Natalia Ginzburg "Słownik rodzinny"

Książka słabo u nas znanej włoskiej pisarki Natalii Ginzburg

"Słownik rodzinny" (Filtry 2021; przełożyła Anna Wasilewska) jest dla mnie jak przysłowiowa gwiazdka z nieba. Kiedy mniej więcej siedem lat temu trafiłam na jej świeżo wtedy wydaną przez Austerię powieść "Nasze dni wczorajsze", którą się zachwyciłam, dowiedziałam się, że najważniejsza książka Natalii Ginzburg to "Lessico famigliare", który to tytuł przetłumaczono na okładce jako "Leksykon rodzinny", a dziś Anna Wasilewska dla Filtrów przełożyła go jako "Słownik rodzinny". Od tamtej pory co jakiś czas wchodziłam na stronę Austerii i sprawdzałam zapowiedzi. Początkowo miałam nadzieję, że skoro wydali "Nasze dni wczorajsze", to pojawi się również tytuł uważany za najważniejszy w dorobku Natalii Ginzburg. Stopniowo nadzieję traciłam, aż straciłam ją ostatecznie. No i jakaż była moja radość, kiedy z okazji zapowiedzi wydawniczych na rok 2021 dowiedziałam się, że już wiosną Filtry wydadzą "Lessico famigliare"! Odtąd odliczałam dni! Kupiłam jeszcze przed premierą i natychmiast przeczytałam. I oto piszę, dzieląc się refleksjami i namawiając na obie lektury - "Słownik rodzinny" i "Nasze dni wczorajsze". Niestety ta ostatnia jest już niedostępna.

Może warto napisać choćby parę słów o tym, kim była autorka uważana za jedną z najważniejszych włoskich pisarek? Urodziła się w roku 1916 jako najmłodsza z pięciorga dzieci we włosko-żydowskiej rodzinie Levich. Jej matka była Włoszką, ojciec Giuseppe Levi, zasymilowany Żyd, wybitnym profesorem biologii. Ich dom odwiedzało wiele znanych osób - intelektualistów, dziennikarzy, pisarzy, wydawców, przemysłowców i ludzi, którzy po wojnie stali się politykami. Te nazwiska, znajdujące się dziś w encyklopediach, nam na ogół nic nie mówią, ale Włochom tak. Natalia wychowywana była w duchu ateistycznym, antyfaszystowskim i lewicowym. W 1938 wyszła za mąż za pochodzącego z Rosji Żyda, Leone Ginzburga, slawistę i działacza antyfaszystowskiego, który w czasie wojny, torturowany, zmarł w rzymskim więzieniu.

"Słownik rodzinny" w przeciwieństwie do przywoływanych tu "Naszych dni wczorajszych" nie jest powieścią, choć, jak pisze autorka we wstępie, jak powieść należy go traktować. To obejmująca mniej więcej trzydzieści lat opowieść o rodzinie Levich. Na jej kartach oprócz rodziców, braci, siostry, krewnych, przyjaciół, służących pojawiają się znajomi, o których wspominałam. Te trzydzieści lat to między innymi czas rodzącego się faszyzmu, rządów Mussoliniego, ustaw antyrasistowskich, potem wojny, a wreszcie okres powojenny. Opowieść snuta jest w specyficzny sposób. Narratorka pozostaje z boku - wydobywa z pamięci zdarzenia, osoby, rozmowy. Zachowuje chronologię, ale nie zawsze konsekwentnie. Nie ma tu podziału na rozdziały, jest historia rodzinna na tle tamtych burzliwych lat opowiadana jednym tchem. Nie ma dat, nie ma dokładnego zaczepienia w czasie. Jego upływ czujemy na kilka sposobów. 

Najpierw pojawiają się wręcz zdawkowe, podawane jakby mimochodem, naturalnie, informacje o żydowskich uciekinierach, których coraz więcej w Turynie, o antyfaszystowskich konspiratorach, o aresztowaniach, ucieczkach, utracie przyjaciół sprzyjających Mussoliniemu. To wszystko kończy okres beztroskiego dzieciństwa, chociaż upływającego w cieniu wybuchowego i despotycznego ojca. Ten ostatni na kartach książki jawi się bardziej jak niegroźny dziwak, który straszy, ale którego nie sposób się bać naprawdę. Potem przychodzi groza wojny. Aresztowania, ukrywanie się na prowincji, ucieczki, bombardowania. Wreszcie czas powojenny. Powroty do Turynu, spotkania z dawno niewidzianymi znajomymi, próba życia jak dawniej. Ale żyć jak dawniej już się nie da. 

Kolejny sposób, dzięki któremu czujemy, że czas nie stoi w miejscu, to straty i starzenie się. Ktoś umiera, ktoś wyjeżdża z Turynu, do Rzymu albo za granicę, dzieci dorastają, żenią się, wychodzą za mąż, mają swoje dzieci, rodzice starzeją się, ich przyjaciele również. 

Wreszcie trzeci sygnał, że wszystko się zmienia, to język. Początkowo prosty język dziewczynki, która tylko opowiada. Potem zdania wydłużają się, a od czasu do czasu pojawiają się wyraźnie wyczuwalne melancholia, nostalgia i przede wszystkim refleksje. To jedyny komentarz, jedyne miejsca, kiedy narratorka dopuszcza czytelnika bliżej, do siebie. Tylko wtedy możemy domyślić się, co naprawdę czuła. Ta pozorna oschłość narracji jest charakterystyczna dla jej wspomnień. Jakby pamięć potrafiła przywołać już tylko same zdarzenia, zamieniając wiele z nich w zabawne anegdoty. Ale czy tak właśnie nie jest? Z czasem jesteśmy w stanie odtworzyć to, co w przeszłości nas poruszyło, ale intensywność uczuć gdzieś ginie. Wiemy, że byliśmy bardzo  szczęśliwi, że cierpieliśmy, że płakaliśmy, że staliśmy na skraju załamania, ale już tego nie czujemy. To sprawił dobry czas, który leczy rany. Chociaż może te dobre chwile warto by było tak intensywnie odczuwać całe życie? Dlatego czytelnik może się tylko domyślać, co przeżywali bohaterowie tej rodzinnej historii. To pole dla jego wrażliwości i wyobraźni budowanej przez liczne lektury, filmy i doświadczenia. Bo przecież na kartach książki jest wiele tragedii - ucieczki, ukrywanie się, aresztowania, strach o życie rodziny, o dzieci, wreszcie utrata najbliższych.

Podobnie jak w "Naszych dniach wczorajszych" tak i w "Słowniku rodzinnym" ważny jest język, sposób pisania, o którym już wspominałam. W obu książkach Natalia Ginzburg zastosowała podobną technikę. Tu mamy coś jeszcze. Nieprzypadkowo tłumaczka, Anna Wasilewska, przełożyła tytuł powieści nie jako leksykon, ale słownik - "Słownik rodzinny". Bo w istocie ze słownikiem mamy tu do czynienia. To właśnie dzięki tym charakterystycznym dla rodziny powiedzonkom, słówkom, wierszykom, piosenkom, rozumianym tylko przez ojca, matkę i rodzeństwo, możliwe jest przywołanie wspomnień. Chyba każda rodzina ma taki swój słownik. Słowa pacan, osioł, pacaneria, murzyństwo (to ostatnie nie ma w książce rasistowskiego wydźwięku) znaczą coś tylko dla nich, dla Levich. Jak pisze narratorka, dzięki nim natychmiast się rozumieją, dzięki nim odnajdą się wszędzie. Taki rodzinny kod, tajemny szyfr.

Czyta się tę książkę jednym tchem. Trudno się od niej oderwać. Mam nadzieję, że tym razem dzięki sile przebicia Filtrów twórczość Natalii Ginzburg nie utonie wśród morza tytułów wartościowych i oceanu literackiego przeciętniactwa. Ale nie wykluczam, że moja nadzieja okaże się płonna. Wszak obserwując na fejsie to i kilka innych wydawnictw, jestem w bańce książkoholików. Czy ktoś z moich znajomych słyszał o Natalii Ginzburg? O "Słowniku rodzinnym"? A o wydawnictwie Filtry?  

Ciekawa też jestem, czy Filtry pójdą za ciosem i wydadzą inne książki Natalii Ginzburg? Bardzo bym chciała. Nieśmiało zaczynam marzyć. A tymczasem namawiam - koniecznie przeczytajcie "Słownik rodzinny" i "Nasze dni wczorajsze"!!!

Aleksandra Zbroja "Mireczek. Patoopowieść o moim ojcu"

Zdarza się, że decyduję się na lekturę książki pod wpływem

wywiadu z autorem. Tak było tym razem. Gdy nie tak dawno temu zewsząd zaczęły wyskakiwać reklamy debiutanckiej książki Aleksandry Zbroi, która dotąd parała się dziennikarstwem, nie zwróciłam na nią specjalnej uwagi. Kiedy jednak wysłuchałam rozmowy o "Mireczku. Patoopowieści o moim ojcu" (Agora 2021), zmieniłam zdanie. Rzadko za lekturę biorę się tak szybko po premierze. Co mnie tak ruszyło? Temat - alkoholizm. Nasz, rodzinny, polski, chciałoby się ironicznie napisać narodowy, wszak teraz wszystko jest narodowe. Ale historia opowiedziana w książce do śmieszkowania i ironizowania nie skłania. Ta patoopowieść zrobiła na mnie wstrząsające wrażenie. Sama na szczęście nie mam takich doświadczeń. Ale problem nie jest mi obcy. Alkoholikiem był brat mojej mamy, szczęśliwie dla swojej rodziny, jeśli o szczęściu w ogóle można tu mówić, pijany zasypiał. Alkoholikiem był ojciec mojej przyjaciółki z czasów dzieciństwa, z czego wtedy nie bardzo zdawałam sobie sprawę. Też na szczęście w swoim piciu nie przypominał książkowego Mireczka. Wśród znajomych mam takich, których o skłonność do alkoholu mogę podejrzewać. Jaki to problem w skali makro, wiem, bo trochę na ten temat czytałam, a może bardziej, jak zwykle, słuchałam. Nie jest normalne, że w nocy i w niedzielę bez trudu, nie oddalając się znacznie od domu, można kupić alkohol, ale po lekarstwo trzeba wyprawić się na drugi koniec miasta do jedynej czynnej apteki. Tak się jakoś złożyło, że wczoraj znowu wpadła mi w ucho radiowa rozmowa na ten temat. No ale nie o tym ma być ta notka, wracam więc do książki.

Aleksandra Zbroja opowiedziała o swoich doświadczeniach. Jest to opowieść o jej pijącym ojcu, tytułowym Mireczku, o problemie alkoholizmu, który jak rak toczy nasze społeczeństwo. Ale to, co zrobiło na mnie wstrząsające wrażenie, to historia dziecka, które wychowuje się w takiej rodzinie. Bo alkoholiczką była również matka autorki. Niby nie trzeba mieć wielkiej wyobraźni, aby wiedzieć, jak destrukcyjny wpływ ma na rodzinę alkoholizm jednego, a tym bardziej dwojga z rodziców. Niby wiadomo, że cierpią dzieci, że ciągnie się to potem za nimi, że mają syndrom DDA (dorosłe dzieci alkoholików), niby co jakiś czas przemyka przez media historia dziecka, które stało się ofiarą pijących rodziców. Czasem, jeśli jest bardzo drastyczna, robi się wielkie medialne wzmożenie. Ale autorce udało się coś innego - dzięki jej opowieści naprawdę zrozumiałam, co czuje i przez co musi przejść takie dziecko. Z jednej strony strach, wstyd, poczucie, że jest się gorszym, zazdrość wobec rówieśników, którzy wychowują się w normalnych rodzinach, nieprzespane noce, zawalanie nauki, wieczne poczucie zagrożenia, że znowu się zacznie, z drugiej nadzieja, że tym razem się uda, wielka radość, kiedy nagle trzeźwy ojciec zabiera na spacer i wreszcie można się być jak inne dzieci, niesamowite pragnienie, aby tak już zostało i ogromny zawód, kiedy znowu na długie tygodnie znika, a potem nagle pojawia się i siłą usiłuje wedrzeć się do mieszkania. Historia drzwi, które kilkakrotnie w alkoholowym szale Mireczek forsuje i rozwala, staje się tu symboliczna. Podobnie dzieje się z drzwiami do pokoju, które trzeba zabarykadować przed pijanymi rodzicami. Trudno pojąć tę dziecięcą huśtawkę uczuć - wstyd, strach, nienawiść, upokorzenie, ale także miłość i przywiązanie. No bo jak kochać takiego ojca? A jednak pragnienie normalności jest tak wielkie, że do czasu się da. Potem już nie. Bo i o tym szczerze opowiada Aleksandra Zbroja, która swoją opowieść zaczyna od końca - od nagłej śmierci Mireczka. Im jest starsza, im bardziej ojciec się zatraca i degraduje, tym mniej w niej ciepłych uczuć, a w końcu nie ma ich wcale. 

Pisząc swoją szczerą książkę, próbuje dociec przyczyn. Jak to się stało? Dlaczego zaczął pić? Może gdyby okazało się, że praprzyczyną była jakaś tragedia, jakaś trauma, gdyby można było wszystko zwalić na komunę, na stan wojenny, byłoby łatwiej? Systematycznie cofając się wstecz, aż do narodzin Mireczka, autorka sprawdza wszystkie możliwości, ale odpowiedzi nie znajduje. Podobny los jest udziałem setek tysięcy (?), milionów (?) takich mireczków. Opowiadając o jednym z nich, kreśli jednocześnie problem. Mimochodem przemyca dane, pokazuje, jak systematycznie zwiększało się spożycie alkoholu, jak rosła liczba uzależnionych, pacjentów oddziałów odwykowych, jak zupełnie na tym polu poległ Kościół mimo rozlicznych akcji propagujących trzeźwość, okolicznościowych ślubowań, modlitw, wielkich słów. Porównuje, jak piło się za komuny, a jak potem. Pisze, jak wszechobecny był i jest alkohol, a wreszcie o tym, że mimo pozornego potępienia w gruncie rzeczy panuje dość powszechne przyzwolenie na picie. Pewnie każdy był świadkiem opowiadanych przez znajomych z pewną dumą, w formie żartu, alkoholowych wspomnień. Prawdopodobnie każdemu zdarzyło się dobrze bawić, słuchając takich opowieści albo patrząc, jak pijany staje się bohaterem filmowych gagów. Niewiele jest osób, którym nigdy nie urwałby się film. Nic dziwnego, że Aleksandra Zbroja pisze w pewnym momencie o tym, jaki żal ma do swoich krewnych, którzy zawsze litowali się nad pijącym Mireczkiem, rzadko nad nią.

Przejmująca książka. Rozpisując się o problemie, nie wspomniałam, że napisana z talentem, niebanalnie. Czytając, ma się wrażenie obcowania z powieścią. Może dlatego, mimo że autorka pisze o swoim ojcu, swojej rodzinie i o sobie, udaje jej się uniknąć pułapki ekshibicjonizmu. 



Aleksandra Lipczak "Lajla znaczy noc"

Kiedy usłyszałam, że Aleksandra Lipczak pisze kolejną książkę o

Hiszpanii, ogromnie się ucieszyłam. Po pierwsze dlatego, że bardzo podobali mi się jej "Ludzie z placu Słońca" - reportaże z ogarniętego kryzysem kraju. Po drugie uwielbiam Hiszpanię. Podróżowałam po niej kilkakrotnie, za każdym razem zwiedzając inny region. Gdyby ktoś mnie zapytał, które europejskie państwo, jako turystka, lubię najbardziej, pewnie wymieniłabym Włochy, ale Hiszpania byłaby na drugim miejscu. Chociaż kto wie? A może oba postawiłabym na równi? Był i trzeci powód, który sprawił, że na kolejną reporterską książkę Aleksandry Lipczak, "Lajla znaczy noc" (Karakter 2020) czekałam z niecierpliwością, - miała to być rzecz o Andaluzji, w której oczywiście też byłam. Nie wnikając głębiej w tę zapowiedź, uznałam, że będzie to, jak poprzednio, zbiór reportaży tym razem ograniczony do jednego regionu. Jakież było moje zdumienie, kiedy wreszcie zaczęłam czytać! Bo okazało się, że to zupełnie inna książka! Jeszcze lepsza, niezwykle ciekawa, mądra, głęboka i pięknie napisana! Ale najważniejsza informacja jest taka, że tym razem to nie reportaż. Co w takim razie? Chyba najbliżej jej do eseju. I wbrew wcześniejszym zapowiedziom rzecz nie ogranicza się tylko do Andaluzji. Bo Aleksandra Lipczak przygląda się dziedzictwu Al-Andalus, czyli czasom, kiedy dużą część Półwyspu Iberyjskiego zajmowali muzułmanie, tworząc w różnych okresach emiraty, kalifaty albo królestwa, w których zamieszkiwali także chrześcijanie i żydzi. Autorka nie tylko sięga głęboko do historii, ale czasem pokazuje, a czasem zastanawia się, jak to dziedzictwo rezonuje współcześnie. Czy jest ważne? Czy je widać? Czy Hiszpanie je sobie uświadamiają? Czy przewartościowują swoje widzenie własnej historii? Może nie tyle czy, bo wtedy odpowiedź będzie oczywista - tak, ale jak bardzo? na ile?

Kiedy podróżuje się po Hiszpanii, zwiedza się oczywiście wspaniałe zabytki, jakie pozostały po tamtej epoce, bo przecież słusznie są niezwykłą turystyczną atrakcją, ale jednocześnie na każdym kroku słyszy się o Rekonkwiście, o Królach Katolickich, Ferdynandzie i Izabeli, i chcąc, nie chcąc,  przyjmuje się taki punkt widzenia. Czasy panowania Maurów jawią się z tej perspektywy jak jakaś baśń. Jej namacalnym świadectwem są  takie niezwykłe miejsca jak choćby najsłynniejsze - Alhambra w Granadzie czy Mesquita w Kordobie. Gdybym znała książkę Aleksandry Lipczak, zanim wyprawiłam się do Andaluzji i w inne rejony, gdzie ślady Al-Andalus są silne, moje zwiedzanie byłoby znacznie głębsze, mądrzejsze, więcej bym zauważyła i zrozumiała, postawiłabym sobie pytania, jakich wówczas nie stawiałam.

Najważniejsze zagadnienie, wokół którego krąży książka, to jak widzieć Rekonkwistę. Czy było to zwycięstwo katolicyzmu nad opresyjnym islamem? Czy przeciwnie zagłada wyrafinowanej kultury, sztuki, a przede wszystkim cywilizacji? Tak widział to Lorca. Czy w ten sposób rodziła się nowoczesna Hiszpania? Czy w ogóle powinno się mówić o Rekonkwiście, czy raczej o podboju? To pierwsze spojrzenie bliższe zawsze było hiszpańskiej prawicy. Nie przez przypadek rekonkwistą nazywał Franco wojnę z Republiką. Co zbudowało duszę Hiszpanów - osiemset lat współżycia muzułmanów, żydów i chrześcijan czy Rekonkwista i katolicyzm? A wreszcie, czy fakt, że Hiszpanie dość przyjaźnie przyjmują uchodźców, można tłumaczyć tym średniowiecznym dziedzictwem? Odpowiedzi wcale nie są jednoznaczne i proste. Autorka oddaje głos różnym stronom sporu, powołuje się na rozmaitych naukowców. Jedno po lekturze książki Aleksandry Lipczak wydaje się bezsporne - że toczy się dyskusja, że ustalone dotąd poglądy ulegają rewizji.

Jeśli po tym, co tu napisałam, ktoś wyobraził sobie, że "Lajla znaczy noc" to tylko rozważania wokół tych zagadnień, jest w błędzie. Ta książka to także podróż. Z jednej strony autorka wędruje śladami Al-Andalus - odwiedza jej najważniejsze miejsca, Kordobę, Toledo, Granadę i wiele innych. Z drugiej wyprawia się w przeszłość do tych samych miejsc. I jedno, i drugie robi wspaniale. Bez trudu stawało mi przed oczami to, co sama widziałam, będąc w Hiszpanii, ale przede wszystkim wędrowałam ulicami średniowiecznej Kurtuby (Kordoby) i innych miast, oglądałam pałace kalifów czy pracownie tłumaczy w Toledo. (Ich historia tych stanowi osobne niezwykle ważne i ciekawe zagadnienie)

To i wiele więcej znaleźć można w najnowszej, znakomitej, książce Aleksandry Lipczak "Lajla znaczy noc". Lektura obowiązkowa nie tylko dla tych, którzy Hiszpanię znają lub podróż dopiero planują. 

Dominika Słowik "Zimowla"

Długo przymierzałam się do drugiej powieści Dominiki Słowik

"Zimowla" (Znak 2019). Już jej debiut o dziwnym tytule "Atlas: Doppelganger" narobił dużo szumu i miał dobre, a może nawet bardzo dobre, recenzje. Wtedy się nie skusiłam, tym razem też nie od razu. Kiedy jednak wrzawa wokół "Zimowli" zrobiła się duża, co ostatecznie zostało potwierdzone najpierw nominacją do Paszportów Polityki, a potem wygraną w kategorii literatura, postanowiłam sprawdzić. Zwyciężyła ciekawość. Powieść w moim czytniku leżała już od jakiegoś czasu, ale zawsze zwyciężało coś innego. W końcu jednak przeczytałam.

Historia mieszkańców Cukrówki wciągnęła mnie od pierwszych stron. Pozwoliła się oderwać od codzienności i zatopić całkowicie w opowieści rozbuchanej wyobraźnią autorki, która na ponad sześciuset stronach książki stworzyła cały zamknięty mikrokosmos - miejscowość, jej historię, barwne, dziwaczne postacie i ich losy. Miasteczko (...) na pograniczu absurdu i sensu. Czytając, miałam nieodparte skojarzenia z twórczością Pilcha, tyle że jego odróżnia niepowtarzalny, od razu rozpoznawalny język. Pilchową frazę trudno zapomnieć, styl Dominiki Słowik nie jest tak charaterystyczny.  Nie piszę o moich skojarzeniach po to, aby czynić z tego zarzut, po prostu to podobny typ literackiej wyobraźni. Czytałam też, że Cukrówka to polskie Macondo - w tej sprawie głosu nie zabieram, bo moja przygoda ze "Stoma latami samotności" Marqueza skończyła się po kilkudziesięciu stronach. Jakoś nie potrafiłam się wciągnąć i nigdy nie wróciłam. Pewnie powinnam spróbować ponownie, bo było to dawno temu. Po tych wstępnych zachwytach, które zaraz rozwinę, muszę jednak dodać, że nie jestem bezkrytyczna, o czym na końcu.

Świat wymyślony przez Dominikę Słowik balansuje między realizmem, a fantasmagorią. Z jednej strony jest mocno zakorzeniony w polskiej rzeczywistości czasów PRL-u i transformacji, z drugiej mnóstwo tu zdarzeń magicznych, niesamowitych, uznawanych przez mieszkańców Cukrówki za cuda. Ale to nie wszystko - całość została włożona w ramy powieści, która mnie nieodparcie kojarzy się z książkami określanymi mianem chłopackich - kilku nastolatków przeżywa niesamowite przygody, rozwiązuje jakąś zagadkę, czasem autor zatrzymuje się tylko na warstwie czysto rozrywkowej, czasem jego bohaterów dręczą rozterki i problemy charakterystyczne dla ich wieku. Ale autorka bazując na tym schemacie, jednocześnie go rozciąga albo rozbija. Po pierwsze jej bohaterowie w roku 2005, kiedy toczy się zasadnicza akcja, są starsi niż zazwyczaj w tego typu powieściach. Mają siedemnaście lat, więc piją, palą i nie stronią od innych używek. A po drugie główną bohaterką i zarazem narratorką  jest dziewczyna. To z jej perspektywy poznajemy tę mocno skomplikowaną i pełną niezwykłych zdarzeń historię tamtej burzliwej dla Cukrówki wiosny i jeszcze bardziej burzliwego lata. Jej kompanami są dwaj kumple, z którymi trzyma sztamę od wczesnych lat podstawówki. A że łączące ich relacje nie są podszyte żadnymi podtekstami damsko-męskimi, może stąd to moje skojarzenie z powieścią chłopacką? Kiedy teraz myślę o "Zimowli", uzmysławiam sobie, że nie ma w niej w ogóle wątków romansowych, a problemy damsko-męskie sprowadzają się do rywalizacji o władzę, wpływy, znaczenie. Bo to kobiety w świecie Cukrówki okazują się często silniejsze od mężczyzn. Taka jest narratorka, taka jest jej matka i przede wszystkim babka Sarecka, która naznaczyła obie swoją babizną - babską spuścizną. Nawet kiedy przegrywa, robi to na swoich warunkach i jeszcze potrafi ugrać coś dla siebie. A one czerpią z niej siły.

"Zimowla" Dominiki Słowik, wpleciona w ramy popularne, ma oczywiście większe ambicje. Nie zatrzymuje się tylko na poziomie opowieści. O czym jest ta książka? Na pewno bardzo mocnym jej punktem jest dobrze nakreślona panorama PRL-u i czasów transformacji oglądana z perspektywy małego miasteczka. Układy partyjne, ambicje miejscowych komunistycznych bonzów, fasadowość życia publicznego, siła Kościoła stanowiącego ważny punkt odniesienia dla mieszkańców i ludowa wiara. A potem lata transformacji - emigracja zarobkowa, współpraca z ubecją, która kładzie się cieniem na jednym z bohaterów, szwindle, prywatyzacja i upadek jedynego dużego zakładu pracy, pojawienie się mężczyzn zbędnych, bo w tym świecie, jak pisałam, kobiety radzą sobie znacznie lepiej i to one biorą odpowiedzialność za swoje rodziny. Faceci są owładnięci lękiem albo pogrążają się w tęsknocie za przeszłością, kiedy mieli stabilną pracę, którą niekoniecznie lubili, ale była. Narratorka przyznaje im prawo do tych tęsknot, nie unieważnia ich przeszłości. Rozumie próby ocalenia  młodości, która przypadła na czasy PRL-u. A ci, którzy sobie radzą, okazują kombinatorami, oszustami, po prostu przestępcami. Jest to też książka o pamięci, o iluzji i deziluzji. Co pamiętamy? Jak pamiętamy? Czy możemy pamięci ufać, skoro rzeczywistość karmi się plotką i nie wiadomo, kiedy fakty przemieniają się w pomówienie i w nieprawdopodobną legendę, której większość ludzi daje wiarę niezależnie od stopnia jej wydumania. Narratorka z perspektywy kilku lat próbuje ustalić fakty, ale nie jest to łatwe, bo ani nie może ufać swojej pamięci, ani temu, co zachowało się w pamięci zbiorowej. Na oczach czytelnika dokonuje dekonstrukcji przeszłości. Wreszcie jest to też książka o lęku. Lęku przed zmianami, przed nadchodzącą katastrofą, która w tamtym czasie jest jeszcze nie dość dobrze rozpoznana, nieuchwytna, chociaż zapowiadają ją różne znaki. Takich mikro katastrof zdarza się w Cukrówce kilka.

Autorka umiejętnie podsyca ciekawość czytelnika, mieszając czasy, odchodząc w najciekawszych momentach od głównego wątku, aby rozwinąć jakąś dygresję, opowiedzieć czyjąś historię z przeszłości. Krok po kroku czytelnik składa sobie puzzle - coraz więcej dowiaduje się o bohaterach i przeszłych zdarzeniach. Wszystko to się splata i łączy. W końcu byłam już tak ciekawa, jakie jest rozwiązanie nagromadzonych w powieści tajemnic, że prawie zarwałam noc. Ale po tych zachwytach pora na parę, zapowiadanych wcześniej, łyżek dziegciu, bo nie jestem wobec "Zimowli" bezkrytyczna. 

Po pierwsze powieść momentami bywa nużąca. Uwielbiam długie książki, ale czasem trzeba mieć umiar. Po początkowym zachwycie, przyszło zmęczenie - za dużo dygresji, za wiele szczegółów. Skoro przywoływałam już Pilcha, to zrobię to jeszcze raz - podobnie mam z jego prozą, a właściwie z jego powieściami, też bywają przegadane. Po drugie trudno przywiązać się do bohaterów, trudno z nimi współodczuwać, bo są to postacie wykreowane, wykoncypowane. Nie znajdziemy  tu prawdopodobnych portretów psychologicznych. Oczywiście mają bohaterowie sporo rysów prawdziwych, ale w całości są po prostu literackim konstruktem. Po trzecie za dużo tu tajemnic, zagadek i nieprawdopodobnych historii. Kiedy na koniec narratorka pracowicie rozsupłuje na oczach czytelnika ten węzeł, trochę się gubiłam, bo w międzyczasie niektóre zdarzenia zdążyły mi umknąć w tym natłoku. No i wreszcie po czwarte, i już ostatnie, kolejną konsekwencją nadmiaru jest to, że gdzieś uciekają sensy. Jest w powieści taka scena, kiedy ojciec Miszy, kumpla narratorki, wraca po raz kolejny na teren tego, co zostało z Zakładu, gdzie pracował. Czego tam szuka? Swojej przeszłości. Czytam tę scenę metaforycznie - to danie racji tym, którzy nie chcą zaprzepaścić dużej części swojego życia, mimo że przypadło na czasy PRL-u. Gdybym sobie nie zanotowała w tamtym momencie tych refleksji, prawdopodobnie po przeczytaniu całości, już bym o nich nie pamiętała, bo zginęłyby w natłoku kolejnych zdarzeń, tajemnic i sensów.

Nie żałuję, że przeczytałam, doceniam, ale po debiut Dominiki Słowik nie sięgnę. A po następną powieść, kiedy wyjdzie? Zobaczę. Raczej tak. 

Kapka Kassabova "Granica. Na krawędzi Europy"

Dziś będzie o "Granicy. Na krawędzi Europy" Kapki Kassabovej

(Czarne 2019; przełożył Maciej Kositorny), która z nowości stała się zaległością. Mój czytnik jest pełen takich książek. Ta przeleżała tylko dwa lata, a w jego głębinach są znacznie starsze. Cóż, taki los namiętnego czytelnika - zawsze kupuje więcej, niż jest w stanie przeczytać. Jak to zwykle bywa, o "Granicy" przypominałam sobie co jakiś czas, ale zawsze zwyciężało coś innego. Zmobilizował mnie ostatecznie fakt,  że właśnie ukazała się kolejna książka Kapki Kassabovej. Teraz wiem, że na pewno ją przeczytam. Kim jest autorka? Urodzona w Sofii jako dziewiętnastolatka wyjechała z rodzicami z Bułgarii do Nowej Zelandii, od kilkunastu lat mieszka w Szkocji. "Granica" jest opowieścią o jej powrocie na pogranicze bułgarsko-turecko-greckie. Dwa dzikie pasma górskie, Strandż i Rodopy, i nizinna Tracja. No i jeszcze morze.

To książka, która pochłania, przenosi do innego świata. Czasem, delektując się opisami odludnych gór i zagubionych w nich wiosek, ulega się iluzji, że ten zakątek Europy pozbawiony jest problemów, że można się w nim skryć, uciec. Czytając, fantazjowałam sobie, że mogłabym zamieszkać w jednej z takich wiosek, o jakich opowiada autorka. Takie nasze mityczne Bieszczady. Oczywiście, ja człowiek miasta, długo bym w takiej głuszy nie wytrzymała. A poza tym w miarę lektury ta sielanka okazuje się tylko złudzeniem. Nigdy nie było tu spokojnie. I dziś również ten tylko pozornie arkadyjski rejon ma swoje problemy. Wyludnia się. Staje się ofiarą bezwzględnego biznesu, który kaleczy góry, wyszarpując z nich kamień, wybierając piasek z dna rzek. Może to już ostatni taki moment, może za kilka lat ten dziki zakątek Europy zostanie bezpowrotnie zniszczony. Kiedy kończąc swoją podróż, Kapka Kassabova wraca do bułgarskiej wioski, gdzie zaczęła się jej przygoda, cieszy się, że droga, którą tam kiedyś jechała, została wyremontowana. Niestety radość mąci świadomość, że zrobiono to nie dla mieszkańców, ale dla ciężarówek, które wywożą piasek z rzeki. Ale to nie wszystko. Ten graniczny teren, to miejsce wielu ludzkich tragedii. Dzikie góry dają złudzenie, że granicę można przekroczyć bez problemów i znaleźć się w Unii Europejskiej. Raj dla przemytników, którzy za ciężkie pieniądze przeprowadzają nieszczęśników z tureckiej Tracji do Bułgarii albo do Grecji. Trudno ich nie poznać, zmęczonych, smutnych, zrezygnowanych. Trudno patrzeć im w oczy.  Ci, którym się udaje, tkwią potem miesiącami albo latami w obozach dla uchodźców. Kapka Kassabova spotyka i tych, którzy czekają na swoją szansę po tureckiej stronie granicy, i tych, którzy granicę już przekroczyli. Z niektórymi zawiera bliższą znajomość, czasem może napisać, że ich historia skończyła się szczęśliwie. Po miesiącach czekania mogli połączyć się z krewnymi mieszkającymi już w Europie albo zacząć tu wszystko od początku. 

Ale to miejsce, od kiedy po upadku imperium osmańskiego stało się terenem granicznym, było świadkiem wielu tragedii. Wojny bałkańskie, obie światowe, konflikt turecko-grecki, grecka wojna domowa, wreszcie zimna wojna to wszystko było przyczyną wiecznych wędrówek ludów. Nowe granice i rodzące się wraz z ich przesuwaniem nacjonalizmy sprawiały, że ludzie uciekali, ale znacznie częściej byli wypędzani. Tak było z bułgarskimi Turkami, którzy w komunistycznej Bułgarii mogli zostać, jeśli zmienili nazwisko. Kto nie chciał się wyrzec swojej narodowej tożsamości, musiał zostawić rodzinne strony. Często osiedlali się po drugiej stronie, blisko granicy. W greckiej części Rodopów autorka spotyka potomków tych, którzy kiedyś musieli uciekać z imperium osmańskiego. Trudny był i jest los Pomaków zamieszkujących Rodopy, słowiańskich muzułmanów. Wiele tragedii rozegrało się na granicy bułgarsko-tureckiej albo bułgarsko-greckiej w czasach zimnej wojny. To historia, o której niewiele się wie. Przyćmiewają ją tragedie, jakie towarzyszyły próbom forsowania muru berlińskiego. Tymczasem niektórzy usiłowali wydostać się na wolność właśnie tędy. Myśleli, że łatwo przekroczyć tę granicę wytyczoną w dzikich górach. Jakże się mylili! Była świetnie strzeżona, także za pieniądze niemieckie, bo wielu Niemców z NRD próbowało uciekać właśnie tędy. Kapka Kassabova opowiada wiele takich tragicznych historii. Niektórzy ginęli zastrzeleni przez pograniczników, inni trafiali do więzienia. I nie było to lekkie więzienie. Czasem decydował łut szczęścia albo pech. Krótka chwila odpoczynku, błędne przekonanie, że już się udało, spotkanie z pasterzem albo drwalem. A dla nich to był dylemat - donieść czy pozwolić odejść? A co jeśli ktoś obserwuje? I nie będzie trzymał języka za zębami? Ale wielu miejscowych było tak zindoktrynowanych, że żadnych wątpliwości nie mieli.  Autorka próbuje rozmawiać także z tymi, którzy kiedyś tej granicy pilnowali. 

Książka Kapki Kassabovej to także opowieść osobista. Wspomnienia dzieciństwa spędzonego w Bułgarii, ale również nieoczekiwane odkrycie, że coś ją przyzywa do tych gór, trudno rozstać się z nimi  i z ich mieszkańcami. Chociaż autorka większą część życia spędziła poza Bułgarią, to nieoczekiwanie na nowo uświadamia sobie tę część swojej tożsamości. Na tym pograniczu żyje wielu takich jak ona - ludzi o pogmatwanych życiorysach, przesiedlonych, uciekinierów, którzy za czymś tęsknią. Mnóstwo w "Granicy" niesamowitych spotkań. Za każdym z nich kryje się jakaś historia, często smutna, czasem optymistyczna. Ale jest to też opowieść awanturnicza. Autorka odbywa wiele ryzykownych wędrówek albo sama, albo prowadzona przez miejscowych. Nie zawsze wie, czy można im zaufać. Dociera w miejsca dzikie, tajemnicze. Pięknie opisuje urodę tych odludnych gór. No i jest jeszcze coś. Zwłaszcza w Strandży przetrwało wiele tajemniczych miejsc i obyczajów. Nadal można tu spotkać ludzi chodzących po rozżarzonych węglach, źródła o magicznej mocy ukryte w głuszy, znachorów, usłyszeć opowieści o niezwykłej kuli światła. Dużo tu takich niesamowitych opowieści.

Bardzo ciekawa książka. Cieszę się, że będę mogła przeczytać kolejną opowieść Kapki Kassabovej.   

Wiktor Paskow "Ballada o lutniku"

Uwielbiam takie sytuacje - odkrycie fantastycznej książki, niszowej,

zupełnie niewypromowanej, o której raczej cicho. Jednocześnie tej radości towarzyszy smutna refleksja, którą nieraz dzieliłam się na tych łamach, że gdyby nie przypadek, to przegapiłabym coś niezwykle ciekawego i wartościowego. No może tym razem nie był to taki zupełny przypadek, bo o powieści nieżyjącego już bułgarskiego pisarza Wiktora Paskowa "Ballada o lutniku" (Wydawnictwo Poznańskie 2020; przełożyła Mariola Mikołajczak) dowiedziałam się dzięki radiowemu klubowi książki Poczytalni z TOK FM. O ile dobrze pamiętam, "Ballada o lutniku" znalazła się na pierwszym miejscu ich rocznego zestawienia. Ale nie przypominam sobie, aby w innym miejscu mówiono o powieści Paskowa. Długo się zbierałam, w końcu kupiłam i połknęłam w dwa popołudnia. Nie jest to rzecz długa, a czyta się bardzo potoczyście (wiem, wiem, powinno być dobrze, ale tak jest ładniej), więc nie ma co się tłumaczyć brakiem czasu.

Zanim przejdę do konkretów jeszcze jedno wyznanie. Naprawdę sporadycznie zdarza mi się wzruszyć do łez nad książką. W kinie płaczę, co staram się skrzętnie ukryć, kiedy czytam, czasem ściska mnie za gardło, ale łzy to rzadkość. Tym razem po prostu się rozryczałam i nie mogłam się nadziwić, dlaczego aż tak. Ta powieść poruszyła we mnie jakieś skrzętnie ukryte struny. Płakałam nie tylko nad losem bohatera. 

A teraz do rzeczy. Akcja "Ballady o lutniku" toczy się w Sofii w latach pięćdziesiątych zeszłego wieku. Narratorem jest Wiktor, młody mężczyzna, który wspomina czasy swojego wczesnego dzieciństwa. Jego ojciec był muzykiem pochodzącym z muzycznej rodziny, grał w filharmonii, matka, o ziemiańskich korzeniach, dla małżeństwa musiała się ich wyrzec, bo jej bliscy nie zaakceptowali miłości do klepiącego biedę chłopaka, w dodatku Wołocha. Mezalians był podwójny - majątkowy i klasowy. Mieszkają w marnej dzielnicy w czynszowej kamienicy, którą zasiedlają tacy jak oni biedacy. Ludzie prości albo zdegradowani przez ustrój, a bieda i warunki, w jakich żyją, degraduje jeszcze bardziej. Alkohol, awantury, choroby, załamania psychiczne są tu na porządku dziennym. Ale Wiktor nie wspomina ich źle, raczej z czułością. To biedni, nie tylko w znaczeniu materialnym, ludzie. Naszkicowani zaledwie kilkunastoma zdaniami, ale to wystarczy, aby wyobrazić sobie to barwne ludzkie panoptikum.  Chociaż nie jest to powieść polityczna, to przecież gdzieś w tle mamy świadomość czasów, w jakich żyli. Wspomnienia Wiktora podporządkowane zasadzie realizmu od czasu do czasu zostają przełamane fantastycznymi scenami wykreowanymi przez dziecięcą wyobraźnię. W jego fantazjach wszystko może się zdarzyć - źli ludzie zostaną ukarani, ojciec stanie się mocarzem, dobro zatriumfuje.

Liczenie się z każdym groszem, konieczność dorabiania chałupniczą pracą, jakiej się nie znosi, ciasnota, uciążliwi sąsiedzi sprawiają, że gorące uczucie gdzieś wyparowało. Jest codzienna udręka. Ojca ratuje sztuka, matka chwyta się swoich idei fiks. Najpierw to marzenie, że mały Wiktor zacznie grać na skrzypcach, zostanie okrzyknięty cudownym dzieckiem i w ten sposób ona zatriumfuje nad swoją rodziną. Jest i drugie marzenie - kredens. Współczesnemu czytelnikowi trudno w pierwszej chwili zrozumieć, dlaczego matka Wiktora zatruwa życie mężowi wyrzutami, że nie stać ich na jego kupno. Dopiero uwaga narratora, że nikt w ich kamienicy, a może i dzielnicy, takiego mebla nie miał, pozwala wczuć się w jej sytuację. Kredens staje się tu symbolem lepszego życia i dawnego świata, tego, z jakiego się wywodziła. Kariera syna i posiadanie kredensu mają być lekiem na beznadzieję, na brzydotę i nędzę świata, na podłe czasy. Z kolei dla ojca sprostanie marzeniom żony staje się wyzwaniem - potwierdzeniem jego męskości, tego, że sprawdza się jako głowa rodziny, że jej nie zawiódł, że dobrze zrobiła, wychodząc za niego za mąż mimo takiej ceny.

Ale to nie historia matki spowodowała mój płacz. To wszystko, o czym dotąd napisałam - barwni mieszkańcy kamienicy, historia rodzinna - jest bardzo ważne, ale prawdziwym bohaterem tej opowieści jest ów tytułowy lutnik, zgięty w pół, niemal pochylony do ziemi staruszek Georg Henig, który niegdyś, w innym świecie, przybył razem ze swoją żoną Bożenką z Czech do Sofii, aby tu wspomagać rozwijające się życie muzyczne. Przywiózł ze sobą skrzynię z cudownymi narzędziami, które potrafiły z odpowiedniego drewna, także znajdującego się w tej skrzyni, wyczarować wspaniałe skrzypce. Wkrótce stał się filarem bułgarskiego życia muzycznego, wykształcił swoich następców, ale tylko on jeden miał to coś, czego inni nie mieli, posiadł tajemnicę, jakiej inni nie posiedli. Dlatego jego skrzypce były najlepsze. W czasach, kiedy poznał go mały Wiktor, jego talent i umiejętności mają jeszcze znaczenie dla nielicznych. Jego uczniowie marzą tylko o tym, aby przekazał im swoje wspaniałe narzędzia, reszta ich nie obchodzi. Georg Henig mieszka w tej samej ubogiej dzielnicy, w zawilgoconej suterenie, za sąsiadów mając parę, która czyha na jego mieszkanie i jest gotowa posunąć się do każdej podłości, aby je zdobyć. Dla niego jednak to wszystko nie ma znaczenia. Żyje swoją pracą, muzyką i przeszłością. Rozmawia z cieniami swoich bliskich, którzy już od dawna są w lepszym świecie i czekają na niego. Ale on nie może do nich pójść, bo ma jeszcze jedno zadanie do wykonania.

Wątek Georga Heniga, podobnie zresztą jak cała powieść, prowadzony jest na dwóch nutach. Z jednej strony jest to historia bardzo realistyczna. Opisy samotności, opuszczenia, potwornej, ubogiej starości są bardzo realistyczne i dlatego niezwykle dotkliwe. Czytając, czułam smród zapuszczonej piwnicy i starego, niemytego, niemal zagłodzonego ciała, ale czułam też żal i głębokie współczucie. I po raz kolejny trudno mi było oprzeć się refleksji nad okrutnym przemijaniem, nad tym, że nic w życiu nie trwa wiecznie, że nie ocalą nas niegdysiejsze powodzenie i sukcesy. Na koniec i tak możemy zostać samotni, chorzy i biedni. Budzić odrazę i obrzydzenie. Ale jest i druga nuta - poetycka, mistyczna (w potocznym znaczeniu tego słowa). Tak widzi swojego przyjaciela Wiktor, ale taki jest też Georg Henig, bo mistycznie traktuje swoje narzędzia, drewno, z którego powstają instrumenty, bo rozmawia z cieniami swoich bliskich, bo wierzy w siłę muzyki, sztuki, która ocala w każdych warunkach.

Ta smutna, nostalgiczna powieść ma jednak także optymistyczną nutę. Daje wiarę w ludzi. Bo Georg Henig napotyka na swojej drodze osoby złe i bezduszne, ale także po prostu zwyczajnie dobre, które nie potrafią obojętnie przejść obok jego samotności, biedy, bezradności i choroby. Są gotowe mu pomóc, chociaż same nie mają wiele. Są gotowe poruszyć niebo i ziemię, aby go ratować. Czy to się uda? Nie chcę zdradzać wszystkiego. 

I już na koniec chciałabym zwrócić uwagę na bardzo ciekawe posłowie tłumaczki, która opowiada o Wiktorze Paskowie i kreśli tło historyczne. Okazuje się, że opowieść o lutniku ma swoje mocne umocowanie w historii Bułgarii. I jeszcze jedna refleksja wzmocniona lekturą, którą właśnie skończyłam ("Granica" Kapki Kassabovej) - jak niewiele wiemy o tym kraju! Przynajmniej ja, ale myślę, że nie jestem jedyna. A "Balladę o lutniku" Wiktora Paskowa trzeba przeczytać koniecznie!     

Maryla Szymiczkowa "Tajemnica domu Helclów", "Rozdarta zasłona", "Seans w Domu Egipskim", "Złoty róg"

Wielokrotnie w moich zapiskach wspominałam, że nie czytam

kryminałów. Przyczyna jest prozaiczna - brak czasu i konieczność selekcji lektur. Poza tym, od kiedy nieżyjący już Henning Mankell skończył serię z komisarzem Wallanderem, jakoś nie potrafiłam znaleźć ich następców. Kilkakrotnie podejmowałam próby, ale żadna nie zakończyła się sukcesem. Po jednej książce z serii nie sięgałam po kolejną. Wcześniej był taki czas, kiedy czytałam sporo kryminałów, teraz zdarza się to sporadycznie. 

Kilka lat temu dostałam w prezencie "Rozdartą zasłonę" Maryli

Szymiczkowej (Znak Literanova 2016) - drugi tom serii kryminałów retro, których akcja rozgrywa się w Krakowie z przełomu wieku XIX i XX, a ich bohaterką jest profesorowa Zofia Szczupaczyńska. Nie jest już żadną tajemnicą, że za Marylą Szymiczkową skrywa się autorska para - pisarz Jacek Dehnel i tłumacz, amerykanista Piotr Tarczyński. Darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby, więc chociaż do książki podchodziłam sceptycznie, to jej lektura sprawiła mi przyjemność. Wtedy jednak poprzestałam na "Rozdartej zasłonie". Sama nie wiem dlaczego, kiedy jesienią poprzedniego roku (2020) ukazał się czwarty już tom serii, "Złoty róg", a autorzy zaczęli udzielać wywiadów, zapragnęłam przeczytać całość. Najbardziej zaintrygował mnie "Seans w Domu Egipskim" (2018), więc poszedł na pierwszy ogień. Potem wróciłam do części pierwszej, "Tajemnicy domu Helclów" (2015), aby całkiem niedawno, kiedy miałam już wszystkiego dość, przeczytać "Złoty róg".

Być może zajadli czytelnicy kryminałów i powieści sensacyjnych

kręciliby nosem na niezbyt skomplikowaną intrygę, mnie to jednak nie przeszkadza. Różnie z tym zresztą bywa - czytając "Seans w Domu Egipskim", dość szybko domyśliłam się, kto jest mordercą, z kolei zagadka "Tajemnicy domu Helclów" wydała mi się mocno skomplikowana i pokręcona. Nie na tym polega urok tych książek.  Tak, słowo urok najlepiej oddaje ich charakter. Jest to po prostu bardzo przyjemna lektura. Taka, która pozwala oderwać się od problemów, zapomnieć na chwilę o świecie, sprawić sobie przyjemność. Dlaczego? Powodów jest kilka. Podaję je w kolejności przypadkowej.

Bohaterka. Zofia Szczupaczyńska, żona profesora Uniwersytetu

Jagiellońskiego, trochę po czterdziestce, bezdzietna, nieco znudzona monotonią swojej egzystencji, dniami upływającymi zawsze tak samo. Od kiedy odkryła w sobie żyłkę i talent detektywistyczny, z radością rzuca się na każdą kolejną zagadkę. Niestety interesujące morderstwa, których wyświetlenie godne jest jej talentu, nie zdarzają się w Krakowie, mieście sennym i prowincjonalnym, często. Ale kiedy już trafi się jakaś intrygująca zagadka, profesorowa Szczupaczyńska oddaje się wyjaśnieniu tajemnicy z gorliwością, bezczelnością i pewnością siebie, sprytnie manewrując tak, aby jej mąż, poczciwy safanduła Ignacy Szczupaczyński, całkowicie pod pantoflem żony, nie zorientował się, czym zajmuje się jego małżonka, gdzie się włóczy, z jakimi ludźmi musi się spotykać. Jeśli trzeba, potrafi nawet uciec się do podania mężowi środka nasennego albo wysłania go do dawno nieodwiedzanych nudnych krewnych żyjących w zapuszczonym domu na wsi, gdzie, o zgrozo, nie docierają żadne gazety. Biedny Ignacy pozbawiony swojej codziennej lektury marzy, aby czym prędzej wrócić do domu. Poza tym profesorowa Szczupaczyńska jest snobką, plotkarą, zadziera nosa, przypomina nieco Dulską i ma wiele innych okropnych cech. Znakomicie wypunktowała ją wierna służąca Franciszka w swoich złośliwych i zabawnych zapiskach. Ale kiedy Zofia szuka mordercy, gotowa jest na wiele poświęceń - zrobi coś, czego absolutnie nie wypada robić kobiecie z dobrego domu. Nie jest jednak tylko potworem, ma też dobre strony, a w ostatnim tomie poznajemy jej nieoczekiwane pokusy i nieśmiałe porywy serca. Oczywiście profesorowa Szczupaczyńska to niewątpliwie odległa krewna panny Marple, odległa, bo o ile pamiętam, bohaterka kryminałów Agaty Christie była poczciwa i sympatyczna.

Kraków. Wielką zaletą całej serii są opisy miasta. Dokładne, oddające jego klimat, ciekawe, oparte na dokładnym researchu, pokazujące zmiany, które zaszły w ciągu tych kilku lat, w których toczy się akcja tych powieści. Choćby ten tytułowy Dom Egipski przy ulicy Retoryka, wielka atrakcja i sensacja. Nawiasem mówiąc, dziś ten budynek w niczym nie przypomina oryginału - trudno się domyślić, że kiedyś jego zdobienia nawiązywały do starożytnego Egiptu, skąd wzięła się nazwa. No i wtedy ulica Retoryka, gdzie powstawały eleganckie, charakterystyczne kamienice projektowane przez Teodora Talowskiego, to były opłotki Krakowa, a jej środkiem płynęła Rudawa. Takich smaczków jest w kryminałach o profesorowej Szczupaczyńskiej znacznie więcej. Kto, jak ja, lubi kiedy akcja powieści jest mocno osadzona w jakimś miejscu, kiedy można wędrować ulicami miasta, rozpoznając domy, ulice, zaułki, albo szukać ich na planie, ten znajdzie w tych książkach sporą przyjemność.

Mimo lekkiej formy każdy z tomów nawiązuje do tego, co w Krakowie akurat wtedy się działo i poruszało mieszkańców miasta. Mamy więc pogrzeb Jana Matejki, Przybyszewskiego i jego świtę, Wyspiańskiego i inteligentną zabawę z "Weselem", modne seanse spirytystyczne, echa rabacji galicyjskiej czy wreszcie problem emigracji za ocean, przy okazji której zdarzało się wiele oszustw. Na przykład werbunek młodych dziewczyn z ubogich warstw społecznych, które pod pozorem otrzymania dobrej posady były często wysyłane do domów publicznych w Brazylii.  Przez karty powieści przewija się wiele znanych nazwisk ze świata artystycznego, arystokratycznego czy naukowego.  Drugoplanowym bohaterem jest młody Tadeusz Żeleński, najpierw student Ignacego Szczupaczyńskiego, potem bon vivant, który dzięki swoim koneksjom umożliwia Zofii dotarcie do osób i miejsc, do których szanowana i szanująca się krakowska matrona na pewno bez jego pomocy nie miałaby dostępu. To dzięki niemu jest obecna na słynnym weselu w Bronowicach albo w salonie Przybyszewskich.

A poza tym książki są elegancko napisane. Lekko stylizowane, trochę dowcipne, trochę ironiczne, trochę z przymrużeniem oka. Literacka zabawa, gra konwencją. Jeśli ktoś lubi takie niezobowiązujące, a jednocześnie niepozbawione ambicji książki, polecam. Ja na pewno przeczytam kolejną, która być może wyjdzie za rok lub dwa.  

Monika Śliwińska "Muzy Młodej Polski. Życie i świat Marii, Zofii i Elizy Pareńskich"

Mam takie wrażenie, że o książkach Moniki Śliwińskiej zaczęło się

mówić niedawno. Z okazji sto dwudziestej  rocznicy wystawienia "Wesela" wysłuchałam przynajmniej dwóch wywiadów z pisarką. Niezorientowanym wyjaśniam, że Monika Śliwińska jest autorką miedzy innymi biografii Wyspiańskiego. A może to mnie dotąd coś umykało? Ale przecież trzymam rękę na pulsie, uważnie śledzę książkowy światek. Gdzieś tam wiedziałam o pisanych przez nią biografiach, najczęściej chyba wpadały mi w oczy ich okładki reklamowane przez jedną z ebookowych księgarni. Niby miałam ochotę na lekturę, bo tematyka interesująca, no ale nie lubię kupować kota w worku. Dopiero kiedy Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński w jednym z wywiadów przy okazji promocji kolejnego kryminału z serii o profesorowej Zofii Szczupaczyńskiej z uznaniem wyrazili się o pracy Moniki Śliwińskiej, postanowiłam sięgnąć po jej książki. Na pierwszy ogień poszła pierwsza - biografia sióstr Pareńskich "Muzy Młodej Polski. Życie i świat Marii, Zofii i Elizy Pareńskich" (Iskry 2014). Lubię takie lektury - są jak odkrywanie nowych światów. 

Co wiedziałam wcześniej o siostrach Pareńskich? Że Maryna i Zosia zostały uwiecznione przez Stanisława Wyspiańskiego w "Weselu", że je malował. Że Zofia była żoną Boya. O najmłodszej, Elizie, zwanej Lizką, właściwie nic. No i jeszcze że pochodziły ze znanej krakowskiej rodziny. Tyle. Tymczasem ich historie są fascynujące i przejmujące. Dlaczego? Wychowywane w zamożnym domu, w pałacyku otoczonym ogrodem na ulicy Wielopole, wśród artystów, którzy przewijali się przez salon prowadzony przez ich matkę Elizę. Ojcem był znany i ceniony krakowski lekarz. Starsze siostry, Maryna i Zosia, zwana Fusiem, od początku były samodzielne i potrafiły walczyć o swoje. Malował je Wyspiański, na którego talencie poznała się ich matka, wspierając go i promując. Potem zostały uwiecznione przez niego w "Weselu", co w krakowskim mieszczańskim światku wywołało skandal. Najbardziej konwencjonalnie potoczyło się życie Maryny, która wyszła za mąż za znanego lekarza Jana Raczyńskiego. Chociaż i w niej kochał się nieszczęśliwie Witold Wojtkiewicz. Na jej życiu cieniem położyła się druga wojna. Zginęła rozstrzelana razem z trzecim mężem, profesorem Uniwersytetu Lwowskiego Janem Grekiem. W tej samej egzekucji stracili życie inni profesorowie i jej szwagier, Tadeusz Boy Żeleński. Wiedziałam o tej zbrodni, ale kiedy poznaje się dramatyczne szczegóły i przyczynę aresztowania akurat ich, kiedy czyta się relację z tamtej tragicznej nocy, kiedy czyta się o tym, jak długo nikt z najbliższych nie miał pojęcia, co się stało z Maryną, jej mężem i szwagrem, to wszystko robi wstrząsające wrażenie. Nie tylko to. 

Im dłużej zagłębiałam się w książkę Moniki Śliwińskiej, tym bardziej byłam przygnębiona. Dlaczego? Bo kiedy poznawałam historię sióstr Pareńskich, to trudno mi było oprzeć się wrażeniu, że jest to opowieść o końcu pewnego świata, o końcu rodziny, niegdyś znaczącej i zamożnej, z której bogactwa, a tym bogactwem były także wybitne dzieła sztuki - obrazy Wyspiańskiego, Witkacego i innych młodopolskich malarzy, nic niemal nie zostało. Pałac na ulicy Wielopole, który od dawna nie należał już do rodziny, nie przypominał tego z czasów swojej świetności. Szczególnie  ucierpiał ogród. W ruinę popadł letni dom rodziny w Tenczynku pod Krakowem, w którym siostry Pareńskie i liczni znajomi rodziny spędzali letnie miesiące. Część obrazów spłonęła w powstaniu warszawskim, część została skradziona z lwowskiego mieszkania Maryny i jej męża. Z trzech sióstr przy życiu pozostała tylko jedna, Zofia, ich brat, lotnik, dawno zginął w katastrofie samolotu. Kiedy czyta się opowieść o ich losach, czuć, jak bezlitośnie płynie czas, morderca młodości, jak bezlitośnie obeszła się z nimi Historia. 

Przejmujące są też losy najmłodszej z sióstr, Lizki. Od zawsze innej, lękliwej, wycofanej, wrażliwej. Ukojenia, i to od wczesnej młodości, szukała w alkoholu i narkotykach. W zwalczeniu nałogu nie pomogło jej małżeństwo z młodopolskim poetą Edwardem Leszczyńskim. Jej historia kończy się tragicznie. Jak? Można bez problemu sprawdzić, ale lepiej przeczytać książkę. Smutne są losy jej jedynego syna, Witolda. 

Wielkim zaskoczeniem okazała się dla mnie Zofia. Moim zdaniem najbardziej niesamowita i nietuzinkowa z sióstr. Może dlatego, że miałam w głowie zupełnie fałszywy jej obraz? Kiedy przed laty czytałam autobiografię Ireny Krzywickiej "Wyznania gorszycielki", która była wieloletnią partnerką-kochanką Boya, wyobraziłam sobie Zofię jako poczciwą żonę, która godzi się z tym, że mąż romansuje z inną kobietą. Dziś nie umiem powiedzieć, czy tak przedstawiła ją Krzywicka, czy moja pamięć zniekształciła jej obraz. Tymczasem Zofia nie miała w sobie nic z poczciwej kobiety! Nie była nudną, nieszczęśliwą, zdradzaną żoną. Dość szybko po ślubie uczucie małżonków wyparowało, ale to nie przeszkodziło im zostać ze sobą do końca. Łączyła ich przyjaźń, syn i wspólna praca. Po tragicznej śmierci męża Zofia walczyła o zachowanie jego literackiej spuścizny, o pamięć o nim. A ich życie osobiste? Oboje mieli bujne. Boy był niezwykle kochliwy, stale wplątywał się w romanse. Zofia również wchodziła w bardzo intensywne pozamałżeńskie związki - z dziennikarzem Czasu Rudolfem Starzewskim, również uwiecznionym na kartach "Wesela", i z Witkacym. Na tych miłościach cieniem położyły się tragiczne okoliczności śmierci jej ukochanych. A za Krzywicką nie przepadała. Może dlatego, że z nią Boy, w przeciwieństwie do innych, romansował na oczach wszystkich? Ale to nie przeszkodziło Zofii pomagać jej w czasie wojny.

Ale historie trzech sióstr to nie wszystko. Bo książka Moniki Śliwińskiej jest czymś więcej niż tylko biografią Maryny, Zofii i Lizki Pareńskich. Zgodnie z tytułem to także opowieść o ich świecie, a więc również o ludziach z nimi związanych. "Muzy Młodej Polski" składają się z krótkich rozdziałów tworzących coś w rodzaju epizodów z życia ludzi, którzy obracali się w orbicie rodziny Pareńskich. Teraz przyszło mi do głowy, że ta książka to połączenie klasycznej biografii z leksykonem. Brzmi dziwnie, ale coś w tym jest. Być może komuś nie będzie odpowiadała taka forma przyjęta przez autorkę, mnie nie przeszkadza. Ta lektura to kopalnia wiadomości, niezwykłe odkrycia, wiele wzruszeń i spotkań z fascynującymi postaciami. 

Therese Bohman "O zmierzchu"

Poszłam za ciosem i po przeczytaniu "Tej drugiej" autorstwa
szwedzkiej pisarki Therese Bohman niemal od razu sięgnęłam po jej inną powieść - "O zmierzchu" (Pauza 2019; przełożyła Justyna Czechowska). Połknęłam ją równie szybko. Na pewno przeczytam też jej debiut - "Utonęła" właśnie ukazała się w tym samym wydawnictwie i w tym samym przekładzie. 
 
"O zmierzchu" to przejmujące studium samotności, pustki i niespełnienia. Bohaterką powieści jest Karolina Andersson, singielka w okolicach czterdziestki, profesorka historii sztuki na sztokholmskim uniwersytecie. Właśnie rozstała się z wieloletnim partnerem. Nie, to nie on ją porzucił, to ona zdecydowała o odejściu. I nie chodziło o zdradę. W tym wypadku zdrada nie miałaby znaczenia, bo Karolina miała przygody, takie na jedną noc i płomienny romans z żonatym mężczyzną. Jej partner pewnie też. Dlaczego odeszła? Bo doszła do wniosku, że ich związek od lat był pusty, wypalił się. Żyli w zgodzie, układnie, ale obok siebie. Żadnych kłótni, żadnych awantur, wyrzutów, pretensji. Chyba nawet się nie przyjaźnili. A może od początku wiało chłodem? To całkiem możliwe, bo moim zdaniem problemem Karoliny jest to, że nie potrafi być sama, więc być może związała się ze swoim partnerem z desperacji. 
 
Czytelnik podążając za życiem bohaterki, obserwuje, jak łączy się z kolejnymi mężczyznami. Niby jest wyzwolona, wchodzi w te układy spontanicznie, na chwilę, bez zobowiązań, ale jednak podświadomie ma nadzieję, że zostanie z każdym z tych facetów na dłużej. I niekoniecznie chodzi o małżeństwo czy głęboki związek, może z czasem. Teraz najważniejsze jest to, aby mieć z kim spędzić sobotni wieczór i niedzielne popołudnie. Chociaż przecież na pewno wokół niej wiele jest osób w podobnej sytuacji, to Karolina czuje się swoją samotnością naznaczona i wykluczona ze świata szczęśliwych par i rodzin. Ma wrażenie, że wśród nich jej singielstwo kłuje w oczy, że pewne miejsca są nie dla niej. Ale każdy kolejny mężczyzna, z którym łączy jakieś nadzieje, zawodzi ją. Albo uwodzi z premedytacją, aby coś sobie przy okazji załatwić, albo spędza z nią noc i tyle. Dla niego to tylko seks bez zobowiązań, dla niej niby też, ale szybko zaczyna sobie wyobrażać, że jednak mógłby być jakiś ciąg dalszy. Przynajmniej kolejne takie wieczory. Karolina oskarża tych facetów - oczywiście tylko w myślach, bo robi dobrą minę do złej gry, udając, że nic się nie stało, że niewiele ją to obchodzi, że jest taka wyluzowana, że to bez znaczenia - ale przecież sama nie jest lepsza. Nie przeszkadza jej przecież, że oni mają żony czy partnerki. Najwyżej uwiera ją fakt, że są od niej młodsze, ładniejsze, zgrabniejsze, jednym słowem nienaznaczone upływem bezwzględnego czasu. Obserwujemy, jak Karolina coraz bardziej zbliża się ku przepaści. To jeszcze nie depresja, ale na pewno jest na dobrej drodze. 
Bóg by się przydał, życie byłoby bardziej znośne, także w najgorszych chwilach.
Z braku Boga trzeba próbować znosić życie na własną rękę. 
 
Problem w tym, że również życie zawodowe wydaje jej się jałowe. Niby zrobiła karierę, niby cieszy ją tabliczka z tytułem profesorskim na drzwiach gabinetu, ale naprawdę praca wcale nie sprawia jej satysfakcji ani tym bardziej radości. Czuje się wypalona, brakuje entuzjazmu. Może kiedyś było inaczej, teraz nie zajmuje się niczym interesującym. Niby chce to zmienić, niby ma jakieś pomysły, ale na propozycje się krzywi. Trudno mi ocenić, czy marudzi, bo sama nie wie czego chce, czy rzeczywiście nie o to jej chodzi. Kiedy wreszcie wydaje się, że szczęście się do niej uśmiechnęło i trafiło jej się ciekawe zawodowe wyzwanie, prawdziwa sensacja, szybko orientuje się, że coś jest jednak nie tak. A wokół niej, na uczelni, w gazecie, z której działem kultury współpracuje, w galeriach sztuki, pełno zadowolonych z siebie mężczyzn. Pewnych siebie, obnoszących swój zawodowy sukces, chwytających każdą zawodową okazję, płynących z prądem zawodowych mód, brylujących na wernisażach i salonach. Niesympatycznych karierowiczów przekonanych o swojej wielkości, patrzących z góry na Karolinę, a może na inne kobiety też. Kariera, prestiż i status - to ich cel.
 
Cóż, okazuje się, że Szwecja, ten równościowy raj, wcale tak bardzo nie różni się od naszego świata. Samotność, poczucie pustki są wszędzie takie same.  
 
I na koniec jeszcze jedna uwaga - podobnie jak w "Tej drugiej" oprócz wnikliwego portretu bohaterki czytelnik znajdzie także skupione na detalach i szczegółach opisy. Dzięki nim świat, w jakim obraca się Karolina, można sobie znakomicie wyobrazić. 

Joanna Gromek-Illg "Szymborska. Znaki szczególne"

I znowu pod wpływem dwóch podcastowych wywiadów

zdecydowałam się przeczytać książkę, po którą sięgnąć nie zamierzałam. Chodzi o biografię Wisławy Szymborskiej, którą napisała Joanna Gromek-Illg - "Szymborska. Znaki szczególne" (Znak 2020). Autorka nazywa swoją książkę biografią wewnętrzną. Dlaczego? Aby odróżnić ją od wydanych w latach dziewięćdziesiątych "Wisławy Szymborskiej pamiątkowych rupieci, przyjaciół i snów" autorstwa Anny Bikont i Joanny Szczęsnej. Tamta powstała za życia poetki na podstawie wywiadów z jej przyjaciółmi, znajomymi, wydawcami i tłumaczami. W końcu na rozmowę zdecydowała się sama Wisława Szymborska. Jak pisze Joanna Gromek-Illg, okoliczności jej powstania sprawiły, że w powszechnej świadomości utrwalił się obraz pogodnej, starszej pani, która poza pisaniem poważnych wierszy uwielbia tworzyć limeryki, moskaliki, kolaże, którymi obdarowuje przyjaciół, zbiera kiczowate pamiątki. Słowem jest takim niezwykle towarzyskim, sympatycznym oryginałem.  

Nic zatem dziwnego, że po kilku latach od śmierci poetki ktoś zdecydował się napisać jej nową biografię. Ta książka powstała w dużej mierze na podstawie bogatej korespondencji, jaką prowadziła Szymborska ze swoimi krewnymi, przyjaciółmi, znajomymi i mężczyznami, którzy odegrali ważną rolę w jej życiu. Autorka oczywiście posiłkowała się też rozmowami z tymi, którzy ją znali, archiwami i innymi źródłami. Główne zadanie, jakie sobie postawiła, to próba odkrycia prawdziwego oblicza poetki, mniejszą wagę przywiązywała do budowania tła historycznego, które rzecz jasna jest, ale nie tak rozbudowane, jak to zazwyczaj w biografiach bywa. 

Okazuje się, że dotarcie do jej wnętrza wcale nie jest takie proste, bo światu starała się pokazywać pogodną twarz, nie obarczać innych swoimi problemami i kłopotami. Dlatego autorka poszukiwania prowadzi także, analizując twórczość Szymborskiej. Stawia tezę, że to właśnie tam można odnaleźć prawdę o niej. A w jej poezji zachwyt nad światem, zaduma nad jego precyzją i urodą miesza się z pesymizmem, ze świadomością bólu, cierpienia, kruchości wszystkiego. Nie jest także proste dotarcie do wszystkich faktów z jej życia. Niewiele wiadomo o dzieciństwie, trudno na sto procent być pewnym, dlaczego jedyne małżeństwo, z poetą Adamem Włodkiem, rozpadło się po kilku latach. Prawdopodobnie przyczyną były inne kobiety - mąż poetki miał duże powodzenie i był kochliwy. Trudno jednak orzec to z całą pewnością tym bardziej, że oboje akceptowali otwarty związek.

Jaki obraz Szymborskiej wyłania się zatem z jej biografii? Kobiety niezależnej, to chyba wybrzmiewa najmocniej, i to już od dzieciństwa. Poetka szybko wyrwała się spod skrzydeł rodziny i żyła po swojemu, co jej matka niekoniecznie akceptowała. Nie znaczy to jednak, że z rodziną zerwała. Z siostrą związana była silną więzią, a póki żyła matka, na Radziwiłłowską do rodzinnego domu na niedzielne obiadki przychodziła regularnie. Mile widziani byli też jej mężczyźni. Najpierw mąż, Adam Włodek, który nawet po rozwodzie bywał u swojej dawnej teściowej. Trudno się zresztą dziwić, skoro pozostał dla Szymborskiej kimś ważnym na zawsze. Powiedzieć, że się nadal przyjaźnili, to zdecydowanie za mało. Pomagali sobie wzajemnie, zwierzali się sobie. Czytając fragmenty ich korespondencji cytowane w biografii, trudno też oprzeć się wrażeniu, że przynajmniej jeszcze kilka lat po rozwodzie ich wzajemna relacja to nie tylko przyjaźń, pozostało coś z dawnego uczucia. Chyba, że listy teatralizują rzeczywistość, co Szymborska uwielbiała, a liczne tego przykłady odnajdujemy w  korespondencji ze Zbigniewem Herbertem i Kornelem Filipowiczem, jej wielką miłością i wieloletnim partnerem. Na pewno nie była typem kobiety domowej. Nie lubiła zajmować się sprawami przyziemnymi takimi jak na przykład gotowanie, ceniła też niezależność - od rozwodu z Adamem Włodkiem już zawsze mieszkała sama, chociaż związana była z innymi mężczyznami.  

Trudno oczywiście uciec od okresu w jej życiu, o którym ona sama, nie lubiła mówić, chociaż się go nie wypierała. Chodzi o błędy młodości, przynależność do partii w okresie stalinowskim, wiersze pisane w duchu socrealistycznym. Autorka próbując zrozumieć ówczesne wybory poetki, tłumaczy jej postawę wpływem Adama Włodka. Dla niego z kolei był to wybór naturalny, bo lewicowe poglądy miał znacznie wcześniej. Joanna Gromek-Illg zastanawia się, albo wręcz stawia tezę, że gdyby w tamtym czasie żył ojciec Szymborskiej, osoba dla niej bardzo ważna, być może postawa ideowa poetki byłaby zupełnie inna.

Czyta się tę biografię świetnie. Wiele tu interesujących, nieznanych mi wcześniej informacji. Bardzo zaciekawiła mnie na przykład opowieść o rodzicach poetki, czasach wojennych, życiu na Krupniczej w słynnym domu literatów, chociaż na ten temat napisano już bardzo dużo. Nie miałam też pojęcia, że poetka związana była przez kilka lat z Janem Pawłem Gawlikiem, który znacznie później był dyrektorem Starego Teatru w okresie jego największej świetności. I tu pierwsza refleksja. Czasami miałam wrażenie, że podglądam Szymborską, że z butami, ja i inni czytelnicy, wchodzimy w jej życie. Może dlatego, że tak jeszcze niewiele czasu minęło od jej śmierci, że wciąż żyją ludzie, którzy to wszystko pamiętają? Bo przecież nic w tym dziwnego, że w biografii znajdujemy opowieść o życiu prywatnym. Tak jest zawsze. Refleksja druga - szczególnie im bliżej końca, tym bardziej zastanawiałam się, czy Joanna Gromek-Illg potrafi zachować dystans do Szymborskiej, dystans, a więc obiektywizm. Bo przecież bardzo dobrze zna wiele osób z przyjacielskiego kręgu poetki, znała też ją,  bywała u niej w domu razem z mężem, Jerzym Illgiem, wydawcą i redaktorem Znaku, chociaż, jak zaznacza, nigdy się nie przyjaźniły ani nie były w bliskich relacjach. Czy biografia napisana przez kogoś nieznającego ani Szymborskiej, ani jej przyjaciół i znajomych byłaby inna? Z pewnością. Obce jest mi czarno-białe spojrzenie na świat, za dużo czytałam, za dużo wiem, aby potępiać cudze wybory, staram się zrozumieć kontekst, nie przykładać współczesnej miary do oceny postaw sprzed lat, bo przecież tak nie można. Niemniej jednak zastanawiam się, czy autorka zbyt łatwo nie prześlizguje się nad tym nieszczęsnym okresem stalinowskim. Sama nie wiem. A może należy uszanować postawę poetki, która wstydząc się tamtych wyborów i tamtej swojej twórczości, nie lubiła rozmawiać na ten temat.

Therese Bohman "Ta druga"

Już od jakiegoś czasu zastanawiałam się, czy nie sięgnąć po jedną z

dwóch, teraz już trzech, wydanych w Polsce książek szwedzkiej pisarki Therese Bohman, bo tematyka, jaką porusza, bardzo mnie interesuje. Gwarancją jakości mogło być ambitne, ciekawe wydawnictwo, Pauza, i znakomita tłumaczka, Justyna Czechowska. Z drugiej strony nasze gusty mogły się przecież rozminąć i nie jest tak, że każda książka wydana przez Pauzę zbiera znakomite recenzje. Ja na razie na razie nie zawiodłam się na żadnej z kilku wydanych przez nią tytułów, które przeczytałam, no ale zawsze może być to pierwsze rozczarowanie. Do znudzenia powtarzam - naprawdę szkoda mi czasu na niewypały. Dlatego, jak zwykle w takich wypadkach, podchodziłam do twórczości Therese Bohman jak pies do jeża. Ostatecznie zdecydował fakt, że wywiad z autorką znalazł się w najnowszej książce Katarzyny Tubylewicz "Samotny jak Szwed". Takimi to pokrętnymi drogami czasem podążam, zanim sięgnę po nową powieść autorki czy autora, których nie znam.

Mój wybór padł na "Tę drugą" (2020), ale zadecydował przypadek - promocja. Teraz już wiem, że było warto i na pewno przeczytam dwie następne, "Po zmierzchu" (właśnie skończyłam) i świeżo wydaną - "Utonęła". Połknęłam "Tę drugą" jednym tchem, a, co ciekawe, zrobiłam bardzo dużo notatek. Zwykle coś sobie zapisuję, kiedy czytam literaturę faktu, znacznie rzadziej w trakcie lektury beletrystyki, a chyba nigdy tak dużo. Bo to powieść, która każe myśleć, powieść, która dyskutuje z rzeczywistością, która prowokuje. Takie zresztą są inne książki wydane przez Pauzę, które przeczytałam - "Koniec z Eddym" i "Historia przemocy" Edouarda Louisa i "Dziennik upadku" Michela Lauba

Temat może wydać się banalny - historia romansu żonatego mężczyzny z singielką. Dalej kolejne banały - spora różnica wieku, on koło pięćdziesiątki, ona nie przekroczyła jeszcze trzydziestki. No i przepaść majątkowa oraz społeczna. On ceniony lekarz, ordynator oddziału szpitalnego. Dobrze sytuowany, mieszkaniec pięknych dzielnic. Wiadomo, jaki styl życia za tym stoi. Perfekcyjna rodzina jak z obrazka. Ona, samotna, bez żadnego zaplecza kulturowego. I to jest jej największym problemem. Nie status materialny, w jej rodzinie żyło się skromnie, ale przecież nie biednie. Bohaterka, zarazem narratorka, buntuje się przeciwko takiemu stereotypowemu postrzeganiu klasy społecznej, z jakiej pochodzi. Jej rodzice to nie prekariat, nie patologia, pracowali i było ich stać na przykład na wakacje. Wprawdzie nie zagraniczne, ale przecież przyjemne. Jej największym problemem jest właśnie brak  tego backgroundu, jaki mają zapewnione dzieci Carla, jej kochanka. Chociaż wszyscy chodzili do tych samych szkół, to trudno nadrobić to, co miały one - dużą, domową bibliotekę, wizyty w kinie, teatrze, na koncertach i wystawach. Jej nikt tego na tacy nie dał, do tego aspiruje. Czyta i marzy o tym, aby pisać. Przerwała studia i chwilowo pracuje w szpitalnej stołówce, głównie na zmywaku, aby w następnym roku akademickim wrócić na uczelnię. Denerwuje ją ich przywilej zblazowanej klasy średniej, przed którą wszystko stoi otworem. Denerwuje, ale wydaje mi się, że trochę im go zazdrości. Chciałaby się znaleźć w ich świecie i może nawet niekoniecznie na swoich warunkach?

Bohaterka nie pasuje do żadnego środowiska, do żadnej bańki. W każdym obozie jestem zdrajcą - stwierdza. Z rodziną nie utrzymuje kontaktu, czytelnik nie dowie się dlaczego, studenci, zwłaszcza ci z dobrych domów, traktują ją z góry. Zastanawia się, czy mieli kiedyś prawdziwą pracę, pracę będącą alternatywą dla skoku w przepaść. Denerwuje ją ich pewność siebie, z jaką przywłaszczają sobie świat.  Do koleżanek z pracy też już nie przystaje, nie ma z nimi wspólnego języka, bo studiowała, bo czyta książki i pisze eseje dla przyjemności. Nigdzie się nie mieści także dlatego, że łamie stereotypy. W pracy buntuje się przeciwko wizji kobiety harującej na zmywaku - zaniedbanej, ubranej w szpitalne, służbowe, bezkształtne ciuchy. I chociaż rzeczywiście ta praca jest wyjątkowo niewdzięczna, narratorka nie żałuje opisów zaschniętych resztek jedzenia, pleśni, której nie sposób zwalczyć nawet w czystym szwedzkim szpitalu, potu, wilgoci, obolałych, opuchniętych nóg i innych tego typu szczegółów, ale jednocześnie stara się przełamać stereotyp, walczyć o swoją kobiecość - stąd elegancka bielizna, jaka prześwituje spod bezkształtnych ciuchów, stąd kokieteryjnie wystawione ramiączko stanika. To kolejna kontra - na przekór swoim koleżankom ze studiów, feministkom, ona chce być kobieca, chce mieć romans z żonatym facetem. Chce spełniać zachcianki swojego kochanka. Nie czuje się lojalna wobec kobiet, nie czuje siostrzeństwa z żoną Carla. Czy także dlatego, że dzieli je różnica społecznej klasy? Jako feministka jestem porażką. Niespecjalnie też umiem być zwyczajną kobietą (...) W innym miejscu stwierdza To największy zawód wobec siostrzeństwa - poczucie, że się go nie potrzebuje. Czasem pisze, ironicznie, kąśliwie i dowcipnie, że czuje się, jakby codziennie stawała przed kobiecym trybunałem, ale nic ją to nie obchodzi. Kiedy koleżanka ze studiów, feministka, krytykując jej związek z Carlem, wytyka różnicę wieku, ona punktuje ją bardzo trafnie - gdybym miała romans ze starszą od siebie kobietą, mówi, na pewno trzymałabyś za nas kciuki. Wykrzyczy jej, że dostosowuje swoje życie do teorii poznanych na kursach akademickich, że podąża za modnymi prądami. Koledze zarzuci, że chociaż taki nowoczesny, taki świadomy seksualnego wyzwolenia kobiet, jednocześnie sam nie chciałby wyzwolonej dziewczyny. 

Rozrywając granice baniek, narratorka płaci za to samotnością. Związek z Carlem też nie przynosi jej szczęścia. Popełnia klasyczne błędy kochanki, która łudzi się, że on odejdzie od żony i dzieci, aby z nią stworzyć nowy związek. Szybko odczuwa cierpienia związane z byciem tą drugą - zawsze musi ustąpić miejsca jego rodzinie, to ich sprawy są ważniejsze. Zawiedziona spędza samotne wieczory, kiedy on w ostatniej chwili odwołał swoją wizytę. Zagłuszając samotność, nie tylko tę z powodu kochanka, wędruje wieczorami po mieście, przygląda się ulicom, domom, placom, zagląda ludziom w okna i rozmyśla. Jest współczesną flanerką. Kim byli flanerzy, warto sprawdzić tu

Można różnie oceniać bohaterkę. Wiele jej spostrzeżeń wydało mi się bardzo trafnych, cennych i ważnych. Podoba mi się jej bunt, myślenie pod prąd. Czasem jednak drażniła mnie swoją deklaratywnością, naiwnością, pewnością siebie. Bo chociaż z jednej strony czuje się gorsza, jednocześnie pławi się w poczuciu wyższości. No i irytowała mnie jej uległość wobec Carla, powielanie klasycznych błędów. Oczywiście łatwo powiedzieć, ale kto chociaż raz nie był szaleńczo zakochany, niech milczy, bo nie wie, o czym mowa. Gdzie zaprowadzi ją taka postawa? Jest naiwna i egzaltowana? Czy mądra, przenikliwa i oryginalna?

Bardzo podobała mi się książka Therese Bohman. Lubię ją za bohaterkę i za wsadzanie kija w liczne mrowiska (to nie wszystkie, obrywa się też na przykład czytelnikom i pewnemu typowi literatury). Bo jest to także książka o opresji, jakiej podlegamy, myśląc i postępując stadnie, podążając za intelektualnymi modami, o jednomyśleniu i braku krytycyzmu. Wreszcie lubię "Tę drugą" za opis świata, stwarzanie tła - zmysłowe, skupione na detalach opisy miasta, mieszkań, knajp i wszystkich miejsc, w których bywa bohaterka. 

Popularne posty