"Safari"

Wreszcie w kinie. Od wiosny trwała filmowa posucha, ale mam nadzieję, że jesień przyniesie odmianę. W każdym razie najbliższe dwa tygodnie na pewno – czekam na „The Square” i „Ptaki śpiewają w Kigali”. Tymczasem poszłam na najnowszy film  Ulricha Seidla „Safari” podobnie jak „Raj: miłość” nakręcony w Afryce. Tym razem austriacki reżyser sięgnął po formę dokumentalną. Jego filmy miłe i przyjemne nie są, mają widzem potrząsnąć, dotknąć go do żywego, zaboleć. W „Raju: miłości” przyglądał się kobietom, które wyjeżdżają do Kenii i wdają się w przelotne romanse z miejscowymi żigolakami. Brzmi w miarę niewinnie, ale kto widział, wie, że jest żenujące i obrzydliwe. Tym razem Seidl pokazuje austriackich myśliwych jeżdżących do Afryki na polowanie. Temat i u nas bardzo aktualny, zimą mieliśmy polski głos w tej samej sprawie - „Pokot” Agnieszki Holland na podstawie powieści Olgi Tokarczuk „Prowadź swój pług przez kości umarłych”. A i w mediach co jakiś czas sporo mówi się o polskim lobby myśliwskim przy okazji kolejnych nowelizacji ustaw. Szkoda mówić – Zjednoczona Partia Myśliwych ma się cały czas znakomicie. Ale wróćmy do "Safari".

Seidl zderza sceny z polowań z wypowiedziami bohaterów filmu i koszmarnymi obrazami oprawiania zabitych zwierząt, na które nie bardzo byłam w stanie patrzeć. Przerażające jest ich martwe spojrzenie. Nie potrafię zrozumieć, jak polowanie, zabijanie zwierząt może sprawiać przyjemność, a „Safari” tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że to barbarzyński rytuał. Dla pokazywanych w filmie myśliwych strzelanie do dzikiej zwierzyny to wielkie emocje, wręcz ekscytacja. Opowiadają o tym przed kamerą, snują jakieś pseudofilozoficzne wywody, znajdują niemal metafizyczne uzasadnienie dla swojej zabawy. Wymądrzają się na temat metafizyki śmierci, ale przecież w śmierci, którą zadają, nic metafizycznego nie ma. Twierdzą, że wyświadczają przysługę zwierzętom. Jedna z bohaterek mówi, że ma problem z zabijaniem  w rzeźni, ale ze strzelaniem do zebry, żyrafy czy gazeli żadnego. Skoro to żaden problem, to dlaczego o swoim procederze nie mówią wprost? Słowo zwierzę zastępują sztuką, zamiast zabiłem powiedzą położyłem, krew nie jest krwią tylko farbą.  Kiedy oddadzą celny strzał, padają sobie w ramiona, gratulują, a na koniec robią zdjęcia z martwym zwierzęciem, ustawiwszy je wcześniej w jak najkorzystniejszy sposób do tej makabrycznej fotografii. Są gotowi płacić za ten proceder ciężkie pieniądze, bo zabijanie ma swój cennik. Tu oczywiście pojawia się kolejny bałamutny argument – polowanie daje pracę miejscowym, pozwala im zarabiać. Niby tak, ale wiadomo, że oni dostają ochłapy z pańskiego stołu, bo interes trzyma w garści biały. To on jest właścicielem myśliwskiej farmy organizującej polowania. Farma przypomina pałac, a miejscowi, którzy oprawiają zabite zwierzęta, są przewodnikami, kierowcami, a przy okazji lokajami, mieszkają w blaszanych budach bez okien. Oczywiście wszyscy zgodnie twierdzą, że nie są rasistami. Seidl nie oszczędza swoich bohaterów, w żaden sposób nie są w stanie wzbudzić sympatii. Są grubi, niesympatyczni, odęci. Niczym jaśniepaństwo pozują do zdjęć, siedzą rozparci na kanapie i plotą androny. Trzeba przyznać, że reżyser w niezbyt korzystnym świetle pokazuje także miejscowych. Sportretowani przez nieruchomą kamerę wydają się dzicy, pierwotni. Czy tacy są, czy takimi widzą ich myśliwi?

Ale Seidl każe widzowi, który z myślistwem nic wspólnego nie ma i jest wrogiem polowań, zastanowić się nad sobą. Kiedy oglądamy wnętrze myśliwskiej farmy, jej ściany ozdobione łbami zabitych zwierząt, kiedy przypatrujemy się myśliwym pozującym do zdjęcia z martwym zwierzęciem, musimy dokonać rachunku sumienia. Tak, dziś mi to przeszkadza, ale kiedyś? Czy przeszkadzały mi podobne trofea oglądane w zwiedzanych pałacach czy dworach? Pierwszy, jaki przychodzi mi na myśl, to pałac w Pszczynie z całą kolekcją takich trofeów. Czy zastanawiałam się, jak tam trafiły? W moim rodzinnym mieście w zamkowym muzeum największą atrakcją było trzecie piętro, a na nim sale z rzędami martwych, wypchanych zwierząt. Drugą były narzędzia tortur pokazywane w zamkowej piwnicy. Jako dziecko uwielbiałam oglądać i jedne, i drugie. Nikt mi nie wytłumaczył, czym są naprawdę te eksponaty. Moje rodzinne miasto opuściłam jeszcze w czasach licealnych, odtąd nigdy już nie byłam w zamkowym muzeum. Czy nadal można tam oglądać wypchane zwłoki zwierząt? Kiedy z niesmakiem patrzę na myśliwych pozujących do zdjęcia z ustrzeloną zebrą albo żyrafą, ze wstydem myślę, że nie przeszkadzały mi podobne zdjęcia Hemingwaya z jego afrykańskich safari. Nie przeszkadzały mi polowania na romantycznym filmie „Pożegnanie z Afryką”, nie przeszkadzał przystojny Robert Redford grający ukochanego Karen Blixen, który przecież polował. Nie przeszkadzały opisy polowań w angielskich powieściach. Współczesne myśliwskie rytuały nie wzięły się z powietrza, są głęboko osadzone w kulturze, w tradycji. Ale może jest nadzieja, bo świadomość się zmienia, dziś czujemy, że to barbarzyństwo, nierówna walka, a właściwie nawet nie walka, bo współczesny myśliwy nie naraża się na niebezpieczeństwo. Coraz więcej jest przeciwników polowań, więc może kiedyś ten krwawy proceder stanie się obciachem?

 

Sabri Louatah "Dzikusy. Francuskie wesele" (tom I)

Skuszona szumem medialnym w poważnej prasie sięgnęłam po książkę francuskiego pisarza Sabriego Louataha „Dzikusy. Francuskie wesele” tom I (W.A.B. 2017; przełożyła Beata Geppert). Gdyby nie wywiad w Gazecie Wyborczej o autorze nie  wiedzielibyśmy wiele, nawet na stronie wydawnictwa nie ma żadnej (!) informacji, co uważam za skandal. Nie dowiemy się również z rzeczonej strony, ile tomów liczy całość. Dopiero w Wikipedii i wspomnianym wywiadzie znalazłam, że cztery. W tym miejscu muszę pozwolić sobie na złośliwość, na którą od dawna mam ochotę – odkąd W.A.B. stało się częścią Grupy Wydawniczej Foksal, ich strona internetowa jest po prostu beznadziejna! Ale wróćmy na chwilę do autora – Francuz kabylskiego pochodzenia, mieszka w Stanach i do Francji nie zamierza wracać, „Dzikusy” to jego debiut. Kolejną powieść pisze już po angielsku.

Kim są Kabylowie? Przyznam, że nie miałam pojęcia, ale od czegóż internet. Jest to jeden z narodów berberyjskich zamieszkujący między innymi tereny północno-wschodniej Algierii. Warto dodać, że Kabylowie nie są Arabami i uważa się ich za rasę białą. Często to blondyni o niebieskich oczach. Oczywiście dla Francuzów ten fakt nie ma znaczenia, w powszechnej świadomości są kimś gorszym, skoro pochodzą z Algierii. Wrzuca się ich do jednego worka z Arabami albo wręcz z nimi myli. O tym opowiada Louatah we wspomnianym wywiadzie, o tym jest powieść. Bo jej bohaterami są przede wszystkim właśnie Kabylowie – kabylski ród Narruszów.

Akcja pierwszego tomu rozgrywa się w ciągu jednej sobotnio-niedzielnej doby głównie w Saint-Etienne, robotniczym mieście w centralnej Francji, potem w Paryżu. Atmosfera jest niezwykle gorąca, dla rodu Narruszów podwójnie – przygotowują się do wesela jednego z kuzynów, a w niedzielę odbywa się druga tura wyborów prezydenckich. Wyborów historycznych, bo zmierzą się w nich Sarkozy i Szawisz, reprezentujący centrolewicę kandydat pochodzenia algierskiego, ściślej kabylskiego właśnie, oczywiście postać fikcyjna. Nic dziwnego, że cała Francja oszalała. W niedzielę na ulice wylegną tłumy jego zwolenników, aby na żywo albo na telebimach śledzić poczynania swojego kandydata. Do lokali wyborczych ustawią się długie kolejki. Podobno to właśnie Louatah, a nie Houellebecq, wpadł pierwszy na pomysł, aby kandydatem na prezydenta Francji uczynić muzułmanina, nierodowitego Francuza. Chociaż Szawisz muzułmaninem jest raczej z tradycji. Skończył najlepszą francuską uczelnię, jest ateistą. Czy ostatecznie wybory wygra, tego z pierwszego tomu się nie dowiemy.

Trzeba przyznać, że powieść znakomicie się czyta. Na pewno wpływ na to ma filmowa konstrukcja. Naprzemiennie śledzimy różne wątki, przyglądamy się różnym bohaterom. Nie od razu wiemy, kto jest kim, co go łączy z rodem Narruszów, ale domyślamy się, że losy wszystkich splotą się ze sobą w odpowiednim momencie. Sceny zmieniają się szybko, jak w kalejdoskopie. Napięcie podbija jeszcze to, że niemal każdy rozdział zaczyna się od podania dokładnego czasu. Od razu czujemy, że coś się musi zdarzyć. Przyjemność sprawia też podglądanie członków rodu. A rodzina to rozległa. Na jej czele stoi seniorka – babka. Potem są jej liczne dzieci i wnuki. To właśnie jeden z nich, Slim, żeni się z arabską dziewczyną, której rodzina pochodzi z Algierii. Między Kabylami i Arabami nie ma zgody. Obie nacje za sobą nie przepadają, co ma wpływ na weselną atmosferę. Każda z rodzin gardzi tą drugą. Nie podobają się stroje, muzyka, kuchnia. Rodzina panny młodej, która przygotowuje uroczystość, złośliwie sadza Narruszów przy stołach znajdujących się z boku. Dla nich to oczywiście despekt. Didżej gra tylko arabskie piosenki, zapominając o kabylskich. To też nie może się podobać.

Losy członków rodu Narruszów układają się różnie. Pokolenie rodziców wykonuje najczęściej proste prace - to kierowcy autobusów, robotnicy, opiekunki w żłobku. Nie skończyli studiów, mieszkają w gorszych dzielnicach, nie są zamożni, ale trudno ich nazwać biednymi. Wielkie znaczenie mają dla nich więzi rodzinne, trzymają się razem, ale nie są specjalnie religijni. Inaczej wygląda sytuacja ich dzieci. W tym pokoleniu są już studenci, biznesmeni, a jeden z kuzynów został aktorem – gra główną rolę w popularnym telewizyjnym serialu. Jednym z ważniejszych bohaterów jest Karim, kuzyn pana młodego. To o nim dowiadujemy się najwięcej, jego portret jest najgłębszy. Chodzi jeszcze do szkoły. Nie ma łatwego charakteru. Prowadzi jakieś podejrzane interesy, nie stroni od narkotyków, przysparza matkę o ból głowy. W gruncie rzeczy jest bardzo wrażliwym chłopakiem. Ma słuch absolutny, ale porzucił muzykę. Na jego życiu położyły się cieniem dwa zdarzenia – śmierć ojca i zawód miłosny. Zakochał się w niewłaściwej dziewczynie – z bogatego, francuskiego domu. Za wysokie progi - Karim mógł być jej kumplem, ale nie obiektem miłosnych uniesień. Przyznam, że jego portret wydał mi się dość stereotypowy, przewidywalny. I taka jest cała powieść, a właściwie pierwszy tom – sprawnie napisany, ale trudno powiedzieć, aby diagnoza francuskiego społeczeństwa była jakoś szczególnie odkrywcza. Znacznie więcej interesujących spostrzeżeń znalazłam w wywiadzie, do którego już  kilkakrotnie się odwoływałam. Zresztą autor nie ukrywa, że zależało mu na komercyjnym sukcesie. Nie należy jednak zapominać, że to dopiero część pierwsza. Może kolejne wyjdą poza stereotypy. Oczywiście czekam na ciąg dalszy. Nie ukrywam, że bardzo jestem ciekawa, co się wydarzy.

PS. Tak się dziwnie złożyło, że kiedy przeczytałam powieść, ze zdumieniem odkryłam, że w moim mieście w Muzeum Etnograficznym jest wystawa poświęcona ... Kabylom. Czym prędzej pobiegłam. Chociaż niewielka, to bardzo ciekawa.

 

Rana Dasgupta "Delhi. Stolica ze złota i snu"

Z różnych powodów dopiero teraz sięgnęłam po książkę laureatkę tegorocznej Nagrody im.


Ryszarda Kapuścińskiego. Chodzi oczywiście o „Delhi. Stolicę ze złota i snu” Rany Dasgupty (Czarne 2016; przełożyła Barbara Kopeć-Umiastowska). Dla miłośników reportażu to lektura obowiązkowa, ale nie tylko dla nich. Powinni ją także przeczytać ci wszyscy, których interesują Indie, Azja. Ale po co zawężać – ten reportaż jest dla wszystkich ciekawych świata, historii, procesów społecznych, gospodarczych, politycznych. Bo wbrew tytułowi to książka nie tylko o Delhi, ale także o Indiach i współczesnym świecie. Bardzo ciekawa, świetnie napisana. Niestety  pesymistyczna.

Indie to moja pierwsza egzotyczna, światowa miłość. U swego zarania bardzo romantyczna, zbudowana na fundamencie literackim, potem też filmowym. Nie było tych lektur i filmów jakoś specjalnie dużo, ale odcisnęły znaczące piętno na mojej wyobraźni. Cztery tomy Paula Scotta nazwane Kwartetem angloindyjskim (w oryginale brzmi to lepiej - Raj Quartet), potem odkryłam, że jest też znacznie krótsza, uzupełniająca część piąta - „Ci, co pozostali”. „Droga do Indii” E.M.Forstera znana także z filmowej adaptacji w reżyserii Davida Leana (niedawno przypomniała ją któraś telewizja, pewnie będą powtórki), oczywiście „Dzieci Północy” Salmana Rushdiego, potem „Przedział dla pań” Anity Nair i „Brzemię rzeczy utraconych” Kirian Desai. Szczególnie te pierwsze lektury, angielskich autorów, czytane pewnie bezkrytycznie rozbudziły we mnie romantyczne uczucie do Indii. Marzyłam o podróży niemożliwej, a potem, kiedy była już w zasięgu ręki, jakoś mi przeszła ochota nie tylko na Indie, ale i na inne egzotyczne wyprawy. Do czasu. Teraz miałabym ochotę wrócić przynajmniej do niektórych z wymienionych powieści, ale napór nowości i innych literackich zaległości nie pozwala. Może to błąd. A niektóre obrazy, opisywane miejsca i zdarzenia wryły mi się w pamięć bardzo mocno.

Gdybym nadal pozostawała wierna tej romantycznej wizji Indii, jaką zawdzięczam tamtym lekturom, książka Rany Dasgupty byłaby niczym zimny prysznic, ba, nawet lodowaty! Ale od dawna nie jestem już naiwną dziewczyną, więc szoku nie przeżyłam, za to dowiedziałam się wiele interesującego. Dlaczego reportaż Dasgupty nazwałam pesymistycznym? Bo wynika z niego, że Indie nie udźwignęły niepodległości. Powstało państwo niewydolne, które postanowiło zapomnieć o milionach swoich najuboższych obywateli, odgrodzić się od nich niewidzialnym murem, wypchnąć ich poza margines życia. Państwo, które niewiele więcej oferuje także pozostałym. Radź sobie, jak potrafisz - tak można by odczytać jego dewizę, oczywiście nigdzie niewypowiedzianą. Państwo kilkakrotnie w przeszłości wstrząsane politycznymi tragediami i społecznymi niepokojami prowadzącymi do krwawych rozruchów na wielką skalę. Państwo, na którym cieniem położył się Podział.

Tak, tak, to nie pomyłka, to nie błąd - Podział pisany z dużej litery. Chodzi oczywiście o moment odzyskania niepodległości w roku 1947 i związane z tym powstanie dwóch państw – muzułmańskiego Pakistanu i hinduistycznych Indii. To rzecz jasna uproszczenie, bo Indie nie są jednolite religijnie. Chociaż hinduizm jest religią dominującą, to żyją tu również sikhowie, muzułmanie, buddyści i chrześcijanie. Efektem Podziału były nie tylko olbrzymie migracje ludności, miliony ludzi musiało porzucić swoje domy, swoje miasta i rozpocząć życie gdzie indziej, nie tylko nieprawdopodobnie krwawe, dzikie rzezie, słynne są pociągi, które docierały do stacji końcowych ociekające krwią, pełne trupów, ale przede wszystkim nastąpiło brutalne odcięcie od przeszłości, od języka, a co za tym idzie od kultury. W sposób szczególny dotknęło to Delhi i północne Indie, gdzie przez wieki wytworzyła się swoista kultura tworzona przez elity muzułmańskie i hinduistyczne, oparta na języku urdu. I nagle muzułmanie znikają, znika ich kultura, powstaje nowy, początkowo sztuczny, język, hindi, znika urdu. Z czasem cała  stworzona w nim literatura staje się niedostępna dla przeciętnego Hindusa, ginie. Zanim zostaną napisane nowe książki, powstaje pustka. Jak pisze Dasgupta, Podział jest brzemieniem dźwiganym przez Indie do dziś. Jego echa odnajdziemy w literaturze - u Paula Scotta, a przede wszystkim w „Dzieciach Północy”.

Ale „Delhi. Stolica ze złota i snu” jest nie tylko opowieścią o historii Indii, to przede wszystkim portret miasta i państwa po okresie transformacji, który przypada mniej więcej na taki sam czas jak w Polsce. Wcześniej, głównie za sprawą polityki Nehru zafascynowanego Związkiem Radzieckim, Indie były krajem zamkniętym, opartym na gospodarce planowej. Co zrozumiałe ten eksperyment nie mógł się powieść. Aż w końcu nie było wyboru, rządzący musieli otworzyć kraj na świat, na międzynarodowy kapitał i jego pieniądze. Efekty? W teorii świetne. Indie cieszą się dziś dużym wzrostem gospodarczym. Kiedy Chiny dostają coraz większej zadyszki, one wciąż gnają do przodu. Gdy myślimy o współczesnych Indiach, to mamy w głowie hinduskich informatyków, hinduską Dolinę Krzemową, firmy outsourcingowe, ale też ludzi pracujących za grosze, żyjących na ulicy, żebraków. I taki obraz Delhi i Indii wyłania się z książki Dasgupty, który przyjechał do ojczyzny swoich rodziców na chwilę, a postanowił w niej zostać, bo zachłysnął się swobodą artystyczną, obyczajową panującą w stolicy na początku lat dziewięćdziesiątych. Dziś z tamtych romantycznych lat niewiele zostało, za to mnożą się problemy. Autor opowiada o mieście i kraju, pokazując losy jego mieszkańców. Rozmawia z ludźmi bajecznie bogatymi, żyjącymi za murami swych ogromnych rezydencji, dla których częste w Indiach przerwy w dostawie energii elektrycznej nie są problemem, bo mają swoje generatory. Oni nie zastanawiają się, skąd w ich domach woda, której też w kraju brakuje. Jednocześnie ci sami ludzie mieli i mają szalone, fantastyczne wizje biznesowe. Niektóre z nich okazują się chybione, ale inne udaje się zrealizować i przynoszą nieprawdopodobne pieniądze. Tak powstała jedna z nowoczesnych biznesowych i mieszkaniowych dzielnic Delhi - Gurgaon, właściwie osobne miasto. Kiedy jej twórca krok po kroku, cierpliwie kupował ziemię na pustkowiu, wszyscy pukali się w głowę.

Ale Dasgupta rozmawia też z parą, która pracuje na kolei i stara się nie brać łapówek. To niemal niemożliwe. Korupcja to rak na gospodarczym i społecznym organizmie Indii. Jest niewyobrażalna, dotyczy każdej dziedziny życia. Kolejny problem to klasa polityczna uwikłana w intrygi, korupcję, spleciona z biznesem w śmiertelnym uścisku. Do tego olbrzymi przyrost naturalny, skomplikowane prawo własnościowe, a właściwie jego brak, co sprawia, że miliony ludzi można bezkarnie wyrzucać z ich ziemi, którą przejmują deweloperzy i wielki biznes. Te miliony zasilają miasta, które rozdymają się do nieprawdopodobnych rozmiarów, żyją w slamsach, nie mają pracy albo wykonują ją za grosze. Jeszcze w latach siedemdziesiątych w Delhi w dzielnicach nędzy mieszkało kilkadziesiąt tysięcy ludzi, dziś  wegetują tam miliony! To wszystko sprawia, że państwo staje się niesterowne, oddaje najistotniejsze pola walkowerem, abdykuje, a ludzie radzą sobie, jak potrafią. Nie ma energii, więc kupują agregaty, jest niebezpiecznie, więc żyją w zamkniętych osiedlach albo w pałacach, szkolnictwo i służba zdrowia są niewydolne, więc posyłają dzieci do prywatnych szkół, leczą się w prywatnych klinikach, a gdzie nic już się nie da zrobić, tam dają łapówki. I tak koło się zamyka, bo skoro ludzie radzą sobie sami, to dlaczego państwo ma im w tym przeszkadzać? Niestety masy biedaków nie znikają w cudowny sposób jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Problemy nie rozwiązują się same. Najbardziej chyba z książki Dasgupty utkwiło mi w pamięci zdanie mówiące o tym, że klasy średnia i wyższa nie zdają sobie sprawy, ile wysiłku wkładają władze Delhi, aby odciąć je niemal kordonem, odseparować od tych wszystkich biedaków żyjących w slamsach, na obrzeżach miasta. A to wszystko po to, żeby nie trzeba było patrzeć, jak żyją, żeby nie trzeba było zastanawiać się, jak sobie radzą. Jednocześnie ci sami ludzie korzystają z ich pracy, wykorzystując ich przy tym haniebnie. Ale problemy dotykają w coraz większym stopniu także klasę średnią. Co roku w Indiach na rynek pracy trafia około dwadzieścia milionów wykształconych młodych ludzi, dla których nie ma pracy. Co z nimi począć? Nawet emigracja nie jest dla nich rozwiązaniem, bo świat też ich nie wchłonie!

Smutna książka. Nie tylko dlatego, że każe zadać sobie pytanie, czy tak ludnym państwem da się w ogóle dobrze rządzić? Czy można to robić lepiej, czy też wysiłki z góry skazane są na klęskę, więc najlepszym wyborem jest ten, jakiego klasa rządząca w Indiach dokonała? Drugi powód pesymizmu jest taki, że procesy pokazywane przez Dasguptę są przecież globalne. Tak zaczyna wyglądać świat, a mury, i te prawdziwe, i te wirtualne, rosną wszędzie. Mamy je na wyciągnięcie ręki.

 

Katarzyna Tubylewicz "Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie"

Zainteresowana tematem i zachęcona wywiadami z Katarzyną Tubylewicz kupiłam, i prawie natychmiast przeczytałam, jej książkę „Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie”. Autorkę, dziennikarkę, pisarkę i tłumaczkę, która w Szwecji mieszka od, chyba, siedemnastu lat, znam z radiowych rozmów, gdzie czasem komentuje szwedzkie sprawy, i z artykułów prasowych. Lubię jej słuchać, lubię ją czytać. Jej najnowsza książka też spełniła nadzieje, jakie w niej pokładałam. Połknęłam ją jednym tchem.

Zachwyciła mnie już sama konstrukcja - bardzo precyzyjna i przemyślana. Całość składa się z rozdziałów ściśle podporządkowanych takim zagadnieniom jak solidarność, prawa kobiet i feminizm, dobroć, człowieczeństwo i tolerancja, równość i integracja, wolność. W każdej z części znajdziemy kilka bardzo ciekawych wywiadów z różnymi osobami poprzedzonych wprowadzeniem do tematu, w którym autorka albo kreśli krótki rys historyczny związany z zagadnieniem, albo stawia ważne pytania, albo przytacza opinie innych, albo robi to wszystko jednocześnie. Co ważne, mimo że wywiady powstawały w różnym czasie i niektóre były już wcześniej publikowane, całość nie robi wrażenia zlepku przypadkowych tekstów, jak to często bywa w podobnych przypadkach, kiedy mamy wrażenie, że autor wydaje zbiór wcześniej drukowanych felietonów czy reportaży, dyskontując swoją dziennikarską pozycję. W wypadku "Moralistów" po prostu dostajemy spójną całość, nie zbiór wolnych elektronów. Jest to książka osobista, autorka nie kryje swojego zdania,  feministycznej i lewicowej perspektywy, nie stara się być neutralna, pisze o swoich sympatiach, wątpliwościach i zwątpieniach. Katarzyna Tubylewicz pokazuje nam Szwecję przefiltrowaną przez własną wrażliwość.

Szwecja jest dla Polaków mitem – lubimy myśleć o niej jak o ucieleśnieniu raju, w którym panuje sprawiedliwość społeczna, egalitaryzm, nie ma wielkich różnic społecznych, państwo nie zostawia obywatela samego, infrastruktura działa znakomicie, jednocześnie panuje równość, tolerancja, prawa kobiet są przestrzegane i tak dalej, i tak dalej. Krytycy pokazują skazy na tym sielankowym obrazie. Państwo wtrąca się za bardzo w życie człowieka, czego koronnym przykładem są prawa dzieci doprowadzone zdaniem tych krytyków do aberracji, parytety też doprowadzono do absurdu, właściwie niby wolno wszystko, ale tak naprawdę nic, bo w imię wolności wolność jest ograniczana. Liberałowie będą krzywić się na horrendalnie wysokie podatki, bo przecież ten socjalny raj z czegoś trzeba finansować. Konserwatyści z powodów obyczajowych swobód też na Szwecji nie zostawią suchej nitki. Katarzyna Tubylewicz chciała pokazać, jak jest naprawdę, na ile Szwecja jest rzeczywiście tym idealnym socjaldemokratycznym krajem, na ile Szwedzi są otwartym, tolerancyjnym społeczeństwem. Taki był zamysł, ale rzeczywistość go nieco zmodyfikowała. Bo na  zagadnienia, o których Tubylewicz miała pisać, nałożył się jeden najpilniejszy problem - imigranci. Bo Szwecja dwa lata temu w czasie szczytu kryzysu imigracyjnego w Europie przyjęła najwięcej uchodźców w przeliczeniu na głowę mieszkańca. To tak, jakby Polska przyjęła ich pół miliona! I nie byłoby w tym nic złego ani niepokojącego, gdyby nie tempo, w jakim to wszystko się zdarzyło. Po prostu państwo nie nadążało. Autorka zastanawia się, dlaczego Szwedzi zdecydowali się na ten krok, jakie konsekwencje  niesie on dla ich życia, jakie są zagrożenia, jakie korzyści, jakie problemy i gdzie jest ich źródło. Ale najważniejsze jest jedno – Szwedzi nie chowają głowy w piasek, nie próbują robić uników, tylko mierzą się z problemem i zaczynają dyskutować. Otwarcie, próbując uniknąć lewicowej poprawności politycznej i prawicowych lęków.

Ta książka w Polsce mogłaby się stać znakomitym punktem wyjścia do rozmowy, bo na tacy zostały nam podane problemy i błędy, jakie przez lata Szwedzi popełnili, i oczywiście gotowe, sprawdzone, dobre rozwiązania. Tymczasem u nas każdy okopał się na swoich pozycjach, żadnej dyskusji się nie prowadzi, zamiast tego jest walenie cepem w adwersarza, a właściwie lepiej by było napisać w przeciwnika, a problemu prawdopodobnie w perspektywie lat (kilku? kilkunastu?) i tak nie unikniemy, chyba że otoczymy się szczelnym murem i wypiszemy z Europy. Zamiast rozmawiać, rozbrajać lęki, przekonywać, politycy wolą na tych obawach grać i je potęgować. A po nas choćby potop. Nasza chata z kraja, co nas to wszystko obchodzi - ci biedni ludzie, te tysiące ofiar, dla których zbiorową mogiłą jest Morze Śródziemne. Jacy oni biedni, żyją sobie w obozach dla uchodźców, dach nad głową mają, jedzenie i picie też, wczasy po prostu na koszt tych naiwnych Włochów czy Greków, którzy sami sobie winni. A w ogóle po co wyjeżdżali? Tak, tak, trzeba pomagać, ale tam, na miejscu, jak mantrę powtarzają politycy. Szkoda gadać, złość, bezsilność i wstyd. Koniec z dygresją, wracam do książki. W tym miejscu muszę bardzo mocno podkreślić, że wbrew temu, co przez chwilę mogłoby się wydawać, „Moraliści” Katarzyny Tubylewicz są naprawdę opowieścią o Szwecji i Szwedach, a nie o problemie imigrantów napierających na Europę.

Ponieważ się rozpisałam, postaram się w skrócie zwrócić uwagę na najważniejsze zagadnienia, jakie autorka porusza w swojej książce. Przede wszystkim pisze o tym, że Szwedzi bardzo świadomie po drugiej wojnie światowej, próbując uciec od niezbyt chlubnej przeszłości, budowali sobie markę kraju i społeczeństwa otwartego, tolerancyjnego, solidarnego, po prostu dobrego. I Szwedzi rzeczywiście tacy są - pomaganie innym, nieobojętność na cudze nieszczęście mają wdrukowane w swoje dusze i umysły. Dlatego niosą pomoc - z przekonania, z dobrego serca, nie z przymusu. Ale jednocześnie są społeczeństwem dość hermetycznym, w pewnym sensie zamkniętym, co rodzi problemy. Przykład? Mimo że angielski jest ich drugim językiem, aby w Szwecji pracować, trzeba nauczyć się szwedzkiego. To jedna z barier. Kolejnym problemem jest to, że za wszelką cenę próbują unikać konfliktów, dlatego dopóki się da, udają, że sprawy nie ma. Innym jest polityczna poprawność, nadmierna opiekuńczość, która z kolei każe im niańczyć imigrantów, co sprawia, że ci stają się bierni, no bo skoro wszystko mają podane na tacy, to po co się wysilać. Ta sama polityczna poprawność, uważność i tolerancja sprawiają, że przyjmują imigrantów z dobrodziejstwem inwentarza, co rodzi kolejne problemy. Bo mimo że Szwedzi przywiązują wielką wagę do równości i praw kobiet, to imigrantom pozwala się na obrzezanie dziewczynek, na kulturę honoru i kultywowanie ich obyczajów niezależnie od tego, czy są zgodne, czy sprzeczne ze szwedzkim prawem. Może nie tyle pozwala się, ile nie ingeruje. Dlatego na wagę złota są tacy ludzie jak pewien pochodzący z Afganistanu szwedzki policjant, który wziął roczny urlop, aby spotykać się z afgańskimi imigrantami, chłopcami i mężczyznami, tłumaczyć im zawiłości szwedzkiej kultury, obyczajów i własnym przykładem zaświadczyć, co można osiągnąć. Te wszystkie, i inne, problemy, o których tu  wspomniałam, powodują, że wśród Szwedów rośnie obawa o wynik kolejnych wyborów, chyba w roku 2018. Co będzie, jeśli  wygra je ksenofobiczna partia Narodowych Demokratów? I znowu, czytelniku tej notki, możesz odnieść wrażenie, że książka Katarzyny Tubylewicz dotyczy tylko  problemu imigrantów. A przecież to nieprawda. Są tu arcyciekawe rozmowy z artystami, dziennikarzami, z Polakami mieszkającymi w Szwecji, z pastorką lesbijką, która jest biskupem, z tęczowymi rodzicami (To w Szwecji nikogo oczywiście nie szokuje, państwo ich wspiera specjalnymi programami.), z feministkami i wieloma innymi ludźmi. Tubylewicz rozmawia też o śmierci, o żałobie, o prawie artystów do własnej wypowiedzi i jeszcze kilku innych zagadnieniach. Wniosek z tego taki, że książkę trzeba przeczytać koniecznie. A najważniejsza konkluzja? Społeczeństwo da się świadomie kształtować, zmieniać jego postawy. Otwartym, solidarnym i tolerancyjnym można się stać (Szwedzi jeszcze w latach osiemdziesiątych XX wieku byli społeczeństwem homofobicznym!). Kiedy to napisałam, brzmi banalnie, ale tak jest. I jeszcze jedno – w tym momencie uświadomiłam sobie rzecz równie oczywistą - kształtować społeczeństwo można przecież w każdą stronę, czego liczne przykłady w przeszłości i dziś też bez trudu odnajdziemy. I tym niewesołym wnioskiem skończę.

 

 

Anna Pamuła "Polacos. Chajka płynie do Kostaryki"

Nie miałam zamiaru sięgać po reportaż „Polacos. Chajka płynie do Kostaryki” napisany przez nieznaną mi Annę Pamułę. Wprawdzie wydało go moje ukochane Czarne (2017), ale przecież nie kupuję każdej książki, która się u nich ukazuje. Jednak, jak to często bywa, wysłuchałam rozmowy z autorką i zachęcona postanowiłam przeczytać. No i nie żałuję. Trzeba przyznać, że Anna Pamuła trafiła na bardzo ciekawy i słabo istniejący w powszechnej świadomości, albo wręcz nieznany, temat. Opowiada historię kostarykańskich Polacos. Czytelnik, który uważnie przeczytał tytuł, być może domyślił się, że chodzi o polskich Żydów. Tak rzeczywiście jest. To słowo do dziś oznacza w Kostaryce  Żyda i ... obwoźnego handlarza, ponieważ większość żydowskich imigrantów przybywających do tego albo do innego kraju Ameryki Południowej na początku imała się takiego właśnie zajęcia. Byli klapperami. A praca to niewdzięczna, ciężka i nieprzynosząca kokosów. Trzeba było sporego samozaparcia, żeby pracować tak kilka dobrych lat. Wędrowali po prowincjonalnych drogach objuczeni wypełnionymi towarem ciężkimi walizami, często brodząc w błocie. Budzili niechęć miejscowych, bo odbierali im zajęcie i radzili sobie lepiej niż oni. Dlatego w roku 1941 powstał pomysł, aby, kiedy skończy się wojna, zmusić Żydów do opuszczenia Kostaryki. Nigdy do tego nie doszło dzięki determinacji jednego z nich, Romana Rowińskiego, który zaalarmował dyplomację polską i amerykańską. Dlaczego zatem harowali tak ciężko? Łatwo zgadnąć - aby uciułać dolary potrzebne do sprowadzenia żon i dzieci pozostawionych w Polsce. Z czasem niektórzy dorabiali się na tyle, że mogli założyć niewielki sklep w mieście, zwykle w San Jose, stolicy Kostaryki. Zawsze to lepsze niż bycie klapperem, chociaż też żadne kokosy. Nadal mieszkali w biedniejszych dzielnicach, gdzie osiedlali się tacy jak oni.

Czas wreszcie odpowiedzieć na pytanie - skąd polscy Żydzi wzięli się w Kostaryce? W kraju, o którym wiedzieli niewiele albo zgoła nic. Odpowiedź z jednej strony jest oczywista, z drugiej niekoniecznie. Oczywista, bo stanowili przecież część wielomilionowej żydowskiej emigracji do Ameryki, która rozpoczęła się w drugiej połowie XIX wieku. Pisał o tym zjawisku Martin Pollack w swojej znakomitej książce „Cesarz Ameryki”, której tematem był eksodus z Galicji. No dobrze, ale dlaczego do Kostaryki, kraju niewielkiego, o którego istnieniu, jak wspomniałam, na ogół nie mieli pojęcia? Pierwszy, Max Fischel, zjawił się tam w roku 1892 przez przypadek – kiedy wracał z Kolumbii do Stanów Zjednoczonych, gdzie mieszkał razem z rodzicami, którzy przed laty opuścili rodzinny Będzin, zachorował na żółtą febrę. Musiał opuścić statek, a przypadek sprawił, że stało się to właśnie w  Kostaryce. Max nigdy nie zajmował się handlem obwoźnym, w Stanach skończył studia medyczne, był dentystą. Potem w swojej nowej ojczyźnie stworzył istniejącą do dziś sieć aptek. Następni przybyli dużo później, w latach dwudziestych zeszłego wieku. Docierali do Kostaryki, ale także do Gwatemali, Panamy, Paragwaju, Kolumbii, na Kubę, ponieważ w roku 1921 Stany Zjednoczone wprowadziły kwoty dla imigrantów, w roku 1930 to samo zrobiła Argentyna, w której już od początku wieku narastały nastroje antysemickie i antyimigranckie, dochodziło nawet do zamieszek i pogromów. Przybyszów obwiniano o brak pracy, rosnącą przestępczość i spadek moralności. Żydów dodatkowo utożsamiano z anarchistami i bolszewikami. Wielu docierających do Kostaryki padało ofiarą nieuczciwych naganiaczy, którzy wmawiali im, że stamtąd do Ameryki, czytaj Stanów, dostaną się bez trudu pieszo przez zieloną granicę. Niezorientowani stawali się łatwym celem oszustów. Kolejna fala żydowskich emigrantów to lata powojenne. Trafiali tu  ocaleni z Zagłady. Jedna z bohaterek książki nazywa ich smutną emigracją. Obie grupy, przedwojenna i powojenna, żyły osobnym życiem. Ci pierwsi patrzyli na tych drugich z góry, bo nie orientowali się w miejscowych warunkach. Często mieli też wyrzuty sumienia, że nie sprowadzili w odpowiednim czasie całej rodziny, a tylko żonę i dzieci. Czasem dlatego, bo tylko dla nich starczyło pieniędzy na bilet, ale czasem z innych przyczyn, na przykład z powodu rodzinnych animozji. W takim przypadku tym bardziej gryzło ich sumienie.

Pisze też Anna Pamuła w swojej książce o sprawach przykrych. O  antysemityzmie, który wypychał Żydów z Polski, o świadomej polityce państwa, które w żadnym przypadku nie utrudniało takich wyjazdów, a właściwie nawet do nich zachęcało, szczególnie na terenach, gdzie Żydzi dominowali. Robiono za to wszystko, aby w kraju zatrzymać Polaków. Autorka wspomina również o dzisiejszej niepamięci o naszych żydowskich sąsiadach i powolnym procesie odzyskiwania ich historii. Wiele w tym reportażu opowieści niesamowitych, losy niektórych bohaterów to materiał na fascynującą powieść albo na filmowy scenariusz. Czyta się takie historie jednym tchem.

Nie sposób uciec oczywiście od bardzo aktualnych refleksji. W trakcie lektury tej książki, widać jak na dłoni, że historia się powtarza. Zjawisko emigracji jest stare jak świat. I od zawsze towarzyszą mu te same lęki, obawy, ta sama niechęć do imigrantów. Że odbiorą pracę, że wzrośnie przestępczość, bo przybywają samotni mężczyźni, że będą agitować za bolszewizmem i anarchizmem (teraz miejsce bolszewików i anarchistów zajęli islamiści), a potem podkładać bomby (o tym ostatnim zjawisku pisze Martin Pollack w swojej książce). Dziś krzyczymy, nie przyjmujmy imigrantów zarobkowych, tylko uchodźców. A kim byli tamci imigranci? Owszem, uciekali przed antysemityzmem, ale przede wszystkim przed biedą. Wierzyli, że gdzieś  w dalekim świecie będzie im łatwiej i lepiej. Nie było, szczególnie na początku. Czekała na nich trudna podróż, mozolna, ciężka praca, nieznany, egzotyczny kraj, w którym niełatwo było się odnaleźć. Dziś podobny los jest udziałem imigrantów z Afryki, którzy często uciekają przed biedą. Naiwnie wierzą, że Europa to raj. Nie zdają sobie sprawy z trudów podróży, nie myślą o tym, że mogą jej nie przeżyć. Wielu twierdzi, że gdyby wiedzieli, jak jest naprawdę, nie zdecydowaliby się na wyjazd. Bohaterom reportażu Anny Pamuły było chyba jednak łatwiej. Przynajmniej sama podróż nie stwarzała aż takiego ryzyka. Z wywiadu z autorką wiem, że książka powstawała kilka dobrych lat, ale wydana teraz wstrzeliła się w swój czas.

 

Filmowe remanenty - "Frantz", "21 x Nowy Jork"

Dziś filmowe remanenty – jedna nowość, „Frantz” Francoisa Ozona, i jedna zaległość, dokument „21 x Nowy Jork” Piotra Stasika.

Nie mam jakiegoś specjalnego nabożeństwa do Francoisa Ozona. Owszem, zawsze kiedy na ekrany wchodzi jego kolejny film, przyglądam mu się bacznie, ale niekoniecznie oglądam. Z tych, które widziałam, właściwie tylko dwa zostały na trwałe w mojej pamięci. Pierwszy to „Czas, który pozostał” - niezwykle smutna opowieść o spełnionym zawodowo młodym człowieku, który nagle dowiaduje się, że jest śmiertelnie chory i nie powiadamia o tym nikogo. Dojmująca opowieść o samotności. Drugi to „Schronienie”, historia młodej narkomanki, która pod wpływem tragicznych wydarzeń próbuje wyjść z nałogu. Inne filmy albo wydały mi się przekombinowane, albo nie były niczym więcej niż ubranym w efektowny kostium bzdetem („Osiem kobiet”), albo po prostu nie zostawiły śladu w mojej pamięci. Ale na „Frantza” postanowiłam się wybrać - zainteresował mnie temat, a nagłówek recenzji, który rzucił mi się w oczy, był zachęcający. Muszę przyznać, że film obejrzałam z prawdziwym zainteresowaniem. To historia rozgrywająca się początkowo w niewielkim niemieckim mieście kilka lat po zakończeniu pierwszej wojny światowej. Rany i traumy są wciąż świeże, rodziny opłakują swoich zmarłych. Ze śmiercią  syna wciąż nie potrafi się pogodzić miejscowy lekarz, trochę lepiej radzą sobie jego żona i Anna, narzeczona, która codziennie odwiedza  grób ukochanego. Nieoczekiwanie dla wszystkich na cmentarzu zaczyna pojawiać się młody Francuz. Kim jest? Dlaczego przychodzi na grób Frantza? Wkrótce okaże się, że był jego przyjacielem. I lepiej nie wiedzieć więcej, bo przyjemność, jaka płynie z oglądania, wynika z tego, że widz do końca jest stale zaskakiwany. Ta historia jest niczym cebula – pod jedną warstwą jest następna, potem kolejna i jeszcze jedna. Kiedy śledząc w serii krótkich retrospekcji historię znajomości Frantza i Adriena, byłam pewna dalszego ciągu, wkrótce okazało się, jak bardzo się myliłam. Kiedy po niecałej godzinie doszłam do wniosku, że dalej nic nie ma prawa mnie zaskoczyć, bo historia będzie już do bólu przewidywalna, znowu okazało się, że nie mam racji. Potem zaskoczenie goni zaskoczenie. Tyle przyjemności, bo przecież nie jest to historia wesoła. To film o nieprzewidywalności uczuć, ich pogmatwaniu, ale przede wszystkim o bezsensie wojny. O tym, że jej konsekwencją jest nie tylko śmierć, ale i nienawiść niszcząca ocalonych. I także o tym, że wojna nagle czyni z ludzi wrogów, że ten przysłowiowy brat staje przeciwko bratu. No i jeszcze o tym, że  zawiesza prawa moralne i narzuca własne. Czy żołnierza, który na froncie zabił wroga można nazwać mordercą? Dramat pokazany w filmie Ozona znamy doskonale i z ekranu, i z literatury. Ale na zakończenie do tej beczki miodu muszę dodać łyżkę dziegciu. Otóż moim zdaniem "Frantz" jest tylko pięknym bibelotem. Opowiada ładnie, elegancko o bolesnych, poważnych sprawach. Bo trudno tak naprawdę, do głębi, do bebechów przeżyć tę historię. Trudno się wzruszyć, trudno zapłakać. Być może jest tak dlatego, że decydując się na czarno-białe zdjęcia tylko czasem zmącone kolorem, reżyser sprawił, że jego film przypomina stare, czarno-białe zdjęcie sprzed wielu lat. Obejrzymy je chętnie, z nostalgią, może się zadumamy, ale to wszystko. Mimo tych uwag warto wybrać się na „Frantza”.

Z lekkim opóźnieniem wybrałam się na dokument Piotra Stasika „21 x Nowy Jork”, o którym już dawno słyszałam. Tym razem padłam ofiarą mojej zasady – im mniej o filmie wiem, tym lepiej. Gdybym wcześniej wysłuchała rozmowy z reżyserem, gdybym więcej poczytała, pewnie nie poszłabym do kina. Czego innego oczekiwałam. Spodziewałam się tradycyjnego dokumentu – dwudziestu jeden historii z Nowym Jorkiem w tle. Tymczasem filmowi Piotra Stasika bliżej do filmu poetyckiego, arthousowego niż do rasowego dokumentu. Muszę przyznać, że długo nie mogłam przełamać bariery, wciągnąć się w zaproponowaną przez reżysera konwencję. Drażnił mnie sposób pokazywania świata, miałam wrażenie przerostu formy nad treścią. Przeszkadzały mi głosy z offu, przeszkadzało, że z tego powodu nie potrafię rozpoznać bohaterów, przyjrzeć się im, skupić uwagi na ich opowieściach. Irytowały mnie niektóre wypowiedzi, bo wydały mi się po prostu głupie i pretensjonalne. Zdaję sobie sprawę, że to, co mnie przeszkadzało, podoba się krytykom, bo film jest raczej wysoko oceniany. Z drugiej strony może dobrze się stało, że nieświadoma, co zobaczę, do kina jednak poszłam. Bo chociaż film mnie irytował, to nadal go czuję. Przede wszystkim pozostała we mnie dojmująca samotność bohaterów, którzy uparcie szukają bliskiej relacji, a najczęściej nic im z tego nie wychodzi. Ich związki są krótkie, bywają ranieni, ale nie rezygnują. Muszę z pokorą przyznać, że najprawdopodobniej film działa właśnie dzięki klaustrofobicznej, chaotycznej, nachalnej formie. Chociaż pojedyncze historie gdzieś się gubią, ma się ciągłe wrażenie chaosu, to pozostaje odczucie smutku, przygnębienia. Z takimi wrażeniami opuszczałam kino. Ponieważ jednak film nie dawał mi spokoju, nie umiałam go sobie jakoś poskładać, po powrocie do domu odsłuchałam w radiu rozmowę z Piotrem Stasikiem i z irytacją stwierdziłam, że nie do końca odczytałam intencje reżysera. W jego zamyśle obraz Nowego Jorku, jaki pokazał, nie jest aż tak bardzo pesymistyczny. Dlaczego? Zdradzać nie będę. Niech każdy interpretuje film po swojemu, a potem warto skonfrontować się ze zdaniem twórcy.

 

Ziemowit Szczerek "Międzymorze. Podróże przez prawdziwą i wyobrażoną Europę Środkową"

Ucieszyłam się bardzo, kiedy gruchnęła wieść, że Ziemowit Szczerek wydaje kolejną książkę. Tym razem to „Międzymorze. Podróże przez prawdziwą i wyobrażoną Europę Środkową” (Czarne, Agora 2017). Zachwyciłam się przecież najpierw „Tatuażem z tryzubem”, a potem jego pierwszą książką „Przyjdzie Mordor i nas zje”. Nie ja jedna, obie miały świetne recenzje, potwierdzeniem były liczne nominacje do rozmaitych nagród, a wreszcie Paszport Polityki w roku 2013. Dlatego teraz też obiecywałam sobie bardzo dużo. I chociaż czytało mi się najnowszą książkę Szczerka świetnie, to refleksje mam mieszane.

Po początkowym zachwycie spowodowanym poczuciem, że wchodzę w literacki świat doskonale mi znany, zaczęłam mieć wątpliwości. Drażniło mnie skakanie z tematu na temat, czasem wydawało mi się, że autor pisze o niczym, czasem, że niektóre teksty, te najnowsze, są po prostu niedopracowane. Miałam wrażenie, że brakuje im tej lekkości, tego poczucia humoru, tej zadumy, tego  językowego wyrafinowania połączonego z luzem, które znałam z dwóch poprzednich książek. Wtedy, nawet jeśli pisał pozornie o niczym, jeśli chwytał drobne, nieistotne szczegóły dnia codziennego, byłam zachwycona. Ale to, co w tamtych książkach zachwycało, tu drażniło, robiło wrażenie nachalnej powtórki. Te wszystkie szyldozy, tynkozy, plastikozy, dobudozy, nadformia, Poniemiecje (na wzór Poradziecji, która kiedyś wydawała mi się taka odkrywcza), te wszystkie przekleństwa, ten wykoncypowany językowy luz. To, co piszę, jest oczywiście bardzo subiektywne, ale przecież takie jest każde odczytanie książki. Może po prostu „Międzymorze” trafiło na mój zły moment, może takie pisanie już mi się przejadło, a może rzeczywiście nie ma w nim tamtej finezji? Czy gdybym teraz sięgnęła choćby do fragmentów poprzednich reportaży Szczerka, też by mnie irytowały?

A jednak sporo się z jego najnowszej książki dowiedziałam. Wstyd przyznać, ale ja tego tytułowego Międzymorza, które autor przemierza od lat z takim zachwytem, po prostu nie znam. Mnie ciągną inne klimaty, dlatego te zapiski z podróży, bo tak każe je Szczerek traktować, pozwoliły mi odbyć przynajmniej podróż zapośredniczoną. Najbardziej przykuły moją uwagę te fragmenty, w których autor skupia się dłużej na jednym kraju – na Słowacji, Litwie, Łotwie, Estonii, Łużycach. Kiedy dorzuci coś z przeszłości, napisze o problemach współczesnych, doda jakąś smaczną scenkę (chociaż z tymi scenkami jest właśnie najgorzej, niektóre bywają niestety po prostu banalne), puści wodze fantazji i snuje historię alternatywną. Ale w żadnym wypadku nie jest to wykład historyczny, bardziej gawęda. Tu mu się coś przypomni, tam coś innego, więc rzuci garść historycznych informacji podanych kolokwialnym językiem. A wszystko niezobowiązująco. Trudno też peregrynacje Szczerka osadzić jednoznacznie w czasie, bo to bardziej wspomnienia niż dziennik podróży, dlatego nie padają żadne daty, tylko czasem z kontekstu możemy domyślić się, jakiego okresu opowieść dotyczy.

A całość podporządkowana jest jednemu zamysłowi – Szczerek przykłada do tego wyimaginowanego Międzymorza lupę i zastanawia się, czy taka wyobrażona wspólnota w ogóle istnieje, jak chcieliby politycy. Co łączy te wszystkie kraje od Niemiec po Ukrainę, od Serbii po Estonię? Kiedy mija się granice, które autora tak bardzo fascynują, długo nic się nie zmienia, ani krajobraz, ani architektura, mogłoby się wydawać, że one nie istnieją, że ustanowiono je sztucznie. Dlaczego akurat w tym miejscu, a nie trzy kilometry dalej? A jednak różnice są, nawet wielka słowiańska rodzina narodów jest mitem. Serbowie, prawosławni, znać tam wpływy tureckie, Chorwaci, katolicy,  ciągną w stronę Zachodu. Na jednym miejscu bardziej odcisnęło się piętno niemieckie - to Czechy (Jakie one słowiańskie? - wątpi Szczerek), a z kolei Słowacja jest wiejska, katolicka i bardziej wschodnia. Jeszcze inne są Węgry. A Rumunia? A co dopiero mówić o krajach bałtyckich. Przecież i one nie stanowią jedności. Estończycy śmieją się z Łotyszów, lgną do Skandynawii. Nawet jednej Litwy nie ma!

Wiele w pisaninie Szczerka ciekawego, a szczególnie opowieści o przeszłości, o tym, jak się wszystko ze sobą mieszało, jak na siebie oddziaływało. Na te dociekania nakłada Szczerek spostrzeżenia najnowsze. Patrzy na Międzymorze w momencie buntu. Buntu peryferii przeciwko europejskiemu centrum. Co nam tam jakaś Europa będzie mówiła, jak mamy żyć, jak się urządzać. My mamy swoje reguły, swoje zasady, co nie przeszkadza nam tę Europę finansowo doić. I tak bawimy się z nią, naiwną, w kotka i myszkę. I tak ją ogrywamy, żeby nie powiedzieć dosadniej, co by w tym miejscu pewnie lepiej pasowało. I tak z demokracji krok po kroku zostaje nam tylko wydmuszka. Ale i w takiej postawie nie ma jedności, na szczęście, bo na przykład państwa bałtyckie, patrzą na Polskę z politowaniem i próbują przeczekać, aż nam to szaleństwo minie.

Mimo wielu wątpliwości, jakim tu dałam wyraz, nie żałuję, że „Międzymorze” przeczytałam. Sporo dzięki tej zapośredniczonej podróży odkryłam.

 

Martin Pollack "Skażone krajobrazy", "Topografia pamięci"



Od dawna zamierzałam wrócić do książek Martina Pollacka, austriackiego reportera, dziennikarza, pisarza, eseisty, od czasu studiów slawistycznych bardzo mocno związanego z Polską. Po raz pierwszy usłyszałam o nim, kiedy wydana została jego książka „Śmierć w bunkrze”, w której w bezkompromisowy sposób zmierzył się z przeszłością swojej rodziny, a szczególnie swojego ojca, członka gestapo, zbrodniarza wojennego. Zginął, kiedy próbował nielegalnie przekroczyć granicę, aby uciec do Ameryki Południowej. Potem czytałam jego artykuły i książki, „Po Galicji” i „Cesarza Ameryki”. Obie znakomite, a druga, opowieść o zjawisku masowej zarobkowej emigracji z Galicji na przełomie wieku XIX i XX, to lektura obowiązkowa. Galicja jest tematem szczególnie bliskim Pollackowi. Od jakiegoś czasu na mojej wirtualnej półce książek oczekujących na przeczytanie istniały sobie dwie kolejne - najpierw pojawiły się „Skażone krajobrazy” (Czarne 2014; przełożyła Karolina Niedenthal), stosunkowo niedawno (2017) w tym samym wydawnictwie w tym samym tłumaczeniu „Topografia pamięci”. Spotkanie autorskie z Martinem Pollackiem ostatecznie zmobilizowało mnie, aby spośród wielu książek cierpliwie czekających na swój czas wybrać właśnie te dwie. Przeczytałam je jedna po drugiej i był to bardzo dobry pomysł, bo obie ze sobą korespondują. Pierwsza, dłuższy esej, mogłaby równie dobrze być częścią "Topografii pamięci", zbioru tekstów Pollacka ukazujących się przez ostatnie lata w prasie. Niektóre z nich nawiązują do tematu „Skażonych krajobrazów”.
W tym eseju Martin Pollack wydobywa na wierzch zapomniany albo zamieciony pod dywan fakt, że ziemie Europy Środkowej pełne są masowych, bezimiennych grobów, skrzętnie i celowo ukrytych przez tych, którzy dokonywali egzekucji i mordów. To groby z czasów pierwszej i przede wszystkim drugiej wojny światowej. O niektórych wiemy, to sprawy głośne - Katyń, Babi Jar, Treblinka, Bełżec, fakt istnienia innych znany jest tylko w najbliższej okolicy, o jeszcze innych już prawie nikt nie pamięta. Umierają ostatni świadkowie, którzy i tak niechętnie dzielili się swoją wiedzą. Dla mnie odkryciem był fakt, że pełna masowych grobów jest Słowenia, gdzie w gęstych lasach, w jaskiniach, w skalnych rozpadlinach znajduje się ponad sześćset takich miejsc. Także Austria. Co to znaczy w tym wypadku masowy? Kim były ofiary? Kim sprawcy? Masowy to na przykład nawet sto tysięcy ciał albo ponad dziewięćdziesiąt (tysięcy) w pięćdziesięciu siedmiu dołach w lesie Lisinice pod Lwowem, który dziś jest miejskim parkiem. Jak głęboki musiał być taki dół? Jak szeroki? Jak trzeba było dobrać miejsce, aby potem je sprytnie zamaskować? Kto go kopał? Często ofiary albo miejscowa ludność, której los w takim wypadku też był już przesądzony. A ofiary? Żydzi, odpowiemy. Tak, ale nie tylko. Także polscy oficerowie (Katyń), Białorusini, Słoweńcy, Cyganie i wielu innych. A mordercy? Faszyści, odpowiemy. Tak, ale też nie tylko. Nie zapominajmy, że niektóre z tych masowych grobów to czas pierwszej wojny światowej. W innych leżą ludzie zamordowani przez partyzantów Tity. Oskarżono ich o kolaborację z Niemcami. Ale nie każdy leżący w takim dole rzeczywiście był sympatykiem hitlerowców. Nikt się nad tym nie zastanawiał, nie dzielił włosa na czworo, stosowano odpowiedzialność zbiorową. Takimi bezimiennymi, masowymi grobami bywały rzeki, na przykład Dunaj, gdzie faszyści wrzucali zwłoki mordowanych Żydów.
Dlaczego Martin Pollack od lat zajmuje się tym tematem, często prowadząc prywatne śledztwa? Chce przywrócić symboliczną pamięć zapomnianym ofiarom i uświadomić tym, którzy go czytają i słuchają, że piękny krajobraz kryje często straszne tajemnice. Stąd to tytułowe skażenie. Za tym idzie kolejne pytanie – jak żyć w takim miejscu? Nie ma dobrej odpowiedzi. Większość tych grobów już pewnie nigdy nie zostanie odkryta, a my często nie uświadamiamy sobie, że chodzimy po cmentarzysku.
Druga książka, jak napisałam, znakomicie korespondująca ze „Skażonymi krajobrazami”, to zbiór rozmaitych tekstów połączonych wspólnym mianownikiem – pamięcią. Wydobyte z pamięci, można by powiedzieć, albo jak w tytule „Topografia pamięci”. Martina Pollack krąży wokół swoich ulubionych tematów – Galicji, wojen, historii rodzinnej, kolejny raz pisze o swoim ojcu. Dzieciństwo, które chociaż przypadło na czas drugiej wojny i surowe lata tuż po jej zakończeniu, we wspomnieniach autora jawi się jako sielskie, fascynujące. Autor opowiada o sąsiadach z Linzu, o wędrówkach z ukochanym dziadkiem. Dopiero jako dorosły dowiedział się, że, jak cała jego rodzina, także ten ukochany dziadek był fanatycznym wyznawcą ideologii faszystowskiej. Poznał też prawdę o swoich sąsiadach, którzy niczym nie różnili się od jego krewnych. Porządne austriackie mieszczaństwo, które nic złego nie widziało w ideologii faszystowskiej, w prześladowaniu Żydów. Na piękną pamięć nakłada się straszna prawda. Jak to połączyć? Jak się z tym zmierzyć? Czy jedno unieważnia drugie? Ale przecież jako mały chłopiec był zachwycony opowieściami dziadka o polowaniach, o wędrówkach po dzikich ostępach, uwielbiał z nim wędrować. Martin Pollack od lat stawia sobie te niewygodne pytania. Czy można pisać ukochany dziadek, ukochana babcia? A przecież ich kochał i do dziś żałuje, że nie zdążył pożegnać się z umierającą babcią, z którą w młodości, kiedy odkrył prawdę, w sposób bezkompromisowy zerwał kontakty.
Punktem wyjścia do kilku esejów są stare zdjęcia. To ulubiona metoda autora. Patrząc bardzo uważnie, tak jak ja niestety nie potrafię, analizuje je, docieka, zastanawia się, jaką scenę przedstawiają, kim byli sfotografowani. To zawsze pretekst do opowiedzenia o szerszym zjawisku. Refleksję o austriackim antysemityzmie wywołują dwa zdjęcia. Jedno, na którym elegancko ubrani Żydzi na klęczkach wśród obojętnego albo zachwyconego tłumu wymazują jakieś napisy z wiedeńskiej ulicy. Drugie to sielski obrazek, na którym troje odświętnie ubranych dzieci, pozując do fotografii, wznosi ręce w geście faszystowskiego pozdrowienia. Inne zdjęcie z czasów pierwszej wojny światowej staje się pretekstem do przypomnienia jej okrucieństwa, o czym w tej części Europy często zapominamy i niewiele wiemy. Niesłusznie. Jeszcze inne eseje są próbą przywrócenia pamięci o zapomnianych ofiarach wojny, na przykład Romach zamordowanych w jakiejś austriackiej wsi.
Wszystkie teksty Pollacka skłaniają do zadumy, do refleksji, zmuszają do myślenia. Niektóre mają być swoistym memento. Pamiętajcie, zło zawsze zaczyna się niewinnie, pełznie podstępnie. Nikt nie wierzy w najczarniejsze scenariusze. To jednostkowe przypadki, mówimy. Nic złego się nie dzieje. Zawsze tak mówiono.

Mo Yan "Żaby"

Chociaż Chiny interesują mnie bardzo i sporo na ten temat czytałam, to nigdy dotąd nie sięgnęłam po prozę chińskiego noblisty Mo Yana, a to dlatego, że, jak słyszałam, jego książki to chiński realizm magiczny, a ja od realizmu magicznego raczej trzymam się z daleka. Tymczasem do lektury jego powieści namówili mnie znajomi zdziwieni moją opinią. Nasza znajomość zaczęła się od książek, także chińskich. Czytałam wtedy „Złotego chłopaka, szmaragdową dziewczynę” Yiyun Li, okazało się, że oni też ją znają i tak od słowa do słowa przegadaliśmy kilka godzin o naszych gustach czytelniczych. To oni polecili mi Mo Yana, szczególnie „Klan czerwonego sorga” i „Żaby”. No i właśnie teraz przeczytałam tę ostatnią powieść (W.A.B. 2014; przełożyła Małgorzata Religa), a za jakiś czas na pewno sięgnę po kolejną.

„Żaby” czyta się znakomicie. To trochę sagi rodzinnej, trochę opowieści o losach przyjaciół wywodzących się z jednej wioski, trochę obraz przemian społecznych. Ale główną bohaterką jest ciotka narratora, Wana Nogi, zwanego też Kijanką. Wan Noga był niegdyś wojskowym kucharzem, potem został dramatopisarzem o pseudonimie Kijanka. Chyba nie osiągnął sukcesu, bo nikt nie wystawia jego sztuk. Jemu zdaje się to nie przeszkadzać. Pragnie napisać dramat o swojej słynnej ciotce, o której opowiada w  listach pewnemu japońskiemu pisarzowi. Nazywa go mistrzem i darzy wielkim szacunkiem. I tak w miarę rozwoju korespondencji poznajemy historię ciotki, samego Wana Nogi, jego rodziny i przyjaciół, a to wszystko na tle historii Chin, od czasów inwazji japońskiej do czasów współczesnych.  Całość kończy sztuka teatralna napisana przez Kijankę zatytułowana „Żaby”. O ile listy, zasadnicza część powieści, jest realistyczna, o tyle dramat ma też elementy fantastyczne, oniryczne. Muszę uczciwie przyznać, że ten ostatni fragment będący komentarzem do opowiedzianych wydarzeń najmniej mi się spodobał.

Kim jest ta ciotka, która tak fascynuje narratora? To słynna na całą okolicę znakomita położna, przez jednych szanowana i uwielbiana, przez innych znienawidzona. Bo położna w Chinach nie tylko przyjmuje porody, ale też  odpowiada za wdrażanie w życie i pilnowanie polityki jednego dziecka, szczególnie jeżeli jest tak wierna partii komunistycznej jak ciotka, która nigdy nie kryła się ze swoimi poglądami, głosiła je z dumą i nawet w czasach rewolucji kulturalnej, poddana seansowi nienawiści, lżona i poniżana, oskarżana o zdradę i szpiegostwo, swoich sympatii do partii się nie wyrzekła. Zasadniczym tematem powieści Mo Yana jest właśnie polityka jednego dziecka. I trzeba przyznać, że  to opowieść fascynująca i przerażająca zarazem. Jak wspomniałam, przeczytałam kilka książek o Chinach, reportaży i esejów, ale w żadnym, poza ogólnikami, autorzy nie poruszali tej tematyki. Dlatego „Żaby” to dla mnie odkrycie kolejnej terra incognita.

No bo co w praktyce kryło się pod pojęciem polityki jednego dziecka? Niby wiadomo, ale jak ten nakaz  egzekwowano? O tym właśnie opowiada powieść Mo Yana. Najpierw jest nawet zabawnie. Takie właśnie są sceny, kiedy ciotka wraz ze swoją ekipą, płynie po rzece łodzią (Wsie, w których toczy się akcja, położone są  nad rzeką.) i nagle z megafonu słychać jej mocny głos apelujący do obywateli, aby pamiętali o polityce jednego dziecka. Ale przecież na apelach się nie kończy. Mężczyzn mimo oporu poddaje się wazektomii, kobietom, też wbrew ich woli, zakłada się spirale. To wszystko prowadzi do licznych tragedii. Dziś konsumpcyjnie nastawione chińskie młode pokolenie, szczególnie mieszkańcy miast, łatwiej godzi się z taką polityką, już zresztą złagodzoną, ale kiedyś, zwłaszcza na wsi, te nakazy budziły opór. Nie tylko chodziło o to, aby mieć więcej dzieci, najważniejsze było posiadanie syna, bo tylko on zapewnia kontynuację rodu. Na wszelkie sposoby próbowano obejść obowiązujące prawo, a jeśli się komuś udało, do akcji znowu wkraczała bezwzględna ciotka i jej pomocnicy. Robili wszystko, aby kobietę zmusić do aborcji. W każdy możliwy sposób - szantażem, groźbą, siłą. Ciotka, dzięki której na świat przyszły tysiące dzieci, jednocześnie tyle samo albo więcej unicestwiła, najczęściej wbrew woli ich matek, czasem też ojców. Dlatego im starsza, tym ma większe wyrzuty sumienia. To, co robiła, zaczyna ją prześladować. Nieurodzone dzieci wracają do niej w różny sposób. Szuka potwierdzenia słuszności swojej życiowej drogi, no bo co by było z Chinami, gdyby nie polityka jednego dziecka? Co by było z Ziemią? Jak zawsze w takich sytuacjach, nie ma dobrej odpowiedzi – to, co dobre w skali makro, niekoniecznie jest dobre dla pojedynczego człowieka.

Ale „Żaby” mają więcej bohaterów. To także opowieść o życiu narratora, Kijanki, i jego szkolnych przyjaciół. Jednym się udało, osiągnęli sukces, stali się biznesmenami, wysłali dzieci na studia, nawet zagraniczne, inni są życiowymi rozbitkami. A w tle historia Chin – wielki głód, rewolucja kulturalna, powolne przemiany, wreszcie Chiny współczesne, tak inne od tych dawnych. Obraz tego co dziś nie jest wcale optymistyczny. Wioska zmieniła się w wielkie miasto, w którym buduje się nowoczesne osiedla, często to atrapy miast europejskich, nierzadko w dużej części puste, rzekę uregulowano, wszędzie turystyczny gwar, komercja, nawet religia się temu poddaje. Ludzie gonią za pieniędzmi, wdają się w nieuczciwe biznesy, liczy się blichtr i konsumpcja, warczą na siebie, są agresywni, nieżyczliwi. Ten niewesoły obraz współczesności i tragiczne wydarzenia z przeszłości łagodzone są gawędziarskim, lekkim tonem, jakim Kijanka snuje swoją opowieść. Dlatego czasy wielkiego głodu czy rewolucji kulturalnej nie przerażają jakoś specjalnie. To, co czytałam na ten temat w innych książkach, było niewyobrażalnie dramatyczne. Czy to cena, jaką płaci Mo Yan za to, że publikuje swoje powieści w Chinach? Przez niektórych nazywany jest wszak reżimowym pisarzem.

 

Stefan Hertmans "Głośniej niż śnieg"

Tak się złożyło, że kiedy zachwycona czytałam książkę niderlandzkiego pisarza Stefana

Hertmansa „Wojna i terpentyna”, o której pisałam kilka notek temu, właśnie wydawnictwo Marginesy wydało jego kolejną powieść „Głośniej niż śnieg” (2017; przełożyła Alicja Oczko). Niewiele myśląc, kupiłam (akurat trafiła się promocja) i niesiona entuzjazmem niemal natychmiast po nią sięgnęłam. Niestety tym razem się zawiodłam. To zupełnie inna proza, proza, za jaką nie przepadam, żeby nie powiedzieć, jakiej nie lubię. Czytając, miałam bardzo mieszane uczucia. Przyjemność lektury, tak, tak, była i przyjemność, mieszała się ze zniecierpliwieniem, znudzeniem i ... z ciekawością. Nie raz miałam ochotę dać sobie spokój z tą książką, ale jednak bardzo chciałam wiedzieć, jak to wszystko się skończy. I nie chodziło tylko o to, co się stanie, ale także o to, jak do tego dojdzie.

W jednej z recenzji przeczytałam, że „Głośniej niż śnieg” to trochę Browna i trochę Houellebecqa. Ponieważ nie znam ani jednego, ani drugiego (tak, tak, nie znam żadnej powieści Houellebecqa), trudno mi to zweryfikować. Zakładam, że Juliusz Kurkiewicz, autor rzeczonej recenzji, wie, co pisze. Prawdopodobnie Hertmans nawiązuje do swego francuskiego kolegi po piórze świadomie, skoro jedną z części rozpoczyna motto będące cytatem z jego książki. Swoją drogą w żadnej z trzech recenzji, do jakich z ciekawości zerknęłam, nie znalazłam głębszej analizy tego faktu. Czy diagnozy Hertmansa są podobne? Czy to polemika? A może zabawa albo tylko wykorzystanie popularności Houellebecqa? Z wiadomych względów rozstrzygnąć nie mogę.

Hertmans połączył w swojej powieści sensacyjną fabułę ze spojrzeniem na zamożnych europejskich mieszczuchów. Bohaterem książki jest John de Vuyst, redaktor pracujący w wydawnictwie. Nagle coś dziwnego zaczyna dziać się wokół niego. Dostaje białe koperty zaadresowane w nieznanym języku, do wydawnictwa trafia książka, która wydaje mu się stekiem bredni. Kiedy zaczyna serfować po internecie w poszukiwaniu wiadomości związanych z jej treścią, psuje się komputer,  w  mieszkaniu pojawiają się tajemnicze czerwone kulki, a wreszcie ktoś zaczyna go nękać i prześladować. Podobny los spotyka Margę, jego żonę, z którą właśnie się rozstał. Zbieg okoliczności goni zbieg okoliczności. Jednocześnie światem wstrząsa seria dramatycznych i bardzo krwawych zamachów. Czy to wszystko przypadek, czy terrorystyczny spisek, w który z niewiadomych przyczyn zostają zamieszani John i jego żona? Intryga oparta jest na historii Chazarów, ludu pochodzenia tureckiego, który od VI wieku naszej ery zamieszkiwał ziemie między Morzem Kaspijskim, Kaukazem i Krymem. Przyjmuje się, że Chazarowie świadomie między VIII a IX wiekiem przeszli na judaizm. Jedna z teorii głosi, że Żydzi aszkenazyjscy to ich potomkowie.

Ponieważ Hertmans nie jest pisarzem pokroju Dana Browna, a sensacyjna intryga to tylko pretekst, miłośnicy literatury wyłącznie sensacyjnej nie powinni zabierać się za lekturę powieści „Głośniej niż śnieg”, bo się po prostu znudzą. Nie ten typ prowadzenia narracji. Owszem, chwilami intryga wybija się na pierwszy plan, ale tylko chwilami. Bo poza tym pisarz miesza narracje, punkty widzenia, psychologizuje, prowadzi rozważania na temat sytuacji Izraela, współczesnego antysemityzmu, muzyki barokowej. Partie realistyczne, które dominują, mieszają się z onirycznymi i fantastycznymi. Nie wiadomo, co bohaterów spotyka naprawdę, a co jest snem. A już zakończenie miłośników literatury spod znaku Dana Browna nie dość, że rozczaruje, to w dodatku na pewno znudzi. Mnie w powieści niderlandzkiego pisarza przeszkadzały dwa aspekty. Pierwszy to mieszanie realizmu z elementami fantastycznymi. Ja po prostu nie lubię wszelkiej fantastyki, i tej naukowej, i tej spod znaku fantazy, nie dla mnie realizm magiczny, nie przepadam też za groteską, chociaż tę ostatnią jeszcze jakoś trawię. Właśnie dlatego dotąd nie sięgnęłam po żadną powieść przywoływanego tu kilkakrotnie Houellebecqa. Oczywiście to nie znaczy, że nie ma wyjątków. Bez trudu mogłabym tu przytoczyć kilka, a może kilkanaście tytułów, które lubię, czasem nawet bardzo. Choćby „Mistrz i Małgorzata” Bułhakowa, Lem, „Hobbit” i pierwsza część „Władcy pierścienia” Tolkiena (w połowie drugiej odpadłam). Ale dość tej dygresji, wracam do Hertmansa. Drugi aspekt, który przeszkadza mi w jego powieści, to wątek sensacyjny, o którym tu tyle pisałam. Przyznam, że nieco mnie nudził, a poza tym nie nadążałam za intrygą, co być może nie najlepiej o mnie świadczy. W pewnym momencie wszystko zaczęło mi się mieszać.

Za to zainteresowała mnie warstwa obyczajowa powieści, jej klimat. Bohaterowie Hertmansa to wolne elektrony. Są samotni, cyniczni, nie potrafią nawiązać bliższych relacji, zadowalają się przypadkowymi znajomościami, które sprowadzają właściwie tylko do seksualnych przygód. John musi zmierzyć się z pierwszymi oznakami starzenia się, z przewlekłą chorobą. Nie potrafi się z tym pogodzić. Jest zmęczony, zniechęcony, praca go nudzi, nic nie interesuje. Tylko seks sprawia mu przyjemność. Wolność, z której bohaterowie korzystają, nie przynosi im szczęścia. Są wypaleni. Poczucie pustki, braku sensu wzmaga choroba a potem śmierć matki Johna. Nie znajduje ukojenia ani w religii, ani w rodzinie. Pogrzebowe ceremonie i rytuały są mu obce, niezrozumiałe. Z rodzeństwem nie łączy go żadna więź. Przygnębiający nastrój potęguje koszmarna pogoda w dniu pogrzebu. Żałobnicy ślizgają się w błocie, są przemoknięci i zmarznięci, a trumna niczym statek pogrąża się w wodzie, którą wypełniony jest grób. Nie wiadomo czy śmiać się, czy płakać. Ale nikomu nie jest do śmiechu, scena pogrzebu nie ma w sobie nic z groteskowego humoru, jaki cechuje na przykład prozę Pilcha, który w jednej ze swoich powieści opisuje podobne perypetie. Nawet pożegnania ojca z umierającą matką, czego John jest świadkiem, ogrom ich miłości, jeśli przynosi oczyszczenie, to tylko na chwilę. Dostrzega przede wszystkim tragiczny wymiar tej wzruszającej sceny. Zamachy, po początkowym szoku, bohaterowie zaczynają traktować jak jeden z elementów rzeczywistości. Po wysłuchaniu wiadomości, po obejrzeniu kilku krwawych zdjęć zobojętniali wracają do życiowej rutyny, zwyczajnych przyjemności, do których już dawno przywykli. Osacza ich jakieś niejasne zagrożenie potęgujące  niepokój. Niby taka diagnoza nie jest niczym odkrywczym, a jednak została dość sugestywnie nakreślona.

W internecie natknęłam się na wywiad z tłumaczką Hertmansa, Alicją Oczko, dlatego wiem, że jeszcze w tym roku Marginesy wydadzą jego trzecią powieść, a przekład kolejnej właśnie powstaje. Czy je przeczytam? Pewnie mimo wszystko tak. Wszak „Wojna i terpentyna” mnie zachwyciła.

 

"Aquarius"

Takiej posuchy filmowej nie pamiętam od lat. Tej wiosny w kinie byłam zaledwie kilka razy, a przecież zdarza mi się w ciągu weekendu obejrzeć nawet dwa filmy. Dlatego mój blog chwilowo powinien zmienić tytuł na czytam, no bo przecież prawie nic nie oglądam. A lato jak zwykle nie zapowiada się szczególnie atrakcyjnie. No ale na szczęście wreszcie pojawił się film, na który czekałam. To brazylijski "Aquarius" z fenomenalną Sonią Bragą w roli głównej. Już samo oglądanie aktorki, przyglądanie się stworzonej przez nią postaci sprawia ogromną przyjemność. Sonia Braga jest w tym filmie magnetyczna, mimo wieku piękna, fascynująca. Chociaż temat jest poważny - walka głównej bohaterki, Clary, z biznesmenami, którzy chcą ją zmusić do sprzedaży mieszkania - jest to film, który znakomicie się ogląda. O takich filmach mówię, że są ładne w oglądaniu, podoba mi się też inne określenie, przyznaję, nie moje, - film dla ludzi. Tak, to mądry, świetnie zrealizowany, pięknie sfotografowany film dla ludzi. Koniecznie muszę podkreślić, że wbrew temu, co znajduje się w opisach "Aquariusa", twórcy poruszają tu znacznie więcej tematów. To nie tylko historia zmagań Clary z wielkim, krwiożerczym biznesem. A wisienką na torcie jest znakomite zakończenie, które sprawiło mi dziką radość. Koniecznie trzeba się wybrać na ten niezwykle kolorowy film. A kto już widział, może czytać ciąg dalszy. Zapraszam.

 

Filmowa Clara to postać niezwykle fascynującą. Jest jednocześnie silna i delikatna. Doskonale wie, czego chce, potrafi postawić na swoim, może irytować uporem, jakby była głucha na wszelkie racjonalne argumenty. Nie boi się powiedzieć, co myśli, nawet wobec dzieci bywa brutalnie szczera. Ale jednocześnie jest życzliwa dla ludzi, wrażliwa na ich problemy, serdeczna, lubiana, podziwiana. Otacza się książkami, płytami, muzyka to jej namiętność, nie tylko słucha, ale przy tym tańczy, podśpiewuje. Jest barwnym ptakiem. Mimo wieku, Clara ma sześćdziesiąt pięć lat, Sonia Braga o dwa lata więcej, wygląda pięknie, nawet zmysłowo, czasem jej twarz wydaje się starsza, innym razem nie różni się niczym od młodej kobiety, ale zawsze fascynuje. Patrzyłam na nią z ogromną przyjemnością. A do tego jeszcze nosi kolorowe stroje, powłóczyste spódnice, bawełniane tuniki, czasem białe bluzki.

Poświęcam tyle uwagi wyglądowi Clary, ponieważ wydaje mi się niezwykle ważny. Bo jednym z tematów tego filmu jest opowieść o bardzo dojrzałej kobiecie. W Polsce mówi się często, że kobiety po pięćdziesiątce stają się niewidoczne, tak są traktowane, tak się czują. Zawsze mnie to dziwi, jakoś nie do końca w to wierzę, ludzie żyją dziś dłużej, starość przesuwa się gdzieś w okolice siedemdziesiątki albo i osiemdziesiątki. Ale dość tej dygresji, wracam do filmu - Clara jest kobietą po sześćdziesiątce i korzysta z życia pełnymi garściami. Owszem, kiedy trzeba, zajmuje się wnukiem, ale nie w ten sposób się realizuje. Z przyjaciółkami chodzi na tańce, bez skrępowania rozmawiają o mężczyznach i seksie. Kiedy facet jej się podoba, jest gotowa spędzić z nim noc. I prawdopodobnie wylądowaliby w łóżku, gdyby nie fizyczny defekt Clary - jest po mastektomii, o czym lojalnie uprzedza przygodnego znajomego, a wtedy on elegancko się wycofuje. Dupek, chciałoby się powiedzieć. Teraz, kiedy o tym piszę, przyszło mi na myśl, że przecież Clarę stać na rekonstrukcję piersi. Jeśli jej nie zrobiła, to prawdopodobnie dlatego, że nie przywiązuje do tego wagi, mimo że wygląd jest dla niej bardzo istotny. Może to kolejny dowód jej siły, a na pewno poczucia własnej wartości - taka jestem i taką mnie akceptujcie, jeśli nie, to wasz problem. Ale Clara pragnie seksu, pobudzona widokiem orgii odbywającej się w opuszczonym mieszkaniu dzwoni po młodego faceta, który świadczy kobietom takie usługi. Co ciekawe, nie oburza się, nie gorszy (orgią), tylko realizuje swoje potrzeby. Jeśli ktoś widział film Pawła Borowskiego "Zero", może pamięta podobną scenę - mocno dojrzała kobieta, grana przez Marię Maj, korzystała z usług chłopaka na telefon. Podobne nie oznacza w tym wypadku tego samego. Tam wszystko było raczej żenujące i przykre. Miałam wrażenie, że oboje czuli do siebie obrzydzenie i pogardę. Tu jest zupełnie inaczej. Mimo że to seks za pieniądze, jest namiętny, a różnica wieku też nie stanowi problemu. Kiedy oglądałam film, miałam wrażenie, że Clara, chociaż otoczona ludźmi, w głębi duszy czuje się samotna i pragnie miłości, ale teraz, kiedy pisząc, przeżywam jej historię na nowo, już nie jestem tego taka pewna. Może nie miłość jej jest potrzebna, może chodzi tylko o seks? Może wystarczy jej pamięć o zmarłym mężu? Może lubi swoją samotność? 

To wszystko sprawia, że film jest bardzo zmysłowy. Podkreślam, wszystko - bo również kolory, uroda wnętrz, uroda bohaterki, barwne stroje, sposób  filmowania Clary (jak pięknie śpi w hamaku!) i świata, plaża, a nawet budynek, o który toczy się walka. Bohaterka jest uosobieniem radości życia, ona umie je smakować, cieszyć się drobnymi przyjemnościami, na przekór wszystkiemu. Kiedy jednak czyta się opis filmu, ma się wrażenie, że "Aquarius" opowiada o czymś innym - o walce Clary z bezwzględnym światem biznesu. Tak, to też temat, ale tylko jeden z kilku. Clara nie jest typową ofiarą bezwzględnego dewelopera, brazylijskiego czyściciela kamienic. Ma pieniądze, posiada pięć mieszkań, a biznesmeni przedstawiają jej bardzo korzystną finansowo ofertę. Ale ona nie chce się wyprowadzać, wbrew zdrowemu rozsądkowi. Wszyscy, łącznie z dziećmi, próbują ją przekonać, żeby przyjęła propozycję. Bo głupio nie skorzystać z takiej okazji, bo niebezpiecznie, bo została tam sama, bo i tak jest pewnie bez szans, i tak będzie musiała ustąpić, ponieważ deweloper zatruje jej życie. Przyznam, że ja też nie do końca rozumiałam jej upór, po prostu bałabym się mieszkać sama w tak dużym domu (w małym zresztą też). Dlaczego ona się upiera? Możemy się tylko domyślać. Może chodzi o sentyment do mieszkania, z którym jej rodzina związana była od lat, a może o chęć ocalenia pięknego, starego budynku. Na nadmorskiej promenadzie już takich nie ma, jak okiem sięgnąć w górę pną się szklane, strzeliste, nowoczesne wieżowce, na miejscu Aquariusa ma stanąć kolejny, podobny, drapacz chmur bez duszy i bez serca. Może chodzi o jedno i drugie? A może przyczyna jest jeszcze inna - choćby chęć przeciwstawienia się bezwzględnym biznesmenom. Jak wspomniałam, początkowo nie rozumiałam jej uporu, w miarę jednak jak deweloperzy pokazywali swoją prawdziwą twarz, stawali są coraz bardziej bezwzględni, cyniczni, zaczęłam podzielać jej stanowisko. A już zachowanie tego młodego, jego lisi uśmieszek, triumfalizm, pogarda dla Clary, dla jej wieku, doprowadziło mnie do furii. Dlatego z prawdziwą radością, z dziką satysfakcją przyjęłam zakończenie. Zemstę Clary. Scena, kiedy z walizki wyrzuca kawałki drewna z termitami, na długo pozostanie w mojej pamięci. Jeden z lepszych finałów, jakie widziałam.

Popularne posty