Weronika Murek "Urodziny"

Zachęcona dobrymi recenzjami i tematem postanowiłam przeczytać

"Urodziny" Weroniki Murek (Czarne 2025). Chociaż nie jest to do końca typ książki, jaki lubię, o czym wiedziałam, jestem na tak.

Bohaterką powieści jest starzejąca się, a może po prostu dojrzała, aktorka, Jaga Babażyna. Ile może mieć lat? To nigdzie nie zostało powiedziane. Czy mieści się w przedziale pięćdziesiąt - sześćdziesiąt? Tak mi się wydaje. No i jeszcze coś, na co nie sposób nie zwrócić uwagi - zestawienie takiego imienia z takim nazwiskiem nie może być przecież przypadkowe. Skojarzenie jest natychmiastowe - to Baba Jaga. Dlaczego tak? Tu pewnie interpretacje mogą być różne. O mojej za chwilę. "Urodziny" pisane są w dwóch porządkach - realistycznym i surrealistycznym. I to właśnie ten drugi element powodował, że potrzebowałam dodatkowego impulsu, aby po tę powieść sięgnąć. Cóż, nie raz, nie dwa pisałam tu, że najbliżej mi do prozy do bólu realistycznej.

Zacznę od tego, co w powieści trzyma się ziemi i co mnie  do niej przyciągnęło. Jak już napisałam, Jaga Babażyna jest dojrzałą aktorką. Najlepsze lata w swoim zawodzie ma w tym momencie za sobą. Oczywiście wszystko może się odwrócić, w życiu tak przecież bywa, ale to już snucie ciągów dalszych. Ma etat w teatrze, ale to nie wystarcza na utrzymanie, tym bardziej że nie gra głównych ról. Aby jakoś się utrzymać, łapie rozmaite zlecenia. A to słuchowisko radiowe, a to minimalna rólka w filmie, taka bez znaczenia, którą można dowolnie ociosać, a to czytanie czegoś. Jaga gna od zlecenia do zlecenia i jest potwornie zmęczona. 

Zmęczenie jest wyrazem kluczem w tej powieści - przewija się wielokrotnie. Bo zmęczeni są też inni, nawet ci, którzy w tym momencie płyną na fali. Jak młoda aktorka Anna Maria, która wprawdzie gra główne role i patrzy na Jagę z góry, ale ma małe dziecko, co nie zawsze daje się pogodzić. Zmęczone są też wszystkie osoby pracujące w tej branży, najczęściej kobiety. Kostiumografki, charakteryzatorki, producentki. Poza tym wszyscy są zmęczeni. Takie zdanie pada w pewnym momencie. Przyczyną jest nie tylko łapanie wielu zleceń, ale także często byle jakie warunki pracy. Tu nikt nikogo nie szanuje, no chyba że jest się gwiazdą pierwszej wielkości. Kto stoi tylko odrobinę wyżej w tej hierarchii, patrzy z góry na tego pod sobą. Tu człowiek człowiekowi wilkiem, bo przecież może mu podebrać zlecenie. Skreślenie kogoś z planu zdjęciowego w ostatniej chwili już po ubraniu kostiumu i zrobieniu charakteryzacji, proszę bardzo. Odwołanie nagrania, dlaczego nie. W przyczepie, w której pracują charakteryzatorki i kostiumografki, jest zimno i co chwilę gaśnie światło. Kto by się tym przejmował. Aktorki i aktorzy przebierają się na wolnym powietrzu za byle jakim parawanem. Trudno, cóż poradzić na to, że tego dnia za wiele osób jest na planie. 

Czuje na sobie wzrok pozostałych. Przecież jest aktorką, jej ciało jest narzędziem, należy do wszystkich. Jej koledzy to profesjonaliści: wepchnięci między wieszaki, pochyleni lub kucający przed lustrem (...) Warunki są trudne, ale tak to czasem wygląda i nie ma co się dziwić.

A jeśli ktoś tak jak Jaga przechodzi właśnie kryzys, jest w gorszej formie psychicznej czy fizycznej, nie ma co liczyć na współczucie, a jeśli już to udawane. Taka kulawa kaczka tylko spowalnia pracę, psuje efekt, zapomina tekstu. A przecież trzeba biec dalej, na plan filmowy, do studia nagrań, do radia. 

W tym zawodzie przebija się tylko kilka osób, pozostali to ludzkie ostrużyny, to, co zostaje, kiedy człowiek przetraci całą energię i trzyma się jedynie nadziei na Wielką Zmianę. Niech Jaga na siebie spojrzy; w jej wieku sukces jeszcze mniej prawdopodobny, a przede wszystkim jest zbędny. Niech Jaga spojrzy na siebie; nawet gdyby jej się udało, nie przyniosłaby nikomu korzyści, zwłaszcza reklamodawcom; prawdopodobnie nie jest nawet aktywna w mediach społecznościowych. Przejebała życie na mrzonki, to smutne.

Kryzys to drugi temat tej powieści. W takiej sytuacji jest właśnie Jaga. Niedawno  wyszła ze szpitala, wcześniej opuścił ją mąż, a na dodatek wokół niej dzieje się coś dziwnego. To wszystko sprawia, że trudno skupić się na pracy, której przecież tak potrzebuje. Milcząco znosi kolejne upokorzenia, bo przecież gdyby się odwinęła, mogłaby stracić te resztki, które jeszcze ma. Wszak pańska łaska na pstrym koniu jeździ. Nie ma co liczyć na dawne znajome i dawnych znajomych. Nikt nie pomoże. Ale trzeba udawać, nie można opuścić gardy.

Młody pyta, co Jaga teraz robi, a ona powtarza, wylicza projekty. Audiobook okazuje się dużym projektem multimedialnym, granie ogonów w bajce dla dzieci - wielkim nowatorskim wyzwaniem. Czechow, Montessori, Szekspir, duże nazwiska, wielkie nazwiska. (...) Nie zapyta, czy tamten nie ma czegoś dla niej, ale da do zrozumienia, że jest kobietą o wielkich siłach i apetycie. Stawia na nieustanny rozwój.

Jaga jest przeraźliwie samotna. Wiek też nie gra na jej korzyść, to dodatkowe obciążenie - jej problemy wszyscy traktują z pobłażaniem albo wręcz ze zniecierpliwieniem. Czy stąd to mające się kojarzyć z Babą Jagą imię i nazwisko? Wszak bohaterka baśni o Jasiu i Małgosi budzi jak najgorsze skojarzenia. W czytelniczej wyobraźni jest stara, brzydka i zła. Jaga nie buntuje się, nie ma pretensji do losu. Może dlatego, że nie jest pierwsza ani ostatnia w tej sztafecie. Taki zawód, raz na wozie, raz pod wozem, a kobietom w jej wieku tym bardziej nie jest łatwo. Ona też kiedyś odnosiła sukcesy, dla niej też kiedyś ten zawód był czymś więcej niż tylko źródłem zarobkowania. Przynosił satysfakcję. Dlatego ze spokojem zabarwionym smutkiem obserwuje tych, którzy ją wyprzedzili. 

... Jaga ją rozumie. Jej interes wobec przyszłości jest większy - jest młodsza i spędzi w niej więcej czasu.

Tyle warstwa realistyczna. Ale jest przecież jeszcze ta druga. Bo pod jej domem zjawiają się niespodziewani goście. Jakaś rodzina - rodzice i dwoje dzieci. Kim są? Czego chcą? Czy są niebezpieczni? Dlaczego Jagę prześladują? Dlaczego widzi ich, a szczególnie dzieci, już nie tylko pod domem? Czy są prawdziwi, czy to wytwór jej wyobraźni? Jak się ich pozbyć? Są jak lalki-marionetki, od których Jaga zaczynała swoją aktorską drogę. Czy przypominają jej młodość? Czy może są tęsknotą za dziećmi, z których świadomie zrezygnowała dla aktorskiej kariery? Czy boją się jak Jaś i Małgosia Baby Jagi, czy to ona się ich boi? Kto kogo pokona? Odwrotnie niż w baśni to one wprosiły się do jej domu, to one ją nachodzą. 

To smutna powieść. O przegranym życiu. 

Kobieta budzi się, a jej przebudzenie nikomu nie jest potrzebne.

Marta Hermanowicz "Koniec"

Na książki debiutantów i debiutantek zwykle patrzę bardzo ostrożnie i decyduję się na przeczytanie nielicznych - tych, które nie tylko zbierają pozytywne opinie, ale po prostu zainteresują mnie tematem. Dlatego postanowiłam kupić "Koniec" Marty Hermanowicz (ArtRage 2024). Z lekturą jednak zwlekałam bardzo długo, bo potrzebowałam przestrzeni na tę powieść, która, co z góry wiedziałam, będzie obciążająca. Nie pomogła nawet Nagroda Conrada za debiut. W końcu jednak, nie zważając na brak przestrzeni, z zupełnie innych powodów wreszcie po nią sięgnęłam.

Dlaczego tak bardzo bałam się "Końca"? Bo to powieść o traumie wojennej dziedziczonej przez kolejne pokolenie. Chociaż jestem zaprawiona w bojach i nie unikam książek o przygniatającej tematyce, to jednak nie zawsze znajduję w sobie siłę na taką lekturę. 

Akcja powieści toczy się na trzech planach czasowych - klamra jest współczesna, ale przede wszystkim mamy lata dziewięćdziesiąte ubiegłego wieku i wreszcie okres wojny oraz powojenny. Siedmioletnia Malwina mieszka razem z mamą Urszulą  w pięćdziesięciometrowym mieszkaniu na osiedlu Przyszłość w Nowej Soli. Przeprowadziły się tu do babci Lotki z wymagającego remontu poniemieckiego domu na ulicy Koniec. Mąż Urszuli pojawia się i znika, bo taką ma pracę. Kiedy jest, to wielkiego pożytku z niego nie ma. To dom kobiet. Jest jeszcze ciocia Halina, młodsza siostra Lotki, mieszkająca też na ulicy Koniec. Na osiedlu Przyszłość Malwina zostaje umieszczona w jednym pokoju z babcią i śni jej wojenne sny. Lotka cierpi na chroniczną bezsenność, więc pewnie dlatego przynależne jej nocne koszmary nawiedzają wnuczkę, która żyje wśród umarłych, gromadzi ich zdjęcia, chowa w domku dla lalek.

Wiedziałam, że babcia zaraz napadnie mnie śnieniem, zrzuci skrzynię na barki. Ponieś za mnie, odbiorę rano, wcale nie są ciężkie. Pluła na mnie snami tak, jak pluła wariatka, nie miałam jak się uchylić.

... dla mnie nie ma towarzystwa poza umarłymi, zbierałam ich jak inni naklejki.

Przecież jestem tragarką, dziewczynką na posyłki, łączniczką, zaplątaną w czas, który wpadł we własne sidła.

Losy rodziny Pająków z Wołynia, czyli dziadków Urszuli, jej matki, ciotki i mieszkającego w Anglii wujka, są zasadniczym tematem powieści Marty Hermanowicz. Zresztą autorka nie ukrywa, o czym pisze w posłowiu, że inspiracją dla książki były opowieści jej babci. W żadnym razie nie jest to jednak tak modna dziś autofikcja.

Niewątpliwie to przede wszystkim język sprawia, że "Koniec" to debiut niezwykle udany. Jak to jest napisane! Jaką sprawia przyjemność! Nie chodzi tylko o to, że tekst został nasycony metaforami czy innymi środkami stylistycznymi, ale o to, że autorka bawi się językiem, wykorzystując kalki, powiedzonka, wierszyki dla dzieci. 

Budynek świątyni trzymał się blisko ziemi jak owad przed burzą, postawiony niedawno, rówieśnik osiedla. Z zakrystii wyszedł ksiądz, uśmiechnął się, położył dłoń na mojej głowie. Przedstawił się, szczęść Boże Roman, Bóg na dzisiaj skończył.

Plisowana spódnica łasiła się do kolan i gryzła.

Fala wyrzuciła mnie na brzeg klasy, taniec z krzesłami, kto pierwszy. Tam, gdzie udało mi się dobiec, było już zajęte. I w kółko, kółko graniaste.

Jeśli ktoś maszeruje, to natychmiast w dalszej części zdania pojawia się znana fraza z naszego hymnu marsz, marsz Dąbrowski. Jeśli mowa o jedzeniu, a jest tu ono ważnym motywem, to fragment kończy się znanym wierszykiem o sroczce, która kaszkę warzyła.

Malwinko, kotku, kochanie, dziecinko, skarbeńku, bój się Boga, sroczka kaszkę warzyła, dzieci swoje karmiła, a-a-a, kotki dwa.

Albo wyliczanką potraw, które Pająkowie będą jeść, kiedy wreszcie wrócą na swój ukochany Wołyń. Dla Malwiny te same potrawy wmuszane jej, oczywiście z troski, przez babcię i mamę  stają się narzędziem opresji. 

I będziemy jeść kiełbasę, chleb ze smalcem, słoniną, rogale, pachnące drożdżowe bułeczki, kaszę, kapustę, rosół z kluseczkami, kurczaka, świniaka, pierogi ze skwarkami, młode ziemniaczki. Jadłospis kotłuje się z ostatnią niedzielą. Mama drepcze za tatą, pozwala mu się prowadzić.

Wstaje nowy dzień, chwalmy Pana, Boże, coś Polskę przetransportował.

Jakby tego było mało, te językowe chwyty wracają niczym muzyczne sample. Tak jak wracają i mieszają się daty, rok 1939, 1989 i kolejne. To wszystko sprawia, że atmosfera się zagęszcza, a osoby czytające, razem z narratorką, Malwiną, przeżywają na powrót te same czy podobne sytuacje. Te zabiegi mają też wydźwięk ironiczny, który tym bardziej podkreśla grozę sytuacji.

Kolejną zaletą powieści jest sam temat - historia rodziny, która wywieziona została z Wołynia na Sybir, a potem ewakuowała się razem z Armią Andersa. To chyba najmniej literacko opowiedziany fragment wojennych losów Polek i Polaków. Wojna jest tematem wyeksploatowanym przez literaturę, ale na pewno nie historie ludzi zesłanych na Syberię czy do Kazachstanu. Może dlatego tak niewiele o tym wiem. Tym bardziej, że w moich szkolnych czasach był to temat przemilczany. Oczywiście jakieś pojęcie na ten temat miałam. Ale z naciskiem na jakieś. Trochę opowiedziała tę historię Monika Śliwińska w "Pannach z Wesela", bo Anna, wdowa po Włodzimierzu Tetmajerze, najstarsza z sióstr Mikołajczykówien, razem z rodziną córki też znalazła się na Syberii i też wydostała się stamtąd z Armią Andersa. Ale tam to był zaledwie fragment, chociaż bardzo poruszający, większej opowieści biograficznej o trzech kobietach. Tu jest to zasadniczy temat. 

Losy Lotki, jej rodziców i rodzeństwa są przejmujące. I to właśnie Lotka wydaje się być najbardziej obciążona swoją dramatyczną przeszłością. To ona musiała opiekować się młodszym rodzeństwem, kiedy rodzice i najstarszy, Tadeusz, wyruszali do pracy w tajdze. To ona gotowała, chociaż nie miała z czego i nie umiała, to ona sprzątała, to ona cierpiała, samotnie przeżywając swoją wymuszoną okolicznościami dorosłość, to ona nie mogła chodzić do szkoły, o czym marzyła

Ani jednego dnia w szkole, wszystkie na wojnie. Siedziałam w baraku z młodszym bratem i siostrą, ktoś musiał; jak ktoś coś musi, to zazwyczaj chodzi o mnie

To ona jako dorosła kobieta nie potrafiła okazywać uczuć, chomikowała kromki chleba, a wreszcie cierpiała na bezsenność. Nie potrafiła też darować matce, że postanowiła wrócić do Polski, kiedy mogła wybrać Zachód. Nieświadoma tego, że nie wróci na swój wytęskniony Wołyń, ale wyląduje w Nowej Soli na ulicy Koniec w poniemieckim domu. To w końcu Lotka przekazuje swoją traumę wnuczce. Bardzo mocno wybrzmiewają tu po wielokroć pretensje do Boga.

Ojcze nasz, któryś nic nie zrobił. Trzech Boskich Osób nie starczyło, by uratować Zbyszka.

Ale nie jest tak, że "Koniec" przyjmuję bezkrytycznie. Moje wątpliwości budzi wątek Malwiny. I nie chodzi o jej sny, przecież to zabieg symboliczny. Ale o to, że jej historia opowiedziana została trochę po macoszemu. Czegoś mi w niej brakuje. Malwina jest nie tylko dziewczynką, której śni się wojna, ale też bardzo samotną, odrzuconą przez rówieśniczki i rówieśników, prześladowaną przez nich, a babcia i matka nie potrafią jej zrozumieć, tym bardziej nieobecny wciąż ojciec. Po prostu jest dzieckiem bardzo nieszczęśliwym, destrukcyjnym. 

Okulary byłyby największą klęską. Nie dość, że jąkała z ruskim akcentem, dzidzia piernik w ubraniach babci, poradziecka, poniemiecka, dziecko trefne, zepsute, to jeszcze ślepak, okularnik. Najpierw okulary, a potem garb i sztuczna szczęka. Przeczuwałam, że zamienię się w babcię, wypchana jej snami jak upolowane zwierzę.

Destrukcyjna i niepotrafiąca poradzić sobie z rzeczywistością jest też dorosła Malwina, która przyjeżdża do matki na wieść o chorobie babci. Niby wszystko się zgadza, niby wiadomo, dlaczego jest taką outsiderką i dziwaczką, ale jednak jej historia wydaje mi się rysowana zbyt grubą kreską. Nie potrafię też zrozumieć, dlaczego nikt nie próbuje jej pomóc. Sygnały, jakie wysyła, są na tyle mocne i jednoznaczne, że chyba nawet w tych trudnych latach dziewięćdziesiątych, latach transformacji, matka próbowałaby szukać dla niej jakiejś pomocy. Mówiąc krótko, historia Malwiny jest dla mnie nie do końca prawdopodobna. Poza tym nie rozwija się, po jakimś czasie powtarza się stale to samo. Jakby autorka nie miała pomysłu na dalszy ciąg, a musiała kontynuować, aby opowiedzieć do końca losy Lotki. A przecież czytałam już kiedyś o dziewczynce samotnej, bo w opinii wszystkich nieudacznej. To b
ohaterka "W
łoskich szpilek" i "Szumu" Magdaleny Tulli.  Zestawiam te książki nieprzypadkowo. Bo oprócz bohaterek łączy je wspaniały język. Jednak portret dziewczynki z książek Magdaleny Tulli był dla mnie kompletny. Tu jest inaczej.

Mimo tych uwag "Koniec" to powieść świetnie napisana i bardzo przejmująca. Z tych, które zdołują i przeczołgają.

Paul Murray "Żądło"

"Żądło" (Filtry 2025; przełożył Łukasz Witczak) irlandzkiego pisarza

Paula Murraya leżało sobie w moim czytniku już od dłuższego  czasu, ale ile razy miałam się za tę powieść zabierać, tyle razy rezygnowałam z lektury, a to z powodu objętości - ponad pięćset stron. Nie to, żebym nie lubiła grubych książek, ale po prostu albo akurat nie miałam czasu, albo decydowałam się na coś innego równie pokaźnych rozmiarów. Aż teraz przeszukując mój ukochany czytnik, aby wybrać kolejną lekturę, nieoczekiwanie sięgnęłam po "Żądło". Ot tak, bez wyraźnego powodu czy impulsu.

Powieść Paula Murraya zupełnie nieoczekiwanie zrymowała mi się ze znakomitymi "Głodnymi duchami" Kevina Jareda Hoseina, o których pisałam niedawno. Obie czyta się znakomicie, obie opowiadają historie, od których trudno się oderwać, obie poruszają problemy rodzinne i problemy nierówności społecznych, obie znakomicie portretują bohaterki i bohaterów, ale przede wszystkim w obu nad wisi nad nimi fatum. Wiemy, że musi dojść do nieszczęścia. Tyle tylko że w wypadku "Żądła", iż to nieuchronne, zorientowałam się znacznie później. I jeszcze jedno zastrzeżenie, chociaż powieść irlandzkiego pisarza bardzo mi się podobała, to jednak znacznie wyżej stawiam "Głodne duchy". 

Trudno jest pisać o "Żądle" tak, aby niczego nie zdradzić, co byłoby wielkim grzechem, bo to książka, w której fabuła jest równie ważna jak poruszane w niej problemy. Cóż, nie mam wyboru, muszę spróbować. 

To historia rodziny Barnesów mieszkającej w prowincjonalnym irlandzkim mieście, której majątek topnieje w wyniku kryzysu ekonomicznego. Być może ich problemy  to pokłosie  krachu z roku 2008. To nie  majątek odziedziczony po przodkach, przeciwnie jest stosunkowo świeżej daty. Zdobył go Maurice, głowa rodu. Jest właścicielem dwóch salonów samochodowych i warsztatu. A właściwie był, bo już dawno wycofał się z interesów, powierzając prowadzenie firmy swojemu starszemu synowi, Dickie'mu. Sam osiadł w Portugalii, gdzie oddaje się między innymi grze w golfa. 

Kiedy interesy zaczynają iść źle i trzeba zamknąć jeden z salonów, szczęście rodzinne się sypie. Dickie i jego piękna żona Imelda oddalają się od siebie, on coraz więcej czasu spędza w pobliskim lesie, budując schron na wypadek nadciągającej klimatycznej apokalipsy. Namawia go do tego miejscowy dziwak i prepers, właściciel jakiejś niewielkiej firmy remontowej, albo tylko złota rączka, Victor. Ona, wściekła z powodu problemów finansowych, za które, nie bez przyczyny, obwinia męża, wyprzedaje z domu, co się da, a trzeba przyznać, że jest się czego pozbywać, gdyż Imelda oddawała się zakupom z wielką pasją. Oboje nie zauważają problemów swoich dzieci. 

Starsza córka, Cass, przygotowuje się do matury i marzy o tym, aby pojechać na studia do Dublina, gdzie kiedyś studiował jej ojciec. Jeszcze niedawno jej wyjazd do stolicy był pewny, teraz z przyczyn finansowych staje pod znakiem zapytania. Cass nie tylko  z powodu obaw o swoje plany, ale również z innych, zaczyna balować, zaniedbując naukę. Czy zda maturę? Jej młodszy brat, zwany PJ, nudzi się w czasie letnich wakacji spędzanych z konieczności w domu. Koledzy wyjechali, spotyka się tylko z jednym, za którym nie przepada. Jakby tego było mało, rykoszetem obrywa za niepowodzenia ojca - jest ofiarą szantażu starszego kolegi. Chcąc oszczędzić rodzicom kłopotów, nie przyznaje się, iż chodzi w tak ciasnych butach, że krwawią mu stopy. Cała rodzina nadzieję upatruje w przyjeździe Maurice'a.

A to dopiero wierzchołek góry lodowej. Kryzys rodzinny być może nie przybrałby takich rozmiarów, gdyby małżeństwo Imeldy i Dickie'go nie zostało zbudowane na zgniłych fundamentach. Im głębiej wchodzimy w ich historię, tym lepiej rozumiemy, dlaczego teraz wszystko się sypie.

Losy rodziny poznajemy z czterech perspektyw przedstawionych w tyluż rozdziałach. Historie Cass, PJa, Imeldy i Dickie'go opowiedziane w trzeciej osobie wzajemnie się uzupełniają. Jest jeszcze rozdział piąty pod wymownym tytułem "Wiek samotności", w którym naprzemiennie towarzyszymy  bohaterkom i bohaterom. Zmienia się też narracja z trzecioosobowej na drugoosobową. Im bliżej końca, tym zmiany perspektywy częstsze, a napięcie sięga zenitu. Pojawiają się też dwie postacie spoza rodziny, które również odegrały ważną rolę w tej historii. Na tym etapie jeszcze trudniej oderwać się od powieści i nie ma rady, trzeba czytać do końca.

I tak oto  doszłam do momentu, od którego nic więcej zdradzić nie mogę. A szkoda - chciałoby się podywagować, przenicować bohaterów. Ta powieść jest znakomitym materiałem na dyskusję w dyskusyjnym klubie czytelniczym, którego od niedawna stałam się fanką. Cóż, pozostaje mi tylko zasygnalizować problemy, jakie poruszane są w "Żądle".

Wspomnę o nich w przypadkowej kolejności. Jeden z nich to relacja między braćmi. Starszy, chociaż zdolniejszy, pozostaje w cieniu młodszego, gwiazdy miejscowego klubu piłkarskiego i bożyszcza dziewczyn. Chociaż to on ma przejąć rodzinną firmę, to i tak czuje się gorszy. Zazdrości mu powodzenia towarzyskiego, sławy, oczywiście na lokalną skalę, i może przede wszystkim luzu. No i tego, że to on jest ukochanym synem. Kolejny problem to strach przed ujawnieniem swojego prawdziwego ja, strach podszyty grzechem, skazanie się na podwójne życie, co w krótszym i dłuższym terminie będzie miało dramatyczne skutki. 

... chciał móc się dalej łajdaczyć w Dublinie. Wiedział, że to, co robią, jest złe. Udawał, że jest inaczej, ale znał prawdę. Contra naturam, wbrew naturze - zapamiętał to z dawnych lat, kiedy jeszcze jako pobożny chłopiec  uczył się takich rzeczy, choć wtedy nie rozumiał, co to znaczy.

Wreszcie różnice społeczne. Są w tej powieści bohaterki i bohaterowie, którzy pochodzą z rodzin nie tylko biednych, ale dysfunkcyjnych, w których na porządku dziennym była przemoc. Ich podobne wspomnienia z dzieciństwa budzą grozę. Nic dziwnego, że są gotowi zrobić wszystko, aby się z tego środowiska wydostać. Są wreszcie problemy najmłodszego pokolenia, które pozostawione samo sobie nie ma odporności na przeszkody,  które stają na drodze. Są tu też zawiedzione uczucia, brak lojalności wobec bliskich osób i wielkie, choć nieszczęśliwe, miłości. No i są pytania o to, jak inaczej mogłoby potoczyć się życie, gdyby kiedyś ktoś dokonał innego wyboru. Ile w tym braku stanowczości, nieumiejętności postawienia na swoim, a ile lojalności wobec rodziny, a w końcu przypadku podyktowanego splotem okoliczności. 

Jak do tego doszło? Patrzysz wstecz i nie umiesz stwierdzić, w którym miejscu popełniłeś błąd. Czy na wszystkim zaważyła jedna zła decyzja?

Uwierzyli w ciebie - uwierzyli w tego człowieka, który przed nimi stanął; w przemianę, której byli świadkami, z dziwoląga i fajtłapy w żywą podobiznę brata. Stałeś się teraz swój i nie chcieli dostrzec niczego, co by mogło temu zaprzeczyć. Chroniła cię przynależność do wspólnoty.

I wreszcie konkluzja, że trudno budować na kłamstwie, a tu kłamstwo było podwójne. A to wszystko w cieniu katastrofy klimatycznej, która cieniem kładzie się nad światem. Miasto nawiedza największa od lat powódź, potem susza.

Czy to nie dziwne, że poeci wszędzie widzą przyrodę, ale nie widzą, że ona się kurczy? (...) Jak oni mogą tego nie dostrzegać? Tej zagłady gatunków? Skoro są tacy spostrzegawczy? Rozglądam się i widzę świat, który jest niszczony. Prawdziwa poezja opisywałaby spacer po wielkim cmentarzysku albo wysypisku śmieci. Przyrodę można znaleźć już tylko w wierszach. To jeden wielki pic na wodę. Nawet ludzie wrażliwi kłamią, mówisz.

To wszystko jednak nie byłoby tak poruszające i nie trzymałoby w takim napięciu, gdyby nie wspaniałe portrety bohaterek i bohaterów nie tylko z rodziny Barnesów.

Kolejna bardzo dobra irlandzka powieść.

John Hersey "Hiroszima"

Jak to czasem bywa, o lekturze reportażu Johna Herseya

"Hiroszima" (Znak 2025; przełożył Jerzy Łoziński) zadecydował impuls. O książce słyszałam, ale początkowo nie zamierzałam jej czytać, aż tu nagle, pewnie pod wpływem jakiegoś podcastu, zmieniłam zdanie.

Bardzo ciekawa jest historia tego reportażu. Urodzony w 1914 roku John Hersey był reporterem magazynu "Time", a kiedy wybuchła wojna, został amerykańskim korespondentem wojennym w Europie i Azji. Gdy po zrzuceniu dwóch bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki, Japonia skapitulowała, postanowił sprawdzić, jakie naprawdę są skutki tego, co się stało. Dlatego poleciał do kraju kwitnącej wiśni, gdzie rozmawiał z sześcioma osobami spośród tych, które atak przeżyły. 31 sierpnia 1946 roku jego reportaż ukazał się w "New Yorkerze". Z numeru usunięto wszystkie inne teksty - została tylko okładka, której nie zdążono zmienić. Pozornie nie pasowała do reportażu Johna Herseya. To narysowany w dziecięcej manierze kolorowy rysunek przedstawiający beztroski słoneczny dzień w jakimś mieście. Jedni tańczą, inni się opalają, ktoś pracuje w ogródku, ktoś uprawia sport, niektórzy spacerują. Dziś polski wydawca postanowił zachować ją jako ostrzeżenie. Patrzcie, czytelniczki i czytelnicy, co możecie stracić. Jakby to od nas zależało.

Oczywiście reportaż zamieszczony w "New Yorkerze" wywołał wielki szok i dyskusję. To wtedy Amerykanie, i nie tylko oni, zrozumieli, jak śmiercionośna była nowa broń. Czy wyciągnięto z tego wnioski? I tak, i nie. Tak, bo na szczęście nigdy już jej nie użyto, poza próbami jądrowymi, które też przecież miały swoje negatywne skutki. Nie, ponieważ dziś broń jądrową mają już nie tylko Stany Zjednoczone, o czym w swoisty sposób przypomina reporter w dopisanym po latach post scriptum, w którym śledzi dalsze losy sześciorga bohaterek i bohaterów "Hiroszimy". Jest ono częścią książki wydanej przez Znak.

Kim są rozmówczynie i rozmówcy Johna Herseya? To dwóch lekarzy, jeden posiadający prywatny niewielki szpital, drugi, chirurg, pracujący w szpitalu państwowym, niemiecki misjonarz jezuita, młoda kobieta pracująca w dziale kadr fabryki blach, uboga wdowa, matka trojga dzieci dorabiająca szyciem, i pastor kościoła metodystów. Ich wszystkich, tak jak i pozostałych, którzy przeżyli, od śmierci uratowała oczywiście odległość od epicentrum wybuchu i szereg zbiegów okoliczności. Wystarczyłoby na przykład, aby stali w innym miejscu i już byłoby po nich.

Jonh Hersey wybrał dla swojego reportażu formę najprostszą z możliwych. Sucho, krok po kroku, relacjonuje, naprzemiennie, losy wybranych przez siebie bohaterek i bohaterów. Żadnych komentarzy, żadnych emocji, żadnych rozmów z naukowcami, żadnych odniesień do prac naukowych. Zresztą być może to ostatnie wynika z tego, że nie bardzo było z czego czerpać. Wtedy przecież niewiele wiedziano na ten temat.

Muszę uczciwie przyznać, że "Hiroszima" nie przestraszyła mnie, nie przeczołgała, nie wgniotła w fotel. Może jestem już znieczulona, a może jest to wszystko tak abstrakcyjne, że aż poza zasięgiem mojej wyobraźni. A może wreszcie to efekt tego chłodnego, beznamiętnego stylu. Bo o wiele większe wrażenie zrobił na mnie reportaż Katarzyny Boni "Ganbare. Warsztaty umierania" o skutkach katastrofy elektrowni atomowej w Fukushimie spowodowanej przez tsunami czy "Czarnobylska modlitwa" Swietłany Aleksijewicz.

Ale jest oczywiście coś, co w szczególny sposób przykuło moją uwagę. 

Po pierwsze to nieświadomość tego, co się stało. Ci, którzy ocaleli, zobaczyli oślepiające światło i huk. Kiedy się ocknęli, zorientowali się, że świat jakby nagle się rozpadł, przesunął. Wszystko wokół było albo zrujnowane, albo zmieniło swoje miejsce, albo płonęło. Te pożary będą się coraz bardziej rozprzestrzeniać, a przyczyni się do tego nie tylko wysoka temperatura spowodowana wybuchem, ale także fakt, że wiele domów w Hiroszimie było drewnianych. Nikt nie rozumiał, co się stało. Przecież zwykły nalot, do jakiego mieszkańcy byli przyzwyczajeni, nie mógł spowodować takich zniszczeń. Bardzo szybko zaczęły krążyć po mieście coraz bardziej fantastyczne teorie.

Jeszcze większe wrażenie zrobiła na mnie bezradność i bezsilność tych, którzy przeżyli. Większość z nich cierpiała od poparzeń, miała połamane kończyny, rany, straciła wzrok. Ci wszyscy ludzie czekali na pomoc, której nie mogli otrzymać z dwóch powodów - potrzebujących było tak wielu, a lekarzy tak niewielu, że nie miał kto przybyć im z pomocą. Bo większość personelu medycznego zginęła. Ci, którzy ocaleli, jak jeden z rozmówców Herseya, ten młody chirurg ze szpitala, pracowali bez przerwy po kilka dni i nocy. Pomagali też ci, którzy nie zostali ranni, również pracując bez wytchnienia. To przypadek pastora kościoła metodystów. Ale w tamtym momencie nie było możliwości, aby pomóc wszystkim, którzy tego potrzebowali. Dlatego większość z nich umierała. 

Ze złamaną nogą i w nieprzyjemnym towarzystwie panna Sasaki spędziła dwa dni i dwie noce pod prymitywnym blaszanym zadaszeniem. Jedynym urozmaiceniem był moment, gdy do fabrycznego schronu, który mogła widzieć spod brzegu okapu, przyszli mężczyźni i ciągnąc za sznury, zaczęli z niego wydobywać zwłoki. Noga panny Sasaki była bezbarwna, napuchnięta i cuchnąca. Przez cały ten czas kobieta nie miała nic do picia ani do jedzenia. Trzeciego dnia, ósmego sierpnia, odnaleźli ją przyjaciele, którzy w przekonaniu, że zginęła, przyszli odszukać jej ciało.

Panna Sasaki została chyba najbardziej doświadczona spośród sześciorga bohaterek i bohaterów reportażu. Cierpiała na depresję,  odczuwała ogromny ból, minęło wiele miesięcy, zanim nogę udało się poskładać. Nigdy już nie odzyskała pełnej sprawności.

Przerażać też może fakt, że ofiary wybuchu długo musiały walczyć o materialne zadośćuczynienie i o uwagę. Były spychane na margines społecznej świadomości. Często długo żyły w biedzie, borykając się z trudnościami dnia codziennego jak wdowa z trojgiem dzieci.

Pocieszenie może nieść to, że powoli do miasta wracało życie. Zaczynały działać instytucje, odbudowywano domy, a ludzie układali swoją egzystencję na nowo. Jednak ci, którzy ocaleli, do końca życia zmagali się z mniejszymi lub większymi skutkami wybuchu. Szybciej się męczyli, częściej chorowali, stracili swoich bliskich. Długo nikt nie wiedział, jak leczyć ludzi dotkniętych chorobą popromienną. Nikt jej zresztą wtedy tak nie nazywał.

John Hersey nie pisze, co myśleli jego bohaterowie o wojnie. Czy popierali to, że Japonia brała w niej udział? Czy wiedzieli, jakich zbrodni dopuszczali się japońscy żołnierze? Niektórzy z pokorą przyjmowali to, że cierpią. Swoje cierpienie ofiarowywali za cesarza. Tak czy inaczej zapłacili niebywałą cenę. Chociaż byli cywilami. 

Kevin Jared Hosein "Głodne duchy"

Naprawdę niewiele brakowało, abym przegapiła powieść Kevina

Jareda Hoseina "Głodne duchy" (Czarne 2025; przełożyła Zofia Szachnowska-Olesiejuk). Tyle ukazuje się nowości, że o pomyłkę nietrudno. Na szczęście Czarne ma swój podcast i właśnie tam usłyszałam rozmowę o tej książce. Już samo to, że autor jest karaibskim pisarzem pochodzącym z Trynidadu i Tobago, było dostateczną zachętą, a i dalsza część rozmowy upewniła mnie, że muszę tę powieść przeczytać. I miałam rację. Jest to książka, jaką najbardziej lubię - znakomita w czytaniu, a jednocześnie o dużym ciężarze. Jednym słowem poruszająca istotne tematy. No i nie pozostawiła mnie obojętną. W tym wypadku dociąża ją jeszcze wiszące nad bohaterami fatum, fatum rodem z antycznej tragedii. Śledząc losy bohaterów, wiemy, że musi dojść do nieszczęścia. Pozostaje pytanie - do jakiego? Kogo dotknie? 

Zanim przejdę do konkretów, dodam jeszcze, że "Głodne duchy" to pierwsza powieść dla dorosłych Kevina Jareda Hoseina, wcześniej pisał dla dzieci i młodzieży, a zaczął swoją zawodową karierę jako nauczyciel biologii, czym zajmował się ponad dziesięć lat.

Akcja książki rozgrywa się w roku 1944 w małej miejscowości i jej okolicach gdzieś na Trynidadzie. Te okolice są niezwykle istotne, bo odzwierciedlają drabinę społeczną. Na wzgórzu nad wioską znajduje się bogata posiadłość Daltona Changoora. Mieszka z nim znacznie od niego młodsza żona, piękna i dystyngowana Marlee. W tym świecie za dużymi pieniędzmi idą strach i szacunek. Dalton bardzo dużo może, wszyscy się z nim liczą i bez szemrania spełnią jego prośby czy żądania. Chociaż trzyma się z boku, trzęsie całą okolicą. Jakie prowadzi interesy? Nie wiadomo, lepiej się nie dopytywać. Życie w jego posiadłości jest obiektem domysłów i marzeń. Pilnują jej trzy groźne psy. Był taki czas, kiedy Dalton Changoor zapraszał do domu dzieci. Urządził dla nich pokój zabaw i boisko, ale potem w wyniku pewnych wypadków i to się skończyło. O tym, jak upływa życie państwa, jakie takie pojęcie mogą mieć trzej pracujący dla pana Changoora robotnicy. Z domu często słychać dźwięki muzyki. 

W dole jest miasteczko Bell. Znajduje się tam posterunek policji, szkoła i szpital. No i domy. Cóż w tym dziwnego? Otóż posiadanie takiego domu to wielkie marzenie tych, którzy mieszkają w baraku stojącym za miastem. Bo tych kilka rodzin żyjących w nim stoi najniżej w hierarchii społecznej. To ludzie pracujący na plantacji trzciny cukrowej. Nawet jeśli ktoś z nich dostanie pracę w miasteczku, to i tak zarabia na tyle marnie, że może sobie tylko pomarzyć o domu w Bell. Barak to kilka niewielkich pomieszczeń poprzegradzanych cienkimi ściankami. W każdym żyje jedna rodzina. Najczęściej z dziećmi, a nawet z wnukami. O żadnej intymności mowy być nie może. Wszystko dzieje się tu na oczach dzieci albo nie dzieje się wcale. Jakby tego było mało, przecieka dach. Kiedy przychodzi czas ulew, woda wlewa się do środka. 

Woda bulgotała w ich zalanym po kostki pokoju. Sączyła się do środka przez szpary w ścianach. Następnego ranka materac z włókna kokosowego cuchnął, a w workach z ryżem pojawiły się kijanki.

W takim miejscu łatwo o choroby i przemoc. Mężczyźni nie stronią od alkoholu. Ale najgorsza jest beznadzieja. Kto urodził się w baraku, ten zapewne w nim umrze. Życie tu to naznaczenie. I nie chodzi tylko o biedę i fatalne warunki bytowe. Chodzi o coś więcej - o brak szacunku i pogardę ze strony mieszkańców Bell. Mieszkasz w baraku, jesteś gorszy, w razie czego z definicji podejrzany. Można cię zamknąć bez dania racji. Policjanci nie uwierzą komuś z baraku, wiadomo, tam mieszkają wyrzutki społeczne i złodzieje. Znamy ten mechanizm. 

Młodzieniec skrzyżował na piersi cherlawe ramiona, spojrzał na obdarte buty Hansa i zmarszczył nos, jakby właśnie poczuł, że ktoś puścił bąka. 

Niektórzy pragną się z baraku wyrwać. Młode dziewczyny za wszelką cenę chcą się związać z chłopakiem z Bell. Hans Saroop i jego żona Szueta marząc o lepszej przyszłości dla syna, posyłają go do szkoły w Bell. Ale żeby tam chodzić, trzeba mieć wiele samozaparcia, bo chłopak z baraków będzie zawsze obiektem bezlitosnych kpin i prześladowania. Nic dziwnego, że Kryszna nie chce tam wracać po wakacjach. Buntuje się przeciw uległości rodziców, a szczególnie ojca, który uważa, że tylko grzecznością i pokorą coś wskóra. Nie chce zadrażniać sytuacji. W milczeniu znosi drobne i większe upokorzenia, czego świadkiem bywa syn i nie potrafi takiej postawy zrozumieć. Kipi w nim gniew i wściekłość. 

Kryszna wyciągnął szyję, żeby zajrzeć do środka. (...) Rzucił mężczyźnie spojrzenie spode łba.

- Ale o co się panu rozchodzi?

(...) Mężczyzna patrzył Hansowi prosto w oczy.

- Chłopcy zostają na zewnątrz.

Hans skinął głową.

- Ta jest, psze pana.

- A ci tam to niby co? - Kryszna wskazał na dzieci w sklepie.

- Cicho bądź - skarcił go ojciec, kładąc mu dłoń na plecach.

Mężczyzna nie spuszczał wzroku z Hansa.

- Mieliśmy tu już kilka incydentów, a ja mam tylko jedną parę oczu.

Kryszna nie ma zamiaru znosić zniewag swoich rówieśników z Bell. Żeby bronić honoru, gotów jest się bić. Ma wiernych przyjaciół, którzy w razie czego ruszą mu na pomoc. To kuzyn Tarak i dwaj bliźniacy otoczeni złą sławą. Ale przemoc rodzi przemoc. Chłopaki z miasteczka pamiętają każdy siniak, każde wyzwisko, a przy tym czują się bezkarni, bo jeden z nich jest synem komendanta policji. Konflikt eskaluje i z góry czujemy, że nie może skończyć się dobrze. To tylko jeden z elementów ciągu różnych zdarzeń, które w końcu doprowadzą do tragedii.

Na nierówności majątkowe nakładają się jeszcze problemy rasowe i religijne. Bo na Trynidadzie mieszkają  wyznawcy hinduizmu i chrześcijanie, biali, mulaci i czarni. Ci z baraku to najczęściej hinduiści, ci z miasteczka przeważnie chrześcijanie. To tylko pogłębia konflikt.

Ogromną zaletą powieści są głębokie portrety bohaterek i bohaterów, ich wzajemne skomplikowane relacje. Mało tu postaci jednoznacznie dobrych. Poznając ich historie, doskonale rozumiałam, co nimi powoduje, dlaczego postępują tak, a nie inaczej. Niewypowiedziane traumy, marzenie o miłości i bliskości, a wreszcie o lepszym życiu. I po prostu zmęczenie beznadziejną codziennością, szarpaniną o jako taką egzystencję. To prowadzi niektórych bohaterów do upadku. Nawet dumny Kryszna ma w pewnym momencie dość i czuje, że doszedł do ściany. Jest gotów skapitulować i prosić o pomoc kogoś, kogo nienawidzi. Ulec pokusie o lepszym życiu.

Czy jest w tej powieści coś jasnego? Znajduję trzy takie elementy. Jeden to solidarność mieszkańców baraku, którzy zawsze mogą na siebie liczyć w trudnych sytuacjach. Jeśli coś ich ratuje, to wspólnota, jaką tworzą. Drugi to miłość do barakowego psa, Białej Damy. Tarak, inni również, chociaż on szczególnie, jest dla niej gotów na wiele. Niestety to przywiązanie stanie się jednym z zalążków tragedii, jaka się w tej powieści rozegra. Trzecim jasnym punktem jest postawa jednego z trzech pracowników Changoorów, Robinsona, który wydaje się być człowiekiem szlachetnym, dobrym i bezinteresownym. Czy coś jeszcze? Może dumna postawa Szuety, która nie chce litości. Od kogo i w jakiej sytuacji, tego zdradzić nie mogę.

No i jest też w powieści zagadka. Bo wszystko zaczyna się od nieoczekiwanego zniknięcia Daltona Changoora. To ta strzelba, która skoro wisi na ścianie, to w ostatnim akcie musi wystrzelić. Gdyby nie zniknął, na pewno nie doszłoby do tragedii.

Bardzo dobra, ciekawa i poruszająca powieść, a w dodatku pięknie napisana. 

Vincenzo Latronico "Do perfekcji"

Chociaż krótka powieść Vincenzo Latronico "Do perfekcji" (Czarne

2025; przełożyła Katarzyna Skórska) była w Polsce szeroko omawiana, pewnie nigdy bym się za nią nie wzięła, gdyby bliska mi osoba nie powiedziała, że to o niej i koniecznie muszę przeczytać. Drugi powód to wizyta autora na tegorocznym Festiwalu Conrada. Z czystej ciekawości postanowiłam się na spotkanie z pisarzem wybrać w towarzystwie wzmiankowanej bliskiej mi osoby. 

Cóż, przeczytałam bez bólu, ale tak jak przypuszczałam, nie jest to powieść, która by mnie jakoś specjalnie poruszyła. Tak więc była to lektura z gatunku tylko poznawczych - próba znalezienia odpowiedzi na pytanie, czym tak bardzo niektórzy się zachwycają, w tym bliska mi osoba. No i może, w mniejszym stopniu, chęć nadążania za nowościami. Zresztą, jak to w polskim światku literackim bywa, szum wokół "Do perfekcji" wygasł szybko i gdyby nie wizyta Vincenzo Latronico w Polsce, pewnie jego powieść podzieliłaby los innych niegdyś głośno, acz przez chwilę, dyskutowanych. A teraz do rzeczy.

Anna i Tom przeprowadzają się z Włoch do Berlina. Pracują w branży kreatywnej, mogą to robić z domu, z jakiegokolwiek miejsca na świecie. Pozostanie w rodzinnym kraju wydaje im się nudne i bez przyszłości, chcą zakosztować czegoś innego. 

Wyjazd spowodowany impulsem, rozmową w barze, kiedy kariera zdawała się tkwić w martwym punkcie, a konto w banku pęczniało;

Ot, współcześni nomadzi. Wynajmują mieszkanie, obracają się w kręgu osób podobnych do siebie, ekspatów, którym, tak jak im, modny Berlin wydał się idealnym miejscem do życia. 

Nie była to prywatna mitologia; wprost przeciwnie, jej wartość wynikała z jej uniwersalności. Łączyła spotykanych Hiszpanów, Francuzów, Włochów i Amerykanów; była skodyfikowana w nieskończonej liczbie artykułów lifestyle'owych i filmów dokumentalnych, powielana w obrazach scrollowanych na facebookowych osiach czasu i w instagramowym feedzie całego pokolenia. Przypieczętowała wejście Anny i Toma do społeczności scementowanej wspólną rzeczywistością, społeczności, która sama w sobie stała się jakby rzeczywistością.

Spotkania w kawiarniach, od czasu do czasu noc spędzona w nocnym klubie, trochę używek, ale bez przesady, eksperymenty seksualne, niekoniecznie. Nadążanie za modnym, raczej z progresywnej bańki, stylem życia i dokumentowanie go w mediach społecznościowych. 

Wszyscy utożsamiali się z częścią przekonań lewicowych. Uważali się za feministów, za ludzi zaangażowanych przeciwko niesprawiedliwości społecznej, co przede wszystkim oznaczało, że oburzały ich pewne przejawy rasizmu czy seksizmu w Nowym Jorku. Anna i Tom zrezygnowali z klienta, który odmówił wycofania się z seksistowskiej reklamy. Przekazywali dziesięć dolarów miesięcznie na fundację walczącą z dyskryminacją osób LGBTQ, która to kwota zmniejszała się do niespełna dziewięciu po odjęciu prowizji pobieranej przez kalifornijskiego pośrednika. Podobnie jak ich znajomi nie byli pewni, czy podziwiać Hillary Clinton jako kobietę, czy może potępiać ją za związki z przemysłem farmaceutycznym. Ich zaangażowanie, rzecz jasna, miało charakter czysto teoretyczny; na płaszczyźnie praktycznej ograniczali się do jazdy uberem tylko podczas śnieżycy i zostawiania napiwków gotówką. Nie jadali tuńczyka.

Żadnej próby zrozumienia historii miasta, a jeśli już to w sposób bardzo powierzchowny, anegdotyczny, gadżeciarski.

Najpierw jest zachwyt, ale po jakimś czasie okazuje się, że za tym wszystkim stoi pustka. Trudno nawiązać bliższe więzi w świecie, w którym znajomi poznani na forum dla berlińskich ekspatów nagle znikają, bo decydują się wrócić do kraju albo podążyć w inne miejsce. Oczywiście pojawiają się inni, ale i oni po jakimś czasie mogą wyjechać. Płynny, ponowoczesny świat. Co pozostaje? Bycie we dwoje i niezbyt ekscytująca praca nieprzynosząca wielkich pieniędzy. Wszystko to jakoś letnie i bez emocji. Nie ma prawdziwych problemów, ale nie ma też większych ekscytacji. Cóż, wieczne święto w końcu przestaje być świętem. Tymczasem ich włoscy znajomi, którzy zostali w kraju, powoli pną się coraz wyżej, stabilizują swoją pozycję, a oni tkwią na ruchomych piaskach, stale przekonując się, że to oni wygrali los na loterii, że stabilizacja to relikt pokolenia ich rodziców. Z wygodnej rutyny wyrwie ich na chwilę kryzys migracyjny, bo, tak jak ich znajomi, uznają, że muszą się zaangażować w pomoc migrantom. 

Pobudził ich, rzecz jasna, alarm mówiący o kryzysie humanitarnym, ale również poczucie, że wokół dzieje się coś, czego nie chcą uniknąć, jakby wyczekiwane spotkanie z historią - nareszcie.

Ale i to po jakimś czasie się skończy. Pandemia poczyni w tym światku jeszcze większe wyrwy i spustoszenia. Co pozostaje? Wieczna wędrówka i poszukiwanie nowego raju. Wszak trawa jest zawsze bardziej zielona u sąsiada. Idealny świat dokumentowany w portalach społecznościowych okazuje się iluzją, rajem na pokaz, a naprawdę nic za tym nie stoi. Ale przecież to wszystko już wiemy.

To, co w tej krótkiej powieści zainteresowało mnie najbardziej, to obraz gentryfikującego się Berlina, który zmienia się na niekorzyść dla zwykłych mieszkańców, ale także dla takich ekspatów jak oni, o ironio, właśnie za ich sprawą. 

Chodzili do knajp, w których piwo rzemieślnicze kosztowało trzy razy więcej niż pils w ich dzielnicy; gromadzili się przed galeriami sztuki, które jak na ironię zachowały szyldy wyeksmitowanych handlarzy starzyzną lub szewców; zastępowali lokatorów, którzy opłacali czynsz markami wschodnimi. Zdawali sobie sprawę, że tylko zaogniają problem dotyczący ich środowiska, lecz nie myśleli o tym, podobnie jak palacze nie myślą o nowotworze płuc.

Coraz trudniej znaleźć mieszkanie, bo rosną ceny, znikają ulubione knajpki, na ich miejsce powstają nowe już nie tak swojskie i przyjazne, znikają przestrzenie, no i ludzie. Ta chłodna dokumentacja zmian zrobiła na mnie największe wrażenie. Oczywiście to nic odkrywczego, bo znam zjawisko, czytam i słucham o nim, obserwuję je w moim mieście i w innych, gdzie masowa turystyka staje się powoli przekleństwem.

Powieść nawiązuje do innej, "Rzeczy" Georgesa Pereca, której to książki nie znam, jak pewnie większość czytających Vincenzo Latronico, więc pewnie coś mi umyka. Tymczasem, aby przynajmniej wiedzieć, na czym zasadza się to odniesienie, zajrzałam do, wyjątkowo dokładnej, informacji wydawcy. Książka francuskiego pisarza opowiada o podobnej parze żyjącej w latach sześćdziesiątych zeszłego wieku. Oczywiście taka informacja nie zastępuje lektury. Nabrałam jednak ochoty, aby "Rzeczy" przeczytać, dlatego powodowana impulsem wypożyczyłam  ją bez trudu z biblioteki

Cóż, właściwie tyle mam do powiedzenia na temat "Do perfekcji" Vincenzo Latronico. Książka dokumentuje świat współczesnych nomadów, ale to nie mój świat. A ponieważ jest to opowieść chłodna i beznamiętna, stąd moje określenie dokumentuje, trudno mi jakoś emocjonalnie zbliżyć się do bohaterów. Ale pewnie nie o to chodziło. 

PS. Może jednak odrobinę i ja odnajduję siebie w tym portrecie, mimo że nie jestem współczesną nomadką, przeciwnie, wolę zasiedzenie, no i bohaterowie tej powieści są ode mnie znacznie młodsi.

Abdulrazak Gurnah "Powróceni"

Sama się sobie nie mogę nadziwić, że powieść noblisty Abdulrazaka

Gurnaha "Powróceni" (Wydawnictwo Poznańskie 2022; przełożył Krzysztof Majer) czekała  tak długo na lekturę w głębinach mojego czytnika. Nie chodzi o to, że noblista, ale że to literatura niszowa, a taką uwielbiam. Z tą niszowością oczywiście nie jest tak prosto, bo Abdulrazak Gurnah, urodzony na Zanzibarze, jako dwudziestolatek przybył do Wielkiej Brytanii, gdzie ukończył studia, mieszka i pracuje jako wykładowca literatury na jednym z uniwersytetów, no a pisze po angielsku. Wobec tego jest pisarzem angielskim czy tanzańskim? No ale jego powieści są osadzone w kraju dzieciństwa lub  dotyczą losów migrantów, a właśnie ciekawość innych światów tak bardzo pociąga mnie w literaturach niszowych. Dlaczego wobec tego teraz przyszedł czas na jego powieść? Być może niektóre i niektórzy już się domyślają - chodzi oczywiście o wizytę pisarza w Polsce, a konkretnie na Festiwalu Conrada. Przed spotkaniem, na które z trudem  zdobyłam wejściówkę, postanowiłam "Powróconych" przeczytać. No i udało się bez większego wysiłku, bo przez powieść płynie się znakomicie, chociaż tematyka wcale nie jest wesoła. I już wiem, że po kolei będę czytać kolejne książki pisarza wydawane w Polsce. A kiedy? Czas pokaże. (Dwie kolejne już mam. Tym razem na samym wierzchu mojego czytnika.)

Akcja powieści rozpoczyna się jeszcze przed pierwszą wojną światową, kiedy dzisiejsza Tanzania była kolonią niemiecką i nazywała się Niemiecką Afryką Wschodnią. Wybrzeże, gdzie przede wszystkim rozgrywają się zdarzenia, to świat wielokulturowy. Tu toczy się handel znajdujący się w rękach kupców z Indii i z innych rejonów Afryki, tu przypływają statki z rozmaitymi towarami. Życie podporządkowane jest interesom i płynie raczej spokojnie. Tymczasem w głębi lądu spokojnie wcale nie jest. Niemieccy kolonizatorzy brutalnie pacyfikują kolejne bunty i powstania, robiąc to częściowo rękami tych miejscowych, którzy zaciągają się do schutztruppe, niemieckiej armii stacjonującej w koloniach. Wykorzystują animozje pomiędzy plemionami a ludźmi z wybrzeża czy z większych ośrodków, czyniąc z najemników bezwzględne maszyny do zabijania. Z czasem ci najemnicy zwani askarysami coraz bardziej identyfikują się z Niemcami niż z miejscową ludnością. Podporządkowują sobie skolonizowane tereny i eksploatują je gospodarczo. 

Wytrwałość, z jaką miejscowe ludy odrzucały poddaństwo wobec cesarskiej Deutsch-Ostafrika, zaskoczyła Niemców, zwłaszcza po przykładnym ukaraniu Hehe na południu oraz Chagga i Meru w górach na północnym wschodzie. Wskutek rozgromienia buntowników Maji-Maji setki tysięcy umarły z głodu, a kolejne setki poległy od ran poniesionych na polu bitwy lub zostały stracone w publicznych egzekucjach. Niektórym zarządcom Deutsch-Ostafrika taki rezultat wydawał się nieunikniony. Prędzej czy później ci ludzie i tak by zginęli. Uznano, że Afrykanie muszą poczuć zaciśnięta pięść potęgi niemieckiego cesarstwa, by nauczyli się z pokorą znosić jarzmo niewoli, z każdym dniem mocniej gniotące karki opornych. (...) Żyzną ziemię przejmowali coraz liczniejsi niemieccy osadnicy. Coraz więcej ludzi obejmowano przymusem pracy, by budowali drogi, oczyszczali przydrożne kanały, tworzyli aleje i ogrody dla rozrywki kolonizatorów i ku większej chwale Kaiserreichu.

Kiedy zacznie się wielka wojna, w Polsce znana jako pierwsza, na tych terenach rozegra się walka pomiędzy  Niemcami i Brytyjczykami. Oczywiście znowu w głównej mierze odbędzie się to rękami miejscowych, którzy zaciągną się do niemieckiej armii kolonialnej albo jako żołnierze zwani askarysami, albo w roli tragarzy. Dlaczego to robią? Przecież to nie ich wojna, jak mówi jeden z głównych bohaterów, Khalifa, do innego, Ilyasa, który postanawia dobrowolnie zgłosić się do armii. Jedni  dla pieniędzy, inni, jak Hamsa oddany przez rodziców za długi pewnemu kupcowi z wybrzeża, bo to wyjście wydaje im się w ich sytuacji najlepsze, jeszcze inni, jak Ilyas, robią to niezmuszeni sytuacją ekonomiczną, ale dlatego, że zostali przez niemieckich kolonizatorów przeciągnięci na swoją stronę. Coś im zawdzięczają, mówią i piszą po niemiecku, pracowali dla nich. Umysły ludzi takich jak on  zostały skolonizowane.

... nie mieli pojęcia, że całe lata spędzą, walcząc na terenach bagnistych, górzystych, leśnych i trawiastych, w ulewę i w suszę, zarzynając i dając się zarzynać, a po drugiej stronie staną armie ludzi, o których istnieniu nawet nie wiedzieli: Pendżabowie i Sikhowie, Fante, Akan, Hausańczycy i Jorubowie, Kongo i Luba, wszyscy ci najemnicy, którzy toczyli za Europejczyków ich wojny ...

Szlak askarysów znaczyły zgliszcza i setki tysięcy umierających z głodu, oni tymczasem parli naprzód w ślepym, krwiożerczym entuzjazmie dla sprawy, której genezy nie znali, opartej na ambicjach, które w ostatecznym rozrachunku miały doprowadzić do ich poddaństwa.

Muszę przyznać, że niewiele na ten temat wiedziałam i to właśnie tło historyczne, dodatkowo naświetlone przez tłumacza w posłowiu, było czymś odkrywczym. Nieoczekiwanie najciekawszymi i najbardziej przejmującymi okazały się dla mnie te partie powieści, których akcja rozgrywa się w czasie pierwszej wojny, a jej bohaterami są żołnierze, a przede wszystkim wspomniany już Hamsa. Bardzo ciekawa jest relacja, jaka nawiązuje się pomiędzy nim, a niemieckim oficerem, któremu służy. Z jednej strony zostaje jakoś wyróżniony, z drugiej przysporzy mu to później problemów, a w końcu doprowadzi do tragedii, której omal nie przypłaci życiem. Niemiecki oficer roztacza nad nim parasol ochronny, a kiedy orientuje się, że nie jest analfabetą, chce go cywilizować, ucząc niemieckiego. To nie oznacza, że nie okazuje mu pogardy, nie wykorzystuje i nie złości się na niego. 

Co człowiek z przepięknego miasta Marbach robi w tej zasranej dziurze? Wychowałem się w rodzinie o wojskowych tradycjach i taka jest moja powinność. Dlatego tu jestem. By wziąć w posiadanie to, co nam się słusznie należy, ponieważ jesteśmy silniejsi. Mamy do czynienia z zacofańcami, z dzikusami, a jedynym sposobem na rządzenie kimś takim jest tchnąć grozę w nich (...) i siłą zmusić ich do posłuszeństwa.

Inni jednak traktują askarysów jeszcze gorzej, jakby nie byli ludźmi. Trzeba jednak przyznać, że wojna tylko do czasu obchodzi się łagodniej z niemieckimi oficerami. Potem i oni dostaną swoje.

Innym ciekawym aspektem jest kwestia  czytania i pisania. Ta umiejętność dla bohaterów i bohaterek jest bardzo ważna. Mogą dzięki niej dostać lepszą pracę, poczuć się wyróżnieni. Bywa, że jej zdobycie okupione zostaje cierpieniem, wymaga samozaparcia. Inna sprawa, że najczęściej uczą się tej sztuki w języku kolonizatorów, najpierw Niemców, po traktacie wersalskim Brytyjczyków, bo to oni przejmują te tereny od pokonanych. 

A poza tym bardzo ciekawa jest sama opowieść - losy bohaterów i bohaterek, ich pogłębione portrety, także kobiece, wzruszająca historia miłosna pary poranionych przez życie ludzi. No i dostajemy też zagadkę, której rozwiązanie nastąpi dopiero pod koniec powieści. Jest wreszcie bardzo dobrze oddane tło obyczajowe. Wszystko to niezwykle interesujące.

Przejmująca, ciekawa, rozszerzająca horyzonty powieść. 

Sylwia Zientek "Blask Montparnasse'u. Artystki i artyści Szkoły Paryskiej"

Wszystkim amatorsko interesującym się malarstwem, wszystkim,

którym wyraz galeria kojarzy się w pierwszym rzędzie z malarstwem albo rzeźbą, a nie z przymiotnikiem handlowa, polecam książkę Sylwii Zientek "Blask Montparnasse'u. Artystki i artyści Szkoły Paryskiej" (Agora 2025). Już wcześniej słyszałam o jej dwóch poprzednich książkach poświęconych malującym albo pozującym kobietom, ale wtedy jakoś się nie skusiłam. Teraz mam już je w swoim czytniku!

Najpierw jednak kilka słów o samej autorce, bo to osoba ciekawa. Niedawno wysłuchałam długiej rozmowy z nią w jednym z podcastów. Z wykształcenia wcale nie jest historyczką sztuki, ale prawniczką. Przez lata pracowała w korporacji, jednak od zawsze chciała pisać. Zaczęła od powieści, których dziś raczej nie ceni. Teraz jej pasją jest malarstwo - w swoich dwóch pierwszych książkach oddaje należne miejsce malarkom, tym znanym i tym, o których zapomniano.  Razem z mężem zaczęła  kolekcjonować sztukę. "Blask Montparnasse'u" to kontynuacja i rozszerzenie tematów podejmowanych w "Polkach na Montparnassie". 

Bo Sylwia Zientek w swojej najnowszej książce zajmuje się zagadnieniem słabo obecnym w powszechnej świadomości, czyli Szkołą Paryską.

Szkoła Paryska była fenomenem na skalę światową. Do tej pory nigdzie, nawet w kosmopolitycznym i wielokulturowym Nowym Jorku, nie uformowała się na taką skalę wspólnota artystyczna skupiająca osoby z różnych krajów, rozmaitego pochodzenia, o zróżnicowanym statusie majątkowym i społecznym, której twórczość zyskałaby rozpoznawalność i uznanie w oczach krytyki oraz szerokiej publiczności.

To jeden z ostatnich akapitów książki. Przyznam, że samo pojęcie gdzieś kiedyś obiło mi się o uszy, ale nigdy nie zgłębiałam tematu. Nie miałam też pojęcia, że wśród przedstawicieli Szkoły Paryskiej są Chagall, Modigliani, Picasso. To najbardziej rozpoznawalne nazwiska. Ale malarzy i malarek tworzących w Paryżu, głównie na Montparnassie, od początku dwudziestego wieku do czasów drugiej wojny światowej, bo to ich określa się tym mianem, były tysiące. O wielu zapomniano, inni nigdy nie odnieśli sukcesu, niektórzy, niegdyś popularni, dziś znów są przypominani.  Są wśród nich takie nazwiska jak Mojżesz Kisling, Mela Muter, Tadeusz Makowski, Chaim Soutine, Eugeniusz Eibisch, Eugeniusz Zak, a to tylko kilka z przewijających się na kartach książki. Przyznam, że wcześniej słyszałam chyba tylko o Kislingu, Muter, a najwięcej o Makowskim i właściwie tylko malarstwo tego ostatniego kojarzyłam. 

Nieprzypadkowo jest tu tyle nazwisk lub imion polskich i żydowskich. Bo to właśnie młodzi ludzie głównie z Europy Wschodniej i Środkowej przybywali tłumnie do Paryża, osiedlali się na Montparnassie, który do czasów pierwszej wojny światowej był dzielnicą podmiejską, gdzie tanio można było wynająć pracownię, i marzyli, aby malować, malować, malować i może osiągnąć sukces. Co ich przyciągało do francuskiej stolicy? Wolność artystyczna i obyczajowa, ale także intensywność życia, rozmach miasta.

W relacjach pierwszego zetknięcia się z paryską metropolią większość artystów Szkoły Paryskiej wymienia słowa "oddech" i "wolność". "W Paryżu poczułem się niczym pies zerwany z uwięzi" - pisał w "Moim życiu" Chagall.

Większość z nich, zanim się przebiła, klepała biedę. Naprawdę trzeba było mieć bardzo dużo samozaparcia, aby żyć w nieopalanych nędznych pracowniach, nie dojadać, a nawet głodować. Artystkom i artystom ze Wschodu nie zawsze było łatwo wtopić się w kulturę francuską, zrozumieć społeczne normy, obyczaje, trudnością była słaba albo żadna znajomość języka, dlatego trzymali się razem. Tak powstała między innymi polska kolonia. 

 Zdecydowanie łatwiej było się asymilować osobom wywodzącym się z rodzin ziemiańskich czy szlacheckich. Znajomość francuskiego zdobywali niejako naturalnie już od dziecka. Francuska kultura była stale obecna w ich rodzinnych domach. Jednak w Paryżu nawet artyści wychowani w takich warunkach odczuwali kompleksy z powodu pochodzenia.

Niektórym nigdy nie udało się zdobyć uznania krytyki i publiczności. Kilku zostało docenionych po śmierci. Malarki i malarze Szkoły Paryskiej nie tworzą jednego kierunku. Jedni fascynowali się kubizmem, inni ekspresjonizmem, fowizmem, jeszcze inni stworzyli własny niepodrabialny styl jak Chagall czy Makowski. W ciągu tych czterdziestu lat zmieniały się przecież mody i nurty. Zmieniał się też sam Montparnasse, który w latach dwudziestych zeszłego wieku stracił swój podmiejski charakter i stał się turystycznym i celebryckim disneylandem. Zmieniało się też nastawienie do artystów. Z jednej strony niektórzy z nich, nieliczni, zyskali status gwiazd, z drugiej im bardziej podnosił głowę nacjonalizm, tym więcej było niezadowolonych, że nie docenia się sztuki francuskiej, tylko jakieś międzynarodowe, często żydowskie, towarzystwo. A i Polacy tworzący w Paryżu polską kolonię nie mieli w swojej ojczyźnie łatwo, bo zarzucano im, że ich sztuka nie jest narodowa, tylko kosmopolityczna.

Książkę Sylwii Zientek czyta się znakomicie. Rozdziały opowiadające o codziennym życiu artystek i artystów, o dzielnicy, o tym, jak mieszkali, jak żyli, o knajpach, w których się spotykali, przeplatają się z rozdziałami poświęconymi konkretnym malarkom lub malarzom, ale także modelkom czy najbardziej zasłużonym marchandom, w tym Leopoldowi Zborowskiemu. Autorka opuszcza ich, aby w kolejnych częściach książki do nich wrócić i dopowiedzieć ich losy. Dużo miejsca poświęca kobietom, których do Paryża przybywało bardzo dużo.  

Tu (...) [mogły] swobodnie przemieszczać się po wielkim mieście, przysiąść w kawiarni, pójść do teatru, na koncert czy na jeden z wielu darmowych wykładów. (...) Dla kobiet Paryż był przede wszystkim oazą wolności.  

I to niezależnie od stanu cywilnego! 

Wielką zaletą "Blasku Montparnasse'u" jest właśnie to połączenie historii  konkretnych postaci z tego artystycznego świata, możliwość odkrycia wielu nowych nazwisk z opowieścią o dzielnicy, o przemianach, jakim podlegała jej tkanka i ten artystyczny tygiel.

Popularne posty