"Samotny mężczyzna", czyli melancholijny film dla smakoszy (kina).

Tyle interesujących premier, że nie nadążam. Z tygodniowym opóźnieniem obejrzałam "Samotnego mężczyznę" Toma Forda, a w kolejce czekają "Prorok" i "Nic osobistego". Trzeba korzystać, bo wkrótce wakacyjna posucha premierowa, czas nadrabiania zaległości i powtórnego oglądania filmów ulubionych. Ale do rzeczy. Debiut filmowy Toma Forda, kreatora mody, to opowieść o jednym dniu z życia mieszkającego w Los Angeles profesora literatury, Georga Falconera, który nie może poradzić sobie z bólem po nagłej śmierci Jima, ukochanego. Spędził z nim szesnaście lat swego życia. Jest to historia uniwersalna opowiadająca o stracie, samotności, wyobcowaniu ze świata. Piękne, melancholijne kino, skupione na szczególe, z niespieszną akcją, a raczej jej brakiem. Rozmowy i obserwacje, a wszystko chłodne. I chociaż łzy nie uroniłam (a wzruszam się łatwo), nie żałuję, że widziałam. Dalsze uwagi dla tych, którzy film już obejrzeli.

Urzekła mnie powolna narracja i wszechogarniający smutek. Niewiele się dzieje, wszak to zwykły dzień profesora Falconera. Trzeba wstać, ubrać się, zjeść śniadanie i pojechać na uczelnię, a tam poprowadzić zajęcia ze studentami. Problem polega na tym, że do tego wszystkiego trudno się zmusić. Od kilku miesięcy, jakie upłynęły od nagłej smierci Jima, George nie może odnaleźć sensu istnienia. Wszystko przypomina mu ukochanego: dzwoniący telefon, książka, podglądani ukradkiem sąsiedzi, wizyta w pobliskim barze. Obserwujemy bohatera, który nagle zastyga w zamyśleniu i wspomina, a my podążamy za tokiem jego wspomnień wywoływanych przez przedmioty czy zdarzenia. Colin Firth, grający profesora Falconera, nie rozpacza, jest spokojny, zamyślony, ociężały, zmęczony (to jak mantrę podkreślają osoby, z którymi się spotyka tego dnia). Nikomu się nie zwierza, rzuca niezobowiązujące uwagi czy komplementy, którymi przykrywa to, co czuje naprawdę. Jest sam ze swoim bólem. Niewielu wie, co go spotkało. Jego rozpacz wyczytujemy ze spojrzeń, min, gestów, tonu głosu. Poważny, dostojny, postarzony aktor nie przypomina tu siebie. Pewnym dysonansem są sceny, kiedy wypróbowuje pozycję, w jakiej strzeli sobie w głowę, do czego tak starannie przez cały dzień się szykował, porządkując swoje sprawy. I o ile te przygotowania wyglądają bardzo przekonywująco (wszystko, co robi, robi po raz ostatni, żegna się ze światem, co podkreśla zwolnione tempo tych scen), o tyle próby z pistoletem są raczej śmieszne i groteskowe. W tym momencie ginie prawda, której dotyka ten film: poczucie utraty sensu, brak powodu dla dalszego trwania.

Ale w tym filmie dostrzegam więcej. Nie tylko George zmaga się z samotnością i bezsensownością egzystencji. Podobnie jest z Charlottą (Julianne Moore), jedyną przyjaciółką, pierwszą miłością Falconera. Kiedy na moment zrzuca maskę beztroskiej, pustej kobiety, która dzień spędza właściwie na niczym, bo materialny dostatek do niczego jej nie zmusza, przekonujemy się, że i ona jest przeraźliwie samotna. Za nią nieudane małżeństwo, dorosły syn (albo córka, nie pamiętam), wyprowadził się z domu, a ona nie ma pracy czy czegokolwiek, co wypełniłoby jej puste życie. Tęskni za miłością i zazdrości Georgowi, bo chociaż cierpi, ma za sobą prawdziwą miłość i teraz jakieś sensowne zajęcie. Takich postaci, które za maską beztroski i zadowolenia chowają samotność i ból istnienia, jest tu więcej. Taki jest młody chłopak z Madrytu, który przyjechał do Los Angeles w poszukiwaniu filmowej kariery, taki jest też Kenny, student Georga, dzięki któremu porzuca myśl o samobójstwie. Ci ludzie skrywają swoje historie, które migną tylko w czasie przypadkowych spotkań. Może dlatego ludzkie twarze w tym filmie momentami przypominają twarze lalek: nieruchome, sztuczne, z przyklejonym uśmiechem.

Jeśli coś mam za złe "Samotnemu mężczyźnie", to chyba to, że nie wychodzi poza smutek i melancholię. Nie wstrząsnął mną tak, jak inne obrazy mierzące się z podobnym tematem np. "Tajemnica Brokeback Mountain" czy "Cienista dolina". Cierpienie tamtych bohaterów zapadło we mnie głęboko, mimo że podobnie jak tu nie było spektakularnych spazmów i szlochów. Mimo tego film wart jest obejrzenia.

Dużo więcej niż melodramat, czyli "Jaśniejsza od gwiazd" Jane Campion.

Polską premierę najnowszego filmu Jane Campion poprzedzały głosy krytyków, że to jej filmowe odrodzenie. Takie wieści zawsze powodują zapalenie się ostrzegawczego światełka nieufności w mojej głowie. Mimo tego wybrałam się do kina z ochotą i tak, jak lubię, nie czytając wcześniej nic na temat. Wiedziałam tylko tyle, że jest to opowieść o miłości młodej dziewczyny i angielskiego poety epoki romantyzmu Johna Keatsa. Po seansie sprawdziłam, że historia jest autentyczna i większość postaci, nawet te epizodyczne, to ludzie z krwi i kości, a nie wymyśleni przez scenarzystkę (Campion). Tym razem zgadzam się z głosami, które przywołałam w pierwszym zdaniu: film zachwycił mnie i poruszył. Jest nie tylko piękny (zapierające dech zdjęcia Greiga Fresera), wzruszający, ale i przede wszystkim zmuszający do różnorakich refleksji. I jeszcze jedna uwaga. Kto obawia się czegoś w rodzaju licznych ekranizacji filmów Jane Austen (ja nie mam nic przeciwko nim), może odetchnąć spokojnie: to film z innej półki, coś znacznie więcej niż filmowa konfekcja. Trzeba obejrzeć koniecznie. A kto już widział, może przeczytać resztę.

Dla mnie to przede wszystkim kolejna odsłona opowieści o  miłości niemożliwej, z góry skazanej na porażkę. Bo jaka przyszłość rysuje się przed Fanny Brawne i Johnem Keatsem? On, młody, niedoceniany poeta, bez pieniędzy, pozostający na finansowej łasce przyjaciela Charlesa Armitaga Browna (postać autentyczna, przyjaciel wielu artystów, szczególnie Keatsa). Ona, młoda dziewczyna pochodząca z konwencjonalnej, ziemiańskiej rodziny utrzymującej się dzięki, chyba niewielkim, pieniądzom zostawionym przez zmarłego ojca. I jej matka i Brown starają się wyperswadować im to uczucie. Matka, chociaż w filmie pokazana jako osoba życzliwa i tolerancyjna wobec "wybryków" córki, z troską tłumaczy jej, że nie ma majątku, więc musi szukać innego męża. Brown z kolei obawia sie o twórczą wolność artysty. Wie, że gdyby jego przyjaciel związał się z Fanny, musiałby zacząć zarabiać. Sam Keats również zdaje sobie z tego sprawę. Uczucie jest jednak silniejsze. Podsycane przez zazdrość o Browna (pięknie sfilmowana scena, kiedy gnani emocjami idą do lasu, a kamera przygląda się im z góry) wybucha z jeszcze większą siłą i nie można już go zatrzymać. Fanny wie, że tkwiąc w tym związku bez przyszłości, traci jednocześnie szansę na znalezienie poważnego (czytaj: zdolnego utrzymać rodzinę) kandydata na męża. Bo nie chodzi na tańce, bo nie udziela się towarzysko, bo staje się obiektem plotek. Ale uczucie jest silniejsze. Spala się w nim niczym ćma w płomieniu świecy. Ich krótka, ale burzliwa znajomość to wieczne pasmo rozstań i ból tęsknoty. John i Charles muszą wyjeżdżać, aby wynajmowaniem domu ratować swoje finanse (a właściwie finanse Charlsa), stale mają długi. Może niektórym wydadzą się przesadzone, nadekspresyjne sceny, kiedy Fanny (Abbie Cornish) umiera z tęsknoty za ukochanym, oczekując na jego listy. Mnie wydały się autentyczne, podobnie jak obrazy rozpaczy, kiedy dowiaduje się o jego chorobie, a potem śmierci. No właśnie, gruźlica, kolejna przeszkoda, ostatnia i ostateczna. Kochankowie zdają sobie z tego sprawę, chociaż  udają, że jest inaczej. Snują naiwne plany o wspólnej przyszłości spędzanej w małym domku na wsi, kiedy John wróci zdrowy z podróży do Włoch, która jest jedynym ratunkiem dla jego wycieńczonego chorobą organizmu. Przejmujące są sceny pożegnania: i ta w domu pełna czułych wyznań i pocałunków w wieczór poprzedzajacy wyjazd, i ta krótka, niemal oschła następnego dnia przy dyliżansie. Oboje mają przeczucie, że już nigdy się nie zobaczą. Śmiertelna choroba, która kończy ich miłość, jednocześnie ją unieśmiertelnia. Co byłoby, gdyby John wrócił z Włoch zdrowy? Albo zwyciężyłby rozsądek i rozstaliby się: on w imię twórczej wolności, ona, bo tego oczekiwałby od niej konwencjonalny świat. A gdyby, na przekór wszystkiemu, zdecydowali się być razem, jak to sobie obiecywali? No cóż, pewnie ich wielka miłość ległaby w gruzach pod naporem codzienności: ubóstwa, finansowych kłopotów, rozczarowań, kompromisów. Czy można by było ocalić jednocześnie uczucie i poetycką wolność? Doświadczenie, a właściwie liczne przykłady, podpowiada, że nie.

To główny problem poruszany w filmie Jane Campion. Ale mamy tu oczywiście dużo więcej. Przyjemność sprawia śledzenie rozwoju Fanny: od konwencjonalnej, trochę naiwnej, trochę zadziornej młodej dziewczyny do  wiedzącej, czego chce, mierzącej się z życiem, świadomej siebie jednostki. Ciekawa jest postać Browna, przyjaciela i dobroczyńcy Keatsa. Zazdrosny o poetę, stojący na straży jego wolności zdaje sobie sprawę, jakim zagrożeniem jest rodzące się uczucie. Wobec Fanny złośliwy, cyniczny stale udowadnia przyjacielowi, że jest ona tylko naiwną, czułostkową panną, jakich pełno przy każdym kominku, a on daje się uwieść jej pozornemu zainteresowaniu poezją. Ale może pod tą maską złośliwości i cynizmu kryje się zainteresowanie młodą dziewczyną, może uczucie? W momencie próby to on zawodzi: nie wyjedzie z chorym przyjacielem do Włoch, bo będzie zmuszony zająć się nieślubnym dzieckiem, jakie przydarzyło mu się ze służącą Abigail. Nawet się z nim nie pożegna. Człowiek, który tyle mówił o wolności, o twórczej pracy, sam uwikłał się w codzienność. Z drugiej jednak strony to dziecko jest symbolem witalności, życia, które trwa. Ktoś umiera, ktoś sie rodzi. Coś leglo w gruzach, coś powstaje. Nie ma dobrego rozwiązania. Charles ma poczucie winy, jednocześnie cieszy się swoim synem.

Pięknie i subtelnie pokazana jest rodzina Fanny: matka, młodzsy brat Samuel i najmłodsza, rudowłosa, pucułowata siostrzyczka. Na ich twarzach śledzimy troskę i niepokój o Fanny, ale także  ciekawość i może niedowierzanie dla tego, co się dzieje. Niewiele tu słów, wszystko widoczne jest na twarzach i w gestach. Ciekawa jest historia Keatsa: poetyckie niepowodzenia, troska o śmiertelnie chorego brata, finansowa nędza i uzależnienie od pomocy przyjaciela, a wreszcie determinacja przyjaciół, aby wywożąc poetę do Wloch, ratować jego życie.

No i osobne zachwyty należą się zdjęciom. Chodzi nie tylko o starannne odtworzenie epoki, to już nieraz widzieliśmy, ale o malarską urodę niektórych kadrów. Widoki suszącej się na sznurach pościeli na tle miasteczka (to ujęcie porównywalne z tym na cmentarzu  w "Volver" Almodovara: kiedy wieje wiatr, a cmentarz jest pełen kobiet sprzątajacych groby); lasu, a właściwie szarych, powyginanych, bezlistnych konarów, wśród których spaceruje trójka zazdrosnych o siebie przyjaciół czy scena bezpośrednio poprzedzająca to zdarzenie  (już tu o niej wspominałam), utkwiły w mojej pamięci.

Mądry, piękny film. Może ktoś inny wykorzystałby  ten temat, aby zrobić  czułostkowo-melodramatyczny, kobiecy wyciskacz łez (jak mawia mój znajomy: film sponsorowany przez fabrykę jednorazowych chusteczek), ale na szczęście nie Jane Campion.

W bałkańskim tyglu, czyli "Krystaliczna sieć" Mirko Kovaca.

Właśnie skończyłam czytać powieść serbskiego? chorwackiego? pisarza Mirko Kovaca wydaną przez wydawnictwo Pogranicze (2006). Jak widać, już samo ustalenie narodowości pisarza jest trudne. Urodził się w Czarnogórze w roku 1938, mieszkał w Belgradzie, potem przeniósł się do Rovinja (Chorwacja). W notce biograficznej na okładce książki nie ma informacji o jego narodowości. Ale powieść przetłumaczono z chorwackiego, a Wikipedia określa go jako Chorwata, więc może rzeczywiście nim się czuje? A być może narodowość nie ma dla niego istotnego znaczenia? Tak właśnie stawia tę sprawę w powieści. Jej bohatera irytują wszelkie buńczuczne wypowiedzi o wielkości Serbów rzucane przez przyjaciół. Kiedyś, trochę nieoczekiwanie dla siebie, stwierdza, że nie ma korzeni, że nie zna historii swojej rodziny (w rzeczywistości oczywiście zna). Dlaczego tyle miejsca poświęciłam kwestii narodowości pisarza? Otóż jej złożoność wydała mi się symbolicznym odbiciem skomplikowanej historii narodów dawnej Jugosławii. A sama powieść? To melancholijna historia niespełnionego pisarza utrzymującego się z handlu antykami. Jej akcja toczy się w latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku głównie w Belgradzie. Retrospekcje sięgają lat przedwojennych w Bośni i Hercegowinie, a epilog to lata osiemdziesiąte. Bardzo ciekawa książka o niespełnieniu i skomplikowanych relacjach międzyludzkich, także o tym, jak dobro miesza się w człowieku ze złem. A wszystko to zanurzone w bałkańskim tyglu.

A teraz jak zawsze garść subiektywnych refleksji o tym, co w powieści przykuło moją uwagę. To dziwny i mroczny świat.

Taki jest Belgrad lat sześćdziesiątych, po którym włóczy się bohater - narrator (znowu bezimienny, jak w kilku innych powieściach, o których tu pisałam). Wędruje po dzikich wzgórzach,  które otaczają miasto, plącze się po ruinach twierdzy, spotkamy go na mokradłach gdzieś nad brzegami Dunaju. W czasie swoich spacerów natknie się na opuszczoną cerkiewkę, której już nigdy potem nie odnajdzie. Często spaceruje nocnymi, opustoszałymi ulicami.

Dziwni są też ludzie i ich poplątane losy. Niektórzy pojawiają się nagle w jego życiu i znikają niczym meteory, z innymi łączy go przyjaźń, miłość lub prawie braterska więź. Dużo wśród nich artystów, przede wszystkim malarzy, mistycznych ekscentryków. Jednym z nich jest Gabriel, który spotkał diabła, twórca teorii krystalicznej sieci (stąd tytuł powieści). Ktoś inny pewnego wieczoru znalazł w swoim łóżku śmierć, ale udało mu się przekonać ją, aby sobie poszła. Jest Ana, też malarka, niespełniona miłość bohatera. No i Silva, młoda, zła, dzika dziewczyna wywodząca się z bogatej, przedwojennej, mieszczańskiej rodziny. W jej żyłach płynie krew serbska, żydowska i francuska. Łączy ich skomplikowana relacja. Miłość, fascynacja erotyczna, zazdrość, kumplostwo (celowo używam tego słowa, bo ono najlepiej oddaje jedną ze stron ich relacji). No i jest Kosma, który nagle pojawia się na kartach powieści, by obecnym być aż do końca. Ten bohater najlepiej oddaje ducha tej książki, skomplikowanie i niejednoznaczność opisywanego świata. Kosma jest starszy od narratora, wywodzi się z Hercegowiny, z rodu, który przed wojną trudnił się przemytem tytoniu, o czym dowiadujemy się z zabawnych i pięknych opowieści. Kiedy wkracza w życie narratora i jego rodziny, jeszcze w czasach, gdy ten był małym chłopcem mieszkającym gdzieś w Hercegowinie, jest już tajemniczym przedstawicielem nowej władzy, jej najgorszego wydania, czyli służby bezpieczeństwa. Paradoks polega na tym, że ten człowiek, za którym na pewno ciągnęła się mroczna działalność, wielokrotnie ratuje z politycznych tarapatów ojca narratora, niczego w zamian nie oczekując. Tak jest też potem, w Belgradzie. Z jednej strony bezwzględny udbek (odpowiednik naszego ubeka), gdzieś na bagnach przesłuchujący zatrzymanych, niecofający się przed żadnymi metodami śledczymi, z drugiej hojny i oddany przyjaciel. Jest okrutny, ale jednocześnie targają nim wyrzuty sumienia, które zatruwają mu życie i prowadzą w religijno-mistyczne rejony. Doprowadza do śmierci ojca Silvy, Bogu ducha winnego architekta, a potem opiekuje się osieroconą dziewczyną. Ciekawy jest też stosunek narratora do Kosmy. Gdy był dzieckiem, nie bardzo zdawał sobie sprawę z charakteru jego zajęcia, po dziecinnemu fascynował go jego pistolet, z którego, jak mu się wydaje, raz nawet strzelił. Kiedy po latach spotykają się w Belgradzie, doskonale już zna jego ciemną stronę, brzydzi się nią, a jednak korzysta z  gościnności. Łączy ich coś wiecej niż przyjaźń, to więź wręcz braterska. Podobnie jest z Silvą. Mimo że straciła przez Kosmę ojca, przyjmuje jego pomoc  i opiekę, bawi się jego fascynacją. Skomplikowane międzyludzkie relacje, jakie często wyciąga na wierzch literatura, a do jakich w życiu wolimy się nie przyznawać. Zło i dobro jako nieodłączne komponenty ludzkiego charakteru pojawiają się tu bardzo często. Nagle ktoś wyciąga nóż, ktoś inny zdradza. Narrator potrafi potraktować kogoś z wielkopańską wyższością, poniżyć, obrazić i natychmiast tego żałuje, zdając sobie sprawę ze swej podłości.

Przez karty tej powieści przewija się jeszcze wielu ciekawych, intrygujących bohaterów. Jesteśmy świadkami ich rozmów z narratorem albo śledzimy ich niezwykłą historię. Czasem jest to tylko jakiś epizod z życia, a czasem cała opowieść czy rodzinna historia. Taka jest właśnie konstrukcja tej książki. Linearna narracja co jakiś czas przerywana jest jedno- lub kilkurozdziałowymi dygresjami, gawędami. Na tym też polega jej urok. Dzięki takim fragmentom opuszczamy mroczny Belgrad, aby wędrować przez góry Hercegowiny, znaleźć się nagle w przedwojennym Dubrowniku, zatrzymać się w małych wioskach Czarnogóry czy Wojewodiny.

Ważny jest w tej książce przedmiot. Wszak narrator, pisząc swoją powieść, utrzymuje się z handlu antykami, po które wyrusza do wiosek czy miasteczek Wojewodiny czy Hercegowiny, a potem sprzedaje je nowym panom, którzy wyszli już z fazy proletariackiego, ideologicznego ubóstwa i próbują się zakorzenić, dodać sobie splendoru, kupując stare, piękne przedmioty. Często poznajemy  historię starych kielichów, komód czy zastawy, ich urodę. Narrator pisze o nich z prawdziwą miłością i czułością. Czasem jednak emanuje z nich jakaś tajemnicza groza, jak z pewnej amerykańskiej skrzyni, której nikt nie chce kupić.

Jest to jednocześnie książka smutna i melancholijna. Upadają stare, mieszczańskie rody, przychodzi nowy porządek. Czas nieubłaganie płynie, młodość mija, ludzie odchodzą, wyjeżdżają, układają sobie życie gdzieś daleko, inni umierają. Miłość się kończy, przyjaźń też, powieść wciąż powstaje. Co pozostaje? Niespełnienie? Rozczarowanie? Samotność? Wspomnienia? Tęsknota za młodością? A może ucieczka?

Kolejna bardzo dobra powieść, jaką udało mi się ostatnio przeczytać. Oczywiście, kto do niej zajrzy, znajdzie w niej dużo więcej.

Szwedzki "Burrowing", film nie dla każdego.

Wybrałam się na szwedzki "Burrowing" pokazywany latem na festiwalu Era Nowe Horyzonty. Muszę przyznać, że czuję się trochę rozczarowana, chyba nie tego się spodziewałam. Z materiałów na temat filmu można się dowiedzieć, że jest to obraz szwedzkiego osiedla domków jednorodzinnych, a właściwie jego mieszkańców, widziany oczyma kilkunastoletniego chłopca. Spodziewałam się filmu społecznego, tymczasem jest to obraz kontemplacyjny, zmierzający bardziej w stronę refleksji filozoficznej niż społecznej, chociaż i taka jest tu niewątpliwie. Obejrzałam bez przykrości, z zainteresowaniem, ale cały czas patrzyłam chłodnym okiem. Ten film to dla mnie bardziej matematyczne równanie do rozwiązania niż przeżycie i wzruszenie, a ja w sztuce wolę to drugie. Zakładam jednak, że wielu oglądających może mieć inne wrażenia. W każdym razie na pewno nie jest to film dla miłośników akcji. Zamiast niej oglądamy właściwie osobne obrazy, których bohaterami są dziwni mieszkańcy idealnego, pewnie dość przeciętnego, szwedzkiego osiedla domków jednorodzinnych. Niewiele tu słów, za to często towarzyszy nam muzyka stylizowana na chorały. Warto o tym wszystkim wiedzieć, wybierając się na "Burrowing". A jeśli ktoś już widział, może przeczytać ciąg dalszy.

Osiedle jest idealne, po szwedzku porządne, każdy dom podobny, otoczony zadbanym ogródkiem. Pusto. Z rzadka przejedzie samochód, czasem ktoś pojawi się na swoim kawałku trawnika. Obserwujemy paru najbliższych sąsiadów kilkunastoletniego chłopca i jego matki. To on jest przewodnikiem po tym świecie. Snuje dość dorosłe refleksje o nich i o życiu. Oprócz tego pojawiają się cytaty z dziewiętnastowiecznego amerykańskiego poety, eseisty i myśliciela Henrego Davida Thoreau, zwolennika odejścia od cywilizacji i powrotu do natury. Kto je wypowiada? Chłopiec? Bezosobowy narrator? Jeszcze ktoś inny? Nie wiadomo. Nie poznamy historii tych kilku bohaterów filmu, wiemy o nich tylko tyle, ile zdradzi nam chłopiec i ile sami zobaczymy.

Ludzie są dziwni. Małomówni, zamknięci w sobie, żyją w swoich światach. Właściwie niewiele o sobie wiedzą, można powiedzieć, że nie zauważają siebie. Są  przeźroczyści, co najlepiej widać w scenie bójki(?) ojca z synem. Na tym samym trawniku przed domem siedzi kilkunastu młodych balangujących ludzi, którzy wydają się nie widzieć kotłujacych się mężczyzn. Tak jakby oddzielała ich jakaś niewidzialna przegroda. Sama scena też jest dziwna. Trudno się zorientować, czy ta młodzież to goście obu mężczyzn? Takich niedopowiedzeń, niejednoznaczności jest w tym filmie więcej. Być może reżyserzy (Henrik Hellstrom i Fredrik Wenzel) mówią widzowi: "Nie to jest ważne, chodzi o coś zupełnie innego, głębszego." Mnie jednak drażni w kinie takie manifestacyjne lekceważenie rzeczywistości, jeżeli jednocześnie stwarza się jej pozory. Inną dziwną postacią jest młody ojciec kilkunastomiesięcznego dziecka mieszkajacy ze swoimi rodzicami. Nie pracuje, opiekuje się chłopcem, nie ma kluczy do domu swoich rodziców, wydaje się trochę opóźniony w rozwoju. ale może to  mylne wrażenie? Z jednej strony czuły ojciec, dbający o dziecko (stale nosi je na rękach), chociaż czasem w dziwny sposób (zmienia pieluchę na asfalcie sklepowego parkingu, co wywołuje reakcję opiekunki społecznej; to w filmie jedyny moment, kiedy bohaterowie wchodzą ze sobą w jakiś bliższy, choć niemiły, kontakt, nawiązują relację), z drugiej drzemią w nim pokłady okrucieństwa. Nagle, z zaskoczenia i chyba pod wpływem impulsu, uderza swojego sąsiada w głowę wiosłem. Co dzieje sie z jego ofiarą? Przeżyje? Trafi do szpitala? Uderzenie jest niegroźne? Tego też się nie dowiemy. Dziwny jest też chłopiec - narrator. Unika rówieśników, jego kontakty z matką są raczej chłodne, stale gdzieś biega, znika, obserwuje sąsiadów. Zachowuje się nieracjonalnie. Wyrzuca do kanału zegarek matki, rodzinną pamiątkę. Dlaczego? Ze złośliwości? Przez przypadek?

Wszyscy ci wyobcowani ludzie uciekają od świata swoich wymuskanych domków, zimnych sąsiadów i rodzin do lasu otaczającego ich idealne osiedle. Błądzą po wertepach, zanurzają się w nurt ciemnej rzeki, wędrują przez gąszcz krzewów i drzew, brodzą w bagnie, jakby chcieli tu właśnie szukać schronienia (czasem dosłownie: starszy mężczyzna zwinięty w kłębek kładzie się w jakiejś jamie niczym płód w brzuchu matki), ukojenia czy spokoju. Ale pokazana w filmie natura wcale nie jest przyjemna. Las jest ciemny, tajemniczy, dziki, omszały, pełen wystających korzeni, groźny. Niewątpliwie symbolem tego jest  bagno, w które co chwilę ktoś się zapada. Mimo wszystko to tu szukają schronienia. Natura, nawet taka, jest lepsza od świata, który, pozornie idealny, jest pełen ludzkiej wrogości i chłodu. Świata, w którym każdy żyje sam.

Pewnie można by jeszcze długo snuć podobne rozważania i interpretacje. To wszystko oczywiście w tym filmie jest i pewnie wielu się zachwyci. Ja jednak pozostałam chłodna i nieporuszona.

I na koniec jeszcze jedno. Zaintrygowana tytułem sprawdziłam jego znaczenie (to oczywiście żadna sztuka). Burrow to: albo jama albo ryć w ziemi. Burrowing będzie więc ryciem w ziemi, aby znaleźć schronienie. Cóż, wszystko się zgadza.

Przereklamowana "Gorączka w Hawanie" Leonarda Padury.

Zanim wyjaśnię, dlaczego jednak rozczarowała mnie powieść kubańskiego pisarza,


kilkanaście zdań wstępu. Jestem miłośniczką dobrego kryminału. Jak każdy fan tego gatunku mam swoich ulubionych autorów. Moją przygodę z literaturą kryminalną zaczęłam od Agaty Christie, pewnie to nic oryginalnego. Potem czytałam angielską pisarkę P.D.James. Opasłe tomiska, skomplikowana zagadka i takież śledztwo, wielu bohaterów, rozbudowane tło obyczajowe i komendant Scotland Yardu Adam Dalgiesh w roli głównej to zalety jej książek. Po pobycie w Wenecji sięgnęłam po Donnę Leon i nadal kupuję jej kryminały, ale muszę z przykrością stwierdzić, że nowsze nie są już tak dobre jak na przykład "Śmierć w La Fenice"  czy "Strój na śmierć". Zawsze czytam je z planem Wenecji w ręce, przypominając sobie miejsca, w których toczy się akcja. Potem oszalałam dla mojego ukochanego komisarza Kurta Wallandera. Powieści Mankella to nie tylko skomplikowana zagadka, wymyślna zbrodnia, ale też ponury, przytłaczający świat Wallandera, jego żmudne zmagania z codziennością, powolne dochodzenie do prawdy. Poszukiwanie mordercy to znój, nic nie dzieje się ot tak sobie, śledztwo trwa często długo. Nie mogę przeboleć, że seria prawdopodobnie już się skończyła. Przeczytałam też trzy kryminały wrocławskie Marka Krajewskiego, ale w końcu znurzyla mnie wyszukana perwersyjność jego zbrodniarzy i po kolejne nie sięgnęłam. Gdzieś tak rok temu odkryłam świetne książki Szkotki Denise Miny. Jak dotąd ukazały sie dwie: "Pole krwi" i "Martwa godzina". Ich akcja rozgrywa sie w Glasgow na początku lat osiemdziesiątych zeszłego wieku, a bohaterką jest młoda dziewczyna, Paddy Meehan, która rozpoczyna pracę w dzienniku "Scottissh Daily News", początkowo jako goniec, potem awansuje na stażystkę w dziale miejskim. Książki są fascynujące nie tylko ze względu na zagadkę kryminalną (nawiasem mówiąc, za każdym razem jej rozwiązanie dokonuje się trochę na siłę, to jedyny minus), ale na super ciekawe tło obyczajowe (na przykład konflikt katolicko-protestancki, zderzenie ubogiego świata Paddy ze światem dziennikarskim) i świetnie nakreśloną postać głównej bohaterki, młodej dziewczyny, która za wszelką cenę usiłuje wyrwać się ze swojego środowiska: robotniczej, konserwatywnej, katolckej rodziny żyjącej na obrzeżach Glasgow. Mam nadzieję, że wydawnictwo WAB wyda kolejne tomy cyklu (ma być ich pięć). Od czasu do czasu zwabiona recenzją sięgam po kryminał z jakiegoś nowego cyklu, ale często kończy się tylko na jednym. Tak było z Andreą Camirellim, mimo że uwielbiam Sycylię, gdzie toczy się akcja jego powieści. Za to bardzo polubiłam wersję serialową jego książek (odwrotnie jest z ekranizacją powieści Mankella: denerwują mnie swoją powierzchownością). Nie przekonałam się też do  Karin Fossum czy Iana Rankina. Cóż, wszystko wskazuje na to, że podobny los spotka kryminały Leonarda Padury i ich bohatera porucznika Mario Conde.

Jego pierwsza powieść "Gorączka w Hawanie" ukazała się w Znaku w roku ubiegłym. Teraz wyszła trzecia z cyklu. Towarzyszą im świetne recenzje. Mnie, oprócz nich, skusiła Kuba i Hawana. Pomyślałam, że to ciekawe  zanurzyć się w zupełnie obcym, egzotycznym, owianym legendą świecie. Nie należy zapominać, że to jednocześnie kraj komunistycznej dyktatury, więźniów politycznych, biedy. Początkowo byłam zadowolona. Od razu zorientowałam się, że książka Padury to nie tylko kryminalna zagadka, ale też powieść obyczajowa i psychologiczna, a, jak wynika ze wstępu, dla mnie to niezbędna część kryminału. Stopniowo poznajemy historię trzydziestoczteroletniego, zgorzkniałego i rozczarowanego życiem porucznika Mario Conde. Jego mlodość, przyjaźnie, historie miłosne, dwa nieudane małżeństwa. Wiemy, że doskwiera mu samotność, ma jednego przyjaciela, Chudego, uwielbia dobrą kuchnię, rum (bywa, że go nadużywa), jest niespełnionym pisarzem, a jego literacki idol to Hemingway. Poznajemy też  innych policjantów, zawsze scharakteryzowanych zwięźle, ale tak, że dzięki kilkunastu zdaniom stają się ludźmi z krwi i kości. Podobnie jest ze szkolnymi kolegami, których wspomina Mario. Akcja toczy się na dwóch planach: współczesnym (rok 1988) i wspomnieniowym (głównie lata licealne i studenckie). Poznajemy też realia obyczajowe Hawany lat osiemdziesiątych. Rozwarstwienie społeczne, świat zwykłych mieszkańców i uprzywilejowanej władzy. Mówi się o ucieczkach do Stanów, o handlu walutą, ale oczywiście nie o więźniach politycznych. Porucznik Conde jest człowiekiem porządnym, ściga  przestępców, ale ja odebrałam go raczej jako obywatela prawomyślnego niż zbuntowanego. Cóż, skoro powieść ukazała się na Kubie, nie można niczego innego oczekiwać. A wszystko to zanurzone w różnorodnej narracji: a to trzecioosobowej, a to narratorem bywa sam Mario, czasem jeszcze ktoś inny.

Skąd w takim razie moje rozczarowanie? Otóż  mnie książka wydała się zdecydowanie za krótka, a ponieważ naprawdę sporo miejsca zajmuje historia Mario, na zagadkę kryminalną nie zostaje zbyt wiele miejsca. Nie jest to kryminał, od którego nie można się oderwać. Nie zagryzamy nerwowo palców, nie umieramy ze strachu, nie jesteśmy wodzeni za nos. Rozwiązanie zagadki jest dość banalne, a dojście do celu w gruncie rzeczy proste, nie wymaga od porucznika wielu starań. Historia miłosna mnie wydała się dość letnia, a nieudane życie porucznika jest niczym wobec bólu istnienia, jakiego doświadcza mój ukochany komisarz Wallander z depresyjnego Ystad. Czego mi jeszcze zabrakło? Opisów Hawany. Lubię widzieć miejsca wykreowane przez pisarza, a Padura nie opisał porządnie nawet mieszkania porucznika, że o mieście nie wspomnę! Świat jest tu raczej nazywany niż opisywany. Ale być może dla niektórych to zaleta. Tak więc zachwyty nad tą serią wydają mi się zdecydowanie przesadzone. Owszem, można przeczytać, ale ja nie odczułam przymusu następnego spotkania z porucznikiem Mario Conde. Za jakiś czas, kiedy znowu zatęsknię za powieścią kryminalną, spróbuję czegoś innego.

Woody Allen powraca do Nowego Jorku, na szczęście.

Wreszcie obejrzałam najnowszy film mojego ukochanego Woody Allena. (Celowo nie podaję tytułu, bo polskie tłumaczenie jest wyjątkowo idiotyczne. Szłam z lekkimi obawami, bo według mnie ostatni prawdziwy Allen to "Życie i cała reszta". Kolejne, te kręcone w Europie, to już nie to samo! Owszem, on nigdy nie schodzi poniżej pewnego poziomu, ale jednak czegoś mi brakowało. Nawet "Vicki, Christina, Barcelona" pozostawiła po sobie niedosyt. Kto widział "Tajemnicę morderstwa na Manhatanie", nie mógł zachwycić się filmem "Scoop - Gorący temat", kto uwielbia, jak ja, "Zbrodnie i wykroczenia", temu marną kopią mogło wydać się "Wszystko gra". Na szczęście powrót do Nowego Jorku wpłynął korzystnie na jego twórczą formę i ten film to stary, dobry Allen, może nie z tych najwybitniejszych, ale bez wątpienia miłośnicy jego twórczości odnajdą tu wszystko, za co go kochają (a niech tam, trochę egzaltacji nie zaszkodzi). Szkoda tylko, że sam mistrz nie gra już w swoich filmach. Patrząc na Borisa (Larry David), cały czas przed oczyma miałam Woodego Allena.

Główny bohater najnowszego filmu Allena to postać dobrze nam znana z jego poprzednich obrazów. Hipochondryk, ogarnięty fobiami, zgryźliwy cynik, pesymista, wciąż rozmyślajacy o okropnościach świata, mistrz ciętej riposty i dowcipu. Najbardziej przypomina Davida Dobela z "Życia i całej reszty". Z tamtą postacią łączy go wiek i to, że staje się mentorem, tym razem, młodej dziewczyny Melody. Można powiedzieć, że stara się ją edukować niczym profesor Higgins Elizę Doolittle. Rezultat średni, bo Melody nie jest najmądrzejsza. Jak papuga powtarza po swoim mistrzu i ukochanym jego opinie i poglądy, starając się zaimponować nowym znajomym, potem matce i ojcu. Niestety, wypada to marnie, bo nie jest w stanie zapamiętać wiernie jego mądrości. Tu pojawia się nowy wątek, dotąd niespotykany w filmach Allena (przynajmniej ja sobie nie przypominam): zderzenie mentalności Północy (ścislej Nowego Jorku) z mentalnością Południa. Melody i jej rodzice to dla Borisa, profesora fizyki, który, jak twierdzi, otarł się o Nobla, reprezentanci zacofanego ciemnogrodu, buraki. Nowy Jork szybko jednak wydobywa z Marietty i Johna ich prawdziwe ja. Paradoks polega na tym, że w tym filmie starzy się buntują, przeobrażają, wywracają swój świat do góry nogami, a młodzi po początkowym zanegowaniu swojej przeszłości szybko wracają w utarte koleiny. Tylko Melody i Randy tworzą konwencjonalną parę.

Poza tym znajdziemy w tym filmie motywy znane nam z innych obrazów Allena. O konstrukcji głównego bohatera już wspominałam. Jest jeszcze relacja starszy mężczyzna - młoda dziewczyna (np. "Manhattan" czy "Mężowie i żony"). Pojawia się zwariowana matka, zupełnie jak w "Życiu i całej reszcie". Mamy wspomnienia poprzedniego, oczywiście nieudanego, związku - wątek obecny w wielu jego filmach. Jest też opowieść o porzuceniu, chociaż tu rozegrana zupełnie inaczej (ileż to razy allenowskiego bohatera porzucały kobiety!). Film jest nieodparcie śmieszny dzięki dialogom, ironii i przedziwnym zbiegom okoliczności. Jak na komedię przystało, wszystko znajduje swój szczęśliwy, chociaż przewrotny, finał. No i na dodatek rozważania o roli przypadku w życiu, miłości i podejściu do tego, co nas spotyka. Dawny, dobry Woody Allen.

Spotkanie z INNYM , czyli "Ja też" Alvaro Pastora i Antonia Naharro.

Nadrabiam kinowe zaległości. Obejrzałam hiszpański film Alvaro Pastora i Antonia Naharro "Teraz ja" pokazywany niedawno w ramach corocznego przeglądu kina hiszpańskiego, a teraz wyświetlany na zwykłych seansach. Początkowo nie miałam go w planach, przyznaję ze wstydem, ze względu na temat. Bałam się słodkiego, czułostkowego filmu. Dlaczego? Bo jego bohaterem jest trzydziestoczteroletni Daniel (świetny Pablo Pineda) cierpiący na zespół Downa. Jego wyjątkowość polega na tym, że skończył studia i podjął normalna pracę. I właśnie tam spotyka Laurę (też bardzo dobra Lola Duenas), w której się zakochuje. Ale film wcale nie jest czułostkowy. Pokazuje świat, o jakim na co dzień nie myślimy. Odsłania tabu: pragnienia człowieka z zespołem Downa, pragnienia miłości, także fizycznej. Skłania do refleksji: jak zachowalibyśmy się na miejscu Laury? Czy możliwy jest związek pomiędzy nimi? I pytania dotyczące innych bohaterów też cierpiących na te samą chorobę: na ile mogą stanowić o własnym życiu? Czy wolno odmawiać im prawa do uczuć? Jak bardzo trzeba ich chronić przed wszelkimi troskami? Czy muszą tkwić pod kloszem zamknięci tam przez troskliwych rodziców? Problemy nie są wymyślone. Scenariusz wykorzystuje historię Pablo Pinedy, który nie tylko wciela się w głównego bohatera, ale był kimś w rodzaju konsultanta. Film ogląda się bardzo dobrze, ma świetne tempo i nie przynosi na szczęście oczywistych rozstrzygnięć. Nie wolny jest niestety od jednej słabości: tajemnicza przeszłość Laury wydaje się tu pewnym naddatkiem. Widz dość szybko może się jej domyślić. Muszę jednak przyznać, że ten wątek nie jest na szczęście nadmiernie eksploatowany i twórcy uniknęli wykładania kawy na ławę. Wszystko do końca pozostaje w sferze domysłów. Warto wybrać się na ten film! A jeśli ktoś widział, może czytać dalej.

Laura nie to żadna piękność. Przeciwnie, pokazywana jest bez retuszu: twarz nie pierwszej młodości, znać już na niej piętno wieku lub może niezbyt higienicznego trybu życia. Tlenione włosy nie dodają jej uroku, ale właśnie te włosy tak bardzo podobają się Danielowi. Dla niego są jedwabiste. Laura nie ma w miejscu pracy zbyt dobrej opinii, ale przyciąga mężczyzn. Są to związki krótkotrwałe, często na jedną noc, bez uczuć. Broni się przed miłością? Nie umie pokochać? A może dotąd nie spotkała właściwego mężczyzny? Łatwo się domyślić, że pewnie tajemnica tkwi w jej przeszłości. Prawdopodobnie (używam tego słowa, bo, jak wspominałam, kropka nad i nie zostaje postawiona) była molestowana przez swojego ojca, pewnie za wiedzą braci. Stąd jej nienawiść do całej trójki i ucieczka z domu. Jest samotna.

Daniel to jej przeciwieństwo. Ma kochającą rodzinę. Matkę, której uporowi i ciężkiej pracy poświeconej jego rehabilitacji zawdzięcza to, kim jest. Ojca erudytę, szczęśliwego brata i bratową. Na nich wszystkich może liczyć. Jest wykształcony, skończył studia, zna się na malarstwie, uczy się angielskiego(Laura języków obcych nie zna, o "Ogrodzie rozkoszy ziemskich" Boscha nigdy nie słyszała.) Jednak to mu nie wystarcza. Marzy o miłości i zakochuje się właśnie w niej. Cierpi. Miłość do normalnej kobiety nie jest dla niego, seks też nie (znamienna scena pod przybytkiem rozkoszy). Problem Daniela polega na tym, że dzięki temu co osiągnął, nie przynależy do żadnego świata. Żyje wśród ludzi "normalnych", ale z pewnych sfer ich egzystencji jest wykluczony. Może pracować, ale nie może związać się z "normalną" kobietą. Brat, który jest jego przyjacielem i powiernikiem, mówi mu wprost, że w tej dziedzinie wyznacza sobie za wysokie cele. Ale Daniel wyrósł ponad świat takich jak on. Czy nie lepiej by było, gdyby pozostał wśród nich? Może bez wykształcenia okupionego wysiłkiem jego i matki byłby szczęśliwszy? Paradoksalnie dźwignięcie na wyższy poziom, zyskanie świadomości uczyniło go nieszczęśliwym.

Co w nim widzi Laura? Początkowo to tylko kolega z biura, czasem irytujący swoją bezradnością. Bo choć po studiach i świetnie radzi sobie w pracy, to ma problemy z zawiązaniem sznurówki czy obsługą kserokopiarki. Nadmiernie się wzrusza, płacze, a wiadomo, mężczyźni nie płaczą. Laura początkowo mu matkuje, z czasem zaprzyjaźnia się, ale gdy orientuje się w jego uczuciach, przerażona ucieka. Ona chce się z nim przyjaźnić i ta przyjaźń jest dla niej ważna. Daniel to jedyna bliska jej osoba. Tak bliska, że zabiera go ze sobą, kiedy po śmierci znienawidzonego ojca u notariusza musi się spotkać ze swoimi braćmi. Ale chociaż spędzą ze sobą jedną noc i będzie to ze strony Laury prawdziwe pragnienie, nie potrafi z nim być. Nie potrafi? Nie chce? Nie może? Film nie daje odpowiedzi. Za to stawia odwieczne pytanie: czy warto zaznać chwili szczęścia, skoro wiadomo, że zaraz nadejdzie cierpienie, ból rozstania? Cóż, tak czasem w życiu bywa, że jesteśmy nieszczęśliwi właśnie dlatego, że przed momentem tego szczęścia zaznaliśmy. Alternatywą jest egzystencja na pół gwizdka: bez wzlotów, ale i bez upadków.

Ciekawy film odsłaniajacy przed widzem problemy ludzi, o których po prostu nie myślimy. Żyją gdzieś na marginesie naszego świata, ale przecież są.

Magiczny świat Siedmiogrodu, czyli "Fortepian we mgle" Eginalda Schlattnera

Właśnie skończyłam czytać rumuńską powieść "Fortepian we mgle" Eginalda Schlatnera

(Wydawnictwo Czarne 2009), o której tu dwukrotnie w trakcie lektury wspominałam. Trudno było mi się rozstać z tą książką, bo jej świat pochłonął mnie swoją barwnością, magią i dziwacznością. Ale obraz malowany tylko tymi przymiotnikami nie byłby pełny: to także lektura okrutna za sprawą polityki. Akcja powieści rozgrywa się na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych głównie w rumuńskim Siedmiogrodzie. Obserwujemy przemiany zachodzące w Rumunii po drugiej wojnie światowej, upadku Hitlera, wkroczeniu Sowietów, dojściu do władzy komunistów i wygnaniu króla Michała. To książka ciekawa choćby ze względów poznawczych. Cóż wiemy o Rumunii? A może właściwiej byłoby zapytać: o Siedmiogrodzie, który dla bohaterów powieści, rodziny Rescherów (siedmiogrodzkich Sasów), jest małą ojczyzną? Dość wspomnieć, że ledwo mówią po rumuńsku, a ich językiem jest niemiecki, a raczej jego tamtejsza odmiana. To egzotyczny świat zamieszkany przez mieszaninę narodowości: wspomnianych siedmiogrodzkich Sasów (Niemców sprowadzanych do Siedmiogrodu przez królów węgierskich od XII wieku), Cyganów, Węgrów, Rumunów i nielicznych ocalałych Żydów. Historia obeszła się bezceremonialnie szczególnie z tymi pierwszymi. Opisywane zdarzenia kończą się na roku 1951, a przecież wiemy, że potem było jeszcze gorzej. Fascynująca lektura!

Głównym bohaterem powieści jest Clemens Rescher, w roku 1951 dwudziestokilkuletni, pochodzący z zamożnej rodziny fabrykantów. Fabryka jego ojca znacjonalizowano, a majątek skonfiskowano. Zostają wyrzuceni ze swojej willi, a każdy domownik zabrać może tylko jedną walizkę. Jedynie służąca Rosa wiernie trwa przy swoich chlebodawcach, podczas gdy reszta służby i pracownicy fabryki z radością witają upadek rodziny (do czasu, bo rozczarowanie  nowymi porządkamiami przychodzi szybko). Podobny los spotkał już wcześniej (lub spotka za moment) i inne rodziny Sasów siedmiogrodzkich. Jedni zostają tylko wyrzuceni ze swoich majątków, a inni trafiają do obozów pracy w Dobrudży, skąd często już nigdy nie wracają. Bywa, że listonosz przynosi rodzinie małą paczuszkę z łachmanami, jakie zostały po zmarłym. Kto stawia opór, trafia do więzienia, jak ojciec Clemensa, który postanowił trwać w bezsensownym, zdaniem niektórych, oporze. Zamiast się poddać,  stoczył ostatni  bój (raczej honorowy niż w sensie dosłownym)Dlaczego to właśnie Sasów siedmiogrodzkich spotyka tak okrutny los? Z dwóch powodów. Pierwszy oczywisty: tak nowa władza obchodzi się ze wszystkimi posiadaczami i inteligencją, nie tylko tymi o niemieckich korzeniach. Drugi mniej znany: Sasi siedmiogrodzcy popierali w czasie wojny nazistów. Cierpieli podwójnie, bo gdy tylko do Rumunii wkroczyły wojska sowieckie, za współpracę z Hitlerem byli wywożeni do Rosji i osadzani w łagrach. To przyczyna do dylematów moralnych: jedni ukrywali się, unikając wywózki (rodzice Clemensa), niektórzy szli dobrowolnie, towarzysząc innym (pastor). Clemens długo nie widzi nic złego w postawie rodziców, dopieo z czasem uświadamia sobie, że ich postępowanie nosiło znamiona konformizmu.

Ciekawa jest obserwacja postaw wywłaszczanych. Chociaż mają poczucie utraty, niesprawiedliwości, pogardzają nowymi porządkami i pocieszają się myślą o przyjściu Amerykanów, którzy nie zostawią ich w potrzebie, w większosci ze spokojem przyjmują swój los. Powiedziałabym nawet, że robią to godnie. Czasem ich reakcje mogą wydawać się dziwne, nawet nierealistyczne np. matka Clemensa opuszcza dom i udaje się do Dobrudży, gdzie zatrudnia się w spółdzielni rybackiej, zostawiając syna i teściową. A Clemens? Przez dłuższy czas mieszka na polu słoneczników (dawniej własność rodziny), spokojnie rozmyślając nad wyborem dalszej drogi. Co jakiś czas ktoś go odwiedza i jest w tych spotkaniach towarzyskich w polu słonecznikow coś surrealistycznego. To piękny fragment powieści, niby realistyczny, a jednak mający w sobie dozę nieprawdopodobieństwa. W końcu zostaje robotnikiem w fabryce. Ale i te partie opisujące pracę w cegielni czy przy piecu w fabryce porcelany mają w sobie jakiś magiczny urok, są czymś w rodzaju misterium okupionym fizycznym wysiłkiem.

Jest to też powieść o szukaniu drogi życiowej, o układaniu się ze światem. Wszystko się przewróciło, ale żyć trzeba. Także o miłości. Związki Clemensa z kobietami, właściwie dziewczynami, są bogate i różne. Jest wśród nich Petra, przyjaciółka z dzieciństwa, córka prostych ludzi. Jest wykształcona Isabela, panienka z dobrego domu, wnuczka miejscowego mistrza-cukiernika. Jest Cyganka Rosita, z którą pracuje w cegielni. Jest chyba najważniejsza, Rumunka Rodica, której rodzinę zesłano do Dobrudży, a tylko ona  została w Siedmiogrodzie i pracuje w upaństwowionym gospodarstwie rolnym, między innymi grając krowom na fortepianie, aby dawały mleko (tak!). Jest wreszcie Eva-Maria w odległym Banacie (część Siedmiogrodu na granicy z Serbią zamieszkana m.in. przez Szwabów banackich sprowadzanych na te tereny za czasów austriackich). To tu Clemens spędza urlop u rodziny swojego wuja. Urlop, który nieoczekiwanie obfitujre w tragiczne wydarzenia.

Nie sposób zaprezentować tu całego bogactwa i przepychu tej książki. Krótko  wspomnę o tym, co jeszcze przykuło moją uwagę.

Wędrówka Clemensa i Rodici z Siedmiogrodu przez Karpaty, Bukareszt do Dobrudży, gdzie chcą odnaleźć swoich krewnych. Magiczna, melancholijna podróż, w czasie której spotykają barwne typy (np. zwariowana bukaresztańska ciotka Rodici), obcują z nieznaną Clemensowi rodzinną krainą ukochanej. Nieoczekiwanie to wtedy ujawniają się różnice kulturowe między nim-Sasem a nią-Rumunką.

Humor. Opowieść o tych strasznych czasach inkrustowana jest zabawnymi zdarzeniami. Ot na przykład pewien dość ponurej sławy towarzysz Izydor zwierza się, jak to próbował kiedyś pozbawić cnoty swoją ukochaną. A działo się to mroźną nocą na pustej platformie wagonu bydlęcego (jej ojciec był dróżnikiem, stąd ten wagon), którego powierzchnia zamieniła sie w ślizgawkę. Spleceni w miłosnym uścisku ślizgali się po platformie, co czyniło niemożliwym skonsumowanie tego związku, aż wreszcie zrozpaczony Izydor poprosił niebiosa o pomoc. Został wysłuchany! Gołe pośladki ukochanej przymarzły do podłogi wagonu i Izydor mógł wreszcie zrobić to, o czym marzyli kochankowie.

Ironia. Narracja bywa zjadliwie ironiczna, szczególnie, kiedy opowiada o nowej władzy. Oto próbka: "Młockarnię Matza Leforta partia potulnie oddała właścicielowi, ale dla pewności kazała go na miejscu aresztować. Nikt nie wiedział, dokąd trafił. A ta potworna maszyna nie chciała się podporzadkować nakazom władzy. Parowy kombajn pożarł ludzką rękę aż po ramię i męską nogę aż po pachwinę, straszne!"

Mistyka. O tym, że niektóre zdarzenia pozornie realistyczne robią wrażenie nieprawdopodobnych, wspominałam. Ale oprócz takiego sposobu pisania jest jeszcze coś. To świat, w którym wierzy się w duchy. Gdzieś tam nad rzeką straszy zjawa kobiety. Nawet  towarzysze są tego pewni. Deportowana rodzina jest przekonana, że zmarła babka natychmiast po ich wyjeździe wstanie z grobu i ruszy za nimi. Żeby jej w tym przeszkodzić (przecież kiedyś wrócą do swojej wioski), trzeba  nasypać do trumny ziaren zboża. Kiedy wstanie o północy, zechce je przeliczyć i tak zejdzie jej do rana, a świt przywiąże ją do miejsca pochówku. Prawda jakie proste? Albo takie sceny: "Z wagonu wyroiły się pszczoły, rozżarzone punkciki żółte, czarne i pomarańczowe. Otoczyły młodego człowieka przy fortepianie, utworzyły wokół niego ochronny klosz. Żaden człowiek nie odważył się podnieść na niego ręki." A zaraz potem groźni funkcjonariusze Securitate chwytają się pod boki i zaczynają tańczyć.

Czyż nie piękna to powieść, w której krowom przygrywa się na fortepianie, fortepiany stoją w opuszczonym ogrodzie, a coś, co koniecznie trzeba zabrać ze sobą, gdy deportują cię z rodzinnej wsi to też  fortepian?

Gregor von Rezzori "Pamiątki antysemiy".

Zanim skończę czytać rumuńską powieść "Fortepian we mgle", o której wspominałam w poprzedniej
notce, chciałabym wrócić pamięcią do książki, jaką przeczytałam ostatniego lata. Dlaczego? Ponieważ miejsce akcji łączy ją z moją obecną lekturą. Chodzi o "Pamiątki antysemity" Gregora von Rezzori (Pogranicze 2006, ale książka cały czas jest dostępna). Już krótki rzut oka na biografię autora pozwala domyślić się, jak barwna to postać. Był Włochem, ale urodził się w Czerniowcach w roku 1914 jako obywatel Austro-Węgier, potem z wyroku historii stał się obywatelem rumuńskim, później niemieckim, przez jakiś czas był bezpaństwowcem, aby wreszcie przyjąć obywatelstwo włoskie! Akcja jego częściowo autobiograficznej powieści, a właściwie pięciu epizodów z jego życia, rozgrywa się na Bukowinie, potem w Bukareszcie, w Wiedniu w roku 1938 i w powojennym Rzymie. Polecam!
Książkę odkryłam dzięki jakiemuś programowi literackiemu, a o konieczności zakupu przekonało mnie porównanie jej do "Buddenbrooków" Manna. Ta informacja jednak okazała się zupełnie nieprawdziwa, bo nie mamy w tym wypadku do czynienia z sagą rodzinną, ale raczej z historią dojrzewania, szukania drogi życiowej. Owszem, sporo dowiadujemy się o historii rodziny narratora, pamięcią sięga  jeszcze czasów monarchii austro-węgierskiej, pisze o swoich rodzicach, wujostwie, babce mieszkającej w Wiedniu, ale to wszystko. Te wspomnienia nie są ani chronologiczne, ani pełne. Jednak zupełnie nie żałuję, że wprowadzono mnie w błąd, bo to powieść znakomita, ciekawa i zmuszająca do refleksji!
A jej głównym tematem jest sygnalizowany w tytule powieści antysemityzm, który narrator  wyssał z mlekiem matki. Dla mówiących po niemiecku obywateli Austro-Węgier, którzy na Bukowinę przybyli z serca cesarstwa, Wiednia czy innych terenów Austrii, po to, aby w imieniu tego cesarstwa ją "kolonizować", antysemityzm był czymś oczywistym i naturalnym. Nie podlegał żadnej refleksji. Po prostu Żydów traktowało się, jakby nie istnieli! Pogarda, tak, ale dopiero wtedy, kiedy dochodziło do bezpośredniego kontaktu. Wiadomym było, że Żyd to obywatel drugiej kategorii, ktoś w hierarchii społecznej stojący niżej niż służba, niżej niż inne narodowosci, ktoś, z kim porządny obywatel, urzędnik państwowy nie rozmawia, a  utrzymywanie stosunków towarzyskich nikomu nie przyszłoby do głowy! Paradoks będzie polegał na tym, że już jako trzynastoletni chłopak, zesłany za karę na wakacje na wieś do wujostwa, wejdzie w bardzo bliskie relacje z żydowskim chłopcem, synem miejscowego lekarza. Trudno mu będzie sobie poradzić ze świadomością, że ten jego rówieśnik jest od niego lepszy: zdolniejszy, ba, utalentowany muzycznie, o sprecyzowanych planach na przyszłość. W następnych czterech rozdziałach będziemy śledzić kolejne epizody z życia narratora naznaczone SPOTKANIAMI  z Żydami, częściej z Żydówkami. Te spotkania odcisną piętno na jego życiu. Dzięki miłości, przyjaźni, współczuciu, zainteresowaniu losem drugiego człowieka powoli będzie dojrzewał, rewidował swoje poglądy, określał swoją tożsamość i inaczej spojrzy na historię  rodziny. Z czasem zmieni się jego podejście do INNEGO, chociaż odniosłam wrażenie, że przez całe życie zmaga sie z tym problemem. Na mnie największe wrażenie zrobiły dwa epizody: pierwszy bukaresztański z roku 1933 i wiedeński z roku 1938.
Jako zbuntowany dziewiętnastolatek narrator porzuca, jak sam pisze: "parafiańską ciasnotę Bukowiny" i przybywa: "do krajowej metropolii: Bukaresztu". Jest w konflikcie z rodzicami, przede wszystkim z ojcem, bo matka jak to matka, mimo nieakceptacji jego wyborów, jest gotowa w tajemnicy przed mężem jakoś mu pomagać. Nie chce podążać przypisaną mu drogą, nie chce zostać leśnikiem, zoologiem lub biologiem, pragnie być artystą, malować. Ale żyć z czegoś trzeba, więc zatrudnia się w dużej firmie produkującej kosmetyki jako dekorator wystaw. Początkowo łudzi się, że to zajęcie ma coś wspólnego z drogą życiową, jakiej pragnie, ale szybko okazuje się, że musi odwiedzać nędzne, małe sklepiki, często właśnie żydowskie, gdzieś na przedmieściach Bukaresztu i użerać się z drobnymi kupcami, płaszcząc sie przed nimi. Bukareszt tamtych czasów to metropolia tylko w centrum, a obrzeża to małomiasteczkowy, prowincjonalny konglomerat, tygiel różnych narodowości: Rumunów, Żydów, Ćyganów, Ńiemców i innych. Ten świat, który młodemu mężczyźnie marzącemu o innym życiu, mógł wydawać się obmierzły, mnie wydał się fascynujacy przez swoją różnorodność, egzotykę i czas, który sprawił, że takiej rzeczywistości pewnie już nie ma. Ale oprócz tej przyciągającej barwności osią  rozdziału jest miłość do starszej, pięknej Żydówki, wdowy i właścicielki małego sklepiku, który z racji swoich obowiązków regularnie odwiedzał. Miłość, erotyczna fascynacja przeplatają się z niechęcią, odrazą i wstydem. Mimo że pokazują się razem, często wstydzi się jej, tym więcej, im bardziej "Andaluzyjka", tak ją nazywa, stara się przypominać europejską damę, a nie prowincjinalną Żydowkę. Wielką czytelniczą przyjemnością jest śledzenie tej skomplikowanej psychologicznie relacji i obserwowanie Bukaresztu lat trzydziestych. Poza tym opowieść bywa autentycznie śmieszna (brzemienna w skutki wizyta u nędznej prostytutki), narrator potrafi obserwować siebie z autoironicznym dystansem.
Drugi z rozdziałów, o którym wspomniałam, nie jest już tak zabawny, przeciwnie obserwujemy narastającą grozę, której bawiąca się wiedeńska cyganeria, a przede wszystkim narrator, długo nie dostrzega. Wiedeń roku 1938. Tu w szacownej mieszczańskiej kamienicy mieszkają babka i ciotki Gregora, stąd wywodzi się rodzina jego matki. To historia wieloletniej znajomości i fascynacji córką sąsiadów, Minką Raubitschek. Jej rodzice to wykształceni, wiedeńscy Żydzi. Ojciec profesor uniwersytecki często gościł u siebie różne sławy. Babka narratora nie mogła takich ludzi jawnie lekceważyć, okazywała im rezerwę pomieszaną z łaskawością. O tym, że antysemityzm był immanentną cechą jej osobowości, świadczą słowa  wnuka: "Od kiedy Żydzi zaczęli odnosić sukcesy w muzyce, babka przestała ją uznawać za sztukę."  Podobnie jest z narratorem. Pisze o sobie: "Moje życie zmieniło sie radykalnie, mimo to nadal nie lubiłem Żydów. Ale od tej pory żyłem pośród nich, bo większość przyjaciół Minki to byli Żydzi." I w innym miejscu:  "Minkę lubiłem niesamowicie, a gdyby nie była Żydówką, strasznie bym się w niej zakochał (..)." I żeby dopełnić ten obraz, pokazać klimat, w jakim wychowywał się narrator, ostatni cytat: "Nic dziwnego, że mieszkajac u takich wariatek, chłopak zaczyna zadawać się z Żydami." Tak wyobraża sobie słowa ojca, gdyby ciotki i babka doniosły mu o jego bliskich relacjach z Minką. To, co najciekawsze w tym rozdziale, to atmosfera panująca w Europie pod koniec lat trzydziestych. Kiedy w roku 1938 narrator ponownie przybywa do Wiednia i spotyka się z Minką, dostrzega różnicę, ale ją lekceważy. W Austrii pełno jest już Żydów, którzy uciekli z Niemiec, ale i tu robi się coraz niebezpieczniej. Znajomi Minki wykruszają się, wyjeżdżają do Szwajcarii, Francji lub Anglii. Ci, którzy przybyli z Niemiec, opowiadają przerażajace rzeczy. Ale Gregor nie rozumie, uważa, że w swojej egzaltacji Żydzi jak zawsze przesadzają. Polityką się nie interesuje, nie rozumie jej i niewiele o niej wie. Powiela poglądy większości. Ma wyraźne sympatie nazistowskie, bo: "(...) na plus nazistom należało zapisać fakt, że byli przeciw "czerwonym". A "czerwoni" to byli okropni proleci, którzy chcieli zniszczyc takich ludzi jak my." Czuje się rozczarowany, spodziewał się zabawy jak dawniej, tymczasem wszystko sie zmieniło, Minka też. Przerażający jest opis nocy anszlusu: tysiące mężczyzn o zaciętych, martwych twarzach maszerujących w milczeniu ulicami nocnego, pustego Wiednia, demonstrujących swoje poparcie dla tego, co sie stało. Po raz pierwszy narrator poczuł sie wykluczony. Skąd wiedzieli? Dlaczego oni tak, a on nie?
Nie da się w tej, z konieczności krótkiej, notce oddać całego bogactwa tej książki. Pokazać dojrzewania, budowania tożsamości narratora,  wszystkich jego rozterek i  zmieniających się poglądów. Także obrazu jego rodziny, środowiska, z którego sie wywodził, żyjącego mitem wielkiej Rzeszy i marzącego o jej odtworzeniu. Naprawdę warto przeczytać tę powieść, mimo że nie jest to lektura łatwa, bo pozbawiona dialogów, kunsztowna narracja domaga się skupienia i uważnego studiowania. Oprócz przyjemności, o której wspomniałam, skłania także do wielu refleksji.  

O książce terapeutycznej.

Miało być inaczej. W weekend wybierałam się na dwa filmy: najnowszego Allena i hiszpański "Ja też". Niestety los zmienił moje plany. Kino będzie musiało poczekać, a ja napiszę coś o książce. A ponieważ czytam teraz dość grubą powieść rumuńską ("Fortepian we mgle" Eginalda Schlattnera) i jeszcze chwilę potrwa, zanim ją skończę, więc przyszło mi do głowy, że w tych trudnych chwilach napiszę o książce, która dla mnie była wielokrotnie pocieszeniem, rodzajem terapii. To "Noce i dnie" Marii Dąbrowskiej. Niemodne? Pewnie tak. Kto dziś czyta takie powieści? Kto ma czas, aby oddać się lekturze ponad tysiąca pięciuset stron (tyle ma wydanie, które mam na półce)? Moim zdaniem warto. Kto lubi powieści-rzeki, sagi rodzinne, potoczystą, epicką, rozwlekłą prozę, kto lubi śledzić ludzkie losy, pozornie zwyczajne, ale jednocześnie cudownie zawikłane, ten powinien sięgnąć po "Noce i dnie". Ja pierwszy raz przeczytałam ją jako licealną lekturę, od razu w całości, chociaż obowiązkowe były tylko dwa pierwsze tomy. Pamiętam, że nie mogłam się od niej oderwać. Potem kilkakrotnie wracałam, najczęściej w momentach dla mnie trudnych. Pewnie jeszcze kiedyś po nią sięgnę. Długo wymieniałam ją jako swoją ulubioną książkę, dziś chyba już bym tego nie zrobiła, ale nadal jest dla mnie ważna.

Zastanawiam się, jak pisać o tej powieści? Jeszcze parę lat temu, pewnie większość miłośników literatury wiedziałaby, co kryje sie na jej kartach, ale dziś? Może znana jest trochę za sprawą filmu Antczaka, a szczególnie jego wersji serialowej, która od czasu do czasu przypominana jest w telewizji? Tak na wszelki wypadek podaję, że jest to historia rodu Niechciców i Ostrzeńskich, głównie Bogumiła i Barbary oraz ich trójki dzieci. Retrospekcje sięgają jeszcze czasów Powstania Styczniowego, a akcja poowiesci urywa się w roku 1914, zaraz po wybuchu  pierwszej wojny światowej.

A teraz najważniejsze: dlaczego nazwałam ją moją powieścią terapeutyczną? Wszak jest to książka o zwykłym życiu, zmaganiach z codziennoscią, kłodach rzucanych przez los pod nogi, niespełnionych marzeniach, zawiedzionych nadziejach młodości, rozczarowaniu życiem, karmieniu się iluzjami, stracie, przemijaniu, szczęśliwej i nieszczęśliwej miłości, ale także o etosie pracy i czerpaniu radości z tego, co niesie dzień. Mogłabym tak jeszcze długo wyliczać, bo to powieść - studnia bez dna. Jednak w gruncie rzeczy pesymistyczna, o takim właśnie zakończeniu. Bywało, że zamykałam ją ze łzami w oczach (pocieszenie znalazłam, w pierwszym tomie dzienników pisarki, z którego dowiedziałam się, że jej matka, pierwowzór powieściowej Barbary, dotarła szczęśliwie tam, gdzie zmierzała; ale tak przecież robić nie wolno: powieść to nie biografia!). Więc dlaczego terapeutyczna? Pewnie dlatego, że dla mnie jest jak katharsis. Jak szczepionka, która aplikując organizmowi zarazek w małej dawce, uodparnia na chorobę. "Noce i dnie" uodparniają na życie. A poza tym, jak już wspomniałam, to bogactwo fascynujących, powikłanych ludzkich losów i tłum barwnych postaci. Odległy świat, którego już dawno nie ma. Naprawdę warto zatopić się w kosmosie stworzonym przez Dąbrowską, nawet jeśli trzeba mu oddać kawał czytelniczego czasu!

"Nowe życie" Orhana Pamuka

Ta powieść leżała na mojej półce od jesieni, cierpliwie czekając na swoją kolejkę i wreszcie przyszedł ten właściwy moment, bo po lekturze "Mostu nad Złotym Rogiem" zapragnęłam na dłużej zanurzyć się w tureckim klimacie. To czwarta książka Pamuka, jaką przeczytałam. Wcześniej były "Śnieg", "Dom ciszy" i "Stambuł". Muszę przyznać, że długo nie mogłam się do "Nowego życia" przekonać, ale im bliżej końca, tym było lepiej, a gdy dotarłam do ostatniej strony, odłożyłam ją poruszona.

Moja rezerwa to kwestia upodobań czytelniczych: muszę wyznać, że nie jestem miłośniczką literatury fantastycznej (od baśni poczynając, na fantastyce-naukowej kończąc), nie dla mnie realizm magiczny (wobec tego nie wiem, dlaczego polubiłam Murakamiego). A "Nowe życie" to połączenie prozy realistycznej, zanurzonej w konkretach, z metaforą. Im bardziej powieść oddalała się od rzeczywistości, tym bardziej mnie irytowała. Z ulgą i przyjemnością przechodziłam do fragmentów opisujących  codzienność. Wolałabym, aby Pamuk, pisząc o tureckim rozdarciu: wierność tradycji kontra fascynacja Zachodem, nie uciekał się do metafory. A jest nią tajemnicza książka, która trochę przez przypadek trafia w ręce narratora, studenta politechniki, i zmienia życie nie tylko jego, ale i wielu innych czytelników. Jemu przynosi dodatkowo wielką, niespełnioną miłość, która cieniem położy się na jego losie. Wkrótce okazuje się, że wokół książki powstał ruch, a może spisek, jej zwolenników i przeciwników.  Nie będę przytaczała tu skomplikowanej intrygi ani opowiadała, jak narrator stopniowo odkrywa historię książki, poznając przy okazji losy innego studenta, Mehmeta. Napiszę o tym, co mnie w końcu do "Nowego życia" przekonało.

Jest to powieść o mlodzieńczym zafascynowaniu ideą, oddaniu tej idei, a wreszcie o kapitulacji. Zwycięża codzienność. Narrator po wielomiesięcznych podróżach, po dramatycznych zdarzeniach wraca do Stambułu do matki, porzuca książkę i sprawy z nią związane, kończy studia, zakłada rodzinę i prowadzi zwykłe życie urzędnika. Po latach przychodzi rozczarowanie. Niby wszystko jest w porządku: ma pracę, żonę i córeczkę, które kocha, ale czegoś mu brakuje. Nie może zapomnieć o swojej wielkiej, nieodwzajemnionej miłości, Canan. Wracają wspomnienia książki. Kiedy spróbuje na nowo odzyskać sens życia, kiedy wreszcie osiągnie harmonię, zrozumie, że inna egzystencja jest mżonką, będzie za późno. Przejmująco smutna jest druga część powieści: kolejna, tym razem o wiele krótsza, podróż narratora. Idea okazała się oszustwem i ułudą. Turcja, którą po czternastu latach znowu przemierza autobusami, zmieniła się nie do poznania. Zniknął stary świat, na jego miejsce wcisnął się nowy, o jakim marzyli wyznawcy książki. Ale nowe oszpeciło małe miasteczka i krajobrazy, nie okazało się takie piękne i wspaniałe jak wtedy, kiedy wabiło pokusą inności i nowoczesności. Czym małe tureckie miasteczko różni sie teraz od małego miasteczka amerykańskiego? Opisy tej odmienionej Turcji są naprawdę przygnębiajace i odstręczające. Czy jest w takim razie jakiś ratunek? Przeciez życie bez zmian jest niemożliwe, nie da się stale tkwić w przeszlości. Czy jesteśmy skazani na rozczarowanie?

"Nowe życie" oferuje dużo więcej. Ważne są rozważania o znaczeniu książek. Z jednej strony powieść  " ta nowoczesna zabawka (...), jest odkryciem zachodniej cywilizacji i nic nam do niej." Z drugiej czytanie pozwala zapomnieć, zrozumieć, "wyobrazić sobie barwy nieosiągalnego nowego życia". Cóż, nie muszę dodawać, że ten pogląd jest mi niezwykle bliski.

Mimo wszystko jednak warto było sięgnąć po kolejną pozycję Pamuka. A czytelnik, który nie ma uprzedzeń literackich, o jakich pisałam na wstępie, znajdzie w tej powiesci jeszcze więcej przyjemności. Nie będą go bowiem drażniły obrazy książki, z której wydobywa się blask, poszukiwanie anioła (kolejna istotna metafora) czy dziwna fascynacja śmiercią, która towarzyszy bohaterom w czasie ich podróży (też ważne).

Popularne posty