Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Martin-Pollack-Po-Galicji, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Martin-Pollack-Po-Galicji, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

Katarzyna Bielas "Tropiciel złych historii. Rozmowa z Martinem Pollackiem"

Każda książka ma swój czas, tak było i tym razem. Po przeczytaniu "Kobiety bez grobu. Historii mojej ciotki" Martina Pollacka, przypomniałam sobie, że w głębinach mojego czytnika leży wywiad Katarzyny Bielas z jej autorem - "Tropiciel złych historii. Rozmowa z Martinem Pollackiem" (Czarne 2018). Pomyślałam, że to najlepszy moment, aby po niego sięgnąć. I rzeczywiście nie pomyliłam się. To pozycja obowiązkowa dla wszystkich, którzy z uwagą śledzą dorobek Martina Pollacka, ale też znakomity punkt wyjścia, aby rozpocząć przygodę z twórczością tego arcyciekawego austriackiego publicysty, eseisty, pisarza. Ktoś, kto zna jego książki, znajdzie tu oczywiście nawiązanie do nich, ale dowie się bardzo dużo o życiu ich autora, o jego warsztacie pracy, o związkach z Polską, o poglądach, a wreszcie o nim samym - jakim jest człowiekiem. Co ważne i Katarzyna Bielas, i jej rozmówca nie unikają tematów trudnych, niewygodnych i na pewno nie wszystkie strony osobowości pisarza, nie wszystkie jego życiowe wybory i decyzje muszą spodobać się czytelnikom. Taki jestem, tak postąpiłem i nie będę udawał, że jest inaczej - zdaje się mówić. Te słowa nie padają oczywiście w wywiadzie, ale taki wniosek wyciągam po lekturze. Dodam jeszcze, że czyta się ją znakomicie.

Zacząć muszę od tego, kim jest Martin Pollack. To wyjaśnienie dla tych, którzy nigdy nie zetknęli się z jego nazwiskiem, z jego twórczością i z jego arcyciekawą, ale arcytrudną historią rodzinną. Otóż ten austriacki pisarz jest synem nazisty, zbrodniarza wojennego, który zginął kilka lat po wojnie zastrzelony przez człowieka nielegalnie przeprowadzającego go przez granicę. To niejedyna czarna owca w rodzinie pisarza. Jego ojciec nie wziął się znikąd. Zdeklarowanymi nazistami byli dziadkowie Martina Pollacka i inni krewni. Do końca życia nie wyparli się swoich poglądów, mało tego, uważali się za ofiary wojny, bo przez kilka powojennych lat ponosili konsekwencje swojej postawy. Potem jednak z czyśćca wyszli i do końca życia byli szanowanymi obywatelami, jakby nic się nie stało. To zresztą część większego procesu, jaki toczył się w Austrii. Austriakom szybko udało się przekonać siebie i Europę, że są ofiarami wojny, a nie współwinnymi. W takiej atmosferze wychowywał się Martin Pollack. O tym między innymi pisał w swoich książkach "Śmierć w bunkrze", w której po raz pierwszy tak szeroko opowiedział historię ojca oraz rodziny, i w ostatniej - "Kobieta bez grobu. Historia mojej ciotki", która też jest opowieścią o rodzinie i o historii Dolnej Styrii, krainy przechodzącej z rąk do rąk, gdzie mieszał się i rywalizował ze sobą żywioł słoweński i niemiecki.

Te sprawy w oczywisty sposób zajmują sporo miejsca w rozmowie Katarzyny Bielas z Martinem Pollackiem, który opowiada nie tylko o powstawaniu książki o ojcu, o tym, czego dowiedział już po jej opublikowaniu, o planach napisania o ciotce Pauline (to tytułowa kobieta bez grobu; rozmowa zamieszczona w "Tropicielu złych historii" jest wcześniejsza, książka, jak wiadomo, już powstała), ale przede wszystkim o sprawach trudnych. Jedną z nich jest swoista dwoistość, jakiej niemal przez całe swoje życie doświadcza - bo z jednej strony bardzo kochał dziadka, mile wspomina chwile, jakie spędzał z nim w dzieciństwie, z drugiej kiedy poznał jego historię i poglądy, wiedział, jak podle potrafił się zachować. Jak oddzielić jedno od drugiego? Miłość do dziadka, sielskie dziecięce wspomnienia od świadomości, jakim był człowiekiem? Czy to możliwe? Dziś inaczej patrzy na swoją decyzję zerwania kontaktów z babcią, żałuje, że nie zdążył się z nią pożegnać przed śmiercią. Uważa, że powinien oczywiście wyraźnie zaakcentować swoje poglądy, wyrazić niezgodę z poglądami jej i innych członków rodziny, a potem nie poruszać tych trudnych tematów. Po prostu rozmawiać o tysiącu innych spraw, o których rozmawia się w rodzinie. Która postawa lepsza? Nie mnie oceniać, bo nigdy na szczęście nie byłam w podobnej sytuacji, a przecież podziały wśród bliskich na tle różnicy poglądów i polaryzacji postaw to w dzisiejszej Polsce codzienność wielu ludzi. Oczywiście pamiętajmy o zachowaniu proporcji. 

Najtrudniejszy temat, jaki wypłynął w trakcie rozmowy, to, moim zdaniem, postawa Martina Pollacka wobec pewnego przyjaciela rodziny, który miał za sobą podobną przeszłość jak jego ojciec i żył ze zmienioną tożsamością. Katarzyna Bielas stawia pytanie, dlaczego go nie wydał. Pisarz, wyjaśniając swoją postawę, ma świadomość, że być może postąpił źle i zdaje sobie sprawę, że wielu ludzi jego zachowanie może ocenić krytycznie. Tym bardziej, że wielokrotnie piętnuje taką postawę Austriaków, czemu daje wyraz w rozmowie, ale również w swojej twórczości. Bo jego twórczość to często odkrywanie trudnych, zapomnianych, przemilczanych historii. Przywracanie pamięci o ludziach, o których zapomniano, którzy leżą w anonimowych grobach, którzy grobów nie mają. Ale Martin Pollack nie kreuje się na kogoś, kto wie lepiej, dlatego nie ma też jednej odpowiedzi na pytanie, co zrobić z taką niewygodną, trudną wiedzą o swoich przodkach. On o ich przeszłości głośno opowiada, ale nie uważa, że każdy musi.

Kto poznał historię pisarza, pewnie zastanawia się, jak to się stało, że człowiek wychowany w takiej rodzinie, w Austrii, gdzie podobnych historii wiele, stał się odszczepieńcem, kimś zupełnie innym. Czy jego losy mogły potoczyć się zupełnie inaczej? To pytanie oczywiście musi paść i pada. Martin Pollack dopuszcza możliwość, że mógłby wyznawać podobne wartości jak jego krewni. Co go zmieniło? Eksperymentalna szkoła z internatem w górach, do której razem z bratem zostali wysłani. To tam, w tym dziwnym miejscu, poznał cudzoziemców, to tam zainteresował się literaturą, tam zobaczył, że można inaczej myśleć, tam jest też źródło jego bardzo lewicowych poglądów, jakie wyznawał w młodości. Ciekawe, że także szkole przypisuje równie wielką rolę w kształtowaniu poglądów dziadka i jego braci, o czym pisze w swojej najnowszej książce.

Martin Pollack opowiada Katarzynie Bielas o bardzo wielu ciekawych sprawach, część z nich sygnalizowałam już we wstępie. Dużo miejsca zajmuje oczywiście Polska, gdzie studiował polonistykę i pracował jako korespondent prasowy, sporo mówi o swoim zainteresowaniu literaturą oraz kulturą Ukrainy i Białorusi, o zainteresowaniu Galicją, która stała się tematem jego dwóch znakomitych książek - debiutanckiej "Po Galicji" i późniejszej -  "Cesarza Ameryki"  oraz wielu innych tekstów, o pasji zbierania starych zdjęć i widokówek, które stają się często inspiracją dla tematów, jakie porusza, o życiu na wsi w bliskości z naturą, o swoich zainteresowaniach przyrodniczych i wielu innych sprawach. Ale ja na koniec chciałabym zasygnalizować to, co jest i mnie bliskie, bo odnajduję w tym siebie. Otóż Martin Pollack jest samotnikiem, nie zawsze potrzebuje kontaktu z ludźmi, nawet najbliższymi. Niektórym taka postawa może wydać się niesympatyczna, niezrozumiała, cóż, taki jest i ja to doskonale rozumiem.

Warto przeczytać rozmowę z Martinem Pollackiem, warto czytać jego książki. To postać nietuzinkowa.

Martin Pollack "Skażone krajobrazy", "Topografia pamięci"



Od dawna zamierzałam wrócić do książek Martina Pollacka, austriackiego reportera, dziennikarza, pisarza, eseisty, od czasu studiów slawistycznych bardzo mocno związanego z Polską. Po raz pierwszy usłyszałam o nim, kiedy wydana została jego książka „Śmierć w bunkrze”, w której w bezkompromisowy sposób zmierzył się z przeszłością swojej rodziny, a szczególnie swojego ojca, członka gestapo, zbrodniarza wojennego. Zginął, kiedy próbował nielegalnie przekroczyć granicę, aby uciec do Ameryki Południowej. Potem czytałam jego artykuły i książki, „Po Galicji” i „Cesarza Ameryki”. Obie znakomite, a druga, opowieść o zjawisku masowej zarobkowej emigracji z Galicji na przełomie wieku XIX i XX, to lektura obowiązkowa. Galicja jest tematem szczególnie bliskim Pollackowi. Od jakiegoś czasu na mojej wirtualnej półce książek oczekujących na przeczytanie istniały sobie dwie kolejne - najpierw pojawiły się „Skażone krajobrazy” (Czarne 2014; przełożyła Karolina Niedenthal), stosunkowo niedawno (2017) w tym samym wydawnictwie w tym samym tłumaczeniu „Topografia pamięci”. Spotkanie autorskie z Martinem Pollackiem ostatecznie zmobilizowało mnie, aby spośród wielu książek cierpliwie czekających na swój czas wybrać właśnie te dwie. Przeczytałam je jedna po drugiej i był to bardzo dobry pomysł, bo obie ze sobą korespondują. Pierwsza, dłuższy esej, mogłaby równie dobrze być częścią "Topografii pamięci", zbioru tekstów Pollacka ukazujących się przez ostatnie lata w prasie. Niektóre z nich nawiązują do tematu „Skażonych krajobrazów”.
W tym eseju Martin Pollack wydobywa na wierzch zapomniany albo zamieciony pod dywan fakt, że ziemie Europy Środkowej pełne są masowych, bezimiennych grobów, skrzętnie i celowo ukrytych przez tych, którzy dokonywali egzekucji i mordów. To groby z czasów pierwszej i przede wszystkim drugiej wojny światowej. O niektórych wiemy, to sprawy głośne - Katyń, Babi Jar, Treblinka, Bełżec, fakt istnienia innych znany jest tylko w najbliższej okolicy, o jeszcze innych już prawie nikt nie pamięta. Umierają ostatni świadkowie, którzy i tak niechętnie dzielili się swoją wiedzą. Dla mnie odkryciem był fakt, że pełna masowych grobów jest Słowenia, gdzie w gęstych lasach, w jaskiniach, w skalnych rozpadlinach znajduje się ponad sześćset takich miejsc. Także Austria. Co to znaczy w tym wypadku masowy? Kim były ofiary? Kim sprawcy? Masowy to na przykład nawet sto tysięcy ciał albo ponad dziewięćdziesiąt (tysięcy) w pięćdziesięciu siedmiu dołach w lesie Lisinice pod Lwowem, który dziś jest miejskim parkiem. Jak głęboki musiał być taki dół? Jak szeroki? Jak trzeba było dobrać miejsce, aby potem je sprytnie zamaskować? Kto go kopał? Często ofiary albo miejscowa ludność, której los w takim wypadku też był już przesądzony. A ofiary? Żydzi, odpowiemy. Tak, ale nie tylko. Także polscy oficerowie (Katyń), Białorusini, Słoweńcy, Cyganie i wielu innych. A mordercy? Faszyści, odpowiemy. Tak, ale też nie tylko. Nie zapominajmy, że niektóre z tych masowych grobów to czas pierwszej wojny światowej. W innych leżą ludzie zamordowani przez partyzantów Tity. Oskarżono ich o kolaborację z Niemcami. Ale nie każdy leżący w takim dole rzeczywiście był sympatykiem hitlerowców. Nikt się nad tym nie zastanawiał, nie dzielił włosa na czworo, stosowano odpowiedzialność zbiorową. Takimi bezimiennymi, masowymi grobami bywały rzeki, na przykład Dunaj, gdzie faszyści wrzucali zwłoki mordowanych Żydów.
Dlaczego Martin Pollack od lat zajmuje się tym tematem, często prowadząc prywatne śledztwa? Chce przywrócić symboliczną pamięć zapomnianym ofiarom i uświadomić tym, którzy go czytają i słuchają, że piękny krajobraz kryje często straszne tajemnice. Stąd to tytułowe skażenie. Za tym idzie kolejne pytanie – jak żyć w takim miejscu? Nie ma dobrej odpowiedzi. Większość tych grobów już pewnie nigdy nie zostanie odkryta, a my często nie uświadamiamy sobie, że chodzimy po cmentarzysku.
Druga książka, jak napisałam, znakomicie korespondująca ze „Skażonymi krajobrazami”, to zbiór rozmaitych tekstów połączonych wspólnym mianownikiem – pamięcią. Wydobyte z pamięci, można by powiedzieć, albo jak w tytule „Topografia pamięci”. Martina Pollack krąży wokół swoich ulubionych tematów – Galicji, wojen, historii rodzinnej, kolejny raz pisze o swoim ojcu. Dzieciństwo, które chociaż przypadło na czas drugiej wojny i surowe lata tuż po jej zakończeniu, we wspomnieniach autora jawi się jako sielskie, fascynujące. Autor opowiada o sąsiadach z Linzu, o wędrówkach z ukochanym dziadkiem. Dopiero jako dorosły dowiedział się, że, jak cała jego rodzina, także ten ukochany dziadek był fanatycznym wyznawcą ideologii faszystowskiej. Poznał też prawdę o swoich sąsiadach, którzy niczym nie różnili się od jego krewnych. Porządne austriackie mieszczaństwo, które nic złego nie widziało w ideologii faszystowskiej, w prześladowaniu Żydów. Na piękną pamięć nakłada się straszna prawda. Jak to połączyć? Jak się z tym zmierzyć? Czy jedno unieważnia drugie? Ale przecież jako mały chłopiec był zachwycony opowieściami dziadka o polowaniach, o wędrówkach po dzikich ostępach, uwielbiał z nim wędrować. Martin Pollack od lat stawia sobie te niewygodne pytania. Czy można pisać ukochany dziadek, ukochana babcia? A przecież ich kochał i do dziś żałuje, że nie zdążył pożegnać się z umierającą babcią, z którą w młodości, kiedy odkrył prawdę, w sposób bezkompromisowy zerwał kontakty.
Punktem wyjścia do kilku esejów są stare zdjęcia. To ulubiona metoda autora. Patrząc bardzo uważnie, tak jak ja niestety nie potrafię, analizuje je, docieka, zastanawia się, jaką scenę przedstawiają, kim byli sfotografowani. To zawsze pretekst do opowiedzenia o szerszym zjawisku. Refleksję o austriackim antysemityzmie wywołują dwa zdjęcia. Jedno, na którym elegancko ubrani Żydzi na klęczkach wśród obojętnego albo zachwyconego tłumu wymazują jakieś napisy z wiedeńskiej ulicy. Drugie to sielski obrazek, na którym troje odświętnie ubranych dzieci, pozując do fotografii, wznosi ręce w geście faszystowskiego pozdrowienia. Inne zdjęcie z czasów pierwszej wojny światowej staje się pretekstem do przypomnienia jej okrucieństwa, o czym w tej części Europy często zapominamy i niewiele wiemy. Niesłusznie. Jeszcze inne eseje są próbą przywrócenia pamięci o zapomnianych ofiarach wojny, na przykład Romach zamordowanych w jakiejś austriackiej wsi.
Wszystkie teksty Pollacka skłaniają do zadumy, do refleksji, zmuszają do myślenia. Niektóre mają być swoistym memento. Pamiętajcie, zło zawsze zaczyna się niewinnie, pełznie podstępnie. Nikt nie wierzy w najczarniejsze scenariusze. To jednostkowe przypadki, mówimy. Nic złego się nie dzieje. Zawsze tak mówiono.

Martin Pollack "Cesarz Ameryki. Wielka ucieczka z Galicji"

O książce Martina Pollacka "Cesarz Ameryki. Wielka ucieczka z Galicji" (Czarne 2011; przełożyła Karolina Niedenthal) oczywiście słyszałam już wtedy, kiedy wyszła. Ale najpierw temat nie wydał mi się specjalnie interesujący, potem, kiedy pod wpływem omówień i recenzji zmieniłam zdanie, stale było do czytania coś nowszego, pilniejszego, jeszcze bardziej interesującego. Jak zwykle. I jak zwykle w takich wypadkach, kiedy książki nie kupię od razu, trochę o niej zapomniałam. Aż ostatnio gdzieś przeczytałam albo usłyszałam, że teraz, kiedy bramy Europy szturmują zdesperowani ludzie uciekający przed wojną i biedą, warto sięgnąć po "Cesarza Ameryki" i po "W lesie wiedeńskim wciąż szumią drzewa" Elisabeth Asbrink. Niewiele myśląc, kupiłam obie. Właśnie skończyłam jedną i natychmiast zaczęłam drugą. Zanim jednak podzielę się uwagami o książce, może kilka słów o autorze. Martin Pollack to austriacki pisarz, publicysta i tłumacz. Szczególnie interesują go zagadnienia związane z Europą Środkowo-Wschodnią, a najbliższa mu jest Galicja. Najgłośniejszym echem odbiła się jego "Śmierć w bunkrze. Opowieść o moim ojcu", w której w sposób bezkompromisowy zmierzył się ze świeżo odkrytą historią swojej rodziny, a szczególnie ojca, członka gestapo, zbrodniarza wojennego. Otrzymał za nią w roku 2007 Angelusa. To od niej zaczęłam swoją przygodę z pisarzem. Nie muszę dodawać, że to lektura obowiązkowa. A teraz o "Cesarzu Ameryki".
Tematem książki jest Galicja z przełomu wieków (XIX i XX oczywiście), ale Martin Pollack zajmuje się w niej przede wszystkim problemem masowej emigracji. Galicja to najbardziej zacofany i skorumpowany okręg monarchii austro-węgierskiej. Duży przyrost naturalny i brak ziemi powodują, że wieś galicyjska pogrąża się w nędzy. Małe gospodarstwa dzieli się na jeszcze mniejsze, aby rodzice mogli dać cokolwiek licznym potomkom. Taki spłachetek ziemi nie utrzyma licznej rodziny. Do tego dochodzą jeszcze klęski naturalne, na przykład wielka susza w roku 1889. Trudno się dziwić, że zdesperowani ludzie szukają szczęścia w dalekim świecie. Naiwnie wierzą, że w Ameryce, potem modna stanie się Brazylia, czeka ich praca lekka, łatwa i przyjemna i szybko dorobią się majątku. Szczególnie fantastyczne historie opowiadano o Brazylii, jako że nic o niej nie wiedziano. Niektórym nawet wmówiono, że jest zupełnie niedaleko, dojść tam można piechotą. Naiwni chłopi wierzyli, że na miejscu dostaną piękne domy i ziemię, a pracować nie będą musieli, bo zrobią to za nich ... małpy, którym nie trzeba będzie płacić ani ich żywić, bo same zerwą sobie banany. Rosną tam nawet drzewa, z których spływa  ... mleko. Na miejscu rzeczywistość okazywała się koszmarna. Brazylia rzeczywiście potrzebowała ludzi, ale do katorżniczej pracy w dżungli, na odludziu. Wielu nie przetrwało podróży, nielicznym udało się powrócić do rodzinnej wsi. Zabijał ich klimat, ciężka praca, fatalne warunki. Pollack cytuje fragmenty reportażu Adolfa Dygasińskiego, który wraz z emigrantami odbył podróż do Brazylii. To świadectwo wstrząsające. Na tym tle praca w Ameryce jawi się jak sielanka, chociaż przecież sielanką nie jest, tylko harówką ponad siły przede wszystkim w hutach i stalowniach. Niektórzy wyjeżdżają kilkakrotnie, potem ich śladem podróżują dzieci. Nielicznym się udaje. Osobnym problemem jest los młodych kobiet, które mamione posadą, na przykład służącej, trafiają do domów publicznych. Określa się to zjawisko mianem handlu delikatnym mięsem, bo takim kodem posługiwali się między sobą pośrednicy, aby nie wpaść w ręce policji. Inne określenia to dostawa srebrnych łyżek albo dywanów ze Smyrny, a czasem tylko worów mąki. Masowa emigracja sprawia, że galicyjska wieś się wyludnia. Właściciele ziemscy daremnie apelują do rządu, aby jakoś ten problem rozwiązał.
Popyt rodzi podaż, dlatego wokół emigracji powstał cały przestępczy proceder. Sieć agentów, naganiaczy, pośredników, najczęściej oszustów. W ich sidła wpadali też ludzie przypadkowi. Bywało, że ktoś, kto chciał jechać do Niemiec, siłą był zmuszany do kupienia biletu na statek do Ameryki. Największe rozmiary ten proceder osiągnął w Oświęcimiu, stacji przygranicznej. I na nic się zdały ostrzeżenia, które przekazywali sobie emigranci. Kto znalazł się w Oświęcimiu i tak wpadał w łapy oszustów, a kto próbował przekroczyć granicę w innym miejscu, siłą lub podstępem był zmuszany do zmiany planów. Trudno sobie wyobrazić, jak to wszystko wyglądało, w jaki wyrafinowany sposób działała ta sprawnie naoliwiona machina, w którą zaangażowani byli nawet skorumpowani urzędnicy, czasem wysokiego szczebla, czy policjanci. Pollack szczegółowo opisuje proces najgrubszych ryb związanych z tym procederem, który rozpoczął się w roku 1889 w Wadowicach. Autor wiele uwagi poświęca też samej podróży statkiem i sytuacji w Hamburgu czy Bremie, skąd emigranci wyruszali za ocean. Osobne miejsce zajmuje opowieść o emigracji żydowskiej. Z różnych przyczyn, na rozwinięcie których nie ma tu czasu, sytuacja materialna Żydów w Galicji była jeszcze gorsza niż Polaków, Rusinów czy Słowaków. Do tego dochodził rosnący antysemityzm i pogromy, także w Rosji, skąd napływały rzesze zdesperowanych ocaleńców. Nic dziwnego, że sześćdziesiąt procent emigrantów z Galicji stanowili Żydzi. Ale nic nie jest czarno-białe. Wśród agentów, pośredników i naciągaczy też było ich sporo. Podsycało to jeszcze antysemickie nastroje.
Kiedy dziś czyta się książkę Pollacka, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że wszystko już było, że pewne procesy są stare jak świat. Tak jest z emigracją. Autor pisze o niechęci i strachu przed emigrantami. Brzmi to dosłownie tak jak dzisiaj (a przecież książka ukazała się w Polsce w roku 2011). W mieszkańcach Berlina, Hamburga, Bremy i innych miast masy ubogich, brudnych, biednych ludzi budziły niechęć, obrzydzenie i przerażenie. W Ameryce, do której dopływało ich rocznie pół miliona, bano się chorób, tego, że zabiorą pracę, ale największy był strach przed anarchistami, socjalistami, katolikami, żydami i wszystkimi innymi. Na liście straszaków wysoką pozycję zajmowali Włosi i Irlandczycy. Anarchiści i socjaliści, bo podburzać będą do strajków i podkładać bomby, katolicy natomiast mieli zmienić tożsamość Ameryki, uczynić ją katolicką. Wierzono w spisek samego papieża, który właśnie w tym celu nakłania potajemnie ludzi do wyjazdu. Wznoszono hasła Ameryka dla Amerykanów. Cóż, z jednej strony to wszystko przeraża, z drugiej napawa optymizmem. Dziś Ameryka nie byłaby Ameryką bez Irlandczyków, Włochów, Żydów i innych nacji. A katolicka jakoś się nie stała.
Namawiam do sięgnięcia po książkę Martina Pollacka nie tylko dlatego, że pozwala nabrać dystansu do tego, co dzieje się dziś. Po prostu jest to niezwykle ciekawa, chociaż przerażająca, opowieść o bardzo nam bliskim kawałku Europy.

Martin Pollack "Kobieta bez grobu. Historia mojej ciotki"

Austriacki pisarz, tłumacz, eseista, publicysta Martin Pollack to jeden z tych autorów, których czytam regularnie od momentu, kiedy objawił mi się bardzo głośną książką "Śmierć w bunkrze. Opowieść o moim ojcu", w której odważnie zmierzył się z historią swojej rodziny, a przede wszystkim swojego ojca - zdeklarowanego nazisty, członka gestapo, zbrodniarza wojennego poszukiwanego listem gończym. To dyskusja wokół tej lektury uświadomiła mi, pewnie nie tylko mi, jak Austriacy sprytnie zmistyfikowali swoją historię - w powszechnej świadomości uznawani byli za ofiary drugiej wojny, a ukrywali czy umniejszali swój udział w niej. Dziś świadomość, jak było naprawdę, jest już chyba powszechna. To od "Śmierci w bunkrze" zaczęłam nie tylko sięgać po nowe książki Martina Pollacka, ale systematycznie uzupełniałam zaległości, byłam też przynajmniej dwa razy na spotkaniach z autorem. Przeczytałam znakomitego "Cesarza Ameryki", "Po Galicji", "Skażone krajobrazy" i "Topografię pamięci". Wszystkie godne polecenia. Oczywiste więc było, że sięgnę po najnowszą książkę pisarza - "Kobieta bez grobu. Historia mojej ciotki" (Czarne 2020; przełożyła Karolina Niedenthal).

Tytuł nieco myli. Nie jest to tak naprawdę opowieść o ciotce, a właściwie siostrze dziadka, Pauline Bast, po mężu Drolc, bo po prostu niewiele o niej wiadomo. Tragiczny koniec jej życia, próba odtworzenia jej ostatnich dni, ustalenia, gdzie została pochowana, staje się pretekstem do opowiadania o historii rodziny i Dolnej Styrii, krainy, która przechodziła z rąk do rąk. Zamieszkiwana była przez Austriaków i Niemców, czyli przez ludność niemieckojęzyczną, oraz przez Słoweńców, ale także przez inne narodowości, bo przecież przed pierwszą wojną znajdowała się w granicach Cesarstwa Austro-Węgierskiego. Po jej zakończeniu stała się częścią Królestwa Serbów, Chorwatów i Słoweńców przemianowanego później na Jugosławię, a od inwazji Trzeciej Rzeszy znowu wpływy odzyskali tu Niemcy. W końcu po drugiej wojnie te ziemie stały się ponownie częścią Jugosławii. Dziś należą do Słowenii. Wraz ze zmianą granic zmieniały się nazwy miejscowości - Tuffer, gdzie zamieszkała rodzina Bastów, stawał się Laszkiem, potem na odwrót i tak kilkakrotnie. Zmieniała się też pisownia nazwisk - mąż ciotki Pauline, Słoweniec, raz był Drolcem, raz z niemiecka Drolzem. Oczywiście nie działo się to dobrowolnie, zmiana nazwiska została wymuszona urzędowo. 

Historia Dolnej Styrii jest historią przemocy, symbolicznej i fizycznej, prześladowania tych, którzy akurat nie rządzą, zemsty, odzyskiwania i tracenia wpływów. Okrutni byli jedni i drudzy, po latach trudno rozplątać ten gordyjski węzeł żalów i nienawiści. Kto był winien? Kto zaczął? Dlaczego obie nacje nie mogły żyć pokojowo, szanować swoich praw? Historia się dziwnie plecie. Sąsiedzi, ludność niemieckojęzyczna i Słoweńcy, na poziomie codziennej egzystencji najczęściej żyli ze sobą w zgodzie, ale jednocześnie ci sami sąsiedzi potrafili się wzajemnie prześladować. Na przykład  pomiędzy pierwszą a drugą wojną, kiedy Dolna Styria była częścią Jugosławii, Słoweńcy atakowali Niemców chodzących w swoich narodowych strojach, które stały się przejawem wielkoniemieckiej ideologii. Z kolei ci ostatni lubili prowokować w ten sposób swoich słoweńskich sąsiadów. Sprzyjała temu polityka państwa. Kto rządził, ten z czasem, albo od razu, delegalizował stowarzyszenia zakładane przez mniejszości, usuwał ze stanowisk urzędników i nauczycieli, wprowadzał inne restrykcje. Najtragiczniejsze oczywiście były czasy drugiej wojny i tuż po niej. Prześladowania Słoweńców, działalność partyzantki, zbiorowe egzekucje stosowane przez Niemców w odwecie za akcje zbrojne. Nic dziwnego, że potem role się odwróciły. Ludność niemieckojęzyczna i ci, których uznano za kolaborantów, trafiali do obozu na zamku w Hrastovcu. Nie wszyscy przeżyli ciężkie warunki. 

Kiedy patrzymy w skali makro, myślimy - dokonała się sprawiedliwość, winnych należało ukarać. Kiedy spojrzymy w skali mikro, sprawa się komplikuje. Czym zawiniła Pauline? Dlaczego ją aresztowano? Z przekazów, które się zachowały, wynika, że była kobietą spokojną, cichą, życzliwą, lubianą przez sąsiadów, prawie nie wychodziła z domu, nie popełniła żadnej zbrodni, nie należała do żadnej organizacji, nie interesowała się polityką. Trudno dziś odtworzyć, jakie dokładnie miała poglądy, ale wydaje się, że nie była gorliwą nazistką, być może nawet ta ideologia była jej zupełnie obca. Inaczej niż jej braciom, szczególnie Ernstowi i Rudolfowi - ten drugi to dziadek Martina Pollacka. Paradoks polega na tym, że im niemal włos z głowy nie spadł, po powojennych restrykcjach, które trwały stosunkowo krótko, do końca życia byli szanowanymi adwokatami. Koniecznie trzeba też dodać, że nigdy nie zmienili swoich zapatrywań. Nie widzieli swojej winy i winy swojego narodu, uważali się za ofiary, nie wyrazili skruchy. W takiej atmosferze dorastał Martin Pollack, o czym pisał już w "Śmierci w bunkrze". To kolejny paradoks i przejaw zawiłości ludzkiego losu. Trudno oddzielić od siebie te dwie sprawy. Z jednej strony autor z sentymentem wspomina dzieciństwo, swoją rodzinę, szczególnie dziadka, z którym chodził po górach, łowił ryby, jego fascynujące rodzinne opowieści o życiu w Dolnej Styrii, która jawi się jak raj utracony, z drugiej strony zdaje sobie sprawę z ich poglądów i win, potrafi patrzeć na nich krytycznie i obiektywnie, surowo ocenić.

Po zapoznaniu się z historią rodziny Martina Pollacka trudno oprzeć się refleksji, jak dziwnie układają się ludzkie losy, nawet losy członków tej samej rodziny. Fascynuje też pytanie, jak to się stało, że niektórzy stali się gorliwymi wyznawcami ideologii nazistowskiej, a ojciec autora zbrodniarzem wojennym? Kim byli przodkowie Martina Pollacka? Skąd się wzięli w Dolnej Styrii? Jego pradziadek, Paul Bast, przybył do Tuffel z Nadrenii, tu zbudował dom, który jednoczył rodzinę. To w nim do końca życia mieszkała Pauline, to z jego powodu nie zdecydowała się na wyjazd, co pewnie uratowałoby jej życie. A dzięki koneksjom braci, Ernsta i Rudolfa, mogła to zrobić bez problemu. Jak to się stało, że trzech synów Paula Basta tak bardzo się zradykalizowało, a ich siostry i pozostali bracia nie? Autor dopatruje się przyczyn tego w ich drodze życiowej i środowisku, do którego trafili. Najpierw niemieckie gimnazjum w sąsiednim mieście, potem studia prawnicze w Grazu i przynależność do antysemickiej, nacjonalistycznej korporacji studenckiej Germania. Częścią jej kultury było wdawanie się w pojedynki, atakowanie Żydów, Słowian i Włochów, dumne obnoszenie blizn i niemieckiego honoru. Konsekwencjami takiej postawy były styl życia, na przykład polowania, a potem przynależność do nielegalnej w Austrii NSDAP. Bracia byli pod silnym wpływem nacjonalistycznego, antysemickiego, antykatolickiego ruchu Georga von Schonerera i zwolennikami przyłączenia Austro-Węgier do Wielkiej Rzeszy. To ich ukształtowało, tu tkwią korzenie ich poglądów. Pozostałe dzieci Paula Basta, które się nie kształciły, nie przesiąkły ideologią wielkoniemiecką i nazistowską. Jedna z sióstr wyszła za mąż za Chorwata, druga za chorwackiego Żyda. Rodzina się rozproszyła od Chorwacji po Austrię (Amstetten). A jednak mimo dzielących ich odległości i poglądów utrzymywali ze sobą bliski kontakt. O dziwo problemem nie był nawet siostrzeniec, którego ojcem był Żydem. Tak dziwnie plotą się ludzkie losy.

Książki Martina Pollacka zawsze są pretekstem do zadumy nad dziwnością i komplikacją świata, nad przypadkowością ludzkich losów, stanowią też ostrzeżenie, jak łatwo się zradykalizować i zbłądzić. Autor jest do bólu szczery, rozgrzebuje rany, odkrywa tajemnice przeszłości. Bardzo ciekawa to opowieść o dawnym życiu, obyczajach, o rodzinie i o krainie, gdzie mieszały się narodowości i języki. Ale Dolna Styria to przecież tylko przykład. Takich miejsc o skomplikowanej historii jest na świecie wiele. Co nie pozwala sąsiadom mówiącym różnymi językami żyć w pokoju? Kto miesza im w głowach? Te pytania unoszą się nad tą bardzo ciekawą i mądrą książką.

Martin Pollack "Po Galicji"

Dziś krótko, na marginesie, o książce Martina Pollacka, która nosi długaśny podtytuł O chasydach, Hucułach, Polakach i Rusinach. Imaginacyjna podróż po Galicji Wschodniej i Bukowinie, czyli wyprawa w świat, którego nie ma. (Czarne 2007). Przypomniałam sobie o niej niedawno i nagle zapragnęłam natychmiast przeczytać. Niemało trudu włożyłam, aby ją zdobyć, ale udało się (Jak się przy okazji dowiedziałam, wkrótce ma zostać wznowiona.).
Dzięki autorowi, znawcy literatury słowiańskiej i historii Europy Wschodniej, który wydał kilka książek o tej tematyce, odbyłam i ja bardzo interesującą podróż koleją od Przemyśla do Czerniowiec na Bukowinie, a potem inną trasą do Lwowa. Przeniosłam się w wiek XVIII i XIX, w czasy kiedy Galicja była częścią monarchii austro-węgierskiej. Stereotyp, że ten obszar to kraj biedy, analfabetyzmu, pijaństwa, masowej emigracji za ocean, małych, zabłoconych a latem zakurzonych sztetli okazał się prawdziwy. A mimo to Galicja wykreowana przez autora na kartach książki jest fascynującą krainą zamieszkiwaną przez mieszankę narodowości różnych wyznań, krainą kilku bogatych miast, dzikiej, wspaniałej przyrody.
Wiele tu zaskoczeń. Choćby takie, że w pewnym okresie Galicja była czwartym na świecie producentem ropy, a wydobywano ją w okolicach Drohobycza. Dotąd to galicyjskie miasteczko kojarzyło mi się tylko z Schulzem i jego "Sklepami cynamonowymi". A takich odkrywczych i ciekawych informacji jest tu dużo, dużo więcej. Słowem kolejne spotkanie z nieznanym, kolejne odkrycie. Polecam!

Monika Sznajderman "Pusty las"

"Pusty las" Moniki Sznajderman (Czarne 2019) to nowość, która już nowością być przestała. Brzmi paradoksalnie, ale paradoksem wcale nie jest. Po prostu kupiłam ją dość szybko po premierze, nie przeczytałam od razu, tak się dzieje najczęściej, bo książki nabywam napadowo po kilka na raz, a potem przez kilka tygodni nic. No więc jak zwykle w międzyczasie pojawiały się inne nowości, z rzadka sięgałam też po tytuły z głębin czytnika, a "Pusty las" czekał, aż wreszcie przyszedł jego moment, właściwie sama nie wiem, dlaczego akurat teraz. Najważniejsze, że w końcu go przeczytałam, a lektura sprawiła mi ogromną przyjemność, chociaż jest to książka nostalgiczna, melancholijna, opowiadająca o pogmatwanej, często tragicznej, historii. No i wiadomość z ostatniej chwili - znalazła się wśród dwudziestu tytułów nominowanych do Nike.

Skąd się wziął "Pusty las" i o który konkretnie pusty las chodzi? Kiedy zadaję takie pytanie, wydaje mi się ono czysto retoryczne, no bo myślę sobie, że przecież każdy miłośnik literatury o najnowszej książce Moniki Sznajderman na pewno słyszał. W gruncie rzeczy zdaję sobie jednak sprawę, że tak wcale być nie musi, bo przecież nowości wychodzi tyle, że trudno nadążyć. A więc wracam do mojego pytania - skąd się wziął "Pusty las"? Przynajmniej z dwóch powodów. Z miłości autorki do Beskidu Niskiego, w którym mieszka już ponad czterdzieści lat razem z mężem Andrzejem Stasiukiem. Stąd przecież wzięła się nazwa wydawnictwa - Czarne, od wioski, w której przez jakiś czas mieszkali. I powód drugi ściśle związany z tym pierwszym. Monika Sznajderman chciała przywołać pamięć o swoich sąsiadach, bo jak pisze w książce - ona może tu mieszkać dlatego, że ich tu nie ma. Oczywiście należy rozumieć to symbolicznie, bo przecież gdyby dawni mieszkańcy Wołowca, Czarnego, Łosi, Ropicy, Zdyni i wielu innych miejscowości Beskidu Niskiego nadal w nich żyli, to nic nie stałoby na przeszkodzie, aby autorka osiedliła się w jednej z tych miejscowości. Zgaduję jednak, że przyciągnęła ją właśnie pustka i dzikość tych terenów, a puste i dzikie stały się w wyniku powojennych wysiedleń do Związku Radzieckiego, akcji Wisła i Zagłady. Bo Beskid Niski przed drugą wojną i wcześniej był gęsto zaludniony. To dlatego las wokół Wołowca i innych miejscowości jest pusty. Należałoby właściwie napisać, że dlatego w ogóle jest. Bo w czasach kiedy tętniło tu życie, kiedy rozwijał się przemysł naftowy, lasy karczowano. Tak jednak się dzieje, że gdy ludzie znikają, przyroda natychmiast wypełnia pustkę po nich. Zarastają łąki i hale, stare cmentarze, opuszczone, popadające w ruinę domy. Z czasem tylko bardzo wprawne oko jest w stanie dostrzec, że w tym miejscu był kiedyś sad, a w tamtym wejście do domu. 

Żeby uświadomić sobie tę pustkę, niech przemówią liczby. Przed drugą wojną w Wołowcu, gdzie ostatecznie po kilkukrotnej zmianie miejsca osiedliła się autorka, mieszkało blisko osiemset osób. Po wojnie, która tych terenów jakoś szczególnie nie doświadczyła - nie dotyczy to oczywiście ludności żydowskiej - w wyniku przesiedleń do Związku Radzieckiego zostało około stu. Reszty dokonano z akcją Wisła. W jej wyniku nie został właściwie nikt. Udało się tylko pojedynczym rodzinom. Tak stało się z w całym Beskidzie Niskim. Potem, pod koniec lat pięćdziesiątych czy w latach sześćdziesiątych, wrócili nieliczni. Bo trudno stale zaczynać od nowa, szczególnie jeżeli tam, gdzie ich przymusowo osiedlono, urodziły się dzieci, które wrosły w nowe miejsce. To dlatego las jest pusty, to dlatego las jest. To dlatego Monika Sznajderman może tam mieszkać. To dlatego chciała spłacić dług i postanowiła przywołać pamięć o swoich dawnych sąsiadach, których nigdy nie spotkała.

Kim byli mieszkańcy tych terenów? Nazywano ich różnie - Rusińcami, Rusnakami, Odwicznymi albo po prostu Ukraińcami. W powszechnej świadomości najbardziej przyjęło się, że są Łemkami. Skąd przybyli? Jaka jest ich tożsamość? Tu teorii jest kilka. Autorka przytacza je w książce. I opowiada, a właściwie lepiej pasuje tu słowo snuje, historię tych terenów i ludzi, którzy je  zamieszkiwali. Bardzo często skrupulatnie przywołuje ich imiona i nazwiska, o ile to tylko możliwe, śledzi ich losy, wyobraża sobie, jak żyli, jak się krzątali, jak kochali, rodzili dzieci i umierali. Wielokrotnie powtarza zdanie - Lubię wyobrażać sobie .... albo Lubię sobie myśleć ...... (Cytaty z zawodnej pamięci.) I tak toczy się opowieść o pogromach, zarazach, na które, bywało, czekali kilka miesięcy, bo wieść niosła, że nadchodzą z dalekiej Rosji, o klęskach nieurodzaju, o biedzie, która kazała emigrować do dalekiej Ameryki, o czym pisał Martin Pollack w znakomitej, arcyciekawej książce "Cesarz Ameryki. Wielka ucieczka z Galicji", na którą autorka się powołuje, o boomie naftowym, o tragicznej dla tych terenów pierwszej wojnie, o krótkim czasie Drugiej Rzeczpospolitej, wreszcie o drugiej wojnie, która sprawiła, że zniknęli mieszkający w Beskidzie Niskim Żydzi, w końcu o niby dobrowolnych przesiedleniach do Związku Radzieckiego. Piszę niby, bo rzeczywiście zapisywał się na wyjazd ten, kto chciał, ale kiedy to zrobił mamiony opowieściami, jak to cudownie będzie mu w nowej ojczyźnie, odwrotu już nie było. Wtedy w brutalny sposób, nie patyczkując się, zmuszano do wyjazdu. A szybko rozeszła się wieść, że raj rajem wcale nie jest i wielu chciało zrezygnować. Nie wiedzieli, że i tak czekałby ich los wygnańców, bo wkrótce miała się zacząć niesławna akcja Wisła. 

Oczywiście nie tylko nieszczęścia przytrafiały się mieszkańcom tych terenów. One zdarzają się co jakiś czas, poza tym toczy się normalne życie. Praca w rozwijającym się przemyśle naftowym,  w gospodarstwie, przy wycince drzew, wypasanie owiec. I codzienne krzątactwo - sprzątanie domu i obejścia, gotowanie, pranie, troska o domowników i domowe zwierzęta, plewienie, sianie, zbieranie. W tym miejscu nie mogę powstrzymać się od przytoczenia pięknego cytatu:  .... świat bowiem przemija z każdą chwilą, następują po sobie pokolenia, ktoś rodzi się, a ktoś umiera, codzienna oswojona zagłada. Nie widzimy tego, póki życie toczy się leniwie i spokojnie, póki są zwykłe radości, smutki i zmartwienia, ale niekiedy czas zagęszcza się i przyspiesza, śmierć idzie ławą, jak fala, jak lawina, zabiera na równi młodych i starych, i mówi się wtedy, że jest nieludzka, okrutna. Jakie mądre, jakie trafne, jakie aktualne, jak ładnie napisane. Nie zawsze na śmierci się kończy, nieraz takie zagęszczenie i przyspieszenie czasu niesie zmianę radykalną, niestety niekoniecznie na lepsze.

Ale "Pusty las" jest czymś więcej niż tylko pięknie i wrażliwie  opowiedzianą historią mieszkańców Beskidu Niskiego. To także historia autorki. Opowieść o jej miłości do tych terenów, o fascynacji nimi, o miejscach, w których tu mieszkała, o trudnościach, z jakimi się zmagała, a które, jak to bywa, z perspektywy czasu wydają się tylko romantyczne. Wreszcie jest to opowieść o codzienności, o krzątactwie, o stwarzaniu domu i o wędrówkach po okolicy. Chociaż nigdy nie byłam w Beskidzie Niskim, w czasie lektury powstawał  w mojej wyobraźni. Te pusty lasy, te drogi, potoki, rzeczki, łąki, pozarastane cmentarze, zniszczone cerkwie i domy, zdziczałe sady. Monika Sznajderman znakomicie o tym pisze, tak plastycznie, że aż chciałoby się rzucić to całe miejskie życie i uciec, i zamieszkać w tej pustce, i zapomnieć o świecie, o tych wszystkich problemach, zmartwieniach. No ale zaraz przychodzi otrzeźwienie - przecież to tylko piękna iluzja i jednak nie mam w sobie aż takiej determinacji i siły woli, aby ją zrealizować, no i jestem stuprocentowym człowiekiem miasta. A poza tym czas przecież cyklicznie się zagęszcza, przyspiesza i nie ma takiej dziury, takiej pustki, gdziebyśmy mogli się przed fatum schować. Ale na tym polega siła dobrej literatury, że tak mami i zwodzi, pozwala się przenieść tam, gdzie nas nie ma, chociaż na chwilę. 

Piękna, mądra, ciekawa i ważna książka. Taka, która odkrywa nieznane, albo znane słabo, światy. Ale to proces bolesny, bo nie lubimy pamiętać o trupach w naszej szafie, a Monika Sznajderman chcąc przywrócić pamięć o dawnych mieszkańcach Wołowca, Czarnego, Łosi, Ropicy, Olchowca, Zdyni i wielu innych wiosek, musi te trupy z szafy powyjmować. Lektura obowiązkowa.

Anna Pamuła "Polacos. Chajka płynie do Kostaryki"

Nie miałam zamiaru sięgać po reportaż „Polacos. Chajka płynie do Kostaryki” napisany przez nieznaną mi Annę Pamułę. Wprawdzie wydało go moje ukochane Czarne (2017), ale przecież nie kupuję każdej książki, która się u nich ukazuje. Jednak, jak to często bywa, wysłuchałam rozmowy z autorką i zachęcona postanowiłam przeczytać. No i nie żałuję. Trzeba przyznać, że Anna Pamuła trafiła na bardzo ciekawy i słabo istniejący w powszechnej świadomości, albo wręcz nieznany, temat. Opowiada historię kostarykańskich Polacos. Czytelnik, który uważnie przeczytał tytuł, być może domyślił się, że chodzi o polskich Żydów. Tak rzeczywiście jest. To słowo do dziś oznacza w Kostaryce  Żyda i ... obwoźnego handlarza, ponieważ większość żydowskich imigrantów przybywających do tego albo do innego kraju Ameryki Południowej na początku imała się takiego właśnie zajęcia. Byli klapperami. A praca to niewdzięczna, ciężka i nieprzynosząca kokosów. Trzeba było sporego samozaparcia, żeby pracować tak kilka dobrych lat. Wędrowali po prowincjonalnych drogach objuczeni wypełnionymi towarem ciężkimi walizami, często brodząc w błocie. Budzili niechęć miejscowych, bo odbierali im zajęcie i radzili sobie lepiej niż oni. Dlatego w roku 1941 powstał pomysł, aby, kiedy skończy się wojna, zmusić Żydów do opuszczenia Kostaryki. Nigdy do tego nie doszło dzięki determinacji jednego z nich, Romana Rowińskiego, który zaalarmował dyplomację polską i amerykańską. Dlaczego zatem harowali tak ciężko? Łatwo zgadnąć - aby uciułać dolary potrzebne do sprowadzenia żon i dzieci pozostawionych w Polsce. Z czasem niektórzy dorabiali się na tyle, że mogli założyć niewielki sklep w mieście, zwykle w San Jose, stolicy Kostaryki. Zawsze to lepsze niż bycie klapperem, chociaż też żadne kokosy. Nadal mieszkali w biedniejszych dzielnicach, gdzie osiedlali się tacy jak oni.

Czas wreszcie odpowiedzieć na pytanie - skąd polscy Żydzi wzięli się w Kostaryce? W kraju, o którym wiedzieli niewiele albo zgoła nic. Odpowiedź z jednej strony jest oczywista, z drugiej niekoniecznie. Oczywista, bo stanowili przecież część wielomilionowej żydowskiej emigracji do Ameryki, która rozpoczęła się w drugiej połowie XIX wieku. Pisał o tym zjawisku Martin Pollack w swojej znakomitej książce „Cesarz Ameryki”, której tematem był eksodus z Galicji. No dobrze, ale dlaczego do Kostaryki, kraju niewielkiego, o którego istnieniu, jak wspomniałam, na ogół nie mieli pojęcia? Pierwszy, Max Fischel, zjawił się tam w roku 1892 przez przypadek – kiedy wracał z Kolumbii do Stanów Zjednoczonych, gdzie mieszkał razem z rodzicami, którzy przed laty opuścili rodzinny Będzin, zachorował na żółtą febrę. Musiał opuścić statek, a przypadek sprawił, że stało się to właśnie w  Kostaryce. Max nigdy nie zajmował się handlem obwoźnym, w Stanach skończył studia medyczne, był dentystą. Potem w swojej nowej ojczyźnie stworzył istniejącą do dziś sieć aptek. Następni przybyli dużo później, w latach dwudziestych zeszłego wieku. Docierali do Kostaryki, ale także do Gwatemali, Panamy, Paragwaju, Kolumbii, na Kubę, ponieważ w roku 1921 Stany Zjednoczone wprowadziły kwoty dla imigrantów, w roku 1930 to samo zrobiła Argentyna, w której już od początku wieku narastały nastroje antysemickie i antyimigranckie, dochodziło nawet do zamieszek i pogromów. Przybyszów obwiniano o brak pracy, rosnącą przestępczość i spadek moralności. Żydów dodatkowo utożsamiano z anarchistami i bolszewikami. Wielu docierających do Kostaryki padało ofiarą nieuczciwych naganiaczy, którzy wmawiali im, że stamtąd do Ameryki, czytaj Stanów, dostaną się bez trudu pieszo przez zieloną granicę. Niezorientowani stawali się łatwym celem oszustów. Kolejna fala żydowskich emigrantów to lata powojenne. Trafiali tu  ocaleni z Zagłady. Jedna z bohaterek książki nazywa ich smutną emigracją. Obie grupy, przedwojenna i powojenna, żyły osobnym życiem. Ci pierwsi patrzyli na tych drugich z góry, bo nie orientowali się w miejscowych warunkach. Często mieli też wyrzuty sumienia, że nie sprowadzili w odpowiednim czasie całej rodziny, a tylko żonę i dzieci. Czasem dlatego, bo tylko dla nich starczyło pieniędzy na bilet, ale czasem z innych przyczyn, na przykład z powodu rodzinnych animozji. W takim przypadku tym bardziej gryzło ich sumienie.

Pisze też Anna Pamuła w swojej książce o sprawach przykrych. O  antysemityzmie, który wypychał Żydów z Polski, o świadomej polityce państwa, które w żadnym przypadku nie utrudniało takich wyjazdów, a właściwie nawet do nich zachęcało, szczególnie na terenach, gdzie Żydzi dominowali. Robiono za to wszystko, aby w kraju zatrzymać Polaków. Autorka wspomina również o dzisiejszej niepamięci o naszych żydowskich sąsiadach i powolnym procesie odzyskiwania ich historii. Wiele w tym reportażu opowieści niesamowitych, losy niektórych bohaterów to materiał na fascynującą powieść albo na filmowy scenariusz. Czyta się takie historie jednym tchem.

Nie sposób uciec oczywiście od bardzo aktualnych refleksji. W trakcie lektury tej książki, widać jak na dłoni, że historia się powtarza. Zjawisko emigracji jest stare jak świat. I od zawsze towarzyszą mu te same lęki, obawy, ta sama niechęć do imigrantów. Że odbiorą pracę, że wzrośnie przestępczość, bo przybywają samotni mężczyźni, że będą agitować za bolszewizmem i anarchizmem (teraz miejsce bolszewików i anarchistów zajęli islamiści), a potem podkładać bomby (o tym ostatnim zjawisku pisze Martin Pollack w swojej książce). Dziś krzyczymy, nie przyjmujmy imigrantów zarobkowych, tylko uchodźców. A kim byli tamci imigranci? Owszem, uciekali przed antysemityzmem, ale przede wszystkim przed biedą. Wierzyli, że gdzieś  w dalekim świecie będzie im łatwiej i lepiej. Nie było, szczególnie na początku. Czekała na nich trudna podróż, mozolna, ciężka praca, nieznany, egzotyczny kraj, w którym niełatwo było się odnaleźć. Dziś podobny los jest udziałem imigrantów z Afryki, którzy często uciekają przed biedą. Naiwnie wierzą, że Europa to raj. Nie zdają sobie sprawy z trudów podróży, nie myślą o tym, że mogą jej nie przeżyć. Wielu twierdzi, że gdyby wiedzieli, jak jest naprawdę, nie zdecydowaliby się na wyjazd. Bohaterom reportażu Anny Pamuły było chyba jednak łatwiej. Przynajmniej sama podróż nie stwarzała aż takiego ryzyka. Z wywiadu z autorką wiem, że książka powstawała kilka dobrych lat, ale wydana teraz wstrzeliła się w swój czas.

 

Popularne posty