"Take this waltz"

Gdybym pisała tę notkę od razu po obejrzeniu filmu Sarah Polley "Take this waltz", pewnie bym się trochę czepiała. Ale jak zwykle spisuję moje wrażenia w kilka dni po i dziś mój osąd złagodniał. Po prostu w tym czasie film się jakoś uleżał i to, co miałam mu za złe, gdzieś wyparowało. "Take this waltz" nie jest arcydziełem, ale całkiem niezłą opowieścią o tym, jak miłość w małżeństwie blaknie (mój znajomy wyraził to niegdyś dosadniej, acz nieco poetycko: małżeństwo to grób miłości). Można oczywiście spojrzeć na ten problem inaczej i stwierdzić, że film opowiada o konfrontacji życia z naiwnym wyobrażeniem o miłości, która mimo upływu lat ma płonąć równie mocnym płomieniem jak na początku. Jednym słowem lubimy wierzyć, że będzie jak w baśniach: żyli długo i szczęśliwie. Może zresztą żyli, jeśli szczęścia małżeńskiego nie rozumieli tak naiwnie. "Take this waltz" bardzo miło się ogląda, może dlatego, że mimo melancholii jest po prostu kolorowy i ładny. Pewnie to też zasługa Michelle Williams w roli Margot. Na mnie jednak nie zrobił takiego wrażenia jak niegdyś "Przed zachodem słońca" Richarda Linklatera, film traktujący o czymś podobnym, chociaż w inny sposób, czy "Tajemnica Brokeback Mountain", którą można potraktować jak uniwersalną historię o rozdarciu między przywiązaniem do żony a miłością do kochanka (miłością, nie banalnym romansem). Tyle tytułem wstępu, a szczegóły w drugiej części (dla tych, którzy widzieli; jak zwykle).

Pamiętam, jak oglądając "Przed zachodem słońca", miałam wrażenie, że reżyser w sposób subtelny i nienachalny dotknął czegoś ważnego, gdzieś między słowami (dosłownie, bo to film gadany) pokazał bolesną prawdę o relacjach damsko-męskich, o takich codziennych, wcale nie dramatycznych rozczarowaniach i utraconych szansach. Na pytanie, co by było, gdyby te szanse zostały wykorzystane, film Linklatera nie odpowiada, ba, nawet nie wiemy, czy bohaterowie grani przez July Delpy i Ethana Hawke'a zdecydują się sprawdzić. Inaczej ma się sprawa z obrazem kanadyjskiej reżyserki.

Sarah Polley pokazuje, co dzieje się, kiedy bohaterka zdecyduje się jednak na wywrócenie swojego dotychczasowego życia na nice i rozpoczęcie wszystkiego od nowa z Danielem. Jest tak jak na karuzeli: kiedy wiruje w blasku migoczących świateł, Margot i Danielowi wydaje się, że znaleźli się w jakimś cudownym, odrealnionym świecie. Ale kiedy światła zgasną a karuzela stanie, świat natychmiast zostaje odarty z szaleństwa i magii. Tak jest też w życiu. Początkowo euforia, sielanka, namiętność, płomienne uczucie, ekstaza i co tam jeszcze, z czasem jak zwykle: stabilizacja, codzienność, temperatura spada i zatrzymuje się gdzieś w okolicy stanów średnich. Wieczory na kanapie przed telewizorem i zdawkowo-układne kocham cię, które powtarzane za często dewaluuje się i nic nie znaczy. A przecież tak już było. Wobec tego, czy warto burzyć, krzywdzić, aby po pewnym czasie wpaść w te same koleiny? Cóż, nie zamierzam odpowiadać na to pytanie, niech pozostanie retorycznym ozdobnikiem. Przyznam się, że długo myślałam, iż Margot jednak nie zdecydowała się odejść od męża, a druga część filmu jest jej fantazją o tym, co mogłoby się zdarzyć, gdyby to zrobiła. Stało się chyba tak dlatego, że sposób, w jaki odnalazł ją Daniel, wydał mi się chwytem z taniej komedii romantycznej (no chyba, że znowu coś przeoczyłam, jak przy okazji innego filmu). Dopiero rozmowa Margot ze szwagierką, która zaczęła pić i pozostawiła córeczkę bez opieki, ostatecznie przekonała mnie, że to nie marzenia i fantazje, a rzeczywistość.

Najbardziej podoba mi się w tym filmie pokazanie całej tej uczuciowej komplikacji, która zawsze towarzyszy podobnym sytuacjom. Rozterki, dylematy, poczucie winy, wyrzuty sumienia, przyciąganie, odpychanie, wreszcie, jeśli dostatecznie wcześnie nie zejdzie się z drogi początkowo niewinnego flirtu, ból z powodu zranionych albo niespełnionych uczuć. Margot jest trochę jak ten osiołek, co to mu w żłoby dano (w jednym owies, w drugim siano), a on biedak nie potrafi podjąć decyzji, gdzie sięgnąć. Z jednej strony mąż, którego pewnie na swój sposób kocha (tyle, że nie jest to już ta namiętna miłość z początku związku), z drugiej Daniel, który fascynuje i pociąga. I naprawdę trudno o nim zapomnieć, skoro mieszka naprzeciwko. Nawet gdyby niektórych spotkań nie prowokowała, te przypadkowe byłyby przecież nieuniknione. Nie sposób też nie żałować jej męża, ciepłego, sympatycznego, nieco misiowatego Lou. To on jest tu prawdziwą ofiarą, a jego cierpienie prawdziwym bólem zranionej miłości. Jego bezradne słowa: "Myślałem, że umrę przy tobie." (cytat z bardzo zawodnej pamięci) przejmują mnie do głębi. W tym momencie pomyślałam sobie: "Cholera, Margot, coś ty zrobiła!". Nie ma rady: zawsze ktoś z tego trójkąta będzie cierpieć. Jeśli nie Lou, to Daniel i Margot. Odejście też przecież niczego nie ułatwia. Wprawdzie Margot jest szczęśliwa z Danielem, ale trudno jej zapomnieć o tym, że skrzywdziła męża (szczególnie później, kiedy jej nowa miłość wejdzie w nieuchronną fazę banalnej codzienności). I tym razem muszę jednak stwierdzić, że "Take this waltz" jest niczym wobec przywołanej przeze mnie "Tajemnicy Brokeback Mountain". Rozdarcie i cierpienia kochanków z tamtego filmu dotykały mnie do żywego. Nigdy nie zapomnę sceny, kiedy jeden z nich łkając, kuli się z bólu po rozstaniu z kochankiem. Jest w niej siła prawdy.

I na koniec jeszcze parę słów o tym, jak w ciągu tych kilku dni zmienił się mój odbiór filmu. Przyznam się, że kiedy go oglądałam, nie bardzo rozumiałam, dlaczego Margot zakochuje się w Danielu. Myślałam sobie: "Kobieto, o co ci chodzi, czego chcesz od swojego miłego męża, od swojego beztroskiego, sympatycznego małżeństwa!". Jakoś nie przyszło mi do głowy, że to nie tak. Problem nie tkwi w mężu i małżeństwie, problem raczej tkwi w tym trzecim. Gdyby się nie pojawił, pewnie Margot i Lou nadal prowadziliby swoje sympatyczne życie. Daniel obnażył letniość ich małżeństwa. To że nie bardzo mają ze sobą o czym rozmawiać. Ich rozmowy to zabawne, nieco makabryczne przekomarzanki i konwencjonalne kocham cię, nad którego treścią żadne z nich się nie zastanawia. Teraz myślę, że ten film pokazuje także, jak inaczej odbierają świat kobiety i mężczyźni. Tam gdzie jej zaczyna coś doskwierać, on nie widzi problemu. Kiedy ona domaga się rozmowy, jemu wystarczy jej obecność i milczenie w miłych knajpianych okolicznościach.

I na prawdziwy koniec słówko o tym, co mnie jednak denerwowało. Dialogi, często sztuczne, pokrętne, wydumane, jakieś takie barokowe. Jednym słowem irytujące.

Philip Roth "Nemezis"

"Nemezis". Trzecia książka Philipa Rotha, jaką przeczytałam (Czytelnik 2012; przełożyła Jolanta Kozak). Nadal nie mogę się nadziwić, że odkryłam go tak późno. Kiedy nadrobię zaległości? Teraz sięgam po każdą nowość, ale gdzie reszta? Gdzie te wydane dawniej? Czasem przeraża mnie myśl o tych wszystkich książkach, których nie przeczytam nie tylko z braku czasu, ale po prostu dlatego, że się o nich nie dowiem. Półka pęcznieje, a nowości wołają o uwagę. A jakby tego było mało od czasu do czasu zaczyna mnie prześladować jakieś nazwisko, o którym dotąd nie myślałam. Teraz na przykład  rozglądam się za drugim Roth'em, Józefem, na którego od dawna namawia mnie koleżanka. Ale dość tych czytelniczych żalów, czas przejść do "Nemezis".

Akcja najnowszej powieści amerykańskiego pisarza, wiecznego kandydata do Nobla, rozgrywa się w Newark, miejscowości znanej z innych jego książek. Jest gorące lato 1944 roku. To już piąty rok światowej wojny, trzeci, od kiedy po ataku na Pearl Harbor przystąpiły do niej Stany. Prawie wszyscy amerykańscy mężczyźni walczą. Jeśli dwudziestokilkulatek zamiast na froncie przebywa w Newark, budzi zdumienie. Nic dziwnego, że Bucky Cantor, początkujący nauczyciel wychowania fizycznego, jest rozgoryczony, że z powodu bardzo słabego wzroku został odesłany z kwitkiem. Jego dwaj najlepsi przyjaciele są na froncie, narażają życie, a on tkwi na miejscu, spędzając upalne lato jako opiekun jednego ze szkolnych boisk. Nazwa tej funkcji może być myląca. Nie, Bucky nie jest stróżem. Do zadań takich jak on należy organizowanie na boisku zajęć sportowych dla uczniów, którzy z miasta nie wyjechali na czas wakacji. Bucky jest przez swoich wychowanków uwielbiany. Imponuje im sprawnością, siłą, odwagą, solidnością. Stanowi dla nich autorytet. Szanują go też rodzice tych chłopców. Ale Bucky może imponować każdemu. Prosty chłopak, wychowywany przez dziadków, obciążony niesławną przeszłością swojego ojca, tęskniący za matką, której nie zdążył poznać, bo zmarła przy porodzie, do wszystkiego doszedł sam zahartowany przez dziadka. To on wpoił mu, że należy być silnym fizycznie i psychicznie, wytrwałym, nie mazgaić się i nie rozczulać nad sobą, ciężko pracować, jeśli trzeba, solidnie wypełniać swoje obowiązki. No i jeszcze jedno. Bucky wyrósł w przekonaniu, że nie ma zadań ponad jego siły, że chcieć, to móc, że wszystko zależy od niego, a każdy skutek ma swoją przyczynę. Jednym słowem świat jest logiczny i uporządkowany. Nawet jeśli nie my nad wszystkim panujemy, to robi to sprawiedliwy Bóg. Ale tego gorącego lata jego amerykańskie podejście do życia miało zostać poddane próbie. Amerykański mit miał prysnąć. Bo Roth jak zwykle stawia swoich bohaterów przed nie lada wyzwaniem. W Newark zaczyna szerzyć się epidemia polio. Niby każdego lata pojawiała się ta choroba, ale dotąd były to przypadki nieliczne, pewna coroczna norma. Tego roku zachorowania przybrały rozmiary klęski. Szczególnie szerzyły się w żydowskiej dzielnicy, tej, w której mieszkał i pracował Bucky. A trzeba pamiętać, że polio w czasach, kiedy nie istniała jeszcze szczepionka, powodowało w najlepszym razie kalectwo, w najgorszym doprowadzało do śmierci. Rzadko przebiegało łagodnie, bez powikłań.

Roth świetnie opisuje atmosferę zagrożenia i narastającej wśród mieszkańców miasta paniki. Niewiedza, strach, lęk o dzieci, rozpacz po śmierci tych, które zmarły, niedowierzanie, szukanie winnych. Kto odpowiada za to, że nie można zapanować nad nieszczęściem? Kto roznosi zarazę? Jaka jest przyczyna zachorowań? Niewiedza mnoży najprzedziwniejsze teorie. Nienawiść ludzi może zwrócić się przeciwko każdemu, szczególnie komuś w jakikolwiek sposób dziwnemu, innemu. Ale najgorsza jest bezsilność, świadomość, że nic nie można zrobić. Pozostaje tylko czekać i liczyć na cud. Przypadki choroby mnożą się coraz szybciej. Życie staje się uciążliwe, nie do wytrzymania. Jak długo jeszcze? Kto zachoruje, kto ocaleje? Świadomość nieuchronności zdarzeń staje się jeszcze większa, jeśli zachoruje i umrze ktoś bliski. Bucky długo zachowuje się rozsądnie. Stara się postępować racjonalnie, dodawać otuchy swoim podopiecznym, o ile to możliwe, żyć jak dotąd. Nie chce wyjechać z miasta, uważa, że byłaby to dezercja. I jego jednak nie ominie rozpacz. Choroba sięga przecież, z czym należało się liczyć, po niektórych chłopców z  boiska. Coraz trudniej jest mu zachować dotychczasowe przekonania, pewność w porządek świata.

Roth w swojej powieści stawia pytania podstawowe. O Boga. Jaki jest, skoro godzi się na śmierć niewinnych dzieci? Ale jedna z bohaterek nadal niezachwianie wierzy w Niego, bo wysłuchał  modlitw i ocalił jej ukochanego. To ten sam Bóg? Oszczędza jednych, innych skazuje na polio? Jaki jest? Czy w ogóle jest? I pytania kolejne. Co decyduje o tym, że w tym samym czasie jedni muszą tkwić w ogarniętym zarazą Newark, a inni mogą swobodnie z miasta uciec, bo ich na to stać? A jeszcze inni żyją sobie gdzieś beztrosko, o epidemii nie mając w ogóle pojęcia. A jeszcze inni w tym samym czasie tkwią w okopach na wojennych frontach. Czy za każdą tragedią stoi czyjaś wina? Bucky nie potrafi pogodzić się z tym, że świat jest absurdalny i bezsensowny, że zło bywa niewytłumaczalne, że wiele rzeczy dzieje się przez przypadek. Tak po prostu jest. A ponieważ nie przyjmuje  takiej wizji, o wszystko obwinia Boga i siebie. Dlaczego siebie, zdradzić nie mogę. I jeszcze inne pytania. Na ile wolno nam bezwzględnie decydować o czyimś losie, wierząc, że tak jest dla tej osoby lepiej? Czy mamy prawo przyjąć czyjąś ofiarę? Skąd możemy wiedzieć, że to rzeczywiście ofiara, a nie szczerość intencji?

Książka Rotha jest też opowieścią o złamanych ludzkich losach. O zwyczajnym cierpieniu, także cierpieniu z miłości. O tym, jak jedno lato może wywrócić na nice wszystkie nasze plany i oczekiwania, naszą świetlaną przyszłość, która była na wyciągnięcie ręki. Nigdy nie wiadomo, co zdarzy się jutro. W takim sensie dziadek Buckiego nie miał racji. Ale jednocześnie rację miał, przynajmniej ja tak myślę. Bo nieszczęście może się zdarzyć, ale co z nim zrobimy, to już zależy od nas. Czy kiedy los z nas zakpił, po chwilowym załamaniu spróbujemy się z nim dalej mierzyć, mimo tragicznej świadomości, że świat jest absurdalny i jakoś bezsensowny? Czy obrazimy się na Boga i trawieni  nienawiścią do Niego, spędzimy resztę życia zatruci nią? Tak czy inaczej, jeśli zadajemy sobie takie pytania, a doprawdy trudno ich sobie nie stawiać, jeśli się ma choć odrobinę oleju w głowie, życie tylko czasami może bywać znośne.

I jeszcze jedno. Gdzieś w tle pojawia się refleksja o żydowskim losie, o żydowskim strachu, któremu w Stanach nie wolno się poddać, jak przekonuje Buckiego jeden z jego znajomych. W Europie spustoszenie sieje Holokaust, w spokojnej Ameryce, w mieście Newark spustoszenie wśród Żydów sieje mordercze polio. Bóg pozwala na oba nieszczęścia.

Smutna i bolesna  książka, ale naprawdę koniecznie trzeba po nią sięgnąć.



"Kobieta z piątej dzielnicy"

Obejrzałam "Kobietę z piątej dzielnicy" Pawła Pawlikowskiego, bardzo cenionego polskiego reżysera mieszkającego i pracującego w Wielkiej Brytanii. Nie widziałam jego "Lata miłości" pokazywanego kilka lat temu w Polsce, bo nie zainteresował mnie temat. Tamten film, pamiętam, bardzo chwalono, ten chyba nie zbiera najlepszych recenzji. Wybrałam się jednak zwabiona bardziej udziałem Joanny Kulig i Ethana Hawke'a niż Kristin Scott Thomas. I było tak, jak przeczuwałam: to nie jest film dla mnie. Niby realistyczny, ale to tylko sztafaż. W pozornie zwyczajnym świecie rozgrywa się dramat głównego bohatera, amerykańskiego pisarza, uniwersyteckiego wykładowcy, który rzuca swoje wygodne życie, aby we Francji walczyć o kontakt ze swoją córeczką odizolowaną od niego przez byłą żonę. Dlaczego? Tego możemy się tylko domyślać. Kto mówi prawdę: ona, obwiniając go o coś, czy on, twierdząc, że jest niewinny? Ale to nie film obyczajowy, czym może się wydawać początkowo. Nie jest to też historia mężczyzny, który miota się pomiędzy dwiema kobietami. Wszystko tak naprawdę rozgrywa się w świecie Toma. Czy jest człowiekiem chorym, czy może skrywa jakąś mroczną tajemnicę? Film składa się z samych niedopowiedzeń, im dalej, tym ich więcej. Atmosfera jest zimna, trudno o wzruszenie, chociaż temat wzruszeniom sprzyja. Szare, monochromatyczne barwy jeszcze bardziej wzmagają chłód bijący z ekranu. Chłonie się to bardziej intelektem, próbując rozwikłać podrzucane przez reżysera zagadki, niż emocjami. I tylko zakończenie porusza, przynajmniej mnie. Obraz Ethana Hawke'a ... (nie mogę przecież napisać więcej, może ktoś jednak wybierze się do kina, w końcu to film ambitny, bardzo dobrze zrobiony) mam w głowie do dziś. Ja znajduję w tej ostatniej scenie rozwiązanie zagadki, ale nie każdy musi ją tak odczytać. Czy to wystarczy, aby bronić filmu? Nie potrafię rozstrzygnąć. Pozostaję  rozdarta.

"Jesteś Bogiem". Film nie tylko dla fanów Paktofoniki.

Na początku powinnam złożyć oświadczenie. Należę do tych widzów, być może mniej licznych, którzy wybrali się na najnowszy obraz Leszka Dawida "Jesteś Bogiem" nie ze względu na treść, ale dlatego, że zachwycili się jego pierwszym filmem "Ki". Powiem więcej: wcześniej właściwie nic nie wiedziałam o Paktofonice, tyle tylko, że istniała. Przyznam się do czegoś gorszego: nie miałam nawet pojęcia, że to zespół hiphopowy. Tym bardziej nie znałam legendy Magika, jego muzyki, historii grupy. Oczywiście po festiwalu w Gdyni i przed samą premierą coś tam do mnie dotarło, jak zawsze, mimo że starałam się mocno ograniczać swoją wiedzę na temat filmu. To "Ki" była dla mnie gwarancją, że warto iść na kolejny film Leszka Dawida. Pewnie dlatego śmiało mogę stwierdzić, że dzięki "Jesteś Bogiem" dokonałam odkrycia: odkrycia kompletnie nieznanego mi świata. Już publiczność na seansie była odmienna: głównie młodzież w wieku okołolicealnym. Przez chwilę czułam się jak nie u siebie, a przecież jak zwykle byłam w moim ulubionym kinie, siedziałam na moim ulubionym miejscu. Dzielę się tym wszystkim, bo po pierwsze takie spojrzenie na film będzie inne. Nie patrzę na niego jak na opowieść o moim ukochanym zespole, jak na film wpisujący się w tradycję opowieści o muzycznych idolach, ale z dystansem, obiektywnie jak na na każde dzieło sztuki. Po drugie chcę powiedzieć widzom takim jak ja, że nawet jeśli hip hop jest dla nas w najlepszym razie obojętny, a może nawet drażni, to na film wybrać trzeba się koniecznie. A dodatkową gwarancją, że warto, są nagrody, jakie dostał w Gdyni, szczególnie te dla odtwórców trzech głównych ról: Marcina Kowalczyka, Dawida Ogrodnika i najlepiej znanego Tomasza Schuchardta ("Chrzest" Marcina Wrony). Trzeba przyznać, że Leszek Dawid ma szczęście do aktorów. Tak jak oglądając "Ki", nie mogłam oderwać wzroku od Romy Gąsiorowskiej, tak teraz od wymienionej przed chwilą trójki. A to nie jedyny powód, dla którego trzeba ten film zobaczyć. Kolejne to choćby poruszająca historia i znakomicie odtworzony klimat epoki zaledwie sprzed ponad dziesięciu lat. Niby niewiele czasu uplynęło, a świat wokół zupełnie inny. Tyle dla wszystkich, ciąg dalszy dla tych, którzy "Jesteś Bogiem" widzieli.

Kiedy oglądałam film, od pewnego momentu zaczęło mi towarzyszyć odczucie, że  Magik, Fokus i Rahim żyją po jednej stronie lustra. Po drugiej jest zupełnie inny świat, o którym oni nie mają pojęcia. I to przekonanie pozostało ze mną do dziś. Już wyjaśniam, o jakich dwóch stronach lustra myślę. Z jednej strony oni: zafascynowani hip hopem młodzi ludzie, hip hopem, który jest dla nich czymś więcej niż tylko muzyką. To po prostu ich życie, sposób wyrażania siebie. Z determinacją tworzą kolejne utwory: na byle jakim sprzęcie, w partyzanckich warunkach w pokoju Rahima albo nocą, po kryjomu w szkole, przezwyciężając konflikty, nieporozumienia i trudności, pracując, żeby sprostać nieoczekiwanym obowiązkom (Magik) albo żeby mieć trochę więcej pieniędzy niż tyle co na bilet. Dają z siebie wszystko, można by rzec, że wypruwają  sobie żyły. Szczególnie przygnębiająca jest sytuacja Magika, który powinien myśleć o utrzymaniu żony i małego synka. Co prawda Justyna ma dobrze sytuowanych rodziców, można powiedzieć, że pochodzi z innej sfery (domek, nawet zwykły klocek, to coś więcej niż mieszkanie na ponurym blokowisku), ale teściowie oczekują od niego, że stanie na wysokości zadania i zacznie zarabiać na rodzinę. Tymczasem on w momencie, kiedy zespół jest już popularny, kiedy wreszcie wydał swoją pierwszą płytę, kiedy fanki rzucają się na niego i otaczają nabożną czcią, nie ma pieniędzy, aby kupić synkowi prezent pod choinkę. A przecież nie jest człowiekiem znikąd. Idzie za nim sława, jaką zdobył w poprzednim zespole. Koncerty, popularność, ale i harówka, wieczny brak kasy, ciągła szarpanina. Jakieś ponure blokowiska, porysowane klatki schodowe, zadymione, szkolne kible o zabazgranych ścianach, mały sklepik teścia, w którym Magik musi pracować, szary, ponury świat, w którym nie wiadomo, o co chodzi. Na to dręczące pytanie, o co w życiu chodzi, Rahim nie otrzyma od Magika odpowiedzi. Przynajmniej  nie bladym świtem po nocy spędzonej na nagrywaniu. Tak wygląda jedna strona lustra. Ale jest i druga, o której kolesie z Paktofoniki nie mają pojęcia. Kiedy oni cieszą się ochłapem, kiedy muszą wyszarpywać jakieś pieniądze za koncert, jakieś zaliczki na poczet płyty, nad którą pracują, ktoś w tym samym czasie na ich sukcesie zarabia. Najpierw szemrany wydawca, oszust. Potem Gustaw, który wiele dla nich robi, roztacza opiekę niczym ojciec nad synami, szczególnie nad Magikiem, ale raczej nie dzieli się zyskami sprawiedliwie. Kiedy Rahim i Fokus muszą dosłownie wyszarpywać  mu z gardła dolę nieżyjącego już Magika, aby dać ją jego synkowi, on jak lichwiarz skrupulatnie wylicza im, ile musiał na niego wydać przed tragiczną śmiercią. A jego nowy, srebrny wóz szyderczo śmieje się z ekranu do widza. Ale chyba najbardziej zdumiała mnie scena, kiedy to Rahim i Fokus oglądają transmisję z wręczania Fryderyków i dowiadują się, że ich marzenie się spełniło. Jednak to nie oni odbiorą upragnioną statuetkę! Nie siedzą na sali, tylko na dywanie przed telewizorem, z którego uśmiecha się Gustaw, potrząsając Fryderykiem.

Jak jeszcze można czytać ten film? Oczywiście jak portret artysty, a właściwie artystów. Każdy z nich jest trochę inny. Fokus najbardziej chodzący po ziemi, ale i najbardziej zdeterminowany, żeby namówić Magika do wspólnego grania, a potem, aby doprowadzić zmagania nad płytą do końca. Za maską chłopaka z blokowiska skrywa wrażliwość i tkliwość dla babci. Rahim, który dręczy siebie i innych pytaniem egzystencjalnym: o co w życiu chodzi. I chociaż to pytanie zadawane przez chłopaka o wyglądzie zakapiora może wydawać się naiwne czy śmieszne, przecież wcale takie nie jest. Obaj marzą o koncercie w spodku, ale droga do tego daleka i wyboista. Początkowo muszą się zmierzyć z obojętnością publiczności, która nie na ich występ czeka. I wreszcie Magik. Starszy i doświadczony. Opromieniony sławą i legendą poprzedniego zespołu, guru początkujących hiphopowców, idol nastolatków i takich jak on chłopaków z blokowisk. Zanurzony w muzyce po uszy, odklejony, nieobecny, lekko znużony szumem, który wokół niego. Ale kiedy zacznie rymować, nieważne czy na klatce schodowej, czy na kanapie w pokoju, czy na koncercie, roztacza wokół siebie magnetyczną aurę, wprawiając słuchaczy w zdumienie czy histeryczny entuzjazm. Najbardziej tajemniczy i najbardziej wrażliwy. Artysta przeżywający na zmianę, a może równocześnie, twórczą ekstazę, zmęczenie codziennością i artystyczne rozterki. Muzyka, która jest jego szczęściem, staje się ciężarem, kiedy trzeba ją wypluwać z siebie na akord, bo producent czeka na kolejne kawałki, a czas goni. Rodzina, którą kocha, ale która jednocześnie odbiera czas muzyce. Odkąd pojawiło się dziecko, trzeba mierzyć się z egzystencją. Trzeba być odpowiedzialnym, zaradnym, statecznym, trzeba pracować w sklepie teścia, czego  nienawidzi i do czego się nie nadaje. Wieczne zmagania, kompromisy, poczucie winy i niespełnienia, ucieczki i powroty. A jednocześnie miłość do synka. Co sprawiło, że nieoczekiwanie dla wszystkich rzucił się z okna swojego pokoju tuż po świętach i w parę dni po ukazaniu się płyty? Na to pytanie film nie daje jednoznacznej odpowiedzi. Magik gdzieś zapada się w sobie, pogrąża w swoim świecie. (Po obejrzeniu filmu trochę poczytałam i wiem, że jedna z hipotez wysuwana przez Fokusa i Rahima to stan psychiczny, do jakiego doprowadził się Magik, symulując chorobę psychiczną, aby uniknąć wojska. Psychozę film sugeruje, o jej przyczynach nie wspomina. Oczywiście twórcy  mają do tego prawo. To nie zarzut z mojej strony, dodaję tak na marginesie.) Wprawdzie nie uroniłam łzy, kiedy  Magik popełnił samobójstwo, ale mimo tego historia trzech muzyków z Paktofoniki bardzo mnie poruszyła. Jest w tych, na pierwszy rzut oka, zwyczajnych, może nawet prymitywnych, przeklinających jak szewcy chłopakach coś przyciągającego i fascynującego. Nie tylko prawda ludzkiego losu, ale coś znacznie więcej. Artystyczna pasja i upór, a jednocześnie skromność i prostota.

Nie będę już rozwodzić się o znakomicie odtworzonym klimacie epoki czy o warstwie muzycznej. Na koniec napiszę jeszcze o tym, o czym już wspominałam we wstępie: film Leszka Dawida otworzył przede mną zupełnie nieznany mi świat hip hopu. Zadziwił i zdumiał całkowitą ignorantkę w tej dziedzinie, zmusił do przeprowadzenia błyskawicznych, a więc z konieczności powierzchownych studiów i sprawił, że wprawdzie nie zaczęłam gustować w tym gatunku muzycznym, ale przynajmniej spróbowałam zrozumieć, na czym polega jego magia i o co w tym wszystkim chodzi. Przyznam z pokorą, że dzięki przewertowaniu tekstów Paktofoniki nabrałam podziwu i szacunku dla ich rymotwórczej wirtuozerii. I tym stwierdzeniem kończę refleksje hiphopowej ignorantki o filmie "Jesteś Bogiem".

Anna Bikont "My z Jedwabnego"

Właśnie ukazało się drugie wydanie reportażu Anny Bikont "My z Jedwabnego" (Czarne 2012). Przyznam się, że kiedy książka wyszła po raz pierwszy, jakoś nie zdecydowałam się, aby ją kupić i przeczytać. Owszem sprawa Jedwabnego, o której przecież nie sposób było w tamtym czasie nie usłyszeć, jakoś mnie obeszła, przeraziła, chyba jednak nie aż tak, aby sięgnąć po ten opasły reportaż (prawdę mówiąc, nie miałam pojęcia, że to takie tomisko). Od tej pory jednak wiele się zmieniło i w naszej zbiorowej świadomości, i we mnie. Jak daleko odeszliśmy od czasów, kiedy "Sąsiedzi" Grossa wywołali narodową burzę, uświadamia książka Bikont, która wzięła się właśnie z tamtej awantury. Po raz pierwszy zapragnęłam ją przeczytać, kiedy prawie dwa lata temu obejrzałam "Naszą klasę" Tadeusza Słobodzianka, spektakl warszawskiego Teatru na Woli. Ale wtedy reportaż Bikont był już nie do zdobycia: nakład wyczerpany, na allegro też niedostępna. Potem w powodzi innych lektur jakoś zapomniałam i przestałam szukać, aż tu nieoczekiwanie, chyba zimą, zobaczyłam ją wśród zapowiedzi wydawnictwa Czarne. No i wreszcie zmaterializowała się, kupiłam i od razu przeczytałam. Nietrudno zgadnąć, że nie jest to lektura przyjemna. Tego zresztą świadoma była sama autorka i ci wszyscy bliscy jej znajomi, którym dawała do przeczytania ukończony już maszynopis (oczywiście słowo maszynopis należy traktować metaforycznie). "Kto to przeczyta? Kto w ogóle będzie w stanie to przeczytać?" usłyszała od Marka Edelmana. Nie należy jednak przesadzać. Kto przyjął niełatwą prawdę o tym, co zdarzyło się w Jedwabnem i innych miejscach, kto śledził dyskusję na temat tak zwanej trzeciej fali Holokaustu na ziemiach polskich, kto czytał cokolwiek na temat Zagłady, ten udźwignie książkę Anny Bikont. Oczywiście miłe to nie będzie.

Aby zwierzyć się z tego, co najbardziej poruszyło mnie w czasie lektury, najpierw muszę napisać kilka zdań na temat kompozycji reportażu. Kiedy kupowałam książkę Bikont, byłam przekonana, że jest to reporterska rekonstrukcja tamtych wydarzeń, rozmowy z żyjącymi jeszcze świadkami, może jakieś dokumenty. Oczywiście to wszystko tam znajdziemy. Ale oprócz rozdziałów dotyczących mordu w Jedwabnem i Radziłowie, gdzie kilka dni wcześniej zdarzyło się to samo, są tu monologi Krzysztofa Godlewskiego, byłego burmistrza Jedwabnego, i Leszka Dziedzica, jednego z nielicznych mieszkańców miasteczka, który nie tylko przyjął przykrą prawdę o tamtych zdarzeniach, ale też odważył się współpracować z reporterką przy zbieraniu materiałów do książki, oraz rozmowa z Radosławem Ignatiewem, prokuratorem z białostockiego oddziału IPN-u, który prowadził śledztwo w sprawie jedwabieńskiego mordu. To jednak nie wszystko. Otóż równie ważną częścią książki jest dziennik autorki dokumentujący reporterską pracę nad jej powstawaniem. Zaczyna się 28 sierpnia 2000 roku, kończy 10 lipca 2004. Znajdziemy tam nie tylko zapisy rozmów z ludźmi w jakikolwiek sposób zaangażowanymi w sprawę (słowo zaangażowani rozumiem bardzo szeroko; będą to nie tylko świadkowie czy ci, którzy coś na ten temat wiedzieli, ale także ci, którzy na przykład pomagali do nich dotrzeć, i wielu innych), świadectwo mozolnego zbierania materiałów, detektywistycznej często pracy nad odtwarzaniem zdarzeń (nie należy zapominać, że śledztwo reporterskie toczyło się równolegle z tym ipeenowskim), zapis lektur dotyczących tematu (także bieżącej dyskusji w prasie, co świetnie pokazuje ówczesny stan świadomości dotyczący stosunków polsko-żydowskich; to właśnie te fragmenty uświadamiają, jaką drogę przeszliśmy), ale także refleksje reporterki związane z jej pracą. Są to refleksje bardzo emocjonalne i osobiste, można śmiało powiedzieć, że Anna Bikont jest jedną z bohaterek książki. Przyznam, że ta jej obecność czasem wydawała mi się nadmierna, raził ekshibicjonizm, chociaż rozumiem, dlaczego taki model reportażu wybrała. Była zresztą tego świadoma. Jedna z ostatnich notatek w jej dzienniku, to krytyczne uwagi historyka, Dariusza Stoli, który jej to wytknął.

Początkowo te fragmenty, a przegradzają one kolejne rozdziały, nieco mnie nużyły, wydawały się nieistotne. Szybko jednak zmieniłam zdanie. Bez nich byłby to zupełnie inny reportaż! Bo oprócz warstwy historycznej dotyczącej zbrodni w Jedwabnem i Radziłowie, warstwy starającej się na zimno wskazać społeczne przyczyny, które sprawiły, że była w ogóle możliwa, równie ważna jest warstwa współczesna. I to ona jest tak niezwykle zdumiewająca i bolesna! Wydaje się wręcz nieprawdopodobna, a jednak jest prawdziwa. Czytając o tym, jak mieszkańcy Jedwabnego i okolic zaprzeczają prawdzie, nie chcą zmierzyć  się z przeszłością, zastraszają tych nielicznych, którzy znajdują w sobie odwagę, aby otwarcie mówić o tym, co się zdarzyło, milczą, pozwalając na to, aby prym wodzili ci, którzy zakłamują historię, a robią to wyjątkowo agresywnie i nienawistnie, otwierałam oczy ze zdumienia. Nie mogłam uwierzyć, że ci, którzy w czasie wojny ukrywali ocalałych z pogromu Żydów, dziś wolą się do tego nie przyznawać. Książka Bikont jest przerażającą opowieścią o zamkniętym środowisku (powinnam napisać prowincjonalnym, małomiasteczkowym, ale ważę słowa, aby nikogo nie urazić, wszak prowincja i małe miasteczka są różne), które przez lata skrywa tajemnicę o zbrodni, a kiedy prawda o tym, że sąsiedzi w okrutny sposób wymordowali sąsiadów, wychodzi na jaw, zrobi wszystko, aby jej zaprzeczyć i zniszczyć każdego, kto własne gniazdo ośmieli się kalać. To opowieść o układach i zależnościach, jakie w takim zamkniętym środowisku panują. Łatwo potępić tych wszystkich, którzy myślą podobnie jak Krzysztof Godlewski czy Leszek Dziedzic, ale milczą ze strachu. Trzeba jednak zadać sobie niewygodne pytanie, jak my zachowalibyśmy się na ich miejscu. Czy starczyłoby nam odwagi, aby głośno mówić o prawdzie, aby wziąć udział w obchodach upamiętniających tragedię, aby sprzątać żydowski kirkut, aby zapalać świeczki czy kłaść kamyki na mogiłach. Jednym słowem, aby stanąć samemu przeciwko wszystkim i żyć dalej w tym środowisku. Tym bardziej podziwiam Godlewskiego, Dziedzica, Jana i Pelagię Cytrynowiczów czy Jana Skrodzkiego. Ten ostatni co prawda w Jedwabnem nie mieszka, ale stamtąd się wywodzi i miał odwagę zmierzyć się z okrutną prawdą, że jego ojciec brał udział w zbrodni. Potem wytrwale pomagał Annie Bikont docierać do świadków tamtych zdarzeń. Dwaj pierwsi, Godlewski i Dziedzic, zapłacili za swoją odwagę wysoką cenę: nie mogąc poradzić sobie z ostracyzmem środowiska, wybrali emigrację. Kiedy czyta się to wszystko, przestaje dziwić, że Antonina Wyrzykowska, która wraz z mężem przechowała siedmioro ocalałych z zagłady Żydów, niechętnie wraca do tamtych zdarzeń, że Marianna Ramotowska (czyli Rachela Finkelsztejn, którą ocalił Stanisław Ramotowski, jej przyszły mąż) jak ognia unika rozmów o przeszłości, podobnie reaguje Helena Chrzanowska, która również przetrwała między innymi dlatego, że została ochrzczona. Trudno uwierzyć, ale te kobiety do końca swojego życia nosiły w sobie strach. Strach, że zostaną rozpoznane i skrzywdzone. Nieważne, że, jak mówi przywoływany już przeze mnie historyk Dariusz Stola, ich lęki to "teatr wyobraźni", dla nich były to lęki prawdziwe. Trauma czasów wojny i tuż powojennych (to osobny niezwykle ciekawy i równie przerażający temat książki) zaważyła na ich życiu.

Wiem, że zaledwie zasygnalizowałam tylko niektóre problemy, których dotyka reportaż Anny Bikont. Nie sposób napisać o wszystkim: o przyczynach, o sprawcach, którzy byli często jednocześnie mordercami i bohaterami podziemia, o niechlubnej roli kościoła, o tym, dlaczego właśnie na tamtych terenach doszło do tylu pogromów (Jedwabne i Radziłów to niestety nie jedyne miejscowości), o okrucieństwie samej zbrodni (trudno przebrnąć przez te opisy, chociaż trzeba przyznać, że autorka nie epatuje nimi nadmiernie), o czasach tuż powojennych, o tych, którzy zginęli i tych, którzy ratowali. A to przecież nie wszystko. Dlatego na koniec wymienię trzy rozdziały, które zrobiły na mnie największe wrażenie. Kolejność taka jak w książce.

Niezwykła, nieprawdopodobna opowieść ocalonego z pogromu Awigdora Kochawa o tym, jak potem udając goja, ocalił swoje życie. Gotowy materiał na przygodowy, wyciskający łzy film.

Monolog byłego już burmistrza Jedwabnego, który dzięki swojej odwadze i determinacji doprowadził do upamiętnienia zamordowanych i zorganizowania pierwszych obchodów rocznicy zbrodni. Jest to świadectwo człowieka, który początkowo nie interesował się przeszłością, nie chciał przyjąć prawdy o zbrodni, zachowywał się kunktatorsko, aż wreszcie znalazł w sobie siłę, aby w imię prawdy stanąć niczym samotny szeryf przeciwko wszystkim. Świadectwo niezwykłej przemiany.

Wreszcie rozdział o Antoninie Wyrzykowskiej, która ukrywała u siebie siedmioro Żydów. Jest to jednocześnie opowieść o tych, którzy się ukrywali. Historia, która swoją grozą przypomina tę opowiedzianą przez Agnieszkę Holland w jej ostatnim filmie "W ciemności". Tu jest to ciemność i obrzydliwość dwóch zmyślnie skonstruowanych ziemianek.

"Misiaczek". Duński film, który warto zobaczyć.

Lubię kino z Danii, dlatego wybrałam się na "Misiaczka". Niby nie jest to nic wielkiego, ale film pozostaje w pamięci. Być może z powodu charakterystycznego dla duńskiego kina chłodnego dystansu i ascezy, które sprawiają, że opowieści o zwyczajnych sprawach i ludziach nabierają wagi. Na pewno za sprawą głównego bohatera, ogromnego, umięśnionego kulturysty Dennisa, którego postura kontrastuje z wrażliwą i nieśmiałą duszą. Nie ma w nim cienia agresji, jest łagodność i nieporadność w kontaktach z kobietami. Tylko w czasie w czasie treningu na siłowni, prężąc przed lustrem swoje mięśnie, czuje się pewnie i swobodnie. Ale i to jest raczej sympatyczne niż odpychające. Ten bohater przyciąga uwagę, nie sposób go nie polubić i nie kibicować jego poczynaniom. Mimo umięśnionych bicepsów i ogromnego tatuażu na jednym z nich budzi czułość.

Dennis marzy o miłości, ale na drodze do spełnienia pragnień stoi nie tylko jego charakter, także nadopiekuńcza i zaborcza matka, która nie wyobraża sobie, że syn mógłby wyprowadzić się z domu. Samo życie. Po jakimś czasie film staje się dość przewidywalny (poza zakończeniem: tu na dwoje babka mogła wróżyć), ale tym razem jakoś mi to nie przeszkadzało. Z przyjemnością wpatrywałam się w twarze bohaterów. Spojrzenie, skrzywienie ust, drgnięcie powieki, jakiś gest więcej mówią o tym, co czują, niż ich słowa, których zresztą nie pada zbyt wiele. Naprawdę wolę takie kino od wydumanej "Siostry twojej siostry" czy nazbyt wyrafinowanych "Akacji", które niby traktują o podobnym problemie, ale robią to w sposób nadużywający cierpliwości widza. I jeszcze jedno porównanie, a może raczej skojarzenie. "Misiaczek" dość nieoczekiwanie pokazuje, niejako przy okazji, ten sam problem, który porusza w swoim filmie "Raj: miłość" Seidl, ale robi to oczywiście w sposób nie tak radykalny i bolesny.

"Raj:miłość"

To film z gatunku takich, które ogląda się bardzo boleśnie. Poruszają tak bardzo, że wywołują psychiczny dyskomfort, niesmak, a nawet obrzydzenie. Ale po to są. Mają wyrwać widza z błogiego stanu zadowolenia, wstrząsnąć, zaszokować, pobudzić do myślenia. Z góry wiedziałam, na co się wybieram w piątkowe popołudnie. Nie jest to film na weekend, jak powiedział mój znajomy. Pewnie nie, ale ja dawno przestałam kierować się taką kategorią. Poszłam i było tak, jak się spodziewałam. Wyszłam zmaltretowana, ale poruszona. Mam jedno zastrzeżenie: film mógłby być trochę krótszy. W tym wypadku pół godziny mniej, wyszłoby na dobre. Po pewnym czasie zaczyna nużyć powtarzalnością, a że niektóre sceny stawiają widza przed dużym wyzwaniem, są na granicy wytrzymałości, tym bardziej przydałyby mu się nożyczki. Nieświadomym, o czym mowa, spieszę wyjaśnić, że najnowszy film austriackiego reżysera Ulricha Seidla "Raj:miłość" to opowieść o pięćdziesięcioletniej Teresie i takich jak ona kobietach, które spędzają urlop w jednym z nadmorskich ośrodków w Kenii, szukając tam erotycznych wrażeń. Film jest pierwszą częścią trylogii, druga, "Raj:wiara", właśnie otrzymała nagrodę specjalną na świeżo zakończonym festiwalu w Wenecji. Tyle dla wszystkich, reszta dla tych, którzy przez obraz Seidla przebrnęli.

Najczęściej jest tak, że reżyser stawiając swego bohatera w ogniu krytyki, daje mu jednak jakąś szansę, pozwala przynajmniej trochę polubić, doszukać się chociażby cienia usprawiedliwienia dla jego postępowania. U Seidla jest inaczej: on nie ma litości dla nikogo. Podobno taki jest zawsze dla swoich postaci, jak przeczytałam w tekście Pawła T.Felisa poświęconym jego twórczości, który ukazał się w Dużym Formacie. Cóż, muszę uwierzyć na słowo, bo dotąd nie widziałam żadnego filmu austriackiego reżysera. Tym samym staje on w szeregu austriackich artystów bezlitośnie chłoszczących swoich rodaków (Jelinek, Bernhard, Haneke, Erica Fischer). 

Naprawdę trudno poczuć sympatię do Teresy. Zaniedbana, gderająca, wychowała córkę na bezmyślnego potwora, który spędza wolny czas, siedząc w butach na rozbebeszonym łóżku, a jej jedyną aktywnością jest słuchanie muzyki i komórka. Nie oszukujmy się, skądś się taka wzięła. Samo gderanie rozwoju i wychowania nie załatwi. Ten od początku przykry obraz pogłębia jeszcze otoczenie: nijakie, odpychające mieszkanie. Pokaż mi swój dom, a powiem ci, kim jesteś, chciałoby się powiedzieć. Kim jest Teresa? Rozwiedzioną kobietą samotnie wychowującą córkę. Do bólu przeciętną, taką bez właściwości. Reżyser nie oszczędzi jej niczego. Pokaże starzejące się, zaniedbane ociekające tłuszczem ciało i żałosne marzenia. O czym marzy Teresa? O miłości w raju, w turystycznym raju: Kenii. A jeśli miłości dostać nie może, to przynajmniej sięgnie po seks. I za namową swojej jeszcze bardziej odrażającej przyjaciółki, o wyglądzie i zachowaniu wiedźmy, sięga. Przyjaciółka jest już doświadczona w takich sekswczasach. Teresa, początkowo onieśmielona, zazdrości jej erotycznych przygód. Nie wiem, co sobie wyobrażała, ale jej pierwsze doświadczenie jest odpychające, wręcz traumatyczne. Myślałam, że zrażona da sobie spokój. Ale gdzież tam, brnie dalej, okupując chwilowe zaspokojenie zmysłów coraz większym upokorzeniem. Jakby schodziła w coraz niższe kręgi piekielne. Jeden kochanek ma żonę i dziecko, każdy chce wyłudzić pieniądze, jak najwięcej pieniędzy od naiwnej, żądnej seksu, białej kobiety. Czy naprawdę Teresa jest aż tak głupia, aby uwierzyć, że młodzi, smukli Kenijczycy idą z nią do łóżka z jakiegokolwiek innego powodu poza finansowym? Przecież zdaje sobie sprawę z mankamentów swojej urody. Ale nie ustaje w swoich łowach, tak jak nie ustają w swoich czarni młodzieńcy. Obie strony chcą ubić interes za wszelką cenę, nawet za cenę upokorzenia. Film kończy się symboliczną sceną: ona po raz kolejny przemierza plażę w poszukiwaniu zdobyczy, oni prężą przed nią swe zgrabne ciała w akrobatycznych figurach. Ktoś może powiedzieć, że Teresa jest samotna i dlatego tak głupio rzuca się w wir żałosnych, erotycznych przygód. Ja jednak nie potrafię jej współczuć. Ma przecież córkę i siostrę. W końcu wartość kobiety nie zależy od tego, czy jest z jakimś facetem. Niechże coś ze sobą i swoim życiem zrobi!

Ale nie tylko dlatego Teresa i jej koleżanki budzą odrazę. Może jeszcze gorsze jest to, jak traktują tubylców, pracowników tego turystycznego raju: z góry, z pogardą. Naśmiewają się z nich, obmawiają, korzystając z tego, że nie znają niemieckiego. Niczym białe panie, potomkinie białych kolonizatorów. Co im daje do tego prawo? W czym są od nich lepsze? Bo przyjechały z bogatego świata, bogatej Europy, bogatej Austrii? Jaka ich zasługa, że się tam urodziły?

Ale Seidl nie oszczędza nikogo. Z równym okrucieństwem pokazuje miejscowych. Wyrachowanych, sprzedających swoje ciała za pieniądze młodych Kenijczyków, którzy są gotowi wymyślić każdą historyjkę, aby wzruszyć naiwną, białą kobietę tęskniącą za czarnym Adonisem. Białych traktują jak worek bez dna. Nie tylko oni, nie tylko ci młodzi mężczyźni. Taka jest nauczycielka w szkole: bez żenady wyciąga rękę po datek i domaga się więcej. Kiedy dostanie za mało, sztuczny uśmiech zniknie z jej twarzy, natychmiast stanie się opryskliwa i niemiła. Taka jest żona Mungu, która godzi się na to, aby dla pieniędzy sypiał z białymi kobietami. Gotowa jest udawać biedną siostrę, zmyślać historyjki o dziecku w szpitalu, aby tylko wyłudzić więcej. I ona gardzi białą, grubą, naiwną kobietą. Właściwie jedyna postać, która ocala swoją godność, to nieśmiały Yusuf, barman, który odmawia spełnienia erotycznego żądania Teresy.

I biali, i czarni uczestniczą w tej upokarzającej grze, gardząc sobą wzajemnie. Kto temu winien? Seidl tym się nie zajmuje, ale odpowiedź jest chyba oczywista. To my, biali, deprawujemy czarnych, jakby prawo do tego dawała nam nasza niechlubna, kolonizatorska przeszłość i dzisiejsze pieniądze.

Kenijski raj wcale nie jest rajem. Piekło czynią z niego ludzie. Poza tym oparty jest na z gruntu fałszywych założeniach. To raj sztuczny, udawany, stworzony na potrzeby białych turystów. Enklawa w ściśle zakreślonych granicach. Bo czy można czuć się beztrosko w strzeżonym ośrodku, leżąc na jednym z setek leżaków równo ustawionych w rzędzie, wzdłuż którego przechadza się strażnik z karabinem? Albo na plaży przegrodzonej sznurem, za którym stoją cierpliwie młodzi Kenijczycy, czyhając na naiwne turystki, które ośmielą się przekroczyć granicę? Co to za plaża, po której nie można swobodnie chodzić? Tylko w kadrze zdjęcia umieszczonego w katalogu biura turystycznego na pewno nie widać, że to wszystko ułuda, nieprawdziwy sielski obrazek. Bo nie ma na nim tego strażnika, tej liny i tych żałosnych młodych mężczyzn. Wszystko tu jest groteskowe i na pokaz. Pilot, który uczy turystów-nowicjuszy kilku podstawowych zwrotów w suahili, szpaler utworzony z obsługi witającej przybyszów z Europy, czarne kobiety śpiewające powitalną pieśń, występy muzycznego zespołu, idiotyczne zabawy dla znudzonych turystek. Sztuczne uśmiechy czarnych i białych. Jedni i drudzy biorą udział w groteskowym przedstawieniu, a naprawdę  gardzą sobą. Być może strażnik najchętniej wycelowałby swój karabin w białych turystów wylegujących się na leżakach pod palmami.

Bardzo mocny film, bardzo niewygodny dla nas widzów, pokazujący kawał realnego problemu. Równie dobrze jego akcja mogłaby się toczyć w innym turystycznym raju, na przykład w Tajlandii, a jego bohaterami mogliby być pięćdziesięcioletni, brzuchaci mężczyźni.

A teraz czekam na dwie kolejne części filmowej trylogii Seidla ze świadomością, że znowu zostanę niemiłosiernie schłostana.

"Siostra twojej siostry"

Przyznaję, skusiły mnie zwiastuny. Z ekranu biła uroda. Uroda miejsc, wnętrz, przyrody i ludzi. Pomyślałam: jeśli będzie miał dobre recenzje, pójdę. No i miał. Paweł Mossakowski, którego gust filmowy często podzielam, dał mu cztery gwiazdki, więc poszłam. Początkowo było nieźle. W końcu cudów się nie spodziewałam. Ładne, sympatyczne, młode kobiety, dwie siostry, nieco misiowaty, ale równie sympatyczny, młody mężczyzna, przyjaciel jednej z nich. Dużo gadania, bo wszyscy po przejściach i z przeszłością. Piękne okoliczności przyrody: jakaś wyspa, na niej oddalony od ludzkich siedzib letni dom położony niezwykle malowniczo, morze, no jednym słowem widoki jak z pocztówki. I nagle klops. Konflikt pomiędzy tą trójką jest kompletnie niewiarygodny. A oni cierpią, snują się po ekranie, robią zrozpaczone miny. Dlaczego? O co te kwasy? Wszystko wykreowane. Ale nie obawiaj się, czytelniku tej notki, przecież to film amerykański, co z tego, że, jak czytam w zapowiedzi dystrybutora, niezależny, i tak wiadomo, jak się skończy. Na szczęście, i to trzeba zapisać na plus, reżyserka nie stawia kropki nad i, zostawia widzów w niepewności. Po raz kolejny dałam się nabrać na niezależne kino amerykańskie. Banalna ta niezależność. Tyle złośliwości. A w drugiej części, która tym razem będzie bardzo krótka, konkrety dla tych, którzy tak jak ja na film się skusili.

Napiszę dziś w krótkich, żołnierskich słowach, przejdę od razu do sedna. Otóż pretensje Iris do siostry o to, że przespała się z Jackiem, wydają mi się kompletnie wydumane, podobnie jego wyrzuty sumienia. Przecież tych dwoje łączyła tylko przyjacielska relacja. Żadne z nich nie wiedziało, co czuje drugie. Byli ludźmi wolnymi, dorosłymi. O tym, że Iris jest w Jacku zakochana, Hannah dowiedziała się, kiedy było już po wszystkim.

Znacznie ciekawszy wydał mi się drugi wątek: wykorzystanie niczego nieświadomego Jacka jako dawcy spermy. W dodatku Hannah zrobiła to wyjątkowo perfidnie. Gdyby reżyserka podążyła tym tropem, film mógłby rozwinąć się w interesującym kierunku. Mógłby postawić ważne, moralne pytania. Niestety, wszystko kręci się wokół sztucznie, moim zdaniem, wykreowanego konfliktu. Kiedy Jack wyjechał, pomyślałam, że przynajmniej nie będzie happy endu. Ale gdy tylko zobaczyłam go z furią przemierzającego wyspę na rowerze, zrozumiałam, że stanie się jeszcze gorzej. No i miałam rację. Ta cukierkowa zgoda, ta samokrytyka Jacka zakończona obietnicą przemiany i wydoroślenia: wzięcia na siebie ojcowskich obowiązków i zaangażowania w związek z Iris...! I tak powstał film o niczym. Niby o trzydziestolatkach żyjących bez zobowiązań, którzy nagle zostają zmuszeni do poważnego zaangażowania się w życie, tak naprawdę pretensjonalny gniot w lekkiej, komediowej tonacji. Całe szczęście, że reżyserka zostawia widzów w niepewności. Nigdy nie dowiemy się, jakiego koloru kreseczka pojawiła się na ciążowym teście. Nie zniosłabym wybuchu radości tej trójki czekającej w napięciu. To byłby o krok za daleko. Ten brak ostatecznego rozstrzygnięcia nie ratuje jednak filmu. Nie pomogli mili aktorzy o ładnych, sympatycznych buziach, nie pomogły pocztówkowe plenery, nie pomógł dom na odludziu, nie pomogły zachody słońca nad dzikim morzem, ani chmury gnane po niebie, ani dziki las. To za mało na dobry film, jeśli całość zbudowana jest na fałszywych przesłankach.

Ludmiła Pietruszewska "Jest noc"

Po raz kolejny ostatnio sięgnęłam po literaturę rosyjską, tym razem przeczytałam "Jest noc" Ludmiły Pietruszewskiej (Czarne 2012; przełożył Jerzy Czech), powieść (właściwie mini-powieść) bardzo chwaloną. Już w trakcie lektury skojarzyła mi się z niedawno przeczytaną "Drogą do nieba" Erici Fischer (pisałam). Jest w tych powieściach pewne podobieństwo, chociaż pokazują świat z odmiennej perspektywy. Obie są, między innymi, portretami toksycznych rodzin. Książka niemieckiej pisarki to opowieść córki o jej, nie waham się tego stwierdzenia, nienawiści do matki. Powieść Pietruszewskiej to z kolei monolog matki nie pozostawiającej suchej nitki na córce. Oglądamy świat jej oczami, tylko kilka razy do głosu dochodzi córka, a to za sprawą jej tajnego dziennika odnalezionego i przeczytanego przez matkę. Już tylko ten fakt sporo mówi o stosunkach obu kobiet.

Nie jest to powieść przyjemna, mimo że czyta się ją jednym tchem. Świat, do którego zaglądamy za sprawą Anny, starzejącej się poetki, jest potworny. Narratorka to zgorzkniała, nieszczęśliwa kobieta, nienawidząca właściwie wszystkich poza najstarszym wnukiem, Timkiem, który z nią mieszka, i synem Andriuszą. Jej monolog to wyrzekanie na ludzi, a szczególnym obiektem ataku jest córka, Alona. Na ile matka ma rację, krytykując bezlitośnie dorosłą córkę? Fragmenty dziennika, o których wspomniałam, nie dają jednoznacznej odpowiedzi. Czy Alona jest rzeczywiście taką straszną córką i matką dla swoich dzieci, czy też jest młodą, naiwną, pogubioną kobietą, która plącze się w fatalne relacje z mężczyznami, a potem nie potrafi poradzić sobie z konsekwencjami? A może tak łatwo pakuje się w kłopoty, bo za wszelką cenę chce uciec od toksycznej matki, u której nie znajduje żadnego wsparcia? Wcale by mnie to nie zdziwiło. Anna nie jest osobą, którą można polubić. Jej komentarze są złośliwe i prostackie, nie przebiera w słowach. Bękartka, to o wnuczce, młodszej siostrze ukochanego Timka, której nie chce znać. Podlec, to o zięciu, którym gardzi. Taki język, prymitywne komentarze, jad, którym ocieka jej monolog, nienawiść i pogarda, z jakimi traktuje większość ludzi, tym bardziej szokują, że Anna jest poetką. (Teraz, kiedy piszę te słowa, nagle doszłam do wniosku, że uległam stereotypowi, bo przecież bycie poetą wcale nie musi oznaczać szlachetności, subtelności i innych zalet.) Inaczej narratorka traktuje syna, Andriuszę. Jest gotowa wybaczyć mu wiele, zrozumieć i usprawiedliwić, a winę za jego nieudane życie zrzucić na innych. To on i wnuk Timek są osobami, które kocha, o które drży, dla których jest gotowa zrobić wiele. To ich życiem żyje. Siebie już dawno przekreśliła.

Pisałam, że Anny nie potrafiłam polubić. Nie sposób jej jednak nie współczuć. Nie sposób nie litować się nad jej nieudanym życiem. Anna to starzejąca się, samotna kobieta. Nawet osoby, które obdarza uczuciem, dla których gotowa jest na wiele, nie potrafią tej miłości odwzajemnić. Wszystko w jej losie jest katastrofą: nieudane życie córki i syna, nieudane życie osobiste, chora matka, jej wyrzut sumienia, wreszcie chyba nieudana kariera poetycka. Wprawdzie Anna nazywa siebie poetką i rzeczywiście od czasu do czasu jako poetka jeździ na spotkania z czytelnikami, ale obraz tych spotkań jest nader żałosny. Najprawdopodobniej i na tym polu poniosła fiasko, trudno jednak rozstrzygnąć dlaczego. Czy pisze marne wiersze, czy po prostu jest niedoceniana? Ale to jeszcze nie wszystko. Na nieudane życie rodzinne i zawodowe nakładają się potworne warunki materialne. Ciasne mieszkanie, które przez większość życia dzieliła z matką i dziećmi, potem jeszcze z zięciem i wnukiem. Finansowa mizeria, właściwie nędza. Bardzo często i ona, i Timek są po prostu głodni. Najbardziej boli ją fakt, że nie potrafi zapewnić odpowiednich warunków wnukowi. Jest gotowa na każde upokorzenie, byle nakarmić głodne dziecko. Jej podchody, aby to zrobić, z jednej strony irytują, z drugiej budzą litość i współczucie.

Ale powieść Ludmiły Pietruszewskiej nie opowiada tylko o nieudanym życiu poetki Anny. Po zakończeniu lektury pozostaje w pamięci potworny obraz świata, w jakim żyje narratorka, jej rodzina i ludzie, o których wspomina. To nie tylko fatalne warunki materialne, ale przede wszystkim wszechogarniający chaos w relacjach międzyludzkich. Nic w życiu tych ludzi nie jest stałe i uporządkowane. Związki damsko-męskie są przypadkowe, płytkie i tymczasowe. Nietrwałe, nieudane małżeństwa, chwilowe romanse z żonatymi mężczyznami, którzy cynicznie wykorzystują swoje kochanki. Ludzie łączą się na moment chyba tylko po to, aby się wzajemnie ranić. Wszystko jest w nieustannym ruchu, wszystko się rozpada. Nikt tu nie ma moralnych dylematów, wyrzutów sumienia, nawet cierpienie jest nie dość tragiczne. Owocem tych związków są dzieci z góry naznaczone nieszczęściem, skazane na życie w podobnym chaosie.

Biedni ludzie, chciałoby się powiedzieć. Trudno ich polubić, nie sposób im nie współczuć.

"Zakochani w Rzymie" i "Akacje"

Krótko o dwóch filmach, bo rozpisywać się nie bardzo jest o czym. Na początek o najnowszym Woodym Allenie. To już trzeci albo czwarty obraz mojego ulubionego reżysera, od kiedy prowadzę te zapiski filmowo-literackie albo literacko-filmowe. Od paru lat już, niestety, niczego specjalnego nie spodziewam się po kolejnych produkcjach Allena. Odkąd przeniósł się ze swoją pracą do Europy, kręci raz lepiej raz gorzej, ale to już nie to, co dawniej. Kiedy kilka lat temu wrócił do Nowego Jorku, aby wyreżyserować na podstawie starego scenariusza "Co nas kręci, co nas podnieca", natychmiast odzyskał formę, czemu dałam wyraz na tych łamach. A "Zakochani w Rzymie"? Z przyjemnością informuję, że ja mile się rozczarowałam. Spodziewałam się wszystkiego najgorszego, a tu niespodzianka. Nie, nie jest to ani nic wielkiego, ani tym bardziej arcydzieło, ale przyjemna komedia w czarujących rzymskich okolicznościach. Naprawdę zabawna. Jakaż odmiana po nijakim i nudnym "O północy w Paryżu". Trochę dowcipnych, ironicznych dialogów tak charakterystycznych dla Allena (niektóre wygłasza sam, jako że po raz pierwszy od kilku lat znalazł rolę dla siebie), trochę zabawnych, komediowych nieporozumień napędzających cztery równolegle prowadzone opowieści, parę niezbyt odkrywczych rozważań o blaskach i cieniach bycia celebrytą. No i jedna z jego ulubionych aktorek, Judy Davis na dokładkę. Na miły wieczór w kinie wystarczy. Lojalnie jednak informuję, że wśród moich znajomych zdania są podzielone.

Tyle o Allenie, a teraz o argentyńsko-hiszpańskich "Akacjach" nagrodzonych za debiut w Cannes w 2011 roku. Zwabiły mnie na ten film ta i inne nagrody, także cztery gwiazdki w Co Jest Grane przyznane przez Pawła T.Felisa. Dlaczego ocenił "Akacje" dość wysoko, dowiem się, kiedy przeczytam jego recenzję po opublikowaniu mojej notki. Napiszę krótko: ja się rozczarowałam. Parę refleksji o tym, jak po początkowym zniecierpliwieniu i niechęci rodzi się więź pomiędzy dwojgiem samotnych po przejściach i z przeszłością, nie zawsze wystarcza. Trzeba mieć sporą cierpliwość, aby obserwować nicniedzianie się, które do niczego odkrywczego nie prowadzi. Właściwie jesteśmy w stanie prawie od początku przewidzieć, jak potoczy się opowieść o Rubenie, kierowcy tira, i Jacincie, samotnej matce pięciomiesięcznej córeczki. Przyjemność płynie jedynie ze śledzenia aktorów, którzy powściągliwie: spojrzeniem, miną, gestem pokazują, co gotuje się w ich bohaterach. No i może jeszcze z dość nieoczekiwanego rozwiązania: kto z tej dwójki tak naprawdę jest nieszczęśliwy i samotny (jedyne zaskoczenie). To pyszna scena. Nudzić się nie nudziłam, ale poczułam się nieco wystrychnięta na dudka. O takich filmach niektórzy powiadają: festiwalowy albo dla krytyków. Czasem lubię takie kino, tym razem nie kupuję.

"Portret o zmierzchu". Przygnębiający rosyjski film.

Z tygodniowym opóźnieniem wybrałam się na "Portret o zmierzchu", filmowy debiut Angeliny Nikonovej, kilkakrotnie nagrodzony, między innymi na 27 Międzynarodowym Warszawskim Festiwalu Filmowym. To historia rozczarowanej życiem Mariny, która pozornie wiedzie szczęśliwe życie. Ma męża, wyremontowane mieszkanie, dobrą pracę, przyjaciół. Ale film jest również przygnębiającym portretem rosyjskiego społeczeństwa. Ja obejrzałam "Portret o zmierzchu" ze sporym zainteresowaniem. Przede wszystkim dlatego, że przemyślenia głównej bohaterki, związane z doświadczeniami wyniesionymi z pracy, bliskie są moim refleksjom i temu, czego ostatnio byłam świadkiem. Drugim atutem jest sama Marina, a właściwie grająca ją aktorka, Olga Dykhovichnaya, przyciągająca uwagę smutną, ale jakoś intrygującą twarzą o dużych oczach. Trzecim melancholijny nastrój. Ale mam też zastrzeżenia. Trochę drażni mnie seria nieprawdopodobnych zdarzeń, na których oparta jest druga część filmu. Wybór, jakiego dokonuje Marina, jest możliwy w kinie lub w literaturze, w prawdziwym życiu tak ta historia raczej by się nie potoczyła. Jednak mimo zastrzeżeń polecam, ostrzegając jednocześnie, że to historia niewesoła, a świat pokazany na ekranie jest przygnębiający i zwyczajnie brzydki. Więcej konkretnych uwag i rozważań jak zwykle w drugiej części przeznaczonej dla tych, którzy film widzieli.

Marina jest, jak sądzę, psychologiem, pracuje w jakimś ośrodku pomocy społecznej, zajmuje się krzywdzonymi i zaniedbywanymi przez rodziców dziećmi. Chce pomagać, ale jednocześnie wykonuje to zajęcie już na tyle długo, że zdążyła zwątpić w efekty swojej pracy. Stale styka się z biurokratycznymi barierami, znieczulicą policji i urzędników. W swoich zmaganiach jest bardzo samotna. Kolejnym obciążeniem jest konieczność rozstrzygnięcia wątpliwości, kto mówi prawdę: dziecko czy rodzice? Bo krzywdzić, jak się okaże, potrafią też sprytne, rozwydrzone nastolatki. Ale najbardziej przygnębia ją chyba doraźność udzielanej pomocy, nie wierzy w jej długofalowe skutki. Co stanie się z tymi dziećmi, kiedy dorosną? Ilu z nich wyjdzie na prostą i założy szczęśliwe, normalne rodziny? (Co znaczy szczęśliwa, normalna rodzina?, mogłaby zapytać główna bohaterka.) Większość pewnie skazana jest na powielanie błędów swoich rodziców. Los sprawi, że Marina spotka takich ludzi. Myślę tu o policjancie Andrieju i jego bracie. To wyjątkowo odrażające typy. Wiecznie zapijaczony, bezkarny skorumpowany, zwyrodniały policjant wykorzystujący swoją władzę, gwałciciel, wyzuty z wszelkich uczuć, i jego zaćpany brat, który całe dnie spędza w domu na nicnierobieniu. Obaj mieszkają w brudnym, potwornie zaniedbanym i zagraconym mieszkaniu znajdującym się w równie przygnębiającym, obrzydliwym bloku. Podobne otoczenie pokazywał w swojej "Elenie" Zwiagincew. Wtedy zastanawiałam się, ile w tym obrazie przerysowania, a ile prawdy. Teraz już wiem, że portret rosyjskich blokowisk, które upodobali sobie reżyserzy, jest chyba niestety prawdziwy. Po tej dygresji wracam do Andrieja i jego brata. Dlaczego są tacy? Kiedy Marina pozna ich historię, zrozumie. Wychowywani bez ojca i matki, przez dziadka stosującego wojskowy dryl, niestroniącego od przemocy fizycznej, nieokazującego uczuć wyrośli na moralne potwory. Andrieja najprawdopodobniej spotkała jeszcze jedna katastrofa: porzuciła go żona. Czy dlatego, że nie potrafi kochać? A może obsesyjnie wzdraga się przed miłością, bo przeżył zawód? Kiedy na niego patrzę, wątpię, czy kiedykolwiek zdolny był do jakichkolwiek uczuć. I w tym miejscu chyba popełniam błąd. Bo chociaż nie potrafię polubić ani Andrieja, ani jego brata, to jednak ich portrety nie są jednoznaczne. Ten pierwszy opiekuje się zdziecinniałym dziadkiem, potrafi też w końcu okazać zainteresowanie Marinie, przygląda się jej wnikliwie, zaczyna go intrygować, zauważa w niej dziwną, nieszczęśliwą kobietę. Ten drugi w chwili, kiedy nie jest zaćpany, umie prowadzić sensowną rozmowę. To on zlituje się nad nieprzytomną Mariną i nie pozwoli starszemu bratu jej wyrzucić. Ani postacie, ani zdarzenia nie są w tym filmie jednoznaczne. Nic nie daje się prosto wytłumaczyć. Wszystko jest nieostre, nieoczywiste. Stąd pewnie tytuł filmu: "Portret o zmierzchu". Nie można zrobić takiego portretu, jeśli nie ma się specjalnej funkcji w aparacie, bo światło jest wtedy nieostre, wzrok nam się przytępia, ciężko dostrzec szczegóły, trudno o prawdę. Taki świat pokazuje reżyserka.

Niejednoznaczna jest też Marina i wybory, jakich dokonuje. W chwili szczerości ostro ocenia swojego męża i przyjaciół, ale jednocześnie sama też nie jest postacią kryształową. I ona ma romans z żonatym kolegą  męża, do czego zresztą się przyznaje, kiedy wygarnia błędy przyjaciołom. Ale jeszcze trudniejsza do zrozumienia jest jej relacja z Andriejem. Początkowo, gdy rozpoznaje w nim jednego ze swoich gwałcicieli, chce się na nim zemścić, potem ulega jakiejś masochistycznej fascynacji. Co ją do niego przyciąga? Ostry seks, jakiego nie dostaje ani od męża, ani od kochanka? Dostrzega w nim dorosłego, jakim staną się w przyszłości dzieci, którym próbuje pomóc? Czy wypowiadane z masochistycznym uporem słowa kocham cię to eksperyment? próba uczuciowego rozbudzenia Andrieja? A może prawda? To ostatnie wydaje mi się najmniej prawdopodobne. W jej skłonności do niego dostrzegam raczej erotyczną namiętność, niż poryw uczucia. Nie jest też Marina ofiarą. Z pełną świadomością finguje swój wyjazd do matki po to, aby spędzić ten czas z Andriejem. I teraz właśnie następuje właściwy moment, aby zacząć się czepiać.

Nie, wcale nie uważam, że relacja Mariny i Andrieja jest niemożliwa. Człowiek zdolny jest do najrozmaitszych wolt, dokonuje mnóstwa nieracjonalnych, nierozsądnych wyborów, niedających się w żaden sposób wytłumaczyć rozumowo, kieruje się przy tym swoimi popędami. Dusza ludzka, że wyrażę się tak górnolotnie, skrywa najrozmaitsze wstydliwe pragnienia i tajemnice. To wszystko mnie nie dziwi. Chodzi  mi raczej o nieprawdopodobieństwo pewnych zdarzeń dających początek temu dziwnemu związkowi. Taka jest scena w windzie, kiedy Marina, która pragnie się zemścić, nagle z własnej woli zaczyna uprawiać seks ze swoim prześladowcą. Taka jest scena, kiedy z walizką czeka na Andrieja pod jego domem, aby się do niego wprowadzić na jakiś czas. Jednym słowem nie razi mnie to, że się spotkali, ale sposób, w jaki to spotkanie w filmie zostało zaaranżowane. Podobnie nieprawdopodobny wydał mi się ciąg zdarzeń, który doprowadził do gwałtu. Czy rzeczywiście w żaden sposób nie mogła wezwać taksówki? Przecież początkowo miała ze sobą komórkę. A może nie znam realiów rosyjskich? Owszem, przyznaję, że ten splot pechowych okoliczności, który sprawia, że nagle elegancka Marina znajduje się w sytuacji bez wyjścia, w matni prowadzącej do upadku i zbrukania, jest filmowo efektowny, ale mnie wydał się mało prawdopodobny. I jeszcze jedno nieprawdopodobieństwo. Dlaczego Marina tak obsesyjnie chodzi do tej podłej knajpy, w której kelnerka-potwór nie pozwoliła jej zadzwonić po taksówkę? Początkowo myślałam, że chce jej wykrzyczeć swoją tragedię, ale nigdy tego nie robi. Czy to jakiś rodzaj samobiczowania się? Nie wiem, może to ja czegoś nie zrozumiałam. Ale dość tego czepialstwa, a teraz, na zakończenie, kilka uwag o tym, co mnie jeszcze poruszyło.

Przygnębiający obraz świata. Ponure, brzydkie otoczenie: straszne, przygnębiające osiedla, wnętrza bloków i mieszkań. Bezkarni policjanci, którzy mogą zatuszować każde swoje łajdactwo, którym wolno wszystko, którzy w imię świętego spokoju chcą zbyć poszkodowanego (kapitalna, ale przerażająca scena, kiedy Marina zgłasza kradzież dowodu). A najbardziej chyba przeraził mnie portret męża i przyjaciół głównej bohaterki. To, że potrafią zbyć milczeniem wszystkie swoje grzeszki. Kiedy Marina ze spokojem wznosi swój ironiczny toast, wydaje się, że potem musi nastąpić towarzysko-rodzinne pandemonium. Tymczasem nie dzieje się nic i nie zdarzy się aż do końca. Ten cytat z piosenki, który właśnie wpadł mi do głowy, chyba najlepiej oddaje to, co się stało, a właściwie to, co się nie stało.

Popularne posty