"Lekcja"

Wróciłam z wakacyjnej podróży i rzuciłam się nadrabiać kinowe zaległości. Zbyt wiele ich nie ma, jak to latem. Dlatego zdziwiłam się, kiedy w repertuarze znalazłam bułgarski film "Lekcja", który objeździł kilka ważnych festiwali i dostał parę nagród między innymi za scenariusz (w Tesalonikach) i za reżyserię (w San Sebastian). Nie ma się co łudzić, że zdobędzie masową widownię (ja byłam jedynym widzem i to w poniedziałek, kiedy bilety są tańsze), a szkoda, bo naprawdę warto ten film zobaczyć, a i ogląda się go przecież bardzo dobrze. Mimo pewnej surowości, co wynika z tematu, "Lekcja" trzyma w napięciu, angażuje emocjonalnie i kilkakrotnie zaskakuje rozwojem wydarzeń. No i nie jest to rzecz błaha, stawia przed bohaterką, która nie z własnej winy znajduje się w sytuacji bez wyjścia, poważne moralne dylematy. Co robić? Jak daleko można się posunąć, aby ratować zagrożony byt rodziny? W trakcie seansu nie sposób nie zadać sobie pytania o własne wybory. Co zrobiłabym na miejscu zdesperowanej Nade? A sytuacja nie jest wyssana z palca, twórcy inspirowali się prawdziwą historią, ale i bez tej informacji nietrudno wyobrazić sobie podobne zdarzenia. Oczywiście na rzecz filmu niewątpliwie zostały podkręcone, ale granic prawdopodobieństwa moim zdaniem nie przekroczono. Sytuacja, w jakiej znalazła się główna bohaterka, przypomina historię opowiedzianą przez braci Dardenne w ich ostatnim filmie "Dwa dni, jedna noc". Kto widział, ten wie, o czym piszę. Ich kino jest jednak jeszcze bardziej surowe, jeszcze bardziej naturalistyczne. Kto je lubi, tym bardziej powinien wybrać się na "Lekcję", kogo znużyło, niech jednak da szansę bułgarskiemu filmowi, bo jego twórcy nie zapominają o widzu. No i na uwagę zasługuje też Margita Gosheva grająca główną bohaterkę. Pozornie spokojna, oszczędna w środkach wyrazu, ale przyciągająca uwagę widza. Naprawdę warto "Lekcję" zobaczyć. A kto widział, może przeczytać ciąg dalszy. Zapraszam.

Porównałam "Lekcję" do pokazywanego niedawno filmu braci Dardenne "Dwa dni, jedna noc", bo podobieństwo narzuca się bardzo szybko. Obie bohaterki mają nóż na gardle i obie bardzo krótki czas, aby wydobyć się z kłopotów. Obie są zdeterminowane i skupione na tym jednym zadaniu. I jeszcze jedno podobieństwo rzuca się w oczy. Pośpiech, ruch, gonitwa, pukanie wciąż do jakichś drzwi, aby szukać ratunku, walka z czasem. Ale na tym jednak podobieństwa się kończą. Sytuacja Sandry, bohaterki wykreowanej przez braterski duet, mimo że trudna, to jednak nie beznadziejna. Ona najwyżej straci pracę i będzie pewnie musiała opuścić nowy dom, ale nie zostanie bez dachu nad głową. Po prostu wynajmie mieszkanie. No i jeszcze jedno, Sandra ma męża, który ją wspiera i pcha do działania, męża, na którym można polegać. Tymczasem Nade jest potwornie samotna. Ona może liczyć tylko na siebie. To właśnie mąż jest powodem kłopotów, w jakich znalazła się rodzina, ale nawet nie próbuje ich rozwiązać, za to ma czelność mieć jeszcze do żony pretensje. Właściwie jedyną życzliwą osobą, jaką bohaterka spotyka na swojej drodze, jest znajomy konduktor, który nie tylko pozwala jej jechać za darmo, ale jeszcze pożycza drobną sumę, która dla niej w tym momencie jest na wagę złota.

Dlatego kiedy myślałam o "Lekcji", przyszło mi do głowy inne podobieństwo. Nade znalazła się w podobnej sytuacji jak bohaterka polskiego "Placu Zbawiciela". Łączy je potworna samotność, bezradność i poczucie, że zostały przyparte do muru. Ale i tym razem dostrzegam różnicę, co oczywiste. Paradoksalnie to bohaterka "Placu Zbawiciela" mogła pewnie szukać pomocy u  mediatora rodzinnego czy w jakimś ośrodku interwencji kryzysowej (ale nie wykluczam, że może grzeszę naiwnością). Tymczasem Nade żyje w potwornym, bezdusznym świecie. Bank, który nie wywiązuje się z zapisów umowy, jednocześnie bezwzględnie egzekwuje je od klienta. Prymitywny, wulgarny, cyniczny, bezwzględny, obleśny właściciel lombardu i kasy pożyczkowej w jednym. Skorumpowana policja. Jedyną osobą, od której mogłaby oczekiwać pomocy i która, jak się okazuje, bez większego wysiłku rozwiązałaby jej problemy, jest ojciec. Szybko jednak przestajemy się dziwić, dlaczego od razu nie próbowała poprosić go o pożyczkę. Ale nie tylko potworna samotność budzi współczucie dla głównej bohaterki. Jest jeszcze coś gorszego. Próbując wybrnąć z sytuacji, musi zacisnąć zęby i znosić coraz większe upokorzenia. Przeprosić drugą żonę ojca, wyjątkową idiotkę zapatrzoną w siebie, niemal żebrać, aby zdobyć jakąś śmieszną sumę, którą natychmiast ma wpłacić do banku, wysłuchiwać gróźb i jednoznacznych propozycji typa, u którego zaciągnęła dług. W tej sytuacji wyciąganie monet z fontanny na oczach ludzi to drobiazg. Dosłownie czujemy, jak wszystko wali się jej na głowę, jak los sprzysiągł się przeciwko niej. Kto z nas nie zna z własnego doświadczenia potwornego zbiegu okoliczności, pecha, który prześladuje, sytuacji, w której mamy poczucie śmieszności, zwracamy uwagę wszystkich jakimś dziwnym zachowaniem, strojem albo jeszcze czymś? Potem śmiejemy się z tego, opowiadamy jak o najlepszej przygodzie.

Ale Nade na pewno nigdy nie potraktuje tego, co ją spotkało, jak przygody. Zstępując w kolejne kręgi piekła, przekracza kolejne tabu, łamie swoje etyczne zasady. Nie bez znaczenia jest fakt, że bohaterka pracuje w szkole. Jej świat runął. Uratowała dom, ale zapłaciła za to potworną cenę. Jak dalej żyć? Jak dalej uczyć? Jak wymagać przestrzegania zasad od uczniów, kiedy podeptało się wszelkie zasady? Jak im spojrzeć w oczy, kiedy popełniło się przestępstwo? Nieważne, że nikt nie wie, ważne, że ona wie. Nade wydawała się tak uczciwą i etyczną osobą, że ciężar tego, co zrobiła, schizofreniczna sytuacja, w jakiej się znalazła, będą trudne do udźwignięcia. I znowu ta potworna samotność. Musi sama mierzyć się z tym, co zrobiła. Zastanawiałam się, czy jednak było jakieś wyjście. Chyba tylko jedno, zniesienie kolejnego upokorzenia i przeproszenie żony ojca. Można zapytać, dlaczego jednak tego nie zrobiła? Myślę, że sytuację da się psychologicznie obronić. Rodzinne piekiełko. Od słowa do słowa, o jeden krok za daleko i czujemy, że dalej się nie da. Że nigdy więcej nie przekroczymy progu, nie podamy ręki, nie odezwiemy się. Czy zdzierżylibyśmy podobne upokorzenie? Czy zacisnęlibyśmy zęby?

Podobnie bronię innych scenariuszowych rozwiązań, które być może komuś wydały się przerysowane. Dlaczego wyszła za mąż za takiego lumpa, jak mówi o nim jej ojciec? Ile wokół podobnych sytuacji! Miłość jest ślepa, to banał, ale prawdziwy. Jedno trzeba mężowi Nade zapisać na plus, jest troskliwym ojcem. Wątpliwość kolejna. Czy na jedną osobę mogło się naraz zwalić tyle nieszczęścia, pecha i tragicznych zbiegów okoliczności? Cóż, siła złego na jednego, nieszczęścia chodzą parami. Pewnie po chwili zastanowienia przypomniałabym sobie podobne przysłowia będące ilustracją tej życiowej prawidłowości. I wreszcie ostatnia wątpliwość. Czy jest możliwe, aby taka kobieta jak Nade poważyła się napaść na bank? Zdesperowana, doprowadzona do granic, bez wyjścia nie działa już racjonalnie. W świetnej scenie widzimy, jak się pomysł rodzi, jak bohaterka się waha, jak się zastanawia, ile ją to kosztuje. Dlatego ja kupuję "Lekcję" w całości, a im dłużej o niej myślę, tym bardziej odczuwam jej emocjonalną moc.

W.G.Sebald "Austerlitz"

Od dawna zbierałam się, aby przeczytać coś Sebalda. Wszak uważany jest za jednego z ważniejszych pisarzy współczesnych. Autor zaledwie kilku książek, niczego więcej już nie napisze, bo w 2001 roku zginął w wypadku samochodowym. No ale tak jakoś schodziło. Jeśli się czegoś nie kupi od razu, to potem wylatuje z pamięci, nowość goni nowość, tyle tego. Wiadomo. Aż w końcu kilka miesięcy temu na mojej półce książek oczekujących stanęły aż dwie powieści niemieckiego pisarza. Teraz sięgnęłam po jedną z nich. Wybór padł na "Austerlitz" (W.A.B. 2009; przełożyła Małgorzata Łukasiewicz). No i mam problem. Bo jak tu się przyznać, że aż tak nie zachwyca? Skoro fachowcy od literatury (czytaj: recenzenci i krytycy) twierdzą, że to pozycje wybitne, co mam myśleć o swoim czytelniczym guście? Trudno, przecież nie będę udawać. Nie myśl sobie, czytelniku tej notki, że męczyłam się, czytając, że ledwo przebrnęłam, że miałam ochotę porzucić. To nie tak. Przeczytałam szybko i ze sporą przyjemnością. Problem w tym, że powieść pozostawiła mnie obojętną. Stale czekałam na to coś, na jakieś olśnienie, na dotknięcie tajemnicy. No bo jak tu nie czekać, jeśli na skrzydełku okładki czytam " ... niedoścignione arcydzieło, powieść tak piękna, że podczas lektury zdajemy sobie sprawę, iż drugiej takiej nie będzie, że pisarze tak pokorni i mądrzy jak Sebald po prostu nie istnieją." (to z Dziennika) W podobnym tonie fragment recenzji z Tygodnika Powszechnego. "Krystaliczna proza, hipnotyczny rytm, trudno się z nim rozstać." Wiem, wiem, co się wypisuje na okładkach książek. Ale tym razem jest inaczej. Sebald naprawdę zbiera znakomite recenzje, a jego proza uważana jest za wybitną (?), wielką (?), ważną (?). Dlatego czekałam. Daremnie.

Czym jest "Austerlitz"? To powieść powieściowo nieoczywista, stwarzająca pozory czegoś autentycznego. Choćby z powodu zamieszczonych czarno-białych fotografii. Historia przypadkowej znajomości (?), przyjaźni (?) dwóch mężczyzn. Można powiedzieć, że zbliża ich wspólne zainteresowanie architekturą. Narrator opowiada historię tych trwających ponad trzydzieści lat, najczęściej przypadkowych, spotkań i konwersacji. O czym rozmawiają? Sporo o architekturze (przyznam się, że przy opowieści o twierdzach przeżyłam jedyny moment kryzysu, chciałam rzucić, wiedziałam jednak, że do raz przerwanej lektury niełatwo wrócić), ale najważniejsza jest historia tytułowego Austerlitza. Dziwaka, samotnika, outsidera, stroniącego od ludzi, niepotrafiącego nawiązać bliższych więzi, żyjącego niezwykle skromnie, wręcz po spartańsku. Stopniowo odsłania przed narratorem swoje życie. Kiedy spotkali się po raz pierwszy, Austerlitz nie znał prawdy o sobie. Nie rozumiał dręczących go przeczuć, niepokojów. Zabrano mu przeszłość, tożsamość, a to, co powinien pamiętać, wyparł. Aż nagle wystarczył impuls, aby zaczął szukać. Ale chociaż dowiedział się sporo, nie wszystko da się odzyskać. Przede wszystkim pamięci o rodzicach. Austerlitz, żydowskie dziecko urodzone w Pradze, wysłane z dziecięcym transportem do Anglii, adoptowane przez anglikańskiego pastora i jego żonę, wytrwale poszukuje śladów matki i ojca. Podąża ich tropem, ślęczy w bibliotekach i archiwach, wyobraża sobie ich tragiczny los. Ale w końcu trop się urywa. Są jak kilka milionów im podobnych. Brutalnie wyrwani ze swoich domów, miast, oderwani od bliskich, od świata, w którym żyli. Prawdopodobnie zginęli. Jak? Gdzie? Kim by byli, gdyby nie wojna? A on? Jak potoczyłby się jego los? Sebald nie epatuje okrucieństwem, emocjami. Opowiada spokojnie, ściszonym głosem, melancholijnie. Raczej skłania do namysłu, niż wzrusza. Mogłabym tak nadal snuć swoje rozważania, zdobywając się na jakieś mądrości, problem w tym, że niewiele z książki Sebalda dla mnie wynika. Nie została we mnie, nie odcisnęła śladu. Kiedy czytam moich ukochanych pisarzy Amosa Oza, Philipa Rotha, Miljenko Jergovicia i paru innych, mam wrażenie, że dotykam czegoś istotnego, że coś przede mną odkrywają, poruszają we mnie jakieś struny. Tym razem zabrakło tego literackiego wow!

Ponieważ Sebald nie zachwycił, chociaż przecież powinien, zła na siebie i rozczarowana zrobiłam coś, czego zwykle nie robię, sięgnęłam po recenzję jeszcze przed napisaniem tej notki. Recenzent analizował, interpretował, udowadniał wielkość, a ja stwierdziłam, że nie dorastam. "Austerlitz" to powieść-szarada pełna kulturowych aluzji, tropów. Trzeba by ją studiować z detektywistycznym namysłem, przyglądać się pod lupą każdemu słowu, każdej frazie. Samo nazwisko jest znaczące, tyle też wiedziałam, ale wszystkich aluzji do niego i powiązań między nimi nie odkryłam, poza tą najoczywistszą, napoleońską. W świecie filmowym funkcjonuje pojęcie kino krytyków albo kino festiwalowe. To kino objeżdżające festiwale, nagradzane, kino, jakim zachwycają się krytycy, a widzowie, nawet ci ambitni, jakoś geniuszu nie dostrzegają. Może "Austerlitz" Sebalda to taka literatura krytyków? A może jednak to ja jestem nie dość wrażliwa, aby docenić jej wielkość? Piszę to bez ironii, dopuszczam taką ewentualność. Bardzo chciałabym poznać opinię takiego jak ja zwykłego miłośnika literatury. Aha, a drugą książkę Sebalda z mojej półki na pewno przeczytam. Choćby z ciekawości.

Julia Franck "Berlin-Marienfelde"

Dopięłam swego i kupiłam książkę Julii Franck "Berlin-Marienfelde" (Dom pod Krakowem 2006; przełożył Krzysztof Jachimczak; wydawnictwo chyba już nie istnieje). Moja przygoda z tą niemiecką autorką rozpoczęła się od znakomitej, bardzo poruszającej i gorzkiej powieści "Południca" wydanej kilka lat temu przez W.A.B. w tym samym świetnym tłumaczeniu. Niestety na tym koniec, bo w Polsce nie ukazała się żadna inna pozycja Julii Franck. Szkoda, ale tak niestety u nas jest. Jednych autorów wydaje się w komplecie, inni przemkną jak meteoryt i słuch po nich ginie. Czy to zależy tylko od poczytności? Na pewno nie od wartości literackiej, niestety. Czym kierują się wydawcy, skoro nawet Czarne zapomniało o Miljenko Jergoviciu, pisarzu utytułowanym i nagradzanym? Trudno mi to zrozumieć. A o tym, że poza "Południcą" ukazała się w Polsce jeszcze jedna powieść Julii Franck, przypomniałam sobie po obejrzeniu filmu "Druga strona muru" będącego ekranizacją książki "Berlin-Marienfelde". Postanowiłam ją przeczytać również dlatego, że zastanawiałam się, jak daleko scenarzystka (a nie była nią autorka) odbiegła od oryginału. Film mocno eksponował wątek szpiegowski, w pewnym momencie zaczął przypominać thriller, co nie bardzo pasowało mi do obrazu twórczości Julii Franck, jaki stworzyłam sobie po pierwszym spotkaniu z jej twórczością. Intuicja mnie nie myliła. Książka ma zupełnie inny charakter. Od razu napiszę, że warto, a może nawet trzeba, jej poszukać, aby przeczytać.

Od razu zaznaczę, że nie jest to lektura miła, chociaż i tak daleko jej pod tym względem do "Południcy", do której nie sposób się nie odwoływać. Zdarzenia rozgrywają się w Berlinie Zachodnim w latach siedemdziesiątych w obozie przejściowym dla uchodźców. Powieść ma czworo głównych bohaterów, którzy są jednocześnie narratorami. Mimo tego każdy rozdział posuwa akcję do przodu, chociaż trudno tu mówić o akcji w klasycznym pojęciu tego słowa. Niewiele się dzieje, bo niewiele dzieje się w życiu bohaterów, którzy utknęli w obozie przejściowym i z różnych względów nie potrafią żyć na własną rękę. A obóz to miejsce wyjątkowo przygnębiające. Wspólne pokoje, a w nich piętrowe łóżka. Obcy ludzie, którzy skazani są na życie na niewielkiej przestrzeni. Brudne, zaniedbane łazienki, wiecznie zabałaganione kuchnie, bo nie wszyscy mają nawyk sprzątania po sobie. I ciągłe upokorzenia. Najpierw przesłuchania przez agentów wywiadów państw okupacyjnych, potem wizyta u lekarza, wreszcie poszukiwanie pracy, a oferta owszem jest, ale nie taka, jakiej oczekiwaliby bohaterowie. Bo komu w Berlinie Zachodnim potrzebna jest polska wiolonczelistka? Albo niemiecki aktor? Albo doktor nauk chemicznych też z Berlina Wschodniego? Tacy jak oni skazani są albo na smażenie frytek w barze (Szybko, szybko, musisz nadążyć z zamówieniami, nieważne, że puchną ci nogi a opary tłuszczu przenikają każdy centymetr twojego ciała.), albo na wieczne odrzucanie ofert ku niezadowoleniu urzędnika. I jeden, i drugi wybór sprawiają, że nie możesz wyprowadzić się z obozu i zacząć normalnie żyć, co i tak nie byłoby łatwe. Bo imigranci to kasta ludzi gorszych, dla których w najlepszym razie ma się protekcjonalną wyrozumiałość  (Jak, żeby nie urazić, zwrócić uwagę, że trzeba używać dezodorantu? Jedna z kobiet pracujących we wspomnianym już barze próbuje, ale i tak Krystyna czuje się upokorzona, zresztą, kto by na jej miejscu nie był.) albo się ich prześladuje. W najgorszej sytuacji są oczywiście dzieci wyrwane ze swojego świata, narażone na agresję słowną (Mamo, co to jest ospa wschodnia, dlaczego o nas tak mówią?) lub fizyczną, która kończy się szpitalem. Ale i los dorosłych nie jest różowy. Z różnych powodów porzucili swój świat, w którym przynajmniej warunki materialne mieli o niebo lepsze. Nelly Senff, Niemka z Berlina Wschodniego o żydowskich korzeniach, zrobiła to z pobudek osobistych, ona jedna nie kierowała się motywami politycznymi ani ekonomicznymi, co utrudnia jej otrzymanie azylu. Krystyna Jabłonowska, polska wiolonczelistka, przyjechała ze starym ojcem i chorym bratem, któremu miała pomóc niemiecka medycyna. Hans Pischke, aktor z Berlina Wschodniego, trafił tu dzięki wymianie więźniów politycznych. Płotki takie jak on zyskują szczęśliwy traf dzięki grubym rybom, o jakie naprawdę w takich wymianach chodzi. Ale Hans wcale nie jest wdzięczny. Samotny, zamyka się w swojej skorupie, starając się unikać wszelkich kontaktów. Najchętniej nie wychodziłby z pokoju, robi to tylko w ostateczności. Czasem przecież trzeba pójść po zakupy do obozowego sklepiku, gdzie przydzielony asortyment jest mocno ograniczony, ale Hansowi jest już tak wszystko jedno, że nawet to mu nie przeszkadza. Osamotnienie, życie bez perspektyw to zmora bohaterów coraz bardziej zmęczonych i obojętnych na zewnętrzne bodźce. A przecież droga do raju, jakim miał być Berlin Zachodni, wymagała wyrzeczeń i upokorzeń. Rodzina Krystyny sprzedała dom w Szczecinie, ale największe upokorzenie przechodzi Nelly, która opuszcza Berlin Wschodni legalnie. Nie uniknie  drobiazgowej rewizji osobistej. Być może oprócz głównego powodu, trzeba sprawdzić, czy nie jest szpiegiem i czegoś nie przemyca, jest też drugi, zwykła ludzka złośliwość. Uciekasz z naszego komunistycznego raju, to na pożegnanie masz za swoje. Na długo nas zapamiętasz. Scena rozgrywająca się na przejściu granicznym między Berlinem Wschodnim i Zachodnim jest dojmująca. Na zakończenie tej części warto wspomnieć, że portrety psychologiczne bohaterów to jeszcze jeden atut tej powieści

Beznadziejną atmosferę buduje też klimat podejrzliwości. W obozie wszyscy traktowani są nieufnie, bo rzeczywiście wśród ubiegających się o azyl zdarzają się komunistyczni szpiedzy. Stąd przesłuchania, w czasie których każdy traktowany jest jak potencjalny agent obcego wywiadu, plotki, niedomówienia, a wreszcie prawdziwe prowokacje. A do tego pora roku, późna jesień i wczesna zima. Ciemno, zimno, na ulicach topniejący śnieg, szaro i ponuro. Wtedy samotność staje się jeszcze dotkliwsza. I nawet Boże Narodzenie w obozie przejściowym nie może być radosne, chociaż przecież wolontariusze z organizacji charytatywnej tak bardzo się starają. Oni wrócą do swoich domów, mieszkańcy ośrodka na swoje piętrowe łóżka.

I jeszcze dwie uwagi. Julia Franck wie, o czym pisze, bo jako dziecko spędziła w tym obozie kilka miesięcy. I uwaga, a właściwie refleksja, druga. Czytając tę powieść, nie sposób nie myśleć o dzisiejszych ośrodkach dla uciekinierów gdzieś we Włoszech czy w Grecji. A przecież tam musi być jeszcze gorzej, a i perspektywy uchodźców jeszcze bardziej beznadziejne. To kolejny powód, aby poszukać książki Julii Franck "Berlin-Marienfelde". A potem koniecznie trzeba zafundować sobie jeszcze większą literacką ucztę, czyli "Południcę". Oczywiście można to zrobić w odwrotnej kolejności. Tę drugą powieść jeszcze niedawno widywałam w księgarni z tanimi książkami. Polecam.


Bogumił Luft "Rumun goni za happy endem"

Lubię Rumunię, mogłabym powtórzyć za Bogumiłem Luftem, autorem książki "Rumun goni za happy endem" (Czarne 2014). To parafraza tytułu ostatniego króciutkiego rozdziału (w oryginale brzmi Lubię Rumunów), a jednocześnie jego wyznanie wiary. Niestety moje lubienie jest tylko lubieniem literackim i filmowym. Nie znam, nawet częściowo, tak dobrze tego kraju i jego mieszkańców jak Bogumił Luft, niegdyś korespondent prasowy i ambasador, a jakby tego było jeszcze mało od kilku lat  powiązany z Rumunią rodzinnie, o czym wiem nie z plotkarskich mediów, a z jego książki. Ja w Rumunii byłam raz w dzieciństwie i zdaję sobie sprawę, że nawet gdybym pojechała tam teraz, na co mam wielką ochotę, to i tak będę tylko turystką, a od tego daleka droga do prawdziwego poznania. Ale, o czym już wielokrotnie pisałam w tych notkach, więc przepraszam tych wszystkich, którzy już to czytali, od lektury "Fortepianu we mgle" Schlattnera  pilnie śledzę rumuńską literaturę piękną, wydawaną u nas raczej skromnie, i reportaże czy eseje poświęcone temu krajowi. Nic więc dziwnego, że sięgnęłam po książkę Lufta. Od razu napiszę, że uczucia mam mieszane.

Daleko tej pozycji do słynnej, obsypanej nagrodami i nominacjami książki Małgorzaty Rejmer "Bukareszt. Kurz i krew" wydanej przez to samo wydawnictwo. "Rumun goni za happy endem" nie jest ani tak fascynujący, ani tak odkrywczy, ani napisany z takim literackim talentem. Poza tym to książka moim zdaniem bardzo nierówna. Obok rozdziałów ciekawych, dzięki którym przypomniałam sobie to, co już o Rumunii wiem, albo dowiedziałam się czegoś zupełnie nowego, sporo jest niestety fragmentów po prostu nudnych. Myślę tu o drobiazgowo odtworzonej historii politycznych zmian w Rumunii i w Mołdawii (pierwsza część książki to opowieść o tym kraju) po roku 1989. Dzieje wszystkich rządów albo prezydentów, pisanie o wynikach wyborów, a nawet partyjnych przepychankach, to wszystko nuży. Znać tu dziennikarskie przyzwyczajenie wieloletniego korespondenta prasowego. Bieżąca polityka, za którą staram się jakoś nadążać, głównie dzięki radiowemu nasłuchowi, po kilku latach zebrana w jednej książce już dla zwykłego czytelnika taka interesująca nie jest. Podobnie jest z rozdziałem, który opowiada o  nieodwzajemnionej miłości Rumunów do Polaków. Oni byli nami i naszą kulturą zafascynowani, my nimi pogardzaliśmy, co niestety źródło miało albo ma w naszej niewiedzy i posługiwaniu się stereotypami. Otóż nawet ten fragment przypomina materiały, jakie na co dzień można znaleźć w mediach. Zamiast fascynującego reportażu dostajemy raczej zwyczajną prasową informację, a to o szpitalu wybudowanym przez Polaków po tragicznym trzęsieniu ziemi, które zniszczyło Bukareszt, a to o upamiętnieniu polskich emigrantów z 1939 roku.

Prawdziwie ciekawe są partie poświęcone historii Mołdawii i Rumunii. Sporo miejsca zajmują sprawy tego pierwszego kraju, o którym wiemy niewiele. Pisze autor o jego skomplikowanej przeszłości, o tym, kim właściwie czują się Mołdawianie, o ich związkach z Rumunią i Rosją, a nawet z Polską (to zamierzchłe dzieje). Te problemy mają swoje odbicie w języku, co też jest interesujące i nowe. Podobnie ma się rzecz z opowieścią o rumuńskiej przeszłości. Dzięki książce Lufta można przejść krótki kurs historii tego kraju. Nawet jeśli coś na ten temat wiemy, to zawsze watro sobie przypomnieć, bo to niestety wiedza ulotna. Pisze więc autor o kształtowaniu się poczucia narodowego w XVIII wieku i o tym, jak doszło do powstania państwa i jak trudno było zlepić w jedno trzy żywioły: bałkański (Wołoszczyzna), słowiański (Mołdawia) i zachodni, bo habsburski i niemiecki (Siedmiogród). Bardzo ciekawe są informacje o tym, jaką rolę odegrał w procesie kształtowania państwowości kościół, szczególnie grekokatolicki. Warto zapamiętać, że dzięki związanym z nim intelektualistom  Rumunia lgnęła do Europy zachodniej i uważała siebie za wyspę we wschodnim morzu. Paradoks polega na tym, że ci pobłażliwie traktowani przez Polaków Rumuni przed drugą wojną mówili nienagannym francuskim, a ich związki z kulturą Zachodu były bardzo ścisłe. To Bukaresztowi było bliżej do Paryża niż Warszawie. W ogóle wszystkie informacje o stosunku Rumunów do kościoła i wiary są bardzo ciekawe, a warto dodać, że kształtuje się to zupełnie inaczej niż u nas. Osobne miejsce zajmuje rozdział o skomplikowanej historii Siedmiogrodu, zupełnie inaczej postrzeganej przez Węgrów i Rumunów. Co dla pierwszych było największą klęską (traktat z Trianon), dla drugich dowodem dziejowej sprawiedliwości. Z książki Lufta dowiemy się też, skąd się wziął negatywny stosunek Rumunów do Rosji i jak sprytnie wykorzystał go towarzysz Ceausescu.

Konkluzja? Mimo zastrzeżeń warto jednak sięgnąć po tę pozycję. Posłużę się frazą, którą w tych notkach wielokrotnie się posługiwałam: kto niewiele wie o Rumunii lub z goła nic, może tą lekturą rozpocząć swoją przygodę, kto temat już zgłębiał, dowie się czegoś nowego. Trzeba tylko uzbroić się w cierpliwość i przebrnąć przez nużące fragmenty.

"Marsylski łącznik", "Feniks", "Manglehorn"

Dziś krótki przegląd tego, co ostatnio w kinie widziałam. Zbieram trzy filmy w jednej notce trochę z braku czasu, trochę dlatego, że nie są to tytuły skłaniające do jakiejś głębszej analizy. Od razu napiszę, że tylko jeden z nich polecam z pełnym przekonaniem, dwa pozostałe bardzo mnie rozczarowały. Zacznę wobec tego od francuskiego "Marsylskiego łącznika", który rzeczywiście warto obejrzeć. To typowy film  sensacyjny czy gangsterski. Marsylia lata siedemdziesiąte zeszłego wieku. Miasto opanowane przez gangsterów ściągających haracze, ale prawdziwą plagą jest handel narkotykami i ich przerzut do Stanów. Widz będzie świadkiem pojedynku między nowo mianowanym sędzią nadzorującym walkę z gangami narkotykowymi a mózgiem tego interesu, szefem przestępczego światka, Tanym Zampą. Sędzia traktuje sprawę bardzo poważnie i bardzo osobiście, bo wcześniej zajmował się nieletnimi i z ofiarami nałogu miał do czynienia bardzo często. Znajdziemy tu wszystko to, czego spodziewamy się po takim kinie. Walkę o wpływy, rywalizację, skorumpowanych policjantów i tego jednego sprawiedliwego, bezkompromisowego, chociaż gotowego nagiąć przepisy, aby osiągnąć cel. Film ma świetne tempo, znakomity montaż i do końca trzyma w napięciu. Atutem są bardzo dobrze sportretowani bohaterowie z dwóch różnych światów. Szczególnie oczywiście sędzia i Zampa, postacie niejednoznaczne, wielobarwne. Reżyser pokazuje, jaką cenę  płaci każdy z nich. Walka z przestępcami i działalność gangsterska odbywa się kosztem rodziny, chociaż każdy chce jak najlepiej. Muszę jednak wyznać, że nie poruszyła mnie jakoś specjalnie ta warstwa filmu, raczej wydała mi się ciekawym konceptem. Ale oczywiście "Marsylskiego łącznika" polecam z pełnym przekonaniem.

Szkoda, że nie mogę tego samego napisać o niemieckim "Feniksie". Przyznam, że jest mi przykro, ponieważ widziałam poprzedni film Christiana Petzolda z Niną Hoss w roli głównej i był to obraz bardzo dobry i bardzo poruszający. Myślę tu o "Barbarze", którą bardzo polecam. Historia opowiedziana w "Feniksie" wydaje mi się zupełnie niewiarygodna. Denerwuje mnie zawsze naginanie realiów i nietrzymanie się reguł prawdopodobieństwa w kinie obyczajowym. A tak jest tutaj. Akcja filmu rozgrywa się tuż po wojnie w zrujnowanym Berlinie, w którym powoli odradza się życie. Główna bohaterka, Żydówka Nelly, wraca z obozu żywa, ale potwornie oszpecona. Chce za wszelką cenę odnaleźć swojego męża, którego opiekująca się nią przyjaciółka podejrzewa o to, że to on wydał żonę. Między bohaterami toczy się psychologiczna gra. Film jest bardzo oszczędny, ale to akurat mi odpowiada. Gorzej, że to, co dzieje się między bohaterami, jest mi zupełnie obojętne, a przecież nie powinno. Temat jest wszak poważny: jak poradzić sobie z pustką po zagładzie, jak poradzić sobie ze zdradą ukochanej osoby i z jej nikczemnością. Niestety jeżeli wszystko od początku budowane jest na nieprawdziwych podstawach, potem trudno uwierzyć w całą historię. Sposób, w jaki Nelly odzyskuje dawną siebie, wydaje mi się kompletnie nieprawdopodobny w tamtym miejscu i czasie. A jakby tego jeszcze było mało, zrujnowany Berlin wygląda na ekranie jak teatralna dekoracja, co jeszcze bardziej pogłębia poczucie fałszu. Szkoda, bo miałam nadzieję na dobre, poruszające kino. Uczciwie przyznaję, że niektórzy recenzenci wypowiadają się o "Feniksie" pozytywnie.

I wreszcie mocno reklamowany "Manglehorn" z Alem Pacino, który jest magnesem przyciągającym do kina. Niestety znowu klapa. Tym razem pozostałam nie tylko obojętna, ale byłam też trochę znudzona, jednak przede wszystkim zła, że ponownie uwierzyłam w moc amerykańskiego kina. To opowieść o starzejącym się mężczyźnie, odludku i dziwaku, który jedyne ciepłe uczucia ma dla swojego kota i wnuczki, poza tym jest  niesympatyczny i wybuchowy. Cały czas rozpamiętuje niespełnioną miłość, chyba jeszcze z czasów młodości, co z czasem przerodziło się w paranoję. Oczywiście na ekranie nie może zabraknąć samotnej kobiety. W tej roli Holly Hunter, która robi dziwne wrażenie ni to młodej, ni to mocno dojrzałej, co daje dość upiorny efekt. Jest też przemądrzały syn, makler giełdowy, zadufany w sobie i mający ludzi, którym wciska finansowy chłam, za nic. Domyślasz się, czytelniku tej notki, jak to wszystko się rozwinie i skończy? Tak, tak, masz rację. Schemat goni schemat, a to wszystko podlane w stosownych momentach typowym amerykańskim filmowym moralizatorstwem. Najgorsze jest jednak to, że ten film udaje coś, czym nie jest, czyli kino ambitne. Jakieś pretensjonalne kadry, jakieś surrealistyczne sceny, jakieś eksperymenty (to chyba jednak słowo na wyrost) z dialogami równoległymi (prawdopodobnie nie ma takiego terminu, ale co tam) i inne filmowe sztuczki. Niestety pod spodem jest tylko banał. Co z tego, że temat poważny, samotna starość (żeby być uczciwym, trzeba dodać, że na życzenie bohatera), kiedy nie dotyka. To moje zdanie, znowu muszę zaznaczyć, że film zbiera raczej pochlebne recenzje.

Jerzy Pilch "Zuza albo czas oddalenia"

Pilcha zaczęłam czytać stosunkowo niedawno. To znaczy wcześniej czytywałam jego felietony, ale ponieważ miał w zwyczaju zmieniać redakcje jak rękawiczki, to nie zawsze było nam po drodze. Mam do jego literatury stosunek mieszany. O ile zachwyciły mnie opowiadania wydane w tomie "Moje pierwsze samobójstwo", o tyle dwie powieści, które przeczytałam, "Wiele demonów" i "Miasto oddalenia", wydały mi się mocno nierówne. Momentami świetne, gawędziarskie, śmieszne, ale i dotykające problemów egzystencjalnych, grzeszyły jednak nadmiernym gadulstwem, co sprawiało, że całe partie stawały się nużące. Dwa tomy dzienników (niestety nie napisałam tu o nich), okrzyknięte przez krytyków znakomitymi, mnie aż tak znakomite się nie wydały, ale może na moją ocenę wpłynął fakt, że nie przepadam za tym gatunkiem. Niemniej jednak są na pewno interesujące, a "Drugi dziennik", świadectwo postępującej choroby, rzeczywiście porusza. Jak by nie było, wiedziałam, że do Pilcha wracać będę. Nie jest tak, że mam potrzebę przeczytania wszystkiego, ale zrobiłam sobie listę powieści, które chcę prędzej czy później poznać.
Dlatego wiadomość o zbliżającej się dacie premiery najnowszej książki pisarza, "Zuza albo czas oddalenia" (Wydawnictwo Literackie 2015), przyjęłam z nadzieją. Pierwsze głosy jakoś jednak ostudziły mój zapał. Z jednej strony informacja, że to powieść krótka, mogła rokować pozytywnie, bo, jak wspomniałam przed chwilą, moim zdaniem nadmierne gadulstwo Pilchowi nie służy. Z drugiej strony opinie, że to materiał na dzieło solidnych rozmiarów niezrealizowane z różnych powodów (chyba nie tylko kondycyjnych) wzbudziły moją podejrzliwość. Bo co innego napisać krótko z wyboru, a co innego z musu. Wobec tego postanowiłam na razie wstrzymać się z zakupem, ale nieoczekiwanie otrzymałam ją w prezencie. A że potrzebowałam czegoś nie nazbyt dołującego, a stale mam w głowie te opowiadania Pilcha, które tak mnie kiedyś cieszyły w podróży, od razu po nią sięgnęłam i ...... i niestety przeżyłam ogromny zawód! Szczerze mówiąc, dawno nie miałam poczucia, że tracę czas na lekturę książki. Na szczęście wiele go nie zmitrężyłam, bo "Zuza albo czas oddalenia" to raczej dłuższe opowiadanie niż powieść. 130 stron niewypełnionych po brzegi. Trochę przyjemności, ale głównie złość, nuda i poczucie, że zostałam nabita w butelkę, to wszystko na przemian towarzyszyło mojej lekturze.
Przyczyn jest co najmniej kilka. Wcale nie mam pewności, czy temat jest tą najważniejszą. Kto śledzi na bieżąco wiadomości literackie, ten na pewno wie, że to historia sześćdziesięciolatka chorego na parkinsona, który zakochuje się w dwudziestoletniej pannicy lekkich obyczajów, a traci dla niej głowę do tego stopnia, że się z nią żeni. Pilch obudowuje temat licznymi odniesieniami literackimi, czyni to też w wywiadach, których kilku udzielił. Nawiązuje głównie do Marqueza ("Rzecz o mych smutnych dziwkach"), ale zamieszcza też stosowny cytat z "Braci Karamazow" Dostojewskiego. Jednym słowem wznosi ten literacki motyw na wyżyny, przydając mu gębę istoty i sedna. Wydaje mi się, że pisarz, który nie przeżył tego rodzaju fascynacji, (...) za wiele nie zwojuje. - to cytat z wywiadu udzielonego Justynie Sobolewskiej, ale mówił to też w innych rozmowach. No cóż, nie żebym się gorszyła, zresztą książka jest całkiem niewinna, bo tych kilkanaście grubych słów rozsianych tu i ówdzie to dziś przecież kaszka z mleczkiem, ale temat mnie jakoś specjalnie nie porywa. A jeszcze Marqueza nie znam, więc ewentualne literackie gry nie dla mnie. Pilch uderza z jeszcze grubszej rury, bo tytuł nawiązuje do biblijnej historii o Zuzannie i starcach, a i w środku znalazły się na ten temat passusy.
Kolejny powód mojego rozczarowania to jednak nadmierna zwięzłość. Książka ma formę zapisków (?), dziennika (?) znalezionego w bucie leżącym na klatce  warszawskiej kamienicy przy ulicy Hożej oczywiście. Taka forma tłumaczy fragmentaryczność notatek i ślizganie się przez czas (historia nieszczęśliwej miłości ledwie się zaczęła, a już się skończyła, chociaż minęły raczej lata niż miesiące). Nic jednak nie poradzę na to, że mnie brakuje tego charakterystycznego Pilchowego stylu i gawędziarstwa. Jakby autor zatrzymywał się w połowie. Już, już się rozpędza, już, już uderza w charakterystyczny ton, kiedy nagle stop. Koniec opowieści. I tak  nie wybrzmiewa ani historia Nulli, pierwszej żony narratora, ani opowieść o innych miłosnych zawirowaniach, ani wspomnienia z dzieciństwa, ani wreszcie opowieści o matce i ojcu. Oczywiście autor ogrywa tę zwięzłość, narrator snuje wywód, jak to historia jego opętania powinna się rozwijać i na ilu stronach, ale czytelnikowi z tego mała pociecha. Może komuś ten destylat będzie odpowiadał, wszak powściągliwość bywa atutem, ale ja nie tego od Pilcha oczekuję. Pomiędzy rozwlekłością, która czasem mi przeszkadzała, a nadmierną zwięzłością jest przecież jakiś złoty środek.
Gdybym przynajmniej dostała coś w zamian. Ale nie! To znaczy niby dostaję tematy najważniejsze. Miłosne opętanie, wolność, rozpacz, samotność, samobójstwo, starość, chorobę, śmierć. Co z tego, kiedy to wszystko nie robi specjalnego wrażenia. Jest naskórkowe i wykoncypowane. Owszem, znajdzie się parę interesujących myśli, które można by zanotować w jakimś kajeciku, gdyby się taki kajecik prowadziło. Ale to jednak mało. Szczególnie jeśli ma się w czytelniczej pamięci, a ja mam, to, jak temat starości pożądającej młodości i uczucia potraktował mój ukochany Philip Roth w znakomitej powieści "Duch wychodzi" (może być też w "Evrymanie"). Zresztą Pilch przywołuje tę pierwszą pozycję we wspomnianym tutaj wywiadzie. Czytając historię Nathana Zuckermana, odczułam całe przekleństwo starości, choroby, niemożności, przemijania i żalu za utraconą młodością. Czytając Pilcha, najczęściej nie czułam nic. Przejmująco robi się dopiero na ostatnich stronach, kiedy narrator z rezygnacją wylicza, co mu choroba odebrała.
Na koniec muszę się do czegoś przyznać. Ponieważ znany jest cały kontekst powstania tej książki, zastanawiałam się, czy aby wypada ją krytykować. Bo może powieść była dla pisarza terapią? Może choroba uniemożliwiła mu napisanie dzieła kompletnego? Potem jednak pomyślałam, że w wywiadach poczyna sobie Pilch całkiem pewnie i śmiało, a poza tym książka pokazana światu zostaje wystawiona pod osąd i litować się nad nią nie mamy prawa. Takie wilcze czytelnicze prawo. No i jest jeszcze wydawnictwo, które pragnie na autorze zarobić i wciska mi tę książeczkę za niemałe pieniądze, wabiąc z okładki pokrętnym tekstem. Przypomina się hucpa z "Kronosem" Gombrowicza. Cóż, z dużej chmury mały deszcz.

"Szkoła Babel" i "Timbuktu"

Po okresie kinowej posuchy nagle obrodziło ciekawymi premierami, dlatego wybrałam się do kina na dwa filmy, a trzeci, "Marsylski łącznik", zostawiłam sobie na kolejny weekend. Tymczasem obejrzałam  zaległy dokument "Szkoła Babel" i całkiem świeże "Timbuktu", które znalazło się w ścisłej piątce filmów nieanglojęzycznych nominowanych do Oskara obok "Idy" i "Lewiatana". Tej nagrody z wiadomych powodów nie dostało, za to obsypano je kilkoma Cezarami. Początkowo myślałam, że zestawienie ich w jednej notce, do czego zmusza mnie brak czasu, będzie nawet sensowne, bo jakoś do siebie pasują. "Timbuktu" to opowieść o miasteczku w Mali, tym z tytułu opanowanym przez dzihadystów. Z kolei "Szkoła Babel" to film dokumentalny o klasie adaptacyjnej, która przygotowuje imigrantów do podjęcia nauki we francuskiej szkole, pomaga nauczyć się języka i odnaleźć w nowej rzeczywistości. A ponieważ jedno, imigracja, może być skutkiem drugiego, dżihadu, więc nic dziwnego, że tak się to w mojej głowie zgrabnie ułożyło. Nic bardziej mylnego. Uległam stereotypom i najprostszemu skojarzeniu - imigrant znaczy czarny. A przecież tak nie jest.

Do szkoły chodzą uczniowie z całego świata. Prawda, są też czarni, ale i skośnoocy, a wbrew temu, co mogłoby się wydawać, całkiem pokaźną grupę stanowią biali. Przybyli z Azji, Afryki, Ameryki Południowej, ale też z Europy i to nie tylko tej biednej. Jest Białorusinka, Ukrainka, ale jest też Polka, Agnieszka, a nawet Irlandczyk. Jednym słowem różne oblicza emigracji. Nie wszyscy uczniowie to dzieci emigrantów politycznych czy ekonomicznych. Mają od jedenastu do piętnastu lat, chodzą do jednej klasy. Wielość języków i obyczajów, ale podobne emocje i marzenia. Reżyserka, Julie Bertucelli, towarzyszy im z kamerą przez wspólnie spędzony rok, od jesieni do wakacji, kiedy muszą się rozstać. Niektórzy pójdą już do zwykłej szkoły, inni zostaną w klasie adaptacyjnej kolejny rok lub tylko parę miesięcy, bo nie są jeszcze gotowi, aby wypłynąć na szerokie wody francuskiego systemu edukacyjnego. Śledzimy ich szkolne losy. Od pierwszych wspólnych chwil, od powitania, które każde z dzieci wypowiada i zapisuje w języku ojczystym, i opowieści o ostatnim dniu w ojczyźnie, te są najbardziej przejmujące, bo rozstanie, z jakich powodów by nie było, na ogół boli. Dowiadujemy się, jak mieszkają we Francji, najczęściej ciaśniej, i co zostawili. Wiemy, o czym marzą i kim chcieliby zostać w przyszłości. Ale chyba najważniejsze są emocje, nie zawsze łatwe. Uczniowie są na pierwszym planie, ale równie ważna, chociaż w cieniu, najczęściej słyszymy tylko jej głos, rzadziej widzimy, jest niezwykła nauczycielka. Ciepła, uważna, ale i stanowcza. Mądra przewodniczka po nowym świecie i po nowym języku. Każdy z uczniów jest tu traktowany indywidualnie, stopniowo, w miarę możliwości, wprowadzany w świat zwyczajnej szkoły. Kiedy oglądamy film, mamy wrażenie, że to system idealny z troską pochylający się nad uczniem. Tyle że, tak przynajmniej wynika z opisu filmu, ta adaptacyjna klasa to na razie eksperyment. Czy ma być remedium na problemy z integracją? Pewnie tak. Warto jeszcze wspomnieć o spotkaniach z rodzicami. Bywa, że dziecko jest tłumaczem, bo matka czy ojciec ledwie mówią po francusku, zdarzają się też niepiśmienni. Ale wszyscy marzą o lepszej przyszłości dla swoich dzieci, dlatego szkołę traktują z szacunkiem, a nauczycielka jest dla nich wyrocznią i kimś, komu można zaufać i zwierzyć się. "Szkołę Babel" ogląda się znakomicie, półtorej godziny mija, nie wiadomo kiedy, co jest zasługą świetnych bohaterów z sympatią podglądanych przez Bertucelli.

"Timbuktu" także jest filmem godnym polecenia. Piękny i okrutny. Piękna jest natura, krajobraz, pustynia, rzeka, plamy zieleni, zwierzęta, piękne jest Timbuktu, chociaż tu pokazane jak mała osada, wąskie uliczki, domy z gliny, upał i kurz. Piękne są kolorowe stroje i maty rozkładane na podłodze mieszkania, piękne twarze ludzi. Piękne zdjęcia i melancholijna muzyka. Zastanawiam się, na ile można ten film traktować całkowicie realistycznie, a na ile jak przypowieść o idyllicznym, mimo surowych warunków, spokojnym świecie gdzieś za górami, za lasami (czytaj: za pustyniami), do którego wkracza zło i niszczy zwyczajne, codzienne szczęście. Zło to dżihadyści, zbrojna banda, która opanowuje miasteczko i zakazuje wszystkiego, także muzyki i gry w piłkę rzekomo w imię islamu, chociaż miejscowy imam próbuje im wyjaśnić, jak bardzo się mylą. Kim są ci ludzie? Dziwną zbieraniną, która mówi wieloma językami i potrzebuje tłumacza, aby porozumieć się z miejscową ludnością a nawet między sobą. Niektórzy przybyli z daleka, z innego świata, co sugerują pewne sceny. Wydaje się nawet, że są wśród nich ludzie wykształceni a nawet jeden artysta. Jeśli to przypowieść czy bajka, ktoś powinien rzucić wyzwanie złu i przywrócić spokój i szczęście. Niestety. Oglądamy raczej wygnanie z raju, szczęśliwego zakończenia nie będzie, bo na razie być nie może. Raj to już przeszłość, a jego mieszkańców czeka poniewierka. Dorośli potrafią pogodzić się ze swoim losem, ale co z dziećmi? To rozdzierające pytanie pozostanie bez odpowiedzi. Spokojny rytm filmowej opowieści mącą niezwykle okrutne sceny, znane z medialnych relacji. Im bliżej końca, tym bardziej tempo przyspiesza, atmosfera gęstnieje, aż do zaskakującego finału. A widz pozostaje z niepokojem w duszy.

Varujan Vosganian "Księga szeptów"

I znowu przez przypadek trafiłam na świetną książkę. Były dni kultury rumuńskiej a w ich ramach spotkanie z rumuńskim pisarzem Varujanem Vosganianem, którego powieść "Księga szeptów" (Książkowe Klimaty 2015; przełożyła Joanna Kornaś-Warwas) właśnie ukazała się w Polsce. Poszłam, bo z rzadka wydawaną u nas prozę rumuńską staram się śledzić, od kiedy przeczytałam  "Fortepian we mgle" Eginalda Schlattnera (swoją drogą, który to już raz wspominam w moich notkach tego pisarza i jego powieść). A jakby tego było jeszcze mało, Vosganian okazał się Ormianinem urodzonym w Rumunii. Tym bardziej nie mogłam przegapić takiej literackiej okazji. Spotkanie jak spotkanie. Teraz, kiedy znam już "Księgę szeptów", mam wrażenie, że prowadzący przeczytał tylko jej początek, w każdym razie takie pytania zadawał. No ale może się mylę. Tymczasem powieść okazała się bogatsza niż przypuszczałam.

Czym jest "Księga szeptów"? To coś, o czym się szepcze, bo głośno mówić nie wolno. To intymne, dlatego wyszeptane,  zwierzenie. Zwierzenie o dzieciństwie spędzonym w rumuńskich Fokszanach, ale przede wszystkim opowieść o starcach mojego dzieciństwa, jak nazywa ich autor i narrator w jednej osobie. Starcy to dwaj dziadkowie, przede wszystkim Garabet Vosganian, i ich przyjaciele, sąsiedzi oraz dalsi znajomi. Większość z nich łączy wspólnota pochodzenia i losu, są Ormianami, którym udało się uciec z Turcji i szczęścia szukali w Rumunii. To ich historie są treścią powieści. 

Zaczyna się wszystko niewinnie. Jest nastrojowo, nostalgicznie i melancholijnie. Wspomnienia dzieciństwa. Opowieści o starcach, którzy spotykali się na podwórku u dziadka Garabeta na ławeczce po drzewem moreli. Poznajemy szewców, sklepikarzy, sprzedawcę nugatu, dzwonnika z ormiańskiego kościoła, ślepca Minasa, Cygana Mantu grającego na tubie i wielu innych. Są klimatyczne sceny. Mielenie kawy, przeglądanie rodzinnych fotografii i książek w wielu językach, wizyty na cmentarzu, który dla narratora był jak ogród, i w sklepie, który we wspomnieniach jawi się niczym jaskinia Ali Baby, takie skarby go wypełniają, zabawy łupiną orzecha, która w strumyku wypełniającym koleiny w drodze zamienia się w statek. Jest muzyka, są zapachy, kwitną kasztanowce, kurz unosi się nad drogą. Gęsta proza przenosi czytelnika w świat, jakiego już nie ma, w świat nieco nierealny, magiczny, chociaż przecież całkiem prawdziwy. Takim stwarza go na naszych oczach narrator.

Napisałam, że zaczyna się wszystko niewinnie, ale to nie do końca prawda, bo dość szybko poznajemy tragiczną historię dziadków, ale jeszcze cały czas magia dziecięcych wspomnień dominuje nad dramatem. Z czasem pojawia się coraz więcej dramatu, coraz więcej czerni, aż w końcu następuje opowieść o siedmiu kręgach. To historia drogi, jaką przebyły konwoje, w których wędrowali wypędzeni ze swoich domów, wiosek i miast Ormianie zamieszkujący Anatolię. Ponad trzysta kilometrów w spiekocie, w słocie, a nawet w śniegu, w łachmanach, boso, bez jedzenia, noce spędzane w namiotach skleconych ze szmat. Z Anatolii na pustynię do Deir ez-Zor (dzisiaj to Syria). Na końcu tej drogi na tych, którzy nie umarli  z wycieńczenia, z chorób, z głodu, i na tych, którzy nie zginęli z rąk tureckich strażników lub zwykłych rzezimieszków, czekała śmierć. Ocalonych spędzano na pustynię i mordowano. Po raz kolejny zadałam sobie pytanie, do jakiego okrucieństwa zdolny jest człowiek i w imię czego? Kiedy czyta się opowieść o konwojach śmierci, a przychodzi to z trudem, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że śmierć Ormian była jakimś bezsensem. Przepędzono ich setki kilometrów, aby na końcu bestialsko zamordować. Jakby Turcy nie mieli pomysłu, co zrobić z ludźmi, których wcześniej wypędzili z domów. Czytałam wcześniej o rzezi Ormian, jednak to, czego dowiedziałam się z "Księgi szeptów", przeszło moje wyobrażenie.

Ale to nie koniec tragedii opisywanych szeptem w tej książce. Autor miesza czasy i miejsca, nie opowiada historii chronologicznie. Cofa się do końca XIX wieku i pisze o pierwszych pogromach Ormian, o drugiej wojnie i prześladowaniach komunistycznych, o zsyłkach na Syberię, o rumuńskich więzieniach i obozach pracy, o zabieraniu majątków, nacjonalizacji, kolektywizacji wsi przeprowadzanej na siłę, o tych, którzy dali się skusić namowom sowieckich agitatorów i wyjechali do Armenii, która stała się częścią Związku Radzieckiego. Ale jest to też opowieść o walce i zemście. O Legionie Armeńskim, który w czasie drugiej wojny światowej walczył u boku hitlerowskiej armii, wierząc, że w ten sposób powstanie niepodległa Armenia. O sprzysiężeniu ocalonych z tureckich rzezi i masakr, którzy na własną rękę wymierzali sprawiedliwość odpowiedzialnym za golgotę Ormian. O tych dwóch ostatnich faktach nie miałam wcześniej pojęcia. No cóż, dużo w "Księdze szeptów" dramatów, tragedii i krwi. Ale przecież nie tylko. Jest tu też wiele fascynujących opowieści o ludziach. Losy niektórych są naprawdę niezwykłe. Niektóre z tych historii krzepią. 

Uczciwie muszę przyznać, że nie jest to książka łatwa w czytaniu. Gęsta narracja niemal bez dialogów. Trzeba się w nią wgryźć, poświęcić czas, aby rozsmakować się w lekturze, chociaż to w wypadku tej prozy nie zawsze właściwe słowo. Ale warto podjąć ten trud. Trochę dla przyjemności, a przede wszystkim po to, aby płakać z Ormianami. Aby wiedzieć. Jak pisze Vosganian na kartach swojej książki, takie wspomnienia przywracają spokój ich autorowi, ale odbierają czytelnikowi. Dawno nie spotkałam się z tak trafnym stwierdzeniem.


Igor T. Miecik "Sezon na słoneczniki"

Trzeba przyznać, że Igor Miecik wydaje swoje książki w tempie ekspresowym. W 2012 roku ukazał się zbiór reportaży z Rosji "14:10 do Czyty", latem zeszłego roku czytałam świeżo wydaną "Katiuszę z bagnetem", opowieści o białych plamach w historii Związku Radzieckiego, a całkiem niedawno wyszły złożone w całość i spięte historią rodzinną teksty z Ukrainy zatytułowane "Sezon na słoneczniki" (AGORA 2015; seria Biblioteka Gazety Wyborczej). Jasne było, że po nie sięgnę. To lektura obowiązkowa dla tych, którzy na bieżąco nie śledzą szczególnie uważnie sytuacji na Ukrainie, ale i ci wszyscy, którzy tematem są na co dzień zainteresowani, też żałować nie będą.

Książka składa się z całkiem świeżych, bo pomajdanowych, reportaży. Autor wędruje po Ukrainie od Lwowa po Donbas. Oddaje głos rozmaitym ludziom, odwiedza różne miejsca. Wbrew temu, czego można by się spodziewać, wojna nie jest jedynym tematem "Sezonu na słoneczniki". To po prostu panorama dzisiejszej Ukrainy, na którą zwykliśmy spoglądać przez pryzmat wojenny, a przecież konflikt toczy się tylko na rubieżach tego ogromnego państwa. Widać to znakomicie, kiedy spojrzy się na mapę, o której wydawca nie zapomniał, z czego się bardzo cieszę, bo mapy uwielbiam. Mimo wszystko nie da się od wojny uciec. Tak jak nie da się uciec od aneksji Krymu i konfliktu z Rosją. Więc niby życie poza Donbasem i Krymem toczy się w miarę normalnie, co podkreśla wielu bohaterów tych reportaży, ludzie pracują, siedzą w kawiarniach, spacerują, po prostu żyją, ale wojna i to, co się z nią łączy, jest stale obecne. Pisze więc Miecik o rekrutowaniu ochotników, o żołnierzach walczących w rozmaitych batalionach, znajdziemy opowieści cywilów z Ługańska, Doniecka i okolicznych miejscowości, poznamy losy uciekinierów i historie z wyzwolonego Słowiańska czy Konstantynówki. Nie muszę chyba nikogo przekonywać, że te partie książki, które opowiadają o życiu pod ostrzałem, należą do najbardziej przejmujących. Autor oddaje głos ludziom o różnych poglądach. Zwolennikom samozwańczych republik, ukraińskim patriotom, ale i takim, którzy mają wszystkiego dość i marzą o spokoju i normalnym życiu, o co niestety nie będzie łatwo, czego dowodem między innymi ostatni reportaż zatytułowany "Pokój bez słońca". Jego bohaterkami są uciekinierki zza linii frontu mieszkające w tymczasowym schronisku dla uchodźców. To tekst chyba najbardziej wstrząsający, może dlatego, że brak w nim jakiejkolwiek nadziei. Przeraża  opowieść o zwyczajnym dniu z życia mieszkanek jednego pokoju, stłoczonych na niewielkiej przestrzeni, którymi właściwie nikt się nie interesuje, którym nikt nie pomaga, które zmuszone są żebrać, aby wieczorem było z czego ugotować jakąkolwiek zupę. A to jeszcze nie wszystko. Większość z tych kobiet uciekła z małymi dziećmi, często z kilkorgiem. To bardzo mocny akcent kończący książkę.

Ale, tak jak wspomniałam, "Sezon na słoneczniki" to panorama całej Ukrainy. Pisze więc autor o fabryce czekolady w Winnicy, której właścicielem jest prezydent Poroszenko, o imperium Kołomojskiego w Dniepropietrowsku, o tym, kim są ludzie, których Rosja wyniosła do władzy na Krymie (ten reportaż też przeraża, ale z jeszcze innego powodu), o poszukiwaniu zaginionych w czasie majdanowej rewolucji, a wreszcie o walczących na Majdanie, którzy nie potrafią wrócić do życia po. Nie unika tematów trudnych. Osobny tekst poświęca prawicowym nacjonalistom, spadkobiercom idei UPA i Stiepana Bandery. Jak skomplikowana jest ukraińska historia, niech świadczy pytanie zadane przez jednego z nich, kiedy autor zauważył, że chyba nie jest najlepszym pomysłem budowanie jedności kraju na takiej tradycji. To na czym mamy tę jedność i tożsamość budować? Na eposach rycerskiej Rusi Kijowskiej? Na życiorysach takich Ukraińców jak Chruszczow czy Breżniew? A może na bolszewickiej legendzie Stachanowa? Wydaje się jednak, że ukraińska tożsamość buduje się wokół doświadczeń Majdanu i wojny z separatystami popieranymi przez Rosję. I nieistotne, jakim kto językiem lepiej włada, ukraińskim czy rosyjskim, ważne, co myśli i czuje. Ale przed Ukrainą droga długa i wyboista. Korupcja, bandyckie biznesy, które przeżarły społeczeństwo, to tylko niektóre problemy. Słowa reket, a szczególnie kryża pojawiają się w wypowiedziach bohaterów wielokrotnie.

Całość spina rodzinna historia Miecika, której można mu pozazdrościć. Kto czytał "Katiuszę z bagnetem", ten wie, że korzenie autora są właśnie w Donbasie, gdzie osiedli po wojnie jego dziadkowie. U babci w Konstantynówce spędzał w dzieciństwie wakacje. Gdyby jego mama nie wyszła za mąż za Polaka, zupełnie inaczej potoczyłoby się życie autora. Teraz na jej prośbę odwiedza swoich żyjących krewnych. W ich losach jak w lustrze odbija się historia Ukrainy.


"Dureń"

Film rosyjski to rzadki gość na naszych ekranach, tym bardziej nie należy przegapić okazji. Właśnie pojawił się "Dureń" Yurija Bykova, więc niezwłocznie wybrałam się do kina. Jak czytam, reżysera porównuje się do Smarzowskiego i trzeba przyznać, że sporo między nimi podobieństw. Jest to kino brudne, brzydkie, brutalne, pokazujące świat w jego najgorszej odsłonie. Film dosłownie osacza widza. Bliskie plany, ciasne wnętrza, mrok (akcja toczy się w ciągu jednej nocy), rozmaite głośne dźwięki prawie nieustannie dochodzące zza kadru i ludzkie twarze jak z koszmarnego snu powodują, że widz nie może złapać oddechu. Poczułam się jeszcze bardziej przybita niż po "Lewiatanie". Film Bykova nie ma w sobie tej zadumy, tego oddechu (plenery), tej nostalgii, smutku i melancholii, po prostu wali obuchem. A diagnoza podobna: arogancka władza, która ma jeden cel - wyłącznie własne korzyści, wszechogarniająca korupcja jak pajęczyna oplatająca wszystko, przekręty. Człowiek człowiekowi wilkiem. Kolejny rosyjski film, jaki obejrzałam w ciągu ostatniego roku (oprócz przywołanego już "Lewiatana" jeszcze "Geograf"), po którym zadaję sobie pytanie: na ile to, co na ekranie, zostało wyolbrzymione? No bo jeśli obraz jest realistyczny, to Rosja przypomina piekło. Właściwie nie powinno mnie to dziwić. Wystarczy przeczytać "Czasy secondhand" Swietłany Aleksijewicz. Wypada jeszcze dla porządku wspomnieć o fabule "Durnia", która jest bardzo prosta. Uczciwy do bólu hydraulik Dima, wezwany do awarii w jednym z mieszkań wielopiętrowego bloku zamieszkiwanego przez ponad osiemset osób, dochodzi do wniosku, że budynek w każdej chwili może się zawalić. Próbuje zrobić wszystko, aby nie doprowadzić do tragedii. Szybkie tempo i napięcie przeplatają się ze scenami gadanymi, których tu też sporo. Warto zobaczyć to mocne kino, chociaż nie ma takiej reklamy jak "Lewiatan" i do kin weszło raczej cichaczem. A jeśli ktoś już film widział, może czytać ciąg dalszy.

Jak pisałam we wstępie, filmowe obrazy od pierwszych kadrów osaczają. Ciasne, ciemne, zatłoczone wnętrza, w których gnieździ się pięcioosobowa trzypokoleniowa rodzina. Zwykły blok. Zwyczajni ludzie. Matka, przypominająca postać z obrazów Dudy-Gracza albo Bruegla, stale gdera i o wszystko ma pretensje. Nic dziwnego, trafił jej się mąż nieudacznik. Nieudacznik, bo beznadziejnie uczciwy. Nie kradnie, kiedy wszyscy dookoła to robią. A zresztą, czy wyniesienie rur z zakładu to kradzież? Przecież inaczej nie zrobi się remontu w mieszkaniu. Każdy to przecież rozumie i każdy tak postępuje. Tylko oni nie i dlatego do niczego nie doszli. Co mają z życia? W ślady ojca idzie syn, który okaże się jeszcze szlachetniejszy i uczciwszy. I tu moja wątpliwość. I Dima, i jego ojciec są właściwie bez skazy. Aż nieprawdziwi w swojej niewzruszonej niezłomności. Ojciec codziennie naprawia ławkę niszczoną przez miejscową młodzież. Jest odporny na pretensje żony i impregnowany docinki kolegów z pracy, którym zarzucił nieuczciwość. Podobnie Dima. Żadnej drogi na skróty. Najpierw studia, potem dopiero wygodne życie. Nie mieści mu się w głowie, że można nie zareagować w obliczu katastrofy grążącej tylu ludziom. Dla niego jest jasne, że musi zawiadomić przełożonych. Ale szybko przekona się, że jest bezradny w zetknięciu ze skorumpowaną władzą, która siedzi w kieszeni szemranych biznesmenów. W czasie urodzinowego przyjęcia przejdzie ekspresową lekcję życia. Jest wśród bawiących się oficjeli i ich gości jak istota z Marsa. Inaczej ubrany, przygląda się z boku, a potem ze zdumieniem słucha. Jedyny szlachetny, nie ma szans w tym potwornym świecie.

Potworni są tu wszyscy. Władze miasta i podległe im służby. W obliczu niebezpieczeństwa rzucają się sobie do gardeł, jeden oskarża drugiego, każdy ma na każdego jakieś haki, każdy kradł i dbał tylko o swoje interesy. Nie ma tu jakiegoś cieniowania racji, bohaterowie nie mają żadnych  moralnych dylematów. Jest cynizm, pazerność i brak jakichkolwiek skrupułów. Tylko raz, kiedy przyjdzie do ostatecznej rozgrywki, Fiedotow zachowa się szlachetnie i uratuje Dimę. No ale jak tu żyć, skoro trzeba się opłacać górze? Korupcja zaczyna się od dołu i wędruje niczym po drabinie na same szczyty. Przy władzach rejonowych władze miasta są nikim, a przecież jakoś radzić sobie muszą. Przecież trzeba zadbać o siebie, swoją rodzinę a może i o przyjaciół. Teraz liczy się tylko, jak ukryć przekręty. Nieważni są ludzie. Jeśli dojdzie do katastrofy, przyjedzie komisja i wyda się, że pieniądze przeznaczone na remont zostały wyprowadzone. A  że zginą mieszkańcy bloku? Ale kim oni są, aby się nimi przejmować? Alkoholicy, menele, ćpuny, wyrzutki społeczne. Jak mówi jeden z uczestników przyjęcia, przecież dla wszystkich nie starczy. Gdyby podzielić po równo, każdy dostałby tyle co nic, więc ktoś musi odpaść od tego stołu. Jak u Dostojewskiego zdeptać trzeba ludzką wesz.

A  blok, o który toczy się walka, to rzeczywiście prawdziwe pandemonium. Ludzki zsyp. Awantury, alkohol, przemoc, narkotyki, libacje. Zdegenerowane wódką i biedą twarze, karykaturalne ciała. Nikt nikogo nie szanuje, panuje prawo silniejszego. I tylko schludnej staruszki, która musi tu mieszkać, żal. I znowu widz zostaje osaczony przez bliskie plany, przez ciasnotę wnętrz, przez ciemność. Dima zrobi wszystko, aby uratować tych ludzi. Zaryzykuje swoim życiem. Najbardziej przygnębiający jest fakt, że właściwie nie było dla kogo się poświęcać. Wychodzi na to, że cyniczna elita miała rację. Trudno pogodzić się z taką wizją świata. Ostatnia scena jest jak kropla, która przelewa czarę goryczy. Chociaż już wcześniej, kiedy policjanci na polecenie Gałaganowej zabijają szefa straży i Fiedotowa, aby potem można było zrzucić na nich winę, przecieramy oczy ze zdumienia. Czy to możliwe? Ale przecież w "Lewiatanie" stało się podobnie. Potworny świat.

"Taxi - Teheran"

Wybrałam się na "Taxi - Teheran" niemal z marszu. Ponieważ wiedziałam, że chcę ten film zobaczyć, bo irański, bo Złoty Niedźwiedź, bo znany reżyser, nawet nie zerknęłam na informację dystrybutora. Ot taka filmowa randka w ciemno. Pewnie dlatego byłam nieźle zaskoczona. Otóż jeśli, czytelniku tej notki, kino traktujesz jak weekendową, kulturalną rozrywkę, warto, abyś wiedział, że "Taxi -Teheran" nie jest właściwie filmem fabularnym. Moim zdaniem znacznie bliżej mu do dokumentu. Ktoś, kto nie ma o tym pojęcia, może poczuć się rozczarowany, szczególnie jeśli pamięta inne filmy oparte na takim samym pomyśle: taksówkarz wysłuchuje zwierzeń swoich pasażerów, a każde z nich to osobna historia, którą oglądamy na ekranie. Tu jest inaczej. Taksówkarzem jest wybitny irański reżyser, Jafar Panahi, który ma dwudziestoletni zakaz wykonywania zawodu. Jeździ po mieście taksówką, w której zamontowana jest kamera, i prowadzi rozmowy z pasażerami albo tylko słucha. Jest to kino gadane. Film, za którego dostał Złotego Niedźwiedzia na ostatnim Berlinale, został nakręcony nielegalnie. Dlatego nie ma końcowych napisów, nie wiemy, kto w nim gra (poza samym Panahim i jego siostrzenicą).  Jest więc "Taxi -Teheran" triumfem twórczej wolności. Być może też stąd nagroda, wszak festiwal w Berlinie znany jest ze swego politycznego nachylenia, być może też stąd zgodny chór recenzenckich pochwał. Zgadzam się z Jackiem Wakarem, jednym z dyskutantów ostatniego Tygodnika Kulturalnego (TVP Kultura), który głośno zastanawiał się, czy gdyby nie nazwisko reżysera i kontekst, "Taxi - Teheran" byłoby aż tak nagradzane i wychwalane.

Nie mogę powiedzieć, aby film mi się nie podobał, ale aż takich zachwytów nie rozumiem. Oczekiwałam czegoś poruszającego, tymczasem dostałam obraz współczesnego Iranu, to oczywiście ważne, ale nie dowiedziałam się niczego nowego. Zniewolenie, podwójne życie, jakie muszą prowadzić mieszkańcy, absurdalne zakazy i nakazy, religijność i zeświecczenie, więzienie, tortury, rozmaitość światopoglądów, społeczne nierówności - o tym wszystkim czytałam. Nie zaskoczył mnie też obraz Teheranu, miasta na oko europejskiego. Takie zdziwienie, wynikające niestety z mojej ignorancji, przeżyłam po obejrzeniu pierwszego irańskiego filmu, na jakim byłam w kinie, "3 kobiety w różnym wieku". Pamiętam moje zaskoczenie: to tak wygląda Teheran? tak wygląda irańska ulica? tak żyją kobiety? Spod luźno narzuconej na głowę chusty wystają włosy, spod płaszcza do kolan dżinsy. Pracują, studiują, prowadzą samochody, są stale w biegu. Dopiero potem pojawiły się znakomite filmy Farhadiego ("Co wiesz o Elly?" i "Rozstanie"), a ja sięgnęłam po książki.

Innym powodem, dla którego film Panahiego wzbudza takie emocje krytyków, są aluzje do jego poprzednich obrazów. Podobno pojawiają się tam niektórzy z jego wcześniejszych bohaterów. Piszę podobno, bo ich nie znam. Niestety ta warstwa dla przeciętnego widza, takiego jak ja, jest zupełnie nieczytelna. Nawet nie wiem, czy tych filmów u nas nie było, czy je przeoczyłam.

Czas na konkluzję. Na pewno warto się na "Taxi - Teheran" wybrać. Trochę marudziłam, ale przecież jest to propozycja ciekawa, raczej zabawna niż smutna czy przerażająca, co może dziwić. Ale czy powinno? Przecież Irańczycy muszą jakoś żyć  i ten film jest tego znakomitym przykładem. Życie się toczy, trzeba sobie radzić. A dla widza, który o Iranie wie niewiele, na pewno to, co zobaczy, będzie odkryciem i być może zachętą do obejrzenia innych irańskich filmów, no i do lektur.

Popularne posty