Joanna Kos-Krauze, Aleksandra Pawlicka "Jest życie po końcu świata"

Nie czytam takich książek, nie sięgam po wywiady rzeki, szerokim łukiem obchodzę książki o aktorach, a tym bardziej celebrytach. Joanna Kos-Krauze celebrytką nie jest, aktorką też nie, ale książki „Jest życie po końcu świata” (Znak Literanova 2017) napisanej wspólnie z Aleksandrą Pawlicką pewnie bym nie wzięła do ręki. Ba, nawet o niej nie słyszałam, chyba jest dość słabo reklamowana. Ale polecał ją ktoś, z czyich ust nie spodziewałabym się pochwały książki, której bohaterką jest Joanna Kos-Krauze. Powiedział, że jest przejmująca i że koniecznie trzeba ją przeczytać. Jeśli czytać to tylko teraz, zaraz po obejrzeniu filmu „Ptaki śpiewają w Kigali”, tak pomyślałam i tak zrobiłam. Pochłonęłam ją w ciągu kilku dni.

„Jest życie po końcu świata” to nietypowy wywiad-rzeka, właściwie nie jest nim w ogóle. To reporterska opowieść o Rwandzie Aleksandry Pawlickiej przeplatana rozmowami z Joanną Kos-Krauze. Rozmowy te można podzielić na trzy grupy. W jednych reżyserka opowiada o swoich pobytach w Afryce, o swoim w niej pomieszkiwaniu, o jej mieszkańcach. Przyznam, że ta część książki momentami mnie drażniła. A działo się tak wtedy, kiedy Joanna Kos-Krauze zaczynała snuć rozważania na temat ludzkiej natury, psychologizować i filozofować. To, co mówiła, niekoniecznie mnie przekonywało, takie rozmowy mogłyby się śmiało znaleźć w ambitnym, ale jednak lifestylowym magazynie. Ich motywem przewodnim jest ludobójstwo i życie po nim. I kiedy Joanna Kos-Krauze mówi konkretnie, przytacza fakty, opowiada historie ludzi, których w Rwandzie spotkała, z którymi nawiązała bliższą relację, jest znacznie lepiej.

Druga grupa rozmów to historia jej związku z Krzysztofem Krauze - od początku znajomości, przez wspólną pracę, chorobę, śmierć, pogrzeb, aż po próbę budowania nowego życia. Równoprawnym bohaterem tych rozmów jest sam reżyser. Przyznam, że jego portret wydał mi się bardzo ciekawy. Ze zdziwieniem stwierdziłam, że zamiast człowieka sukcesu, a tak go odbierałam, odkryłam postać tragiczną. Nie znałam go takiego - wrażliwego, rozczarowanego tym, co robi, niezadowolonego z efektów swojej pracy, niewierzącego w sukces, borykającego się z krytyką, depresyjnego. Smutna jest ta opowieść. Zupełnie inaczej wyobrażałam sobie reżysera, którego niebanalne obrazy zawsze bardzo przeżywałam i ceniłam. Pamiętam, że kiedy umarł, pomyślałam z ogromnym smutkiem, że już nigdy nie zobaczę jego nowego filmu.

Wreszcie trzecia grupa rozmów dotyczy filmów – od „Długu” po najnowszy, „Ptaki śpiewają w Kigali”. Dostajemy ciekawą opowieść o pracy nad każdym z tytułów - od rodzenia się pomysłu, przez kilkakrotne albo nawet kilkunastokrotne poprawianie scenariusza, rozmaite kłopoty w czasie produkcji, wątpliwości, aż do odbioru przez widzów i recenzentów. Wiele się dowiedziałam, wiele sobie  przypomniałam. Przyznam, iż zupełnie nie pamiętałam, że „Mój Nikifor” miał początkowo słabe recenzje, a jego recepcja zmieniła się po sukcesach za granicą.

Ale może najważniejsza jest reporterska opowieść Aleksandry Pawlickiej o Rwandzie. Wydawało mi się, że po przeczytaniu książki Wojciecha Tochmana „Dzisiaj narysujemy śmierć” i „Strategii antylop” Jeana Hatzfelda już niczego nowego na temat ludobójstwa się nie dowiem, a jednak myliłam się. Aleksandra Pawlicka i Joanna Kos-Krauze odwiedzają miejsca związane z tamtą tragedią i wokół nich snują dramatyczną historię wydarzeń z roku 1994. Chyba największe wrażenie zrobiło na mnie to, że w Rwandzie ludobójstwo dotknęło niemal wszystkich. Albo je przeżyli, albo, jeśli przebywali w tamtym czasie za granicą, stracili bliskich, albo mordowali oni lub ich najbliżsi, a teraz muszą żyć obok siebie, bo inaczej się nie da. Pawlicka porządkuje  fakty historyczne, nakreśla polityczne tło, przypomina niechlubną rolę państw Zachodu, szczególnie Belgii i Francji, wiele też pisze o odpowiedzialności Kościoła za eksterminację Tutsi. Byli oczywiście księża, którzy pomagali, ale byli też tacy, którzy dostarczali mordercom benzyny, którą podpalano ludzi szukających schronienia w kościołach, inni sączyli nienawiść, jeszcze inni w najlepszym razie pozostali bierni. Do dziś Kościół chroni księży zamieszanych w tamte zdarzenia. Wydaje mi się, że rozdziały o Rwandzie są tym bardziej cenne, że mają szansę trafić do czytelnika, który z tymi faktami nigdy się nie zetknął albo wie na ten temat niewiele. Jeżeli skuszony rozmowami ze znaną reżyserką przeczyta całą książkę, to chwała autorkom za to.

 

"Pewnego razu w listopadzie"

Recenzje najnowszego filmu Andrzeja Jakimowskiego "Pewnego razu w listopadzie" są różne, od bardzo dobrych po marne. Nazwano go nawet szlachetną porażką, uznano, że temat nie pasuje do artystycznej wrażliwości autora "Sztuczek", "Zmruż oczy" i "Imagine", a że ważny, to niestety został zmarnowany. Mimo wszystko podobno zobaczyć trzeba. I tak chciałam go obejrzeć, więc z ciekawością pobiegłam do kina. Filmową historię zainspirowały prawdziwe zdarzenia, ale nawet gdyby tak nie było, to i tak nic nie straciłaby na wiarygodności. Jest to opowieść o matce, w tej roli Agata Kulesza, i jej synu studencie, którzy zostali eksmitowani z mieszkania przez czyścicieli kamienic. Akcja toczy się w ciągu kilku listopadowych dni, a kulminacją jest 11 listopada - Święto Niepodległości i manifestacja zawładnięta przez narodowców. Andrzej Jakimowski wykorzystał w filmie zdjęcia dokumentalne zrobione przez niego i jego ekipę w czasie słynnego z zamieszek marszu patriotycznego (to słowo w tym kontekście aż nie chce przejść przez gardło) 11 listopada 2013 roku. To wtedy między innymi zaatakowano i podpalono squat antify oraz tęczę na placu Zbawiciela. Chociaż reżyser czasem niepotrzebnie dociska gaz do dechy, chociaż film czasem drażni, to jednak zrobił na mnie duże wrażenie. Właściwie nie zgadzam się z większością uwag krytycznych, jakie pod jego adresem słyszałam. To kino poruszające, dotykające, smutne i zatrważające. Zaangażowane. Gorące. O CZYMŚ. Ja jestem całkowicie na tak. A więcej refleksji w drugiej części. Zapraszam tych, którzy "Pewnego razu w listopadzie" już widzieli.

 

Kiedy teraz rozmyślam sobie o filmie Jakimowskiego, przyszło mi do głowy, że to takie warszawskie kino drogi. Eksmitowani z mieszkania wędrują przez listopadową, szarą Warszawę w poszukiwaniu miejsca do spania dla kobiety nazywanej przez syna mamusią. On chwilowo ma gdzie spać, ma suchy i ciepły kąt, chociaż w garażu, można powiedzieć - w całkiem eleganckim garażu. Jednak na pokoje go nie wpuszczono. Czy ze względu na cnotę córki, która jest jego dziewczyną? Czy raczej może za wysokie progi na biedaka nogi? Widzowi też nie będzie dane zajrzeć na salony i przed nim drzwi zostają symbolicznie zamknięte. Gorsza jest sytuacja kobiety - ona nie ma gdzie się podziać. Tuła się od schroniska do schroniska, od ogrzewalni do ogrzewalni, bo ma ze sobą psa - znajdę, Kolesia. A wiadomo w takich miejscach zwierząt się nie przyjmuje. Ratunkiem może być squat, ale tam wolnych miejsc noclegowych też już nie ma. Wszyscy spuszczają oczy, powinni pomóc, a nie mogą.

Motyw wędrówki i zimna przewija się przez cały film. Wędrują mamusia i Mareczek, uginają się pod ciężarem bagażu - dobytku spakowanego do kilku podróżnych toreb i jednego plecaka. Tyle dało się zabrać z mieszkania zajętego przez panią komornik. Tyle da się unieść na własnych plecach. Tyle zawsze bierze się na tułaczkę. Mamusia i Mareczek są miejskimi wygnańcami. Wygnańcami z kapitalistycznego raju, który jest rajem tylko dla niektórych. A przecież niczemu nie są winni. Pewnie zostali eksmitowani, bo nowy właściciel kamienicy podniósł im niebotycznie czynsz i płacić go nie byli w stanie. A może przyczyniła się do ich tragedii choroba mamusi, która prawdopodobnie jest na rencie. Zażywa stale jakieś leki, nie pracuje, była nauczycielką, a przecież za młoda jest na emerytkę. A może jedno i drugie. I tak z dnia na dzień znaleźli się na ulicy, stali się nikim. Dlatego Mareczek stale jest w biegu. Na uczelnię, do pracy w myjni samochodowej, w poszukiwaniu Kolesia, stale coś załatwia. I stale są zmarznięci. On w wiatrem podszytej kurtce, ona po nocy spędzonej w nieogrzewanej budzie gdzieś pomiędzy torowiskami, w zapomnianym sercu miasta.

Taka jest Warszawa w filmie Jakimowskiego. Z jednej strony szare ulice, jakieś obrzeża, niewyasfaltowane, dziurawe drogi, deszcz, błoto, listopadowy smętek. Noclegownie, squat, budy na działkach, opuszczone mieszkanie, zapuszczone podwórka, nieogrzewane kanciapy. Z drugiej zadbane domy, eleganckie ulice w centrum, które najczęściej widzimy z lotu ptaka - z dachów kamienic, po których jak kot przemyka Mareczek - uciekinier, Mareczek -włamywacz. Teraz uderzyło mnie to, że oboje są trochę jak ścigani - muszą się ukrywać w swoich kryjówkach, nie mogą zdradzić, że tam są. Tak jest w zaplombowanym mieszkaniu, tak jest w budzie na działkach, tak jest w maszynowni, do której chce wprowadzić się Mareczek. Tak będzie wreszcie w zabarykadowanym squacie zaatakowanym przez narodowców.

Film Jakimowskiego pokazuje jak w soczewce palące problemy współczesnej, potransformacyjnej Polski. Z jednej strony społeczne pęknięcie - piękne dzielnice i biedne dzielnice, ci, którym się udało, i ci, którzy nie z własnej winy znaleźli się poza nawiasem. Wykluczeni. I nie są to żadni menele, żaden społeczny margines, żadni bezradni, ale nauczycielka i jej studiujący syn. Jeśli, czytelniku tej notki, myślisz, że tak nie może się zdarzyć, to jesteś w błędzie. Wysłuchałam w radiu dwóch ciekawych rozmów. Jedna z reżyserem, który opowiadał o dokumentacji do filmu. Druga z szefową noclegowni i działaczką na rzecz Komitetu na Rzecz Obrony Lokatorów. Obie twierdziły, że w swojej pracy spotykają się na co dzień z takimi przypadkami. Że bezdomni, jakich sobie wyobrażamy, to margines. Większość to tacy ludzie jak mamusia i Mareczek. Opowiadały o błędnym kole, w jakie trafiają ci ludzie i o tym, jak w dobrze zorganizowanym państwie powinno się im pomagać. Czas jednak wrócić do filmu. Kto dostrzega wykluczonych, mamusię i Mareczka? Kto się za nimi ujmuje? Squatersi - anarchiści znienawidzeni przez narodowców, nazywani czerwoną hołotą.

Drugi problem, jaki wskazuje Jakimowski, to nacjonalistyczna agresja, rosnące w siłę środowiska prawicowej młodzieży. Hasła o wielkiej Polsce, narodowej dumie i cały ten bełkot. Dokumentalne zdjęcia z tamtej pamiętnej manifestacji jeżą włos na głowie. Ciarki przechodzą po plecach. Atak na siedzibę antify też tak wyglądał. Symboliczna jest scena, kiedy Mareczek, a z nim Ola decydują się wejść do oblężonego squatu. To ideowy wybór, gest sprzeciwu, nieobojętności. I poszukiwanie wspólnoty. To dlatego mamusia chce tam zostać. Mareczek i Ola z obserwatorów stają się uczestnikami zdarzeń, opowiadają się po jednej ze stron.

A na koniec o  scenach, które mnie drażniły. To, że mamusia jest taka porządna, że zbiera śmieci na przystanku, mogę zrozumieć. Jest typem społecznicy, tacy powinniśmy być, też powinniśmy zbierać te śmieci. Ale robienie tego na trawniku, gdzie znajduje się jedna z tablic upamiętniających rozstrzelanych w powstaniu warszawskim, i  wygłaszanie patriotycznego kazania, wydało mi się przesadą. Jakby reżyser musiał koniecznie postawić kropkę nad i, pokazać drugie oblicze patriotyzmu. Niepotrzebna jest też scena, kiedy Marek zostaje pobity na komisariacie. Że tak bywa, wiemy, ale tu odbieram to jako zbędne dociśnięcie pedału do dechy. Wszystko musi tego chłopaka spotkać. A już kiedy zaczyna śpiewać hymn, wywołuje to raczej uśmiech zażenowania, niż słuszny gniew czy zadumę. Czasem lepiej zatrzymać się w pół kroku, niekoniecznie walić w widza taką dosłownością. No ale to tyle czepialstwa, bo najnowszy film Andrzeja Jakimowskiego na mnie zrobił duże wrażenie.

 

"Łagodna"

O filmie Siergieja Łożnicy zrobiło się głośno od czasu festiwalu w Cannes, gdzie był pokazywany w konkursie głównym, ale żadnej nagrody nie dostał. Teraz, kiedy wszedł na nasze ekrany, recenzje są różne - dominują bardzo dobre, ale słyszałam też głosy sceptyczne. Poszłam do kina z całą świadomością tego, co mnie może spotkać, bo Łożnica należy do tych reżyserów, których filmów nie opuszczam, od kiedy zaistniał w mojej świadomości. A stało się to po obejrzeniu obrazu "Szczęście ty moje". Temu, kto go widział i pamięta, a także znakomite "We mgle", napiszę, że "Łagodnej" znacznie bliżej do pierwszego z filmów. Tytułowa Łagodna, podobnie jak bohaterowie tamtego obrazu, nagle wpada w matnię, w straszny rosyjski świat jak z koszmarnego snu. Świat niby realistyczny, ale tak spotworniały, że aż groteskowy. Nie jest to kino łatwe i przyjemne. Akcja toczy się wolno, wiele dialogów słychać zza kadru, kamera często pokazuje bohaterów w specyficzny sposób, a wszystko, no może poza sielską wsią, w której mieszka Łagodna, jest szare, brzydkie, w stanie rozpadu. Konkluzja z "Łagodnej" płynie dość oczywista - jednostka nie ma szans z systemem, jest bezradna, bezbronna, żaden bunt nie pomoże. Chociaż uważam, że obejrzeć trzeba i w żadnym wypadku nie żałuję tych ponad dwóch trudnych godzin w kinie, mam mieszane uczucia, a dlaczego wyjaśnię w części drugiej, raczej dla tych, którzy film widzieli. Zapraszam.

A teraz będzie o moich wątpliwościach, czyli o tym, dlaczego od "Łagodnej" zdecydowanie wolę inne rosyjskie filmy ostatnich lat, choćby "Lewiatana", mniej znanego "Durnia" czy "Geograf przepił globus", a z trzech fabuł Łoźnicy najwyżej cenię wojenne "We mgle". We wszystkich wspomnianych filmach, poza ostatnim, historycznym, mamy tę samą opowieść - o strasznej, współczesnej Rosji. Czasami tak strasznej, że aż nierzeczywistej. Po ich obejrzeniu mam identyczną refleksję jak po przeczytaniu reportaży Katarzyny Kwiatkowskiej-Moskalewicz "Zabić smoka. Ukraińskie rewolucje" - czy rzeczywiście tamten świat aż tak wygląda? Czy może jest podkręcony na potrzeby filmów i książki? Kiedy pisałam o tekstach Katarzyny Kwiatkowskiej-Moskalewicz, zastanawiałam się nad tym. Wspominałam, że chętnie zadałabym jej to pytanie. Już nie muszę - byłam na spotkaniu z reporterką i wiem, że niestety czarny obraz Ukrainy nie jest przesadą. Nie musiałam pytać, autorka sama zapewniała, ku mojemu przerażeniu, że za każdym z tekstów kryją się dziesiątki innych podobnych historii, do książki wybrała kilkanaście.

Po tej przydługiej dygresji wracam do tematu. Otóż rzecz w tym, że w "Łagodnej" w sferze treści dostajemy tylko taką właśnie refleksję - Rosja jest piekłem. Brakuje mi jakiegoś zaczepienia - postaci z krwi i kości, głębokich psychologicznych portretów, skomplikowanych relacji międzyludzkich, cieniowania. To wszystko dostajemy w przywołanych przeze mnie filmach. Tam mogłam bohaterom współczuć, mogłam się nad nimi litować, mogłam ich nienawidzić, złościć się, dociekać, co czują, co ich łączy, mogłam oceniać. W wypadku "Łagodnej" jest inaczej. Ten film to świetnie zrobiony obraz spotworniałego świata, obraz pełen literackich aluzji.

Już sam tytuł najprawdopodobniej jest nieprzypadkowy, nawiązuje do opowiadania Dostojewskiego. Niestety albo "Łagodnej" nigdy nie przeczytałam, albo jej nie pamiętam, więc nie będę udawać, że ten obszar refleksji jest mi dostępny. Niemniej jednak poświęcę parę zdań filmowej bohaterce. Łagodna ma stale taki sam zrezygnowany, udręczony, bolesny, smutny wyraz twarzy. Uparcie robi swoje, stara się dostarczyć zamkniętemu w więzieniu mężowi paczkę. Znosi upokorzenia, chwyta się każdej szansy, najczęściej bardzo lekkomyślnie. Nie wiadomo, czy jest tak zdesperowana, czy może aż tak naiwna. Kiedy patrzyłam na to, co robiła, miałam ochotę krzyczeć - uważaj kobieto, pakujesz się w kłopoty, jak możesz im ufać! Ale wiadomo, że nie o to tu chodzi. Łagodna ma wpaść w piekielny krąg, schodzić coraz niżej, znaleźć się w matni. Nawet ludzie z organizacji na rzecz praw człowieka nie wierzą, że są w stanie jej pomóc. To znakomita scena, może nawet najlepsza w filmie. Wyraz bezradności, bezsilności. Zderzenie beznamiętnego głosu działaczki, która redaguje pismo najeżone potwornościami, z porządkami robionymi po kolejnym nalocie policji i z rozmową z Łagodną przynosi poruszający efekt. Twoja sprawa to nic w porównaniu z historią kobiety, której dotyczy redagowany raport. Takich problemów mamy mu setki. A i tak na koniec okaże się, że może nie warto wszczynać procedury, bo narazi to bohaterkę na jeszcze większe kłopoty. Tylko heros, straceniec, człowiek niezwykłej odwagi i szlachetności jest w stanie to udźwignąć.

W tym potwornym świecie Łagodna pozostaje samotna, zdana tylko na siebie. Nie ma w niej energii, jaka cechowała bohaterki bułgarskiej "Lekcji" czy filmu braci Dardenne "Dwa dni, jedna noc". One też desperacko próbowały coś załatwić, ale same decydowały o swoim życiu, brały sprawy w swoje ręce. Łagodna staje się pionkiem, jest jak trzcina na wietrze przekazywana z rąk do rąk.

Jej sytuację oczywiście można też przyrównać do sytuacji bohaterów Kafki. Wpadła w tryby państwowej machiny, a właściwie machiny bezprawia, i zderza się ze ścianą, nic od niej nie zależy. Odbija się od kolejnych urzędniczek i od policjantów.

Jest wreszcie scena, która drażni, bo nie pasuje swoją poetyką do reszty filmu - groteskowa ni to uczta, ni to posiedzenie partyjne. Niewątpliwie to aluzja do balu u Wolanda z "Mistrza i Małgorzaty". Łagodna jak Małgorzata rozbiera się, wkłada białą suknię, potem zdziwiona przygląda się zgromadzonym, słucha ich mów. Tylko finał jest tragiczny. Woland Łoźnicy nie pomoże filmowej Łagodnej. Rzuci ją na pożarcie pozbawionym hamulców więźniom. Scena potworna, brutalna, przykra, ale po raz kolejny trudno mi się zbliżyć do bohaterki. Jeśli współczuję, rozpaczam, to nie tej konkretnej kobiecie, ale każdej ofierze gwałtu. Na szczęście to tylko sen. Jak się skończy ta historia? Nie wiadomo. Łagodna wyrusza w ciemna noc, po raz kolejny daje się prowadzić piekielnej gospodyni, szemranej postaci, stręczycielce. Pewnie wkroczy w kolejny krąg inferna.

Elizabeth Strout "Mam na imię Lucy"

Po niewielkich rozmiarów powieść amerykańskiej pisarki Elizabeth Strout "Mam na imię

Lucy" (Wielka Litera 2016; przełożył Bohdan Maliborski) sięgnęłam właściwie tylko z ciekawości. Była tak wychwalana, że kiedy ebook osiągnął korzystnie niską cenę, kupiłam, żeby sprawdzić. Ale do lektury podchodziłam z wielkim sceptycyzmem, bo to, co o książce słyszałam, jakoś mnie nie porywało. No i sprawdziło się - przeczytałam bez bólu, ale zachwytów nie podzielam. Cóż, może jestem za mało wrażliwa, aby w tej minimalistycznej opowieści dostrzec więcej. Dla mnie, miłośniczki prozy mięsistej, gęstej, ociekającej opisami, "Mam na imię Lucy" to zaledwie szkic powieści. Ale rozumiem, że w erze pośpiechu, braku czasu, ten typ literatury może znajdować czytelników. Są też i tacy, dla których  minimalizm jest zaletą.

To historia dojrzałej kobiety, tytułowej Lucy, która z perspektywy lat opowiada o swoim życiu, dzieciństwie, małżeństwie, początkach pisarskiej kariery, relacjach z dorosłymi córkami. Na przeszłość patrzy przez pryzmat spotkania z matką, która na prośbę jej męża przyjeżdża, aby pielęgnować córkę w szpitalu. Wspomnienia nie stanowią spójnej całości, składają się na nie raczej okruchy pamięci. Nie dowiemy się, jakie wojenne demony dręczyły ojca Lucy, jaki problem miał brat, dlaczego posypało się jej małżeństwo. Tego wszystkiego możemy się tylko domyślać.

Lucy żyje w cieniu swojego dzieciństwa spędzonego gdzieś na amerykańskiej prowincji w stanie Illinois. Dzieciństwa ubogiego, szorstkiego, naznaczonego samotnością, lękami i wstydem. Wstydem ubóstwa, chłodu, głodu, brudu, byle jakich ciuchów, wstydem brata-odmieńca. Mimo upływu lat nadal pamięta tamtą samotność, nierozumienie ze strony rodziców, rówieśników, którzy się z niej  wyśmiewali. Jako jedyna z trojga rodzeństwa odmieniła swój los - wyjechała, skończyła studia, zamieszkała w Nowym Jorku. Ale zawsze czuła się tą gorszą. Bo wychowała się w takim domu, bo nie oglądała telewizji, bo nie przeczytała tych wszystkich książek, które powinna, bo nie bywała w teatrze, w muzeach, na koncertach. Chociaż skończyła studia, tego wszystkiego nie dało się już nadrobić. Spotkanie z matką nie przyniesie nic istotnego, nic poza plotkami, opowieściami o sąsiadach, znajomych z dzieciństwa. Mimo to jest dla niej ważne, spędzą razem pięć dni, będą blisko siebie, ale więzi i rodzinne relacje nie zostaną odbudowane. Chociaż dzieciństwo Lucy nie było szczęśliwe, nie ma w niej nienawiści, jest miłość, tęsknota i żal, że nic się nie da naprawić.

Drugie ważne spotkanie w jej życiu to przypadkowa rozmowa ze znaną pisarką, która bezwiednie odciśnie piętno na przyszłości Lucy. Rzucone mimochodem rady wpłyną na jej twórczość i życiowe wybory. Potwierdzi się to, co zawsze myślała i co robiła, że trzeba iść do przodu, swoją drogą, chociaż nie sposób nie popełnić błędów, nie sposób kogoś nie skrzywdzić. Po latach zrozumie, że to, co było dobre dla niej, nie było dobre dla jej córek. Chociaż nie chciała, skrzywdziła je, jak niegdyś krzywdzili ją jej rodzice. Ale na szczęście tym razem będzie inaczej - Lucy uda się odbudować zerwane więzi z córkami. Jest w tej powieści smutek, ale jest też zgoda na świat, jaki by nie był. Może dlatego, że bohaterka lubi ludzi, co często powtarza.

To tyle o książce Elizabeth Strout. Czego bym nie pisała, nie zmienia to najważniejszego - historia Lucy nie porusza mnie jakoś specjalnie, nie dotyka, nie wzbudza emocji. Dlatego na tej jednej powieści zakończę moją znajomość z twórczością amerykańskiej pisarki.

 

 

 

 

 

 

Jarosław Mikołajewski "Terremoto"

Kiedy ukazała się najnowsza książka Jarosława Mikołajewskiego „Terremoto” (Dowody na Istnienie 2017) nie miałam zamiaru po nią sięgać, chociaż bardzo cenię autora. Cóż mnie obchodzi zeszłoroczne trzęsienie ziemi we Włoszech? Myślałam. Niemal wyrzuciłam je z pamięci! Mam tyle innych lektur do czytania! Dopiero wywiad z autorem, którego wysłuchałam, sprawił, że natychmiast książkę kupiłam. Teraz wstydzę się mojej postawy, bo pisanie Mikołajewskiego właśnie temu służy - ma budzić w czytelniku sumienie, odkopywać jego wrażliwość, przypominać o tym, co niewygodne.

Od razu napiszę, że „Terremoto” może wielu czytelników zirytować. Chociaż wydane przez wydawnictwo specjalizujące się w literaturze non fiction w serii reporterskiej moim zdaniem reportażem nie jest. Bliżej mu do eseju. To bardzo osobista książka, wręcz ekshibicjonistyczna, tak ekshibicjonistyczna, jak potrafi być poezja, a że Mikołajewski jest też poetą (A może przede wszystkim poetą? Ciekawe, jak by siebie nazwał.), nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że mam do czynienia z wierszem ukrytym w prozie. Dziwacznie i pokrętnie to brzmi, ale w każdym razie skojarzenia z poezją towarzyszyły mi bardzo często w czasie lektury „Terremoto”. I to właśnie ekshibicjonizm, pisanie bebechami, może czasem nawet egzaltacja, mogą zniechęcić albo wręcz zirytować niejednego czytelnika. Ja książkę Jarosława Mikołajewskiego kupiłam z całym dobrodziejstwem inwentarza. Kupiłam tę niezwykle osobistą wypowiedź, ten wiersz, ten list do czytelnika, to zwierzenie.

„Terremoto” jest w pewnym sensie kontynuacją jego poprzedniej książki, „Wielkiego przypływu”, opowieści o Lampedusie, jej mieszkańcach i o tym, jak ratują przypływających do ich wyspy uchodźców. Ona też była niezwykle osobista, ale mam wrażenie, że ta jest jeszcze bardziej. Podobnie jak tam i tym razem autor wybiera sobie bohatera. W „Wielkim przypływie” był nim doktor Bartolo, który od wielu lat jako lekarz i jako człowiek ratuje uchodźców. Tym razem to Luka Cari, strażak, rzecznik prasowy straży pożarnej, dziennikarz. To on oprowadza autora po terenach zniszczonych przez zeszłoroczne trzęsienie ziemi niczym Wergiliusz Dantego po piekle i czyśćcu. Ale zanim wyruszą wspólnie do tego umbryjskiego inferno, Mikołajewski przypomina inną historię. Luka Cari brał udział w akcji zarządzonej przez włoskiego premiera Mateo Renziego, której celem było sprowadzenie z egipskiego wybrzeża wraku statku z ciałami siedmiuset uchodźców. Dlaczego Włosi się tym zajęli? Bo trzeba te ciała pochować, a wcześniej pobrać materiał genetyczny dla rodzin, które być może kiedyś się o nie upomną. Ale dlaczego? Bo jesteśmy dziećmi Antygony, jak mówi Luka Cari. Konotacje literackie są w książce Mikołajewskiego bardzo silne – duże wrażenie robi cytat z „Burzy” Szekspira, słowa Mirandy cierpiącej na wieść o katastrofie statku, w której zginęli ludzie. Autor zwraca uwagę na to, że literatura europejska pełna jest takich dowodów człowieczeństwa, ma w sobie litość dla ofiar. W takim kontekście pada pytanie o to, co się z nami, Polakami, stało? Bo o naszej znieczulicy pisze, przeciwstawiając ją ofiarności Włochów. A przecież wychowani jesteśmy w tej samej europejskiej kulturze, tak bardzo lubimy podkreślać nasze europejskie kulturalne dziedzictwo. Gdzie się ono podziało?

Potem opowiada o trzęsieniu ziemi, a właściwie o trzech, o czym nie pamiętałam. Pierwsze miało miejsce w sierpniu 2016 roku, kolejne przyszło w październiku, następne zimą 2017. Jakby żywioł uznał, że uderzyć raz to za mało, że trzeba zniszczyć wszystko, pognębić do imentu tych, którzy jakimś cudem ocaleli. A to niekoniecznie koniec, bo nie dość, że ziemia we Włoszech drży bezustannie, o czym przypominamy sobie tylko przy okazji spektakularnych tragedii, to sejsmolodzy uważają, że ten ciąg zapoczątkowany w sierpniu zeszłego roku jeszcze się nie zakończył. Mikołajewski i Cari jadą przez oszałamiająco piękne, górzyste umbryjskie tereny zniszczone przez trzęsienie ziemi, jadą drogami, na których niebezpieczeństwo czyha cały czas – pełno tu powalonych głazów, skał, które w każdej chwili mogą się osunąć na drogę, pełno uskoków i innych pułapek. Docierają do kompletnie zniszczonych miasteczek i wiosek, kiedyś ślicznych jak z obrazka, odwiedzanych przez turystów, słynnych z powodu swych kulinarnych specjałów. Odwiedzają Amatrice, Norcię (po polsku znana jako Nursja), Castellucio. Nie ma już tych miejsc, są kikuty domów, pałaców, kościołów umiejscowione wzdłuż czegoś, co kiedyś było główną ulicą miasteczka albo uroczą piazza, są połamane szafy, stoły, resztki krzeseł, garnki, zabawki, szkolne zeszyty i wszystko to, co gromadzimy w domach, a co żywioł wybebeszył swoją niszczycielską siłą, wystawił bezwstydnie na widok ciekawskich. Kocham Włochy, byłam tam wiele razy, w Umbrii też, w tych zniszczonych przez trzęsienie ziemi miejscach nie, ale doskonale mogę je sobie wyobrazić. Dlatego tym bardziej serce mi pęka, kiedy czytam książkę Mikołajewskiego. Czy Amatrice, Norcia, Castellucio i inne miejscowości powstaną kiedyś z martwych? Czy wróci do nich życie? Na pewno nic nie odda życia tym wszystkim, których kataklizm zabił. W samym Amatrice zginęły dwieście dziewięćdziesiąt cztery osoby.

Autor pochyla się nad nimi, przywołuje ich imiona i nazwiska, zawody. Pisze o traumie ocalonych. Ale przede wszystkim naiwnie, i nie wstydzi się swojej naiwności, pyta. Sejsmologów, czy trzęsienie ziemi można przewidzieć i skąd się w ogóle bierze, siebie o miejsce Boga w tym wszystkim. Zadaje odwieczne pytanie – dlaczego? Najpierw uczonym filozofom za pośrednictwem poematu Woltera napisanego po wielkim trzęsieniu ziemi, które zniszczyło Lizbonę, potem Bogu. Dlaczego, Boże, pozwalasz na cierpienie? Czym zawinili ci wszyscy mieszkańcy Amatrice, Norcii, Castellucio? Odpowiedz, jeśli jesteś, a tego Mikołajewski pewien wcale nie jest, a właściwie raczej pewien jest tego, że Bóg nie istnieje, czego świadectwo w swoich rozmaitych tekstach daje wielokrotnie. Przyznam, że także z tego powodu pisanie Mikołajewskiego jest mi bliskie. Oczywiście odpowiedzi nie znajduje, bo znaleźć nie może. Szuka jej też u księży. Pyta nie tylko dlaczego, ale też, co powiedzieliby ludziom dotkniętym podobną tragedią. Częsta w takim wypadku odpowiedź, że Bóg jest miłością albo że to tajemnica, nie zadowala autora. Dlatego drąży dalej, pytając uczonych teologów. Na końcu i tak pozostają bezradność i milczenie. Mikołajewski chciałby być jak ci ludzie, którzy klęczeli zatopieni w modlitwie przed zrujnowaną, wybebeszoną bazyliką świętego Benedykta w Nurcii. Chciałby, ale nie potrafi, bo widzi tam tylko ruiny i pustkę.

Ta momentami naiwna, przesiąknięta cierpieniem i zdumieniem książeczka ma szansę obudzić w czytelniku wrażliwość, wytrącić z dobrego samopoczucia, skłonić do stawiania sobie podobnie naiwnych pytań i szukania własnych odpowiedzi. Moją odpowiedzią jest również bezradność.

 

"Zgoda"

Mimo rozmaitych recenzji postanowiłam wybrać się na „Zgodę” Macieja Sobieszczańskiego. Jedni film chwalą, inni wyrażają się raczej krytycznie, niektórzy żałują, że zabrakło dla niego nagrody w Gdyni (jury doceniło tylko kostiumy). Kiedy są kontrowersje, warto sprawdzić, po czyjej stronie jest racja tym bardziej, że temat ważny i słabo dotąd rozpoznany w kinie i w literaturze. Tytułowa Zgoda to obóz stworzony w Świętochłowicach przez polskie organy bezpieczeństwa. Przetrzymywano w nim Niemców, Ślązaków, Polaków i osoby innych narodowości uznane za wrogów. To nie jedyne takie miejsce, niewiele się o nich mówi. Ale poruszała już ten temat w swoim reportażu „Rok 1945. Wojna i pokój” Magdalena Grzebałkowska i, o ile mnie pamięć nie myli, Paweł Smoleński w „Pochówku dla rezuna”

Muszę przyznać, że mam z filmem Macieja Sobieszczańskiego kłopot. To obraz z gatunku słusznych i oczywistych. Taką filmową wyjadaczkę jak ja, która obejrzała całe morze filmów, niczym nie zaskoczył, a przecież powinien. Czego nowego dowiedziałam się po obejrzeniu „Zgody”? Właściwie niczego. Że obozy były i że traktowano tam więźniów okrutnie, to dla mnie żadne odkrycie. Nie wykluczam, że dla niektórych widzów, zwłaszcza młodych, temat może być zaskakujący. Jeśli zadumają się nad skomplikowanymi ścieżkami historii, jeśli zrozumieją, że świat nie jest czarno-biały i ofiary mogą stać się katami, to bardzo dobrze. Ja jednak to wszystko już wiem. Za dużo książek przeczytałam, za dużo filmów obejrzałam, za dużo w życiu widziałam. Nie lepiej jest z warstwą fabularną. „Zgoda” to  melodramat. Ich dwóch i ona jedna. Obaj ją kochają, a ona oczywiście tylko jednego z nich. Franek zgłasza się do pracy w obozie, bo wierzy, że w ten sposób ocali osadzoną w nim Annę. Nieoczekiwanie spotyka tam też Erwina, Niemca. Wszyscy troje przyjaźnili się przed wojną. Jak mówi matka Franka: „Jej nie ocalisz, a siebie pogrążysz” (cytat z zawodnej pamięci). Łatwo domyślić się, że bohaterowie chcąc ratować ukochaną osobę, będą musieli zstąpić do piekieł i dokonywać dramatycznych wyborów. Aby spróbować ocalić ludzkie istnienie, sami zaprzeczą swemu człowieczeństwu. Łatwo też zgadnąć, że skoro ich jest dwóch, a ona jedna, to pojawią się komplikacje. Takie są prawa gatunku. Niestety tym razem na mnie to nie działa. Chociaż film oglądałam w skupieniu i nie mogę powiedzieć, abym się nudziła, nie potrafiłam jakoś wzruszyć się losami bohaterów ani przejąć ich tragicznymi dylematami. Pozostałam obok ich historii. Niby wszystko jest w porządku, na papierze wszystko się zgadza, a jednak coś nie gra. Poza tym przyjęta konwencja zawęża perspektywę, pozostali bohaterowie pozostają w cieniu, a relacje miedzy nimi pokazane są powierzchownie.

Jeżeli coś miałabym pochwalić, to mroczną atmosferę konsekwentnie budowaną zdjęciami. Zdjęcia to mocna strona filmu, niektóre są wręcz malarsko piękne, przywodzą na myśl obrazy, co przyjęłam z mieszanymi uczuciami. Nie wiem, czy takie estetyzowanie jest w wypadku tego filmu na miejscu. Na ekranie dominują ciemne, monochromatyczne barwy, wiele scen rozgrywanych jest nocą lub w ciasnych, klaustrofobicznych barakach, do których światło niemal nie dociera. Wokół jest szaro i brudno, często pada, a Franek, który wraca nocą do domu,  brnie przez błoto. Słychać jak się rozbryzguje pod jego butami. To nazbyt czytelny, dość nachalny symbol. Film jest też bardzo okrutny, reżyser nie szczędzi widzowi brutalnych scen znęcania się nad więźniami.

Nie unikam na ekranie i w literaturze trudnych tematów, ale tym razem zastanawiam się, w imię czego spędziłam w kinie niełatwe półtorej godziny.

 

Egon Hostovsky "Zaginiony"

Ostatnio kupiłam kilka interesująco zapowiadających się powieści i systematycznie po nie sięgam, przeplatając literaturą faktu. Zwykle bywa odwrotnie – to literaturę faktu przeplatam powieścią, ale widocznie minione już lato sprawiło, że poczułam głód beletrystyki. Wśród moich zakupów znalazła się książka czeskiego pisarza Egona Hostovskiego „Zaginiony” (Książkowe Klimaty 2016; przełożył Andrzej Jagodziński). Autor od końca lat czterdziestych zeszłego wieku przebywał na emigracji w Stanach, a i wojnę tam spędził, uciekając przed Holocaustem. Zmarł w roku 1973. Uważany jest za jednego z ważniejszych czeskich pisarzy, na naszym rynku wydawniczym został dopiero odkryty dzięki Książkowym Klimatom. Czy za „Zaginionym” pójdą jego kolejne powieści, tego nie wiem. Nasze wydawnictwa bywają kapryśne, niektórzy autorzy pojawiają się jedną książką jak efemerydy, inni wydawani są od deski do deski.

Akcja powieści rozgrywa się w Pradze zimą roku 1948. A rok to bardzo ważny w historii powojennej Czechosłowacji, z czego oczywiście nie zdajemy sobie sprawy. Uczciwie przyznaję, że i ja nic na ten temat nie wiedziałam. Na szczęście polskie wydanie rozpoczyna się klarownym wstępem Andrzeja Jagodzińskiego, który wprowadza czytelnika w meandry roku 1948. Dla potrzeb tej notki wspomnę tylko krótko, że to właśnie w lutym tego roku ostatecznie przesądzony został los Czechosłowacji. To wtedy w wyniku zamachu stanu ostatecznie całą władzę przejęła Komunistyczna Partia Czechosłowacji, prezydentem został Klement Gottwald, rozpoczęły się polityczne czystki, prześladowania, w tajemniczych okolicznościach zginął minister spraw zagranicznych Jan Masaryk, a tysiące osób udało się na emigrację. I właśnie w czasie tych mrocznych miesięcy rozgrywa się akcja „Zaginionego”.

Myślę, że powieść Egona Hostovskiego zadowoli każdego czytelnika. Z jednej strony opowiada o sprawach bardzo istotnych i uniwersalnych – o przyjaźni, niespełnionej, zawiedzionej miłości, wierności ludziom i własnym poglądom, zaufaniu i jego braku. Jest w tej książce kilka takich rozmów, kiedy czytelnik ma wrażenie, że odkryte zostają mu sprawy najważniejsze, że zbliża się do zrozumienia istoty, że odkrywa tajemnicę ludzkiej egzystencji. Wiem, brzmi bardzo górnolotnie, ale nic na to nie poradzę, że czytając, takie właśnie miałam wrażenie. Tak było, kiedy śledziłam rozmowę Olgi, żony jednego z głównych bohaterów, Erika, kobiety nieszczęśliwej, zrezygnowanej, ale szlachetnej, z dziennikarzem Borkiem. Mówili o ostrożności, braku zaufania i zemście. Straszne czasy, w których żyli, wymuszały stałą ostrożność, bo nie wiadomo, komu można ufać, a komu nie. Kto przyjaciel, a kto wróg, a i przyjaciel ze strachu albo z wyrachowania może stać się wrogiem. Wieczna czujność sprawiała, że wszyscy żyli jak obłąkani, zniknęła spontaniczność, zniknęły ludzkie odruchy. Bohaterowie spotykają się potajemnie, mówią szeptem, stale kalkulują, a i tak na końcu okazuje się, że ktoś doniósł, bo był szpiclem. Olga mówi też o zemście, która dotyka nie tylko tego, kto zawinił, ale i jego bliskich, bo dostają rykoszetem. Druga rozmowa, która zrobiła na mnie wrażenie, to spotkanie księdza, ze spokojem czekającego na aresztowanie, z kominiarzem, szczerym komunistą. Dlaczego tacy ludzie jak ów kominiarz, porządni, przyzwoici, popierają komunistyczny zamach stanu? Bo nie dostrzegaliście głodnych, powie. Tak, ale to nie głodni robią tę rewolucję, odpowie ksiądz. Nie o głodnych tu chodzi, on już to rozumie, jego adwersarz być może pojmie wkrótce. To rozmowa o dwóch źródłach zła – głodzie i nienawiści. I chociaż została napisana w innych czasach i w innym kontekście, to zabrzmiała mi bardzo współcześnie. W ogóle „Zaginiony” to powieść gadana. Z drugiej strony dużo się tu dzieje, akcja gna, zaskakuje, a autor buduje napięcie, co chwilę zostawiając czytelnika w niepewności. Bo ta ważna książka została wtłoczona w schemat powieści szpiegowskiej. To dlatego napisałam, że zadowoli każdego czytelnika.

Bohaterowie, a jest ich tu kilku równie ważnych, trudno powiedzieć, kto jest tym najważniejszym, zostają wplątani w grę dwóch politycznych machin – czeskiej i amerykańskiej. I nie pozostanie to bez wpływu na ich życie. To kolejny temat powieści – czy zawsze możemy decydować o swoim losie? Jaki mamy wpływ na bieg wydarzeń? Ile od nas zależy? A sprawa jest w gruncie rzeczy banalna, a w każdym razie taka byłaby w normalnym świecie, ale trwa zimna wojna, więc obie strony zastanawiają się, czy pozwolić wyjechać do Stanów jednemu z bohaterów, Pavlowi Kralovi. I Czesi i Amerykanie chcą go ewentualnie wykorzystać do swoich celów, i jedni, i drudzy zastanawiają się, kim naprawdę jest. Pavel Kral staje się zakładnikiem, pionkiem w grze, a wraz z nim jego przyjaciele i urzędnicy mimowolnie zaplątani w tę sprawę. Napisałam, że jest jednym z bohaterów powieści, ale on sam na jej kartach nigdy się nie pojawi. Dlatego stale obecne jest pytanie – kim jest naprawdę? Jakie ma intencje? Czy to szlachetny człowiek, który chce zrobić coś dobrego, czy też sprytnie umie się ustawić, wykorzystując swoich przyjaciół i krzywdząc ich przy okazji?

Egon Hostovsky w swojej powieści miesza klimaty. Z jednej strony książka jest śmieszna, dowcipna, lekka. Wiele tu zabawnych zdarzeń i postaci, bohaterowie próbują jakoś z wdziękiem iść przez życie, jakoś się w nim ustawić, czerpać z niego to, co najlepsze, nie narażając się nikomu. Lubią proste przyjemności, wieczorne spotkania z przyjaciółmi w knajpie, gdzie kelner doskonale ich zna i nie musi pytać, co zamawiają. Oni nie chcą być bohaterami, nie chcą dokonywać rzeczy wielkich, nie chcą mieszać się do polityki. Nawet kiedy zostają do tego zmuszeni, próbują ratować się fortelem. Ale przecież nie zawsze się tak da. Nie wszystkim się uda. Niektórzy poznają smak emigracyjnej poniewierki i rozstania. Tragiczne nuty, których w „Zaginionym” nie brakuje, przełamane zostają lekką konwencją i śmiechem. Ale nad całością dominuje jednak czarny klimat i klaustrofobiczna atmosfera podejrzeń i nieufności. Nieprzypadkowo bohaterowie przemykają szarymi, zimowymi ulicami, spotykają się w ciasnych, ciemnych, brzydkich wnętrzach, często nocą.

Bardzo ciekawa powieść. Kto ją przeczyta, może sięgnie po inną, trochę bardziej wymagającą, wznowioną niedawno, nagrodzoną kilka lat temu Angelusem. Myślę o „Przypadkach inżyniera ludzkich dusz” Josefa Skvoreckiego, też czeskiego emigranta. Ja kilka lat temu zachwyciłam się nią ogromnie.



 

Dionisios Sturis "Nowe życie. Jak Polacy pomogli uchodźcom z Grecji."

O tym, że Dionis Sturis pisze książkę o greckich imigrantach, których pod koniec lat czterdziestych i później w czasie greckiej wojny domowej i po jej zakończeniu przyjęła Polska oraz inne kraje komunistyczne, wiedziałam od dawna. Nic więc dziwnego, że nie tylko szybko ją kupiłam, ale i szybko przeczytałam. Piszę Dionis, a nie Dionisios, bo autora znam z radia, a tam używa skróconej wersji swojego imienia, więc jakoś do tej dłuższej nie bardzo umiem się przyzwyczaić. No ale trudno, teraz musi być oficjalnie – książka, o której dziś napiszę, to „Nowe życie. Jak Polacy pomogli uchodźcom z Grecji” Dionisiosia Sturisa (W.A.B. 2017). Kto wcześniej nie zetknął się z twórczością autora, dziennikarską i reporterską, ten pewnie z pewnością domyśli się, że musi mieć jakieś greckie korzenie. I tak jest rzeczywiście. Sturis pisał już o tym w swoim pierwszym reportażu „Grecja. Gorzkie pomarańcze”, która był opowieścią o Grecji, jej najnowszej historii, kryzysie ekonomicznym i politycznym, a także o rodzinie autora. Jego ojciec to jedno z dzieci, które w roku 1947 w czasie krwawej greckiej wojny domowej przyjęła Polska. Matka autora, Polka, była jego drugą żoną, i po rozwodzie, który nastąpił dość szybko, wróciła z Salonik do Polski. I jak to w takich sytuacjach bywa, Dionis Sturis tracił swoje greckie korzenie, aby po latach zacząć je odzyskiwać. Nic dziwnego, że postanowił zająć się tematem nieistniejącym w powszechnej świadomości. No bo z ręką na sercu, kto zastanawia się, skąd się wzięli w Polsce Jorgos Skolias, Antymos Apostolis, Milo Kurtis, Eleni? Przecież są Polakami, mówią po polsku, a że mają dziwne imiona i nazwiska? Nie zastanawiamy się nad tym. Ja pewnie też żyłabym w błogiej nieświadomości, gdyby jedna z moich dalszych ciotek nie miała przyjaciółki Greczynki, o której często wspominała. I lubiła przy tym dodawać, że jest z tych Greków, którzy po wojnie przyjechali do Polski. I tyle mojej wiedzy. Przyjmowałam to jako fakt, nie zastanawiając się nad nim głębiej. Jacy Grecy? Dlaczego? Dopiero z pierwszej książki Sturisa dowiedziałam się trochę, a teraz dzięki „Nowemu życiu” poznałam ten zapomniany epizod z polskiej i greckiej historii jeszcze lepiej.

Choćby tylko z tego jednego powodu po ten reportaż powinno się sięgnąć obowiązkowo. Ale są i inne przyczyny. Najprostsza – jest po prostu niezwykle ciekawa, świetnie napisana, czyta się ją jednym tchem. Ale jest i powód ważniejszy – w czasach kiedy odwracamy się od ludzkiego nieszczęścia, kiedy odsuwamy od siebie jak najdalej myśl o uchodźcach szturmujących bramy Europy, kiedy zagubiliśmy gdzieś naszą wrażliwość, o solidarności nie ma co wspominać, warto przyjrzeć się tamtej historii. Mimo powojennej biedy przyjmowaliśmy najpierw greckie dzieci, potem rannych i chorych, aby po zakończonej wojnie przywitać uchodźców politycznych, którym w ich ojczyźnie groziło więzienie, tortury, może śmierć. Dionis Sturis nie ukrywa, że początkowo zainteresował się tematem ze względu na swoją rodzinną historię, potem jednak w miarę narastania kryzysu uchodźczego jego motywacja rozszerzyła się. Podkreśla to wyraźnie w wywiadach, których udzielił przy okazji promocji książki. Dlatego zadedykował ją uchodźcom. Oczywiście powie ktoś, że sytuacja nie jest symetryczna. Bo tamci uchodźcy byli bliżsi nam kulturowo, trafiali do nas na mocy tajnych decyzji politycznych, długo cała operacja była trzymana w tajemnicy (dlaczego, o tym w książce). Dopiero po zakończeniu wojny domowej Polska i inne kraje komunistyczne zaangażowały się w pomoc uchodźcom oficjalnie. To prawda. Niemniej jednak należy docenić fakt, a może nawet spojrzeć nań z podziwem, że powojenna biedna Polska, która sama dźwigała się z ruin, wysupłała na tę operację pieniądze, a przede wszystkim zdobyła się na organizacyjny wysiłek. A i potem, kiedy uchodźcy greccy zamieszkali w miastach czy na wsiach, spotkali się z życzliwym przyjęciem i szybko integrowali z Polakami. Oczywiście jak zawsze najłatwiej przychodziło to dzieciom. Wiele w książce Sturisa świadectw na ten temat – rozmów z tamtymi uchodźcami, którzy dziś są już ludźmi sędziwymi, i ich dziećmi.

Ale w „Nowym życiu” znajdziemy oczywiście nie tylko rozmowy i opowieści o losach bohaterów książki, ich potomków czy Polaków, którzy organizowali tu na miejscu nowe życie dla uchodźców. Autor posiłkując się literaturą przedmiotu, sięga do źródeł tego, co się stało, a więc do czasów drugiej wojny, opowiada o historii greckiej wojny domowej, o niechlubnej roli wielkich mocarstw w tym konflikcie, szczególnie Stanów i Wielkiej Brytanii (Grecja na mocy porozumienia z ZSRR znalazła się w brytyjskiej strefie wpływów), które bojąc się zwycięstwa greckich komunistów, poparły ich przeciwników, wśród nich też tych, którzy w czasie wojny kolaborowali z nazistami. Ironia losu polega na tym, że to przecież greccy komuniści stawiali opór Niemcom. To bardzo gorzkie fragmenty książki. Kolejne świadectwo tego, jak bezduszna i cyniczna potrafi być wielka polityka. Warto wspomnieć, że do dziś ci, którzy prześladowali politycznych przeciwników, nie zostali rozliczeni.  Pewnie to, że greccy uchodźcy byli w sporej części ideowymi komunistami, jest powodem, że  polscy badacze raczej unikają tego tematu.

Książka Sturisa jest bardzo klarownie skonstruowana – autor chronologicznie prowadzi czytelnika przez meandry historii. Jak wspomniałam, zaczyna od źródeł, potem opowiada o przyjmowaniu uchodźców, pierwszych latach w nowej ojczyźnie, potem pisze o skomplikowanej, ciągnącej się latami, operacji łączenia rodzin (ponieważ ewakuowano najpierw dzieci, potem rannych, a na końcu pozostałych, rodziny trafiały często do różnych krajów), na którą zdecydowano się dopiero wtedy, kiedy ze względu na sytuację polityczną w Grecji stało się jasne, że uchodźcy być może nigdy tam nie wrócą. Aż wreszcie, kiedy wymarzony powrót stał się możliwy, dowiadujemy się o dylematach polskich Greków – wracać, bo wreszcie można, czy zostać, bo przecież nowe życie w wytęsknionej ojczyźnie to wielka niewiadoma, a tu już się człowiek dawno zdążył zadomowić. Jedni wracali, inni postanowili zostać, znowu dzieliły się rodziny. Sturis kończy swoją książkę opowieścią o dniu dzisiejszym polskich Greków. O nieuchronnym procesie asymilacji potomków tych, którzy w Polsce zostali. Zastanawia się też, co daje i co odbiera taka podwójna tożsamość. Nie ucieka też od trudnych pytań. Najważniejszym jest to o ewakuację greckich dzieci. Czy była przymusowa, czy dobrowolna? Czy dobrze, że była? Dzieci wyrwano z rodzin, odbyły długą, niewiarygodnie niebezpieczną i potwornie męczącą drogę, znalazły się w nowym kraju, o którym nie miały pojęcia, same, bez rodziców, dziadków, często bez rodzeństwa, nie wiadomo, jak długo miało trwać to rozstanie. Co dostały w zamian? Wytchnienie, spokój, obfitość jedzenia, czyste łóżko, możliwość nauki. Oczywiście nie tylko greckie dzieci ewakuowano w czasie wojny. Ratunku szukano dla dzieci żydowskich, Anglicy masowo wysyłali swoje dzieci na północ kraju w obawie przed bombardowaniami. To wojna jest przyczyną takich dylematów i takich tragedii. Banalne, ale niestety prawdziwe. I to też uświadamia książka Dionisa Sturisa.

 

Andrea Tompa "Dom kata"

Książkowe Klimaty to jedno z tych wydawnictw, których ofertę pilnie śledzę. Wydają literatury niszowe, między innymi węgierską, grecką, słowacką, bułgarską, rumuńską. Od czasu do czasu coś sobie z ich katalogu wybieram. To dzięki nim na polskim rynku ukazała się znakomita powieść Varujana Vosganiana „Księga szeptów” nagrodzona w zeszłym roku Angelusem. Ten sam laur kilka lat wcześniej zdobyła książka „Zdarzyło się pierwszego września (albo kiedy indziej)” Pavla Rankova. W tym wypadku nagroda wydała mi się grubą przesadą. Zresztą odkąd Książkowe Klimaty pojawiły się na naszym rynku wydawniczym, nie ma roku, aby ich książki nie znalazły się przynajmniej w półfinale Angelusa. Tak jest i tym razem. Nominowano dwie, wśród nich „Dom kata” Andrei Tompy (2016; przełożyła Anna Butrym). Teraz, kiedy poprawiam tę notkę, wiadomo, że książka węgierskiej pisarki jest w finałowej siódemce. To właśnie na nią oddałam swój głos w plebiscycie czytelników. Kupiłam ją dość dawno, ale stale odkładałam lekturę, bojąc się ciężaru gatunkowego opowieści. Tymczasem niesłusznie. Chociaż akcja w znakomitej większości rozgrywa się w czasach dyktatury Ceausescu, chociaż wiele tu smutnych, a nawet tragicznych zdarzeń, to jednak całość nie robi bardzo przygnębiającego wrażenia. Czy sprawiają to zabawne historie, których też przecież nie brakuje? Czy barwne, nietuzinkowe postacie? Czy może główna bohaterka, zwana dziewczynką albo dziewczyną? Jej energia, wigor, ciekawość świata, artystyczne towarzystwo, w jakim się obraca? A może fakt, że „Dom kata” to po prostu rodzinna saga? Bo chociaż ujęta w niebanalną formę, tym właśnie jest ta powieść.

Muszę uczciwie przyznać, że formy troszkę się na początku przestraszyłam. Kiedy w krótkim wstępie tłumaczki przeczytałam, że każdy rozdział to rodzaj pełnego dygresji i wątków pobocznych monologu pisanego długimi, a właściwie długaśnymi, zdaniami, w których interpunkcja traktowana jest swobodnie, a wszystko między innymi po to, aby pojawił się alternatywny zapis mowy zależnej i monologi wewnętrzne, westchnęłam. Pomyślałam, że nie chce mi się męczyć nad lekturą. Że znowu przerost formy nad treścią. Jakże się myliłam! Po dwóch stronach przywykłam do  chaotycznego strumienia myśli, a opowieść natychmiast mnie wciągnęła. Zatopiłam się w świecie wykreowanym przez autorkę. Mało tego, po kilku napisanych po bożemu powieściach, które ostatnio przeczytałam, a nawet pochłonęłam, „Dom kata” wydał mi się czymś ożywczym. Doszłam też do wniosku, że to właśnie forma wynosi tę książkę ponad poziom kolejnej rodzinnej sagi. A że lektura wymaga skupienia, bo w dygresjach łatwo się pogubić i czasem trzeba wrócić drugi raz do jakiegoś fragmentu? Nie szkodzi. Zanurzenie się w powieściowym świecie w pełni wynagradza trud.

Można się zastanawiać, czy „Dom kata” jest rzeczywiście powieścią, czy też zbiorem opowiadań, które łączą bohaterowie. Ja jednak skłaniam się ku pierwszej wersji. Rzeczywiście każdy rozdział stanowi odrębną całość, znajdziemy w nim opowieść skupioną wokół jakiegoś tematu. To może być zdarzenie, fragment rodzinnej historii, człowiek, przedmiot, dom, ogród, a nawet miasto. Te anegdoty pojawiają się jak króliki wyjmowane z kapelusza, trochę na chybił trafił. Co się wyciągnie, co się przypomni. Każda historia rozwija się, opleciona zostaje dygresjami, owymi wątkami pobocznymi, o których wspominała tłumaczka, ucieka od swojego początku, aby na koniec do niego wrócić. A jednak z tych pozornie chaotycznych fragmentów powoli składamy całość. Poszczególne kawałki puzzli zaczynają do siebie pasować i oczom czytelnika ukazuje się pełny obraz - skomplikowana rodzinna historia na tle równie pokomplikowanej historii Siedmiogrodu, Rumunii i Węgier. Ale może przede wszystkim jest to opowieść o dziewczynce - dziewczynie, historia  dojrzewania, relacji z ojcem, matką, siostrą, dziadkami, przyjaciółmi. Ten okres jej życia przypadł na siermiężne, ubogie, tragiczne, smutne i beznadziejne lata dyktatury Ceausescu. To jej oczami patrzymy na świat. I nawet jeśli pozornie znika z jakiegoś rozdziału, to i tak miałam wrażenie, że to jej opowieść. I jeszcze jeden dowód na to, że „Dom kata” jest powieścią - zaczyna się i kończy w grudniu 1989 w momencie obalenia dyktatora. Finał to szalona radość, ulga i nadzieja, jakie niesie ze sobą każdy przełom, każda świeżo odzyskana wolność. Bo przecież teraz wszystko musi być już inaczej. Jak? Nie wiadomo, nikt się jeszcze nad tym nie zastanawia. Na pewno lepiej. W takich momentach nikt nie myśli, że może jednak wcale nie będzie łatwo. Ciąg dalszy znamy, ale spuśćmy na niego zasłonę milczenia. Po co goryczą psuć sobie radość zakończenia.

Ale powieść Andrei Tompy jest też bardzo ciekawa, bo opowiada historię mało nam znaną. Akcja rozgrywa się w Siedmiogrodzie w Kolożwarze, dziś to po rumuńsku Cluj-Napoca (Kluż-Napoka). Bohaterami są zamieszkujący od wieków te tereny Węgrzy, a właściwie Szeklerzy. Ich węgierska tożsamość jest tu bardzo istotna. Bezduszna i okrutna historia sprawiła, że Siedmiogród stał się w wyniku traktatu z Trianon częścią Rumunii. Potem tylko na kilka wojennych lat znowu był węgierski. Dlatego jest to opowieść o utracie. Utracie ojczyzny, kultury, języka, praw przynależnych mniejszości narodowej, wreszcie o stracie przyjaciół. Węgierscy bohaterowie powieści stale są z czegoś odzierani – likwiduje się węgierski teatr, klasy z językiem węgierskim, coraz trudniej dostać paszport, coraz trudniej spotkać się z krewnymi mieszkającymi na Węgrzech. No i stale ktoś emigruje. Likwiduje swoje mieszkanie, rozsprzedaje sprzęty, ukochane książki, bo w taką podróż wolno wziąć tylko niewielką ilość bagażu. Kto decyduje się na wyjazd, najpierw przechodzi drogę przez mękę – czeka na paszport, traci pracę, musi zadowolić się byle jaką. Bywa, że czekanie trwa latami. Utracie nieodłącznie towarzyszy zmiana. Bo skoro zamyka się granice, skoro znikają ludzie, skoro o swoją tożsamość trzeba walczyć, to nic już nie będzie takie samo. Ale zmienia się też miasto. Na stare dzielnice napierają brzydkie, bezduszne, szare osiedla z wielkiej płyty. Bezpowrotnie giną ulice, przy których stały domy otoczone ogrodami. Jeśli gdzieś nieoczekiwanie ocaleją, to dlatego, że pewnie mieszka tam ktoś. Dziadkowie dziewczynki-dziewczyny żyją w wiecznej niepewności. Od lat nie remontują swojego domu, bo przecież zaraz będą burzyć. Na ich ulicy żaden ktoś przecież nie mieszka.

Jest to też opowieść o komunistycznej Rumunii. Nazwisko Ceausescu nie pada chyba ani razu, jakby bohaterowie bali się je  wymawiać. Ale duch dyktatora stale jest obecny w ich życiu, rzuca na nie cień. Łamie życiorysy, staje się przyczyną tragedii. Chyba najtragiczniejszą postacią jest ojciec dziewczynki-dziewczyny. Chociaż przyczyn jego nieszczęśliwej drogi trzeba też szukać w historii rodzinnej. Często rumuńska, komunistyczna rzeczywistość, kult wodza narodu przybiera groteskowe formy, ale zaraz na powrót robi się strasznie. Ratunkiem jest rodzina i sztuka, bardzo ważna w życiu bohaterów. Bo przecież jakby okropnie nie było, to jakoś żyć trzeba. To stwierdzenie dotyczy starszego pokolenia – dziadków, rodziców. Oni próbują się dostosować, radzić sobie w niełatwej, beznadziejnej, szarej rzeczywistości. Ale dziewczynka-dziewczyna inny świat zna tylko z rodzinnego przekazu. Żyje tu i teraz, dorasta, marzy, planuje, jest łapczywa na życie. Może dlatego, na przekór czasom, z powieści bije energia. To ona jest jej źródłem, chociaż i jej nie omijają tragedie.

Rozpisałam się, a mam poczucie, że ledwie nadgryzłam temat. Tak jest zawsze, kiedy piszę o książce, która jest czymś więcej, niż tylko przyjemną lekturą. Gorąco namawiam, aby sięgnąć po powieść Andrei Tompy i nie należy zrażać się formą. Po chwili okazuje się wartością dodaną, a nie balastem.



 

"Ptaki śpiewają w Kigali"

Na najnowszy film Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauzego czekałam, od kiedy tylko reżyserska para zaczęła opowiadać o swoich planach, a było to dobrych kilka lat temu. Jestem wielką admiratorką ich twórczości, to po pierwsze, a po drugie temat żywo mnie interesuje. Choroba reżysera, zbieranie funduszy sprawiły, że projekt się przeciągał, a w międzyczasie zmieniła się też koncepcja filmu. Początkowo scenariusz miał być oparty na opowiadaniu Wojciecha Albińskiego. W pierwszej wersji drugim głównym bohaterem, oprócz Claudine, był mężczyzna. Wyszłaby z tego jeszcze jedna opowieść o miłości w czasach zagłady. Dlatego dobrze się stało, że tamten pomysł uległ zmianie. Teraz dostaliśmy uniwersalny film o wychodzeniu z traumy, o przyjaźni, o próbie zrozumienia tego, co się stało, i staraniach, aby zacząć nowe życie po apokalipsie. Film wyciszony, nieepatujący makabrą, o bardzo klarownej, czystej formie, pięknie fotografowany. "Ptaki śpiewają w Kigali" to całkowite przeciwieństwo "Wołynia" Smarzowskiego - nie oglądamy samego ludobójstwa, aktów przemocy. Dlatego też obie aktorki, Jowita Budnik i Eliane Umuhire, grają oszczędnie, są wyciszone, tylko czasami dają upust emocjom. Historia bohaterek jest tylko zarysowana, wiele pozostaje w sferze domysłu, z czasem niektóre wątki zostają dopowiedziane. Na pewno będą widzowie, których film znudzi wolnym tempem i zniechęci oszczędnymi środkami wyrazu. A ja mam kłopot, bo z jednej strony wyciszenie, czystość, klarowność i oszczędność formy zrobiły na mnie wrażenie, sprawiły, że film został ze mną, z drugiej jednak spowodowały, że tę dramatyczną historię oglądałam na chłodno. Nie wzruszyłam się, nie przeżyłam jej, nie doznałam wstrząsu. Chyba jednak nie o to chodziło. Zastanawiam się, czy opowieść, która w zamyśle twórców, ma być ostrzeżeniem przed nienawiścią prowadzącą do przemocy i tragedii, przekona nieprzekonanych, czyli widzów, którzy nie zastanawiają się nad takimi sprawami. Mam jeszcze inną uwagę - moim zdaniem w kilku miejscach nie udało się uniknąć schematycznych rozwiązań. Mimo zastrzeżeń uważam, że film należy obejrzeć koniecznie. A kto już widział, może przeczytać ciąg dalszy. Zapraszam.

 

W swoich dotychczasowych filmach Joanna Kos-Krauze i nieodżałowany Krzysztof Krauze byli mistrzami w pokazywaniu emocji. W nieprawdopodobny, niebanalny, przejmujący sposób potrafili opowiedzieć o trudnym splocie życiowych okoliczności, o  bohaterach w sytuacji bez wyjścia. Na wyżyny wznieśli się szczególnie w przerażającym "Długu" i w dojmującym „Placu Zbawiciela”, w którym pokazali piekło rozgrywające się w normalnej, zwyczajnej rodzinie. Bohaterowie tamtego filmu ranili się nawzajem, a główna bohaterka grana też przez Jowitę Budnik, to ta rola odkryła ją jako aktorkę, została zaszczuta przez najbliższych. Piszę o tym nieprzypadkowo, bo po wyjściu z kina zaczęłam się zastanawiać, czy historia Anny i Claudine nie przemówiłaby do mnie bardziej, gdyby reżyserska para poszła podobną drogą. Wszak obie bohaterki przeżyły traumę, na ich oczach ginęli ludzie, są poranione, nie potrafią się otrząsnąć, poradzić sobie ze swoim nieszczęściem. Claudine straciła całą rodzinę, Anna była świadkiem dręczenia, poniżania, a w końcu zamordowania jej ojca, profesora ornitologii, z którym współpracowała w Rwandzie. Potem z trudem udało jej się uciec. Nie wiemy, jak zakończyła się dramatyczna sytuacja w drodze na lotnisko. Czy żołnierze spełnili swoją groźbę i zgwałcili Annę? Wydaje się, że nie, ale pewności nie mamy. Po przyjeździe do Polski obie kobiety nie chcą siebie znać. Claudine woli zamieszkać w ośrodku dla uchodźców niż w domu Anny, która długo pozostaje obojętna na jej los. Dlaczego? To wyjaśni się w drugiej części filmu. Możemy się domyślać, bo pewności też nie mamy, chociaż sugestia moim zdaniem jest dość wyraźna, że Anna kochała profesora, z którym współpracowała, być może miała z nim romans. Takie rozwiązanie fabularne, chociaż tylko dyskretnie zasugerowane, wydaje mi się ogrywaniem schematu. To tłumaczyłoby jednak decyzję Claudine. Jeśli się czegoś domyślała, zrozumiałe jest, że miała do swojej wybawczyni żal. Z kolei jej obecność mogła przypominać Annie o tym, co się zdarzyło. Kiedy w końcu zamieszkają razem, dla obu będzie to bardzo trudne. Powinny się poddać terapii, szukać pomocy u specjalistów zajmujących się leczeniem stresu pourazowego. Anna udaje, że problemu nie ma, wspomnienia i traumę topi w alkoholu. Zamyka się w sobie, nie chce pomocy, nie opowiada nikomu o tym, co ją spotkało. Bo i jak o tym mówić? Kto zrozumie? Opiekowanie się poranioną Claudine nie jest proste. A to nie koniec jej problemów. Ma chorego ojca, straciła kontakt z córką, która żąda od niej wyższych alimentów. Dlaczego nie są razem? Co się zdarzyło? To wszystko sprawia, że w domu Anny rozgrywa się prawdziwa tragedia. Jednak sposób opowiadania, nagromadzenie niedopowiedzeń sprawiają, że jej nie czuję. Niezrozumiały jest też przełom, jaki następuje w relacji obu kobiet. Na koniec tej części rozważań przywołam "Gorzkie żniwa" Agnieszki Holland, które mocno mnie kiedyś poruszyły. A robię to dlatego, że jego tematem była podobna relacja - wybawiciel i wybawiona.

Pytanie, które postawiłam na początku, pozostawiam bez odpowiedzi. Doceniam szlachetność oszczędnej formy, ale jeszcze raz powtarzam, że chyba właśnie ona sprawia, że pozostaję gdzieś obok, nie czuję dramatu bohaterek. Sama jednak nie wiem, czy wyszłoby na dobre filmowi, gdyby twórcy  pokazali ich traumę, ich wzajemne ranienie się tak, jak zrobili to w „Placu Zbawiciela”. Bo z jednej strony na pewno tak opowiedziana historia działałaby na emocje, z drugiej filmowa opowieść mogłaby się wydać wtórna.

Druga część filmu rozgrywa się w Rwandzie wydobywającej się z chaosu. W tym miejscu przypominają mi się słowa wiersza Szymborskiej "Koniec i początek" - Po każdej wojnie ktoś musi posprzątać. I po czterech latach od ludobójstwa trwa sprzątanie. Organizacje pomocowe segregują dary, wygrzebuje się szczątki pomordowanych, ich czaszki starannie czyści. Winni siedzą w więzieniach, odwiedzają ich kolorowo ubrane żony. Na bazarach trwa handel. Ale ofiary nie potrafią wrócić do życia. Kiedy Claudine spotyka swoją ocaloną kuzynkę, chyba jedyną żyjącą krewną, obie kobiety nie umieją się porozumieć. Radość spotkania uniemożliwia mur niezrozumienia. Trauma Christiny jest jeszcze większa, jej przeżycia straszniejsze, dziecko, które urodziła, prawdopodobnie urodziło się na skutek gwałtu. Czy Claudine, która razem z Anną mieszka w eleganckim hotelu, może ją zrozumieć? W każdym razie nie potrafi jej pomóc. Zresztą ma swoje zmartwienia - próbuje odnaleźć zwłoki bliskich, aby ich pochować. To pomoże jej zamknąć czas żałoby, zacząć nowy okres w życiu, ale okazuje się prawie niemożliwe. Ciała zamordowanych wrzucano do kloacznych dołów, grzebano w zbiorowych mogiłach albo zostawiano na pożarcie sępom. Ich obrazy pojawiają się na ekranie co jakiś czas, nieprzypadkowo Anna prowadziła badania nad tymi ptakami. Widzimy też inne sceny symbolizujące rozkład, śmierć – kilkakrotnie oglądamy mrówki, martwe ryby, wnętrzności, zwierzęce płody zanurzone w formalinie. Co zostało po zamordowanych? Tylko przedmioty – oprawki okularów, książka, stosy ubrań w kościele, w którym zamiast schronienia znaleźli śmierć.

Claudine próbuje zrozumieć, dlaczego sąsiedzi mordowali sąsiadów. Oprawca jej ojca też był ornitologiem, przyjacielem rodziny, trzymał ją do chrztu. Zapytany, jak mógł to zrobić, odpowie, że wczoraj my, jutro wy (cytat z zawodnej pamięci) i wyjdzie z sali widzeń. Każdy może stać się mordercą. Film w zamyśle twórców ma być ostrzeżeniem, dlatego pokazuje, jak zaczyna się nienawiść. W jednej z pierwszych scen słyszymy komunikaty nadawane przez rwandyjskie radio. Tutsi nazywani są karaluchami. Tak było rzeczywiście. Ludobójstwo nie wzięło się znikąd. Przez lata propaganda Hutu sączyła pogardę, podsycała nienawiść, aż Tutsi pozbawieni zostali człowieczeństwa. Skoro są karaluchami, trzeba się ich pozbyć. To może stać się wszędzie. Dlatego znamienna jest scena wizyty policjantów w domu Anny. Przyszli sprawdzić papiery Claudine, bo ktoś na nią doniósł. Nie widzimy ich, ale słyszymy rozmowę. Kobieta im się nawet podoba, ale co będzie, jak przyjedzie ich więcej? Jak sprowadzi krewnych? I niby wszystko jest w porządku, rozumiem intencje twórców, podzielam obawy, nigdy nie dość czujności, ale ta scena wydała mi się sztuczna, nazbyt łopatologiczna. Zgrzyta w tym subtelnym filmie. Jakbym widziała szwy, a przecież nie powinnam ich dostrzec. Nie tylko wtedy. Anna nieprzypadkowo nazywa się Keller. Jej ojciec ma na imię Horst. Akcja filmu toczy się we Wrocławiu i okolicach. Kto uważnie ogląda, domyśli się, że Horst Keller urodzony w roku 1910, taka data widnieje na jego grobie, był Niemcem, który po wojnie został na Dolnym Śląsku. Możemy sobie wyobrazić jego powojenne losy. Za Anną ciągnie się historia ojca. Ten wątek również wydał mi się niepotrzebny. Za dużo grzybów w barszcz.

Chociaż trochę marudzę, dzielę się wątpliwościami, to jednak muszę przyznać, że film mimo emocjonalnego chłodu zapadł mi w pamięć.

 

 

"The Square"

Wiedziałam, że "The Square" Rubena Ostlunda zdobył Złotą Palmę w Cannes i że zyskał też uznanie krytyków, co nie zawsze idzie w parze, ale nie spodziewałam się, że aż tak bardzo mi się spodoba. Co prawda Ostlund nakręcił wcześniej "Turystę", ale temat jego najnowszego filmu - granice we współczesnej sztuce - wydał mi się nie do końca interesujący. Potrafię długie godziny spędzić w galerii, oglądając obrazy, ale, wyznaję szczerze, rzadko zdarza mi się odwiedzać muzea sztuki współczesnej. Nie mam do niej klucza, nie rozumiem, nikt nigdy nie nauczył mnie jej odbioru. Cóż, nie jestem w tym odosobniona. To dlatego nieco sceptycznie podchodziłam do najnowszego filmu Ostlunda. Tymczasem okazało się, że niesłusznie. Po pierwsze problem granic we współczesnej sztuce jest tylko jednym z wielu. To przede wszystkim obraz współczesnego, rozwarstwionego społeczeństwa, w którym jedni nie mają zaufania do drugich, a nawet się ich boją. To właśnie zaufanie jest jednym z głównych tematów filmu. Innym jest rozmijanie się idei z życiem. Łatwo pewne idee propagować, trudniej praktykować. Film zmusza do myślenia, daje pole do dyskusji na wiele tematów, stawia ważne pytania - o granice prowokacji w sztuce, o wolność słowa, o polityczną poprawność. Odpowiedzi nie zawsze są łatwe. Ale poza tym "The Square" znakomicie się ogląda, bo jest świetnie zrobiony. Akcja zbudowana została wokół licznych, zaskakujących zbiegów okoliczności. Głównym bohaterem jest Christian, dyrektor muzeum sztuki współczesnej w Sztokholmie, któremu przydarza się ciąg nieprawdopodobnych zdarzeń, a w tym samym czasie w galerii trwają przygotowania do wystawy argentyńskiej artystki. Jej tematem jest zaufanie. "The Square" to jednak nie kino akcji. Przestrzegam też tych, którzy zwabieni reklamą, uwierzą, że idą na komedię. Na pewno nie ma tu prostego dowcipu, za to ci, którzy lubią ironię, będą usatysfakcjonowani. I pewnie nie jest to kino dla masowej widowni, chociaż właściwie dlaczego nie? Ja wyszłam zachwycona. A kto już film widział, może przeczytać ciąg dalszy. Zapraszam.

 

Oglądając „The Square”, doszłam do wniosku, że bohaterów filmu stale coś wybija z rutyny codziennych zdarzeń. Jakby los dał im szansę, aby spojrzeli na świat inaczej, aby zatrzymali się na chwilę. Najpierw Christian, który jak co dzień zmierza do pracy, staje się świadkiem zaskakującego zdarzenia – młoda kobieta histerycznie woła o pomoc, bo atakuje ją wściekły facet, chyba jej znajomy. Nikt oprócz jednego mężczyzny, a potem Christiana, nie reaguje, wszyscy przechodzą obojętnie, najwyżej oglądają się za siebie. Potem okaże się, że to pułapka, bohater został okradziony. To zdarzenie wywoła lawinę kolejnych, równie zaskakujących i niezwykłych. Bo oto Christian za namową niefrasobliwego kolegi zabawi się w poszukiwacza sprawiedliwości. Szacowny, wymuskany dyrektor galerii skrada się jak jakiś gangster po piętrach bloku w dzielnicy Sztokholmu, do której nigdy się nie zapuszcza, i wrzuca do skrzynek list, który ma sprowokować i skruszyć złodzieja. O dziwo udaje mu się w ten niezwykły sposób odzyskać skradzione przedmioty. Ale ta zabawna, szalona akcja ma swoje koszty. Rykoszetem obrywa niewinny chłopak, którego rodzice są przekonani, że to on ukradł portfel i telefon. On również postanawia walczyć o siebie. Jednak Christian go zlekceważy. Dlaczego? Czy tak trudno byłoby mu się zdobyć na drobny gest i wyjaśnić sytuację jego rodzicom? Przecież ten dzieciak ma rację! Ale jest ciemny, na pewno pochodzi z rodziny imigranckiej, mieszka w gorszej albo wręcz złej dzielnicy, dlatego Christian go lekceważy. Gdyby minął go na ulicy, z pewnością nie zwróciłby na niego uwagi. Tak jak obojętnie mija żebraków i bezdomnych. Są dla niego przezroczyści Wypracował już sobie stanowczą, ale grzeczną odpowiedź, oczywiście odmowną, popartą odpowiednim gestem. Nie różni się w swojej reakcji niczym od tej części społeczeństwa, która tak jak on chadza do pracy elegancko, modnie, nienagannie ubrana, kontempluje sztukę w galeriach, robi drogie zakupy. Odgrodzeni murem zamożności, obojętności nie dostrzegają, że istnieje inny świat. A właściwie dostrzegają, ale na poziomie deklaratywnym. Z uwagą pochylą się nad wystawą argentyńskiej artystki, nad jej kwadratem, w którym wszyscy są równi, w którym wszyscy mają takie same prawa. Tak wiele może się tam zdarzyć, jak zapewniają artystka i organizatorzy wystawy. Może ktoś poprosi o pomoc i na pewno ją otrzyma, może ktoś zechce podzielić się swoim smutkiem i na pewno zostanie wysłuchany, może ktoś zostawi tam swój portfel i na pewno nikt go nie ukradnie. Takie rzeczy możliwe są tylko w czasie artystycznego performancu, na życie to się nie przekłada.

Kiedy Christian zrozumie swoje zaniechanie, będzie już za późno. Nie zdoła niczego wytłumaczyć rodzicom skrzywdzonego chłopca, przepadnie szansa na przełamanie lodów. Oglądane z lotu ptaka klatki schodowe domu, w którym mieszka Christian, i bloku, w którym mieszka skrzywdzony chłopak, niewiele się różnią – spiralne schody prowadzą w dół. W rzeczywistości dzieli je wszystko– wystarczy zmienić perspektywę, aby zobaczyć różnicę. Ale przecież jej wybór zależy od nas. I jeszcze jedno - naprawdę łatwo znaleźć się po drugiej stronie. Przekonał się o tym Christian dwukrotnie - po raz pierwszy, kiedy to on prosił o pomoc i natknął się na mur obojętności. Po raz drugi, kiedy szukając wyrzuconego listu, rozrywał worki ze śmieciami. I znowu kamera z lotu ptaka pokazuje niecodzienny obraz – mężczyzna w eleganckim garniturze miota się na śmietnisku. Jego nieskazitelnie biała koszula szybko traci swój blask. Ta scena ma w sobie moc symbolu. Co jeszcze znaczy? Że nasz miły, przyjemny, wygodny świat się kończy? To wydaje mi się zbyt oczywiste.

Z problemem społecznych podziałów, znieczulicy łączy się kolejny – zaufanie. O tym jest wystawa argentyńskiej artystki. Czy ufasz ludziom? Dlaczego Christian wrzucał do skrzynki listy, oskarżając każdego, zamiast chodzić od mieszkania do mieszkania i rozmawiać? Bo nie ufał mieszkańcom bloku znajdującego się w gorszej dzielnicy Sztokholmu, bał się ich. Z drugiej strony zaufanie nie zawsze popłaca, przecież został okradziony, kiedy uwierzył, że ktoś rzeczywiście potrzebuje pomocy, że ktoś pomaga. Zaufanie jest leitmotivem filmu. Ufać musimy sobie na co dzień, w drobnych i większych sprawach. Ufać muszą sobie dziewczyny z zespołu, w którym występuje jedna z córek Christiana. Wykonując skomplikowane akrobacje, wierzą, że partnerki nie zawiodą. Szefowa galerii ufa Christianowi, że należycie będzie wypełniał swoje obowiązki. Widzowie zgromadzeni na artystycznym performancie ufają artyście, że nie przekroczy pewnych granic. Christian musiał zaufać nieznanemu mężczyźnie, żebrakowi, że nie ukradnie jego reklamówek z zakupami. Raz się udaje, raz nie, ale bez zaufania trudno żyć.

Kolejnym problemem poruszanym w filmie są granice wolności w sztuce i granice wolności słowa. Czy artyście wolno wszystko? Eleganccy bywalcy muzeum są pewnie przekonani, że tak, ale nie było im do śmiechu, kiedy artysta zaczął ich prowokować, przekraczać kolejne granice, obrażać, zagrażać ich poczuciu bezpieczeństwa. Nie bardzo wiedzieli, jak się zachować. W końcu to wyreżyserowany performance, wszystko ma być pod kontrolą, przyszli do galerii, dlatego długo są bierni, udają, że nie widzą, że świetnie się bawią albo spuszczają głowy w niemym geście bezradności. Kiedy w końcu zareagują, okaże się, że niewiele trzeba, aby z ludzi wyszły bestie. Artysta symbolizujący dzikość jest interesujący jako obiekt artystyczny, kiedy staje się dziki naprawdę, budzi przerażenie. To podobna sytuacja jak z kwadratem, w którym wszyscy są równi. Deklaracje nie mają się nijak do życia.

A granice wolności słowa? Czy muzeum ma prawo reklamować swoją wystawę prowokacyjnym filmem? I czy ten film przekracza rzeczywiście jakieś granice? Jak mówią jego autorzy – co trzeba pokazać, aby przykuć naszą uwagę? I czy nasze deklaratywne przejęcie się śmiercią dziecka na ekranie przełoży się jakoś na życie? Czy coś zmieniła w nas i w politykach decydujących o losach świata fala oburzenia i współczucia, kiedy obejrzeliśmy zdjęcie martwego chłopca wyrzuconego przez morze? Czy postanowiliśmy pomagać uchodźcom? Przyjąć ich? Jak długo pamiętaliśmy o tym zdjęciu? Jak długo opłakiwaliśmy to dziecko?

Film prowokuje jeszcze wiele innych pytań. Czy wydawanie ogromnych sum na muzeum, które na co dzień świeci pustkami, ma sens? Czy nie lepiej by było, gdyby bogaci sponsorzy przeznaczyli te pieniądze na biednych tego świata? Na ludzi wyrzuconych poza nawias? Ale z drugiej strony bez sztuki nie da się żyć! Jest potrzebna jak powietrze. Tylko czy kwadrat, w którym wszyscy są równi, i kopce żwiru to rzeczywiście sztuka? Czy taka sztuka warta jest wielkich pieniędzy? Ale kto ma prawo decydować, jaka sztuka jest ich warta? Stąd tylko krok do wykluczania, zakazywania, wskazywania palcem, dzielenia sztuki na tę słuszną i niesłuszną. A to już pachnie cenzurą.

Chociaż film mocno podszyty jest ironią i posługuje się kpiarskim tonem, to prowokuje do myślenia. Nie tylko o tym, o czym pisałam. Takich zmuszających do namysłu zdarzeń jest tu wiele, choćby spotkanie z artystą, które nieoczekiwanie zakłócone zostaje przez mężczyznę chorego na chorobę Tourette'a. Czy ma prawo uczestniczyć w tym spotkaniu, skoro przeszkadza i obraża? Ale przecież on nie panuje nad tym, co mówi. A jednak nie pozwala się skupić. Co zrobić? Jak rozstrzygnąć ten problem? Przecież, jak mówi prowadząca spotkanie, wszyscy są tu mile widziani. Naprawdę?

 

Popularne posty