Dezso Kosztolanyi "Ptaszyna". Świetna nieprzyjemna powieść.

Zachęcona recenzją Krzysztofa Vargi postanowiłam przeczytać "Ptaszynę" Dezsy Kosztolaniego (W.A.B. 2011, seria Nowy Kanon) nieznanego mi dotąd węgierskiego pisarza z przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku. Tę niedługą powieść pochłonęłam w ciągu kilku dni. Muszę przyznać, że dawno nie czytałam czegoś tak pesymistycznego. Smutek i melancholia aż buchają z jej kart, a momentami wręcz nokautują swoim natężeniem. Myślisz, czytelniku tej notki, że bohaterów powieści dotykają jakieś spektakularne tragedie, nieszczęścia czy kataklizmy? Otóż nie masz racji. Jest znacznie gorzej: to ich prozaiczna egzystencja i prozaiczne, głęboko skrywane nieszczęście, zwyczajny ból istnienia, są źródłem tego wszechogarniającego smutku. Jeśli, czytelniku drogi, jesteś zwolennikiem książek przyjemnych, niosących pokrzepienie, to ta powieść na pewno nie jest dla ciebie. Ale jeżeli lubisz się babrać w literaturze, która obnaża beznadzieję ludzkiego istnienia, dotykając przy tym dotkliwie, sięgnij koniecznie po "Ptaszynę". Słowa te mogą wydać się ironiczne, ale wcale takie nie są. To świetna powieść i mimo przygnębiającego tonu łatwa w czytaniu. Mięsista, potoczysta narracja upstrzona opisami małego węgierskiego miasteczka, w którym jest tylko jedna asfaltowa ulica (rok 1899), i jego do bólu zwyczajnych mieszkańców działa na wyobraźnię. 

Główni bohaterowie książki Kosztolaniego to rodzina Vajkayów: Akacjusz, emerytowany prawie sześćdziesięcioletni urzędnik, jego żona i ich trzydziestopięcioletnia, brzydka, starzejąca się córka, zwana Ptaszyną. Wiodą przerażająco monotonną, zwyczajną egzystencję ograniczoną do wykonywania codziennych obowiązków. Żadnych rozrywek, żadnego życia towarzyskiego, żadnych przyjemności, nawet potrawy gotowane w tym domu są pozbawione przypraw. Kiedyś było inaczej, chociaż i ich poprzedni żywot trudno nazwać ekscytującym. Czy są nieszczęśliwi? Wydaje się, że sprzątanie, gotowanie, wyszywanie serwetek (Ptaszyna), szycie (matka), przeglądanie heraldycznych książek (Akacjusz), spacer, kościół w niedzielę i przebywanie tylko we własnym, rodzinnym towarzystwie bardzo im odpowiada. Rodzice kochają Ptaszynę aż do przesady, troszczą się o nią i martwią tak, jakby była małą dziewczynką, a nie trzydziestopięcioletnią kobietą. Ona odwzajemnia ich miłość. Tygodniowe rozstanie, akcja powieści toczy się właśnie w ciągu tych nietypowych siedmiu dni, przybiera początkowo rozmiary tragedii. Vajkayowie żegnają swoją córkę tak, jakby wyjeżdżała co najmniej na rok i to na drugą półkulę. Tymczasem ona udaje się na krótki wypoczynek do krewnych mieszkających na wsi. Ale ta rodzinna sielanka, zadowolenie z życia okazują się wielkim oszustwem. Tu każdy każdego nabiera, pokazując pogodną twarz. Dlaczego? Ptaszyna z miłości do rodziców. Po prostu nie chce ich martwić, nie chce, aby wiedzieli, jak dotkliwie odczuwa swoją samotność i poczucie beznadziei. 

"Za rok będzie miała trzydzieści sześć lat. A ile za dziesięć lat? A ile za następne dziesięć? Ojciec ma teraz pięćdziesiąt dziewięć lat, matka pięćdziesiąt siedem. Minie dziesięć lat, może nawet mniej i rodzice poumierają. Co to będzie, Matko Najświętsza, co to będzie?"

Co pozostaje? Pociecha, że inni cierpią jeszcze bardziej, i powrót do codziennych obowiązków, które znieczulają ból duszy. A rodzice? Oni wolą oszukiwać samych siebie i nie dopuszczać  myśli o szpetocie własnej córki. Zresztą cóż da, jeśli przyznają, że Ptaszyna jest brzydką, starą panną, którą właściwie nikt nigdy się nie zainteresował? Czy ulżą jej i swojemu cierpieniu?

"Uczyniliśmy wszystko - pomyślała matka - na co człowieka stać. Przecierpieliśmy wszystko, co możliwe."

Żadne pragnienia, żadne poświęcenia, wielka miłość nic tu poradzić nie mogą. Nawet rodzina nie jest balsamem na zbolałą duszę. W pewnym momencie pozostaje tylko bezradność i modlitwa do Boga, który "nadał boską rangę każdemu ludzkiemu bólowi." Ta książka pogrąża naiwną, potoczną wiarę, że chcieć, to móc, że wystarczy tylko mocno wierzyć w sukces, szczęście, spełnienie marzeń, że wystarczy tylko odrobina cierpliwości i wszystko będzie, jak chcemy. Otóż nie zawsze. Śmiem twierdzić, że częściej nie niż tak.

Vajkayowie to krewni bohaterów Czechowa, "Ziemi obiecanej" Reymonta, Wokulskiego czy rodzeństwa Buddenbrooków, że wymienię pierwsze z brzegu postacie zaludniające karty literatury, których los zawsze do głębi mnie porusza. Nawet sukces, który osiągnęli niektórzy spośród wymienionych, nie przynosi spełnienia.

Ale na tym nie koniec. Właściwie jest jeszcze gorzej. Co tracą Akacjusz i jego żona, wiodąc swój marny żywot? Niewiele. W czym lepsze jest życie innych mieszkańców miasteczka? Tych wszystkich urzędników, lekarzy, prawników, dziennikarzy miejscowej gazety, aktorów prowincjonalnego teatru, właścicieli ziemskich, ich żon i kochanek? Co z tego, że jadają obiady w restauracji Pod węgierskim królem zamiast w domu, co z tego, że raczą się gulaszem z kotła i kluseczkami z wanilią, co z tego, że chodzą do miejscowego teatru wystawiającego mierne sztuczki? Ich życie wydaje się równie puste jak życie Vajkayów, i równie nieszczęśliwe. Smutny pan Doba zdradzany przez żonę, samotny Geza Cifra, nieszczęśliwy Mikołaj Ijas, dziennikarz miejscowej gazety, marzący o karierze poety. Może dlatego mężczyźni należący do nieformalnego klubu lampartów, którego członkiem był swego czasu i Akacjusz, w każdą czwartkową noc bawią się i piją do nieprzytomności, a ich żony pokornie pozwalają im na to? Może dlatego mieszkańcy miasteczka z pobłażaniem słuchają ich pijackich ryków niosących się po okolicy? Może tylko w ten sposób da się zagłuszyć ten ból, który drąży? Ale to ułuda, bo właśnie po pijackiej nocy spędzonej w towarzystwie lampartów Akacjusz odważył się spojrzeć prawdzie w oczy i wykrzyczeć ją swojej żonie. Straszni mieszczanie. Ale chociaż ich portret jest rzeczywiście przygnębiający, narrator nie traktuje ich z taką pogardą jak Tuwim w swoim wierszu, raczej obdarza współczuciem. Czy jest dla nich jakiś ratunek, jakieś zbawienie? Może w sztuce, ale tej prawdziwej, nie taniej, tandetnej rodem z miejscowego teatru? W wierszach pisanych przez Mikołaja Ijasa? W grze na fortepianie, na którym kiedyś brzdąkała żona Akacjusza? Ale ona szybko zamyka wieko instrumentu, jakby wstydziła się przyznać mężowi, że przypomniała sobie o latach młodości, jakby traktowała muzykę jak niepotrzebną fanaberię.

Im dłużej myślę o powieści Kosztolanyiego, tym bardziej czuję się nią poruszona. Jest nieprzyjemna jak lustro, które pokazuje prawdę.

Benjamin Tammuz "Minotaur"

O tej książce usłyszałam jakiś czas temu przypadkowo, nadal niewiele się o niej mówi czy pisze. I chociaż to powieść izraelskiego pisarza, o którym wcześniej nic nie wiedziałam, zniechęcona przypiętą jej łatką powieści szpiegowskiej, nigdy bym pewnie po nią nie sięgnęła, gdyby nie jedna informacja. Otóż podobno "Minotaurem" zachwycony był Graham Green autor jednej z moich ulubionych powieści, "Sedna sprawy". Skoro Green był takim entuzjastą, pomyślałam, muszę koniecznie przekonać się, co go tak zachwyciło. A trzeba wiedzieć, że ten, nieco już niesłusznie zapomniany, angielski pisarz stawiał swoich bohaterów przed nie lada dylematami moralnymi. To, co dziś dla nas, indywidualistów, wolnych i nowoczesnych, jest źródłem zaledwie lekkiego moralnego dyskomfortu, w powieściowym świecie Greena wystawiało postaci przez niego stworzone na moralne męki. Dlatego właśnie sięgnęłam po książkę tego, dotąd w Polsce niewydawanego, izraelskiego pisarza. Zanim jednak zacznę o niej pisać, jeszcze parę słów o autorze i wydawnictwie. Książkę wydała (2010) bardzo młoda oficyna o wdzięcznej nazwie Claroscuro (zbitka dwóch hiszpańskich słów jasno, ciemno), której zapowiedzi wydawnicze brzmią nader inetersująco. To kolejne wydawnictwo, które chce się specjalizować w literaturze mało znanej, między innymi  z obrzeży Europy czy świata (np. literatura kubańska, gruzińska czy z krajów afrykańskich). Nie będę się tu więcej na ten temat rozpisywać, kto jest zainteresowany, może przecież zajrzeć na ich stronę internetową. A autor? Zmarły w 1989 roku Benjamin Tammuz to jeden z ciekawszych, ważniejszych i najoryginalniejszych autorów literatury hebrajskiej. Tworzył powieści, opowiadania, tłumaczył, parał się też felietonistyką i krytyką literacką, pisał również o sztuce (w młodości malował i rzeźbił). Informacje te zaczerpnęłam z posłowia zamieszczonego przez tłumacza powieści, Michała Sobelmana. Po tym przydługim, ale koniecznym, wstępie czas najwyższy przyjrzeć się "Minotaurowi".

Jeśli ktoś da się zwieść reklamowym sloganom określającym tę powieść mianem szpiegowskiej, będzie mocno zawiedziony. Owszem jej bohaterem jest tajny agent Mosadu Aleksander Abramow, ale to wszystko. Na tej zasadzie można by tak samo nazwać "Zrozumieć kobietę" Amosa Oza. O czym więc jest "Minotaur"? O miłości niezwykłej, bo kochankowie w zasadzie się nie znają, dzieli ich też znaczna różnica wieku. Jest to uczucie idealne, platoniczne, nigdy nieskonsumowane, raczej idea miłości wiecznej, wielkiej i czystej niż miłość realna. Trudno to, co dzieje się między Theą a Aleksandrem, traktować w kategoriach realistycznych. On całe życie na nią czekał, wiedział, że kiedyś ją spotka i kiedy wreszcie zobaczył, od razu był pewien, że to ona. Ona mimo że nigdy go nie pozna i nie zobaczy, a właściwie nie będzie miała świadomości, że otarła się o niego kilka razy, zakocha się w nim dzięki listom, jakie będzie do niej pisał. I mimo że każde z nich prowadzi swoje niezależne życie z dala od tej drugiej osoby, ich uczucie trwa i to ono okaże się najważniejsze. Czy taka miłość to przekleństwo, które niszczy wszystko i prowadzi do zguby, czy ucieleśnienie jakiejś najpiękniejszej, najwspanialszej, najwyższej idei? Czy Thea i Aleksander spotkali się przypadkowo, czy też było to im przeznaczone i, jak w greckiej tragedii, nie mogli uciec? Na te pytania czytelnik musi sobie sam odpowiedzieć.

Ale to także powieść o osaczeniu i manipulacji. Siły są nierówne. Wszystko, co się między nimi dzieje, dzieje się za jego sprawą. To Aleksander dzięki swojej profesji wie o Thei tyle, ile zechce, to on dawkuje jej informacje o sobie, to on ją obserwuje i pokazuje jej się, kiedy ma na to ochotę, to on przyspiesza albo spowalnia rytm ich dziwnej znajomości, to on wreszcie manipuluje jej życiem i decyduje, z kim może się spotykać a z kim nie. Stawia się w pozycji boga, ale, jak się okaże, bogiem jednak nie jest. Ona może zadecydować tylko o jednym: o rozstaniu. Oczywiście to wybór pozorny: pokochała go i jest już na tę miłość skazana. 

Powieść składa się z czterech części. Oglądamy tę historię z punktu widzenia każdej z czterech zamieszanych w nią osób. Kolejne rozdziały odkrywają przed czytelnikiem coś nowego, inaczej oświetlają zdarzenia, które śledzimy. Stopniowo docieramy do prawdy, poznajemy rzeczywiste przyczyny tego, co się działo. Wszystko krok po kroku zaczyna się zazębiać i składać niczym w puzzlach, aż na końcu dowiemy się, jak było naprawdę. Co było przypadkiem, a co nie, co tylko zbiegiem okoliczności. Mnie najbardziej zainteresowały dwie ostatnie części, szczególnie czwarta, zresztą najdłuższa, opowiadająca historię  głównego bohatera, Aleksandra, i jego rodziny. Dwa pierwsze rozdziały zwięzłe i lakoniczne wydały mi się bardziej traktatem o miłości idealnej rozpisanym na listy niż historią z krwi i kości. Dopiero dalszy ciąg nabiera epickiego rozmachu (nie tak wielkiego, książka ma zaledwie dwieście stron niedużego formatu) i nadaje tej opowieści ludzki wymiar. Tu splatają się ze sobą losy bohaterów i losy narodu, ziemi, Palestyny, potem Izraela. Rodzina Abramowów przybyła do Palestyny na początku dwudziestego wieku, kiedy państwo żydowskie było jeszcze zaledwie ideą, marzeniem. Jak w pigułce poznajemy historię tych terenów: konflikt arabsko-żydowski, opór przeciwko okupującym te tereny Brytyjczykom, walkę o powstanie Izraela i osiągnięcie celu, a potem dalsze wojny i konflikty. No i przede wszystkim poznajemy Aleksandra, jego korzenie i to, co go ukształtowało. Dowiadujemy się, skąd się wzięły jego upodobanie do samotności, zamknięcie w sobie, kontemplacyjna natura, a jednocześnie praca w Mosadzie. Poznamy jego wewnętrzne pęknięcie, moralną udrękę. Ciekawe jest spojrzenie na konflikt arabsko-żydowski. Nienawidzi się Arabów traktowanych jak naród, uważa się ich za śmiertelnych wrogów, ale jednocześnie można polubić konkretnego Araba: arabską nianię, ogrodnika czy robotników pracujących w majątku ojca. Oni mają twarze, imiona, są mili, ciepli i sympatyczni. Trudno wyobrazić sobie, że czyhają gdzieś w ukryciu z nożem, aby rzucić się na bezbronnego Żyda i pomścic krzywdę swojego narodu.

Nie powiem, abym zachwyciła się tą powieścią. Mogę ją na chłodno analizować, ale emocji we mnie nie wywołuje. Wydaje mi się za bardzo wykoncypowana, za mało w niej prawdziwego życia, narracyjnego mięsa, bardziej przypomina traktat o miłości idealnej, historyczny wykład o tragicznej i skomplikowanej historii tych ziem, nawet losy bohaterów podane są raczej jak obszerne biogramy wzbogacone o analizę psychologiczną. Może taki odbiór spowodowany jest moim upodobaniem do powieści grubych, ale przecież to nie jakaś czytelnicza reguła. Cóż, jeśli chodzi o odwieczny literacki temat miłości wielkiej, idealnej, skomplikowanej i tragicznej wybieram na przykład "Sedno sprawy" Greena czy historię Tristana i Izoldy. 

Dina Rubina "Syndykat"

 Dinę Rubinę odkryłam jakiś czas temu, kiedy przeczytałam wywiad z nią na łamach Dużego Formatu. To, co mówiła o sobie i swojej twórczości, zainteresowało mnie na tyle, że natychmiast musiałam zaspokoić swoją ciekawość i sięgnąć po jedną z jej książek. W księgarni znalazłam trzy, mój wybór padł na "Oto idzie Mesjasz" (MUZA 2006). "Syndykat" (MUZA 2008) to druga powieść tej rosyjskiej? izraelskiej? pisarki, jaką przeczytałam. Rubina urodziła się w Taszkiencie w roku 1953, pisze po rosyjsku, ale w latach dziewięćdziesiątych zeszłego wieku wyemigrowała do Izraela i dopiero tam zdobyła sławę pisarską. Stąd wątpliwości wyrażone w poprzednim zdaniu. Jej książki na moim regale stoją w rządku literatury izraelskiej. W obu powieściach mocno widać jej żydowską tożsamość, ale i rosyjskie korzenie. Ich bohaterami są rosyjscy Żydzi przybyli do Izraela po pierestrojce, a narratorką Dina, pisarka. Nie należy jednak utożsamiać jej z autorką, co mocno podkreśla w notce rozpoczynającej "Syndykat". Jasne jednak jest, że jak wielu piszących, garściami czerpie z własnych doświadczeń. Cóż, można napisać, że stosuje podobny zabieg jak Philip Roth, chociaż oczywiście to nie ta literacka półka. Obie powieści, które przeczytałam, to bardzo dobre czytadła z ambicjami. Zaprawione humorem, niestroniące od groteskowego tonu, z odrobiną smutku i melancholii. A że bliskie są moim literackim zainteresowaniom z ciekawością je przeczytałam.

Muszę wyznać, że pierwsza z książek, po którą sięgnęłam,"Oto idzie Mesjasz", spodobała mi się na tyle, że od razu byłam pewna, że za jakiś czas poszukam następnych. Jej akcja toczy się w Izraelu, głównie w Tel Awiwie i Jerozolimie, ale także, i to jest chyba najciekawsze, w jednej z izraelskich osad na Zachodnim Brzegu. Trudno orzec, dlaczego właściwie zamieszkała tam wraz ze swoją rodziną główna bohaterka i narratorka zarazem, skoro codzienne powroty do domu przez arabskie miasteczka i wioski Zachodniego Brzegu okupuje panicznym lękiem. Podróż samochodem któregoś z sąsiadów w towarzystwie innych mieszkańców osady od ostatniego przystanku izraelskiego autobusu do domu to pasmo strachu przed strzałami, które mogą paść po drodze. Dlaczego wobec tego wbrew mężowi upiera się, aby tam właśnie mieszkać? Przecież nie jest fanatyczką, nie łączą jej z tą ziemią żadne korzenie, wszak urodziła się w Rosji. Chodzi chyba o solidarność z własnym narodem, solidarność neofity. W tej powieści śledzimy losy nie tylko Diny, ale też jej przyjaciół i znajomych, rosyjskich imigrantów, ludzi różnych zawodów, o różnym majątkowym statusie. Niektórym w Izraelu się powiodło, inni zdegradowali się i z trudem wiążą koniec z końcem. Jak to bywa w powieściach o tej tematyce obserwujemy piekiełko emigranckiego środowiska. Książka ciekawa choćby tylko ze względów poznawczych. Trudno mi się jednak teraz na jej temat szerzej rozpisywać, bo czytałam ją jakieś dwa lata temu. Nie chcąc zejść na manowce pamięci, kończę refleksje na jej temat zachętą do lektury (od niedawna widuję ją w mojej ulubionej księgarni taniej książki, w której od czasu do czasu udaje mi się upolować prawdziwe skarby, o czym jakiś czas temu wspominałam).

Czas przejść do "Syndykatu", który właśnie skończyłam. Ta powieść, mimo że w Polsce ukazała się później, powstała przed "Oto idzie Mesjasz". Bohaterką i narratorką jest również Dina, pisarka, która przyjmuje znakomicie płatną pracę syndyka w moskiewskim oddziale Syndykatu, izraelskiej organizacji, której celem jest wyszukiwanie Żydów rozsianych po całym świecie  i namawianie ich do powrotu na łono ojczyzny. A że kto chciał wyjechać, już dawno to zrobił, a czasy w Izraelu są akurat niespokojne i zamach goni zamach (Dina co jakiś czas opłakuje kogoś znajomego), o chętnych do powrotu niełatwo. A tu, jak w wojsku, trzeba wykonać założony przez jerozolimską górę plan, więc nic dziwnego, że zdesperowani syndycy chwytają się wszelkich metod, aby sprostać zadaniu. Można zaryzykować stwierdzenie, że obok Diny głównym bohaterem książki jest ów tytułowy Syndykat. Powieść w satyryczny sposób pokazuje działalność tego typu organizacji. No cóż, pochodzące od rządu i bogatych amerykańskich sponsorów pieniądze wydawane są niekoniecznie w najbardziej pożyteczny sposób. Instytucja ta, jak wiele innych podobnych, staje się dojną krową dla różnych spryciarzy i niespełnionych artystów, którzy wyciągają z niej kasę. Myślę, że prawie każdy otarł się w swym zawodowym życiu o podobne organizacje. Nie tylko w zawodowym. Kto od czasu do czasu ogląda telewizję, pewnie zauważył, że ostatnio prawie każdy program sponsorowany jest przez unijny program Kapitał Ludzki. Czy potrzebnie? Wiesz już, czytelniku tej notki, o czym piszę? Być może jedyną pożyteczną działalność prowadzi departament kierowany przez Dinę: Departament Spontanicznych Imprez Kulturalnych, chociaż i jej nie udaje się do końca zapanować nad przepływem, a raczej wypływem, funduszy.

Akcja powieści toczy się w ciągu trzech lat, które Dina spędza w Moskwie. Jest to właściwie ciąg luźnych zabawnych, zwariowanych, groteskowych zdarzeń, najczęściej o anegdotycznym charakterze, z życia pracowników Syndykatu. Nanizała je autorka niczym paciorki na nić pewnej intrygi związanej z pozyskiwaniem powracających. Intrygi, która z jednej strony ma zaspokoić żądne sukcesu władze, z drugiej nabić kabzę jednemu z bohaterów, tajemniczemu i wszechpotężnemu biznesmenowi o artystycznych ambicjach, niejakiemu Kleszczatikowi, który jest głównym beneficjentem Syndykatu. Mnie ta postać, nie wiem, czy taki był zamysł pisarki, skojarzyła się z bułhakowowskim Wolandem. Powiedzmy, że Kleszczatik to jego odległe echo. Podobnie cała powieść, łącznie z zakończeniem, w groteskowy sposób obnażająca absurdy rosyjskich i izraelskich realiów przypomina nieco wywołanego przeze mnie "Mistrza i Małgorzatę". Oczywiście równać się z nim nie może, ale pewnie sama autorka nie miała takich ambicji. Pisarka portretuje środowisko pracowników Syndykatu: tych przybyłych z Izraela i zatrudnionych na miejscu Rosjan. Oprócz nich przez powieść przewija się mnóstwo innych ważniejszych lub tylko epizodycznych postaci: dziwaków, ekscentryków, błaznów, cwaniaczków, nawiedzonych i frustratów, z którymi stykają się pracownicy organizacji. Trudno tu mówić o psychologicznych portretach bohaterów, wszyscy "naszkicowani są lekką komiksową kreską", jak stwierdza Rubina w krótkiej notce rozpoczynającej powieść. Od czasu do czasu uderza autorka w ton poważny i sentymentalny, ale to nie osłabia groteskowego charakteru całości. Służy mu dosadny, rubaszny język. Narratorka nie waha się używać kolokwializmów: tyłek, gacie, pierdoły i inne tego typu słowa bogato inkrustują narrację..

Czas najwyższy na podsumowanie. Zdecydowanie wolę pierwszą przeczytaną przeze mnie powieść Rubiny, "Oto idzie Mesjasz", bo ciekawsza, a przede wszystkim bardziej zwarta. "Syndykat" jest po prostu zdecydowanie za długi. Zyskałby, gdyby mu odjąć jakieś dwieście stron (całość liczy 570). Uwielbiam cegły, ale objętość powinna przekładać się na jakość. Tu tak nie jest. Opisywane zdarzenia, dość podobne w charakterze, zaczynają po prostu nużyć. Ileż w końcu można czytać anegdot. Dopiero pod koniec powieść na nowo nabiera rozpędu. Mimo wszystko jednak nie żałuję, że ją przeczytałam i na pewno za jakiś czas sięgnę po inną powieść Diny Rubiny.

"Melancholia" Larsa von Triera

Przyznam się, że nie należę do grona wielbicieli Larsa von Triera. Widziałam tylko dwa jego filmy, "Przełamując fale" i "Tańcząc w ciemnościach", i za każdym razem miałam poczucie, że reżyser nabija mnie w butelkę, bo wymusza emocje, szantażując moralnie i uczuciowo. Nie miejsce i nie pora, aby tutaj o tym pisać tym bardziej, że oba filmy widziałam już jakiś czas temu, więc trudno mi się do nich teraz odnosić. Na pewno powinnam nadrobić zaległości i zobaczyć "Dogville", bo nie znam osoby, a są to osoby bardzo różne, której by ten film nie poruszył. Ale do rzeczy. Postanowiłam dać von Trierowi jeszcze jedną szansę i obejrzeć "Melancholię", która była jedną z kandydatek do tegorocznej Złotej Palmy. Wrażenia mam mieszane. Nie przyjmuję najnowszego dzieła duńskiego reżysera bezkrytycznie, ale oglądałam je z zainteresowaniem. Dałam się porwać świetnie budowanej atmosferze zagrożenia, napięcia i oczekiwania na katastrofę. Trzeba przyznać, że ten film zmusza do myślenia, nie daje o sobie zapomnieć. Dla mnie to rodzaj umysłowej szarady, którą po seansie usiłowałam rozplątać. Jednak raczej nie przejęłam się losem bohaterek, może dlatego, że są tylko figurami, a nie kobietami z krwi i kości. Za mało o nich wiemy, aby się przywiązać i współczuć. Cóż, miłośników Larsa von Triera na pewno nie muszę namawiać, pozostałych mimo wszystko zachęcam: to film z tych, które prawdziwy fan kina powinien zobaczyć. A kto już widział, może przeczytać ciąg dalszy i skonfrontować swój odbiór z moim. Zapraszam.

To film o katastrofie, która zagraża Ziemi, ale także o śmierci i o złudnych nadziejach, których chwytamy się w chwilach dramatycznych. Bohaterowie muszą się skonfrontować z nadchodzącym niebezpieczeństwem. Jak spędzą ostatnie godziny swojego życia? Jak poradzą sobie ze świadomością końca? Co będzie potem? Coś czy nic? O tym jest najnowszy film duńskiego reżysera.

Larsa von Triera zdaje się nie interesować ogół, przygląda się tylko czterem osobom zamieszkującym olbrzymią, bogatą posiadłość znajdującą się z dala od wielkiego miasta i najbliższej wioski. Początkowo wydaje się, że do katastrofy nie dojdzie i błękitna Melancholia, wędrowiec z wszechświata, ominie Ziemię. Tak przynajmniej wynika z zapewnień naukowców popartych precyzyjnymi obliczeniami. Ale internet, media pewnie też, aż huczy od sensacyjnych pytań i spekulacji: czy rzeczywiście uda się i do najgorszego nie dojdzie? Każda z osób zamieszkująca bogatą rezydencję inaczej reaguje na wieści o tajemniczej planecie. John, astronom amator, jest pewien, że nic złego się nie stanie, a Melancholia przelatująca obok Ziemi będzie źródłem ekscytujących obserwacji i przeżyć. W rzeczywistości jednak i on żywi pewne obawy, ale ze względu na żonę i synka udaje pewność siebie. Do swoich lęków, wszak, jak powie potem, obliczenia mogą w takiej sytuacji zawieść, przyzna się, kiedy planeta zacznie się oddalać. Claire boi się. W tajemnicy przed mężem sprawdza niepokojące informacje w internecie, ale i ona musi starać się ukryć swój niepokój szczególnie przed synkiem. Odetchnie spokojnie, kiedy niebezpieczeństwo minie. Jeszcze inaczej reaguje jej siostra, Justine. Od początku zdaje się być zafascynowana niezwykłymi zjawiskami na niebie. Początkowo jest to czerwony Antares, gwiazda z konstelacji Skorpiona, którą wyraźnie widać na nieboskłonie w dniu jej nieudanego wesela. Potem z równą fascynacją spogląda na błękitną Melancholię, która swoim niezwykłym światłem zaczyna spowijać wszystko wokół. Zafascynowana, a może należałoby powiedzieć zahipnotyzowana, wpatruje się najpierw w Antaresa, potem w Melancholię. Godzinami w bezruchu przygląda się niezwykłym zjawiskom, jakby ją coś do nich przyciągało. Czy to pragnienie śmierci? Bo Justine od początku jest przekonana, że katastrofa się wydarzy i potem nie będzie nic. Mówi, że ma pewność, bo ona wie więcej. Nie żal jej życia, nie żal jej świata, bo jest zły, jak stwierdzi dość ogólnikowo. Dlaczego nie boi się śmierci, a wręcz jej pragnie? Tego możemy się tylko domyślać, bo Justine to postać dość enigmatyczna. I to jest właśnie moja zasadnicza wątpliwość dotycząca filmu.

Niewiele o niej wiemy. Od początku dziwnie się zachowuje. Claire, która organizuje wesele, obawia się jej dziwnych zachowań. Czy to załamanie nerwowe? Czy choroba psychiczna? Nic tu nie jest nazywane wprost. Czy powód jej niedomagań to praca, którą nagle w czasie wesela demonstracyjnie porzuca? Ma już dość wciskania ludziom reklamowego kitu, sprzedawania kłamstw i złudzeń? Czy zawsze była chora? Czy jej dziwactwa i przeczucia biorą się właśnie z choroby? A może jest kimś niezwykłym, taką współczesną wieszczką? Dlaczego wychodzi za mąż, a zaraz potem odtrąca swojego świeżo poślubionego męża, spędzając swoją symboliczną noc poślubną z niezgułowatym, też tajemniczym kolegą z pracy? Cała ta weselna sekwencja zdarzeń jest dość dziwaczna i niezrozumiała. Demoniczny szef, zatrudniony przez niego niepotrafiący do trzech zliczyć młodzieniec, którego zadaniem jest wydobycie z Justine reklamowego hasła właśnie w czasie wesela, jej zachowanie (stale gdzieś znika, nie zważając na gości i męża; można też odnieść wrażenie, że woli konie od ludzi). A może ma dość z powodu rodzinnego bagienka? Rozwiedzeni rodzice: groteskowy ojciec emablujący młode dziewczyny, matka, która nie wierzy w małżeństwo i bez ogródek w imię szczerości wyraża swoją niechęć do wszystkiego i wszystkich. Siostra, organizatorka wesela, która z zegarkiem w dłoni perfekcyjnie odmierza wszystkie punkty programu. Jej nieprzyzwoicie bogaty mąż. Ale co jemu można zarzucić? Co o nim wiemy? Tylko mały siostrzeniec wydaje się być niewinny. Dla niego Justine to Superciocia, która wszystko potrafi. A i ona wydaje się być do chłopca niezwykle przywiązana. Może właśnie z tych wszystkich powodów świat wydaje jej się  zły. Z załamania psychicznego wyciąga ją powoli Melancholia. Gdy w jakiś czas po katastrofie weselnej przybywa do rezydencji siostry i szwagra, dosłownie słania się na nogach. Aż serce ściska się z żalu, kiedy obserwujemy nagą, zniedołężniałą Justine, którą siostra delikatnie i cierpliwie namawia na kąpiel. Stopniowo ożywia się. Już nie spędza całych dni w łóżku, nie leży na wpół martwa, lecz godzinami wpatruje się w niepokojącą i zarazem fascynującą  Melancholię, jeździ konno. Jakby na nowo wstąpiło w nią życie, aby zaraz się skończyć. Jakby nadchodząca katastrofa była źródłem piękna, szczęścia i ekstatycznego zachwytu. Czeka na nią zahipnotyzowana. Podobnie jak przed laty w filmie Petera Weira "Piknik pod wiszącą skałą"  uczennice z pewnej prywatnej australijskiej szkoły wspinały się pod tytułową wiszącą skałę w hipnotycznym transie.

Kiedy Melancholia nieoczekiwanie zawróci i stanie się jasne, że tym razem nieszczęścia nie da się uniknąć, Justine do końca pozostanie spokojna i zafascynowana. John zdezerteruje pierwszy: zażyje tabletki nasenne kupione przez Claire i skończy z sobą, nie dbając o los żony i synka. Wcześniej spokojny, pewny swoich racji, teraz nie wytrzymuje napięcia. A może nie jest w stanie znieść cierpienia najbliższych? Świadomości, że nie potrafi im pomóc? A może obawia się śmierci w męczarniach? A może to gest rozpaczy człowieka, który zawierzył nauce i poniósł klęskę? Dlaczego na miejsce swojej śmierci wybrał końską stajnię? Z kolei Claire chciałaby wierzyć, że potem nie będzie pustki, że nie jesteśmy sami we wszechświecie, więc może zdarzy się coś nieprzewidzianego. Boi się, popada w szaleństwo, miota się bezradnie, próbując szukać jakiegoś ratunku dla siebie i synka. Jest to pewnie ludzki strach przed śmiercią, ale też Claire inaczej niż jej siostra jest chyba (piszę chyba, bo, jak już wspominałam, za mało mamy danych, aby mieć pewność) zadowolona ze swojego wygodnego, spokojnego życia i po prostu żal jej się z nim rozstawać. W tych ostatnich chwilach Justine, Claire i jej synek są razem, ale każdy musi swój strach przeżyć sam. Nic się zrobić nie da, nawet Superciocia nie okaże się czarodziejką. Może jedynie zbudować symboliczną tajemniczą grotę, aby dać złudną nadzieję swojemu małemu siostrzeńcowi, ulżyć jego lękowi. I tak we trójkę, razem, ale osobno, pozostaje im czekać na koniec. Gdy nadejdzie, rzeczywiście nie będzie już nic. Rację miała Justine.

Lars von Trier wspaniale buduje atmosferę napięcia i zagrożenia, od początkowych obrazów stanowiących rodzaj prologu, zapowiedzi tego, co zobaczymy w filmie. Niezwykłe przestrzenie, rezydencja, pustka, nieco teatralny krajobraz, rżenie koni, ich niepokój podczas przejażdżek, dziwne zjawiska, błękitne światło spowijające wszystko wokół, szalejące robaczki, elektryczne wyładowania, a na koniec wichura i deszcz. Wreszcie sama dostojna, wielka, piękna, błękitna Melancholia, coraz większa i większa. To wszystko sprawia, że niepokój i rosnące zagrożenie odczuwa i widz. 

Duński reżyser tym filmem, mimo zgłoszonych zastrzeżeń, powraca do moich łask, chociaż do grona jego wiernych wyznawców na pewno nadal nie będę się zaliczać. 

Petra Hulova "Stacja tajga". Odkrywanie nieznanego.

Kto oczekuje czeskich realiów, będzie zawiedziony, bo choć  "Stacja tajga" (W.A.B. 2011) to książka napisana przez Czeszkę, jej akcja toczy się albo w Rosji, głównie na Syberii, albo w Danii. Może bohaterami są przynajmniej Czesi? Nic z tego: to  Duńczycy, Rosjanie i plemiona zamieszkujące Syberię. Dlaczego? Dlaczego czeska pisarka, pisząc swoją powieść, tak zupełnie odrywa się od znanych sobie realiów? Przyznam się, że usiłowałam znaleźć odpowiedź na to pytanie przede wszystkim dlatego, gdyż zastanawiałam się, na ile prawdziwe jest to, co pisze o Syberii i jej mieszkańcach. Mieszkała tam? Podróżowała? Niewiele udało mi się znaleźć. Szperając, natrafiłam na wywiad, którego udzieliła czeskiemu radiu po wydaniu swojej pierwszej powieści "Czas Czerwonych Gór" (W.A.B. 2002), której akcja toczy się w Mongolii. Otóż Hulova studiowała mongolistykę i kulturoznawstwo i rok spędziła w tym egzotycznym kraju. To tłumaczy Mongolię. Ale Syberia? W innym mini wywiadzie z lutego tego roku wspomina o podróżach, które stają się inspiracją dla jej pisarstwa. Może to jest ślad? Nie wiem. A Dania? Tu trop wydaje się łatwiejszy: autorka była stypendystką jakiejś duńskiej organizacji literackiej. A teraz do rzeczy.

Muszę przyznać, że te syberyjskie realia zafascynowały mnie bardzo. To jak odkrycie kolejnego nieznanego świata, spotkanie z innym. Dlatego nie daje mi spokoju pytanie: na ile jest to portret prawdziwy? Cóż, pozostaje ufać w porządny reaserch, a może własne pisarskie doświadczenia. Akcja tej powieści rozgrywa się przede wszystkim w małej, syberyjskiej wiosce Charyń zagubionej gdzieś wśród tajgi. Warunkiem dalszego istnienia osady jest kolej transsyberyjska, przy której leży. Dopóki pociągi będą zatrzymywać się na stacji Charyń, dopóty wioska będzie istnieć. Kiedy przestaną, podzieli los podobnych jej: z czasem mieszkańcy porzucą swoje domy, a w ich miejsce powoli będzie wdzierać się tajga. Niezwykle fascynujące są plastyczne, dokładne opisy wioski: małych, drewnianych domków otoczonych niewielkimi obejściami, porzuconych domostw, poczty, na której praca jest marzeniem wielu tutejszych kobiet, osiedla buraczarzy (miejscowe plemię zajmujące się dość tajemniczą produkcją czegoś z buraków; stąd ich potoczna nazwa)  składającego się z byle jak i z byle czego skleconych chat, wreszcie tajgi: groźnej i fascynującej zarazem. Tajga jest domem dla miejscowych, z niej żyją, potrafią się po niej bezbłędnie poruszać, nią się zachwycają. Ale może być jednocześnie zgubą dla kogoś, kto jej nie zna, i pułapką dla uciekinierów z łagru. Taki jest ten świat: obok zachwycającej przyrody, groza przeszłości. Dziś łagier zwiedzają nieliczni turyści, kiedyś był więzieniem, miejscem zsyłki, wyniszczającej pracy, a dla tubylców źródłem zarobku. Nie przejmowali się losem więźniów, traktowali ich jak pospolitych przestępców, może nawet wierzyli, że tak jest. Kiedy uciekinier wpadł w ręce Bura, ten wydawał go bez skrupułów. Nawet mieszkający w Charyniu przed laty zesłaniec polityczny, lekarz Welor, aby przetrwać, musiał się jakoś dostosować do tutejszych warunków i żyć w zgodzie z miejscową władzą.

Równie fascynujący jest portret mieszkańców osady. To wieś pęknięta na pół: żyją w niej Rosjanie, potomkowie dawnych osadników (historia założenia Charynia jest nieco tajemnicza: nie wiadomo, ile w niej prawdy, a ile legendy) i owi buraczarze, miejscowe plemię, które być może przybyło tu kiedyś z północy. Jedni i drudzy darzą się niechęcią, żyją niby w tej samej wsi, ale oddziela ich symboliczny mur, różni wszystko. Rosjanie gardzą buraczarzami, uważają ich za ludzi prymitywnych, prostaków, a ci nieliczni, którzy mają w sobie domieszkę ich krwi, starannie to ukrywają. Buraczarze traktują Rosjan jak najeźdźców, kolonizatorów, uzurpatorów, którzy kiedyś wtargnęli na ich ziemię i bezpowrotnie zmienili ich życie, wyzyskując. Dzielą los innych rdzennych mieszkańców różnych zakątków świata: Indian, Aborygenów, Afrykanów. Sowiecka władza wykorzystując ich, próbowała jednocześnie na siłę cywilizować, dzisiaj, kiedy Związek Radziecki się rozpadł, i nikt ich do niczego nie zmusza, nie chcą integracji, izolują się, co prowadzi do degradacji. I jedni, i drudzy potrafią być okrutni i nieczuli na ludzki los. Ponieważ akcja powieści toczy się na dwóch planach czasowych, poznajemy życie Charynia w powojennych latach czterdziestych i współczesnych. Obserwujemy zmiany, jakie zaszły. Kiedyś komunistyczna rzeczywistość w realiach syberyjskich. Kto tu mieszkał lub przybył, właściwie był już skazany na to miejsce. Aby opuścić Charyń, trzeba się było uciekać do krwawych podstępów, a krewni tego, komu udało się wyjechać, byli srogo karani za niezawinioną winę uciekiniera: pragnienie wolności. Jednocześnie w tamtych okrutnych czasach Rosjanie potrzebowali tubylców, buraczarzy. Bez nich nie mogło się odbyć coroczne zimowe polowanie, które stanowiło o być albo nie być mieszkańców. Nawet wszechwładna władza radziecka nic tu pomóc nie mogła. Jeśli polowanie się nie udało, wioskę dziesiątkował głód. Rosjanie byli zależni od buraczarzy, od ich świetnej znajomości tajgi i tras wędrówek zwierzyny, a nawet czarów. Dziś wioskę można swobodnie opuszczać, zimowych polowań już nie ma, więc buraczarze są tylko szkodnikami, którzy zatruwają powietrze wyziewami z buraków. Społeczność Charynia, chociaż wewnętrznie podzielona, stanowi monolit dla obcych, przybyszów z dalekiej, prawie mitycznej Europy, którzy próbują traktować miejscowych jak etnograficzną i antropologiczną ciekawostkę, przedmiot badań. W latach czterdziestych przyjechał tu naiwny Duńczyk, Hablund, który naczytał się nie do końca prawdziwych informacji o tym świecie. Zafascynowany nim porzucił swoje ustabilizowane życie, które go znudziło, i przybył tu, aby nakręcić film o miejscowych. Dziś, trochę przypadkowo, jego tropem wyrusza młody Duńczyk, Erskine, student antropologii, który w zgłębieniu tajemnicy Hablunda i życia miejscowych upatruje swoją szansę na karierę naukową. Obaj wydają się śmieszni. Tak naprawdę nic nie wiedzą o tym świecie i nie potrafią się w nim poruszać, traktują jego mieszkańców niby z życzliwością, ale jednocześnie z europejską wyższością. W gruncie rzeczy są przedmiotem kpin, z czego nie zdają sobie sprawy. Próbują pozyskać życzliwość tubylców, aby prowadzić swoje badania, ale walą głowa w mur. Tu nie można być tylko obserwatorem, to się nie uda. Obserwator nie odkryje tajemnicy, znudzi się i zrezygnuje. Żeby poznać ten świat, trzeba stać się jego częścią, ale to też tylko pozory. I tak pozostanie się kimś obcym, takim najsłabszym ogniwem, co okaże się w chwili kryzysu.   

Niezwykle ciekawe są opisy podróży koleją transsyberyjską. Jeden z bohaterów, Fiedia, pracuje jako konduktor na trasie między Moskwą a Władywostokiem. Od czasu do czasu towarzyszymy mu w jego pracy. Poznajemy jej tajniki, obserwujemy pasażerów, podziwiamy krajobrazy za oknem, szczególnie tajgę, którą i on jest zafascynowany. Włóczymy się razem z nim po Władywostoku, który mnie jawi się jak miejsce ziejące jakąś dziwną pustką.

Ta powieść to również, a może przede wszystkim, fascynujące ludzkie historie, portrety kilku głównych bohaterów i kilkunastu drugoplanowych, ale jakże ważnych. Obok losów dwóch wspomnianych już Duńczyków, Hablunda i Erskina, i konduktora Fiedii, poznajemy też historię pozostawionej w Danii Mariane, żony Hablunda, jej przyjaciółki, nieco tajemniczej syberyjskiej emigrantki Tani Krasnoludkowej. Ale równie bogate i ciekawe są portrety miejscowych: Bura, rodziny Kawaryczów, zesłańca Welora i jego charyńskiej żony, wariatki, a także wielu, wielu innych. Na szczególną uwagę zasługuje los kobiet, co, jak czytałam, zdaje się nie tylko w tej powieści interesować Petrę Hulovą. To kobiety bardzo często dźwigają ciężar codzienności. Porzucone przez mężczyzn goniących za swoimi fascynacjami, zostawione same sobie muszą być silne i stać się samodzielne, nawet jeśli dotąd takie nie były. Inne mają mężów nieudaczników, darmozjadów, więc i one muszą same zmagać się z życiem. Jeszcze inne są przez mężczyzn wykorzystywane. Wszystkie są twarde i potrafią radzić sobie w każdych warunkach. Szczególnie w Charyniu nie ma właściwie podziału na to, co męskie i kobiece. Kobieta-więzień tak jak mężczyzna-więzień będzie zmuszona do morderczej pracy. Kobiety wyruszą razem z mężczyznami na zimowe polowanie, wprawdzie nie po to, aby polować, ale na równi z nimi muszą znosić trudy wędrówki przez zimową tajgę, obsługując ich na wielu różnych polach. Ale kobiety potrafią być równie bezduszne i okrutne jak mężczyźni. Ich portret nie jest wcale cukierkowy.

Powieść ma ciekawą konstrukcję. Tytuły rozdziałów to imiona głównych bohaterów. Wędrując od rozdziału do rozdziału, stopniowo poznajemy ich historie, odkrywamy tajemnice, cofamy się w  przeszłość, nieraz odległą. Ich losy zaczynają się zazębiać, wszystko składa się w jedną całość niczym kartoniki puzzli. A prawda o nich, jaka się na końcu wyłania, bywa banalna. Ich wybory są często przypadkowe, a to, co początkowo może się wydawać wielkie i szlachetne, okazuje się po prostu zwyczajne i małe. 

Bardzo ciekawa powieść, do przeczytania jednym tchem. Przewodnik po nieznanym świecie. Nie jestem pewna, czy taka była główna intencja autorki, ale mnie to właśnie najbardziej zainteresowało.     

"80 dni". Hiszpański film, którego nie wolno przegapić!

Seria filmów o kobietach trwa. Ale hiszpańskie "80 dni" różni się od tych trzech, o których pisałam ostatnio, a to dlatego, że bohaterkami są kobiety po sześćdziesiątce, jedna jest może nawet trochę starsza. To, co łączy ten obraz z poprzednimi, jest obserwacja, podglądanie codzienności. Znowu kino spod znaku Mike'a Leigh. Kto nie boi się na ekranie starości, kto lubi zmierzyć się z poważną tematyką, powinien "80 dni" zobaczyć koniecznie. Film jest świetnie zrobiony, ogląda się go znakomicie. Mamy tu zadumę, melancholię, studium bohaterów, dylemat moralny i obyczajowy, sceny komiczne, filmowe qui pro quo niczym w komedii omyłek i sporo obyczajowych obserwacji. Na koniec krótkie, aby nie odbierać przyjemności oglądania, wprowadzenie w temat. W sali szpitalnej przy łóżkach dwóch mężczyzn pogrążonych w śpiączce spotykają się Axun i Maite. Jedna przychodzi do brata, druga do zięcia, którego nikt oprócz niej nie odwiedza. Różni je wszystko: wykształcenie, podejście do życia, miejsce zamieszkania. Przypadkowe spotkanie, które, jak łatwo się domyślić, będzie brzemienne w konsekwencje. Jakie? Oczywiście nie zdradzę. Naprawdę polecam. Film, który trzeba zobaczyć! A jeśli ktoś już widział, może przeczytać ciąg dalszy.

Jak napisałam we wstępie, różni je wszystko. Maite to nie tylko wykształcona mieszkanka sporego miasta (chyba San Sebastian), ale i nauczycielka w konserwatorium. Może tak bliski związek z muzyką, jej artystyczna wrażliwość powodują, że ma swobodny stosunek do rzeczywistości. Dla niej słowo starość nie ma praktycznego znaczenia. W środku wciąż jest tą samą osobą sprzed lat i, jak mówi, starość wcale nie sprawia, że nie popełniamy tych samych błędów (zabawnie ograna powracająca dwukrotnie scena z filiżanką). Jest spontaniczna, lekko szalona (urodziny, które organizuje pogrążonemu w śpiączce bratu), dość bezpośrednia, a przede wszystkim świadoma siebie i pogodzona ze sobą. Bo Maite jest lesbijką, z czym specjalnie się nie kryje. Wie o tym jej przyjaciel Julian, który być może się w niej podkochuje, rozmawia o swoich skłonnościach swobodnie z Garazi, młodą bratanicą Axun. Jak powie Garazi: "Nigdy nie spotkałam lesbijki w twoim wieku." (cytat z pamięci). Przemiany obyczajowe to jeden z problemów, jaki porusza ten film. To, co nie dziwi i nie szokuje młodej dziewczyny, nie jest takie łatwe dla starej kobiety. Axun powie: "Wiem, że to teraz modne." (cytat z pamięci). Co innego jednak przyjąć do wiadomości, zaakceptować odmienność przyjaciółki, a co innego uświadomić sobie i pogodzić się z własną odmiennością i to odkrytą w takim wieku! To nie czas na zmiany! Czy rzeczywiście?

Dla Maite każdy wiek jest dobry na miłość i na nowe rozdanie, ale dla Axun nie. To kobieta prosta, niewykształcona, całe życie spędziła na wsi. Jej świat to dom, kuchnia, mąż, córka mieszkająca w Kalifornii, praca w polu, kościół, wypady do pobliskiego miasteczka na spotkania z przyjaciółkami takimi samymi jak ona. Kiedy Maite, siedząc przy łóżku chorego brata, robi młodzieżowe kolczyki, Axun wyszywa krzyżykami ohydną makatkę z portretem swoim i męża, którą chce uszczęśliwić córkę. Dla niej problem stanowi zrobienie przelewu bankowego, oszczędności trzyma w przysłowiowej skarpecie i to jeszcze w pesetach! Pod wpływem nowoczesnej przyjaciółki zacznie się zmieniać, a może lepiej byłoby powiedzieć emancypować. Założy te symboliczne młodzieżowe kolczyki, pójdzie z Maite do kina, popłynie na wyspę, przejmie jej poglądy i będzie dzielić się nimi ze swoimi przyjaciółkami. Coraz więcej czasu zacznie spędzać w mieście, zaniedbując męża. Ale to wszystko nie jest dla niej wcale takie proste. Pewnie dlatego kręci jak nastolatka, nie mówiąc mężowi prawdy, wymyślając fałszywe usprawiedliwienia. Wie, że jej mąż nie zrozumie nowego trybu życia. Uzna go za fanaberię i ekstrawagancję. On czeka na kolację, którą zrobi i poda mu ona. Zupełnie nie radzi sobie sam, od lat przyzwyczajony do obsługi. I mimo że niewiele mają sobie do powiedzenia poza wymianą komunikatów o codziennych sprawach, ważna jest sama obecność. Pewnie dlatego Axun coraz bardziej brnie w kłamstwa, doprowadzając tym do nieoczekiwanego nieporozumienia, owego komediowego (na ekranie, nie w życiu) qui pro quo. Ten wątek jest zresztą jeszcze jednym atutem filmu. Psychologiczne studium starego mężczyzny, któremu nagle świat wywraca się do góry nogami. Juan Mari początkowo jest tylko niezadowolony z postępowania żony: jej odwiedzin w szpitalu, późnych powrotów, zaniedbywania obowiązków, potem zaczyna coś podejrzewać. Odkrywa kłamstwa i samowolę (wysłanie pieniędzy córce). Jest zły, zaniepokojony, ale długo milczy. Boi się prawdy, opuszczenia. Może ma nadzieję, że wszystko minie, ale może po prostu nie wie, co zrobić. Kiedy wreszcie wybuchnie, a obrażona Axun stanie się nieobliczalna, przerazi się ewentualnych konsekwencji i powie żonie, że jej wybacza. Pokonany przyzna się bezradnie, że nie umiałby bez niej żyć. Nieważne czy to miłość, czy tylko przywiązanie. Tak po prostu jest. To wzruszająca i przejmująca scena. Juan Mari nigdy nie pozna prawdy. Nie dowie się, że powinien być zazdrosny nie o Bogu ducha winnego Juliana, ale o kobietę.

Ale wróćmy do Axun. O ile nowy tryb życia, chociaż okupiony wyrzutami sumienia, jest jeszcze w stanie zaakceptować, o tyle nie umie poradzić sobie z rodzącym się zainteresowaniem przyjaciółką, a wreszcie uczuciem do niej. To ją przerasta, boi się. Odkrycie własnej odmienności jest dla niej bardzo trudne. Nie śpi, ucieka, broni się, wybucha gniewem. Pewnej granicy przekroczyć nie potrafi. Ta jej duchowa rozterka, lęk, krok zrobiony do przodu, aby natychmiast się wycofać, są znakomicie pokazane i znakomicie zagrane. Zresztą dla Axun to problem podwójny. Chodzi nie tylko o miłość do kobiety, chociaż przede wszystkim o to, ale i o rodzaj mezaliansu. Prosta wiejska kobieta nie pasuje do świata Maite. Pół biedy, kiedy spędzają czas same, gorzej, kiedy trzeba wyjść. Axun wstydzi się wejść na koncert, nie potrafi się odnaleźć w tym miejskim świecie ludzi wykształconych, artystów. Jej świat to wieś, małe miasteczko. Jeśli muzyka, to w kościele albo na potańcówce. Co właściwie powinna zrobić Axun? Czy ma jakiś wybór? Czy wolno jej odejść od starego męża, z którym spędziła całe życie? Czy może go teraz zostawić? Zdecydować się na podwójne życie? Spotykać się z Maite, udając, że to tylko przyjaźń? Pewnie nie byłoby to niemożliwe. Ale przecież Maite nie kryje się ze swoimi skłonnościami, więc jest prawdopodobne, że charakter ich związku szybko wyszedłby na jaw. Sytuacja wydaje się być bez wyjścia. Kiedy przychodzi czas podjęcia decyzji, Axun bez wahania zostaje z mężem, opłakując jednocześnie rozstanie z przyjaciółką, z czego oczywiście nikt nie zdaje sobie sprawy. Może tylko Garazi domyśla się dramatu, jaki się rozgrywa. Myślę, że sytuacja nie byłaby wcale prostsza, gdyby Axun zakochała się w mężczyźnie. W tym sensie jest to film uniwersalny, nie tylko o miłości lesbijskiej. Odwieczny dylemat: iść za głosem serca czy pozostać wiernym przysiędze małżeńskiej, tu zostaje zwielokrotniony. Bo czy można porzucić starego mężczyznę, z którym spędziło się całe życie? Czy on będzie w stanie poukładać sobie wszystko na nowo, czy podźwignie się jakoś?

To najważniejsze problemy poruszone w filmie, ale nie jedyne. Mamy tu jeszcze równie interesujący wątek matki i dorosłej córki, ich wzajemnych stosunków, niezrozumienia, niecierpliwości (córka) i tęsknoty (matka). Także problem etyczny: kto ma się opiekować pogrążonym w śpiączce mężem? Czy można tego wymagać od żony, z którą od dawna jest w separacji i którą, jak twierdzi ona, krzywdził? 

A na dodatek piękne górskie i nadmorskie krajobrazy północnej Hiszpanii, chyba Kraju Basków, humor i dowcip, znakomite aktorstwo. Naprawdę świetny film o ważnych problemach. I wcale nie dziwi mnie, że kino o tak pokazanej starości powstało w Hiszpanii. Kto tam był, pewnie zauważył sceny jakby żywcem wyjęte z tego filmu. Eleganckie starsze panie, często bardzo starsze, przesiadujące w kawiarniach albo na nagrzanych słońcem murkach w centralnych punktach miast (to samo dotyczy panów). Tam starzy ludzie nie siedzą zamknięci w domach. Wychodzą do świata. Nikogo nie dziwi widok wnuczki czy wnuka spędzających czas z babcią czy dziadkiem w kawiarni. Normalna jest knajpa, w której pełno młodych i starych, i nikt nie czuje się z tym źle. Widziałam wiele podobnych scen, jakich u nas się niestety nie widuje. I tymi  obyczajowymi spostrzeżeniami zakończę.  

Miljenko Jergović "Buick rivera"

Niedawno zachwycałam się tutaj "Różą Tannenbaum" Jergovicia i zapowiadałam, że wkrótce przeczytam jego "Buicka riverę" (Pogranicze 2003), która to powieść już od jakiegoś czasu czekała na półce na swoją kolej. Kupiłam ją w taniej książce, gdzie od czasu do czasu udaje mi się upolować coś interesującego. To tam wyszperałam m.in. "Krystaliczną sieć" Mirko Kovacza czy "Most nad Złotym Rogiem" Emine Sevgi Ozdamar, moje ulubione powieści (obie wydało Pogranicze, o obu pisałam, polecam!!!). Nie zawsze udaje się trafić tak wspaniale. A jak było tym razem? Cóż, jeśli najpierw przeczytałabym tę powieść chorwackiego pisarza, nie wpadłabym zapewne w taki zachwyt, jak po lekturze "Ruty Tannenbaum", i kto wie, czy sięgnęłabym po nią (a to byłaby strata niepowetowana!). Na szczęście złożyło się inaczej. Po prostu "Buick rivera" to książka dobra, ale nie porywająca. Może wrażenie psuje groteskowe zakończenie? Nagle z tonu serio, z melancholijnych wspomnień, z poetyckiego nastroju pisarz na kilkunastu ostatnich stronach ucieka w groteskę, a ja za groteską nie przepadam. Cóż, taką mam przypadłość. 

Akcja tej powieści toczy się w mieście Toledo i jego okolicach, nie chodzi jednak o piękne, hiszpańskie Toledo, lecz o miasteczko w stanie Oregon w USA. To opowieść o przypadkowym spotkaniu Hasana, Bośniaka przebywającego w Stanach od lat, i Vuko, bośniackiego Serba, który do Stanów uciekł po wojnie bałkańskiej, chcąc uniknąć rozpoznania i kary. Jergović zderza ze sobą gdzieś na neutralnym terenie dwie narodowości i pokazuje, że konflikt, nienawiść, wzajemna nieufność i podejrzliwość wcale nie wygasły. Tkwią w tych ludziach głęboko i w każdej chwili mogą wybuchnąć na nowo. Różnic nie zniwelowały odległość, amerykańskie doświadczenia i życie w innym środowisku. Dla Angeli, żony Hasana, Vuko to rodak jej męża. Ona nie zdaje sobie sprawy z dzielących ich różnic, a nawet gdyby Hasan jej to wyjaśnił, pewnie nie zrozumiałaby. Urodzili się i mieszkali w tej samej okolicy, na tej samej ziemi, więc są krajanami i powinni się z tego spotkania ucieszyć! Oni jednak od razu orientują się, kto jest kim, wystarczy, że się sobie przedstawili. I mimo że nic nie wiedzą o swojej przeszłości, zwierzają się sobie tylko ze swoich małżeńskich kłopotów (obaj ożenili się dopiero na emigracji), natychmiast stają się wobec siebie nieufni i podejrzliwi. Przypisują sobie wzajemnie najgorsze intencje, a ich myśl przestaje podążać prostą drogą, lecz zaczyna biec krętą ścieżką. Głęboko skrywana niechęć powoduje, że nie są w stanie ocenić sytuacji realistycznie, podejrzewają siebie wzajemnie o ukryte, nieczyste zamiary, co doprowadza ich do aberracyjnych konkluzji i absurdalnych działań. Zdarzenia wymykają się spod kontroli, kręci się spirala nieprawdopodobnych poczynań. Stają do swoistego pojedynku, którego stawką jest tytułowy buick rivera, ukochany samochód Hasana, stary rzęch, obiekt kultu i kość niezgody pomiędzy nim a jego żoną Angelą. Vuko jest gotów kupić ten samochód i wydać na niego wszystkie pieniądze, jakie zabrał ze sobą po rozstaniu z żoną tylko po to, aby zrobić na złość i upokorzyć wyimaginowanego przeciwnika. To nie koniec spirali bezsensownych zdarzeń, dopiero teraz rusza galopada myśli, nieprawdopodobnych spekulacji, które skłaniają obu mężczyzn do dziwacznych zachowań i prowadzą do nieoczekiwanego zakończenia. Przypadkowe spotkanie wywraca ich życie do góry nogami. Można by odwrócić przysłowie i powiedzieć: mysz urodziła górę. No i właśnie wtedy, w zakończeniu, kiedy nagromadzenie absurdu sięga zenitu, pojawia się ten groteskowy ton, który osłabia poważną wymowę całości. Rozumiem, albo tak mi się tylko wydaje, intencje autora. Może nie pozostaje nic innego, jak obśmiać ten konflikt, pokazać jego groteskowość? Co robicie? Stuknijcie się w głowy! O co się spieracie? Dlaczego od razu widzicie w sobie wroga? Przecież Hasan nie ma pojęcia o wojennej przeszłości Vuko, a i tak od razu widzi w nim szejtana (po bośniacku szatana). Jergović pokazuje dwie odmienne mentalności: otwartą, ufną amerykańską, która każe widzieć w obcym człowieku raczej dobrego niż złego i nie przypisywać mu z góry niecnych intencji, oraz bałkańską, która od razu zakłada, że określony wygląd, język i wiara czynią z człowieka kogoś z urodzenia złego. Nie trzeba dodawać, że ta druga postawa prowadzi i pogardzanego, i pogardzającego do zguby.

Najciekawsze są dla mnie w tej powieści wspomnienia, które snują obaj bohaterowie, wspomnienia sięgające ich bałkańskich czasów. Hasana: sielskie, melancholijne, poetyckie, wspomnienia dzieciństwa spędzonego w domu rodzinnym gdzieś w górskiej wsi, wspomnienia ukochanej neny (babci) Fadili. To świat, w którym zwyczajność, codzienność miesza się z tym, co niezwykłe, mistyczne, świat barwnych postaci. Może dzieciństwo i młodość spędzone w bośniackiej, górskiej wiosce spowodowały, iż mimo że Hasan nie wierzy już w Allaha, nadal wierzy w szejtana, który miesza ludziom w głowach, plącze ich losy. Wszystko dlatego, że stają przed nim głusi i ślepi, a nie dlatego, że jest wszechmocny. Wspomina także Vuko: swoje życie, które lubił, pracę kierowcy autobusu, którą sobie cenił. Nie ma już tamtego świata, bo trzeba było go zniszczyć, aby wyrównać sąsiedzkie nieporozumienia z zepsutymi, jak mówi, Bośniakami. Vuko wcale nie uważa się za nacjonalistę czy rasistę. Przecież nie chodziło o wiarę ani o narodowość, a o rozwiązanie sąsiedzkich nieporozumień z zepsutymi muzułmanami. Dlatego nie ma mowy o żadnym ludobójstwie, o jakie oskarżają Serbów cudzoziemcy.

"Jakie ludobójstwo, ludzie? Co za ludobójstwo, skoro nikt nikogo nie nienawidził? Czy Serbowie śpiewali piosenki o Eminie i o Almie, i o Fatimie? Śpiewali. I przed wojną, i podczas wojny, a na pewno śpiewają je po wojnie. A czy biali śpiewali piosenki o Murzynkach, kiedy trwało niewolnictwo? I czy Hitler śpiewał piosenki o pięknych Żydówkach? Nie. Oczywiście, że nie. O, i właśnie na tym według Vuka Szalipura polegała różnica między ludobójstwem i rozwiązywaniem nieporozumień."

Cóż, Vuko nadal niczego ze swojej przeszłości nie zrozumiał, do żadnej winy się nie przyznał, tym bardziej niczego nie żałował. Nadal jest przekonany, że racja jest po jego stronie. Ameryka nie leczy z nienawiści i kiedy nadarza się okazja, z człowieka wypełzają upiory, a raczej szejtan, jak powiedziałby Hasan.

"Puzzle" Natalii Smirnoff, ciekawe kino z Argentyny.

Kina obrodziły filmami, których bohaterkami są dojrzałe kobiety. Ostatnio pisałam o "Miss Kicki" i "Belgia, Moskwa", teraz obejrzałam argentyńskie "Puzzle" Natalii Smirnoff. I ten, podobnie jak tamte, jest dobry, ale nie wybitny. Film, który przyjemnie się ogląda, niepozbawiony ambicji, ma się więc poczucie, że to nie czas stracony. Ot, takie weekendowe kino, ale o czymś i na dobrym poziomie. Maria Del Carmen, główna bohaterka, kończy właśnie pięćdziesiąt lat. Jest gospodynią domową, ma sympatyczną rodzinę: dwóch dorosłych synów mieszkających jeszcze z rodzicami i męża. Jej świat kręci się tylko wokół nich. W przeciwieństwie do bohaterek wspomnianych przeze mnie filmów Maria jest kobietą zadbaną, elegancką i raczej ze stanu rzeczy zadowoloną. Nieoczekiwanie i dość przypadkowo trochę się w jej życiu zmieni, kiedy po swoich urodzinach wśród innych prezentów znajdzie paczkę tytułowych puzzli. Czy ciąg dalszy można przewidzieć? I tak, i nie. Na szczęście nie jest to kino spod znaku Hollywood (swoją drogą znakomicie potrafię sobie wyobrazić amerykańską wersję, brrr!). "Puzzle" to film nie tylko o dojrzałej kobiecie. To także portret rodziny. Jeśli szukać podobieństw, to można je znaleźć w kinie Mike'a Leigh, tyle że film argentyńskiej reżyserki jest lżejszy, no i jednak słabszy, co nie znaczy, że zły. Niewiele się tu dzieje, wszystko polega na obserwacji, kontemplacji detalu, nastrój podkreśla muzyka, ważny jest obraz, szczególnie kolor. Bohaterowie nie wykładają kawy na ławę, nie epatują swoimi uczuciami, widz więcej wyczyta z ich gestów i wyrazu twarzy niż słów. Być może niektórym ten film wyda się nudny właśnie dlatego, że jest takim zapisem dość zwyczajnej i monotonnej, w gruncie rzeczy, codzienności. Ja, po raz kolejny ostatnio, spędziłam w kinie przyjemne półtorej godziny. Polecam. Tych, którzy widzieli, zapraszam dalej.

Pierwsze sceny filmu to pięćdziesiąte urodziny Marii. Pełno gości ( w Ameryce Południowej urodziny to ważne święto, na którym gromadzi się cała rodzina łącznie z ciotkami, wujkami, kuzynami i innymi pociotkami). Właściwie nie widzimy gości, jeśli już to raczej ich nogi, kolana czy ręce. Słyszymy gwar, przelotne rozmowy. Kamera pokazuje kuchnię, talerze, potrawy, stoliki, podłogę, na którą spadnie rozbity półmisek. Tak uczestniczy w swoich urodzinach Maria, która mimo że jest jubilatką, jak to często bywa, pełni tu rolę raczej służącej. To z jej perspektywy oglądamy przyjęcie, a jej perspektywa jest właśnie taka. Właściwie dopiero kiedy zdmuchnie świeczki na torcie, zyskamy pewność, że to na pewno jej urodziny. Czy jest zła i nieszczęśliwa? Nie wygląda, najwyżej trochę zmęczona. Podobnie mija jej każdy dzień: nie pracuje, jest gospodynią domową, żeby nie powiedzieć kurą domową. Kiedy zacznie odwiedzać Roberto, aby wspólnie z nim przygotowywać się do turnieju, początkowo bliżej jej będzie do jego służącej niż do niego. Miałam wrażenie, że krępuje ją, kiedy jest obsługiwana przez kobietę, z którą w jakimś sensie dzieli los. Wystarczy spojrzeć, jak bardzo się ożywia, kiedy może podać jej przepis na ciasteczka, które upiekła i przyniosła!

Trudno powiedzieć, aby Maria była źle traktowana przez swoich domowników. Nic z tego. To sympatyczni ludzie, a nie toksyczne potwory! Mąż prawi jej komplementy, daje kwiatki, nawet kiedy zajęta przygotowaniami do turnieju zapomni o zakupach, usłyszy tylko delikatny wyrzut, a nie wykrzyczane w złości pretensje. Również seks, którego sceny przypominają stereotypowe wyobrażenia o typowym seksie małżeństwa z długoletnim stażem, nie sprawia jej przykrości. Nie wygląda na rozczarowaną. Zresztą seks z Roberto różni się tylko stopniem namiętności i tym, że zamiast piżamy i nocnej koszuli mają na sobie ubrania. Zmierzam do tego, że, o czym wspominałam we wstępie, Maria nie jest kobietą nieszczęśliwą. Może dlatego realizacja nieoczekiwanie uświadomionej pasji to nie bunt, nie gwałtowny przewrót, który wywraca jej życie do góry nogami, ale powolne odkrywanie przyjemności i dążenie do celu. Spotkania z Roberto trzyma w tajemnicy, ale mimo tego trenuje z nim regularnie. Nie od razu przyzna się, że bierze udział w turnieju, jakby chciała oswoić rodzinę stopniowo ze swoją nową pasją. Nigdy zresztą nie powie im całej prawdy, kluczy tak, iż można odnieść wrażenie, że to turniej indywidualny. Ta taktyka okazuje się skuteczna: nikt nie ma do niej pretensji o udział w zawodach, gdy zwycięży, wszyscy będą jej gratulowali, a kiedy poprosi, aby pomogli jej wygospodarować w domu niewielkie pomieszczenie, w którym będzie mogła oddawać się swojej pasji (Roberto ma wspaniały pokój z ogromnym, specjalnie skonstruowanym stołem), nikt jej nie wyśmieje, nie uzna za dziwaczkę. Mąż i synowie ochoczo rzucą się do wynoszenia gratów z pokoju, który dotąd służył jako magazyn niepotrzebnych, zapomnianych sprzętów. A ile będzie przy tym wspólnej zabawy i radości!

Sielanka? Jednak nie do końca. Maria zyskuje pasję, akceptację i szacunek rodziny, ale z czegoś rezygnuje: nie wykorzysta nagrody, nie pojedzie na turniej do Niemiec, nawet nie podejmie próby, jakby z góry wiedziała, co może osiągnąć, a czego nie. Sama wyznacza sobie granice. Ale czy chodzi tylko o turniej, czy może o budzące się uczucie do Roberto? Czy gdyby nie to, zdecydowałaby się walczyć o wyjazd do Niemiec? Niewykluczone, że nie napotkałaby jakiegoś wielkiego oporu. Być może Maria po prostu przewiduje, czym mogłyby się skończyć jej dalsze spotkania z Roberto. Wybiera rodzinę, męża, a nie namiętny, szalony romans, który nie wiadomo, co przyniesie. Jak często w życiu. Być może, tak jaki i widz, zdaje sobie sprawę, że niewiele wie o swoim partnerze do puzzli. Jest prawdopodobne, że, tak samo jak teraz z nią, kiedyś romansował z Carmen, z którą startował w poprzednich turniejach. Decyzja wydaje się być stanowcza i przemyślana, jak wszystko, co robi Maria, ale okupiona cierpieniem. Kiedy wraca z ostatniego spotkania, płacze. W ostatniej scenie filmu widzimy ją jednak, jak siedzi  zadowolona na trawie przed letnim domem należącym do rodziny. Pojechała, aby samodzielnie dopilnować sprzedaży działki, zastępując zajętego męża. Być może jeszcze niedawno nie zdobyłaby się na to. Straciła uczucie(?), przelotny romans(?), namiętność(?), zyskała samodzielność.

Ale puzzle dla Marii to nie tylko turniej, rywalizacja i spotkania z Roberto. To przede wszystkim zachwyt nad obrazkiem, który się układa, to wyraz piękna, tajemnicy, odkrycia innego, odległego świata: czy to będzie symbolizująca zamierzchłą przeszłość piękna Nefretete, czy Toskania, czy delfin. Może też dlatego zrezygnowała z dalszego udziału w turnieju, bo chce układać po swojemu, ciesząc się nie tylko zagadką, ale też urodą obrazu? Maria wkracza w świat puzzli, niczym bohaterka jakiejś baśni do tajemniczego pałacu pełnego skarbów. Wystarczy popatrzeć, jak przygląda się Nefretete, jak wchodzi do sklepu z puzzlami, jak z zachwytem i niemal nabożnie podziwia tysiące pudełek, które wyłaniają się w kolejnych salkach, jak wreszcie z rozkoszą i niezwykle delikatnie dotyka pojedynczych kartoników, jak je powoli waży w dłoniach, przesypuje między palcami. Nawet korony drzew, pod którymi przechodzi, przypominają puzzle. A wszystkiemu towarzyszy muzyka znakomicie podkreślająca tę baśniowość. Podobnie zresztą odkrywa należący do Roberto dom, który też w pewnym sensie przypomina piękny pałac.

I ostatnia sprawa, na którą chciałabym zwrócić uwagę. Wspomniałam we wstępie, że to nie tylko film o dojrzałej kobiecie, która odkrywa pasję i wybija się na rodzinną samodzielność, ale też obraz rodziny. Pisałam już tu trochę o tym, więc teraz jeszcze o jednym aspekcie tego rodzinnego portretu. Maria realizuje swoją pasję i postępuje po swojemu, a jednocześnie oburza się na młodszego syna, który chce spełnić  marzenia i wyruszyć na półroczną wędrówkę po Indiach. Chciałaby, aby postąpił jak większość: dokończył studia, a za pieniądze ze sprzedanej działki kupił mieszkanie. To ojciec, a nie ona, godzi się na jego plan. Ale ten sam ojciec nie rozumie starszego syna, który woli być urzędnikiem niż pracować w rodzinnym biznesie. Tak bywa: realizując siebie, jednocześnie odmawiamy prawa do samodzielnej drogi innym i to nie dlatego, że jesteśmy złośliwi, ale po prostu inaczej wyobrażamy sobie ich szczęście. Z miłości i troski zabieramy im prawo do błędów i realizacji siebie. Każdy powinien iść własną drogą, rodzina wcale na tym nie ucierpi, zdaje się mówić reżyserka. Każdy jest  indywidualnością, a my często nie potrafimy tego dostrzec. Maria układa puzzle, jej mąż ćwiczy tai chi, młodszy syn stał się wegetarianinem i pragnie pojechać do Indii, a starszy też chce iść swoją drogą.

Proszę, ile można odnaleźć w tym kameralnym, argentyńskim filmie! 

   

"Belgia, Moskwa". Kobieta po przejściach.

Jakiś recenzent określił ten belgijski film mianem komedii romantycznej. To gruba przesada. O ile mogę się jeszcze zgodzić z druga częścią, to na pewno nie z pierwszą. Tak jak w "Miss Kicki", o której pisałam ostatnio, mamy tu podobną bohaterkę: dojrzałą, niepiękną, a może raczej zaniedbaną, zmęczoną życiem matkę trójki dzieci, którą niedawno porzucił mąż. Już w pierwszej scenie, w dość niesprzyjających okolicznościach Matty, tak ma na imię, poznaje sporo młodszego Johnnego, kierowcę tira. Znajomość zaczyna się bardzo niefortunnie od karczemnej awantury i bogatego repertuaru złośliwości, których sobie wzajemnie nie szczędzą. Co będzie dalej, niby możemy przewidzieć, okazuje się jednak, że nie do końca. Film przynajmniej częściowo wymyka się schematom. Jest to raczej opowieść w tonie serio o kobiecie po przejściach i mężczyźnie z przeszłością, i śledząc ich losy, nie bez emocji, wcale nie jesteśmy pewni, jak ta historia się skończy. Sytuacja z różnych względów komplikuje się i wcale nie jest oczywiste, co zrobi Matty. Trzeba pamiętać, że to nie kino hollywoodzkie, ale europejskie, więc nic tu nie jest upiększone i ucukrowane. Matty ma zmarszczki, ubiera się bardzo przeciętnie, nie zasypia ani nie budzi się w pełnym, nieskazitelnym makijażu, mieszka w zwyczajnym mieszkaniu przeciętnie urządzonym, pracuje na poczcie. Miasto, w którym toczy się akcja, też jest raczej takie sobie, ot nic nadzwyczajnego. Przed nami na ekranie rozgrywa się zwyczajna historia, taka, jaka mogłaby przydarzyć się każdemu. Nie jest to kino wielkie, ale po prostu dobre, weekendowe, ale niegłupie. Z przyjemnością przyglądałam się poczynaniom sympatycznych bohaterów. Warto zobaczyć. A jeśli ktoś widział, może przeczytać ciąg dalszy tych rozważań.

Muszę przyznać, że wciągnęła mnie historia Matty, a raczej jej uczuciowy dylemat. Kogo wybrać: męża, którego jeszcze kocha, ale który odszedł do innej, czy świra, Johnnego, wielką niewiadomą.

Matty wciąż kocha niewiernego męża, z sentymentem wspomina wspólne życie, raczej dostrzega w przeszłości to, co miłe, więc nic dziwnego, że chciałaby, aby do niej wrócił. Niby stawia mu ultimatum, każe dokonać ostatecznego wyboru, ale termin podjęcia decyzji wciąż przesuwa. Werner, mimo że sympatyczny, mnie strasznie irytował. To wieczny chłopiec albo może facet przeżywający kryzys wieku średniego, jak mówi jego żona. Wyprowadził się do znacznie młodszej od siebie Gail, ale wciąż kokietuje Matty, czule zapewniając ją, że stale o niej myśli. Wydaje się, że chciałby zjeść ciastko i jednocześnie je mieć. Sytuacja jeszcze się komplikuje, kiedy dowiaduje się, że jego żona zaczęła się z kimś spotykać. Odtąd zachowuje się niczym pies ogrodnika, co to sam nie zje, ale innemu nie da. Robi się zazdrosny, miesza się w związek Matty, chcąc ją za wszelką cenę zniechęcić do Johnnego. Prowokuje i jego, szukając zwady, o co zresztą nietrudno. Trzeba przyznać, że cała trójka dość łatwo poddaje się emocjom. Werner niby to w końcu się decyduje i wraca do domu, ale chyba nadal utrzymuje kontakt z Gail, o czym mogą świadczyć smsy czy telefony, które wyraźnie go mieszają. Jeśli Matty zdecyduje się na niego, wcale nie będzie mogła mieć pewności, że wszystko się ułoży. Być może szybko znowu będzie zaniedbywaną żoną.

Nie mamy wątpliwości, że z ulgą przyjęłaby powrót marnotrawnego męża, gdyby w jej życiu nie pojawił się zwariowany, sympatyczny jedenaście lat młodszy Johnny. Początkowo Matty, nie od razu przyznając się przed sobą, ma ochotę tylko się z nim przespać. Chce się przynajmniej na jeden wieczór poczuć znowu pożądaną kobietą, a nie wzdychającą, zapomnianą przez niewiernego męża żoną. Z czasem jednak Johnny coraz bardziej ją pociąga. Stanowi przeciwieństwo Wernera. Jest tylko kierowcą tira, ale kocha to, co robi, zachwyca się Matty, nie przeszkadza mu różnica wieku ani to, że ma dzieci. Myślę jednak, że najbardziej kręci ją jego spontaniczność i świrowatość, także okoliczności: namiętne sam na sam w szoferce tira. To wszystko stanowi jakąś nowość w monotonnym życiu Matty, która może poczuć się znowu niczym w czasach minionej młodości. Obserwujemy, jak się zmienia, pięknieje. Ze zgorzkniałej, smutnej, szarej myszy staje się uśmiechniętą, zadowoloną, pewną siebie kobietą. Nie idzie wcale do fryzjera, kosmetyczki czy na zakupy, a jednak staranniej się ubiera i upina włosy. Okazuje się, że mimo wieku jest jeszcze całkiem ładna. I pewnie wszystko byłoby prostsze, gdyby nie kryminalna przeszłość Johnnego i jego skłonność do agresji. Stąd dylemat Matty: pójść za głosem serca i zaufać kochankowi czy wybrać małżeńską stabilizację i pozwolić wrócić mężowi. Niespodzianka, nowość, ale i niepewność kontra życie stare, przewidywalne, ale spokojne. W pewnym momencie jest już na tyle zmęczona emocjonalną huśtawką, że marzy tylko o spokoju u boku  dzieci, bez mężczyzn. Z całej trójki tylko Johnny wie, czego chce. Zależy mu na Matty, która nieoczekiwanie nadała sens jego samotnemu życiu, jakkolwiek banalnie by to nie brzmiało.

Bo taki jest  ten film: pokazuje sytuacje banalne, zwyczajne, ale bardzo prawdziwe. Rozterki bohaterów nie są wydumane, życie często się tak właśnie komplikuje i wcale niełatwo dokonać wyboru, który może zaważyć na dalszym życiu, a na pewno na najbliższej przyszłości. I nigdy nie będziemy wiedzieli, co utraciliśmy, odrzucając jedno na rzecz drugiego. Zawsze już będziemy zadawać sobie pytanie: co by było gdyby, nawet wtedy, kiedy wybór okaże się słuszny. Prawdziwe są również uczuciowe dylematy, niepewność własnych uczuć: czy kochamy kogoś, z kim łączy nas wspólna przeszłość i dobre wspomnienia, czy też tego nowego, który w naszym życiu się dopiero pojawił. Z zainteresowaniem śledziłam uczuciową burzę, która rozpętała się w życiu Matty. Kiedy ostatecznie porzuciła męża, odczułam satysfakcję. Kiedy wybrała Johnnego, ucieszyłam się, bo nie ukrywam, że to jemu kibicowałam. Cóż, i mnie uwiódł ten sympatyczny, bezpośredni, spontaniczny świr. I wyjątkowo nie przeszkadzało mi szczęśliwe zakończenie, tym bardziej, że jest wielce prawdopodobne, iż to szczęście tylko chwilowe, wszak Johnny bywa nieobliczalny. Kiedy jednak rozważam rzecz na chłodno, zdroworozsądkowo, myślę, że Matty powinna odprawić obu: i niewiernego męża, i gwałtownika Johnnego, a już na pewno nie wprowadzać go do swojego domu.

Na koniec chciałabym jeszcze wspomnieć o tym, co w tym filmie zwróciło jeszcze moją uwagę.

Niezwykle sympatyczna, przyjacielska, otwarta relacja między matką i najstarszą córką, siedemnastolatką. Niby się kłócą, niby mają do siebie pretensje, ale to tylko chwilowe. Szybko okazuje się, że świetnie potrafią ze sobą rozmawiać i wzajemnie się wspierają. Matka niczego nie ukrywa, niczego nie udaje, nie jest też do końca pobłażliwa, potrafi powiedzieć prawdę i wymagać. Zastanawiam się tylko, na ile powszechna jest w tamtym społeczeństwie taka reakcja jak Matty na wieść o tym, że córka jest lesbijką. Początkowo jest zaskoczona, ale szybko akceptuje ten fakt, właściwie nie przeżywa żadnych wstrząsów. Może też dlatego łatwiej się im porozumieć, bo obie w tym samym czasie dokonują niestandardowych wyborów: matka wiąże się z dużo młodszym facetem (oczywiście nikogo nie dziwi związek jej męża z dużo młodszą partnerką), a córka z dziewczyną.

Druga sprawa, która mnie przyjemnie zaskoczyła, to otwartość wszystkich bohaterów. Tu nikt niczego nie ukrywa, przed nikim, niczego nie udaje. Możliwe są spokojne kontakty Matty z prawie byłym mężem, możliwe są jego kontakty z dziećmi, możliwe jest spotkanie Wernera i Johnnego, co, jak wiemy, nie zawsze dobrze się kończy. I znowu zastanawiam się, na ile to powszechne w Belgii. Czy to raczej norma, czy wyjątek?

Nie ukrywam, że ten film odbierałam dość emocjonalnie: kibicując jednym, złoszcząc się na innych, wczuwając się w sytuację bohaterki. Mądry, przyjemny, sympatyczny film.

 

"Miss Kicki" Hakona Liu. Samotność w Taipei.

Lubię kino skandynawskie i azjatyckie. "Miss Kicki" to dwa w jednym: produkcja szwedzko-tajwańska wyreżyserowana przez norwesko-tajwańskiego reżysera Hakona Liu (matka Norweżka, ojciec Tajwańczyk; wychowywał się na Tajwanie, studiował w Oslo). Akcja filmu toczy się na Tajwanie, głównie w Taipei, gdzie przylatuje ze Szwecji tytułowa Kicki (to imię, które ona wymawia Kiki) razem ze swoim szesnastoletnim synem. Matka i syn w zasadzie się nie znają, bo od czwartego roku życia wychowywała go babcia (dlaczego, nie będę zdradzać). Podróż ma ich niby zbliżyć do siebie, ale zasadniczy powód tych egzotycznych wakacji jest inny. Nie mamy tu do czynienia z filmem wybitnym, raczej takim, który można, ale niekoniecznie trzeba, zobaczyć. Ja obejrzałam go z przyjemnością. To kino budowane na nastroju, nie na akcji. Krótkie, powierzchowne rozmowy, milczenie, gesty i mimika, najwięcej się dzieje między słowami, pozwolę sobie nawiązać do tytułu jednego z moich ulubionych filmów, który znakomicie oddaje ekranową rzeczywistość. Prawdziwą przyjemnością jest obserwowanie Kicki, w tej roli bergmanowska aktorka Pernilla August, i jej syna Wiktora. To film o samotności mocno dojrzałej, niepięknej, zapuszczonej kobiety i jej trudnych, bo właściwie żadnych, relacjach z subtelnym synem. A wszystko na tle szarego molocha, Taipei, którego obraz potęguje niewesoły nastrój. Jeśli ktoś lubi takie kino, polecam. A kto widział, może czytać dalej.

Esencją tego filmu są portrety bohaterów: Kicki, Wiktora i Didi, relacje pomiędzy nimi oraz powierzchowne rozmowy, small talk (to angielskie określenie bardzo dobrze oddaje istotę tego, co z ekranu słychać).

Kicki to mocno dojrzała, niezbyt piękna, raczej zniszczona (papierosy, alkohol), nie najszczuplejsza, fatalnie się ubierająca kobieta, która rozpaczliwie poszukuje miłości, a może po prostu bliskości. Dlatego wpada na raczej desperacki, niż szalony pomysł podróży do Taipei, gdzie mieszka bogaty biznesmen, pan Chang, z którym łączy ją internetowy romans. Owszem, pan Chang napomknął, że ją kiedyś zaprosi, ale ona postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i zrobić mu niespodziankę. Skąd się znają? Czy jest to tylko znajomość internetowa? Czy może spotkali się osobiście, kiedy ona pracowała w Stanach? Tego nie wiemy. Prawdopodobnie to kolejna próba zbudowania bliższej relacji z mężczyzną. Być może nigdy nie przeżyła prawdziwej, wielkiej, szczęśliwej miłości, jest sama, a właściwie należałoby napisać samotna. Wie, czego chce, ale kiedy przychodzi do realizacji planu, po prostu się boi. Każda kolejna próba onieśmiela ją coraz bardziej, czemu zresztą trudno się dziwić: spróbujmy postawić się w jej sytuacji. Patrząc na jej rozpaczliwe wysiłki, jednocześnie żałowałam jej i wstydziłam się za nią. Upokorzenie, jakiego dozna, będzie tym bardziej przykre, że spotka ją w obecności syna, który dopiero wtedy zrozumie, dlaczego matka zaproponowała mu tę egzotyczną podróż, a na miejscu zostawiła właściwie samego, pozwalając snuć się samotnie po Taipei. Onieśmielenie i skrępowanie to stan, jaki towarzyszy jej w tym azjatyckim mieście. Onieśmiela ją szklany, zimny biurowiec, w którym pracuje pan Chang, pełen grzecznych, uprzejmych, ale bezosobowych pracowników. Krępuje hotel, w jakim się zatrzymuje z Wiktorem. Może wstydzi się przed synem, że tylko na tyle ją stać. Nieustannie robi dobrą minę do złej gry, udając, że wszystko jest w porządku. Ale to nieprawda. Kicki jest tak rozpaczliwie samotna, tak desperacko poszukuje bliskości, że gotowa jest flirtować z każdym, kto okaże jej chociaż trochę zainteresowania, nieważne, że najprawdopodobniej jest to tylko uprzejmość wynikająca z roli. Ale porozumienie nie jest możliwe nie tylko ze względu na barierę językową, i Kicki, i właściciel hotelu słabo władają angielskim, ale przede wszystkim dlatego, że przecież niewiele mają sobie do powiedzenia. Rozmowy, jakie toczą, są zdawkowe i konwencjonalne.

Podobnie wyglądają jej relacje z synem. Pewnie go po swojemu kocha, ale po latach nie umie, a może nie chce nawiązać z nim prawdziwego porozumienia. Nie wiemy, dlaczego zostawiła go z babcią, jak często się widywali, dlaczego nie zamieszkała z nim po powrocie do Szwecji. Miałam wrażenie, że Wiktor z jednej strony przeszkadza jej, z drugiej Kicki nie bardzo wie, o czym miałaby z nim rozmawiać. Dlatego pozwala mu samotnie snuć się po tym ogromnym, szarym mieście. Kiedy ona w jakimś po chińsku kolorowym barze próbuje prowadzić powierzchowne rozmowy, on sam je coś w zimnym, bezosobowym MacDonaldzie (?). Dopiero tragedia zbliży matkę i syna. Ona uświadomi sobie, jak jest dla niej ważny, on zrozumie, że jednak mu na niej zależy. Ale i wtedy niewiele będą sobie mieli do powiedzenia. Jej wyjaśnienia i tłumaczenia będą nader powściągliwe. To zresztą moim zdaniem najsłabsza część filmu, najmniej prawdopodobna. Co prawda akcja nagle przyspiesza, ale ja niekoniecznie tego oczekuję. Poza tym takie łatwe i szybkie rozwiązanie problemu wydaje mi się mało prawdopodobne. Dziwi też, że kiedy niebezpieczeństwo zostaje szczęśliwie zażegnane, po wszystkich to, co się stało, spływa jak woda po gęsi.

Równie interesujący jest portret Wiktora. To robiący sympatyczne wrażenie chłopak, wrażliwy, grzeczny, nieśmiały, przynajmniej w kontaktach z matką. Przeżyje wielkie rozczarowanie, kiedy zrozumie prawdziwy cel jej wizyty w Taipei, i odtąd nie będzie potrafił ani chciał być z nią sam na sam. W luksusowym hotelu nad jeziorem, turystyczną atrakcją, będzie od niej za wszelką cenę uciekał. Ten wielki, elegancki hotel jeszcze bardziej obnaży samotność bohaterów. W podłym hoteliku w Taipei przynajmniej można było z kimś porozmawiać, tutaj otrzymuje się tylko  fachową, uprzejmą, ale bezosobową obsługę. Pewnie dlatego Kicki, początkowo zachwycona miejscem, po chwili, samotna w swoim luksusowym pokoju, ze złością obrywa płatki z kwiatka zdobiącego wnętrze.

Bardzo ciekawa jest relacja, jaka łączy Wiktora i Didiego. Początkowo Wiktor wyraźnie się go obawia, próbuje wywikłać się z tej znajomości, ale nie bardzo potrafi i ustępuje osaczającemu go Didiemu. Z czasem staną się sobie coraz bliżsi i to oni najwięcej się o sobie dowiedzą. Może dlatego, że znacznie lepiej znają angielski, a może są siebie po prostu ciekawi. Nie wiemy, czy intencje doświadczonego przez los Didiego są od początku czyste i bezinteresowne. Czy kieruje nim ciekawość i sympatia do nieśmiałego cudzoziemca? Czy też chciał go naciągnąć albo okraść, a z czasem polubił i porzucił ten zamiar? W każdym razie to, co dzieje się pomiędzy nimi potem, wydaje się szczere. Trudno też do końca być pewnym charakteru ich relacji: czy to więź przyjacielska czy homoseksualna, co sugerują niektóre sceny. A może sami do końca nie zdają sobie sprawy z tego, co ich połączyło,  dwóch smutnych, samotnych chłopaków. W zakończeniu filmu widzimy ich spacerujących razem o zachodzie słońca po hotelowym dachu na tle szarego nieba i neonu, podczas gdy samotna Kicki spogląda na Taipei i na nich. Ale może teraz ważniejsze jest to, że pogodziła się z synem i spróbuje odzyskać utracony czas?

Świat w tym filmie wcale nie jest piękny. Brzydkie, zaniedbane i bezosobowe jest szwedzkie mieszkanko Kicki, brzydki jest hotelik, w którym się zatrzymują, brzydkie jest szare, ogromne Taipei. Piękno okazuje się tylko konwencją albo iluzją. Kiedy pan Chang w pierwszej scenie filmu odsłania przed Kicki panoramę miasta, zapiera jej, i nam widzom, dech w piersiach, ale kiedy już znajdziemy się tam razem z nią i Wiktorem, okaże się, że naprawdę wszystko wygląda inaczej. Tylko morze wabi swoim pięknem. Iluzją jest też szczęście, które wydaje się na wyciągnięcie ręki, a w rzeczywistości trudno je osiągnąć. Nawet więź z synem nie wystarcza.

"Miss Kicki" przypomina trochę mój ulubiony film "Między słowami" Sofii Coppoli, tyle że ten pierwszy jest tylko dobry, a ten drugi znakomity. W obu następuje zderzenie kultur, w obu samotni bohaterowie próbują nawiązać ze sobą bliższą relację rzuceni gdzieś w obce, wielkie miasto, w obu nastrój budowany jest milczeniem, mimiką, gestami. Wszystkiego o Kicki dowiadujemy się, obserwując jej miny, zakłopotanie, uśmiechy, ukradkowe spojrzenia, rzucane mimochodem uwagi, sposób, w jaki pali papierosa czy nerwowo obciąga spódnicę. Podobnie jest z Wiktorem, tylko twarz Didiego pozostaje nieprzenikniona. Ten film byłby kolejną banalną opowieścią o samotności i trudzie porozumienia, gdyby nie składał się z tych drobnych obserwacji ludzkich zachowań, z tego, co między słowami. To właśnie dzięki temu jest interesujący.

Ala Al Aswani "Kair. Historia pewnej kamienicy"

Udało się. Zdobyłam "Kair. Historię pewnej kamienicy" Ala AL Aswaniego (Capricorn.Media Lazar 2008). Niedawno pisałam tu o "Chicago", drugiej powieści tego egipskiego pisarza. O obu dowiedziałam się z tej samej audycji radiowej i natychmiast zapragnęłam przeczytać. Ta druga jest dostępna bez problemu, pierwsza nie, bo wydana została kilka lat temu w dodatku przez jakieś niszowe wydawnictwo. No ale udało się i przeczytałam w ciągu kilku dni. Ta powieść jest trochę jak przewodnik: w przystępny i atrakcyjny sposób przedstawia sytuację współczesnego Egiptu (no może niezupełnie współczesnego, bo akcja toczy się w czasie wojny o Kuwejt), ale, jak to w przewodniku, czytelnik dostaje wiadomości naskórkowe. Żeby dowiedzieć się więcej, pełniej, trzeba by sięgnąć po poważniejsze prace. Gdybym jednak przeczytała ją przed rozruchami w Egipcie, na pewno nie byłabym zdziwiona z powodu tego, co tam się wydarzyło.

To pierwsza powieść Al Aswaniego i kiedy przeczyta się obie, widać, że pisarz się rozwija. Stosuje podobną technikę pisarską, podobne zabiegi, ale portrety bohaterów w "Chicago" są zdecydowanie bogatsze i może dzięki temu opowiadane historie robią o wiele większe wrażenie. W jego amerykańskiej powieści czuć smutek, melancholię i, pozwolę sobie na górnolotność, ból istnienia. "Kair", mimo że przedstawia losy bohaterów równie tragiczne oraz ich ciężkie, z różnych względów, życie, nie pozostawia takiego wrażenia, nie wprowadza czytelnika w zadumę, nie porusza na poziomie emocjonalnym, jeśli już to raczej na intelektualnym. Wiem, że muszę im współczuć, pochylić się nad bezwyjściowością ich egzystencji. Warto jednak na pewno sięgnąć po tę powieść choćby tylko ze względów poznawczych. "Chicago" to portrety egipskich emigrantów mieszkających w Stanach, akcja książki, o której piszę tym razem, toczy się w tytułowym Kairze, poznajemy więc ten kraj bezpośrednio, od środka.

Autor zastosował w tej powieści podobny zabieg: bohaterami są mieszkańcy tytułowej kamienicy, zwanej, od nazwiska jej pierwszego właściciela, kamienicą Jakobiana. Budynek znajduje się w samym centrum Kairu przy ulicy Sulejmana Paszy niedaleko słynnego placu Tahrir. Kto zna Kair, być może się zdziwi, bo takiej ulicy na planie miasta nie znajdzie. Nic dziwnego, w roku 1954 przemianowano ją na Talaat Harb, ale większość mieszkańców nadal posługuje się starą nazwą. Budynkowi, jak całemu przypominającemu europejskie metropolie centrum, daleko do dawnej świetności. Za tą świetnością i za minionymi europejskimi czasami, tymi sprzed rewolucji Nasera, tęsknią niektórzy bohaterowie. Szczególnie starzejący się playboy, miłośnik kobiet, wykształcony w Europie inżynier Zaki ad-Dassuki. Zawsze elegancki, szarmancki wobec swoich licznych kochanek, dziś raczej przygodnych, skonfliktowany z siostrą, która chce przejąć jego nie tak znów wielki majątek. W gruncie rzeczy zdaje sobie sprawę, że prowadząc taką lekką, niezobowiązującą egzystencję, przegrał życie. Na starość uświadamia sobie powierzchowność swoich licznych związków, pustkę i samotność. Zeuropeizowany jest też dziennikarz Hatim (jego matka była Francuzką), homoseksualista rozpaczliwie poszukujący stałego partnera. Tęskni nie tyle za uczuciem, ile za stabilizacją. Ma dość upokorzeń związanych z poszukiwaniem kochanka na jedną noc. Ciekawy jesteś, czytelniku tej notki, jak traktuje się gejów w społeczeństwie muzułmańskim (właściwie egipskim, bo każdy kraj muzułmański jest jednak inny)? Otóż i mieszkańcy kamienicy, i pracownicy gazety wiedzą o jego homoseksualizmie i tylko czasem spotykają go z tego powodu drobne złośliwości. Oczywiście Hatim nie obnosi się ze swoimi skłonnościami, ale też ich nie ukrywa. Zaki i Hatim to dobrze sytuowani mieszkańcy pięter kamienicy Jakobiana, ale poznajemy też kilku takich, którzy mieszkają na dachu w blaszanych domkach, a właściwie klitkach, które w czasach świetności pełniły taką funkcję jak nasze piwnice. Dziś żyją tu ubogie rodziny, często są to przybysze ze wsi, a to nędzne lokum jest i tak obiektem zazdrości tych, którym powiodło się jeszcze gorzej. Mieszkańcy dachu stanowią swoistą społeczność: świetnie się znają, wszystko o sobie wiedzą, wspierają, ale i kłócą. Histeryczne, gwałtowne, barwne awantury, które niejednokrotnie kończą się sprowadzeniem przez jednego z uczestników konfliktu skorumpowanych policjantów, są dla europejskiego czytelnika ciekawe przez swoją egzotyczność. Gwałtowność temperamentów to nie tylko cecha ubogich. Podobnie przebiegają kłótnie pomiędzy Zakim a jego wyjątkowo zawziętą i złośliwą siostrą. Ale wróćmy na dach. Któż tam mieszka? Syn stróża, Taha, ambitny, pracowity i zdolny, marzący o dostaniu się do Akademii Policyjnej, co ma pozwolić mu wyrwać się do lepszego świata (ta historia jest najbardziej przewidywalna i stereotypowa). Piękna Busejna, jego ukochana, która musi pracować, aby pomóc owdowiałej matce utrzymać młodsze rodzeństwo. Co złego w pracy? Ano nic, jeśli ceną za jej posiadanie nie jest seksualny wyzysk stosowany przez pracodawcę. Barwną postacią jest Malak, który przebojem zajmuje zwolnioną komórkę. Gotów na każde drobne i większe łajdactwo, świństwo czy oszustwo, byle tylko osiągnąć cel: stałą poprawę swego statusu, stałe powiększanie  majątku. Jest nienasycony w swych pragnieniach. To taki typ, który wyrzucony drzwiami wejdzie oknem i w końcu swoje osiągnie.

Ta galeria postaci, a nie wymieniłam wszystkich, to przekrój egipskiego społeczeństwa. Co szczególnie zwraca uwagę w diagnozie, którą stawia Al Aswani?

Po pierwsze los kobiety całkowicie uzależnionej od zachcianek mężczyzny i jeśli chce do czegoś dojść, a tym czymś w wypadku bohaterek powieści jest po prostu utrzymanie się na powierzchni, musi pogodzić się z seksualnym wyzyskiem i zaakceptować to, że tylko świadcząc drobne usługi seksualne, na przykład swojemu pracodawcy, może coś osiągnąć. Czym różni się druga (czytaj równoległa, na jaką pozwala islam, ale nie pozwala państwo), utrzymywana w ścisłej tajemnicy żona bogatego biznesmena i początkującego polityka Azzama od kochanki, a właściwie utrzymanki? Naprawdę niczym. Na ile taki obraz sytuacji egipskich kobiet jest prawdziwy, a może raczej należałoby zapytać: powszechny? Na pewno są w tym społeczeństwie kobiety wykształcone i samodzielne, ale o nich Al Aswani nie pisze.

Po drugie wszechogarniająca korupcja. Łapówki i haracze, drobne i ogromne, są tu na porządku dziennym. Trzeba je dać, aby zdobyć wolną komórkę na dachu, aby dostać się do Zgromadzenia Narodowego, aby być dobrze traktowanym w szpitalu, aby zostać studentem Akademii Policyjnej. Wydaje się, że bez pieniędzy niczego w tym świecie zdobyć nie można. Na pewno żyje się łatwiej, kiedy jest się dobrze urodzonym, ale to nie rozwiązuje wszystkiego. Lepiej być dzieckiem wysokiego urzędnika państwowego czy bogatego biznesmena niż synem stróża, ale  dopiero pieniądze otwierają wszystkie drzwi.

Po trzecie samowola, skorumpowanie i brutalność policji i służb specjalnych. To swoiste państwo w państwie. Zwykli policjanci mogą uprzykrzyć życie swoją służbistością czy lekko poturbować zatrzymanego. Wszystko jest tak naprawdę kwestią pieniędzy i układów: ten wygra, kto zapłaci więcej albo zna kogoś bardziej wpływowego. Dlatego pewnie policja jest z taką łatwością  wykorzystywana w rodzinnych czy sąsiędzkich sporach. Po prostu wystarczy zapłacić, aby brat czy sąsiad zostali zatrzymani czy choćby postraszeni. Ale prawdziwie niebezpieczne są służby specjalne, które inwigilują społeczeństwo i brutalnie, stosujac najwymyślniejsze tortury, rozprawiają się z protestujacymi studentami czy każdym czynnym przeciwnikiem państwa. Opisy tortur, jakim w więzieniu poddawany jest jeden z bohaterów powieści, są naprawdę przerażające.

Po trzecie stosunek do religii. Wielu bohaterów ma Boga na ustach, ale wydaje się, że są to tylko utarte formułki, które niewiele znaczą. Tak naprawdę żyją, jakby Bóg nie istniał. Nawet niektórzy duchowni są gotowi znaleźć w Koranie uzasadnienie dla każdego działania: czy jest to zmuszenie kobiety do aborcji, czy  udział Egiptu w wojnie o Kuwejt u boku Amerykanów. Inni bohaterowie są po prostu niereligijni. Żadna z głównych bohaterek powieści nie nosi chusty. Nie religia jest tu opresyjna, ale państwo, które toleruje korupcję (a może nawet jej sprzyja) oraz przemoc służb specjalnych, i ludzie. Ciśnie się na usta przysłowie: człowiek człowiekowi wilkiem. Tak jest w tej powieści. Ale gdzieś z boku, pod powierzchnią istnieje  grupa radykalnych muzułmanów, którzy gromadzą wokół siebie młodych, niezadowolonych, pozbawionych perspektyw ludzi z niższych warstw społecznych i szkolą ich w tajnych obozach. Stają się muzułmańskimi męczennikami gotowymi zginąć w walce z niewiernymi.

Cóż, niewesoły to obraz Egiptu, kraju zżeranego przez korupcję, kraju, gdzie trudno o pracę, gdzie wyrwać się z nizin społecznych można jedynie dzięki cwaniactwu i oszustwom, a nie dzięki ciężkiej pracy i ambicji. Kraju, w którym służby specjalne są wszechwładne, gdzie kobieta jest obiektem seksualnego wyzysku. Nic dziwnego, że jedna z bohaterek, młoda dziewczyna Busejna, nienawidzi Egiptu i jej największym marzeniem jest wyjazd gdziekolwiek (no może nie gdziekolwiek). Patriotą okazuje się stary Zaki, ale może dlatego, że pamięta inny, dawny Egipt, za którym tęskni, Egipt sprzed czasów Nasera. Tamten kraj też przecież nie był idealny, ale może lepszy od tego, który jest teraz? Jednak tego, ja, laik, na pewno nie rozstrzygnę.

Popularne posty