"Carte blanche"

Właściwie nie wybierałam się na ten film. Bałam się taniego sentymentalizmu, kolejnej opowieści z życia wziętej i podanej w sposób lekki, łatwy i przyjemny. Jednym słowem obawiałam się produktu filmopodobnego. Bo temat na coś takiego wymarzony. Inspiracja prawdziwą historią nauczyciela jednego z lubelskich liceów, który stracił wzrok i mimo to pracował, a co najdziwniejsze, nikt długo nie miał o jego chorobie pojęcia. Mało to nakręcono podobnych filmów? O Agacie Mróz, o bliźniaczkach zamienionych w szpitalu, o Salecie, który oddał nerkę chorej córce i pewnie kilka innych jeszcze można by znaleźć. Dlatego z nieufnością podchodziłam do "Carte blanche". Dopiero, kiedy wysłuchałam dyskutantów w Tygodniku Kulturalnym w TVP Kultura (oglądaj, czytelniku tej notki, to świetny program) i bardzo ciekawej rozmowy z reżyserem, Jackiem Lusińskim, pomyślałam, że warto. A kiedy na dodatek zobaczyłam, że o filmie napisał też Tadeusz Sobolewski, który nie zajmuje się obrazami błahymi, pognałam do kina i teraz mogę podzielić się wrażeniami.

Trzeba oczywiście pamiętać, że to kino skierowane do masowej widowni z wszystkimi tego konsekwencjami. Na szczęście bliżej mu do "Chce się żyć" czy "Bogów" niż do produkcji, które przed chwilą wymieniłam. Nie jest to wymuskany obrazek, gdzie wszyscy są piękni i przystojni, chodzą w najmodniejszych ciuchach i mieszkają w domach jak spod igły architekta wnętrz. Film bardzo dobrze się ogląda, historia porusza, być może ktoś uroni łzę. Na pewno sukces jest w dużej mierze zasługą Andrzeja Chyry w roli Kacpra, nauczyciela historii. Na dokładkę jest też Arkadiusz Jakubik. Mnie najbardziej poruszyła samotność bohatera. Z problemami, które na niego spadają, musi radzić sobie sam. Nie tylko dlatego, że bojąc się utraty pracy, swoją chorobę trzyma w tajemnicy. Rodzi się też pytanie, czy etyczne i rozsądne jest ukrywanie prawdy. Istotą filmu jest pokazanie procesu oswajania się z utratą wzroku. Wiadomo oczywiście, że musi pojawić się niedowierzanie, rozpacz i bunt, a potem, bardziej konsekwentna niż desperacka, walka o przystosowanie się do nowych warunków. Twórcy zastosowali pewien trik, który pozwolił widzom spróbować zrozumieć, co to znaczy tracić wzrok. Moim zdaniem warto też docenić zdjęcia, momentami nieco poetyckie. Dzięki nim, muzyce i powściągliwej grze Chyry film tchnie spokojem, nie jest histeryczny.

A teraz o tym, co mnie drażniło. Po pierwsze niewiarygodny wątek romansowy. Właściwie, kiedy zaczynam się nad tym zastanawiać, dochodzę do wniosku, że tak ujęta historia miłosna jest nie tyle niewiarygodna, ile pokazana w sposób uproszczony i niepogłębiony, dlatego na pierwszy rzut oka może sprawiać wrażenie nieprawdziwej. Poza tym drażniły mnie do bólu stereotypowo rozwiązane wątki szkolne. Z góry można przewidzieć, że uczniowie się buntują, ale ..., że harda uczennica ..., że nieco zołzowata dyrektorka ... . Kto był, wie, o czym myślę, kto nie był, pewnie trafi w ciemno. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że kiedy już, już się wydaje, że film osunie się w całkowity banał i sentymentalizm nie do zniesienia, twórcy na szczęście w ostatniej chwili hamują i nie trzeba zgrzytać zębami z zażenowania. We wspomnianej przeze mnie rozmowie reżyser przyznał, że wyrzucał w montażu wszystko, co nazbyt cukierkowe. Chwała mu za to. Na koniec jeszcze dodam, że niektóre szkolne realia są chyba po prostu nieprawdziwe (myślę tu o sprawie nieobecności na maturze), a przyjęcie rozwiązania, jakie widzimy na ekranie, to pójście na filmowe skróty. W realu tak by się tego zrobić nie dało. Kończę konkluzją, że nie jest to obraz, który koniecznie trzeba obejrzeć, ale na pewno można i nie będzie to czas stracony. A we środę o "Birdmanie".

PS. Już po napisaniu tej notki przejrzałam sobie weekendową prasę. Przeczytałam dwa artykuły o Auschwitz (rocznica wyzwolenia), jeden o ludziach żyjących (wegetujących byłoby słowem właściwszym) po złej stronie ukraińskiego frontu i jeszcze kilka innych równie przyjemnych. W tym kontekście jeszcze bardziej doceniłam historię Kacpra z "Carte blanche", która po prostu krzepi. A jeszcze milej się robi na sercu, kiedy się pomyśli, że jego pierwowzór istnieje naprawdę.

"Fotograf"

Kiedy szłam na "Fotografa" Waldemara Krzystka, wiedziałam, że film będzie dobry, bo już w czasie gdyńskiego festiwalu wymieniano go wśród kandydatów do nagród (ostatecznie twórcy musieli zadowolić się nagrodą za drugoplanową rolę żeńską dla Iriny Babenko). Nie przypuszczałam jednak, że spodoba mi się aż tak bardzo. To na pewno film, który pozostaje w pamięci. Czy za sprawą magnetycznej Tatiany Arngolts, odtwórczyni roli Nataszy, czy dzięki intrydze, czy wreszcie ze względu na temat, a może porusza mroczna atmosfera, niedopowiedzenia, tajemnice. Pewnie wszystko gra swoją rolę. W każdym razie "Fotograf" wciąga od początku, zaskakuje zwrotami akcji, niejednoznacznymi sytuacjami, ma bardzo dobre tempo. Krok po kroku przybliżamy się do rozwikłania zagadki, do odpowiedzi na intrygujące pytania. Bardzo szybko dowiadujemy się, kto jest seryjnym mordercą. Potem chodzi o to, aby go złapać. Jak zwykle w takich sytuacjach tropiący ścigają się z czasem. Ważne są jednak jeszcze dwa pytania. Dlaczego zabija? I drugie, o pewien przejmujący fakt z jego życia. Oczywiście, jak to często bywa z kinem sensacyjnym, po seansie przychodzą wątpliwości. Czy intryga nie była jednak zanadto wydumana? Może też drażnić nadmierne psychologizowanie. Ale wrażenie pozostaje. Tym bardziej, że "Fotograf" to przecież coś więcej niż tylko kryminał i horror. To także film o Rosji, tej współczesnej i tej komunistycznej. Krzystek, podobnie jak w "Małej Moskwie", wraca do swojej rodzinnej Legnicy, opowiada o czasach, które zna z własnego doświadczenia, o historii podzielonego miasta. Przede wszystkim zagląda za mur do radzieckiej enklawy. Kończę wstęp, gorąco namawiając do obejrzenia "Fotografa". Nie tylko warto, ale po prostu trzeba. I jeszcze jedno. Radzę bardzo uważnie oglądać końcówkę filmu. Nie jest łatwo zrozumieć, co ostatecznie zdarzyło się w willi Baumana. A kto już "Fotografa" widział, może przeczytać ciąg dalszy, gdzie trochę konkretniejszych refleksji.

To bardzo mroczny film. Światem współczesnym i tym sprzed lat rządzi kłamstwo i strach. Niewygodne fakty są zamazywane, niewygodną prawdę trzeba przemilczeć. W rosyjskim garnizonie kwitną intrygi, szantaż, nikt nie może być pewny swojego losu. Nawet dziwne dziecko, które nie mówi własnym głosem, jest przeszkodą w karierze. Dlatego rodzice najchętniej by się go pozbyli. Nic dziwnego, że mały Kola, dorastający w tym mrocznym świecie, niekochany, a może wręcz nienawidzony przez rodziców, nazwany przez lekarza owadem, przesiąka złem. Gdzieś się w nim odkładają okazywana mu pogarda, brudne sprawy dorosłych, śmierć, z którą stale obcuje. Z jednej strony to śliczne dziecko budzi tkliwość, z drugiej świdrujące, przerażające spojrzenie i dorosłe głosy wydobywające się z jego ust budzą strach. Dla rodziców jest potworem, dla żołnierza Griszy jedynym przyjacielem, najlepszym, słodkim dzieckiem. Tym ambiwalentnym uczuciom poddaje się także widz. Zabicie ojca wywołuje grozę, odrazę i zrozumiały sprzeciw, scena, kiedy ubezwłasnowolniony, przywiązany do noszy Kola wsadzany jest do pociągu, który zawiezie go do Moskwy, gdzie trafi na zawsze do psychuszki, powoduje przypływ litości. Podobne ambiwalentne uczucia targają matką. Z jednej strony niedowierzanie i strach, z drugiej, kiedy przychodzi do ostatecznego rozstania, chyba jednak rozpacz. To dlatego za wszelką cenę każe kierowcy jak najszybciej odjechać, nie może patrzeć na spętanego Kolę, którego żołnierze wsadzają do wagonu. To świetna scena. Kola, tytułowy Fotograf, jest jednocześnie zbrodniarzem i ofiarą. Morduje z zemsty i żeby wykrzyczeć, że nie jest owadem. Za Lebiadkinem można by powtórzyć, że jest w nim tyle samo dobra, ile zła (cytat z pamięci).

Drugą centralną postacią jest Natasza. Niepokorna, niegodząca się na kłamstwo, skrywająca tajemnicę. Tu właśnie moja pretensja do filmu. Historia konfliktu z ojcem, obwinianie się o śmierć matki to dla mnie łatwe, banalne psychologizowanie. Chociaż przyznać muszę, że jakoś mieści się przecież w konwencji kryminału. Natasza też jest ofiarą, z czego zaczyna sobie stopniowo zdawać sprawę. Lebiadkin potrzebuje jej, bo jako jedyna widziała Fotografa, rozmawiała z nim, wzbudziła jego sympatię i uszła z życiem. To dlatego dołącza ją do swojej ekipy, a nie z powodu bystrego umysłu i zdolności. Lebiadkin cynicznie oplata ją siecią intryg, manipuluje, aby zdobyć jej zaufanie, sympatię, litość. Ma być przynętą, doprowadzić do mordercy. Natasza, w przeciwieństwie do swojego szefa, chce dać Fotografowi głos, chce, żeby przemówił w swoim imieniu. Przyznać muszę, że nie do końca było dla mnie jasne zakończenie. Co właściwie stało się w willi Baumana? Co zrobiła Natasza? Co chce ukryć polski śledczy, Kwiatkowski? Przed czym ją chce ochronić? Nie wiem, czy to ja nie zauważyłam czegoś ważnego, czy to wina twórców? Nie daje mi to spokoju, tym bardziej, że wydaje mi się kluczowe dla zrozumienia ostatniej sceny. Bo z jednej strony Natasza po raz kolejny orientuje się, że została oszukana przez Lebiadkina, z drugiej sama zgadza się na mataczenie, ukrycie prawdy, co chyba ma ją uchronić przed konsekwencjami tego, co zrobiła. A ta scena jest niezwykle istotna, bo pokazuje, jak wszystko jest względne. Natasza, która brzydziła się podobnymi metodami, sama traci niewinność.

Są w tym filmie dwa momenty zapadające w pamięć. O jednym pisałam, drugi to samobójstwo rosyjskiego żołnierza. Jest tu wszystko. I dwaj mali chłopcy przyglądający się sobie, oglądający tragedię, która się rozegrała na ich oczach. I Kola beznamiętnie fotografujący martwego żołnierza. I zacieranie śladów, jakby nic się nie stało. I wreszcie spontaniczna reakcja zgromadzonych Polaków. Bo chociaż to rosyjski żołnierz, wróg, okupant, to przecież też człowiek, któremu po śmierci należy się szacunek.

Warta uwagi jest też oczywiście historyczna warstwa filmu. Relacje między Polakami i Rosjanami. Pogarda, nieufność, strach, nienawiść, bezsilność. Przeszłość kładzie się cieniem na czasy współczesne. Kto pamięta tamte lata, nie potrafi wyzbyć się rezerwy i niechęci. Taki jest Kwiatkowski. To on był tym małym chłopcem patrzącym w oczy Koli. Ja was dobrze znam, powie gościom z Moskwy, chyba zaraz na początku znajomości.

PS. Już po napisaniu tej notki, ale jeszcze przed jej ostateczną redakcją, rozmawiałam z koleżanką, która oglądała "Fotografa" w towarzystwie kilku osób. Wspólnie doszłyśmy do wniosku, że Natasza wypuszcza Kolę. I to właśnie ma ukryć Kwiatkowski.

Tash Aw "Pięć okien z widokiem na Szanghaj"

W ciągu dwóch czy trzech ostatnich lat przeczytałam kilka książek o Chinach, czemu

dawałam wyraz na blogu. Temat tak mnie zafascynował, że staram się nie opuszczać niczego, co istotne i ciekawe z tej dziedziny. Nic dziwnego, że bardzo chciałam sięgnąć po coś z chińskiej beletrystyki. Kiedyś wypisałam sobie z jakiegoś artykułu kilka powieści, do których warto zajrzeć, niestety niełatwo je zdobyć. Na noblistę Mo Yana jakoś nie mam ochoty, bo nie bardzo lubię magiczny realizm. Tymczasem stosunkowo niedawno wyszła powieść chińskiego pisarza wychowanego w Malezji, mieszkającego w Londynie, Tash Aw'a. To "Pięć okien z widokiem na Szanghaj" (Muza 2014; przełożył Jan Dzierzgowski). Z czystej ciekawości postanowiłam ją przeczytać. Nominacja do Bookera za rok 2013 dawała jakąś gwarancję, chociaż tą nagrodą jakoś specjalnie się nie emocjonuję.

Jest to historia pięciorga różnych bohaterów urodzonych i wychowanych na Malajach, których los z różnych przyczyn przygnał do Szanghaju. Phoebe, młoda dziewczyna z ubogiej prowincji, przyjechała tu za pracą. Za wszelką cenę, nie wahając się przed niczym, chce zrobić karierę, czyli po prostu złapać bogatego męża. Yinghui, starsza od niej, z Malezji uciekła, lecząc smutki po osobistym niepowodzeniu. Nieoczekiwanie dla siebie i tych, którzy ją znali wcześniej, ona, artystyczna dusza, robi karierę w biznesie. Dla Garego, biednego chłopaka, zwycięzcy malezyjskiego talent show, Szanghaj to kolejny etap świetnie zapowiadającej się muzycznej kariery. Justin, potomek bogatej malezyjskiej rodziny, robi w Chinach w ich imieniu interesy. Jest wreszcie jeszcze jeden bohater, tajemniczy Walter. Dzięki swojemu uporowi zbił majątek między innymi na poradnikach, w których doradza, jak dojść do pieniędzy. Historie tej piątki przeplatają się w rozdziałach, z których każdy ma tytuł rodem z poradnika: Wymyśl siebie na nowo, Nie wpadaj w rozpacz ani apatię, Nic , co dobre ani złe, nie trwa wiecznie i tym podobne złote myśli. Łatwo oczywiście zgadnąć, że losy bohaterów w mniejszym lub większym stopniu jakoś o siebie zahaczą. Poznajemy ich szanghajskie zmagania, a całości obrazu oczywiście dopełniają retrospekcje, z których dowiadujemy się o ich przeszłości. W losach portretowanych bohaterów najbardziej uderza potworna samotność i wariacki, desperacki pęd ku sukcesowi i szczęściu. Trudno taką presję wytrzymać, tym bardziej, że najczęściej jest to model życia narzucony albo przez rodzinny obowiązek, albo przez powszechnie panujące wzorce. W Chinach trzeba osiągnąć sukces, trzeba zdobyć pieniądze i zrobić karierę. Im z większych dołów się pochodzi, tym bardziej desperacko pragnie się tego wszystkiego. A w biegu do celu nie liczy się przyzwoitość czy uczciwość. Wszystkie środki są dozwolone. Przygnębiający obraz świata. Właściwie tego oczekiwałam. W powieści chciałam odnaleźć potwierdzenie obrazu Chin, jaki wyłonił się z przeczytanych przeze mnie  książek. I znalazłam. A ciekawym dodatkiem są obrazki codzienności. Szanghajska ulica, szanghajskie mieszkania, albo potworne klitki w równie potwornych wieżowcach, albo bogate, puste, zimne i bezduszne  apartamenty. I tu, i tu trudno żyć.

Powieść bardzo dobrze się czyta. To sprawnie napisana literatura ze środkowej półki. Jeśli chodzi o konstrukcję opowieści, dostajemy dokładnie to, czego się spodziewamy. Tash Aw niczym nie zaskakuje. Od pewnego momentu losy bohaterów stają się przewidywalne, domyślamy się, co się święci, i bardzo dziwimy ich naiwności. My wiemy, a oni nie? Aż tacy z nich naiwniacy? No ale tak być musi w świecie powieści popularnej, wszak intryga odgrywa tu niebagatelną rolę, chociaż przecież nie tylko. Na szczęście zakończenie, a właściwie zakończenia, bo każda historia ma swoje, nie jest jednoznaczne. Jaka konkluzja? Przeczytać, nie przeczytać? Można. Dla wartości poznawczych, dla rozrywki. Na pewno jednak są ważniejsze lektury.

Philip Roth "Kompleks Portnoya"

Wróciłam do mojego ukochanego Philipa Rotha. Że będę to robić systematycznie, informowałam na tych łamach, może nawet kilkakrotnie, może nawet za każdym razem, kiedy pisałam o kolejnej jego książce. Nadrabiam zaległości, a jest co, bo napisał dużo. A do sięgnięcia po "Kompleks Portnoya" (Czytelnik 2011, ale właśnie wyszedł w Wydawnictwie Literackim, o czym za chwilę; przełożyła Anna Kołyszko) zmobilizowała mnie wspaniała wiadomość (może też już o tym wspominałam, nie pamiętam). Otóż Wydawnictwo Literackie wykupiło prawa do Rotha i będzie wznawiać wszystkie jego książki! I już w lutym ukaże się "Amerykańska sielanka", pierwsza część tak zwanej trylogii amerykańskiej, rzecz nie do zdobycia, a właściwie do zdobycia za ciężkie pieniądze. Właściwie już byłam zdecydowana popełnić szaleństwo i wywalić grubą kasę, pomyślałam sobie zaczekam do Nobla, jeśli dostanie, to wznowią, jeśli nie, to dłużej czekać nie zamierzam, trudno. Nobla, jak wiadomo, znowu mu nie przyznano i kiedy zrezygnowana, już, już byłam gotowa wysupłać sporą sumkę, nagle gruchnęła ta wspaniała wieść. No więc zanim przeczytam "Amerykańską sielankę", postanowiłam sięgnąć wreszcie po najsłynniejszą chyba książkę Rotha, czyli wspomniany "Kompleks Portnoya". Dlaczego najsłynniejszą? Bo opromienioną dwuznaczną sławą. Otóż ta powieść to zapis monologu trzydziestokilkuletniego Aleksandra Portnoya skierowanego do doktora Spielvogla, psychoterapeuty. Zdesperowany narrator trafił do niego i zwierza się ze swego nieudanego, w swoim mniemaniu, życia. Pozwolę sobie na cytat z okładki powodowany (...) nieposkromioną seksualnością, nie może się jednocześnie uwolnić od całego bagażu dzieciństwa z wszystkimi jego cieniami i blaskami. To właśnie opisy seksualnych wyczynów Portnoya zapewniły powieści rozgłos. Od razu spieszę jednak wyjaśnić, że coś, co mogło rozbudzać wyobraźnię, i ewentualnie gorszyć, w latach sześćdziesiątych zeszłego wieku (wtedy książka wyszła), dziś już żadną sensacją oczywiście nie jest. W gruncie rzeczy scen zwanych czasem momentami nie ma zbyt wiele, warto też wspomnieć, że są one raczej komiczne, czasami lekko obrzydliwe, ale na pewno nie pornograficzne czy podniecające. Tyle na ten temat.

Kiedy czytałam "Kompleks Portnoya", miałam dwa skojarzenia. Pierwsze z filmami Woody Allena. W powieści odnalazłam ten sam humor, tę samą ironię, zgryźliwość, podobne kompleksy, tyle że w o wiele większym natężeniu. Drugie skojarzenie łączy się z formą powieści i z humorem. Otóż monolog Portnoya przypominał mi w wielu fragmentach mało u nas popularny, a w Stanach niezwykle, stand up. Narrator zwierzając się lekarzowi, nie trzyma się chronologii zdarzeń, dzieciństwo, młodość, związki z kobietami, wszystko to miesza się swobodnie w jego relacji. Zwierzenia czasem przyjmują formę opowieści o konkretnych zdarzeniach, innym razem to wylewanie żalów na matkę, ojca i na siebie oczywiście. A wszystko to jest po prostu bardzo śmieszne. Naprawdę wielokrotnie śmiałam się w głos, co w trakcie lektury nieczęsto się zdarza. Oczywiście to tylko forma i nie należy zapominać, że kryje się za nią poważna treść.

Roth umieszcza akcję powieści w swoim ulubionym Newark. To tam w żydowskiej rodzinie, w żydowskiej dzielnicy wychował się Aleksander Portnoy. To tam tkwi źródło jego kompleksów i obsesji. Dom, w którym dorastał, to ojciec, zaharowany agent ubezpieczeniowy mający całe życie problemy gastryczne, co zostało pokazane groteskowo i ironicznie. To również, a może przede wszystkim, matka. Nadopiekuńcza, gderająca, wiecznie krytykująca, stosująca uczuciowy szantaż i osobliwe metody wychowawcze, a jednocześnie zapatrzona w syna, chwaląca się na lewo i prawo jego osiągnięciami. Matka, która nie wychyla nosa poza Newark, która boi się wszystkiego, co nowe, która żyje w lęku i pogardzie dla świata gojów. I ten lęk wyssał Portnoy z mlekiem jej i wszystkich swoich żydowskich krewnych, i sąsiadów. Każdy goj na pewno jest antysemitą i na pewno rzuci się na biednego Aleksa. Jakże się dziwi, kiedy nic takiego się nie dzieje. Narrator ma dość tego strachu i tego dziedzictwa. Na przekór wszystkim chce być zwykłym chłopcem, marzy o gojkach, tylko w nich się zakochuje. Ale kiedy znajdzie się w gojowskim świecie, który uważa za lepszy, natychmiast staje się przewrażliwiony na swoim punkcie, wydaje mu się, że każdy dostrzega jego odmienność. Przecież choćby nie wiadomo jak bardzo się starał być zwykłym chłopcem i tak zdradzi go jego żydowski nos. Dlatego buntuje się, a wyrazem buntu są między innymi jego seksualne obsesje. Następnym krokiem jest ucieczka. Chce się odciąć od życia, jakie prowadzą jego rodzice i krewni. I chociaż w jakiejś mierze mu się to udaje, to nie czuje się szczęśliwy. Nienawidzi i jednocześnie kocha światek żydowskiej dzielnicy w Newark. Nie umie wyzbyć się marzeń o szczęśliwym życiu, a ta wizja niebezpiecznie przypomina to, co zna z dzieciństwa. Ukojenia nie przyniesie mu też wizyta w Izraelu, dokąd ucieka przed natarczywą przyjaciółką, która chce go nakłonić do małżeństwa. Tam dowie się, że jest najgorszym rodzajem Żyda, Żydem z diaspory. Jak powie mu poderwana dziewczyna, która ma szybko szczerze dość jego kompleksów, marudzenia, niezadowolenia z siebie i oskarżania siebie o wszystko, tacy jak on stale żyją w cieniu gojów, a w czasie wojny dali się zagazować Hitlerowi. Z tych wszystkich powodów, i wielu innych, biedny Portnoy wylądował na kozetce u psychoterapeuty, pragnąc, aby ten wyjaśnił mu, jak ma naprawić swoje popaprane życie.

Całość zaprawił autor ironią, złośliwością i humorem. Warto też zauważyć, że wiele fragmentów to gotowy scenariusz teatralny. Jednym słowem "Kompleks Portnoya" koniecznie trzeba przeczytać. Umieszczam go wśród moich ulubionych powieści Rotha.

"Dzikie historie"

Z tygodniowym opóźnieniem obejrzałam "Dzikie historie" wyprodukowane przez Pedro Almodovara. Jest to debiut reżyserski urodzonego w Argentynie Damiana Szifrona. Właściwie nie wybierałam się na ten film, bo zawsze po zaliczeniu filmowej wpadki (tym razem"Pani z przedszkola") przez jakiś czas dziesięć razy się zastanawiam, zanim pójdę do kina. Poza tym pogoda nie sprzyjała (zima, zima, brrr!). No ale jako nałogowa kinoholiczka długo bez używki nie wytrzymam, więc obłaskawiona zachęcającymi głosami dyskutantów w moim ulubionym Tygodniku Kulturalnym w TVP Kultura ostatecznie poszłam. 

"Dzikie historie" to trzymający poziom film przypominający trochę Almodovara z najlepszych czasów, ale oczywiście do oryginału mu daleko. (Podobno jeszcze bardziej jest w stylu Bunuela, nie będę jednak udawała, że go znam.) Składa się z  sześciu zgrabnych nowel, które opowiadają o tym, co dzieje się z ludźmi, kiedy mają już naprawdę dość. A powody frustracji czy gniewu są bardzo różne, czasem niezwykle poważne (oszustwo, zdrada), czasem kompletnie idiotyczne (męska pycha), innym razem to dokuczliwa codzienność (bezduszność biurokracji i przepisów). Kiedy zostanie przekroczona masa krytyczna, bohaterowie wybuchają, dochodzi do głosu ich dzika, zwierzęca natura. Ileż to razy bezradni i wściekli dajemy upust swojej wyobraźni, ogłaszając światu, co byśmy najchętniej zrobili. Szifron właśnie takie sytuacje pokazuje, doprowadzając je do absurdu. Film opiera się na czarnym humorze, momentami bywa bardzo śmieszny, groteskowy, nie przekracza jednak granic dobrego smaku. Nowele, co nieuniknione, podobnie jak opowiadania zebrane w jednej książce, są odrobinę nierówne. Mnie najbardziej podobały się trzy: o kelnerce obsługującej oszusta, który doprowadził do ruiny jej rodzinę, o inżynierze zmagającym się z bezduszną machiną biurokracji (doskonale znamy uśmiechniętych, służbowo miłych urzędników lub pracowników infolinii, którzy jak mantrę powtarzają wyuczone formułki, nic nie mogą, a ich szef jest dla nas niedostępny) i o milionerze zmuszonym do wyciągnięcia syna z kłopotów. Pozostaje pytanie, czy upust gniewu cokolwiek poza zemstą czy wyrównaniem rachunków załatwia? Przynosi ulgę? Pocieszenie? Czyni świat lepszym? Otóż skutki są różne, nie zawsze takie, jakbyśmy oczekiwali. Najczęściej gniew prowadzi na manowce.

Czas na ostateczną konkluzję. Dobry, zabawny film. Miła propozycja weekendowa, tylko tyle albo aż tyle, zależy od punktu widzenia. Ja jednak stale czekam na coś, co koniecznie trzeba będzie zobaczyć! Film wagi ciężkiej, nie deserowej! Od "Lewiatana" nic takiego się nie pojawiło. Czy będzie to najnowszy film mojego ulubionego Gonzalesa Inarritu ("Amores perros", "21 gramów", "Babel")? Czy włoskie "Cuda" nagrodzone w Cannes? Czy "Hiszpanka" Łukasza Barczyka? Czy jeszcze coś innego? Bo pewnie jednak nie "Fotograf" Krzystka, na którego wybieram się w przyszłym tygodniu.

Swietłana Aleksijewicz "Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka"

Nie wybrałam sobie najlepszego  czasu na lekturę najnowszej książki Swietłany Aleksijewicz "Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka" (Czarne 2014; przełożył Jerzy Czech). Okres świąteczny i okolice Nowego Roku to nie jest dobry moment na obcowanie z taką masą ludzkich tragedii, w jakie obfitują relacje bohaterów. Z drugiej strony czas wolny pozwolił mi przeczytać ten pokaźny tom (500 stron) w ciągu tygodnia, dzięki czemu opowieści nie rozmyły się, przeciwnie, zaatakowały mnie z całą mocą. Pewnie również dlatego ta książka zrobiła na mnie wielkie wrażenie, chociaż przecież nie było tam chyba niczego, poza drobiazgami, czego bym o Rosji wcześniej nie wiedziała. A jednak historia pokazywana przez prawdziwe ludzkie losy ma wielką siłę rażenia. Przeczytałam dwie wcześniej wydane książki Aleksijewicz, "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" i "Czarnobylską modlitwę" (na "Ostatnich świadków" dotąd nie znalazłam w sobie odwagi), i mogę śmiało napisać, że "Czasy secondhand" mają wszystkie zalety tamtych pozycji, za to nie mają ich wad. Wtedy denerwowała mnie egzaltacja autorki, silenie się na jakąś górnolotność (na szczęście tylko we wstępach, potem głos mają jej rozmówcy), miałam też po jakimś czasie wrażenie przesytu, powtarzalności. O ile pamiętam dotyczyło to szczególnie "Czarnobylskiej modlitwy", napisałam chyba, że przydałaby się większa selekcja materiału. Tym razem jest inaczej. Wstęp krótki, a historie tak różnorodne i tak niesamowite, że trudno się od nich oderwać. Czytając, miałam wrażenie, że niemal każda mogłaby się stać kanwą powieści lub filmu. Kiedyś w radiowej audycji na temat zbrodni katyńskiej jakiś znawca Rosji, nie pamiętam kto, powiedział, że na Rosjanach liczba zamordowanych w Katyniu, Miednoje i innych miejscach straceń polskich oficerów nie robi wrażenia, bo w łagrach i stalinowskich czystkach zginęło ich nieporównywalnie więcej. Kiedy czyta się "Czasy secondhand", widać to jak na dłoni. Bezmiar nieszczęścia, tragedii, nieprawości, bestialstwa, okrucieństwa był ogromny. Ale wbrew temu, co się może wydawać na podstawie tego, co dotąd napisałam, nie jest to opowieść o Rosji stalinowskiej.

Książka dzieli się na dwie części. Pierwsza, "Pociecha w Apokalipsie", to materiał zebrany przez autorkę w latach 1991-2001, drugą, "Uroki pustki", stanowią relacje z lat 2002-2012. Każda zaczyna się rozdziałem zatytułowanym "Z gwaru ulicznego i kuchennych rozmów", w którym autorka oddaje głos, często anonimowym, ludziom z ulicznego tłumu albo rozmawiającym przy kuchennym stole. To najczęściej krótkie wypowiedzi na te same tematy. Potem następuje dziesięć dłuższych rozdziałów, a więc w sumie jest ich dwadzieścia. W każdym poznajemy historię człowieka znanego z imienia, nazwiska, zawodu i wieku. Bywa, że bohater którejś z nich już nie żyje, a opowiada o nim ktoś inny. I to te historie robią największe wrażenie.

Punktem odniesienia dla bohaterów książki Aleksijewicz są czasy pierestrojki zainicjowanej przez Gorbaczowa, rok 1991, czyli dojście do władzy Jelcyna i rozpad Związku Radzieckiego. Zaczyna się najczęściej, chociaż przecież nie zawsze, podobnie. Entuzjazmem dla pierestrojki, a potem dla dojścia Jelcyna do władzy. Chyba większość rozmówców Swietłany Aleksijewicz opowiada o wielkiej nadziei i radości tamtych lat, o zachłyśnięciu się wolnością, o pożeraniu dotąd zakazanych książek, o udziale w manifestacjach i walkach. Potem jest już bardzo różnie. Jedni tęsknią za Związkiem Radzieckim a nawet za Stalinem, nie rozumieją krytyki, nie odnajdują się zupełnie w nowych czasach, z dumą przyznają, że są sowkami (pogardliwe określenie zwolenników dawnego systemu), inni są rozczarowani tym, co stało się po dojściu Jelcyna do władzy i tym, co dzieje się dzisiaj, co nie znaczy, że chcieliby powrotu ZSRR. Najmniej jest chyba takich, którym się powiodło, a jeszcze mniej tych, którzy rzeczywistość akceptują bez zastrzeżeń.

Jaki obraz czasów secondhand wyłania się z tych opowieści? Potworna bieda, bandytyzm i bezprawie  lat dziewięćdziesiątych. Skutki rozpadu Związku Radzieckiego, kiedy nagle pojawiły się granice tam, gdzie dotąd ich nie było, kiedy nagle do głosu doszły rozmaite nacjonalizmy, co zaowocowało pogardą i nienawiścią do przybyszów z republik azjatyckich i z Kaukazu, pogromami, wypędzeniami, ucieczkami, czyli kolejną w dziejach wędrówką ludów. Rozmaite kontrasty: bajecznie bogaci oligarchowie i biedne społeczeństwo, spauperyzowana inteligencja; rzeczywistość dużych miast, gdzie po latach chudych nastały tłuste, i rzeczywistość prowincji, gdzie nie zmienia się nic, a jeśli to na gorsze, gdzie wiatr historii mało kogo obchodzi. Współczesny konsumpcjonizm. Kilkakrotnie pada stwierdzenie czasy sprzedać-kupić. Wielu, nie tylko tych tęskniących za Stalinem i komunizmem, nie potrafi tego zaakceptować. Bezideowość urodzonych po rozpadzie ZSRR. Nudzi ich wojenna i antykomunistyczna martyrologia, nie interesuje Sołżenicyn, Szałamow i inni zakazani niegdyś pisarze, czego starsze pokolenia nie potrafią zrozumieć. Samobójstwa i tych tęskniących za przeszłością, i tych, którym się nie powiodło. Alkohol, alkohol, alkohol i domowa przemoc, szczególnie na prowincji. Kiedy przeczytałam tę książkę, zrozumiałam, że filmowe opowieści Zwiagincewa, Łoźnicy czy innych reżyserów nie są, niestety, groteską.

Na koniec króciuteńko wymienię relacje, które zrobiły na mnie największe wrażenie. Opowieści o uciekinierach, wypędzonych i tych, co wyjechali za pracą. To historie: Romea i Julii z Baku, czyli Azera i Ormianki z pogromami w tle; Tadżyków żyjących w piwnicach Moskwy, pogardzanych, prześladowanych, oszukiwanych, wykorzystywanych, ale i rosyjskiej rodziny, która uciekła przed prześladowaniami z którejś z azjatyckich republik. Tragizm tej grupy opowieści polega nie tylko na nieszczęściu, jakie tych ludzi spotkało i nadal spotyka, ale i na ogromnej tęsknocie za miejscem, do którego nie mają najczęściej powrotu. Historia kobiety urodzonej w łagrze (to nie był odosobniony przypadek). Historia matki i córki, którym gangsterzy podstępem odebrali mieszkanie, bo nie miały na łapówkę dla lekarki, która bez pieniędzy nie wydała świadectwa zgonu zmarłej babci (!) i nie można było jej pochować (!). Zupełnie odjechana opowieść kobiety, której w młodości przyśniła się miłość życia, a po latach odnalazła ją (tę miłość) w nieznanym więźniu i rzuciła dla niego wszystko. I wreszcie historia odwołanego ślubu, czyli cyniczne i makabryczne zwierzenia człowieka wykonującego masowe wyroki śmierci w latach wielkiej czystki (z trudem przez nią przebrnęłam). A to przecież nie wszystko.

Kiedy czyta się książkę Swietlany Aleksijewicz, trudno oprzeć się może irracjonalnemu wrażeniu, że Rosja to kraj kompletnie odmienny (?), dziwny(?), absurdalny(?), nierzeczywisty(?) (nie umiem znaleźć właściwego słowa). No i skąpany w morzu krwi i nieszczęść. Żeby próbować, tylko próbować, zrozumieć, trzeba koniecznie przeczytać "Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka". Lektura fascynująca, chociaż straszna.

Krzysztof Środa "Projekt handlu kabardyńskimi końmi"

Jestem wielką miłośniczką prozy Krzysztofa Środy, czemu dawałam dwukrotnie wyraz w tych notkach. Nic dziwnego, że błyskawicznie sięgnęłam po drugą część jego eseistycznej, podróżnej trylogii "Projekt handlu kabardyńskimi końmi" (Czarne 2014). Wyczekałam tylko na odpowiedni moment, aby mieć czas na delektowanie się dużymi partiami książki, a nie dziobanie po kawałeczku. Bo tego wymaga ta proza. Przeczytałam ją w jeden dzień, wszak to tylko 140 stron. Mój zachwyt trwa. Nie będę się specjalnie rozgadywać, bo musiałabym powtórzyć to samo, co pisałam o dwóch poprzednich książkach Środy. Ten sam styl, ten sam pomysł, to samo uważne spojrzenie na świat, relacja z podróży dalekich i tych całkiem bliskich, które może nawet trudno nazwać podróżami, zachwyt na szczegółem, nad czymś tak zwykłym, na co przeciętny obserwator nie zwraca specjalnej uwagi (ja niestety też), to samo pomieszanie czasów. Kto z książkami Krzysztofa Środy się nie zetknął, kto nie ma pojęcia, o czym piszę, niech po szczegóły sięgnie do moich dwóch poprzednich notek. Najpierw do "Niejasnej sytuacji na kontynencie", to pierwsza część trylogii, potem do "Podróży do Armenii i innych krajów z uwzględnieniem najbardziej interesujących obserwacji przyrodniczych". To trzecia, moim zdaniem najlepsza, część jego opowieści. Jeśli ktoś zdecyduje się na lekturę, na co gorąco namawiam, chociaż wiem, że to proza nie dla każdego, niech czyta po kolei. A teraz krótko  o tym, co znajdziemy w "Projekcie handlu kabardyńskimi końmi".

Tym razem Krzysztof Środa relacjonuje swoje wyprawy przez filtr pamięci. Zapiski, tak jak w części poprzedniej, oznaczone są datami, ale to tylko daty ich powstania, a nie czas zdarzeń. Dlatego wrażenia z podróży nakładają się na siebie, a autor dochodzi do wniosku, że właściwie nie przeżył niczego ekscytującego, przynajmniej w takim znaczeniu, jak to potocznie rozumiemy. W rzeczywistości, jak już wspominałam, w jego ujęciu każda podróż, nawet ta niegodna tego miana, ta najbliższa, jest równie fascynująca, bo fascynująca jest codzienność i to, co nas otacza. A przecież w końcu Środzie udało się zrealizować marzenie, co było leitmotivem części pierwszej, i  pojechał na Kaukaz, no może niezupełnie. Nie dotarł tam, gdzie by chciał. Nie zobaczył górskich przełęczy, nie przebył Gruzińskiej Drogi Wojennej, nie był w Dagestanie, tym bardziej nie znalazł się po południowej stronie Kaukazu, nie odwiedził hodowli eukaliptusów w Gruzji. Właściwie góry widział z daleka, był w Piatigorsku i w Mineralnych Wodach, i w Kisłowodzku, i w jakiejś wiosce, gdzie jego znajomi, z którymi podróżował, próbowali robić interesy (kupić te tytułowe kabardyńskie konie i sprowadzić je do Polski). Wszystko to w Kraju Stawropolskim u wrót Kaukazu. Niby nic się nie działo, a jednak od jego opowieści o niczym trudno się oderwać. Na bazarze kupił "Mistrza i Małgorzatę" i kasetę z pieśniami Kozaków, przyglądał się ludziom na dworcu autobusowym, beztrosko planował podróż do Dagestanu, bo człowiek, u którego się zatrzymali, obiecał, że może mu ją zorganizować (potem dowiedział się, że to szaleństwo, które mógł przypłacić życiem), zrobił sobie zdjęcie z figurką orła otrzymaną w prezencie i tak dalej, i tak dalej, długo bym jeszcze mogła wyliczać. Niespełniony nadal marzy o dalekiej podróży, więc postanawia, że pojedzie do Armenii. Dlaczego? A dlaczego by nie? Nie szkodzi, że niewiele o niej wie. Może to nawet lepiej? A w międzyczasie, pomiędzy trzema krótkimi wypadami na Kaukaz, a właściwie przed Kaukaz, pomiędzy planowaniem wyprawy do Armenii, Środa stale jest w ruchu. Przemierza Polskę i przygląda się jej z równą ciekawością. To tyle. Zakończę zdaniem, które może już padło, nie szkodzi. O książkach Krzysztofa Środy nie ma co gadać, trzeba je po prostu przeczytać. Żadne refleksje nie oddadzą ich piękna i ich istoty.

"Pani z przedszkola"

Wiedziałam, że Marcin Krzyształowicz, twórca nagradzanej "Obławy", która i mnie zachwyciła, kręci tym razem film współczesny. Zdziwiłam się, że "Pani z przedszkola" nie przeszła selekcji gdyńskiego festiwalu. Potem, kiedy zbliżała się data premiery, dowiedziałam się, że to komedia. Ta wiadomość zaskoczyła mnie jeszcze bardziej, bo nie tego spodziewałam się po reżyserze "Obławy". Ale właściwie skąd moje zdziwienie? Czy to nie myślenie stereotypami? Czy twórca nie ma prawa do takiej wolty? Im bliżej premiery, tym więcej głosów przychylnych, a na dodatek od znajomych usłyszałam, że dawno tak się nie bawili w kinie. Szłam na "Panią z przedszkola" z nadzieją, że zobaczę lekki, śmieszny, inteligentny film z wybitnymi aktorami. Niestety srodze się zawiodłam. Już po mniej więcej piętnastu minutach zaczęłam się niecierpliwić, ale jeszcze dawałam "Pani z przedszkola" kredyt zaufania, jeszcze miałam nadzieję, że się rozkręci. Nic z tego, tak już było do końca.

Zacznę może przewrotnie od zalet. Najważniejsza to zaskoczenie. Akcja rozwija się zupełnie nieoczekiwanie, a to w kinie lubię bardzo. Po raz kolejny powtórzę, nie ma nic gorszego niż przewidywalność. Druga zaleta to aktorstwo. Ja wyróżniłabym Woronowicza i świetnie grającego chłopca (India Dudek; to nie żart, takim ekscentrycznym imieniem zostało obdarzone to dziecko), który wciela się w małego narratora filmowej opowieści. Tym bardziej niezwykła to rola, że niema. Dziecko gra mimiką i gestem i robi to świetnie. Na pozostałych aktorów też miło popatrzeć, chociaż, powiedzmy sobie szczerze, niczym nie zaskakują. Trzecia, i ostatnia, zaleta to odtworzenie klimatu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych zeszłego wieku. Ale to w pewnym sensie samograj. Wiadomo, że spodoba się na fali nostalgii za czasami słusznie minionymi. Dorzuciłabym może jeszcze na dokładkę kilka dowcipnych, ironicznych, inteligentnych dialogów. Ale kilka na cały film to chyba jednak za mało.

Skąd w takim razie moje rozczarowanie? Największą wadą filmu Krzyształowicza jest nadmiar. "Panią z przedszkola" rozsadzają pomysły. Za dużo tu wszystkiego. Gry z pamięcią, zmienianie biegu wydarzeń, mieszanie planów czasowych, kilkakrotne powracanie do niektórych zdarzeń, rozegranie paru scen w komiksowej konwencji, dodawanie graficznych ozdobników (niekonsekwentne, bo w pewnym momencie reżyser porzuca ten zabieg) to wszystko sprawiło, że zaczęłam zadawać sobie pytanie, o co w tym szaleństwie chodzi. Podobnie jest w warstwie treściowej. Czego tu nie mamy! I żale do ojca, i nieodcięta pępowina, i zazdrość, i kłopoty z męskością, i kpiny z psychoterapii, i problemy małżeńskie, i wredną teściową, i ... No właśnie i ten zaskakujący wątek, którego tu nie mogę zdradzić. A właśnie ta problematyka byłaby być może najciekawsza. Bo przewrotna, bo prowokująca. A wyszło trochę tak, jakby Krzyształowicz i chciał, i bał się, więc utopił ten temat w morzu innych. Nic dziwnego, że nie wybrzmiewa należycie. Dlatego właściwie cały czas w trakcie seansu zadawałam sobie pytanie: właściwie o czym jest ten film? I jeszcze drugie, mocniejsze. Pytanie, które kiedyś na jednym ze słabszych gdyńskich festiwali zadała swoim koleżankom i kolegom Agnieszka Holland: po co nakręciliście te wszystkie filmy? O to samo mogłabym zapytać Krzyształowicza: po co nakręcił pan ten film? Tylko dla zabawy? Rzecz w tym, że to też nie wyszło. Po jakimś czasie efekciarstwo i tematyczne pomieszanie sprawiają, że "Pani z przedszkola" zaczyna nużyć i obojętnieć. Obojętność to słowo chyba najlepiej oddaje mój stosunek do najnowszego obrazu twórcy "Obławy". Mogłam go sobie darować. A taka konkluzja zawsze bardzo mnie złości, bo nic gorszego niż świadomość zmarnowanego czasu.

PS. Nie mogę wykluczyć, że będą tacy, niekoniecznie nieliczni, którym "Pani z przedszkola" jednak się spodoba.

Ilona Wiśniewska "Białe. Zimna wyspa Spitsbergen"

Wiedziałam, że ta książka się ukaże, widziałam ją przecież w zapowiedziach Czarnego, które pilnie śledzę. Ale co mnie obchodzi Spitsbergen? Mnie, której zima wykrada radość życia, bo zimno, bo śnieg, bo ślisko, bo ciemno. Stracone miesiące! Dlatego nie miałam zamiaru jej kupować, ale kiedy w jednym z Tygodników Kulturalnych w TVP Kultura usłyszałam, jak wszyscy dyskutanci zachwalają reportaże ze Spitsbergenu, zmieniłam zdanie. Chyba każdy mówił podobnie, że sięgał po nie z obowiązku, że temat był mu zupełnie obojętny, a tu nagle odkrycie. Zachęcona tym zgodnym chórem i ja sięgnęłam po "Białe" Ilony Wiśniewskiej (Czarne 2014; gra słów nieprzypadkowa). I rzeczywiście mieli rację. Śmiało mogę powiedzieć, że lektura tej książki ma w sobie siłę przygody. Jest w niej coś takiego, pewnie to zasługa miejsca, o którym autorka opowiada, że za każdym razem, kiedy po nią sięgałam, miałam wrażenie, że odlatuję, zamykam się w jakiejś bańce, odgradzam od świata, aby pogrążyć się w czymś nieznanym, zupełnie innym, chociaż zimnym, białym (polarny dzień) albo czarnym (polarna noc), ale jakoś przyjemnym i przytulnym. To jak sen, lodowaty i ciepły jednocześnie. Stop! Dość tego bełkotu, dość tych nieudolnych prób przekazania wrażeń i nastroju. Czas na konkrety.

Przede wszystkim to kolejna z serii reporterskich książek, które mają moc odkrywania białych plam. Co wiedziałam o Spitsbergenie przed lekturą "Białego"? Właściwie nic. Tyle tylko że jest zimno, że latem jasno, zimą ciemno, że stacje badawcze, a i że latem, wbrew pozorom, zielono i kolorowo od kwiatów (to od wujka-botanika, który kiedyś spędził kilka letnich miesięcy w stacji badawczej i zawsze marzył, żeby pojechać tam jeszcze raz). Wyobrażałam sobie, a właściwie byłam pewna, że Spitsbergen to pustka. Tylko śniegu biel i z rzadka samotna chatka, w której mieszkają naukowcy. Tymczasem to nie do końca prawda. Spitsbergen to także Longyearbyen (ponad dwa tysiące mieszkańców), stolica całego archipelagu Svalbard, do którego wyspa należy, kilka czy kilkanaście osad powstałych przy kopalniach węgla (dzisiaj niektóre z nich są już zamknięte, a osady zamieniły się w widma chętnie odwiedzane przez turystów), chatki traperów, hytty, czyli rodzaj letnich domków. I oczywiście ludzie. Stali mieszkańcy, naukowcy i wspomniani już przeze mnie turyści. To chyba jedno z większych zaskoczeń. Że w sezonie letnim do wyspy dobijają statki wycieczkowe, z których tabuny turystów schodzą na ląd i zwiedzają między innymi te opuszczone  przykopalniane osiedla. A kto mieszka na Spitsbergenie na stałe? Na stałe to zresztą nie najlepsze określenie, bo niewielu tu takich, którzy spędzili na wyspie całe życie. Średnia wieku nie przekracza czterdziestki i wcale nie z powodu dużej śmiertelności. Po prostu większość wytrzymuje na Spitsbergenie kilka czy kilkanaście lat. Co tu w ogóle robią? Jedni przyjeżdżają za pracą, bo pracować może tu każdy na równych prawach, a podatki są niskie, inni, bo fascynuje ich to miejsce. Bywa też tak, że jak już przybędą, to wpadają po uszy i zostają na długo. Sporo tu dziwaków, outsiderów, uciekinierów od świata i problemów życiowych, niespokojnych, wolnych duchów, wiecznych wędrowców, lekko szalonych kobiet, samotników, ludzi o skomplikowanych życiorysach. Autorka zna takich wielu, to jej sąsiedzi, bo sama od kilku lat mieszka i pracuje w Longyearbyen. Bohaterem jednego z rozdziałów jest na przykład Wojtek Moskal. Ja kojarzyłam jego nazwisko z wyprawą na biegun północny. Tymczasem ma on za sobą całkiem barwny i zwariowany życiorys w dużej części związany ze Spitsbergenem. Sporo w książce fascynujących opowieści o mężu autorki, dziennikarzu, weteranie Spitsbergenu, i jego przyjaciołach-traperach. Kilkakrotnie sięga Wiśniewska do czasów odległych, opowiadając jakieś dramatyczne historie, które zapisały się w dziejach wyspy. Ale oprócz arcyciekawych opowieści o mieszkańcach jest to też kronika życia w miejscu, gdzie dzika natura jest na wyciągnięcie ręki, jest ciemno przez jedną trzecią roku, prawo zabrania posiadania kotów, nie ma pająków, najwyższa roślina to trzydziestocentymetrowa trawa. Można wyliczać dalej: nie ma wirusów ani bakterii, co ma dobre , ale i uciążliwe konsekwencje, latem słońce nie zachodzi, zimą lód skuwa wody wokół wyspy, a jeśli pogoda nie sprzyja, to samoloty ze stałego lądu nie pojawiają się przez kilka dni, nie przywożąc prasy, warzyw, owoców i innych niezbędnych produktów, kiedy jest ciemno, łatwo zgubić drogę, bo za miastem wszystko wygląda jednakowo pokryte bielą śniegu. Można by tak długo jeszcze wyliczać. Ale jest też normalne życie. Uniwersytet, szkoła, muzeum, hotel, knajpy, galeria sztuki, liczne festiwale, można chodzić na aerobik. Jednym słowem żyje się tu z jednej strony jak wszędzie, z drugiej dziwnie. Trudno nam sobie wyobrazić, jak często prozaiczne czynności nastręczają rozliczne problemy. O tym wszystkim opowiada autorka, prowadząc czytelnika przez rok na Spitsbergenie od jesieni do lata.

Pisząc o wrażeniach, które towarzyszyły mi podczas lektury, wspomniałam, że to zasługa miejsca. Otóż nie tylko. Jestem pewna, że to talentowi Ilony Wiśniewskiej zawdzięczam zachwyt tym Spitsbergenem. A zafascynował mnie on do tego stopnia, że przez chwilę i ja zapragnęłam tam uciec, spędzić jeden rok (przezimować, jak się fachowo mówi). Oczywiście już ochłonęłam. Nienawidzę przecież zimy, to nie miejsce dla mnie. Tym bardziej jestem wdzięczna autorce za to, że dzięki niej mogłam przynajmniej odbyć literacką podróż na tę mroźna wyspę, do najdalej na północ wysuniętego miasta. Muszę jeszcze koniecznie dodać, że niebagatelną zaletą książki jest styl. Pisze Wiśniewska raz dosadnie, raz dowcipnie, to kolokwialnie, innym razem błyśnie metaforą, pięknym porównaniem, zachwyci trafną, przewrotną puentą. Co tu dużo mówić, jest świadoma języka i zręcznie porusza się po różnych stylistycznych rejonach. To jeszcze jeden plus tego skutego lodem reportażu, który tak mną zawładnął.

Paweł Smoleński "Szcze ne wmerła i nie umrze. Rozmowa z Jurijem Andruchowyczem"

Rozmowę Pawła Smoleńskiego z wybitnym ukraińskim pisarzem Jurijem Andruchowyczem "Szcze ne wmerła i nie umrze" (Czarne 2014) kupiłam trochę z obowiązku, trochę z chęci. Od razu przyznam się, że nie znam książek Andruchowycza. Wypadałoby jakoś nadrobić tę zaległość, przynajmniej spróbować. Przeczytać jedną i albo się zachwycić, albo stwierdzić, że to nie moja literatura. Wzdycham tylko z bezsilności. Mimo że stale czytam, półka puchnie i puchnie, a lista książek, które chciałabym kupić jeszcze bardziej. No więc pewnie kiedyś. Tymczasem sięgnęłam po rozmowę. Bo rocznica Majdanu, bo coś by wypadało przeczytać, tyle tego ukazało się z tej okazji, bo przecież staram się być na bieżąco z Ukrainą, bo Paweł Smoleński. Wystarczająco wiele powodów, ale entuzjazmu nie było. Tymczasem to, co mówi Andruchowycz, pochłonęło mnie bez reszty. Niestety także przeraziło.

Smoleński i Andruchowycz rozmawiają jak para dobrych znajomych, którymi pewnie są. Opowieść aż kipi od emocji, sporo tu kolokwializmów a nawet grubych słów. Ukraiński pisarz wszystko, o czym mówi, przepuszcza przez siebie. Dlatego czyta się to tak, jakby się uczestniczyło w nocnej rozmowie przy wódce. To komplement, nie zarzut. Książka podzielona jest na trzy części. Pierwsza to opowieść o Majdanie, druga o Ukrainie, trzecia o Rosji, Europie i świecie w kontekście ukraińskim. Wszystkie niezwykle ciekawe, odkrywcze i ponure. Zaczyna się jeszcze w miarę optymistycznie, wszak to historia zwycięskiej rewolucji, chociaż okupionej ofiarami. Andruchowycz na Majdanie starał się być jak najczęściej, ciągnęło go do Kijowa (mieszka w Iwano-Frankiwsku), ale obowiązki zawodowe co jakiś czas odrywały i kazały wracać do siebie albo udać się w trasę z teatrem czy kapelą. Pisarz opowiada o euforii, zwątpieniach, dumie, nadziei, rozpaczy, które towarzyszyły jemu i jego rodakom. Emocje falują w zależności od tego, co dzieje się na Majdanie i na Ukrainie.

Majdan a teraz wojna w Donbasie to dla Ukraińców mit założycielski. Niweluje podział na zachód i wschód kraju. Jednoczy i buduje naród. To źródło optymizmu. Niestety lektura dwóch kolejnych części każe z obawą patrzeć w przyszłość. Czy Ukrainie się uda? Kiedy czyta się opowieść Andruchowycza o historii jego niepodległej ojczyzny, o zmarnowanych okazjach, o oligarchach, mafijnych rządach, które z Donbasu rozlały się na resztę kraju, o skorumpowanych politykach grzęznących w kłótniach i nienawiści, traktujących państwo jak swoją własność, na której można się znakomicie utuczyć, kiedy czyta się o łotrostwach i zbrodniach Janukowycza, można naprawdę zwątpić.

Rozmowa Smoleńskiego z Andruchowyczem ma jeszcze jeden walor, poznawczy. Wstyd przyznać, ale Ukrainą interesujemy się od okazji do okazji. Pomarańczowa rewolucja, Majdan a wcześniej i pomiędzy czarne dziury. No może jeszcze ożywiamy się przy okazji kolejnych wyborów. Andruchowycz, trochę chaotycznie (jak to przy wódce bywa), odsłania przed czytelnikiem to, czego mógł nie wiedzieć. Aż w końcu wszystko składa się w całość. I nie jest to obraz wesoły. Przeciwnie potworny. Narzekanie na naszą transformację, na nasze dwudziestopięciolecie po lekturze tej rozmowy wydaje się po prostu śmieszne. Podobnie nasze polityczne wybory, głosowanie na mniejsze zło. Poczytaj sobie, czytelniku tej notki, z jakimi dylematami musiał mierzyć się Andruchowycz. Na kogo musiał głosować, wybierając swoje mniejsze zło. Niby wiemy, że korupcja, że mafia, że oligarchowie, że Janukowycz zbrodniarz, złodziej i dyktator, ale to tylko słowa. Żeby zrozumieć, napełnić je treścią, trzeba koniecznie przeczytać.

Jest wreszcie część trzecia, Moje sprawy z Rosją, z Europą i ze światem. Ten rozdział przelewa czarę goryczy. Może najbardziej przeraża nie tyle opowieść o Putinie, w końcu o nim akurat teraz pisze się i mówi na okrągło, więc złudzeń nie mamy, ale o społeczeństwie rosyjskim niemal całkowicie popierającym politykę ojca narodu. Niestety dotyczy to wszystkich warstw, także tych najlepiej wykształconych, naukowców, artystów. Przeraża wiara w wielkość Rosji, rozpacz za utraconymi wpływami, za utraconym imperium, poczucie krzywdy, oblężonej twierdzy, nienawiść do Europy i Ameryki, pogarda. Utrata Ukrainy to dla Rosjan policzek, rana, która nigdy się nie zabliźni. Kiedy czyta się opowieść Andruchowycza, widać jak na dłoni kunktatorską politykę Unii i Stanów, naiwność, powolność, niezdecydowanie. Pisarz nie kryje swojej goryczy i rozczarowania stanowiskiem świata wobec Ukrainy. A jeśli uświadomimy sobie, jak ważna jest niepodległość i siła naszego sąsiada dla przyszłości Europy, co rozmowa dobitnie uzmysławia, tym większa trwoga ogarnia. Andruchowycz nie kryje swego obrzydzenia i nienawiści (nie chciałam użyć tego słowa, ale chyba nie ma lepszego) dla Putina, popierających go Rosjan, ale też dla tych wszystkich polityków ukraińskich, którzy zmarnowali cały okres niepodległości. Dlatego nie waha się od czasu do czasu zakląć jak szewc, przecież musi jakoś dać upust emocjom. Na jedno z ostatnich pytań Jurko, co z tego wszystkiego będzie? odpowiada ze spokojem i nutką rezygnacji Będzie, co ma być. Z Ukrainą, z nami i z wami. Jednego jestem pewien na sto procent - jeśli pomagacie Ukrainie, pomagacie przede wszystkim sobie. Kiedy się to czyta, ciarki chodzą po plecach. Chciałoby się zakończyć jakoś optymistycznie. Więc zakończę powtórzoną za Andruchowyczem opowieścią o Ukraińcach. Jak zmienił ich Majdan i wojna w Donbasie. To już inni ludzie, inne społeczeństwo. Aktywne, solidarne, świadome, krytyczne. Oby nie dało się po raz kolejny uśpić. I tu znowu wkracza na scenę pesymizm. Bez wsparcia z Europy chyba nie dadzą rady.

PS. Rozmowa z Andruchowyczem zawiera znacznie więcej arcyciekawych wątków. Nie sposób wymienić wszystkich. Zwrócę tylko uwagę na stosunek pisarza do Donbasu (sama opowieść o tym, jak zainfekował całą Ukrainę, jest niezwykle odkrywcza) i Krymu i na to, co myślą Ukraińcy oraz Rosjanie o banderowcach. Warto się dowiedzieć, co to pojęcie zaczęło oznaczać.

Miljenko Jergović "Wołga, Wołga"

Jakoś tak po cichu, chyłkiem, bez rozgłosu ukazała się kolejna powieść Miljenko Jergovicia. Celowo nie piszę nowa, bo "Wołga, Wołga" (Pogranicze 2013; przełożyła Magdalena Petryńska) pochodzi z roku 2009. Nie mogę powstrzymać się od komentarza, jak to jest, że powieść wybitnego pisarza, autora przejmującej "Ruty Tannenbaum", "Ojca" i nagrodzonej Angelusem książki "Srda śpiewa o zmierzchu w Zielone Świątki", przechodzi  kompletnie niezauważona. Nawet jeśli jest słaba, to zasługuje przecież na recenzję, a już na pewno na odnotowanie. Gdyby nie to, że co jakiś czas wchodzę na stronę Pogranicza, nie miałabym o niej pojęcia. No ale weszłam, odkryłam, kupiłam i przeczytałam. Od razu napiszę, że wprawdzie "Wołga, Wołga" nie dorównuje tamtym trzem, to jednak jest przecież warta uwagi. Znajdziemy tu wszystko, co charakterystyczne dla pisarza. Bałkański tygiel, gawędy i opowieści, smutek i melancholię, zagadkę, spojrzenie na zdarzenia z różnej perspektywy.

"Wołga, Wołga" to opowieść o Dżelalu Plevljaku, wojskowym kierowcy. Przez czternaście lat w każdy piątek wyrusza wysłużoną czarną wołgą, którą kupił przed laty od swojego zwierzchnika, ze Splitu, gdzie mieszka i pracuje, do Livna w Bośni, aby pomodlić się w meczecie. Jadąc, snuje wspomnienia. Opowiada o trzech ważnych w swoim życiu osobach, o smutku, od którego ucieka, o samotności, o wierze, do której wrócił przygnieciony nieszczęściem. Ale Dżelal nie dzieli się z nami swoją tragedią, tylko delikatnie o niej napomyka, za to obficie darzy nas losami innych, jak on nieszczęśliwych. W jego opowieściach przegląda się tragiczny bałkański los. Druga wojna światowa, czetnicy, ustasze, partyzantka Tity, obóz w Jasenovacu, czasy komunistyczne, wszędobylska bezpieka i milicja, Naga Wyspa, tłumione narodowe i religijne konflikty, których niby w zjednoczonej Jugosławii nie ma, ale przecież czają się tuż pod powierzchnią. Wzajemna pogarda, nienawiść trzymana za pysk przez komunistyczny reżim, które wybuchną wraz z jego upadkiem. Wtedy znowu przyjaciel pokaże swoje prawdziwe oblicze i nieoczekiwanie zmieni się we wroga. A samotny, dotknięty przez los Dżelal tak bardzo łaknie przyjaźni, rodzinnego ciepła. Tak bardzo, że gotów jest wiele poświęcić.

Opowieści bohaterów Jergovicia są jak zwykle barwne, niezwykłe, dramatyczne, czasem zabawne. Nie wiadomo jednak, ile w nich prawdy. Tym światem rządzi fantazja, zmyślenie, kłamstwo i wreszcie zwyczajna plotka. Pomówienia powtarzane setki razy w końcu stają się prawdą. Tak powstają legendy. Swoje dorzuca też prasa i chmara dziennikarzy, którzy, kiedy dojdzie do kolejnej tragedii, jak hieny rzucają się na nieszczęsnego Dżelala, usiłując odkryć tajemnicę jego życia. Każdy indagowany oczywiście pamięta inaczej. Rozpoczyna się festiwal nienawiści i pomówień. Opowiadane historie są coraz mniej prawdopodobne. W końcu miałam wrażenie, że powieściowym światem włada szaleństwo. Druga część książki to próba obiektywnego spojrzenia na to, co się zdarzyło. Ale okazuje się, że to niemożliwe. Pisarskie śledztwo usiłuje odkryć prawdę, ale wciąż napotyka na mur sprzecznych relacji, oskarżeń, fantastycznych opowieści i zwykłych plotek. Czytelnik stale jest zaskakiwany, do samego końca. Nic nie jest takie, jak się wydaje. W takim świecie żyje poczciwy, dobroduszny, łatwowierny Dżelal. "Wołga, Wołga" to także książka o potrzebie wiary. W świecie, w którym oficjalnie Boga nie ma, tli się tęsknota za nim. Kiedy wszystko jest płynne, nietrwałe, kruche i niepewne, w coś trzeba wierzyć, gdzieś trzeba szukać oparcia. Dlatego Dżelal wytrwale jeździ do meczetu, modląc się o wysłuchanie jego prośby. Ale cud się nie zdarza. Może dlatego, że wiara jest łaską, której on chyba nie dostąpił. A może dlatego, że cuda po prostu nie istnieją.

"Wołga, Wołga" nie ma takiej mocy, jak książki Jergovicia, o których wspominałam we wstępie, perły w koronie jego pisarstwa, ale warto po nią sięgnąć. 

PS. Miałam okazję być na spotkaniu z Jergoviciem, w którym uczestniczyła także jego tłumaczka. Ze zdumieniem i smutkiem dowiedziałam się, że na razie żadne wydawnictwo nie planuje wydania niczego z bogatego dorobku pisarza. Z zazdrością patrzyłam na tych uczestników spotkania, którzy podchodzili po autograf z najnowszą powieścią oczywiście w oryginale. Tym bardziej namawiam do lektury.


Popularne posty