i obrona. Wieczór mile zaczęty grzęźnie w eskalacji oskarżeń. Reżyser i aktorzy niczego nie upiększają. Z ekranu bije prawda, znane emocje i uczucia. Bohaterowie są tacy zwyczajni. On dość niechlujny, żaden amant, żaden przystojniak, po prostu przeciętniak. Ona piękna, ale poza tym też kobieta jakich wiele na ulicach. Lekko zaokrąglona, nogi nie najzgrabniejsze (kamera zatrzymuje się na nich dłuższą chwilę, pewnie celowo, kiedy idą do hotelu), piersi już nie tak jędrne. Julie Delpy eksponując przez pół filmu (oczywiście przesadzam, nie pół) swój biust, który wygląda zza na pół zdjętej sukienki, wygląda groteskowo, ale przecież bardzo prawdziwie. Doskonale potrafię wyobrazić sobie taką sytuację: mile rozpoczęty wieczór przeradza się w małżeńską awanturę. Banalne pretensje nieoczekiwanie urastają do rangi problemu nie do rozwiązania. Padają pytania o uczucia i zdradę. On twierdzi, że kocha bezwarunkowo, a reszta się nie liczy. Jej zarzuca niedojrzałość, życie iluzją wiecznej, płomiennej miłości. Nagle robi się bardzo poważnie. Może rzeczywiście nie ma już czego ratować? Kiedy patrzę na bezradnego, zrozpaczonego, zaskoczonego Jessego, kiedy patrzę na wściekłość i łzy Celine, to współczuję im obojgu. Z drugiej strony po raz kolejny myślę: jakie to prawdziwe! To kłębowisko sprzecznych emocji, ta trudność w rozeznaniu, co się naprawdę czuje, co zrobić. Czy mają szansę? Czy Jesse rozbroi gniew Celine? Czy ona naprawdę go nie kocha? Czy to zawsze musi się tak skończyć? Bardzo chcielibyśmy wierzyć, że będzie dobrze, tym bardziej, że ich lubimy. Bardzo chcielibyśmy też uwierzyć, że nie taki będzie finał, że małżeństwo to nie grób miłości. Szkoda, że reżyser nie skończył filmu odrobinę wcześniej, że postawił kropkę. Wolałabym, aby pozostawił bohaterów i widza w zawieszeniu, tak jak w poprzedniej części. Ale przecież i tak nie mamy pewności, jak dalej potoczy się historia Celine i Jessego. Czy wobec tego warto było, skoro i tak zawsze dopadnie nas proza życia?

W pierwszej części filmu reżyser każe zgromadzić się przy stole trzem parom i dwojgu owdowiałym bohaterom. Najmłodsza para jest pełna nadziei, wierzą, że będą zawsze szczęśliwi. Tym bardziej, że pozostali biesiadnicy zdają się potwierdzać ich złudzenia. Celine i Jesse opowiadają swoją romantyczną historię, gospodarze też są szczęśliwą, bezpretensjonalną parą. Owdowiała kobieta z miłością wspomina męża, stary pisarz tak samo opowiada o swojej nieżyjącej żonie. Ale w pewnym momencie wdowa z bólem mówi, że coraz częściej  zapomina twarz zmarłego męża. Gdzie jest prawda o tych parach? Czy rzeczywiście są takie szczęśliwe? Czy to tylko tak wygląda z zewnątrz? Czy wiemy, co ich naprawdę dręczy? Jak zachowują się, kiedy zostają sami ze swoją codziennością? Wszyscy wydają się tacy szczęśliwi. Jak jest w rzeczywistości?

Świetny, w każdym calu prawdziwy film, brutalnie odzierający ze złudzeń.

Kazimierz Kutz "Piąta strona świata"

Zdarza się, wcale nie tak rzadko, że o moich lekturach decyduje impuls. Tak było i tym

razem. Przecież powieść znanego reżysera, "Piąta strona świata" (Znak 2010), ukazała się trzy lata temu. Przecież słyszałam o niej. Przecież na mojej półce od kilku lat leży "Czarny ogród" Małgorzaty Szejnert (reporterska opowieść o Giszowcu i Nikiszowcu), o którym kilka lat temu było głośno. Dostałam go, leżał, czekał na zmiłowanie, a ja już właściwie byłam przekonana, że raczej nigdy po niego nie sięgnę. Bo Śląsk, moja terra incognita, zupełnie mnie nie interesował. Zawsze kojarzył mi się z przemysłem degradującym środowisko, górnikami mnożącymi swoje żądania i politycznymi przepychankami. Dlatego nie widziałam żadnego ze śląskich filmów Kutza. Owszem, czasem w radiu albo w telewizji słyszałam, jak znany reżyser opowiadał o tej piątej stronie świata, o jej mieszkańcach, o swoich korzeniach, zawsze żarliwie, zawsze z pasją. Ale jego słowa wpadały mi jednym uchem, a drugim wypadały. Dziś wstydzę się swojej ignorancji. Po przeczytaniu powieści natychmiast nabrałam ochoty na obejrzenie na przykład "Soli ziemi czarnej" czy "Paciorków jednego różańca". Co sprawiło, że nagle sięgnęłam po książkę Kutza? Przypadek. Najpierw, jesienią, przeczytałam "Morfinę" Twardocha, potem w wywiadach pisarz, też Ślązak, sporo o Śląsku opowiadał. Zaczęłam rozumieć coś, co przecież wiedziałam: że pod moim bokiem jest kraina o bardzo skomplikowanej historii. I wreszcie ta ostatnia kropla, która wydrążyła skałę: telewizyjna rozmowa z reżyserem spektaklu, który powstał na podstawie powieści w jednym ze śląskich teatrów. I dyskusja wokół niego. No i już wiedziałam, że koniecznie po powieść Kutza muszę sięgnąć. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Nie żałuję i wszystkim polecam, chociaż to lektura czarna jak ziemia, o której opowiada. Ale spieszę dodać, że czyta się znakomicie. Jak pogodzić te sprzeczności? Już wyjaśniam.

"Piąta strona świata" to powieść-gawęda. Starzejący się Ślązak (mniej więcej rówieśnik samego autora), syn śląskiego powstańca, opowiada historię rodzinną i historię swojej przyjaźni z chłopakami z sąsiedztwa. Połączyła ich budka należąca do matki jednego z nich, w której zaczęli spotykać się w czasie wojny (drugiej). Kto miał pecha i stawał się pełnoletni, szedł na front, niektórzy nigdy nie wrócili, innych wojna złamała. Wszyscy wywodzą się z Roździenia. Dziś to część Katowic, u zarania tej historii po prostu wieś, w 1934 roku połączona z sąsiednimi Szopienicami. Jak na gawędę przystało opowieść nie rozwija się linearnie, narrator miesza czasy, wraca do tych samych momentów w historii, jednak krok po kroku podąża ku współczesności, starając się wyjaśnić zagadkę samobójczej śmierci swoich dwóch najbliższych przyjaciół: Alojza Byli, robotnika, samotnika, samozwańczego filozofa, i Lucjana Czornynogi, lekarza, społecznika. Jak to w gawędzie bywa, mnóstwo tu niezwykłych opowieści, nietuzinkowych bohaterów, powikłanych ludzkich losów. Nieważne, że czasem postacie zaczynają się czytelnikowi mieszać, nieważne, że czasem zapominamy, kto jest kim. Taka już uroda gawędy, że nadmiar opowieści miesza w głowach. Ale to właśnie gawędziarski żywioł sprawia, że powieść czyta się tak dobrze. Nie utrudnia lektury nawet gwara, której narrator używa naprzemiennie z językiem literackim, bo, jak wielu Ślązaków, doskonale włada jednym i drugim.

A jednak nie jest to przecież lektura pogodna, napisałam nawet, że czarna. Dlaczego? Powodów jest wiele. Wspomnę o nich w kolejności dowolnej.

Zdewastowany śląski krajobraz to jeden z nich. Narrator chociaż kocha swój Roździeń, kocha Śląsk, nie ukrywa spustoszeń, jakie w tym niegdyś rolniczym krajobrazie uczynił wielki przemysł. Przodkowie bohaterów powieści byli najczęściej rolnikami, ich potomkowie pracują w hutach, w kopalniach albo na kolei. Gdzieniegdzie pozostały jeszcze resztki ojcowizny, ale ziemi uprawiać się już nie da, bo obok wyrosła huta cynku, która truje przyrodę i płuca. Wszędzie jest szaro, brzydko, ściany familoków atakuje grzyb, dookoła rozciągają się hałdy. O dawnych czasach przypomina chyląca się ku ziemi  Męka Pańska, figura Chrystusa upamiętniająca miejscowych, którzy zginęli w wojnie francusko-pruskiej (1870-1871).

No właśnie, tragiczna historia Śląska i Ślązaków to kolejna przyczyna tego, że powieść nie jest pogodna. Narrator wielokrotnie z goryczą, gniewem i pasją skarży się na śląski los. Na to, że ziemia i jej mieszkańcy byli od dawna wykorzystywani przez innych. Od wojny francusko-pruskiej jeszcze dwa razy w czasie dwóch wojen światowych posłużą Niemcom jako mięso armatnie. Najtragiczniejsza, może też dlatego, że najświeższa, jest ta ostatnia, druga. Ślązacy podzieleni na kategorie, byli albo prześladowani (uczestnicy powstań, ich rodziny, komuniści), albo wpisywani na volkslisty (też różne) i wcielani do Wermachtu. Wielu z nich, jeśli szczęście im sprzyjało i znaleźli się na froncie zachodnim, zrzucało niemiecki mundur i przechodziło na stronę aliantów. Kto miał pecha i trafiał na front wschodni, często nie wracał. Ale wykorzystywanie Śląska i mieszkańców nie odbywało się tylko tak. Przede wszystkim była to eksploatacja ekonomiczna. Narrator tłumaczy też skomplikowaną sytuację narodowościową Ślązaków. Kim właściwie byli? Niemcy chcieli ich widzieć Niemcami, Polacy Polakami. Jedni przyznawali się do niemieckości, inni do polskości, ci najczęściej walczyli w powstaniach, ale wielu czuło się po prostu Ślązakami, mówiło tylko śląską gwarą. Podziały szły często w poprzek rodzin: przodkom ze strony matki bliżej było na przykład do Prus, potem Rzeszy, a tym ze strony ojca do Polski. To wszystko sprawiało, że nigdy nie mogli prawdziwie cieszyć się swoją śląskością. Nawet kiedy nastała Polska, przez wielu wyczekiwana, i ta międzywojenna, i ta komunistyczna, byli traktowani z pogardą, wypierani z lepszych posad przez ludność napływową. Wielu kończyło swoje życie w obozach, niemieckich albo polskich (takie po wojnie też były, o czym się zwykle nie pamięta).

Kolejne źródło melancholii płynące z powieści to przemijanie, którego nieodłącznymi towarzyszkami są zmiany i samotność. O zmianach krajobrazu już pisałam, ale najdotkliwsze są te dotykające ludzi. Przyjaciele z budki stopniowo rozpierzchają się po świecie. Najpierw po tym najbliższym. Kiedy rodzice zmieniają pracę lub mieszkanie, oni wędrują za nimi. Ale wtedy mogą się jeszcze spotykać, bo do budki cały czas jest blisko. Pierwszy poważny cios to wojna. Już pisałam, że jedni nigdy z niej nie wrócili, innym się udało, ale nie byli już sobą. Wyruszali na studia albo do pracy gdzieś w Polskę, a potem niektórzy, gnębieni i prześladowani, albo tylko w poszukiwaniu lepszego losu, uciekali w świat. Zadziwiająco wielu wśród tego budkowego towarzystwa było ludzi wybitnych i znanych. Można ich było spotkać w Nowym Jorku, Kanadzie czy RPA. I tak w końcu narrator zostaje sam. Przyjaciół już nie ma, rodziny nie założył, pozostają mu wspomnienia, często gorzkie.

To wszystko sprawiało, że kiedy czytałam powieść Kutza, pod powiekami wyobrażał mi się jakiś czarny świat. Pochylające się ku ziemi ze starości budynki, pokryte liszajami ściany familoków, siny dym z komina huty, dziurawa droga, czarna hałda, skrzypiące tramwaje, kolejowe pobocza, rachityczna zieleń, stare ławki na lichych podwórkach, drewniane wychodki, gnojówka.

Ale na koniec chcę wspomnieć o czymś optymistycznym. Powieść Kutza to hołd złożony śląskim kobietom, żonom i matkom, prawdziwym głowom rodzin. To na nich, zapobiegliwych i pracowitych, opierały się rodziny, to one przechowywały tradycję, dbały o wykształcenie dzieci, mimo że proste, z rodzin chłopskich albo robotniczych, to często oczytane. To matka narratora, taka właśnie zwyczajna kobieta, rozczytała budkowych chłopaków. To dzięki temu, że sama pożyczała książki, czytał je narrator i zanosił przyjaciołom z budki, gdzie w ciężkich wojennych czasach odbywało się samokształcenie.

Zakończę tak, jak często, namawianiem, aby po powieść Kutza sięgnąć. Warto zrozumieć przynajmniej trochę z tej piątej strony świata. Warto wiedzieć, że nie jesteśmy narodem jednolitym, jak lubimy o sobie myśleć. I chociaż Śląsk się od tamtej pory jeszcze bardziej zmienił, nie jest już przecież tak jednorodny jak kiedyś, wielu Ślązaków wyjechało, wiele jest ludności napływowej, to wciąż przecież pozostaje piątą stroną świata. Teraz jestem pewna, że na pewno przeczytam "Czarny ogród" Małgorzaty Szejnert.

"Dziewczyna z szafy"

Film Bodo Koxa "Dziewczyna z szafy" wszedł do kin opromieniony sławą i obsypany nagrodami (między innymi na festiwalu w Koszalinie). Reżyser, dotąd pracujący w offie (nie będę udawała, że znam jego wcześniejsze dokonania), został okrzyknięty nadzieją polskiego kina, jego film uznano za niezwykle świeży, a jakby tego jeszcze było mało, rozpływano się nad rolą Wojciecha Mecwaldowskiego i debiutującej Magdaleny Różańskiej. Premierze towarzyszyła spora kampania promocyjna reklamująca "Dziewczynę z szafy" jako komedię. Wybrałam się do kina z ciekawością podszytą nutą nieufności. Wrodzona przekora każe mi często z dystansem podchodzić do achów i ochów (chociaż krytycy, z którymi często się zgadzam, też film chwalili). I jaki werdykt? Przede wszystkim film nie jest komedią! Ja o to żalu nie mam, ale irytuje mnie wcale nie takie rzadkie zjawisko wmawiania potencjalnym widzom nieprawdziwych informacji tylko po to, aby złowić ich jak najwięcej. A poza tym? To zależy. Film bardzo dobrze się ogląda. Jest rzeczywiście świetnie zagrany (mnie najbardziej podobał się Piotr Grabowski i Teresa Sawicka, rola Mecwaldowskiego to trochę samograj, a Magdalena Różańska specjalnego wrażenia nie robi), bardzo dobrze zmontowany, zagadkowy, momentami wzruszający, czasami rzeczywiście śmieszny, zaskakujący. Mogę powiedzieć, że w czasie seansu mnie uwiódł. Ale kiedy wyszłam z kina, kiedy już trochę ochłonęłam, kiedy zaczęłam się zastanawiać, doszłam do wniosku, że w warstwie treściowej jest dość banalny. Wiele tu schematów i łatwych rozwiązań. Samotność, nieprzystosowanie, ucieczka od betonowego, odpychającego świata pełnego głupich ludzi, poszukiwanie bliskości, braterska miłość. Za bardzo to w "Dziewczynie z szafy" oczywiste i dosłowne. Trudno mi było na serio przejąć się losem bohaterów zamieszkujących na jednym z pięter ogromnego, szarego, betonowego bloczyska: autystycznego Tomka, opiekującego się nim brata, dziwnej dziewczyny pogrążonej w depresji (?), złośliwej sąsiadki i nieśmiałego posterunkowego o twarzy Eryka Lubosa. Mimo tego film na pewno warto zobaczyć. A kto już widział, może przejść do ciągu dalszego. Jak zwykle zapraszam.

"Dziewczyna z szafy" to portret kilkorga bohaterów mieszkających w wielkim blokowisku gdzieś na peryferiach dużego miasta. Każdy z nich jest oryginałem, człowiekiem, który nie potrafi albo nie chce odnaleźć się w świecie. Jaki jest ten świat? Od czego uciekają Magda, Tomek, Jacek i inni? Przed czym chronią się w swoich dziwnych, klaustrofobicznych, ciemnych mieszkaniach przypominających jaskinie? Przed ludzką nieżyczliwością, głupotą, pustotą, brzydotą otoczenia, przed nadętymi artystami - pozerami, karierą, korporacją. Trudno jednak powiedzieć, aby rzeczywistość w tym filmie została sportretowana jakoś wnikliwie. To raczej zestaw klisz. Musimy uwierzyć, że świat jest zły i beznadziejny.

Ten świat pociąga Jacka, a właściwie pociągają go kobiety. Nie wiadomo, czy chodzi mu tylko o przelotne znajomości, czy, jak mówi, o plany matrymonialne. Jacek rzadko mówi serio, raczej kpi, ironizuje, żartuje. Czy taki jest, czy to poza albo obrona? Przed czym? Nie sposób powiedzieć. Na serio zajmuje się chorym bratem, który od świata go odciąga. Utrudnia mu, a nawet uniemożliwia ułożenie życia. Ale czy kobietom, na które trafia Jacek, warto  poświęcać czas? Są niedojrzałe, pochłonięte pracą, chęcią zrobienia kariery albo bezdennie głupie. Niewiele zresztą o nich wiemy. Jak wszystko, co na zewnątrz tego blokowego mikrokosmosu, namalowane zostały grubą kreską.

Prawdziwa więź łączy Jacka tylko z chorym bratem. Opiekuje się nim z poświęceniem, tak naprawdę nigdy nie traci cierpliwości, zawsze w końcu spełnia jego zachcianki, nawet jeśli wcześniej mu odmówił. Choroba w filmie Bodo Koxa nie jest straszna, bo do "Dziewczyny z szafy" nie można przykładać realistycznej miary. To raczej bajka, w której wszystko jest dość umowne. Bliżej temu filmowi do obrazów amerykańskich, w których bohaterowie radzą sobie z przeciwnościami losu, niż do polskiego "Lęku wysokości" Bartka Konopki (bardzo dobry, przejmujący, prawdziwy film ze świetną rolą Krzysztofa Stroińskiego, trochę niedoceniany; polecam, chociaż nie jest miły w oglądaniu). Ta baśniowa tonacja zostaje jednak na chwilę przerwana, kiedy nieoczekiwanie (dla widza) okazuje się, że Tomek od lat ma guza mózgu, jest śmiertelnie chory, a jego dni od dawna są policzone, żyje właściwie na kredyt. Ale każdy kredyt kiedyś trzeba spłacić i tym razem jego życie naprawdę się kończy. Te fragmenty są rzeczywiście przejmujące. Rozmowy braci nagle zmieniają tonację, stają się prawdziwe, poważne, dotyczą spraw ostatecznych. Najbardziej jednak wstrząsa cierpienie Tomka, fizyczny ból, który złagodzić można tylko na chwilę. Czy dlatego Jacek w końcu ulega namowom swojej dziwnej sąsiadki i pozwala jej  skrócić męczarnie brata? W tym momencie film znowu wraca do baśniowego tonu. Do końca nie możemy być nawet pewni, co się stało. Czy Magda tylko odurza Tomka na chwilę? Czy przedawkowując narkotyki, przyspiesza jego śmierć i wyzwala od bólu? Czy sama też popełnia samobójstwo, czy tylko mu towarzyszy w ostatnich chwilach życia? Jakby nie było w ostatniej scenie filmu widzimy ich wyzwolonych, stojących na dachu, ulubionym miejscu Tomka. Nad nimi przestrzeń nieba, pod nimi nieprzyjazny świat, cierpienie, brzydota, źli, nieżyczliwi ludzie.

Magda to zresztą najbardziej zagadkowa postać filmu. Kim jest? Początkowo wydaje się, że pogrążoną w depresji dziewczyną. Zamknięta w domu, kiedy już musi wyjść po zakupy, przemyka się gdzieś bokiem, bojąc się tego, co wokół. Zawsze w tych samych dziwacznych ciuchach, w których wygląda jak odmieniec. W chłopakach spokojnie grających w piłkę widzi bandę napastujących ją wyrostków. Nielubiana, złośliwa sąsiadka też od czasu do czasu w jej wyobraźni ma głowę świni. Całe dnie najchętniej spędza w szafie pogrążona w baśniowym świecie. To tajemniczy, kolorowy, nierzeczywisty, ale przyjemny las niczym z obrazów malarza prymitywisty pełen dziwnych roślin. Magda, a potem także Tomek, siedząc na zwalonym pniu, wygląda jak bohaterka baśni. Potem okazuje się, że to nie depresja. Dziewczyna z szafy ucieka w świat narkotyków, a baśniowy, cudowny las to narkotyczna wizja. Wydaje się, że to jej wybór, ucieczka od świata. Czego się boi? A może po prostu kontestuje? Świadomie odcina się od rzeczywistości, od takich ludzi jak złośliwa sąsiadka. Halucynogenna rzeczywistość jest atrakcyjniejsza niż ta realna. Kiedy chce, potrafi wyjść ze swojej skorupy, mieć zaskakująco trzeźwy ogląd rzeczywistości, mówić do rzeczy. Prawdziwe porozumienie znajduje z Tomkiem. Potrafi się nim zająć bezinteresownie, zrozumieć, dostrzec w nim człowieka, stanąć w jego obronie, zemścić się na sąsiadce, która z niego drwi. Ten wątek wydaje mi się nadmiernie uproszczony, sentymentalny i przewidywalny (wcale nie dlatego, że dystrybutor zdradza go w opisie filmu). Jednocześnie Magda odtrąca zakochanego w niej, nieśmiałego policjanta granego przez Eryka Lubosa. Tym razem reżyser łamie baśniową konwencję. Nie będzie happy endu. Biedny policjant pozostanie samotny i nieszczęśliwy. Równie uproszczoną postacią, wręcz karykaturalną, jest złośliwa sąsiadka grana przez Teresę Sawicką. Straszna baba, której jedyną przyjemnością są papierosy, telefoniczne plotki i komentowanie życia sąsiadów. Ale ona też jest przecież samotna i marzy o bliskości.

Dziwny film. Bardziej zabawa formą i konwencją niż poważna rozmowa o samotności. Mimo zastrzeżeń pozwoliłam się mu uwieść.

Filmowe remanenty: "Inny świat", "Kraul", "U niej w domu".

Po marnym filmowym maju czerwiec na szczęście okazuje się całkiem udany. Jest co oglądać. W miniony weekend w kinie byłam aż dwa razy, a trochę wcześniej widziałam najnowszego Ozona, którym wszyscy tak bardzo się zachwycają. Czy słusznie? O tym za chwilę. Najpierw podzielę się najświeższymi wrażeniami.

W piątek wybrałam się na "Inny świat" Doroty Kędzierzawskiej, dokument o Danucie Szaflarskiej, a właściwie z Danutą Szaflarską. Film, o którym wiele dobrego słyszałam i na który czekałam. I warto było. Prosty, ale dzięki bohaterce niezwykle ciekawy. Przez ponad półtorej godziny oglądamy na ekranie Danutę Szaflarską, która opowiada o swoim życiu, głównie o dzieciństwie, młodości, wojnie, powstaniu warszawskim i czasach tuż powojennych, czyli o tytułowym innym świecie. Opowieść od czasu do czasu urozmaicają stare zdjęcia rodzinne, kadry z pierwszych powojennych filmów, w których zagrała ("Zaczarowane piosenki" i "Skarb"). Ale to tylko ozdobniki, miłe dodatki, bez których film i tak oglądałabym z zapartym tchem, bo przecież najważniejsza jest Szaflarska. Ona i jej bardzo ciekawa opowieść o wiejskim dzieciństwie w Kosarzyskach, warszawskim i wileńskim wielkim artystycznym świecie, wojnie i powstaniu warszawskim, wcale nie patetyczna, często zabawna, okraszona humorem, starczają za wszystko. Ale nie tylko opowiadane zdarzenia przykuwają uwagę, przede wszystkim z niesłabnącym zainteresowaniem patrzy się na samą Szaflarską. Mocno starsza pani (dwa lata temu, kiedy film powstawał, miała 96 lat), od której bije piękno i pogoda ducha. Aktorka jest jak trzpiotka, potrafi się śmiać z siebie, uśmiechać do swoich wspomnień, często wybucha śmiechem, prawie cały czas jest pogodna i tylko kilka razy (dwa, może trzy) przerywa, kiedy opowiada o czymś wyjątkowo bolesnym. Jak już wspomniałam, nie ma w jej opowieści patosu, jest życie, które nawet w najtrudniejszych wojennych czy powstańczych czasach bywa zabawne. I tylko na końcu, na moment pojawia się poczucie wyobcowania, samotności i żal za ludźmi, którzy odeszli. Naprawdę koniecznie trzeba zobaczyć Szaflarską snującą swoją opowieść, choćby po to, aby jeszcze raz przekonać się, że najważniejszy jest człowiek, jego osobowość i charyzma.

A w sobotę poszłam na "Kraul", francuski debiut Hervesa Lasgouttesa. Film jest różnie oceniany. Gdzieś mignęła mi informacja, że nudny, w innym miejscu, że ciekawy. Miałam ochotę zaryzykować i przekonać się osobiście, tym bardziej, że lubię francuskie kino i Bretanię, w której toczy się akcja. Niestety reżyser postanowił umieścić zdarzenia w nie najciekawszym bretońskim zakątku, ot małe, niczym specjalnym niewyróżniające się nadmorskie miasteczko. A przecież Bretania jest piękna! Ale to właściwie jedyne pretensje, jaki zgłaszam pod adresem tego filmu. "Kraul" obejrzałam z dużym zainteresowaniem. Historia o zwykłych ludziach, zwyczajnym życiu, zwyczajnych problemach, a jednak podszyta czymś więcej. Reżyserowi i aktorom udało się oddać nieznośny ciężar bytu, zmaganie z irytującą codziennością, tęsknotę za czymś więcej, duchową szarpaninę. To historia rodzeństwa, opowieść o siostrzano-braterskiej więzi. Silna, rozsądna siostra i jej młodszy brat, lekkoduch, stale na bakier z prawem, wieczny chłopiec. W tym filmie kobiety są silne, wiedzą, czego chcą i potrafią postawić na swoim, a mężczyźni słabi, niedojrzali, hamletyzujący. To oni nie potrafią pogodzić się z rzeczywistością, wziąć się z życiem za bary, uciekają, dezerterują. Film jest surowy, do czego przyczynia się także ponura pogoda i takież otoczenie, nie kokietuje widza urodą i lekkością, akcja snuje się wolno i, szczególnie na początku, wymaga uważnego oglądania. Jednym słowem nie jest to kino rozrywkowe, lekkie i przyjemne. Mnie się jednak podoba i pozostaje w pamięci. Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić, to może do jednej z bohaterek: zbyt idealnej w swojej niezłomności. Ale o tym pomyślałam już później. Kiedy "Kraul" oglądałam, jakoś nie zwróciłam na to uwagi.

No i czas najwyższy wspomnieć o najnowszym filmie Ozona "U niej w domu", który widziałam już jakiś czas temu. Z tym francuskim reżyserem, hołubionym przez krytykę, mam kłopot. Staram się chodzić na jego filmy, ale właściwie tylko o dwóch mogę powiedzieć, że je lubię. To przejmujący "Czas, który pozostał" i "Schronienie", oba chyba w rankingach recenzentów nie plasują się najwyżej. Cóż poradzę,  mnie właśnie te się podobały, a na przykład takie "Osiem kobiet", którymi się zachwycano, to według mnie irytująca filmowa wydmuszka, bzdet o niczym. Nie lubię takiego kina! Ale wróćmy do najnowszego filmu Ozona, który też ma dobrą prasę. Może gdybym napisała o nim od razu, byłabym dla niego łaskawsza, ale minął czas, obejrzałam trzy kolejne filmy (także "We mgle"; o nim pisałam tydzień temu) i na ich tle "U niej w domu" wypada najsłabiej. Zdaję sobie sprawę, że nie każdy się ze mną zgodzi, ba, być może moje zdanie podzielą nieliczni, o czym lojalnie potencjalnych widzów uprzedzam. Muszę też sprawiedliwie przyznać, że opowieść o uczniu, w którym nauczyciel rozbudza pasję pisarską, ogląda się bardzo dobrze (no może po jakimś czasie powtarzalność sytuacji zaczyna już lekko nużyć). Momentami nawet przypomina się kino mojego ulubieńca, Woody Allena. Więc niby wszystko jest w porządku: literackie aluzje (Flaubert), relacja mistrz i uczeń, niezrealizowane ambicje i te, które się właśnie rodzą, fascynacja młodego chłopaka dojrzałą kobietą, pytania o to, ile wolno pisarzowi a ile mistrzowi i o manipulację. Ale, szczególnie z dystansu, mam poczucie, że to tylko inteligentna zabawa, gra z widzem, nic więcej, a mnie właśnie o to coś więcej zazwyczaj w kinie (i w literaturze) chodzi.

Tyle filmowych remanentów. Wnioski? "Inny świat" koniecznie, "Kraul" warto, zostaje w pamięci, "U niej w domu" można.


"We mgle". Nowy film Siergieja Łoźnicy.

Mam nadzieję, że wreszcie skończyła się filmowa posucha. Przyszły tydzień zapowiada się całkiem interesująco. Nareszcie w moim mieście będzie można zobaczyć "Inny świat", dokument Doroty Kędzierzawskiej o Danucie Szaflarskiej, a do tego dwa filmy francuskie. Ten pierwszy jest pewniakiem, dwa kolejne to niewiadoma. Zobaczymy. Ale i poprzedni tydzień był już niezły. Zobaczyłam nowego Ozona (o nim wkrótce) i przede wszystkim "We mgle" Siergieja Łoźnicy. Jego poprzedni film, "Szczęście ty moje", wchodził do polskich kin przy dźwięku recenzenckich fanfar. Bardzo mocny, trochę męczący obraz współczesnej Rosji, mnie aż tak bardzo nie zachwycił. Był jednak na tyle nietuzinkowy i ciekawy, że postanowiłam zobaczyć najnowszy film Łoźnicy, mimo że wszedł do kin po cichutku. A szkoda, bo naprawdę warto go zobaczyć, chociaż lojalnie uprzedzam, że akcja toczy się wyjątkowo wolno, bohaterowie przede wszystkim krążą po lesie i gadają. Wyobrażam sobie, że zniecierpliwiony widz mógłby to łatwo obśmiać, ja ironizować nie zamierzam. Film może nie tyle mnie poruszył (jest raczej chłodny), ile skłonił do myślenia. Reżyser bardziej niż na emocje postawił na dylematy moralne bohaterów. W porównaniu z poprzednim obrazem Łoźnicy ten jest bardzo stonowany, na ekranie nie ma krwi i jatek, mimo że temat wojenny, jest za to gęsta atmosfera. Gdzieś mignęło mi przyrównanie tego filmu do "Obławy" Marcina Krzyształowicza i nie jest ono pozbawione racji. Podobny temat: wojna, partyzantka, zdrada, i sposób opowiadania: zdarzenia poznajemy stopniowo z perspektywy różnych bohaterów. Im dalej, tym wszystko bardziej się komplikuje. Nic nie jest takie, jak się początkowo wydawało. Tyle we wstępie. Wytrwałych miłośników dobrego kina zachęcam, aby "We mgle" obejrzeli, a tych, którzy już to zrobili, zapraszam dalej.

Łoźnica przeprowadza w najnowszym filmie wiwisekcję swoich bohaterów, jakby zaglądał im w dusze. Pewnie dlatego bardzo często widzimy ich twarze z bliska, niemal zaglądamy w oczy. Mało tu szerokich planów, najwięcej  kadrów, na których widać trzy główne postacie: Suszenję, Burowa i Wojtika. Bardzo często gdzieś w leśnej gęstwinie: siedzą, leżą, skradają się, nasłuchują. Ta ekranowa ciasnota przytłacza, las staje się symbolem matni, w jakiej znaleźli się bohaterowie. Ich świat się skurczył. Może nigdy nie był zbyt szeroki, teraz jednak ogranicza się właściwie tylko do lasu, po którym krążą. Jest domem partyzantów, Burowa i Wojtika, ale i Suszenja nie ma czego szukać w wiosce. Już wcześniej uznany został przez wszystkich za donosiciela, dlatego otaczał go ostracyzm. Gdyby teraz nieoczekiwanie wrócił, jego sytuacja stałaby się jeszcze trudniejsza. Pewnie wszyscy sądziliby, że to on zabił partyzantów, którzy mieli wykonać na nim wyrok śmierci. Dlatego wybiera wyjście honorowe: najprawdopodobniej popełnia samobójstwo (do końca pewni być tego nie możemy, bo ostatnie kadry filmu zakrywa tytułowa mgła). A przecież to on jest najszlachetniejszą postacią w tym filmie. Nie partyzanci, nie ci, których powiesili Niemcy, ale on, zwyczajny robotnik pracujący na kolei. A to tamci cieszą się uznaniem i szacunkiem, mieszkańcy wiosek mają ich za bohaterów. Jak się okazuje, niesłusznie. Dlaczego? Warto przyjrzeć się im nieco bliżej.

Na początek kilka refleksji na temat Burowa. Być może jako partyzant dokonał czegoś wielkiego, tego nie wiemy. Dowiadujemy się natomiast, dlaczego w ogóle trafił do partyzantki. Po wysadzeniu policyjnego samochodu nie miał oczywiście wyjścia, musiał uciekać, aby się ukryć. Partyzantka wydawała się w tej sytuacji naturalnym rozwiązaniem kłopotów. Powie ktoś, że nie mam racji, poddając w wątpliwość jego czyste intencje. Ja będę upierała się przy swoim. Wysadzenie samochodu na pierwszy rzut oka może wydać się czynem szlachetnym i bohaterskim. Nie do końca tak jest. Burow zrobił to również ze zwykłej zemsty. A może przede wszystkim? Jako miłośnik motoryzacji (tak w pewnym momencie mówi o nim Wojtik) po prostu nie mógł pogodzić się z tym, że policja zarekwirowała mu jego ukochany, wyremontowany własnoręcznie samochód. Jeszcze bardziej prymitywne są motywy trzech kolejowych robotników, którzy postanawiają rozkręcić tory. Oni mówią o tym wprost. Chcą wykoleić pociąg tylko dlatego, żeby zrzucić winę na nielubianego naczelnika stacji. Są przekonani, że to on poniesie konsekwencje i zostanie przez Niemców rozstrzelany. Nie współpracują z partyzantami, o co ostatecznie zostali oskarżeni, nie planują żadnego bohaterskiego czynu na własną rękę. Pomysł rodzi się nagle pod wpływem upokorzenia, wprowadzają go w życie od razu, bez planu, bez zastanowienia, po partacku. Ale z zewnątrz wygląda to zupełnie inaczej. Umierają otoczeni nimbem bohaterstwa. I tylko oskarżony o zdradę Szuszenja wie, jak było naprawdę. Ale nawet gdyby zdecydował się zrzucić bohaterów z cokołu, nikt mu nie uwierzy, bo to na nim ciąży odium zdrady.

Jeszcze inaczej ma się sprawa z Wojtikiem. W chwili próby zawiódł, wybrał swoje życie, wydał chłopską rodzinę, która pomagała partyzantom. Jak mówi, nie ma co się spieszyć do śmierci. Czy od początku był małym człowiekiem? Czy może złamało go niesprostanie wyzwaniu? Nie wiemy. Raczej jednak nie dręczą go wyrzuty sumienia. Na pewno zachowuje się dziwnie. Niby stoi na czatach, ale jakoś nieuważnie. Potem znowu chroni siebie, nie myśli o Burowie. Kiedy jego towarzysz umiera, najchętniej zostawiłby jego ciało na pożarcie krukom, a i wcześniej nie spieszy się z pomocą rannemu.

Tylko Suszenja jest postacią szlachetną. Kieruje się najprostszymi zasadami. Nie wolno donosić i współpracować z Niemcami, nie można narażać życia człowieka, nawet jeśli jest kanalią, trzeba myśleć o konsekwencjach swoich czynów (jeśli wykoleją pociąg, Niemcy z zemsty spacyfikują wieś), zmarłego trzeba pochować, a nie pozostawiać dzikim zwierzętom, a jeśli samemu trzeba zginąć, to lepiej leżeć w suchej ziemi. Suszenja nie ucieka, nie ukrywa się, z pokorą przyjmuje wyrok, ciąży mu infamia. Jak mówi, wolałby zginąć z tamtymi. Niemcy wypuszczając go, skazali na większe męki, bo moralne, duchowe. Nawet ukochana żona patrzy na niego z nieufnością, co boli go najbardziej. Niby wierzy w jego zapewnienia o niewinności, ale on ma wrażenie, że jest inaczej. Wojna zmieniła wszystkich, tylko on pozostał sobą, zwyczajnym, porządnym człowiekiem.

I na koniec chciałabym zwrócić uwagę na coś jeszcze. Tu wszystko dzieje się przez przypadek. Przez przypadek zostaje się bohaterem albo zdrajcą, przez przypadek się umiera. Tak Wojtik trafia w ręce policjantów, tak ginie. Jest mgła, dlatego policjanci, chyba ci sami, nie bardzo wiedzą, z kim mają do czynienia. Strzelają bez zastanowienia, ze strachu albo na wszelki wypadek. A potem obrabują zwłoki. Również przypadek sprawia, że kolejarze zostają bohaterami. Gdyby naczelnik stacji nie demonstrował im siły swoich pięści, nie poniżył ich, oni nie wykoleiliby pociągu i nie zostali powieszeni. Gdyby Suszenji nie było wszystko jedno, gdzie będzie jego grób, Burow by nie zginął. Razem z Wojtikiem wykonaliby zadanie i wrócili do oddziału.

Ludzka pamięć przechowa Suszenję jako zdrajcę, pozostali będą bohaterami. Tak to na pozór wygląda. Kiedy zmieni się perspektywę, przyjrzy z bliska, poszpera, prawda okaże się inna. To on budzi podziw, oni bywają ludźmi małymi.

Adam Leszczyński "Zbawcy mórz"

O książce Adama Leszczyńskiego, reportera Gazety Wyborczej, "Zbawcy mórz" (Wielka Litera 2013) słyszałam już jakiś czas temu. Precyzyjniej byłoby napisać, że słyszałam o zbiorze reportaży "Dziękujemy za palenie", który jesienią ubiegłego roku wydała w bardzo małym nakładzie Polska Akcja Humanitarna. To z tej okazji autor był gościem radia TOK FM, gdzie opowiadał o swoich tekstach. Już wtedy chciałam je przeczytać, wpisałam na listę książek, które chcę kupić, jak zwykle czas płynął, a ja kupowałam inne. Aż tu całkiem niedawno zmaterializowała się wreszcie strona dość świeżego na naszym rynku wydawnictwa Wielka Litera, która dotąd była stale w budowie. Ze zdumieniem to właśnie tam odkryłam książkę Leszczyńskiego pod innym tytułem. Przez moment zastanawiałam się nawet, czy przypadkiem nie napisał już kolejnego zbiorku, ale poszperałam i odkryłam, że chodzi o tę samą pozycję. Po prostu autor zmienił tytuł, skorygował błędy, dodał jeden tekst i tak oto dostaliśmy starą, ale jednak nową książkę Leszczyńskiego. Zmobilizowana tym faktem kupiłam i natychmiast przeczytałam, a teraz śmiało mogę polecić ją innym. Dla wszystkich, których interesuje Afryka, jest to lektura obowiązkowa. Może szczególnie powinni po nią sięgnąć wszyscy ci, którzy znają ten kontynent z pobytu w luksusowym kenijskim hotelu, z udziału w safari, z wyprawy na szczyt Kilimadżaro. Czy zastanawiają się, gdzie mieszkają, jak żyją ci wszyscy uśmiechnięci kelnerzy, przewodnicy, pokojówki? Może w Kiberze, najsłynniejszym slumsie świata, który za sprawą filmu "Wierny ogrodnik" zrobił się modny do tego stopnia, że odwiedzają go celebryci i turyści?

Lubimy wyobrażać sobie Afrykę, jaką znamy z literatury czy filmu. Taką spod znaku Karen Blixen, jej "Pożegnania z Afryką". Romantyczną, sielską, piękną, gdzie żyło się wygodnie i przyjemnie. Oczywiście doskonale wiemy, że to fałsz, spojrzenie białego człowieka, kolonizatora, który nawet jeśli rdzennych mieszkańców traktował dobrze, sprawiedliwie i z szacunkiem, to jednak pewnie zawsze z poczuciem dobrotliwej wyższości. Przecież mamy za sobą lekturę Kapuścińskiego czy innych reporterów (polecam "Afrykańską odyseję" Klausa Brinkbaumera"). Na tym tle oczywiście książka Adama Leszczyńskiego nie jest niczym nowym, bo autor, jak wielu przed nim, mierzy się w niej z problemami, które gnębią ten kontynent. Oto przykłady pierwsze z brzegu: epidemia AIDS, susza, głód, slumsy, malaria.  A jednak naprawdę warto ją przeczytać. Już spieszę wyjaśnić dlaczego, a powodów jest kilka. 

Oto pierwszy: nawet tematy znane ujęte są w ciekawy sposób, ale jest też kilka, które dla mnie były czymś nowym, a dzięki temu ciekawym. Na przykład opowieść o Malawi, państewku powstałym właściwie trochę przez przypadek, skazanym na ciągłą pomoc humanitarną, bez której natychmiast dojdzie tu do klęski głodu. Albo reportaż o tym, jaki biznes robi się na czarach i jak łatwo można pozbyć się problemu, konkurencji czy wroga, oskarżając kogoś, zwykle kobietę, o to, że jest czarownicą. Albo niezwykle ciekawy rozdział o prześladowaniach homoseksualistów w RPA (szczególnie czarnych lesbijek) i, szerzej, o przemocy. Dlaczego jej tam tyle? Jakie ma źródła? 

Leszczyński pokazuje, to kolejna zaleta jego reportaży, jak problemy gnębiące Afrykę wymykają się jednoznacznej ocenie. Ot przykład pierwszy z brzegu. My, mieszkańcy Europy, sprzeciwiamy się zabijaniu słoni. Trzeba je chronić, barbarzyństwem jest ich eksterminacja, szczególnie po to, aby zdobyć kość słoniową. Tymczasem to nie takie proste. Ten ostatni problem został znacznie ograniczony, a słonie nadal giną. Dlaczego? Bo sieją spustoszenie: zjadają i niszczą uprawy, doprowadzając do nędzy i głodu. Niby są sposoby, aby temu zapobiec, ale bardzo nieskuteczne. Kolejny przykład: mikrokredyty, o których jakiś czas temu sporo się w Polsce mówiło przy okazji wizyty ich wynalazcy, Mohammeda Yunusa z Bangladeszu (dostał Pokojową Nagrodę Nobla). Zbawienie dla biednych tego świata? Na pewno nie dla wszystkich. Może zadziałać w jednostkowych przypadkach, ale raczej nie zadziała powszechnie. Albo somalijscy piraci. Co jakiś czas słyszymy o uprowadzeniu kolejnego statku, oburzamy się, potępiamy. Dlaczego to robią? Czy rzeczywiście tak trudno sobie z tym procederem poradzić? O tym wszystkim w książce.

Następny powód, aby po nią sięgnąć, to obalanie mitów. Już sięgam po przykłady. Jednym z nich jest mikrokredyt, o którym pisałam, innym tak zwany sprawiedliwy handel. Wierzymy, bo tak się nas informuje, że jeśli kupimy droższe produkty oznaczone odpowiednim logo, to pieniądze trafią bezpośrednio do producenta: drobnego farmera. Już kiedyś ktoś mi powiedział, że to nieprawda, ale nie było wówczas okazji, aby dopytać dlaczego. Przyznam, że od tamtej chwili często o tym myślałam. Dzięki Leszczyńskiemu dowiedziałam się, jak jest naprawdę. Otóż ci drobni producenci nie są w stanie działać na własny rachunek, zrzeszają się w spółdzielniach i zysk trafia właśnie tam. Co ma z tego farmer? Bezpośrednio nic, jeśli będzie miał szczęście,  spółdzielnia wybuduje w jego wiosce na przykład szkołę. To by było coś, problem w tym, że wiosek dużo, zysk nie taki wielki, a jego część i tak pochłonie spółdzielcza biurokracja. Jak pisze autor, lepiej kupić tańszą kawę, a zaoszczędzone pieniądze wpłacać na konto jakiejś sensownie działającej organizacji pomocowej. Zwracam uwagę na słowa sensownie działającej. Bo Leszczyński wziął pod lupę  organizacje humanitarne, różne agendy ONZ-etu czy programy pomocowe i przyłączył się do chóru tych, którzy coraz głośniej pokazują bezsensowność ich pomocy. Nie chodzi wcale o złą wolę, ale działanie głupie, bezmyślne, krótkofalowe, niedoprowadzane do końca. Bogaci biali, którzy spieszą z pomocą biednej Afryce, zawsze wiedzą lepiej, z góry znają recepty, bywają aroganccy, a jeśli ich program pomocowy napotyka na przeszkody, całą winą obarczają miejscowych. Osobnym problemem sprawiającym, że pomoc często bywa nieskuteczna, jest rozrośnięta biurokracja, która zawsze za nią idzie. Milionom na pomaganie towarzyszą jeszcze większe miliony na urzędników i papierologię. Czy to znaczy, żeby nie pomagać? Nie, ale trzeba wiedzieć jak i w jakiej dziedzinie (najmniej skuteczne są wszelkie projekty edukacyjne, najlepsze rezultaty przynosi działanie bezpośrednie na przykład wykopanie studni).

Kolejnym powodem, aby sięgnąć po "Zbawców mórz", jest pokazanie wielu paradoksów życia w Afryce. Z jednej strony głód i bieda, brak dróg, szpitali, szkół, z drugiej znakomicie rozwinięta sieć telefonii komórkowej. Jak się okazuje, jedna z odsłon reklamy pewnego banku, aczkolwiek irytująca z powodu prezentowanego w niej poczucia wyższości nas, Europejczyków i oka puszczanego do widzów, nie jest zupełnie oderwana od rzeczywistości. Albo inny przykład. Z jednej strony w niektórych krajach afrykańskich często gotówka nie istnieje, nie ma też czeków ani kart, ale działa system płatności właśnie przez komórki.

I jeszcze jeden atut reportaży Leszczyńskiego, może najważniejszy, to próba zrozumienia i wytłumaczenia zachowań z naszego punktu widzenia często głupich, a z punktu widzenia mieszkańców Afryki po prostu racjonalnych. I tak z bardzo racjonalnych powodów wdowy znad Jeziora Wiktorii handlujące rybami sypiają z rybakami i kierowcami, najczęściej kilkoma na raz. W ten sposób mogą zdobyć ryby, a potem zawieźć je na targ. Tylko tak są w stanie utrzymać siebie i swoje dzieci. To powszechnie uznany tu obyczaj, w żadnym razie prostytucja. W Afryce takie zachowania, taka wymiana usług nikogo nie dziwi. Z równie racjonalnych powodów Adam Leszczyński, gdyby żył w Somalii, jak  twierdzi, najprawdopodobniej sam zostałby piratem. Inna sprawa, że ta racjonalność, mająca swoje głębokie uzasadnienie, najczęściej prowadzi do nieszczęścia i pogłębia jeszcze problemy nękające kontynent, czego przykładem jest choćby epidemia AIDS. 

Zamykam listę powodów, dla których trzeba przeczytać reportaże Adama Leszczyńskiego. A na zakończenie jeszcze garść informacji. Każdy reportaż poświęcony jest innemu problemowi. Zwykle reporter wiąże go z jakimś konkretnym miejscem, chociaż wiadomo, że to tylko przykład, podobnie sprawy mają się także gdzie indziej. Autor odwiedzał te same rejony często wielokrotnie, o czym skrupulatnie informuje. Książka jest bardzo dokładnie udokumentowana, bibliografia zajmuje kilka stron, prawie na każdej znajdziemy przypisy. I jeszcze jedna uwaga: Leszczyński w każdym rozdziale czyni dygresję, a są to dygresje niezwykle pasjonujące. Cofa się w czasie i pokazuje, jak podobne problemy nękały kiedyś (kiedyś to znaczy na przykład jeszcze w wieku dziewiętnastym albo nawet dwudziestym) Europę. Tak było choćby z malarią, z migracją ze wsi do miast, z wyzyskiem robotników. Pisze o tym, jak je przezwyciężono, zwraca uwagę, jak długo to trwało. Zastanawia się, dlaczego podobne rozwiązania w Afryce nie skutkują, czasem wierzy, że wprawdzie potrzeba czasu, ale na pewno przyniosą pożądane efekty.

Pasjonująca, pouczająca książka. Może nie działa tak emocjonalnie, jak wspomniana w tej notce "Afrykańska odyseja", ale autor  racjonalnie, rzetelnie i zajmująco pokazuje afrykański węzeł gordyjski. A co najważniejsze, traktuje mieszkańców Afryki jak partnerów, nie pobłażliwie czy z lekceważeniem.

Gyorgy Spiro "Mesjasze"

Mam w domu ładnie oprawiony zeszyt, w którym notuję sobie to, co nie powinno wylecieć z pamięci. Od bzdur takich jak godzina odjazdu autobusu do notatek z lektur. Ale są w tym pięknym zeszycie (naprawdę ma bardzo ładną oprawę z jakiejś materii) specjalne kartki, na których zapisuję książki, które będę chciała kupić i przeczytać. Tytułów przybywa szybciej niż ubywa, dlatego niektóre pewnie nigdy nie znajdą się na moim regale. Czas płynie, pojawiają się nowe, a mnie przechodzi ochota na to, co zainteresowało mnie kiedyś. Można powiedzieć, że czas weryfikuje moje plany lekturowe. Ale przecież nie jest tak, że wszystko, co znalazło się na tych stronach dawniej, odchodzi w niepamięć. Od czasu do czasu sięgam po coś z początków tej listy. Tak było i tym razem. Powieść węgierskiego pisarza Gyorgy Spiro "Mesjasze" (W.A.B. 2009; przełożyła Elżbieta Cygielska) znalazła się na niej, kiedy tylko stała się głośna. Miała znakomite recenzje, dostała Angelusa za rok 2009 (przypominam niestrudzenie: nagroda dla pisarzy z Europy Środkowo-Wschodniej), nic dziwnego, że zawsze miałam ją w swoich czytelniczych planach. Może jeszcze długo bym tylko miała, gdybym nie przeczytała, że w marcu wyjdzie kolejna powieść węgierskiego pisarza, też podobno znakomita. Wspominał o tym w artykule Krzysztof Varga, znawca Węgier i wszystkiego, co stamtąd, kiedy całkiem niedawno narzekał, że Sandor Marai, skądinąd wybitny pisarz, wyparł w Polsce innych równie ważnych węgierskich autorów. Jak to często bywa w moim przypadku, zadziałał impuls, powieść kupiłam i nie odkładając na półkę, niezwłocznie zabrałam się do lektury i ... Najczęściej kiedy tak piszę, w tym miejscu następują zachwyty, ale nie tym razem. Nie żałuję, że po powieść sięgnęłam, ale olśnienia nie przeżyłam. Może miałam zbyt wielkie oczekiwania, a może jednak to sprawa tekstu. To, że powieść jest opasła (osiemset stron drobnym drukiem), nie ma dla mnie znaczenia, to, że jest bez dialogów, również. Z jakiegoś jednak powodu książka nie jest łatwa w czytaniu. I to także nie powinno być przeszkodą, bo jestem wyznawczynią poglądu, że lektura ma prawo być i trudna, i dotkliwa, i stawiać czytelnikowi wymagania. Ta bywa jednak zwyczajnie żmudna, a miejscami nawet nudna. Chyba towarzyszyło mi poczucie, że ten sam temat mógłby się stać zaczynem rzeczywiście fascynującej epickiej powieści. A może należy do tej lektury podejść inaczej? Może należy sobie zadać pytanie, czy "Mesjasze" są rzeczywiście powieścią? W dużej mierze tak, ale nie tylko. Bardzo często Spiro rozbija powieściowe ramy, narratora zastępuje sam autor, pisze o swoich badaniach związanych z tematem, wybiega w przyszłość, nie ukrywając, że ją zna (znamy ją wszyscy), rozbija linearny tok narracji i robi to nie jak pisarz, bardziej jak historyk? dokumentalista?, od czasu do czasu cytuje dokumenty z epoki, zastanawia się, jak było naprawdę, a niekiedy, jeśli źródła zawodzą, puszcza wodze pisarskiej wyobraźni, o czym lojalnie czytelnika uprzedza. Może gdybym od razu to wszystko wiedziała i podeszła do tej książki jak do próby odtworzenia tamtych wydarzeń, potraktowała ją jak coś w rodzaju zbiorowego, dokumentalno-historycznego portretu pewnego środowiska, jak książkę bardziej historyczną niż beletrystyczną (nie, tak jednak się nie da), może wtedy bym się nie rozczarowała? Może należało wspomnieć "Żmut" Rymkiewicza, bo, o ile pamiętam, technika pisarska nieco podobna. Biorąc jednak kiedyś do ręki wspomniany "Żmut", wiedziałam, że nie sięgam po powieść. Wiedziałam, że Rymkiewicz na podstawie lektury listów, dokumentów i różnych źródeł odtworzył młodość Mickiewicza i postawił śmiałą tezę, że autor "Pana Tadeusza" z wydatną pomocą przyjaciół pracowicie stworzył swoją legendę nieszczęśliwie zakochanego poety porzuconego przez ukochaną Marylę, a według autora fakty były o wiele bardziej prozaiczne (jakie, nie zdradzę,  kto ciekaw, niech sięgnie po książkę Rymkiewicza, która kiedyś bardzo mi się podobała). Ale dość o "Żmucie", czas wrócić do "Mesjaszy".
Książkę Rymkiewicza, która przed wielu laty była szeroko komentowana, przywołałam nieprzypadkowo. Otóż powieść węgierskiego pisarza opowiada o środowisku wielkiej emigracji, głównie paryskiej. Bohaterami są postacie autentyczne. Któż nie pojawia się na jej kartach: Mickiewicz, Zan, Goszczyński, Januszkiewicz, Towiański, Celina, Ksawera Deybel, także Słowacki a nawet Norwid. Jest też cała masa postaci mniej znanych na przykład Nabielak, którego ulica znajduje się niedaleko miejsca, gdzie mieszkam. Dotąd nie miałam pojęcia, kim był, a tu proszę, dzięki tej powieści Nabielak staje się nie tylko patronem ulicy, ale żywym człowiekiem. Takich postaci przez karty książki przewija się mnóstwo, a autor opowiada ich ciekawe historie w formie zwięzłych życiorysów, rozbijając tym powieściową narrację, o czym już wspominałam. Spiro zastanawia się w swojej powieści, jak to było możliwe, że nagle wśród emigrantów znalazła się spora grupa, około sześćdziesięciu osób, która uwierzyła, że na ziemi pojawił się Chrystus w osobie Andrzeja Towiańskiego. Powstała sekta gotowa nawracać nie tylko Polaków, Francuzów, Żydów, ale nawet samego papieża, a potem cara! Autor pokazuje ich początkowy entuzjazm niesiony wiarą, że Polska odzyska niepodległość, co przepowiadał Mistrz (Towiański), i zniechęcenie spowodowane stopniową utratą złudzeń. Mijają lata, nie udało się nawrócić papieża, tym bardziej cara, przez Europę przetoczyła się Wiosna Ludów, przez Francję kolejna rewolucja, a Polacy nie odzyskali niepodległości. Emigranci pędzą swój, najczęściej nędzny, żywot na coraz mniej łaskawym francuskim chlebie, grzęzną w swarach, kłótniach i intrygach. Wielką wartością powieści Spiro jest odtworzenie tamtego czasu. Pokazuje beznadzieję życia na emigracji. Zaczyna od ich triumfalnego przemarszu przez Europę, aby potem pokazać, jak rozwiewają się złudzenia i nadzieje. Emigranci są balastem dla Francuzów, trzeba ich przyjąć, jakoś pomóc, ale co dalej, nie wiadomo. Dlatego większość bieduje, żyje z marnego żołdu, nie dojadając, gnieżdżąc się na nieopalanych mansardach paryskich kamienic, wielu nigdy nie nauczyło się porządnie francuskiego. Intrygują, kłócą się, zwalczają. Są jak współcześni imigranci z krajów ogarniętych wojnami albo toczonych przez biedę. Bardzo smutny to obraz. Kolejna wartość "Mesjaszy" to opowieść o tym okresie życia Mickiewicza, który w powszechnej świadomości znany jest najsłabiej, pewnie dlatego, że od czasu "Pana Tadeusza" poeta nie napisał już nic, co zapisałoby się w powszechnej świadomości. Spiro opowiada o charyzmie, jaką się cieszył, ale i o niechęci, jaką budził. O jego wykładach w College de France, o wydawanej przez krótki czas gazecie "Trybuna Ludów", o stworzeniu Legionu w czasie Wiosny Ludów, a potem próbie powtórzenia tego w Imperium Osmańskim w czasie konfliktu rosyjsko-tureckiego. Niemało miejsca zajmuje też historia osobista poety. Ale przede wszystkim jest to opowieść o roli, jaką odegrał w sekcie Towiańskiego. Wszystko to zresztą ze sobą ściśle się łączy. Hasła, które kołaczą się w głowie od czasów edukacji szkolnej ("Trybuna Ludów", Legion, towiańszczyzna, mesjanizm, śmierć w Konstantynopolu), otrzymują tutaj konkretny wymiar, stają się żywe. Autor powieści odzyskuje dla czytelnika ten okres z życia poety, nasycając go barwami.
Wbrew temu, co można by sądzić, głównym bohaterem powieści nie jest Mickiewicz, lecz niejaki Gerszon Ram (postać autentyczna), który przybywa do Paryża z Wilna wezwany przez  Towiańskiego (jest jednym z pierwszych jego uczniów i fanatycznym wyznawcą). Mistrz przeznaczył mu zadanie specjalne: ma nawrócić Żydów, bo sam nim jest. Ale zanim uda się do Jerozolimy i podejmie straceńczą misję, pędzi beznadziejny żywot w Paryżu, doświadczając na własnej skórze emigranckich waśni. Potem to jemu właśnie Mistrz wyznacza misję specjalną: ma dostać się przed oblicze papieża, aby w jego imieniu nawrócić go. Dość dokładnie przedstawione starania budzą litość przemieszaną ze śmiechem. Podobnie zresztą jak inne działania towiańczyków. Ram to postać trochę tragiczna (Żyd, a więc traktowany często nieufnie i niechętnie, ale zazdrośnie, bo bardzo blisko Mistrza; młodszy od pozostałych, więc nie walczył w Powstaniu, co jest powodem kompleksów; gotów znosić poniewierkę i wykonać każde zadanie postawione mu przez Towiańskiego), trochę śmieszna, ale jednocześnie jest w nim siła, moc, hart ducha. Kiedy otrząśnie się z fascynacji Towiańskim i jego naukami (wielu nie zrobiło tego nigdy), powoli dzięki pracy i sprytowi stanie na nogi.
Czas zmierzać do końca, czas na ostatnie refleksje. Spiro traktuje towiańczyków bez zbytniego nabożeństwa. Pokazuje przyczyny zjawiska, tragedię tych ludzi, ale i ich małość, śmieszność wynikającą z naiwności. Rozbijanie ram powieści pozwala mu spojrzeć na ich losy z szerszej, historiozoficznej perspektywy. Uświadamia, jaką igraszką byli w rękach polityków, także kościelnych. Ujawnia polityczne interesy i intrygi, jakie rozgrywały się za ich plecami. Byli pionkami poruszanymi przez wielkich tego świata, igraszką w dziejach, a żywili przekonanie, że coś znaczą i wiele mogą. Kiedy Ram sądzi, że udało mu się dostać wreszcie przed oblicze papieża dzięki swojej determinacji i modlitwie, Spiro rozwiewa te złudzenia, pokazując, jaka gra watykańskich interesów do tego doprowadziła. Kiedy Ram jest przekonany, że wywarł wielkie wrażenie na papieżu, czytelnik natychmiast dowiaduje się, że został potraktowany jak nieszkodliwy wariat, którego trzeba było wysłuchać i jakoś się pozbyć. Smutek i tragizm są tu jednak zastąpione tragiczną ironią, na którą w odautorskich komentarzach pozwala sobie od czasu do czasu Spiro. Jest w tej powieści wiele momentów autentycznie śmiesznych. Na przykład opowieść o tym, jak bracia towiańczycy mają obowiązek spowiadać jeden drugiego raz w tygodniu, w dodatku w obecności pozostałych. Biedacy, głowią się, jakie grzechy wymyslić, aby zadowolić surowego spowiednika, bo  tylko wtedy możliwe było rozgrzeszenie. Albo podróż wygnanego Towiańskiego przez Rzym, na osiołku.
Czytać czy nie czytać "Mesjaszy"? Każdy czytelnik musi rozstrzygnąć to sam. Ja mimo trudu i zmęczenia lekturą nie żałuję. W końcu najczęściej jednak, kiedy brałam do ręki książkę, bywało, że nie mogłam się od niej oderwać. Myślę, że dam szansę węgierskiemu autorowi i sięgnę po "Iksów", tym bardziej, że temat lżejszy. Jest to  opowieść o Wojciechu Bogusławskim, który w 1815 roku przybywa do Warszawy i chce objąć stanowisko dyrektora teatru.

Filmowe remanenty: "Przelotni kochankowie" i "Panaceum"

Po bardzo atrakcyjnej filmowej zimie i przedwiośniu nastał czas posuchy. Niestety obawiam się, że tak już będzie do jesieni. Nawet jeśli wśród zapowiedzi widzę tytuł, który ewentualnie chciałabym zobaczyć, to kiedy przychodzi do premiery, recenzje nie pozostawiają złudzeń: szkoda czasu i pieniędzy na bilet. W tej chwili niczego gorączkowo nie wyczekuję. Przepraszam, pomyliłam się, jest jeden film, na który chcę się wybrać koniecznie. To "Inny świat", opowieść Doroty Kędzierzawskiej o Danucie Szaflarskiej. Pewnie jednak wyprodukowano go w śladowej ilości kopii, bo jakoś na razie w zapowiedziach w moim mieście go nie widzę. Mam nadzieję, że dotrze. Póki co wybrałam się na najnowszego Almodovara, na którego czekałam, ale trudno powiedzieć, że z wypiekami na twarzy. Jego dwa ostatnie filmy nie były już tym, do czego mnie przyzwyczaił. Zwłaszcza "Przerwane objęcia", to już w zasadzie tylko melodramat bez tego charakterystycznego dla reżysera szaleństwa. "Skóra, w której żyję" to wprawdzie powrót na stare tory, ale klasa nie ta co dawniej.

Niestety, "Przelotni kochankowie" to katastrofa! Wyszłam z kina rozczarowana, wściekła i smutna. Rozczarowana, bo  spodziewałam się może niekoniecznie arcydzieła, ale nie takiego gniota! Wściekła, bo gdybym wiedziała, to po prostu darowałabym sobie wizytę w kinie, tym samym nie musiałabym być świadkiem aż takiej wpadki jednego z moich ulubionych reżyserów. Smutna, bo żal patrzeć, jak upada ktoś dla nas ważny. Czy tak już będzie zawsze? Czy muszę pogodzić się z tym, że już nigdy nie będę czekała z wytęsknieniem na żaden film Almodovara i Allena, którego też dotknął twórczy kryzys? Czy pozostaną mi tylko ich dawne obrazy? To i tak dużo, ale chciałoby się znacznie więcej. A teraz w krótkich żołnierskich słowach o tym, dlaczego "Przelotni kochankowie" to film beznadziejny. Po pierwsze jest po prostu nieśmieszny (to, co teoretycznie powinno śmieszyć, nie śmieszy), po drugie śmiertelnie nudny (naprawdę miałam ochotę wyjść z kina, siedziałam znudzona i obojętna na to, co na ekranie), po trzecie nadmiernie obsceniczny (nie jestem świętoszką, niejedno w kinie widziałam, ale myślę, że gdyby tyle takich obscenicznych dowcipów znalazło się w polskim filmie, to recenzenci zniszczyliby reżysera, oskarżając o zły gust) i po czwarte o niczym (a właściwie o tym, o czym Almodovar opowiadał nie raz; oczywiście nie miałabym nic przeciwko powtarzaniu, gdyby wady, o których właśnie napisałam, nie sprowadziły problematyki do banału). Tyle, z żalem, o "Przelotnych kochankach", a teraz o filmie z innej bajki.

Kto jeszcze nie był na "Panaceum" Stevena Soderbergha, niech koniecznie nadrobi tę zaległość. Film grany jest już od jakiegoś czasu, dlatego może powoli schodzić z ekranów. To oczywiście kino rozrywkowe, określane przez dystrybutora mianem dramatu, kryminału i thrillera. Rzeczywiście, da się zakwalifikować film w ten sposób, może najmniej w nim dramatu, a ściślej jest to dramat rodem z kina lżejszego kalibru. Historia młodego lekarza psychiatry, którego pacjentka pod wpływem przepisanego leku zaczyna zachowywać się dziwnie, trzyma w napięciu. Ogląda się ją znakomicie. Są podejrzenia, jest tajemnica, próba wyjaśnienia prawdy, bohaterowie nagle znajdują się w sytuacji bez wyjścia, w potrzasku, zwroty akcji przyjemnie zaskakują, film nieoczekiwanie zmienia swój charakter, zakończenie jeszcze bardziej zaskakuje (nie myślę o rozwiązaniu tajemnicy, które akurat, jak często bywa, nieco rozczarowuje, ale samej końcówce), a i pomyśleć jest o czym. Soderbergh porusza w swoim filmie całkiem ważne kwestie: odpowiedzialności lekarza za pacjenta, pazerności koncernów farmaceutycznych i wreszcie pyta o granice psychiatrii czy może bardziej psychoterapii. Gdzie kończy się leczenie, a gdzie zaczyna manipulacja i ubezwłasnowolnienie? To wystarczy, aby wybrać się do kina dla czystej przyjemności. A do tego jeszcze przystojny Jude Law, intrygująca Rooney Mara i demoniczna Catherina Zeta-Jones. Dajmy sobie spokój z nudnym jak flaki z olejem Almodovarem, zamiast tego wybierzmy "Panaceum".

Raja Shehadeh "Obcy w domu"

Kto przeczytał i zachwycił się "Palestyńskimi wędrówkami", pierwszą wydaną w Polsce

książką Raja Shehadeha, palestyńskiego pisarza, prawnika i założyciela organizacji Al-Hak zajmującej się prawami człowieka, ten nie może ominąć kolejnej, "Obcego w domu" (Karakter 2012; przełożyła Anna Sak). To książka dla autora niezwykle ważna, bo, jak twierdzi, wyrwała go z duchowego marazmu, w jaki wpadł, kiedy po raz kolejny uświadomił sobie bezsilność mieszkańca Zachodniego Brzegu wobec izraelskiego okupanta. Jakby tego było mało, wkrótce rozczarował się porozumieniami z Oslo. Chociaż z arogancją okupacyjnej władzy stykał się wielokrotnie w swojej praktyce adwokackiej i działając w założonej przez siebie organizacji, to dopiero ostatnie, osobiste, doświadczenie było tak bardzo dojmujące. Co się wydarzyło? Otóż Raja Shehadeh wraz z najbliższymi przez lata walczył o znalezienie mordercy swojego ojca, Aziza, znanego prawnika i orędownika porozumienia palestyńsko-izraelskiego. Aby wyświetlić zagadkę, wybrał drogę legalną, niezwykle mozolną i długą. Zaufanie, jakim tym razem obdarzył izraelską policję i wymiar sprawiedliwości, zaprowadziło go donikąd, a po latach odkrył, dlaczego tak się stało. Prawda, której od jakiegoś czasu się domyślał, była niezwykle gorzka. Autor nie potrafił pogodzić się z tak ogromnym cynizmem izraelskich władz. Być może czytelnik tej notki zdziwi się, dlaczego doświadczony prawnik, akurat w tej sprawie liczył na dobrą wolę Izraelczyków. Otóż nie było to bezpodstawne: jego zamordowany ojciec był człowiekiem znanym nie tylko na Zachodnim Brzegu, w Izraelu, w świecie arabskim, ale również w Europie czy Stanach w środowiskach zajmujących się sytuacją na Bliskim Wschodzie. Kiedy psychicznie zrujnowany Shehadeh poddał się zniechęceniu i niemocy, ratunek znalazł w pisaniu "Obcego w domu". Nie po raz pierwszy w swoim życiu szukał pocieszenia w tworzeniu. Robił to już wcześniej, od czasów studenckich. Ta konsolacyjna funkcja twórczości, w tym wypadku literackiej, wybrzmiewa w tej książce niezwykle mocno. To jeden z jej wątków, ale chociaż ważny, to przecież nie główny. Bo przede wszystkim książka Raji Shehadeha jest opowieścią o trzech sprawach: relacji ojciec syn,  dojrzewaniu i szukaniu własnej drogi życiowej oraz o życiu na Zachodnim Brzegu pod izraelską okupacją. Wszystko to bardzo ciekawe i poruszające, żywo napisane, więc książkę połyka się jednym tchem niczym najlepszą powieść. A jest w niej przecież niezwykła siła autentyczności.

Jak zwykle, kiedy przeczytam coś, co mnie bardzo porusza, mam z jednej strony chęć, aby wykrzyczeć z siebie to wszystko, z drugiej męczy mnie świadomość, że przecież nawet w długiej notce to niemożliwe. Pozostaje mi więc zaapelować do czytelników tych refleksji, aby przeczytali "Obcego w domu", a ja tymczasem przynajmniej wypunktuję to, co poruszyło mnie najbardziej.

Książka zaczyna się od opowieści o rodzinnej przeszłości. Autor sięga do czasów sprzed swoich narodzin, kiedy jego znani i szanowani przodkowie prowadzili zajmujące, wygodne i beztroskie życie w bogatej, pięknej i kosmopolitycznej Jaffie. Kto był w Izraelu, a przede wszystkim  w Tel Awiwie, ten wie, że dziś Jaffa to tylko część tej metropolii. Z jednej strony urocza, acz nieco rozczarowująca turystyczna wydmuszka, tę poznałam, z drugiej  niebezpieczna dzielnica, tę znam z filmu "Ajami". Ale w czasach, kiedy rozpoczyna się ta opowieść, było odwrotnie. To Jaffa stanowiła centrum świata, palestyńskiego i arabskiego, a żydowski Tel Awiw dopiero powstawał, budowany mozolnie na wydzieranych morzu wydmach. I nagle w roku 1947 po powstaniu Izraela ten znany, oswojony, cudowny i wygodny świat wali się w gruzy. Trzeba podjąć dramatyczną decyzję: zostać czy uciekać? Jak zwykle w sytuacjach historycznych przełomów, nikt nie wierzy, że to nieodwracalne. Wielu wydaje się, że jest tylko kwestią czasu, kiedy wszystko się odwróci i będzie, jak było. I tak rodzina Raji Shehadeha znalazła się w Ramallah, w letnim domu jego babci. Chociaż autor urodził się w trzy lata po tych wydarzeniach, na jego życiu wywarły one niezatarte piętno. Wychowywał się w atmosferze tymczasowości i tęsknoty za Jaffą i za ... morzem. Doświadczenie utraty związane z wypędzeniem (właściwiej byłoby napisać ucieczką, bo w sensie dosłownym tak właśnie było; po utworzeniu Izraela nikt nie wydał ustawy o wysiedleniach Palestyńczyków; część z nich została, część uciekła) pokazane jest w tej książce niezwykle mocno. Przypomina mi to nieco opowieść Amosa Oza o jednej z jego babć, która po opuszczeniu Europy i osiedleniu się w Palestynie z czasów brytyjskiego mandatu, nie mogła przyzwyczaić się do kompletnie innego świata. Oczywiście tamta sytuacja była jednak trochę inna, wszak przodkowie Oza wyjechali z Europy z własnej woli na fali ruchu syjonistycznego. Ale czas wrócić do "Obcego w domu". Poruszająca jest opowieść o tym, jak po roku 1967, kiedy po wojnie sześciodniowej Zachodni Brzeg został odebrany Jordanii i trafił pod okupację Izraela, ojciec autora może wreszcie (co za paradoks!) wybrać się do swojej ukochanej Jaffy. Kiedy tam przyjeżdża i odwiedza wytęsknione miejsca, zastaje pustkę, martwotę, zniszczenie. Dawnego świata już nie ma, na jego miejsce powstał nowy, który nie jest przecież jego światem. Okazuje się, że przez lata żył złudzeniami. Kiedy wieczorami pokazywał synowi widoczne ze wzgórz otaczających Ramallah światła mitycznej, rajskiej Jaffy, karmił się iluzją. Prawda była inna: to nie światła Jaffy widział na horyzoncie, ale blask rozrastającego się z rozmachem Tel Awiwu. Dla rodziny autora to doświadczenie tęsknoty za domem rozumianym  symbolicznie, za małą ojczyzną. Kiedy ja czytam o dawnej Jaffie, ale także zamieszczone w książce opisy kosmopolitycznego Bejrutu jeszcze sprzed czasów libańskiej wojny domowej, tęsknię za światem, którego już nie ma, którego przecież znać nie mogłam, który być może w opisywanym przez różnych autorów kształcie nigdy nie istniał, a dziś jest przez nich idealizowany. Myślę tu o kosmopolitycznym świecie dawnego Bliskiego Wschodu, tego bez dzisiejszych granic. a znam go z książki Kaplana "Na wschód od Tatarii", Acimana "Wyjście z Egiptu" czy Amosa Oza "Opowieść o miłości i mroku".

Inny nurt opowieści Shehadeha, który mnie szczególnie poruszył i zainteresował, to obraz życia Palestyńczyków pod izraelską okupacją i ścieranie się różnych postaw wobec przyszłości Palestyny. Ponieważ rozpisałam się już bardzo, zwrócę uwagę na to drugie zagadnienie, chociaż to pierwsze jest o wiele bardziej przykre i poruszające, ale chyba jednak lepiej znane. Shehadeh pokazuje cztery różne postawy. Pierwsza powszechna zaraz po powstaniu Izraela: nie róbmy nic, czekajmy, przecież Izrael to tylko twór tymczasowy, wkrótce wszystko będzie jak dawniej. To właśnie takie życie złudzeniami, a w konsekwencji wyczekiwanie, bierność i marazm doprowadziły do tego, że Palestyńczycy całkowicie oddali pole najpierw Jordanii, której częścią był Zachodni Brzeg, potem Izraelowi. Dlatego nie zbudowali społeczeństwa, które zabiegałoby o zorganizowanie i uporządkowanie swojej egzystencji na nowych warunkach. Dlatego życie na Zachodnim Brzegu było tym bardziej trudne. Dla wyznających taką postawę jakiekolwiek próby budowania czegoś nowego w wyznaczonych przez innych ramach byłyby oznaką kapitulanctwa i pożegnania się z marzeniami o Palestynie. Inną opcję reprezentował ojciec autora, Aziz Shehadeh. Od początku był zwolennikiem rozmów z Izraelem i doprowadzenia do powstania dwóch państw współistniejących obok siebie: żydowskiego i arabskiego. Za swoje jawnie wyznawane poglądy zapłacił ostracyzmem, łatką kolaboranta przyczepianą mu przez wielu z obu stron barykady, a wreszcie poczuciem osobistej klęski i rozczarowaniem, jakie towarzyszyło mu przez dużą część życia. Dopiero po wielu latach niektórzy potrafili przyznać mu rację. Można uznać go za wizjonera, który wyprzedził swój czas. Ciekawa jestem, jak ocenia Aziza Shehadeha Amos Oz, zwolennik porozumienia Izraela z Palestyńczykami. Kolejna postawa to ta reprezentowana przez OWP (Organizacja Wyzwolenia Palestyny), organizację powstałą na emigracji, która ostatecznie podpisała porozumienia z Oslo. Pozornie zwycięska, ale tylko pozornie. Dlaczego? Bo z jednej strony to wywodząca się z niej Fatah jest źródłem dzisiejszych kłopotów Zachodniego Brzegu i Gazy (mocno upraszczam oczywiście, ale to nie artykuł publicystyczny), z drugiej to OWP podpisując porozumienia w takim kształcie, pozwoliła na budowę izraelskich osiedli na Zachodnim Brzegu i w Gazie. Osiedli, które są dziś nie tylko zarzewiem niekończących się konfliktów, ale także nieodwracalnie masakrują krajobraz Zachodniego Brzegu. Zainteresowanych odsyłam do świetnego dokumentu pokazywanego niedawno w kinach  "Pięć rozbitych kamer"  i przede wszystkim do poprzedniej, pięknej, wzruszającej książki Shehadeha, "Palestyńskie wędrówki", która opowiada właśnie o tym. No i wreszcie postawa czwarta reprezentowana przez autora. Skoro nie można doprowadzić do powstania państwa palestyńskiego, skoro trzeba żyć pod okupacją izraelską, to należy przynajmniej zrobić wszystko, aby okupant przestrzegał prawa. Dlatego Shehadeh założył organizację Al-Hak, która dokumentowała i nagłaśniała, przede wszystkim na arenie międzynarodowej, łamanie praw człowieka przez władze okupacyjne. Ale i ta postawa nie przyniosła sukcesu. Chociaż doceniany, czego dowodem choćby to, że zaproszono go do wzięcia udziału w madryckich rozmowach przygotowujących porozumienia z Oslo (szybko z nich zrezygnował, bo nie odpowiadała mu postawa ani Izraela, ani OWP), ma poczucie przegranej. Nie może pogodzić się z tym, że OWP przehandlowała zgodę na budowę osiedli w zamian za władzę. Jego głos w tej sprawie brzmi bardzo mocno w końcówce książki, a szczególnie we wspomnianych tu "Palestyńskich wędrówkach". Mignął mi gdzieś przed oczami lid z recenzji "Obcego w domu" autorstwa Pawła Smoleńskiego: "Ta książka pomaga zrozumieć, dlaczego na Bliskim Wschodzie nie ma pokoju i raczej długo jeszcze go nie będzie.". Nic dodać, nic ująć. O tym między innymi jest opowieść palestyńskiego pisarza.

Strasznie się rozpisałam. Na zakończenie muszę jednak bardzo mocno podkreślić, że zasadniczym tematem "Obcego w domu" jest zawiła relacja ojca i syna. To w cieniu swojego ojca dorasta Raja, to przez niego czuje się niedoceniany, niedostrzegany i tłamszony, to w opozycji do niego buduje swoją życiową, prawniczą i polityczną drogę, to z nim się nie zgadza, to jego po latach docenia i podziwia, to z jego śmiercią i tym, co się po niej dzieje, nie potrafi się pogodzić. Gorąco namawiam do przeczytania "Obcego w domu" (naprawdę czyta się znakomicie) i "Palestyńskich wędrówek". W wypadku tej ostatniej pozycji trzeba mieć jednak świadomość, że akcji w niej niewiele, za to mnóstwo pięknych opisów dewastowanego krajobrazu i miłości do ziemi. Warto podjąć czytelniczy trud. Książka wynagrodzi to po wielokroć.

Gordana Kuić "Zapach deszczu na Bałkanach"

Poszłam za ciosem i zaraz po przeczytaniu bardzo dobrej powieści chorwackiego pisarza Mirko Kovaca (poprzedni wpis) sięgnęłam po kolejną bałkańską książkę wydaną przez to samo wydawnictwo. Tym razem to "Zapach deszczu na Bałkanach" Gordany Kuić (Pogranicze 2012; przełożyła Magdalena Wąs). Autorka jest Serbką pochodzenia żydowskiego urodzoną w 1942 roku w Belgradzie. Ponieważ ostatnie zdanie zamieszczone zaraz po epilogu brzmi: "Powieść oparta jest na autentycznych postaciach i wydarzeniach.", domyślam się, że Kuić mniej lub bardziej wiernie opowiedziała w  powieści losy swoich dziadków, rodziców, ciotek i w mniejszym stopniu wujów. Na internetowej stronie autorki, na którą zajrzałam, znalazłam rodzinne zdjęcie a na nim pięć urodziwych sióstr Levi, bohaterek powieści, pierwszej części cyklu składającego się z czterech tomów. Z informacji zamieszczonej na okładce dowiedziałam się, że książka stała się materiałem dla libretta spektaklu baletowego, sztuki teatralnej i serialu telewizyjnego. Rzeczywiście, jak każda saga rodzinna i ta  może stanowić świetny punkt wyjścia dla serialu czy filmu kinowego. Bo "Zapach deszczu na Bałkanach" jest właśnie sagą rodziny Levi, sefardyjskich Żydów mieszkających w Sarajewie. Akcja zaczyna się w dniu zamachu na arcyksięcia Franciszka Ferdynanda, co stało się bezpośrednią przyczyną wybuchu pierwszej wojny światowej. Kończy jesienią 1944 roku po wyzwoleniu Belgradu.  Mniej więcej połowa powieści to dramatyczne losy rodziny w czasach drugiej wojny. Bohaterkami książki są przede wszystkim kobiety z rodu Levi: matka i jej pięć córek: Laura, zwana Buką, Klara, Nina i dwie młodsze, Blanki i Riki. Siostry mają jeszcze dwóch braci, ale i oni, i ich ojciec to postaci w powieści marginalne. 

Napiszę wprost, bez zbędnego kluczenia: książka ma trzy zalety i jedną wadę. Zacznę od tego, co dobre. "Zapach deszczu na Bałkanach" czyta się znakomicie. Wydany przez jakieś popularne wydawnictwo, a nie tak niszowe jak Pogranicze, odpowiednio rozreklamowany miałby pewnie szansę nieźle się sprzedać. Szkoda, że tak się najprawdopodobniej nie stanie, bo sporo można się z powieści dowiedzieć na temat międzywojennej historii Bałkanów. Dla mnie była to powtórka, bo trochę na ten temat wiem dzięki mojemu ukochanemu Jergoviciowi, szczególnie jego "Rucie Tannenbaum", której akcja toczy się w tym samym okresie historycznym. Kolejna zaleta ściśle łączy się z pierwszą, jest jej przyczyną: historia pięciu sióstr Levi jest po prostu bardzo ciekawa, a ich wojenne losy, jak łatwo zgadnąć, dramatyczne, dlatego opowieść trzyma czytelnika w napięciu. Trzecia zaleta, może najważniejsza, to pełnokrwiste portrety bohaterek. Każda z sióstr jest inna, każda jest indywidualnością, każda potrafi uparcie dążyć do celu, nie zważając na to, co inni powiedzą. To kobiety niezależne, silne, feministki tamtych czasów. Wszystkie pracowały i potrafiły same zarobić na swoje utrzymanie. Nina i Klara założyły w Sarajewie świetnie prosperującą pracownię kapeluszy, najstarsza Buka, wykształcona, znająca kilka języków obcych, pisała i dbała o zachowanie tradycji sefardyjskich Żydów. Najmłodsza, Riki, zrobiła baletową karierę, była ulubienicą belgradzkiej publiczności. Blanki, najbardziej spolegliwa, często przez rodzinę wykorzystywana, zawsze gotowa poświęcić się dla innych, pocieszycielka sióstr, jest mimo pozorów osobą niezależną. Na przekór rodzinie i opinii innych wiąże się ze starszym o kilka lat bogatym serbskim przedsiębiorcą z Sarajewa i żyje z nim bez ślubu. Dlaczego? Bo jego rodzina nie wyobraża sobie, aby mógł ożenić się z ubogą Żydówką. Siostry Levi w kontaktach damsko-męskich są  bardzo wyzwolone. Dwie, najpierw Nina, potem Klara, wychodzą za mąż za innowierców, aby to zrobić, muszą zmienić wyznanie, jedna z nich w końcu porzuci swego, nic niewartego, męża i sama będzie musiała troszczyć się o siebie i dzieci. Wreszcie Riki wiodąca życie popularnej artystki, związana z żonatym mężczyzną, ale nie stroniąca też od innych. To zresztą postać chyba najbardziej tragiczna. Wesoła i beztroska, uwielbiana przez krytyków i publiczność, rozpieszczona i rozkapryszona, u progu międzynarodowej kariery, a jednak nieszczęśliwa i samotna. To z nią życie  obejdzie się najsurowiej. Jak? Oczywiście nie zdradzę. A mimo to potrafi mężnie znosić przeciwności losu i nieszczęścia. Równie ciekawą postacią jest nieco od Riki starsza Blanka. To jej kosztem załatwiane są rodzinne problemy. Długo inni decydują za nią. Musi zrezygnować ze szkoły, chociaż bardzo chce się uczyć, i pomagać siostrom w pracowni, a one wykorzystują ją do najgorszych robót. Kiedy trzeba, opuści Sarajewo, aby towarzyszyć Riki w Belgradzie, kiedy trzeba wyjedzie do Paryża, aby tam doglądać interesów pracowni. Ale i ona potrafi się zbuntować, postawić na swoim i wybić na niepodległość. Jest cicha, spokojna, spolegliwa, ale też wytrwała i uparta. Cierpliwie, krok po kroczku dąży do swego. W końcu staje się najważniejszą osobą w rodzinie, jej podporą i opoką, pocieszycielką, powierniczką i kołem ratunkowym. W momentach zagrożenia potrafi być bardzo odważna i bezkompromisowa. Mogłabym jeszcze sporo o siostrach napisać, na przykład o despotycznej, marudzącej Ninie czy marzącej o życiu nomada Klarze, której los też nie rozpieszczał. Warto by też pewnie wspomnieć o matce, kobiecie, która potrafiła swoje dzieci kochać po prostu mądrze i zawsze być dla nich oparciem, nawet jeśli nie akceptowała ich życiowych wyborów. Ale na tym kończę część pochwalną.

Czas najwyższy wspomnieć o jednej, ale zasadniczej wadzie. Cóż, powiedzmy to sobie szczerze, powieść Gordany Kuić jest  czytadłem i tylko czytadłem. Być może zresztą autorka nie miała wcale innych ambicji, tego nie wiem. Przyznam, że ja spodziewałam się czegoś więcej niż tylko dobrze skrojonej literatury popularnej, a to dlatego, że książkę wydało moje ulubione Pogranicze stroniące raczej od tego typu literatury. Brakuje tej powieści wartości dodanej, która sprawia, że nawet zwykłe historie stają się czymś więcej niż tylko sprawnym opowiadaniem o ludzkich losach. Brak im dramatyzmu, a przede wszystkim tragizmu. A przecież  saga rodziny Levi ma w sobie wielki potencjał, mogłaby się stać opowieścią na miarę Manna. Uderzyłam z najgrubszej rury, przyznaję. Zostawmy więc Manna, a pomyślmy, co z tej historii potrafiłby wyczarować Jergović, Kovac, a teraz opuśćmy Bałkany i wyobraźmy sobie, jak literacko przetworzyliby ten materiał Schlattner czy Skvorecky. Dość, zatrzymam się tylko na autorach z obszaru, jaki obejmuje nagroda Angelusa, bo mogłabym tak wymieniać jeszcze długo, przeskakując z kontynentu na kontynent. Po prostu wszystko w książce Gordany Kuić toczy się zbyt gładko, szczególnie naprawdę dramatyczne losy wojenne. Jakby autorka nie udźwignęła właśnie tego tematu, bo, o dziwo, pierwsza część jest bardziej pogłębiona. A przecież są tu i aresztowania, i ucieczki, i ukrywanie się, i obozy, i Niemcy, i Chorwaci, którzy prześladują nie tylko Żydów, ale i Serbów, i konflikty narodowościowe ujawnione wraz z wybuchem wojny, ale autorka potrafi wykrzesać z tych dramatycznych i tragicznych zdarzeń tylko napięcie rodem z powieści przygodowej. Po macoszemu potraktowana jest też historia Klary, która umiejętnie poprowadzona, mogłaby się stać opowieścią o wielkich marzeniach i wielkich rozczarowaniach.

To oczywiście wcale nie oznacza, że żałuję czasu poświęconego lekturze. Jeśli ktoś szuka sprawnie opowiedzianej, ciekawej opowieści, to może "Zapachem deszczu na Bałkanach" być usatysfakcjonowany, ale jeśli przeczytało się wcześniej wspomnianą na początku "Rutę Tannenbaum" Jergovicia, to różnicę klasy widać gołym okiem. Gdyby Pogranicze zdecydowało się wydać kolejną część sagi, to pewnie po nią sięgnę, żeby zaspokoić zwykłą ludzką ciekawość. Wyobrażam sobie, że powojenne losy sióstr Levi w komunistycznej Jugosławii też mogą być fascynujące i dramatyczne. Tym razem jednak nie będę oczekiwała cudów.

Mirko Kovac "Miasto ze snu"

Uwielbiam takie niespodzianki. Jakieś trzy lata temu, chyba na początku mojej znajomości z prozą bałkańską i okołobałkańską, znalazłam w księgarni z tanimi książkami powieść "Krystaliczna sieć" nieznanego mi chorwackiego pisarza Mirko Kovaca wydaną przez wydawnictwo Pogranicze. Informacje z okładki znęciły mnie na tyle, że kupiłam i przeczytałam, a jako że bardzo byłam usatysfakcjonowana, natychmiast rzuciłam się przekopywać internet w poszukiwaniu innych książek pisarza. Bez rezultatu, nic więcej w Polsce nie wyszło. Już myślałam, że Mirko Kovac niczym efemeryda przemknie przez nasz rynek wydawniczy, jak to często bywa, kiedy za jedną pozycją nie idą, nie wiedzieć dlaczego, następne (jest kilku takich pisarzy, na których mam apetyt po przeczytaniu ich jednej powieści, niestety jak dotąd muszę obejść się smakiem), a tu nagle, zupełnie nieoczekiwanie odkryłam, że w ubiegłym roku wyszła kolejna powieść chorwackiego pisarza wydana przez to samo, jedno z moich ulubionych, wydawnictwo. Moja wina, bo jakoś dawno nie zaglądałam na ich stronę. Natychmiast rzuciłam wszystkie inne książki na bok, sprowadziłam sobie "Miasto w lustrze" (Pogranicze 2011; przełożyła Dorota Jovanka Ćirlić) i od razu przeczytałam. No i nie zawiodłam się! A przy okazji odkryłam jeszcze kilka innych bałkańskich tytułów, na które mam ochotę.

Powieść Kovaca to wspomnienia z okresu dzieciństwa i dorastania snute przez dorosłego już bohatera. Narrator opowiada historię swoich dziadków, rodziców, a przede wszystkim swojego dorastania z perspektywy człowieka, który odniósł literacki sukces. Na ile jest to książka autobiograficzna, trudno mi powiedzieć, w każdym razie określana jest mianem powieści. Niewątpliwie jakieś autobiograficzne ślady można w niej odnaleźć. Mniej więcej zgadza się wiek autora z wiekiem bohatera (Kovac urodził się w Hercegowinie w roku 1938), miejsce urodzenia, kariera literacka i praca przy filmie (pisarz jest autorem scenariusza do głośnego niegdyś filmu Lordana Zafranovicia "Okupacja w 26 obrazach", którego nie znam). Ale przecież dla czytelnika nie ma to tak naprawdę znaczenia. Ta książka jest przede wszystkim gawędą i logice gawędy jest podporządkowana. To dlatego narrator wtrąca liczne dygresje, porzuca chronologię, dopowiada los własny i losy bohaterów, którzy z opowieści już wypadli, stąd wreszcie liczne refleksje dotyczące a to pamięci, a to tego, czym dla narratora jest literatura i proces twórczy, a to jakieś inne konstatacje o nieco filozoficznym zabarwieniu. A wszystko pisane z perspektywy mężczyzny dojrzałego, którego droga do sukcesu była kręta i niełatwa. Narrator jawi się jako człowiek nieco zgorzkniały, ale wolny wolnością nomady, wszak w każdej chwili może porzucić miejsce, w którym żyje, zabrać swój niewielki tobołek i powędrować dalej. Odchodząc, zostawia za sobą ludzi i, jak twierdzi, nie ma z tego powodu wyrzutów sumienia. Bo, jak wyznaje w swoim credo wyłożonym gdzieś mimochodem na końcowych kartach powieści, prawdziwe życie jest w literaturze. To "... w niej dało się znaleźć dość, by się męczyć, znosić ból, odczuwać smutek ...". Ale pożywką dla literackiego materiału jest oczywiście wszystko, co nas otacza. Może tu tkwi klucz do rozwiązania paradoksu tej powieści? Bo narrator z jednej strony pisze o nienawiści do swoich rodzinnych stron, które jeszcze we wczesnej młodości porzucił, a z drugiej strony wystawia im wspaniały literacki pomnik. Literatura upiększa wszystko: historię przodków, ubogie dzieciństwo, dziadków, nieznanych wujów, którzy też gdzieś poznikali w szerokim świecie, szlachetną, silną, niemal świętą matkę, ojca hulakę, który znika z domu na długie tygodnie i nie wiadomo, gdzie w tym czasie jest, ubogi rodzinny sklepik, ukochaną nauczycielkę, która zaszczepiła w nim miłość do literatury. Także miejsca czyni piękniejszymi niż są w rzeczywistości. Na jednej z pierwszych stron opowieści znajdujemy opis tajemniczego, niezwykłego lasu, który kupił niegdyś dziadek narratora. Las jest gęsty, nieprzebyty niczym knieja, pełen tajemniczych mocy, diabłów i wiedźm, także groźnych węży czyhających na wędrowca, który odważy się wtargnąć w leśną głuszę. Czy taki był w rzeczywistości? Pewnie nie, swój magiczny portret już na zawsze będzie zawdzięczał literaturze.

"Miasto w lustrze" zatrzymuje w czasie świat i ludzi, których już nie ma. Narrator wielokrotnie podkreśla, że tą opowieścią ostatecznie odcina się od czasów swojego dzieciństwa i młodości, ale również od swoich przodków. Na przekór złości, która jak zadra tkwi w bohaterze, powieść pełna jest nostalgii, smutku, melancholii i niezwykłej aury. Świat dzieciństwa jest w niej podszyty baśnią. Pełno tu losów niezwykłych, często niedokończonych, niebanalnych historii, zapewne literacko zmitologizowanych. Nawet bieda jest malownicza. Może też dlatego okrucieństwa historii są na kartach powieści prawie nieobecne. Pierwsza wojna to domena wspomnień usłyszanych od rodziców czy dziadków, odtworzonych dzięki dokumentom. Druga praktycznie nie istnieje w opowieści narratora, a i powojenne lata komunizmu nie są specjalnie straszne. Upływający czas odebrał im okrutną moc, którą przecież miały. Ktoś zostaje aresztowany i zesłany na Nagą Wyspę (tam znajdował się obóz koncentracyjny założony przez komunistów, do którego zsyłano politycznych przeciwników), pojawiają się ludzie związani ze służbami bezpieczeństwa, w szkole pali się reakcyjne książki, ojcu odbierają jego sklep, nawet ukochana nauczycielka musi czasem udawać i przybrać maskę wierności nowemu ustrojowi. Niby sporo, ale te fakty przedstawione w taki sposób, o jakim wspomniałam, nie mają siły rażenia. To w żadnym wypadku nie jest zarzut z mojej strony, po prostu tak odbierał świat narrator w czasach swojego dzieciństwa i wczesnej młodości.

Osobne miejsce zajmuje w powieści tytułowe miasto w lustrze, Dubrownik, do którego często uciekał ojciec bohatera. Czasem zabierał go tam ze sobą. Miasto fascynowało chłopca swoim ogromem, bogactwem, ruchem, gwarem, historią, architekturą wspaniałych pałaców i kościołów. Jak bardzo różniło się od niewielkich miejscowości, w których mieszkał! Było synonimem wielkiego, nieznanego, fascynującego świata kuszącego niegdyś jego przodków, jego ojca a potem i jego. Opis samotnej wyprawy do Dubrownika w poszukiwaniu hulającego ojca zajmuje w powieści kilka rozdziałów, chociaż to zaledwie jeden dzień. To, co się w tym czasie wydarzyło, jest trochę z pogranicza jawy i snu.

To tyle. Zachęcam do odkrycia dla siebie powieści Mirko Kovaca tej, ale także poprzedniej, o której we wstępie wspominałam.

Popularne posty