Awraham B. Jehoszua "Kochanek"

"Kochanek" (Cyklady 2005) to druga powieść izraelskiego pisarza Awrahama B. Jehoszui,

jaką przeczytałam. O pierwszej, "Panu Manim", pisałam jakiś czas temu, trzecia, "Powrót z Indii", czeka na półce na swoją kolej. W odróżnieniu od poprzedniej jej akcja toczy się we współczesnym Izraelu. Właściwie wyraziłam się nieco nieprecyzyjnie: czy 1973 rok można nazwać czasem współczesnym? To okres niezwykle ważny w historii kraju, bo właśnie wtedy miała miejsce trwająca dwadzieścia dni wojna Jom Kipur, która mimo zwycięstwa była dla społeczeństwa szokiem. Niech cię jednak, czytelniku tej notki, nie zwiedzie to, co przed chwilą napisałam. Nie jest to powieść polityczna, mimo że wojna jest w niej obecna. Nie została nawet nazwana. Żeby dowiedzieć się, który z konfliktów autor ma na myśli, musiałam nieco poszperać. W żadnym wypadku nie jest to powieść rozliczeniowa. Wojna jest ważna, bo ma wpływ na losy niektórych bohaterów. To historia Adama, jego żony Asji, ich córki Dafi i trzech innych osób, które wkroczyły w życie rodziny. Te same zdarzenia śledzimy naprzemiennie z perspektywy różnych bohaterów. Tylko Asja nigdy nie dochodzi do głosu. W jej imieniu mówią sny.

Co zatem dostajemy? Historię rozpadu rodziny? Na pewno tak. Ale nie tylko. To raczej powieść o samotności. O sześciu osobach, które niczym wolne elektrony wiodą swoje dziwne życie zamknięte w skorupach samotności. Niby są razem, niby łączą je różne więzi, ale stopniowo coraz bardziej się od siebie oddalają.

Adam i Asja, małżeństwo, właściwie od początku dziwne i niedobrane. On, znudzony dobrobytem, pracą i życiem, ona, przeciwnie, stale się kształci i pracuje. Z czasem w ich związek wkrada się rutyna i nuda. Może wyrwie ich z tego odrętwienia  kochanek, Gabriel Arditi, który nieoczekiwanie staje na drodze Adama, a on wpada na szatański pomysł, aby podsunąć go żonie. Jednak jak nagle się pojawił, tak szybko, za sprawą wojny, zniknął. Jego dziwne poszukiwania stanowią kanwę opowieści. 

Dafi, ich córka, zbuntowana nastolatka cierpiąca na bezsenność. Wiedzie swoje własne życie, o którym rodzice pogrążeni w swoich sprawach, swoich obsesjach nie bardzo mają pojęcie. Wędruje bez celu po mieście, nocą wychodzi z domu na ulicę, jakby poszerzała pole doświadczeń. Stanowcza, spostrzegawcza i bardzo wrażliwa.

Na'im, arabski chłopiec, znający na pamięć wiersze jednego z najważniejszych żydowskich poetów, Bialika. Marzył o tym, aby dalej się uczyć, a wylądował w warsztacie samochodowym Adama. Zafascynowany izraelskim światem dobrobytu. Z jednej strony gardzi Żydami, z drugiej chciałby żyć jak oni. Czuje się wyróżniony przez Adama, a potem przez niego zapomniany. I on włóczy się całymi dniami bez celu po mieście. Dobry, nieśmiały i wrażliwy, potrafi nagle być nieczuły, oschły i nieprzyjemny.

Dafi i Na'im to najsmutniejsze postaci powieści. Może dlatego że są dziećmi? Wykorzystywani przez dorosłych, bardzo samotni, szczególnie on. Z dala od rodziny, kolegów z warsztatu, wyjęty z każdego środowiska, nigdzie nie przynależy. Ani Żyd, ani Arab. Zmuszony do opieki nad dziewięćdziesięcioletnią staruszką, Weducze. Początkowo jest z tego nawet zadowolony, ale stopniowo sytuacja zaczyna mu doskwierać, szczególnie kiedy ona zaczyna podupadać na zdrowiu, a Adam, zajęty obsesyjnym poszukiwaniem Gabriela i obojętny na resztę świata, pozostawia ich samym sobie, składając na chłopca obowiązki ponad jego siły. W uczuciu, które, nieoczekiwanie dla nich samych, połączy Dafi i Na'ima, jest coś czystego i wzruszającego. Ale i oni zbliżają się do siebie tylko na chwilę. Czy ich przyjaźń, miłość w świecie, w którym Żydów i Arabów dzieli wszystko, będzie w ogóle możliwa?

Weducze, babcia Gabriela, dla której wrócił do Izraela z Paryża. Samotna staruszka, która pamięta jeszcze czasy osmańskie. Mglista przeszłość czasem powraca w jej wspomnieniach. Jej umysł jest niezwykle sprawny, zainteresowanie światem, a szczególnie polityką nadal żywe, ale starcze ciało stopniowo odmawia posłuszeństwa. Przygnębiający obraz starości i samotności. Gardzi Arabami, a skazana zostaje na opiekę arabskiego chłopca, któremu początkowo raczej nie ufa. Stopniowo lubi go coraz bardziej, ale nigdy nie wyzbędzie się pewnej dozy pogardy. Jak wszyscy bohaterowie tej powieści i ona pełna jest sprzecznych uczuć. Czeka na wnuka, który się gdzieś zapodział na wojnie.

I wreszcie Gabriel, tytułowy kochanek. Kolejny wyobcowany samotnik, życiowy nieudacznik. Od lat nie był w Izraelu, z ojczyzną niewiele go już łączy, dlatego jego dość przypadkowy udział w wojnie wydaje się taki groteskowy. Nigdzie nie przynależy, nigdzie nie umie znaleźć swojego miejsca. Nawet pobyt wśród chasydów jest tylko schronieniem i ucieczką przed armią. Jedyną bliską mu żyjącą osobą jest Weducze, ale wydaje się, że tak naprawdę zależy mu właściwie na jej spadku. Czy kocha Asję? Czy tylko dość bezwolnie wpadł w sidła zastawione na niego przez Adama? Trudno powiedzieć. Chyba nie, wszak niewiele o niej mówi. Jego największym zmartwieniem jest ukrycie się przed zemstą armii. Ale i ona, armia, niespecjalnie interesuje się jego dalszym losem. Zagarnęła go tylko na chwilę, a kiedy ją porzucił, niewiele ją to obeszło.

Tę szóstkę niby tyle łączy, ale naprawdę żyją zamknięci w swojej samotności. Jakby każde z nich otaczała szklana kula, przez którą tylko na chwilę ktoś może się do nich wedrzeć. Tęsknią za drugim człowiekiem, ale nie potrafią nawiązać trwałych więzi. Te, które były, rozpadają się, inne okazują się tylko chwilowe. Czy to samotność prowokuje niektórych z nich do popełniania czynów mniej lub bardziej strasznych? Ale w tym świecie wszystko, nawet czyn podły i haniebny, pozostaje bez echa, niezauważony, bez konsekwencji, bez kary.

Co jeszcze pozostało w mej pamięci po lekturze powieści izraelskiego pisarza?

Obraz wojny, która jawi się na kartach książki jako chaos, bałagan i bezsens. Kolumny wojsk przetaczają się z miejsca na miejsce, żołnierze tkwią bezczynnie w oczekiwaniu, dzień walki przypomina dzień pracy, nie wiadomo kto, i czy w ogóle, nad tym wojennym bałaganem panuje. 

Chaosem jest też ludzkie życie. Wieczna wędrówka nie wiadomo gdzie i po co, wieczny ruch. Tylko stara Weducze zdaje się tkwić w miejscu, chociaż i ona symbolicznie wędruje z niebytu w byt i z powrotem.

Arabowie i Żydzi. Pogarda i nienawiść. Niby w jednym państwie, ale nic poza przypadkowymi relacjami (czytaj: zawodowymi) ich nie łączy.

Świat chasydów. Też osobny, zamknięty, nieufny czy nawet wrogi wobec współziomków, ale obcych.

Wszystko tu jest rozbite, podzielone, odizolowane, samotne. I ludzie, i narody mieszkające na jednej ziemi, i różne środowiska teoretycznie stanowiące jedno społeczeństwo.

Ale na przekór smutkowi bijącemu z tej nieco onirycznej powieści czyta się ją niezwykle łatwo i szybko. Akcja wciąga, nie pozwala oderwać się od lektury. Czy sprawia to kompozycja: krótkie rozdzialiki, zmieniająca się narracyjna perspektywa? Czy wątek poszukiwań Gabriela? Pewnie jedno i drugie. Na pewno warto zwrócić uwagę na tego mało znanego w Polsce pisarza i jego dziwne powieści.

"Klucz do ogrodu" Jenny Erpenbeck

Od dwóch lat z uwagą śledzę książki nominowane do przyznawanej we Wrocławiu

nagrody Angelusa dla pisarzy z Europy Środkowo-Wschodniej. Zawsze znajdę coś, co mnie zainteresuje. Z tegorocznych finalistek sięgnęłam po powieść niemieckiej pisarki Jenny Erpenbeck "Klucz do ogrodu" (WAB 2010). Mimo że nie jest to typ literatury, którą lubię najbardziej, książka, po początkowym rozczarowaniu, wciągnęła mnie, zainteresowała i poruszyła.

Można się zastanawiać, czy to powieść, czy raczej zbiór opowiadań, literackich miniatur połączonych wspólnym miejscem. Chyba jednak powieść, bo losy bohaterów poszczególnych rozdziałów splatają się ze sobą: to sąsiedzi albo członkowie trzech rodzin, właścicieli letniskowych domów nad jeziorem zwanym Morzem Brandenburskim. Poznajemy kilka niezwykłych, dramatycznych historii osadzonych na przestrzeni mniej więcej wieku. Ziemia i domy przechodzą z rąk do rąk. Domy powstają, pysznią się swoją wspaniałością, ale w końcu popadają w zapomnienie i w ruinę. Podobnie ludzie, ich właściciele: pojawiają się i znikają, starzeją i umierają. Czas dojmująco upływa. Nazizm, wojna, komunizm, aż wreszcie upadek muru. Nawet ogrodnik, który, niegdyś młody, zdrowy i silny, mieszkał tu od zawsze, w końcu starzeje się i gdzieś znika. Tylko miejsce było i będzie. Melancholia, nostalgia i smutek biją z kart książki niemieckiej pisarki.

Smutne, a często wręcz tragiczne, są losy bohaterów. Większość jest tu tylko na krótszą lub dłuższą chwilę. Kochają to miejsce, ale w końcu muszą je porzucić lub po prostu tracą, bo przegania ich stąd tragiczny los. Wszyscy są współczesnymi nomadami, uciekinierami, wygnańcami. Żydowska rodzina, która w porę wyjeżdża do RPA, ratując życie. Ale ta sztuka nie uda się ich najbliższym krewnym. Chyba najbardziej poruszający jest rozdział o małej żydowskiej dziewczynce ukrywającej się samotnie w komórce mieszkania w warszawskim getcie. Kiedy tak siedzi cichutko, czekając na swój los, jedynym ratunkiem są wspomnienia z wakacji spędzanych nad jeziorem u wujka i ciotki.  Niemiecki architekt sympatyzujący z faszyzmem i jego żona, po wojnie zmuszeni do wyjazdu do Berlina Zachodniego. Małżeństwo wschodnioniemieckich pisarzy rozczarowanych ideami socjalistycznymi. Para miłośników żeglarstwa, która tak bardzo kocha to miejsce, że nie wyobraża sobie jego utraty. Babcia jednej z bohaterek tęskniąca za rodzinnymi Mazurami, które musiała opuścić po wojnie. Młody rosyjski żołnierz, którego oddział rozkrada i z premedytacją niszczy piękny dom. Każda z tych historii mogłaby stać się kanwą osobnej powieści. Tu, może dlatego, że tak skondensowane, robią duże wrażenie. Ulotność i kruchość ludzkich losów, ludzie smagani przez zawieruchy historii, przeganiani z miejsca na miejsce, naznaczeni utratą: domu, ojczyzny, miejsca, najbliższych. Wszystko bardzo smutne.

To, co początkowo mnie zraziło i rozczarowało, to język i styl. Zwięzły, lakoniczny, rzeczowy, chłodny. Miejscami przez melodię, refreny, powracające frazy przypominający poezję, miejscami zaś urzędowy, prawniczy, ogrodniczy, zawsze aptekarsko dokładny. Mimo oszczędności wiele tu niezwykle drobiazgowych, szczegółowych opisów. Kiedy jednak minął pierwszy szok, bo ja, miłośniczka epickich cegieł, nie tego się spodziewałam, rozsmakowałam się w tej melancholijnej, leniwej opowieści. To książka, którą można kontemplować, czytać spokojnie kawałek po kawałku, iść do przodu i wracać do tego, co już się raz przeczytało, jak poezję. Warto poświęcić jej trochę czasu, a ponieważ jest niewielkich rozmiarów, nie potrzeba go dużo.


Jonathan Franzen "Wolność"

Pewnie nigdy nie kupiłabym tej książki. Dlaczego? Wewnętrzne strony okładki gęsto wytapetowane cytatami sławiącymi jej wielkość. W środku zakładka, na której znajduję informację, że powieść Franzena rekomenduje Oprah Winfrey (ściślej jej telewizyjny Klub Książki). Z tej samej zakładki krzyczą do mnie słowa: "Prawa do ekranizacji kupione przez Scotta Rudina!" (A któż to jest? Powinnam wiedzieć?) No i okładkę niczym zatwierdzający stempel zdobi jednowyrazowy cytat z samego Baracka Obamy: "Kapitalna". Wystarczy, aby obejść ją szerokim łukiem. A to nie koniec tej reklamowej hucpy. Więc dlaczego nie obeszłam? Dlaczego kupiłam i przeczytałam ponad sześćset stron drobnego druku? Przede wszystkim dlatego, że kilka lat temu zachwyciłam się pierwszą wydaną w Polsce powieścią Franzena "Korekty", która do dziś tkwi w mojej pamięci i stoi na półce. Wtedy wydał ją Świat Książki, ale wkrótce jej wznowienie ukaże się nakładem tego samego wydawnictwa, które wydało "Wolność" (Sonia Draga 2011). To też wiadomość z okładki.

Zanim przejdę do najnowszej pozycji amerykańskiego pisarza, którego Juliusz Kurkiewicz recenzujący książki na łamach Dużego Formatu przyrównał nieco na wyrost do Tołstoja, chciałabym na moment zatrzymać się przy "Korektach", bo na mnie niegdyś zrobiły znacznie większe wrażenie. Obie powieści obracają się wokół jednego tematu: rodziny. Trudno je nazwać sagami, to raczej analizy stosunków rodzinnych, wzajemnych zależności, urazów, pretensji i miłości. Opis problemów i kłopotów, losów rodziców i dzieci, zachodzących obyczajowych przemian, skonfrontowanie postaw dwóch a nawet trzech pokoleń. Wszystko w tradycyjnej, epickiej formie. Porządne dziewiętnastowieczne powieści, chociaż napisane w dwudziestym pierwszym wieku. Na pewno warto sięgnąć po obie, ale jeszcze raz podkreślam: ja wolę pierwszą z nich. Wydała mi się  dramatyczniejsza, a losy bohaterów bardziej przejmujące. Szczególnie zakończenie, którego ze zrozumiałych względów zdradzić nie mogę, po prostu mną wstrząsnęło. Tyle tytułem przydługiego wprowadzenia, a teraz jeszcze trochę o "Wolności".

To opowieść o rodzinie Patty i Waltera Belgrundów, ich dzieciach, rodzicach i przyjacielu, punckrockowym muzyku, Richardzie Katzu. Zaczyna się w latach osiemdziesiątych zeszłego wieku, kiedy to losy Patty i Waltera splatają się na jednym z collegów, kończy w roku 2010, a retrospekcje dotyczące rodzinnych historii sięgają oczywiście wcześniej. Patty i Waltera dzieli wszystko. On pochodzi z przeciętnej rodziny szwedzkich emigrantów zdeklasowanej przez alkoholizm ojca i braci. Nie tylko studiuje, ale pomaga udręczonej matce prowadzić nędzny, rodzinny motel. Aby się utrzymać, musi jeszcze pracować. To nieśmiały zielony idealista, kochający ptaki, przekonany, że remedium na ekologiczne problemy świata jest walka z przeludnieniem. Ona pochodzi z bogatej rodziny, jej matka zajmuje się polityką, ojciec jest adwokatem. Ma żal do rodziców, że faworyzują  rodzeństwo, jej nie poświęcając wiele uwagi. Może dlatego, że pasjonuje się sportem, uprawia koszykówkę, a matka woli chwalić się córkami przejawiającymi ambicje artystyczne. On zakochany w niej od początku, ona zainteresowana jego serdecznym przyjacielem, Richardem. Zostaną jednak małżeństwem, stworzą szczęśliwą, idealną rodzinę. On pracuje, ona jest doskonałą panią domu i matką. Oczywiście ta sielanka to tylko pozór, w przeciwnym razie nie byłoby tej powieści. Przez sześćset stron śledzimy ich historię. Początkowe sukcesy, nieuchronne rozczarowania, konflikty, porażki, kompromisy, porzucenie młodzieńczych ideałów i samooszukiwanie się, że wszystko jest okej. Poznajemy też ich dzieci Jessicę i Joeya, którego Patty wielbi bezkrytycznie.

Zaletą tej książki, podobnie jak poprzedniej, są znakomite portrety bohaterów i wiwisekcja ich wzajemnych relacji. Szczególnie rodzinnych. Jest tu i konflikt ojca z synem, i bezgraniczna, toksyczna miłość matki do syna. Jest rozczarowanie życiem, depresja, pokusy, na jakie bywamy wystawieni, i wielkie nieszczęście. Mimo wszystko jednak powieść Franzena to apoteoza rodziny i dojrzałości. Nie wszystko złoto, co się świeci, każdą ścieżkę da się wyprostować, jeśli tylko znajdziemy w sobie odwagę i dość siły, jeśli tylko będziemy chcieli ze sobą rozmawiać. Życie to nieuchronne niepowodzenia, rozczarowania, ale ostatecznie można przekuć je w sukces. Wszystko chyli się ku upadkowi, bohaterów, szczególnie mężczyzn, dręczy świadomość "ogólnie dupiastej kondycji świata". Co można na to poradzić? Robić swoje. Całego świata zbawić się nie uda, wielkich idei też raczej w czyn się nie przekuje, produkcji dwutlenku węgla nie ograniczy, efektu cieplarnianego nie zatrzyma, ochronić wszystkich gatunków ptaków nie sposób. Co więc można? Zacząć od siebie i na przykład urządzić na terenie dawnej rodzinnej posiadłości rezerwat ptaków. Brzmi to może naiwnie i banalnie i takie w gruncie rzeczy jest, ale kiedy tę nieodkrywczą filozofię czyta się rozpisaną na konkretne ludzkie losy, można się przejąć i zadumać. Tak jak w życiu. Pozamałżeński romans jest czymś banalnym, ale kiedy dotyczy ciebie, możesz czuć się jak bohater greckiej tragedii. To co powszechne, bywa trywialne, to co jednostkowe, już takie nie jest.

A tłem dla tego rodzinnego galimatiasu jest amerykańska polityka. Bohaterowie są zdeklarowanymi demokratami i szczerze nienawidzą  republikanów. Rządy Busha to nieszczęście. Wojna w Iraku jest brudna i prowadzona w imię nieczystych, gospodarczych interesów. Politycy tańczą, jak im zagrają wielkie koncerny, które dla zysków gotowe są na każde łajdactwo i każdy przekręt. Życie ludzkie nie jest w cenie, liczy się tylko kasa. Przewija się oczywiście jedenasty września, a Nowy Jork dla wielu bohaterów to dżungla, w której czyhają na człowieka same niebezpieczeństwa. Powieść kończy się kryzysem, który rozpełzł  po świecie z Ameryki.

Rzecz w tym, że temperatura tych oskarżeń jest dość letnia. Nie ma tu niczego odkrywczego, niczego, z czego nie zdawalibyśmy sobie sprawy. Chociaż uwielbiam wielkie, epickie powieści, wolę skondensowaną powieść Rotha "Wzburzenie", o której tu jakiś czas temu pisałam. Dotyczy co prawda innych amerykańskich problemów (wojna w Korei), ale jej oskarżycielska siła jest nieporównywalna, a los głównego bohatera o wiele bardziej porusza niż historia rodziny Belgrundów. To wszystko jednak nie oznacza, że nie warto sięgnąć po książkę Franzena. Czyta się ją znakomicie, a rodzinne relacje i portrety bohaterów są zajmujące. Zawsze warto z empatią pochylić się nad losami innych i przejrzeć się w nich niczym w zwierciadle.



"Szczęście ty moje" Siergieja Łoźnicy. Niezwykle mocne kino z Rosji.

Obejrzałam zbierający pochwały krytyków fabularny debiut rosyjskiego dokumentalisty Siergieja Łoźnicy. Dawno już nie widziałam filmu tak przerażającego i pesymistycznego. Mimo że doskonale wiedziałam, na co się wybieram, muszę przyznać, że ładunek zła bijący z ekranu potwornie mnie zmęczył. Nie jest to zło wyrafinowane, ale zwyczajne, codzienne, popełniane ot tak, od niechcenia przez przeciętnych ludzi. Świat rosyjskiej prowincji widziany oczami Łoźnicy jest potworny. Przypomina piekielną matnię. Kto raz się w niej zaplątał, nie znajdzie wyjścia. Policjanci, którzy niekontrolowani przez nikogo mogą wszystko, zapijaczeni mieszkańcy wiosek i małych miasteczek o bezmyślnych, nieruchomych twarzach. Kradzieże, napady i wreszcie zbrodnie popełniane nie przez mafiosów, ale przez prostych wieśniaków, sąsiadów. Ruina, brzydota i upadek. Podążając za bohaterami, przekraczamy kolejne kręgi piekła. Mimo że już pierwsze sceny filmu pokazują świat brzydki, smutny i szary, potem z każdym krokiem jest coraz straszniej, coraz brzydziej, coraz duszniej. To, co na ekranie, potwornie przytłacza. To świat osobny, nad którym nikt nie panuje, tu nie sięga władza z Moskwy, tu wszystko rządzi się własnymi prawami. Prawa brzmią w tym kontekście ironicznie, bo to świat bezprawia i braku zasad moralnych. A wszystko pokazane bez hollywoodzkiego lukru, który każdą ohydę potrafi uczynić estetyczną. Ten rosyjski Dziki Zachód filmowany jest do bólu naturalistycznie. Ale najgorszy jest brak nadziei bijący z ekranu. Temu złu nie da się zaradzić, co wymownie pokazuje jedna ze scen. Reżyser obala  kilka mitów: mit wielkiej wojny ojczyźnianej (zdeprawowani żołnierze grabią i mordują), mit rosyjskiej gościnności (tu nie można ufać nikomu) czy mit sielskiej prowincji.

Jak czytam w materiałach promujących film, pokazane historie oparte są na faktach. Aż się wierzyć nie chce! Początkowo myślałam, że twórca skorzystał z artystycznego prawa do  przesady, przerysowania i wyolbrzymienia. A jednak nie! Rosja pokazana jest tu od najgorszej, diabelskiej strony.

Doceniam wartość i artystyczną perfekcję obrazu Łoźnicy, ale muszę przyznać, że mocne wrażenia nie pozostały na długo. Owszem, wyszłam z kina przytłoczona i porażona ogromem brzydoty i zła, ale po kilku dniach emocje gdzieś się ulotniły. Może to dlatego, że nie ma w tym filmie jednego głównego bohatera, którego losem można by się przejąć? Cóż, "Szczęście ty moje" na pewno nie jest dla każdego.

"Habemus Papam - mamy papieża" Naniego Morettiego. Więcej niż komedia.

Długo wahałam się, czy iść na najnowszy obraz Naniego Morettiego. Raz że temat niespecjalnie mnie interesował, dwa rozmaite recenzje: od bardzo dobrych po słabe. Rzadko też zdarza mi się, tyle wiedzieć o filmie przed wizytą w kinie. A to wysłuchałam jakiejś radiowej audycji, a to obejrzałam dyskusję w telewizji, wydawało mi się, że już nic mnie nie zaskoczy. W końcu jednak postanowiłam wyrobić sobie własne zdanie i ostatecznie pomaszerowałam do mojego ulubionego kina. Jaki werdykt? Czasu spędzonego na seansie na pewno nie żałuję. Film oglądałam z dużą przyjemnością między innymi dzięki świetnemu, przykuwającemu uwagę Michelowi Piccoli w głównej roli. Sporo tu scen zabawnych, dobrodusznej kpiny, ale na pewno nic nie bulwersuje. O żadnym skandalu nie ma mowy, a takie głosy też się odzywały. To raczej medialny szum. Oczywiście obraz lewicowego reżysera o kościele to nie tylko pogodna komedyjka. Jest się nad czym zastanawiać, ale o tym jak zwykle w drugiej części. I nie chodzi tylko o problem człowieka, który nagle zostaje postawiony przed całkiem nowym, przerastającym go zadaniem. Ja zwróciłam uwagę na coś jeszcze innego. Wbrew moim obawom znalazłam w tym filmie więcej. Tyle zalet. Są i wady, ale o nich w ciągu dalszym. Jednak mimo zastrzeżeń "Habemus Papam" na pewno warto zobaczyć. A kto widział, może czytać dalej. Zapraszam.

W dyskusjach, jakie słyszałam, przewija się przede wszystkim problem nieudźwignięcia zadania przed jakim nieoczekiwanie stawia głównego bohatera los. Zwraca się uwagę, że ten aspekt filmu jest bardzo uniwersalny, bo w końcu bohaterem mógłby równie dobrze być ktokolwiek, kto staje przed nieoczekiwanym wyzwaniem. To prawda, ale jednak Moretti zrobił film o kościele, więc przyjrzyjmy się filmowemu papieżowi. Starszy, sympatyczny, nieśmiały kardynał przypominający ukochanego dziadka zostaje  papieżem trochę przez przypadek. Nie był wymieniany wśród faworytów. Modlitwy, jakie zanosi do Boga, aby to nie on został wybrany, w jego przypadku są naprawdę szczere. Kiedy wybór się dokona, będzie nie tylko zaskoczony, ale i przerażony. Nie chodzi o kryzys wiary, ale zagubienie i brak sił do podjęcia tak wielkiego wyzwania. Nic nie pomogą zapewnienia o pomocy ze strony innych kardynałów i watykańskich urzędników. Nowy papież doskonale zdaje sobie sprawę z brzemienia odpowiedzialności, jaka na niego spadła. Czuje, że kościół i świat pogrążone w kryzysie czekają na prawdziwe, a nie tylko pozorowane działanie. On zdaje się nie wiedzieć, co i jak ma robić, a widocznie malowanym papieżem, który tylko będzie trwać, być nie chce. Zdezerteruje, czym wprawi w niemałą konfuzję kardynałów, watykańskich urzędników, wiernych a wreszcie próbującego mu pomóc psychoterapeutę. Kiedy ucieknie i będzie snuć się ulicami Rzymu, zacznie wspominać swoje życie, myśleć o tym, jak inaczej mogłoby się potoczyć, gdyby swego czasu przyjęto go na studia aktorskie, o czym marzył. Moim zdaniem to najsłabsza część filmu. Szczególnie wątek teatralny. A już scena w czasie przedstawienia, kiedy to nieoczekiwanie zjawiają się kardynałowie i papież zostaje rozpoznany, jest mocno wydumana i przeszarżowana. Oczywiście cały koncept tej opowieści zasadza się na sytuacji nieprawdopodobnej czy wręcz niemożliwej, ale ta scena mnie wydała się już nadmierną komplikacją. Trąciła sztucznością i teatralnością rodem z farsy. Natomiast samo zakończenie zaskoczyło mnie pozytywnie. Muszę przyznać, że zupełnie nie spodziewałam się takiego rozwiązania. Do końca byłam przekonana, że okaże się ono imaginacją papieża, który jednak zdecyduje się dźwigać swój ciężar. Wszak rzecznik prasowy, Rajski, daje mu za przykład poprzedniego papieża, który mimo choroby sprawował swoją posługę. Myślałam, że podobnie jak Chrystus w "Ostatnim kuszeniu Chrystusa" Martina Scorsese papież zrozumie, że jego życie bez podjęcia nałożonego przez Boga zadania nie będzie miało sensu. Film amerykańskiego reżysera widziałam tylko raz i dawno, a jednak do dziś tkwi we mnie scena, kiedy Jezus zrozumiał, że kuszące swym powabem zwyczajne, ludzkie życie u boku Marii Magdaleny byłoby tylko ziemskim szczęściem, a on nie do tego został wybrany i powołany przez Boga. W cierpieniu, w wykonaniu swojej misji odnajduje prawdziwy sens i istotę. Nie wiem, czy Moretti w jakikolwiek sposób nawiązuje do tamtego filmu, ale ja odnalazłam tu sytuację odwrotną. Papież okazuje się po ludzku słaby, a mnie to przyznanie się do niemocy po ludzku przejmuje, wzrusza, ale i czyni bezradną. A może to nie słabość, a odwaga powiedzieć, że się nie podoła i nie potrafi? Czy końcowa scena ma w symboliczny sposób mówić o słabości kościoła, który nie potrafi odnaleźć się we współczesnym świecie? Kiedy papież podróżując tramwajem, na głos układa sobie mowę, mówi o winach kościoła, za które trzeba przepraszać, ale nie potrafi wskazać dróg i sposobów działania. Kiedy czuje się bezsilny, doradcy podpowiadają mu, że wystarczy samo błogosławieństwo. Nie musi przecież nic mówić. Ale on najwyraźniej nie chce ograniczać się tylko do tego, nie wie jednak, co miałby powiedzieć wiernym, jaką nowinę im przekazać, jaką wiadomość wysłać. 

Oglądając film, zwróciłam uwagę na coś jeszcze. Na co? Na teatralność, na odgrywanie ról, na udawanie. Papież w rozmowie z terapeutką na pytanie o zawód mówi, że jest aktorem. Opisując swoje obowiązki, używa języka teatru i ten język znakomicie pasuje do tego, co robił w swoim kardynalskim życiu. On odgrywa rolę kardynała, papieżem chciałby być naprawdę, ale nie wie jak i na tym polega jego dramat. Terapeutka udaje przed dziećmi, że mężczyzna, z którym ma romans, to tylko znajomy. Gra rolę samotnej matki wiernie oddanej swoim dzieciom. W przedstawieniu bierze udział rzecznik prasowy Rajski. Jakim znakomitym aktorem się okaże!. Gra jak z nut, umie odnaleźć się w najtrudniejszym aktorskim zadaniu. Gra także gwardzista obsadzony tymczasowo w roli papieża. Można powiedzieć, że ma dwie role do zagrania. Codzienną: gwardzisty i nagłe zastępstwo: papieża. Ale największymi aktorami są kardynałowie w rolach kardynałów. Kiedy na sali nieoczekiwanie zapadnie ciemność, na moment przestaną grać. Robią to też, kiedy nikt nie widzi. Próbują ściągać od sąsiada nazwisko kandydata, bo nie mają swojego zdania, a w scenariuszu stoi, że powinni wiedzieć, na kogo oddadzą swój głos. Grać przestają, kiedy znajdą się w swoich pokojach. Jeden pali, drugi układa puzzle, trzeci łyka lekarstwa na bezsenność. Im dłużej pozostają w zamknięciu, im dłuższy stan zawieszenia, tym częściej ściągają maski i stają się ludźmi a nie aktorami. Moretti desakralizuje kościół, pokazuje to, co kryje się za kulisami, ale czyni to w sposób dobrodusznie zabawny. To nie obraza, nie kpina, ale ciepły śmiech. Pozostaje jednak pytanie: kogo potrzebują wierni. Ludzi z ich słabościami (tu raczej słabostkami), aktorów czy prawdziwych duchowych autorytetów? Profanum czy jednak sacrum?

Wobec nieoczekiwanego kryzysu kompletnie bezradni są wszyscy. I komentatorzy, szczwane dziennikarskie lisy. I Rajski, którego pomysły okazują się kompletnie chybione. I psychoterapeuta. Wytrącony ze swojej zwykłej roli próbuje się jakoś dostosować, ale i on pomóc nie potrafi. Podobnie jego była żona zazdrosna o  zawodową pozycję eks męża, zafiksowana na niedostatku rodzicielskiej uwagi (albo czymś podobnym). Ich pomoc może dotyczyć tylko drobnych, ludzkich spraw, na przykład prawidłowego ustawienia leków. Ale przecież nie o to chodzi.

Nie dajmy się zwieść żarcikom i pogodnemu nastrojowi. Kiedy zeskrobać tę wierzchnią warstwę, okaże się, że to bardzo smutny, przygnębiający film.


Antoni Libera "Madame"

Wspominałam już kiedyś w tych zapiskach, że w zasadzie nie czytam polskiej beletrystyki współczesnej. Pewnie to błąd, pewnie powinnam, wiem, co się wydaje, jestem na bieżąco, ale zawsze zwycięża inna literatura. Zatem "Madame" Antoniego Libery (Znak 1999) to wyjątek. Czemu zawdzięcza takie wyróżnienie? Trochę przypadkowi (że akurat teraz), trochę pochlebnym głosom znajomych, które docierały do mnie co jakiś czas. Czy warto było? Na pewno tak.

Akcja "Madame" osadzona została w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku i już tylko to może być ciekawe dla czytelnika. Życie codzienne w komunistycznej, gomułkowskiej Polsce. Napisałam codzienne trochę na wyrost. Nie znajdziemy tu narzekań na braki w sklepach, kolejek, opisów ciasnych mieszkań, jednym słowem całej tej komunistycznej udręki codzienności. Jest za to obraz zniewolenia, zamknięcia, utraty wolności, zmagań z cenzurą, dwójmyślenia, koniecznych, obrzydliwych kompromisów, układów w pracy, gdzie awansują partyjne miernoty. Bohaterowie tej powieści to przedwojenna inteligencja i jej dzieci. Mają mieszkania pełne książek, dbają o wykształcenie swoich synów i córek, znają języki obce, chodzą do teatru, kina, na wystawy. Słuchają Wolnej Europy i doskonale wiedzą, w jakim kraju przyszło im żyć. Są przyzwoitymi moralnie pięknoduchami, którzy za nic nie zniżą się do niskich zachowań, a jeśli ulegną chwilowej słabości, natychmiast poczują się zbrukani i niegodni. Dotkliwie odczuwają brak swobody, zamknięcie w granicach swojego kraju, ograniczenie kontaktów ze światem. To, co dzisiaj dla nas jest normą, nad którą się nawet nie zastanawiamy, dla nich było obiektem zazdrości, czymś niewyobrażalnym. Problem w powieści został tym bardziej wyostrzony, że troje spośród bohaterów to romaniści, miłośnicy języka i kultury francuskiej. W ich przypadku brak wolności jest szczególnie dotkliwy, właściwie uniemożliwia im zawodowy rozwój. Aby Jerzyk, pracownik uniwersyteckiej romanistyki, mógł wyjechać na konferencję naukową, musi przebyć upokarzającą drogę przez mękę i liczyć na wyrozumiałość francuskich kolegów, którzy pobłażliwie zaakceptują idiotyczne wymagania komunistycznej władzy. Poczucie wolności, swobody i lekkości, jakie odczuwa za każdym razem, kiedy z trudem, kosztem wyrzeczeń, uda mu się wyjechać do Francji, jest nieporównywalne z niczym. I nieważne, że musi tam oszczędzać na wszystkim, że dla Francuzów jest pariasem zza żelaznej kurtyny. Za to powrót do kraju jest tym bardziej bolesny. Nic dziwnego, że z całych sił zgorzkniały Jerzyk odradza narratorowi studiowanie romanistyki. W zniewolonym kraju jest to zajęcie bezsensowne.

Najbardziej jednak swoją niewolę odczuwa tytułowa madame, trzydziestokilkuletnia piękna i niedostępna Wiktoria, nauczycielka francuskiego i dyrektorka liceum, w którym uczy się narrator. Dlaczego? Bo ona wolność utraciła! Wyobraźmy sobie młodą kobietę urodzoną i wychowaną we Francji, która nagle za sprawą decyzji ogarniętego obsesją strachu ojca musi zostawić swoje dotychczasowe życie i zamieszkać w kraju, którego nie zna i nie rozumie. Francja i Polska wtedy, w tamtym czasie podziału Europy to kompletnie różne planety! Wprawdzie po ulicach Warszawy nie chodzą białe niedźwiedzie, jak sądzili niektórzy, ale jest zgrzebnie, szaro i przede wszystkim potwornie ciasno. Nic dziwnego, że czuje się jak zamknięta w klatce, schwytana w pułapkę. Jest nieszczęśliwa i samotna, zrobi wszystko, żeby wyjechać, co w jej przypadku oznacza odzyskanie utraconej wolności. Madame żyje tu, ale nie jest stąd. Obca, wyniosła, tajemnicza, niedostępna, prawie nierzeczywista, jest jak barwny ptak na tle komunistycznej szarzyzny. Inaczej się ubiera, pachnie francuskimi perfumami, nawet jej dyrektorski gabinet pełen jest francuskiej literatury. Kiedy narrator domyśla się, co dzieje się, kiedy gasną światła w jej mieszkaniu, nie może pogodzić się z myślą, że ktoś zaklęty w tak pięknej, doskonałej formie pozwala się zbrukać żywiołowi natury, fizyczności, po prostu seksu (to słowo nie pada w powieści). Pewnie z tych wszystkich powodów madame rozbudza wyobraźnię swoich uczniów, staje się obiektem ich szczeniackich westchnień. Najlepiej opowie o pięknej Wiktorii zakochany w niej narrator. Oddaję mu głos:

"Całym swoim jestestwem mówiła "nie" temu światu. Wyglądem, manierami, językiem, inteligencją. Była niemym wyrazem, że tkwimy w bagnie i w bzdurze, a można żyć inaczej."

Ona marzy o ucieczce, bo tylko tak może odzyskać utraconą wolność, a on (narrator), uczeń liceum, później student romanistyki (mimo wszystko), dzięki sztuce chce ujarzmić życie, uczynić je barwnym, ciekawym, niezwykłym, a przez to możliwym do udźwignięcia. Początkowo robi to może nie całkiem świadomie, potem, kiedy coraz lepiej zdaje sobie sprawę z osaczającej go beznadziei, sztuka (pisanie) staje się ratunkiem. Od dawna ten skażony literaturą, skłonny do mitomanii młodzieniec teatralizował  i upiększał swoje życie. Wyrósł w przekonaniu, że dawniej było ciekawiej, a on za wszelką cenę nie chciał dopuścić, aby było nudno. Dlatego do końca nie możemy mu zaufać. Ile jest prawdy, a ile legendy w opowieści, którą przed nami rozpostarł? Jaka jest prawda o madame i jego afekcie do niej? Nieważne przecież, jak było, ważne, co nam o tym opowiada, tworząc legendę.

Czytelniku tej notki, być może domyślasz się już, że powieść Libery to, także, kolejny wariant opowieści o dojrzewaniu artysty. Taki portret artysty z czasów młodości. Dlatego być może narrator, podobnie jak madame, jest trochę postacią nierzeczywistą. Zbyt dojrzały, zbyt mądry, zbyt elokwentny, zbyt świadomy siebie. Erudyta, świetnie poruszający się w morzu literatury i sztuki, znakomicie władający francuskim. Stąd tak dużo w tej powieści żonglerki literackiej: cytatów, aluzji, nawiązań i odwołań do Conrada, Manna, Becketta, Dantego, Racine'a, Żeromskiego i wielu innych. Nawet śledztwo w sprawie madame, jakie prowadzi narrator, jest oparte na literackiej zabawie, której trzeba uważnie się przyglądać.

Ciekawa, erudycyjna powieść, na którą na pewno warto zwrócić uwagę.

Siegfried Lenz "Muzeum ziemi ojczystej". Literacka podróż na przedwojenne Mazury.

Po paru miesiącach wróciłam do odkrytego dzięki znajomym Lenza i przeczytałam kolejną jego grubą powieść "Muzeum ziemi ojczystej" (Czytelnik 1991). Jak poprzednio, tak i teraz nie zawiodłam się. Czytajcie Lenza! Mam ochotę zakrzyknąć. Nie będę powtarzała informacji o pisarzu, zainteresowanych odsyłam do mojej notki o "Lekcji niemieckiego", przejdę od razu do rzeczy.
O czym jest powieść niemieckiego autora? O miłości do Mazur, naszych Mazur, co to może wkrótce zostaną uznane za cud natury. Czy na pewno naszych? Nie lubimy pamiętać, że tereny te w przeszłości miały skomplikowaną historię: były częścią państwa krzyżackiego, lennem polskim, Księstwem Pruskim, po pierwszej wojnie w wyniku plebiscytu stały się najbardziej wysuniętą na wschód rubieżą Niemiec (Prusy Wschodnie) i dopiero po drugiej wojnie w wyniku nowego podziału Europy stały się nasze. Zamieszkiwali te tereny przede wszystkim Polacy, Niemcy i Litwini, ale miejscowa ludność utożsamiała się ze swoją małą ojczyzną, Mazurami: krainą lasów, jezior, pagórków. Kto zna te tereny, jeszcze i dziś dostrzeże różnice: odmienną architekturę, rozsiane tu i ówdzie resztki krzyżackich zamków, może drobne odmienności języka. Głośna przed kilku laty, a wracająca dziś,  sprawa Agnes Trawny czy emigracja tutejszej ludności do Niemiec w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku to echa przedwojennej historii. Tu dygresja osobista. Jeden z moich wujków wżenił się w mazurską rodzinę. Najbliżsi krewni jego żony, mojej ciotki, jeden po drugim wyjeżdżali do Niemiec. Nie bardzo to rozumiałam. Kim są? Dlaczego tam jadą? Są Mazurami, nie czują się ani Polakami, ani Niemcami, tłumaczyła mi mama. Nie wiem, ile wtedy z tego pojęłam. Od dawna nie jestem już dzieckiem, znam zawiłą przeszłość, ale dziś dzięki Lenzowi na nowo odkrywam skomplikowaną, fascynującą i tragiczną historię tych terenów. To trochę jak wyprawa w inny świat. Jeśli, czytelniku tej notki, wykażesz jeszcze trochę cierpliwości, uchylę  zasłonę i zabiorę cię w podróż na przedwojenne Mazury.
Akcja powieści rozpoczyna się jeszcze przed pierwszą wojną światową w pięknie położonym nad jeziorami miasteczku Łukowiec (nazwa najprawdopodobniej zmyślona, miejsce pewnie nie, ale na kartach książki pojawia się wiele doskonale nam znanych miejscowości np. Giżycko), kończy w nadmorskiej wiosce w Szlezwiku najprawdopodobniej w latach siedemdziesiątych. W tym czasie przetacza się przez Europę historia, która burzy chwilowo a w końcu na stałe mazurski świat narratora, Zygmunta Rogalli. Więc najpierw jest pierwsza wojna: miasteczko kilkakrotnie przechodzi z rąk niemieckich  do rosyjskich i odwrotnie. Toczy się nawet jakaś bitwa. Potem przychodzi czas plebiscytowej kampanii i wreszcie radosny dzień dokonania wyboru, dla zdecydowanej większości święto niezmącone niepewnością wyniku, święto triumfu nad polską mniejszością. Potem lata spokoju, stabilizacji, aż wreszcie jakoś tak niepostrzeżenie rodzi się faszyzm. I znowu  nieoczekiwany wybuch kolejnej wojny, która, poza dramatycznym początkiem, pozostawia ten zakątek we względnym spokoju. Aż przychodzą Rosjanie i trzeba uciekać. To najtragiczniejszy i najdramatyczniejszy epizod powieści. Odwrót zimą, w śniegu i mrozie, przez opuszczone tereny bombardowane przez Rosjan. Noclegi gdzieś w przydrożnych rowach przy ognisku, głód, brud, śmierć chorych i słabszych, niekończące się oczekiwanie na miejsce na statku, jedynej drodze ucieczki. Ale pierwszeństwo mają ranni żołnierze, więc cierpliwie trzeba czekać. A to nie koniec gehenny: jeden ze okrętów zostaje trafiony. Krzyk, płacz, wołanie o ratunek. Ale czy da się dla nich coś zrobić? Nic! Można tylko bezradnie patrzeć, jak pod wodą toną twoi sąsiedzi, i dziękować Bogu, że to nie twój statek został trafiony przez samolot wroga. Co ma myśleć polski czytelnik, który śledzi te dramatyczne wydarzenia? Trudno, czytając te przygnębiające strony, nie współczuć uciekinierom, trudno nie litować się nad ich tragicznym losem. Z drugiej jednak strony trzeba zauważyć, że niewielu było wśród nich jawnych antyfaszystów, większość popierała Hitlera, dla większości niemiecka armia to nasze wojsko, nasi dzielni żołnierze walczący za ojczyznę, Trzecią Rzeszę. Jeśli komuś nawet, tak jak Zygmuntowi Rogalli, nie podobały się faszystowskie porządki zaprowadzone w Łukowcu i na Mazurach, to i tak czuł się niemieckim patriotą. Jak sobie z tym poradzić? Myślałam. I wtedy w sukurs przyszedł mi sam narrator. To on wypowiada proste, samokrytyczne, pełne goryczy słowa o zawinionej klęsce i przemocy, którą sami zasiali.
Wbrew temu, co może się wydawać, to nie powieść wojenna czy polityczna (a przynajmniej nie tylko). Historia zagląda tu  znienacka, czasami, w dodatku najczęściej groza łagodzona jest przez filtr pamięci. Narrator posługuje się eufemizmami: jeźdźcy Wschodu, mężczyźni w płaszczach, zaplombowane pociągi towarowe. "Muzeum ziemi ojczystej" to przede wszystkim kreowanie w pamięci utraconego świata (trochę jak w "Panu Tadeuszu"), do którego, jak twierdzi narrator, nie ma powrotu. Bo miejsce bez ludzi, którzy je zamieszkiwali, już nie jest tym samym miejscem. Traci swą magię, wartość i powab. A tych ludzi już tam nie ma. Jedni zginęli na froncie, na statku, w syberyjskiej czy hitlerowskiej niewoli, drudzy umarli, bo przyszedł ich czas, pozostali stworzyli sobie nowy świat, chociaż stale pielęgnują pamięć dawnego. Ale nie wszyscy myślą tak jak Zygmunt. Wielu wierzy, że polskie Mazury to tylko stan przejściowy. Dlatego narrator podejmuje dramatyczną decyzję o spaleniu tytułowego, tak bardzo mu drogiego, muzeum, które udało mu się odtworzyć w nadmorskiej, niemieckiej wiosce (takie samo, odziedziczone po wuju, prowadził w rodzinnym Łukowcu). Muzeum, o które tak dbał i walczył, które tak bardzo bronił przed próbami ocenzurowania i zafałszowania przeszłości.
Znowu się zapędziłam w polityczne rejony. Tymczasem materia tej powieści utkana jest z przedziwnych historii i zdarzeń, wspomnień z dzieciństwa i młodości opromienionych magią, z mazurskich zabobonów, wierzeń i obyczajów, opisów niezwykłego, pięknego świata. Iluż tu dziwaków, szaleńców, niezwykłych, barwnych postaci. Na przykład ojciec narratora, cieszący się sławą domorosły wynalazca leków dosłownie na wszystko (dla przemytników, aby stali się niewidzialni; dla żołnierzy, aby na froncie nie opuściła ich odwaga; na jad żmii). Więźniowie miejscowego zakładu karnego, którzy znają setki fascynujących opowieści. Bezwzględny, okrutny i nieczuły dziadek narratora. Sonja Turk, mistrzyni mazurskiej sztuki tkania gobelinów, a jednocześnie wiedźma. I wielu, wielu innych, których nie sposób tu wymienić. To właśnie sprawia, że ta, w gruncie rzeczy, gorzka powieść ma tak niezwykły urok.
A poza tym stawia Lenz ważne pytania: o patriotyzm i nacjonalizm, o relację między jednostką a zbiorowością, o kompromisy, o odwagę i tchórzostwo, o grzech zaniechania.  Konfrontuje postawy dwóch przyjaciół: stojącego z boku Zygmunta i wiecznego buntownika, odważnego Konniego, który lubi podważać powszechnie wyznawane poglądy i nie boi się postępować w kontrze do obowiązujących trendów, za co nieraz przychodzi mu zapłacić odtrąceniem, zniewagami czy więzieniem. Pokazuje, jak życie plącze ich losy i weryfikuje wyznawane ideały. 
Naprawdę świetna powieść. Tym bardziej warto właśnie teraz zwrócić na nią uwagę, bo wkrótce do kin trafi "Róża" Smażowskiego, film który dotyka podobnej tematyki. Zachęcam do odbycia literackiej podróży do świata, który niby dobrze znamy, ale o jego prawdziwej historii wolimy nie pamiętać. Fascynująca książka!

"Jane Eyre", udana ekranizacja angielskiej powieści.

Trochę przez przypadek, na marginesie, trafiłam na "Jane Eyre", świeżą ekranizację powieści jednej z sióstr Bronte zrobioną przez japońskiego reżysera Carego Fukunagę. Właściwie wybierałam się na Koterskiego, ale recenzje takie sobie, a jako że nie należę do grupy jego wiernych wyznawców, odpuściłam. Pewnie kiedyś przy jakiejś okazji zobaczę. A "Jane Eyre" spadła mi jak z nieba, bo bardzo chciałam wyjść do kina w miniony weekend. No i nie żałuję! Dwie godziny nad wyraz przyjemnie spędzone. Piękne, choć ponure plenery, przytłaczające, kamienne wnętrza zamków, przykuwająca uwagę Mia Wasikowska w tytułowej roli i Michael Fassbender jako pan Rochester (a na dokładkę Judy Dench), trzymająca w napięciu historia (ze wstydem przyznaję, że jakoś nigdy nie przeczytałam powieści; trzeba to będzie nadrobić), trochę grozy, trochę wzruszeń (chociaż ja łzy nie uroniłam, a w kinie przychodzi mi to z łatwością). Czego chcieć więcej? No i bohaterka, nie wiem, czy za sprawą aktorki czy powieści, dość współczesna w swojej stanowczości i zdecydowaniu. Bardzo udana ekranizacja, wcale nie ramota! Polecam, koniecznie w kinie, bo oglądanie tego filmu na małym ekranie telewizora lub komputera to jak lizanie cukierka przez papierek. Jest poniedziałek, kiedy piszę te słowa, a ja nadal z przyjemnością myślę o "Jane Eyre". Pewnie kiedyś obejrzę jeszcze raz.

"Rozstanie", poruszający film z Iranu.

Od czasu "Trzech kobiet", dzięki którym odkryłam irańskie kino i zburzyłam swoje stereotypowe spojrzenie na ten kraj, nie opuszczam żadnego filmu stamtąd, a i książkami na temat Iranu nie gardzę. Dlatego czym prędzej pognałam na "Rozstanie" Asghara Farhadiego, którego świetny film "Co wiesz o Elly" jakiś czas temu można było obejrzeć w kinach. No i nagrody na festiwalu w Berlinie nie były bez znaczenia. "Rozstanie" to film jednocześnie bardzo irański i bardzo uniwersalny. Konflikt przeradzający się w tragedię ma swoje korzenie w muzułmańskiej obyczajowości, ale jest to też opowieść o rozpadzie rodziny, bardzo europejska. Rozwój wydarzeń śledzi się z zapartym tchem, próbując odkryć prawdę. Kto ma rację? Kto mówi prawdę, a kto kłamie i dlaczego? Jak zwykle nie chcę zdradzać więcej, bo wyznaję zasadę, że im się mniej wie, tym większa przyjemność z oglądania. Warto wiedzieć, że należy zwracać uwagę na wszelkie szczegóły i nie uronić nic z toczonych na ekranie rozmów, bo wszystko tu jest istotne. A łatwe to wcale nie jest, bo bohaterowie mówią, często krzyczą, z szybkością karabinu maszynowego, więc napisy śmigają po ekranie. Nie jest to kino wesołe, przeciwnie: przygnębiające i przykre w swojej wymowie, takie, które nie pozostawia widza obojętnym. Ale kto nie szuka w kinie tylko rozrywki, film zobaczyć powinien koniecznie. Tych, którzy już widzieli, zapraszam dalej.

Ta historia w Europie nie mogłaby się tak zdarzyć. No bo z czego wzięło się nieporozumienie, które niespodziewanie  doprowadza do tragedii? Jego źródło odnajdziemy w muzułmańskich obyczajach, w tym, co wypada a czego nie wypada robić kobiecie (właściwie należałoby powiedzieć: co jej wolno a czego nie). Razieh, hołdująca tradycji muzułmanka pochodząca z religijnej , ubogiej rodziny, nie powinna podejmować pracy bez wiedzy męża i to takiej pracy: musi opiekować się starym mężczyzną, a to, jak wiadomo, wymaga od niej przekroczenia zakazanych barier. Kiedy staje przed dylematem: pomóc mu się przebrać czy zostawić w mokrych spodniach do powrotu syna, dzwoni do kogoś po religijną poradę. Pozwolenie pozwoleniem, ale mężowi do tego, gdzie i jak pracuje, przyznać się nie może. Tym bardziej, że jest sfrustrowany kłopotami finansowymi a charakter ma gwałtowny. Razieh znajdzie się w potrzasku: pieniądze są jej i jej rodzinie bardzo potrzebne, a jednocześnie wie, że postępuje źle. Praca, która jest koniecznością, staje się utrapieniem. Wymaga  sporego wysiłku, długich dojazdów, wszędzie musi brać ze sobą swoją małą córeczkę. Kiedy zdarzy się nieszczęście i w wyniku sprzeczki i szarpaniny straci nienarodzone dziecko, skłamie i zrzuci winę na Naadera, którego ojcem się opiekuje. Dlaczego to zrobi? Dla pieniędzy, które może wyłudzić? Ze strachu przed mężem? A może boi się przyznać, że poprzedniego dnia z powodu jej nieuwagi starszy pan wyszedł na ulicę i to właśnie wtedy, kiedy go szukała, potrącił ją samochód? Jest ofiarą czy spryciarą? Boi się czy wykorzystuje swoje nieszczęście? W tym filmie nie ma jednoznacznych rozstrzygnięć. Z jednej strony współczułam jej z powodów, o których już wspominałam, z drugiej trudno dziwić się reakcji Naadera, kiedy zastał nieprzytomnego, związanego ojca leżącego na podłodze. Kiedy Razieh kłamie a kiedy mówi prawdę? Wydaje się, że ona sama gubi się w tym wszystkim. A zatajając prawdę, sprowadza nieszczęście na Naadera.

On też budzi jednocześnie współczucie, zrozumienie i niechęć. Trudno dziwić się jego złości, wszak Razieh o mało nie przyczyniła się do śmierci jego ojca. W dodatku swoim natrętnym zachowaniem jeszcze bardziej wyprowadza go z równowagi i powoduje wybuch niekontrolowanego gniewu. Potem jednak broniąc siebie, kłamie i mataczy, idzie w zaparte, udając, że nie wiedział o ciąży kobiety. Najgorsze jest jednak to, że w swoje sprawy wciąga córkę.

Wątek dzieci wydaje mi się w tym filmie najtragiczniejszy, robi na mnie największe wrażenie. Bo tu wszystko rozgrywa się na oczach dwóch dziewczynek. I mała córeczka Razieh jest świadkiem tego, co się dzieje, i Termeh, wrażliwa, zamknięta w sobie, nieśmiała córka Naadera i Simin zostaje wciągnięta w tragiczne zdarzenia. Smutne oczy obu obserwują  poczynania dorosłych. Termeh kocha ojca, być może jest do niego przywiązana bardziej niż do matki, przynajmniej on tak twierdzi. Kocha też dziadka i Simin. Chcąc ją skłonić do powrotu do domu, zostaje przy ojcu. Już samo rozstanie rodziców jest dla niej tragedią. Tymczasem to dopiero początek nieszczęść. Na jej oczach dokonuje się deziluzja. Termeh powoli zaczyna uświadamiać sobie, że jej ojciec kłamie. Kiedy nieśmiało wypytuje go, czy naprawdę nie wiedział, że Razieh była w ciąży, on brnie dalej. Wciąga swoją wrażliwą córkę w brudny świat dorosłych. Nie zdaje sobie sprawy, jak ją krzywdzi. To naprawdę straszne, kiedy dziecko nagle uświadamia sobie, że jego ukochani rodzice są dwulicowi. Kiedy musi się za nich wstydzić. Kiedy musi brać na siebie konsekwencje burzy, jaką wywołali (wściekły mąż Razieh nachodzi ją w szkole, szkalując jej ojca). Nic dziwnego, że gdy przychodzi jej podjąć decyzję, z kim ma zostać, chce to zrobić bez ich obecności. A oni dopiero wtedy, uświadamiają sobie, do czego doprowadzili. Kiedy z niepokojem oczekują na korytarzu urzędu na to, co postanowiła, wszystko się nagle uspokaja. Razem z nimi trwamy w nieznośnie przeciągającej się ciszy, czekając na to, co zrobi wyrwana z sielanki dzieciństwa Termeh.

Świat pokazany w tym filmie wydaje się matnią, z której nie ma  wyjścia. U początku lawiny zdarzeń stoi decyzja Simin o rozwodzie i wyjeździe z Iranu. Ona ma dość życia tam, nie chce, żeby jej córka dorastała w zniewolonym kraju. Trudno jej się dziwić. Z drugiej strony nie można przejść obojętnie obok argumentu Naadera. On wyjechać nie chce, bo musi opiekować się schorowanym ojcem. Skłonna początkowo stanąć po jej stronie, kiedy zobaczyłam na ekranie starego człowieka, zrozumiałam opór jego syna. A może dla Termeh ważniejsza jest kochająca się rodzina niż wolność? Nikt jej nie pyta o zdanie. Jak rozstrzygnąć ten spór? Kto ma rację? Kiedy rozpęta się piekło, rodzice zafundują tej wrażliwej dziewczynce przyspieszony kurs dorosłości, a jej schorowany dziadek niczym pakunek będzie przewożony z mieszkania do mieszkania. Podobnie jak mała córeczka Razieh, którą matka wszędzie musi zabierać ze sobą.  

Ten film mocno oddziałuje na zmysły. Wwiercają się w mózg smutne spojrzenia bohaterów, szczególnie tych bezbronnych: dzieci i starego człowieka. Uszy drażnione są krzykami i gwałtownymi zachowaniami mężczyzn: Naadera i męża Razieh. Pozostają w pamięci szare, długie, bezosobowe, zatłoczone korytarze urzędów, znużone twarze sędziów czy policjantów. Dla nich to kolejna sprawa, którą trzeba odbębnić, dla skłóconych rodzin konflikt, który niszczy ich życie. Z jednej strony kobiety, dla których noszona chusta jest zniewoleniem, pewnie dlatego zarzucają ją na siebie niedbale, z drugiej inne, które przykrywają się szczelnie, ukrywając jednocześnie prawdę o sobie (dlatego Naader tak łatwo może udawać, że nie wiedział o ciąży Razieh). Gwałtowni, nieobliczalni mężczyźni i wyciszone kobiety, każda zdecydowana w swoim działaniu, chociaż każda w inny sposób. Ile tu oskarżenia systemu, religijnego, opresyjnego państwa, a ile stosunków panujących w rodzinie?

Film z jednej strony przygnębia, męczy, bo taki jest pokazywany na ekranie świat, z drugiej robi niezwykłe wrażenie. Przewiercił mnie na wylot.

"Ki", filmowy debiut Leszka Dawida

Obejrzałam "Ki" Leszka Dawida. Za rolę w tym filmie Roma Gąsiorowska dostała nagrodę na tegorocznym festiwalu w Gdyni. Ale nie tylko dla niej warto wybrać się do kina. Historię zwariowanej, żyjącej z dnia na dzień Kingi, samotnej matki kilkuletniego Pio, śledziłam z dużym zainteresowaniem. Tempo, ruch, obraz, kolor, muzyka, ale przede wszystkim wnikliwy portret bohaterki, a w tle obraz środowiska, w którym się obraca. Idąc do kina, zastanawiałam się, czy film da mi więcej niż to, czego spodziewałam się po kilkakrotnym obejrzeniu zwiastuna pokazywanego przed innymi seansami. Tak się stało. Może myśli płynące z ekranu nie są specjalnie odkrywcze, ale bohaterka, także za sprawą Romy Gąsiorowskiej, na tyle drażni i przykuwa uwagę, że na pewno warto "Ki" zobaczyć. A kto już widział, może przeczytać ciąg dalszy.

Ki drażni i fascynuje jednocześnie. Nie wiem, ile w tym zasługi aktorki a ile konstrukcji samej postaci. Żyje z dnia na dzień, bez pardonu wyręcza się innymi, nie rozumie, że jej sposób bycia może przeszkadzać żyjącym z nią pod jednym dachem współlokatorom. Bałagani i nie sprząta, puszcza głośną muzykę, od tego pożyczy pieniądze, aby tamtemu oddać. Spóźnia się, zawala terminy, wiecznie się spieszy, wykonuje swoją pracę na pół gwizdka. Ma przedziwną umiejętność anektowania dla siebie wszystkiego, co wokół niej. Także ludzi. Beztrosko angażuje ich w swoje życie. Ktoś ma odebrać Pio ze żłobka, ktoś zamienić się z nią  pokojem, ktoś pożyczyć pieniądze. Ona nie prosi, nie żąda. Po prostu dla niej jest oczywiste, że tak można. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że nie obraża się, kiedy jej odmawiają. Odkąd wprowadziła się z synkiem do mieszkania Dor, jednej z przyjaciółek, stale poszerza w nim swój obszar. Dor i Miko, współlokator, z coraz większą bezradnością patrzą na to, co się wokół nich dzieje. Nic dziwnego, że w końcu zdezerterują. Jest bezgranicznie ufna, potrafi powierzyć opiekę nad dzieckiem komuś, kogo przed chwilą poznała, tylko dlatego, że był sympatyczny. Dla niej nie istnieją bariery między ludźmi, nie ma dystansu. Nie czuje niestosowności niektórych swoich próśb. Buntuje się, chciałaby żyć tak beztrosko jak jej przyjaciółki: artystki i feministki, barwne ptaki. One są wolne, ona ma garb: synka. Jak mówi, przygotowując swoją artystyczną wypowiedź, wszystkie problemy kobiet z tego się właśnie biorą.

Nieodpowiedzialna? Beztroska? Tak początkowo myślałam. Sporo w tym prawdy, ale nie cała. Bo z drugiej strony Ki stara się jak może. Pozuje na Akademii, szuka dodatkowej pracy, dba o Pio, jak potrafi, na pewno go kocha. Przychodzi do pracy z dzieckiem, które przeszkadza malującym? Tak, bo nie ma z kim go zostawić. Pożycza pieniądze? Tak, bo jakoś musi nakarmić synka. Prosi Miko, aby udawał jej partnera? Tak, bo w ten sposób może zyskać dobrą opinię w ośrodku pomocy społecznej, a bez zapomóg byłoby jej jeszcze trudniej. Odchodzi od ojca swojego dziecka? Tak, ale czy mogła na niego liczyć? Wcale. To raczej akt odwagi i wyzwolenie niż nieodpowiedzialność. Przykłady można mnożyć. Ki ma rację: jej problemy biorą się stąd, że jest matką. A ani ona, ani tym bardziej Anto, ojciec jej synka, do roli rodziców nie dorośli. Są po prostu niedojrzali. Pytanie, dlaczego mają dziecko, pozostaje bez odpowiedzi. Cóż, pewnie wpadka, a nie świadoma decyzja. Chociaż mogę wyobrazić sobie szaloną Ki, która nagle porwana emocjami i wizją złudną sielankowego macierzyństwa postanawia zostać matką, nie myśląc o konsekwencjach.

Łatwo zwalić winę na Ki. Nieodpowiedzialnie została matką, więc ma za swoje. Ale to nie likwiduje problemu. Jest przecież Pio i to on będzie ofiarą takiego kukułczego wychowania. I tu dotykam sedna. Problem w tym, że Ki może liczyć tylko na siebie. Jeśli dostaje pomoc, to tylko doraźną. Go, kolejna przyjaciółka, przypilnuje dziecko, Miko zagra przed panią z opieki społecznej jej partnera, matka da od czasu do czasu pieniądze, urzędnicy każą jej pójść na terapię, ktoś powie, jak wypełnić papiery potrzebne do sądu. Ale czy tak naprawdę można na nich liczyć? Czy przyjaciółka, feministka, która jedną ręką podsuwa jej sądowe formularze, a drugą wciąga kokę, poradzi jej rzetelnie? Pomoc matki, oprócz finansowej, ogranicza się do uwagi, aby wyszła za mąż za Anto. Nie myśli o tym, że wtedy Ki weźmie sobie na plecy kolejny garb. Terapia okaże się groteską. Zresztą jak mówić o jej skuteczności, skoro za drzwiami płacze Pio pozostawiony pod opieką sympatycznego, ale przypadkowego chłopaka. Obleśny kierownik opieki społecznej swoją pomoc uzależnia od tego, czy Ki będzie z nim sypiać. Jeśli nie, wystąpi  o odebranie jej dziecka. Zamknięty w sobie samotnik, tajemniczy Miko, też nie potrafi się poważnie zaangażować w jej problemy. Ale czy możemy mieć pretensje o to, że nie zakochuje się w Ki i jej dziecku? Tak pewnie stałoby się w słodkim, hollywoodzkim filmie, ale nie tu. No bo czy można kogoś zmusić do miłości? Pytanie retoryczne.

Ki jest przeraźliwie samotna. Serce się ściska, kiedy kamera obserwuje ją z lotu ptaka: kruchą, samotną dziewczynę w pustym, nocnym mieście, zmierzającą do domu, który nie jest domem prawdziwym, tylko przechowalnią samotnych jak ona nieszczęśników. I ostatnia scena filmu: skulona Ki, sama w wielkim mieszkaniu. Nagła cisza nie jest zwiastunem spokoju, ale samotności i bezradności.

Taki jest świat pokazany w tym filmie. Pełno tu życiowych popaprańców, nieszczęśliwców kryjących swoje traumy za maską obojętności, brutalności lub cynizmu. Wszyscy gdzieś pędzą, odbijają się od siebie, ocierają, mijają, ale prawdziwych więzi nie potrafią nawiązać. Relacje między ludźmi są trochę przypadkowe i bardzo powierzchowne. To oczywiście nie jest prawda o całym współczesnym świecie, ale z pewnością o jego części.

Mimo że Ki irytowała mnie bardzo, trudno jej nie polubić, a na pewno trzeba współczuć. Czy jest dla niej jakiś ratunek? Nie wiem.

Martin Pollack "Po Galicji"

Dziś krótko, na marginesie, o książce Martina Pollacka, która nosi długaśny podtytuł O chasydach, Hucułach, Polakach i Rusinach. Imaginacyjna podróż po Galicji Wschodniej i Bukowinie, czyli wyprawa w świat, którego nie ma. (Czarne 2007). Przypomniałam sobie o niej niedawno i nagle zapragnęłam natychmiast przeczytać. Niemało trudu włożyłam, aby ją zdobyć, ale udało się (Jak się przy okazji dowiedziałam, wkrótce ma zostać wznowiona.).
Dzięki autorowi, znawcy literatury słowiańskiej i historii Europy Wschodniej, który wydał kilka książek o tej tematyce, odbyłam i ja bardzo interesującą podróż koleją od Przemyśla do Czerniowiec na Bukowinie, a potem inną trasą do Lwowa. Przeniosłam się w wiek XVIII i XIX, w czasy kiedy Galicja była częścią monarchii austro-węgierskiej. Stereotyp, że ten obszar to kraj biedy, analfabetyzmu, pijaństwa, masowej emigracji za ocean, małych, zabłoconych a latem zakurzonych sztetli okazał się prawdziwy. A mimo to Galicja wykreowana przez autora na kartach książki jest fascynującą krainą zamieszkiwaną przez mieszankę narodowości różnych wyznań, krainą kilku bogatych miast, dzikiej, wspaniałej przyrody.
Wiele tu zaskoczeń. Choćby takie, że w pewnym okresie Galicja była czwartym na świecie producentem ropy, a wydobywano ją w okolicach Drohobycza. Dotąd to galicyjskie miasteczko kojarzyło mi się tylko z Schulzem i jego "Sklepami cynamonowymi". A takich odkrywczych i ciekawych informacji jest tu dużo, dużo więcej. Słowem kolejne spotkanie z nieznanym, kolejne odkrycie. Polecam!

Popularne posty