"Rozstanie", poruszający film z Iranu.

Od czasu "Trzech kobiet", dzięki którym odkryłam irańskie kino i zburzyłam swoje stereotypowe spojrzenie na ten kraj, nie opuszczam żadnego filmu stamtąd, a i książkami na temat Iranu nie gardzę. Dlatego czym prędzej pognałam na "Rozstanie" Asghara Farhadiego, którego świetny film "Co wiesz o Elly" jakiś czas temu można było obejrzeć w kinach. No i nagrody na festiwalu w Berlinie nie były bez znaczenia. "Rozstanie" to film jednocześnie bardzo irański i bardzo uniwersalny. Konflikt przeradzający się w tragedię ma swoje korzenie w muzułmańskiej obyczajowości, ale jest to też opowieść o rozpadzie rodziny, bardzo europejska. Rozwój wydarzeń śledzi się z zapartym tchem, próbując odkryć prawdę. Kto ma rację? Kto mówi prawdę, a kto kłamie i dlaczego? Jak zwykle nie chcę zdradzać więcej, bo wyznaję zasadę, że im się mniej wie, tym większa przyjemność z oglądania. Warto wiedzieć, że należy zwracać uwagę na wszelkie szczegóły i nie uronić nic z toczonych na ekranie rozmów, bo wszystko tu jest istotne. A łatwe to wcale nie jest, bo bohaterowie mówią, często krzyczą, z szybkością karabinu maszynowego, więc napisy śmigają po ekranie. Nie jest to kino wesołe, przeciwnie: przygnębiające i przykre w swojej wymowie, takie, które nie pozostawia widza obojętnym. Ale kto nie szuka w kinie tylko rozrywki, film zobaczyć powinien koniecznie. Tych, którzy już widzieli, zapraszam dalej.

Ta historia w Europie nie mogłaby się tak zdarzyć. No bo z czego wzięło się nieporozumienie, które niespodziewanie  doprowadza do tragedii? Jego źródło odnajdziemy w muzułmańskich obyczajach, w tym, co wypada a czego nie wypada robić kobiecie (właściwie należałoby powiedzieć: co jej wolno a czego nie). Razieh, hołdująca tradycji muzułmanka pochodząca z religijnej , ubogiej rodziny, nie powinna podejmować pracy bez wiedzy męża i to takiej pracy: musi opiekować się starym mężczyzną, a to, jak wiadomo, wymaga od niej przekroczenia zakazanych barier. Kiedy staje przed dylematem: pomóc mu się przebrać czy zostawić w mokrych spodniach do powrotu syna, dzwoni do kogoś po religijną poradę. Pozwolenie pozwoleniem, ale mężowi do tego, gdzie i jak pracuje, przyznać się nie może. Tym bardziej, że jest sfrustrowany kłopotami finansowymi a charakter ma gwałtowny. Razieh znajdzie się w potrzasku: pieniądze są jej i jej rodzinie bardzo potrzebne, a jednocześnie wie, że postępuje źle. Praca, która jest koniecznością, staje się utrapieniem. Wymaga  sporego wysiłku, długich dojazdów, wszędzie musi brać ze sobą swoją małą córeczkę. Kiedy zdarzy się nieszczęście i w wyniku sprzeczki i szarpaniny straci nienarodzone dziecko, skłamie i zrzuci winę na Naadera, którego ojcem się opiekuje. Dlaczego to zrobi? Dla pieniędzy, które może wyłudzić? Ze strachu przed mężem? A może boi się przyznać, że poprzedniego dnia z powodu jej nieuwagi starszy pan wyszedł na ulicę i to właśnie wtedy, kiedy go szukała, potrącił ją samochód? Jest ofiarą czy spryciarą? Boi się czy wykorzystuje swoje nieszczęście? W tym filmie nie ma jednoznacznych rozstrzygnięć. Z jednej strony współczułam jej z powodów, o których już wspominałam, z drugiej trudno dziwić się reakcji Naadera, kiedy zastał nieprzytomnego, związanego ojca leżącego na podłodze. Kiedy Razieh kłamie a kiedy mówi prawdę? Wydaje się, że ona sama gubi się w tym wszystkim. A zatajając prawdę, sprowadza nieszczęście na Naadera.

On też budzi jednocześnie współczucie, zrozumienie i niechęć. Trudno dziwić się jego złości, wszak Razieh o mało nie przyczyniła się do śmierci jego ojca. W dodatku swoim natrętnym zachowaniem jeszcze bardziej wyprowadza go z równowagi i powoduje wybuch niekontrolowanego gniewu. Potem jednak broniąc siebie, kłamie i mataczy, idzie w zaparte, udając, że nie wiedział o ciąży kobiety. Najgorsze jest jednak to, że w swoje sprawy wciąga córkę.

Wątek dzieci wydaje mi się w tym filmie najtragiczniejszy, robi na mnie największe wrażenie. Bo tu wszystko rozgrywa się na oczach dwóch dziewczynek. I mała córeczka Razieh jest świadkiem tego, co się dzieje, i Termeh, wrażliwa, zamknięta w sobie, nieśmiała córka Naadera i Simin zostaje wciągnięta w tragiczne zdarzenia. Smutne oczy obu obserwują  poczynania dorosłych. Termeh kocha ojca, być może jest do niego przywiązana bardziej niż do matki, przynajmniej on tak twierdzi. Kocha też dziadka i Simin. Chcąc ją skłonić do powrotu do domu, zostaje przy ojcu. Już samo rozstanie rodziców jest dla niej tragedią. Tymczasem to dopiero początek nieszczęść. Na jej oczach dokonuje się deziluzja. Termeh powoli zaczyna uświadamiać sobie, że jej ojciec kłamie. Kiedy nieśmiało wypytuje go, czy naprawdę nie wiedział, że Razieh była w ciąży, on brnie dalej. Wciąga swoją wrażliwą córkę w brudny świat dorosłych. Nie zdaje sobie sprawy, jak ją krzywdzi. To naprawdę straszne, kiedy dziecko nagle uświadamia sobie, że jego ukochani rodzice są dwulicowi. Kiedy musi się za nich wstydzić. Kiedy musi brać na siebie konsekwencje burzy, jaką wywołali (wściekły mąż Razieh nachodzi ją w szkole, szkalując jej ojca). Nic dziwnego, że gdy przychodzi jej podjąć decyzję, z kim ma zostać, chce to zrobić bez ich obecności. A oni dopiero wtedy, uświadamiają sobie, do czego doprowadzili. Kiedy z niepokojem oczekują na korytarzu urzędu na to, co postanowiła, wszystko się nagle uspokaja. Razem z nimi trwamy w nieznośnie przeciągającej się ciszy, czekając na to, co zrobi wyrwana z sielanki dzieciństwa Termeh.

Świat pokazany w tym filmie wydaje się matnią, z której nie ma  wyjścia. U początku lawiny zdarzeń stoi decyzja Simin o rozwodzie i wyjeździe z Iranu. Ona ma dość życia tam, nie chce, żeby jej córka dorastała w zniewolonym kraju. Trudno jej się dziwić. Z drugiej strony nie można przejść obojętnie obok argumentu Naadera. On wyjechać nie chce, bo musi opiekować się schorowanym ojcem. Skłonna początkowo stanąć po jej stronie, kiedy zobaczyłam na ekranie starego człowieka, zrozumiałam opór jego syna. A może dla Termeh ważniejsza jest kochająca się rodzina niż wolność? Nikt jej nie pyta o zdanie. Jak rozstrzygnąć ten spór? Kto ma rację? Kiedy rozpęta się piekło, rodzice zafundują tej wrażliwej dziewczynce przyspieszony kurs dorosłości, a jej schorowany dziadek niczym pakunek będzie przewożony z mieszkania do mieszkania. Podobnie jak mała córeczka Razieh, którą matka wszędzie musi zabierać ze sobą.  

Ten film mocno oddziałuje na zmysły. Wwiercają się w mózg smutne spojrzenia bohaterów, szczególnie tych bezbronnych: dzieci i starego człowieka. Uszy drażnione są krzykami i gwałtownymi zachowaniami mężczyzn: Naadera i męża Razieh. Pozostają w pamięci szare, długie, bezosobowe, zatłoczone korytarze urzędów, znużone twarze sędziów czy policjantów. Dla nich to kolejna sprawa, którą trzeba odbębnić, dla skłóconych rodzin konflikt, który niszczy ich życie. Z jednej strony kobiety, dla których noszona chusta jest zniewoleniem, pewnie dlatego zarzucają ją na siebie niedbale, z drugiej inne, które przykrywają się szczelnie, ukrywając jednocześnie prawdę o sobie (dlatego Naader tak łatwo może udawać, że nie wiedział o ciąży Razieh). Gwałtowni, nieobliczalni mężczyźni i wyciszone kobiety, każda zdecydowana w swoim działaniu, chociaż każda w inny sposób. Ile tu oskarżenia systemu, religijnego, opresyjnego państwa, a ile stosunków panujących w rodzinie?

Film z jednej strony przygnębia, męczy, bo taki jest pokazywany na ekranie świat, z drugiej robi niezwykłe wrażenie. Przewiercił mnie na wylot.

"Ki", filmowy debiut Leszka Dawida

Obejrzałam "Ki" Leszka Dawida. Za rolę w tym filmie Roma Gąsiorowska dostała nagrodę na tegorocznym festiwalu w Gdyni. Ale nie tylko dla niej warto wybrać się do kina. Historię zwariowanej, żyjącej z dnia na dzień Kingi, samotnej matki kilkuletniego Pio, śledziłam z dużym zainteresowaniem. Tempo, ruch, obraz, kolor, muzyka, ale przede wszystkim wnikliwy portret bohaterki, a w tle obraz środowiska, w którym się obraca. Idąc do kina, zastanawiałam się, czy film da mi więcej niż to, czego spodziewałam się po kilkakrotnym obejrzeniu zwiastuna pokazywanego przed innymi seansami. Tak się stało. Może myśli płynące z ekranu nie są specjalnie odkrywcze, ale bohaterka, także za sprawą Romy Gąsiorowskiej, na tyle drażni i przykuwa uwagę, że na pewno warto "Ki" zobaczyć. A kto już widział, może przeczytać ciąg dalszy.

Ki drażni i fascynuje jednocześnie. Nie wiem, ile w tym zasługi aktorki a ile konstrukcji samej postaci. Żyje z dnia na dzień, bez pardonu wyręcza się innymi, nie rozumie, że jej sposób bycia może przeszkadzać żyjącym z nią pod jednym dachem współlokatorom. Bałagani i nie sprząta, puszcza głośną muzykę, od tego pożyczy pieniądze, aby tamtemu oddać. Spóźnia się, zawala terminy, wiecznie się spieszy, wykonuje swoją pracę na pół gwizdka. Ma przedziwną umiejętność anektowania dla siebie wszystkiego, co wokół niej. Także ludzi. Beztrosko angażuje ich w swoje życie. Ktoś ma odebrać Pio ze żłobka, ktoś zamienić się z nią  pokojem, ktoś pożyczyć pieniądze. Ona nie prosi, nie żąda. Po prostu dla niej jest oczywiste, że tak można. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że nie obraża się, kiedy jej odmawiają. Odkąd wprowadziła się z synkiem do mieszkania Dor, jednej z przyjaciółek, stale poszerza w nim swój obszar. Dor i Miko, współlokator, z coraz większą bezradnością patrzą na to, co się wokół nich dzieje. Nic dziwnego, że w końcu zdezerterują. Jest bezgranicznie ufna, potrafi powierzyć opiekę nad dzieckiem komuś, kogo przed chwilą poznała, tylko dlatego, że był sympatyczny. Dla niej nie istnieją bariery między ludźmi, nie ma dystansu. Nie czuje niestosowności niektórych swoich próśb. Buntuje się, chciałaby żyć tak beztrosko jak jej przyjaciółki: artystki i feministki, barwne ptaki. One są wolne, ona ma garb: synka. Jak mówi, przygotowując swoją artystyczną wypowiedź, wszystkie problemy kobiet z tego się właśnie biorą.

Nieodpowiedzialna? Beztroska? Tak początkowo myślałam. Sporo w tym prawdy, ale nie cała. Bo z drugiej strony Ki stara się jak może. Pozuje na Akademii, szuka dodatkowej pracy, dba o Pio, jak potrafi, na pewno go kocha. Przychodzi do pracy z dzieckiem, które przeszkadza malującym? Tak, bo nie ma z kim go zostawić. Pożycza pieniądze? Tak, bo jakoś musi nakarmić synka. Prosi Miko, aby udawał jej partnera? Tak, bo w ten sposób może zyskać dobrą opinię w ośrodku pomocy społecznej, a bez zapomóg byłoby jej jeszcze trudniej. Odchodzi od ojca swojego dziecka? Tak, ale czy mogła na niego liczyć? Wcale. To raczej akt odwagi i wyzwolenie niż nieodpowiedzialność. Przykłady można mnożyć. Ki ma rację: jej problemy biorą się stąd, że jest matką. A ani ona, ani tym bardziej Anto, ojciec jej synka, do roli rodziców nie dorośli. Są po prostu niedojrzali. Pytanie, dlaczego mają dziecko, pozostaje bez odpowiedzi. Cóż, pewnie wpadka, a nie świadoma decyzja. Chociaż mogę wyobrazić sobie szaloną Ki, która nagle porwana emocjami i wizją złudną sielankowego macierzyństwa postanawia zostać matką, nie myśląc o konsekwencjach.

Łatwo zwalić winę na Ki. Nieodpowiedzialnie została matką, więc ma za swoje. Ale to nie likwiduje problemu. Jest przecież Pio i to on będzie ofiarą takiego kukułczego wychowania. I tu dotykam sedna. Problem w tym, że Ki może liczyć tylko na siebie. Jeśli dostaje pomoc, to tylko doraźną. Go, kolejna przyjaciółka, przypilnuje dziecko, Miko zagra przed panią z opieki społecznej jej partnera, matka da od czasu do czasu pieniądze, urzędnicy każą jej pójść na terapię, ktoś powie, jak wypełnić papiery potrzebne do sądu. Ale czy tak naprawdę można na nich liczyć? Czy przyjaciółka, feministka, która jedną ręką podsuwa jej sądowe formularze, a drugą wciąga kokę, poradzi jej rzetelnie? Pomoc matki, oprócz finansowej, ogranicza się do uwagi, aby wyszła za mąż za Anto. Nie myśli o tym, że wtedy Ki weźmie sobie na plecy kolejny garb. Terapia okaże się groteską. Zresztą jak mówić o jej skuteczności, skoro za drzwiami płacze Pio pozostawiony pod opieką sympatycznego, ale przypadkowego chłopaka. Obleśny kierownik opieki społecznej swoją pomoc uzależnia od tego, czy Ki będzie z nim sypiać. Jeśli nie, wystąpi  o odebranie jej dziecka. Zamknięty w sobie samotnik, tajemniczy Miko, też nie potrafi się poważnie zaangażować w jej problemy. Ale czy możemy mieć pretensje o to, że nie zakochuje się w Ki i jej dziecku? Tak pewnie stałoby się w słodkim, hollywoodzkim filmie, ale nie tu. No bo czy można kogoś zmusić do miłości? Pytanie retoryczne.

Ki jest przeraźliwie samotna. Serce się ściska, kiedy kamera obserwuje ją z lotu ptaka: kruchą, samotną dziewczynę w pustym, nocnym mieście, zmierzającą do domu, który nie jest domem prawdziwym, tylko przechowalnią samotnych jak ona nieszczęśników. I ostatnia scena filmu: skulona Ki, sama w wielkim mieszkaniu. Nagła cisza nie jest zwiastunem spokoju, ale samotności i bezradności.

Taki jest świat pokazany w tym filmie. Pełno tu życiowych popaprańców, nieszczęśliwców kryjących swoje traumy za maską obojętności, brutalności lub cynizmu. Wszyscy gdzieś pędzą, odbijają się od siebie, ocierają, mijają, ale prawdziwych więzi nie potrafią nawiązać. Relacje między ludźmi są trochę przypadkowe i bardzo powierzchowne. To oczywiście nie jest prawda o całym współczesnym świecie, ale z pewnością o jego części.

Mimo że Ki irytowała mnie bardzo, trudno jej nie polubić, a na pewno trzeba współczuć. Czy jest dla niej jakiś ratunek? Nie wiem.

Martin Pollack "Po Galicji"

Dziś krótko, na marginesie, o książce Martina Pollacka, która nosi długaśny podtytuł O chasydach, Hucułach, Polakach i Rusinach. Imaginacyjna podróż po Galicji Wschodniej i Bukowinie, czyli wyprawa w świat, którego nie ma. (Czarne 2007). Przypomniałam sobie o niej niedawno i nagle zapragnęłam natychmiast przeczytać. Niemało trudu włożyłam, aby ją zdobyć, ale udało się (Jak się przy okazji dowiedziałam, wkrótce ma zostać wznowiona.).
Dzięki autorowi, znawcy literatury słowiańskiej i historii Europy Wschodniej, który wydał kilka książek o tej tematyce, odbyłam i ja bardzo interesującą podróż koleją od Przemyśla do Czerniowiec na Bukowinie, a potem inną trasą do Lwowa. Przeniosłam się w wiek XVIII i XIX, w czasy kiedy Galicja była częścią monarchii austro-węgierskiej. Stereotyp, że ten obszar to kraj biedy, analfabetyzmu, pijaństwa, masowej emigracji za ocean, małych, zabłoconych a latem zakurzonych sztetli okazał się prawdziwy. A mimo to Galicja wykreowana przez autora na kartach książki jest fascynującą krainą zamieszkiwaną przez mieszankę narodowości różnych wyznań, krainą kilku bogatych miast, dzikiej, wspaniałej przyrody.
Wiele tu zaskoczeń. Choćby takie, że w pewnym okresie Galicja była czwartym na świecie producentem ropy, a wydobywano ją w okolicach Drohobycza. Dotąd to galicyjskie miasteczko kojarzyło mi się tylko z Schulzem i jego "Sklepami cynamonowymi". A takich odkrywczych i ciekawych informacji jest tu dużo, dużo więcej. Słowem kolejne spotkanie z nieznanym, kolejne odkrycie. Polecam!

Doris Lessing "Złoty notes"

To druga książka Doris Lessing, jaką przeczytałam. Poprzednia, "Lato przed zmierzchem", zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Kobieta może przejrzeć się w niej jak w lustrze, które bezlitośnie obnaża wszelkie słabości. W wielkim skrócie, bo przecież nie o "Lecie ..." mam dziś pisać, jest to powieść o gotowości kobiet do całkowitego podporządkowania swojego życia mężczyźnie, o skłonności do poświęceń, których nikt nie wymaga, rezygnacji z siebie. Kilka moich koleżanek mocno ją przeżyło. "Zloty notes", podobno najważniejsza książka Lessing, również drąży ten sam temat: relację kobieta-mężczyzna. Ale nie tylko. To także powieść o fascynacji i rozczarowaniu zachodniej inteligencji komunizmem i Związkiem Radzieckim, o artystach i procesie twórczym, o chorobie psychicznej i wyborze drogi życiowej. Sporo? Tak, ale "Zloty notes" liczy ponad osiemset stron, więc nie ma się co dziwić, że aż tyle (a nawet więcej) można z niego wycisnąć. Spróbuję teraz uporządkować moje rozważania i jak zwykle podzielić się refleksjami z lektury.

Od czego zacząć? Od krótkiej informacji o treści czy o formie? Wszak i jedno, i drugie ważne. Może jednak na początek parę słów (a raczej zdań) o treści. Jest to opowieść o Annie, pisarce, kobiecie wolnej, która w młodości (lata drugiej wojny światowej) spędza kilka lat w Afryce Środkowej. Z tamtego okresu wywodzi się jej flirt z komunizmem. Ta fascynacja rozwieje się dopiero w jakiś czas po śmierci Stalina. Obserwujemy zmagania Anny z mężczyznami, z własną niemocą twórczą, z komunizmem, z rodzicielstwem. Wszystko to bardzo ważne. Śledzimy też losy jej przyjaciółki Molly, również artystki i kobiety wolnej, jej syna, jej byłego męża i jego obecnej żony. Przez karty powieści przewija się mnóstwo różnych postaci, przede wszystkim mężczyzn. Anna prowadzi cztery różne notesy, a każdy z nich dotyczy innego obszaru jej życia (pobyt w Afryce i zmagania twórcze; nowa powieść inspirowana jej losami i szkice opowiadań; komunizm; codzienność). W ten sposób zgrabnie przeszłam do formy. Notesy wplecione są w główną narrację zatytułowaną Kobiety wolne. Wszystko  wzajemnie się uzupełnia, oświetla, pisząc powieść, Anna obficie czerpie ze swojego życia, i w ten sposób poznajemy bogatą osobowość głównej bohaterki, historię jej barwnego, skomplikowanego życia, jej kochanków, ewolucję poglądów, twórcze cierpienia, dylematy, wybory życiowe. Bardzo ciekawe jest obserwowanie pisarskiej kuchni. Mężczyźni, których Anna spotyka na swojej drodze, pojawiają się na kartach tworzonej przez nią powieści pod innymi nazwiskami, z nieco zmienioną biografią, ale niezmienna pozostaje istota relacji Anny z nimi. A ów tytułowy złoty notes? Kiedy bohaterka dochodzi do wniosku, że jej życie to jednak całość, a nie chaos, jak myślała, zaczyna wszystko zapisywać w jednym, złotym, notesie, zresztą najkrótszym. W pewnym momencie zadałam sobie pytanie: czym jest spinająca całość narracja zatytułowana Kobiety wolne. Zasadniczym trzonem powieści Doris Lessing, taką ramą, na której autorka rozpięła całość, jak się długo wydaje, czy może jeszcze jedną powieścią pisaną przez samą Annę, co zasugerowane zostaje pod koniec całości? Trudno to jednoznacznie rozstrzygnąć. Nie wiem zresztą, czy to takie istotne, wszak, jak przed chwilą pisałam, wszystkie elementy tej układanki składają się na niezwykle bogaty, ciekawy portret Anny, kobiety wolnej, świadomej siebie, żyjącej na własny rachunek, a przynajmniej starającej się tak żyć.

Anna to zupełnie inna kobieta niż bohaterka wspomnianego przeze mnie "Lata przed zmierzchem". Dawno już nie odnalazłam tyle z siebie w jakiejś literackiej postaci, chociaż wiele jej wyborów czy poglądów jest mi zupełnie obcych. Ale wystarczy to coś, aby poczuć bliskość i przynajmniej częściowo się z nią utożsamić. Zbyt to jednak osobiste, więc pisząc o niej, nie zdradzę, w czym odnajduję siebie, a w czym zupełnie nie. Główna bohaterka "Lata .." była mężatką, matką, kobietą całkowicie na usługach swojego męża i dzieci. Bez nich nie umiała istnieć, funkcjonować, odnaleźć się w życiu. Znaczyła coś o tyle, o ile żyła dla nich, ich problemami. Inaczej Anna, od początku samodzielna (w każdym sensie), mająca wielu mężczyzn, później samotna matka, nie z konieczności, ale ze świadomego wyboru. Pielęgnuje swoją wolność, która jest dla niej bardzo ważna. Bycie wolnym to jej ideał, ale życie nie zawsze dorasta do ideału. Anna co jakiś czas wpada w uczuciową pułapkę. Wikła się w miłosną zależność od mężczyzn, z którymi się wiąże. Czeka na ich powrót do domu, jej, kobiecie wolnej, sprawia przyjemność przygotowywanie dla nich kolacji, dzielenie z nimi codzienności. Jest zazdrosna o ich żony, o inne kobiety, z którymi się umawiają, z którymi sypiają, cierpi, kiedy ją porzucają. A jednocześnie uważa, że ona, kobieta wolna, powinna być ponad zazdrość, codzienność, uzależnienie od miłości. Gani siebie za głupie uczucia, które nie powinny być w jej życiu ważne, a są, za emocje, które nie pasują do naszych czasów (lata pięćdziesiąte zeszłego wieku), a jednak je odczuwa. Okazuje się, że nawet kobiety wolne mimo starań traktują tę sferę życia niczym narkotyk. Inaczej mężczyźni. Bo to również powieść o facetach, a ich portret nie jest tu zbyt pochlebny. Są często słabi i taka silna kobieta jak Anna (przynajmniej silna pozornie), potrzebna im jest, aby ich wspierać, leczyć ich traumy, lęki, kompleksy. Jest dobra do zwierzeń i do łóżka. Mogą jej opowiadać o swoich wspaniałych żonach, które nie chcą się z nimi kochać, o swoich równie wspaniałych dzieciach. Potem odchodzą, od Anny, nie od swoich ślubnych. Inni latami żyją podwójnym życiem, a ich udręczone żony godzą się na to, bo nie umieją żyć bez nich (jak bohaterka "Lata przed zmierzchem"). Żałują tych swoich biednych, udręczonych, poświęcających się dla rodziny kobiet, więc przy nich trwają, mimo że traktują dom jak magazyn czystych koszul. Potrafią żyć w takim uczuciowym rozkroku bez większych dylematów moralnych. A Anna, jak już napisałam, cierpi. Kiedy jej kolejni kochankowie kończą, czasem długoletni, romans z nią, nie może się pozbierać, ale na nich wydaje się to nie robić większego wrażenia. Wydaje się, że kobiety mimo starań zawsze będą na straconej pozycji. Małżeństwo po jakimś czasie wieje uczuciową nudą, żona sprowadza siebie do roli służącej, jest traktowana przez męża przedmiotowo. A wolny związek to tylko pozór wolności, bo kobieta i tak uzależni się uczuciowo od swojego ukochanego. To mężczyźni potrafią być prawdziwie wolni, żyć pracą, uczucie postawić na drugim planie.

Ciekawy jest stosunek Anny do macierzyństwa. Córka z jednej strony ją ogranicza, zabiera swobodę, ale z drugiej zmusza do życia, stawia do pionu, nadaje jej egzystencji zewnętrzną formę, porządek. Kiedy na własną prośbę wyjedzie do szkoły z internatem, życie jej matki się rozsypie. Nic nie będzie musiała, żadnych obowiązków, a ponieważ zbiegnie się to z osobistym kryzysem, zacznie osuwać się w rodzaj letargu, odrętwienia, a może nawet choroby psychicznej. 

Niezwykle ważna część tej powieści to fascynacja i powolne rozczarowanie Anny i jej środowiska komunizmem. Dla nas, mieszkańców Europy Wschodniej tak bardzo doświadczonych przez komunizm, naiwność intelektualistów Zachodu wydaje się niewiarygodna. Początek zauroczenia Anny marksistowską ideologią można zrozumieć. Stało się to w czasie jej pobytu w Afryce. Komunizm i środowisko lewicowych intelektualistów było jedyną alternatywą dla rasizmu i kolonializmu. Ale potem? W latach pięćdziesiątych w Londynie? Kiedy docierają już wieści o komunistycznych zbrodniach, o sfingowanych procesach, więzieniach i egzekucjach? Kiedy Anna jedzie do Berlina Wschodniego i na własne oczy widzi, jak się tam żyje, co się dzieje z ludźmi? Nawet po śmierci Stalina, gdy w Związku Radzieckim zachodzą  zmiany, ona i jej środowisko nadal pozostają pod jego wrażeniem. Długo zadają sobie pytanie, czy te przerażające wieści są aby na pewno prawdziwe? Długo potrafią usprawiedliwić zbrodnie i niegodziwości, tłumacząc je wyższą koniecznością. Dopiero hipokryzja i fałsz w szeregach angielskiej partii komunistycznej zniechęcają Annę ostatecznie do idei komunizmu.

To oczywiście nie wszystko. Bardzo ciekawe są partie książki poświęcone wspomnieniom głównej bohaterki z wojennych lat spędzonych w Afryce. Barwne, ciekawe środowisko młodych ludzi starających się wyszarpać z życia wszystko, bo toczy się wojna i śmierć zagląda w oczy. Miejscowe stosunki, tragiczne postacie. Dużo jest o twórczości, sporo o chorobie psychicznej. Osobne, też ważne, wątki to historia przyjaciółki Anny, Molly, jej syna, jej byłego męża i jego drugiej żony. I wiele, wiele więcej.

Warto wiedzieć, że powieść w czytaniu jest bardzo nierówna (podobnie "Lato przed zmierzchem"). Są partie, które dosłownie pochłaniałam, przez inne przedzierałam się powoli, czasem nawet ze znużeniem (fragmenty opisujące osuwanie się Anny w chorobę psychiczną). Obok całych stron zapisanych dialogami, sporo tu różnych ideologicznych rozważań albo dla przeciwwagi fragmentów opisowych, lirycznych (okres afrykański). Nie zmienia to faktu, że to powieść bardzo ważna, jedna z tych, które powinno się poznać, bo jeśli nawet nie zmienią życia, to każą się sobie boleśnie przyjrzeć. Śmiało mogłabym umieścić ją na liście dziesięciu książek, które trzeba przeczytać (patrz: zainicjowana niedawno  przez Gazetę Wyborczą akcja). Na pewno za jakiś czas dam się sponiewierać kolejnej powieści Doris Lessing.             

Pedro Almodovar "Skóra, w ktorej żyję"

Jak zapowiadałam w poprzedniej notce, czym prędzej poszłam na najnowszego Almodovara. To jeden z moich ulubionych reżyserów. Takich, co to ich filmy mogę oglądać po kilka razy. Poprzedni, "Przerwane objęcia", bardzo mnie rozczarował. Mało w nim było prawdziwego Almodovara, pozostał czysty melodramat, a nie tego od hiszpańskiego reżysera oczekuję. Dlatego na "Skórę, w której żyję" szłam trochę z duszą na ramieniu. Na szczęście reżyser wrócił do formy. W filmie odnalazłam wszystko to, co tak u niego lubię, tylko humoru właściwie nie ma. Tym razem jest na serio w almodovarowskim sosie. Trochę jednak pomarudzę. Chyba po prostu przyzwyczaiłam się do stylu ekscentryka z Madrytu i coś, co kiedyś było świeże, zaskakujące i olśniewające, dziś już zadziwić nie może. Pozostaje sprawnie zrobiony film, który świetnie się ogląda i kilka modnych tematów, nie tak znowu głęboko i odkrywczo potraktowanych. Raczej bardzo dobra rozrywka niż przeżycie. Ale zobaczyć oczywiście trzeba, a dla widzów zaczynających swoją przygodę z Almodovarem być może będzie to coś więcej. Tak jak dla mnie kiedyś. Tym razem celowo nie zdradzę nic z treści, bo w wypadku tego filmu im mniej się wie, tym przyjemniej się ogląda. A kto już widział, może przeczytać ciąg dalszy. Zapraszam.

Słyszałam głosy, że to zupełnie inny Almodovar. Inny? Ja odnalazłam w tym filmie ulubione motywy, wątki i chwyty hiszpańskiego reżysera. Jest problem płci, pytanie o to, co właściwie ją determinuje, co znaczy być kobietą czy mężczyzną. Jest motyw matki i syna. Pojawia się wielka, szalona miłość, tym razem nie tylko w wersji damsko- męskiej, ale też ojca do córki. Są tajemnice, sięganie w przeszłość bohaterów, dziwne postacie, wielki, tajemniczy dom, ogrywanie gatunkowej konwencji (tu thriller), nasycone barwy, kicz, przebrania. Ja odnajduję tu nawet echa dawnych scen. Kiedy Zeca, syn Marilii, rzuca się na Verę, myląc ją ze swoją dawną kochanką, staje mi przed oczami przekomiczna scena gwałtu z "Kiki" (Mam nadzieję, że pamięć mnie nie zawodzi. Ale wykluczyć, że pomyliłam tytuły, nie mogę.). Tyle, że to, co oglądamy na ekranie tym razem, wcale nie jest śmieszne, raczej smutne czy tragiczne. Mnie ten film trochę przypomina wspomnianą już "Kikę". Wielki, kryjący tajemnicę dom, jego właściciel, chirurg plastyk i jednocześnie naukowiec Robert Ledgard (tam był pisarz). Karnawałowy kostium Zeci czy druga skóra Very mogą być dalekim echem dziwacznej kamery, którą dźwiga na głowie jedna z bohaterek "Kiki". Wreszcie zbrodnia. Ale może to tylko takie moje impresje i luźne skojarzenia, może gdybym obejrzała "Kikę" po raz kolejny (na pewno kiedyś to zrobię), podobieństwa okazałyby się tylko czczą imaginacją. To, co odróżnia najnowszy film Almodovara od poprzednich, to ton serio i porzucenie ulubionego przez niego melodramatu na rzecz thrillera.

Reżyser kreuje postać mrocznego, złowrogiego Roberta Legranda, chirurga plastycznego, który w zaciszu swojego wielkiego, pustego, pilnie strzeżonego domu przeprowadza niedozwolone eksperymenty: hoduje ludzką skórę odporną na ogień czy ukąszenia owadów. Nie to chyba jest jednak najgorsze. Korzystając ze swojego wynalazku i talentu chirurga, stwarza nowego człowieka. Mszcząc się na gwałcicielu swej ukochanej córki (gwałt tragicznie odcisnął się na jej losie), porywa go, więzi, aby stopniowo zmienić w niezwykle piękną  kobietę o idealnej, gładkiej skórze. Tak idealną, że aż w swym pięknie nierzeczywistą. Kobietę-miraż, kobietę-marzenie. Aluzje do Frankensteina czy Pigmaliona są tu oczywiste. Czy równie uprawnione jest porównywanie go do Boga-stwórcy? Chyba jednak nie do końca. Wszak intencje Roberta nie są czyste. O ile  praca nad doskonałą, ludzką skórą to wynik tragicznego wypadku jego żony, i w tym sensie jest szlachetna, bo może być ratunkiem dla wielu okaleczonych, o tyle zmiana płci, a właściwie stworzenie kobiety, Very, to efekt zemsty. O szlachetności nie ma co mówić. Nie jest też jasne, co Robert zamierzał zrobić z Verą, zanim nie uległ jej doskonałemu czarowi i  nie zakochał się w niej. Być może, nie wiedział. Zabić? To sugeruje mu Marilia. Więc jeśli już Bóg, to raczej ten starotestamentowy, groźny i okrutny, a nie miłosierny, jakim chcemy Go widzieć dziś. Produkt Roberta okazuje się też niedoskonały i to na kilku poziomach. Vera jest piękna, ma ponętne, idealne ciało, ale nie potrafi przeżywać cielesnych rozkoszy. Udając miłość, pożądanie i ekstazę, cierpi z bólu i prawdopodobnie obrzydzenia. Wszak naprawdę pozostała nadal mężczyzną, dawnym Vincetem uwięzionym w kobiecym ciele. I na tym polega kolejna porażka almodovarowskiego Frankensteina. Jego twór nadal pozostaje mężczyzną, Vincetem, który nie zapomniał nie tylko o swojej płciowej tożsamości, ale i o przeszłości. Dlatego zrobi wszystko, aby wrócić do matki (znowu matka i syn). Ta więź okazuje się najsilniejsza. Vera to też swoista femme fatale. Swoista, bo naprawdę pozostaje mężczyzną. Musi uwieść Roberta, aby uciec. Będzie udawać i cierpieć, żeby zdobyć upragnioną wolność. I to kolejna porażka mściwego demiurga. Stworzona przez niego piękność jest nie tylko niedoskonała, ale zaczyna żyć własnym życiem i nie podporządkowuje się jego woli. Almodovar stawia w swoim filmie pytanie o granice medycznych i genetycznych eksperymentów, które mogą się wymknąć spod kontroli, nie udać czy służyć niecnym celom. Wraca też do jednego ze swoich ulubionych tematów: płci, płciowej tożsamości. Na ile nasza fizyczność determinuje płeć? Kiedy jesteśmy kobietą? Kiedy mężczyzną? Kiedy granica się zaciera? Kim będzie Vera, w której ciele uwięziony został Vincent? Jak będzie żyć? Zyska czy straci na tej przemianie? Jak zareagują na to jej matka i przyjaciele? Rozpoznają? Zaakceptują? Warto zauważyć, że reżyser pokazuje sytuację odwrotną niż ma to miejsce zazwyczaj. Nikt tu nie został wyzwolony od brzemienia nieakceptowanej płci, przeciwnie: Vincent dostał nową  wbrew swojej woli. Jest ofiarą medycznej zbrodni, medycznego gwałtu. I nie ma znaczenia, że to kara. Ale czy rzeczywiście kara? Raczej zemsta, o czym już wspominałam.

Można też po obejrzeniu tego filmu stawiać sobie pytania o winę i karę. Czy odurzony prochami Vincent odpowiada za to, co zrobił? Jak twierdzi, i pewnie mówi prawdę, niczego nie pamięta. Ale zło się stało. Jest winien. Czy ma sens kara wymierzana po latach? Kiedy jest już innym człowiekiem? I czy kara może być zemstą?

Takie refleksje hulają w mojej głowie po obejrzeniu najnowszego filmu Pedro Almodovara.   

   

"Braterstwo", debiut filmowy Duńczyka, Nicolo Donato.

W tym tygodniu na pewno wszyscy pobiegną na najnowszego Almodovara, ja oczywiście też. Ale zanim zobaczę jego najnowszy film i napiszę o nim, dziś podzielę się refleksjami po obejrzeniu duńskiego "Braterstwa", debiutu Nicolo Donato nagrodzonego na festiwalu w Rzymie. (Imię i nazwisko mogą wprowadzać w błąd, więc z ciekawości sprawdziłam, czy reżyser jest Duńczykiem. Tak.) To historia Larsa, który po rezygnacji z kariery wojskowej, dość nieoczekiwanie wiąże się z organizacją neofaszystowską. Niczego tu nie zdradzę, wszak można to znaleźć w każdej zapowiedzi tego filmu, jeśli napiszę, że jest to też opowieść o zakazanej miłości pomiędzy głównym bohaterem a jego kolegą z organizacji, Jimmym. Reżyser przygląda się ich wzajemnej fascynacji, przyciąganiu i odpychaniu. Pamiętajmy, że spadkobiercy ideologii faszystowskiej, prawdziwi mężczyźni, nienawidzą homoseksualistów. Mnie zdumiał także fakt, że organizacja jawnie nawiązująca do faszyzmu działa właściwie legalnie. Jest to kino ascetyczne, chłodne (to wrażenie potęguje sposób pokazywania świata: zimne, monochromatyczne barwy, proste wnętrza), ale jednocześnie mroczne, chwilami mocne, im bliżej końca, tym bardziej trzymające w napięciu. Film obejrzałam z zainteresowaniem, a po seansie pozostał mi dysonans moralny, jaki zwykle towarzyszy nam wtedy, kiedy odpychający bohaterowie zaczynają budzić sympatię. Zastanowię się nad tym w drugiej części tej notki, którą powinien przeczytać raczej ten, kto już film widział. Zapraszam.

Moje rozważania zacznę jednak od innej wątpliwości. Dlaczego Lars, który początkowo wyraźnie sprzeciwia się poglądom głoszonym przez Grubego, przewodniczącego miejscowej organizacji neofaszystowskiej, decyduje się przystąpić do ruchu? Jest jedynym, który w towarzystwie nie tylko inaczej myśli, ale ma też odwagę głośno o tym powiedzieć. Jak często my sami słysząc rasistowskie czy antysemickie teksty, zamiast jawnie zaprotestować, po prostu milczymy, bo wydaje nam się, że nie warto wdawać się w głupie dyskusje? Ot, takie niegroźne idiotyzmy, myślimy sobie i nie robimy nic. A Lars protestuje, mówi stanowczo i dobitnie, co o tym sądzi. Poza tym raczej zdaje sobie sprawę ze swoich homoseksualnych skłonności, co sugeruje początek filmu: rozmowa z przełożonym, a że jest inteligentny, wie chyba, jaki stosunek do gejów mają faszyści. Stąd moja wątpliwość: czy taka sytuacja jest prawdopodobna psychologicznie? Moim zdaniem nie. I nie przekonuje mnie tłumaczenie, że obrażony na wojsko i rodziców Lars szuka w ten sposób potwierdzenia swojej męskości. Tym bardziej, że dość szybko orientuje się, iż udział w ruchu to nie zabawa i jakieś czcze dyskusje, ale sprawa bardzo poważna. Zostawiam jednak ten wątpliwy początek i przejdę do tego, co dalej.

Film ma dwie warstwy ściśle ze sobą splecione. Jedna to obraz organizacji faszystowskiej. Zatrważają sceny zebrań, dyskusji, spotkań towarzyskich, rozmów, organizowanych akcji czy koncertów. Jawnie wyznawana ideologia faszystowska, studiowanie jej historii, swastyki, heilowanie, kult siły i przemocy. A ponieważ wszystko to pokazywane jest w aurze normalności, jakby zajmowali się każdą inną działalnością, tym bardziej przeraża. I chociaż nie brak wśród członków i sympatyków organizacji odrażających swoim wyglądem typów (upiorny, zniszczony narkotykami Patrick, brat Jimmiego, czy dość antypatyczny Gruby), to przecież większość stanowią ludzie zwyczajni. Gdybyśmy minęli ich na ulicy, nie wzbudziliby naszego przerażenia, nie przeszlibyśmy ze strachu na drugą stronę. Jak już wspomniałam we wstępie, zadziwiające jest, że działają w zasadzie jawnie. Matka Larsa, miejscowa radna, kiedy dowiaduje się, że to jej syn brał udział w napadzie na ośrodek dla uchodźców, ogranicza się tylko do słów krytyki. I ona i jej milczący, oschły mąż pozostają właściwie bierni. Być może w zamyśle reżysera są metaforą obojętnego społeczeństwa.

Druga warstwa to historia budzącego się uczucia pomiędzy Larsem a Jimmim, silnym, wytatuowanym, mrukliwym, na pierwszy rzut oka oschłym facetem. Że taki nie jest, świadczy troska o brata, narkomana, pragnącego zostać pełnoprawnym członkiem organizacji. Reżyser subtelnie pokazuje skomplikowaną relację między nimi. Od początkowej niechęci ze strony Jimmiego, któremu Lars burzy spokój w jego samotni, przez wzajemne oswajanie swojej obecności, sympatię, rodzącą się fascynację, uleganie i ucieczkę, a potem strach, obawę i świadomość, że robi się coś, za co nienawidziło się innych, pogardzało nimi. Nie ma tu, szczególnie w początkowej fazie, wiele gadania, są gesty i spojrzenia. Dopiero potem, kiedy obaj zdają sobie sprawę z powagi sytuacji, przychodzi czas na rozmowy, dylematy i pytanie, co dalej. Lars nie chce przyjąć członkostwa w organizacji, co jest wyróżnieniem, nobilitacją i przedmiotem zazdrości Patricka, który już od dawna się o to stara. Ale zaszedł już tak daleko, że nie bardzo ma wybór: za dużo wie, musi zostać zaprzysiężony. Pozostaje wyjazd, ucieczka, ale tego nie chce Jimmy, bo jak mówi, tu mieszka, tu ma przyjaciół, no i brata, o którego się troszczy. Kiedy się zdecydują, będzie już za późno. Obaj przekonają się na własnej skórze, że udział w ruchu to nie zabawa.

Można powiedzieć, że obaj wpadli we własne sidła. Być może Lars początkowo myślał, że da się pogodzić jedno i drugie. Stąd jego opowieść o współpracowniku Hitlera, który był homoseksualistą. Być może Jimmy dopóki nie spotkał Larsa, nie zdawał sobie sprawy, kim jest. Być może uciekał przed swoim homoseksualizmem, jak to często bywa. Tego nie wiemy. W każdym razie obaj boleśnie przekonali się o bezwzględności swoich towarzyszy i musieli skonfrontować się sami ze sobą. Odpowiedzieć na pytanie kim są i czego chcą. Dokonać dramatycznych wyborów. Ze strachu zdradzić kochanka, aby natychmiast tego żałować.

Pozostaje jeszcze kwestia, o której wspomniałam. Im dłużej oglądałam film, im lepiej poznawałam Larsa i Jimmiego, w miarę jak rozwijało się łączące ich uczucie, tym bardziej im kibicowałam, tym większą budzili sympatię. A przecież głoszone przez nich poglądy są mi obce, wstrętne, przerażają mnie. A jednak trudno powiedzieć, abym odczuwała satysfakcję, myślała: sami sobie winni, nie potrafię ich żałować. Tak przecież często w kinie bywa. Tym razem było inaczej. Czy to świadomy zamysł reżysera? Czy tylko na mnie tak podziałali bohaterowie? Może też na tym polega wartość tego filmu, że pokazuje skomplikowaną , niejednoznaczną ludzką naturę, drąży jej meandry i zakamarki. Zło może przybierać miłe oblicze i odwrotnie, w tym, co złe raptem budzi się coś dobrego. Co będzie dalej? Zakończenie jest otwarte. Chcę, być może naiwnie, wierzyć, że te dramatyczne wydarzenia zmienią na lepsze Larsa i Jimmiego, jeśli przeżyje.

Na osobną uwagę zasługuje relacja pomiędzy Jimmym i jego bratem Patrickiem, który z zazdrości zdradza, powodując lawinę tragicznych zdarzeń. Żałuje, ale jednocześnie w jednej z końcowych scen filmu widzimy go, jak stoi obok innych, kiedy na maszt wciągana jest flaga organizacji. Może nie ma jednak nadziei? Może mój optymizm jest bezpodstawny?

Henry James "Złota czara". Czytelnicze wyzwanie, które warto podjąć.

Moje pierwsze spotkania z twórczością Henrego Jamesa to ekranizacje jego książek w reżyserii Jamesa Ivorego: "Europejczycy" i "Bostończycy" (być może jeszcze coś, nie pamiętam). Potem były filmy: Jane Campion "Portret damy" i Agnieszki Holland "Plac Waszyngtona" na podstawie powieści "Dom na placu Waszyngtona". Wreszcie chyba cztery lata temu trochę pod wpływem filmowych wrażeń, trochę przez przypadek przeczytałam wspomniany tu "Portret damy" i odtąd zawsze chciałam wrócić do jego książek, ale w powodzi innych lektur jakoś zapominałam o tym amerykańskim pisarzu, tym łatwiej, że jego powieści nie leżą na księgarskich półkach. Aż tu nagle w maju pojawiła się opasła "Złota czara" (Prószyński i S-ka, 2011) reklamowana cytatem "Najlepsza książka, jaką kiedykolwiek stworzyłem." Natychmiast przypomniałam sobie o moich czytelniczych pragnieniach i kupiłam, no a teraz przeczytałam.

Twórczość tego zafascynowanego Europą amerykańskiego pisarza z przełomu XIX i XX wieku może łatwo zwieść. Dlaczego? W warstwie fabularnej jego powieści (nie wiem, czy wszystkie) to burzliwe, zawikłane romanse osadzone pod koniec XIX lub na początku XX wieku, ale miłośnik, a pewnie częściej miłośniczka, oczekująca czegoś w stylu Jane Austen może poczuć się rozczarowana. Bo to niełatwa lektura. Nie akcja jest tu istotna, ale zaglądanie w dusze bohaterów. Jednym słowem są to powieści określane mianem realizmu psychologicznego. James pisze długimi, skomplikowanymi, wielokrotnie złożonymi zdaniami, jego język aż roi się od kunsztownych, rozbudowanych porównań, pełno tu dygresji. Te książki wymagają skupienia i uważnego, niespiesznego czytania. Wielu mogą po prostu znudzić. Warto o tym wszystkim wiedzieć, zanim wyda się niemałą sumę na tę pokaźnych rozmiarów powieść. Jednak ten trud, ten czytelniczy mozół zostaje wynagrodzony. Henry James dotyka w swojej twórczości czegoś istotnego. Przygląda się temu, co dzieje się między ludźmi, głęboko wnika w dusze swoich bohaterów, kreśląc ich bogate portrety psychologiczne. Odkrywa to, do czego często trudno nam się przyznać, co skrywamy gdzieś  przed światem. Uczuć, emocji targających ludźmi, relacji między nimi nie sprowadza do banału, ale nadaje im  fundamentalne znaczenie. Cierpienie, ekscytacja, miłość, nienawiść mimo że ukryte, to w jego powieściach istota ludzkiej egzystencji. Inny ważny temat Henrego Jamesa to konfrontacja amerykańskości z europejskością. Przyznam jednak, że to jest dla mnie mniej interesujące, może dlatego, że jakoś słabo czytelne. Czas jednak najwyższy przejść do "Złotej czary".

Powieść tę można rozpatrywać na kilku poziomach. W warstwie pierwszej, tej najlepiej widocznej, to historia córki, Maggie Verver, i jej ojca, Adama, wdowca, bogatego amerykańskiego kolekcjonera sztuki. Żyją pomiędzy Stanami a Europą, coraz więcej czasu spędzając w Anglii. Jest między nimi niezwykle mocna więź, której nie przerwie nawet małżeństwo Maggie z włoskim, zubożałym księciem Amerigo, a potem małżeństwo Adama Ververa z biedną jak mysz kościelna szkolną przyjaciółką jego córki, Charlotte. Tu na scenę wkraczają emocje, bowiem okazuje się, że Amerigo i Charlotte byli w sobie zakochani, ale z powodu braku perspektyw (czytaj: braku pieniędzy), musieli się rozstać, aby szukać stabilizacji życiowej u boku bogatszych partnerów. Nietrudno się domyślić, co stanie się dalej, kiedy tych dwoje spotka się ponownie. Niczego tu zresztą nie zdradzam, bo takie informacje, czytelniku tej notki, znajdziesz na okładce "Złotej czary". Nie zdarzenia są tu ważne, ale bohaterowie. Henry James przeprowadza drobiazgową wiwisekcję tej czwórki i ich przyjaciółki Fanny, starszej damy, której rola w ich życiu jest mocno dwuznaczna. Pisarz przygląda się temu, co się dzieje w ich duszach, pokazuje, jak dochodzą do ważnych decyzji, co czują, kiedy są zdradzani, kiedy muszą rezygnować z tego, co dla nich najważniejsze. Opisuje, jak cierpią i kochają, i jak starają się to ukryć. Dlaczego Adam Verver decyduje się ponownie ożenić, skoro wcale tego nie pragnie? Dlaczego Charlotte, mimo obiekcji, jednak wychodzi za niego za mąż? Dlaczego tak łatwo ona i książę mogą się do siebie ponownie zbliżyć? Ile wiedzą Maggie i jej ojciec? Dlaczego postępują tak, a nie inaczej? A co myśli Fanny? Dlaczego czuje się winna i jak stara się z siebie tę winę zrzucić? To wszystko autor drobiazgowo analizuje.

Niezwykle ciekawe w tej powieści jest pokazanie przepaści między tym, co widoczne, a tym, co ukryte. Bohaterowie kochają, cierpią, oszukują, zwodzą, zdradzają, ale jednocześnie udają, że wszystko jest w porządku. Toczy się swoista gra pozorów, na powierzchni kwitnie zwyczajne rodzinne i towarzyskie życie, w którym każdy odgrywa swoja rolę. Nikt nie mówi tu niczego wprost, uczucia przykrywa konwenans. Nawet kiedy rozmawiają o tym, co się pomiędzy nimi dzieje, czynią to w sposób mocno zawoalowany, aluzyjny. To samo dzieje się, kiedy wychodzą na większą scenę, scenę towarzyską. Wielu widzi, co się dzieje, ale nikt nie powie. Udają, że wszystko jest, jak być powinno. Dlaczego? Bo i oni uczestniczą w podobnych przedstawieniach. Wydaje się, że ludzie należący do tej sfery sami ustalają zasady moralne panujące w tym świecie. Maggie potrafi przyznać się do tego, co czuje, tylko przed Fanny. Nie zrobi tego ani przed mężem, ani przed ojcem, ani przed Charlotte, którą nadal będzie nazywać swoja przyjaciółką. Nie wykrzyczy mężowi  rozczarowania, bólu i miłości. Nie zapyta ojca, czy on wie. Nie rzuci w Charlotte słowem zdrajczyni. Czy to dobrze? Jak oceniać ten teatr pozorów? Hipokryzja, fałsz, powiemy. I mnie te słowa towarzyszyły cały czas podczas lektury. Ale może to głęboka mądrość? Nienazwane pozwala nie palić za sobą mostów, wyprostować pokręcone ścieżki i na koniec zwyciężyć. Ale nie wszyscy wygrają. Niektórzy będą cierpieć. Ostateczne decyzje, jakie podejmą, czasem dobrowolnie z pełną świadomością konsekwencji, czasem zmuszeni sytuacją, robiąc dobrą minę do złej gry, będą miały charakter ostateczny. Nikt nie zdobędzie wszystkiego, nie zbierze całej puli, niektórzy stracą wszystko. Aby kogoś odzyskać, trzeba z kogoś zrezygnować. Z miłości do kogoś trzeba poświęcić miłość własną. I nie jest to łatwe. Wszyscy bohaterowie znaleźli się w potrzasku, z którego nie ma dobrego wyjścia.

To nie jest świat czarno-biały. Łatwo oczywiście potępić Charlotte, która zdradziła podwójnie, ale to nie zmienia faktu, że jej wielkie cierpienie jest autentyczne. W dodatku przegrywa dwukrotnie. To ona chyba ponosi największą porażkę. Nawet Maggie rozumie jej skrywaną rozpacz i zwyczajnie jej żałuje. A ona i jej ojciec? Czy nie zasłużyli sobie na zdradę, która ich dotknęła? Czy nie jest tak, że skazali swoich małżonków na samotność, nie liczyli się z ich uczuciami, wykluczyli ich ze swojego życia? Więź miedzy córką i ojcem jest tak silna, że nie potrafią z niej zrezygnować, zamykają się w swoim świecie, nie zważając na uczucia swoich małżonków. A ich intencje wobec Charlotte, czy były czyste? Czy jej przypadkiem nie wykorzystali? A książę, czy nie był jeszcze jednym eksponatem w kolekcji Adama Ververa? Można powiedzieć, że wszyscy w jakimś stopniu są ofiarami. I tu dochodzimy do drugiego, głębszego poziomu, na jakim można rozpatrywać powieść Henrego Jamesa.

Otóż wszyscy bohaterowie są ofiarami ról społecznych, jakie przyszło im odgrywać. Dlaczego Maggie wychodzi za mąż? Przecież jest tak bardzo związana z ojcem, że nie potrzebuje nikogo innego. Ale tego się od niej oczekuje: piękna, bogata panna powinna wyjść za mąż, więc tak czyni. W dodatku małżonek ma tytuł książęcy. Majątek jej ojca, jego kolekcja sztuki i książęcy tytuł Ameriga to wspaniałe połączenie! Dlaczego Adam Verver się żeni? Można powiedzieć, że między innymi (chociaż nie tylko) dla świętego spokoju. Tego oczekują od niego wszyscy. Bogaty, niestary wdowiec, który wydał za mąż córkę, powinien się ożenić, więc kręci się  koło niego rój kandydatek, aż w końcu ulega powszechnemu oczekiwaniu, aby tylko mieć spokój.  I książę, i Charlotte mają im dać jeszcze jedno: prowadzić w ich imieniu bujne życie towarzyskie. Wszak tego również oczekuje się od bogatego kolekcjonera sztuki i jego pięknej córki. To też jest rola, w którą dają się wtłoczyć. Mierzi ich nuda towarzyskiego życia, jego konwencja. Naprawdę marzą o świętym spokoju we własnym towarzystwie. Gdyby jednak zadowolili się tylko tym, zostaliby pewnie uznani za dziwaków. Podobnie jest z księciem i Charlotte. Dlaczego Amerigo nie może ożenić się z Charlotte, którą kocha? Bo oboje nie mają pieniędzy. On do swojego tytułu powinien dołożyć piękną żonę z majątkiem. Jeszcze raz powtórzę: włoski tytuł księcia, włoska przeszłość jego rodziny i amerykański majątek kolekcjonera sztuki świetnie do siebie pasują. A Charlotte, czy musi wyjść za mąż? Tego też się od niej oczekuje. Biedna, samotna, ale samodzielna nie mieści się w konwencji, dlatego trzeba znaleźć jej męża. Po ślubie natychmiast zostaje wtłoczona w rolę pani Adamowej Verver. W czasie jednej z rozmów z goryczą zwierzy się Fanny, powiernicy wszystkich:

"... zostałam już ostatecznie określona, unieruchomiona niczym szpilka wbita w igielnik, aż po sam łepek. Mam swoje miejsce w społeczeństwie ..."

Wchodząc w przeznaczone dla nich role społeczne, unieszczęśliwiają siebie i innych, bo tak naprawdę nie tego pragną.

Oczywiście powieść oferuje znacznie więcej. Bogate portrety psychologiczne, szczególnie Maggie, która z młodej, nieznającej cierpienia dziewczyny zmienia się w świadomą siebie, mądrą kobietę, która wie, czego chce i potrafi to inteligentnie osiągnąć. Poznaje przy tym gorycz życia i zyskuje wiedzę, że nie można mieć wszystkiego, trzeba wybierać. Zwycięża, ale nie jest to  słodkie zwycięstwo. Ja jednak najbardziej żałuję Charlotte. A książę, czy był wart miłości obu kobiet? Znam swoją odpowiedź na to pytanie, ale nie będę już wchodzić w kolejne rozważania. Kto lubi czytelnicze wyzwania, niech przekona się sam.



"Cyrk Columbia" Danisa Tanovicia.

Tym wpisem inauguruję nową kategorię, którą nazwałam Na marginesie. Będą to krótkie notki o filmach i książkach, którym z różnych względów nie poświęcam więcej miejsca. Dzięki temu w moim blogu odnotuję wszystko, co czytam i co oglądam. Dotąd zdarzało mi się czasem coś pomijać.

Mimo niskich ocen wybrałam się na "Cyrk Columbia" Danisa Tanovicia, reżysera "Ziemi niczyjej", która swego czasu zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Tamten film obnażał bezsens wojny, pokazywał jej absurd. Trudno, pomyślałam, tym razem muszę przekonać się, czy naprawdę jest tak źle. Otóż nie było! Nie zgadzam się z tak niskimi ocenami! Nie jest to oczywiście arcydzieło, ale przyzwoicie zrobiony film, który oglądałam z dużym zainteresowaniem. Akcja rozgrywa się w 1991 roku w małym bośniackim miasteczku. Właśnie zbankrutował komunizm, rozpadła się Jugosławia, zaczyna się wojna w Chorwacji. Ale tu, w sielskiej, górskiej dziurze jeszcze nic wielkiego się nie dzieje. Wprawdzie wykuwa się nowa rzeczywistość: stara władza musi ustąpić miejsca nowej, ale wszyscy są pewni, że odtąd będzie tylko lepiej. Widz wie, że ten spokój jest złudny, za chwilę rozpęta się piekło. Reżyser pokazuje, jak niepostrzeżenie nadciąga nienawiść, jak przyjaciele stają się wrogami, jak w małej, świetnie znającej się społeczności rodzi się przemoc. Gdzieś w tle pojawia się pytanie o patriotyzm: uciec za granicę czy zostać, aby walczyć z sąsiadami? Rozsądek czy plemienna powinność? Plus skomplikowane relacje rodzinne i uczuciowe. Moim zdaniem warto.

"O północy w Paryżu", czyli najsłabszy Allen od lat.

Nie, to nie pomyłka. Pozwoliłam tu sobie sparafrazować tytuł recenzji Pawła T.Felisa z Gazety Wyborczej, aby dobitniej podkreślić rozczarowanie najnowszym filmem mojego ukochanego reżysera! Pewnie tym większe, że spodziewałam się czegoś znakomitego. Przecież wszystkie media pieją z zachwytu. Przez chwilę pomyślałam nawet, że może to ze mną jest coś nie tak, może po prostu czegoś nie zrozumiałam. Trudno, cóż poradzę na to, że nie zachwyca, mimo że powinien. Historia Gila, amerykańskiego scenarzysty marzącego o napisaniu powieści, który wraz z narzeczoną i jej rodzicami spędza wakacje w Paryżu, wydała mi się potwornie błaha. Powiem szczerze, że w pewnym momencie ze zgrozą poczułam ogarniającą mnie nudę! Nudzić się na Woodym Allenie?! Niewiarygodne! Potem to uczucie minęło, ale to nie przesłania ogólnego wrażenia. Brakuje mi w najnowszym filmie Allena dowcipu, ironii, sarkazmu, złośliwości, świetnych dialogów, wyrazistych bohaterów, z których reżyser kpi, ale których jednocześnie lubi. Rozumiem, dlaczego "O północy w Paryżu" cieszy się taką popularnością (nawet w dzień powszedni sala wypełniona była po brzegi). To po prostu taki rodzaj kina, który niesie miłą rozrywkę na odpowiednim poziomie, a wisienką na torcie jest Paryż, na który zawsze patrzy się z przyjemnością. No i naszą próżność przyjemnie łechce fakt, że to film nie byle kogo, ale samego Woody Allena. Ja jednak należę do tych miłośników jego kina, których reżyser dawnymi amerykańskimi filmami przyzwyczaił do czegoś znacznie więcej niż tylko miła rozrywka! Niektóre z jego obrazów widziałam kilka razy i wiem, że jeszcze obejrzę! Wielka szkoda, że tylko ich wspomnienie musi mi wystarczyć! Ale dość pastwienia się. Jak zwykle tych, którzy już widzieli, zapraszam do przeczytania ciągu dalszego. A kto nie widział, mimo wszystko zobaczyć powinien, bo Woody Allen należy do tych reżyserów, którym się wiernie kibicuje, nawet jeśli są w słabszej formie.

Właściwie o czym tu pisać? Zastanawiałam się nawet, czy dzielić ten wpis tak, jak zazwyczaj robię, gdy snuję swoje refleksje o kinie. Trudno jednak byłoby się odnieść do filmu bez zdradzania treści, a to byłoby karygodne, gdyż cały jego sens zasadza się na pomyśle wędrówki w czasie. Sam koncept jest rzeczywiście miły i zaskakujący tym bardziej, że twórca zetknął swojego bohatera, Gila, z autentycznymi postaciami ze świata sztuki. Zabawnie jest śledzić te spotkania, patrzeć, jak Allen prowadzi grę z widzem, pytając: a wiesz kim był Buniuel? a znasz jego filmy? I tak dalej, i tak dalej. Te światy przenikają się i wzajemnie na siebie wpływają. Raz Gertruda Stein recenzuje powieść Gila, który dzięki niej wprowadza poprawki, innym razem to on stara się podrzucić pomysł Buniuelowi (nie będę udawała, że wiem, o jaki film chodzi; cóż, przyznaję, że w zasadzie nie znam jego twórczości), jeszcze kiedy indziej dzięki zdobytym informacjom Gil może utrzeć nosa zarozumiałemu sztywniakowi Paulowi, który bardzo imponuje jego narzeczonej. Pomysł jest więc ciekawy, gorzej z wykonaniem.

Niby dostajemy tu to, co tak lubimy u Woody Allena. Głównego bohatera, niespełnionego artystę, który pogardza swoim dotychczasowym popłatnym zajęciem i marzy o zostaniu prawdziwym pisarzem, najlepiej w Paryżu. Jego nie najmądrzejszą narzeczoną, Inez, która niby go docenia, ale naprawdę imponuje jej przemądrzały Paul znający się na wszystkim najlepiej. Jej obrzydliwie bogatych i konserwatywnych rodziców sympatyzujących z Tea Party, którzy w gruncie rzeczy ledwie swojego zięcia tolerują. Wszyscy nie szczędzą sobie nawzajem złośliwości. To bywa dowcipne, ale tylko czasami. Na tym według mnie polega problem tego filmu. Wszystko, poza pomysłem, jest tu na pół gwizdka. Przyjdzie mi powtórzyć to, co napisałam we wstępie: mało wyraziste postacie, mało dowcipu, ironii, nie tak inteligentne i błyskotliwe dialogi jak dawniej. Nie będę ciągnąć dalej i przepisywać uwag ze wstępu. Ośmieszanie klisz, że Paryż to inspiracja dla artystów, kpienie z konserwatywnych, amerykańskich buraków i zarozumiałych intelektualistów to za mało. Nie wystarczy okrasić tego myślą, jak złudne jest przekonanie, że współczesność nie dorasta do pięt przeszłości. Wszystko już było, więc jeśli pokazane zostanie mdło, nie rozśmieszy, nie zakpi albo nie rozzłości, to pozostanie tylko banałem. I tak odbieram, niestety, najnowszy film mojego ukochanego Woody Allena.

A zaraz po opublikowaniu tej notki rzucam się na recenzje (odkąd prowadzę blog, nie czytam wcześniej niczego na temat tego, o czym piszę), aby przekonać się, czym tak zachwycił innych ten film. Być może przyjdzie mi się spalić ze wstydu, gdyż moim małym rozumkiem nie dostrzegłam arcydzieła w arcydziele! Cóż, każdy ma prawo do swojej oceny. 

I na koniec jeszcze jedna uwaga. W zeszłym tygodniu przypomniałam sobie dwa spośród ostatnich filmów Allena: "Vicky, Christina, Barcelona" i "Spotkasz przystojnego bruneta". Po ponownym obejrzeniu ten ostatni zyskał w moich oczach, a mniej więcej rok temu też się tu nad nim nieco pastwiłam. Dziś wydał mi się lepszy, trochę w duchu amerykańskich filmów reżysera. Być może za jakiś czas i "O północy w Paryżu" uznam za dużo błyskotliwszy i ciekawszy? Któż to wie? Zobaczymy. Na razie jednak nie kryję swojego wielkiego rozczarowania!

Krzysztof Varga "Gulasz z turula". Wyprawa do krainy melancholii.

Zgodnie z tym, co zapowiadałam w poprzedniej notce dotyczącej reportaży Pawła Smoleńskiego z Izraela, tym razem również zajmę się literaturą faktu, czyli węgierską opowieścią Krzysztofa Vargi. O istnieniu "Gulaszu z turula" (Czarne 2008) wiedziałam i wielokrotnie widziałam go na księgarskiej ladzie, ale dopiero teraz, pewnie dlatego, że w związku z Orbanem tyle się ostatnio o naszych południowych bratankach pisze i mówi, sięgnęłam po ten zbiór reportaży. Wprawdzie teksty te powstały kilka lat temu, ale niczego im to nie ujmuje, bo to książka uniwersalna starająca się uchwycić ducha węgierskości. A któż, jeśli nie Varga z racji swoich rodzinnych koligacji, jest bardziej do tego predestynowany. Mimo że autor nie szczędzi ojczyźnie swojego ojca i jej mieszkańcom słów krytyki, to z każdej strony bije fascynacja nią i nimi (co nie jest żadnym zarzutem z mojej strony, przeciwnie).

Najlepiej widać ją w opisach. Z powodów rodzinnych i towarzyskich Varga czuje się na Węgrzech jak u siebie, pewnie dlatego odwiedza miejsca zwyczajne. Włóczy się po całym Budapeszcie, nie tylko tym turystycznym, ma tam swoje ulubione rejony, odwiedza knajpy, do których turyści niekoniecznie wpadają, zagląda na targowiska i bazary, przesiaduje w deszczowej aurze na Moszkwa ter, gdzie mają swoją pętlę liczne autobusy,  podróżuje po prowincji również tej nieznanej z folderów. A wszystko to, nawet jeśli brzydkie, opisuje niezwykle dokładnie, sensualnie i z sympatią (żeby nie napisać górnolotnie z miłością). Czytając, czułam zapach jedzenia, smak wina, smród z fabrycznego komina, widziałam liszaje na murach i ceratę przykrywającą stoły w budapesztańskiej jadłodajni. I chociaż od lat nie jem mięsa, kiedy zagłębiałam się w opisy ulubionych potraw Vargi podawanych w jego ulubionych knajpach, miałam wielką ochotę spróbować tych specjałów (oczywiście w realu nigdy bym tego nie zrobiła; tak działa magia lektury). Nie przypadkiem autor pisze tyle o jedzeniu pełniącym tak ważną rolę w życiu wielu Węgrów. Twierdzi, że te kulinarne, chociaż bardzo zwyczajne, orgie to nic innego jak zabijanie czasu, który na Węgrzech zatrzymał się już dawno, stoi w miejscu i nie płynie, potęgując węgierską melancholię. Kiedy całkiem niedawno czytałam "Ptaszynę" Kosztolaniego (pisałam o tej powieści jakiś czas temu; bardzo polecam), odnalazłam tam niezwykłe opisy kulinarnych bachanaliów zajmujące niemal całe rozdziały. Dla mieszkańców miasteczka, w którym nic się nie działo, biesiadowanie stanowiło istotę egzystencji. I tu pora przejść do tego, co najważniejsze, czyli do owej węgierskiej melancholii.

Skąd bierze się wieczny smutek Węgrów, poczucie wiecznego nieszczęścia? Z tęsknoty za utraconą wielkością. Iluzoryczną, jak twierdzi Varga. W naszych południowych sąsiadach miesza się poczucie dumy z ich wyjątkowości z poczuciem niedocenienia i krzywdy. Dlaczego niby Węgrzy mają być tacy wyjątkowi? Bo są po prostu inni. Wrzuceni gdzieś pomiędzy Słowian tych z północy i tych z południa władają kompletnie innym językiem zrozumiałym  tylko dla Estończyków i Finów, którzy wszak nie są ich sąsiadami. I właśnie ta izolacja i wyjątkowość przynosi jednocześnie poczucie niezrozumienia, którego skutkiem jest smutek i melancholia. Zaczyna się od języka, ale przecież na nim wcale się nie kończy. No bo nikt nie chce zrozumieć cierpienia Węgrów, którzy zostali oszukani i ograbieni. Z czego? Ze swojej ojczyzny. Traktat z Trianon z 1920 roku, który przykroił Węgry do rozmiaru, jaki znamy dziś, pozostaje dla nich nadal traumą. W każdej księgarni można kupić mapy Wielkich Węgier, a mit "potęgi ziem Korony Świętego Stefana" jest wszechobecny.

"Naklejki z konturem przedtrianońskich Węgier, kraju przypominającego kotlet schabowy, można zobaczyć na samochodach, kurtkach i plecakach gimnazjalistów (...)"

Hasło "Okrojone Węgry to nie kraj, całe Węgry to raj." widnieje na każdej z tych map i nie tylko tam. To tak jakbyśmy my, Polacy, do dziś tęsknili do czasów, kiedy to Polska była potęgą "od morza do morza". Szkoda tylko, że Varga, choćby krótko, nie wspomina o przyczynach traktatu. Niezorientowany czytelnik, nie będzie wiedział, czy rzeczywiście wielkie mocarstwa skrzywdziły biednych Węgrów, czy też problem jest o wiele bardziej skomplikowany. Nie będę udawała, że moja znajomość historii jest tak duża, abym mogła rozstrzygnąć tę kwestię. Niedawno czytałam w jakimś historycznym artykule, że Węgrzy sami  sobie na to zasłużyli swoim nacjonalizmem, czytaj: nieuznawaniem praw licznych mniejszości narodowych. Chociaż pewnie nie tylko to było istotne, ale po prostu skomplikowana historia tych ziem zamieszkiwanych przez liczne narodowości wymieszane tu wyjątkowo. No i interesy wielkich mocarstw i państw ościennych pewnie odegrały sporą rolę. Wszak każdy z sąsiadów chciał uszczknąć coś dla siebie. Ale do rzeczy, czyli do trianońskiej traumy i węgierskiej melancholii. Na Węgrzech do dziś żywe są marzenia, a może to coś więcej niż tylko marzenia, o odzyskaniu Słowacji, zwanej w tym kraju nadal Górnymi Węgrami, Siedmiogrodu, Serbii (Ziemie Południowe). W prawicowej prasie można przeczytać artykuły o tym, jakim błędem było niewykorzystanie ostatnich wojen bałkańskich, aby przynajmniej część tego marzenia mogła się ziścić. Na przygranicznych serbskich terenach szerzyły się plotki, że Węgry zaatakują. Węgrzy, jak pisze Varga, uwielbiają swoje klęski i płynące z nich cierpienie. W cień usuwają  zwycięstwa, z  pamięci wyrzucają podłości (ale który naród, może poza Niemcami, tego nie robi?). Pełno w tym kraju ulic Męczenników, Kalwarii, Golgoty. To nie przypadek, twierdzi autor. Może tę wieczną rozpacz, smutek i melancholię można by uznać za efektowną tezę reportera, ale kiedy zaczyna wyliczać słynnych węgierskich samobójców wywodzących się tylko z kręgów ludzi kultury (piszę tylko, bo pewnie byli i inni), to rzeczywiście zaczynamy rozumieć, że coś jest na rzeczy. Odsyłam do książki na strony 76, 77, gdzie znaleźć można tę upiorną i wiele mówiącą wyliczankę. Wszystko sprzysięgło się przeciw Węgrom. Nawet przyroda: krajobraz płaski jak naleśnik, wielkie jezioro zamiast przyzwoitego morza. Może dlatego tę narodową depresję najlepiej czuje się na węgierskiej prowincji, która robi wrażenie, jakby już nic nie miało się tam nigdy zdarzyć. Czytając książkę Vargi, przypomniałam sobie, jak podczas mojej krótkiej wizyty w tym kraju uświadomiłam sobie, o co przecież nietrudno, że nie ma tam romańskich i gotyckich kościołów (zniszczone w czasach osmańskich). Pewien historyk sztuki powiedział mi, że tym okresem zajmują się na Węgrzech tylko archeolodzy! I kiedy sobie to przypomniałam, pomyślałam, że ciężko byłoby mi żyć w kraju, w którym nie ma romańszczyzny i gotyku! Może i to jeszcze jedna przyczyna węgierskiego smutku?

To tyle. Po resztę odsyłam do tej niewielkiej, ale bardzo ciekawej książeczki. Oprócz tego, o czym powyżej, znajdziesz w niej jeszcze, czytelniku tej notki, wiele wiadomości o skomplikowanej węgierskiej historii, szczególnie dwudziestowiecznej. Autor pochyla się także nad innymi problemami dręczącymi naszych południowych sąsiadów i dzieli swoimi spostrzeżeniami, które wynikają ze znakomitej znajomości tematu. A kim? czym? jest ów tytułowy turul? O tym też dowiesz się, czytelniku tej notki, z książki, jeśli tylko po nią sięgniesz, a naprawdę warto. Tak chętnie nadal jeździmy na Węgry, tak chętnie pijemy ich wina, szczególnie tokaj, nie jest nam obca ich kuchnia, lubimy podkreślać, że Polak, Węgier dwa bratanki, a tak mało o nich wiemy. Warto to naprawić, a książka Krzysztofa Vargi świetnie się do tego nadaje.


Paweł Smoleński "Izrael już nie frunie"

Obok zbioru reportaży Pawła Smoleńskiego "Izrael już nie frunie" (Czarne 2007)

przechodziłam dotąd obojętnie mimo mojego zainteresowania tym rejonem świata. Ile razy omiatałam wzrokiem leżące na księgarskiej ladzie książki wydawnictwa Czarne, tyle razy widziałam zbiorek Smoleńskiego. Dopiero niedawno po powrocie z izraelskiej podróży poczułam, że natychmiast muszę go kupić i przeczytać. Uległam nieopanowanemu pragnieniu i połknęłam w trzy dni w przerwie pomiędzy dwiema opasłymi powieściami. A skoro już tak bezwstydnie odsłaniam moje czytelnicze zachcianki, to dodam jeszcze, że na deser pochłonęłam też przeterminowany (Czarne 2008) "Gulasz z Turula" Krzysztofa Vargi, rzecz o Węgrzech i Węgrach. Ale o tym za jakiś czas, a dziś o książce Smoleńskiego.

Mimo że teksty te w większości powstały w 2005 roku, w momencie burzliwym i przełomowym, kiedy rząd  zdecydował się na likwidację żydowskich osiedli w Strefie Gazy, to trudno powiedzieć, aby ta opowieść o Izraelu, o konflikcie żydowsko-palestyńskim straciła na aktualności. Osiedla zlikwidowano siłą, ale problemy pozostały i pewnie długo jeszcze będą (chciałam napisać zawsze, ale nic nie jest wieczne). Przypominam, że nadal istnieją takie same osiedla na Zachodnim Brzegu. Zresztą wydarzenia ostatnich dni dobitnie pokazują, że między Izraelem a Autonomią nadal wrze. A Paweł Smoleński na bieżąco informuje na łamach Gazety Wyborczej o wszystkim, co się tam dzieje. Ale do rzeczy.

Reporter opowiada o tym zakątku świata, którym jest wyraźnie zafascynowany, poprzez spotkania z ludźmi. Każdy rozdział to inny człowiek. Najczęściej są to zwykli mieszkańcy, czasem spotkani przypadkowo jak Yossi, właściciel podupadłego lokalu w wybudowanym na Pustyni Negew miasteczku Ofakim, czy Said, arabski kupiec ze starego miasta w Jerozolimie, a czasem ktoś, z kim Smoleński umawia się specjalnie, by lepiej zrozumieć. Na przykład Inez, psychiatra z Jerozolimy, która podważa istnienie tak zwanego syndromu jerozolimskiego, czy palestyńska studentka Fatma. Niekiedy reporter rozmawia z osobami powszechnie znanymi jak Etgar Keret czy Ari Folman (Kereta na pewno nie muszę przedstawiać, a Folman to scenarzysta i reżyser m.in. znanego i u nas "Walca z Baszirem"). Jak widać z tego przypadkowego i pobieżnego zestawienia, autor oddaje głos wszystkim stronom konfliktu: mieszkańcom Izraela, Strefy Gazy i Zachodniego Brzegu. Żydom, Palestyńczykom, osadnikom, zwolennikom i przeciwnikom likwidacji osiedli. Pewnie nikt, kto zamieszkuje te ziemie, nie mógł w tamtym czasie przejść obojętnie obok problemu, który tak rozgrzał izraelskie społeczeństwo. Reporter stara się zachować bezstronność, spojrzeć na konflikt z boku, okiem przybysza niezaangażowanego emocjonalnie, chociaż, jak już wspominałam, na pewno zafascynowanego krajem i jego mieszkańcami. Próbuje zrozumieć racje wszystkich stron i zachować zdrowy rozsądek, co nieraz przychodzi mu z trudem, kiedy słucha żalącego się, rozemocjonowanego rozmówcy. Podobnie jest z czytelnikiem. Kto ma rację i czy w ogóle ktoś ma? Kto ma prawo do tej ziemi? Kto zaczął konflikt? Rozstrzygnąć te dylematy, to często jak odpowiedzieć na pytanie: co było pierwsze: jajko czy kura? Czasem nie zgadzamy się z rozmówcą Smoleńskiego, a innym razem dajemy mu się uwieść i dopiero po chwili zdajemy sobie sprawę, że ulegliśmy emocjom i zgubiliśmy gdzieś nasz zdrowy rozsądek.

Jaki obraz zostaje w głowie po przeczytaniu opowieści Smoleńskiego o Izraelu? Konflikt, podział, strach, często nienawiść i zamknięcie na jakiekolwiek argumenty przeciwnika. Oczywistym wydaje się, że podział przebiega między Żydami i Palestyńczykami. To konflikt podstawowy. Ale różnice i emocje, o których wspomniałam, dzielą też społeczeństwo Izraela i społeczeństwo palestyńskie. Myślę, że ta wiedza jest najciekawsza. No bo to, że Żydzi i Palestyńczycy żyją w konflikcie, że się wzajemnie siebie boją (jedni zamachów, drudzy zemsty i pogardy), że są przekonani o swojej racji, że nie dostrzegają bądź bagatelizują popełnione przez siebie błędy, to jasne. Ale to, że oba społeczeństwa też są głęboko podzielone, już niekoniecznie sobie uświadamiamy. Dla Palestyńczyków z Zachodniego Brzegu czy tych mieszkających w Izraelu mieszkańcy Gazy to taliban. Takie określenie pada kilkakrotnie z różnych ust. Ci z Zachodniego Brzegu nienawidzą Żydów, marzą o swoim państwie (albo przynajmniej o czasach sprzed intifad i muru, który nie dość że poniżył, to jeszcze bardzo utrudnił życie), ale za nic nie chcieliby, żeby ich wymarzona ojczyzna była rządzona przez Hamas. Szczególnie ważne jest to dla kobiet i młodego pokolenia, które nie wyobraża sobie życia w państwie religijnym, owym talibanie. Ale i społeczeństwo Zachodniego Brzegu nie jest jednolite. Podział przebiega między tymi, którzy mieszkają tu od dawna, a tymi, którzy wrócili, kiedy powstała Autonomia Palestyńska zwiedzeni wiarą, że odtąd będzie już tylko lepiej. Niestety nie jest. A społeczeństwo izraelskie? Tu podziałów też nie brakuje, a może jest ich jeszcze więcej. Konflikt o osiedla w Strefie Gazy tylko je wyostrzył. Jak bumerang powraca podział na Żydów i Izraelczyków. Żydzi to według wielu ci, którzy kierują się w swoim życiu motywacją religijną, biblijną. Tę ziemię obiecał im kiedyś Pan, więc ona należy do nich, nie do Palestyńczyków (oczywiście Palestyńczycy udowadniają, że ziemia ta od zawsze była ich). To dlatego zakładają osiedla, dlatego nie wyobrażają sobie, żeby mogli zamieszkać gdziekolwiek indziej. Wszystko tłumaczą w sposób religijny, mistyczny. Dowodem na prawdziwość ich słów są liczne cudowne wypadki mające świadczyć o opiece Pana. Dlaczego osiedla kwitną na jałowej pustyni, a sąsiadująca z nimi ziemia palestyńska nie rodzi nic? To jasne: Pan chce, żeby tu mieszkali Żydzi. Zapominają jednak dodać, że na ten dobrobyt zapracowali też harujący u nich za grosze Palestyńczycy. Dlaczego nikt nie zginął, kiedy na ich osiedle spadły palestyńskie rakiety? Bo Pan chciał ... I tak dalej, i tak dalej. A kogo określa się mianem Izraelczyków? To ci, którzy w swoich działaniach nie kierują się motywacją religijną, co nie znaczy, że są ateistami. Chcą upodobnić Izrael do państw europejskich, sprowadzić tu europejską kulturę, a tak naprawdę mogliby żyć gdziekolwiek, byle wygodnie. Jedni nie dopuszczają nawet myśli o likwidacji osiedli, bo to zamach na rzeczy najświętsze, drudzy są gotowi przynajmniej o tym dyskutować. Ale Smoleński, dostrzegając konieczność likwidacji osiedli, pokazuje też dramat ludzi, którzy muszą opuścić swoje domy i wioski. Szczególnie dotkliwy w wypadku tych, którzy już w nich się urodzili i innego życia nie znają. Ale to nie koniec podziałów. One idą jeszcze głębiej. Mieszkaniec bogatego, europejskiego Tel Awiwu rozumie, że wysiedlanym należy się rekompensata i pomoc w budowaniu nowego życia. Ktoś, kto żyje w zapomnianym przez Boga i ludzi pustynnym miasteczku Ofakim (jeśli, czytelniku tej notki, widziałeś świetny film "Przyjeżdża orkiestra", możesz je sobie doskonale wyobrazić) czy w kibucu niedaleko Strefy Gazy nie rozumie, dlaczego osadnikom należy się pomoc (czytaj wielkie pieniądze), a nikt nie widzi problemów ludzi żyjących w takim Ofakim, nikt nie sypnie groszem, aby je ratować. Dla kibucników, którzy stworzyli kibuc swoją ciężką pracą, osadnicy to nieroby swój dobrobyt zawdzięczający pracy Palestyńczyków, a nie swojej. Dlaczego państwo pomaga im, a nie kibucnikom, którym od lat wiedzie się coraz gorzej? Być może dzisiaj także mieszkańcy wielkich miast mieliby rządowi za złe tę pomoc. Wystarczy przyjrzeć się coweekendowym manifestacjom nazwanym przez prasę serową rewolucją.  Ale na tym podziałów i konfliktów przecież nie koniec. No bo na przykład tacy Rosjanie, którzy zaczęli przybywać do Izraela w latach dziewięćdziesiątych. Wspomniany już Yossi z Ofakim wyleje swoje wszystkie żale i pretensje pod ich adresem, a nienawiść aż w nim buzuje. Tymczasem światły mieszkaniec bogatego, europejskiego Tel Awiwu przyzna, że owszem trochę problemów z Rosjanami jest, ale ile wspaniałego wnieśli ci wszyscy rosyjscy artyści, którzy przybyli tu w ostatnich latach. Kolejne pole konfliktu rozciąga się pomiędzy starszym pokoleniem urodzonym w Erec Izrael, a przybyszami z diaspory. Ci pierwsi uważają się za swoistą arystokrację i gardzą tymi drugimi. Dotyczy to również ocalałych z Holokaustu. Mało?

To najważniejsze tematy poruszane w tym zbiorze reportaży, ale oczywiście nie wszystkie. Sporo pisze Smoleński o polityce. Jego rozmówcy, Żydzi i Palestyńczycy, oceniają swoich przywódców, mówią o rozczarowaniach, ich słabości albo zdradzie. Wiele tu rozważań o idei Izraela i o tym, czy ta idea przez lata przetrwała, a jeśli upadla, to kiedy? Bardzo ciekawe są uwagi o Holokauście będącym jednym ze spoiw narodu izraelskiego. Wiele się ostatnio na ten temat dyskutuje. Niektórzy rozmówcy reportera wskazują na manipulowanie mitem Holokaustu i na jego szkodliwość.

O tym, że reporter jest zafascynowany tym krajem, już wspominałam. Pewnie dlatego ulega  magii miejsca, jego niezwykłości, cudowności czy nawet mistyce. Rozumiem to, bo mimo że i ja dostrzegam skomplikowaną sytuację, mimo że nie oceniam konfliktu żydowsko-palestyńskiego w sposób uproszczony, czarno-biały, nietrudno i mnie pod wpływem lektur (wystarczy przeczytać choćby tylko "Opowieść o miłości i mroku" Amosa Oza) i trzytygodniowej podróży po Izraelu poddać się wrażeniu owej niezwykłości tego kawałka świata, tego, że dzięki szalonej idei powstało coś z niczego. Trzeba przeczytać książkę Smoleńskiego, aby lepiej zrozumieć to, co się dzieje między Izraelem a światem arabskim i nie postrzegać tego problemu jednowymiarowo (źli Żydzi, biedni Palestyńczycy albo odwrotnie). 

Popularne posty