Robert D. Kaplan "Bałkańskie upiory. Podróż przez historię."

Robert D. Kaplan to amerykański dziennikarz, komentator polityczny i pisarz. W latach osiemdziesiątych mieszkał w Grecji, skąd odbywał liczne podróże po krajach bałkańskich. Książka wydana przez wydawnictwo Czarne (2010) jest plonem tych peregrynacji. Pisana na początku lat dziewięćdziesiątych może wydawać się nieaktualna, ale tak nie jest. Problemy narodów bałkańskich, które ciągną się od stuleci, nadal nie zostały rozwiązane, a ich zapatrzenie w przeszłość, życie przeszłością sprawia, że  nie możemy być pewni, iż względny spokój zawitał na Bałkany na stałe (zresztą, co jest w życiu na stałe i na zawsze?). Po przeczytaniu książki amerykańskiego dziennikarza łatwiej zrozumieć to, co teraz dzieje się na przykład w Grecji. Jeszcze raz zadałam sobie pytanie, jak to się stało, że ten kraj przyjęto do strefy euro? A Kosowo, czy rzeczywiście społeczność międzynarodowa powinna uznawać niepodległość tego kraju, skoro te ziemie to kolebka starej Serbii? Czy w ogóle możliwe jest rozwiązanie konfliktów targajacych tymi ziemiami, jeśli zamieszkuje je mieszanka narodów, a historia sprawiła, że granice zmieniały się tam bardzo często? Takie pytania stawiam sobie po przeczytaniu tej pasjonującej książki: reportażu połączonego z niezwykle przystępnym i zwięzłym wykładem historycznym.

Po pracę Kaplana sięgnęłam, ponieważ od jakiegoś czasu czytam książki z tego kręgu kulturowego i dzięki nim go odkrywam (ślady tych zainteresowań na blogu). Aby pozostać w bałkańskim klimacie, zaraz po skończeniu lektury zabrałam się za kolejną powieść Eginalda Schlattnera, siedmiogrodzkiego Sasa, "Czerwone rękawiczki" (Czarne 2004; o "Fortepianie we mgle" pisałam). Ale do rzeczy. Kaplan poświęca swoją książkę czterem krajom. W pierwszej części pisze o dawnej Jugosławii jeszcze przed rozpadem i tuż po, ale  przed wybuchem konfliktu zbrojnego, który zresztą przewidział. Poświęca swoją uwagę Serbii, Chorwacji, wzajemnej nienawiści zamieszkujących te kraje narodów, pisze o jej korzeniach. Nie zapomina o Bośni, a nawet Albanii, no i o Kosowie. Niezwykle ciekawa jest historia Macedonii, kraju do którego przyznają się i Serbowie, i Bułgarzy, i Grecy. Następny rozdział to fascynująca podróż przez Rumunię, kraj dotkliwie poturbowany przez komunistyczny reżim Causescu (o latach wcześniejszych, bo czterdziestych i pięćdziesiątych, traktują książki Schlattnera). Kraj, który najpierw zawarł sojusz z Hitlerem, a potem sprytnie udał się pod skrzydła Stalina, za co gorzko zapłacił. Państwo pełne kontrastów, które w obecnym kształcie istnieje właściwie dopiero od czasów traktatu w Trianon. Zupełnie inna jest przeszłość Dobrudży, Mołdawii, Bukowiny (z tą ostatnią dzięki korzystnemu położeniu najłagodniej obszedł się reżim) czy Siedmiogrodu. Przeraża niezwykle wyrafinowane okrucieństwo rumuńskich faszystów (prześladowania Żydów) i komunistów. Kolejny rozdział to Bułgaria. O ile Rumuni uważali wyzwolenie ich przez Rosjan za nieszczęście, o tyle Bułgarzy w jakimś stopniu godzili się z podporządkowaniem rosyjskiemu bratu, a to dlatego, że mieli w pamięci kilkuwiekową okupację osmańską, która dawała się we znaki całym Bałkanom, ale najdotkliwiej właśnie Bułgarii. A to właśnie dzięki Rosji Bułgarzy zostali wyzwoleni. Bułgaria w porównaniu z Rumunią jawiła się Kaplanowi jako kraj pogodny i cieszący się większą swobodą. Rozmowy, jakie przeprowadzał z bułgarskimi przyjaciółmi, w Rumunii byłyby niemożliwe. Co ciekawe w latach osiemdziesiątych Rumunia, w której szalał niewyobrażalny reżim Causescu, cieszyła się w Stanach dobrą opinią, była nawet objęta klauzulą specjalnego uprzywilejowania (Causescu odciął się od Rosji). Inaczej Bułgaria, którą Związek Radziecki wykorzystywał  do zadań specjalnych (Kaplan szeroko pisze o udziale bułgarskich służb specjalnych w zamachu na Jana Pawła II). Amerykański pisarz wytyka Stanom i Zachodowi polityczną ślepotę i kompletną nieznajomość bałkańskich realiów wynikającą z braku zainteresowania tym odległym zakątkiem Europy. Żeby pokazać, jak bardzo się mylą, często ukazuje podobieństwo zachodzacych tam procesów do tego, co dzieje się na Bliskim Wschodzie. I wreszcie ostatni rozdział poświęca Grecji, którą traktuje jak część Bałkanów, o czym się zwykle nie pamięta, sytuując ten kraj na Zachodzie. Najpierw niezwykle ciekawie pisze o Salonikach, mieście przed drugą wojną zamieszkanym w większości przez Żydów, mieście, w którym Grecy stanowili mniejszość w stosunku do innych nacji. Ale dziś o tym nie pamiętają. Podkreśla, że Grecja to nie tylko starożytność, ale przede wszystkim Bizancjum, a potem też osmańska okupacja. Obszerny fragment zajmuje pasjonująca i przerażająca historia rządów Andreasa Papandreu.

Nie sposób tu napisać o wszystkim, zresztą ta notka nie ma zastąpić lektury, ale do niej zachęcić. Dlatego wspomnę jeszcze tylko o trzech problemach najlepiej oddających prawdę o tym regionie Europy. Pierwszy: każdy z tych krajów dążył do stworzenia państwa narodowego etnicznie i zrobił wszystko, aby wymazać z pamięci fakt, że kiedyś tak nie było, a bałkańskie nacje mieszały się na różnych terenach. Drugi: dzisiaj ta wiedza stanowi w tych krajach tabu. Trzeci: wieczne oglądanie się w zamierzchłą przeszłość, mieszanie jej z teraźniejszością. Jak pisze Kaplan "... każdy naród uważał za swoje naturalne terytorium wszystkie ziemie, które posiadał w okresie swej najdalszej historycznej ekspansji." To tak jakby Polacy marzyli, ba, poważnie myśleli, o Polsce w granicach od morza do morza.

I już zupełnie na zakończenie wspomnę jeszcze o dwóch niezwykle ciekawych i charakterystcznych rysach tej książki. Kaplan poznaje Bałkany przez historyczny szczegół. Pisze, zachwycając się najczęściej, o jakiejś ważnej budowli (czasem jest to cerkiew, a czasem historyczny budynek hotelu) i z niej wywodzi czasy współczesne (to znaczy lata osiemdziesiąte i wczesne dziewięćdziesiąte). Drugi sposób to rozmowy z ludźmi: przypadkowo spotkanymi, z którymi rozmawiał tylko raz, albo z takimi, z którymi podczas swoich częstych pobytów w tych krajach zaprzyjaźnił się. Przez książkę Kaplana przewija się galeria barwnych, często dziwacznych postaci. I rzecz ostatnia:lektury, do których często nawiązuje. Niektóre z tych pozycji to dla niego bałkańskie Biblie.

Wspaniała, świetnie napisana książka odkrywająca przed czytelnikiem historię i współczesność krajów, które znamy zwykle z nadmorskich wakacji i medialnych doniesień sprzed kilkunastu lat, kiedy to te tereny ogarnięte były zbrojnym konfliktem. A na mojej półce czeka już najnowsza książka tego samego autora, która ukazała się pod koniec września ("Na wschód do Tatarii. Podróże po Bałkanach, Bliskim Wschodzie i Kaukazie."; Czarne 2010). Już się cieszę na jej lekturę.

P.S.

A powieść Eginalda Schlattnera "Fortepian we mgle", którą w tej notce przywołałam i o której pisałam jakiś czas temu, znalazła się w finałowej siódemce nagrody Angelus. Trzymam kciuki i namawiam do przeczytania!!!


"Najtrudniej jest spotkać Lilit" Anki Grupińskiej - książka niezwykle ciekawa!

Tak jak nieszczęścia chodzą parami, tak czasem i inne zdarzenia układają się w pewien ciąg. Tak było i tym razem. Kilka dni po obejrzeniu "Oczu szeroko otwartych" (pisałam tu o tym poruszajacym i ciekawym filmie) znalazłam w księgarni książkę, o której kiedyś słyszałam, ale wtedy jakoś się nią nie zainteresowałam: "Najtrudniej jest spotkać Lilit" Anki Grupińskiej (Wydawnictwo Austeria 2008, wydanie trzecie poprawione i uzupełnione; pierwsze ukazało się w 1999 roku). Na okładce można przeczytać, że są to rozmowy z chasydkami, czyli żonami chasydów mieszkajacych w Izraelu. Nie do końca jest to ścisła informacja, bo nie ma tu rozmów - wywiadów (ja tego się właśnie spodziewałam), lecz raczej relacja z licznych spotkań z kobietami.  Te spotkania-rozmowy ułożone są tematycznie, dlatego niektóre bohaterki spotykamy kilkakrotnie. To jednak zaleta, a nie wada tej książki. Trzy pierwsze rozdziały opowiadają o sytuacji religijnej we współczesnym Izraelu, o tym, czym właściwie jest ortodoksja i jak to pojęcie ewoluuje oraz o powstawaniu dworów chasydzkich. Dwa ostatnie to uzupełnienia, zwrócenie uwagi na te grupy Żydów, które nie mieszczą się w religijnym mainstrimie. Książka jest po prostu świetnym, przystępnie napisanym wykładem o religijności współczesnych izraelskich Żydów, szczególnie tych ultraortodoksyjnych i ortodoksyjnych, z pewnymi wycieczkami do Stanów i w przeszłość. A z autorką zetknęłam się jakiś czas temu, słuchając jej arcyciekawych audycji "O Polakach i tych innych"  na podobne tematy w radiu TOKFM. Niestety cykl się skończył.

Muszę ze wstydem wyznać, że książka Grupińskiej to dla mnie jak odkrycie nieznanego lądu. Co dotąd wiedziałam o Żydach ortodoksyjnych, chasydach? Same powierzchowności. Po prostu to ci najbardziej religijni z religijnych, wyróżniający się strojem, skrupulatnie przestrzegający religijnych zasad. Tak mniej więcej myślałam. Błąd tkwi już w myleniu pojęć. Otóż dziś Żyd ortodoksyjny i chasyd to nie to samo. Kiedyś można było te pojęcia utożsamiać, współcześnie już nie. Kim zatem są chasydzi? Przede wszystkim  pojęcie dotyczy tylko części Żydów aszkenazyjskich. To rzeczywiście grupa najbardziej religijna, żyjąca w swoim zamkniętym świecie. Szczególnie dziś w Izraelu szczelnie odgradzają się od znacznie liczniejszego świata Żydów niereligijnych czy też wierzących niepraktykujących lub praktykujących okazjonalnie (wykorzystuję  tu pojęcia używane na określenie katolickiej czy chrześcijańskiej religijności). Grupują się w tak zwanych dworach (Grupińska używa też nazwy rebustwo stworzonej od rebego), na czele których stoi rebe, wielki autorytet, znawca Tory, Talmudu i halachy (prawa religijne). Każda taka grupa ma swoją synagogę, swoje szkoły religijne i swoją mykwę. Dwory chasydzkie stale ewoluują: jedne zanikają, inne powstają, a najczęściej po śmierci rebego, jeśli nie ma wyznaczonego następcy, dochodzi do podziału.  Mieszkają w swoich dzielnicach, ich dzieci kształcą się w szkołach religijnych, gdzie świeckie przedmioty ograniczone są do niezbędnego minimum, nie studiują, często używają jidysz (bywa, że hebrajskiego uczą się dopiero w szkole). Oczywiście ściśle wypełniają wszystkie religijne zasady i nakazy, świętują szabat, przestrzegają koszerności (to pojęcie nie dotyczy tylko jedzenia, np. telefon komórkowy też może być koszerny lub nie) i czystości rodzinnej, czyli wszelkich praw seksualnych między małżonkami, wyróżniają się strojem, we wszystkim słuchają swojego rebego, nie czytają niereligijnych książek, nie oglądają telewizji, nie chodzą do kina i tak dalej, i tak dalej. Nie sposób tu wymienić wszystkich cech tej społeczności.  Mężczyźni zajmują się głównie studiowaniem Tory w jesziwach czy innych szkołach religijnych. Wielu z nich z tego powodu nie pracuje. Z czego żyją, jak utrzymują swoje liczne rodziny (chasydzi mają zwykle ponad dziesięcioro dzieci)?

I tu wkraczamy na obszar, który głównie interesuje Grupińską, czyli kobieta w świecie chasydów. Otóż cały ciężar utrzymania rodziny, wychowywania dzieci, prowadzenia domu spada  w tym świecie przede wszystkim na kobiety. To one oprócz zajmowania się domem muszą dorabiać, aby utrzymać liczną rodzinę. Czym się zajmują? Pracują w szkołach religijnych, jako sekretarki w różnych chasydzkich instytucjach, ale przede wszystkim dorabiają, wykonując jakieś drobne prace rękodzielnicze. Mężczyźni, o ile nie pracują (a jeśli pracują to zawsze jest to praca w dzielnicach chasydzkich), otrzymują niewielkie stypendium ze szkoły religijnej. Nic więc dziwnego, że większość rodzin chasydzkich żyje bardzo skromnie, ledwo wiążąc koniec z końcem i gdyby nie liczne istytucje pomocowe popadłyby w nędzę. Kobieta w tym świecie sprowadzona jest do roli matki wychowującej religijnych Żydów i tej, która służy mężczyźnie. Dzięki niej on może studiować Torę (mąż religijny i uczony w Torze to marzenie większości dziewcząt chasydzkich). Jej zadaniem jest jeszcze prowadzenie religijnego domu. Żadnych pytań, żadnych wątpliwości. Najczęściej w rozmowach z Grupińską powtarza się stwierdzenie: ja nie muszę wiedzieć, wystarczy, że wie mój mąż (mąż z kolei jeśli nie wie, pyta rebego; ten decyduje często o wszystkim, nawet o imieniu dziecka). Dziewczęta w tym świecie od początku przygotowywane są do takiej roli i nie wyobrażają sobie innego życia, choćby dlatego, że go po prostu nie znają. Temu służy całkowite odcięcie od świata Żydow niereligijnych. Oczywiście, jak bywa w takich zamkniętych grupach, te kobiety są szczęśliwe, bo szczęściem dla nich jest właśnie takie życie: zgodne z nakazami religii i społeczności. Grupińska często stara się swoimi pytaniami prowokować, wzbudzać wątpliwości, pytać o prawa kobiety, o to, czego naprawdę chcą. Ale najczęściej bez skutku, natrafia na mur niezrozumienia, obojętności lub ucieczkę.

Oczywiście ponieważ spotyka się z różnymi kobietami, rozmawia też z takimi, które są gdzieś na pograniczu lub takimi, które ten świat opuściły. Te bywają bardzo krytyczne, chociaż nie wszystkie. Co im przeszkadza? Zamknięcie, brak i niesamodzielność poglądów (nie tylko kobiet, ale i mężczyzn; nie trzeba myśleć, roztrząsać, rozważać, wystarczy ściśle podążać za ustawionymi drogowskazami; ktoś kiedyś pomyślał za ciebie), całkowite poddanie mężczyźnie i społeczności, niemożność kształcenia, zdobywania świeckich zawodów. Mówią też o tym, jak przeszkadzały im niektóre religijne nakazy. Tu szczególnie częśto wymieniają chodzenie do mykwy, które jest dla kobiety z wielu względów wyjątkowo upokarzające (rzeczywiście opis  obowiązującej tam procedury wzbudza dreszcz obrzydzenia). O tym, że nie lubią tam chodzić, wspominają też niektóre chasydki.

Nie sposób w tej notce napisać o wszystkim, nie chodzi też przecież o streszczenie całości. Wspomnę więc jeszcze krótko, o czym jeszcze pisze Grupińska. Przede wszystkim porządkuje wiadomości na temat świata żydowskiego: pisze o sefardyjczykach, askenazyjczykach, mitnagedach, asymilacji, synagodze reformowanej i konserwatywnej. Pokazuje różnice między sytuacją społeczności żydowskiej w USA i w Izraelu. Pisze o tym, jak było kiedyś np.w Polsce (chasydzi nie izolowali się tak bardzo jak dziś w Izraelu, byli bardziej otwarci) i jak  jest dziś, a przede wszystkim, jak wszystko się zmienia (z jednej strony ten świat coraz bardziej się zamyka, z drugiej pewna ewolucja następuje: wielkim wyzwaniem jest internet). Sporo miejsca poświęca też różnicom między dworami chasydzkimi. Pokazuje różne odcienie religijności w Izraelu i w środowiskach żydowskich rozsianych po świecie. Zwraca uwagę na wzajemną niechęć chasydów i niereligijnych Żydów w Izraelu. Te dwie społeczności, mimo że żyją w jednym państwie, niewiele o sobie wiedzą i boją się siebie wzajemnie. Chasydzi uważają, że asymilacja i zeświecczenie to tragedia na miarę Holocaustu, natomiast środowiska niereligijne, że chasydzi stopniowo pozbawiają ich wszelkich praw, zamieniając Izrael w państwo religijne. Te obawy pewnie trochę wyolbrzymione nie są całkiem bezpodstawne, ponieważ ultraortodoksi mają znacznie więcej dzieci, potrzebują stale nowej ziemi na rozrastające się swoje dzielnice (w Jerozolimie procent chasydów stale wzrasta i wielu niereligijnych opuszcza miasto, twierdząc, że coraz trudniej w nim żyć). Wprawdzie Izrael nie jest państwem wyznaniowym, ale niektóre obszary życia podporządkowane są rabinom np. śluby, rozwody, pogrzeby, a chasydzi cieszą się licznymi przywilejami np.są zwolnieni z służby wojskowej. Jak wielkie są te obawy przekonałam się, czytając niedawno  wywiad z izraelskim poetą i psychologiem, wykładowcą uniwersytetu w Hajfie Zviką Szternfeldem (Gazeta Wyborcza z 11-12 września "Izrael. Wielki strach").

Znakomita, świetnie napisana, arcyciekawa książka. Polecam.       

Zwyczajne zło? "Matka Teresa od kotów" Pawła Sali.

Obejrzałam "Matkę Teresę od kotów" filmowy debiut Pawła Sali, o którym głośno było po festiwalu w Gdyni, chociaż, o ile dobrze pamiętam, nagrody żadnej nie otrzymał. Film zobaczyć trzeba koniecznie, mimo że nie jest wolny od błędów. To historia, oparta na faktach (nie wiem, w jakim stopniu), o brutalnym zabójstwie matki popełnionym z zimną krwią przez jej dwóch synów. Wszystko zdarzyło się w tak zwanej normalnej rodzinie. Dlaczego dochodzi do zbrodni? Na to pytanie próbuje odpowiedzieć film, ale czyni to moim zdaniem tylko częściowo. Nie jest to, co oczywiste, obraz miły i przyjemny, ale reżyser oszczędza widzowi makabrycznych widoków i brutalnych scen. Obserwuje swoich bohaterów z klinicznym chłodem. Nie ma tu takiego poziomu emocji jak w "Placu Zbawiciela" Krauzego. Tamten film mną wstrząsnął, ten raczej kazał się zastanawiać i rozmyślać. Nie można przejść obojętnie wobec znakomitych ról Mateusza Kościukiewicza i Filipa Garbacza, a szczególnie Ewy Skibińskiej. Kto film już widział, może przeczytać ciąg dalszy.

Porównania z filmem Krauzego nasuwają się same. W obu tragedie rozgrywają się w normalnych, zwyczajnych, na pozór porządnych rodzinach. Kto stoi z zewnątrz, niewiele zobaczy, a nawet jeśli, to na pewno nie przejdzie mu przez myśl, że możliwa jest zbrodnia. "Plac Zbawiciela" to wiwisekcja. Widzimy, jak narastają problemy i rodzinny mobbing. Pamiętam, że kiedy oglądałam tamten film, towarzyszyło mi poczucie sytuacji bez wyjścia. Udręczona bohaterka nigdzie nie może znaleźć pomocy. Porzucona przez męża, zaszczuta przez teściową, zostawiona sama sobie przez siostrę i jej rodzinę, doprowadzona do stanu bezsilności i rozpaczy popełnia zbrodnię. Emocje aż kipią, historia pokazana na ekranie wbija w fotel. Jakże inaczej jest u Pawła Sali.

Film zaczyna się sceną aresztowania dwóch braci i jeszcze wtedy, kiedy obserwujemy brutalne zachowanie policjantów niewiele starszych od Artura, możemy się nad chłopcami litować. Twarze stróżów prawa są i niewinnne, jak twarz Marcina, i wykrzywione złością i nienawiścią. Jak niewiele różni morderców i policjantów. Mamy prawo wyobrażać sobie, że do zbrodni pchnęły ich wielkie emocje, nieszczęście, pewnie matka była jakimś potworem. Stopniowo, krok po kroku poznajemy życie rodziny Artura i Marcina, cofając się systematycznie w czasie, co ma nas zapewne doprowadzić do odpowiedzi na pytanie: dlaczego? Moim zdaniem jednak nie do końca się to udaje. A może taki był zamysł rezysera? Życie bohaterów obserwujemy trochę z boku, być może stąd częste ujęcia z góry. Przyglądamy się kilkunastu sytuacjom, które są zaledwie szkicami: pokazują wybrane zdarzenia, pozwalając odtworzyć ciąg zdarzeń, które poprzedziły zbrodnię, ale nie wchodzimy w dusze bohaterów, możemy o nich powiedzieć tyle, ile zobaczymy. Reszta to sfera domysłów.

Co wiemy a czego się tylko domyślamy? Matka, agentka ubezpieczeniowa, miłośniczka kotów, których w mieszkaniu jest pełno i pewnie nie każdemu musi to odpowiadać. Teresa nie przejdzie obojętnie obok żadnego opuszczonego kociaka. Wyciągnie go z krzaków czy spod samochodu, nie zważajac na swój elegancki strój, i przyniesie do domu, żeby obdarzyć  czułością i opieką. Czy jest złą matką? Nic na to nie wskazuje. Może jest za mało czuła i opiekuńcza? Może za bardzo pochłania ją i dręczy wyjątkowo niewdzięczna  praca? Klienci zbywają ją tak jak synowie.  Na pewno jest bezradna wobec starszego syna Artura, który kompletnie się z nią nie liczy. Młodszy, Marcin, wpatrzony w niego jak w obrazek, traktuje go  jak guru. Pod jego wpływem prawie nie chodzi do szkoły, spędzając z nim czas. Teresa nie potrafi temu zaradzić. Najpierw usprawiedliwia wszystkie opuszczone godziny, a potem przyznaje się nauczycielce do swojej bezradności. Ta zresztą też nie oferuje pomocy. Kiedy odgrzebujemy z czasu jej przeszłość, docieramy do różnych życiowych udręk, które doprowadziły ją pewnie do stanu bezradności i zmęczenia, w jakim ostatecznie się znalazła, co świetnie oddaje pozbawiona makijażu (w początkowych scenach filmu) twarz aktorki. W domu rozmemłana, kiedy wychodzi do świata, przywdziewa niczym zbroję elegancką sukienkę a usta maluje bordową szminką. Jakie to udręki? Choroba i śmierć ciotki, która, jak możemy się domyślać, była dla niej jak matka. wiadomość o chorobie koleżanki, z którą kiedyś pracowała. No i problemy z mężem, Hubertem. Właściwie tylko jej kuzynka, Ewa, która od pewnego czasu mieszka z Teresą i jej dziećmi, wydaje się przejmować jej losem.

Hubert, to równanie z niewiadomymi. Zawodowy żołnierz, który wrócił z misji w Afganistanie. Nie chce o niej opowiadać, ale łatwo się domyślić, że pobyt tam był traumatyczny. I tylko nie wiemy, czy zdarzyło się coś strasznego czy też to suma zdarzeń, oglądanie śmierci kolegów, strzelanie do ludzi doprowadziły go do stanu, w jakim go oglądamy. Wyraźnie unika rozmowy, kiedy podnieceni synowie wypytują go, czy kogoś zabił. W tym miejscu film porusza niezwykle istotny temat: nasza misja wojskowa w Afganistanie i jej koszty (o sens reżyser nie pyta, ale to film o czymś innym). Od czasu, kiedy obejrzałam znakomity duński film "Bracia" (amerykańską wersję wolałam sobie darować), jestem bardzo wyczulona na tym punkcie. Do dalszego załamania z pewnością przyczyniła się też utrata pieniędzy, które  zarobił na misji. Z drugiej  strony jego nerwowa reakcja na wieść o tym może być wynikiem traumy. Każdy, kto wkłada pieniądze w fundusze, powinien zdawać sobie sprawę, że to inwestycja długoterminowa i mniej lub bardziej ryzykowna. Albo więc postapił lekkomyślnie, albo działa pod wpływem stresu i emocji. Chyba że intecją reżysera było oskarżenie bezdusznego maklera, ale to byłoby naiwne. Dalej to już tylko niewiadome. Czy molestował swoich synów, co zarzuca mu Artur? Czy to tylko oskarżenie bezwzględnego chłopaka? Czy dlatego chłopcy wstawili zamek do drzwi swojego pokoju? Czy mała Jadzia dlatego pewnego ranka upiera się, że jest brudna i chce się umyć? Czy Teresa wie albo się domyśla, ale zaprzecza? Wszak widzimy, jak ważny jest dla niej mąż. Czy dlatego nie reaguje, kiedy Artur zmusza ojca do opuszczenia domu? Czy może tylko dlatego, bo nie potrafi mu się przeciwstawić, gdyż nie ma na niego żadnego wpływu? Czy to jeden z powodów nienawiści synów do matki i ojca? Ale dlaczego w takim razie nie chronią młodszej siostry? Na te pytania odpowiedzi nie będzie.

I wreszcie najważniejsze osoby dramatu, bracia: Artur i Marcin. Snując swoje rozważania o filmie Sali, zdałam sobie sprawę, że właściwie o nich wiemy najmniej. Młodszy Marcin ślepo zapatrzony w starszego wierzy, że brat posiadł niezwykłą moc: może przewidywać przyszłość, wpływać na sny, na ludzkie działania, a nawet ożywiać ludzi. Czy dlatego pomógł bratu zamordować matkę? Myślał, że będzie można ją ożywić? Chyba jednak nie, bo przekonał się wcześniej, że brat nie wskrzesił zmarłej ciotki. Ale może nie chciał? To Marcin jest tu ofiarą: przede wszystkim brata, ale i rodziców, którzy nie potrafili wyrwać go spod wpływu Artura. Dopiero kiedy w areszcie oddzielają go od niego, zdaje sobie sprawę, co się stało. Nikt mu już pomóc nie może. I chyba to oderwanie jest dla niego prawdziwym wstrząsem. A Artur pokazany jest w tym filmie jak demon zła. Wszystko, co robi, podszyte jest złem. Podłoży nogę sąsiadowi, zdemoluje sklep, w którym pracuje, nie wpuści do mieszkania Ewy, będzie jej groził. O tym, jak traktuje rodziców, już pisałam. I tylko brata, którego zaraża złem, będzie bronił.

I tu rodzą się moje wątpliwości. Pierwsza. Czy Artur zawsze był taki? Te trzynaście miesięcy z życia rodziny nie odpowiadają na pytanie: od jak dawna jest taki i dlaczego? Ma zły charakter czy błędy wychowawcze wyzwoliły w nim wszystko, co najgorsze? Przyjaciel Teresy powie: "Artur nikogo nie potrafi kochać" (cytat z pamięci). A może tak bardzo zmienił się od powrotu ojca? Ale czy to możliwe? Kto jest ofiarą: on czy matka? I sprawa druga. Artur owładnięty jest czarną magią, o czym wspominałam przed chwilą. Studiuje ją chyba (są takie studia?). Być może to właśnie te demoniczne, magiczne zainteresowania są przyczyną zła, które w nim tkwi. Taka odpowiedź  mnie wydaje się naiwna. Wątek czarnej magii sprowadza film w obce mi rejony, moim zdaniem osłabia jego wymowę. To właśnie najbardziej  przeszkadza. Chyba że tak było rzeczywiście, wszak film oparty jest na faktach. Pytanie tylko, w jakim stopniu.



"Jej droga" Jasmili Zbanic

Kto nie przeszedł obojętnie obok "Grbavicy", poprzedniego filmu Jasmili Zbanic, ten na pewno wybierze się na "Jej drogę", najnowsze dzieło reżyserki z Sarajewa. Tym razem akcja również dotyka aktualnych problemów jej rodzinnego kraju. Wojna, o której nie sposób zapomnieć, pojawia się w tle, a tematem jest budzenie się na nowo świadomości islamskiej. Wszyscy bohaterowie tego filmu są muzułmanami, ale co to właściwie znaczy być muzułmaninem dziś w Sarajewie? Na te pytania muszą odpowiedzieć sobie Luna i Amar. Koniecznie trzeba wybrać się do kina. A kto już był, może przeczytać ciąg dalszy.

To film o sytuacji bez wyjścia. Każda decyzja, jaką podejmie Luna będzie zła. A właściwie czy ma jakikolwiek wybór? Czy może postąpić inaczej? Jak Amar wyobraża sobie ich wspólne życie? O tym nie rozmawiają, ale wydaje się oczywiste, że jeśli Luna zdecyduje się zostać z człowiekiem, którego kocha i z którym mieszka już kilka lat, będzie musiała wziąć z nim ślub w meczecie i żyć  tak jak kobiety, które spotkała w obozie nad jeziorem, gdzie Amar dostał pracę. Czy można się dziwić, że dla samodzielnej Luny, która pracuje jako stewardesa, wiedzie życie takie jak miliony kobiet w Europie, perspektywa założenia burki jest niemożliwa do przyjęcia? Jej świat nagle, za sprawą przypadkowego spotkania, zaczyna się walić. Początkowo chyba nie zdaje sobie sprawy z powagi sytuacji, ma jeszcze nadzieję, że wspólne życie na dotychczasowych zasadach będzie możliwe. Szybko jednak okaże się, że nie. Amar powoli zaczyna się zmieniać. Początkowo to tylko spotkania w meczecie, potem religia zaczyna wkraczać w ich życie, wreszcie z gorliwością neofity krytykuje i poucza krewnych Luny, jak powinni żyć. To, co dotąd było dozwolone, nagle staje się grzechem: życie bez ślubu, seks przed ślubem, pocałunki, dyskoteka. Wszystkie nieszczęścia i te osobiste, i te które spotkały muzułmanów w czasie wojny, można łatwo wytłumaczyć: ich przyczyną jest odwrócenie się od religii,  religijne zobojętnienie, religijność sprowadzona tylko do tradycji i rytuału.

Tragedia Luny i Amara polega na tym, że zmiana przyszła nagle, w trakcie ich związku. Dotąd prowadzili podobne życie, wyznawali te same zasady, nie kierując się na co dzień wskazaniami religii. Owszem, byli muzułmanami, o czym boleśnie przekonali się w czasie wojny, ale muzułmanami niepraktykującymi. Wiedli życie ludzi Zachodu: praca, wolny związek, starania o dziecko, spotkania z przyjaciółmi, rozrywki. Trudno jednak powiedzieć, żeby ich życie, a szczególnie życie Luny, było puste. Poznajemy ją jako osobę poważną, odpowiedzialną. Martwi się o Amara, który nie może poradzić sobie z nałogiem, troszczy o babcię, pragnie dziecka. Z ich dwojga to Luna bardziej przywiązana była do religijnej tradycji, być może dlatego, aby sprawić przyjemność babci, a może ważne były dla niej rodzinne spotkania z okazji muzulmańskich swiąt. Dotąd  Amara nudziły te rodzinne spędy, teraz wytyka krewnym Luny, że świętują w domu, a nie w meczecie i piją alkohol. W obecnych okolicznościach ich spotkanie byłoby po prostu niemożliwe, ale ponieważ ich związek trwa już  kilka lat, muszą go na nowo zdefiniować i chyba początkowo nie rozumieją, że wspólna droga będzie niemożliwa. Bo kto ma ustąpić i czy w sprawach wiary, światopoglądu ustąpić można? Czy możliwy jest jakiś kompromis? Wydaje się, że nie. Czy może ustąpić Luna, skoro uświadamia sobie, że nie wierzy? Z goryczą pyta Amara, gdzie był Bóg, kiedy Serbowie zastrzelili na jej oczach rodziców, a ona prosiła Go o ich ocalenie. Czy można żądać od Amara, aby porzucił wiarę, która nagle staje się dla niego tak ważna? Wypełnia pustkę w jego życiu, nadaje mu sens, pozwala zerwać z nałogiem i uporządkować świat. Ja wyjścia nie widzę. Decyzja Luny, chociaż okupiona cierpieniem, wydaje mi się jedyną możliwą. tym bardziej, że to ona musiałaby całkowicie zmienić swoje życie i nie chodzi tylko o włożenie burki. Niestety nic tu nie pomogą nawet najprawdziwsze słowa o miłości. W tej sytuacji uczucie nie wystarczy, aby znieść barierę, która ich odgrodziła.

Zbanic pokazuje w swoim filmie współczesne Sarajewo, które przynajmniej powierzchownie wylizało się z wojennych ran. W centrum niczym nie różni się od świata Zachodu: kawiarnie, gwarne ulice, modnie ubrane dziewczyny, kluby i dyskoteki, gwiazdy telewizyjne. Tutaj świat muzułmański  nie jest widoczny. Nie widać kobiet w burkach, meczetów, modlących się mężczyzn. To wszystko ukrywa się gdzieś na uboczu: na odrapanym sarajewskim osiedlu, w górach. Te dwa światy pełne są wzajemnych uprzedzeń. Patrzą na siebie przez pryzmat stereotypów. Muzułmanie, wahabici (fundamentalistyczny odłam islamu), postrzegani są jako niebezpieczni mordercy i terroryści. I Luna i jej przyjaciółka uważają, że zrobią Amarowi pranie mózgu. I z ich punktu widzenia tak się dzieje. Amar zachowuje się ostatnio dziwnie, mówią. Luna od początku jest niechętna jego nowej pracy i związanemu z nią wyjazdowi. Niestety jej obawy sprawdziły się. Z kolei w oczach praktykujących muzułmanów ich niereligijni pobratymcy wiodą życie puste, bez wartości. Kobiety nie chcą mieć dzieci. I to kolejny stereotyp, bo Luna usilnie stara się o dziecko. Kiedy szczelnie zasłonięta  muzułmanka, w zaciszu namiotu, do którego wstęp mają tylko kobiety, ściąga czador i odsłania swoje piękne, rude włosy, Luna, a z nią i ja, przeżywa chwilę zaskoczenia. Czego się spodziewałyśmy? Jakiejś brzyduli? Ta kobieta ukryta pod burką i czadorem prowadzi samochód, pomstuje na źle prowadzących kierowców, ale jednocześnie wygłasza swoje krytyczne opinie o kobietach Zachodu. Godzi się też na wielożeństwo, zabronione przez prawo cywilne, ale nie boskie. I to jedna z tych granic, które trudno przekroczyć. Ta kropla przelała czarę goryczy. To w tym momencie, w meczecie Luna, która staje się przypadkowym świadkiem tego ślubu, podejmuje decyzję.

I jeszcze słów kilka o wojnie, która tym razem nie stanowi centralnego tematu filmu Jasmili Zbanic, ale jest gdzieś w tle. Prawie wszyscy bohaterowie przez wojnę zostali okaleczeni, wpędzeni w mniejsze i większe traumy. Luna straciła rodziców. Jej rodzina, dziadkowie musieli opuścić rodzinne strony, za którymi nadal tęsknią. I wprawdzie potem odzyskali swoje domy, ale woleli je sprzedać Serbom, bo trudno żyć w miejscu, gdzie doznało się tyle złego i gdzie żyją oprawcy ( O tym można przeczytać w znakomitym reportażu Tochmana "Jakbyś kamień jadła", o którym pisałam.). Amar walczył, stracił ojca i brata, który był bohaterem i to bohaterstwo doprowadziło go do śmierci. Nadal trudno mu się z tamtych przeżyć otrząsnąć, stąd być może alkoholizm, w który popadł. Stale użala się nad sobą, czego dość już mają jego przyjaciele. Może tylko kolega z oddziału jest w stanie go zrozumieć? Czy jest jakaś nadzieja dla tego pogruchotanego świata, który tylko z wierzchu wylizał swoje rany? Religia? Ale ta religia, jeśli przerodzi się w fanatyzm (a pewne sygnały w filmie się pojawiają), łatwo doprowadzi do kolejnego nieszczęścia. A może dzieci, nowe pokolenia? Dziewczynka, która wraz z rodzicami mieszka w domu rodzinnym Luny, nie wie nic o okrucieństwie, które się tu wydarzyło, i Luna jej tej wiedzy oszczędza. Głaszcze ją tylko po głowie. W geście pojednania? litości? Cóż winne jest dziecko? Ale, jak dobrze wiemy, niepamięć, niewiedza, życie w nieświadomości też problemu nie rozwiązują.

Smutny, melancholijny, poważny (także w nastroju) film.  


"Czeski błąd", czyli Hrebejek tym razem serio.

Uwielbiam czeskie kino i to śmieszne, i to poważne. Hrebejek należy do tych reżyserów, którego filmów nigdy nie opuszczam. Po komedii "Do czech razy sztuka" dostajemy Hrebejka w tonacji serio, melancholijnego. Warto pamiętać o tym, wybierając się na ten film, aby się nie rozczarować. Tym razem to wszystko, co zdradzę w tej części, bo lepiej nie wiedzieć nic. Tylko w takim wypadku można przeżyć niespodziankę i docenić konstrukcję filmu, która moim zdaniem jest istotna. Niestety w każdej gazecie i we wszystkich materiałach promujących film taką informację znajdziemy, a szkoda. Dodam tylko, że mimo drobnych wad, których reżyser nie uniknął, koniecznie trzeba wybrać się do kina. Ale myślę, że do tego wielbicieli czeskich filmów zachęcać nie muszę. Druga część tylko dla tych, którzy film widzieli.

Hrebejek zwodzi widza i myli tropy. Jego film zapowiada się  na małżeńską tragedię. Poważnie chora Lucie dostaje dwie wiadomości: dobrą i złą. Dobra: guz, który jej wycięto, nie okazał się złośliwy, jest wyleczona. Zła: Ludek, jej mąż, nie zakończył romansu z Radką, koleżanką z pracy, o czym postanowił żonę poinformować, kiedy tylko dowiedział się, że będzie zdrowa. W tym momencie poczułam się rozczarowana, bo historia opowiadana w tonacji całkowicie poważnej zapowiadała się banalnie. Szybko jednak, jak to w życiu bywa, okazało się, że nieszczęścia chodzą stadami. Przed Lucie i jej rodzicami, Janą i Pavlem, staje poważniejsze wyzwanie. Nagle z niebytu wyciągnięta zostaje teczka Pavla, który dotąd cieszył się nieposzlakowaną opinią represjowanego opozycjonisty, i rozpętuje się rodzinne piekło. Bo Hrebejek skupia się na  rodzinie. Pokazuje, jakie reperkusje wśród najbliższych wywoła wiadomość o donoszeniu na przyjaciela. Nagle  choroba i zdrada męża są niczym w porównaniu z wiadomością, że nieskazitelny ojciec, człowiek szanowany, autorytet, ma drugie oblicze. A zła wiadomość goni jeszcze gorszą, to wcale nie koniec. Najgorsze dopiero przed Lucie.

Nikt tu nie jest bez winy, każdy coś wyparł z pamięci, każdy coś ukrywa. Pavel, Jana i Borek, każda z osób dramatu inaczej zapamiętała tamte dramatyczne wydarzenia i po wysłuchaniu ich sprzecznych relacji trudno rozstrzygnąć, kto miał rację. Dostrzegają swoją winę, ale jednocześnie starają się usprawiedliwić. Najchętniej zapomnieliby o swojej przeszłości, zakopali ją głęboko, w końcu wszystko się jakoś ułożyło, a Borek, ten, który jest ofiarą i na pozór wydaje się bez winy, na emigracji osiągnął artystyczny sukces i życiową harmonię. Jak sam przyznaje, gdyby został w kraju, byłby nikim. A Pavel i Jana odkupili swoją winę późniejszą bezkompromisową opozycyjną działalnością.

Tak jest teraz, ale nie sposób uciec od przeszłości. Pavel donosił na przyjaciela, wykorzystując słabość rywala. Dzięki temu zdobył Janę. Nigdy nie potrafił przyznać się do winy, wolał zapomnieć. W tym kontekście dobre rady udzielane wnuczce i słowa o ciążących wyrzutach sumienia, kiedy ukryjemy prawdę, brzmią nieszczerze. Janie pewnie wygodniej było  udawać, że nie wie, co zdarzyło się naprawdę. To ona była sprężyną historii, to ona zostawiła Borka. Do tego stopnia zakłamje albo wypiera przeszłość, że wydaje się już sama nie wiedzieć, kto jest ojcem Lucie. A Borek, pokrzywdzony: opuszczony przez Janę, zdradzony przez przyjaciela, więziony, przypalany papierosami, zmuszony do emigracji. Czy jest bez skazy? Też nie. Dlaczego tak łatwo uwierzył ludziom, którzy przypalali go papierosami, że Lucie jest córką Pavla a nie jego? Dlaczego potem nie szukal z nią kontaktu? Może tak mu było wygodnie, jemu, artyście? A Jana? Kto kogo porzucił? Borek ją czy ona jego? Ich relacje są sprzeczne. Czy wybrała Pavla, bo tylko on pomógł jej w tej beznadziejnej sytuacji czy po prostu skorzystała z okazji, by wrócić do dawnego chłopaka? Wróciła z miłości, bezradności czy wyrachowania, do którego pchnął ją instynkt matki, która musi zapewnic byt swojemu dziecku? Nie sposób rozwiązać ten gordyjski węzeł i tylko wina Pavla, mimo że umniejszana przez niego i Janę, wydaje się bezsporna.   

Każde z nich inaczej reaguje, kiedy bomba wybucha. Pavel spokojny i melancholijny, zaprzecza wszystkiemu i umniejsza swoją winę, długo nie chce się przyznać i przeprosić. Jana histerycznie. Broni nie tylko męża i siebie, ale i córkę. Za wszelką cenę chce uchronić ją przed prawdą, ale to jest już niemożliwe. Tylko Borek, który nie ma sobie nic do zarzucenia, potrafił pogodzić się z przeszłością i przebaczyć. Osiagnął harmonię i wydaje się być szczęśliwy i spełniony. Kiedy patrzę na jego spokojny, ciepły uśmiech, bezpretensjonalne zachowanie pozbawione zajadłości, wierzę mu.

Ten film dotyka spraw trudnych, tragicznych i bolesnych w sposób spokojny i ciepły. Podkreśla to barwa i tonacja zdjęć: złotych, wiejskich krajobrazów, miłych wnętrz i jesiennej, słonecznej Szwecji.  Reżyser oddaje głos każdemu bohaterowi dramatu i żadnego nie skreśla. Paradoks polega na tym, że mimo iż u zarania tkwiło zło, wszystko obróciło się na dobre. O Borku już pisałam. Ale jest jeszcze Lucie, która po burzy odnajduje spokój. Może dlatego że ona jedna nie boi skonfrontować się z przeszłością? Poznaje prawdziwego ojca i wybacza Janie i Pavlovi. Dzięki temu może zapomnieć o chorobie i mężu łajdaku. Ciepła i spokoju jest chyba jednak trochę za dużo. Już samo przyznanie się Pavla do winy może wydawać się mało prawdopodobne, choćby ze względu na okoliczności, jakie wybrał. Jeszcze mniej prawdopodobna jest reakcja zgromadzonych: jednomyślnie pozytywna (niestety jak z hollywoodzkiego filmu). A zakończenie? Sielankowa zgoda? Czy jest możliwa? Być może po jakimś czasie, ale tak szybko?

I na koniec, żeby nie było za słodko, jeszcze o czarnych charakterach. Dla mnie to Kafka i Ludek. Dlaczego Kafka to jasne. Cyniczny, pozbawiony wyrzutów sumienia ubek, który spokojnym, pewnym siebie głosem opowiada o wydarzeniach z przeszłości, punktując ludzką słabość i nie mając dla niej odrobiny zrozumienia. Kulturalny starszy pan za nic nie czuje się odpowiedzialny i nie dostrzega, że to on i system, który reprezentował, wydobywali z ludzi wszystko, co najgorsze. Otoczony liczną rodziną świętuje swoje urodziny. Tą gorzką, ale jakże prawdziwą pointą kończy się ten film.

A Ludek? Dla mnie to typ odrażający, nawet jego kochanka Radka z czasem zyskuje ludzką twarz, on nie. Nagle kiedy Lucie na jego cyniczną i bezczelną  szczerość pozbawioną poczucia winy reaguje nie tak, jakby sobie życzył, wychodzi cała jego małość i wszystkie kompleksy, które żywi wobec jej rodziców. Wyznanie prawdy byłoby szlachetne, ale jest w tym, jak robią to Ludek i Radka, coś fałszywego. Może dlatego że wyczuwamy poczucie wyższości, kiedy udzielają Lucie dobrych rad. To, co Ludek robi później, robi z niskich pobudek. Kierowany ślepą nienawiścią chce zniszczyć  teścia i jego żonę. Cieszy go ich upadek. W końcu zostaje sam.     

Amos Oz "Fima"

Kolejna książka Amosa Oza, tym razem "Fima" (Rebis 2008), i kolejne spełnienie. Fima to tytułowy bohater powieści, której akcja rozgrywa się w ciągu pięciu dni w Jerozolimie pod koniec lat osiemdziesiątych. Właściwie trudno tu mówić o akcji. Niewiele się dzieje, ot zwykłych kilka dni z życia zaniedbanego pięćdziesięciodwuletniego mężczyzny. Dzień zaczyna od zapisania tego, co przyśniło mu się w nocy, potem kręci się po nieprawdopodobnie zabałaganionym mieszkaniu, w południe wychodzi do pracy w gabinecie ginekologicznym (nie, nie jest lekarzem, jest recepcjonistą), potem snuje się po mieście, odwiedza przyjaciół lub rodzinę byłej żony, Jael, rozmawia przez telefon, w nocy nie może spać, bywa, że napisze artykuł do gazety. Można powiedzieć, że wszystko, co istotne i interesujące, już się w życiu Fimy wydarzyło. Wszak nie zdarzenia są tu ważne, ale sam Fima. Choć narracja w powieści jest trzecioosobowa, cały świat poznajemy z jego perspektywy. O tym, co myślą inni bohaterowie, dowiadujemy się tylko z ich rozmów.

Jaki jest Fima? To człowiek bezwolny, który nie potrafi przeprowadzić żadnego swojego zamierzenia. Nie tyle nie potrafi, ile nawet nie zaczyna. Żyje w świecie fantazji, marzeń, często kompletnie nierealistycznych planów. Może dlatego nie podejmuje próby ich realizacji, bo wie, że jest niemożliwa? No bo trudno wyobrazić sobie, że jego była żona, Jael, jej mąż Ted i ich synek Dimi zgodzą się z nim zamieszkać, tworząc coś w rodzaju komuny. On będzie sprzątał, gotował i opiekował się Dimim, do którego jest bardzo przywiązany. Dowcip polega też na tym, że Fima to potworny bałaganiarz, stale o wszystkim zapomina, wszystko gubi, nie potrafi prowadzić swojego gospodarstwa, jak więc możne myśleć o cudzym? Fima gosposią? Niemożliwe. To jedna z jego fantazji - planów. Jest ich znacznie więcej, większość równie księżycowych, dotyczą różnych spraw i ludzi.

Fima żyje z dnia na dzień, ma niewielkie oczekiwania, przez lata zapomniał o ambicjach, które kiedyś miał. A jest człowiekiem bardzo inteligentnym, skończył historię, być może mógłby zrobić karierę uniwersytecką jak jego przyjaciel Cwi Kropotkin, z którym często spiera się w intelektualnych dyskusjach.W gruncie rzeczy uważa się za zdolniejszego od niego i być może tak jest, cóż z tego, kiedy w Fimie nie ma woli działania. Zamiast na uniwersytecie pracuje jako recepcjonista w prywatnym gabinecie ginekologicznym, gdzie jednym pacjentkom pomaga się zajść w upragioną ciążę, innym na ich życzenie się ją usuwa. A kiedyś w młodości, w roku amorów, jak mówi, było inaczej: miał ambicję, plany, potrafił czarować i szaleć. To wypomina mu Jael, która najpierw straciła dla niego głowę (nie ona jedna), a po ślubie głęboko się rozczarowała. Wygląda to tak, jakby Fima nie potrafił i nie chciał wziąć za życie swoje i innych żadnej odpowiedzialności. Żyje tak, jak jemu jest wygodnie.

Mimo swojego zaniedbania, nieatrakcyjności nadal cieszy się powodzeniem u kobiet, ale to raczej on jest zdobywany niż sam zdobywa. Regularnie utrzymuje kontakty z żoną swojego przyjaciela Uriego, Niną. Ale nie ma tu mowy o uczuciu, przynajmniej z jego strony. To wzajemna wymiana usług seksualnych, może obustronna litość. Fima w swoich rojeniach podejrzewa nawet, że Nina sypia z nim na prośbę swojego męża, a potem zdaje mu ze wszystkiego sprawozdanie. Ot taki rodzaj pomocy i troski. Wszak jej wizyty nie ograniczają się tylko do seksu. Napełnia mu też lodówkę i sprząta.  Ale może starzejąca się przyjaciółka szuka u Fimy uwagi i zainteresowania, których nie znajduje u wiecznie zdradzającego ją męża? Są i inne kobiety, ale on stale myśli o Jael. Jeśli którąś z nich kocha, to chyba tylko ją.

Fima jest człowiekiem męczącym. Takim, co to nie nie bierze pod uwagę tego, że inni mogą być zajęci, mieć swoje sprawy. Dzwoni do swoich przyjaciół o różnych porach dnia i nocy po to tylko, żeby przedstawić im swoją teorię na jakiś temat, przedyskutować coś, opowiedzieć o pomyśle na kolejny artykuł lub podjąć  przerwaną kiedyś polemikę na jakiś intelektualny temat (nigdy nie są to rozmowy o przysłowiowej pietruszce). Nie ogranicza się tylko do telefonów, nachodzi ich niezapowiedziany z podobnych powodów , szczególnie często Jael i jej męża. Mimo  że często mają go po prostu dość, jest przedmiotem ich troski. "Co z tobą będzie Fimo?" pytają (cytat z pamięci). Martwi się też o niego jego ojciec, Baruch, zabawny starszy pan cieszący się wielkim powodzeniem u kobiet, właściel nieźle prosperującej fabryki kosmetyków. Namawia do działania, zmian w życiu. Troska przyjaciół nie ogranicza się tylko do słów. W trudnych dla niego chwilach naprawdę mu pomagają.

Jak pisałam, Fima żyje w świecie fantazji, które w dużej części dotyczą polityki, stosunków izraelso - arabskich, sytuacji na ziemiach okupowanych. Wyobraża sobie, że jest premierem rządu, którego ministrami są jego przyjaciele albo taksówkarz, z którym wdał się w dyskusję i którego poglądy wydają mu się ciekawe. Fima zwołuje posiedzenia swojego rządu marzeń, kiedy tylko coś się dzieje lub kiedy wpada mu do głowy jakieś genialnie proste rozwiązanie problemów Izraela. Jest człowiekiem niezwykle wrażliwym. Czuje się współwinny wszystkich zbrodni: tych popełnianych na ziemiach okupowanych,  w gabinecie, w którym pracuje, i tej popełnionej przez dzieci na bezdomnym psie. Rozważania polityczne to ważna część książki. Fima na każdym kroku jest świadkiem nienawisci skierowanej przeciwko Arabom. Nie przeszkadza to jednak nienawistnikom korzystać z ich pracy, bo można im płacić mniej niż swoim. Rzadko słyszy wołanie o miłosierdzie, które obie strony powinny sobie okazać. Proste i niewykonalne jednocześnie.

To książka melancholijna i bardzo smutna. Wszystko tu jest szare, zaniedbane i stare: starzejący się, nieszczęśliwi ludzie, kobiety o pomarszczonych twarzach ubrane w bure swetry, brudne mieszkanie, jakieś nędzne lokaliki, w których podaje się byle jakie jedzenie, sypiące się zaułki starej Jerozolimy, deszcz i zimno, wcześnie zapadajacy zmrok, bo zima. To świat, w którym nieustannie dokonywało się i dokonuje zbrodni: na arabskim chłopcu, na płodach, na psie. Zbrodniarzem może być każdy: żołnierz, elegancki lekarz, dzieci i sam Fima. Czy dlatego żyje tak nijako, bo niemożliwe jest inne życie w takim świecie? Czy tylko beztroska młodości, kiedy nie zauważa się zła czającego się pod powierzchnią życia, pozwala egzystować inaczej? W jego snach pojawia się Rosa, która ma go przeprowadzić na aryjską, a więc bezpieczną stronę, ale to się nigdy nie udaje. Na końcu drogi zawsze czeka jakaś przeszkoda. Czy dramatyczne zdarzenie pchnie Fimę na nowe tory, nada sens jego życiu? Obiecuje sobie to po raz kolejny, jak zawsze od jutra. Z tym pytaniem pozostajemy, odpowiedź nie zostanie udzielona. Jest szabat, dzień odpoczynku i radości, po którym przychodzi nowy tydzień, ale szabat jest w każdym tygodniu.

Mimo smutku i melancholii towarzyszenie Fimie w jego wędrówkach po świecie wyobraźni i wspomnień,  także w tych prawdziwych po Jerozolimie, które stanowią spora partię końcowych rozdziałów powieści, jest dużą przyjemnośćią. A kto czytał autobiografię Amosa Oza "Opowieść o miłości i mroku", ten odnajdzie w niektórych bohaterach ślady osób prawdziwych i opisy miejsc, w których wychował się pisarz. Poruszająca, smutna książka.


"Buddenbrookowie", o książce i o filmie.

Mniej więcej rok temu, po latach, wróciłam do lektury "Buddenbrooków" Manna, jako że od czasu do czasu sięgam ponownie po klasykę czytaną kiedyś. Odświeżyłam już sobie "Czarodziejską górę", Dostojewskiego (w kolejce czeka "Zbrodnia i kara"), "Mistrza i Małgorzatę", "Lalkę" i "Ziemię obiecaną" (ponowny zachwyt; polecam, baaardzo współczesna powieść). Pamiętałam, że kiedyś powieść Manna bardzo mi się podobała, ale z lektury pozostaly mi tylko strzępki. Tym razem początkowo czytałam z przyjemnością, ale bez specjalnych uniesień. Im bardziej jednak pogrążałam się w lekturze, tym większe wrażnie na mnie robiła. Aż w końcu zachwyciłam się i ten zachwyt trwa do dziś. Właściwie odkąd prowadzę ten blog, nosiłam się z zamiarem podzielenia się moimi wrażeniami na temat powiesci Manna, no ale  ponieważ czasem ledwie nadążam z notatkami na temat bieżących lektur (a przecież piszę też o filmach), stale odkładałam to na później. Aż tu nagle do kin weszła niemiecka ekranizacja "Buddenbrooków", a więc jest świetna okazja, aby napisać o jednym i drugim.

Podczas ponownej lektury największe wrażenie wywarła na mnie historia Toni Buddenbrook i jej brata Thomasa, spadkobiercy firmy. Tonia jest ofiarą czasów, w których przyszło jej żyć i mieszczańskiej, kupieckiej rodziny. Jak wiele kobiet tamtej epoki zostaje wydana za mąż wbrew swojej woli. Niby nic nie dzieje się na siłę, niby ostatecznie sama w imię honoru i dobra rodziny godzi się na małżeństwo z Grunlichem, którego początkowo szczerze niecierpi, ale jej zgodę poprzedza subtelne pranie mózgu. W końcu Tonia uwierzy, że poświęca się dla sprawy wyższej, czyli dla starej, potężnej rodziny, której znaczenie i wielkość dzięki temu małżeństwu jeszcze wzrośnie. Tak było zawsze. Miłość, która jest fanaberią, wymysłem poetów, przyjdzie z czasem, a jeśli nie, to trudno. Człowiek ma obowiązki wobec narodu, rodziny i Boga. Ich wypełnianie ma mu przynieść szczęście. Tragedia Toni polega na tym, że po pierwsze Grunlich budzi w niej wstręt (przecież nie każda swatana kobieta miała takiego pecha), a po drugie zostaje zmuszona do rezygnacji z wielkiej miłości. Panna Buddenbrook nie może wszak wyjść za mąż za studenta medycyny, syna zwykłego pracownika portowego. Ta miłość w tamtych czasach z góry skazana była na niepowodzenie. Nie to jest jednak najgorsze. Grunlich okazuje się oszustem, łowcą posagów, a w końcu bankrutem i Tonia wraz z córką wraca do domu. Odtąd jej życie to lata nudy, brak celu i sensu. Oczywiście wolna jest od kłopotów materialnych, żyje wygodnie w domu rodzinnym, tyle że z piętnem rozwódki. Nie umie , a pewnie w tamtych czasach w jej sytuacji jest to po prostu niemożliwe, nadać sensu swojej egzystencji. Ma poczucie, że nic już jej nie czeka, dlatego żyje cudzymi sprawami i emocjami: brata i jego żony, potem dorosłej córki. Co gorsza rzeczywiście niewiele ją już w życiu spotka. Drugie małżeństwo zawarte z rozsądku, już nie dla dobra rodziny, a raczej po to, aby zedrzeć z siebie piętno rozwódki i jakoś odmienić nudny los, też okazuje się nieudane. I chociaż zdobędzie się na stanowczy gest i sama odejdzie od męża, który rozczaruje ją brakiem ambicji i bawarskim prostactwem, jej życie znowu będzie jałowe i bezcelowe. Ciągnące się bezlitośnie lata nudy, monotonii i pustki. Na domiar złego jej los po latach powieli córka i w końcu obie będą wiodły podobną egzystencję. Powieść Manna pokazuje życie kobiety bez sentymentalnego lukru i upiększeń. Historia Toni to przeciwieństwo losów bohaterek powieści Jane Austen.

Nie lepiej jest z Thomasem, najstarszym z rodzeństwa, który po ojcu dziedziczy firmę. I on rezygnuje z uczucia, tyle tylko, że spotykając się potajemnie, a właściwie może lepiej by było napisać na boku, z prostą kwiaciarką, z góry wie, że będzie musiał ją zostawić. Na nim nikt z rodziny presji wywierać nie musi. O ile jeszcze można ostatecznie wyobrazić sobie małżeństwo Toni z lekarzem, synem prostych ludzi, o tyle zupełnie nie wchodziło w grę małżeństwo Thomasa z prostą dziewczyną sprzedającą kwiaty! Takie kobiety mogły być najwyżej kochankami zamożnych mężczyzn, nigdy żonami. Thomas osiąga sukces. Jest pracowity, odpowiedzialny, oddany rodzinnej firmie i tradycji, żeni się z piękną kobietą, pomnaża rodzinny majątek, ma syna, buduje nowy, wspaniały dom odzwierciedlający potęgę rodu, a wreszcie dostępuje niezwykłego zaszczytu: wybrany zostaje konsulem. Spełnia się  na szerszym polu: pracuje na rzecz rodzinnego miasta. A mimo wszystko kiedy osiąga apogeum swoich możliwości, zaczyna odczuwać ogromną, dojmującą pustkę. Jego życie nie jest bezczynne jak życie siostry,  wypełnia je praca, osładzają zaszczyty, ludzki szacunek, a jednak nie czuje się szczęśliwy. Przychodzi rozczarowanie. Dlaczego? Bo latami trzeba będzie robić to samo: pracować, aby jeszcze powiększyć rodzinny majątek? Bo przychodzi chwilowe niepowodzenie? Bo  żona, oddana sztuce, jest coraz bardziej obca? Bo delikatny syn, podobny raczej do matki niż do Buddenbrooków, rozczarowuje Thomasa? Czy będzie potrafił i chciał przejąć rodzinną firmę? A jeśli nie, to na co te starania? Czas płynie, najbliżsi odchodzą, dzień podobny do dnia. Duchowy kryzys, rozczarowanie życiem, poczucie pustki i braku sensu robią wielkie wrażenie. Cóż, dzieło Manna nie przynosi pokrzepienia, wszak nosi podtytuł "Dzieje upadku rodziny".

Ponieważ powieść tak bardzo zapadła mi w pamięć, raczej trudno  było się spodziewać, że jej ekranizacja w moich oczach sprosta oryginałowi. Wybierając się do kina, nie miałam wielkich oczekiwań. Szłam trochę z ciekawości, trochę z obowiązku. Dwóipółgodzinny film Heinricha Breloera z konieczności nie pokazuje całej historii. Pomija dzieciństwo rodzeństwa Buddenbrooków, ograniczając się w prologu tylko do jednego sentymentalnego epizodu, i skraca historię najmłodszego z rodziny, Hanno, delikatnego syna Thomasa i Gerdy. Nieobecnych jest też wiele postaci np. dziadkowie Toni, Thomasa i Christiana ze strony matki. Nie da się przenieść na ekran całej powieści. To, co najmocniej mnie rozczarowało, to wykastrowanie wątku Toni i osłabienie siły jego oddziaływania. Losy panny Buddenbrook, a potem pani Grunlich, nie wydają się tak tragiczne ani beznadziejne. Owszem, można uronić łzę nad jej nieszczęśliwą miłością, ale gdzieś wyparowała nuda i beznadzieja jej późniejszej egzystencji! Na ekranie jej drugie małżeństwo wydaje się być zawarte może nie z powodu wielkiej milości, ale przynajmniej niewielkiego uczucia. a tak przeciez nie było! Powód jego rozpadu też pokazany jest tylko częściowo. Mało tego: filmowa Tonia nie ma dziecka! To wszystko zdecydowanie osłabia wymowę tego wątku. Wszak w powieści córka Toni powiela jej los! Szczęście kobiety zależy tylko od mężczyzny, dlatego jeśli trafi na oszusta, jest przegrana. O wiele lepiej obszedł się film z pokazaniem historii Thomasa. Jego przegrana spowodowana utratą poczucia sensu na ekranie jest widoczna, chociaż oczywiście nie tak mocna jak w książce.

Ekranizacja mocno eksponuje konflikt między braćmi: sumiennym, odpowiedzialnym, pracowitym Thomasem i lekkoduchem, hipochondrykiem Christianem. W powieści to postać groteskowa i raczej niebudząca sympatii. Trudno powiedzieć, że droga życiowa, jaką wybrał, może być alternatywą dla drogi Thomasa. W filmie przynajmniej raz racje Christiana należy brać poważnie.

Drażnił mnie momentami nachalny i naiwny sentymentalizm, budzący raczej uśmiech zażenowania niz szlachetne wzruszenie. Takie właśnie były sceny z kwiaciarką, młodzieńczą miłością Thomasa, która na ekranie pojawia się wielokrotnie już jako dojrzała, spełniona kobieta, a jednak stale pamiętająca o swoim dawnym ukochanym. To sceny rodem z taniego melodramtu. Zaletą ekranizacji jest jej strona wizualna, pięknie pokazywane miasto: zaułki, podwórka, magazyny, port, spichrze, bruki czy ulice.

Cóż, film można zobaczyć, powieść należy przeczytać koniecznie!             


"Wszyscy inni", czyli zwierciadło, w którym warto się przejrzeć.

Ten skromny film niemieckiej reżyserki Maren Ade jest niczym lustro, w którym widz musi, choć niekoniecznie chce, przeglądać się w czasie seansu. Obserwacja pary młodych, mniej więcej trzydziestoletnich, ludzi, Gitti i Chrisa, spędzających wakacje na Sardynii w letnim domu należącym do jego rodziców, dostarcza wiele niemiłej prawdy o nas, o naszych relacjach z innymi, o naszym konformizmie i wypieraniu się siebie. Jest to obraz do bólu prawdziwy, a wnioski płynące z niego smutne. Mniej wytrwałych odstręczyć może konstrukcja filmu. Kto spodziewa się oszałamiających sardyńskich pejzaży, ten się zawiedzie. Sardynia nie przypomina tu obrazków z turystycznych folderów. Niewiele się dzieje. Przez większość seansu na ekranie obserwujemy tylko dwoje głównych bohaterów toczących ze sobą rozmowy prowadzone najczęściej cichym, monotonnym głosem. Mimo że wspólnie spędzone wakacje będą dla ich związku przełomowe, niewiele tu wybuchów emocji i namiętności. Zdaję sobie sprawę, że dla niektórych widzów ten brak akcji zamieniony na dwugodzinne podglądanie bohaterów może być nudny. Jednak naprawdę warto ten film zobaczyć. To obraz, który porusza, potrząsa i każe się nad sobą zastanowić. Jeśli ktoś czytał "Lato przed zmierzchem" Doris Lessing, znajdzie tu podobnie stawiane pytania o to, czy można ocalić siebie w związku. Znakomite kino, chociaż lojalnie uprzedzam, że znam takich miłośników filmu, na których "Wszyscy inni" nie zrobili wrażenia. A tych, którzy widzieli, zachęcam do przeczytania dalszego ciągu.

Na początku winna jestem pewne wyjaśnienie. Otóż wyjątkowo obejrzałam ten film w towarzystwie. Potem długo dyskutowałyśmy, roztrząsając to, co zobaczyłyśmy. (Zwykle ten blog pełni dla mnie taką funkcję.) Jak to bywa w trakcie wymiany zdań, nasz odbiór uzupełniał się i wspólnie doszłysmy do wniosków, które poniżej. Wspominam o tym, bo chcę być uczciwa wobec przyjaciółki i ewentualnego czytelnika. Nie zapisłam jednak nic, z czym bym się nie zgodziła.

Początkowo film myli tropy i mnoży zagadki. Pierwsze sceny: młoda kobieta strofująca dziewczynkę, w pokoju obok młody mężczyzna czule wpatrujący się w niemowlę trzymane na ręku. Małżeństwo z dwojgiem dzieci, myślimy. Nagle pojawia się druga kobieta. Kim jest? Szczególnie zdezorientować może scena w sypialni, kiedy żegna się z mężczyzną. Kochanka? Chyba jednak nie. Więc kto? Dopiero później wyjaśni się, że to siostra głównego bohatera, a zarazem matka dzieci, którymi się opiekował wraz ze swoją przyjaciółką. Celowo wracam tak szczegółowo do pierwszych scen filmu, bo pokazują, jak mogłaby się potoczyć przyszłość Gitti i Chrisa. Czy tak będzie? Zakończenie jest otwarte: po wspólnie spędzonych wakacjach, które boleśnie zweryfikowały wzajemny obraz drugiej osoby, wszystko może się zdarzyć. Czy właśnie takiej przyszłości dla siebie chcą? On chyba jeszcze nie, ona  chyba już tak.

Ona, czyli Gitti. Bardziej wdzięczna niż ładna, chociaż nie można powiedzieć, żeby była brzydka. Szczupła. Ubiera się po swojemu: satynowe szorty, podkoszulek, pod spodem nieodłączna góra  kostiumu kąpielowego. Nic specjalnego, ale znać jakiś rys indywidualności. Wesoła i spontaniczna. Skora do zabawy, wygłupów i niekonwencjonalnych, gwałtownych zachowań (scena z siostrzenicą Chrisa; scena z nożem; skok przez okno). Umówi się na wieczorne pływanie łódką z nieznajomymi, których spotka w mieście. Dlaczego? A dlaczego nie, przecież byli fajni, mają własną łódkę, może być zabawnie. Tym bardziej zaskuje fakt, że jednoczesnie potrafi wnikliwie obserwować swojego ukochanego i być wobec niego krytyczna. W jednej z pierwszych dłuższych rozmów, których jesteśmy świadkami, zarzuca mu brak zdecydowania i to, że tak naprawdę nie wie, czego chce. Zła jest, że nie potrafi wziąć za siebie odpowiedzialności. Jednocześnie jego problemy zawodowe, niezrealizowane ambicje żywo ją obchodzą. Z napięciem czeka na ogłoszenie wyników architektonicznego konkursu, w którym brał udział. Namawia na wzięcie nowego zlecenia na wyspie. Zamieszkaj ze mną, nie odbiorę ci twojej wolności, mówi w trakcie tej rozmowy. A więc beztroska, trzpiotowata Gitti pragnie tego, czego wiele kobiet w jej sytuacji: zacieśnienia relacji, sformalizowania związku choćby tylko wspólnym zamieszkaniem. A może chce też dziecka? Przecież świadomie każe zrezygnować Chrisowi z użycia prezerwatywy. Tego nie wiemy. Potem zapewni go w złości, że nie musi się obawiać. Co jest prawdą?  Być może miota się między beztroską życia, jakie dotąd prowadziła, a budzącą się pod wpływem uczucia potrzebą stabilizacji.

On, czyli Chris. Trochę nijaki, niespecjalnie przystojny, nie można jednak powiedzieć, aby był szpetny. Taki evryman, którego twarz trudno zapamiętać. Architekt, podobno zdolny, a na pewno bezkompromisowy, stąd jego częste niepowodzenia. Projekty robione wspólnie z przyjacielem Philipem (ojcem rodziny) rzadko doczekują się realizacji, nawet jeżeli wygrywają konkursy. Chris jest artystą, nie chce ustąpić ani o milimetr.  Sam ze zdziwieniem przyznaje, że nie czuje się dojrzały, a powinien, bo lata lecą. Artystyczna bezkompromisowość może wydawać się chwalebna, tyle tylko, że najprawdopodobniej łatwo mu ona przychodzi, bo ma bogatych rodziców, którzy pewnie wspierają go, łagodząc skutki bujania w chmurach. To, co mogłoby wydawać się zaletą, jest prawdopodobnie także przejawem niedojrzałosci, do której się przyznaje. Na propozycję Gitti, aby zamieszkali razem, po prostu nie odpowiada. Jest skryty, nie o wszystkim mówi swojej dziewczynie, wstydząc się chyba  niepowodzeń. Ale może to też być dowodem braku zaufania. Początkowo wydaje się, że podobnie odbierają świat i podobnie się zachowują. On też potrafi żartować, wyglupiać się, śmieszą ich te same zabawy słowne. Okazuje się jednak, że nie do końca tak jest. Na propozycję wycieczki łodzią z nieznajomymi reaguje niechęcią, woli zostać w domu. W końcu to ona mu ulegnie i zrezygnuje, chociaż nie musi. I tu dochodzimy powoli do sedna: wzajemnego poznania, które prowadzi do rozczarowania, i rezygnacji z siebie dla ukochanego człowieka.

Nie wiemy, jak długo Gitti i Chris są ze sobą, jak dobrze się znają, ale te wspólnie spędzane wakacje w letnim domu jego rodziców, to wspólne tymczasowe zamieszkiwanie prowadzi do utraty złudzeń. Szczególnie Gitti stopniowo rozczarowuje się do Chrisa. Lepiej go poznaje i przekonuje się, że chyba nie takiego czlowieka pokochała, a może po prostu stworzyła sobie inny jego wizerunek. Raptem okazuje się, że Chris niektóre ważne sprawy przed nią ukrywa (przegrana w konkursie, rezygnacja z wygranej z powodu konieczności kompromisowej zmiany projektu; prawdopodobnie kłamie  w sprawie przyjętego zlecenia na modernizację willi, mówiąc, że właściciel dał mu wolną rękę). Przestaje się z nią liczyć. To że nie chce iść na dyskotekę i pływać łódką z nieznajomymi, to drobiazgi. Najbardziej widoczny staje się jego egoizm w czasie wycieczki w góry, kiedy gna do przodu, nie oglądając się na nią (przy okazji warto zauważyć, że nie potrafi się przyznać do błędu: prawdopodobnie zgubił drogę). Nie umie też docenić jej niespodzianki: pikniku, który dla niego przygotowała. Równie egoistyczne jest zostawienie jej samej na całą noc w domu rodziców. Gitti się boi, o czym wyraźnie mówi Chrisowi, ale on jej nie słucha. A strach nie jest wymyślony, o czym widz przekonuje się, obserwując jej nocne czuwanie. Ale najgorsze cechy wychodzą z niego w konfrontacji ze spotkanym przyjacielem Hansem i jego piękną żona Saną. Początkowo, kiedy Chris spostrzega Hansa na wyspie, usiłuje się przed nim ukryć, nie chce go spotkać. Wspólnie z Gitti robią z tego ukrywania niezłą zabawę, chowając się przed nim w sklepie. Takie wygłupy i żarty są typowe dla Gitti, ale on świetnie się do niej dopasowuje. Kiedy już jednak do spotkania dojdzie, Chris zmieni się zupełnie. Będzie udawał, że bardzo się cieszy, przyjmie zaproszenie na kolację, po paru dniach zaproponuje rewanż, mimo iż zdaje sobie sprawę, że protekcjonalny Hans nie przypadł jego dziewczynie do gustu. Najgorsze jest jednak to, że cały czas podczas tych dwóch spotkań dystansuje się wobec Gitti, lekceważąc ją, strofując, stając po stronie Hansa i jego żony. Być może nagle w konfrontacji z pewnymi siebie ludźmi sukcesu, dostrzega nijakość swoją i swojej dziewczyny? Chce się wydać inny, lepszy? Raptem Gitti wydaje mu się mniej atrakcyjna niż Sana? Jeśli spojrzeć obiektywnie na obie kobiety, musimy stwierdzić, że żona kolegi, znana projektantka drogich ciuchów, rzeczywiście jest ładniejsza i lepiej ubrana. Ale i Gitti czuje się chyba gorsza od niej. Raptem staje się niepewna, też gra kogoś innego: dobrą gospodynię, która cieszy się z wizyty gości. Z jej punktu widzenia Sana posiada wszystko, o czym być może ona sama marzy. Oprócz urody, ciuchów, interesującego zawodu ma męża i jest w ciąży.

I w tym momencie mogę przejść do ostatniego, ale jakże istotnego, problemu, który juz sygnalizowałam. Gitti już wcześniej zaczęła ulegać Chrisowi i, chcąc się mu przypodobać, postępować wbrew sobie. To ona, chociaż nie musiała, zrezygnowała z wycieczki łódką z nieznajomymi, kiedy on postanowił zostać w domu. To ona, mimo że nie polubiła Hansa i Sany, bez sprzeciwu godzi się na ich wizytę i krząta sie wokół nich jak najlepsza pani domu. Nie próbuje nawet wyrazić swojego zdania. Raptem staje się cicha i przygaszona.  Nic nie zrobi, kiedy Chris oprowadzając gości po domu rodziców, pokazuje im także kiczowaty pokój matki, kpiąc z jej upodobań. I chociaż Gitti wyraźnie źle się z tym czuje, nie przerwie jego kpin. A przecież jeszcze niedawno, w czasie pierwszego spotkania, potrafiła zdecydowanie i bezkompromisowo, nie zważając na konwenanse, bronić swojego zdania. Symbolem tego zapierania się siebie i wchodzenia w nie swoje buty jest sukienka, którą raptem kupuje. Po co, skoro, jak sama mówi, źle się w niej czuje i jest nie w jej guście? (O ile dobrze pamiętam, określa ją mianem burżujskiej) Chodzi chyba o to, że ona sama jest niepewna siebie w jego oczach. Bardzo jej na nim  zależy, mówi, że go kocha, chce z nim zamieszkać, ale nie wie, czy jest dla niego wystarczajaco atrakcyjna. a on nie daje jej jasnych sygnałów. Niby mówi kocham, nawet dwa razy, ale dla mnie brzmi to jak slogan, nieszczerze. Nie ma w tych słowach prawdy, namiętności i żaru. Tak trzeba, tak wypada w takiej sytuacji. W nowej sukience Gitti będzie pojawiać się coraz częściej. Pojedzie w niej do miasta, gdzie pozwoli sobie zrobić makijaż, w którym czuje się jak w masce. Kiedy natknie się na znajomych-nieznajomych od łódki, oni w pierwszym momencie jej nie poznają. Tym razem, ponieważ jest z nią Chris, zacznie ich zbywać i na ponowne zaproszenie odpowie konwencjonalnie. Już wiemy, że na pewno z pływania nici, bo Chris nie ma ochoty. Sukienkę włoży też podczas wizyty Hansa i Sany. Stopniowo Gitti zaczyna postępować wbrew sobie, konwencjonalnie. Ona, tak jak Chris, przestaje być szczera, chociaż szczerość była dla niej tak ważna. Nawet kiedy miara się już przebierze i postanowi odejść, nie powie tego wprost, a użyje wybiegu. Ostatecznie zaprzeczy sama sobie. Ona, która w jednej z pierwszych scen filmu, uczyła małą siostrzenicę Chrisa, że należy otwarcie mówić, co się czuje.

Te wakacje spędzane na Sardynii obnażyły Gitti i Chrisa. Niedojrzały okazał się nie tylko on, ale i ona. Oboje są chyba niepewni swojej wartości, tożsamości, nie wiedzą, czego tak naprawdę chcą. Zachowują się konwencjonalnie i konformistycznie, chociaż temu zaprzeczają. (Druga para też zresztą grzęźnie w konwencjach i nieszczerościach, ale po nich od początku tego się właśnie spodziewamy, bo reprezentują w tym filmie burżujskie życie, przed którym bronią się Chris i Gitti, chyba podświadomie o nim marząc.) Gitti dla uczucia jest gotowa zrezygnować z siebie, Chris niewiele daje, myśli tylko o sobie. Czy jest dla nich nadzieja? Zakończenie otwiera różne możliwości. Wszystko może się zdarzyć. Nadzieją jest jego szczery płacz. Może dopiero teraz, kiedy ona chce odejść i udaje martwą czy śpiącą, zrozumiał, ile dla niego znaczy? Może teraz słowo kocham zabrzmiałoby szczerze? Wiele zależy od niej. Czy potrafi ocalić siebie w tym związku? Czy udobruchana znowu zacznie udawać kogoś innego? Na razie po swojemu wygłupia się i błaznuje.

Nie sądzę, żeby znalazł się ktoś, kto w zachowaniach tej czwórki nie odnajdzie choćby cząstki swoich własnych postaw. Jedni pewnie w tych portretach odkryją siebie więcej, inni mniej, ale myślę, że każdy chociaż odrobinę. Tak czy inaczej będzie bolało. Czy możliwy jest związek, w którym nie zatracimy siebie? (Szczególnie my, kobiety, mamy taką łatwość.) Gdzie leży granica pomiędzy dobrym kompromisem, bez ktorego żyć się nie da, a zaprzeczeniem sobie, swoim ideałom? Gdzie w relacjach z innymi możemy mówić o dobrym wychowaniu, o dobrej szczerości, która nie rani, a gdzie o sztucznej, nieszczerej konwencji, która nas pęta i nakłada maskę? Te pytania zadaje reżyserka "Wszystkich innych". Pewnie, że stawiano je już w sztuce wiele razy, ale nigdy dosyć. A odpowiedzi na nie, jak nie było, tak nie ma!                       

Denise Mina: "Pole krwi", "Martwa godzina", "Ostatnie tchnienie".

Tym razem będzie o kryminale. Jestem wielką miłośniczką tego gatunku, o czym już wspominałam przy okazji wpisu o "Gorączce w Hawanie" Padury. Niestety odkąd skończyła się seria o moim ukochanym Wallanderze Mankela, a Donna Leon obniżyła swe loty, jakoś nie mogę natrafić na kolejny ulubiony cykl, z jednym wyjątkiem: to powieści szkockiej pisarki Denise Miny z Paddy Meehan w roki głównej. Właśnie wyszła trzecia książka "Ostatnie tchnienie" (W.A.B.2010). Poprzednie to "Pole krwi" i "Martwa godzina". Całość ma być zamknięta w pięciu częściach.

To, co najbardziej spodobało mi się w tych kryminałach, to świetnie naszkicowane tło obyczajowe. Akcja toczy się w Glasgow lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Glasgow w roku 1980 (wtedy rozgrywają się zdarzenia pierwszej części, potem mamy rok 1984 i wreszcie w najnowszej powieści przenosimy się do roku 1990) to miasto ponure, zaniedbane, pogrążone w ekonomicznym kryzysie spowodowanym zamykaniem stoczni. Plagą jest bezrobocie, cały czas tli się konflikt katolicko - protestancki.

Paddy, młoda dziewczyna bez wykształcenia, pochodząca z irlandzkiej, a więc katolickiej, robotniczej rodziny z ubogiego, brzydkiego przedmieścia marzy o zostaniu dziennikarką. To jednocześnie przepustka do innego świata. Ma szczęście, bo udaje jej się dostać pracę gońca w jednym z lokalnych dzienników. Jest ambitna, zawzięta i bystra, dlatego próbuje prowadzić na własną rękę dziennikarskie śledztwo: chce odkryć mordercę małego chłopca zamęczonego w brutalny sposób. Sprawa wstrząsnęła Glasgow, jeśli się uda, będzie mogła opublikować swój pierwszy tekst. Oczywiście drobnostką jest to, że nie ma pojęcia o rzemiośle dziennikarskim. Jakoś to będzie, byle był temat i materiał. To jej wielka szansa, nic dziwnego, że za wszelką cenę chce ją wykorzystać. Niestety oprócz zalet, o których wspomniałam, Paddy ma  wady typowe dla swego wieku: brak doświadczenia, lekkomyślność i naiwność. To one będą przyczyną poważnych kłopotów, w jakie wpędzi siebie i innych. W tym miejscu muszę wspomnieć o jednej ze słabości książki. Tragedia, do jakiej nieumyślnie doprowadza, powinna być przyczyną wielkiej traumy i wyrzutów sumienia takich, jakie przeżywali bohaterowie powieści Dostojewskiego czy Greena, tymczasem tak się nie dzieje. A przecież Paddy jest wrażliwa. To właśnie wrażliwość, obok ambicji, kieruje jej działaniem. Chce dociec prawdy, bo obawia się, że ktoś zostanie skrzywdzony. Tym bardziej dziwi tak powierzchowne potraktowanie winy niezawinionej, ponieważ autorka naprawdę świetnie charakteryzuje swoich bohaterów i środowiska, w których się obracają.

Co jeszcze można  powiedzieć o głównej bohaterce? Ma nadwagę, z którą bezustannie walczy, czuje się nieatrakcyjna, ale podoba się mężczyznom. Nie ma pieniędzy, bo niewielką pensją musi się dzielić z liczną rodziną. Klnie jak szewc i wydaje się gruboskórna, ale to tylko maska ochronna, którą przyjmuje w męskim, dziennikarskim świecie. Jest w konflikcie ze swoją rodziną, bo chce żyć inaczej, nie przywiązuje wagi do wartości, które dla nich są ważne: wiara, tradycyjna rodzina, dzieci. Inaczej postrzega rolę kobiety. Nie chce żyć jak jej matka zamknięta w klatce domu i kościoła. Paddy od dawna nie wierzy, ale nie chce martwić rodziców. Jest bardzo przywiązana do nich i do rodzeństwa, szczególnie do młodszej siostry Mary Ann, pomimo że neguje wartości, które wyznają. Oczywiście w ciągu tych dziesięciu lat, które dzielą część pierwszą od trzeciej, Paddy zmienia się. Przede wszystkim dorasta, nabiera doświadczenia, z żółtodzoba staje się młodą kobietą. Jesteśmy też świadkami perypetii osobistych (czytaj damsko - męskich), które doprowadzają ją do sytuacji, w jakiej znajduje się w roku 1990. Ale zasadniczy rys jej charakteru pozostaje niezmienny.

Jak wspomniałam, niezwykle ciekawe są portrety środowisk, w których obraca się Paddy. Z jednej strony ubogi dom, gdzie każdy powinien znać swoje miejsce. Niepracująca matka, która pokornie służy wszystkim domownikom. Nie znosi żadnych dyskusji, bo po prostu zwyczajnie nie rozumie, że można kwestionować taki, uświęcony tradycją, sposób życia. Ojciec i bracia, domowe autorytety i władcy. Wspólne, ciasne sypialnie, zapach wilgoci mieszajacy się z zapachami kuchennymi. Wspólne posiłki, telewizja, niedzielna msza. To wszystko Paddy kocha, kwestionując równocześnie. Z drugiej strony świat redakcji. Męski, szorstki, z pozoru brutalny, gdzie też każdy zna swoje miejsce w ustalonej hierarchii. Naczelny i kierownicy działów są jak bogowie, to od nich wszystko zależy. Najniżej są oczywiście gońcy, ludzie na posyłki, tacy jak Paddy. Ale w tym świecie można pójść w górę, można powoli wspinać się po szczeblach, jeśli tylko ma się dość determinacji, zdolności i szczęścia do tematu. Obserwujemy pracę w redakcji i życie w dziennikarskiej knajpie, w ktorej też toczy się praca. Bardzo ciekawa jest część druga, kiedy jesteśmy świadkiem pracy redakcji nocnej. Śledzimy pracę wozu reporterskiego, który towarzyszy policjantom w ich nocnych interwencjach. Wszystko po to, aby w porannym wydaniu w dziale miejskim zamieścić krótkie notki o brudach miasta.

Nie byłabym uczciwa, gdybym nie wspomniała o słabościach cyklu. O jednej już pisałam. Kolejną są zakończenia. Podczas gdy intryga prowadzona jest jak trzeba: jest napięcie, niebezpieczeństwo, zwroty akcji, mozolne dochodzenie do prawdy, zakończenia są jakby z innej bajki. Za mało w nich realizmu, za dużo nieprawdopodobnego szczęścia opartego na cudownych zbiegach okoliczności towarzyszących Paddy w tych najważniejszych momentach. Muszę też niestety stwierdzić, że trzecia część jest moim zdaniem najsłabsza. Od pewnego momentu zagadka przestaje być zagadką, bardziej chodzi o to, jak bohaterka wybrnie ze śmiertelnych tarapatów, w które się wpakowała, co oczywiście też trzyma w napięciu. Mimo wszystko nadal jest to kryminał wart przeczytania. Zachęcam jednak do sięgnięcia po te książki w kolejności ich wydawania. Po pierwsze dlatego, że jest to też opowieść o Paddy Meehan, więc lepiej sledzić jej losy po kolei. Po drugie w każdym tomie są nawiązania do spraw i postaci z poprzednich, a najnowsza część odwołuje się do trzech spraw sprzed lat dziesięciu. Oczywiście wszystko zostało objaśnione w takim stopniu, jak to konieczne dla zrozumienia intrygi, po co jednak odbierać sobie przyjemność lektury. Mimo tych paru uwag krytycznych polecam te mroczne opowieści o nietuzinkowej Paddy Meehan.    


"Oko świata. od Konstantynopola do Stambułu" Maxa Cegielskiego

Książka Maxa Cegielskiego (WAB 2009, seria Terra Incognita) leżała na mojej półce ponad rok, czekając na swoją kolej. Dziś bardzo tego żałuję, bo to pozycja obowiązkowa dla miłośników prozy Pamuka, Safak i innych tureckich autorów, i oczywiście dla tych, którzy nie przeoczą żadnego tureckiego filmu goszczącego na naszych ekranach. Dzięki reportażom Cegielskiego można lepiej zrozumieć wpółczesną Turcję, jej skomplikowanie i problemy, bo wbrew tytułowi nie jest to książka tylko o Stambule, mieście wielbionym przez Pamuka, a dużo wcześniej przez wielu europejskich podróżników i pisarzy. Niestety dzięki zdobytej wiedzy Turcja i Stambuł tracą swoją romantyczną otoczkę i legendę, za to zyskują prawdziwe oblicze. Cegielski snuje swoją opowieść wokół trzech wątków.

Wątek pierwszy to miasto (kiedyś Konstantynopol, od czasów Ataturka Stambuł) i świat Orientu widziane oczami pisarzy i podróżników, głównie europejskich, ale jeden z rozdziałów w całości poświęcony jest Pamukowi. Pokazuje takich, którzy zafascynowani Wschodem, przebywając w mieście dłużej, stawali się bardziej orientalni i tureccy niż sami Turcy. To oni stworzyli legendę Konstantynopola. Ale byli też tacy, którzy, nie rozumiejąc odrębności tego świata, nie umieli pogodzić się z kolorytem lokalnym i drażnił ich na przyklad brud czy hordy psów wałęsajace się  po ulicach. Cegielski polemizuje też z Pamukiem, dla którego główną cechą miasta i jego mieszkańców jest melancholia, z turecka zwana hizin, wynikająca ze świadomości, że miasto utraciło swą dawną potęgę: z centrum świata stało się prowincją. Reporter zamiast melancholii dostrzega kipiące życie, rozrastające się niebotycznie miasto, do którego sciągają mieszkańcy z głębi kraju, bo tu dostrzegają swoja szansę.

W ten sposób przechodzimy do wątku drugiego, czyli opowieści o samym mieście: o jego historii i współczesnym obliczu oraz o jego mieszkańcach. Dowiadujemy się, kiedy i dlaczego Konstantynopol stał się Stambułem i zaczął tracić na znaczeniu, przestał być owym przywołanym w tytule "okiem świata", no i o tym, jak to znaczenie odzyskuje. Zafascynowani literaturą Pamuka czy Safak przywołujemy z pamięci takie nazwy jak: Nisantasi, Beyoglu, Most Galata, Topkapi, plac Taksim czy Złoty Róg, ale nic nam nie mówią: Gazi Mahallesi czy Kicik Armutlu. A to nowe dzielnice, w których mieszkają głównie  przybysze z głębi kraju ściągani tu przez swoich krewnych, którzy przyjechali wcześniej. Pokazuje problemy tych miejsc: od bezładnego, nielegalnego budownictwa tzw. gecekondu (to w Turcji rzecz zwyczajna, potem mieszkańcy starają się o legalizację swoich domów czy całych dzielnic, co nie zawsze wychodzi im na dobre) do różnic religijnych, politycznych i narodowościowych (nie ucieka od problemu kurdyjskiego), które są często ze sobą splecione. Stambuł współczesny to miasto ogromne i pod względem ilości mieszkańców, i obszaru. Obie wielkości stale się zresztą zmieniają, miasto rozrasta sie i rozrasta tak, że trudno sprecyzowac dokladnie, gdzie przebiega jego wschodnia granica. Dlaczego wschodnia? Proszę spojrzeć na mapę, a odpowiedź wyda się oczywista. Cegielski częściej przebywa właśnie w tych dzielnicach, do których turyści zafascynowani dawną i tą współczesną legendą miasta nie zaglądają. Rozmawia z ich mieszkańcami, starając się dzięki swoim miejscowym tłumaczom-przewodnikom zaskarbić sobie ich sympatię, aby sięgnąć do sedna tureckich problemów. Taki Stambuł  odarty został z romantycznej otoczki, za to stał się ciekawszy dzięki ukazaniu jego współczesnej różnorodności.

Z wątkiem miasta ściśle łączy się wątek trzeci, czyli państwa i polityki. Nie sposób pisać o Stambule bez tego tła. Cegielski cofa się do czasów osmańskich, powstania państwa tureckiego i reform wprowadzonych przez Ataturka, do dziś oficjalnego bohatera i ojca narodu. Pokazuje, co Turcja zyskała i co straciła. Stała się państwem świeckim, częściowo zeuropeizowanym, ale przepadła  etniczna i kulturowa różnorodność z czasów imperium osmańskiego. Skończył się ten tolerancyjny, barwny świat, gdzie obok siebie mieszkali Anatolijczycy, Ormianie, Grecy, sefardyjscy Żydzi i inni. Pisze o politycznych problemach Turcji lat siedemdziesiątych, osiemdziesiątych i współczesnych. O prześladowaniach działaczy lewicowych, mniejszości narodowych (szczególnie Kurdów), przewrocie wojskowym z roku 1980. To o tych latach opowiadają w swoich książkach Pamuk i Ozdamar ("Most nad Złotym Rogiem"; pisałam na swoim blogu o tej powieści i jeszcze raz polecam!!!). Jakże różnie bohaterowie ich książek pzreżywają te wydarzenia. Nie będę się na ten temat rozpisywać w tym miejscu, a zainteresowanych odsyłam do moich poprzednich wpisów. Drąży różnice religijne pomiędzy różnymi odłamami islamu i wzajemną niechęć do siebie ich wyznawców. Pisze o świeckej części społeczeństwa i odradzaniu się państwa religijnego (Turcją rzadzi dziś AKP, partia, której zarzuca się chęć obalenia świeckiego ustroju, ale Cegielski podkreśla raczej jej cynizm i koniunkturalizm). Dostrzega różnice społeczne. Wreszcie usiłuje wydobyć od swoich rozmówców ich poglądy na temat rzezi Ormian, prześladowania Greków, torturowania lewicowych działaczy i innych trupach w tureckiej szafie, z którymi nie bardzo  mają ochotę się zmierzyć. O tym wszystkim rzadko wiedzą turyści licznie odwiedzający tureckie wybrzeże.

Książkę czyta się znakomicie. Podzielona na krótkie rozdziały skacze od wątku do wątku  i  nie pozwala się nudzić. Wykład jest przystępny i interesujący, rozmówcy reportera ciekawi i różnorodni. Jeżeli miałabym się do czegoś przyczepić, to do słowniczka zamieszczonego z tyłu książki. Sam pomysł znakomity, tylko dlaczego dość wybiórczy? Znajdziemy na przykład objaśnienie słowa alewici, ale sunnici czy szyici już nie. To jednak drobiazg wobec interesującej całości. Lektura obowiązkowa dla miłośników Turcji i wszystkiego, co tureckie.         

O "Muzeum niewinności" Orhana Pamuka.

Kto jest miłośnikiem Pamuka, tego nie zniechęci opasłość jego najnowszej powieści,


pierwszej, którą napisał już po otrzymaniu Nagrody Nobla (Wydawnictwo Literackie 2010). Jej akcja tym razem rozgrywa się prawie wyłącznie w Stambule na przestrzeni ponad dziesięciu lat
, początek to wiosna 1975 roku. W tym czasie Turcją wstrząsają niepokoje społeczne. Lewicowych opozycjonistów, studentów wtrąca się do więzień, gdzie są torturowani, często ślad po nich ginie (echa tych wydarzeń można odnaleźć w świetnej powieści Emine Sevgi Ozdamar "Most nad Złotym Rogiem", o której pisałam), w 1980 dochodzi do wojskowego przewrotu, ale tego w powieści nie znajdziemy. Dlaczego? Ponieważ narrator, zarazem główny bohater, trzydziestolatek Kemal pochodzi z bogatej, burżuazyjnej rodziny, mieszka w dobrej stambulskiej dzielnicy i te protesty dzieją się pewnie gdzieś poza nim, nie dotyczą go i nie interesują. Ale jest też drugi powód, być może ważniejszy: Kemal jest bez pamięci zakochany w swojej dalekiej, ubogiej, młodszej kuzynce, Fisun. Bo "Muzeum niewinności" to książka o wielkiej, romantycznej miłości, która trwa mimo przeszkód. Albo książka o wielkiej, miłosnej obsesji, której Kemal podporządkował całe swoje życie, można nawet zaryzykowac stwierdzenie, że z racjonalnego punktu widzenia je zmarnował. Nic więc dziwnego, że owładnięty miłosnym szaleństwem  ledwie zauważa wojskowy przewrót z roku 1980 i tylko wprowadzona przy okazji godzina policyjna komplikuje mu życie, bo zmusza  do wcześniejszego opuszczania domu Fisun i jej rodziców. Dla Kemala liczy się tylko jedno: możliwość codziennego widywania ukochanej. Nieważna jest śmieszność, na którą się naraża, nieważna dwuznaczna sytuacja, w jakiej się znalazł, nieważne plotki, izolacja towarzyska, osamotnienie, ambicje zawodowe, liczy sie tylko ona, Fisun. Śledzimy różne stadia tej miłości: od nagłego, niczym grom z jasnego nieba, zakochania, przez spełnienie, ból i cierpienie rozstania,  zadrość, wierne trwanie, po nadzieję.

Można zapytać, dlaczego Kemal znalazł się w tak dziwacznej i w gruncie rzeczy niepotrzebnej sytuacji? Przecież wszystko to mogło  się nie wydarzyć. Ale czy rzeczywiście? Jeżeli przyjmiemy naszą, europejską, perspektywę to odpowiedź brzmi: tak. Gdyby tylko Kemal okazał się bardziej stanowczy, potrafił dokonać wyboru, wówczas cała historia potoczyłaby się zupełnie inaczej (oczywiście wtedy byłaby to inna powieść albo nie byłoby jej wcale). Bo z naszego punktu widzenia narrator jest po prostu bezwolnym mięczakiem, który nie potrafi się zdecydować albo który po prostu chce mieć wszystko. Ale Kemal i Fisun żyją w Turcji i dlatego musimy oceniać ich, stosując turecką perspektywę. A z tamtego punktu widzenia, wtedy, w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku, ich związek nie był możliwy z wielu powodów (jednym jest mezalians, innych nie chcę zdradzać, aby nie odbierać przyjemności lektury). W pewnym momencie Kemalowi wydaje się, że jest szczęściarzem, że ma wszystko i tak już zostanie. Będzie wiódł życie jak wielu tureckich mężczyzn z jego sfery: z jednej strony codzienność u boku pięknej, wykształconej, nowoczesnej żony, z drugiej miłość. Niestety ku zdziwieniu i rozpaczy Kemala taki układ nie zawsze okazuje się możliwy. Historię  miłosnej obsesji śledzimy z jego perspektywy, to on snuje swoją historię, opowiada o szczęściu, tęsknocie, rozpaczy, znięcheceniu i nadziei. Dopiero w ostatnim rozdziale perspektywa się zmienia i wtedy dowiadujemy się, co myśleli o nim jego dawni przyjaciele, znajomi i inni z jego środowiska. Po latach pamiętają skandal, jaki wywołał. Wielu uważa, że popełnił błąd, zachował sie nieracjonalnie i zmarnował życie, inni traktowali go jak dziwaka. Nikt nie mówi o wielkiej, romantycznej miłości. Może dlatego  chce zbudować jej muzeum?

Bo właśnie tym jest ta powieść (tytuł w tym wypadku należy traktować dosłownie): to muzeum miłości i muzeum  ukochanej stworzone przez Kemala dla ich upamiętnienia i zachowania dla potomności. Niczym pomnik ma unieśmiertelnić Fisun, stworzyć legendę wielkiego uczucia, o którym w przeciwnym wypadku nikt by przecież nie pamiętał. Ot dziwactwo, życiowa pomyłka i tyle. To muzeum jest jak indyjski Tadż Mahal, mauzoleum na cześć ukochanej. Czym jest miłość, zdaje się pytać Pamuk. Szaleństwem? Dziwactwem? Ważne jest to, co czujemy my czy to, co widzą inni? Nie istnieje bez swojej legendy? A więc byłaby tylko literacką ułudą?

Ale ta powieść to nie tylko muzeum miłości. Ja ten tytuł traktuję podwójnie. To także niezwykle ciekawe muzeum tureckiej codzienności lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych dwudziestego wieku. Sam narrator, Kemal, często używa zwrotu "w latach siedemdziesiątych", jakby był przewodnikiem po tamtych czasach. Dzięki niemu poznajemy turecką burżuazję, jej obyczaje, sposób życia, rozrywki i rytuały. Z jednej strony jej przedstawiciele czują się Europejczykami, starają się żyć jak oni. Często mówi się o wizytach w Paryżu, gdzie jeżdżą panny z bogatych domów, niektóre tam studiują. Tak, Paryż wydaje się być dla nich magnesem i wzorcem. Z drugiej strony tkwią w okowach tureckich obyczajów. Szczególnie ciekawe jest podejście do seksu, przede wszystkim tego przedmałżeńskiego. Młodzi Turcy próbują żyć swobodnie jak zachodni Europejczycy w tamtych latach, ale  obyczajowa swoboda jest jednak ograniczona. Wielu jej ulega, ale  nikt się z nią nie obnosi. Dziewczyna turecka lat siedemdziesiatych decydowała się, jak pisze Kemal, "iść na całość" (cytat z pamięci) dopiero wtedy, kiedy pewna była małżeństwa. W przeciwnym razie skonsumowana, pozwolę tu sobie użyć tego trywialnego stwierdzenia, i porzucona okryłaby się hańbą. Stąd właśnie biorą się wszystkie problemy bohaterów. Oczywiście na taką swobodę pozwalali sobie zeświecczeni, młodzi ludzie z warstw burżuazyjnych czy studenci (o tym w powieści Ozdamar), mieszkańcy miast. Inaczej wyglądało życie prowincji czy innych grup społecznych. Kemal dlatego staje się outsaiderem, bo robi swoje, nie oglądajac się na innych. Tyle że nie jest to wybór świadomie dokonany, a wymuszony szaleństwem miłości. Dzięki tak ujętemu tematowi mamy w tej powiesci i los kobiety w społeczeństwie żyjącym w rozkroku między zeświecczoną, liberalną Europą a tradycyjną, niekoniecznie islamską, Azją, i obyczajową hipokryzję, co świetnie podkreśla Kemal, tłumacząc, dlaczego jego wizyty w domu Fisun i jej rodziców były w ogóle możliwe.

I na koniec jeszcze słów kilka o tym, o czym już tu nie napiszę, a co również interesujące, i o konstrukcji powieśći. Żeby nie rozwlekać nadmiernie moich refleksji, krótko wspomnę  o Fisun, która stanowi zagadkę. Poznajemy ją oczami Kemala i właściwie nie wiemy, co myśli, czuje, czym się kieruje w swoich zachowaniach. Raz wydaje się cichą, skromną,  zakochaną w swoim starszym kuzynie, skrzywdzoną dziewczyną, innym razem kapryśną panną, która sama nie wie, czego chce albo może stara się odegrać na ukochanym. Jeszcze kiedy indziej jawi się jako wyrachowana kobieta sprytnie wykorzystująca mężczyznę, który kocha ją do szaleństwa. Bardzo ciekawy jest obraz filmowego srodowiska, w którym przez pewien czas obracają się bohaterowie. Pełno tu dziwaków, nieudaczników, niespełnionych artystów, ale i gwiazdek filmowej, masowej produkcji. No i jest Stambuł, drobiazgowo opisywany. I ten bogaty, i ten biedniejszy.

A na koniec jeszcze słów kilka o konstrukcji. Początkowo, ale to początkowo to przy rozmiarach powieści, 750 stron, jakieś trzysta, akcja gna. Z zainteresowaniem śledzimy losy Kemala i jego milosne perypetie. Potem książka może wydać się dość nużąca i monotonna. Narrator szczegółowo opisuje trwające latami wizyty u Fisun i jej rodziców. Często porzuca chronologię i niczym badacz czy statystyk skupia się na takich aspektach jak: "Czas", "Nie móc wstać i wyjść", "Loteryjka" (to tytuły rozdziałów). Sądzę jednak, że jest to monotonia zamierzona przez autora, bo świetnie oddaje jednostajność i beznadziejność lat, które upływały Kemalowi na tych wizytach. Wreszcie wraz ze zmianą sytuacji akcja znowu przyspiesza, rusza z kopyta, by w finale zaskoczyć czytelnika (przesadzam; nie wszystko zaskakuje, bo pewnych zdarzeń od jakiegoś momentu po prostu się domyślamy).

Bardzo ciekawa, epicka powieść. Znajdziemy tu wszystko: ciekawą historię, barwne, obyczajowe tło, wzruszenie, wielkie uczuia i przewrotną grę z czytelnikiem. Miłośników Pamuka pewnie zachęcać nie trzeba. Innych namawiam.

Popularne posty