Katarzyna Kobylarczyk "Pył z landrynek. Hiszpańskie fiesty"

Kiedy skończyłam czytać reportaż Aleksandry Lipczak "Ludzie z placu Słońca", o którym pisałam ostatnio, przypomniałam sobie, że w czeluściach mojego czytnika mam jeszcze jedną książkę o Hiszpanii. To „Pył z landrynek. Hiszpańskie fiesty” (Czarne 2013, ale książka jest dostępna, przynajmniej ebook) Katarzyny Kobylarczyk. Chcąc pozostać w hiszpańskich klimatach, natychmiast po nią sięgnęłam, a że książeczka jest niedużych rozmiarów, pochłonęłam ją jednym tchem.

To rzecz zupełnie odmienna, ale też wyrastająca z miłości do Hiszpanii. Autorka nie zajmuje się problemami społecznymi, politycznymi, ekonomicznymi. Zafascynowana jest fiestami i małymi osadami. Przemierza spalony słońcem hiszpański interior  i odwiedza malutkie miasteczka i wioski. Czasem nie dzieje się nic, czasem opowiada o jakiejś lokalnej osobliwości, legendzie, sięga do przeszłości, ale najczęściej opisuje zwariowane fiesty, jakie trudno nam sobie wyobrazić. Najbardziej znaną jest fiesta w Pampelunie. Słynne gonitwy byków i szaleństwo, które się tam odbywa, rozsławił Hemingway między innymi w powieści ”Słońce też wschodzi”. Nie miałam pojęcia, że to on sprawił, iż ta lokalna fiesta, jakich wiele w całej Hiszpanii, stała się taka słynna i dzisiaj to prawdziwy szał. Nie ukrywam, że i ja, zarażona przez Hemingwaya, marzyłam o Pampelunie, ale kiedy wreszcie dwa lata temu zrealizowałam ten plan, z wielu powodów przyjechałam do miasta w kilka dni po zakończonym szaleństwie. Pampeluna jeszcze lizała rany i doprowadzała się do porządku. Inna słynna fiesta to obchody Wielkiego Tygodnia w Sewilli. Podobne odbywają się w wielu hiszpańskich miejscowościach. Ale najrozmaitszych, przedziwnych fiest są w Hiszpanii tysiące. To bieganie z ogromnymi figurami świętych albo z figurą Chrystusa w szklanej trumnie, wyścigi koni pod stromą górę z uczepionymi do ich grzbietów czterema śmiałkami, obrzucanie się najrozmaitszymi przedmiotami, walenie w bębny i wiele innych.Często nikt dziś już nie zna ich rodowodu.

Wielką zaletą książki Katarzyny Kobylarczyk jest piękny język. Czytanie jej to niezwykła przyjemność. Kiedy pisze o fiestach, znakomicie oddaje szaleństwo i trans, w jaki popadają miejscowi, i bezradność turysty, który zawsze będzie tylko turystą, kimś z zewnątrz. Kiedy opisuje miasteczka, wioski, hiszpański interior, robi to w sposób poetycki, niebanalny, bardzo sensualny. To książka do smakowania. Niewielki drobiazg, ale naprawdę bardzo pyszny. Odtrutka na codzienność i coraz niższe temperatury. Można ją połknąć na raz, ja tak zrobiłam, albo smakować po kawałku, żeby starczyło na dłużej. Żadne moje gadanie, a właściwie pisanie, nie odda istoty rzeczy. Po prostu trzeba przeczytać. Zimą jak znalazł.

Aleksandra Lipczak "Ludzie z placu Słońca"

W moim prywatnym rankingu państw europejskich, które uwielbiam, Hiszpania bije się z


Włochami o palmę pierwszeństwa. Właściwie niby pierwsze są Włochy, ale czy ja wiem? Bo Hiszpania mnie również fascynuje! Podróżować po jakimś kraju to jedno, a znać go tak od podszewki to drugie. Nawet jeśli jeździ się samodzielnie, korzysta z transportu publicznego, wybrzeże omija szerokim łukiem (przynajmniej to śródziemnomorskie), to nie znaczy, że poznało się kraj. Ja przynajmniej nie ośmieliłabym się tak powiedzieć, chociaż po Hiszpanii podróżowałam kilka razy. Między innymi dlatego sięgnęłam po zbiór reportaży Aleksandry Lipczak „Ludzie z placu Słońca” (Dowody na Istnienie 2016). To książka fascynująca, połknęłam ją jednym tchem i każdemu polecam.

Autorka pisze o Hiszpanii współczesnej, ale ponieważ na tym, co dzisiaj, swoje piętno odcisnęła hiszpańska wojna domowa i czasy dyktatury Franco, nie może uciec od przeszłości. Bo Hiszpania na pewno byłaby inna, gdyby nie tamte czasy. Eksplozja wolności i szaleństwa, jaka nastąpiła po upadku dyktatury, to odreagowanie tamtego ciemnego okresu, który nie dość, że kosztował życie wielu ofiar, ale także na dekady zamknął Hiszpanię za Pirenejami. Gdyby nie odreagowanie dyktatury, nie byłoby filmów Almodovara. To właśnie początkom jego twórczości poświęcony jest jeden z reportaży. A czym była dyktatura Franco, opowiada między innymi tekst „Macho”. Wbrew tytułowi jego bohaterem nie jest mężczyzna, tylko kobieta. Pilar Primo de Rivera, siostra założyciela Falangi, która stworzyła przy niej Sekcję Kobiecą. Jej celem było wychowanie nowej kobiety, całkowicie podległej mężczyźnie, zamkniętej w domu. Kiedy czytałam o tym, jak rolę kobiet widziała Pilar, kręciłam głową z niedowierzaniem, tak absurdalnie brzmią jej  postulaty. Można by się z tego śmiać, gdyby nie było to tak straszne, bo przecież część z nich dzięki zmianom prawa została wcielona w życie. Po upadku dyktatury Franco w czasach transformacji tamtego mrocznego okresu nigdy nie rozliczono. Przez lata milczano w imię społecznego spokoju. Zbyt to wszystko było skomplikowane. Dyskusja o przeszłości ruszyła kilkanaście lat temu i trwa do dziś. Dopiero na początku naszego wieku rozpoczęły się poszukiwania ludzi zaginionych w czasie wojny domowej, po hiszpańsku desaparecido, czyli znikniętych. Większość z nich została po prostu rozstrzelana. Jeśli egzekucje były masowe, chowano ich w zbiorowych grobach, jeśli mordowano pojedyncze osoby, takie też są ich groby. Słowo grób jest tu zdecydowanie na wyrost, bo nikt nigdy nie miał się dowiedzieć, gdzie zostali pochowani. Hiszpania jest wielkim cmentarzem, pełno tu skażonych krajobrazów, o jakich pisał Martin Pollack w książce pod takim tytułem. O ludziach, którzy szukają swoich znikniętych i o stowarzyszeniu, które się tym zajmuje i o trudnościach, z jakimi się boryka, opowiada jeden z reportaży. Trudno w to uwierzyć, ja w każdym razie nie miałam o tym pojęcia, że do dziś można zwiedzać sanktuarium, w którym wraz ze swoimi towarzyszami pochowany został Franco, do dziś to miejsce otoczone jest kultem. A przypływających do Mellili, jednej z dwóch hiszpańskich enklaw na północnych wybrzeżach Afryki, wita w porcie wielki pomnik generała. Co zrobić z pamięcią o nim, to pytanie jednego z tekstów.

Ale najwięcej reportaży dotyczy oczywiście problemów społecznych i gospodarczych Hiszpanii współczesnej. Kraju, który jeszcze kilkanaście lat temu gnał do przodu i był przykładem europejskiego eldorado. Światowy kryzys obnażył jego słabości i wybuchł tu z wielką siłą. Z jego skutkami, ogromnym bezrobociem, które dotknęło szczególnie młode pokolenie, zmaga się Hiszpania do dziś. Z reportaży poświęconych kryzysowi i jego skutkom negatywnym i pozytywnym, bo są i takie, bije największa energia. Wyczuwa się w nich gniew, podziw dla tych, którzy walczą i próbują na gruzach starego budować nowe, wzruszenie dla ludzkiej solidarności wywołanej wspólnym nieszczęściem. Gniew ukryty pod maską ironii bije z tekstu o hiszpańskiej bańce na rynku nieruchomości, o miastach widmach i o Paco Hernando, wielkim deweloperze, który po aferze z jego udziałem gdzieś zniknął i nie wiadomo, czy jest bankrutem, czy ocalił coś ze swojego wielkiego majątku. Posługując się jego przykładem, Aleksandra Lipczak opowiada o mechanizmach, które najpierw pozwoliły bańce nieruchomości urosnąć do niebotycznych rozmiarów, a potem doprowadziły do wielkiego krachu. Podziw i wzruszenie promieniują z opowieści o Adzie Colau, burmistrzyni Barcelony, która wyrosła z ruchu oburzonych, a pierwsze kroki stawiała w Platformie Poszkodowanych przez Hipoteki. Takie same uczucia pulsowały w tekście poświęconym działaczom tej platformy – tym, którzy stracili mieszkania w wyniku kryzysu, i tym, którzy im pomagają, a  właściwie zmuszają do działania. Bo tu nikt niczego za nikogo nie zrobi, za to pokaże, jak sobie radzić i wesprze. Przesłanie tego reportażu wydało mi się najważniejsze, bo pokazuje, jak na nowo w nieszczęściu budzi się między ludźmi solidarność. Kryzys zmusił wielu do przewartościowania swoich poglądów. Bohaterowie reportażu mówią, że błędem jest wiara w wolność, która zasadza się na samowystarczalności, wiara, że zależymy tylko od siebie. Tak nie jest. Żyjemy wśród ludzi i współzależymy od nich. Dlatego kluczem do rozwiązania licznych problemów jest przywoływana tu po raz kolejny solidarność i współpraca. Jak mówi cytowana w książce filozofka Marina Garces - „Istnieć to zależeć od innych”. Muszę przyznać, że mnie, skrajną indywidualistkę, bardzo jej wywód poruszył. W innych tekstach Aleksandra Lipczak zastanawia się, jak to możliwe, że na pierwszy rzut oka kryzysu w Hiszpanii  nie widać. I rzeczywiście, dwie moje ostatnie podróże po tym kraju odbyłam już w czasach kryzysu – pierwszą u jego zarania, drugą dwa lata temu. Miałam podobne wrażenia i do dziś pamiętam, jak bardzo mnie to dziwiło. Nie umiałam jednak odpowiedzieć sobie na to pytanie.

„Ludzie z placu Słońca” mają jeszcze jeden nieoczekiwany walor. Chociaż jest to opowieść o Hiszpanii, możemy się w niej przejrzeć jak w lustrze. Kiedy się czyta te reportaże, trudno nie ulec wrażeniu, jak wiele jest podobieństw między Hiszpanią a Polską. Podział  społeczeństwa, polityka mieszkaniowa państwa, deweloperów i banków czy tworzenie się nowych ruchów miejskich, społecznych i politycznych. Jedno nas na pewno niestety różni – jesteśmy ponurakami, brak nam hiszpańskiego luzu.

Kiedy w sierpniu czytałam reportaże Aleksandry Lipczak, było jeszcze przed katalońskim referendum. Teraz wydarzenia nabrały tempa. Dokąd zmierza Hiszpania?

 

Remigiusz Ryziński "Foucault w Warszawie"

Po książkę Remigiusza Ryzińskiego "Foucault w Warszawie" (Dowody na Istnienie 2017) pewnie bym nie sięgnęła, gdyby nie świetne recenzje, jakich się doczekała. Mechanizm w podobnych sytuacjach jest zawsze taki sam - temat wydaje mi się nieciekawy, nieistotny, nie dla mnie, a potem tyle się dobrego o książce mówi, że postanawiam jednak przeczytać. Najczęściej rzeczywiście okazuje się, że warto było i coś by mnie ominęło. Tak stało się i tym razem. Śledzę ofertę Dowodów na Istnienie i planuję sobie, co kupię, jednak na reportaż Ryzińskiego nie zwróciłam uwagi, bo cóż mnie niby obchodzi fakt, że słynny francuski filozof Michel Foucault przebywał pod koniec lat pięćdziesiątych zeszłego wieku w Warszawie, gdzie był dyrektorem Centrum Francuskiego przy Uniwersytecie Warszawskim. To miejsce niezwykle ważne na mapie kulturalnej miasta, okno na wielki świat w siermiężnej komunistycznej rzeczywistości. W Warszawie pisał też swój doktorat. A jednak reportaż Ryzińskiego okazał się fascynujący, świetnie napisany. Czyta się go niemal jak powieść szpiegowską. Okazał się wyprawą w przeszłość, do Warszawy ciemnych lat komunizmu, epoki "Złego" Tyrmanda.

Wokół pobytu francuskiego filozofa narosła w Warszawie miejska legenda. Podobno miał tu kochanka, Jurka. Wyjechał zmuszony przez SB w atmosferze skandalu. I śladami tej legendy rusza autor. Chociaż Foucault na pewno był w czasie swojego pobytu inwigilowany, więc powinny zachować się jakieś teczki, nie było łatwo wpaść na jego trop. A jednak udało się. Ryziński spotyka się z mężczyznami, którzy go znali, którzy się z nim wtedy spotykali. Wówczas najczęściej młodzi, w wieku okołostudenckim, dziś poważni panowie. Próbuje dociec, kim był tajemniczy Jurek, czy w ogóle był. Opowiada o ich życiu, często barwnym, nietuzinkowym. Jedzie do Paryża, aby spotkać się z wieloletnim partnerem filozofa, żeby sprawdzić, na ile pobyt w Warszawie był ważny w jego życiu. Jakie ślady pozostawił w papierach, notesie, na fotografiach. Każe się zadumać, jak niewiele zostaje z dawnych pragnień, namiętności, zachwytów, z codziennego życia. Wszystko wyparowuje, znika. Lata mijają, coraz mniej śladów, coraz mniej wspomnień. A przecież tamte uczucia, spotkania, tamto życie były takie  intensywne.

Rozmowy z polskimi znajomymi Foucault są pretekstem do opowieści o  Warszawie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, przede wszystkim o Warszawie gejowskiej. Oczywiście nikt wtedy nie używał słowa gej, co najwyżej homoseksualista albo homo. W powszechnym obiegu funkcjonowały cioty, pederaści. Ryziński opowiada o tym, jak żyli, jak się spotykali, jak nawiązywali znajomości w czasach, kiedy ich życie toczyło się właściwie  w podziemiu. Kiedy byli wykluczeni. Maluje też obraz Warszawy. Bardzo drobiazgowy. Nie tylko z detalami opisuje miasto, na przykład odtwarza wnętrza popularnych wtedy lokali, nieistniejących dziś łaźni miejskich, ale też podaje masę innych  szczegółów, na przykład ceny.

Ale w reportażu Ryzińskiego najbardziej poruszyło mnie coś innego - powszechna wtedy inwigilacja środowiska homoseksualistów. Były to działania zakrojone na równie szeroką skalę, jak akcja Hiacynt z lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku. Autor obficie cytuje donosy i materiały z teczek. Czasem trudno powstrzymać się od śmiechu, zdumiewa też fakt, o jakich bzdurach donoszono i pisano. Po co to wszystko? Żeby mieć haki, które można wykorzystać. Do czego? Do inwigilowania kolejnych osób. W ten sposób tworzyła się cała sieć obserwowanych i donosicieli. Tak  autorytarne państwo sprawowało kontrolę nad życiem niemal każdego człowieka. Tak rodziły się strach i nieufność. Teczki zakładano też oczywiście cudzoziemcom, dlatego Foucault był obserwowany i jako homoseksualista, i jako cudzoziemiec. Z dzisiejszej perspektywy to wszystko może się wydawać absurdalne i śmieszne, wtedy łamano ludziom życie, poniżano ich.

Ale jest też książka Ryzińskiego rodzajem manifestu, który szczególnie mocno wybrzmiewa w zakończeniu. Przypomnieniem ciemnych kart historii i poczuciem ulgi, że tamte czasy minęły. Oddaniem sprawiedliwości homoseksualistom, przez lata wykluczanym. Dziś wychodzą z szaf, żeby się nie bać, żeby móc kochać i żeby być sobą. Żeby móc zwyczajnie żyć. Czy to tak dużo?

 

Zeruya Shalev "Ból"

Lekturę najnowszej powieści izraelskiej pisarki Zeruyi Shalev „Ból” (W.A.B. 2016; przełożyła Magdalena Sommer) odkładałam na dogodniejszy moment, czyli na czas, kiedy będę mogła się skupić tylko na czytaniu. Ponieważ znam jej dwie poprzednie książki, „Po rozstaniu” i „Życie miłosne”, wiedziałam, że to proza gęsta, wymagająca uwagi, momentami męcząca. Rodzinne, uczuciowe psychodramy wciągające czytelnika w głąb, często ciemnych, zakamarków ludzkiej duszy. Taka emocjonalna karuzela. Jednocześnie powieści Shalev są atrakcyjne, mają ciekawą, intrygującą akcję, czytając, z niecierpliwością czekałam na to, co zdarzy się dalej, jak to wszystko się skończy. Zawsze chciałam poznać jej kolejne książki, ale były pilniejsze lektury, widać nie pokochałam jej prozy miłością bezwzględną. „Ból” jednak kupiłam od razu, bo miał świetne recenzje. Słuchając ich, byłam pewna, że to powieść nie tylko znakomita, ale może nawet wybitna. Jak się ma takie rozbuchane oczekiwania, to o rozczarowanie nietrudno. Teraz trochę pomarudzę, ale tym się czytelniku tej notki, nie przejmuj. Jeśli dotąd książek Shalev nie znałeś, sięgaj śmiało po „Ból”, bo jest naprawdę świetny. A że nie wybitny? Trudno, arcydzieła nie rodzą się przecież na kamieniu. Jeśli z niecierpliwością wyczekujesz każdej kolejnej powieści izraelskiej pisarki, moje marudzenie i tak cię nie powstrzyma, bardzo prawdopodobne, że już ją przeczytałeś. Co jeszcze mnie rozczarowało? „Ból” nie jest też tak dojmujący jak dwie poprzednie książki Shalev, o których tu wspominałam. Z jednej strony to dobrze, bo łatwiej się go czyta, niepotrzebnie czekałam na czas, który będę mogła bezwzględnie oddać lekturze. Z drugiej nie działa aż tak mocno. Ale dość już tego. Gdyby to było moje pierwsze zetknięcie z prozą Shalev, gdyby nie oczekiwania nadmiernie rozbudzone przez dyskutantów Tygodnika Kulturalnego (Tak, tak, ileż to już razy sprowadzili mnie na manowce, ale z drugiej strony, ile świetnych lektur albo filmów im zawdzięczam.), na pewno byłabym bardzo usatysfakcjonowana. Ale do rzeczy.
„Ból” to jak zwykle u Shalev historia rodzinna. Rodzina w kryzysie, miłosne zawirowania. Iris, żona Mikiego, matka przygotowującego się do matury Omera i kilka lat starszej Almy, lata temu została poszkodowana w zamachu terrorystycznym. Nie zginęła, ale przeszła trzy poważne operacje, długą rehabilitację. Rok wyrzucony z życiorysu. Rok, kiedy skupiała się tylko na sobie, na swoim bólu. Chcąc chronić dzieci, odsunęła się od nich. Potem rzuciła się w wir zawodowej pracy – została dyrektorką podupadającej szkoły i doprowadziła ją do rozkwitu. To zadanie pozwoliło jej zapomnieć o bólu i traumie.
Ale to nie jedyny ból w jej życiu. Jako młoda dziewczyna przeżyła zawód miłosny. Ejtan, jej wielka miłość, taka aż do śmierci, zostawił ją po śmierci swojej matki. Nie chciał, aby przypominała mu trudne czasy, kiedy wspólnie pielęgnowali chorą. Postanowił zacząć nowe życie, bez niej. Tamten ból, chociaż początkowo niewyobrażalny, przytłaczający, też przeminął. Wyszła za mąż, urodziła dwoje dzieci. Mija dziesięć lat od zamachu. Miki, bezwiednie i nieopatrznie, przypomina o tym żonie. Nie zdaje sobie sprawy, że otwiera puszkę Pandory. Nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wraca fizyczny ból, a z nim pytania o przeszłość. Okazuje się, że tamta kryzysowa sytuacja nigdy nie została przez rodzinę przepracowana. Z trudem używam tu tego terapeutycznego stwierdzenia, ale nie znajduję lepszego. Wtedy wszyscy skupiali się na ratowaniu ciała Iris, potem ona sama twierdziła, że wszystko jest już w porządku. Teraz wracają pytania o winę.
O winę? Jak można mówić o winie, kiedy to był zamach terrorystyczny. A jednak można. Bo to nie Iris miała tamtego feralnego dnia odwieźć dzieci do szkoły. Gdyby nie seria całkiem zwyczajnych, codziennych przypadków, zrobiłby to jej mąż. Raptem okazuje się, że i on, i dzieci przez te wszystkie lata obwiniali siebie za to, co się stało, a Iris podświadomie czuła żal. Do nich? Do losu? Zadawała sobie pytanie – dlaczego ja? To moje ulubione pytanie o rolę przypadku w życiu. Bo gdyby nie splot okoliczności, gdyby nie to albo tamto, ani ona, ani (potencjalnie) jej mąż nie znaleźliby się w tamtym feralnym dniu, w tamtym feralnym momencie obok autobusu, w którym wysadził się zamachowiec. O tym wszystkim milczano w rodzinie przez dziesięć lat. Teraz też nikt nie stawia głośno tego pytania. Ale ono wisi w powietrzu. Dlaczego nigdy nie wypowiedzieli swojego bólu, swoich obaw, swoich win, swojego żalu? Dlaczego Iris uciekła w pracę, stała się doskonałą dyrektorką szkoły, tak zajętą zawodowymi obowiązkami, że nie miała już czasu na nic innego? To wszystko żeby zapomnieć o … bólu, żeby życie nie bolało. Kiedy Iris siedzi w pełnej ludzi poczekalni przychodni zajmującej się leczeniem bólu, uświadamia sobie, że ziemia to jeden wielki ból. Cały świat jest pełen ludzi, których coś boli – ciało albo dusza, albo jedno i drugie. Uświadamia sobie, że miłosny zawód przeżyty we wczesnej młodości naznaczył ją na zawsze. Odtąd żyła tak, aby nie bolało. Nie dość kochała, żeby już nigdy nie cierpieć. A dzieci? Czy je także nie dość kochała? Bo nie były dziećmi tamtego? Czy dlatego teraz córka oddaliła się od rodziny, zamknęła się w sobie i wszystko wskazuje na to, że ma poważne problemy? I tu zacznę marudzić po raz kolejny.
Kiedy czytałam powieść Zeruyi Shalev, nie mogąc się od niej oderwać, co jakiś czas zapalała mi się w głowie czerwona lampka. To już było, to takie wyświechtane. Matka, która obarcza się winą, córka, która ma za złe matce. No tak, wszystko już było, nie ma nowych tematów, więc albo to wyjątkowo nie mój temat, albo zabrakło tego czegoś, co sprawia, że stare, ograne staje się bardzo świeże. Powiem wprost – najnowsza powieść Shalev za bardzo trąci mi psychologicznymi, terapeutycznymi tematami. Niekoniecznie z tanich magazynów dla kobiet, niekoniecznie z telewizji śniadaniowych. Chyba nieprzypadkowo nie znalazłam innego stwierdzenia i napisałam, że rodzina nie przepracowała problemu. Jakbym słyszała psychoterapeutów, co z tego, że tych najlepszych.
Być może z tego i jeszcze innego powodu mnie w powieści Zeruyi Shalev najbardziej wciągnął inny wątek, oczywiście ściśle spleciony z tamtymi. Z otwartej puszki Pandory wyleciały nie tylko rodzinne urazy. Zbieg okoliczności zapoczątkowany niefortunnymi słowami Mikiego sprawił, że Iris spotkała Ejtana, swoją wielką miłość. Co robić? Rzucić się w wir romansu? Znowu oszaleć z miłości? Wybaczyć? Iść za tak nieoczekiwanie, cudownie odnalezionym uczuciem? Znowu żyć? A rodzina? A mąż? Może już spłaciła swoje długi? Alma jest już samodzielna, Omar prawie też. A mąż może zrozumie? Przecież najbardziej interesują go rozgrywane w komputerze błyskawiczne partie szachów. A może i on kogoś ma? Iris z nadzieją chwyta się podejrzeń, które jeszcze niedawno ledwie żywiła. Czy warto tracić resztę życia na taki letni związek? Pytania pytaniami, a uczucie uczuciem. Iris chce i boi się jednocześnie, uświadamia sobie, że jej lęk nie wynika tylko z wyrzutów sumienia. Ona boi się nowego szczęścia, jakby uważała, że na szczęście nie zasługuje, jakby przez lata uczuciowej hibernacji straciła nadzieję, że życie może być szczęśliwe. Mimo wszystko wątpliwości jak zawsze w takiej sytuacji pozostają. A ja, czytelniczka, zastanawiam się, czy Ejtan rzeczywiście wart jest takiego szaleństwa. Widzimy go tylko jej oczami. Właściwie co tak naprawdę o nim wie? Minęło tyle lat od ich rozstania. Co robił? Jaki jest naprawdę? Przecież nawet nie zdążył opowiedzieć jej wszystkiego. Czy rzeczywiście kochał ją przez te wszystkie lata? Czy wytrwa? Czy to tylko kaprys? Dlaczego jego życie rodzinne i uczuciowe było nieudane? Bo nie mógł o niej zapomnieć? A może to w nim tkwi jakiś feler? Iris nie bardzo ma czas, aby sobie te wszystkie pytania postawić. Oślepia ją miłość, a sytuacja rodzinna komplikuje się coraz bardziej. Shalev znakomicie pokazuje dylematy kogoś, kto znalazł się w takiej sytuacji – od wielkiego szczęścia nagle zaczynają nas odrywać poważne problemy. Tak bardzo nie chcemy. Żal, rozpacz, poczucie obowiązku i winy nie dają spokoju. Czy jej romans z Ejtanem to tylko chwilowa ucieczka od rzeczywistości, która przynosi przyjemne wytchnienie, czy coś poważniejszego?
Zastanawiałam się, jak ta historia się skończy. I muszę przyznać, że niestety ostatnia część powieści i sam finał rozczarowały mnie najbardziej. Nadzieja i katharsis, o których można przeczytać w rozmaitych materiałach zapowiadających książkę, wydały mi się tu zbyt łatwe. W taki prosty sposób, tak szybko ludzie nie rozwiązują swoich skomplikowanych rodzinnych problemów. Mam takie wrażenie, jakby ostatnia część powieści nie przystawała do tego, co wcześniej. Jedno ją tylko ratuje. Nawet jeśli Iris uda się przezwyciężyć wszystkie bóle, to już czyha następny. Po maturze Omar, jak każdy chłopak w Izraelu, musi iść do wojska na długie trzy lata. To strach izraelskich matek. Ból nigdy się nie kończy.
PS. Tym razem zdjęcia okładki nie będzie, bo wyświetla się komunikat, że wpis jest za długi. Nie zamierzam go skracać z tego powodu.

Joanna Kos-Krauze, Aleksandra Pawlicka "Jest życie po końcu świata"

Nie czytam takich książek, nie sięgam po wywiady rzeki, szerokim łukiem obchodzę książki o aktorach, a tym bardziej celebrytach. Joanna Kos-Krauze celebrytką nie jest, aktorką też nie, ale książki „Jest życie po końcu świata” (Znak Literanova 2017) napisanej wspólnie z Aleksandrą Pawlicką pewnie bym nie wzięła do ręki. Ba, nawet o niej nie słyszałam, chyba jest dość słabo reklamowana. Ale polecał ją ktoś, z czyich ust nie spodziewałabym się pochwały książki, której bohaterką jest Joanna Kos-Krauze. Powiedział, że jest przejmująca i że koniecznie trzeba ją przeczytać. Jeśli czytać to tylko teraz, zaraz po obejrzeniu filmu „Ptaki śpiewają w Kigali”, tak pomyślałam i tak zrobiłam. Pochłonęłam ją w ciągu kilku dni.

„Jest życie po końcu świata” to nietypowy wywiad-rzeka, właściwie nie jest nim w ogóle. To reporterska opowieść o Rwandzie Aleksandry Pawlickiej przeplatana rozmowami z Joanną Kos-Krauze. Rozmowy te można podzielić na trzy grupy. W jednych reżyserka opowiada o swoich pobytach w Afryce, o swoim w niej pomieszkiwaniu, o jej mieszkańcach. Przyznam, że ta część książki momentami mnie drażniła. A działo się tak wtedy, kiedy Joanna Kos-Krauze zaczynała snuć rozważania na temat ludzkiej natury, psychologizować i filozofować. To, co mówiła, niekoniecznie mnie przekonywało, takie rozmowy mogłyby się śmiało znaleźć w ambitnym, ale jednak lifestylowym magazynie. Ich motywem przewodnim jest ludobójstwo i życie po nim. I kiedy Joanna Kos-Krauze mówi konkretnie, przytacza fakty, opowiada historie ludzi, których w Rwandzie spotkała, z którymi nawiązała bliższą relację, jest znacznie lepiej.

Druga grupa rozmów to historia jej związku z Krzysztofem Krauze - od początku znajomości, przez wspólną pracę, chorobę, śmierć, pogrzeb, aż po próbę budowania nowego życia. Równoprawnym bohaterem tych rozmów jest sam reżyser. Przyznam, że jego portret wydał mi się bardzo ciekawy. Ze zdziwieniem stwierdziłam, że zamiast człowieka sukcesu, a tak go odbierałam, odkryłam postać tragiczną. Nie znałam go takiego - wrażliwego, rozczarowanego tym, co robi, niezadowolonego z efektów swojej pracy, niewierzącego w sukces, borykającego się z krytyką, depresyjnego. Smutna jest ta opowieść. Zupełnie inaczej wyobrażałam sobie reżysera, którego niebanalne obrazy zawsze bardzo przeżywałam i ceniłam. Pamiętam, że kiedy umarł, pomyślałam z ogromnym smutkiem, że już nigdy nie zobaczę jego nowego filmu.

Wreszcie trzecia grupa rozmów dotyczy filmów – od „Długu” po najnowszy, „Ptaki śpiewają w Kigali”. Dostajemy ciekawą opowieść o pracy nad każdym z tytułów - od rodzenia się pomysłu, przez kilkakrotne albo nawet kilkunastokrotne poprawianie scenariusza, rozmaite kłopoty w czasie produkcji, wątpliwości, aż do odbioru przez widzów i recenzentów. Wiele się dowiedziałam, wiele sobie  przypomniałam. Przyznam, iż zupełnie nie pamiętałam, że „Mój Nikifor” miał początkowo słabe recenzje, a jego recepcja zmieniła się po sukcesach za granicą.

Ale może najważniejsza jest reporterska opowieść Aleksandry Pawlickiej o Rwandzie. Wydawało mi się, że po przeczytaniu książki Wojciecha Tochmana „Dzisiaj narysujemy śmierć” i „Strategii antylop” Jeana Hatzfelda już niczego nowego na temat ludobójstwa się nie dowiem, a jednak myliłam się. Aleksandra Pawlicka i Joanna Kos-Krauze odwiedzają miejsca związane z tamtą tragedią i wokół nich snują dramatyczną historię wydarzeń z roku 1994. Chyba największe wrażenie zrobiło na mnie to, że w Rwandzie ludobójstwo dotknęło niemal wszystkich. Albo je przeżyli, albo, jeśli przebywali w tamtym czasie za granicą, stracili bliskich, albo mordowali oni lub ich najbliżsi, a teraz muszą żyć obok siebie, bo inaczej się nie da. Pawlicka porządkuje  fakty historyczne, nakreśla polityczne tło, przypomina niechlubną rolę państw Zachodu, szczególnie Belgii i Francji, wiele też pisze o odpowiedzialności Kościoła za eksterminację Tutsi. Byli oczywiście księża, którzy pomagali, ale byli też tacy, którzy dostarczali mordercom benzyny, którą podpalano ludzi szukających schronienia w kościołach, inni sączyli nienawiść, jeszcze inni w najlepszym razie pozostali bierni. Do dziś Kościół chroni księży zamieszanych w tamte zdarzenia. Wydaje mi się, że rozdziały o Rwandzie są tym bardziej cenne, że mają szansę trafić do czytelnika, który z tymi faktami nigdy się nie zetknął albo wie na ten temat niewiele. Jeżeli skuszony rozmowami ze znaną reżyserką przeczyta całą książkę, to chwała autorkom za to.

 

"Pewnego razu w listopadzie"

Recenzje najnowszego filmu Andrzeja Jakimowskiego "Pewnego razu w listopadzie" są różne, od bardzo dobrych po marne. Nazwano go nawet szlachetną porażką, uznano, że temat nie pasuje do artystycznej wrażliwości autora "Sztuczek", "Zmruż oczy" i "Imagine", a że ważny, to niestety został zmarnowany. Mimo wszystko podobno zobaczyć trzeba. I tak chciałam go obejrzeć, więc z ciekawością pobiegłam do kina. Filmową historię zainspirowały prawdziwe zdarzenia, ale nawet gdyby tak nie było, to i tak nic nie straciłaby na wiarygodności. Jest to opowieść o matce, w tej roli Agata Kulesza, i jej synu studencie, którzy zostali eksmitowani z mieszkania przez czyścicieli kamienic. Akcja toczy się w ciągu kilku listopadowych dni, a kulminacją jest 11 listopada - Święto Niepodległości i manifestacja zawładnięta przez narodowców. Andrzej Jakimowski wykorzystał w filmie zdjęcia dokumentalne zrobione przez niego i jego ekipę w czasie słynnego z zamieszek marszu patriotycznego (to słowo w tym kontekście aż nie chce przejść przez gardło) 11 listopada 2013 roku. To wtedy między innymi zaatakowano i podpalono squat antify oraz tęczę na placu Zbawiciela. Chociaż reżyser czasem niepotrzebnie dociska gaz do dechy, chociaż film czasem drażni, to jednak zrobił na mnie duże wrażenie. Właściwie nie zgadzam się z większością uwag krytycznych, jakie pod jego adresem słyszałam. To kino poruszające, dotykające, smutne i zatrważające. Zaangażowane. Gorące. O CZYMŚ. Ja jestem całkowicie na tak. A więcej refleksji w drugiej części. Zapraszam tych, którzy "Pewnego razu w listopadzie" już widzieli.

 

Kiedy teraz rozmyślam sobie o filmie Jakimowskiego, przyszło mi do głowy, że to takie warszawskie kino drogi. Eksmitowani z mieszkania wędrują przez listopadową, szarą Warszawę w poszukiwaniu miejsca do spania dla kobiety nazywanej przez syna mamusią. On chwilowo ma gdzie spać, ma suchy i ciepły kąt, chociaż w garażu, można powiedzieć - w całkiem eleganckim garażu. Jednak na pokoje go nie wpuszczono. Czy ze względu na cnotę córki, która jest jego dziewczyną? Czy raczej może za wysokie progi na biedaka nogi? Widzowi też nie będzie dane zajrzeć na salony i przed nim drzwi zostają symbolicznie zamknięte. Gorsza jest sytuacja kobiety - ona nie ma gdzie się podziać. Tuła się od schroniska do schroniska, od ogrzewalni do ogrzewalni, bo ma ze sobą psa - znajdę, Kolesia. A wiadomo w takich miejscach zwierząt się nie przyjmuje. Ratunkiem może być squat, ale tam wolnych miejsc noclegowych też już nie ma. Wszyscy spuszczają oczy, powinni pomóc, a nie mogą.

Motyw wędrówki i zimna przewija się przez cały film. Wędrują mamusia i Mareczek, uginają się pod ciężarem bagażu - dobytku spakowanego do kilku podróżnych toreb i jednego plecaka. Tyle dało się zabrać z mieszkania zajętego przez panią komornik. Tyle da się unieść na własnych plecach. Tyle zawsze bierze się na tułaczkę. Mamusia i Mareczek są miejskimi wygnańcami. Wygnańcami z kapitalistycznego raju, który jest rajem tylko dla niektórych. A przecież niczemu nie są winni. Pewnie zostali eksmitowani, bo nowy właściciel kamienicy podniósł im niebotycznie czynsz i płacić go nie byli w stanie. A może przyczyniła się do ich tragedii choroba mamusi, która prawdopodobnie jest na rencie. Zażywa stale jakieś leki, nie pracuje, była nauczycielką, a przecież za młoda jest na emerytkę. A może jedno i drugie. I tak z dnia na dzień znaleźli się na ulicy, stali się nikim. Dlatego Mareczek stale jest w biegu. Na uczelnię, do pracy w myjni samochodowej, w poszukiwaniu Kolesia, stale coś załatwia. I stale są zmarznięci. On w wiatrem podszytej kurtce, ona po nocy spędzonej w nieogrzewanej budzie gdzieś pomiędzy torowiskami, w zapomnianym sercu miasta.

Taka jest Warszawa w filmie Jakimowskiego. Z jednej strony szare ulice, jakieś obrzeża, niewyasfaltowane, dziurawe drogi, deszcz, błoto, listopadowy smętek. Noclegownie, squat, budy na działkach, opuszczone mieszkanie, zapuszczone podwórka, nieogrzewane kanciapy. Z drugiej zadbane domy, eleganckie ulice w centrum, które najczęściej widzimy z lotu ptaka - z dachów kamienic, po których jak kot przemyka Mareczek - uciekinier, Mareczek -włamywacz. Teraz uderzyło mnie to, że oboje są trochę jak ścigani - muszą się ukrywać w swoich kryjówkach, nie mogą zdradzić, że tam są. Tak jest w zaplombowanym mieszkaniu, tak jest w budzie na działkach, tak jest w maszynowni, do której chce wprowadzić się Mareczek. Tak będzie wreszcie w zabarykadowanym squacie zaatakowanym przez narodowców.

Film Jakimowskiego pokazuje jak w soczewce palące problemy współczesnej, potransformacyjnej Polski. Z jednej strony społeczne pęknięcie - piękne dzielnice i biedne dzielnice, ci, którym się udało, i ci, którzy nie z własnej winy znaleźli się poza nawiasem. Wykluczeni. I nie są to żadni menele, żaden społeczny margines, żadni bezradni, ale nauczycielka i jej studiujący syn. Jeśli, czytelniku tej notki, myślisz, że tak nie może się zdarzyć, to jesteś w błędzie. Wysłuchałam w radiu dwóch ciekawych rozmów. Jedna z reżyserem, który opowiadał o dokumentacji do filmu. Druga z szefową noclegowni i działaczką na rzecz Komitetu na Rzecz Obrony Lokatorów. Obie twierdziły, że w swojej pracy spotykają się na co dzień z takimi przypadkami. Że bezdomni, jakich sobie wyobrażamy, to margines. Większość to tacy ludzie jak mamusia i Mareczek. Opowiadały o błędnym kole, w jakie trafiają ci ludzie i o tym, jak w dobrze zorganizowanym państwie powinno się im pomagać. Czas jednak wrócić do filmu. Kto dostrzega wykluczonych, mamusię i Mareczka? Kto się za nimi ujmuje? Squatersi - anarchiści znienawidzeni przez narodowców, nazywani czerwoną hołotą.

Drugi problem, jaki wskazuje Jakimowski, to nacjonalistyczna agresja, rosnące w siłę środowiska prawicowej młodzieży. Hasła o wielkiej Polsce, narodowej dumie i cały ten bełkot. Dokumentalne zdjęcia z tamtej pamiętnej manifestacji jeżą włos na głowie. Ciarki przechodzą po plecach. Atak na siedzibę antify też tak wyglądał. Symboliczna jest scena, kiedy Mareczek, a z nim Ola decydują się wejść do oblężonego squatu. To ideowy wybór, gest sprzeciwu, nieobojętności. I poszukiwanie wspólnoty. To dlatego mamusia chce tam zostać. Mareczek i Ola z obserwatorów stają się uczestnikami zdarzeń, opowiadają się po jednej ze stron.

A na koniec o  scenach, które mnie drażniły. To, że mamusia jest taka porządna, że zbiera śmieci na przystanku, mogę zrozumieć. Jest typem społecznicy, tacy powinniśmy być, też powinniśmy zbierać te śmieci. Ale robienie tego na trawniku, gdzie znajduje się jedna z tablic upamiętniających rozstrzelanych w powstaniu warszawskim, i  wygłaszanie patriotycznego kazania, wydało mi się przesadą. Jakby reżyser musiał koniecznie postawić kropkę nad i, pokazać drugie oblicze patriotyzmu. Niepotrzebna jest też scena, kiedy Marek zostaje pobity na komisariacie. Że tak bywa, wiemy, ale tu odbieram to jako zbędne dociśnięcie pedału do dechy. Wszystko musi tego chłopaka spotkać. A już kiedy zaczyna śpiewać hymn, wywołuje to raczej uśmiech zażenowania, niż słuszny gniew czy zadumę. Czasem lepiej zatrzymać się w pół kroku, niekoniecznie walić w widza taką dosłownością. No ale to tyle czepialstwa, bo najnowszy film Andrzeja Jakimowskiego na mnie zrobił duże wrażenie.

 

"Łagodna"

O filmie Siergieja Łożnicy zrobiło się głośno od czasu festiwalu w Cannes, gdzie był pokazywany w konkursie głównym, ale żadnej nagrody nie dostał. Teraz, kiedy wszedł na nasze ekrany, recenzje są różne - dominują bardzo dobre, ale słyszałam też głosy sceptyczne. Poszłam do kina z całą świadomością tego, co mnie może spotkać, bo Łożnica należy do tych reżyserów, których filmów nie opuszczam, od kiedy zaistniał w mojej świadomości. A stało się to po obejrzeniu obrazu "Szczęście ty moje". Temu, kto go widział i pamięta, a także znakomite "We mgle", napiszę, że "Łagodnej" znacznie bliżej do pierwszego z filmów. Tytułowa Łagodna, podobnie jak bohaterowie tamtego obrazu, nagle wpada w matnię, w straszny rosyjski świat jak z koszmarnego snu. Świat niby realistyczny, ale tak spotworniały, że aż groteskowy. Nie jest to kino łatwe i przyjemne. Akcja toczy się wolno, wiele dialogów słychać zza kadru, kamera często pokazuje bohaterów w specyficzny sposób, a wszystko, no może poza sielską wsią, w której mieszka Łagodna, jest szare, brzydkie, w stanie rozpadu. Konkluzja z "Łagodnej" płynie dość oczywista - jednostka nie ma szans z systemem, jest bezradna, bezbronna, żaden bunt nie pomoże. Chociaż uważam, że obejrzeć trzeba i w żadnym wypadku nie żałuję tych ponad dwóch trudnych godzin w kinie, mam mieszane uczucia, a dlaczego wyjaśnię w części drugiej, raczej dla tych, którzy film widzieli. Zapraszam.

A teraz będzie o moich wątpliwościach, czyli o tym, dlaczego od "Łagodnej" zdecydowanie wolę inne rosyjskie filmy ostatnich lat, choćby "Lewiatana", mniej znanego "Durnia" czy "Geograf przepił globus", a z trzech fabuł Łoźnicy najwyżej cenię wojenne "We mgle". We wszystkich wspomnianych filmach, poza ostatnim, historycznym, mamy tę samą opowieść - o strasznej, współczesnej Rosji. Czasami tak strasznej, że aż nierzeczywistej. Po ich obejrzeniu mam identyczną refleksję jak po przeczytaniu reportaży Katarzyny Kwiatkowskiej-Moskalewicz "Zabić smoka. Ukraińskie rewolucje" - czy rzeczywiście tamten świat aż tak wygląda? Czy może jest podkręcony na potrzeby filmów i książki? Kiedy pisałam o tekstach Katarzyny Kwiatkowskiej-Moskalewicz, zastanawiałam się nad tym. Wspominałam, że chętnie zadałabym jej to pytanie. Już nie muszę - byłam na spotkaniu z reporterką i wiem, że niestety czarny obraz Ukrainy nie jest przesadą. Nie musiałam pytać, autorka sama zapewniała, ku mojemu przerażeniu, że za każdym z tekstów kryją się dziesiątki innych podobnych historii, do książki wybrała kilkanaście.

Po tej przydługiej dygresji wracam do tematu. Otóż rzecz w tym, że w "Łagodnej" w sferze treści dostajemy tylko taką właśnie refleksję - Rosja jest piekłem. Brakuje mi jakiegoś zaczepienia - postaci z krwi i kości, głębokich psychologicznych portretów, skomplikowanych relacji międzyludzkich, cieniowania. To wszystko dostajemy w przywołanych przeze mnie filmach. Tam mogłam bohaterom współczuć, mogłam się nad nimi litować, mogłam ich nienawidzić, złościć się, dociekać, co czują, co ich łączy, mogłam oceniać. W wypadku "Łagodnej" jest inaczej. Ten film to świetnie zrobiony obraz spotworniałego świata, obraz pełen literackich aluzji.

Już sam tytuł najprawdopodobniej jest nieprzypadkowy, nawiązuje do opowiadania Dostojewskiego. Niestety albo "Łagodnej" nigdy nie przeczytałam, albo jej nie pamiętam, więc nie będę udawać, że ten obszar refleksji jest mi dostępny. Niemniej jednak poświęcę parę zdań filmowej bohaterce. Łagodna ma stale taki sam zrezygnowany, udręczony, bolesny, smutny wyraz twarzy. Uparcie robi swoje, stara się dostarczyć zamkniętemu w więzieniu mężowi paczkę. Znosi upokorzenia, chwyta się każdej szansy, najczęściej bardzo lekkomyślnie. Nie wiadomo, czy jest tak zdesperowana, czy może aż tak naiwna. Kiedy patrzyłam na to, co robiła, miałam ochotę krzyczeć - uważaj kobieto, pakujesz się w kłopoty, jak możesz im ufać! Ale wiadomo, że nie o to tu chodzi. Łagodna ma wpaść w piekielny krąg, schodzić coraz niżej, znaleźć się w matni. Nawet ludzie z organizacji na rzecz praw człowieka nie wierzą, że są w stanie jej pomóc. To znakomita scena, może nawet najlepsza w filmie. Wyraz bezradności, bezsilności. Zderzenie beznamiętnego głosu działaczki, która redaguje pismo najeżone potwornościami, z porządkami robionymi po kolejnym nalocie policji i z rozmową z Łagodną przynosi poruszający efekt. Twoja sprawa to nic w porównaniu z historią kobiety, której dotyczy redagowany raport. Takich problemów mamy mu setki. A i tak na koniec okaże się, że może nie warto wszczynać procedury, bo narazi to bohaterkę na jeszcze większe kłopoty. Tylko heros, straceniec, człowiek niezwykłej odwagi i szlachetności jest w stanie to udźwignąć.

W tym potwornym świecie Łagodna pozostaje samotna, zdana tylko na siebie. Nie ma w niej energii, jaka cechowała bohaterki bułgarskiej "Lekcji" czy filmu braci Dardenne "Dwa dni, jedna noc". One też desperacko próbowały coś załatwić, ale same decydowały o swoim życiu, brały sprawy w swoje ręce. Łagodna staje się pionkiem, jest jak trzcina na wietrze przekazywana z rąk do rąk.

Jej sytuację oczywiście można też przyrównać do sytuacji bohaterów Kafki. Wpadła w tryby państwowej machiny, a właściwie machiny bezprawia, i zderza się ze ścianą, nic od niej nie zależy. Odbija się od kolejnych urzędniczek i od policjantów.

Jest wreszcie scena, która drażni, bo nie pasuje swoją poetyką do reszty filmu - groteskowa ni to uczta, ni to posiedzenie partyjne. Niewątpliwie to aluzja do balu u Wolanda z "Mistrza i Małgorzaty". Łagodna jak Małgorzata rozbiera się, wkłada białą suknię, potem zdziwiona przygląda się zgromadzonym, słucha ich mów. Tylko finał jest tragiczny. Woland Łoźnicy nie pomoże filmowej Łagodnej. Rzuci ją na pożarcie pozbawionym hamulców więźniom. Scena potworna, brutalna, przykra, ale po raz kolejny trudno mi się zbliżyć do bohaterki. Jeśli współczuję, rozpaczam, to nie tej konkretnej kobiecie, ale każdej ofierze gwałtu. Na szczęście to tylko sen. Jak się skończy ta historia? Nie wiadomo. Łagodna wyrusza w ciemna noc, po raz kolejny daje się prowadzić piekielnej gospodyni, szemranej postaci, stręczycielce. Pewnie wkroczy w kolejny krąg inferna.

Elizabeth Strout "Mam na imię Lucy"

Po niewielkich rozmiarów powieść amerykańskiej pisarki Elizabeth Strout "Mam na imię

Lucy" (Wielka Litera 2016; przełożył Bohdan Maliborski) sięgnęłam właściwie tylko z ciekawości. Była tak wychwalana, że kiedy ebook osiągnął korzystnie niską cenę, kupiłam, żeby sprawdzić. Ale do lektury podchodziłam z wielkim sceptycyzmem, bo to, co o książce słyszałam, jakoś mnie nie porywało. No i sprawdziło się - przeczytałam bez bólu, ale zachwytów nie podzielam. Cóż, może jestem za mało wrażliwa, aby w tej minimalistycznej opowieści dostrzec więcej. Dla mnie, miłośniczki prozy mięsistej, gęstej, ociekającej opisami, "Mam na imię Lucy" to zaledwie szkic powieści. Ale rozumiem, że w erze pośpiechu, braku czasu, ten typ literatury może znajdować czytelników. Są też i tacy, dla których  minimalizm jest zaletą.

To historia dojrzałej kobiety, tytułowej Lucy, która z perspektywy lat opowiada o swoim życiu, dzieciństwie, małżeństwie, początkach pisarskiej kariery, relacjach z dorosłymi córkami. Na przeszłość patrzy przez pryzmat spotkania z matką, która na prośbę jej męża przyjeżdża, aby pielęgnować córkę w szpitalu. Wspomnienia nie stanowią spójnej całości, składają się na nie raczej okruchy pamięci. Nie dowiemy się, jakie wojenne demony dręczyły ojca Lucy, jaki problem miał brat, dlaczego posypało się jej małżeństwo. Tego wszystkiego możemy się tylko domyślać.

Lucy żyje w cieniu swojego dzieciństwa spędzonego gdzieś na amerykańskiej prowincji w stanie Illinois. Dzieciństwa ubogiego, szorstkiego, naznaczonego samotnością, lękami i wstydem. Wstydem ubóstwa, chłodu, głodu, brudu, byle jakich ciuchów, wstydem brata-odmieńca. Mimo upływu lat nadal pamięta tamtą samotność, nierozumienie ze strony rodziców, rówieśników, którzy się z niej  wyśmiewali. Jako jedyna z trojga rodzeństwa odmieniła swój los - wyjechała, skończyła studia, zamieszkała w Nowym Jorku. Ale zawsze czuła się tą gorszą. Bo wychowała się w takim domu, bo nie oglądała telewizji, bo nie przeczytała tych wszystkich książek, które powinna, bo nie bywała w teatrze, w muzeach, na koncertach. Chociaż skończyła studia, tego wszystkiego nie dało się już nadrobić. Spotkanie z matką nie przyniesie nic istotnego, nic poza plotkami, opowieściami o sąsiadach, znajomych z dzieciństwa. Mimo to jest dla niej ważne, spędzą razem pięć dni, będą blisko siebie, ale więzi i rodzinne relacje nie zostaną odbudowane. Chociaż dzieciństwo Lucy nie było szczęśliwe, nie ma w niej nienawiści, jest miłość, tęsknota i żal, że nic się nie da naprawić.

Drugie ważne spotkanie w jej życiu to przypadkowa rozmowa ze znaną pisarką, która bezwiednie odciśnie piętno na przyszłości Lucy. Rzucone mimochodem rady wpłyną na jej twórczość i życiowe wybory. Potwierdzi się to, co zawsze myślała i co robiła, że trzeba iść do przodu, swoją drogą, chociaż nie sposób nie popełnić błędów, nie sposób kogoś nie skrzywdzić. Po latach zrozumie, że to, co było dobre dla niej, nie było dobre dla jej córek. Chociaż nie chciała, skrzywdziła je, jak niegdyś krzywdzili ją jej rodzice. Ale na szczęście tym razem będzie inaczej - Lucy uda się odbudować zerwane więzi z córkami. Jest w tej powieści smutek, ale jest też zgoda na świat, jaki by nie był. Może dlatego, że bohaterka lubi ludzi, co często powtarza.

To tyle o książce Elizabeth Strout. Czego bym nie pisała, nie zmienia to najważniejszego - historia Lucy nie porusza mnie jakoś specjalnie, nie dotyka, nie wzbudza emocji. Dlatego na tej jednej powieści zakończę moją znajomość z twórczością amerykańskiej pisarki.

 

 

 

 

 

 

Jarosław Mikołajewski "Terremoto"

Kiedy ukazała się najnowsza książka Jarosława Mikołajewskiego „Terremoto” (Dowody na Istnienie 2017) nie miałam zamiaru po nią sięgać, chociaż bardzo cenię autora. Cóż mnie obchodzi zeszłoroczne trzęsienie ziemi we Włoszech? Myślałam. Niemal wyrzuciłam je z pamięci! Mam tyle innych lektur do czytania! Dopiero wywiad z autorem, którego wysłuchałam, sprawił, że natychmiast książkę kupiłam. Teraz wstydzę się mojej postawy, bo pisanie Mikołajewskiego właśnie temu służy - ma budzić w czytelniku sumienie, odkopywać jego wrażliwość, przypominać o tym, co niewygodne.

Od razu napiszę, że „Terremoto” może wielu czytelników zirytować. Chociaż wydane przez wydawnictwo specjalizujące się w literaturze non fiction w serii reporterskiej moim zdaniem reportażem nie jest. Bliżej mu do eseju. To bardzo osobista książka, wręcz ekshibicjonistyczna, tak ekshibicjonistyczna, jak potrafi być poezja, a że Mikołajewski jest też poetą (A może przede wszystkim poetą? Ciekawe, jak by siebie nazwał.), nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że mam do czynienia z wierszem ukrytym w prozie. Dziwacznie i pokrętnie to brzmi, ale w każdym razie skojarzenia z poezją towarzyszyły mi bardzo często w czasie lektury „Terremoto”. I to właśnie ekshibicjonizm, pisanie bebechami, może czasem nawet egzaltacja, mogą zniechęcić albo wręcz zirytować niejednego czytelnika. Ja książkę Jarosława Mikołajewskiego kupiłam z całym dobrodziejstwem inwentarza. Kupiłam tę niezwykle osobistą wypowiedź, ten wiersz, ten list do czytelnika, to zwierzenie.

„Terremoto” jest w pewnym sensie kontynuacją jego poprzedniej książki, „Wielkiego przypływu”, opowieści o Lampedusie, jej mieszkańcach i o tym, jak ratują przypływających do ich wyspy uchodźców. Ona też była niezwykle osobista, ale mam wrażenie, że ta jest jeszcze bardziej. Podobnie jak tam i tym razem autor wybiera sobie bohatera. W „Wielkim przypływie” był nim doktor Bartolo, który od wielu lat jako lekarz i jako człowiek ratuje uchodźców. Tym razem to Luka Cari, strażak, rzecznik prasowy straży pożarnej, dziennikarz. To on oprowadza autora po terenach zniszczonych przez zeszłoroczne trzęsienie ziemi niczym Wergiliusz Dantego po piekle i czyśćcu. Ale zanim wyruszą wspólnie do tego umbryjskiego inferno, Mikołajewski przypomina inną historię. Luka Cari brał udział w akcji zarządzonej przez włoskiego premiera Mateo Renziego, której celem było sprowadzenie z egipskiego wybrzeża wraku statku z ciałami siedmiuset uchodźców. Dlaczego Włosi się tym zajęli? Bo trzeba te ciała pochować, a wcześniej pobrać materiał genetyczny dla rodzin, które być może kiedyś się o nie upomną. Ale dlaczego? Bo jesteśmy dziećmi Antygony, jak mówi Luka Cari. Konotacje literackie są w książce Mikołajewskiego bardzo silne – duże wrażenie robi cytat z „Burzy” Szekspira, słowa Mirandy cierpiącej na wieść o katastrofie statku, w której zginęli ludzie. Autor zwraca uwagę na to, że literatura europejska pełna jest takich dowodów człowieczeństwa, ma w sobie litość dla ofiar. W takim kontekście pada pytanie o to, co się z nami, Polakami, stało? Bo o naszej znieczulicy pisze, przeciwstawiając ją ofiarności Włochów. A przecież wychowani jesteśmy w tej samej europejskiej kulturze, tak bardzo lubimy podkreślać nasze europejskie kulturalne dziedzictwo. Gdzie się ono podziało?

Potem opowiada o trzęsieniu ziemi, a właściwie o trzech, o czym nie pamiętałam. Pierwsze miało miejsce w sierpniu 2016 roku, kolejne przyszło w październiku, następne zimą 2017. Jakby żywioł uznał, że uderzyć raz to za mało, że trzeba zniszczyć wszystko, pognębić do imentu tych, którzy jakimś cudem ocaleli. A to niekoniecznie koniec, bo nie dość, że ziemia we Włoszech drży bezustannie, o czym przypominamy sobie tylko przy okazji spektakularnych tragedii, to sejsmolodzy uważają, że ten ciąg zapoczątkowany w sierpniu zeszłego roku jeszcze się nie zakończył. Mikołajewski i Cari jadą przez oszałamiająco piękne, górzyste umbryjskie tereny zniszczone przez trzęsienie ziemi, jadą drogami, na których niebezpieczeństwo czyha cały czas – pełno tu powalonych głazów, skał, które w każdej chwili mogą się osunąć na drogę, pełno uskoków i innych pułapek. Docierają do kompletnie zniszczonych miasteczek i wiosek, kiedyś ślicznych jak z obrazka, odwiedzanych przez turystów, słynnych z powodu swych kulinarnych specjałów. Odwiedzają Amatrice, Norcię (po polsku znana jako Nursja), Castellucio. Nie ma już tych miejsc, są kikuty domów, pałaców, kościołów umiejscowione wzdłuż czegoś, co kiedyś było główną ulicą miasteczka albo uroczą piazza, są połamane szafy, stoły, resztki krzeseł, garnki, zabawki, szkolne zeszyty i wszystko to, co gromadzimy w domach, a co żywioł wybebeszył swoją niszczycielską siłą, wystawił bezwstydnie na widok ciekawskich. Kocham Włochy, byłam tam wiele razy, w Umbrii też, w tych zniszczonych przez trzęsienie ziemi miejscach nie, ale doskonale mogę je sobie wyobrazić. Dlatego tym bardziej serce mi pęka, kiedy czytam książkę Mikołajewskiego. Czy Amatrice, Norcia, Castellucio i inne miejscowości powstaną kiedyś z martwych? Czy wróci do nich życie? Na pewno nic nie odda życia tym wszystkim, których kataklizm zabił. W samym Amatrice zginęły dwieście dziewięćdziesiąt cztery osoby.

Autor pochyla się nad nimi, przywołuje ich imiona i nazwiska, zawody. Pisze o traumie ocalonych. Ale przede wszystkim naiwnie, i nie wstydzi się swojej naiwności, pyta. Sejsmologów, czy trzęsienie ziemi można przewidzieć i skąd się w ogóle bierze, siebie o miejsce Boga w tym wszystkim. Zadaje odwieczne pytanie – dlaczego? Najpierw uczonym filozofom za pośrednictwem poematu Woltera napisanego po wielkim trzęsieniu ziemi, które zniszczyło Lizbonę, potem Bogu. Dlaczego, Boże, pozwalasz na cierpienie? Czym zawinili ci wszyscy mieszkańcy Amatrice, Norcii, Castellucio? Odpowiedz, jeśli jesteś, a tego Mikołajewski pewien wcale nie jest, a właściwie raczej pewien jest tego, że Bóg nie istnieje, czego świadectwo w swoich rozmaitych tekstach daje wielokrotnie. Przyznam, że także z tego powodu pisanie Mikołajewskiego jest mi bliskie. Oczywiście odpowiedzi nie znajduje, bo znaleźć nie może. Szuka jej też u księży. Pyta nie tylko dlaczego, ale też, co powiedzieliby ludziom dotkniętym podobną tragedią. Częsta w takim wypadku odpowiedź, że Bóg jest miłością albo że to tajemnica, nie zadowala autora. Dlatego drąży dalej, pytając uczonych teologów. Na końcu i tak pozostają bezradność i milczenie. Mikołajewski chciałby być jak ci ludzie, którzy klęczeli zatopieni w modlitwie przed zrujnowaną, wybebeszoną bazyliką świętego Benedykta w Nurcii. Chciałby, ale nie potrafi, bo widzi tam tylko ruiny i pustkę.

Ta momentami naiwna, przesiąknięta cierpieniem i zdumieniem książeczka ma szansę obudzić w czytelniku wrażliwość, wytrącić z dobrego samopoczucia, skłonić do stawiania sobie podobnie naiwnych pytań i szukania własnych odpowiedzi. Moją odpowiedzią jest również bezradność.

 

"Zgoda"

Mimo rozmaitych recenzji postanowiłam wybrać się na „Zgodę” Macieja Sobieszczańskiego. Jedni film chwalą, inni wyrażają się raczej krytycznie, niektórzy żałują, że zabrakło dla niego nagrody w Gdyni (jury doceniło tylko kostiumy). Kiedy są kontrowersje, warto sprawdzić, po czyjej stronie jest racja tym bardziej, że temat ważny i słabo dotąd rozpoznany w kinie i w literaturze. Tytułowa Zgoda to obóz stworzony w Świętochłowicach przez polskie organy bezpieczeństwa. Przetrzymywano w nim Niemców, Ślązaków, Polaków i osoby innych narodowości uznane za wrogów. To nie jedyne takie miejsce, niewiele się o nich mówi. Ale poruszała już ten temat w swoim reportażu „Rok 1945. Wojna i pokój” Magdalena Grzebałkowska i, o ile mnie pamięć nie myli, Paweł Smoleński w „Pochówku dla rezuna”

Muszę przyznać, że mam z filmem Macieja Sobieszczańskiego kłopot. To obraz z gatunku słusznych i oczywistych. Taką filmową wyjadaczkę jak ja, która obejrzała całe morze filmów, niczym nie zaskoczył, a przecież powinien. Czego nowego dowiedziałam się po obejrzeniu „Zgody”? Właściwie niczego. Że obozy były i że traktowano tam więźniów okrutnie, to dla mnie żadne odkrycie. Nie wykluczam, że dla niektórych widzów, zwłaszcza młodych, temat może być zaskakujący. Jeśli zadumają się nad skomplikowanymi ścieżkami historii, jeśli zrozumieją, że świat nie jest czarno-biały i ofiary mogą stać się katami, to bardzo dobrze. Ja jednak to wszystko już wiem. Za dużo książek przeczytałam, za dużo filmów obejrzałam, za dużo w życiu widziałam. Nie lepiej jest z warstwą fabularną. „Zgoda” to  melodramat. Ich dwóch i ona jedna. Obaj ją kochają, a ona oczywiście tylko jednego z nich. Franek zgłasza się do pracy w obozie, bo wierzy, że w ten sposób ocali osadzoną w nim Annę. Nieoczekiwanie spotyka tam też Erwina, Niemca. Wszyscy troje przyjaźnili się przed wojną. Jak mówi matka Franka: „Jej nie ocalisz, a siebie pogrążysz” (cytat z zawodnej pamięci). Łatwo domyślić się, że bohaterowie chcąc ratować ukochaną osobę, będą musieli zstąpić do piekieł i dokonywać dramatycznych wyborów. Aby spróbować ocalić ludzkie istnienie, sami zaprzeczą swemu człowieczeństwu. Łatwo też zgadnąć, że skoro ich jest dwóch, a ona jedna, to pojawią się komplikacje. Takie są prawa gatunku. Niestety tym razem na mnie to nie działa. Chociaż film oglądałam w skupieniu i nie mogę powiedzieć, abym się nudziła, nie potrafiłam jakoś wzruszyć się losami bohaterów ani przejąć ich tragicznymi dylematami. Pozostałam obok ich historii. Niby wszystko jest w porządku, na papierze wszystko się zgadza, a jednak coś nie gra. Poza tym przyjęta konwencja zawęża perspektywę, pozostali bohaterowie pozostają w cieniu, a relacje miedzy nimi pokazane są powierzchownie.

Jeżeli coś miałabym pochwalić, to mroczną atmosferę konsekwentnie budowaną zdjęciami. Zdjęcia to mocna strona filmu, niektóre są wręcz malarsko piękne, przywodzą na myśl obrazy, co przyjęłam z mieszanymi uczuciami. Nie wiem, czy takie estetyzowanie jest w wypadku tego filmu na miejscu. Na ekranie dominują ciemne, monochromatyczne barwy, wiele scen rozgrywanych jest nocą lub w ciasnych, klaustrofobicznych barakach, do których światło niemal nie dociera. Wokół jest szaro i brudno, często pada, a Franek, który wraca nocą do domu,  brnie przez błoto. Słychać jak się rozbryzguje pod jego butami. To nazbyt czytelny, dość nachalny symbol. Film jest też bardzo okrutny, reżyser nie szczędzi widzowi brutalnych scen znęcania się nad więźniami.

Nie unikam na ekranie i w literaturze trudnych tematów, ale tym razem zastanawiam się, w imię czego spędziłam w kinie niełatwe półtorej godziny.

 

Egon Hostovsky "Zaginiony"

Ostatnio kupiłam kilka interesująco zapowiadających się powieści i systematycznie po nie sięgam, przeplatając literaturą faktu. Zwykle bywa odwrotnie – to literaturę faktu przeplatam powieścią, ale widocznie minione już lato sprawiło, że poczułam głód beletrystyki. Wśród moich zakupów znalazła się książka czeskiego pisarza Egona Hostovskiego „Zaginiony” (Książkowe Klimaty 2016; przełożył Andrzej Jagodziński). Autor od końca lat czterdziestych zeszłego wieku przebywał na emigracji w Stanach, a i wojnę tam spędził, uciekając przed Holocaustem. Zmarł w roku 1973. Uważany jest za jednego z ważniejszych czeskich pisarzy, na naszym rynku wydawniczym został dopiero odkryty dzięki Książkowym Klimatom. Czy za „Zaginionym” pójdą jego kolejne powieści, tego nie wiem. Nasze wydawnictwa bywają kapryśne, niektórzy autorzy pojawiają się jedną książką jak efemerydy, inni wydawani są od deski do deski.

Akcja powieści rozgrywa się w Pradze zimą roku 1948. A rok to bardzo ważny w historii powojennej Czechosłowacji, z czego oczywiście nie zdajemy sobie sprawy. Uczciwie przyznaję, że i ja nic na ten temat nie wiedziałam. Na szczęście polskie wydanie rozpoczyna się klarownym wstępem Andrzeja Jagodzińskiego, który wprowadza czytelnika w meandry roku 1948. Dla potrzeb tej notki wspomnę tylko krótko, że to właśnie w lutym tego roku ostatecznie przesądzony został los Czechosłowacji. To wtedy w wyniku zamachu stanu ostatecznie całą władzę przejęła Komunistyczna Partia Czechosłowacji, prezydentem został Klement Gottwald, rozpoczęły się polityczne czystki, prześladowania, w tajemniczych okolicznościach zginął minister spraw zagranicznych Jan Masaryk, a tysiące osób udało się na emigrację. I właśnie w czasie tych mrocznych miesięcy rozgrywa się akcja „Zaginionego”.

Myślę, że powieść Egona Hostovskiego zadowoli każdego czytelnika. Z jednej strony opowiada o sprawach bardzo istotnych i uniwersalnych – o przyjaźni, niespełnionej, zawiedzionej miłości, wierności ludziom i własnym poglądom, zaufaniu i jego braku. Jest w tej książce kilka takich rozmów, kiedy czytelnik ma wrażenie, że odkryte zostają mu sprawy najważniejsze, że zbliża się do zrozumienia istoty, że odkrywa tajemnicę ludzkiej egzystencji. Wiem, brzmi bardzo górnolotnie, ale nic na to nie poradzę, że czytając, takie właśnie miałam wrażenie. Tak było, kiedy śledziłam rozmowę Olgi, żony jednego z głównych bohaterów, Erika, kobiety nieszczęśliwej, zrezygnowanej, ale szlachetnej, z dziennikarzem Borkiem. Mówili o ostrożności, braku zaufania i zemście. Straszne czasy, w których żyli, wymuszały stałą ostrożność, bo nie wiadomo, komu można ufać, a komu nie. Kto przyjaciel, a kto wróg, a i przyjaciel ze strachu albo z wyrachowania może stać się wrogiem. Wieczna czujność sprawiała, że wszyscy żyli jak obłąkani, zniknęła spontaniczność, zniknęły ludzkie odruchy. Bohaterowie spotykają się potajemnie, mówią szeptem, stale kalkulują, a i tak na końcu okazuje się, że ktoś doniósł, bo był szpiclem. Olga mówi też o zemście, która dotyka nie tylko tego, kto zawinił, ale i jego bliskich, bo dostają rykoszetem. Druga rozmowa, która zrobiła na mnie wrażenie, to spotkanie księdza, ze spokojem czekającego na aresztowanie, z kominiarzem, szczerym komunistą. Dlaczego tacy ludzie jak ów kominiarz, porządni, przyzwoici, popierają komunistyczny zamach stanu? Bo nie dostrzegaliście głodnych, powie. Tak, ale to nie głodni robią tę rewolucję, odpowie ksiądz. Nie o głodnych tu chodzi, on już to rozumie, jego adwersarz być może pojmie wkrótce. To rozmowa o dwóch źródłach zła – głodzie i nienawiści. I chociaż została napisana w innych czasach i w innym kontekście, to zabrzmiała mi bardzo współcześnie. W ogóle „Zaginiony” to powieść gadana. Z drugiej strony dużo się tu dzieje, akcja gna, zaskakuje, a autor buduje napięcie, co chwilę zostawiając czytelnika w niepewności. Bo ta ważna książka została wtłoczona w schemat powieści szpiegowskiej. To dlatego napisałam, że zadowoli każdego czytelnika.

Bohaterowie, a jest ich tu kilku równie ważnych, trudno powiedzieć, kto jest tym najważniejszym, zostają wplątani w grę dwóch politycznych machin – czeskiej i amerykańskiej. I nie pozostanie to bez wpływu na ich życie. To kolejny temat powieści – czy zawsze możemy decydować o swoim losie? Jaki mamy wpływ na bieg wydarzeń? Ile od nas zależy? A sprawa jest w gruncie rzeczy banalna, a w każdym razie taka byłaby w normalnym świecie, ale trwa zimna wojna, więc obie strony zastanawiają się, czy pozwolić wyjechać do Stanów jednemu z bohaterów, Pavlowi Kralovi. I Czesi i Amerykanie chcą go ewentualnie wykorzystać do swoich celów, i jedni, i drudzy zastanawiają się, kim naprawdę jest. Pavel Kral staje się zakładnikiem, pionkiem w grze, a wraz z nim jego przyjaciele i urzędnicy mimowolnie zaplątani w tę sprawę. Napisałam, że jest jednym z bohaterów powieści, ale on sam na jej kartach nigdy się nie pojawi. Dlatego stale obecne jest pytanie – kim jest naprawdę? Jakie ma intencje? Czy to szlachetny człowiek, który chce zrobić coś dobrego, czy też sprytnie umie się ustawić, wykorzystując swoich przyjaciół i krzywdząc ich przy okazji?

Egon Hostovsky w swojej powieści miesza klimaty. Z jednej strony książka jest śmieszna, dowcipna, lekka. Wiele tu zabawnych zdarzeń i postaci, bohaterowie próbują jakoś z wdziękiem iść przez życie, jakoś się w nim ustawić, czerpać z niego to, co najlepsze, nie narażając się nikomu. Lubią proste przyjemności, wieczorne spotkania z przyjaciółmi w knajpie, gdzie kelner doskonale ich zna i nie musi pytać, co zamawiają. Oni nie chcą być bohaterami, nie chcą dokonywać rzeczy wielkich, nie chcą mieszać się do polityki. Nawet kiedy zostają do tego zmuszeni, próbują ratować się fortelem. Ale przecież nie zawsze się tak da. Nie wszystkim się uda. Niektórzy poznają smak emigracyjnej poniewierki i rozstania. Tragiczne nuty, których w „Zaginionym” nie brakuje, przełamane zostają lekką konwencją i śmiechem. Ale nad całością dominuje jednak czarny klimat i klaustrofobiczna atmosfera podejrzeń i nieufności. Nieprzypadkowo bohaterowie przemykają szarymi, zimowymi ulicami, spotykają się w ciasnych, ciemnych, brzydkich wnętrzach, często nocą.

Bardzo ciekawa powieść. Kto ją przeczyta, może sięgnie po inną, trochę bardziej wymagającą, wznowioną niedawno, nagrodzoną kilka lat temu Angelusem. Myślę o „Przypadkach inżyniera ludzkich dusz” Josefa Skvoreckiego, też czeskiego emigranta. Ja kilka lat temu zachwyciłam się nią ogromnie.



 

Popularne posty