"Habemus Papam - mamy papieża" Naniego Morettiego. Więcej niż komedia.

Długo wahałam się, czy iść na najnowszy obraz Naniego Morettiego. Raz że temat niespecjalnie mnie interesował, dwa rozmaite recenzje: od bardzo dobrych po słabe. Rzadko też zdarza mi się, tyle wiedzieć o filmie przed wizytą w kinie. A to wysłuchałam jakiejś radiowej audycji, a to obejrzałam dyskusję w telewizji, wydawało mi się, że już nic mnie nie zaskoczy. W końcu jednak postanowiłam wyrobić sobie własne zdanie i ostatecznie pomaszerowałam do mojego ulubionego kina. Jaki werdykt? Czasu spędzonego na seansie na pewno nie żałuję. Film oglądałam z dużą przyjemnością między innymi dzięki świetnemu, przykuwającemu uwagę Michelowi Piccoli w głównej roli. Sporo tu scen zabawnych, dobrodusznej kpiny, ale na pewno nic nie bulwersuje. O żadnym skandalu nie ma mowy, a takie głosy też się odzywały. To raczej medialny szum. Oczywiście obraz lewicowego reżysera o kościele to nie tylko pogodna komedyjka. Jest się nad czym zastanawiać, ale o tym jak zwykle w drugiej części. I nie chodzi tylko o problem człowieka, który nagle zostaje postawiony przed całkiem nowym, przerastającym go zadaniem. Ja zwróciłam uwagę na coś jeszcze innego. Wbrew moim obawom znalazłam w tym filmie więcej. Tyle zalet. Są i wady, ale o nich w ciągu dalszym. Jednak mimo zastrzeżeń "Habemus Papam" na pewno warto zobaczyć. A kto widział, może czytać dalej. Zapraszam.

W dyskusjach, jakie słyszałam, przewija się przede wszystkim problem nieudźwignięcia zadania przed jakim nieoczekiwanie stawia głównego bohatera los. Zwraca się uwagę, że ten aspekt filmu jest bardzo uniwersalny, bo w końcu bohaterem mógłby równie dobrze być ktokolwiek, kto staje przed nieoczekiwanym wyzwaniem. To prawda, ale jednak Moretti zrobił film o kościele, więc przyjrzyjmy się filmowemu papieżowi. Starszy, sympatyczny, nieśmiały kardynał przypominający ukochanego dziadka zostaje  papieżem trochę przez przypadek. Nie był wymieniany wśród faworytów. Modlitwy, jakie zanosi do Boga, aby to nie on został wybrany, w jego przypadku są naprawdę szczere. Kiedy wybór się dokona, będzie nie tylko zaskoczony, ale i przerażony. Nie chodzi o kryzys wiary, ale zagubienie i brak sił do podjęcia tak wielkiego wyzwania. Nic nie pomogą zapewnienia o pomocy ze strony innych kardynałów i watykańskich urzędników. Nowy papież doskonale zdaje sobie sprawę z brzemienia odpowiedzialności, jaka na niego spadła. Czuje, że kościół i świat pogrążone w kryzysie czekają na prawdziwe, a nie tylko pozorowane działanie. On zdaje się nie wiedzieć, co i jak ma robić, a widocznie malowanym papieżem, który tylko będzie trwać, być nie chce. Zdezerteruje, czym wprawi w niemałą konfuzję kardynałów, watykańskich urzędników, wiernych a wreszcie próbującego mu pomóc psychoterapeutę. Kiedy ucieknie i będzie snuć się ulicami Rzymu, zacznie wspominać swoje życie, myśleć o tym, jak inaczej mogłoby się potoczyć, gdyby swego czasu przyjęto go na studia aktorskie, o czym marzył. Moim zdaniem to najsłabsza część filmu. Szczególnie wątek teatralny. A już scena w czasie przedstawienia, kiedy to nieoczekiwanie zjawiają się kardynałowie i papież zostaje rozpoznany, jest mocno wydumana i przeszarżowana. Oczywiście cały koncept tej opowieści zasadza się na sytuacji nieprawdopodobnej czy wręcz niemożliwej, ale ta scena mnie wydała się już nadmierną komplikacją. Trąciła sztucznością i teatralnością rodem z farsy. Natomiast samo zakończenie zaskoczyło mnie pozytywnie. Muszę przyznać, że zupełnie nie spodziewałam się takiego rozwiązania. Do końca byłam przekonana, że okaże się ono imaginacją papieża, który jednak zdecyduje się dźwigać swój ciężar. Wszak rzecznik prasowy, Rajski, daje mu za przykład poprzedniego papieża, który mimo choroby sprawował swoją posługę. Myślałam, że podobnie jak Chrystus w "Ostatnim kuszeniu Chrystusa" Martina Scorsese papież zrozumie, że jego życie bez podjęcia nałożonego przez Boga zadania nie będzie miało sensu. Film amerykańskiego reżysera widziałam tylko raz i dawno, a jednak do dziś tkwi we mnie scena, kiedy Jezus zrozumiał, że kuszące swym powabem zwyczajne, ludzkie życie u boku Marii Magdaleny byłoby tylko ziemskim szczęściem, a on nie do tego został wybrany i powołany przez Boga. W cierpieniu, w wykonaniu swojej misji odnajduje prawdziwy sens i istotę. Nie wiem, czy Moretti w jakikolwiek sposób nawiązuje do tamtego filmu, ale ja odnalazłam tu sytuację odwrotną. Papież okazuje się po ludzku słaby, a mnie to przyznanie się do niemocy po ludzku przejmuje, wzrusza, ale i czyni bezradną. A może to nie słabość, a odwaga powiedzieć, że się nie podoła i nie potrafi? Czy końcowa scena ma w symboliczny sposób mówić o słabości kościoła, który nie potrafi odnaleźć się we współczesnym świecie? Kiedy papież podróżując tramwajem, na głos układa sobie mowę, mówi o winach kościoła, za które trzeba przepraszać, ale nie potrafi wskazać dróg i sposobów działania. Kiedy czuje się bezsilny, doradcy podpowiadają mu, że wystarczy samo błogosławieństwo. Nie musi przecież nic mówić. Ale on najwyraźniej nie chce ograniczać się tylko do tego, nie wie jednak, co miałby powiedzieć wiernym, jaką nowinę im przekazać, jaką wiadomość wysłać. 

Oglądając film, zwróciłam uwagę na coś jeszcze. Na co? Na teatralność, na odgrywanie ról, na udawanie. Papież w rozmowie z terapeutką na pytanie o zawód mówi, że jest aktorem. Opisując swoje obowiązki, używa języka teatru i ten język znakomicie pasuje do tego, co robił w swoim kardynalskim życiu. On odgrywa rolę kardynała, papieżem chciałby być naprawdę, ale nie wie jak i na tym polega jego dramat. Terapeutka udaje przed dziećmi, że mężczyzna, z którym ma romans, to tylko znajomy. Gra rolę samotnej matki wiernie oddanej swoim dzieciom. W przedstawieniu bierze udział rzecznik prasowy Rajski. Jakim znakomitym aktorem się okaże!. Gra jak z nut, umie odnaleźć się w najtrudniejszym aktorskim zadaniu. Gra także gwardzista obsadzony tymczasowo w roli papieża. Można powiedzieć, że ma dwie role do zagrania. Codzienną: gwardzisty i nagłe zastępstwo: papieża. Ale największymi aktorami są kardynałowie w rolach kardynałów. Kiedy na sali nieoczekiwanie zapadnie ciemność, na moment przestaną grać. Robią to też, kiedy nikt nie widzi. Próbują ściągać od sąsiada nazwisko kandydata, bo nie mają swojego zdania, a w scenariuszu stoi, że powinni wiedzieć, na kogo oddadzą swój głos. Grać przestają, kiedy znajdą się w swoich pokojach. Jeden pali, drugi układa puzzle, trzeci łyka lekarstwa na bezsenność. Im dłużej pozostają w zamknięciu, im dłuższy stan zawieszenia, tym częściej ściągają maski i stają się ludźmi a nie aktorami. Moretti desakralizuje kościół, pokazuje to, co kryje się za kulisami, ale czyni to w sposób dobrodusznie zabawny. To nie obraza, nie kpina, ale ciepły śmiech. Pozostaje jednak pytanie: kogo potrzebują wierni. Ludzi z ich słabościami (tu raczej słabostkami), aktorów czy prawdziwych duchowych autorytetów? Profanum czy jednak sacrum?

Wobec nieoczekiwanego kryzysu kompletnie bezradni są wszyscy. I komentatorzy, szczwane dziennikarskie lisy. I Rajski, którego pomysły okazują się kompletnie chybione. I psychoterapeuta. Wytrącony ze swojej zwykłej roli próbuje się jakoś dostosować, ale i on pomóc nie potrafi. Podobnie jego była żona zazdrosna o  zawodową pozycję eks męża, zafiksowana na niedostatku rodzicielskiej uwagi (albo czymś podobnym). Ich pomoc może dotyczyć tylko drobnych, ludzkich spraw, na przykład prawidłowego ustawienia leków. Ale przecież nie o to chodzi.

Nie dajmy się zwieść żarcikom i pogodnemu nastrojowi. Kiedy zeskrobać tę wierzchnią warstwę, okaże się, że to bardzo smutny, przygnębiający film.


Antoni Libera "Madame"

Wspominałam już kiedyś w tych zapiskach, że w zasadzie nie czytam polskiej beletrystyki współczesnej. Pewnie to błąd, pewnie powinnam, wiem, co się wydaje, jestem na bieżąco, ale zawsze zwycięża inna literatura. Zatem "Madame" Antoniego Libery (Znak 1999) to wyjątek. Czemu zawdzięcza takie wyróżnienie? Trochę przypadkowi (że akurat teraz), trochę pochlebnym głosom znajomych, które docierały do mnie co jakiś czas. Czy warto było? Na pewno tak.

Akcja "Madame" osadzona została w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku i już tylko to może być ciekawe dla czytelnika. Życie codzienne w komunistycznej, gomułkowskiej Polsce. Napisałam codzienne trochę na wyrost. Nie znajdziemy tu narzekań na braki w sklepach, kolejek, opisów ciasnych mieszkań, jednym słowem całej tej komunistycznej udręki codzienności. Jest za to obraz zniewolenia, zamknięcia, utraty wolności, zmagań z cenzurą, dwójmyślenia, koniecznych, obrzydliwych kompromisów, układów w pracy, gdzie awansują partyjne miernoty. Bohaterowie tej powieści to przedwojenna inteligencja i jej dzieci. Mają mieszkania pełne książek, dbają o wykształcenie swoich synów i córek, znają języki obce, chodzą do teatru, kina, na wystawy. Słuchają Wolnej Europy i doskonale wiedzą, w jakim kraju przyszło im żyć. Są przyzwoitymi moralnie pięknoduchami, którzy za nic nie zniżą się do niskich zachowań, a jeśli ulegną chwilowej słabości, natychmiast poczują się zbrukani i niegodni. Dotkliwie odczuwają brak swobody, zamknięcie w granicach swojego kraju, ograniczenie kontaktów ze światem. To, co dzisiaj dla nas jest normą, nad którą się nawet nie zastanawiamy, dla nich było obiektem zazdrości, czymś niewyobrażalnym. Problem w powieści został tym bardziej wyostrzony, że troje spośród bohaterów to romaniści, miłośnicy języka i kultury francuskiej. W ich przypadku brak wolności jest szczególnie dotkliwy, właściwie uniemożliwia im zawodowy rozwój. Aby Jerzyk, pracownik uniwersyteckiej romanistyki, mógł wyjechać na konferencję naukową, musi przebyć upokarzającą drogę przez mękę i liczyć na wyrozumiałość francuskich kolegów, którzy pobłażliwie zaakceptują idiotyczne wymagania komunistycznej władzy. Poczucie wolności, swobody i lekkości, jakie odczuwa za każdym razem, kiedy z trudem, kosztem wyrzeczeń, uda mu się wyjechać do Francji, jest nieporównywalne z niczym. I nieważne, że musi tam oszczędzać na wszystkim, że dla Francuzów jest pariasem zza żelaznej kurtyny. Za to powrót do kraju jest tym bardziej bolesny. Nic dziwnego, że z całych sił zgorzkniały Jerzyk odradza narratorowi studiowanie romanistyki. W zniewolonym kraju jest to zajęcie bezsensowne.

Najbardziej jednak swoją niewolę odczuwa tytułowa madame, trzydziestokilkuletnia piękna i niedostępna Wiktoria, nauczycielka francuskiego i dyrektorka liceum, w którym uczy się narrator. Dlaczego? Bo ona wolność utraciła! Wyobraźmy sobie młodą kobietę urodzoną i wychowaną we Francji, która nagle za sprawą decyzji ogarniętego obsesją strachu ojca musi zostawić swoje dotychczasowe życie i zamieszkać w kraju, którego nie zna i nie rozumie. Francja i Polska wtedy, w tamtym czasie podziału Europy to kompletnie różne planety! Wprawdzie po ulicach Warszawy nie chodzą białe niedźwiedzie, jak sądzili niektórzy, ale jest zgrzebnie, szaro i przede wszystkim potwornie ciasno. Nic dziwnego, że czuje się jak zamknięta w klatce, schwytana w pułapkę. Jest nieszczęśliwa i samotna, zrobi wszystko, żeby wyjechać, co w jej przypadku oznacza odzyskanie utraconej wolności. Madame żyje tu, ale nie jest stąd. Obca, wyniosła, tajemnicza, niedostępna, prawie nierzeczywista, jest jak barwny ptak na tle komunistycznej szarzyzny. Inaczej się ubiera, pachnie francuskimi perfumami, nawet jej dyrektorski gabinet pełen jest francuskiej literatury. Kiedy narrator domyśla się, co dzieje się, kiedy gasną światła w jej mieszkaniu, nie może pogodzić się z myślą, że ktoś zaklęty w tak pięknej, doskonałej formie pozwala się zbrukać żywiołowi natury, fizyczności, po prostu seksu (to słowo nie pada w powieści). Pewnie z tych wszystkich powodów madame rozbudza wyobraźnię swoich uczniów, staje się obiektem ich szczeniackich westchnień. Najlepiej opowie o pięknej Wiktorii zakochany w niej narrator. Oddaję mu głos:

"Całym swoim jestestwem mówiła "nie" temu światu. Wyglądem, manierami, językiem, inteligencją. Była niemym wyrazem, że tkwimy w bagnie i w bzdurze, a można żyć inaczej."

Ona marzy o ucieczce, bo tylko tak może odzyskać utraconą wolność, a on (narrator), uczeń liceum, później student romanistyki (mimo wszystko), dzięki sztuce chce ujarzmić życie, uczynić je barwnym, ciekawym, niezwykłym, a przez to możliwym do udźwignięcia. Początkowo robi to może nie całkiem świadomie, potem, kiedy coraz lepiej zdaje sobie sprawę z osaczającej go beznadziei, sztuka (pisanie) staje się ratunkiem. Od dawna ten skażony literaturą, skłonny do mitomanii młodzieniec teatralizował  i upiększał swoje życie. Wyrósł w przekonaniu, że dawniej było ciekawiej, a on za wszelką cenę nie chciał dopuścić, aby było nudno. Dlatego do końca nie możemy mu zaufać. Ile jest prawdy, a ile legendy w opowieści, którą przed nami rozpostarł? Jaka jest prawda o madame i jego afekcie do niej? Nieważne przecież, jak było, ważne, co nam o tym opowiada, tworząc legendę.

Czytelniku tej notki, być może domyślasz się już, że powieść Libery to, także, kolejny wariant opowieści o dojrzewaniu artysty. Taki portret artysty z czasów młodości. Dlatego być może narrator, podobnie jak madame, jest trochę postacią nierzeczywistą. Zbyt dojrzały, zbyt mądry, zbyt elokwentny, zbyt świadomy siebie. Erudyta, świetnie poruszający się w morzu literatury i sztuki, znakomicie władający francuskim. Stąd tak dużo w tej powieści żonglerki literackiej: cytatów, aluzji, nawiązań i odwołań do Conrada, Manna, Becketta, Dantego, Racine'a, Żeromskiego i wielu innych. Nawet śledztwo w sprawie madame, jakie prowadzi narrator, jest oparte na literackiej zabawie, której trzeba uważnie się przyglądać.

Ciekawa, erudycyjna powieść, na którą na pewno warto zwrócić uwagę.

Siegfried Lenz "Muzeum ziemi ojczystej". Literacka podróż na przedwojenne Mazury.

Po paru miesiącach wróciłam do odkrytego dzięki znajomym Lenza i przeczytałam kolejną jego grubą powieść "Muzeum ziemi ojczystej" (Czytelnik 1991). Jak poprzednio, tak i teraz nie zawiodłam się. Czytajcie Lenza! Mam ochotę zakrzyknąć. Nie będę powtarzała informacji o pisarzu, zainteresowanych odsyłam do mojej notki o "Lekcji niemieckiego", przejdę od razu do rzeczy.
O czym jest powieść niemieckiego autora? O miłości do Mazur, naszych Mazur, co to może wkrótce zostaną uznane za cud natury. Czy na pewno naszych? Nie lubimy pamiętać, że tereny te w przeszłości miały skomplikowaną historię: były częścią państwa krzyżackiego, lennem polskim, Księstwem Pruskim, po pierwszej wojnie w wyniku plebiscytu stały się najbardziej wysuniętą na wschód rubieżą Niemiec (Prusy Wschodnie) i dopiero po drugiej wojnie w wyniku nowego podziału Europy stały się nasze. Zamieszkiwali te tereny przede wszystkim Polacy, Niemcy i Litwini, ale miejscowa ludność utożsamiała się ze swoją małą ojczyzną, Mazurami: krainą lasów, jezior, pagórków. Kto zna te tereny, jeszcze i dziś dostrzeże różnice: odmienną architekturę, rozsiane tu i ówdzie resztki krzyżackich zamków, może drobne odmienności języka. Głośna przed kilku laty, a wracająca dziś,  sprawa Agnes Trawny czy emigracja tutejszej ludności do Niemiec w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku to echa przedwojennej historii. Tu dygresja osobista. Jeden z moich wujków wżenił się w mazurską rodzinę. Najbliżsi krewni jego żony, mojej ciotki, jeden po drugim wyjeżdżali do Niemiec. Nie bardzo to rozumiałam. Kim są? Dlaczego tam jadą? Są Mazurami, nie czują się ani Polakami, ani Niemcami, tłumaczyła mi mama. Nie wiem, ile wtedy z tego pojęłam. Od dawna nie jestem już dzieckiem, znam zawiłą przeszłość, ale dziś dzięki Lenzowi na nowo odkrywam skomplikowaną, fascynującą i tragiczną historię tych terenów. To trochę jak wyprawa w inny świat. Jeśli, czytelniku tej notki, wykażesz jeszcze trochę cierpliwości, uchylę  zasłonę i zabiorę cię w podróż na przedwojenne Mazury.
Akcja powieści rozpoczyna się jeszcze przed pierwszą wojną światową w pięknie położonym nad jeziorami miasteczku Łukowiec (nazwa najprawdopodobniej zmyślona, miejsce pewnie nie, ale na kartach książki pojawia się wiele doskonale nam znanych miejscowości np. Giżycko), kończy w nadmorskiej wiosce w Szlezwiku najprawdopodobniej w latach siedemdziesiątych. W tym czasie przetacza się przez Europę historia, która burzy chwilowo a w końcu na stałe mazurski świat narratora, Zygmunta Rogalli. Więc najpierw jest pierwsza wojna: miasteczko kilkakrotnie przechodzi z rąk niemieckich  do rosyjskich i odwrotnie. Toczy się nawet jakaś bitwa. Potem przychodzi czas plebiscytowej kampanii i wreszcie radosny dzień dokonania wyboru, dla zdecydowanej większości święto niezmącone niepewnością wyniku, święto triumfu nad polską mniejszością. Potem lata spokoju, stabilizacji, aż wreszcie jakoś tak niepostrzeżenie rodzi się faszyzm. I znowu  nieoczekiwany wybuch kolejnej wojny, która, poza dramatycznym początkiem, pozostawia ten zakątek we względnym spokoju. Aż przychodzą Rosjanie i trzeba uciekać. To najtragiczniejszy i najdramatyczniejszy epizod powieści. Odwrót zimą, w śniegu i mrozie, przez opuszczone tereny bombardowane przez Rosjan. Noclegi gdzieś w przydrożnych rowach przy ognisku, głód, brud, śmierć chorych i słabszych, niekończące się oczekiwanie na miejsce na statku, jedynej drodze ucieczki. Ale pierwszeństwo mają ranni żołnierze, więc cierpliwie trzeba czekać. A to nie koniec gehenny: jeden ze okrętów zostaje trafiony. Krzyk, płacz, wołanie o ratunek. Ale czy da się dla nich coś zrobić? Nic! Można tylko bezradnie patrzeć, jak pod wodą toną twoi sąsiedzi, i dziękować Bogu, że to nie twój statek został trafiony przez samolot wroga. Co ma myśleć polski czytelnik, który śledzi te dramatyczne wydarzenia? Trudno, czytając te przygnębiające strony, nie współczuć uciekinierom, trudno nie litować się nad ich tragicznym losem. Z drugiej jednak strony trzeba zauważyć, że niewielu było wśród nich jawnych antyfaszystów, większość popierała Hitlera, dla większości niemiecka armia to nasze wojsko, nasi dzielni żołnierze walczący za ojczyznę, Trzecią Rzeszę. Jeśli komuś nawet, tak jak Zygmuntowi Rogalli, nie podobały się faszystowskie porządki zaprowadzone w Łukowcu i na Mazurach, to i tak czuł się niemieckim patriotą. Jak sobie z tym poradzić? Myślałam. I wtedy w sukurs przyszedł mi sam narrator. To on wypowiada proste, samokrytyczne, pełne goryczy słowa o zawinionej klęsce i przemocy, którą sami zasiali.
Wbrew temu, co może się wydawać, to nie powieść wojenna czy polityczna (a przynajmniej nie tylko). Historia zagląda tu  znienacka, czasami, w dodatku najczęściej groza łagodzona jest przez filtr pamięci. Narrator posługuje się eufemizmami: jeźdźcy Wschodu, mężczyźni w płaszczach, zaplombowane pociągi towarowe. "Muzeum ziemi ojczystej" to przede wszystkim kreowanie w pamięci utraconego świata (trochę jak w "Panu Tadeuszu"), do którego, jak twierdzi narrator, nie ma powrotu. Bo miejsce bez ludzi, którzy je zamieszkiwali, już nie jest tym samym miejscem. Traci swą magię, wartość i powab. A tych ludzi już tam nie ma. Jedni zginęli na froncie, na statku, w syberyjskiej czy hitlerowskiej niewoli, drudzy umarli, bo przyszedł ich czas, pozostali stworzyli sobie nowy świat, chociaż stale pielęgnują pamięć dawnego. Ale nie wszyscy myślą tak jak Zygmunt. Wielu wierzy, że polskie Mazury to tylko stan przejściowy. Dlatego narrator podejmuje dramatyczną decyzję o spaleniu tytułowego, tak bardzo mu drogiego, muzeum, które udało mu się odtworzyć w nadmorskiej, niemieckiej wiosce (takie samo, odziedziczone po wuju, prowadził w rodzinnym Łukowcu). Muzeum, o które tak dbał i walczył, które tak bardzo bronił przed próbami ocenzurowania i zafałszowania przeszłości.
Znowu się zapędziłam w polityczne rejony. Tymczasem materia tej powieści utkana jest z przedziwnych historii i zdarzeń, wspomnień z dzieciństwa i młodości opromienionych magią, z mazurskich zabobonów, wierzeń i obyczajów, opisów niezwykłego, pięknego świata. Iluż tu dziwaków, szaleńców, niezwykłych, barwnych postaci. Na przykład ojciec narratora, cieszący się sławą domorosły wynalazca leków dosłownie na wszystko (dla przemytników, aby stali się niewidzialni; dla żołnierzy, aby na froncie nie opuściła ich odwaga; na jad żmii). Więźniowie miejscowego zakładu karnego, którzy znają setki fascynujących opowieści. Bezwzględny, okrutny i nieczuły dziadek narratora. Sonja Turk, mistrzyni mazurskiej sztuki tkania gobelinów, a jednocześnie wiedźma. I wielu, wielu innych, których nie sposób tu wymienić. To właśnie sprawia, że ta, w gruncie rzeczy, gorzka powieść ma tak niezwykły urok.
A poza tym stawia Lenz ważne pytania: o patriotyzm i nacjonalizm, o relację między jednostką a zbiorowością, o kompromisy, o odwagę i tchórzostwo, o grzech zaniechania.  Konfrontuje postawy dwóch przyjaciół: stojącego z boku Zygmunta i wiecznego buntownika, odważnego Konniego, który lubi podważać powszechnie wyznawane poglądy i nie boi się postępować w kontrze do obowiązujących trendów, za co nieraz przychodzi mu zapłacić odtrąceniem, zniewagami czy więzieniem. Pokazuje, jak życie plącze ich losy i weryfikuje wyznawane ideały. 
Naprawdę świetna powieść. Tym bardziej warto właśnie teraz zwrócić na nią uwagę, bo wkrótce do kin trafi "Róża" Smażowskiego, film który dotyka podobnej tematyki. Zachęcam do odbycia literackiej podróży do świata, który niby dobrze znamy, ale o jego prawdziwej historii wolimy nie pamiętać. Fascynująca książka!

"Jane Eyre", udana ekranizacja angielskiej powieści.

Trochę przez przypadek, na marginesie, trafiłam na "Jane Eyre", świeżą ekranizację powieści jednej z sióstr Bronte zrobioną przez japońskiego reżysera Carego Fukunagę. Właściwie wybierałam się na Koterskiego, ale recenzje takie sobie, a jako że nie należę do grupy jego wiernych wyznawców, odpuściłam. Pewnie kiedyś przy jakiejś okazji zobaczę. A "Jane Eyre" spadła mi jak z nieba, bo bardzo chciałam wyjść do kina w miniony weekend. No i nie żałuję! Dwie godziny nad wyraz przyjemnie spędzone. Piękne, choć ponure plenery, przytłaczające, kamienne wnętrza zamków, przykuwająca uwagę Mia Wasikowska w tytułowej roli i Michael Fassbender jako pan Rochester (a na dokładkę Judy Dench), trzymająca w napięciu historia (ze wstydem przyznaję, że jakoś nigdy nie przeczytałam powieści; trzeba to będzie nadrobić), trochę grozy, trochę wzruszeń (chociaż ja łzy nie uroniłam, a w kinie przychodzi mi to z łatwością). Czego chcieć więcej? No i bohaterka, nie wiem, czy za sprawą aktorki czy powieści, dość współczesna w swojej stanowczości i zdecydowaniu. Bardzo udana ekranizacja, wcale nie ramota! Polecam, koniecznie w kinie, bo oglądanie tego filmu na małym ekranie telewizora lub komputera to jak lizanie cukierka przez papierek. Jest poniedziałek, kiedy piszę te słowa, a ja nadal z przyjemnością myślę o "Jane Eyre". Pewnie kiedyś obejrzę jeszcze raz.

"Rozstanie", poruszający film z Iranu.

Od czasu "Trzech kobiet", dzięki którym odkryłam irańskie kino i zburzyłam swoje stereotypowe spojrzenie na ten kraj, nie opuszczam żadnego filmu stamtąd, a i książkami na temat Iranu nie gardzę. Dlatego czym prędzej pognałam na "Rozstanie" Asghara Farhadiego, którego świetny film "Co wiesz o Elly" jakiś czas temu można było obejrzeć w kinach. No i nagrody na festiwalu w Berlinie nie były bez znaczenia. "Rozstanie" to film jednocześnie bardzo irański i bardzo uniwersalny. Konflikt przeradzający się w tragedię ma swoje korzenie w muzułmańskiej obyczajowości, ale jest to też opowieść o rozpadzie rodziny, bardzo europejska. Rozwój wydarzeń śledzi się z zapartym tchem, próbując odkryć prawdę. Kto ma rację? Kto mówi prawdę, a kto kłamie i dlaczego? Jak zwykle nie chcę zdradzać więcej, bo wyznaję zasadę, że im się mniej wie, tym większa przyjemność z oglądania. Warto wiedzieć, że należy zwracać uwagę na wszelkie szczegóły i nie uronić nic z toczonych na ekranie rozmów, bo wszystko tu jest istotne. A łatwe to wcale nie jest, bo bohaterowie mówią, często krzyczą, z szybkością karabinu maszynowego, więc napisy śmigają po ekranie. Nie jest to kino wesołe, przeciwnie: przygnębiające i przykre w swojej wymowie, takie, które nie pozostawia widza obojętnym. Ale kto nie szuka w kinie tylko rozrywki, film zobaczyć powinien koniecznie. Tych, którzy już widzieli, zapraszam dalej.

Ta historia w Europie nie mogłaby się tak zdarzyć. No bo z czego wzięło się nieporozumienie, które niespodziewanie  doprowadza do tragedii? Jego źródło odnajdziemy w muzułmańskich obyczajach, w tym, co wypada a czego nie wypada robić kobiecie (właściwie należałoby powiedzieć: co jej wolno a czego nie). Razieh, hołdująca tradycji muzułmanka pochodząca z religijnej , ubogiej rodziny, nie powinna podejmować pracy bez wiedzy męża i to takiej pracy: musi opiekować się starym mężczyzną, a to, jak wiadomo, wymaga od niej przekroczenia zakazanych barier. Kiedy staje przed dylematem: pomóc mu się przebrać czy zostawić w mokrych spodniach do powrotu syna, dzwoni do kogoś po religijną poradę. Pozwolenie pozwoleniem, ale mężowi do tego, gdzie i jak pracuje, przyznać się nie może. Tym bardziej, że jest sfrustrowany kłopotami finansowymi a charakter ma gwałtowny. Razieh znajdzie się w potrzasku: pieniądze są jej i jej rodzinie bardzo potrzebne, a jednocześnie wie, że postępuje źle. Praca, która jest koniecznością, staje się utrapieniem. Wymaga  sporego wysiłku, długich dojazdów, wszędzie musi brać ze sobą swoją małą córeczkę. Kiedy zdarzy się nieszczęście i w wyniku sprzeczki i szarpaniny straci nienarodzone dziecko, skłamie i zrzuci winę na Naadera, którego ojcem się opiekuje. Dlaczego to zrobi? Dla pieniędzy, które może wyłudzić? Ze strachu przed mężem? A może boi się przyznać, że poprzedniego dnia z powodu jej nieuwagi starszy pan wyszedł na ulicę i to właśnie wtedy, kiedy go szukała, potrącił ją samochód? Jest ofiarą czy spryciarą? Boi się czy wykorzystuje swoje nieszczęście? W tym filmie nie ma jednoznacznych rozstrzygnięć. Z jednej strony współczułam jej z powodów, o których już wspominałam, z drugiej trudno dziwić się reakcji Naadera, kiedy zastał nieprzytomnego, związanego ojca leżącego na podłodze. Kiedy Razieh kłamie a kiedy mówi prawdę? Wydaje się, że ona sama gubi się w tym wszystkim. A zatajając prawdę, sprowadza nieszczęście na Naadera.

On też budzi jednocześnie współczucie, zrozumienie i niechęć. Trudno dziwić się jego złości, wszak Razieh o mało nie przyczyniła się do śmierci jego ojca. W dodatku swoim natrętnym zachowaniem jeszcze bardziej wyprowadza go z równowagi i powoduje wybuch niekontrolowanego gniewu. Potem jednak broniąc siebie, kłamie i mataczy, idzie w zaparte, udając, że nie wiedział o ciąży kobiety. Najgorsze jest jednak to, że w swoje sprawy wciąga córkę.

Wątek dzieci wydaje mi się w tym filmie najtragiczniejszy, robi na mnie największe wrażenie. Bo tu wszystko rozgrywa się na oczach dwóch dziewczynek. I mała córeczka Razieh jest świadkiem tego, co się dzieje, i Termeh, wrażliwa, zamknięta w sobie, nieśmiała córka Naadera i Simin zostaje wciągnięta w tragiczne zdarzenia. Smutne oczy obu obserwują  poczynania dorosłych. Termeh kocha ojca, być może jest do niego przywiązana bardziej niż do matki, przynajmniej on tak twierdzi. Kocha też dziadka i Simin. Chcąc ją skłonić do powrotu do domu, zostaje przy ojcu. Już samo rozstanie rodziców jest dla niej tragedią. Tymczasem to dopiero początek nieszczęść. Na jej oczach dokonuje się deziluzja. Termeh powoli zaczyna uświadamiać sobie, że jej ojciec kłamie. Kiedy nieśmiało wypytuje go, czy naprawdę nie wiedział, że Razieh była w ciąży, on brnie dalej. Wciąga swoją wrażliwą córkę w brudny świat dorosłych. Nie zdaje sobie sprawy, jak ją krzywdzi. To naprawdę straszne, kiedy dziecko nagle uświadamia sobie, że jego ukochani rodzice są dwulicowi. Kiedy musi się za nich wstydzić. Kiedy musi brać na siebie konsekwencje burzy, jaką wywołali (wściekły mąż Razieh nachodzi ją w szkole, szkalując jej ojca). Nic dziwnego, że gdy przychodzi jej podjąć decyzję, z kim ma zostać, chce to zrobić bez ich obecności. A oni dopiero wtedy, uświadamiają sobie, do czego doprowadzili. Kiedy z niepokojem oczekują na korytarzu urzędu na to, co postanowiła, wszystko się nagle uspokaja. Razem z nimi trwamy w nieznośnie przeciągającej się ciszy, czekając na to, co zrobi wyrwana z sielanki dzieciństwa Termeh.

Świat pokazany w tym filmie wydaje się matnią, z której nie ma  wyjścia. U początku lawiny zdarzeń stoi decyzja Simin o rozwodzie i wyjeździe z Iranu. Ona ma dość życia tam, nie chce, żeby jej córka dorastała w zniewolonym kraju. Trudno jej się dziwić. Z drugiej strony nie można przejść obojętnie obok argumentu Naadera. On wyjechać nie chce, bo musi opiekować się schorowanym ojcem. Skłonna początkowo stanąć po jej stronie, kiedy zobaczyłam na ekranie starego człowieka, zrozumiałam opór jego syna. A może dla Termeh ważniejsza jest kochająca się rodzina niż wolność? Nikt jej nie pyta o zdanie. Jak rozstrzygnąć ten spór? Kto ma rację? Kiedy rozpęta się piekło, rodzice zafundują tej wrażliwej dziewczynce przyspieszony kurs dorosłości, a jej schorowany dziadek niczym pakunek będzie przewożony z mieszkania do mieszkania. Podobnie jak mała córeczka Razieh, którą matka wszędzie musi zabierać ze sobą.  

Ten film mocno oddziałuje na zmysły. Wwiercają się w mózg smutne spojrzenia bohaterów, szczególnie tych bezbronnych: dzieci i starego człowieka. Uszy drażnione są krzykami i gwałtownymi zachowaniami mężczyzn: Naadera i męża Razieh. Pozostają w pamięci szare, długie, bezosobowe, zatłoczone korytarze urzędów, znużone twarze sędziów czy policjantów. Dla nich to kolejna sprawa, którą trzeba odbębnić, dla skłóconych rodzin konflikt, który niszczy ich życie. Z jednej strony kobiety, dla których noszona chusta jest zniewoleniem, pewnie dlatego zarzucają ją na siebie niedbale, z drugiej inne, które przykrywają się szczelnie, ukrywając jednocześnie prawdę o sobie (dlatego Naader tak łatwo może udawać, że nie wiedział o ciąży Razieh). Gwałtowni, nieobliczalni mężczyźni i wyciszone kobiety, każda zdecydowana w swoim działaniu, chociaż każda w inny sposób. Ile tu oskarżenia systemu, religijnego, opresyjnego państwa, a ile stosunków panujących w rodzinie?

Film z jednej strony przygnębia, męczy, bo taki jest pokazywany na ekranie świat, z drugiej robi niezwykłe wrażenie. Przewiercił mnie na wylot.

"Ki", filmowy debiut Leszka Dawida

Obejrzałam "Ki" Leszka Dawida. Za rolę w tym filmie Roma Gąsiorowska dostała nagrodę na tegorocznym festiwalu w Gdyni. Ale nie tylko dla niej warto wybrać się do kina. Historię zwariowanej, żyjącej z dnia na dzień Kingi, samotnej matki kilkuletniego Pio, śledziłam z dużym zainteresowaniem. Tempo, ruch, obraz, kolor, muzyka, ale przede wszystkim wnikliwy portret bohaterki, a w tle obraz środowiska, w którym się obraca. Idąc do kina, zastanawiałam się, czy film da mi więcej niż to, czego spodziewałam się po kilkakrotnym obejrzeniu zwiastuna pokazywanego przed innymi seansami. Tak się stało. Może myśli płynące z ekranu nie są specjalnie odkrywcze, ale bohaterka, także za sprawą Romy Gąsiorowskiej, na tyle drażni i przykuwa uwagę, że na pewno warto "Ki" zobaczyć. A kto już widział, może przeczytać ciąg dalszy.

Ki drażni i fascynuje jednocześnie. Nie wiem, ile w tym zasługi aktorki a ile konstrukcji samej postaci. Żyje z dnia na dzień, bez pardonu wyręcza się innymi, nie rozumie, że jej sposób bycia może przeszkadzać żyjącym z nią pod jednym dachem współlokatorom. Bałagani i nie sprząta, puszcza głośną muzykę, od tego pożyczy pieniądze, aby tamtemu oddać. Spóźnia się, zawala terminy, wiecznie się spieszy, wykonuje swoją pracę na pół gwizdka. Ma przedziwną umiejętność anektowania dla siebie wszystkiego, co wokół niej. Także ludzi. Beztrosko angażuje ich w swoje życie. Ktoś ma odebrać Pio ze żłobka, ktoś zamienić się z nią  pokojem, ktoś pożyczyć pieniądze. Ona nie prosi, nie żąda. Po prostu dla niej jest oczywiste, że tak można. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że nie obraża się, kiedy jej odmawiają. Odkąd wprowadziła się z synkiem do mieszkania Dor, jednej z przyjaciółek, stale poszerza w nim swój obszar. Dor i Miko, współlokator, z coraz większą bezradnością patrzą na to, co się wokół nich dzieje. Nic dziwnego, że w końcu zdezerterują. Jest bezgranicznie ufna, potrafi powierzyć opiekę nad dzieckiem komuś, kogo przed chwilą poznała, tylko dlatego, że był sympatyczny. Dla niej nie istnieją bariery między ludźmi, nie ma dystansu. Nie czuje niestosowności niektórych swoich próśb. Buntuje się, chciałaby żyć tak beztrosko jak jej przyjaciółki: artystki i feministki, barwne ptaki. One są wolne, ona ma garb: synka. Jak mówi, przygotowując swoją artystyczną wypowiedź, wszystkie problemy kobiet z tego się właśnie biorą.

Nieodpowiedzialna? Beztroska? Tak początkowo myślałam. Sporo w tym prawdy, ale nie cała. Bo z drugiej strony Ki stara się jak może. Pozuje na Akademii, szuka dodatkowej pracy, dba o Pio, jak potrafi, na pewno go kocha. Przychodzi do pracy z dzieckiem, które przeszkadza malującym? Tak, bo nie ma z kim go zostawić. Pożycza pieniądze? Tak, bo jakoś musi nakarmić synka. Prosi Miko, aby udawał jej partnera? Tak, bo w ten sposób może zyskać dobrą opinię w ośrodku pomocy społecznej, a bez zapomóg byłoby jej jeszcze trudniej. Odchodzi od ojca swojego dziecka? Tak, ale czy mogła na niego liczyć? Wcale. To raczej akt odwagi i wyzwolenie niż nieodpowiedzialność. Przykłady można mnożyć. Ki ma rację: jej problemy biorą się stąd, że jest matką. A ani ona, ani tym bardziej Anto, ojciec jej synka, do roli rodziców nie dorośli. Są po prostu niedojrzali. Pytanie, dlaczego mają dziecko, pozostaje bez odpowiedzi. Cóż, pewnie wpadka, a nie świadoma decyzja. Chociaż mogę wyobrazić sobie szaloną Ki, która nagle porwana emocjami i wizją złudną sielankowego macierzyństwa postanawia zostać matką, nie myśląc o konsekwencjach.

Łatwo zwalić winę na Ki. Nieodpowiedzialnie została matką, więc ma za swoje. Ale to nie likwiduje problemu. Jest przecież Pio i to on będzie ofiarą takiego kukułczego wychowania. I tu dotykam sedna. Problem w tym, że Ki może liczyć tylko na siebie. Jeśli dostaje pomoc, to tylko doraźną. Go, kolejna przyjaciółka, przypilnuje dziecko, Miko zagra przed panią z opieki społecznej jej partnera, matka da od czasu do czasu pieniądze, urzędnicy każą jej pójść na terapię, ktoś powie, jak wypełnić papiery potrzebne do sądu. Ale czy tak naprawdę można na nich liczyć? Czy przyjaciółka, feministka, która jedną ręką podsuwa jej sądowe formularze, a drugą wciąga kokę, poradzi jej rzetelnie? Pomoc matki, oprócz finansowej, ogranicza się do uwagi, aby wyszła za mąż za Anto. Nie myśli o tym, że wtedy Ki weźmie sobie na plecy kolejny garb. Terapia okaże się groteską. Zresztą jak mówić o jej skuteczności, skoro za drzwiami płacze Pio pozostawiony pod opieką sympatycznego, ale przypadkowego chłopaka. Obleśny kierownik opieki społecznej swoją pomoc uzależnia od tego, czy Ki będzie z nim sypiać. Jeśli nie, wystąpi  o odebranie jej dziecka. Zamknięty w sobie samotnik, tajemniczy Miko, też nie potrafi się poważnie zaangażować w jej problemy. Ale czy możemy mieć pretensje o to, że nie zakochuje się w Ki i jej dziecku? Tak pewnie stałoby się w słodkim, hollywoodzkim filmie, ale nie tu. No bo czy można kogoś zmusić do miłości? Pytanie retoryczne.

Ki jest przeraźliwie samotna. Serce się ściska, kiedy kamera obserwuje ją z lotu ptaka: kruchą, samotną dziewczynę w pustym, nocnym mieście, zmierzającą do domu, który nie jest domem prawdziwym, tylko przechowalnią samotnych jak ona nieszczęśników. I ostatnia scena filmu: skulona Ki, sama w wielkim mieszkaniu. Nagła cisza nie jest zwiastunem spokoju, ale samotności i bezradności.

Taki jest świat pokazany w tym filmie. Pełno tu życiowych popaprańców, nieszczęśliwców kryjących swoje traumy za maską obojętności, brutalności lub cynizmu. Wszyscy gdzieś pędzą, odbijają się od siebie, ocierają, mijają, ale prawdziwych więzi nie potrafią nawiązać. Relacje między ludźmi są trochę przypadkowe i bardzo powierzchowne. To oczywiście nie jest prawda o całym współczesnym świecie, ale z pewnością o jego części.

Mimo że Ki irytowała mnie bardzo, trudno jej nie polubić, a na pewno trzeba współczuć. Czy jest dla niej jakiś ratunek? Nie wiem.

Martin Pollack "Po Galicji"

Dziś krótko, na marginesie, o książce Martina Pollacka, która nosi długaśny podtytuł O chasydach, Hucułach, Polakach i Rusinach. Imaginacyjna podróż po Galicji Wschodniej i Bukowinie, czyli wyprawa w świat, którego nie ma. (Czarne 2007). Przypomniałam sobie o niej niedawno i nagle zapragnęłam natychmiast przeczytać. Niemało trudu włożyłam, aby ją zdobyć, ale udało się (Jak się przy okazji dowiedziałam, wkrótce ma zostać wznowiona.).
Dzięki autorowi, znawcy literatury słowiańskiej i historii Europy Wschodniej, który wydał kilka książek o tej tematyce, odbyłam i ja bardzo interesującą podróż koleją od Przemyśla do Czerniowiec na Bukowinie, a potem inną trasą do Lwowa. Przeniosłam się w wiek XVIII i XIX, w czasy kiedy Galicja była częścią monarchii austro-węgierskiej. Stereotyp, że ten obszar to kraj biedy, analfabetyzmu, pijaństwa, masowej emigracji za ocean, małych, zabłoconych a latem zakurzonych sztetli okazał się prawdziwy. A mimo to Galicja wykreowana przez autora na kartach książki jest fascynującą krainą zamieszkiwaną przez mieszankę narodowości różnych wyznań, krainą kilku bogatych miast, dzikiej, wspaniałej przyrody.
Wiele tu zaskoczeń. Choćby takie, że w pewnym okresie Galicja była czwartym na świecie producentem ropy, a wydobywano ją w okolicach Drohobycza. Dotąd to galicyjskie miasteczko kojarzyło mi się tylko z Schulzem i jego "Sklepami cynamonowymi". A takich odkrywczych i ciekawych informacji jest tu dużo, dużo więcej. Słowem kolejne spotkanie z nieznanym, kolejne odkrycie. Polecam!

Doris Lessing "Złoty notes"

To druga książka Doris Lessing, jaką przeczytałam. Poprzednia, "Lato przed zmierzchem", zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Kobieta może przejrzeć się w niej jak w lustrze, które bezlitośnie obnaża wszelkie słabości. W wielkim skrócie, bo przecież nie o "Lecie ..." mam dziś pisać, jest to powieść o gotowości kobiet do całkowitego podporządkowania swojego życia mężczyźnie, o skłonności do poświęceń, których nikt nie wymaga, rezygnacji z siebie. Kilka moich koleżanek mocno ją przeżyło. "Zloty notes", podobno najważniejsza książka Lessing, również drąży ten sam temat: relację kobieta-mężczyzna. Ale nie tylko. To także powieść o fascynacji i rozczarowaniu zachodniej inteligencji komunizmem i Związkiem Radzieckim, o artystach i procesie twórczym, o chorobie psychicznej i wyborze drogi życiowej. Sporo? Tak, ale "Zloty notes" liczy ponad osiemset stron, więc nie ma się co dziwić, że aż tyle (a nawet więcej) można z niego wycisnąć. Spróbuję teraz uporządkować moje rozważania i jak zwykle podzielić się refleksjami z lektury.

Od czego zacząć? Od krótkiej informacji o treści czy o formie? Wszak i jedno, i drugie ważne. Może jednak na początek parę słów (a raczej zdań) o treści. Jest to opowieść o Annie, pisarce, kobiecie wolnej, która w młodości (lata drugiej wojny światowej) spędza kilka lat w Afryce Środkowej. Z tamtego okresu wywodzi się jej flirt z komunizmem. Ta fascynacja rozwieje się dopiero w jakiś czas po śmierci Stalina. Obserwujemy zmagania Anny z mężczyznami, z własną niemocą twórczą, z komunizmem, z rodzicielstwem. Wszystko to bardzo ważne. Śledzimy też losy jej przyjaciółki Molly, również artystki i kobiety wolnej, jej syna, jej byłego męża i jego obecnej żony. Przez karty powieści przewija się mnóstwo różnych postaci, przede wszystkim mężczyzn. Anna prowadzi cztery różne notesy, a każdy z nich dotyczy innego obszaru jej życia (pobyt w Afryce i zmagania twórcze; nowa powieść inspirowana jej losami i szkice opowiadań; komunizm; codzienność). W ten sposób zgrabnie przeszłam do formy. Notesy wplecione są w główną narrację zatytułowaną Kobiety wolne. Wszystko  wzajemnie się uzupełnia, oświetla, pisząc powieść, Anna obficie czerpie ze swojego życia, i w ten sposób poznajemy bogatą osobowość głównej bohaterki, historię jej barwnego, skomplikowanego życia, jej kochanków, ewolucję poglądów, twórcze cierpienia, dylematy, wybory życiowe. Bardzo ciekawe jest obserwowanie pisarskiej kuchni. Mężczyźni, których Anna spotyka na swojej drodze, pojawiają się na kartach tworzonej przez nią powieści pod innymi nazwiskami, z nieco zmienioną biografią, ale niezmienna pozostaje istota relacji Anny z nimi. A ów tytułowy złoty notes? Kiedy bohaterka dochodzi do wniosku, że jej życie to jednak całość, a nie chaos, jak myślała, zaczyna wszystko zapisywać w jednym, złotym, notesie, zresztą najkrótszym. W pewnym momencie zadałam sobie pytanie: czym jest spinająca całość narracja zatytułowana Kobiety wolne. Zasadniczym trzonem powieści Doris Lessing, taką ramą, na której autorka rozpięła całość, jak się długo wydaje, czy może jeszcze jedną powieścią pisaną przez samą Annę, co zasugerowane zostaje pod koniec całości? Trudno to jednoznacznie rozstrzygnąć. Nie wiem zresztą, czy to takie istotne, wszak, jak przed chwilą pisałam, wszystkie elementy tej układanki składają się na niezwykle bogaty, ciekawy portret Anny, kobiety wolnej, świadomej siebie, żyjącej na własny rachunek, a przynajmniej starającej się tak żyć.

Anna to zupełnie inna kobieta niż bohaterka wspomnianego przeze mnie "Lata przed zmierzchem". Dawno już nie odnalazłam tyle z siebie w jakiejś literackiej postaci, chociaż wiele jej wyborów czy poglądów jest mi zupełnie obcych. Ale wystarczy to coś, aby poczuć bliskość i przynajmniej częściowo się z nią utożsamić. Zbyt to jednak osobiste, więc pisząc o niej, nie zdradzę, w czym odnajduję siebie, a w czym zupełnie nie. Główna bohaterka "Lata .." była mężatką, matką, kobietą całkowicie na usługach swojego męża i dzieci. Bez nich nie umiała istnieć, funkcjonować, odnaleźć się w życiu. Znaczyła coś o tyle, o ile żyła dla nich, ich problemami. Inaczej Anna, od początku samodzielna (w każdym sensie), mająca wielu mężczyzn, później samotna matka, nie z konieczności, ale ze świadomego wyboru. Pielęgnuje swoją wolność, która jest dla niej bardzo ważna. Bycie wolnym to jej ideał, ale życie nie zawsze dorasta do ideału. Anna co jakiś czas wpada w uczuciową pułapkę. Wikła się w miłosną zależność od mężczyzn, z którymi się wiąże. Czeka na ich powrót do domu, jej, kobiecie wolnej, sprawia przyjemność przygotowywanie dla nich kolacji, dzielenie z nimi codzienności. Jest zazdrosna o ich żony, o inne kobiety, z którymi się umawiają, z którymi sypiają, cierpi, kiedy ją porzucają. A jednocześnie uważa, że ona, kobieta wolna, powinna być ponad zazdrość, codzienność, uzależnienie od miłości. Gani siebie za głupie uczucia, które nie powinny być w jej życiu ważne, a są, za emocje, które nie pasują do naszych czasów (lata pięćdziesiąte zeszłego wieku), a jednak je odczuwa. Okazuje się, że nawet kobiety wolne mimo starań traktują tę sferę życia niczym narkotyk. Inaczej mężczyźni. Bo to również powieść o facetach, a ich portret nie jest tu zbyt pochlebny. Są często słabi i taka silna kobieta jak Anna (przynajmniej silna pozornie), potrzebna im jest, aby ich wspierać, leczyć ich traumy, lęki, kompleksy. Jest dobra do zwierzeń i do łóżka. Mogą jej opowiadać o swoich wspaniałych żonach, które nie chcą się z nimi kochać, o swoich równie wspaniałych dzieciach. Potem odchodzą, od Anny, nie od swoich ślubnych. Inni latami żyją podwójnym życiem, a ich udręczone żony godzą się na to, bo nie umieją żyć bez nich (jak bohaterka "Lata przed zmierzchem"). Żałują tych swoich biednych, udręczonych, poświęcających się dla rodziny kobiet, więc przy nich trwają, mimo że traktują dom jak magazyn czystych koszul. Potrafią żyć w takim uczuciowym rozkroku bez większych dylematów moralnych. A Anna, jak już napisałam, cierpi. Kiedy jej kolejni kochankowie kończą, czasem długoletni, romans z nią, nie może się pozbierać, ale na nich wydaje się to nie robić większego wrażenia. Wydaje się, że kobiety mimo starań zawsze będą na straconej pozycji. Małżeństwo po jakimś czasie wieje uczuciową nudą, żona sprowadza siebie do roli służącej, jest traktowana przez męża przedmiotowo. A wolny związek to tylko pozór wolności, bo kobieta i tak uzależni się uczuciowo od swojego ukochanego. To mężczyźni potrafią być prawdziwie wolni, żyć pracą, uczucie postawić na drugim planie.

Ciekawy jest stosunek Anny do macierzyństwa. Córka z jednej strony ją ogranicza, zabiera swobodę, ale z drugiej zmusza do życia, stawia do pionu, nadaje jej egzystencji zewnętrzną formę, porządek. Kiedy na własną prośbę wyjedzie do szkoły z internatem, życie jej matki się rozsypie. Nic nie będzie musiała, żadnych obowiązków, a ponieważ zbiegnie się to z osobistym kryzysem, zacznie osuwać się w rodzaj letargu, odrętwienia, a może nawet choroby psychicznej. 

Niezwykle ważna część tej powieści to fascynacja i powolne rozczarowanie Anny i jej środowiska komunizmem. Dla nas, mieszkańców Europy Wschodniej tak bardzo doświadczonych przez komunizm, naiwność intelektualistów Zachodu wydaje się niewiarygodna. Początek zauroczenia Anny marksistowską ideologią można zrozumieć. Stało się to w czasie jej pobytu w Afryce. Komunizm i środowisko lewicowych intelektualistów było jedyną alternatywą dla rasizmu i kolonializmu. Ale potem? W latach pięćdziesiątych w Londynie? Kiedy docierają już wieści o komunistycznych zbrodniach, o sfingowanych procesach, więzieniach i egzekucjach? Kiedy Anna jedzie do Berlina Wschodniego i na własne oczy widzi, jak się tam żyje, co się dzieje z ludźmi? Nawet po śmierci Stalina, gdy w Związku Radzieckim zachodzą  zmiany, ona i jej środowisko nadal pozostają pod jego wrażeniem. Długo zadają sobie pytanie, czy te przerażające wieści są aby na pewno prawdziwe? Długo potrafią usprawiedliwić zbrodnie i niegodziwości, tłumacząc je wyższą koniecznością. Dopiero hipokryzja i fałsz w szeregach angielskiej partii komunistycznej zniechęcają Annę ostatecznie do idei komunizmu.

To oczywiście nie wszystko. Bardzo ciekawe są partie książki poświęcone wspomnieniom głównej bohaterki z wojennych lat spędzonych w Afryce. Barwne, ciekawe środowisko młodych ludzi starających się wyszarpać z życia wszystko, bo toczy się wojna i śmierć zagląda w oczy. Miejscowe stosunki, tragiczne postacie. Dużo jest o twórczości, sporo o chorobie psychicznej. Osobne, też ważne, wątki to historia przyjaciółki Anny, Molly, jej syna, jej byłego męża i jego drugiej żony. I wiele, wiele więcej.

Warto wiedzieć, że powieść w czytaniu jest bardzo nierówna (podobnie "Lato przed zmierzchem"). Są partie, które dosłownie pochłaniałam, przez inne przedzierałam się powoli, czasem nawet ze znużeniem (fragmenty opisujące osuwanie się Anny w chorobę psychiczną). Obok całych stron zapisanych dialogami, sporo tu różnych ideologicznych rozważań albo dla przeciwwagi fragmentów opisowych, lirycznych (okres afrykański). Nie zmienia to faktu, że to powieść bardzo ważna, jedna z tych, które powinno się poznać, bo jeśli nawet nie zmienią życia, to każą się sobie boleśnie przyjrzeć. Śmiało mogłabym umieścić ją na liście dziesięciu książek, które trzeba przeczytać (patrz: zainicjowana niedawno  przez Gazetę Wyborczą akcja). Na pewno za jakiś czas dam się sponiewierać kolejnej powieści Doris Lessing.             

Pedro Almodovar "Skóra, w ktorej żyję"

Jak zapowiadałam w poprzedniej notce, czym prędzej poszłam na najnowszego Almodovara. To jeden z moich ulubionych reżyserów. Takich, co to ich filmy mogę oglądać po kilka razy. Poprzedni, "Przerwane objęcia", bardzo mnie rozczarował. Mało w nim było prawdziwego Almodovara, pozostał czysty melodramat, a nie tego od hiszpańskiego reżysera oczekuję. Dlatego na "Skórę, w której żyję" szłam trochę z duszą na ramieniu. Na szczęście reżyser wrócił do formy. W filmie odnalazłam wszystko to, co tak u niego lubię, tylko humoru właściwie nie ma. Tym razem jest na serio w almodovarowskim sosie. Trochę jednak pomarudzę. Chyba po prostu przyzwyczaiłam się do stylu ekscentryka z Madrytu i coś, co kiedyś było świeże, zaskakujące i olśniewające, dziś już zadziwić nie może. Pozostaje sprawnie zrobiony film, który świetnie się ogląda i kilka modnych tematów, nie tak znowu głęboko i odkrywczo potraktowanych. Raczej bardzo dobra rozrywka niż przeżycie. Ale zobaczyć oczywiście trzeba, a dla widzów zaczynających swoją przygodę z Almodovarem być może będzie to coś więcej. Tak jak dla mnie kiedyś. Tym razem celowo nie zdradzę nic z treści, bo w wypadku tego filmu im mniej się wie, tym przyjemniej się ogląda. A kto już widział, może przeczytać ciąg dalszy. Zapraszam.

Słyszałam głosy, że to zupełnie inny Almodovar. Inny? Ja odnalazłam w tym filmie ulubione motywy, wątki i chwyty hiszpańskiego reżysera. Jest problem płci, pytanie o to, co właściwie ją determinuje, co znaczy być kobietą czy mężczyzną. Jest motyw matki i syna. Pojawia się wielka, szalona miłość, tym razem nie tylko w wersji damsko- męskiej, ale też ojca do córki. Są tajemnice, sięganie w przeszłość bohaterów, dziwne postacie, wielki, tajemniczy dom, ogrywanie gatunkowej konwencji (tu thriller), nasycone barwy, kicz, przebrania. Ja odnajduję tu nawet echa dawnych scen. Kiedy Zeca, syn Marilii, rzuca się na Verę, myląc ją ze swoją dawną kochanką, staje mi przed oczami przekomiczna scena gwałtu z "Kiki" (Mam nadzieję, że pamięć mnie nie zawodzi. Ale wykluczyć, że pomyliłam tytuły, nie mogę.). Tyle, że to, co oglądamy na ekranie tym razem, wcale nie jest śmieszne, raczej smutne czy tragiczne. Mnie ten film trochę przypomina wspomnianą już "Kikę". Wielki, kryjący tajemnicę dom, jego właściciel, chirurg plastyk i jednocześnie naukowiec Robert Ledgard (tam był pisarz). Karnawałowy kostium Zeci czy druga skóra Very mogą być dalekim echem dziwacznej kamery, którą dźwiga na głowie jedna z bohaterek "Kiki". Wreszcie zbrodnia. Ale może to tylko takie moje impresje i luźne skojarzenia, może gdybym obejrzała "Kikę" po raz kolejny (na pewno kiedyś to zrobię), podobieństwa okazałyby się tylko czczą imaginacją. To, co odróżnia najnowszy film Almodovara od poprzednich, to ton serio i porzucenie ulubionego przez niego melodramatu na rzecz thrillera.

Reżyser kreuje postać mrocznego, złowrogiego Roberta Legranda, chirurga plastycznego, który w zaciszu swojego wielkiego, pustego, pilnie strzeżonego domu przeprowadza niedozwolone eksperymenty: hoduje ludzką skórę odporną na ogień czy ukąszenia owadów. Nie to chyba jest jednak najgorsze. Korzystając ze swojego wynalazku i talentu chirurga, stwarza nowego człowieka. Mszcząc się na gwałcicielu swej ukochanej córki (gwałt tragicznie odcisnął się na jej losie), porywa go, więzi, aby stopniowo zmienić w niezwykle piękną  kobietę o idealnej, gładkiej skórze. Tak idealną, że aż w swym pięknie nierzeczywistą. Kobietę-miraż, kobietę-marzenie. Aluzje do Frankensteina czy Pigmaliona są tu oczywiste. Czy równie uprawnione jest porównywanie go do Boga-stwórcy? Chyba jednak nie do końca. Wszak intencje Roberta nie są czyste. O ile  praca nad doskonałą, ludzką skórą to wynik tragicznego wypadku jego żony, i w tym sensie jest szlachetna, bo może być ratunkiem dla wielu okaleczonych, o tyle zmiana płci, a właściwie stworzenie kobiety, Very, to efekt zemsty. O szlachetności nie ma co mówić. Nie jest też jasne, co Robert zamierzał zrobić z Verą, zanim nie uległ jej doskonałemu czarowi i  nie zakochał się w niej. Być może, nie wiedział. Zabić? To sugeruje mu Marilia. Więc jeśli już Bóg, to raczej ten starotestamentowy, groźny i okrutny, a nie miłosierny, jakim chcemy Go widzieć dziś. Produkt Roberta okazuje się też niedoskonały i to na kilku poziomach. Vera jest piękna, ma ponętne, idealne ciało, ale nie potrafi przeżywać cielesnych rozkoszy. Udając miłość, pożądanie i ekstazę, cierpi z bólu i prawdopodobnie obrzydzenia. Wszak naprawdę pozostała nadal mężczyzną, dawnym Vincetem uwięzionym w kobiecym ciele. I na tym polega kolejna porażka almodovarowskiego Frankensteina. Jego twór nadal pozostaje mężczyzną, Vincetem, który nie zapomniał nie tylko o swojej płciowej tożsamości, ale i o przeszłości. Dlatego zrobi wszystko, aby wrócić do matki (znowu matka i syn). Ta więź okazuje się najsilniejsza. Vera to też swoista femme fatale. Swoista, bo naprawdę pozostaje mężczyzną. Musi uwieść Roberta, aby uciec. Będzie udawać i cierpieć, żeby zdobyć upragnioną wolność. I to kolejna porażka mściwego demiurga. Stworzona przez niego piękność jest nie tylko niedoskonała, ale zaczyna żyć własnym życiem i nie podporządkowuje się jego woli. Almodovar stawia w swoim filmie pytanie o granice medycznych i genetycznych eksperymentów, które mogą się wymknąć spod kontroli, nie udać czy służyć niecnym celom. Wraca też do jednego ze swoich ulubionych tematów: płci, płciowej tożsamości. Na ile nasza fizyczność determinuje płeć? Kiedy jesteśmy kobietą? Kiedy mężczyzną? Kiedy granica się zaciera? Kim będzie Vera, w której ciele uwięziony został Vincent? Jak będzie żyć? Zyska czy straci na tej przemianie? Jak zareagują na to jej matka i przyjaciele? Rozpoznają? Zaakceptują? Warto zauważyć, że reżyser pokazuje sytuację odwrotną niż ma to miejsce zazwyczaj. Nikt tu nie został wyzwolony od brzemienia nieakceptowanej płci, przeciwnie: Vincent dostał nową  wbrew swojej woli. Jest ofiarą medycznej zbrodni, medycznego gwałtu. I nie ma znaczenia, że to kara. Ale czy rzeczywiście kara? Raczej zemsta, o czym już wspominałam.

Można też po obejrzeniu tego filmu stawiać sobie pytania o winę i karę. Czy odurzony prochami Vincent odpowiada za to, co zrobił? Jak twierdzi, i pewnie mówi prawdę, niczego nie pamięta. Ale zło się stało. Jest winien. Czy ma sens kara wymierzana po latach? Kiedy jest już innym człowiekiem? I czy kara może być zemstą?

Takie refleksje hulają w mojej głowie po obejrzeniu najnowszego filmu Pedro Almodovara.   

   

"Braterstwo", debiut filmowy Duńczyka, Nicolo Donato.

W tym tygodniu na pewno wszyscy pobiegną na najnowszego Almodovara, ja oczywiście też. Ale zanim zobaczę jego najnowszy film i napiszę o nim, dziś podzielę się refleksjami po obejrzeniu duńskiego "Braterstwa", debiutu Nicolo Donato nagrodzonego na festiwalu w Rzymie. (Imię i nazwisko mogą wprowadzać w błąd, więc z ciekawości sprawdziłam, czy reżyser jest Duńczykiem. Tak.) To historia Larsa, który po rezygnacji z kariery wojskowej, dość nieoczekiwanie wiąże się z organizacją neofaszystowską. Niczego tu nie zdradzę, wszak można to znaleźć w każdej zapowiedzi tego filmu, jeśli napiszę, że jest to też opowieść o zakazanej miłości pomiędzy głównym bohaterem a jego kolegą z organizacji, Jimmym. Reżyser przygląda się ich wzajemnej fascynacji, przyciąganiu i odpychaniu. Pamiętajmy, że spadkobiercy ideologii faszystowskiej, prawdziwi mężczyźni, nienawidzą homoseksualistów. Mnie zdumiał także fakt, że organizacja jawnie nawiązująca do faszyzmu działa właściwie legalnie. Jest to kino ascetyczne, chłodne (to wrażenie potęguje sposób pokazywania świata: zimne, monochromatyczne barwy, proste wnętrza), ale jednocześnie mroczne, chwilami mocne, im bliżej końca, tym bardziej trzymające w napięciu. Film obejrzałam z zainteresowaniem, a po seansie pozostał mi dysonans moralny, jaki zwykle towarzyszy nam wtedy, kiedy odpychający bohaterowie zaczynają budzić sympatię. Zastanowię się nad tym w drugiej części tej notki, którą powinien przeczytać raczej ten, kto już film widział. Zapraszam.

Moje rozważania zacznę jednak od innej wątpliwości. Dlaczego Lars, który początkowo wyraźnie sprzeciwia się poglądom głoszonym przez Grubego, przewodniczącego miejscowej organizacji neofaszystowskiej, decyduje się przystąpić do ruchu? Jest jedynym, który w towarzystwie nie tylko inaczej myśli, ale ma też odwagę głośno o tym powiedzieć. Jak często my sami słysząc rasistowskie czy antysemickie teksty, zamiast jawnie zaprotestować, po prostu milczymy, bo wydaje nam się, że nie warto wdawać się w głupie dyskusje? Ot, takie niegroźne idiotyzmy, myślimy sobie i nie robimy nic. A Lars protestuje, mówi stanowczo i dobitnie, co o tym sądzi. Poza tym raczej zdaje sobie sprawę ze swoich homoseksualnych skłonności, co sugeruje początek filmu: rozmowa z przełożonym, a że jest inteligentny, wie chyba, jaki stosunek do gejów mają faszyści. Stąd moja wątpliwość: czy taka sytuacja jest prawdopodobna psychologicznie? Moim zdaniem nie. I nie przekonuje mnie tłumaczenie, że obrażony na wojsko i rodziców Lars szuka w ten sposób potwierdzenia swojej męskości. Tym bardziej, że dość szybko orientuje się, iż udział w ruchu to nie zabawa i jakieś czcze dyskusje, ale sprawa bardzo poważna. Zostawiam jednak ten wątpliwy początek i przejdę do tego, co dalej.

Film ma dwie warstwy ściśle ze sobą splecione. Jedna to obraz organizacji faszystowskiej. Zatrważają sceny zebrań, dyskusji, spotkań towarzyskich, rozmów, organizowanych akcji czy koncertów. Jawnie wyznawana ideologia faszystowska, studiowanie jej historii, swastyki, heilowanie, kult siły i przemocy. A ponieważ wszystko to pokazywane jest w aurze normalności, jakby zajmowali się każdą inną działalnością, tym bardziej przeraża. I chociaż nie brak wśród członków i sympatyków organizacji odrażających swoim wyglądem typów (upiorny, zniszczony narkotykami Patrick, brat Jimmiego, czy dość antypatyczny Gruby), to przecież większość stanowią ludzie zwyczajni. Gdybyśmy minęli ich na ulicy, nie wzbudziliby naszego przerażenia, nie przeszlibyśmy ze strachu na drugą stronę. Jak już wspomniałam we wstępie, zadziwiające jest, że działają w zasadzie jawnie. Matka Larsa, miejscowa radna, kiedy dowiaduje się, że to jej syn brał udział w napadzie na ośrodek dla uchodźców, ogranicza się tylko do słów krytyki. I ona i jej milczący, oschły mąż pozostają właściwie bierni. Być może w zamyśle reżysera są metaforą obojętnego społeczeństwa.

Druga warstwa to historia budzącego się uczucia pomiędzy Larsem a Jimmim, silnym, wytatuowanym, mrukliwym, na pierwszy rzut oka oschłym facetem. Że taki nie jest, świadczy troska o brata, narkomana, pragnącego zostać pełnoprawnym członkiem organizacji. Reżyser subtelnie pokazuje skomplikowaną relację między nimi. Od początkowej niechęci ze strony Jimmiego, któremu Lars burzy spokój w jego samotni, przez wzajemne oswajanie swojej obecności, sympatię, rodzącą się fascynację, uleganie i ucieczkę, a potem strach, obawę i świadomość, że robi się coś, za co nienawidziło się innych, pogardzało nimi. Nie ma tu, szczególnie w początkowej fazie, wiele gadania, są gesty i spojrzenia. Dopiero potem, kiedy obaj zdają sobie sprawę z powagi sytuacji, przychodzi czas na rozmowy, dylematy i pytanie, co dalej. Lars nie chce przyjąć członkostwa w organizacji, co jest wyróżnieniem, nobilitacją i przedmiotem zazdrości Patricka, który już od dawna się o to stara. Ale zaszedł już tak daleko, że nie bardzo ma wybór: za dużo wie, musi zostać zaprzysiężony. Pozostaje wyjazd, ucieczka, ale tego nie chce Jimmy, bo jak mówi, tu mieszka, tu ma przyjaciół, no i brata, o którego się troszczy. Kiedy się zdecydują, będzie już za późno. Obaj przekonają się na własnej skórze, że udział w ruchu to nie zabawa.

Można powiedzieć, że obaj wpadli we własne sidła. Być może Lars początkowo myślał, że da się pogodzić jedno i drugie. Stąd jego opowieść o współpracowniku Hitlera, który był homoseksualistą. Być może Jimmy dopóki nie spotkał Larsa, nie zdawał sobie sprawy, kim jest. Być może uciekał przed swoim homoseksualizmem, jak to często bywa. Tego nie wiemy. W każdym razie obaj boleśnie przekonali się o bezwzględności swoich towarzyszy i musieli skonfrontować się sami ze sobą. Odpowiedzieć na pytanie kim są i czego chcą. Dokonać dramatycznych wyborów. Ze strachu zdradzić kochanka, aby natychmiast tego żałować.

Pozostaje jeszcze kwestia, o której wspomniałam. Im dłużej oglądałam film, im lepiej poznawałam Larsa i Jimmiego, w miarę jak rozwijało się łączące ich uczucie, tym bardziej im kibicowałam, tym większą budzili sympatię. A przecież głoszone przez nich poglądy są mi obce, wstrętne, przerażają mnie. A jednak trudno powiedzieć, abym odczuwała satysfakcję, myślała: sami sobie winni, nie potrafię ich żałować. Tak przecież często w kinie bywa. Tym razem było inaczej. Czy to świadomy zamysł reżysera? Czy tylko na mnie tak podziałali bohaterowie? Może też na tym polega wartość tego filmu, że pokazuje skomplikowaną , niejednoznaczną ludzką naturę, drąży jej meandry i zakamarki. Zło może przybierać miłe oblicze i odwrotnie, w tym, co złe raptem budzi się coś dobrego. Co będzie dalej? Zakończenie jest otwarte. Chcę, być może naiwnie, wierzyć, że te dramatyczne wydarzenia zmienią na lepsze Larsa i Jimmiego, jeśli przeżyje.

Na osobną uwagę zasługuje relacja pomiędzy Jimmym i jego bratem Patrickiem, który z zazdrości zdradza, powodując lawinę tragicznych zdarzeń. Żałuje, ale jednocześnie w jednej z końcowych scen filmu widzimy go, jak stoi obok innych, kiedy na maszt wciągana jest flaga organizacji. Może nie ma jednak nadziei? Może mój optymizm jest bezpodstawny?

Henry James "Złota czara". Czytelnicze wyzwanie, które warto podjąć.

Moje pierwsze spotkania z twórczością Henrego Jamesa to ekranizacje jego książek w reżyserii Jamesa Ivorego: "Europejczycy" i "Bostończycy" (być może jeszcze coś, nie pamiętam). Potem były filmy: Jane Campion "Portret damy" i Agnieszki Holland "Plac Waszyngtona" na podstawie powieści "Dom na placu Waszyngtona". Wreszcie chyba cztery lata temu trochę pod wpływem filmowych wrażeń, trochę przez przypadek przeczytałam wspomniany tu "Portret damy" i odtąd zawsze chciałam wrócić do jego książek, ale w powodzi innych lektur jakoś zapominałam o tym amerykańskim pisarzu, tym łatwiej, że jego powieści nie leżą na księgarskich półkach. Aż tu nagle w maju pojawiła się opasła "Złota czara" (Prószyński i S-ka, 2011) reklamowana cytatem "Najlepsza książka, jaką kiedykolwiek stworzyłem." Natychmiast przypomniałam sobie o moich czytelniczych pragnieniach i kupiłam, no a teraz przeczytałam.

Twórczość tego zafascynowanego Europą amerykańskiego pisarza z przełomu XIX i XX wieku może łatwo zwieść. Dlaczego? W warstwie fabularnej jego powieści (nie wiem, czy wszystkie) to burzliwe, zawikłane romanse osadzone pod koniec XIX lub na początku XX wieku, ale miłośnik, a pewnie częściej miłośniczka, oczekująca czegoś w stylu Jane Austen może poczuć się rozczarowana. Bo to niełatwa lektura. Nie akcja jest tu istotna, ale zaglądanie w dusze bohaterów. Jednym słowem są to powieści określane mianem realizmu psychologicznego. James pisze długimi, skomplikowanymi, wielokrotnie złożonymi zdaniami, jego język aż roi się od kunsztownych, rozbudowanych porównań, pełno tu dygresji. Te książki wymagają skupienia i uważnego, niespiesznego czytania. Wielu mogą po prostu znudzić. Warto o tym wszystkim wiedzieć, zanim wyda się niemałą sumę na tę pokaźnych rozmiarów powieść. Jednak ten trud, ten czytelniczy mozół zostaje wynagrodzony. Henry James dotyka w swojej twórczości czegoś istotnego. Przygląda się temu, co dzieje się między ludźmi, głęboko wnika w dusze swoich bohaterów, kreśląc ich bogate portrety psychologiczne. Odkrywa to, do czego często trudno nam się przyznać, co skrywamy gdzieś  przed światem. Uczuć, emocji targających ludźmi, relacji między nimi nie sprowadza do banału, ale nadaje im  fundamentalne znaczenie. Cierpienie, ekscytacja, miłość, nienawiść mimo że ukryte, to w jego powieściach istota ludzkiej egzystencji. Inny ważny temat Henrego Jamesa to konfrontacja amerykańskości z europejskością. Przyznam jednak, że to jest dla mnie mniej interesujące, może dlatego, że jakoś słabo czytelne. Czas jednak najwyższy przejść do "Złotej czary".

Powieść tę można rozpatrywać na kilku poziomach. W warstwie pierwszej, tej najlepiej widocznej, to historia córki, Maggie Verver, i jej ojca, Adama, wdowca, bogatego amerykańskiego kolekcjonera sztuki. Żyją pomiędzy Stanami a Europą, coraz więcej czasu spędzając w Anglii. Jest między nimi niezwykle mocna więź, której nie przerwie nawet małżeństwo Maggie z włoskim, zubożałym księciem Amerigo, a potem małżeństwo Adama Ververa z biedną jak mysz kościelna szkolną przyjaciółką jego córki, Charlotte. Tu na scenę wkraczają emocje, bowiem okazuje się, że Amerigo i Charlotte byli w sobie zakochani, ale z powodu braku perspektyw (czytaj: braku pieniędzy), musieli się rozstać, aby szukać stabilizacji życiowej u boku bogatszych partnerów. Nietrudno się domyślić, co stanie się dalej, kiedy tych dwoje spotka się ponownie. Niczego tu zresztą nie zdradzam, bo takie informacje, czytelniku tej notki, znajdziesz na okładce "Złotej czary". Nie zdarzenia są tu ważne, ale bohaterowie. Henry James przeprowadza drobiazgową wiwisekcję tej czwórki i ich przyjaciółki Fanny, starszej damy, której rola w ich życiu jest mocno dwuznaczna. Pisarz przygląda się temu, co się dzieje w ich duszach, pokazuje, jak dochodzą do ważnych decyzji, co czują, kiedy są zdradzani, kiedy muszą rezygnować z tego, co dla nich najważniejsze. Opisuje, jak cierpią i kochają, i jak starają się to ukryć. Dlaczego Adam Verver decyduje się ponownie ożenić, skoro wcale tego nie pragnie? Dlaczego Charlotte, mimo obiekcji, jednak wychodzi za niego za mąż? Dlaczego tak łatwo ona i książę mogą się do siebie ponownie zbliżyć? Ile wiedzą Maggie i jej ojciec? Dlaczego postępują tak, a nie inaczej? A co myśli Fanny? Dlaczego czuje się winna i jak stara się z siebie tę winę zrzucić? To wszystko autor drobiazgowo analizuje.

Niezwykle ciekawe w tej powieści jest pokazanie przepaści między tym, co widoczne, a tym, co ukryte. Bohaterowie kochają, cierpią, oszukują, zwodzą, zdradzają, ale jednocześnie udają, że wszystko jest w porządku. Toczy się swoista gra pozorów, na powierzchni kwitnie zwyczajne rodzinne i towarzyskie życie, w którym każdy odgrywa swoja rolę. Nikt nie mówi tu niczego wprost, uczucia przykrywa konwenans. Nawet kiedy rozmawiają o tym, co się pomiędzy nimi dzieje, czynią to w sposób mocno zawoalowany, aluzyjny. To samo dzieje się, kiedy wychodzą na większą scenę, scenę towarzyską. Wielu widzi, co się dzieje, ale nikt nie powie. Udają, że wszystko jest, jak być powinno. Dlaczego? Bo i oni uczestniczą w podobnych przedstawieniach. Wydaje się, że ludzie należący do tej sfery sami ustalają zasady moralne panujące w tym świecie. Maggie potrafi przyznać się do tego, co czuje, tylko przed Fanny. Nie zrobi tego ani przed mężem, ani przed ojcem, ani przed Charlotte, którą nadal będzie nazywać swoja przyjaciółką. Nie wykrzyczy mężowi  rozczarowania, bólu i miłości. Nie zapyta ojca, czy on wie. Nie rzuci w Charlotte słowem zdrajczyni. Czy to dobrze? Jak oceniać ten teatr pozorów? Hipokryzja, fałsz, powiemy. I mnie te słowa towarzyszyły cały czas podczas lektury. Ale może to głęboka mądrość? Nienazwane pozwala nie palić za sobą mostów, wyprostować pokręcone ścieżki i na koniec zwyciężyć. Ale nie wszyscy wygrają. Niektórzy będą cierpieć. Ostateczne decyzje, jakie podejmą, czasem dobrowolnie z pełną świadomością konsekwencji, czasem zmuszeni sytuacją, robiąc dobrą minę do złej gry, będą miały charakter ostateczny. Nikt nie zdobędzie wszystkiego, nie zbierze całej puli, niektórzy stracą wszystko. Aby kogoś odzyskać, trzeba z kogoś zrezygnować. Z miłości do kogoś trzeba poświęcić miłość własną. I nie jest to łatwe. Wszyscy bohaterowie znaleźli się w potrzasku, z którego nie ma dobrego wyjścia.

To nie jest świat czarno-biały. Łatwo oczywiście potępić Charlotte, która zdradziła podwójnie, ale to nie zmienia faktu, że jej wielkie cierpienie jest autentyczne. W dodatku przegrywa dwukrotnie. To ona chyba ponosi największą porażkę. Nawet Maggie rozumie jej skrywaną rozpacz i zwyczajnie jej żałuje. A ona i jej ojciec? Czy nie zasłużyli sobie na zdradę, która ich dotknęła? Czy nie jest tak, że skazali swoich małżonków na samotność, nie liczyli się z ich uczuciami, wykluczyli ich ze swojego życia? Więź miedzy córką i ojcem jest tak silna, że nie potrafią z niej zrezygnować, zamykają się w swoim świecie, nie zważając na uczucia swoich małżonków. A ich intencje wobec Charlotte, czy były czyste? Czy jej przypadkiem nie wykorzystali? A książę, czy nie był jeszcze jednym eksponatem w kolekcji Adama Ververa? Można powiedzieć, że wszyscy w jakimś stopniu są ofiarami. I tu dochodzimy do drugiego, głębszego poziomu, na jakim można rozpatrywać powieść Henrego Jamesa.

Otóż wszyscy bohaterowie są ofiarami ról społecznych, jakie przyszło im odgrywać. Dlaczego Maggie wychodzi za mąż? Przecież jest tak bardzo związana z ojcem, że nie potrzebuje nikogo innego. Ale tego się od niej oczekuje: piękna, bogata panna powinna wyjść za mąż, więc tak czyni. W dodatku małżonek ma tytuł książęcy. Majątek jej ojca, jego kolekcja sztuki i książęcy tytuł Ameriga to wspaniałe połączenie! Dlaczego Adam Verver się żeni? Można powiedzieć, że między innymi (chociaż nie tylko) dla świętego spokoju. Tego oczekują od niego wszyscy. Bogaty, niestary wdowiec, który wydał za mąż córkę, powinien się ożenić, więc kręci się  koło niego rój kandydatek, aż w końcu ulega powszechnemu oczekiwaniu, aby tylko mieć spokój.  I książę, i Charlotte mają im dać jeszcze jedno: prowadzić w ich imieniu bujne życie towarzyskie. Wszak tego również oczekuje się od bogatego kolekcjonera sztuki i jego pięknej córki. To też jest rola, w którą dają się wtłoczyć. Mierzi ich nuda towarzyskiego życia, jego konwencja. Naprawdę marzą o świętym spokoju we własnym towarzystwie. Gdyby jednak zadowolili się tylko tym, zostaliby pewnie uznani za dziwaków. Podobnie jest z księciem i Charlotte. Dlaczego Amerigo nie może ożenić się z Charlotte, którą kocha? Bo oboje nie mają pieniędzy. On do swojego tytułu powinien dołożyć piękną żonę z majątkiem. Jeszcze raz powtórzę: włoski tytuł księcia, włoska przeszłość jego rodziny i amerykański majątek kolekcjonera sztuki świetnie do siebie pasują. A Charlotte, czy musi wyjść za mąż? Tego też się od niej oczekuje. Biedna, samotna, ale samodzielna nie mieści się w konwencji, dlatego trzeba znaleźć jej męża. Po ślubie natychmiast zostaje wtłoczona w rolę pani Adamowej Verver. W czasie jednej z rozmów z goryczą zwierzy się Fanny, powiernicy wszystkich:

"... zostałam już ostatecznie określona, unieruchomiona niczym szpilka wbita w igielnik, aż po sam łepek. Mam swoje miejsce w społeczeństwie ..."

Wchodząc w przeznaczone dla nich role społeczne, unieszczęśliwiają siebie i innych, bo tak naprawdę nie tego pragną.

Oczywiście powieść oferuje znacznie więcej. Bogate portrety psychologiczne, szczególnie Maggie, która z młodej, nieznającej cierpienia dziewczyny zmienia się w świadomą siebie, mądrą kobietę, która wie, czego chce i potrafi to inteligentnie osiągnąć. Poznaje przy tym gorycz życia i zyskuje wiedzę, że nie można mieć wszystkiego, trzeba wybierać. Zwycięża, ale nie jest to  słodkie zwycięstwo. Ja jednak najbardziej żałuję Charlotte. A książę, czy był wart miłości obu kobiet? Znam swoją odpowiedź na to pytanie, ale nie będę już wchodzić w kolejne rozważania. Kto lubi czytelnicze wyzwania, niech przekona się sam.



Popularne posty