"Miss Kicki" Hakona Liu. Samotność w Taipei.

Lubię kino skandynawskie i azjatyckie. "Miss Kicki" to dwa w jednym: produkcja szwedzko-tajwańska wyreżyserowana przez norwesko-tajwańskiego reżysera Hakona Liu (matka Norweżka, ojciec Tajwańczyk; wychowywał się na Tajwanie, studiował w Oslo). Akcja filmu toczy się na Tajwanie, głównie w Taipei, gdzie przylatuje ze Szwecji tytułowa Kicki (to imię, które ona wymawia Kiki) razem ze swoim szesnastoletnim synem. Matka i syn w zasadzie się nie znają, bo od czwartego roku życia wychowywała go babcia (dlaczego, nie będę zdradzać). Podróż ma ich niby zbliżyć do siebie, ale zasadniczy powód tych egzotycznych wakacji jest inny. Nie mamy tu do czynienia z filmem wybitnym, raczej takim, który można, ale niekoniecznie trzeba, zobaczyć. Ja obejrzałam go z przyjemnością. To kino budowane na nastroju, nie na akcji. Krótkie, powierzchowne rozmowy, milczenie, gesty i mimika, najwięcej się dzieje między słowami, pozwolę sobie nawiązać do tytułu jednego z moich ulubionych filmów, który znakomicie oddaje ekranową rzeczywistość. Prawdziwą przyjemnością jest obserwowanie Kicki, w tej roli bergmanowska aktorka Pernilla August, i jej syna Wiktora. To film o samotności mocno dojrzałej, niepięknej, zapuszczonej kobiety i jej trudnych, bo właściwie żadnych, relacjach z subtelnym synem. A wszystko na tle szarego molocha, Taipei, którego obraz potęguje niewesoły nastrój. Jeśli ktoś lubi takie kino, polecam. A kto widział, może czytać dalej.

Esencją tego filmu są portrety bohaterów: Kicki, Wiktora i Didi, relacje pomiędzy nimi oraz powierzchowne rozmowy, small talk (to angielskie określenie bardzo dobrze oddaje istotę tego, co z ekranu słychać).

Kicki to mocno dojrzała, niezbyt piękna, raczej zniszczona (papierosy, alkohol), nie najszczuplejsza, fatalnie się ubierająca kobieta, która rozpaczliwie poszukuje miłości, a może po prostu bliskości. Dlatego wpada na raczej desperacki, niż szalony pomysł podróży do Taipei, gdzie mieszka bogaty biznesmen, pan Chang, z którym łączy ją internetowy romans. Owszem, pan Chang napomknął, że ją kiedyś zaprosi, ale ona postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i zrobić mu niespodziankę. Skąd się znają? Czy jest to tylko znajomość internetowa? Czy może spotkali się osobiście, kiedy ona pracowała w Stanach? Tego nie wiemy. Prawdopodobnie to kolejna próba zbudowania bliższej relacji z mężczyzną. Być może nigdy nie przeżyła prawdziwej, wielkiej, szczęśliwej miłości, jest sama, a właściwie należałoby napisać samotna. Wie, czego chce, ale kiedy przychodzi do realizacji planu, po prostu się boi. Każda kolejna próba onieśmiela ją coraz bardziej, czemu zresztą trudno się dziwić: spróbujmy postawić się w jej sytuacji. Patrząc na jej rozpaczliwe wysiłki, jednocześnie żałowałam jej i wstydziłam się za nią. Upokorzenie, jakiego dozna, będzie tym bardziej przykre, że spotka ją w obecności syna, który dopiero wtedy zrozumie, dlaczego matka zaproponowała mu tę egzotyczną podróż, a na miejscu zostawiła właściwie samego, pozwalając snuć się samotnie po Taipei. Onieśmielenie i skrępowanie to stan, jaki towarzyszy jej w tym azjatyckim mieście. Onieśmiela ją szklany, zimny biurowiec, w którym pracuje pan Chang, pełen grzecznych, uprzejmych, ale bezosobowych pracowników. Krępuje hotel, w jakim się zatrzymuje z Wiktorem. Może wstydzi się przed synem, że tylko na tyle ją stać. Nieustannie robi dobrą minę do złej gry, udając, że wszystko jest w porządku. Ale to nieprawda. Kicki jest tak rozpaczliwie samotna, tak desperacko poszukuje bliskości, że gotowa jest flirtować z każdym, kto okaże jej chociaż trochę zainteresowania, nieważne, że najprawdopodobniej jest to tylko uprzejmość wynikająca z roli. Ale porozumienie nie jest możliwe nie tylko ze względu na barierę językową, i Kicki, i właściciel hotelu słabo władają angielskim, ale przede wszystkim dlatego, że przecież niewiele mają sobie do powiedzenia. Rozmowy, jakie toczą, są zdawkowe i konwencjonalne.

Podobnie wyglądają jej relacje z synem. Pewnie go po swojemu kocha, ale po latach nie umie, a może nie chce nawiązać z nim prawdziwego porozumienia. Nie wiemy, dlaczego zostawiła go z babcią, jak często się widywali, dlaczego nie zamieszkała z nim po powrocie do Szwecji. Miałam wrażenie, że Wiktor z jednej strony przeszkadza jej, z drugiej Kicki nie bardzo wie, o czym miałaby z nim rozmawiać. Dlatego pozwala mu samotnie snuć się po tym ogromnym, szarym mieście. Kiedy ona w jakimś po chińsku kolorowym barze próbuje prowadzić powierzchowne rozmowy, on sam je coś w zimnym, bezosobowym MacDonaldzie (?). Dopiero tragedia zbliży matkę i syna. Ona uświadomi sobie, jak jest dla niej ważny, on zrozumie, że jednak mu na niej zależy. Ale i wtedy niewiele będą sobie mieli do powiedzenia. Jej wyjaśnienia i tłumaczenia będą nader powściągliwe. To zresztą moim zdaniem najsłabsza część filmu, najmniej prawdopodobna. Co prawda akcja nagle przyspiesza, ale ja niekoniecznie tego oczekuję. Poza tym takie łatwe i szybkie rozwiązanie problemu wydaje mi się mało prawdopodobne. Dziwi też, że kiedy niebezpieczeństwo zostaje szczęśliwie zażegnane, po wszystkich to, co się stało, spływa jak woda po gęsi.

Równie interesujący jest portret Wiktora. To robiący sympatyczne wrażenie chłopak, wrażliwy, grzeczny, nieśmiały, przynajmniej w kontaktach z matką. Przeżyje wielkie rozczarowanie, kiedy zrozumie prawdziwy cel jej wizyty w Taipei, i odtąd nie będzie potrafił ani chciał być z nią sam na sam. W luksusowym hotelu nad jeziorem, turystyczną atrakcją, będzie od niej za wszelką cenę uciekał. Ten wielki, elegancki hotel jeszcze bardziej obnaży samotność bohaterów. W podłym hoteliku w Taipei przynajmniej można było z kimś porozmawiać, tutaj otrzymuje się tylko  fachową, uprzejmą, ale bezosobową obsługę. Pewnie dlatego Kicki, początkowo zachwycona miejscem, po chwili, samotna w swoim luksusowym pokoju, ze złością obrywa płatki z kwiatka zdobiącego wnętrze.

Bardzo ciekawa jest relacja, jaka łączy Wiktora i Didiego. Początkowo Wiktor wyraźnie się go obawia, próbuje wywikłać się z tej znajomości, ale nie bardzo potrafi i ustępuje osaczającemu go Didiemu. Z czasem staną się sobie coraz bliżsi i to oni najwięcej się o sobie dowiedzą. Może dlatego, że znacznie lepiej znają angielski, a może są siebie po prostu ciekawi. Nie wiemy, czy intencje doświadczonego przez los Didiego są od początku czyste i bezinteresowne. Czy kieruje nim ciekawość i sympatia do nieśmiałego cudzoziemca? Czy też chciał go naciągnąć albo okraść, a z czasem polubił i porzucił ten zamiar? W każdym razie to, co dzieje się pomiędzy nimi potem, wydaje się szczere. Trudno też do końca być pewnym charakteru ich relacji: czy to więź przyjacielska czy homoseksualna, co sugerują niektóre sceny. A może sami do końca nie zdają sobie sprawy z tego, co ich połączyło,  dwóch smutnych, samotnych chłopaków. W zakończeniu filmu widzimy ich spacerujących razem o zachodzie słońca po hotelowym dachu na tle szarego nieba i neonu, podczas gdy samotna Kicki spogląda na Taipei i na nich. Ale może teraz ważniejsze jest to, że pogodziła się z synem i spróbuje odzyskać utracony czas?

Świat w tym filmie wcale nie jest piękny. Brzydkie, zaniedbane i bezosobowe jest szwedzkie mieszkanko Kicki, brzydki jest hotelik, w którym się zatrzymują, brzydkie jest szare, ogromne Taipei. Piękno okazuje się tylko konwencją albo iluzją. Kiedy pan Chang w pierwszej scenie filmu odsłania przed Kicki panoramę miasta, zapiera jej, i nam widzom, dech w piersiach, ale kiedy już znajdziemy się tam razem z nią i Wiktorem, okaże się, że naprawdę wszystko wygląda inaczej. Tylko morze wabi swoim pięknem. Iluzją jest też szczęście, które wydaje się na wyciągnięcie ręki, a w rzeczywistości trudno je osiągnąć. Nawet więź z synem nie wystarcza.

"Miss Kicki" przypomina trochę mój ulubiony film "Między słowami" Sofii Coppoli, tyle że ten pierwszy jest tylko dobry, a ten drugi znakomity. W obu następuje zderzenie kultur, w obu samotni bohaterowie próbują nawiązać ze sobą bliższą relację rzuceni gdzieś w obce, wielkie miasto, w obu nastrój budowany jest milczeniem, mimiką, gestami. Wszystkiego o Kicki dowiadujemy się, obserwując jej miny, zakłopotanie, uśmiechy, ukradkowe spojrzenia, rzucane mimochodem uwagi, sposób, w jaki pali papierosa czy nerwowo obciąga spódnicę. Podobnie jest z Wiktorem, tylko twarz Didiego pozostaje nieprzenikniona. Ten film byłby kolejną banalną opowieścią o samotności i trudzie porozumienia, gdyby nie składał się z tych drobnych obserwacji ludzkich zachowań, z tego, co między słowami. To właśnie dzięki temu jest interesujący.

Ala Al Aswani "Kair. Historia pewnej kamienicy"

Udało się. Zdobyłam "Kair. Historię pewnej kamienicy" Ala AL Aswaniego (Capricorn.Media Lazar 2008). Niedawno pisałam tu o "Chicago", drugiej powieści tego egipskiego pisarza. O obu dowiedziałam się z tej samej audycji radiowej i natychmiast zapragnęłam przeczytać. Ta druga jest dostępna bez problemu, pierwsza nie, bo wydana została kilka lat temu w dodatku przez jakieś niszowe wydawnictwo. No ale udało się i przeczytałam w ciągu kilku dni. Ta powieść jest trochę jak przewodnik: w przystępny i atrakcyjny sposób przedstawia sytuację współczesnego Egiptu (no może niezupełnie współczesnego, bo akcja toczy się w czasie wojny o Kuwejt), ale, jak to w przewodniku, czytelnik dostaje wiadomości naskórkowe. Żeby dowiedzieć się więcej, pełniej, trzeba by sięgnąć po poważniejsze prace. Gdybym jednak przeczytała ją przed rozruchami w Egipcie, na pewno nie byłabym zdziwiona z powodu tego, co tam się wydarzyło.

To pierwsza powieść Al Aswaniego i kiedy przeczyta się obie, widać, że pisarz się rozwija. Stosuje podobną technikę pisarską, podobne zabiegi, ale portrety bohaterów w "Chicago" są zdecydowanie bogatsze i może dzięki temu opowiadane historie robią o wiele większe wrażenie. W jego amerykańskiej powieści czuć smutek, melancholię i, pozwolę sobie na górnolotność, ból istnienia. "Kair", mimo że przedstawia losy bohaterów równie tragiczne oraz ich ciężkie, z różnych względów, życie, nie pozostawia takiego wrażenia, nie wprowadza czytelnika w zadumę, nie porusza na poziomie emocjonalnym, jeśli już to raczej na intelektualnym. Wiem, że muszę im współczuć, pochylić się nad bezwyjściowością ich egzystencji. Warto jednak na pewno sięgnąć po tę powieść choćby tylko ze względów poznawczych. "Chicago" to portrety egipskich emigrantów mieszkających w Stanach, akcja książki, o której piszę tym razem, toczy się w tytułowym Kairze, poznajemy więc ten kraj bezpośrednio, od środka.

Autor zastosował w tej powieści podobny zabieg: bohaterami są mieszkańcy tytułowej kamienicy, zwanej, od nazwiska jej pierwszego właściciela, kamienicą Jakobiana. Budynek znajduje się w samym centrum Kairu przy ulicy Sulejmana Paszy niedaleko słynnego placu Tahrir. Kto zna Kair, być może się zdziwi, bo takiej ulicy na planie miasta nie znajdzie. Nic dziwnego, w roku 1954 przemianowano ją na Talaat Harb, ale większość mieszkańców nadal posługuje się starą nazwą. Budynkowi, jak całemu przypominającemu europejskie metropolie centrum, daleko do dawnej świetności. Za tą świetnością i za minionymi europejskimi czasami, tymi sprzed rewolucji Nasera, tęsknią niektórzy bohaterowie. Szczególnie starzejący się playboy, miłośnik kobiet, wykształcony w Europie inżynier Zaki ad-Dassuki. Zawsze elegancki, szarmancki wobec swoich licznych kochanek, dziś raczej przygodnych, skonfliktowany z siostrą, która chce przejąć jego nie tak znów wielki majątek. W gruncie rzeczy zdaje sobie sprawę, że prowadząc taką lekką, niezobowiązującą egzystencję, przegrał życie. Na starość uświadamia sobie powierzchowność swoich licznych związków, pustkę i samotność. Zeuropeizowany jest też dziennikarz Hatim (jego matka była Francuzką), homoseksualista rozpaczliwie poszukujący stałego partnera. Tęskni nie tyle za uczuciem, ile za stabilizacją. Ma dość upokorzeń związanych z poszukiwaniem kochanka na jedną noc. Ciekawy jesteś, czytelniku tej notki, jak traktuje się gejów w społeczeństwie muzułmańskim (właściwie egipskim, bo każdy kraj muzułmański jest jednak inny)? Otóż i mieszkańcy kamienicy, i pracownicy gazety wiedzą o jego homoseksualizmie i tylko czasem spotykają go z tego powodu drobne złośliwości. Oczywiście Hatim nie obnosi się ze swoimi skłonnościami, ale też ich nie ukrywa. Zaki i Hatim to dobrze sytuowani mieszkańcy pięter kamienicy Jakobiana, ale poznajemy też kilku takich, którzy mieszkają na dachu w blaszanych domkach, a właściwie klitkach, które w czasach świetności pełniły taką funkcję jak nasze piwnice. Dziś żyją tu ubogie rodziny, często są to przybysze ze wsi, a to nędzne lokum jest i tak obiektem zazdrości tych, którym powiodło się jeszcze gorzej. Mieszkańcy dachu stanowią swoistą społeczność: świetnie się znają, wszystko o sobie wiedzą, wspierają, ale i kłócą. Histeryczne, gwałtowne, barwne awantury, które niejednokrotnie kończą się sprowadzeniem przez jednego z uczestników konfliktu skorumpowanych policjantów, są dla europejskiego czytelnika ciekawe przez swoją egzotyczność. Gwałtowność temperamentów to nie tylko cecha ubogich. Podobnie przebiegają kłótnie pomiędzy Zakim a jego wyjątkowo zawziętą i złośliwą siostrą. Ale wróćmy na dach. Któż tam mieszka? Syn stróża, Taha, ambitny, pracowity i zdolny, marzący o dostaniu się do Akademii Policyjnej, co ma pozwolić mu wyrwać się do lepszego świata (ta historia jest najbardziej przewidywalna i stereotypowa). Piękna Busejna, jego ukochana, która musi pracować, aby pomóc owdowiałej matce utrzymać młodsze rodzeństwo. Co złego w pracy? Ano nic, jeśli ceną za jej posiadanie nie jest seksualny wyzysk stosowany przez pracodawcę. Barwną postacią jest Malak, który przebojem zajmuje zwolnioną komórkę. Gotów na każde drobne i większe łajdactwo, świństwo czy oszustwo, byle tylko osiągnąć cel: stałą poprawę swego statusu, stałe powiększanie  majątku. Jest nienasycony w swych pragnieniach. To taki typ, który wyrzucony drzwiami wejdzie oknem i w końcu swoje osiągnie.

Ta galeria postaci, a nie wymieniłam wszystkich, to przekrój egipskiego społeczeństwa. Co szczególnie zwraca uwagę w diagnozie, którą stawia Al Aswani?

Po pierwsze los kobiety całkowicie uzależnionej od zachcianek mężczyzny i jeśli chce do czegoś dojść, a tym czymś w wypadku bohaterek powieści jest po prostu utrzymanie się na powierzchni, musi pogodzić się z seksualnym wyzyskiem i zaakceptować to, że tylko świadcząc drobne usługi seksualne, na przykład swojemu pracodawcy, może coś osiągnąć. Czym różni się druga (czytaj równoległa, na jaką pozwala islam, ale nie pozwala państwo), utrzymywana w ścisłej tajemnicy żona bogatego biznesmena i początkującego polityka Azzama od kochanki, a właściwie utrzymanki? Naprawdę niczym. Na ile taki obraz sytuacji egipskich kobiet jest prawdziwy, a może raczej należałoby zapytać: powszechny? Na pewno są w tym społeczeństwie kobiety wykształcone i samodzielne, ale o nich Al Aswani nie pisze.

Po drugie wszechogarniająca korupcja. Łapówki i haracze, drobne i ogromne, są tu na porządku dziennym. Trzeba je dać, aby zdobyć wolną komórkę na dachu, aby dostać się do Zgromadzenia Narodowego, aby być dobrze traktowanym w szpitalu, aby zostać studentem Akademii Policyjnej. Wydaje się, że bez pieniędzy niczego w tym świecie zdobyć nie można. Na pewno żyje się łatwiej, kiedy jest się dobrze urodzonym, ale to nie rozwiązuje wszystkiego. Lepiej być dzieckiem wysokiego urzędnika państwowego czy bogatego biznesmena niż synem stróża, ale  dopiero pieniądze otwierają wszystkie drzwi.

Po trzecie samowola, skorumpowanie i brutalność policji i służb specjalnych. To swoiste państwo w państwie. Zwykli policjanci mogą uprzykrzyć życie swoją służbistością czy lekko poturbować zatrzymanego. Wszystko jest tak naprawdę kwestią pieniędzy i układów: ten wygra, kto zapłaci więcej albo zna kogoś bardziej wpływowego. Dlatego pewnie policja jest z taką łatwością  wykorzystywana w rodzinnych czy sąsiędzkich sporach. Po prostu wystarczy zapłacić, aby brat czy sąsiad zostali zatrzymani czy choćby postraszeni. Ale prawdziwie niebezpieczne są służby specjalne, które inwigilują społeczeństwo i brutalnie, stosujac najwymyślniejsze tortury, rozprawiają się z protestujacymi studentami czy każdym czynnym przeciwnikiem państwa. Opisy tortur, jakim w więzieniu poddawany jest jeden z bohaterów powieści, są naprawdę przerażające.

Po trzecie stosunek do religii. Wielu bohaterów ma Boga na ustach, ale wydaje się, że są to tylko utarte formułki, które niewiele znaczą. Tak naprawdę żyją, jakby Bóg nie istniał. Nawet niektórzy duchowni są gotowi znaleźć w Koranie uzasadnienie dla każdego działania: czy jest to zmuszenie kobiety do aborcji, czy  udział Egiptu w wojnie o Kuwejt u boku Amerykanów. Inni bohaterowie są po prostu niereligijni. Żadna z głównych bohaterek powieści nie nosi chusty. Nie religia jest tu opresyjna, ale państwo, które toleruje korupcję (a może nawet jej sprzyja) oraz przemoc służb specjalnych, i ludzie. Ciśnie się na usta przysłowie: człowiek człowiekowi wilkiem. Tak jest w tej powieści. Ale gdzieś z boku, pod powierzchnią istnieje  grupa radykalnych muzułmanów, którzy gromadzą wokół siebie młodych, niezadowolonych, pozbawionych perspektyw ludzi z niższych warstw społecznych i szkolą ich w tajnych obozach. Stają się muzułmańskimi męczennikami gotowymi zginąć w walce z niewiernymi.

Cóż, niewesoły to obraz Egiptu, kraju zżeranego przez korupcję, kraju, gdzie trudno o pracę, gdzie wyrwać się z nizin społecznych można jedynie dzięki cwaniactwu i oszustwom, a nie dzięki ciężkiej pracy i ambicji. Kraju, w którym służby specjalne są wszechwładne, gdzie kobieta jest obiektem seksualnego wyzysku. Nic dziwnego, że jedna z bohaterek, młoda dziewczyna Busejna, nienawidzi Egiptu i jej największym marzeniem jest wyjazd gdziekolwiek (no może nie gdziekolwiek). Patriotą okazuje się stary Zaki, ale może dlatego, że pamięta inny, dawny Egipt, za którym tęskni, Egipt sprzed czasów Nasera. Tamten kraj też przecież nie był idealny, ale może lepszy od tego, który jest teraz? Jednak tego, ja, laik, na pewno nie rozstrzygnę.

Siegfried Lenz "Lekcja niemieckiego". Nieoczekiwane odkrycie.

Nie wiem, czy powinnam się wstydzić, ale do niedawna nie miałam pojęcia o

niemieckim pisarzu Siegfridzie Lenzu. I pewnie  tak by pozostało, gdyby nie przypadkowa rozmowa z przyjaciółmi, od których usłyszałam o jego książkach: "Lekcja niemieckiego" i "Muzeum ziemi ojczystej". Nie muszę chyba dodawać, że należą do grona ich ulubionych powieści. To, co powiedzieli, było na tyle zachęcające, że natychmiast postanowiłam przeczytać przynajmniej jedną. Padło na "Lekcję niemieckiego" (Czytelnik 1971),  pożyczyłam i pochłonęłam jednym tchem! Teraz już wiem, że za jakiś czas sięgnę po "Muzeum ziemi ojczystej", a w księgarniach poszukam "Biura rzeczy znalezionych", które wydał stosunkowo niedawno, bo w 2004 roku, też Czytelnik w serii Nike. Teraz przypominam sobie jak przez mgłę, że o tej ostatniej coś słyszałam, zapewne wtedy, kiedy się ukazała. A Siegfrid Lenz? Niewiele udało mi się o nim dowiedzieć. Urodził się w 1926 roku w Ełku (Akcja "Muzeum..." toczy się na Mazurach), po wojnie studiował w Hamburgu i od dawna zajmuje się tylko pisaniem (powieści,opowiadania i dramaty). Wymienia się go obok Grassa i Bolla. W Polsce wyszło zaledwie kilka jego książek. Tyle. A teraz do rzeczy, czyli do "Lekcji niemieckiego".

Akcja tej powieści toczy się na dwóch planach czasowych: w 1954 roku i w latach wojny oraz tuż powojennych. Bohaterem, jednocześnie narratorem, jest dwudziestojednoletni Siegfrid Jepsen, zwany Siggi, który odsiaduje trzyletni wyrok w ośrodku dla trudnej młodzieży znajdującym się na wyspie w dorzeczu Łaby. Ośrodek ten szczyci się nowoczesnymi metodami resocjalizacji. Jeśli po przeczytaniu tych słów, czytelniku tej notki, zniechęciłeś się, gdyż nie jesteś miłośnikiem literatury więziennej o trudnej młodzieży (też nie jestem), to spieszę donieść, że niesłusznie, bo to wbrew pozorom nie taka książka. Być może trochę zmienisz zdanie, jeśli napiszę, iż Siggiego skazano za kradzież obrazów namalowanych przez malarza Maksa Ludwika Nansena. Być może spojrzysz przychylniejszym okiem na "Lekcję niemieckiego", kiedy dodam, że Siggi tak naprawdę nie kradł obrazów, on je ukrywał, aby chronić! Być może stwierdzisz, że warto czytać dalej, jeśli napiszę, że trzon tej powieści stanowią wspomnienia Siggiego z czasów dzieciństwa, które spędził w nadmorskiej wiosce Rigbill w Szlezwiku - Holsztynie (najbardziej wysunięty na północ niemiecki land graniczący z Danią).

Epicka, zmysłowa narracja wspaniale malująca nadmorski krajobraz, codzienne życie mieszkańców tych okolic, barwne postacie, świat uczuć i wyobraźni głównego bohatera to jedna z zalet tej książki. W zasadzie nie ma tu dialogów zapisywanych tradycyjnie, rozmowy toczone między bohaterami wplecione są w mięsistą narrację. Niektóre rozdziały to tylko opisy miejsc i sytuacji. Znakomicie czyta się na przykład opowieść o tym, jak Siggi i jego starsza siostra Hilka wybrali się na wydmy podbierać jajka mewom. Wędrujemy wraz z nimi nadmorską groblą, słyszymy szum morza, krzyki mew, czujemy chłód wody, po której brodzą, i ból zadawany przez dzioby oszalałych ptaków broniących wysiadywanych jajek. Innym razem uczestniczymy w sześćdziesiątych urodzinach jednego z bohaterów. Czujemy smak podawanych ciast, szum wiatru w ogrodzie, słyszymy muzykę wygrywaną na harmonii, porywa nas wartki korowód tancerzy. Osobna przyjemność to zaglądanie do domu i pracowni malarza Maksa Nansena widzianej oczyma kilkunastoletniego Siggiego albo do jego kryjówki w starym, nieczynnym wiatraku, gdzie zaczyna się jego pasja i obsesja gromadzenia, aby ocalić. Nawet wizyta w rodzinnym domu narratora dostarcza wielu doznań. Zapach posiłków, pasty do butów, dźwięk dzwonka telefonu w gabinecie ojca, miejscowego policjanta, brzęk naczyń, pukanie do drzwi, kroki na schodach, skrzypienie starych podłóg. Świat, jakiego zapewne już nie ma. Poświęcam tyle miejsca opisom, bo ich zmysłowość, senualność to niezwykła wartość tej powieści. Ale oprócz tak dokładnego odmalowania świata, w którym żyje narrator, toczy się tu dość wartka akcja, której oś stanowi konflikt pomiędzy ojcem Siggiego, policjantem, a Maksem Nansenem, malarzem. Konflikt spowodowany przez czasy, w jakich przyszło im żyć, i przez niezwykłą obowiązkowość posterunkowego Jensa Jepsena. Wokół tych wydarzeń buduje autor moralne dylematy, jakim muszą stawić czoła bohaterowie.

Jens i starszy od niego Maks znają się od lat, żyją w tej samej nadmorskiej miejscowości, łączy ich rodzaj sąsiedzkiej przyjaźni, jak wszystkich w tej małej społeczności. Przed wielu laty Maks ocalił Jensowi życie, wyciągnął go z kanału, w którym się topił. Mimo tego posterunkowy Jepsen nie waha się wykonać rozkaz swoich przełożonych: ma przekazać malarzowi zakaz malowania wydany przez hitlerowskie władze i dopilnować jego wykonania. Uczestniczy też w konfiskacie obrazów. Spełnia swoje obowiązki z coraz większą pasją, coraz większy mur niezrozumienia wyrasta pomiędzy dawnymi przyjaciółmi. Nawet kiedy wojna się skończy, policjant, który po krótkim pobycie w obozie jenieckim, wróci na swoje stanowisko, będzie obsesyjnie tropił malarza i dybał na jego obrazy. Przynajmniej tak sądzi Siggi, jego syn, dlatego między innymi próbuje je chronić, czyli po prostu zabierać i ukrywać.

Siggi, wrażliwy chłopiec, samotnik, wychowujący się przede wszystkim wśród dorosłych, wnikliwie obserwujący świat wokół siebie, jest zafascynowany malarzem i jego twórczością. Jak już wspominałam, spędza godziny w jego domu i pracowni, obserwując, jak maluje, i słuchając rozmów o sztuce toczonych z wyimaginowanym Baltazarem. Chłopiec jest w potrzasku, bo ojciec próbuje uczynić z niego swojego szpiega: ma donosić, czy malarz rzeczywiście przestrzega zakazu. Konflikt pomiędzy surowymi rodzicami, szczególnie ojcem, obowiązkowym wyznawcą panującego w Niemczech porządku, a ich dziećmi Siggim, Hilką, która już po wojnie pozuje Nansenowi do jednego z obrazów, i Kaasem, który nie chce służyć w wojsku i dlatego okalecza się a potem wielokrotnie ucieka, stanowi istotny problem tej powieści. Gertruda i Jens uważają, że ich dzieci okryły się hańbą, szczególnie Kaas, dlatego ojciec nie zawaha się go zadenuncjować (spełnia przecież swój obowiązek), a po latach wyrzuci z domu. Hilka i Siggi świadomi, że rodziców wymienić nie można, chociaż najchętniej tak by zrobili, marzą o tym, aby wyjechać, odciąć się od domu rodzinnego. Ale jak się okazuje, nawet jeśli się to uda, to i tak nie można zapomnieć. Paradoksalnie więc pobyt w ośrodku dla trudnej młodzieży jest dla Siggiego wybawieniem. Dokąd ma pójść, kiedy znowu będzie wolny? To pytanie sobie zadaje.

Mimo że znaczna część akcji tej powieści toczy się w latach wojny, to jej okropności w zasadzie omijają ten nadmorski zakątek. Do Siggiego docierają tylko echa wojennych zdarzeń. Wieczorem obowiązuje zaciemnienie, czasem przelatują brytyjskie samoloty, mówi się o zestrzelonych spadochroniarzach, mąż sąsiadki tkwi gdzieś pod oblężonym Leningradem. Nie ma wystrzałów, frontu, łapanek, tortur, kwestii żydowskiej. A  zakończenie wojny opisane jest wręcz groteskowo. Ale mimo że prawie nieobecna wojna powoduje moralne konflikty, rozpad więzi rodzinnych i przyjacielskich, upadek, ale i niezłomność. Jest probierzem: teraz widać, kto jest cichym bohaterem, a kto w imię obowiązku poświęci syna i przyjaciela. Nie dzieje się nic nadzwyczajnego, wszystko jest takie banalne, małe, ale w tej codzienności rozgrywają się dramaty, wprawdzie nie o wymiarze historycznym, lecz ludzkim, zwyczajnym. Ta powieść pokazuje, jak możliwe jest zło, jak się rodzi z poczucia obowiązku, ze ślepego wykonywania rozkazów, z bezmyślności. Jens nie widzi nic zdrożnego w tym, co robi. Gdyby znalazł się w innym miejscu, bez mrugnięcia powieką spełniałby inne obowiązki: torturował, rozstrzeliwał, nadzorował transporty jadące do Auschwitz, wpychał Żydów do komór gazowych. Tutaj tylko pilnuje zakazu malowania, konfiskuje obrazy i ściga własnego syna.

Mimo urody zrekonstruowanego świata to powieść gorzka. Pokolenie rodziców odpowiedzialne za faszyzm i wojnę, po krótkiej kwarantannie wraca do swoich obowiązków, a pokolenie ich dzieci skrzywione przez wojenne dzieciństwo trafia do ośrodków dla trudnej młodzieży, jak Siggi czy jego kolega z pokoju, Kurt, specjalizujący się w aktach przemocy. Z drugiej jednak strony to powieść mądrze optymistyczna. Taka jest lekcja, jakiej udziela zrozpaczonemu Siggiemu malarz Nansen. Niczego nie tracimy bezpowrotnie, bo to, czego dokonaliśmy, co zgromadziliśmy, nawet utracone, pozostawia w nas jakiś ślad.  Cóż, w życiu od czasu do czasu coś tracimy i nie pozostaje nam nic innego, jak pogodzić się z tym. Zawsze możemy zacząć od nowa. Jak malarz, który zdaje się ze stoickim spokojem przyjmować wyroki losu i dalej robi swoje.

Warto zadać sobie trud i poszukać "Lekcji niemieckiego", a potem zanurzyć się w świecie wykreowanym przez Siegfrida Lenza. Namawiam!



"Erratum" Marka Lechkiego. Zobaczcie koniecznie!

Obejrzałam właśnie "Erratum" Marka Lechkiego okrzyknięte przez niektórych krytyków najlepszym filmem zeszłorocznego festiwalu w Gdyni (otrzymał nagrodę za debiut).Czy jest lepszy od "Matki Teresy od kotów" i "Chrztu"? Trudno mi rozsądzić. Sztuka to nie sport, nie da się zmierzyć czy zważyć. Na pewno trzeba koniecznie zobaczyć wszystkie trzy (jeśli ktoś tamtych dwóch jeszcze nie widział, wszak miały swoją premierę jesienią). "Erratum" nie opowiada o tak dramatycznych zdarzeniach jak tamte filmy i dlatego, mimo raczej powolnej, melancholijnej narracji, może spodobać się liczniejszej widowni. To historia trzydziestokilkuletniego Michała Bogusza (znakomicie granego przez Tomasza Kota), który przez splot okoliczności zmuszony jest spędzić kilka dni w swojej rodzinnej miejscowości. Przed laty właściwie uciekł stąd od ojca. Wyjechał, aby spełnić marzenia. Teraz chcąc nie chcąc, wraca do swojej młodości. Musi stawić czoło ojcu i dawnemu przyjacielowi. Ale nie tylko. To taki film, w którym akcja jest niespieszna, kamera przygląda się bohaterom, zatrzymuje się na ich twarzach, chwyta ulotne chwile, codzienność. To, co mogłoby być dramatyczne, jest po prostu zwyczajne. Potencjalna tragedia rozmywa się. Dlaczego? Tego zdradzić nie mogę. Sporo tutaj ładnych filmowych metafor, kilka magicznych scen. Także dlatego miałam naprawdę dużą przyjemność z oglądania "Erratum". Zachęcam. A dla tych, którzy już widzieli, jest jak zwykle ciąg dalszy.

Szłam z dużymi nadziejami, ale kiedy oglądałam początkowe sceny, trochę się najeżyłam. Pomyślałam, że znowu zapowiada się wysoce artystyczny film, nad którym rozpływają się krytycy, a zwykły widz czuje się nabity w butelkę. Kto widział na przykład "Palimpsest" Niewolskiego czy "Dotknij mnie" duetu Jadowska i Stankiewicz, ten wie, o czym mówię. Przerost formy nad treścią. A ponieważ ostatnio dałam się wpuścić aż dwukrotnie w takie filmowe maliny, tym bardziej byłam zła. O nie, znowu, już  chciałam zakrzyknąć (w duchu), kiedy niedobre wrażenie na szczęście prysnęło. "Erratum" okazało się prostą historią, niespiesznie opowiedzianą, ale bardzo ludzką, prawdziwą i niewydumaną, a przy tym zachwycającą filmową kuchnią.

Zacznę od powrotu do przeszłości, który zmusza Michała Bogusza do zrobienia życiowego bilansu. Wcale jednak nie jestem pewna, czy to najważniejszy wątek tego filmu, ale o tym za chwilę. Michał jest skłócony z ojcem. W chwili złości, nie mogąc przebić się przez jego milczenie, obojętność czy wrogość, wykrzyczy, że  wyjazd z rodzinnego miasta to nie tylko chęć spełnienia muzycznych marzeń, ale przede wszystkim ucieczka od niego. Dlatego, kiedy powinęła mu się noga i nie dostał się na Akademię Muzyczną, wybrał gównianą, jak mówi, trzyletnią rachunkowość, byle tylko zaczepić się z dala od domu, byle nie wracać. Dlaczego? Tego się nie dowiemy. Ale prawdopodobnie nie było to nic wielkiego, ot, zwykły konflikt, niechęć do rodzinnego domu. A może w grę wchodził stosunek ojca do matki? Michał nie bardzo ma ochotę spotkać się z ojcem, ale dwukrotnie odwiedza grób matki. Może to jest trop? Jak długo nie był w domu? Nie wiemy. W każdym razie jest zawzięty, nie chce wyciągnąć ręki do zgody i kategorycznie odrzuca propozycję żony, aby zaprosić dziadka na zbliżającą się komunię wnuka. Czy milczenie ojca to tylko, jak przed chwilą napisałam, obojętność i wrogość? A może pretensje o wybór drogi życiowej? A może także żal o to, że zostawił go samego, że się nim nie interesuje, nie pomaga (gdzieś mimochodem dowiadujemy się, że długo chorował; widzimy, że porusza sie o kulach)? Ojciec spędza całe dnie przed telewizorem w zaniedbanym, wymagającym remontu mieszkaniu. Tu kolejne pytanie: dlaczego nie remontuje? Nie stać go? Nie ma sił? Czy mu po prostu nie zależy i dlatego nie zwraca uwagi na bylejakość swojego życia? Przecież w pewnym momencie mówi do syna, który walczy z zatkanym odpływem wanny, że następnego dnia wezwie fachowców. Więc może o to chodzi? Może Michał uciekł od tej bylejakości, od marazmu?

Co osiągnął? Nie spełnił swoich marzeń, nie został muzykiem. Pracuje w biurze rachunkowym, mieszka w zwyczajnym, dość zgrzebnym mieszkaniu, jego stosunki z żoną nie wydają się zbyt serdeczne. Elegancka marynarka, krawat to tylko pozory, wypasiona bryka, którą jeździ po swoim rodzinnym mieście, jest samochodem szefa. Od pierwszych scen filmu widz zdaje sobie sprawę, że ogląda człowieka rozczarowanego, zmęczonego, niezadowolonego ze swojego życia. Inaczej rzecz ma się ze Zbyszkiem, przyjacielem z lat młodości, z którym przyjdzie się Michałowi skonfrontować w rodzinnym mieście. Ich pierwsze spotkanie myli. Michał zbywa Zbyszka jak pierwszego lepszego kumpla z klasy czy z podwórka. To on, w marynarce, w krawacie i w eleganckim samochodzie, może wydawać się królem życia na tle kolegi w drelichowej kurtce, idącego piechotą. Jest jednak odwrotnie: to Zbyszek spełnił swoje marzenia, pozostal wierny ideałom młodości. Przede wszystkim nadal gra w zespole założonym niegdyś przez Michała, koncertuje, żyje na luzie, imając się dorywczych prac, co nie wydaje się przeszkadzać jego uśmiechniętej żonie. Ma mieszkanie, które remontował przez trzy lata, ale jest zadowolony. Teraz już rozumiemy, dlaczego Michał z taką niechęcią i pozornym lekceważeniem odniósł się do zaproszenia na koncert zespołu. Idąc tam, musiałby się zmierzyć z własnym rozczarowaniem, zazdrością i niewygodną prawdą, że wyjeżdżając, zdradził przyjaciela. Okazuje się, że ucieczka niekoniecznie musi byc lepsza. Marzenia można spełniać gdziekolwiek, jeśli tylko się chce, jeśli tylko pozostanie się wiernym sobie i nie pójdzie z życiem na kompromisy.

Michał, zmuszony przez okoliczności, pozostanie w swoim mieście kilka dni, co każe mu skonfrontować się ze swoimi marzeniami, zastanowić nad sobą, swoimi relacjami z ojcem i przyjacielem. Musi dokonać życiowego bilansu, posprzątać w swoim życiu. I tu chciałabym się na chwilę zatrzymać nad filmową kuchnią, nad kilkoma metaforami, które tak ładnie zagrały w tym filmie. Po pierwsze otwarta, zepsuta skrzynka na listy. Kiedy niedługo po przyjeździe przechodzi obok niej, zmierzając do mieszkania ojca, po prostu odnotowuje z niechęcią to, że nie da się jej zamknąć. Potem, po kilku dniach, pochyla się nad nią i zamyka. Porządkuje, bo uporządkował swoje życie. Piękna jest ostatnia scena: puka do drzwi mieszkania ojca, jakby używał jakiegoś szyfru, może z dzieciństwa, ale tym razem nie odpowie mu wroga cisza. Ojciec odpowie pukaniem, uśmiechnie się łobuzersko. Grzechy są ci odpuszczone, zdaje się mówić. Obaj znajdują się po przeciwnej stronie drzwi, które nieodparcie kojarzą się z konfesjonałem. Kolejna piękna scena: Zbyszek, policjant, leśniczy i Michał stoją przed drewnianą, płonącą wieżą, miejscem ważnym dla obu przyjaciół. To tu w młodości przychodzili pogadać, może palić pierwsze papierosy. To stąd przepędzał ich groteskowy leśniczy, który niewiele zmienił się od tamtego czasu. Teraz ma komórkę, przez którą może wezwać policję czy straż. To tu przychodzą teraz pogadać, zastanowić się, pomilczeć. To tu odradza się ich przyjaźń. I kiedy policjant każe im wsiąść do samochodu, Michał prosi o chwilę, aby mogli jeszcze popatrzeć na płonącą wieżę. I stoją tak we czterech zafascynowani tym widokiem. Ileż poezji jest w tej scenie (wybacz, drogi czytelniku tej notki, egzaltację, ale innych słów tutaj nie znajduję). Kolejna metafora: właściciel warsztatu. To on, niczym demiurg, sprawia, że Michał musi pozostać w mieście kilka dni. Każe mu czekać na zderzak. Dajmy mu się  wykazać, powie o spóźniającym się dostawcy, kiedy zniecierpliwiony Michał chce szukać zderzaka  w sklepach. Jakby  dawał mu czas i szansę na pogodzenie się z ojcem, o którym stale wspomina. Jakby rzucanymi w pozornie zwyczajnej rozmowie uwagami, pragnął go zmusić do refleksji nad życiem. I tak się dzieje. Michał dokonuje życiowego bilansu i wyjedzie z miasta pogodzony ze sobą, z ojcem, z przyjacielem, zaprzyjaźniony z psem, którego wiezie na siedzeniu samochodu. Co zrobi dalej? Może coś zmieni (prawdopodobnie stracił pracę, więc będzie impuls do zmian)? Czy się uda? Ważne, że spróbuje.

I ostatnia sprawa, o jakiej chcę jeszcze wspomnieć. Być może najważniejszym wątkiem filmu, a przynajmniej równie istotnym, jest wypadek samochodowy, który Michał spowodował, i śmierć bezdomnego człowieka. To dlatego musi pozostać w mieście dłużej, niż zamierzał. Ta sprawa go zmieni. Porządkując historię bezdomnego, porządkuje przy okazji swoje życie. Początkowo Michał nie zamierza się do niczego przyznać, zawiadamia tylko pogotowie i gdyby nie obawa, że policja dotrze do niego, bo na miejscu została jego komórka, pewnie nie rozmawiałby potem z policjantem, który słucha w radiu koncertu swojej córki (kolejna symboliczna scena!). Relacjonując żonie przez telefon, co się stało, przyznaje, że ta sprawa nie zrobiła na nim szczególnego wrażenia. Jest tym nawet zdziwiony. Przecież ludzie mówią o wstrząsie, a on nic takiego nie czuje. To jeszcze jedna przykra prawda, jakiej się o sobie dowiaduje. Może jest tak dlatego, że ofiara to bezdomny? Z tego samego powodu policjant też ją bagatelizuje. Michał był trzeźwy, jechał prawidłowo, tamten był pijany, wtargnął pod samochód. Cóż, co można było zrobić! A że człowiek to bezdomny bez tożsamości, a więc nikt, nie będzie sprawy. Nie ma kogoś, kto by się o niego upomniał. To prawie tak, jakby Michał przejechał psa! Pewnie dlatego nie będzie też kary. W którym momencie postanawia przywrócić zmarłemu tożsamość, a jednocześnie godność? Czy wtedy, kiedy spotyka ojca handlującego starzyzną? Czy kiedy widzi, jak zgniata puszki po piwie? Czy wtedy zrozumiał, jak niewiele trzeba, żeby człowiek stał się nikim dla świata? Stracił swoją przeszłość, swoje życie? Czy uświadomił sobie, że jego ojciec może za jakiś czas też stać się takim nikim? Stopniowo, z uporem Michał odgrzebuje pamięć o zmarłym. Dzięki jego staraniom to już nie anonimowy NN, teraz stoi za nim jakaś przeszłość. Jest już imię, nazwisko, zawód, rodzina, zainteresowania, dom, tragedia, konflkit i alkohol. Banalna (w wymiarze społecznym) i niebanalna (w wymiarze prywatnym) droga od statecznego ojca, męża, nauczyciela historii do anonimowego bezdomnego, alkoholika, wyrzutka, człowieka poza nawiasem. Dzięki Michałowi ten bezdomny mężczyzna odzyska swoje człowieczeństwo. Będzie miał krzyż na grobie, niesamotny pogrzeb. Nawet syn, mimo że początkowo o ojcu nie chce słyszeć, przychodzi jednak na jego grób. Tylko ksiądz nie dotrze. Tak, teraz Michał może spojrzeć sobie w oczy. Czy to, co zrobił, nie jest ważniejsze od kary, którą powinien ponieść? A może istotne jest i jedno, i drugie?

To tyle, choć na pewno mogłabym się jeszcze wgłębiać w szczegóły i analizować "Erratum" dalej, tak dużo w nim treści, wątków, metafor. Świetny film i mądrze optymistyczny. Choć daje nadzieję, kończy się krzepiąco, nie ma tu, na szczęście, banalnego happy endu. Za to jest o czym pomyśleć i czym się zachwycić.

"Ruta Tannenbaum" Miljenko Jergovicia. Wyprawa na Bałkany.

Książka chorwackiego pisarza Miljenko Jergovicia "Ruta Tannenbaum" (Czarne 2008)

chodziła za mną od dawna. Po raz pierwszy usłyszałam o niej jakieś dwa lata temu przy okazji Nagrody Angelusa (nagroda dla pisarza z Europy Środkowo-Wschodniej przyznawana we Wrocławiu). Chciałam kupić, ale zawsze przegrywała z innymi, wreszcie wypadła z pamięci. Aż tu nagle jakiś czas temu zobaczyłam ją przypadkowo w księgarni: jeden samotny egzemplarz, lekko sfatygowany. Chodziłam wokół niej jeszcze trochę, ale książka cały czas była, jakby na mnie czekała, więc w końcu kupiłam. Na półce-poczekalni leżała krótko (niektóre nabytki kilka miesięcy muszą czekać na swoją kolejkę, rekordzistki nawet dłużej), no i nie żałuję. To bardzo dobra, mądra, poruszająca powieść, znakomicie napisana.

Akcja, umieszczona w Zagrzebiu, rozpoczyna się w latach trzydziestych zeszłego wieku, a kończy w roku 1943. Bohaterką jest nie tylko tytułowa Ruta, chorwacka Shirley Temple, ale także jej rodzice: Ivka z domu Singer i Moni, biedny Moni, który ma tyle rozumu, ile szafranu w kaszy biedaka (ta fraza w kontekście wielu bohaterów powtarza się w powieści wielokrotnie), ojciec Ivki, Abraham Singer, sąsiedzi Amalija i Rado, i wielu, wielu innych. Jedną z charakterystycznych cech tej książki jest gawędziarski, często dowcipny i lekki ton, miejscami ironiczny. Jak to w gawędzie bywa, narrator od głównej opowieści ucieka w dygresje i snuje historie wielu barwnych postaci. Niektóre z nich goszczą na kartach powieści tylko przez chwilę, inne trochę dłużej, a jeszcze inne znikają, aby powrócić. W ten sposób poznajemy służące, drobnych rzezimieszków, wyrachowanych morderców, kupców, lekarzy i ich pacjentki, aktorów, reżyserów, śpiewaków operowych i kogo tam jeszcze. Nie należy się przejmować, że ci epizodyczni bohaterowie giną w odmętach czytelniczej pamięci. Jest tak jak w życiu: ktoś nam o kimś opowiada, a my po jakimś czasie zapominamy. Momentami powieść przypomina baśń, a to dzięki powtarzalności pewnych fraz (choćby tej o szafranie w kaszy biedaka) i użyciu struktur typowych dla tego gatunku ("Wysłuchała jej Amalija i ..."). Podobnie z zakończeniem: jest jedno, ale różni się w szczegółach, jak baśń ma różne warianty. Od początku, wiemy, co stanie się z główną bohaterką i jej rodzicami, ale końcowa wersja, ta z ostatnich stron jest nieco inna. Ale jeśli to baśń, to bardzo gorzka i smutna, bo historia chorwackich Żydów z tamtych lat (a uważny czytelnik na pewno rozpoznał żydowskie nazwiska), nie może być wesoła. Zresztą nie tylko o Żydów tu chodzi, ale o odwieczne konflikty targające bałkańskimi narodami. Jergović krytycznie przygląda się swoim rodakom, pokazując ich okrucieństwo, tchórzostwo i hipokryzję.

Kiedy akcja powieści się rozpoczyna, Zagrzeb, biały Zagrzeb, jest częścią powstałego po rozpadzie monarchii austro-węgierskiej Królestwa Jugosławii ze stolicą w Belgradzie. Mieszka tu wiele narodów: Chorwaci, Serbowie, Bośniacy, Niemcy, Żydzi i Cyganie, którzy pozornie żyją zgodnie, ale nienawiść do Serbów i pogardę dla Żydów niesie ze sobą język obnażający prawdziwe emocje. Kiedy wybuchnie wojna, długo wydaje się, że nie będzie dotyczyć tego krańca kontynentu europejskiego. A nawet jeśli, to co złego  się stanie? Żydzi nie wierzą w zagrożenie. Ivka może uratować siebie i swoją rodzinę, ojciec ofiarowuje im pieniądze na wyjazd do Ameryki, ale lekceważą to, co dzieje się już w Europie. Bo  Hitler, Niemcy są z perspektywy Zagrzebia czymś odległym, niegroźnym, nieistotnym. I w pewnym sensie tak właśnie jest, bo prawdziwym zagrożeniem są Chorwaci, chorwaccy ustasze, którzy podnoszą głowy, kiedy w wyniku zawieruchy wojennej rozpadnie się Królestwo Jugosławii i powstanie Niepodległe Państwo Chorwackie. A wtedy do obozu w Jasenovcu towarowe pociągi będą wywozić nie tylko Żydów, ale także Serbów czy Cyganów. To ustasz, nie hitlerowiec, poderżnie gardło swojemu ziomkowi niczym jagnięciu (dosłownie!) tylko dlatego, że jest Żydem. To ustasze będą polować na Żydów, a porządni obywatele będą udawać, że tego nie widzą. Żyd zrobi się przezroczysty, przez jego wątrobę czy śledzionę można spojrzeć na wystawę eleganckiej cukierni. Ruta, chorwacka Shirley Temple, tak niedawno uwielbiana przez zagrzebskie środowisko teatralne i mieszczańską publiczność odwiedzającą teatr, po wybuchu wojny stanie się dla nich wszystkich niewidzialna, będzie powietrzem. Podobnie jej matka i ojciec. I jedyny miłosierny gest, na jaki będzie stać jednego z aktorów, który jeszcze niedawno nosił Rutę na rękach, to ofiarowanie żebrzącej Ivce bochenka chleba. Bez uśmiechu, bez słowa, w pośpiechu, tak, żeby przypadkiem nikt nie zauważył. Ustasze robią swoje, a zwyczajnym obywatelom wygodniej jest nie wiedzieć, co dzieje się z żydowskimi sąsiadami, którzy są zabierani z domów czy z ulic. Wygodniej uwierzyć, że w towarowych pociągach, które jadą do Jasenovca, przewożeni są niebezpieczni bandyci.

Ale relacje międzyludzkie nie są w tej powieści czarno-białe. Przyglądamy się im, śledząc sąsiedzkie kontakty między rodziną Tannenbaumów, chorwackich Żydów, i ich sąsiadami z sutereny: Amaliją i Rado Morinjami. Ivka to córka bogatego, żydowskiego kupca, jej mąż, cichy nieudacznik Moni, jest drobnym urzędnikiem, na Amaliji ciąży piętno wariatki (przeszła depresję po śmierci jedynego syna; kiedy krzyczy, z okien okolicznych domów spadają doniczki), Rado pracuje jako zwrotniczy, w dodatku nie w Zagrzebiu, ale w jakiejś małej miejscowości. Ich relacje zmieniają się w zależności od tego, kto jest górą. Początkowo niby poprawne, ale w gruncie rzeczy nacechowane strachem, wzajemnymi uprzedzeniami i pogardą. Jeśli Ivka i Moni godzą się wyświadczyć Amaliji przysługę, robią to nie z dobrego serca, lecz z obawy przed atakami jej złości, przed obmową. Kiedy ich kilkuletnia córka odniesie teatralny sukces i stanie się ulubienicą Zagrzebia, Ivka i Moni obrosną w piórka i odwrócą się od sąsiadów z sutereny, bardzo ich raniąc, szczególnie Amaliję przywiązaną do małej Ruty jak do własnego dziecka. Ale potem role jeszcze raz się odwrócą. To oni będą błagać o uwagę i pomoc. Bezskutecznie. Nikt nie otworzy im drzwi. A Rado, który przystąpi do ustaszów, nie przejmie się tragicznym losem Moniego. Podobnie Amalija. Ludzki odruch współczucia natychmiast odrzuci, wyliczając przyczyny, dla których Żydzi mają zostać ukarani ("Będą pokutować, bo swoje postne chleby miesili z krwią zabitych chorwackich dzieci. Będą pokutować, bo za pośrednictwem swych banków wpędzali ludzi w biedę, ojcom wyrywali chleb z rąk, a matki zmuszali do skakania z dachów z dziećmi w objęciach. ... Będą pokutować Żydzi, bo Żydzi innym czynili zło ... .). Odżyje tłumiona nienawiść, uprzedzenia i przesądy. Podobnie zachowają się inni sąsiedzi.

Powieść Jergovicia to również wspaniałe studium charakterów. Wszystkie postacie, o których tu wspominałam, łącznie z Rutą, są znakomicie scharakteryzowane. W ciągu tych ponad dziesięciu lat zmieniają się, niestety niekoniecznie na lepsze. Niektórzy, jak Moni, kryją swoje tajemnice, prowadzą podwójne życie (nie, nie takie, jak sobie w tym momencie, drogi czytelniku tej notki, wyobrażasz). Mają swoje marzenia, a najważniejszym z nich, wspólnym dla wszystkich, jest być kimś innym, lepszym, ważniejszym. Jeśli się to niektórym nawet udaje, to tylko na chwilę. Wszak szczęście na pstrym koniu jeździ. Wszyscy też, i to bardzo smutna konstatacja, są zdolni do zła. Okoliczności, przypadkowy splot wydarzeń, poczucie siły sprawiają, że nagle są gotowi krzywdzić, ranić, poniżać a nawet zamordować. I, powtarzam jeszcze raz, dotyczy to wszystkich, nawet małej Ruty zepsutej przez teatralne sukcesy.

I na koniec wspomnę jeszcze o czymś, co wywarło na mnie szczególne wrażenie. To opis starości, choroby i umierania ojca Ivki, Abrahama Singera. Jest na tych kilku czy kilkunastu stronach przejmująca prawda o końcu ludzkiej drogi. Jest bezradność, fizjologiczne poniżenie, zdziwienie, że szczęśliwe życie tak szybko minęło, a to, co teraz, wlecze się niemiłosiernie, jest niezgoda na to, co się dzieje, bunt, złorzeczenie Bogu i kurczowe trzymanie się resztek życia mimo wszystko. Przejmujące.

Naprawdę świetna powieść odkrywająca to, co nieznane albo znane słabo. Jedna z tych, których nie zapomnę. Na pewno kiedyś jeszcze do niej wrócę. A na półce-poczekalni leży inna książka Jergovicia, za którą wkrótce się wezmę z przyjemnością i nadzieją, że będzie równie dobra. A jakby tego było jeszcze mało, to w maju wychodzi kolejna wydawana przez Czarne. Namawiam: koniecznie sięgnijcie po "Rutę Tannenbaum"!

Filmowe remanenty. "Młyn i krzyż", "Razem i osobno", "Hiszpański cyrk"

Dziś inaczej niż zwykle będą, z kilku powodów, filmowe remanenty. Po pierwsze dlatego, że film, o którym chciałam napisać, zawiódł mnie kompletnie i, poza kilkoma zdaniami, nie jest wart żadnej wzmianki. Trudno też na siłę snuć rozważania na jego temat. No po prostu nie ma o czym! Po drugie nie skończyłam jeszcze fascynującej powieści, którą właśnie czytam, więc o niej dopiero w tygodniu. Po trzecie inna książka, którą przeczytałam, też niespecjalnie jest warta uwagi, mimo że jej autorem jest noblista, więc i o niej nie napiszę. Po czwarte widziałam ostatnio dwa filmy, które koniecznie trzeba  zobaczyć, a ponieważ z różnych względów nie podzieliłam się wrażeniami od razu, więc robię to teraz w takiej okrojonej formie. Ale do rzeczy.

Pierwszy z nich to "Młyn i krzyż" Lecha Majewskiego. Nie powiem, żebym była znawczynią twórczosci tego reżysera. Widziałam poprzednio tylko jeden jego film "Ogród rozkoszy ziemskich". Zafascynowała mnie ta opowieść o miłości i śmierci osadzona w Wenecji i mocno związana z obrazem Bosha. Zaraz potem przeczytałam nawet powieść Majewskiego "Metafizyka", która stała się kanwą dla scenariusza. Też z przyjemnością (to złe słowo, bo to książka o śmierci). Na "Młyn i krzyż" poszłam nie dla reżysera, lecz, jak poprzednio, z powodu tematu. Tym razem Majewski ożywia obraz jednego z moich ukochanych malarzy Petera Bruegla "Droga krzyżowa". To fascynujące przeżycie! Reżyser wybiera sobie dwanaście postaci z obrazu i śledzi, a raczej dopowiada, ich losy tuż przed i tuż po scenie, w jakiej malarz uwiecznił je na obrazie (akcja filmu, jeśli można mówić o akcji, trwa dobę). Oprócz tego wprowadza na ekran samego artystę i jego marszanda, którzy opowiadają o akcie tworzenia (Bruegel) i o tym, co dzieje się wokół, a co ma wpływ na powstanie obrazu (marszand). W filmie pada niewiele słów, warstwa dźwiękowa to głównie odgłosy: chrzęst mechanizmu młyna, płacz, turkot kół, stukot młotka przybijającego gwoździe do krzyża, dziecięcy śmiech, głosy ptaków, śpiew, kroki tańca i wiele innych. Najważniejszy jest tu oczywiście obraz i metafizyczna refleksja. Reżyser wyławia z malowidła pojedyncze sceny, często takie, których na pierwszy rzut oka widz kontemplujący obraz nie dostrzega, i pokazuje ich kulisy. Wprowadza nas do miasta widocznego na dalekim planie, do fascynującego wnętrza młyna, do lasu, przygląda się tańczącym też gdzieś w odległym planie. Przewijają się również przed nami twarze, wnętrza i sceny nie tylko z obrazu, ale zawsze z Breugla. Poznamy na przykład rodzinę malarza, jego żonę zajętą codziennymi obowiązkami i gromadkę dzieci. Gdy on rozważa tajemnicę życia, śmierci, cierpienia i czasu, ona przewija, gotuje, sprząta. W tym samym momencie dzieją się sprawy podniosłe i zwyczajne. Tak jak na obrazie: gdy jedni się bawią, inni cierpią. Scena ukrzyżowania nie jest wcale centralną sceną dzieła, można jej nawet nie zauważyć. Wszak najczęściej nie dostrzegamy tego, co ważne. Bywa, że historia dzieje się po cichu, nie spektakularnie. To, co mnie szczególnie poruszyło, to nieuchronność cierpienia, które musi się wydarzyć. Nikt specjalnie się przed nim nie buntuje: ani młody wieśniak, który zostanie przez hiszpańskich żołnierzy przywiązany do koła, ani dwóch łotrów, którzy zostaną ukrzyżowani razem z Chrystusem, ani sam Chrystus, ani jego matka. Jakby wiedzieli, że to nieuchronne, więc musi się wypełnić. Słychać tylko płacz żony wieśniaka i cichą skargę matki. Film jest fascynujący malarsko. Oglądanie breuglowskiego świata na ekranie to rozkosz (brr, cóż za górnolotne słowo!). Poznajemy też symboliczną warstwę i historyczny kontekst, a więc coś, o czym wiemy, że jest, ale do czego nawet bardzo zainteresowanemu laikowi podziwiajacemu obraz w galerii, w albumie czy ekranie komputera trudno dotrzeć. Na pewno obejrzę ten film jeszcze raz. Polecam go wszystkim miłośnikom Breugla i niderlandzkiego malarstwa, ale także tym, którzy niekoniecznie interesują się tą dziedziną sztuki. Może dzięki temu filmowi odkryją ją dla siebie.

Drugi film, który bardzo warto zobaczyć, to chiński "Razem i osobno" Quanana Wanga pokazywany w kanale Ale Kino! w cyklu Kino Mówi: Kocham. To niezwykle ciekawa opowieść o parze dawnych kochanków, których rozdzieliła historia. Mieli się spotkać i razem uciec na Tajwan, ale do spotkania nie doszło i wyjechał tylko on, ona została w komunistycznych Chinach. Oboje założyli rodziny, ale o sobie nie zapomnieli. Spotykają się po pięćdziesięciu latach. On jest już wdowcem i chce ją zabrać na Tajwan, aby wreszcie z nią być. Ale ona ma  męża i kilkoro dzieci. Jest rozdarta pomiedzy wdzięcznością, przywiązaniem i szacunkiem, a miłością. Znacie? Otóż nie, tak tylko się wam wydaje. Początek to oczywiście schemat, ale dalej jest już zupełnie coś innego. I właśnie ta odmienna warstwa kulturowa i obyczajowa jest tak interesująca. Bohaterowie zupełnie inaczej podchodzą do małżeństwa i miłości, wolni są od hipokryzji, która towarzyszy naszej kulturze. Coś, co u nas traktowane jest jak skandal, rozwiązłość, zdrada czy grzech, tam jest przedmiotem spokojnego wyboru, szczerych rozmów i wspólnych rozważań. Wcale jednak nie zmniejsza bólu czy cierpienia, ale jest ono ciche i nienachalne, przyjmowane z pokorą. Film jest spokojny, kontemplacyjny, tempo niespieszne, więcej tu obserwacji niż rozmów, chociaż nie toczy się w całkowitym milczeniu. Świetne sceny obyczajowe, rodzajowe, rodzinno-sąsiedzkie, uliczne. Już sama obserwacja innej kultury, innej codzienności jest bardzo ciekawa. A do tego niebanalna historia miłosna niemłodej już pary zwykłych, niepięknych ludzi. Mimo że niemłodzi i tacy zwyczajni ja po prostu wzruszyłam się do łez. Nie były to łzy sentymentalne czy czułostkowe, raczej zaduma nad komplikacją ludzkich losów i czasem, którego nie można cofnąć. Polecam! Na pewno pokazywany będzie jeszcze kilkakrotnie.

I na koniec film, którego moim zdaniem oglądać nie warto! To z jego powodu dzisiejsze remanenty! Dawno się tak nie męczyłam w kinie jak na "Hiszpańskim cyrku" Alexa de la Iglesii. Miałam ochotę wyjść i szkoda, że tego nie zrobiłam, bo im dalej, tym gorzej, a zakończenie wlecze się niemiłosiernie, mimo że dzieje się mnóstwo niczym w hollywoodzkim filmie akcji. To historia miłosnego trójkąta z hiszpańską historią w tle. Początek akcji sięga roku 1937, wojny domowej, koniec to lata siedemdziesiąte. Zaczyna się nieźle, ale potem film grzęźnie w nadmiarze pomysłów, absurdu, groteski, cytatów filmowych, sztucznej krwi, emocji, uczuć i huku wystrzałów, ciosów, muzyki i czego tam jeszcze. Jak to w grotesce wszystko jest przerysowane i nie do końca serio, ale tutaj przerysowane jest zdecydowanie zanadto. Dlatego pewnie nic nie wzrusza, nie przeraża, nie złości i nie śmieszy. Po prostu nuży. Nadmiar bodźców jest taki, że po pewnym czasie zobojętniałam i z utęsknieniem czekałam na koniec (a film trwa ponad sto minut!). Żeby to wszystko jeszcze czemuś służyło! Niestety przesłanie to banał: wojna jest cyrkiem, Hiszpania jest cyrkiem, właściwie wszystko jest cyrkiem, życie, miłość, nienawiść też (akcja toczy się w środowisku cyrkowym, bohaterami są dwaj klauni i akrobatka). Może dla Hiszpanów ten film jest ważniejszy ze względu na historię, w którą się wpisuje. Znalazłam tu parę scen śmiesznych, parę świetnych plastycznie, kilka fascynująco onirycznych, kilka interesujących rodzajowych, ale to wszystko. Lubię barok, kocham Almodovara, groteska i absurd też nie są mi obce, byle nie w nadmiarze. Ten film jednak się w nim topi, a treści na lekarstwo. Po prostu zdecydowany przerost formy! Nie warto!

Tyle remanentów filmowych, może kiedyś zbierze mi się na remanent książkowy. 


"Peryferie". Znakomite rumuńskie kino!

Po kilku filmowych niedosytach i rozczarowaniach wreszcie spełnienie: bardzo dobry film rumuński w reżyserii debiutanta Bogdana Georga Apetriego według pomysłu Cristiana Mungiu (tego od "Czterech miesięcy, trzech tygodni i dwóch dni"). Kto widział obraz Mungiu, może się spodziewać podobnego klimatu. Cóż, mimo że akcja toczy się współcześnie, a nie w Rumunii komunistycznej, nie jest to film krzepiący. Okoliczności się zmieniły, ale komplikacje ludzkich losów nie. Tym razem jednak nie ustrój jest winny, ale życiowe wybory, jakich kiedyś dokonała Matylda, główna bohaterka. Przeszłość wlecze się za nią i nie pozwala o sobie zapomnieć. Napiszę tylko tyle, że Matylda wychodzi z więzienia na dwudziestoczterogodzinną przepustkę. Obserwujemy jej poczynania w ciągu tej doby. Więcej nie zdradzę. Film jest znakomicie zrobiony, historię bohaterki śledzimy z zapartym tchem, twórcy stopniowo zdradzają jej kolejne tajemnice, ale nie odkryją wszystkiego. Wiele musimy sobie dopowiedzieć sami. Na osobną uwagę zasługują zdjęcia i aktorstwo, szczególnie Any Ularu w roli głównej bohaterki. Polecam wszystkim, dla których kino jest czymś więcej niż tylko weekendową rozrywką. Kto już widział, może przeczytać ciąg dalszy. Zapraszam.

Co wiemy o Matyldzie? Czy można ją polubić? Na pewno jej współczułam, żałowałam, ale czy polubiłam? Raczej nie. Jakie są jej zamiary? Ile w jej poczynaniach precyzyjnego planu, a ile improwizacji? Dlaczego znalazła sie w sytuacji beznadziejnej? (Chociaż ona jest przekonana, że ma perspektywę.) Ale po kolei.

Matylda wychodzi z więzienia na przepustkę i od razu wie, że nie wróci. Wszystko szczegółowo zaplanowała i z determinacją chce zrealizować. Stopniowo odkrywamy jej tajemnice. Film podzielony jest na trzy części, jak trzech mężczyzn ważnych w jej życiu. Każda zaczyna się podobnie: Matylda idzie długim korytarzem, raz będzie to blok, raz hotel, raz sierociniec, puka do drzwi i zawsze słyszy to samo: "Co słychać?". Jej odpowiedź też za każdym razem brzmi: "W porządku.". Jakby rozstała się z tymi, których odwiedza, wczoraj. Tymczasem nie widziała ich, odkąd trafiła do więzienia, a może dłużej.

Najpierw jest brat. To jedyna życzliwa jej osoba, początkowo najeżony, zaskoczony i zły, robi jej wyrzuty, oskarża o śmierć matki, ale z czasem staje się milszy. Może byłby gotów jej pomóc, gdyby nie żona, od początku wrogo do niej nastawiona. Ale Matylda nie ułatwia mu sytuacji, zaskakuje go informacją, że jest matką ośmioletniego syna. Prosi, aby wziął go na wychowanie. On chyba, z dwojga złego, wolałby dać jej pieniądze. Czy można się dziwić, że radośnie nie zgadza się na  propozycję? Przecież o istnieniu jej syna, Tomy, dowiedział się właśnie przed chwilą! Doskonale też potrafi przewidzieć reakcję żony. Może dlatego nie mówi jej prawdy, tylko rozmawia o pieniądzach dla siostry, chociaż ona nie o to go prosiła. Stopniowo dowiadujemy się coraz więcej o przeszłości Matyldy. Wiemy już, że przed laty uciekła z rodzinnego domu, przysparzając tym matce zgryzot. Dlaczego? Czy był to tylko bunt młodości? Czy chęć odcięcia się od rodziny, od życia na wsi? Czy ucieczka do chłopaka? A jeśli tak, to czy był to Paul, ojciec jej dziecka, czy jeszcze ktoś inny? Wydaje się natomiast pewne, że tamten krok zdeterminował jej los. Wszystko, co zdarzyło się potem, miało swój początek właśnie wtedy. Nie mogła czy nie chciała wrócić do rodziny? Może odpowiadało jej życie, które prowadziła? Może zaślepiona miłością do Paula, nie potrafiła od niego odejść, gotowa wysługiwać się mu w imię miłości? Wiele na to wskazuje. Przede wszystkim historia Seleny, obecnej towarzyszki Paula. Matylda ostrzega ją przed nim, ale tamta, zakochana, nie chce słuchać jej rad. Jest zazdrosna, sądzi, że Matylda zjawiła się, aby jej go odebrać. Wystarczy kilka pięknych słówek, zapewnień o miłości, kilka czułych gestów, aby Selena zrobiła to, czego on chce. Możemy domyślać się, że ta dziewczyna powiela los Matyldy. Paul traktuje kobiety instrumentalnie, wykorzystuje ich ślepą miłość i płaci nimi niczym monetą w interesach, zapewne brudnych. To przez niego Matylda trafiła do więzienia, jak się domyślamy, niekoniecznie za swoje winy, raczej dlatego że wzięła na siebie jego winę. Teraz szantażując go policją, chce odzyskać pieniądze, które zgodnie z  umową jej się należą.

Paul to wyjątkowa kanalia. Świat, w którym się obraca, to świat brudnych interesów, podejrzanych typów, dziwek. Elegancki hotel, którego jest najprawdopodobniej właścicielem, to tylko przykrywka. Nie chce oddać Matyldzie pieniędzy, najchętniej widziałby ją dalej za kratami. Podobnie  brat, a na pewno jego żona. Nieoczekiwane zjawienie się Matyldy to dla nich tylko kłopot. Wiedzą, że są jej coś winni, albo dosłownie (Paul), albo z powodu więzów krwi (brat), ale nie chcą lub nie mogą jej pomóc. Paul, o czym wspominałam, traktuje kobiety przedmiotowo, jak obiekt seksualny, który służy do zaspokojenia jego żądzy i pomaga w interesach. Nie czuje żadnego bliższego związku ani z nimi, ani z dziećmi, które pewnie sprowadził na świat przypadkowo. Tomę oddał do sierocińca, zresztą nie tylko jego. Wkrótce Matylda przekona się, że jej syn ma tam  brata, Daniela.

Toma to kolejny mężczyzna w życiu Matyldy, jej ośmioletni syn. Nie wiemy, od jak dawna go nie widziała, prawdopodobnie odkąd trafiła do więzienia, ale pewności, że wcześniej się nim opiekowała, też nie mamy. Trudno powiedzieć, kiedy decyduje się zabrać go z sierocińca i razem z nim uciec za granicę. Czy gdyby jej brat, Andrea, zgodził się nim zaopiekować, wzięłaby Tomę ze sobą? Na te pytania w filmie nie ma jednoznacznej odpowiedzi, można snuć spekulacje. Wydaje się, że to postanowienie przychodzi powoli. Początkowo mówi tylko, że chce go odwiedzić. To najsmutniejsza i najprzykrzejsza część filmu. Reżyser stopniuje napięcie, począwszy od rodzinnego spotkania, które mimo że nieprzyjemne, bo zakończone kłótnią i rozstaniem, jest jednak niczym w porównaniu z wizytą u Paula. Kulminacja to spotkanie z synem. Najpierw sierociniec: miejsce okropne. Widz ma wrażenie, że nikt tam nad niczym nie panuje, dzieci pozostawione są same sobie, a Matylda bez kłopotu może nie tylko wejść do pokoju chłopców, ale i niezauważona wyjść  z Danielem. Wydaje się, że mali mieszkańcy mogą niepostrzeżenie opuszczać budynek, kiedy tylko chcą. To dlatego Matylda nie znajduje tam Tomy. Nie jest zresztą specjalnie zdziwiona, nie wszczyna awantury, nie ma do nikogo pretensji. Po prostu zabiera starszego brata swojego syna i nie opowiadając się nikomu, wyrusza z nim na poszukiwania. Spotkanie matki i syna wcale nie jest radosne, nikt nikomu nie rzuca się na szyję, dziecko jest wyraźnie onieśmielone i rozdarte między matką, a bratem. Daniel za wszelką cenę chce iść z nimi, ale Matylda jest bezwględna: nie tylko go odtrąca i pozostawia, ale robi to bardzo brutalnie. Czy musi być taka okrutna? Czy musi bić i kopać chłopca? Dlaczego nie decyduje się zabrać go razem z Tomą? Cóż, kolejne dziecko, to dodatkowy balast, a poza tym Daniel jest synem Paula. Czy dlatego tak go traktuje?

Toma, mimo że ośmioletni, jest doświadczony i zdegenerowany. Najrawdopodobniej był wykorzystywany seksualnie przez pedofila, pewnie nie tylko on. Może sprzedawał się za pieniądze czy drobne prezenty. Charakterystyczna jest scena, kiedy następuje przełamanie lodów pomiędzy matką i synem. Toma prosi Matyldę o papierosa, ona bez zdziwienia i bez mrugnięcia okiem spełnia jego prośbę. Nie obawia się też, że ktoś zwróci jej uwagę, wszak wszystko dzieje się na korytarzu w pociągu! Dopiero kiedy tak wspólnie, ramię w ramię wydmuchują papierosowy dym w okno, matka okazuje czułość synowi, a on wreszcie się uśmiecha. To bardzo smutna i przerażająca scena. Ale najgorsze dopiero nastąpi: ośmioletni Toma ukradnie matce pieniądze i zniknie. Co z nimi zrobi? Pewnie wróci do brata. Nie tylko nie łączy go z matką żadna więź, ale woli ucieczkę i tułaczkę, niż bycie z nią. Jest w tym dziecku coś smutnego i dorosłego, nie przypomina ośmiolatka, nie uśmiecha się, patrzy poważnie dużymi, czarnymi oczami, milczy, nie wiadomo, co myśli i czuje (podobnie Matylda, też milcząca, ponura, zamknięta w sobie). To, co robi, nie przypomina wybryku małego, nieświadomego dziecka. Nie, Toma kradnie pieniądze i opuszcza matkę świadomie, on doskonale wie, co robi! Takie rozwiązanie trudno było przewidzieć. Raczej  spodziewałam się, że plany Matyldy zostaną zniweczone przez Paula, a nie przez ośmioletnie dziecko!

Jaka przyszłość ją czeka? W ostatniej scenie widzimy główną bohaterkę spacerującą po nabrzeżu w blasku wschodzącego słońca. Nie rozpacza, nie szuka Tomy, chodzi w kółko i pali papierosa. Nie widzimy jej twarzy. Jest zrezygnowana? Zobojętniała? A może jednak zrozpaczona? A jeśli tak, to zniknięciem Tomy czy raczej utratą pieniędzy, bo to odbiera jej możliwość ucieczki? A gdyby nawet się udało, to jaka przyszłość czekałaby ją gdzieś tam, gdzie chciała się znaleźć? Przecież pieniędzy nie starczyłoby jej na długo!

Ważniejsze jest jednak pytanie, jak to się stało, że życie Matyldy potoczyło się w taki beznadziejny i smutny sposób. Przecież jej brat żyje zwyczajnie: ma rodzinę, pracę, mieszkanie. Nie zszedł na drogę przestępstwa. Wydaje się, że to nie środowisko, z którego się wywodzi, zamknęło jej drogę. To ona, podejmując w przeszłości jakieś decyzje, znalazła się w takim położeniu. Na życiowych peryferiach. Czy stąd tytuł filmu? Jaki jest bilans jej życia? Zerwane więzi z rodziną, beznadziejny związek z wykorzystującym ją Paulem, prostytucja, więzienie, opuszczone, zdeprawowane ośmioletnie  dziecko. Żadnej nadziei, żadnego pokrzepienia czy happy endu! Świat Matyldy jest zły, brzydki i zdegenerowany. To wrażenie potęgują jeszcze barwy użyte w filmie przez operatora. Wszystko pokazywane jest w szarej, ciemnej tonacji. Taki jest Bukareszt: kamienne, szare miasto, takie jest niebo, dworce, pociąg, krajobrazy przesuwające się wzdłuż drogi, takie są wnętrza, do których trafia. Przytłaczające, zagracone, a co charakterystyczne, filmowane w cieniu, nigdy w kadrze nie widzimy tych wnętrz dokładnie, podobnie zresztą twarzy bohaterów, kiedy ze sobą rozmawiają. Jakże inna jest scena na wsi, na pogrzebie matki. Wydaje się być sielankowa, jak ze starego rodzinnego zdjęcia. Wszyscy zgromadzeni wokół stołu, a w tle dom rodzinny i zieleń. Ale to tylko pozory sielanki. Dalsza rodzina milczy, wrogo nastawiona do Matyldy, a między nią, a bratem i bratową od złych emocji aż kipi. Czy gdyby przyjęli ją inaczej, zrezygnowałaby ze swoich straceńczych planów? Gdyby brat spełnił jej prośbę i zdecydował się zabrać do siebie Tomę, nie brnęłaby dalej? Może jej przyjazd na pogrzeb, a potem udział w stypie, to desperacka próba szukania rodzinnej bliskości, która mogłaby ją ocalić? Odrzucona, trafia znowu na peryferie, tym razem rodziny. 

Na koniec jeszcze raz podkreślę, że film jest świetnie zrobiony, cały czas trzyma w napięciu, a twórcy umiejętnie dozują  kolejne niespodzianki związane z Matyldą, zaskakując widza co jakiś czas. Ale najważniejsze, że jest przejmujący i prawdziwy, chociaż przykry. Nie odnajduję w historii pokazanej na ekranie żadnego fałszywego, wydumanego tonu. 

"Chicago" Ala al-Aswaniego. Próba zrozumienia Egiptu i Egipcjan.

O książce Ala al-Aswaniego "Chicago" (Smak Słowa 2010) dowiedziałam się dzięki audycji radiowej. Pewnie nie byłoby rozmowy na jej temat, gdyby nie zainteresowanie Egiptem i krajami północnej Afryki w związku z rozruchami, które ogarnęły te tereny. Od razu zdradzę, że powieść egipskiego pisarza czyta się znakomicie. To taka literatura, dla której można zarwać noc. Nie dość, że opowiadane historie są interesujące, to dodatkowo ciekawość czytelnika jest umiejętnie pobudzana przez autora dzięki kompozycji. Ta wielowątkowa powieść, której akcja toczy się w Chicago na początku XXI wieku, ma licznych bohaterów. Ich historie opowiadane są naprzemiennie, a autor ma zwyczaj przerywać je w najbardziej emocjonującym momencie, aby zacząć towarzyszyć kolejnej postaci. Co stanie się dalej, czytelnik dowie się po przeczytaniu kilkunastu lub nawet kilkudziesieciau stron, śledząc w tym czasie zdarzenia równie ciekawe. Kilkakrotnie miałam ochotę przewertować kolejne strony po to tylko, aby natychmiast dowiedzieć się, jak potoczą się dalej losy porzucanego właśnie bohatera. Już dawno nie towarzyszyła mojej lekturze taka zwykła, czytelnicza niecierpliwość.

Akcja powieści rozgrywa się w Chicago przede wszystkim na uniwersytecie medycznym, na którym studiuje liczna grupa stypendystów egipskich robiących doktoraty. Na ogół są bardzo zdolni i niezwykle pracowici. Zdobycie naukowego tytułu na amerykańskiej uczelni jest dla nich szansą na karierę po powrocie do kraju. Jak łatwo zgadnąć, autor rozpościera przed czytelnikiem panoramę różnych postaw i życiowych dróg. Jest więc Tarik, uporządkowany, systematyczny, solidny, raczej poważny i ponury, któremu dnie upływają na rutynowo powtarzanych czynnościach, przede wszystkim na rzetelnej nauce. Tak będzie dopóki się nie zakocha w swojej koleżance, która właśnie przybyła na stypendium. Szajma to czterdziestoletnia panna (według kryteriów egipskich nie singielka, lecz po prostu stara panna) z Tanty. I chociaż to miasto uniwersyteckie w oczach pochodzącego z Kairu Tarika Szajma jest wieśniaczką. Małżeństwo z nią byłoby dla niego mezaliansem, jest przekonany, że stać go na lepszą partię. Z jej strony to pierwsze wielkie i szczere uczucie, które spadło na nią, kiedy już zwątpiła w zamążpójście. Zbliża ich do siebie samotność i poczucie obcości z daleka od ojczyzny. Oboje są wierzącymi muzułmanami, ale namiętność spowoduje, że złamią religijne zasady. Szczególnie ona okupi to rozterkami duchowymi i wyrzutami sumienia, i lękiem o swoją przyszłość. Jeśli Tarik nie ożeni się z Szajmą, będzie zhańbiona i ostatecznie straci szansę na małżeństwo. Takie zasady jej wpojono, takie wychowanie odebrała. To ona ryzykuje, bo jest kobietą, mężczyzna nie. On będzie usprawiedliwiony, żadne odium na niego nie spadnie. Nawet pobyt w Stanach, na amerykańskim uniwersytecie, wśród amerykańskich studentów nie rozluźnia norm obyczajowych, jakimi kieruje się Szajma.

Podobnie jest z drugą bohaterką, Marwą, żoną czarnego charakteru, karierowicza i aparatczyka Danany. Danana jest wyjątkowo śliskim typem, robi karierę nie dzięki swojej pracowitości czy zdolnościom, lecz dlatego, że wysługuje się władzom egipskim. Jest przewodniczącym związku studentów egipskich, utrzymuje ścisłe kontakty z pracownikami konsulatu i ambasady, głównie z pewnym pracownikiem służby bezpieczeństwa, a jego rolą jest infiltracja środowiska, szczególnie studentów, którzy mieli zatargi z władzą na tle politycznym. Danana dla kariery jest gotów na każde świństwo, a żonę, z którą ożenił się dla pieniędzy, traktuje przedmiotowo. Los Marwy jest nie do pozazdroszczenia. Szybko pozbywa się złudzeń związanych ze świeżo poślubionym małżonkiem, odkrywa jego wady, a szczególnym koszmarem jest dla niej seks. Wychowana tradycyjnie, nie wie, czego może oczekiwać i wymagać, zaciska zęby i biernie godzi się na los poniewieranej, wykorzystywanej żony, tym bardziej, że nie znajduje wsparcia ze strony rodziców, którzy dotąd ją rozpieszczali. Matka powie jej tylko, że z czasem na pewno przekona się do męża, zreszta rolą kobiety nie jest oczekiwanie rozkoszy w tej sferze życia.

Jeszcze inny jest Nadżi, poeta, który medycynę studiuje tylko po to, aby móc pisać wiersze. Nadżi ma kłopoty polityczne, w Egipcie siedział w więzieniu, był torturowany, mimo to zamierza powrócić do ojczyzny, bo tam jego miejsce. Jest człowiekiem ideowym, bezkompromisowym, mającym swoje zdanie, gotowym wdać się w spór polityczny czy ideowy.  Nie potrafi stać z boku i nawet w Chicago wykorzysta okazję do działalności politycznej. Jest muzułmaninem, ale nakazów religijnych przestrzega dość swobodnie: pije wino, wdaje się w namiętny romans z amerykańską żydówką i nie ma z tych powodów religijnych wyrzutów sumienia.

Poznajemy też historie trzech Egipcjan ze starszego pokolenia. To około sześćdziesięcioletni profesorowie medycyny, którzy Egipt opuścili trzydzieści lat temu i w Stanach pozostali na stałe, robiąc tu dzięki swojej pracowitości, wytrwałości i zdolnościom kariery naukowe. Jeden z nich, Karam, egipski Kopta, jest wybitnym kardiochirurgiem. Różne były powody, dla których zdecydowali się nie wracać do kraju. Różnie po latach patrzą na swoją dawną ojczyznę. Rafat z gorliwością neofity pogardza Egiptem i Egipcjanami, jest ślepo zapatrzony w Amerykę, wielbi wszystko, co amerykańskie, uważa się za Amerykanina, ale córkę potraktuje raczej jak Egipcjanin. Inny profesor, Salah, przeżywa właśnie kryzys. Dokonuje życiowego bilansu i odkłamuje swoją przeszłość. Przyznaje się przed sobą do prawdziwych motywów, jakimi kierował się w przeszłości, decydując się na opuszczenie Egiptu, a potem małżeństwo z Amerykanką. Ogarnia go nagła tęsknota za krajem i poczucie życiowej klęski.

Wśród tej mozaiki egipskich bohaterów jest też para amerykańska. To Graham, niegdyś hipis, buntujący się przeciwko mieszczańskiemu życiu, brudom polityki i wojnie w Wietnamie. Otoczony szacunkiem i nimbem dawnej sławy, wolnomyśliciel i człowiek, który w momencie kryzysu potrafi przypomnieć sobie, jak żył kiedyś i w imię miłości ograniczyć swoje potrzeby. Jego towarzyszką życiową jest, dużo młodsza od niego, czarna Carol, która nie może znaleźć pracy ze względu na kolor skóry. Chociaż oczywiście nikt nie powie jej tego wprost, bo przecież nie może, jest przekonana, że właśnie z tego powodu jej starania o kolejne posady kończą się niepowodzeniami.

Wszyscy ci bohaterowie i jeszcze kilku innych, o których nie wspomniałam, są znakomicie scharakteryzowani, a ich losy ciekawe. Poznajemy tych ludzi w momentach przełomowych i ważnych, a ich historie kończą się w sposób nieoczekiwany. Jak, oczywiście nie będę zdradzać.

W akcję wpleciony jest też wątek sensacyjno-polityczny związany z przygotowywaną w Stanach wizytą prezydenta Mubaraka, który ma też odwiedzić Chicago i w konsulacie spotkać się z miejscowymi Egipcjanami, między innymi stypendystami z uniwersytetu medycznego. Samo spotkanie, które stanowi kulminacyjny moment powieści, przedstawione jest w sposób, który nam może się wydać groteskowy, ale przypuszczam, że jest prawdziwy. Sterowany entuzjazm zgromadzonych, czołobitne, wiernopoddańcze, wazeliniarskie mowy, aktywność służb specjalnych i bezwzględność samego Mubaraka traktowanego przez pracowników konsulatu jak cesarz, a może adekwatniejsze byłoby porównanie do faraona. Chociaż powieść opowiada o losach Egipcjan, którzy spotykają się w Chicago, to Aswani pisze też o sytuacji społecznej i politycznej w Egipcie. Potwierdza się to wszystko, co teraz wiemy dzięki wzmożonemu zainteresowaniu mediów spowodowanemu styczniowymi zamieszkami. Bieda, zacofanie, brak perspektyw, korupcja, nepotyzm, zamordyzm polityczny, wszechobecność służb specjalnych, tortury, bezradność tych, którzy się buntują. Dopełnia ten obraz narastający konserwatyzm religijny i obyczajowy, który szczególnie odbija się na losie kobiet. Ale dostaje się nie tylko politykom, również społeczeństwu egipskiemu. Autor wkłada w usta jednego z bohaterów takie słowa:

"... Egipcjan w ogóle nie obchodzi demokracja. Zresztą nie są do niej stworzeni. Egipcjanie intersują się na tym świecie wyłącznie trzema sprawami: religią, chlebem i swoimi dziećmi. Najważniejsza z tego jest religia. Można ich skłonić do rewolucji, tylko atakując ich wiarę."

Przynajmniej w tym punkcie diagnoza okazała się nietrafna: Egipcjanie wyszli na ulicę nie z powodu wiary, lecz raczej chleba. Ostrze krytyki dotyka też polityków amerykańskich, którym nie chodzi o demokrację w Egipcie, wolność w głoszeniu przekonań politycznych czy przestrzeganie praw jednostki, ale o zabezpieczenie swoich interesów. Polityka to cyniczna gra, nie szlachetne idee. Oczywiście żadne to odkrycie.

Ta powieść, którą tak świetnie się czyta, jest w gruncie rzeczy powieścią bardzo gorzką. Takie są losy wielu bohaterów i taki jest obraz społeczeństwa. Dobro tu niekoniecznie zatriumfuje, a zło wcale nie poniesie zasłużonej klęski. Ta gorzkość jednak stępiona jest trochę przez lekką formę, o której wspominałam. Dla jednych to pewnie zaleta, dla innych drobny minus. Tak czy inaczej niewątpliwie warto po nią sięgnąć, choćby po to, aby jeszcze lepiej poznać innego. Kto przeczytał ją kilka miesięcy temu, być może nie był tak bardzo zaskoczony tym, co wydarzyło się zimą w Egipcie. Polecam! I jeszcze jedno: na podkreślenie zasługuje bardzo staranne opracowanie powieści. Jest przedmowa profesora Marka Dziekana, są liczne przypisy objaśniające nie tylko arabskie słownictwo, ale także komentujące egipskie wydarzenia polityczne, o jakich mowa w książce, czy tłumaczące, kim są autentyczne postacie, do których odwołują się bohaterowie czy narrator. Tym bardziej polecam!

"Jak spędziłem koniec lata". Najlepszy film zeszlorocznego Berlinale?

Od czasu do czasu miłość do kina wiedzie mnie na manowce. Mówiąc wprost, muszę po prostu napisać, że przynosi rozczarowanie. Jeśli się ogląda tyle filmów, nie wszystko musi się podobać, to jasne, ale najbardziej nie lubię rozczarowań takich, jak to: kiedy nastawiam się na nie wiadomo jak wspaniały film, na przeżycie duchowej ekstazy, a tu nic! Tak właśnie jest z rosyjskim filmem "Jak spędziłem koniec lata". Nagrody aktorskie na Berlinale (doceniam, szczególnie Grigorija Dobrygina w roli Pawła), za zdjęcia (też zgoda), ale już opinie, że to najlepszy film zeszłorocznego festiwalu w Berlinie, dziwią mnie. Naprawdę najlepszy? Problem nie tkwi w tym, że to kino ekstremalne: ponad sto dwadzieścia minut widz obcuje tylko z dwoma bohaterami obsługującymi stację meteorologiczną na niezamieszkanej wyspie gdzieś w arktycznej części Rosji. Pustka, mgła, skały, szarość otaczającej przyrody, dwóch różnych mężczyzn skazanych tylko na siebie i emocje momentami rzeczywiście sięgające zenitu. Film ogląda się bardzo dobrze, te dwie godziny minęły, sama nie wiem kiedy, ale po seansie, po raz kolejny ostatnio, przyszło mi westchnąć: tylko tyle? I chociaż z napięciem śledziłam dramatyczny przebieg wypadków, to jednak pozostałam obojętna na los Pawła i Siergieja. Ten film jest jak wielki, nadmuchany balon: kiedy spuścić powietrze, niewiele zostaje. Ale oczywiście każdy ma prawo do swoich ocen, pewnie niektórzy się zachwycą. A kto już widział, może przeczytać ciąg dalszy, aby dowiedzieć się, dlaczego ja się nie zachwyciłam. Zapraszam

Może moje rozczarowanie tym filmem bierze się z niezrozumienia warunków, w jakich przebywają Siergiej i Paweł? Myślę tu o zagrożeniu skażeniem radioaktywnym, które emituje jakieś urządzenie znajdujące się na wyspie. Co to jest? Czemu służy? Powie ktoś, że to nieistotne, nieważne. Tak jednak nie jest. O tym, że coś takiego jest na wyspie, dowiadujemy się w pierwszej scenie, kiedy Paweł prowadzi przy tym czymś samodzielnie pomiary, a potem zdawkowo informuje Siergieja, że promieniowanie jest duże. Ten jednak zdaje sie nie przejmować tą informacją, a i Paweł o tym zapomina. I kiedy pod koniec skażenie radioaktywne okazuje się nagle najważniejszą kwestią filmu, poczułam się oszukana. Dlaczego? Bo nie o tym była ta opowieść! Reżyser i scenarzysta wywiedli mnie w pole, ale wcale nie jestem pewna, czy takie było ich założenie. Wszak cały czas budują napięcie wokół relacji między dwoma całkiem różnymi mężczyznami skazanymi na siebie.

Siergiej, starszy, mieszka na wyspie od lat, pracował z różnymi ludźmi, widział niejedno. Wie, jakie zagrożenia niesie przyroda, wie, co życie w izolacji, w surowym, dzikim otoczeniu może zrobić z ludźmi, jaki wybuch emocji potrafi wywołać zwyczajna sprzeczka. Jest małomówny, raczej spokojny i chyba lubi swoją pracę i swoje przebywanie na tej pustej, omiatanej wiatrem i mgłami wyspie. Czas upływa mu jednostajnie na odczytywaniu pomiarów, przekazywaniu ich gdzieś w świat, na codziennych czynnościach. Jedyną rozrywką jest połów ryb gdzieś w lagunach. Potem wędzi je, aby zrobić z nich prezent dla żony, z którą kiedyś tu mieszkał. Nawet na wieści od niej i synka początkowo wydaje się być obojętny. Ożywia się dopiero później. Zupełnie inny jest Paweł. Dużo młodszy, inaczej ubrany (w takim stroju spokojnie mógłby pokazać się w mieście), słucha ostrej muzyki, w wolnych chwilach gra w gry komputerowe. Momentami zachowuje się z dziecięcą radością: skacze po beczkach, wiruje na radarze (?) niczym na karuzeli. Dlaczego tu pracuje? Bo nie znalazł innego zajęcia? Bo chce przeżyć przygodę? A może też lubi takie życie? Jest niedoświadczony, musi podporządkować się poleceniom Siergieja i słuchać jego rad. Nie zawsze wszystko zrobi, jak trzeba, ale i Siergiej pozwala sobie na zlekceważenie regulaminu, kiedy wypływa na ryby i pozostawia na stanowisku niedoświadczonego kolegę. Paweł próbuje chyba nawiązać jakąś bliższą więź z małomównym towarzyszem, przełamać dzielącą ich barierę. Temu prawdopodobnie służy pytanie: "Dlaczego pan jest taki?" (cytat z pamięci). Taki, czyli jaki? Milczący, zamknięty w sobie, surowy, sztywny?

Napięcie zacznie rosnąć, kiedy Paweł nie przekaże Siergiejowi tragicznej wiadomości o śmierci żony i synka. Pod wpływem ostrzeżeń radiotelegrafistów i wcześniejszych opowieści Siergieja boi się jego reakcji i dlatego chyba nie chce mu powiedzieć tego osobiście. Będzie milczał również wtedy, kiedy zorientuje się, że kartkę z telegramem zdmuchnął wiatr. A potem już brnie. To znany psychologiczny mechanizm: jeśli nie zmierzymy się z czymś przykrym od razu, potem boimy się tym bardziej. Na domiar złego Siergiej raptem ożywia się i z uczuciem, które wcześniej skrywał, opowiada o żonie i synku. Paweł miota się, nie wie, co robić, próbuje przeczekać, aż nadejdzie ratunek z zewnątrz. Wtedy nie będzie sam. On wie, zna tragiczna prawdę, a Siergiej, nieświadomy niczego, raptem cieszy się życiem. Ostatnie beztroskie, szczęśliwe chwile. Swojego zaniechania Paweł omal nie przypłaci życiem podczas samotnej wyprawy, na którą wyrusza, aby sprowadzić Siergieja, który łowi ryby w lagunie. Surowa przyroda pokazuje, kto tu rządzi: mgła, zmieniające się gwałtownie warunki atmosferyczne, niedźwiedź. Napięcie rośnie, film z psychodramy powoli zmienia się w thriller.

Kiedy wreszcie Paweł uratowany przez Sergieja powie mu prawdę, okaże się, że jego lęk był uzasadniony. Dlaczego Siergiej do niego strzela? Z rozpaczy? Z szaleństwa? Ze złości, że kolega zataił przed nim tragiczną wiadomość? Paweł zamienia się w uciekiniera, a film jeszcze bardziej zmierza w stronę thrillera. Młody mężczyzna zachowuje się jak ścigane zwierzę: poobijany, głodny, przemarznięty, brudny, ze strachem w oczach walczy o przetrwanie. Jeszcze niedawno radosny, zadowolony z życia, teraz zdegradowany do swojej fizyczności, zaszczuty. Czy rzeczywiście Siergiej jest taki groźny? Czy kiedy wyrusza tropem Pawła, jest gotowy go zabić, czy po prostu chce go sprowadzić z powrotem do bazy? Ja miałam wrażenie, że to drugie. Ale może napad szału minął mu dopiero później? Może słusznie Paweł uciekał? I kiedy nagle napięcie opada, kiedy dochodzi do pojednania, kiedy lęk okazał się  może tylko wytworem wyobraźni, wtedy właśnie okazuje się, że prawdziwym zagrożeniem jest napromieniowanie.

Tu pojawiają się kolejne pytania. Czy Paweł napromieniował ryby celowo, żeby zaszkodzić Siergiejowi, czy zrobił to bezmyślnie, dotykając ich skażonymi dłońmi? I czy o takie pytania chodziło scenarzyście i reżyserowi, czy też stawiam je, bo ten film jest pęknięty? Dlaczego Siergiej decyduje się zostać na wyspie? Dlaczego nie jedzie, aby się przebadać jak Paweł? A co z pogrzebem żony i synka? Czy to nieważne? W takim razie skąd wcześniejszy wybuch emocji?

Kiedy stawiam takie zdroworozsądkowe pytania filmowi uznanemu za znakomity, najlepszy, zawsze myślę sobie: "A może to z twoją wrażliwością jest coś nie tak? Może nie dostrzegasz arcydzieła w arcydziele? Może arcydzieło, nawet jeśli kręcone jest w konwencji realistycznej, nie musi trzymać się trywialnego prawdopodobieństwa?" Ale wtedy przychodzi otrzeźwienie: wszak mam prawo do swojego odbioru i cóż poradzę na to, że znowu nie zachwyca!

"Spokojne czasy" Lizzie Doron. Naznaczone.

Na tę książkę natrafiłam przez przypadek. Przeczytałam wywiad z jej autorką w Wysokich Obcasach, a ponieważ był ciekawy i trafił w moje zainteresowania, postanowiłam, że natychmiast muszę ją mieć. Kupiłam, przeczytałam w weekend (książka jest niewielkich rozmiarów, zaledwie 160 stron) i bardzo się wzruszyłam, Muszę wyznać, chociaż banalnie to zabrzmi, że wzruszyłam się do łez. W kinie czasem zdarza mi się płakać, chociaż robię to w ukryciu i bardzo się wstydzę, nad książką rzadko. Mimo że powieść jest naprawdę smutna a opisane w niej ludzkie losy tragiczne, czyta się ją jednym tchem. Autorka umiejętnie połączyła przedstawienie  bolesnych problemów z gawędziarską formą i chyba dlatego trudno oderwać się od tych tragicznych historii. Drugim powodem jest to, że przewija się przed czytelnikiem galeria barwnych postaci i ich niezwykłe historie.

A teraz do rzeczy. Akcja rozgrywa się w Tel Awiwie najprawdopodobniej w latach osiemdziesiątych zeszłego wieku. Narratorka, Lea, snuje wspomnienia, opowiadając przy okazji o swoich sąsiadach z dzielnicy, w której mieszka, a jest to dzielnica specyficzna (a może nie?), bo zamieszkuje ją wielu Żydów, którzy przybyli do Izraela tuż po wojnie z Polski czy Rumunii. Jak łatwo się domyślić, to ci, którzy ocaleli z Holokaustu. I to jeden z powodów, dla których powieść Lizzie Doron "Spokojne czasy" (MUZA 2010) jest tak przejmująco smutna. Można by powiedzieć: "Ocaleli, więc powinni być szczęśliwi." Tak jednak nie jest. Większość z tych kobiet (poznajemy przede wszystkim kobiece historie) w czasie wojny była dziećmi i to, czego doświadczyły, naznaczyło je na całe życie. One przeżyły, ale najczęściej tylko one. Ich rodzice, rodzeństwo, dziadkowie zginęli. Jak wytłumaczyć małemu dziecku, że matka wyrzuca je z pociągu, nie dlatego, że się na nie gniewa, ale dlatego, że je kocha i próbuje je w ten sposób ratować przed zagładą? Jak wytlumaczyć innemu dziecku, dlaczego, kiedy wreszcie wojna się skończyła i może opuścić ziemiankę, w której było ukrywane, nikt po nie nie przychodzi? Lea nie zna swojego prawdziwego imienia i nazwiska, nie wie, kiedy się urodziła, w jakim mieście mieszkała, kim byli jej rodzice, jak wyglądali, nie wie, czy miała rodzeństwo. Kobieta, której odrąbano dzieciństwo, którą pozbawiono tożsamości. Czy można o tym zapomnieć? Czy można nauczyć się z tym żyć? To jedno z pytań, które mnie nurtuje: czy i jak możliwe jest życie po traumie, po utracie? Bohaterki pozornie poukładały swoje sprawy: powychodziły za mąż, urodziły dzieci, ale nie mogą zapomnieć i ich wojenne losy kładą się cieniem na  dorosłym życiu. Lea skrycie marzy o tym, że w dzielnicy nagle zjawi się ktoś, kto będzie jej szukał i odda jej utraconą tożsamość. Inne kobiety też najczęściej uciekają w milczenie. Nie opowiadają o tym, co je spotkało, najwyżej szepną coś na ucho  przyjaciółce albo  zwierzą się psu, a wścibskie ucho podsłucha, ale niedokładnie. Dlatego w tych opowieściach tyle niedopowiedzeń, często  mają kilka wersji. Lea opowiada to, co usłyszała od kogoś, właściwie żadnej historii nie zna z pierwszej ręki. Tych przejmujących, rozdzierających serce losów, które poznajemy dzięki narratorce, jest zaledwie kilka. Są wtopione w opowieść o współczesnym życiu dzielnicy i jej mieszkańców. Pewnie dlatego lektura powieści jest w ogóle możliwa.

Ale smutek tej książki nie bierze się tylko z traumy Holokaustu. To także historia o samotności, niespełnionych marzeniach, życiowych porażkach i samotnej starości. A więc o losie nieudanym, przegranym? Tak chyba jednak powiedzieć nie można. Wszak były w życiu Lei momenty szczęśliwe: udane, chociaż krótkie, małżeństwo, ukochany syn, któremu się powiodło, miłość do drugiego mężczyzny, liczne przyjaźnie z kobietami z dzielnicy, praca manikiurzystki w zakładzie fryzjerskim,  plotkarskiej duszy dzielnicy. W tragicznych momentach, a takich nie brakowało, zawsze znalazł się ktoś, kto jej pomógł. Czy to mało? Nie, ale sześćdziesięcioletnia Lea (tyle ma lat, kiedy snuje swoje wspomnienia) jest kobietą samotną, odartą ze złudzeń, którymi latami żyła. Nie chce dalej żyć, jest przekonana, że nic jej już nie czeka, chce odejść, do dwóch mężczyzn, których kochała, a którzy umarli. Może tam czekać na nią będą rodzice i rodzeństwo, jeśli je miała, i wreszcie dowie się, kim naprawdę była? Teraz zrozumiała inne kobiety, którym śmierć, z tych samych powodów, wydawała się jedynym rozwiązaniem. Bo tylko śmierć mogła przywrócić im tych, których utraciły. Dlaczego życiowy bilans Lei jest taki smutny? Utraciła wszystkich, których kochała: kiedyś męża, teraz fryzjera Zajczyka, wielką miłość swojego życia, jedyny syn mieszka w Stanach, a jego żona jest Amerykanką, której Lea nie lubi. (Nie zdradzam tu zakończenia, tego dowiaduje się czytelnik na początku powieści.) Marzyła o tym, że wyjdzie za mąż za Zajczyka, że Eitan, jej ukochany jedynak, ożeni się z Dalią, dziewczyną z dzielnicy, i zamieszkają gdzieś blisko, a ona będzie mogła ich często widywać i cieszyć się towarzystwem wnuków. To wszystko się nie spełniło. Zajczyk nigdy nie poprosił jej o rękę, ba, nigdy nie wyznał jej miłości, Eitan uciekł do Stanów przed jej nadopiekuńczością i przed jej przeszłością.

"Czasami zastanawiam się, jak by to było, gdyby Roza wyszła za niego, ja za Zajczyka, a Eitan ożenił sie z Dalią, i gdyby moi rodzice mnie znaleźli. Jakie wszyscy moglibyśmy mieć piękne życie."

Te słowa Lei zamykające powieść najlepiej pokazują, co się dzieje w jej duszy.

Ale pesymizm i smutek to nie cała prawda o tej książce i o świecie, o którym opowiada. Mimo wszystko jest w niej coś krzepiącego. To przyjaźń i codzienna ludzka życzliwość. W tym świecie zawsze znajdą się ludzie, którzy pomogą, nie pozostaną obojętni na nieszczęście drugiego człowieka. Sprowadzą pomoc, będą się troszczyli, czuwali, przykryją kocem, nie pozwolą umrzeć. I to nie dotyczy tylko Lei. Pomagają sobie wzajemnie, współczują, przejmują losem innych. Tu wszyscy o wszystkich wszystko wiedzą, a przynajmniej tak im się wydaje, a kiedy ktoś jest w potrzebie, nie zostawią samego. Wspólnota jest w tej powieści czymś niezwykle ważnym. Jeśli jakoś życie da się znieść w tym świecie naznaczonym Holokaustem, to tylko dzięki sile, jaką z niej się czerpie.

A oprócz tego jest w "Spokojnych czasach" sporo zabawnych zdarzeń, wiele barwnych, niezwykłych postaci, a wszystko podane w gawędziarskiej, anegdotycznej formie. Świat oglądany zza szyb zakładu fryzjerskiego, w którym zbierają się stale te same klientki i polotkują. Czasem wpadnie ktoś nieznany, a wraz z nim nowe, niezwykłe opowieści.

Mała, gorzko-słodka powieść. Polecam!


"Poznasz przystojnego bruneta". Woody Allen znowu nie w formie.

Kiedy prawie rok temu pisałam o poprzednim filmie Woody Allena, cieszyłam się, że po kilku nieudanych obrazach powrócił do formy. Potem dowiedziałam się, że "Co nas kręci, co nas podnieca" (Kto tak kretyńsko przetłumaczył ten tytuł?!)powstał na podstawie starego, amerykańskiego scenariusza. To, niestety, tłumaczy nieoczekiwaną zwyżkę formy. Nie ma to jak stary, nowojorski Woody Allen. "Poznasz przystojnego bruneta" potwierdza tezę, że Europa nie służy mojemu ukochanemu reżyserowi. Akcja filmu ponownie toczy się w Londynie, mamy tu te same co zawsze motywy i obsesje, podobnych bohaterów, trochę allenowskiego poczucia humoru i ironii, sporo komplikacji. Ale to już nie to, co dawniej. Wszystko jest jakieś letnie, mało wyraziste: ani nie tak śmieszne, ani nie tak ironiczne, ani nie tak krytyczne, ani nie tak dotkliwe. Jestem wielką miłośniczką Woody Allena, są filmy, które widziałam po kilka razy i wcale mi się nie znudziły, pójdę więc w ciemno na każdy następny, ale trochę mi żal, że to już nie to samo co dawniej. Chciałabym zakrzyknąć: "Woody Allenie, wracaj do Nowego Jorku! Tam twoje miejsce." Ale czy mnie posłucha? Kto już film widział, może przeczytać ciąg dalszy.

Dziś będzie krócej, bo niespecjalnie jest o czym pisać. Tytuł wywiadu z Woody Allenem, jaki pojawił się w Gazecie Wyborczej, brzmi: "Rzeczywistość jest nie do zniesienia" (jeszcze go nie znam, bo dopóki nie zamieszczę wpisu, nie czytam ani recenzji, ani wywiadów). I o tym właśnie, jak zawsze zresztą, jest ten film. Tylko ci, którzy żyją złudzeniami, mogą być szczęśliwi. Pozostałych czeka rozczarowanie i niespełnienie. Happy end będzie dany Helen i poznanemu przez nią Jonathanowi. Wprawdzie nie okazał się przystojnym brunetem, ale to nieważne. Zresztą wróżka-oszustka przepowiedziała jej tylko, że kogoś pozna, a że na pewno będzie to przystojny brunet, rzucił złośliwie zięć, kpiąc z naiwnej wiary teściowej w brednie wygadywane przez samozwańczą wróżkę. Tak więc słowa jasnowidzki, która karmi Helen iluzjami, zastępując jej psychoanalityka, sprawdziły się. Helen i Jonathan mogą być szczęśliwi, bo nie przyjmują do wiadomości świata realnego, oboje uwierzyli w życie po życiu i przed życiem, w gwiazdy i kontakt z duchami. Nie zrobią kroku bez porady wróżki albo zgody ducha zmarłej żony Jonathana. To odwrócenie schematu z amerykańskich filmów reżysera: zamiast psychoanalityka wróżka i duchy przodków, zamiast znerwicowanego, dręczonego przez rozmaite fobie i lęki nowojorskiego intelektualisty starsza kobieta porzucona przez męża.

Pozostali, którzy gonią za szczęściem i wszystkie decyzje, jakie podejmują, podporzadkowują temu, aby je osiągnąć, niestety najprawdopodobniej poniosą porażkę. Woody Allen nie kończy ich wątków, ale z dużym prawdopodobieństwem możemy powiedzieć, że tak właśnie się stanie. Na pewno przegranym będzie Alfie, typowy allenowski bohater. Starzejący się mężczyzna, który za wszelką cenę chce zatrzymać młodość, a drogą do celu ma być porzucenie żony i związek z młodszą kobietą. Zaślepiony nie dostrzega, z jaką idiotką ma do czynienia. Zostanie nie tylko zdradzony, ale i zrujnowany finansowo, a powrót do żony nie będzie możliwy, co w przeszlosci niektórym swoim bohaterom reżyser umożliwiał. Najprawdopodobniej nie powiedzie się też Sally. Nie założy galerii i nie zacznie nowego życia, jeśli matka, kierując się radami wróżki, nie pożyczy jej pieniędzy. Na polu osobistym już przegrała: straciła ostatecznie złudzenia, że jej były szef byłby gotów się z nią związać, gdyby dała mu jasny sygnał, co do niego czuje. Kiedy zdecyduje się na wyznanie, czeka ją rozczarowanie i upokorzenie. Kolejny przegrany to Roy, pisarz cierpiący na twórczą niemoc, życiowy nieudacznik. Jeśli jego kolega, któremu ukradł książkę, wybudzi się ze śpiączki, oszustwo wyjdzie na jaw, czeka go skandal i kompromitacja. Czy piękna Dia, dla której porzucił żonę, zostanie z nim wtedy? Pewnie nie, wszak uwierzyła, że Roy jest kimś niezwykłym i dla niego odeszła od narzeczonego i to w trakcie przygotowań do ślubu! Tak więc i ona skazana jest na klęskę, o czym widz wie od początku.

Nie dość, że sami podejmujemy błędne decyzje, dokonujemy złych wyborów, bo mrzonki bierzemy za rzeczywistość, to jeszcze los zastawia na nas swe pułapki, kpi z nas. Wokół czyhają  pomyłki, zbiegi okoliczności i inne zasadzki. Takie przesłanie zdaje się kierować do widzów Woody Allen.

Co jest z tym filmem nie tak? Dlaczego rozczarowuje? Dlaczego oferuje tylko przyjemny wieczór w kinie i nic poza tym? Mogę tu pisać oczywiście tylko o moich odczuciach. Myślę, że bohaterowie są tym razem zbyt mało wyraziści. Może to wina aktorów. Anthony Hopkins rozczarowuje, zupełnie nie przypomina allenowskich postaci. Gdzież mu do znakomitego Larrego Davida w roli złośliwego, ogarniętego fobiami emerytowanego profesora Borisa Yellnikoffa z poprzedniego filmu. Podobnie Josh Brolin. Jest zupełnie mdły i nijaki. Żaden z nich nie ma w sobie tej autoironii i zgryźliwości, którymi zwykle allenowscy bohaterowie przykrywają egzystencjalny ból. A Antonio Banderas pozostaje całkowicie w cieniu, jest postacią niewykorzystaną. Tak samo jest z Dią. Dużo bardziej wyraziste w tym filmie są pozostałe kobiety: Helen, Sally i Charmaine. Wiele wątków jest przewidywalnych. Od razu możemy przewidzieć, jak potoczy się historia Alfiego. Kiedy Helen spotyka u swoich przyjaciół Jonathana, domyślamy się, że to będzie ten wymarzony przystojny brunet. Kiedy Roy zauważy w oknie naprzeciwko ponętną Dię, pozostaje tylko westchnąć: "Na pewno będzie ją podrywał."  Poza tym za mało tu dowcipu, ironii, humoru, błyskotliwych, zgryźliwych dialogów i puent, do których przyzwyczaił nas Woody Allen w swoich najlepszych amerykańskich filmach. Bohaterowie dyskutują, kłócą się, ich spory osiągają momentami wysoką temperaturę, ale tylko od czasu do czasu dochodzi do głosu cięty dowcip czy językowa finezja. Nie ma też w tym filmie smutku, nostalgii, melancholii i duchowych rozterek. To wszystko było kiedyś na przykład w "Hannie i jej siostrach", w "Zbrodniach i wykroczeniach", w "Pórpurowej róży z Kairu" a nawet w "Drobnych cwaniaczkach". Mimo że bohaterom nic się nie udaje, trudno im współczuć. Może za dużo tu łopatologii, za mało finezji i dowcipu? Szkoda. Czy doczekam się jeszcze nowego-dawnego Woody Allena, czy też na zawsze skazana będę na zachwycanie się tylko jego amerykańskimi dokonaniami sprzed lat? Na szczęście jest się czym zachwycać.

Popularne posty