Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Szczepan-Twardoch-Morfina, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Szczepan-Twardoch-Morfina, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

Szczepan Twardoch "Null"

Do twórczości Szczepana Twardocha mam stosunek mieszany. Moje

pierwsze spotkanie z jego książkami to "Morfina", którą, pamiętam, połknęłam niemal w transie. Ale już wtedy pozostałam sceptyczna. Uznałam tę powieść za postmodernistyczne czytadło dla czytelnika z ambicjami. Potem przeczytałam "Króla", bo podobnie jak w przypadku "Morfiny" dałam się złapać na temat - tu międzywojenna Warszawa, tam Warszawa i nie tylko zaraz po wybuchu drugiej wojny. No a potem podziękowałam i nie skusiłam się nawet na "Królestwo", czyli kontynuację "Króla". Zabieg z jakimś dziwnym narratorem przyglądającym się wszystkiemu z zaświatów zastosowany po raz drugi wydał mi się już nużący i manieryczny. Uznałam też, że szkoda mi czasu na ambitne czytadła. Dlatego długo broniłam się przed najnowszą powieścią Szczepana Twardocha "Null" (Marginesy 2025), chociaż oczywiście recenzje miała bardzo dobre, ale to w jego przypadku nic nadzwyczajnego. Pisarz cieszy się uznaniem zwyczajnych czytających oraz światka recenzenckiego. W końcu jednak skapitulowałam i znowu ze względu na temat - wojna w Ukrainie. Tym bardziej, że właśnie skończyłam znakomitą powieść irlandzkiego pisarza Sebastiana Barry'ego "Tak daleko od domu", której akcja toczy się na froncie pierwszej wojny światowej.

Podobnie jak przy okazji poprzednich lektur dałam się wciągnąć "Nullowi". Ucieszyło mnie, że tym razem pisarz porzucił swoje zabawy z dziwacznym narratorem, narracji w drugiej osobie nie uznałam za ekstrawagancję. Jak się później okazało, nie do końca porzucił, bo w finale okazuje się jednak, że za narracją drugoosobową coś się jednak kryje. No ale to dopiero w finale. 

Muszę przyznać, że mojej lekturze towarzyszyły wątpliwości. Bo po pierwsze zawsze jednak podejrzane wydaje mi się i jakoś niestosowne, że powieść o tematyce wagi bardzo ciężkiej czyta się jednym tchem. Nie wiem, czy tak powinno być. A po drugie miałam wrażenie, że nie dowiaduję się  niczego nowego, no może poza obrazem żołnierzy pozostających na nullu, czyli na najdalej wysuniętej linii frontu. Natomiast wszystkie dylematy moralne, wszystkie problemy towarzyszące ukraińskiej wojnie, wszystkie te dyskusje znam, bo śledzę na bieżąco to, co się dzieje. Zaraz jednak przychodziła refleksja - no dobrze, ale nie każdy to robi. Polacy, a inni Europejczycy jeszcze bardziej, są zmęczeni tą wojną, nie chcą o niej słuchać ani czytać. Może więc niepotrzebnie czepiam się najnowszej powieści Szczepana Twardocha, bo tak popularny pisarz ma szansę otworzyć im oczy, ponownie, uzmysłowić, co się tam dzieje, jakie wojna niesie dylematy i problemy. Tym bardziej, że "Null" powstał na zamówienie niemieckiego wydawcy, początkowo miał być reportażem albo esejem, ale okazało się, że autor nie czuje tej formy i  coś zaczęło mu wychodzić dopiero wtedy, kiedy wrócił do powieści. O tym wszystkim opowiadał w licznych wywiadach promujących "Nulla". Muszę jeszcze koniecznie dodać, że Szczepan Twardoch  bardzo dobrze zna problemy, o których pisze, bo wielokrotnie jeździł do Ukrainy w strefę przyfrontową jako wolontariusz przywożący sprzęt dla wojska, na co zbiera pieniądze i chwała mu za to. Spotykał się z żołnierzami, rozmawiał z nimi, ma tam znajomych, dlatego jego wiedza jest wiedzą insiderską, a do tego w stopce redakcyjnej wymienionych jest dwoje konsultantów merytorycznych. Tak więc przestaję się czepiać "Nulla", bo może spełnić ważną rolę, o ile literatura w ogóle może coś zmieniać.

Głównym bohaterem powieści jest ponad czterdziestoletni Polak, wojskowa ksywka Koń, w poprzednim życiu dobrze prosperujący historyk z Warszawy. Kiedy wybuchła wojna, najpierw jeździł do ogarniętej wojną Ukrainy jako właśnie taki wolontariusz z darami dla wojska, a potem zaciągnął się do legionu międzynarodowego, aby w końcu przejść do regularnej ukraińskiej armii, gdzie początkowo obsługiwał drony, później jednak z własnej woli, bo jako ochotnik nie-Ukrainiec nie musiał, trafił na ów tytułowy null na pozycję wysuniętą za Dniestr, skąd bardzo trudno będzie wrócić. Właściwie to misja straceńcza i nie wiadomo po co. Po to żeby odbić parę kilometrów terenu? W każdym razie jaki jest jej cel i sens, nie wiedzą zwykli żołnierze, którzy kryją się w piwnicach zburzonych domów lub w ziemnych jamach w miejscu, które kiedyś było spokojną wsią. Siedząc w takiej jamie z jeszcze jednym żołnierzem, Koń wspomina swoje dawne życie, opowiada o poznanych żołnierzach i oczywiście o dylematach oraz problemach, które nieodłącznie towarzyszą tej wojnie. Dlaczego zaciągnął się do wojska? Dlaczego dał się wywieźć za Dniepr na null? Cóż, nie zdradzę niczego, bo wytrawna czytelniczka i takiż czytelnik domyślą się, że jedną z opcji jest oczywiście jakaś mniejsza czy większa tragedia, która go spotkała w poprzednim życiu, ot, choćby zawód miłosny. Klisza klisz. Co to ostatecznie było, tego nie zdradzę. Trzeba też przyznać, że nie dowiemy się tego do końca. Bardziej domyślimy, niż zostanie nam to dosłownie powiedziane. To zaliczam na plus.

Natomiast dla mnie minusem są literackie szwy, które widać w nawiązaniach do "Iliady" oraz innych starożytnych eposów i koncepcji wiecznej chwały, jaką można tam znaleźć. Żołnierze, oczywiście nie wszyscy, tylko ochotnicy, stanęli być może przed takim dylematem, przed jakim w "Iliadzie" stanął Achilles.

Żywotność tej idei jest zaskakująca: pojawia się w "Iliadzie", gdzie Tetys, matka Achillesa, wyjawia mu, że los daje mu wybór: pozostawszy w Troi, może żyć krótko i wielkimi czynami zyskać kleos afthiton, wieczną chwałę, lub powrócić do domu i żyć długo i w niesławie i Achilles prawie wybiera ten los (...) i dopiero śmierć Patrokla wypełnia go gniewem i skłania do walki. (...) Kiedyś się tym zajmowałeś, taką refleksją, w świecie, którego już od dawna nie ma.

Ot, taki erudycyjny zabieg, aby ambitne czytelniczki i tacyż czytelnicy poczuli się lepiej. Może jednak niepotrzebnie się wyzłośliwiam.

A poza tym Szczepan Twardoch porusza w swojej powieści całe spektrum problemów, jakie niesie ta wojna i pewnie inne też. Jakie to problemy i dylematy? Że z dala od frontu życie toczy się niemal normalnie, można zjeść obiad w luksusowej włoskiej restauracji, w której kelnerka dosmaczy wykwintne danie odrobiną startych trufli. Że wojna zrównuje ludzi z różnych klas społecznych, ale nie zawsze łatwo pozbyć się pogardy wobec kogoś, z kim nie dzieli się żadnych przekonań i wartości. Że ci, którzy trafili na front jako ochotnicy, gardzą tymi, którzy trafili tam przymuszeni przez regularny pobór, a jeszcze bardziej tymi, którzy od wojny się uchylają, żyjąc wygodnie za granicą. I kto jest lepszy - wróg walczący z pobudek ideowych, które my uznajemy za błędne, czy swój, który od wojny stara się trzymać tak bardzo z daleka, jak to w wojennych warunkach możliwe? I kiedy skończyć tę wojnę? Na jakie kompromisy trzeba będzie pójść? I czy rzeczywiście trzeba będzie? A może należy walczyć do końca? Ale co jest tym końcem? No i gorzka refleksja, że kiedyś za lat powiedzmy dwieście, jeśli coś jeszcze za te dwieście lat będzie, ta wojna, na której teraz giną żołnierze i cywile, w podręcznikach historii zostanie sprowadzona do dwóch linijek. Bo taka jest kolej rzeczy, tak dzieje się z każdą wojną. Jest datą w podręczniku, z którego cierpienie ludzi, jej bezsens lub sens gdzieś z upływem stuleci wyparowały. A i jeszcze jedno, skoro głównym bohaterem jest Polak, nie mogło zabraknąć odniesień do stosunków polsko-ukraińskich z czasów drugiej wojny.

Najbardziej przejmujące są oczywiście opisy egzystencji na nullu, czekanie na śmierć. 

Plusem powieści jest odtworzenie realiów wojny, sylwetki bohaterów, nawet tych drugoplanowych, wciągające wydarzenia. Cóż, Szczepan Twardoch potrafi sprawić, że czytający zostają wciągnięci w świat jego bohaterów. Użyłam z rozmysłem tej męskiej formy, bo jest to świat męskocentryczny. Bohaterka, nie licząc epizodycznie wspominanych matki i siostry Konia, jest tylko jedna - Zuja, i nakreślona została dość przewidywalnie w przeciwieństwie do barwnych męskich postaci.

Mimo złośliwości polecam, ale prawdziwym mistrzem pozostaje dla mnie Sebastian Barry i jego powieść o wojnie "Tak daleko od domu".

Szczepan Twardoch "Król"

Rzadko zdarza mi się czytać książkę zaraz po premierze. Pod wpływem impulsu, jakim było wysłuchanie wywiadu ze Szczepanem Twardochem, i przedpremierowej promocji nie zastanawiając się specjalnie, kupiłam "Króla" (Wydawnictwo Literackie 2016). A że potrzebna mi była przerwa po książce Samar Yazbek o wojnie w Syrii, przeczytałam od razu. Moja literacka znajomość z Twardochem przebiega różnie. Znam "Morfinę", która z jednej strony wciągnęła mnie z jakąś hipnotyczną wręcz siłą, z drugiej jednak rozczarowała. Brakowało mi tego czegoś, co sprawia, że powieść nie jest tylko znakomitą, świetnie napisaną książką. Niby mówiła o sprawach poważnych, ale mimo wszystko wydała mi się trochę efekciarska i pusta w środku. "Dracha" miałam święty zamiar przeczytać, choćby ze względu na moje świeże, obudzone znakomitym "Czarnym ogrodem" Małgorzaty Szejnert zainteresowanie Śląskiem (chociaż, o ile dobrze pamiętam, autor twierdził, że to nie jest śląska powieść), ale dotąd jakoś się nie udało, bo lektury mnożą się niczym króliki, jedna wypiera drugą. A po "Króla" sięgnęłam z pełną premedytacją, chociaż wiedziałam z nasłuchu, że to powieść raczej rozrywkowa. Miałam ochotę zanurzyć się w świat przedwojennej Warszawy, nie tylko tej pięknej, ale też tej gorszej, brudnej, biednej, a przecież  już w "Morfinie" Twardoch pokazał, jak znakomicie potrafi pisać o mieście. We wspomnianym wywiadzie opowiadał o researchu, jaki zrobił, przygotowując się do pisania "Króla". Stale mam w pamięci obraz przedwojennej Warszawy nakreślony przez Filipa Springera w jego świetnym reportażu "13 pięter" - wcale nie Paryża północy, jak lubimy myśleć, ale miasta biedy, slamsów (dosłownie), niebrukowanych ulic. Tak, chciałam odbyć wycieczkę w przeszłość, poznać tamten świat. Czy się udało? Tylko częściowo.

Powieść Twardocha to historia gangsterska, trochę polityczna, trochę sensacyjna, chociaż intryga nie jest jakoś specjalnie wyrafinowana - nie było tak, że koniecznie chciałam wiedzieć, co dalej. Wielu tu bohaterów autentycznych, czasem występujących pod innymi nazwiskami, czasem autor coś tam zmienił w ich losie, nieco im ujął lub dodał. Tak jest z jedną z głównych postaci, tytułowym królem, Kumem Kaplicą, gangsterem zbierającym haracze na Kercelaku i w Dzielnicy Północnej. Gangsterem o przeszłości bojowca z PPS-u. Jego pierwowzorem był niejaki Tata Tasiemka, czyli Łukasz Siemiątkowski. Podobnie rzecz się ma z doktorem Radziwiłkiem, Pantaleonem Karpińskim czy Ryfką Kij. Pojawiają się też na kartach powieści politycy, premier Sławoj Składkowski czy marszałek Rydz-Śmigły. Ale już główny bohater, żydowski bokser, przyboczny Kuma Kaplicy, Jakub Szapiro, to postać wymyślona.

Powieść Twardocha pełna jest brudu, przemocy, namiętnego, dzikiego seksu (ale jeśli ktoś liczy na nie wiadomo jakie opisy, zawiedzie się; to nie pornografia), gangsterów, sprzedajnych dziennikarzy, odpychających typów, dziwek i kobiet wyrozumiałych, szlachetnych, beznadziejnie wiernych swoim niewiernym partnerom albo beznadziejnie w nich zakochanych. Gangsterzy dokonują niejednej okrutnej egzekucji, tym razem autor nie szczędzi czytelnikowi szczegółów, na ulicach ścierają się bojówki polityczne, politycy knują, aby dokonać kolejnego przewrotu, który wyeliminuje Żydów z życia społecznego i sprawi, że Polska skręci jeszcze bardziej na prawo, niewygodni trafiają do Berezy Kartuskiej, gdzie bezwzględni strażnicy w wyrafinowany sposób znęcają się nad więźniami, na uczelniach króluje getto ławkowe, a świat wyraźnie zmierza ku katastrofie. Polska staje się krajem dusznym, w którym coraz trudniej żyć, szczególnie Żydom. Coś się zmienia, coś się przełamuje, dlatego niektórzy bohaterowie marzą o wyjeździe do Palestyny, bo w Polsce dla Żydów przyszłości nie ma. Atmosferę przedwojennej Warszawy, akcja toczy się w roku 1937, nastroje społeczne i polityczne Twardoch odmalował bardzo dobrze. Opowiadając o nich, nie zmyślał, nie przesadzał. Jak mówi, studiował przedwojenną prasę i stamtąd obficie czerpał. Gorzej natomiast wypada portret miasta, to, na co tak bardzo liczyłam. Topografia to nie wszystko. Zabrakło mi mięsistych opisów ulic, budynków i tego, co tworzy tkankę miasta. Wszystko to niby jest, ale jednak naskórkowe, ledwie naszkicowane. Pod tym względem "Morfina" wypada dużo lepiej, chyba, że pamięć mnie zawodzi. Nie przemawia też do mnie typowa dla Twardocha dziwna, fantasmagoryczna, filozofująca, mająca przydać powieści głębi nadbudowa. Tu przejawia się w obrazach kaszalota - Litaniego (biblijnego Lewiatana), potwora przewalającego się nad miastem, wsysającego niektórych bohaterów i tylko przez niektórych dostrzeganego, będącego symbolem katastrofy, braku nadziei. Drugim majakiem jest czarna Wenus z Willendorfu, symbol rozpaczy. Znacznie bardziej przemawiają do mnie rozważania o roli przypadku w ludzkim życiu, których tu też sporo.

"Król" jest rodzajem ballady, w której gangsterzy są bohaterami zbiorowej wyobraźni. Tak zresztą było, to o Tacie Tasiemce (Kum Kaplica) i Rum Helce (Ryfka Kij) jest piosenka Grzesiuka, potem śpiewana przez Szwagierkolaskę. Twardoch pokazuje ich bardzo mroczne strony, ale też nadaje im ludzki rys, uszlachetnia. Nie tylko potrafią być dobrymi i hojnymi mężami (chociaż tłuką swoje żony), czułymi ojcami, ale też jest w nich jakaś egzystencjalna rozpacz. Tęsknota za czymś lepszym, szlachetniejszym, za wiernością, za dawną miłością, za nie wiadomo czym. To zderzenie budzi w nich często demony, dlatego stają się jeszcze dziksi i jeszcze bardziej bezwzględni.

"Król" na pewno będzie się cieszył dużym powodzeniem, Twardoch jest na fali. Chociaż nieco się rozczarowałam, chociaż gangsterzy nie są bohaterami mojej wyobraźni, nie narzekam - powieść bardzo dobrze się czyta, niemal do końca zaskakuje, bo autor dokonuje wolt w losach bohaterów. Ale trzeba mieć świadomość, że to po prostu odrobinę podkręcona powieść rozrywkowa.

Szczepan Twardoch "Morfina"

Kilkakrotnie przy okazji różnych wpisów wspominałam, że rzadko zdarza mi się sięgać po

współczesną polską beletrystykę. To nie tak, że jestem uprzedzona, po prostu, kiedy czytam lub słucham omówienia jakiejś polskiej powieści, która właśnie się ukazała, zawsze stwierdzam, że to nie dla mnie. A to temat nie taki, a to forma odstręczająca. Tym razem było inaczej: postanowiłam sięgnąć po najnowszą powieść Szczepana Twardocha "Morfina" (Wydawnictwo Literackie 2012) nie dlatego, że powszechnie wychwalana (przecież nie pierwszy raz krytycy pieją z zachwytu nad polską powieścią) czy nagradzana (ileż to razy pozostawałam niewzruszona, kiedy coś nagradzano), ale dlatego, że zainteresował mnie temat. Nie bez znaczenia były też uwagi, że to epicka powieść z rozmachem. Temat plus  forma poparte znakomitymi recenzjami skłoniły mnie do lektury. Przeczytałam i pędzę podzielić się refleksjami.

"Morfinę" rzeczywiście czyta się znakomicie. Ma w sobie coś hipnotycznego, naprawdę trudno się od niej oderwać. Narracja prowadzona przez głównego bohatera, trzydziestoletniego Konstantego Willemanna (o nim za chwilę), na zmianę z tajemniczą narratorką  wciąga niesamowicie, magnetyzuje, sprawia, że podążamy za Kostkiem w jego wędrówce po Warszawie, a potem przez Polskę, Słowację aż do Budapesztu. Dajemy się uwieść dziwacznym, zwariowanym, nieprawdopodobnym opowieściom narratorów o postaciach zaludniających ten świat. Poznajemy w ten sposób nie tylko ich przeszłość, ale często też przyszłość. Mnie te niesamowite, nierzadko absurdalne czy irracjonalne ludzkie historie (a jak nieprawdopodobna i fantastyczna jest historia głównego bohatera!) przypominały nieco losy powieściowych bohaterów Johna Irvinga, pisarza, którego niegdyś uwielbiałam, ale już po dwie jego ostatnie książki nie sięgnęłam, bo jakoś mi przeszło. To wszystko sprawia, że mimo objętości powieść można połknąć w ciągu kilku dni, oddając się po prostu nieskrępowanej przyjemności lektury. A przecież temat, gdyby go ująć inaczej, do miłych nie należy.

Otóż jest to historia trzydziestoletniego warszawskiego lekkoducha, Konstantego Willemanna, któremu raptem we wrześniu trzydziestego dziewiątego roku wali się jego wygodny świat. Świat pieniędzy, które hojną ręką daje matka, świat kobiet, alkoholu, tytułowej morfiny. Koniec z eleganckimi strojami, przyjęciami, przesiadywaniem w knajpach wśród malarzy, literatów i ich akolitów. A co stanie się z jego higieniczną, eugeniczną żoną Heleną, ukochanym synkiem Jureczkiem, niezłym samochodem i mieszkaniem w domu z czekolady? Bo i to Kostek miał. Żeby dopełnić tego obrazu, wspomnę jeszcze o przyjacielu Jacku, jego żonie Idze i odrażającym higienicznym i eugenicznym teściu, miłośniku endecji. Konstanty, hulaka, trochę przez przypadek, a może wcale nie przez przypadek, trochę wbrew swojej woli, a może jednak trochę za swoją zgodą, zostaje wciągnięty w wir nieprawdopodobnych konspiracyjnych zdarzeń. Jeśli ktoś w poprzednim zdaniu rozpoznał (niestety nieudolną) podróbkę stylu Gombrowicza, to  nieprzypadkowo, bo powieściowa narracja pełna jest takich nawiązań. Zresztą aluzji literackich czy filmowych można tu znaleźć więcej. Mnie przypomina się "Eroica" Andrzeja Munka i, może trochę mniej, ale jednak, jego "Zezowate szczęście". Pewnie nie należy zapominać o całym nurcie wojenno-przygodowym. Za to z pewnością znajdziemy w "Morfinie" bezpośrednie nawiązania do mickiewiczowskiego "Konrada Wallenroda". Bo Konstantemu Willemannowi przyjdzie odegrać niewdzięczną, ale jakże zaszczytną, rolę Wallenroda, cóż z tego, że przypadkowego, groteskowego, śmiesznego i żałosnego. Bohater cały czas spogląda na siebie z boku, świadomy, że stale, wbrew swojej woli, jest wtłaczany w różne  role i maski, bierze udział w spektaklu pod tytułem Patriotyzm, Konspiracja, do którego ktoś wbrew jego intencjom go zaangażował, cóż było począć, na odczepnego zdecydował się podjąć tę grę. Trochę dla świętego spokoju, trochę dla zabawy, trochę, bo, kiedy zgodził się na jedno, dalej nie bardzo mógł się wycofać. A on marzy tylko o zdobyciu buteleczki z ukochaną morfiną, która pozwoliłaby mu odejść na chwilę w niebyt i zapomnieć, że Niemcy zabrały mu jego ukochaną Warszawę. Jeżeli jest na nich wściekły, to dlatego, że zranili mu miasto, które kocha. Miasto knajp, artystów, zabaw.  I tu przechodzimy do najważniejszego pytania powieści: pytania o tożsamość. Konstanty Willemann zadaje je sobie wielokrotnie. Kim jestem, pyta. Polakiem? Niemcem? Ułanem? Patriotą? Niemieckim oficerem? Konstantym a może Baldurem? I w końcu nie przez polskość czy niemieckość się definiuje. Jest po prostu Konstantym Willemanem, lubiącym kobiety, samochody, alkohol, morfinę i wygodne życie.

Świat jest w tej powieści chaosem, w którym nie ma zbiegów okoliczności, o ludzkich losach często decyduje przypadek. Bohaterowie odgrywają role narzucane przez wychowanie, przez społeczeństwo, przez historię, przez narodową tradycję. Jednocześnie jest w tym świecie jakaś tajemnicza, ciemna moc, która zna przeszłość i przyszłość, wpełza w  kogoś, kogo sobie upatrzyła. Z jednej strony zatruwa go swoją czernią, z drugiej chce chronić. Ale wcale nie jest wszechmocna. W końcu bezsilna opuszcza swego wybranka, by zwrócić się ku innemu. Kim jest? Czarną rozpaczą? Mrokiem? Złem? Wszystkim tym, co ciemne w człowieku? Ciemną stroną świata? Trudno rozstrzygnąć.

Czas zmierzać do puenty. Otóż niby wszystko jest świetnie. Niby podzielam zachwyt recenzentów. Tak, to bardzo sprawnie napisana powieść. Autor gra świadomie formą, kiedy chce, stylizuje język, jakby chciał pokazać, że potrafi, ale przecież w nowoczesnej, postmodernistycznej powieści nie musi, bawi się narracją, stawiając przed czytelnikiem zagadkę, pyta o tożsamość i narodową tradycję, zgrabnie szkicuje obraz międzywojennej Polski, pokazuje jej upadek. Kreuje świat początku wojny, którym rządzą niepewność, śmierć, chaos i bieda. Wszyscy próbują się przystosować, ułożyć sobie życie na nowo. Jego bohaterowie stawiają sobie pytania: co będzie i są zupełnie nieświadomi tego, jak okrutnie będzie, a przecież my, czytelnicy, wiemy doskonale, wie też ta ciemna siła, która wpełza w Konstantego. Jednym słowem autor świetnie pokazuje ten moment w historii narodu i jednostki, kiedy coś się kończy, a coś, jeszcze nie wiadomo co, wyłania się z chaosu. Jest tu i Warszawa (chociaż nie tak realistycznie pokazana jak u Prusa na przykład; realizm Twardocha to raczej tylko nazwy ulic, konkretne miejsca, budynki, znane postacie, ale nie drobiazgowe opisy), i Polska, i nawet Budapeszt, w którym, ku zdziwieniu bohaterów, toczy się normalne życie. A jednak, mimo że czytałam z hipnotyczną przyjemnością, mimo że doceniam, to jednak jestem trochę rozczarowana. Bo spodziewałam się powieści prawdziwej, gdzie bohaterowie to nie tylko literackie typy (rozdarty hulaka, patriota-endek, matka Polka, dziwka, pierwsza miłość), które można opisać przy pomocy kilku zaledwie słów-wytrychów, ale ludzie z krwi i kości, niejednoznaczni, o których można by pisać bez końca, prowadzić ich psychologiczną wiwisekcję. Tu wszystko jest na wierzchu, zamysł autora czytelny, wszystkie literackie szwy widoczne, nie ma się nad czym dłużej zadumać, trudno się przejąć losem bohaterów, bo to tylko literackie klisze. Jedyną zagadką jest owa ciemna siła, ale może to tylko jakiś pseudofilozoficzny bełkot, na który dajemy się nabrać? No cóż, to po prostu powieść postmodernistyczna. Brak jej literackiego ciężaru, który doskwiera szczególnie boleśnie, jeśli zderzyć ją z lekturą czegoś z literackiej ekstraklasy, co, niestety, zrobiłam. Zaraz po odłożeniu Twardocha zabrałam się za Philipa Rotha. Właśnie czytam "Duch wychodzi". Też nie mogę się oderwać, ale tym razem mam poczucie, że obcuję z prozą, która dotyka najważniejszych egzystencjalnych pytań.

Na okładce "Morfiny" wydawca umieścił reklamowy slogan: "Warszawa 1939: kobiety, narkotyki i zdrada", pewnie licząc na to, że zanęci nim czytelników. W ten sposób sprowadził powieść Twardocha tylko do roli czytadła. To oczywiście nieprawda. Ale może coś w tym jednak jest? Może "Morfina" to takie postmodernistyczne czytadło dla czytelnika z ambicjami?

Popularne posty