"Powstanie Warszawskie"

Nie sposób nie zobaczyć tego filmu. Już jesienią się o "Powstaniu Warszawskim" mówiło, wydaje mi się, że premierę miał mieć dużo wcześniej, ale wreszcie jest. Tak głośno o nim w mediach, że pewnie prawie wszyscy wiedzą, o czym piszę. Odczyszczonym, obrobionym cyfrowo, pokolorowanym starym kronikom powstańczym dodano dwóch bohaterów, dokumentalistę i jego młodszego brata, który mu pomaga. To ich rozmowy słyszymy zza kadru. I to właśnie dzięki nim powstaje narracja, która z króciutkich, kilkuminutowych fragmencików tworzy film reklamowany jako pierwszy fabularny obraz non fiction. Ożywają też filmowani powstańcy i mieszkańcy Warszawy. Z ruchu warg odczytano, co mówią i tak powstały dialogi. Na ten szalony pomysł wpadł Jan Komasa, którego fabuła o powstaniu będzie miała premierę w sierpniu. Ale efekt końcowy to mrówcza praca wielu osób (słyszałam rozmowę na temat tego, jak odtwarzano kolory!). Od jesieni filmowi towarzyszyła fama, że to coś niezwykłego i robi ogromne wrażenie. Dlatego czekałam  na "Powstanie Warszawskie" tak niecierpliwie, jak mi się czasem zdarza. Szłam na ten film z ogromną ochotą, ale i z ciekawością, czy rzeczywiście okaże się aż tak wstrząsający. Tyle czytam i tyle oglądam, dlatego czasem mam wrażenie, że niełatwo już mnie zaskoczyć, poruszyć (szczególnie w kinie). A jednak! Film, szczególnie w drugiej części, ogląda się ze ściśniętym gardłem. Taka jest dramaturgia kierowana logiką zdarzeń. Od entuzjazmu do rozpaczy i klęski. Jest kilka scen, które, jak to się mówi, wbijają w fotel. Uwaga! Teraz je wymienię (w kwadratowym nawiasie), jeśli ktoś nie chce wiedzieć, zanim obejrzy, niech ten fragment ominie i przejdzie od razu za akapit. [Sceny z jeńcami niemieckimi, modlitwa w piwnicy w czasie bombardowania, zbliżenie na płonący dom z potwornym krzykiem w tle, rozstrzelani ludzie leżący niczym w masowym grobie i cała końcówka, zrujnowane, płonące, opuszczone miasto. Tylko konie zostały.]

Co widzimy na ekranie? Powstańczą Warszawę. Trochę walk (niektóre sceny inscenizowano), ale przede wszystkim powstańczą kuchnię: produkcję broni, wydawanie posiłków, szpitale polowe, odprawy, pogrzeby, ślub. Jest też Warszawa cywilna: chodzenie po wodę, kolejki po jedzenie, gaszenie pożarów, wędrówki, ale też dziecięce zabawy. Entuzjazm początków, roześmiane twarze powstańców, a potem zmęczenie, rozpacz i tragedia. Ale może przede wszystkim jest to obraz ginącego miasta. Przedwojenna, elegancka Warszawa zamienia się stopniowo w morze gruzów.

Film robi wielkie wrażenie, ale jednak jest to wrażenie dość ulotne. Chyba już na zawsze powstanie warszawskie będzie miało dla mnie twarz Mirona Białoszewskiego. To jego "Pamiętnik z powstania warszawskiego", literacko doskonałe świadectwo, wstrząsnął mną przed laty tak bardzo, że pamiętam to do dziś. Właśnie wtedy zrozumiałam, niejako odczułam na własnej skórze, czym było to powstanie, czym jest wojna. Jakoś mnie ta książka naznaczyła. Co roku w sierpniu, kiedy odżywa pamięć o tamtych zdarzeniach, mam ochotę przeczytać ją na nowo. Dlatego przy okazji filmu namawiam do lektury. I jeszcze jedna uwaga, ostatnia. Oglądając "Powstanie Warszawskie" zmontowane z autentycznych kronik, trudno oprzeć się refleksji, że to, co widzimy na ekranie, przeżywają teraz mieszkańcy Syrii. W miejscach, gdzie toczą się walki, ich życie wygląda podobnie. Aż rzuca się w oczy podobieństwo niektórych scen do zdjęć z oblężonych syryjskich miast.

"Casanova po przejściach"

Dawno tak się nie dałam nabrać. Pewnie nie ja jedna. A nabiera oczywiście dystrybutor filmu, licząc na to, że wystarczy posłużyć się wdzięcznym cytatem z recenzji ("Woody Allen w najlepszej formie!"), aby każdy (no prawie każdy) czytający te słowa, automatycznie przyjął, że "Casanova po przejściach" to kolejny film Woody Allena. Tymczasem on zagrał tu tylko jedną z dwóch głównych ról, a reżyserem i autorem scenariusza jest John Turturro. Ale tego wszystkiego dowiedziałam się, kupując bilet na seans w moim ulubionym kinie. Jakżeż było mi wstyd, ja, kinomaniaczka, tak się pomyliłam. Cóż, za gapiostwo się płaci. Jeśli ktoś widział  zwiastuny filmu, mógł się poczuć oszukany podwójnie (ale kto wierzy zwiastunom?). Mnie to akurat nie przeszkadzało, bo lubię być w kinie zaskakiwana. Otóż "Casanova po przejściach" (w roli tytułowej melancholijny i smutny John Turturro) wcale nie jest pikantną opowieścią o podstarzałym żigolaku, który namówiony przez przyjaciela (to Woody Allen), zaczyna za pieniądze spełniać erotyczne fantazje bogatych i zblazowanych kobiet. A ściślej rzecz biorąc, tak się wszystko zaczyna, aby nagle przeobrazić się w ... Tego oczywiście nie zdradzę, w każdym razie całość podryfowała w zupełnie innym kierunku.

Przyznam, że mam kłopot z tym filmem. Jest nieco dziwaczny dziwnością trochę rodem z baśni, nieco nielogiczny, banalny, miejscami odrobinę nudnawy. Jeśli ktoś liczy na komedię, też może się poczuć rozczarowany, najwyżej lekko się uśmiechnie, na pewno brzuch go ze śmiechu nie rozboli. Ale mimo tych zastrzeżeń ogląda się go nieźle. Ot, mile spędzony czas. Woody Allen gra swojego bohatera (raczej takiego jak w "Drobnych cwaniaczkach" niż intelektualistę), chociaż materiału na rolę nie ma tu zbyt wiele. Sympatię może budzić melancholijny i smutny Turturro. Zresztą prawie wszystkich bohaterów da się lubić.

Uczciwie muszę stwierdzić, że film ma bardzo różne recenzje. Pięć gwiazdek od Pawła T. Felisa z Wyborczej (nie wiem dlaczego, bo nie czytałam; moim zdaniem to gruba przesada), ale fatalne oceny w Tygodniku Kulturalnym w TVP Kultura (gdybym wysłuchała tych uwag wcześniej, pewnie nie wybrałabym się do kina; ja aż taka surowa dla "Casanovy po przejściach" nie jestem). Cóż, nic wielkiego, można zobaczyć, można sobie darować. Dziury w niebie nie będzie.

Michaił Szyszkin "Nie dochodzą tylko listy nienapisane"

Od czasu do czasu wchodzę na stronę Xięgarni, żeby rozejrzeć się, co w wydawniczej trawie piszczy. W przeciwnym razie byłabym gotowa żywić się tylko książkami mojego ukochanego Czarnego. A przecież nie samym Czarnym człowiek żyje. Tam, tam to znaczy na rzeczonej stronie, znalazłam Ulicką i kilka innych pozycji, tam ostatnio przeczytałam notkę o powieści współczesnego rosyjskiego pisarza Michaiła Szyszkina "Nie dochodzą tylko listy nienapisane" (Noir Sur Blanc 2013; przełożyła Magdalena Hornung). Znowu pomyślałam sobie: to coś dla mnie, i postanowiłam kupić. Dodatkową zachętą okazało się pięć gwiazdek w poważnym tygodniku. Co prawda na moment zaniepokoiła mnie uwaga, że to powieść postmodernistyczna, ale szybko moja czujność została uśpiona. Kupiłam, a jako że ostatnio głód porządnych powieści mam wielki, to chyba efekt nadmiaru literatury non fiction, niemal natychmiast zabrałam się za lekturę. Wciągnęło mnie od razu, po "Eli, Eli" Tochmana (wpis jest gotowy, wstawię wkrótce) i "W oblężeniu" Barbary Demick powieść wydała mi się prawdziwym wytchnieniem. Potem jednak zaczęłam być zła i rozczarowana. Postmodernizm wyszedł z niej niczym szydło z worka. Zastanawiałam się nawet, czy nie dać sobie spokoju z Szyszkinem, ale nie lubię porzucać książek, szczególnie tych, na które wydałam kasę, więc cóż było robić, brnęłam dalej. Tu zawieszę moje biadolenia i zacznę od początku.

Kim jest autor tej powieści? Jeśli wierzyć wydawnictwu, a dlaczegóż miałabym nie wierzyć, Szyszkin to pisarz w Rosji ceniony i popularny, zdobywca licznych rosyjskich literackich nagród. Wcześniej wydał trzy inne powieści, w Polsce wyszła jedna, "Włos Wenery", a "Nie dochodzą listy nienapisane" przyniosły mu dotychczas największy sukces u krytyków i czytelników. To powieść w formie listów. Ona, Sasza, i on, Wołodia. Studenci. Poznają się latem na letnisku. Szybko zaczyna iskrzyć. Ale miłosna sielanka zostaje przerwana. Sasza dostaje powołanie do wojska i wyrusza na wojnę. Odtąd kochankom pozostają tylko listy, w których snują wspomnienia wspólnie spędzonych chwil, opowiadają sobie o dzieciństwie, a wreszcie o tym, co się z nimi dzieje. Sasza o studiach, pracy, chorobie rodziców, przyjaciółce, jednym słowem o wszystkim, czym żyje. Wołodia o trudach i okrucieństwach wojny. O swoim strachu, o lęku przed śmiercią, o rannych i zabitych, o bestialstwie wroga i nieustępującym mu bestialstwie swoich, o głodzie i pragnieniu, o oblężeniu i marszu, o dokuczliwym upale i równie dokuczliwych deszczach, wreszcie o nudzie. Te partie książki są naprawdę przejmujące. Wołodia jest nie tylko aktorem wojennego teatru, ale też wnikliwym obserwatorem. Potrafi spojrzeć na zdarzenia z boku, jakby z zewnątrz, i snuć chłodne, filozoficzne refleksje pozbawione emocji. Innym razem daje się ponieść tęsknocie i marzeniu, które trzyma go przy życiu. Że przetrwa i wróci do swojej Saszeńki.

Muszę przyznać, że to naprawdę bardzo dobrze się czyta. O co więc moje pretensje? Skąd złość i rozczarowanie, i chęć porzucenia książki? Otóż z postmodernistycznych dziwactw. Wiem, wiem, że zachowuję się teraz jak czytelnicza prostaczka o konserwatywnych gustach, jakbym nie dostrzegła, że literatura nie tkwi już w dziewiętnastym wieku, że od dawna nie po bożemu, czytaj dziewiętnastowiecznemu, się pisze. Nie takie pisanie jest w cenie. Szanujący się prozaik aspirujący do wielkości nie będzie przecież tworzył klasycznie skonstruowanej powieści. Albo  poeksperymentuje z językiem, albo z formą, albo z jednym i drugim i doda jeszcze coś trzeciego. Do pewnych granic jestem w stanie to znieść, ale w powieści Szyszkina postmodernistyczne chwyty wydały mi się tylko pustą formą, wydmuszką, za którą nic nie stoi. Dlaczego ojciec bohaterki na jednej stronie jest dyrygentem, potem pilotem (to akurat zostaje wyjaśnione), aby ileś stron dalej stać się nagle zapijaczonym aktorem? Dlaczego romans rozgrywa się współcześnie (chyba; wiele na to wskazuje), współczesne wydają się też czasy, w jakich żyje Sasza, a wojna, na którą wyrusza Wołodia, to chińskie powstanie bokserów? Niezorientowanym wyjaśniam: lata 1899-1901. Próbowałam odkryć przyczynę tego chwytu. Że niby to ma uczynić przeżycia bohaterów uniwersalnymi? Że zawsze jest miłość, cierpienie, choroba, zdrada i śmierć? Ale czy trzeba uciekać się do takiego pomieszania? Nie można zwyczajnie? Wiem, wiem, to naiwne pytania amatorki. Każdy rasowy krytyk spojrzałby na mnie z politowaniem i uznał za niedouczoną profankę. Przyznam, iż tak mnie to drażniło i nie dawało spokoju, że zadałam wszystkie te naiwne pytania trzem moim znajomym zawodowcom od literatury. Nie umieli mi wyjaśnić.

Nie rzuciłam jednak powieści Szyszkina w kąt. Doczytałam do końca i nie żałuję. Nie tylko dlatego, że te listy czyta się jednak znakomicie, nie tylko dlatego, że dotykają prawdy o życiu. O przemijaniu, cierpieniu, miłości, tęsknocie, samotności, smutku, chorobie, śmierci i trudzie. (Wiem, że to brzmi banalnie, ale czasem inaczej się nie da. Siła jest w książce, nie w pisaniu o niej.) Może przede wszystkim dlatego, że na koniec wszystko się składa (pisząc wszystko myślę tu nie o tym, na co tak narzekałam, bo to akurat się nie złożyło) i czytelnik zostaje ze smutkiem i melancholią. Bo w gruncie rzeczy niewesoła to powieść. Budująca jest tylko miłość.

Wybaczam autorowi postmodernistyczne dziwactwa i nie pozbędę się jego powieści. Zostanie na moim regale. Ale czy zaryzykuję przygodę z "Włosem Wenery", jeszcze nie wiem.

Paweł Łoziński "Ojciec i syn"

O filmie Pawła Łozińskiego "Ojciec i syn" usłyszałam jakiś czas temu chyba w Tygodniku Kulturalnym w TVP Kultura. Opinie były entuzjastyczne, a przynajmniej tak zapisały się w mojej pamięci. I oto teraz grany jest w moim mieście tylko w jednym kinie, na szczęście moim ulubionym. Skorzystałam z okazji i właśnie go obejrzałam. Natychmiast siadam do pisania, aby zwrócić na niego uwagę. Kto może, niech zobaczy koniecznie. To jeden z tych filmów, bywają też takie książki, po obejrzeniu którego człowiek bardzo żałuje, że to już koniec. Dlaczego? Co w nim takiego ujmującego i fascynującego? Zamysł był prosty. Ojciec, wybitny dokumentalista Marcel Łoziński, i syn, Paweł Łoziński, wyruszają w podróż do Paryża, miejsca urodzenia Marcela. Będą filmować podróż, siebie i przede wszystkim swoje rozmowy. Z materiału powstały dwa niezależne filmy, jeden Marcela "Ojciec i syn w podróży", drugi Pawła "Ojciec i syn". I właśnie ten trafił na ekrany (nieliczne zapewne, niestety).

Zaczyna się dość drętwo, jakby obaj bohaterowie byli skrępowani sztucznością sytuacji. Wszak mają kręcić film nie tyle o drodze, ile o sobie, swoich relacjach. Padają pierwsze, niby banalne, pytania skierowane do ojca. O najważniejszy dzień w życiu, o to, kim jest (Polakiem, Żydem czy Francuzem?), o kobiety, o związki. Ale z tych banalnych pytań i odpowiedzi na nie powstaje niezwykły portret Marcela Łozińskiego, jego powikłanej historii rodzinnej, jego stosunku do życia, do kobiet. I opowieść o relacji ojca i syna. Wybitnego dokumentalisty, artysty i jego syna dorastającego w cieniu sławnego ojca. Relacja to niełatwa, z czego Marcel nie bardzo zdawał sobie sprawę. I chociaż pretensje zostają wyłożone jasno, nikt tu nie rozdziera szat, nie zieje nienawiścią. Mimo że bywało trudno i nieprosto, z filmu bije radość i optymizm. Ich źródłem są bohaterowie, Marcel i Paweł Łozińscy. Świadomi swoich wad, błędów, jakie popełnili, ale pogodzeni z życiem, z upływającym czasem i z sobą. Mimo wszystko dobrze im razem. Zwyczajna-niezwyczajna podróż, zwyczajne-niezwyczajne rozmowy. 

Film skłania do namysłu, zadaje ważne pytania. O model życia, o rodzicielstwo, o manipulację drugim człowiekiem. Na ile wolno nam żyć tak, jak chcemy? Gdzie jest granica kompromisu? Czy realizując siebie, żyjąc zgodnie z własnymi zachciankami i przekonaniami, możemy nie ranić najbliższych? Te refleksje nie dotyczą tylko Marcela, odnoszą się także do jego rodziców. Można też zapytać, czy kręcenie filmu o sobie, o sprawach dość jednak intymnych, to nie nadmierny ekshibicjonizm? Odpowiedzi są co najmniej dwie. Po pierwsze akt twórczy zazwyczaj w jakiś sposób, bardziej lub mniej dosłowny, obnaża artystę (nie oni pierwsi nakręcili film o sobie). Po drugie w czym są lepsi albo gorsi od bohaterów swoich filmów?

Po obejrzeniu "Ojca i syna" Pawła Łozińskiego natychmiast nabrałam ochoty na ojcowską wersję tej podróży, na inne filmy Łozińskich i wreszcie na książkę Mikołaja (brat Pawła, syn Marcela) pod tytułem "Książka". Na koniec jeszcze raz namawiam na "Ojca i syna". Bardzo ciekawy, mądry i sympatyczny film.

Swietłana Aleksijewicz "Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości"

To druga książka Swietłany Aleksijewicz, białoruskiej pisarki i dziennikarki, po którą

sięgnęłam. Nie tak głośna jak "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety", za którą dostała Angelusa. Długo się za nią zabierałam, właściwie, kiedy wyszła, nie zwróciłam na nią specjalnej uwagi. Cóż mnie obchodzi Czarnobyl tyle lat po katastrofie, było minęło, myślałam. A potem ktoś mi ją polecił poruszony lekturą. W końcu sięgnęłam po "Czarnobylską modlitwę. Kronikę przyszłości" (Czarne 2012; przełożył Jerzy Czech), żeby stwierdzić, jak bardzo się myliłam. Tę książkę powinno się przeczytać, nawet mimo tego że momentami nuży. Myślę, że wyszłoby jej na dobre, gdyby była nieco krótsza. Opowieści świadków, zwane tutaj monologami, stają się po pewnym czasie do siebie podobne. Przeszkadza też trochę ich sztuczny, egzaltowany ton, jakby wszyscy rozmówcy pisarki, od prostych, wiejskich babinek do naukowców, byli ludźmi zdolnymi do głębokiej, filozoficznej refleksji, do namysłu nad światem. Mam wrażenie, że Aleksijewicz podkręca te monologi w charakterystyczny dla siebie sposób. Podobnie było też w jej poprzedniej książce (tam dotyczyło to przede wszystkim wstępu). Ale może się mylę? Może tacy są Białorusini? Nieważne. Wady, o których wspomniałam, dość nietypowo, bo na wstępie, nie mają znaczenia wobec wymowy książki.

O katastrofie elektrowni atomowej w Czarnobylu przypominamy sobie przy okazji. A to kiedy mija jakaś okrągła rocznica wybuchu, a to po awarii w Fukuszimie i wywołanej nią dyskusji na temat wykorzystania atomu, jaka przetoczyła się przez Europę. Jednak nawet wtedy ją bagatelizujemy. Tymczasem "Czarnobylska modlitwa" uświadamia, czym była ta katastrofa dla białoruskiego społeczeństwa i czym mogłaby się stać dla Europy, gdyby nie udało się ugasić reaktora. Ludzie, strażacy i żołnierze, którzy tego dokonali, to naprawdę bohaterowie, chociaż niektórzy mimo woli. Dlaczego mimo woli? Powody są co najmniej dwa. Po pierwsze mało kto poza fizykami jądrowymi zdawał sobie początkowo sprawę z powagi sytuacji. Władze w Mińsku i w Moskwie (niezorientowanym przypominam, że katastrofa miała miejsce w roku 1986, a więc jeszcze za czasów Związku Radzieckiego) albo lekceważyły skutki wybuchu, albo celowo, aby nie wszczynać paniki, ukrywały je. Poza tym był to typowy mechanizm charakterystyczny dla krajów komunistycznych. Przemilczeć, ukryć, zamieść pod dywan, za żadne skarby nie przyznawać się do błędu. Dlatego ratownicy, zwani w książce likwidatorami, byli początkowo, a i później też, często nieświadomi, czym grozi im to, co robią. A skutki, szczególnie dla tych, którzy pracowali bezpośrednio przy reaktorze, były tragiczne. Umierali bardzo szybko w męczarniach na chorobę popromienną albo nieco później na raka wywołanego wielokrotnie przekroczoną dawką promieniowania. Tym bardziej, że pracowali bez jakiegokolwiek zabezpieczenia: bez kombinezonów, bez masek. Drugi powód, dla którego nazywam ich bohaterami mimo woli, jest taki, że bardzo często nie wiedzieli, gdzie i po co jadą. Dotyczy to zwłaszcza tych, którzy kilka miesięcy po wybuchu likwidowali skutki katastrofy w stukilometrowej strefie ochronnej. Najczęściej mówiono im po prostu, że jadą na ćwiczenia. Wśród nich są i tacy, którzy wspominają ten okres jako największą przygodę swojego życia. To wszystko nie zmienia faktu, że być może nas ocalili. Ale oczywiście byli też tacy, którzy wykonywali swoje zadania całkiem świadomie, nie zważając na konsekwencje. Wielu zgłaszało się na ochotnika. W filmach katastroficznych czasem jakiś śmiałek musi ratować Ziemię na przykład przed zderzeniem z meteorytem i zdaje sobie sprawę, że ceną jest jego życie. To jednak tylko filmowe fantazje, a Czarnobyl zdarzył się naprawdę i ci ludzie naprawdę wychodzili na dach reaktora, naprawdę wychylali się z kabin helikopterów, aby we właściwe miejsce zrzucić to, czym pożar gaszono, ktoś naprawdę zanurkował, aby spuścić wodę spod reaktora. To wszystko robi w książce ogromne wrażenie. Ale nie tylko to.

Co jeszcze? Opowieści o wysiedleniach mieszkańców ze stukilometrowej strefy ochronnej. Myśleli, że wyjeżdżają na chwilę, na trzy dni, tak im mówiono, tymczasem wyjechali na zawsze. Zostawili swoje domy, sprzęty, pamiątki, książki, zabawki i zwierzęta. Jechali autobusami albo szli pieszo, w kolumnach jak na wojnie. Skojarzeń z wojną jest zresztą w tej książce bardzo dużo. Rozmówcy Swietłany Aleksijewicz często porównują to, co się działo, do wojny. Starsi dlatego, że pamiętali tę prawdziwą, młodsi, bo od dziecka byli karmieni wojenną propagandą. Przerażają opisy opuszczonych wiosek, zdziczałych domowych zwierząt zostawionych przez właścicieli, bo nie wolno było ich zabierać, a szczególnie opowieści myśliwych zmuszanych do ich likwidacji. Straszne są obrazy ludzi, zwłaszcza starych, którzy zdecydowali się do strefy nielegalnie wrócić i w niej zamieszkać. Jeszcze straszniejsze opowieści o tych, którzy zachorowali. Strażakach, likwidatorach, ale też dzieciach urodzonych z chorobą popromienną. Nie ma takich fragmentów wiele, ale jeśli już się pojawiają, to autorka, a właściwie jej rozmówcy, nie szczędzą szczegółów. Przeraża reakcja władz, czasem wynikająca z niewiedzy i bezmyślności, czasem celowa. Przerażają chaotyczne, bałaganiarskie, często bezsensowne działania mające zmniejszyć skutki katastrofy. Ale przeraża też obojętność większości zwykłych ludzi, którzy bagatelizują zagrożenie, żyją, jakby nic się nie stało. Dlaczego? Po pierwsze promieniowania nie widać. Mówią, że coś się niby wydarzyło, ale świat jest, jaki był. Słońce świeci, kwiaty rosną, trawa się zieleni, ptaki śpiewają. Kiedy jest pożar, powódź, huragan skutki żywiołu widać natychmiast, w przypadku atomu są odroczone. Dlatego tak trudno w nie uwierzyć. Ale jest i drugi powód wypierania katastrofy. To mechanizm doskonale nam znany: niechęć do zmiany. Lepiej wmówić sobie, że nic zmieniać nie trzeba.

Czarnobyl przeorał białoruskie społeczeństwo. Zachwiał wiarą w wielkość i nieomylność radzieckiego imperium, uświadomił, że nic nie jest na zawsze, że człowiek musi mierzyć się z żywiołami, o których nie ma pojęcia, pokazał, że atom może nawet w czasach pokoju stać się siłą niszczycielską. Warto przeczytać "Czarnobylską modlitwę", aby zrozumieć, czym ta katastrofa była naprawdę.

Katarzyna Pawlak "Za Chiny Ludowe. Zapiski z codzienności Państwa Środka"

Książka Katarzyny Pawlak "Za Chiny ludowe. Zapiski z codzienności Państwa Środka" (carta blanca 2013) to moja kolejna chińska lektura. Na pewno najlżejsza i najbardziej naskórkowa. Autorka, która w Chinach spędziła dwa lata, studiując na szanghajskiej a potem pekińskiej uczelni, z góry uprzedza, że nie towarzyszył jej żaden ambitny zamysł. Książka nie miała być, jak pisze, "obrazem kompletnym" ani "portretem", ani "społeczeństwa", ani "w obliczu", ani "u progu". U jej źródła są blogowe zapiski pisane dla przyjaciół, znajomych i rodziny, zamiast mejli czy telefonów, jak to często dzisiaj bywa.

Całość składa się z dwóch części: pierwsza to obrazki z chińskiej codzienności, druga zapiski i refleksje z kilkunastu podróży po Państwie Środka, najczęściej na tereny przygraniczne, najchętniej tam, gdzie jak najmniej turystów, gdzie można spotkać jeszcze autentyzm a nie turystyczną wydmuszkę pozbawioną życia. A to wszystko w krótkich, klarownych rozdziałach. Ot taki zbiór ciekawostek znakomity dla kogoś, kto się do Chin wybiera albo po prostu Chinami się interesuje, jak ja. Znajdziemy tu opowieść o chińskich fryzjerach, refleksje o tym, jak to jest być cudzoziemcem w Chinach, uwagi o wychowaniu małych Chińczyków, zadumę nad szalonym konsumpcjonizmem, wybrzydzanie na chiński internet nieprzyjazny dla cudzoziemca, obraz chińskiej popkultury i mnóstwo innych obrazków z życia wziętych. Jedne bardzo ciekawe, inne mniej, jedne poważniejsze, kuszące się o socjologiczną, najczęściej, refleksję, inne lżejsze, ot sympatyczne błahostki.  A wszystkiemu towarzyszy refleksja o zmianach dokonujących się w szaleńczym tempie w imię często bezmyślnego postępu i otwartości. Kto Chinami się interesuje, kto czytał inne książki o tej tematyce, ten tą konstatacją nie będzie zdziwiony. Pisze o tym i Pomfret ("Lekcje chińskiego"), i Hessler ("Przez drogi i bezdroża").

Autorka zupełnie nie zajmuje się przeszłością, a już szczególnie dwudziestowieczną, dlatego jest to pierwsza książka o Chinach z tych, które przeczytałam, lekka, łatwa i przyjemna. Świetna do pociągu, niekonieczna w formie tradycyjnej, papierowej, wystarczy na czytniku (nie wiem, czy jest w wersji elektronicznej; póki co jeszcze się na czytnik nie zdecydowałam). Wyznam jednak szczerze, że z czasem trochę zaczęła mnie nużyć, ale ogólne wrażenie pozostaje pozytywne. I jeszcze jedno, niestety książce przydałaby się porządna obróbka. Nie jest to zarzut pod adresem autorki, ale kamyczek do ogródka wydawnictwa. Redakcyjna niestaranność tym bardziej dziwi, że carta blanca jest jakąś odnogą PWN-u.

Barbara Demick "W oblężeniu. Życie pod ostrzałem na sarajewskiej ulicy"

Kiedy tylko zobaczyłam zapowiedź tej książki, od razu wiedziałam, że ją przeczytam. Niezależnie od tego, czy będzie się o niej mówiło, czy nie, niezależnie od recenzji. Odkąd przeczytałam "Jakbyś kamień jadła" Tochmana, wstrząsającą książkę o wojnie w Bośni, nie mogę wyrzucić z pamięci bałkańskiego konfliktu. To prawda, że od tamtych zdarzeń minęło dwadzieścia lat, szmat czasu, zapomnieliśmy, szybko, za szybko, czas zagoił rany (czy na pewno?). A jednak powinniśmy pamiętać. Tamta wojna jest jak memento, bo wydarzyła się, kiedy syta Europa myślała, że wojny jej nie dotyczą. Jeśli się zdarzają, to gdzieś bardzo daleko. Tak daleko, że aż trudno w nie uwierzyć. A tu proszę, na naszych oczach, niemal w środku naszego cywilizowanego kontynentu, walki, oblężenie, uciekinierzy, ludobójstwo, cierpienie, śmierć, ludzkie dramaty, sąsiad zabija sąsiada. Dzisiaj czyta się książkę Barbary Demick "W oblężeniu. Życie pod ostrzałem na sarajewskiej ulicy" (Czarne 2014; przełożyła Hanna Pustuła-Lewicka) z dreszczem przerażenia. Kiedy patrzy się na Ukrainę i na to, co się zdarzyło na Krymie, nie sposób uciec od świadomości, że niemożliwe może się ziścić. Wszystko znowu okazuje się kruche, zmienne, niepewne, po raz kolejny uświadamiam sobie, że nic nie dano nam na zawsze. Nie, nie jestem panikarą, jakoś nie wierzę w najgorszy obrót wydarzeń, ale trudno uciec od takich przemyśleń. Mam jeszcze jedną gorzką refleksję. Być może ceną europejskiego spokoju, jest opuszczenie Ukrainy. Tak jak przed laty świat zostawił Bałkany, co dobitnie przypomina poruszająca książka amerykańskiej dziennikarki. Czas już najwyższy o niej opowiedzieć.

"W oblężeniu" to książka-świadectwo, to reportaż z piekła. Barbara Demick, amerykańska dziennikarka, odwiedzała oblężone Sarajewo kilkakrotnie, za każdym razem spędzając w nim kilka miesięcy. Początkowo, jak inni korespondenci, mieszkała w hotelu, potem przeniosła się na ulicę Logaviną, dzieląc swój los z jej mieszkańcami. Na pewno było jej łatwiej niż im. Przede wszystkim zawsze mogła opuścić oblężone miasto. Miała swoje amerykańskie pieniądze, za które kupowała na targu produkty luksusowe, miała też kuloodporną kamizelkę zapewniającą jakąś osłonę. Ale przecież to jej zawdzięczamy opowieść o oblężonym mieście i jego mieszkańcach. To dzięki niej możemy poczuć niemal na własnej skórze koszmar wojny. Zrozumieć, że to działo się naprawdę, tak niedawno, w Europie. To nie był film, to nie była gra, tak wyglądało życie sarajewian od kwietnia 1992 roku do lutego 1996. Ta książka ma siłę dokumentu, nie ma w sobie nic z sensacji. Myślę, że swoją moc rażenia zawdzięcza temu, że reporterka skupiła się na pojedynczym człowieku. To stara prawda, że wiadomość o setkach, tysiącach czy milionach zabitych nie robi takiego wrażenia, jak informacja o pojedynczej śmierci. Barbara Demick pisze o ludziach z ulicy Logavinej, ludziach, których poznała. Mieszkańcach zabytkowych willi i nowych bloków. Wykształconych i prostych, starych i młodszych, dorosłych i dzieciach. Śledząc wojenne losy kilkunastu rodzin, jesteśmy w środku oblężonego miasta, na które bezustannie spadały pociski serbskiej artylerii rozmieszczonej na otaczających je pięknych wzgórzach. Miasta terroryzowanego przez snajperów (stąd słynna aleja snajperów). Miasta, w którym ludzie głodowali, żyli bez prądu, gazu i wody, a aby przetrwać kolejne mroźne zimy, palili w prowizorycznych piecach, czym popadło (najpierw drewnem z ogrodów, parków i wzgórz, potem meblami, książkami, ciuchami). Barbara Demick opowiada o oblężeniu metodycznie: rok po roku, temat po temacie. Zaczyna od początku. A ten był taki jak zwykle: nikt nie wierzył, że coś się zdarzy. Każdy lekceważył niebezpieczeństwo, wypierał je. Potem pisze o uchodźcach, wojennych sierotach, śmierci, codziennej ekwilibrystyce ( pytanie, jak żyć nabiera w wojennych warunkach szczególnej mocy), dorastaniu, skomplikowanych problemach narodowościowych i religijnych (skomplikowały się w czasie wojny, wcześniej nie miały znaczenia), ucieczkach z oblężonego miasta, walce, przystosowaniu i utracie nadziei, a wreszcie o interwencji, w którą już nikt w mieście nie wierzył. Szczególnie gorzkie są właśnie partie książki opowiadające o tym, jak świat zostawił Sarajewo (i Bośnię). Poza pomocą humanitarną, marnymi racjami żywnościowymi, siłami ONZ-etu, które okazały się zupełnie bezradne, zapewnieniom o solidarności, nie miał nic do zaoferowania. Musiały zginąć setki tysięcy, musiała się zdarzyć Srebrenica, żeby wreszcie świat przypomniał sobie o Sarajewie i Bośni. Kiedy czytałam tę książkę, stale towarzyszyła mi myśl: jak czują się Serbowie, którzy ostrzeliwali miasto? Z bliska, bez skrupułów, widząc ludzi, do których mierzą, jak na dłoni. Jak czuli się wtedy? Co sobie, do cholery, myślą tacy ludzie? Jak z tym żyją? I jeszcze jedna myśl, taka jak zawsze: jak można przeżyć takie piekło i jak udaje się dalej trwać, budować na nowo?

Wojna skończyła się, minęła, nie pamiętamy już o niej. Sarajewianie nadal kochają swoje miasto, które jakoś podźwignęło się z ruin. Ale taka tragedia niesie za sobą konsekwencje. Nie tylko wojenną traumę. Nie tylko skomplikowany, niesterowny układ polityczny, którego efektem jest rozbudowana biurokracja nie pozwalająca Bośni i Hercegowinie normalnie się rozwijać (sporo na ten temat mówiło się ostatnio przy okazji zamieszek). Ale przede wszystkim wyostrzenie kwestii narodowościowych i religijnych, które dawniej nie miały tak wielkiego znaczenia. Świetnie pokazuje to film Jasmili Zbanic "Jej droga". Przy okazji przypominam o poruszającej "Grbavicy", też w jej reżyserii.

"Locke"

Jak dawno nie byłam w kinie! Nic mnie szczególnie nie nęciło. Może w innych okolicznościach wybrałabym się na "Grand Budapest Hotel", ale tym razem szkoda mi było czasu na film może i świetnie zrobiony, ale taki, o którym zapomina się w godzinę po seansie. A właśnie podobne opinie słyszałam. Może sprawdzę, może nadrobię tę zaległość, tymczasem dziś napiszę o filmie, o którym zapomnieć nie tak łatwo. Otóż wybrałam się na "Locke'a" nieznanego mi Stevena Knighta. Przypomniałam sobie o tym filmie, przeglądając kinowe zapowiedzi. Pamiętam, że zachwycał się nim Tadeusz Sobolewski, choć nie pomnę już z jakiej okazji. Pewnie jakiegoś festiwalu. Nie ukrywam, że szłam z duszą na ramieniu. Dlaczego? Bo akcja rozgrywa się tylko w samochodzie. Jeden aktor, wnętrze samochodu, autostrada do Londynu, noc, sznury samochodów, ciemne niebo, latarnie, drogowskazy. Nic więcej. I oczywiście najważniejsze. Rozmowy telefoniczne. Dramatyczne, budujące napięcie. Czy to wystarczy, aby przykuć uwagę widza na osiemdziesiąt dwie minuty? Otóż wystarczy. Nie tylko na czas seansu. Nie tylko za sprawą znakomitego aktora. Po wyjściu z kina też jest się nad czym zastanawiać. Film prowokuje do pytań i refleksji. Co byś widzu zrobił na miejscu bohatera? Jak byś się zachował? Czy znalazłbyś w sobie tyle odwagi co Ivan Locke? A może dałoby się rozegrać tę sytuację inaczej? Hołdując zasadzie, im mniej się wie o filmie przed jego obejrzeniem, tym lepiej, nie zdradzę nic więcej. Kto już widział, może czytać dalej, a kto w kinie nie był, niech się wybierze koniecznie. Świetny film, mimo że pomysł, aby akcję umieścić tylko w samochodzie, może wydać się szalony i niewykonalny. A jednak efekt poruszający. Dalsze refleksje w części drugiej.

Opowieść o porządnym człowieku tak nazwałam sobie ten film. Możliwa jest też inna wersja o zwyczajnym człowieku. Bo Ivan Locke jest takim everymanem. Ma żonę, dwóch synów, dom, pracę, którą bardzo lubi i w której go cenią, jest kibicem piłkarskim, żaden z niego intelektualista ani konsument kultury. Lubi proste rozrywki, mecz obejrzany w towarzystwie synów, do tego piwo, kiełbaski przygotowane przez żonę. Nic specjalnego. Bardziej wyróżnia się w pracy. Solidny pracownik znający się na rzeczy, z miłością potrafi opowiadać o wylewaniu fundamentów. Jakby to była poezja a nie brudna, budowlana robota. (Swoją drogą sporo się na ten temat dowiedziałam, nie przyszłoby mi do głowy, że to taka skomplikowana operacja!). W jego poukładanym, zwyczajnym, solidnym życiu zdarzyła się jedna wpadka. Przypadkowa noc z kobietą, do której nic nie czuł. Bardziej litość i samotność niż poryw namiętności. Przynajmniej tak twierdzi, a ja mu wierzę. Teraz przyjdzie mu za ten błąd zapłacić. Los upomniał się o niego w najmniej wygodnym momencie. Jak się wali, to na całej linii, pech, fatalny zbieg okoliczności. To wszystko sprawia, że Ivan Locke staje się bohaterem tragicznym codzienności. Co powinien zrobić, kiedy kobieta, której właściwie nie zna ani nie kocha, zaczyna rodzić jego dziecko, a dzieje się to  w najgorszym momencie? W noc poprzedzającą najważniejsze wydarzenie w jego zawodowym życiu? Zostawić ją samotną, zdenerwowaną, przerażoną w londyńskim szpitalu czy rzucić wszystko i pojechać, aby dodać otuchy, potrzymać za rękę? Przecież dziecko i tak zdecydował się uznać. Co by się stało, gdyby przyjechał następnego dnia, kiedy największe w Europie wylewanie betonu zakończyłoby się sukcesem? Pewnie nic. Dziecko przyszłoby na świat, a on nie straciłby pracy. Ale Ivan Locke jest zwyczajnym, porządnym człowiekiem. Postanawia bez względu na konsekwencje pomóc kobiecie, której prawie nie zna, zachować się odpowiedzialnie i miłosiernie (myślę tu o religijnym wymiarze tego słowa, jak miłosierny Samarytanin). Doskonale zdaje sobie sprawę z tego, co robi, jest stanowczy i niewzruszony w swojej decyzji. Popełnił błąd, a nawet dwa i teraz bierze na siebie konsekwencje swoich pomyłek i zaniechań. Zaniechanie to drugi błąd, za który płaci. Nie powiedział żonie, zabrakło mu odwagi, co przecież można zrozumieć, robi to teraz przez telefon w najmniej sprzyjających okolicznościach. Dlaczego? Czy musi wyznać prawdę akurat w takich okolicznościach? Czy musi w ogóle? Obie kobiety najprawdopodobniej nigdy się nie spotkają. Czy nie znamy takich przypadków? Ale Ivan Locke jest zwyczajnym, porządnym człowiekiem, który upadł, a teraz próbuje naprawić swój błąd. Chce z czystą kartą zacząć nowy etap w swoim życiu? Nie chce, aby jego dziecko wstydziło się ojca, jak on kiedyś swojego? Chociaż w filmie nie padają słowa Bóg, wiara, religia, ma on dla mnie wymiar religijny w takim najprostszym, podstawowym znaczeniu. Jest upadek, jest czyn miłosierny, jest błaganie o przebaczenie, jest tak tak i nie nie, jest w końcu nowe życie. Ale być może to tylko moja nadinterpretacja.

Film prowokuje do stawiania pytań. Jakbym zachowała się na miejscu Ivana Locke'a? A na miejscu jego żony? Czy wybaczyłabym? A może żona z czasem pogodzi się z sytuacją? Teraz zszokowana (kto by nie był!), zrozpaczona, pod wpływem emocji, i dobrych rad przyjaciółek, nie potrafi, ale kiedy emocje trochę opadną? Czy rozum weźmie górę? Jest się nad czym zastanawiać!

Na koniec dodam jeszcze, że film jest naprawdę świetnie zrobiony. Ogląda się go jak najlepszy dreszczowiec, chociaż dreszczowcem przecież nie jest. Dramatyczne zdarzenia, komplikacje, zwroty akcji, piętrzące się kłopoty. Nawet opowieści o wylewaniu betonu są fascynujące. Noc rozjaśniana przez blask reflektorów i przydrożnych lamp, sznury samochodów, udręczona twarz Ivana Locke'a skryta w cieniu i ileż emocji! Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić, to może do patetycznych i drażniących rozmów z cieniem ojca, który kiedyś nie zachował się ani w połowie tak porządnie jak jego syn dzisiaj. Ale to drobiazg, który mogę puścić w niepamięć.

Charlotte Bronte "Villette"

Po przerwie na inne książki wróciłam do sióstr Bronte, pewnie nie po raz ostatni. Wydawnictwo mg systematycznie przybliża czytelnikom ich spuściznę (szkoda tylko, że w tak marnej redakcji, a może po prostu bez niej). Niektóre powieści ukazują się w Polsce po raz pierwszy, tak jest z twórczością Anne dotąd u nas nieznaną. Nie ma co udawać, właściwie do niedawna nazwisko Bronte kojarzyło się z "Wichrowymi wzgórzami" (to Emily) i "Dziwnymi losami Jane Eyre" (Charlotte). Teraz dowiadujemy się, że to nie wszystko. Jakiś czas temu przeczytałam "Lokatorkę Wildfell Hall" autorstwa Anne, teraz sięgnęłam po "Villette" Charlotte (mg 2013; przełożyła Róża Centnerszwerowa). Nie da się uciec od porównań, więc od czasu do czasu będę sobie na nie pozwalała. Powieść Anne Bronte podobała mi się bardzo. Czytało się ją znakomicie, jednym tchem nieomal, jak najlepsze czytadło, ale, co ważniejsze, książka okazała się bardzo współczesna. To opowieść o silnej, niezależnej kobiecie, która robi wszystko, aby wyzwolić się od męża alkoholika, brutala, potwora zepsutego do szpiku kości. Dlatego z ogromnymi nadziejami przystępowałam do lektury "Villette" Charlotte Bronte, tym bardziej, że właśnie ta z sióstr uważana jest za najwybitniejszą (istnieje teoria, że to ona jest autorką wszystkich powieści podpisywanych nazwiskiem Bronte). Ostatecznym impulsem, który przyspieszył decyzję o sięgnięciu po "Villette", była audycja w radiu TOK FM, która jeszcze bardziej zaostrzyła mój apetyt. Jeśli, czytelniku tej notki, nabrałeś podejrzeń, że książka mnie rozczarowała, to nie do końca masz rację. Bo rzeczywiście tak jest, ale tyko odrobinkę. A ostateczny werdykt brzmi: tak. Tak, warto przeczytać "Villette". Ale po kolei.

Zacznę po bożemu, czyli od krótkiej informacji o treści. Kto zna inne powieści sióstr, nie będzie zaskoczony, jeśli napiszę, że bohaterką "Villette" jest uboga dziewczyna, Lucy Snowe, która, samotna po śmierci rodziców, musi sama zatroszczyć się o siebie, o swoje utrzymanie. Nie mając wiele do stracenia, poważa się na krok szalony. Wyrusza aż na kontynent do tytułowego Villette (pod tą tajemniczą nazwą kryje się Bruksela, w której jakiś czas mieszkała i pracowała autorka). Po pewnych perypetiach dzięki zbiegowi okoliczności udaje jej się dostać pracę i dach nad głową. Jakie zajęcie mogła znaleźć w tamtych czasach  taka dziewczyna jak Lucy? Wybór był niewielki: guwernantka albo nauczycielka na pensji. I właśnie to drugie przypadło w udziale bohaterce powieści. Początkowo zatrudniona jako opiekunka do dzieci szybko awansuje na nauczycielkę angielskiego. Tak jak inne bohaterki powieści sióstr Bronte Lucy to kobieta samodzielna, pracowita, twarda, wytrwale dążąca do celu. Szybko zyskuje autorytet i poważanie, ale pozostaje outsiderką. Może dlatego jest tak bardzo samotna? Opis pierwszych wakacji na pensji, kiedy w ogromnym budynku zostaje właściwie sama, bo nie ma do kogo pojechać, jest rzeczywiście dojmujący. A i potem miewa okresy, kiedy swoją samotność odczuwa bardzo dotkliwie. Trudno dziwić się, że bywa przygnębiona albo ma depresję. Życie nauczycielek na pensji nie było lekkie. Ciężka praca i żadnej intymności. Bez przerwy z uczennicami, nawet nocą. Ileż zachodu kosztowało Lucy znalezienie kąta dla siebie, aby w spokoju przeczytać list albo pomyśleć. Czasem jedynym schronieniem był upiorny strych. Problemy Lucy wynikały też z różnic społecznych znakomicie w książce pokazanych. Chociaż z czasem zyskuje możnych przyjaciół i bywa u nich na salonach, pozostanie jednak zawsze kimś z boku, kimś w rodzaju ubogiej krewnej, która może zostać powiernicą, pocieszycielką, przyjaciółką, ale nikim więcej. Skazana na ich towarzyską łaskę i niełaskę. Lucy, co ciekawe, jest różnie postrzegana przez otaczających ją ludzi. Dla jednych jest tylko poczciwą młodą kobietą, poważną, solidną i nieco nudną, inni przeciwnie, uważają ją za samowolną, upartą, nieco szaloną.

Osobne zagadnienie stanowi w powieści kwestia wiary. Lucy, Angielka, jest protestantką, trafia jednak do kraju katolickiego. Wielokrotnie deklaruje przywiązanie do swojego wyznania i daje wyraz niechęci do katolicyzmu. Katolików uważa za niesamodzielnych i skrępowanych zasadami swojej wiary. W pewnym momencie o jej duszę, o jej nawrócenie rozegra się prawdziwy bój, a różnice religijne staną się prawdziwą przeszkodą i przyczyną osobistego dramatu.

A co z mężczyznami? Zapytasz, być może, czytelniku tej notki. Wiadomo przecież, że konwencja takiej powieści wymaga wątku miłosnego. A jednak nie jest to w "Villette" takie oczywiste. Lucy doskonale zdaje sobie sprawę ze swojej pozycji społecznej i jeśli o kimś marzy, to raczej o przyjacielu niż o mężu. Wie, że musi liczyć tylko na siebie, nie jest kobietą bluszczem (chociaż potrafi zachować się histerycznie) ani słodką idiotką. Ale oczywiście pojawiają się na jej drodze mężczyźni. Jakże różni, znakomicie sportretowani. Portrety bohaterów to zresztą mocna strona powieści. A co poza tym? Ciekawa, żywa akcja. Jest tu i tajemnica, jest wiele zaskakujących zdarzeń, autorka zręcznie myli tropy i niemal do ostatnich stron właściwie nie wiemy, jak losy bohaterki zostaną rozwiązane. Kiedy czytałam "Lokatorkę z Wildfell Hall", właściwie od początku domyślałam się, jak zakończy się historia głównej bohaterki, tajemnicą pozostawało tylko, jak i kiedy to się stanie. W "Villette" jest inaczej. W pewnym momencie wydawało mi się, że już znam rozwiązanie, tymczasem historia potoczyła się w zupełnie innym kierunku. Kolejną zaletą powieści jest klimat. Nieco tajemniczy, mroczny, posępny. Kreują go między innymi opisy pensji i jej otoczenia, ale także samego Villette, a szczególnie tak zwanego dolnego miasta, starych domów, licznych kościołów, krętych, wąskich uliczek i zaułków, które tworzą mroczny labirynt.

No dobrze, jak dotąd rozpływam się nad książką, a miało być także o rozczarowaniu, niewielkim, bo niewielkim, ale jednak. Dlaczego nie do końca jestem usatysfakcjonowana? Dlaczego  wyżej stawiam wspomnianą we wstępie powieść Anne? Pierwsza przyczyna jest dość banalna. "Villette" liczy sobie prawie siedemset stron i chociaż lubię grubaśne powieści, to jednak w tym wypadku długość nie zawsze przekładała się na jakość. Zdarzały się fragmenty nużące, ale zaraz po nich następowały takie, od których nie sposób było się oderwać. "Lokatorka" wydaje się książką spójniejszą, a i losy bohaterki są bardziej wyraziste i dramatyczne. Drugi powód rozczarowania wynika z moich oczekiwań. Czytając informację o książce, odebrałam ją zbyt dosłownie i trochę czegoś innego chciałam. W trakcie lektury długo czekałam na coś, czego w tej powieści po prostu nie ma. Mimo tego kto lubi taką literaturę, powinien sięgnąć po "Villette". Ciekawa, niebanalna lektura.


John Pomfret "Lekcje chińskiego. Dzieci rewolucji kulturalnej i dzisiejsze Chiny"

 

W kinach posucha, więc opróżniam literackie zapasy, których nieco zgromadziłam. Na dziś wybrałam książkę amerykańskiego dziennikarza Johna Pomfreta "Lekcje chińskiego. Dzieci rewolucji kulturalnej i
dzisiejsze Chiny" (Ushuaia 2010; przełożył Jan Halbersztat), o której dowiedziałam się jakiś czas temu z artykułu Marii Kruczkowskiej (chyba), która polecała to, co o Chinach warto przeczytać. Skrzętnie zapisałam te tytuły, które mogłyby mnie zainteresować, i jak zwykle czekałam, aż nadejdzie ich czas. Do Pomfreta przymierzałam się kilkakrotnie, ale niełatwo go zdobyć. Wydany kilka lat temu przez efemeryczne wydawnictwo-niewydawnictwo (opublikowało tylko cztery pozycje, zajmuje się czymś innym) trochę odszedł w zapomnienie (a kiedy wyszedł, pisano o nim, pamiętam). Wreszcie zażyczyłam  sobie "Lekcji chińskiego" pod choinkę, dostałam i przeczytałam. Z czterech lektur o państwie środka, Liao Yiwu "Prowadząc umarłych", Peter Hessler "Przez drogi i bezdroża", Wenguang Huang "Strażnik trumny", które przeczytałam w ciągu ostatnich dwóch lat, ta jest może najsłabsza. Piszę to z pewnym wahaniem, bo literatura to nie sport, gdzie można jednoznacznie ustalić hierarchię. Nawet jednak jeśli tak jest, to i tak warto ją przeczytać. Jeśli będzie pierwszą książką o Chinach, czytelnik sporo się z niej dowie, jeśli kolejną, nie wszystko będzie pewnie odkryciem, ale niewątpliwie nie będzie to czas stracony. Dla zachęty dodam jeszcze, że "Lekcje chińskiego", pomimo objętości, czyta się jednym tchem, bo ciekawe i sprawnie napisane.

Zacznijmy od autora. John Pomfret, rocznik 1959, zafascynowany Chinami zdobywa chińskie stypendium naukowe i we wrześniu roku 1980 przybywa do Chin. Jest jednym z pierwszych amerykańskich studentów, który będzie tam studiował. Stało się to możliwe dzięki odmrożeniu stosunków amerykańsko-chińskich. Najpierw pół roku spędza na kursie językowym, a potem dostaje się na chińską uczelnię. Wybiera uniwersytet w Nankinie, bo tam studenci zagraniczni studiują wspólnie ze swoimi chińskimi kolegami. Nie koniec na tym. Posuwa się tak daleko, że decyduje się zamieszkać w akademiku dla studentów miejscowych, rezygnując z luksusów przysługujących cudzoziemcom, co budzi zdumienie zmieszane z politowaniem. Zrezygnować z dwuosobowego pokoju, ciepłej wody, codziennego prysznica na rzecz ośmioosobowego pokoju i przydziałowej kąpieli raz w tygodniu? Zaiste trzeba być niespełna rozumu. Ale Pomfret wiedział, że chcąc naprawdę poznać Chiny i Chińczyków, musi żyć z nimi, a nie obok nich. Ta zasada będzie przyświecała mu zawsze. Bo Pomfret Chiny pokocha, będzie do nich wracał wielokrotnie jako dziennikarz, wydalony po masakrze na placu Tiananmen będzie za Chinami tęsknił i zrobi wszystko, aby być jak najbliżej (za bazę wybierze sobie Honkong), a wreszcie do nich wróci. Nie muszę dodawać, że będzie miał tu wielu przyjaciół, także przyjaciółek, i znajomych.

Przyjaciele to klucz do jego książki. Bo Pomfret pisze o Chinach, śledząc życie kilku kolegów z roku i jednej koleżanki. Przyglądając się losom tych, których dzieciństwo i lata nastoletnie przypadły na czas rewolucji kulturalnej, pokazuje kawał chińskiej historii. Od lat sześćdziesiątych po rok dwutysięczny czwarty. Minęła cała epoka, może nawet niejedna. Od kultu jednostki i rewolucji kulturalnej do specyficznego chińskiego kapitalizmu. A ile wydarzyło się po drodze! Pomfret zaczyna od opowieści o dzieciństwie i młodości kilkorga swoich rówieśników z roku. Napisałam rówieśników, ale w rzeczywistości wszyscy byli od niego o kilka lat starsi, bo ich droga na studia była długa, wyboista, pełna wyrzeczeń i wyjątkowej determinacji, a wszystko dlatego, że dorastali w czasie rewolucji kulturalnej. Sporo o tych tragicznych wydarzeniach dowiedziałam się ze wspomnianej książki Liao Yiwu, ale to, co przeżyli koledzy Pomfreta, jest po prostu niewyobrażalne. Autor nie ukrywa, że ich doświadczenia zupełnie nie przystają do jego wygodnego życia i choćby nie wiadomo, jak się starał, nie jest w stanie zrozumieć, co naprawdę przeżyli. Potem przez lata będzie im towarzyszył. Różne były ich początki, różnie ułoży się ich życie. Można powiedzieć, że autor wybrał sobie postacie modelowe. Czerwonogwardzistę, córkę wiejskiego nauczyciela, syna pracowników uniwersytetu zamordowanych przez studentów w czasie rewolucji kulturalnej i jeszcze kilka innych osób. Jak ułożą sobie życie potem? Też modelowo. Jeden zrobi partyjną i biznesową karierę, drugi będzie żył w swoistym rozkroku rozpięty pomiędzy wykładaniem zideologizowanej historii na prowincjonalnej uczelni a raczkującym prywatnym biznesem, inny zdecyduje się na emigrację i los dysydenta, a Mała Guan, jedyna kobieta w tym gronie, zrezygnuje z kariery dla rodziny.

Ale książka Pomfreta to także opis życia codziennego,  zmieniających się obyczajów (choćby stosunków damsko-męskich - od nieporadności, wręcz spętania, do całkowitej swobody), przemian politycznych, społecznych, gospodarczych, próba zrozumienia chińskiej mentalności, sposobu zachowania, reagowania, myślenia. To po prostu kawał chińskiej historii. Centralne miejsce w książce zajmuje rok 1989, studenckie manifestacje i masakra na placu Tiananmen. Opowieść o zdarzeniach z tragicznego czwartego czerwca, których autor był świadkiem i poniekąd uczestnikiem, mrozi krew w żyłach. Pomfret opisuje je od środka, co pozwala odczuć doniosłość i grozę sytuacji. To w optyce autora punkt przełomowy. Zastopowanie przemian na kilka lat, ale przede wszystkim zmiana mentalna. Rozczarowanie sprawiło, że uczestnicy tamtego wolnościowego zrywu utracili swój idealizm i stali się wyznawcami bożka konsumpcji i mamony. Idealizm został zastąpiony przez nihilizm.

Chociaż Chiny są dla Pomfreta drugą ojczyzną, to potrafi spojrzeć na nią krytycznie. Nie tylko na mroczną przeszłość, ale i na to, co dziś. Pisze o rozwarstwieniu społecznym, korupcji, nieliczeniu się z ludźmi, zatruciu środowiska, bezkarności władzy, ale także nie szczędzi słów krytyki przywódcom i uczestnikom manifestacji z roku 1989, wskazując na przykład na ich beztroskę i niedojrzałość.

Na koniec, aby dopełnić obrazu, muszę wspomnieć, że jednym z bohaterów "Lekcji chińskiego" jest także sam Pomfret, który dość hojnie obdarza czytelnika szczegółami ze swojego, głównie chińskiego, życia. Muszę przyznać, że jego nadmierna szczerość w opowiadaniu o intymnych szczegółach nieco mnie razi. Ale wybaczam autorowi relacje ze spotkań z rozmaitymi kobietami, bo to zaledwie fragmencik tej grubej książki, po którą naprawdę warto sięgnąć.

Mariusz Zawadzki "Nowy wspaniały Irak"

Obalenie Saddama Husajna. Amerykańska inwazja. Kurdowie. Zamachy. Porwania. Fiasko amerykańskiej polityki. Próba demokratyzacji. Śmierć Waldemara Milewicza. Wycofanie wojsk. Więzienie Abu Ghraib. Wojna irańsko-iracka. Broń chemiczna. Polski kontyngent. Dyskusja wokół inwazji. Wojna w Zatoce Perskiej. Tyle wiedziałam o najnowszej historii Iraku (kolejność przypadkowa). A im więcej czasu upływało od wkroczenia amerykańskiej armii i obalenia Saddama Husajna, tym mniej. Wiadomo, z czasem zainteresowanie słabnie. Tyle mi wystarczało. Bardziej interesowały mnie inne zapalne punkty na mapie świata. Prawdę mówiąc, nie miałam ochoty wchodzić w Irak głębiej. Dopiero zeszłoroczna nominacja dla książki Mariusza Zawadzkiego "Nowy wspaniały Irak" (W.A.B. 2012) do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego sprawiła, że zaczęłam myśleć o przeczytaniu tego zbioru reportaży i zainteresowaniu się tematem. Jak widać, trochę wody jeszcze upłynęło, zanim po książkę sięgnęłam. Lepiej jednak późno niż wcale.

Reportaże Zawadzkiego mają kilka zalet. Najważniejsza jest oczywiście poznawcza. Dzięki niej te wszystkie hasła, które w dość dowolnej kolejności wypisałam na początku mojej notki, ożyły, wypełniły się treścią. Tematem książki jest amerykańska inwazja na Irak. Autor towarzyszy jej od początku do mniej więcej 2010 roku (od tamtej pory niewiele się w Iraku zmieniło, bomby jak wybuchały, tak wybuchają). Kiedy trzeba, sięga do przeszłości, nawet tej najdawniejszej z czasów najazdów mongolskich. Czytelnik dostaje zatem dawkę wiadomości historycznych, informację o przyczynach współczesnych kłopotów, których korzenie sięgają jeszcze czasów pierwszej wojny, wkroczeniu Amerykanów i o tym, co nastąpiło potem. Ale jest i druga zaleta. Książka została znakomicie napisana. Zawadzki-reporter nie chowa się, przeciwnie, jest stale obecny, często na pierwszym planie. Opowiada o swoich licznych reporterskich wizytach w Iraku w konwencji przygodowej, często wręcz sensacyjnej. Wyprawa do Basry, angielskiej strefy, gdzie miało być spokojnie i sielankowo, a było jeszcze gorzej niż w Bagdadzie. Kupowanie rakiety przeciwlotniczej. Wojskowa akcja przeciwko Al-Kaidzie w prowincji Anbar, w której brał udział jako reporter wojenny. Próby dostania się z lotniska do miasta szosą-pułapką, na której poluje się na cudzoziemców. Szukanie noclegów. Wybuch bomby pod kołami wozu bojowego, którym jechał. Ale chyba najlepszy kawałek to opowieść o próbie dotarcia do kurdyjskich partyzantów (chodzi o Kurdów tureckich, którzy skryli się w niedostępnych górach Kandil w irackim Kurdystanie). Nie ma co ukrywać, wielokrotnie zaglądał śmierci w oczy, a to, że ze swych rozlicznych przygód wyszedł obronną ręką, zakrawa niemal na cud (oczywiście nie mam pewności, czy autor nieco nie podkolorowuje swoich opowieści). To wszystko sprawia, że książkę Zawadzkiego czyta się niczym powieść przygodową, taką chłopacką. Do pozornie lekkiego tonu opowieści przyczynia się jeszcze ironia, którą autor hojnie szafuje. Już przecież tytuł jest ironiczny, a książka aż roi się od celnych, ironicznych zdań, które są znakomitymi puentami. Oto próbki:

"Dawało to nadzieję na uspokojenie, ponieważ w wielu dzielnicach nie został już nikt do zamordowania."

"Amerykanie przypomnieli sobie, że mury nie tylko chronią przed wybuchami, ale również znakomicie dzielą."

Ale ten lekki ton, ta opowieść o chłopackich przygodach to jednak tylko pozory. Zza nich wyłania się przecież obraz potworny. Obraz kraju, w którym dzięki Amerykanom i ich sojusznikom po obaleniu krwawego dyktatora miała szybko i łatwo zapanować demokracja, miał powstać ten tytułowy nowy wspaniały Irak, a powstało państwo upadłe. Zamiast raju jest piekło. Bagdad  tętniący życiem, pełen knajpek i kafejek, jaki Zawadzki pamięta z czasów swojej pierwszej wizyty, po kilku miesiącach zmienił się w poprzegradzaną murami pustynię, gdzie stale wybuchają bomby i samochody pułapki, sunniccy bojownicy wysadzają się w powietrze, nie ma prądu, benzyny, szyici walczą z sunnitami, porywając się wzajemnie, a ulubionym sposobem egzekucji jest odcinanie głowy nożem. To i tak lepsze niż egzekucje wykonywane w okolicach Mosulu. Tam wrogów przewiercano wiertarką, w kilku miejscach, zaczynając od kończyn. I tak jest w całym kraju. Terror, walki sunnitów z szyitami, porwania, zamachy, rebelie, Al-Kaida, setki tysięcy ofiar. I w tym wszystkim naiwni w swej prostocie Amerykanie, którzy usiłują wprowadzać demokrację i przekazywać odpowiedzialność za kraj Irakijczykom. Amerykanie zamknięci w swoich pilnie strzeżonych bazach, poruszający się uzbrojonymi po zęby, opancerzonymi bojowymi wozami. Ich bezradna działalność zakrawa na kpinę. Zawadzki pisze też o kulisach międzynarodowej wielkiej polityki, tej współczesnej, i tej sprzed stu lat. W sposób prosty i przystępny pokazuje historię inwazji na Irak i wylicza błędy Amerykanów, którzy bardzo szybko roztrwonili początkowy entuzjazm Irakijczyków (przynajmniej szyitów, bo sunnici trwali przy Saddamie) i niechcący przyczynili się do tego, że w Iraku rozpętało się piekło. Ale w tym morzu beznadziei zdarzają się cuda. A największym z nich jest iracki Kurdystan. Państwo w państwie. Szczelnie odgrodzone od reszty kraju. Normalność w nienormalności. Rozdział o Kurdach czyta się jak bajkę.

To tyle. Po dokładniejsze informacje odsyłam do książki. Lektura obowiązkowa. A ja mam ochotę porównać ją z innym reportażem o Iraku autorstwa Pawła Smoleńskiego. A w maju Czarne wydaje "Nadciąga noc" Anthonego Shadida. Też o Iraku. No cóż, przeczytam na pewno.

Popularne posty