"W kręgu miłości"

Kilka razy przed różnymi seansami widziałam zwiastun tego filmu. Od początku zwrócił moja uwagę. Pomyślałam, że muszę "W kręgu miłości" obejrzeć, jeśli tylko będzie miał dobre recenzje. Przecież sam trailer, nawet najciekawszy, niekoniecznie zapowiada dobry film. Bywa też odwrotnie. Nie wiem, dlaczego byłam pewna, że to produkcja amerykańska, pewnie z powodu żywiołowej, bluegrassowej muzyki. Tymczasem to film europejski, belgijsko-holenderski. Reżyser, Felix Van Groeningen, jest autorem niezwykle drażniącego, chociaż ciekawego filmu "Boso, ale na rowerze", o którym kiedyś pisałam. Ale o tym wszystkim dowiedziałam się, oglądając pierwsze sceny i już po seansie. A do kina oczywiście poszłam, bo oceny były obiecujące, niektóre nawet bardzo. No i nagród na rozmaitych festiwalach "W kręgu miłości" zebrało całkiem sporo. Nagrodzona została między innymi główna rola żeńska. Słusznie, bo od Veerle Baetens oczu oderwać nie można. Tyle ma uroku, taka potrafi być żywiołowa, radosna, no i jest po prostu ładna urodą intrygującą. Nawet nie przeszkadzały mi tatuaże prawie całkowicie pokrywające jej ciało. Ale nie tylko ona robi wrażenie, także partnerujący jej Johan Heldenbergh, jednocześnie autor sztuki teatralnej, na podstawie której powstał scenariusz. Ta para, fizycznie tak do siebie niepasująca, ma w sobie coś charyzmatycznego. Podobnie jak film, w którym grają. Oczywiście wiem, że słowo charyzmatyczny nie pasuje jako określenie filmu. Jak go w takim razie nazwać? "W kręgu miłości" należy do takich obrazów, które robią wrażenie, nie pozostawiają widza obojętnym, działają na emocje i nie pozwalają o sobie zapomnieć. Nie będę ukrywać, że się po prostu wzruszyłam, co oczywiście starałam się skrzętnie ukryć. No i jeszcze jedno: film mnie zaskoczył. Moją wiedzę o treści opierałam tylko na zwiastunie, dlatego twórcom udało się mnie zwieść. A ja uwielbiam, kiedy film rozwija się w inną stronę, niż się spodziewam. Nie ma nic gorszego w kinie od przewidywalności. Gdyby ktoś zdecydował się obejrzeć "W kręgu miłości", niech nie czyta wcześniej zapowiedzi dystrybutora, bo ten zdradza odrobinę więcej, co sprawdziłam przed chwilą. Dlatego ja zdradzę jak najmniej. "W kręgu miłości" to historia związku żywiołowej Elise, tatuażystki, i starszego od niej Didiera, grającego i śpiewającego w bluegrassowym zespole, potężnego faceta o twarzy proroka. Tyle niech wystarczy, bo im mniej, tym lepiej, a właściwie ciekawiej. A kto już widział, może przeczytać ciąg dalszy. Zapraszam.

Teraz, w ciągu dalszym, mogę zdradzić, czego się spodziewałam, oglądając, parokrotnie, zwiastun filmu. Otóż myślałam, że to kolejna historia o tym, jak wielka miłość zostaje pokonana przez prozę życia. Zupełnie nie przypuszczałam, że film z jednej strony będzie opowieścią o największej stracie, jaką jestem sobie w stanie wyobrazić, o stracie dziecka, a z drugiej okaże się klasycznym melodramatem. Nawet kiedy siedziałam w kinie, długo nie spodziewałam się, że Maybell umrze, a już kompletnym zaskoczeniem była dla mnie śmierć Elise. Może jestem naiwna, ale do końca myślałam, że uda się ją uratować. Tak bardzo kibicowałam tej filmowej parze. Elise i Didier mieli w sobie tyle uroku, radości życia, żywiołowości, szaleństwa, tak bardzo byli w sobie zakochani. Nie da się ukryć, że spełniali potoczne wyobrażenia o wielkiej miłości, której codzienność nie pokona. Niekonwencjonalna para artystów, barwne, swobodne ptaki. Koncerty, przyjaciele muzycy, imprezy, wolność, mieszkanie w przyczepie, a potem w starym domu gdzieś pod miastem, nawet taranda, małżeński kompromis pomiędzy werandą (marzenie Elise), a tarasem (marzenie Didiera) to manifestacja oryginalności i harmonii. Nieplanowane narodziny dziecka również nie burzą sielanki. Jednym słowem luzacki stosunek do codzienności i zgrabne ominięcie znienawidzonej, rutynowej, codziennej udręki, a przy tym odrobina mieszczańskich wygód. Któż z nas o tym nie marzy? Ale i ta opowieść o parze wolnych artystów okazuje się iluzją. Nieprzypadkowo poznajemy ją z poszatkowanej, niechronologicznej retrospekcji. Jest jak wspomnienia. Pamięć wyrzuca to, co złe, upiększa przeszłość. Zawsze nam się wydaje, iż to, co kiedyś, było lepsze. Że życie Elise i Didiera od momentu, kiedy na świecie pojawiła się Maybell, nie było wolne od nieporozumień, sporów i trosk, dowiemy się później, w momencie dramatycznego kryzysu.

Bo tak naprawdę jest to film o utracie. Jak poradzić sobie ze śmiercią dziecka? Oboje cierpią, ale Elise zamyka się w swoim cierpieniu, nie chce pomocy od Didiera, stąd mnożące się nieporozumienia. Niby stara się żyć normalnie, ale nie potrafi. Na nic próba powrotu do namiętności, miłosne zbliżenie kończy się szlochem, który mógłby być oczyszczający, ale nie jest. Na nic likwidacja dziecięcego pokoju. Tylko śpiew, który z radosnego zmienia się w smutny, sprawia (chyba) Elise jakąś przyjemność. Mnożą się wzajemne pretensje, oskarżenia i nieporozumienia. Ale przyczyna ich rozstania będzie inna. W świecie bez Boga ona tak bardzo chce wierzyć, że Maybell nie umarła całkiem. Bo i o tym jest ten film. Po śmierci dziecka Elise odczuwa pustkę, nie ma czym jej wypełnić. Nie obwinia Boga, nie buntuje się przeciwko Niemu, nie bluźni, bo w niego nie wierzy. Znamienna jest scena w szpitalu, kiedy daje córeczce krzyżyk, który dostała niegdyś od swojej matki. Ale to tylko talizman, który ma dodać choremu dziecku sił i odwrócić zły los. Może dla jej babki albo prababki ten krzyżyk był symbolem religijnym, dla niej już nim nie jest. Więź z przeszłością została zerwana, ale w Elise, jak w dziecku, drzemie potrzeba transcendencji, która budzi się w chwili kryzysu. Dlatego wierzy, że Maybell wraca do niej pod postacią ptaka, tak jak dziewczynka wierzyła, że martwy ptak stał się gwiazdką na niebie. Inaczej Didier. Nie wierzy i nie ma w sobie takiej potrzeby. Przeciwnie, o śmierć córeczki obwinia religijnych konserwatystów, którzy sprzeciwiają się badaniom nad komórkami macierzystymi. Jej pragnienie jakiejkolwiek wiary, że po śmierci jest coś, i jego materialistyczny fanatyzm objawiający się furiackimi, pełnymi nienawiści perorami są przyczyną ich rozstania i doprowadzają do drugiej tragedii.

Na zakończenie chciałabym zwrócić uwagę na jeszcze coś. To dyskretnie poprowadzony wątek przyjaźni i ukojenia, jakie może nieść muzyka, która jest treścią życia. W najważniejszych i najtrudniejszych momentach są z Didierem jego przyjaciele z zespołu i jest muzyka. Grą i śpiewem witają Maybell wracającą ze szpitala, a potem w taki sam sposób żegnają ją na cmentarzu. Kiedy umiera Elise, wspólny ból też wyrażają muzyką. Tak jak kilka lat wcześniej byli z nimi w czasie ich ślubu. To piękne, chwytające za gardło sceny.

Być może "W kręgu miłości" znajdzie swoich krytyków, być może niektórzy będą się zżymali na sentymentalizm (to w końcu melodramat), być może niektórych będą drażniły ptaki, w których Elise chce widzieć Maybell (słyszałam takie ironiczne głosy po seansie), ale mnie film bardzo się podobał. Poruszył , wzruszył i nie daje spokoju. A przecież o to chodzi.

"Blue Jasmine" Woody Allena

Z umiarkowaną niecierpliwością czekałam na najnowszy film Woody Allena "Blue Jasmine". Mój ulubiony reżyser, odkąd zaczął kręcić w Europie, przyzwyczaił mnie do tego, że złotą erę ma już za sobą. Wyjątkiem było "Co nas kręci, co nas podnieca", ale to przecież powrót do Stanów i do starego scenariusza wyciągniętego z szuflady. Oczywiście wśród jego europejskich dokonań obok słabych ("O północy w Paryżu", "Scoop - Gorący temat") były i lepsze ("Wszystko gra", "Poznasz przystojnego bruneta"), ale generalnie niedobrze się działo. Miałam wrażenie, że Allen w Europie kręci gorsze wersje swoich dawnych filmów ("Wszystko gra" to echo jednego z moich ulubionych, "Zbrodni i wykroczeń") albo za pieniądze miast wyłożone na produkcję robi im reklamę ("Zakochani w Rzymie"). Dlatego z dużą nieufnością podchodziłam do entuzjastycznych (no, może bardzo dobrych) recenzji "Blue Jasmine". Czyż poprzednie nie były komplementowane na wyrost (albo dla przyciągnięcia widowni)? Ale na szczęście tym razem jest inaczej. Na pewno to nie powrót do złotej ery nowojorskiej, ale ja film obejrzałam z dużym zainteresowaniem, zaryzykuję stwierdzenie, że jednym tchem. W ogromnej mierze, może nawet największej, jest to zasługa aktorstwa. Cate Blanchett gra rewelacyjnie, oczu od niej oderwać nie można. Ale ma godną siebie partnerkę w osobie Sally Hawkins, a i kilku panów spisuje się znakomicie. Gdyby nie aktorski popis (w dobrym tego słowa znaczeniu), film o dwóch niezbyt bliskich sobie siostrach nie robiłby aż takiego wrażenia. Nic tak nie służy Woody Allenowi jak Stany. Nawet kiedy porzuca swój ukochany Nowy Jork dla San Fransisco. To oczywiście moja opinia. Znam takich, którym bardzo podobało się "O północy w Paryżu" (ja się wynudziłam), a wychodząc z "Blue Jasmine", słyszałam marudzenie. Na koniec, tak na wszelki wypadek, uprzedzę, że najnowszy film Allena nie jest ironiczną, kpiarską komedią. Owszem, kilka razy można się uśmiechnąć, ale świat pokazany na ekranie optymizmem nie napawa. Nie jest to dzieło smutne do bólu jak niegdyś "Wrzesień", ale jednak. To tyle tytułem wstępu, a dla tych, którzy już "Blue Jasmine" widzieli, jest ciąg dalszy.

Zacznę od tytułowej bohaterki, Jasmine. Chociaż wszystkie momenty, kiedy pogrążona w swoim świecie mówi do siebie, a szczególnie scena ostatnia, są przejmujące, to trudno mi było poza litością wykrzesać pozytywne uczucia dla postaci granej przez Cate Blanchett. Można o niej powiedzieć wiele złego. Pusta kobieta prowadząca wygodne, próżniacze życie u boku bardzo bogatego męża, przymykająca oko na jego finansowe machlojki. Kiedy jednak dowie się, że od dawna ją zdradzał, z premedytacją wykorzysta swoją wiedzę. Siostra i jej mąż są dla niej balastem. Po prostu wstydzi się ich, bo nie należą do towarzystwa. Jak tu takich prostaków zaprosić na eleganckie przyjęcie? Ale gdy wpadnie w finansowe tarapaty, bez skrupułów zamieszka u Ginger, nie zważając na to, że mocno komplikuje jej życie osobiste. Na domiar złego nie ma żadnych wyrzutów sumienia z powodu tego, że kiedyś przyczyniła się do zrujnowania rodziny siostry. Smutkiem tchnie scena, kiedy spotkany przypadkowo były mąż Ginger  opowiada o swoich krzywdach. Jasmine nadal miesza w życiu siostry, pouczając ją i krytykując jej wybory. Ale uwag, że nie powinna dać się tak traktować mężczyźnie, że stać ją na kogoś lepszego, nie da się traktować poważnie. To takie samo gadanie jak słowotok, który bez przerwy wylewa się z jej ust.  Nie wie, co chce dalej robić, jej plany są z kategorii księżycowych. Właściwie marzy tylko o tym, aby poznać kogoś odpowiedniego, co w jej przypadku oznacza po prostu bogatego. Kiedy go wreszcie spotka, bez skrupułów i bezmyślnie oszuka, żeby tylko dopiąć swego. Wszystko układa się jak w baśni: jest książę, który wybawia księżniczkę z opresji, ale księżniczka jest przecież czarnym charakterem, więc jak w baśni zostanie ukarana. Może karą gorszą od utraty wygodnego życia jest samotność? Kiedy błaga swojego pasierba o uwagę, kiedy wraca do domu Ginger i nikt nie dostrzega, jak jest nieszczęśliwa, kiedy wreszcie samotnie siedzi na ławce, bo nawet obca kobieta od niej ucieka, i mamrocze coś do siebie pod nosem, budzi litość. Ale jednocześnie myślę: masz za swoje, sama jesteś sobie winna. Tak prawdziwie współczułam jej tylko wtedy, kiedy napastował ją szef, wykorzystując swoją władzę.

Zupełnie inna jest Ginger. Wesoła, radosna, trzpiotowata, nie lubi konfliktów. Na tyle bezmyślna, że nie dostrzega, iż Jasmine i  Hal wstydzą się jej i jej męża. Przyjmuje siostrę pod swój dach, chociaż, jak już wspominałam, to bardzo komplikuje jej życie osobiste. Stale musi lawirować pomiędzy nią a swoim przyjacielem, który nie może doczekać się, kiedy razem zamieszkają. Ale najgorsze jeszcze przed nimi. W końcu gadanina Jasmine wyda plon i Ginger ulegnie pokusie: wda się w romans z poznanym na przyjęciu mężczyzną. Kiedy jednak okaże się, że została oszukana, szybko się otrząśnie, posypie głowę popiołem i wróci do Chiliego. Czy i jej, tak jak siostrze, nie  chodzi w gruncie rzeczy tylko o to, aby wygodnie ułożyć sobie życie? Oczywiście nie zapominajmy, że dla każdej z nich wygoda oznacza coś innego. Obie są zaprzeczeniem bohaterek, do jakich Woody Allen przyzwyczaił widzów. To nie wyrafinowane, przebojowe albo wrażliwe intelektualistki lub artystki dzielące włos na czworo, szukające swojego miejsca w świecie, często przy pomocy drogiego, nowojorskiego terapeuty, które bez skrupułów porzucą mężczyznę, kiedy znajdą się na innym etapie życia. Jasmine i Ginger to proste kobiety, które mężczyzny do życia potrzebują. Nawet wtedy, kiedy potrafi wybuchnąć niekontrolowaną złością jak porzucony Chili.

Inni są też mężczyźni w tym filmie. Zamiast neurotycznego, zakompleksionego, odczuwającego zło świata wszystkimi zmysłami nowojorskiego intelektualisty albo artysty dostajemy bezwzględnego biznesmena i zwyczajnych Bożych prostaczków, raczej macho niż wrażliwców. Chociaż uczciwie trzeba zauważyć, że Chili potrafi cierpieć z miłości, a były mąż Ginger jest trochę takim pechowcem nieudacznikiem.

Trudno nie dostrzec, że Woody Allen opowiada w swym filmie o bezwzględności, nieuczciwości i chciwości możnych tego świata. Ich ofiarą padają zwykli ludzie znęceni szybkimi zyskami. Ale inaczej niż w znakomitej, przerażającej "Chciwości"  tu w końcu bezwzględny Hal poniesie konsekwencje swoich czynów, chociaż sprawiedliwość dopadnie go trochę przypadkowo: z woli zdradzanej żony pragnącej się zemścić. W tej warstwie nie ma "Blue Jasmine" takiej siły rażenia jak wspomniana przed chwilą "Chciwość". Ale nie dziwmy się, wszak to Woody Allen, mistrz dowcipu, ironii i ciętej puenty. Mimo że film jest raczej poważny, znać na nim allenowski charakter filmowego pisma. Pewnie to on łagodzi ostrze krytyki.

Jerzy Pilch "Moje pierwsze samobójstwo", "Miasto utrapienia"

Nie raz, nie dwa w tych zapiskach zwierzałam się, że z rzadka sięgam po polską współczesną beletrystykę. Nie, to nie wynika z żadnego ortodoksyjnego założenia (mam znajomego kinomana, który z zasady nie ogląda filmów amerykańskich), po prostu niezbyt często znajduję coś dla siebie. Dlatego pewnie, może wstyd się przyznać, nie przeczytałam żadnej książki Jerzego Pilcha. Autor nie jest mi obcy. Lubię jego felietony, pilnie czytam wywiady, których udziela, bawi mnie jego charakterystyczny, rozpoznawalny styl, ale dotąd nie przeczytałam żadnej powieści, tym bardziej żadnego opowiadania. A dziś będzie aż o dwóch  książkach Pilcha: zbiorze opowiadań (!) "Moje pierwsze samobójstwo" (Świat Książki 2006) i powieści "Miasto utrapienia" (Świat Książki 2004). Cóż się nagle stało, że oddałam się lekturze i to aż dwóch książek pisarza? Przyczyna jest banalna. Chcę przeczytać najnowszą powieść Pilcha, bardzo chwaloną. Nie, nie dlatego że chwalona, przecież nie czytam wszystkiego, nad czym rozpływają się krytycy, po prostu temat mnie zainteresował. A że, jak słyszę, jest to rzecz poważna, całkiem serio, o najważniejszych problemach egzystencjalnych traktująca, postanowiłam nie zaczynać znajomości z prozą Pilcha od jego opus magnum. Chciałam przeczytać najpierw typową dla jego twórczości powieść. Poprosiłam znawców pisarza o wskazanie mi najlepszej (nie jestem pewna, czy nie zaszła pomyłka, kto inny radził, kto inny pożyczał, ale w końcu nie ma to wielkiego znaczenia), ale ponieważ wyjeżdżałam w podróż, na pierwszy ogień poszedł zbiór opowiadań "Moje pierwsze samobójstwo" (dawno odkryłam, że w podróży najlepiej sprawdzają się krótkie, zamknięte formy). "Miasto utrapienia" przeczytałam zaraz po powrocie. Rozpisałam się, czas przejść do sedna.

Ale na początek jeszcze jedna uwaga. Odkąd prowadzę te notatki, ile razy przeczytam coś klasycznego (a przecież Pilch jest już takim współczesnym klasykiem), zawsze zastanawiam się, czy warto pisać o tym, co wszyscy świetnie znają (Tak było z "Blaszanym bębenkiem" Grassa. Przeczytałam, nie napisałam.). Oczywiście z tymi wszystkimi nieco przesadzam, niemniej wątpliwości mnie nie opuszczają. Mimo tego tym razem zamierzam podzielić się swoimi wrażeniami z lektury. Kto, tak jak ja, zaczął znajomość z twórczością pisarza od felietonów i wywiadów, ten pewnie mniej więcej wie, czego spodziewać się po jego beletrystyce. Przede wszystkim tego samego, rozpoznawalnego, barwnego, dowcipno-ironicznego stylu, charakterystycznej frazy (to modne słówko jest chyba jednym z ulubionych słów pisarza). Potem opowieści, bo opowieść to żywioł Pilcha. A wreszcie możemy być pewni, że na kartach książki spotkamy mniej lub bardziej literacko przetworzonych jego krewnych, przyjaciół rodziny, znajomych, jego Wisłę (czasem dla niepoznaki nazwaną inaczej), jego Kraków i jego Warszawę. Pilch garściami czerpie ze swojego życia, szczególną kopalnią literackich tematów jest rodzinna Wisła, babka Czyżowa, dziadek Czyż, nie zapomina też o rodzicach i wszystkich tych, którzy przewijali się przez kuchnię domu dziadków. No i oczywiście kobiety, szczególnie arcylaski, jak je nazywa. Tak jest i tym razem.
W zbiorze opowiadań "Moje pierwsze samobójstwo" nawet narrator to alter ego autora. Mieszkający w Warszawie pisarz, który przekroczył już smugę cienia, snuje swoje opowieści. Najczęściej zabawne, czasem tak śmieszne, że zaśmiewałam się w głos, ale są i poważne w tonie. Bywa też, że to, co zaczyna się lekko, kończy się całkiem serio. Szczególnie, kiedy narrator pisze o przeszłości, której już nie ma, o przemijaniu, śmierci, tęsknocie za tym, co bezpowrotnie odeszło.  No i oczywiście jest wszystko to, o czym wspominałam. Rozmaite arcylaski: a to najpiękniejsza kobieta świata, a to początkująca piosenkarka w jaszczurczo-zielonej sukni, a to pierwsza miłość, Gocha, i jeszcze inne. Jest oczywiście babka, która w tym zbiorze nazywa się Pechowa, i jej drugi mąż, dziadek Pech, są rodzice, zwani starymi, rozmaici bywalcy wielkiej kuchni w starym wiślańskim domu, którego podwórko wyłożone było rzecznymi kamieniami, są przyjaciele z czasów dzieciństwa i z czasów studenckich. Jest Wisła, jest rodzinna przeprowadzka do Krakowa, jest wreszcie Warszawa. No i oczywiście, jakbym mogła zapomnieć, miłość do piłki nożnej, a szczególnie do jednej z krakowskich drużyn. Ale najważniejsza jest wywiedziona z hrabalowskiego ducha opowieść, poprzetykana rozmaitymi dygresjami, jednak zawsze zmierzająca do puenty. Momentami przypominała mi moją ukochaną książkę innego czeskiego pisarza, Skvoreckiego "Opowieści inżyniera ludzkich dusz" (rzecz jasna Pilch to jednak nie Skvorecky). Muszę przyznać, że opowiadania z tomu "Moje pierwsze samobójstwo" czytałam z dużą przyjemnością. Ratowały mnie przed nieuchronną melancholią, jaka z rzadka, ale jednak, dopada samotnego podróżnika, także wtedy, gdy moja wędrówka osiadała na mieliźnie (też z rzadka, ale jednak). Oczywiście nie wszystkie opowiadania są równie dobre, ze dwa mnie nieco nudziły, ale w sumie naprawdę przyjemna lektura.

Inaczej rzecz ma się z powieścią. I tu odnajdziemy ulubione motywy pisarza, nie będę się powtarzać  (Wisłę rozpoznamy w Granatowych Górach, rodzinnej miejscowości narratora, babka ma tu na imię Joanna, a dziadek to Jan Nepomucen Wojewoda). Bez trudu rozpoznamy też znak rozpoznawczy, charakterystyczny styl (czasem mam wrażenie, że wszyscy bohaterowie jego książek mówią Pilchem). Jest to historia na poły kryminalna, na poły sensacyjna o tym, jak to narrator, młody student prawa obsesyjnie oceniający laski w punktowej skali do jedenastu (chyba), pewnego dnia odkrywa w sobie niezwykłą umiejętność: słyszy to, czego zwykły człowiek usłyszeć nie potrafi. Zaczyna się od rozpoznawania z wystukiwanych dźwięków pinów do kart bankomatowych. A potem wracają do niego słyszane i wyobrażone rozmowy i opowieści. I znowu gawęda jest najważniejszym żywiołem. Akcja w każdym rozdziale przerywana jest jakąś historią, a to rodzinną, a to szkolną, a jeśli nie opowiada narrator, to robią to ludzie, których spotyka, szczególnie wiele jest opowieści Konstancji (nietrudno zgadnąć, kim jest). Niektóre historie są naprawdę przednie. Moją ulubioną jest opowieść o tym, jak to w Granatowych Górach rozeszła się pogłoska, że wkrótce zamieszka tam sam ojciec święty (Jan Paweł II, rzecz jasna), który zamierza opuścić Watykan i spędzić swe ostatnie lata właśnie w Granatowych Górach, bo podobno jeździł tu kiedyś na nartach. Oczywiście wszystko w największej tajemnicy. Początkowo na mieszkańców pada blady strach, no bo przecież trzeba będzie wreszcie zacząć żyć po Bożemu, ale szybko dochodzą do wniosku, że skoro papież zamieszka w Granatowych Górach incognito, to tym bardziej należało będzie żyć po staremu, aby tajemnica się nie wydała. Opowieść jest pyszna, pysznie, brawurowo napisana, obnaża nasz powierzchowny katolicyzm. Trzeba jednak zauważyć, że Pilch pochyla się nad wadami rodaków z sympatią. Owszem, czyni je przedmiotem kpin, satyry, ale nie chłoszcze batem, nie kipi nienawiścią, ma zrozumienie dla ludzkich przywar (sam zresztą do swoich publicznie lubi się przyznawać). Ale obok takich fantastycznie opowiedzianych kawałków, jest też wiele zwyczajnie nużących. Zaliczę do nich przede wszystkim niektóre opowieści Konstancji. W końcu ileż można czytać o jej dziwacznych związkach z facetami. Ale nie to przeszkadzało mi najbardziej. Ostatecznie przecież powieść czytało się dobrze. Moje podstawowe rozczarowanie sprowadza się wątpliwości: o czym właściwie jest "Miasto utrapienia"? Ta powieść rozpada mi się na kawałki, na osobne historie, nie umiem znaleźć w niej spoiwa, nie potrafię dokonać syntezy. Ale może to moja słabość? Może tym razem okazałam się czytelnikiem nie dość przenikliwym i pojętnym? A może tak miało po prostu być? Może takie są wszystkie powieści Pilcha? Nie wiem, sprawdzę. Bo mimo wszystko nie zniechęciłam się. Wkrótce sięgnę po najnowszą powieść pisarza, w końcu to od niej moja przygoda z jego beletrystyką się zaczęła, a za jakiś czas pewnie wrócę do tych dawniejszych. Wytypowałam sobie dwie. No ale kiedy to nastąpi, trudno przewidzieć, bo półka z książkami oczekującymi pęka w szwach.

"Książę nie z tej bajki"

Jakoś tak chyłkiem, bez większej reklamy wszedł do kin najnowszy film francuskiej aktorki, reżyserki i scenarzystki, Agnes Jaoui. Jeśli ktoś nie kojarzy nazwiska, spieszę wyjaśnić, że to ona nakręciła "Opowiedz mi o deszczu" i "Popatrz na mnie". Dalej nie wiadomo, o kogo chodzi? Nie dziwię się, bo i ja, chociaż te filmy doskonale pamiętam i lubię, bez sprawdzenia u źródła tytułów też nie potrafiłabym wymienić. Ale kiedy napiszę, że najsłynniejszym obrazem Jaoui są "Gusta i guściki", pewnie większość natychmiast krzyknie eureka! Bardzo lubię jej filmy, szczególnie ostatni z wymienionych i "Popatrz na mnie", jasne więc było, że i ten muszę zobaczyć. Trochę jednak mi zeszło, zanim dotarłam, no ale w końcu obejrzałam i dzielę się wrażeniami.

"Księcia nie z tej bajki" obejrzałam z przyjemnością, chociaż nie jest to oczywiście dzieło wybitne. Można powiedzieć, że Agnes Jaoui, jak Woody Allen, stale kręci ten sam film. Mądre kino obyczajowe o zawiedzionych uczuciach, relacjach między dorastającymi dziećmi a rodzicami, wyborach drogi życiowej, egoizmie, samotności i przełamywaniu siebie. Wybiera też stale podobnych bohaterów. To bufonowaci, egoistyczni biznesmeni, artyści spełnieni lub nie albo tacy, którzy dopiero marzą o artystycznym sukcesie, i oczywiście zwykli ludzie, a to barmanka czy ochroniarz ("Gusta i guściki"), a to gospodyni domowa ("Opowiedz mi o deszczu"). Takich znaków rozpoznawczych jej kina jest jeszcze kilka. Wyrazista muzyka, często utwory klasyczne, ale przede wszystkim Jean-Pierre Bacri w jednej z głównych męskich ról. Samą Agnes Jaoui również za każdym razem możemy zobaczyć na ekranie. Zawsze też ta para wspólnie podpisuje scenariusze do reżyserowanych przez nią filmów.

To wszystko odnajdziemy także w "Księciu nie z tej bajki". Jest tu młody, skonfliktowany z ojcem kompozytor marzący o sukcesie. Jest młoda, piękna, naiwna dziewczyna, córka bogatego biznesmena, tęskniąca za miłością. Jest niespełniona, nieco zwariowana aktorka. Jest galeria nieszczęśliwych bohaterów marzących o ... miłości oczywiście albo przynajmniej o bliskości. Nie ma tu wielkich tragedii, ot codzienne nieszczęścia, które potrafią boleć. To, co odróżnia ten film od poprzednich, to zabawa motywami baśniowymi, traktowanymi dosłownie albo z przymrużeniem oka, na wspak. Bo jest to opowieść o dziewczynie, która marzy o swoim księciu z bajki. Raz zobaczymy ją we wcieleniu czerwonego kapturka, innym razem jako śpiącą królewnę, jest i wilk, i przewrotny książę, i wywrócony na nice Kopciuszek, i wiele innych znanych nam doskonale z różnych baśni motywów. Wszystko inteligentne i zabawne. Nawet obraz bywa stylizowany na baśniowy, a jedna z bohaterek swoim strojem, nie tylko, przypomina postać jakby żywcem wyjętą z baśni.

Nie jest to oczywiście ani nic wielkiego, ani nawet film rangi "Gustów czy guścików", ale, jak przed chwilą wspomniałam, inteligentny, trochę zabawny, trochę smutny film obyczajowy rozgrywany w przyjemnych dekoracjach. Jeśli ktoś lubi takie kino, przynajmniej od czasu do czasu, jeśli ktoś lubi Agnes Jaoui w roli reżyserki, aktorki i scenarzystki, jeśli ktoś lubi jej filmowego partnera, charakterystycznego Jeana-Pierra Bacri, może śmiało wybrać się do kina.

Peter Hessler "Przez drogi i bezdroża. Podróż po nowych Chinach"

Po przeczytaniu znakomitej książki Liao Yiwu "Prowadzący umarłych. Opowieści prawdziwe. Chiny z perspektywy nizin społecznych" nabrałam ochoty na kolejne opowieści o Chinach. Szybko nadarzyła się okazja. Chociaż w moim pięknie oprawionym zeszycie, w którym między innymi mam długą listę książek wartych przeczytania, zapisałam sobie kiedyś kilka tytułów wydanych już jakiś czas temu, to sięgnęłam po nowość: reportaż Petera Hesslera "Przez drogi i bezdroża. Podróż po nowych Chinach" (Czarne 2013; przełożył Jakub Jedliński). Kupiłam przed wakacjami, miałam wielka ochotę przeczytać natychmiast, ale przed podróżą już nie zdążyłam, ponieważ książka jest naprawdę pokaźnych rozmiarów. Hessler, amerykański dziennikarz i pisarz, mieszkał w Chinach przez wiele lat. W 2001 roku postanowił zdobyć chińskie prawo jazdy, aby zacząć podróżować po kraju i dokumentować przemiany, jakie w nim zachodzą. Kiedy zaczynał swoją przygodę, motoryzacja dopiero raczkowała. Niewielu Chińczyków posiadało prawo jazdy, niewielu miało własne samochody, a i sieć dróg pozostawiała wiele do życzenia. Dlatego początkowo podróżował sobie Hessler wypożyczonym samochodem po drogach, a jeszcze częściej po bezdrożach, z rzadka tylko spotykając jakieś inne pojazdy. Jako cudzoziemiec, a tym bardziej cudzoziemiec za kierownicą, budził spore zdumienie i zainteresowanie. Szczególnie, że na początek wybrał sobie tereny raczej odludne: peregrynował na wschód od Pekinu, zahaczając aż o Mongolię Wewnętrzną (łatwo zgadnąć, skąd taka nazwa), a wszystko po to, aby szukać śladów Wielkiego Muru. Bywało, że błądził, a samochód zakopywał się w piaskach. Chociaż samochody, motoryzacyjne perypetie, tytułowe drogi i bezdroża, a z czasem nowe autostrady stale są obecne w książce, to jednak tytuł jest nieco mylący. Książka składa się z trzech części: Mur, Wieś, Fabryka i tylko pierwsza z nich w ścisłym znaczeniu tego słowa traktuje o podróży. Druga jest opowieścią o tym, jak autor razem ze swą przyjaciółką postanawia wynająć na chińskiej wsi dom i przyjeżdżać tam na weekendy, rzecz w tamtym czasie (rok 2002) w Chinach zupełnie egzotyczna. Przez całe lata, aż do powrotu do Stanów, co nastąpiło w roku 2007, Hessler przygląda się i dokumentuje, jak zmienia się chińska wieś. Na laboratorium wybrał sobie  położoną na północ od Pekinu w górach Jundu, zapomnianą przez wszystkich, opuszczoną przez młodych wioskę Sancha. Wreszcie część trzecia to, jak łatwo się domyślić, opowieść o fabryce. Tym razem amerykański reporter penetruje południe Chin. Region, gdzie wraz z budową nowych dróg w okolicznych miastach władza tworzy specjalne strefy ekonomiczne, w których z niczego w błyskawicznym tempie powstają nowe fabryki. Przez lata autor przygląda się jednej z nich, fabryce w mieście Lishui produkującej, uwaga, uwaga, tylko dwa przedmioty: kółka do biustonoszy i druty usztywniające tę część damskiej garderoby. Towarzyszy jej od narodzin do czasu, kiedy właściciele postanawiają przenieść ją w inne miejsce.

Książka Hesslera to bardzo ciekawa opowieść o współczesnych Chinach i ich mieszkańcach. Autor zatrzymał w kadrze swoich reportaży gwałtowne procesy, które przeorały chińską rzeczywistość, zmieniły ludzi i obyczaje. Bo jasne jest, że nie da się opowiadać o kraju, nie mówiąc o ludziach. W pierwszej części są to spotykani na drogach autostopowicze głaszczący niewidzialne psy (w taki obrazowy sposób Hessler wyjaśnia, jakim gestem w Chinach zatrzymuje się samochody; to jedna z miliona różnic dzieląca Chińczyków i mieszkańców Europy czy Ameryki). Łapią okazję, aby dostać się z okolicznych miast, do których wyjechali w poszukiwaniu pracy, do swej rodzinnej wioski, gdzie zostawili rodziców, a nierzadko dzieci. Korzystają z autostopu, bo komunikacja zbiorowa marna. Rozmawia też z kierowcami ciężarówek, mieszkańcami małych miasteczek prowadzącymi z powodzeniem lub bez swoje małe biznesy, starcami, którzy pozostali w opuszczonych przez młodych wsiach, pasjonatami historii Wielkiego Muru i wielu, wielu innymi. Druga część to spotkanie z mieszkańcami Sanchy, górskiej wioski, gdzie pisarz wynajął dom. Przede wszystkim historia jednej rodziny, z która stała mu się bardzo bliska. Hessler opowiada o Wei Ziqi, jego żonie i synku. Jak przez mikroskop przygląda się swojemu rówieśnikowi, który jako jeden z nielicznych trzydziestolatków został we wsi i stale wierzył w swoją szansę właśnie tu, a nie w mieście, którego nie lubił. Dzięki przemianom obyczajów związanym z gwałtownym rozwojem motoryzacji (chińska klasa średnia zaczęła robić prawo jazdy, aby podróżować kupowanymi samochodami i spędzać weekendy na łonie przyrody) taką szansę otrzymał i wykorzystał. Ale to nie tylko optymistyczna opowieść o człowieku, który spełnił swoje marzenia. Hessler pokazuje też negatywny wpływ zachodzących zmian na życie Wei Ziqi i jego rodziny. Oczywiście to nie jedyni bohaterowie tej części. Autor przygląda się całej wiejskiej społeczności, międzyludzkim relacjom, wzajemnym powiązaniom, zależnościom, zawiściom, przyjaźniom czy niechęciom. Nie tylko jego przyjaciel, ale cała, niegdyś skazana na wymarcie, wieś dzięki swojemu położeniu zyskała drugą szansę. Jednak zmiany, jakie w szybkim tempie zachodzą, jak to bywa, mają też koszty. I wreszcie w trzeciej części Hessler opowiada o swoich spotkaniach z ludźmi zamieszkującymi specjalne strefy ekonomiczne: właścicielami powstających fabryk, pracującymi w nich majstrami i robotnikami, właścicielami drobnych biznesów (straganów, sklepików, restauracji), robotnikami równającymi góry pod budowę nowych dróg i wieloma innymi. To chyba najciekawszy rozdział książki. Pokazuje, w jakim tempie powstaje coś z niczego (dosłownie): dzielnica, fabryka, miasto, autostrada. Hessler objaśnia ekonomiczne i społeczne mechanizmy, które to umożliwiają. Na mnie największe wrażenie zrobiła niezwykła energia ludzi, najczęściej pochodzących ze wsi, bez wykształcenia, którzy stopniowo dzięki optymizmowi, niezwykłej wytrwałości i cierpliwości, zaczynając od pracy za grosze, pną się w społecznej hierarchii. Najwytrwalsi, najzdolniejsi i ci, którym najbardziej szczęście sprzyja, zostają właścicielami fabryk. Migracja nie tylko ze wsi do miast, ale po prostu z miejsca na miejsce, to dla nich rzecz całkiem zwyczajna. A jeśli się nie powiedzie, jeśli zbankrutują? Cóż, nie rwą włosów z głowy, przyjmują to ze stoickim spokojem i bywa, zaczynają od nowa. Takie cechy można podziwiać. Ale ci sami ludzie kierują się w swoim pędzie do celu niekoniecznie tylko tym, co szlachetne. Są cyniczni, bezwzględni, nielojalni, podstępni i nie widzą w tym nic złego. To dla nich normalny sposób postępowania w biznesie. Ale robią to na swój odrębny, chiński sposób. Jest w tym cynizmie, bezwzględności, nielojalności coś innego niż u nas. To różnica subtelna, niemal nieuchwytna, na pewno nieobjaśnialna. Aby zrozumieć, trzeba książkę przeczytać. Hessler jest zafascynowany rozwojem, tym tworzeniem czegoś z niczego. Zastanawia się, jak to możliwe, że to wszystko działa właśnie tak: coś z niczego stwarzają ludzie bez wykształcenia, w pośpiechu i często na wariackich papierach, w sposób dla  Europejczyków czy Amerykanów zupełnie niezrozumiały. Ale pokazuje też niebezpieczeństwa takiej drogi: chińska gospodarka najczęściej dostarcza tylko elementy do większej całości, owe kółka do biustonoszy, albo produkuje tandetę. Bez innowacyjności i kreatywności dalszy szybki rozwój nie będzie możliwy. Jest też w tej trzeciej, najciekawszej części książki, wiele informacji działających na wyobraźnię, ot na przykład taka, że w jednym z miast tego regionu w kilku fabrykach produkuje się siedemdziesiąt procent wszystkich zapalniczek na świecie (!), z innego pochodzi jedna trzecia światowej produkcji skarpetek (!). A w specjalnie stworzonej artystycznej wiosce malarze masowo produkują na przykład widoki Wenecji, którymi potem w europejskich miastach handluje się w sklepach z pamiątkami. Pewnie w taki sam sposób powstają inne nikomu niepotrzebne, wątpliwej urody przedmioty, jakie można dostać wszędzie tam, gdzie są turyści. Na przykład sprzedawane na chodnikach przez uciekinierów z Afryki obrzydliwe, kolorowe gluty, które ciśnięte o ziemię najpierw rozpłaszczają się, a potem przyklejają do podłoża. Dlaczego ludzie są zmuszeni w tak bezsensowny sposób zarabiać na życie? Dlaczego nie mogą sprzedawać czegoś użytecznego i ładnego? Jak to działa? Kto to kupuje? Zawsze się nad tym zastanawiam, obserwując takie sceny. No ale odbiegłam od tematu.

Czas już kończyć, ale nie byłabym sobą, gdybym nie dodała jeszcze, że książka Petera Hesslera to naprawdę niezwykle ciekawa opowieść o błyskawicznie rozwijającym się kraju, tak bardzo kulturowo różnym od tego, co znają Europejczycy czy Amerykanie. Mnóstwo tu ciekawych informacji, począwszy od chińskiej historii, przez Wielki Mur (autor obala mity na jego temat i wyjaśnia, czym tak naprawdę był i jak wygląda; dla mnie wiadomości całkowicie nowe) po opowieści o tym, jak wyglądają chińskie kursy prawa jazdy czy jak jeżdżą chińscy kierowcy. Widoczny na zdjęciu znajdującym się na okładce wycięty z kartonu policjant, który stoi przy drodze, to też jedna z takich pasjonujących osobliwości. A przecież to nie wszystko. Właściwie miałam nieco poutyskiwać na nużący mnie zalew informacji motoryzacyjnych najobficiej występujący w pierwszej części (Nic mnie tak nie nudzi jak motoryzacja! Jedyna audycja, jakiej nie jestem w stanie wysłuchać w moim ulubionym radiu, dotyczy  motoryzacji właśnie.), ale w końcu postanowiłam to autorowi wybaczyć.

Trzeba oczywiście mieć świadomość, że w swoim reportażu Hessler prawie zupełnie pomija problem łamania praw człowieka. Nie o tym jest ta książka. Czytając ją, do czego namawiam, i podziwiając chiński skok gospodarczy, pamiętajmy jednak, że Chiny mają swoje bardzo ciemne oblicze. Aby je poznać, warto sięgnąć do książki Liao Yiwu, od której zaczęłam tę opowieść (i oczywiście do innych, których nie znam).

Philip Roth "Upokorzenie"

Kolejny Roth, tym razem "Upokorzenie" (Czytelnik 2011; przełożyła Jolanta Kozak). Niewielka książeczka wydana w serii Nike, tak cienka i delikatna, że w czasie lektury momentami miałam wrażenie, iż mam puste ręce. Chciałoby się poczuć w dłoniach jej ciężar. Piszę o tym, bo być może właśnie jej  mizerny rozmiar sprawił, że autor nie nabrał rozpędu, nie wszedł w temat dość głęboko, jednym słowem zabrakło rozmachu potrzebnego do tego, aby czytelnik przejął się historią  Simona Axlera, wybitnego aktora teatralnego po sześćdziesiątce, który nagle kładzie dwie role z rzędu, załamuje się i wycofuje z życia. Tak, to niewątpliwie słabsza książka Rotha, na pewno najsłabsza z pięciu, które dotąd przeczytałam. Nie zniechęca mnie to jednak do dalszego, systematycznego odzyskiwania amerykańskiego pisarza. Wiadomo, jeśli napisało się tak dużo powieści, nie wszystkie będą wybitne czy choćby bardzo dobre. Dlatego na mojej półce czeka ostatnia z prezentowego pakietu choinkowego, a wkrótce, też w prezencie, dostanę aż cztery kolejne starannie wybrane. A teraz o "Upokorzeniu", pewnie krócej niż zwykle, bo przemyśleń i wrażeń nie ma tak wiele.

To kolejna książka Rotha o starości. Nie mogę uciec od porównań do mojej przedostatniej rothowskiej lektury, znakomitej powieści "Duch wychodzi". Historia starego pisarza Nathana Zuckermana, który pod wpływem nagłego uczucia do młodej kobiety wychodzi ze swojej samotni, naprawdę porusza. Kontrast pomiędzy młodym wnętrzem, a starzejącym się ciałem pokazuje tragedię człowieka u schyłku życia. Uniwersalny, egzystencjalny temat. Oczywiście to nie wszystko, bo "Duch wychodzi" jest nie tylko o starości, ale o tym już przecież obszernie pisałam, a tematem tej notki jest wszakże "Upokorzenie". I tu także, jak wspominałam, mamy starzejącego się człowieka, chociaż o dziesięć lat młodszego od Zuckermana. Może dlatego nie tyle starość jest tematem książki, a twórczy kryzys. Simon Axler nie potrafi podnieść się po klęsce swoich dwóch ostatnich ról, wycofuje się ze sceny, nie chce słyszeć o żadnych nowych propozycjach, nie ma w sobie sił na podjęcie kolejnych wyzwań, przechodzi nawet załamanie nerwowe i spędza miesiąc w ekskluzywnej klinice psychiatrycznej. Muszę szczerze wyznać, że ta pierwsza część powieści raczej mnie nużyła. Nie potrafiłam przejąć się losem opuszczonego bohatera, którego dotykają kolejne niepowodzenia, nie poruszały mnie też rozważania o samobójstwie (Simon spotyka w szpitalu niedoszłych samobójców) ani nawet historia młodej kobiety, która nie potrafi poradzić sobie z odkryciem, że mąż molestował jej córeczkę. Ożywiło mnie dopiero to, co nastąpiło potem. Otóż nieoczekiwanie w życie Simona wkracza kobieta, młodsza od niego o ponad dwadzieścia lat, nieco zwariowana córka jego dawnych przyjaciół. Pegeen, bo tak ma na imię, dotąd żyła z kobietami, teraz, nieoczekiwanie dla siebie, wiąże się z Axlerem. Nowy związek, seks, przekraczanie granic dają napęd do życia. Simon stwarza Pegeen na nowo, jednak tylko w sferze fizycznej. Uczy ją seksu z mężczyzną i kupuje nowe, kosztowne stroje. Ale jego partnerka pozwala mu na zmiany tylko w ograniczonym zakresie. Szybko okaże się, że przemiana dotyka wyłącznie jej nowego imagu, nawet w sferze seksualnej to ona zaczyna stawiać warunki, a jej duch w ogóle nie daje się kontrolować. Oboje muszą rozstrzygnąć dylemat: czy warto ryzykować  i angażować się w nowy związek,  nowe uczucie. Simon boi się, nie chce cierpieć. Jest za bardzo doświadczony, aby powiedzieć sobie: trudno, może będzie bolało, ale najpierw przeżyję kolejną miłość, więc warto. Nie ma przecież żadnej pewności, że Pegeen z nim wytrwa. Wszak nie chodzi tylko o różnicę wieku, ale także o jej przeszłość. Czy potrafi związać się z mężczyzną? Czy nie ucieknie do kobiety? Pegeen z kolei nie umie zerwać więzi z rodzicami, którzy robią wszystko, aby odciągnąć ją od Simona. Bo dużo starszy, bo przeszedł załamanie nerwowe. Jaka naprawdę jest? Taka, jaką widzi ją Simon czy taka, jaką przedstawia ją jej ostatnia, zraniona przez nią, kochanka. Mimo że narracja prowadzona jest w trzeciej osobie, świat poznajemy tylko z perspektywy Simona. Nie wiemy, co naprawdę robi i myśli Pegeen. Nasza wiedza jest jego wiedzą. Czy to modliszka, która niszczy swoje kolejne ofiary? Czy kobieta w drodze, stale szukająca nowych wrażeń? Właściwie dlaczego nagle zjawia się w jego domu? Simon cały czas pozostaje aktorem. O życiu zaczyna myśleć jak o roli. Aby rozwiązać swoje problemy, potrzebuje odwagi. Szuka jej, z jednej strony inspirując się zachowaniem innych, z drugiej traktując to, co robi, jak zadanie aktorskie. Czy gra wielką rolę czy jest tylko kabotynem? Dwa spotkania, dwie kobiety zaważą na jego przyszłości. I o tym też jest ta książka. O spotkaniu, które może człowieka zbudować na nowo albo zniszczyć.

Mogłabym pewnie jeszcze tak przez chwilę snuć swoje rozważania, to wszystko jednak nie zmienia faktu, że "Upokorzenie" nie jest powieścią porywającą. Każdą historię już przecież opowiedziano i dlatego liczy się przeżycie. Albo autor potrafi tak sprzedać swoją story, żeby wznieść ją na wyższe piętro i poruszyć czytelnika, a nawet nim wstrząsnąć, albo pozostawi go obojętnym. Tak niestety było tym razem. Nie obrażam się jednak na Rotha, bo zawdzięczam mu wiele wrażeń i, jeśli wierzyć krytykom, wszystko jeszcze przede mną. Czekają na mnie kolejne powieści amerykańskiego pisarza uznawane za wybitne czy przynajmniej bardzo dobre. Za jakiś czas sięgnę po kolejną.

"Lore" - poruszający niemiecki film (właściwie australiski!)

Chciałam iść na ten niemiecki film wyreżyserowany przez Australijkę Cate Shortland (i na podstawie jej scenariusza), ale nie obiecywałam sobie wiele. Niemieckie kino nie gości często na naszych ekranach, więc nie pomijam niczego, co może mnie zainteresować. Cztery gwiazdki (na sześć) pozwalają ryzykować, ale niekoniecznie oznaczają film rzeczywiście wart uwagi. Tymczasem jakie zaskoczenie! Naprawdę ciekawy, poruszający, interesująco zrealizowany film na ważny temat. Niemcy wiosną 1945 roku, tuż po podpisaniu kapitulacji i śmierci Hitlera. Lore, najstarsza z rodzeństwa, musi dotrzeć wraz z siostrą i trzema braćmi z południowych Niemiec w okolice Hamburga do babci, bo rodzice zostali aresztowani przez aliantów. I o tym jest ten film w warstwie fabularnej. Bałam się, że zniszczony wojną kraj zostanie pokazany po hollywoodzku, że Niemcy zostaną pokazani tylko jako ofiary, słowem bałam się uproszczeń charakterystycznych dla kina popularnego. Tymczasem nic z tych rzeczy. Shortland pokazuje cierpienie, wojenne zniszczenia, gehennę ludności cywilnej w sposób realistyczny i poetycki jednocześnie, a co znacznie ważniejsze nikt tu nie zostaje rozgrzeszony. Bohaterowie cierpią głód, brud, poniewierkę, żyją w wiecznym lęku, ale jednocześnie ani na chwilę nie pozwalają nam zapomnieć, dlaczego tak się dzieje. Posłużę się tu niedokładnym cytatem ze zbioru reportaży szwedzkiego dziennikarza, który w roku 1946 i 47 przemierzał podzielone na strefy okupacyjne Niemcy, wysyłając korespondencję do swojej gazety (Stig Dagerman "Niemiecka jesień"; film zmobilizował mnie, aby wreszcie zdjąć ją z półki z książkami oczekującymi i przeczytać). Otóż Dagerman opisując zrujnowany alianckimi nalotami kraj i tragiczne warunki, w jakich żyją Niemcy, kilkakrotnie przypomina: "Ale najpierw było Coventry" (cytat z pamięci). To samo w inny sposób robi Shortland. Gorąco polecam ten poruszający, bardzo sprawiedliwy film. Tyle szumu narobił ostatnio, podobno kiepski, niemiecki serial "Nasze matki, nasi ojcowie", który mimo kontrowersji zdecydowała się pokazać nasza telewizja, tymczasem "Lore", film wartościowy, mądry, przejdzie kompletnie niezauważony. Tylko jedna uwaga, tak na wszelki wypadek: akcja toczy się niespiesznie, film jest dość poetycki, co niektórych widzów może irytować (ale nie ma tu przerostu formy nad treścią, którego w kinie nie znoszę!). A kto już widział, może przeczytać ciąg dalszy.

Jeśli ktoś w tym filmie jest ofiarą, to niewątpliwie są to dzieci. Dzieci zindoktrynowane przez dorosłych, przesiąknięte złem. Dzieci, które żyły i żyją w piekle, z czego nie zawsze zdają sobie sprawę. Najprawdopodobniej do czasu ucieczki na wieś ich jedynym cierpieniem była tęsknota za ojcem, który poszedł na front. Ale zostały przecież wychowane w rodzinie fanatycznych nazistów otaczających kultem Hitlera, więc z pewnością były dumne z tego, że  jest żołnierzem. Nawet potem, na wsi i w drodze, zdarza się, że bliźniacy potrafią zapomnieć o niebezpieczeństwie, głodzie, poniewierce i beztrosko się bawić. A już na pewno nie rozumieją, jakie piekło na ziemi zgotowali podbitym narodom Europy ich rodacy. Przerażająca jest scena, kiedy bracia ubrani tylko w brudną bieliznę śpiewają zachwyconej starej wieśniaczce piosenkę sławiącą niemieckich żołnierzy. Siłą wyrazu prawie nie ustępuje słynnej scenie z "Kabaretu" Boba Fosse. I nie ma znaczenia, że tamci chłopcy byli weseli i swoją pieśń śpiewali żarliwie, a ci są smutni, zmęczeni i głodni. Przecież wierzą, że rodziców nie muszą się wstydzić, przeciwnie, powinni być z nich dumni, że zwycięstwo  kosztuje, że Thomas tylko udawał Żyda (Amerykanie lubią Żydów, więc tak mu łatwiej żyć). Gdyby byli w wieku swoich sióstr, wierzyliby pewnie, jak wszyscy dyskutujący o tym dorośli, że na  wieszanych przez aliantów w zrujnowanych miastach zdjęciach, które pokazują niemieckie zbrodnie wojenne, są aktorzy. To nieprawda, tak nie było, to niemożliwe, mówią wszyscy wokół.

Film pokazuje przerażający świat zniszczony przez faszystowską ideologię i wojnę. Niewątpliwe jest cierpienie mieszkańców: głód, brud, choroby, poniewierka, utrata domu, koszmarne warunki egzystencji, gwałty, śmierć, strach przed okupantem (nie zawsze wyimaginowany). Ale jednocześnie ci sami ludzie nadal otaczają czcią Hitlera, traktują niemieckich żołnierzy jak bohaterów, uważają zbrodniarzy wojennych za ofiary aliantów, nie wierzą w ich zbrodnie, nie dopuszczają takiej możliwości, nienawidzą Żydów. Nie zrozumieli nic, z lekcji, jaką dostali. O tym właśnie pisałam we wstępie. Kiedy widzimy brudne, głodne, zmęczone dzieci, kiedy patrzymy na zgwałcone kobiety, na matkę, która musi porzucić swoje potomstwo, na koczujących w strasznych warunkach uciekinierów, współczujemy im, ale oni natychmiast tym, co mówią, przypominają nam, co jest przyczyną, a co skutkiem. Najpierw przecież było Coventry, że wrócę do, chyba niedosłownego, cytatu ze zbioru reportaży Dagermana. Ale to nie koniec. Wojna i koszmarne warunki egzystencji spowodowały znieczulenie na zło, zanik ludzkiej bezinteresowności i życzliwości. Zbrodnię popełnić jest niezwykle łatwo, jeśli śmierć była i jest codziennością. Przerażająca jest scena zabójstwa właściciela łodzi. Przerażające jest to, co ją poprzedziło. I nie ma czasu na rozpacz, refleksję, wyrzuty sumienia, odczucie tragedii, bo trzeba przepłynąć rzekę i ruszać dalej. Co myśmy zrobili, rzuca Thomas (cytat z pamięci) i już w kolejnej scenie widzimy, jak siedzą w łodzi, o którą poszło. Trzeba zdobyć jedzenie, nawet posuwając się do kradzieży, trzeba żebrać, a nawet złożyć ofiarę ze swojego ciała. Przerażające jest też to, że kiedy wreszcie dzieci dotrą do domu swojej babci, gdzie o dziwo czeka na nie względny dostatek, nie znajdą tam całkowitego ukojenia. Mogą się wreszcie umyć, śpią w czystej pościeli, nie są głodne, ale panuje tu emocjonalny chłód. Babcia potrafi być bezwzględna i ostra jak brzytwa (podobnie inni dorośli). Te obrazy przypominają sceny w domu pastora, jednego z bohaterów "Białej wstążki" Hanekego. Zło w "Lore" jest tym straszniejsze, że wszystko rozgrywa się w sielskim otoczeniu. Okolice, przez które wędrują dzieci razem z Thomasem, są często piękne, pozornie nietknięte wojną, niezniszczone (wieś niemiecka ucierpiała znacznie mniej, bombardowane były miasta). Piękno krajobrazu wydobywają poetyckie obrazy, których tutaj tak wiele. Ale poezja wcale  nie łagodzi ostrza filmowej opowieści. Przeciwnie.

Na osobną uwagę zasługuje para głównych bohaterów: tytułowa Lore i pomagający jej Żyd, Thomas. Dziewczyna dojrzewa, zmienia się. Nie tylko musi nagle stać się dorosła, wziąć odpowiedzialność za młodsze rodzeństwo, podejmować kontrowersyjne, trudne decyzje. Jako jedyna wie, co naprawdę stało się z rodzicami. Zstępuje do piekła. Jest najstarsza, najwięcej rozumie. Kiedy młodsze dzieci widzą tylko zakrwawionego trupa kobiety, ona domyśla się, co ją przed śmiercią spotkało. Chcąc ratować bliźniaków i siostrę, jest gotowa oddać najmłodszego brata. Szukając ratunku, handluje swoim ciałem, czym pośrednio przyczynia się do jego zamordowania. To wszystko już jest potworne, ale może jeszcze gorsze jest powolne uświadamianie sobie, co robił  ojciec w czasie wojny. Stopniowo dopuszcza do siebie myśl, że na zdjęciach, które wieszają alianci, są prawdziwi ludzie, nie aktorzy, a jej ojciec uczestniczył w tej zbrodni. Nie może też oszukiwać się, jak jej młodszy brat, że Thomas udaje Żyda, bo Amerykanie ich lubią. Nie tylko wie, że nim jest, ale powoli zdaje sobie sprawę, co przeszedł i jaki udział mieli w tym jej rodacy, czciciele Hitlera, którego i ona czcią jeszcze wczoraj otaczała. Początkowo nienawidzi Thomasa, wręcz się nim brzydzi, właśnie dlatego, że jest Żydem. Potem go potrzebuje. Jednocześnie pod jego wpływem budzi się w niej kobieta. Ich relacja nie jest prosta i łatwa. Nienawiść, strach, obarczanie winą za śmierć brata i zabójstwo rybaka mieszają się z fizycznym pożądaniem, fascynacją, kiełkującym uczuciem i współczuciem. Lore dostrzega w nim nie tylko mężczyznę, ale także człowieka, co jest znacznie ważniejsze. I znowu filmowa poezja, poetyckie kadry w subtelny sposób, bez zbędnych słów, pokazują nieoczywistą relację między dwojgiem na wskroś obcych sobie ludzi. Także to jak Lore dorasta. Dorasta do człowieczeństwa.

I jeszcze na chwilę pochylę się nad Thomasem, najbardziej tajemniczą postacią. Przede wszystkim niejasne są jego motywacje. Dlaczego decyduje się pomagać Lore i jej rodzeństwu? Zwyczajna ludzka przyzwoitość, życzliwość? Samotność? Potrzeba kontaktu z drugim człowiekiem za wszelką cenę? Wrażliwość na cudze nieszczęście? Umiejętność współodczuwania pogłębiona przez własne tragiczne, obozowe doświadczenia? A przecież mógłby nienawidzić, pragnąć zemsty. Być może ktoś zarzuci twórcom filmu, że postawa Thomasa jest nieprawdopodobna, że jego postać trąci naiwnością. Ale przed zarzutem, że to bohater uproszczony, broni go jego niejednoznaczna postawa. Czasami obojętność i szorstkość, kradzieże, znieczulenie na śmierć, wreszcie zbrodnia. Co się z nim stanie? Nie zostały mu nawet zdjęcia, które nosił w portfelu, jedyne pamiątki z przeszłości. Tak jak nagle pojawia się w życiu Lore i jej rodzeństwa, tak nagle znika. Pomógł im, a jednocześnie przyczynił się do tragedii. 

Warto jeszcze zwrócić uwagę na świetne role aktorek grających siostry. Mnie przekonuje także aktor wcielający się w milczącego, tajemniczego Thomasa. Jego smutna, nieruchoma twarz ma w sobie jakiś magnetyzm.

Filmowe remanenty: "W cieniu", "18 spotkań przy stole"

To nie są najnowsze filmy, na ekrany weszły na przełomie czerwca i lipca, ale z powodu wakacyjnej podróży piszę o nich dopiero teraz. Ciągle jeszcze można je zobaczyć w kinach. Nie są to dzieła wybitne, ale oba trzymają poziom. Można je obejrzeć z przyjemnością, jednak dziury w niebie nie będzie, jeśli się je pominie.

Jeszcze przed podróżą dałam się skusić na najnowsze dzieło Davida Ondriczka (twórcy słynnych "Samotnych") "W cieniu". Kto widział tamten film, kto zna czeskie kino, będzie bardzo zaskoczony, bowiem najnowszy obraz Ondriczka znacznie różni się od tego, do czego przyzwyczaili nas Czesi. Zwykle oglądamy ich filmy współczesne, które nawet jeśli dotyczą spraw poważnych, zabarwione są humorem, często absurdalnym. Wyjątkiem, który przychodzi mi do głowy, jest Bohdan Slama, twórca "Pszczół", "Szczęścia", "Mojego nauczyciela" czy "Czterech słońc". Tymczasem "W cieniu" to czarny kryminał, którego akcja osadzona jest w Czechosłowacji w latach pięćdziesiątych zeszłego wieku w przededniu wymiany pieniędzy, co w tym wypadku ma znaczenie. Twórcy filmu mimo że ubrali swoją historię w formę popularną, mówią o sprawach poważnych. Opowieść bardzo mocno dotyka przeszłości, akcja nieprzypadkowo toczy się właśnie w latach stalinowskich. Tło historyczne na pewno nie jest tu tylko ozdobnikiem, ale istotą. Ważniejsze było dotknięcie tamtych politycznych problemów niż kryminalna intryga. Pewnie stąd nieoczekiwane i nietypowe zakończenie. Kiedy oglądałam "W cieniu", przypomniał mi się "Rewers" Lankosza. Ta sama konwencja kina noir, ten sam czas. Jednak o ile "Rewers" utrzymany jest w konwencji groteskowo-komediowej, o tyle czeski film ma tonację serio. Tym bardziej widać, że gatunek  w tym przypadku to sprawa drugorzędna. Liczy się temat. Warto wybrać się na ten czeski film. Ma wszelkie zalety czarnego kryminału: zagadkę, mroczną atmosferę, napięcie, ciekawego bohatera, a przy tym dotyka spraw ważnych. I nie przeszkadza mi, że gdy po seansie zastanawiałam się nad intrygą, to dostrzegłam w niej pewne mielizny i niedociągnięcia. Kiedy jednak siedziałam w ciemnej, kinowej sali, w ogóle nie zwróciłam na to uwagi.

I film drugi, hiszpański, "18 spotkań przy stole" Jorge Coiry, zupełnie inna propozycja. Postanowiłam wybrać się do kina z powodu sentymentu do miejsca akcji, Santiago de Compostella. Lubię oglądać na ekranie miejsca, w których byłam, pewnie nie jest to tylko moja słabość. Miasto nie jest tu jakoś szczególnie eksponowane, ale zawsze przyjemnie popatrzeć. A film? Zaczyna się nieco pompatycznie głosem zza kadru, który informuje, ile to posiłków dziennie zjadanych jest w różnych miejscach w mieście i co się wtedy dzieje. A potem jest sześć śniadań, sześć obiadów i oczywiście sześć kolacji i, co nietrudno zgadnąć, kilkunastu bohaterów, którzy je jedzą w różnych miejscach i konfiguracjach. Posiłkowi, jeśli spożywany w towarzystwie, powinna towarzyszyć rozmowa. Tak jest, czego nie trudno się domyślić, tutaj. O czym rozmawiają biesiadnicy? Zarysowane historie krążą przede wszystkim wokół uczuć, chociaż nie tylko. Większość bohaterów chce tego dnia załatwić coś dla nich istotnego. Dla towarzyszących im przy posiłku osób te wieści są często nieoczekiwane, smutne, kłopotliwe. Nagle ich życie wywraca się do góry nogami. Jak to w takich filmach bywa, są okazje do śmiechu, są i do wzruszeń. To, co podobało mi się najbardziej, to prawda niektórych historii. Znam te miny, znam te gesty, znam to zdziwienie, znam te łzy, znam ten strach, znam tę niepewność (albo potrafię je sobie wyobrazić). Lubię odnajdywać w kinie i w literaturze swoje przeżycia. Tyle. Cóż jeszcze dodać? Chyba to, że film naprawdę dobrze się ogląda. Porządne kino obyczajowe.

Iść czy nie iść do kina? Ja byłam, nie żałuję, ale nie będę się upierała, że te filmy zobaczyć trzeba koniecznie. Na pewno ważniejszy jest obraz czeskiego reżysera. I z taką konkluzją, czytelniku tej notki, zostawiam cię do następnego razu, który jak zawsze we czwartek.


"Wypełnić pustkę"

O filmie izraelskiej reżyserki Ramy Bursthein słyszałam jakiś czas temu przy okazji któregoś z filmowych festiwali, nawet nie pamiętałam którego. Teraz sprawdziłam, na pewno chodziło o Wenecję, gdzie "Wypełnić pustkę" startowało w konkursie głównym, a aktorka Hadas Yaron, grająca główną bohaterkę Shirę, została za tę rolę nagrodzona. W każdym razie już wtedy wiedziałam, że film bardzo chciałabym zobaczyć. Potem, późną jesienią, pojawił się w ramach jakiegoś przeglądu, ale grany był tylko raz, a ja miałam już inne plany, więc z żalem musiałam zrezygnować. I wreszcie jest! Wracam z wakacyjnej podróży a tu w moim ulubionym kinie grają film, o którym zdążyłam już zapomnieć. Czym prędzej biegnę obejrzeć, nie zważając na to, że "Frances Ha" ma wyższe oceny, że grają też ciekawy film niemiecki, a jeszcze w innym kinie idzie "18 posiłków przy stole", hiszpański film, którego nie zdążyłam już zobaczyć przed podróżą. Biegnę i ... wychodzę zachwycona. A teraz staram się moim zachwytem podzielić. Ale do rzeczy. "Wypełnić pustkę" to historia rozgrywająca się w środowisku chasydów w jednym z izraelskich miast, które trudno zidentyfikować, jako że akcja przede wszystkim toczy się we wnętrzach. Dużo tu zbliżeń twarzy bohaterów, półmroku, cienia. A są to zabiegi moim zdaniem celowe, ponieważ film opowiada o uczuciach, emocjach, dokonywaniu trudnych wyborów życiowych. O tym wszystkim nie mówi się wprost, motywacji bohaterów raczej musimy się domyślać, często pozostają zagadką. Historia rodzinna trochę jak z Czechowa (dystrybutor twierdzi, że jak z Jane Austen). Najważniejszymi bohaterkami są tu kobiety, a przede wszystkim osiemnastoletnia Shira, która bardzo chce wyjść za mąż. Żeby dobrze zrozumieć ten film, warto poczytać trochę na temat chasydyzmu, szczególnie tego współczesnego. Wkroczenie z kamerą w świat chasydzkiej zamożnej rodziny to jedna z zalet filmu, powiedzmy poznawcza, taka wyprawa w nieznane. Druga zaleta jest uniwersalna. To po prostu ciekawa historia, skomplikowane rodzinne relacje, pragnienia , emocje i uczucia. jak już wspominałam, nie wszystkie nazywane wprost, nie wszystkie proste i oczywiste. To rodzaj skomplikowanej, psychologicznej zagadki. Co kieruje Shirą? Czy sama wie, czego chce? Czego pragnie ona, dorastająca kobieta, a co narzuca jej życie w środowisku, w jakim się urodziła i dorastała? Co jest winna rodzinie? Subtelny, wzruszający i zwyczajnie ciekawy film. Radzę wybrać się do kina, a kto już był, może czytać dalej.

Zaciekawiło mnie, kim jest reżyserka filmu, Rama Burshtein. Ze zdjęcia na jednym z portali filmowych spogląda poważna, dojrzała, powiedziałabym nawet dostojna kobieta w charakterystycznym nakryciu głowy zamężnych chasydek. Takie same zawoje zdobią głowy bohaterek jej filmu. Na portalu jednak biografii brak, musiałam chwilę poszperać, aby się czegoś dowiedzieć. Wiele nie znalazłam. Urodzona w roku 1967 w Nowym Jorku reżyserka filmowa. Od 1994 roku mieszka w Izraelu i można powiedzieć, że nawróciła się na chasydyzm (pewnie popełniam jakiś nazewniczy błąd). Mogłaby być jedną z bohaterek książki Anki Grupińskiej "Najtrudniej jest spotkać Lilit", którą polecam wszystkim zainteresowanym tematem, ponieważ jest znakomitym podkładem do filmu izraelskiej reżyserki albo komentarzem do niego. Bo tak naprawdę dopiero wiedząc coś na temat życia chasydów, a szczególnie kobiet z tych środowisk, jesteśmy w stanie spróbować zrozumieć Shirę i jej siostry. Wszystkie one, ale także ich matka i kaleka ciotka, mogłyby przemówić do czytelnika z kart książki Grupińskiej (oczywiście, gdyby były postaciami realnymi, a nie tylko filmowymi fantazmatami, bo "Najtrudniej jest spotkać Lilit" to literatura non fiction).

W pierwszej scenie filmu widzimy Shirę i jej matkę, kiedy w supermarkecie próbują odnaleźć i przyjrzeć się kandydatowi na męża tej pierwszej. Dziewczyna ma już osiemnaście lat i gotowa jest do zamążpójścia. To jej marzenie. Dlaczego? Przecież ma dopiero osiemnaście lat! To nasz punkt widzenia. Powinnością chasydki jest wyjść za mąż i urodzić jak najwięcej dzieci. Do tego są przygotowywane, tak wychowywane. To dlatego jej starsza siostra, Frieda, jest nieszczęśliwa, bo mimo starań rodziny nie udało się jej dotąd wyswatać. To dlatego przy okazji licznych zaręczyn czy ślubów jej krewnych czy przyjaciółek, w których uczestniczy, musi godnie znosić upokarzające ją życzenia obyś ty była następna (cytat z pamięci). To dlatego gotowa jest na wszystko, aby wyjść za mąż (prawdopodobnie kłamie, kiedy mówi, że zmarła siostra życzyła sobie, aby w razie czego to ona została drugą żoną Yochay'a). To dlatego każda z młodych dziewczyn wręcz eksploduje radością, kiedy chwali się pomyślnie zakończonymi swatami. To dlatego wreszcie ciotka Hanna, która nigdy nie wyszła za mąż (prawdopodobnie z powodu swojego kalectwa), nosi nakrycie głowy, aby uniknąć pytań (tak jej poradził rabin). I nic nie zmieni udawanie, że przecież wartość kobiety nie zależy od tego, czy spełnia się jako żona i matka. Tak próbuje pogodzić się ze swoim panieństwem Frieda. A ciotka Hanna? Z jednej strony niespełniona, z drugiej mężnie przyjmuje swój los. W końcu to ona odrzuciła jedynego kandydata, który gotów był się z nią ożenić. Jak mówi nie lubiłam go (cytat z pamięci). Może zgorzknienie, niespełnienie, ale też zaakceptowanie statusu kobiety niezamężnej powodują, że wdaje się w rodzinne intrygi?

Drogą do małżeństwa są swaty. Owszem, swatani muszą ostatecznie zaakceptować kandydata, jednak nie ma mowy o małżeństwie niezaaranżowanym. Kilka spotkań w domu rodziców albo w mieście, ale zawsze w choćby dyskretnej obecności kogoś trzeciego, i już. Jakie są tego konsekwencje pokazują ostatnie, przejmujące, sceny filmu. Ekran prawie zupełnie wypełnia Shira w białej sukni ślubnej, tak wielkiej, że dosłownie w niej tonie. Przez kilka minut obserwujemy jej twarz, kiedy kołysze się w modlitewnym transie. Jest na niej radość, szczęście, ale i łzy. Czy na pewno są to tylko łzy szczęścia? Myślę, że także lęku i niepewności. Bo czy na pewno podjęła słuszną decyzję? A już zupełnie przejmująca jest scena ostatnia. Scena, która przynajmniej na chwilę, zburzyła iluzję pięknej opowieści o miłości, czym stał się w pewnym momencie dla mnie ten film. Malujący się na twarzy Shiry strach przed tym, co ma nastąpić za chwilę, jest oczywisty.  Panna młoda przypomina w tym momencie bezbronne zwierzątko zapędzone w pułapkę. Może nie będzie tak strasznie? Yochay, który stopniowo stał się jednym z ważniejszych bohaterów tego filmu, wydaje się sympatycznym, dobrym człowiekiem, świadomym swojej decyzji. Miałam  nawet wrażenie, że była efektem uczucia. Jeśli w tym zamkniętym świecie rządzącym się ścisłymi, odwiecznymi, religijnymi regułami można w ogóle mówić o uczuciach rozumianych w sposób najprostszy. To, co dzieje się z Shirą, było też doświadczeniem naszych babek i prababek.

Warto przyjrzeć się uczuciom Shiry i Yochay'a. Nie jest to wcale takie proste. Film świetnie pokazuje plątaninę emocji, pragnień i marzeń splecionych z rodzinnymi i religijnymi powinnościami. Shira bardzo chce wyjść za mąż, podoba się jej pierwszy kandydat na męża. Niestety śmierć siostry spowodowała odłożenie swatów, więc dziewczyna nie zdążyła go nawet poznać. Gdy pierwszy ból mija, zaczyna się niecierpliwić, boi się, że rodzina chłopaka się wycofa. Ma niestety rację. Ale potem staje przed większym wyzwaniem: spełnić życzenie matki i wyjść za mąż za Yochay'a czy podążać za swoimi uczuciami? Yochay jest od niej starszy, był mężem jej pięknej siostry. Pomysł matki wydaje się egoistyczny i szalony. Któryś z mężczyzn (chyba ojciec) mądrze zauważa, że Shira powinna wyjść za mąż za kogoś zbliżonego do niej wiekiem. Niech razem dorastają, mówi (cytat z pamięci). Być może wtedy ostatnia scena nie wiałaby taką grozą? A jest jeszcze Frieda, która gotowa jest na wiele, aby wyjść za mąż. W małżeństwie z owdowiałym  szwagrem dostrzega swoją szansę. Wszystko się komplikuje. Yochay zaczyna się Shirze podobać. Chyba jej samej trudno rozeznać się w tym, co czuje. Chce dobrze, ale go rani. Potem próbuje odzyskać. Ale i Yochay, i rabin, do którego należy ostatnie słowo, upierają się, aby to była świadoma decyzja dziewczyny. Musi wiedzieć, dlaczego pragnie wyjść za mąż akurat za niego. Dopiero, kiedy zrozumie, czego chce, do małżeństwa dojdzie. Na ile kieruje nią prawdziwe uczucie (a może jego zalążek, w tej sytuacji chyba tylko tak można to ująć), a na ile rozpaczliwe pragnienie wyjścia za mąż, chęć spełnienia pragnienia matki, oszczędzenia jej bólu rozstania z wnukiem tego rozstrzygnąć nie sposób. Myślę, że to wszystko po trochu stoi za jej decyzją.

Podobną drogę przechodzi Yochay: od całkowitego zakwestionowania pomysłu Rivki, przez jego akceptację, ból zranienia, a wreszcie danie drugiej szansy. Ale Yochay jest starszy, dojrzalszy. Wie, czego chce, a czego nie. Nie chce żenić się z Friedą. Mimo że cierpi, domaga się, aby decyzja Shiry była świadoma, wychodziła z jej serca. Jest w tym filmie piękna scena, zapowiedź tego, co może się miedzy tym dwojgiem zdarzyć. Yochay leży na hamaku, na brzuchu trzyma swojego synka. Obaj kołyszą się w takt tęsknej, smutnej melodii wygrywanej przez Shirę na akordeonie. Rodzinna sielanka. Zanim się spełni, oboje będą musieli przejść przez uczuciowe tornado. Czy w ogóle się spełni?

A wszystko to dzieje się, kiedy czas uczuciowej żałoby po zmarłej Esther jeszcze nie minął. Ona cierpi po stracie siostry (piękna jest scena w przedszkolu, kiedy nieoczekiwanie grana przez Shirę melodia zamienia się z radosnej w przepełnioną smutkiem). On cierpi po stracie żony. Nie umie sobie z jej śmiercią poradzić, może nawet przeżywa kryzys wiary. A tu od razu każe się im podejmować życiowe decyzje. Jeszcze rozpacz nie zdążyła się zabliźnić, już trzeba się radować. Wypełnić nowym uczuciem pustkę po zmarłej. Wdowiec w tym świecie nie powinien zostać wdowcem zbyt długo, a panna panną. Najważniejsza jest rodzina, nowe dzieci.

Reżyserka, która do tego świata świadomie weszła, ale jest jednocześnie kobietą wykształconą, nadal uprawiającą swój zawód (w tym środowisku to ciągle rzadkość) pokazuje chasydów jednocześnie z dwóch perspektyw: wewnętrznej i zewnętrznej. Okazuje się, że nawet w tak odizolowanym świecie, podlegającym sztywnym, religijnym regułom, przepisom i tradycji, przeżywane emocje i uczucia są uniwersalne. Tak samo się kocha, cierpi, tęskni, marzy, intryguje, knuje, zazdrości. Tak samo nie jest się pewnym swoich decyzji.

A poza tym ten niespiesznie, subtelnie, półcieniami, niedopowiedzeniami opowiadany film jest też obyczajową opowieścią o świecie całkowicie różnym od naszych doświadczeń. I to też czyni go niezwykle ciekawe. Mądry, piękny i interesujący film. A szczególnie zainteresowanym jeszcze raz polecam książkę Grupińskiej. Fascynująca lektura.

Bruce Chatwin "Na Czarnym Wzgórzu"

Tę powieść przeczytałam trochę przez przypadek. Nazwisko angielskiego pisarza znanego przede wszystkim z książek podróżniczych (najsłynniejsza to chyba "Do Patagonii") nie było mi obce, ale dotąd po niego nie sięgnęłam. "Na Czarnym Wzgórzu" (Świat Książki 2010; przełożył Paweł Lipszyc) chyba miałam gdzieś w pamięci. Piszę chyba, bo teraz już wcale nie jestem pewna, czy chodziło o tę powieść, czy może o "Utz"? Pewnie nigdy bym jej nie kupiła, wszak nie była książką pierwszej czytelniczej potrzeby, gdybym nie zobaczyła jej w księgarni o połowę przecenionej. Za taką cenę postanowiłam zaryzykować. Czy było warto? Sama nie wiem. Z jednej strony powieść należy do gatunku czytanych jednym tchem, z drugiej mam takie poczucie, że gdybym do niej nie zajrzała, nic wielkiego by się nie stało. Pewnie wkrótce o niej zapomnę. W czasie lektury nie mogłam pozbyć się refleksji, że nie jest łatwo trafić na powieść, która poruszy, przejmie, na trwałe zapisze się w pamięci, a na literackie zapychacze coraz mniejszą mam ochotę. Może dlatego znacznie chętniej sięgam po literaturę non-fiction, przyznaję, nie ja jedna. Jednak skoro przeczytałam, podzielę się swoimi spostrzeżeniami.

Akcja powieści rozgrywa się na angielskiej prowincji, ściślej pograniczu angielsko-walijskim, w ciągu mniej więcej dziewięćdziesięciu lat. Jej bohaterami są dwaj osiemdziesięcioletni bracia bliźniacy, którzy wspominają swoje życie. Najpierw jednak rodzinne fotografie wiszące od lat w takim samym porządku na ścianach kuchni sprowokują wspomnienia jeszcze wcześniejsze. Lewis i Beniamin sięgną pamięcią do swoich korzeni. Zaczną od historii dziadków, aby skupić się na ojcu, a potem na matce, kobiecie niezwykle ważnej w ich życiu. Będzie to najpierw opowieść o spotkaniu dwóch samotnych osób: jego, farmera, wdowca, i  jej, osieroconej córki miejscowego proboszcza, która dzieciństwo i młodość spędziła z ojcem w Indiach. On, farmer, człowiek prosty, niestroniący od przemocy, zacięty, ale na swój sposób dobry. Ona, kobieta oczytana, o pewnych ambicjach intelektualnych, świadomie wybiera los żony wiejskiego dzierżawcy, ku zgorszeniu otoczenia popełnia mezalians. Kim będą dzieci z takiego związku? Można powiedzieć, że przez jakiś czas toczy się pomiędzy rodzicami cicha walka o ich przyszłość: intelektualne ambicje matki kontra ograniczone tylko do uprawiania ziemi horyzonty ojca. Zwycięży ojciec. Bracia od małego zaznajamiani z pracą na farmie przylgną do niej na dobre. Do tego stopnia, że do końca życia wspominać będą swój jedyny pobyt nad morzem, który wydarzył się w dzieciństwie. Chatwin, podróżnik, najbardziej znany ze swoich książek podróżniczych, w tej powieści portretuje ludzi, którzy przez całe swoje długie życie nie wychylili nosa poza najbliższą okolicę. Światem braci jest to, co w zasięgu ręki. Farma, wzgórza, najbliższe miasteczko, sąsiedzi. Świat zewnętrzny najbrutalniej wkracza w ich życie w czasie pierwszej wojny. Początkowo za młodzi na służbę w wojsku, potem trochę z powodu ojca, zdeklarowanego pacyfisty, trochę z lęku, trochę z powodu własnych przekonań, trochę z powodu nieumiejętności przeciwstawienia się rodzicom zrobią wszystko, aby uniknąć wojny. Ceną będzie życie z piętnem hańby. Mam jednak wrażenie, że nie była to wielka trauma. Bo tak naprawdę dla braci ważna była tylko matka, farma, a przede wszystkim ich braterska, bliźniacza więź. Więź niezwykle silna i zaborcza. Z jednej strony Lewis i Beniamin są ze sobą tak mocno związani, że doskonale czują swoje cierpienie, nawet na odległość, z drugiej to wzajemne zespolenie bywa zabójcze. Lewis nie znajdzie w sobie tyle siły, aby przeciwstawić się zaborczości Beniamina i zrezygnuje z ułożenia sobie życia osobistego, czego czasem żałuje. Ale nie ma tu wielkich namiętności. Bracia potrafią pogodzić się ze swoim losem, wystarcza im życie na farmie, drobne sąsiedzkie sprawy, które urozmaicają życie. Marzenia o podróżach, o lataniu pozostaną tylko marzeniami. Zastąpią je rowerowe wyprawy po najbliższej okolicy czy zbieranie wycinków z gazet o katastrofach lotniczych. Nawet ze śmiercią ukochanej matki potrafią się pogodzić. Pozostaną im wspomnienia i życie w domu, który stworzyła, pośród pamiątek po niej. Po prostu bracia Jones to ludzie, którzy najlepiej czują się w znanym sobie świecie, wśród znanych sobie ludzi i spraw, nie lubią zmian i nowości. Wichry historii przewalają się gdzieś ponad ich głowami, o wielkiej polityce i cierpieniach milionów nie bardzo mają pojęcie. Liczy się tu i teraz, mój brat i ja. Historia bliźniaków Jones ma w sobie pewnie potencjał na coś większego, poruszającego, ale pozostaje zgrabnie opowiedzianą letnią historią. Zachwyty na okładce są zdecydowanie na wyrost. Któż by zresztą przywiązywał wagę do tego, co wydawca tam umieszcza. Wiadomo, reklama. A już zupełnie zabawnie brzmią takie słowa dziennikarza The Sunday Times:

"Pod koniec życia Sartre się zastanawiał, czemu ludzie nadal piszą powieści. Gdyby przeczytał książkę Chatwina, przekonałby się, że ten gatunek ma się świetnie."

Moim zdaniem ten przykład nie ma takiej mocy, aby Sartre na nowo uwierzył w powieść.

Nie można jednak odmówić książce Chatwina uroku. Jest to urok angielskiej literatury. Przyjemność sprawia zanurzenie się w świat prowincji. Opisy kamiennych domków, wzgórz porośniętych kolcolistem, starych domostw urządzonych na dawną modłę, ziemiańskich posiadłości, wąwozów, szczytów w chmurach, owiec pasących się na zboczach, kamiennych murków przecinających pola dają czytelnikowi sporo radości. A oprócz tego ludzie. Chociaż na pierwszym planie pozostaje rodzina Jonesów, to w powieści pojawia się też wiele innych postaci. Niektóre poznajemy dokładniej, ich historie doprowadzone są do samego końca, inne pojawiają się, aby po jednym epizodzie zniknąć. I trzeba przyznać, że są to opowieści po prostu ciekawe, niebanalne. Mnóstwo tu dziwaków, outsiderów, upartych wieśniaków, dumnych arystokratów, a ich losy nietuzinkowe, wzruszające, zabawne, tragiczne. O ile życie Lewisa i Beniamina jest dość letnie, o tyle wśród ich sąsiadów aż gęsto od namiętności. Nienawiść, zazdrość, niespełnione uczucia, miłość, wyrachowanie, zemsta. Czy to jednak wystarczy, abym mogła napisać, że po powieść Chatwina trzeba sięgnąć obowiązkowo? Nie, tym razem nie będę tak kategoryczna. Jeśli ktoś lubi taką literaturę, pewnie przeczyta "Na Czarnym Wzgórzu" z przyjemnością, ale doprawdy dziury w niebie nie będzie, jeśli powieść sobie darujemy. Kiedy za jakiś czas znowu będę przewietrzała mój księgozbiór,  rozstanę się z nią bez żalu. Niech zrobi na półce miejsce swoim znacznie lepszym siostrom, które na zawsze zapadają w moją czytelniczą pamięć i duszę. I taką, mocno egzaltowaną, deklaracją zakończę dzisiejsze refleksje.

Małgorzata Szejnert "Czarny ogród"

Postanowiłam pójść za ciosem i od razu po skończeniu śląskiej powieści Kazimierza Kutza,

o której pisałam niedawno, sięgnęłam po książkę Małgorzaty Szejnert "Czarny ogród" (Znak 2007). Jak wspominałam w tamtej notce, opowieść znakomitej reporterki o Śląsku leżała na mojej półce bardzo długo i zupełnie się do niej nie spieszyłam. Dostałam ją od kogoś, kto przeczytał i podarował z komentarzem, że warto, że może mnie zainteresuje. Ale Śląsk był mi kompletnie obojętny, więc "Czarny ogród" leżał sobie na półce i pokrywał się kurzem, aż za sprawą Kutza nadszedł jego czas. "Piąta strona świata" wciągnęła mnie tak bardzo, że chciałam jeszcze pozostać przy śląskich tematach, skonfrontować powieść z literaturą faktu, perspektywę Ślązaka z kimś z zewnątrz (Małgorzaty Szejnert ze Śląskiem nic nie łączy), dowiedzieć się więcej. A "Czarny ogród" znakomicie się do tego nadaje. A teraz do rzeczy.

Autorka przygląda się tej ziemi ze specyficznej perspektywy. Jako obiekt zainteresowania wybrała sobie dwa niezwykłe miejsca, górnicze osiedla: Giszowiec i Nikiszowiec. Już sama opowieść o nich jest bardzo ciekawa, ale to tylko pretekst, aby przyjrzeć się historii Śląska, przede wszystkim tej dwudziestowiecznej. Książka ma formę kroniki prowadzonej od roku 1908 do 2006 (poprzedza ją zamknięta w jednym rozdziale historia rodu Giesche). Rok po roku Szejnert śledzi losy tych dwóch osiedli, korzystając z dokumentów, listów, kroniki szkolnej, literatury historycznej a wreszcie z  tego, co przechowała ludzka pamięć. Bo oczywiście nie ma opowieści bez ludzi. Autorka skupia się na kilku rodzinach zamieszkujących przede wszystkim Giszowiec, rzadziej Nikiszowiec, i dokumentuje ich dzieje, w których jak w soczewce przegląda się śląski los i historia tych ziem. A wiek dwudziesty obfitował tu w zdarzenia ważne, epokowe. Śląsk w tym czasie przechodził z rąk do rąk niczym piłka, którą wyrywają sobie gracze. Świetnie to widać, jeśli prześledzi się historię nazwy jednego z osiedli, która pojawia się w tytule większości rozdziałów. Więc najpierw, do roku 1922, jest Gieschewald. Potem, kiedy w wyniku plebiscytu i powstań  ta część Śląska trafia do Polski, nazwa zostaje spolszczona na używaną do dziś, Giszowiec. Ale historia kołem się toczy i w czasie drugiej wojny znowu rządzą tu Niemcy, więc Giszowiec na powrót staje się Gieschewaldem, by po wojnie swą polską nazwę odzyskać. Kto przeczyta spis treści, pewnie się zdziwi, kiedy w tytule przedostatniego rozdziału pojawi się jeszcze inna nazwa: osiedle Staszica. Dlaczego? Kłaniają się ponure lata osiemdziesiąte, kiedy to górnicze osiedle miało zniknąć z powierzchni ziemi wyparte przez ogromne bloczyska z wielkiej płyty. Wydobycie węgla rosło, na Śląsk napływała siła robocza z całej Polski, więc trzeba było budować mieszkania, coraz więcej i więcej. Nowe bloki miały być przyszłością, a nie stare, górnicze domki bez wygód wybudowane przez kapitalistycznych krwiopijców. Te partie książki są bardzo poruszające (oczywiście nie tylko te, o innych za chwilę). Kończy się bezpowrotnie pewna epoka, ginie miasto-ogród zrodzone z nowoczesnej idei, stworzone z wielką starannością przez spółkę Giesche dla pracujących w jej kopalniach i hutach pracowników, zaprojektowane z rozmachem i dbałością o urodę przez braci Zillmanów. Wszystko tam było: dwurodzinne domki otoczone ogródkami, szkoła, gospoda, domy dla urzędników, siedziba leśniczego, dom dyrektora, specjalna darmowa kolejka (Bałkan), a nawet piekarnioki, w których kobiety piekły chleb. Z czasem zbudowano jeszcze kościół. A wokół lasy. To prawda, że domki wymagały remontu, że nie było w nich wygód i komfortu takiego jak w bloku z wielkiej płyty (co to za komfort!), ale były jakieś, miały ogródki, wiele rodzin żyło w nich od pokoleń, wszyscy się znali, tworząc społeczność. Tylko nieliczni potrafili się pogodzić z przeprowadzką do bezdusznego bloku, gdzie panuje anonimowość, a człowiek czuje się jak sardynka w puszce. Rozbicie społecznych więzi i wykorzenienie to nie jedyne zło, drugim było niszczenie krajobrazu. Małe domki zewsząd otaczane przez blokowisko, architektoniczny ład rozszarpywany przez architektoniczną szpetotę. I nowi ludzie, napływowi, nieznający śląskiej tradycji, nieczujący i nierozumiejący Śląska. O tym Kazimierz Kutz nakręcił jeden ze swoich filmów "Paciorki jednego różańca", film nagradzany, ale jednocześnie znienawidzony przez komunistyczne władze. Ślady tego, jak powstawał, odnajdujemy w kronice Małgorzata Szejnert.

To zaledwie fragment niezwykle pasjonującej śląskiej historii. Reporterka pisze o wszystkim, co ważne. O początkach Giszowca i Nikiszowca, okresie chyba najbardziej sielskim, kiedy to mieszkańcy okolicznych wiosek przybywali do pracy w kopalniach i hutach. O czasach plebiscytu i powstań. Zastanawia się, jeśli nie ma pewności, którzy z jej bohaterów głosowali za Polską, a którzy za Niemcami. Wyjaśnia, dlaczego powstania wybuchały, pisze o Wojciechu Korfantym, o Polsce, o której wielu marzyło, za którą wielu się biło, mimo że właściwie nieznana. Potem rodzi się ruch robotniczy, szaleje wielki kryzys, kopalnie i huty, które kiedyś zasysały wciąż nowych i nowych robotników, teraz zwalniają. Odpowiedzią są protesty i strajki. Tragiczna karta to okres drugiej wojny światowej. Konieczność niełatwego wyboru: na którą z list się wpisać? Kim jestem? Wielu czuło się po prostu Ślązakami, nieważna lista, ważne co w sercu, ważne, żeby przetrwać. Żaden wybór nie był dobry. Jeden oznaczał wcielenie do Wermachtu, drugi Auschwitz. Wyzwolenie nie przyniosło spokoju. To na Śląsku powstawały polskie obozy, w których więziono Ukraińców, Łemków, ale przede wszystkim Ślązaków, często niezależnie od postawy, jaką przyjęli w czasie wojny. Ale były też inne represje: zmienianie imion, tępienie śląskiej kultury. To, co jeszcze porusza, jest świadomość upływającego czasu zawsze widoczny w wielkich sagach, a przecież  śląską, reporterską sagą można nazwać "Czarny ogród". Bohaterowie, których poznajemy na początku książki, starzeją się, potem to samo dzieje się z ich dziećmi, zmieniają się obyczaje, krajobraz. Nie ma już tamtego świata, ale Śląsk, mimo że już nie tak jednorodny, nadal odczuwa swą odrębność, nadal jest wierny swojej tożsamości. Dzięki tytanicznej pracy Małgorzaty Szejnert możemy to wszystko lepiej zrozumieć. Autorka kończy swoje dzieło raczej optymistycznymi akcentami, pokazując współczesne życie ocalonego Giszowca i Nikiszowca. Powoli odradzają się piękne budynki, oczywiście nie wszystkie. Rozwijają się drobne i całkiem duże biznesy. Powstają rozmaite lokalne inicjatywy.

Warto (powinnam napisać trzeba) sięgnąć po tę grubą księgę, aby spróbować zrozumieć Śląsk, który jest przecież częścią naszej historii.

Popularne posty