"W imię" Małgośki Szumowskiej

"W imię" Małgośki Szumowskiej to kolejny film, na który czekałam. Aby wybrać się do kina, niepotrzebne mi było potwierdzenie jego wartości nagrodami na gdyńskim festiwalu. Są reżyserzy, których filmy ogląda się w ciemno, co nie oznacza, że zawsze wzbudzają zachwyt. Od "33 scen z życia" Szumowska należy do ich grona. Wprawdzie "Sponsoring" już mnie tak nie zachwycił, pozostawił obojętną, ale zaufania do reżyserki nie nadwyrężył. "W imię" wchodziło na ekrany poprzedzone udziałem w licznych festiwalach, nagrodami w Gdyni i dobrą prasą. Byłam, widziałam i dołączam do grona admiratorów. Opowieść o księdzu, który zakochuje się w młodym chłopaku ze swojej parafii, to film z jednej strony bardzo chłodny, zdystansowany, niemal dokumentalny, z drugiej przesycony emocjami, pełen symbolicznych scen, aluzji do innych dzieł kultury (przede wszystkim o tematyce religijnej). Dramat głównego bohatera naprawdę przejmuje i porusza. Na pewno przyczynia się do tego kreacja Andrzej Chyry. Aktor jest powściągliwy, wyciszony, gra gestem, spojrzeniem. Jest w nim coś takiego, że współczujemy jego postaci, po prostu ją lubimy. Nie da się o niej zapomnieć. Ale nie tylko nagrodzony w Gdyni Chyra zasługuje na uznanie. Także Łukasz Simlat, ale może przede wszystkim ci wszyscy naturszczycy, chłopcy z mazurskiej wsi, którzy grali swoich rówieśników, a pośród nich zawodowiec, Tomasz Schuchardt, tak zakamuflowany, że dopiero napisy końcowe uświadomiły mi, że grał jednego z bohaterów. Mnie podobały się także piękne zdjęcia Michała Englerta. Oczywiście, jak to zwykle bywa, nie przyjmuję filmu bezkrytycznie, mam kilka zastrzeżeń do scenariusza. Nie zmienia to jednak faktu, że długo nie mogłam o nim zapomnieć. Ale kto spodziewał się obrazu interwencyjnego, publicystycznego, a temat do tego prowokował, może czuć się zawiedziony, bo to kino psychologiczne o dramacie człowieka. Tyle tytułem wstępu i zachęty skierowanej do tych, którzy zastanawiają się, czy warto wybrać się do kina. A w drugiej części szczegóły dla kinomanów, którzy "W imię" już widzieli. PS. Chcąc zachować obiektywizm, informuję, że w internetowym wydaniu Wyborczej mignęła mi zapowiedź listu czytelnika, zwykłego widza, jak się przedstawił, który na najnowszym filmie Szumowskiej nie zostawił suchej nitki, nazywając go "niedorobionym snujem". Ale jemu nie podobał się też "Wymyk", "Erratum", "Nieulotne" a nawet "Sztuczki". Cóż, najwyraźniej inne kino lubimy.

Film zaczyna się od sceny beztroskiej zabawy w lesie nad jeziorem. Ale radosny śmiech nagle przeradza się w agresję skierowaną przeciwko niepełnosprawnemu umysłowo chłopakowi. Padają rozmaite wyzwiska, także ty Żydzie. Ten wybuch przeraża. W takim środowisku pracuje ksiądz Adam. Młody, wysportowany, ugania się za piłką razem ze swoimi podopiecznymi albo uprawia jogging w lesie. Najczęściej w cywilnych ciuchach, dżinsach, podkoszulku albo w markowym dresie, takich butach do biegania, w wełnianej czapeczce na głowie i z nieodłącznymi słuchawkami w uszach. Gdyby znalazł się jakiś widz, który nic nie wiedziałby o filmie Szumowskiej, co oczywiście jest raczej niemożliwe, początkowo na pewno nie zorientowałby się, że główny bohater jest księdzem. Dopiero w którejś z kolejnych scen widzimy go, jak wygłasza w kościele kazanie. Ksiądz Adam łączy w sobie sacrum z profanum. Prowadzi ośrodek resocjalizacyjny dla trudnych chłopaków, jest ich wychowawcą, pilnuje budowy, gra w piłkę i biega, aby zaraz potem spełniać swoje kapłańskie obowiązki. Odprawia mszę, wygłasza emocjonalne kazania, prowadzi procesję. Stara się być dla swoich podopiecznych autorytetem na boisku i w kościele. Ciepły, spokojny, rozważny, cierpliwy, stanowczy, ale jednocześnie zdystansowany. Jest między nim a innymi jakaś bariera. Głęboko ukrywa to, co go dręczy, co naprawdę przeżywa, z czym się zmaga, przed czym się broni. Waży gesty i słowa. Na szczerość pozwala sobie, udręczony do granic, tylko w rozmowie z siostrą. Ale i ona nie chce go wysłuchać, jak twierdzi, dlatego, że jest pijany. Ksiądz Adam doskonale wie, że gdyby jego tajemnica wyszła na światło dzienne, to w środowisku, w którym żyje, byłby skończony.Słowa pedał, ciota, Żyd to w tym wiejskim i męskim towarzystwie prawdziwe kamienie obrazy. Ale przecież nie tylko o to chodzi. Gdyby na tym polegał kłopot, pewnie próbowałby zmienić otoczenie. Istota problemu tkwi w nim samym. Jest księdzem zobowiązanym do celibatu, a jednocześnie homoseksualistą. Głęboka wiara zderzona z pożądaniem i uczuciem są przyczyną duchowego rozdarcia. Próbuje się przed tym bronić, ale cierpienia nic nie jest w stanie zniwelować. Nie pomoże bieganie, które ma być lekarstwem. Modlitwą i zmęczeniem fizycznym. Film Szumowskiej pokazuje człowieka w egzystencjalnej pułapce, w sytuacji, z której żadnego wyjścia nie ma. Jest zmaganie się z samym sobą, bezradność, cierpienie. Ale najbardziej przeraża całkowita samotność. Ksiądz Adam, mimo że otoczony ludźmi, jest przeraźliwie samotny, pragnie bliskości. Nic dziwnego, że od czasu do czasu pociechę znajduje w alkoholu. Kiedy przychodzi wieczór, zostaje sam w pokojach pustej plebanii. Udręką są bezsenne noce. Nikomu nie może powiedzieć o swoim cierpieniu. Nikt nie może mu pomóc. Nikt by go nie zrozumiał. Zostałby wyszydzony, zgnojony albo wprawiłby swoim wyznaniem w zakłopotanie. Co by było, gdyby próbował zwierzyć się Michałowi, z którym współpracuje? Najprawdopodobniej jego przyjaciel, czy na pewno?, nie wiedziałby, co z tym wyznaniem zrobić. Nawet wyspowiadać się ksiądz Adam nie ma komu. Tak naprawdę tu nikt z nikim szczerze nie rozmawia, nie ma prawdziwej bliskości, serdeczności, przyjaźni. Wymiana zdań, komunikatów, chciałoby się powiedzieć, ogranicza się do problemów życia codziennego, żartów, śmiechów, plotek, obmawiania. W tym męskim świecie nie okazuje się uczuć, nie rozmawia o tym, co dręczy. Dla Michała nawet sformułowanie grzechów w czasie spowiedzi to problem. Jest tak skryty, że nie przyznał się do tego, że był kiedyś w seminarium. Tylko Ewa, jego żona, próbuje mówić o swojej samotności. Co udręczony ksiądz Adam może jej poradzić? Co może poradzić chłopakowi, który w czasie spowiedzi mówi mu o swoim homoseksualizmie? Bieganie, które jest, jak mówi, modlitwą, problemu przecież nie rozwiąże. Z zazdrością i lękiem patrzy na chłopaków splecionych w miłosnym uścisku. Znowu jest bezradny. Aby rozwiązać problem, pozbywa się kanapy, jakby to ona była winna wszystkiemu. Jest w tym filmie kilka poruszających momentów. To sceny samotnego zmagania się z cierpieniem, sceny alkoholowego szału, ale mnie najbardziej przejmuje rozmowa z siostrą. Ciche, zrezygnowane wyznanie. Co mam z tym zrobić?, zdaje się pytać. I jeszcze wyrzuty sumienia z powodu samobójstwa podopiecznego. Jest też jedna scena piękna, scena miłosnego spełnienia. Czuły uśmiech, bliskość drugiego człowieka, ulga, chwila szczęścia. Tylko co dalej?

A na koniec chciałabym wspomnieć o kilku wątpliwościach. Może najmniej czepiałabym się tego, że obiektem fascynacji księdza Adama jest Dynia, dobry, chociaż prosty, wiejski chłopak, być może trochę ociężały umysłowo. Uczucie wszak nie wybiera. A może w grę wchodzi tylko fizyczność? A może jakiś rodzaj duchowego porozumienia? Pewnie nieprzypadkowo Mateusz Kościukiewicz swoim wyglądem przypomina Chrystusa. Większe pretensje mam o to, że nie do końca zrozumiałe jest, dlaczego ksiądz Adam obwinia się o śmierć swojego podopiecznego. Niedopowiedzenia, skrótowość, dokumentalny charakter filmu sprawiają, że nie od razu jasne było, przynajmniej dla mnie, który chłopak popełnił samobójstwo, a już naprawdę domyślać się musiałam, dlaczego to zrobił. To osłabia siłę tej sceny. Ale najbardziej zirytowało mnie zakończenie. Oczywiście zdaję sobie sprawę z jego symbolicznej wymowy (młody chłopak ucieka ze swoją homoseksualnością do seminarium, powiela błąd swojego ukochanego albo po prostu uważa, że to jedyny sposób, aby z nim być), ale nawet symbolika musi być jakoś osadzona. Tymczasem jest zupełnie nieprawdopodobne, aby ten prosty, może nawet upośledzony chłopak mógł studiować w seminarium. Moje głębokie poczucie realizmu buntuje się przed takim zakończeniem. To wszystko jednak nieważne w obliczu emocji, jakie film Szumowskiej we mnie wywołał.

Jerzy Pilch "Wiele demonów"

To dla "Wielu demonów" (Wielka Litera 2013) rozpoczęłam swoją przygodę z beletrystyką Pilcha. Temat plus znakomite recenzje sprawiły, że postanowiłam książkę przeczytać, ale wcześniej sięgnęłam po zbiór opowiadań "Moje pierwsze samobójstwo" i "Miasto utrapienia" (powieść), o czym jakiś czas temu pisałam. Opowiadania tak, powieść już nie aż tak, a "Wiele demonów"? Niestety i tym razem rozczarowanie! Tak to bywa, kiedy spodziewamy się arcydzieła. Coraz bliższa jestem przypuszczenia, że Pilchowi znacznie lepiej wychodzą krótsze formy (felietony i opowiadania), bo gatunek obliguje go do dyscypliny. Oczywiście bezczelnością jest formułowanie takiej tezy, jeśli przeczytało się tylko trzy książki autora, który napisał ich kilkanaście. Dlatego proszę nie traktować jej serio.
Pilch akcję swej najnowszej powieści umieszcza w czasach stalinizmu i ponownie zaprasza czytelnika do swojego ulubionego świata i garściami z niego czerpie. Tym razem Wisła zamienia się w Sigłę, ale topografia pozostaje niezmieniona. Jest też dom,  którego podwórko wyłożone zostało rzecznymi kamieniami. Niezorientowanym wyjaśniam, że dobrze znam ten dom i to podwórko z dwóch wyżej wspomnianych książek, chociaż oczywiście za każdym razem są one niby te same, ale jednak inne, bo literacko przetworzone. Podobnie ma się sprawa z zamieszkującymi dom bohaterami. Siglański świat poznajemy oczami jednego z jego mieszkańców, kilkunastoletniego chłopaka przygarniętego po śmierci rodziców przez gospodarzy, pana Naczelnika (poczty) i jego żonę Zuzannę. Ale ciężar opowieści tym razem rozkłada się i na inne domostwa, a szczególną rolę odegra fara, dom rodziny pastora Mraka. W tym miejscu czas najwyższy zdradzić, że jest to historia niby kryminalna. W tajemniczych i niewyjaśnionych okolicznościach znika nagle w środku nocy młodsza córka pastorostwa, Ola. Wieczorem była w swojej sypialni, a rano już nie i nawet dzieląca z nią pokój jej starsza siostra Jula nie zauważyła, kiedy zniknęła. Żadnych śladów. Diabelska sprawka? Ta tajemnica przez lata nie daje spokoju mieszkańcom Sigły. Oczywiście gatunkowa forma jest  tylko pretekstem i tak naprawdę nie o rozwiązanie zagadki tu idzie. Istotą jest, jak zwykle u Pilcha, opowieść. Przez karty książki przewija się mnóstwo dziwacznych postaci a narrator snuje ich historie. Nawet postacie epizodyczne zasługują na specjalne potraktowanie, za każdym ciągnie się jakaś opowieść równie jak on dziwaczna. Narrator sięga w przeszłość, nie prowadzi swojej opowieści linearnie, świat jego wspomnień jest chaotyczny i często przypadkowy. I chociaż gdzieś po drodze chwilami gubimy główny trzon tej historii, to przecież, jak wspomniałam, nie on jest tu najistotniejszy. Pytanie, co się stało z córką pastora, mało jest w gruncie rzeczy ważne. O co innego w powieści Pilcha tak naprawdę idzie. Inaczej niż w "Mieście utrapienia" przekaz  "Wielu demonów" jest od początku jasny. To pytania o sens wszystkiego, o sekret ludzkiego życia, który podobno poznał listonosz Fryderyk Moitschek. Ale tylko podobno, bo gdy jedni mieli go za proroka, znachora i uzdrawiacza, inni powątpiewali w jego nadzwyczajne moce. Po co się rodzimy? Po co żyjemy? Ku czemu zmierzamy i co będzie po śmierci? Te pytania cały czas krążą w powieściowym świecie. Tu wszyscy zadają je sobie serio, za pan brat są z duchami, demonami i cudami, chociaż każdy robi to na swój sposób. Stąd w tym niewielkim zakątku tyle różnych wyznań i dziwacznych towarzystw dbających o duchowy rozwój swoich członków. I nawet kiedy narrator snuje najbujniejsze opowieści, kiedy opowiada o różnej maści dziwakach zamieszkujących siglańską ziemię, to i tak za gardło chwyta go groza. Umrą, umrą, umrą, wtrąca nagle od czasu do czasu. Świadomość śmierci i nieuchronnego końca towarzyszy mu stale mimo młodego wieku. Przyznam, że właśnie owo mierzenie się ze sprawami ostatecznymi, tak mnie skusiło. I właśnie dlatego poczułam się rozczarowana. Bo  sama powtarzana kilkakrotnie fraza umrą, umrą, umrą, nie sprawiła, że przejęłam się zagadką bytu. A przecież nie tak wcale dawno temu przez moją głowę nagle niczym błyskawica przeleciała podobna myśl i było to doznanie z gatunku metafizycznych (a przecież dzieckiem nie jestem i o istnieniu końca dobrze wiem). Zdarzyło się to w okolicznościach całkiem zwyczajnych zupełnie niepasujących do tego typu refleksji. Wspomnienie tej chwili do dziś przejmuje mnie dreszczem. Chociaż świat wydaje mi się raczej pozbawiony sensu, straszny i absurdalny, a za jego króla mam raczej przypadek niż cokolwiek innego, to powieść Pilcha bardziej mnie bawiła niż przerażała. Wiem nawet dlaczego. Otóż moim zdaniem winne jest gadulstwo autora. Powieść wydaje mi się mocno przegadana. Za dużo tych dygresyjnych historii o każdej, nawet epizodycznej, postaci, za długie te niekończące się rozmowy, dyskusje i sprzeczki, za dużo tych narracyjnych popisów. Pilch jest wspaniałym opowiadaczem, ale mam wrażenie, że czasem nie zna miary, nie potrafi albo nie chce powściągnąć swoich oratorskich zapędów. To dlatego wolę jego opowiadania. Kiedy czytam "Trupa ze złożonymi skrzydłami" albo "Śnieg przez dwie trzecie doby",  jestem poruszona. Wtedy naprawdę czuję grozę przemijania, odchodzenia i nieuchronności śmierci. Wtedy razem z narratorem tęsknię za światem dzieciństwa, który przeminął na zawsze i już nigdy nie wróci, żałuję niewykorzystanych okazji. Przecież wszystko mogło być inaczej. Czy lepiej? Kto to wie, tego sprawdzić się nie da. Takich doznań spodziewałam się po "Wielu demonach". Nic z tego. Zamiast nich przesyt, a nawet, o zgrozo, nuda. Momentami, szczególnie w drugiej części, traciłam cały zapał i całe zainteresowanie siglańskim światem.
Ale może to wszystko celowe? Może absurd istnienia, śmierć i inne demony drążące człowieka da się znieść tylko wtedy, jeśli się je zagada i utopi w morzu opowieści? Nawet jeśli tak jest, na mnie to nie działa. Na koniec spieszę wyjaśnić, iż mimo rozczarowania nie żałuję czasu poświęconego lekturze "Wielu demonów". Gdyby jednak ktoś pytał mnie o radę, to z trzech książek Pilcha, które dotąd przeczytałam, poleciłabym mu "Moje pierwsze samobójstwo", o ironio, zbiór opowiadań.
PS. Niezorientowanym wyjaśniam, skąd to o ironio. Nie lubię opowiadań za ich krótką formę. Jestem miłośniczką powieści, im grubsze, tym lepiej.

"Przeszłość" Asghara Farhadiego

Trwa dobra kinowa passa. "Blue Jasmine", "W kręgu miłości" a teraz najnowszy film Asghara Farhadiego. Kto nie ma głowy do nazwisk, temu spieszę przypomnieć, że Farhadi to irański reżyser, autor między innymi "Co wiesz o Elly?" i znakomitego "Rozstania", które zdobyło Oskara dla filmu nieanglojęzycznego, pokonując "W ciemności" Agnieszki Holland. Właśnie na ekrany wszedł jego najnowszy film o równie krótkim tytule jak poprzedni, "Przeszłość". Tym razem reżyser pracował we Francji, ale jego bohaterami są mieszkający w Paryżu Irańczycy. "Przeszłość", podobnie jak "Rozstanie", to przejmująca rodzinna psychodrama. Kobieta, dwóch mężczyzn, a w tym wszystkim dzieci. Rozpisany na kilka postaci film wciąga, intryguje i stawia pytania. O winę, odpowiedzialność i o to, czy od przeszłości można się oderwać. Wolne początkowo tempo zaczyna gwałtownie przyspieszać, mnożą się rodzinne zagadki, wychodzą na jaw tajemnice. Nic tu nie jest jednoznaczne, czarno-białe, jak w życiu. Meandry ludzkich uczuć, w których bohaterom trudno się połapać. Ten psychologiczny film trzyma w napięciu do samego końca, do ostatnich minut. Mocną stroną "Przeszłości" jest też aktorstwo. Grająca główną rolę Berenice Bejo została nagrodzona w Cannes, a to nie jedyna ciekawa rola. Oczywiście było jasne, że muszę ten film zobaczyć, i raczej pewne, że się na nim nie zawiodę. Tak się stało, dlatego teraz zapewniam, że żaden miłośnik kina nie powinien najnowszego "Przeszłości" przeoczyć, a wszystkich, którzy już go widzieli, jak zwykle zapraszam dalej.

Kto widział poprzedni film Farhadiego, dostrzeże w nim sporo podobieństw do jego najnowszego obrazu. Rozwód, rozbita rodzina, dramat i pytanie, kto zawinił. O ile jednak "Rozstanie" było z jednej strony filmem uniwersalnym, a z drugiej jednak bardzo irańskim (pamiętam, że pisałam wtedy, iż taka sytuacja w taki sposób w Europie nie mogłaby się zdarzyć), o tyle z bohaterami "Przeszłości" sprawa ma się całkiem inaczej. To Irańczycy we Francji zadomowieni na dobre i ich problemy są problemami współczesnej Europy. Marie ma za sobą wiele związków. Małżeństwo, z którego urodziły się dwie córki, starsza Lucie, i młodsza Lea. Potem kolejne z Ahmadem, też zakończone rozstaniem. Teraz próbuje ułożyć sobie życie z Samirem. Rozumiemy ją, ale rozumiemy też dzieci, które nie potrafią zaakceptować kolejnego związku swojej matki. Obie dziewczynki, Lucie i Lea, przywiązane były do Ahmada i nadal mają z nim dobry kontakt. Biologicznego ojca prawie nie widują, mieszka w Belgii, nie lubią jego żony. Gdzie jest ich miejsce? U boku matki i jej nowego partnera czy u ojca i jego dziwnej, jak mówi Lea, żony? Więzi z dorosłymi są  nietrwałe, dlatego tak silna jest  ich siostrzana więź. Jeśli zbuntowana Lucie zdecyduje się odejść do ojca, Lea wyjedzie do Belgii razem z nią. Jeszcze bardziej skomplikowana jest sytuacja Fouada, dziewięcioletniego syna Samira. Jemu w nowej sytuacji jest się odnaleźć jeszcze trudniej. Jego matka od kilku miesięcy jest pogrążona w śpiączce. Chłopiec nie potrafi zaakceptować ani nowej kobiety w życiu swojego ojca, ani nowego miejsca. Tęskni za matką, tęskni za Paryżem, buntuje się, próbuje uciekać. Tylko towarzystwo Lei, jego rówieśniczki, osładza mu chaos zafundowany przez dorosłych. Chłopiec, dosłownie, jest przestawiany z kąta w kąt. Z jednego domu do drugiego, z parteru na piętro, z łóżka na łóżko, a wszystko dlatego, że dorośli próbując ułożyć sobie na nowo swoje zagmatwane życie, nie zastanawiają się, co czuje dziecko postawione w takiej sytuacji. Dzieci zdają się być tu tylko przeszkodą. I Samir, i Marie mają do nich pretensje o to, że nie potrafią zaakceptować nowej sytuacji. Stale burczą, krzyczą, pouczają, strofują, karzą. Dużo tu wrzasku, gwałtowności, nieposkromionych emocji. Lucie, Fouad i Lea (ona wydaje się być najodporniejsza z całej trójki) są ofiarami bałaganu, jaki panuje w życiu dorosłych. Ten chaos symbolicznie podkreśla rozgardiasz panujący w domu Marie. Remont, ciasnota potęgują poczucie tymczasowości, braku zakorzenienia. Matka Lucie i Lei, otwierając nowy rozdział w swoim życiu, postanawia wprowadzić zmiany w domu, ale remont wlecze się tak, jakby nie potrafiła rozstać się z przeszłością. I ona, i Samir są ludźmi zatrzymanymi w pół drogi. Niby chcą sobie ułożyć życie na nowo, ale z przeszłością jeszcze się nie pożegnali. Czy gdyby Marie nie zaszła w ciążę, ona i Samir byliby nadal ze sobą? W pierwszej scenie filmu widzimy ją  na lotnisku, czeka na Ahmada. Jej reakcja, kiedy go wreszcie dostrzega, może widza zmylić. Uśmiecha się, jakby witała ukochanego. Przez dobrą chwilę trudno rozgryźć, co ich łączy. Trudno też definitywnie rozstrzygnąć, jaką grę z Ahmadem prowadzi Marie. Czy naprawdę chce rozwodu, czy skrycie liczy na jego powrót? Jakaś więź nadal ich łączy. To do niego, mimo pretensji, zwraca się z prośbą o pomoc w rozwiązaniu konfliktu ze zbuntowaną Lucie. Ahmad nie umywa rąk. Starając się rozwiązać problem, mimowolnie znowu wkracza w życie Marie i jej córek. Ale przecież jest już ten trzeci, Samir, jego następca. Czy Ahmad tego chce, czy nie, zostaje wplątany i w jego sprawy. Przeszłość miesza się z teraźniejszością. Z tej trójki to on budzi  moją największą sympatię. Jest odpowiedzialny, uczynny, spokojny, rozsądny i ciepły. Jako jedyny z dorosłych nie krzyczy na dzieci, stara się je zrozumieć i rozwikłać ich problemy. Wie, że czasu zawrócić się nie da, dlatego próbuje spojrzeć na konflikt z punktu widzenia obu skłóconych stron, córki i matki. Ale i on nie jest ideałem. Cztery lata wcześniej odszedł od Marie. Dlaczego? Możemy się tylko domyślać. Wrócił do Iranu? Jak wszyscy w tym filmie i on nie mógł się oderwać od przeszłości? Czy we Francji nie czuł się u siebie? Jedyny spośród bohaterów? Bo przecież pozostali, Marie, Samir i Sahriar (ich znajomy, właściciel restauracji), we Francji są zadomowieni. Ten rozważania rozpoczęłam od stwierdzenia, że Marie zatrzymała się w pół drogi. Podobnie rzecz się ma z jej ponurym, chmurnym kochankiem. Z przeszłością łączy go pogrążona w śpiączce żona, ani żywa, ani martwa. Póki jest, jego nowy związek zawsze będzie tymczasowy. Czego chce? Ostatecznie przekonać się, że żona już nigdy się nie obudzi? A może jednak liczy na cud? Którą z kobiet wówczas by wybrał? Czy zanim jego żona pogrążyła się w depresji, byli szczęśliwi? Czy gdyby nie jej choroba związałby się z Marie? Czy wie, co czuje do obu kobiet?

Tyle o poplątanych uczuciach, relacjach dzieci - dorośli i przeszłości, od której niełatwo się odciąć. Chociaż można by jeszcze długo. Na przykład o tym, że i uczucia dzieci, też są splątane. Na przykład Fouad ucieka od Marie, ale jednocześnie potrzebuje jej ciepła. Kiedy wraca do paryskiego mieszkania, tęskni za Leą.

Chciałabym się jeszcze zatrzymać nad pytaniem o winę, które wyraźnie wybrzmiewa w drugiej części filmu. Problem winy stawiał Farhadi już w "Rozstaniu". Podobnie jest i tu. Na kim spoczywa odpowiedzialność za to, że żona Samira próbowała popełnić samobójstwo i znalazła się w śpiączce? Na Marie i Samirze, bo mieli romans? Na Lucie, bo nie mogąc się z tym pogodzić, chciała jej przesłać listy miłosne kochanków? Czy to, że w wyniku pomyłki jednak tego nie zrobiła, jakoś mimo wszystko ją obciąża? Czy liczy się intencja? A może za wszystko odpowiada Naima, która ostatecznie żonie Samira  te listy przekazała? Ale przecież ona chciała się tylko bronić, poniżana, oskarżana o romans z pracodawcą. Ile jej winy? Wreszcie czy żona Samira w ogóle te listy przeczytała? To pytanie też pozostaje bez odpowiedzi. A może jednak, jak cały czas utrzymywali Marie i Samir, do nieszczęścia doprowadziła jej choroba? Seria przypadków, splot nieszczęśliwych okoliczności. Nawet jeśli nikt nie zawinił, a ostatecznie skłaniam się ku takiemu przekonaniu, to rozumiem ich poczucie winy. I Lucie, i Marie, i Samira, i Naimy.

Znakomity film, o którym można by pisać jeszcze długo. No ale kto by to wtedy przeczytał? Kończę więc, a ty, czytelniku tej notki, możesz dalej snuć swoje rozważania nad "Przeszłością" Farhadiego.

Francesco M. Cataluccio "Czarnobyl"

Dość nieoczekiwanie sięgnęłam po książkę włoskiego eseisty Francesca M. Cataluccia "Czarnobyl" (Czarne 2013; przełożył Paweł Bravo). A wszystko z powodu audycji radiowej, w której usłyszałam bardzo ciekawą rozmowę z autorem na temat jego esejów. Może dlatego jestem rozczarowana? Cóż, spodziewałam się czegoś grubszego, a dzięki objętości głębszego. Niby nic nie można tej książce zarzucić: jest ciekawa, sporo się można dowiedzieć, czyta się ją z zainteresowaniem. Cały czas jednak podczas lektury towarzyszyło mi uczucie niedosytu. Miałam wrażenie, że autor zaledwie prześlizguje się po poruszanych przez siebie tematach, chciałam wejść w nie głębiej. Żebyś, czytelniku tej notki, wiedział, w czym rzecz, muszę wreszcie napisać, o czym jest "Czarnobyl". Niby tytuł mówi swoje, a jednak ... Bo nie jest to, jak mogłoby się wydawać, tylko historia katastrofy w czarnobylskiej elektrowni atomowej, nie jest to także tylko historia miasta, ale przede wszystkim dostajemy opowieść o tragicznych dziejach Ukrainy. Owszem autor pisze o swojej wyprawie do Czarnobyla z wycieczką, jaką można wykupić w jednej z kijowskich agencji turystycznych, i opowiada o tym, co tam zobaczył. Z jednej strony wymarły, opuszczony świat, do którego niektórzy zdecydowali się wrócić, z drugiej turystyczna atrakcja, żerowanie na ludzkim nieszczęściu. Przywołuje z  pamięci samą katastrofę. Pisze o tym, co działo się na miejscu,  i o tym, co sam wtedy przeżywał (mieszkał w tamtym czasie w Warszawie, gdzie studiował). Tłumaczy, dlaczego ten temat tak za nim od lat chodził. Ale to nie wszystko. Bardzo mocno zwraca uwagę na tragizm tych ziem, nie tylko Czarnobyla, ale i Ukrainy, wyliczając  liczne nieszczęścia. Pogromy żydowskie, rewolucja, wojna domowa, czasy stalinowskie, wielki głód, druga wojna i to, co po niej. I właśnie te tematy wydają mi się potraktowane naskórkowo, są zaledwie wspomniane, muśnięte. Zamiast tego wiele miejsca poświęca Catalluccio sobie i rozważaniom metafizycznym. Wychodzi od analizy samej nazwy Czarnobyl (czarna bylina, piołun), kończy na fragmencie Apokalipsy świętego Jana. Po drodze miesza we wszystko szatana. Teza jest jasna: nad tą ziemia wisi jakieś diabelskie fatum. Czytaniu towarzyszy metafizyczny dreszcz, który kłóci się z moją racjonalnością. Nie przeszkadza mi szatan u Dostojewskiego czy Bułhakowa (autor przywołuje obu pisarzy), przeszkadza w rozważaniach Catallucia. 

"W kręgu miłości"

Kilka razy przed różnymi seansami widziałam zwiastun tego filmu. Od początku zwrócił moja uwagę. Pomyślałam, że muszę "W kręgu miłości" obejrzeć, jeśli tylko będzie miał dobre recenzje. Przecież sam trailer, nawet najciekawszy, niekoniecznie zapowiada dobry film. Bywa też odwrotnie. Nie wiem, dlaczego byłam pewna, że to produkcja amerykańska, pewnie z powodu żywiołowej, bluegrassowej muzyki. Tymczasem to film europejski, belgijsko-holenderski. Reżyser, Felix Van Groeningen, jest autorem niezwykle drażniącego, chociaż ciekawego filmu "Boso, ale na rowerze", o którym kiedyś pisałam. Ale o tym wszystkim dowiedziałam się, oglądając pierwsze sceny i już po seansie. A do kina oczywiście poszłam, bo oceny były obiecujące, niektóre nawet bardzo. No i nagród na rozmaitych festiwalach "W kręgu miłości" zebrało całkiem sporo. Nagrodzona została między innymi główna rola żeńska. Słusznie, bo od Veerle Baetens oczu oderwać nie można. Tyle ma uroku, taka potrafi być żywiołowa, radosna, no i jest po prostu ładna urodą intrygującą. Nawet nie przeszkadzały mi tatuaże prawie całkowicie pokrywające jej ciało. Ale nie tylko ona robi wrażenie, także partnerujący jej Johan Heldenbergh, jednocześnie autor sztuki teatralnej, na podstawie której powstał scenariusz. Ta para, fizycznie tak do siebie niepasująca, ma w sobie coś charyzmatycznego. Podobnie jak film, w którym grają. Oczywiście wiem, że słowo charyzmatyczny nie pasuje jako określenie filmu. Jak go w takim razie nazwać? "W kręgu miłości" należy do takich obrazów, które robią wrażenie, nie pozostawiają widza obojętnym, działają na emocje i nie pozwalają o sobie zapomnieć. Nie będę ukrywać, że się po prostu wzruszyłam, co oczywiście starałam się skrzętnie ukryć. No i jeszcze jedno: film mnie zaskoczył. Moją wiedzę o treści opierałam tylko na zwiastunie, dlatego twórcom udało się mnie zwieść. A ja uwielbiam, kiedy film rozwija się w inną stronę, niż się spodziewam. Nie ma nic gorszego w kinie od przewidywalności. Gdyby ktoś zdecydował się obejrzeć "W kręgu miłości", niech nie czyta wcześniej zapowiedzi dystrybutora, bo ten zdradza odrobinę więcej, co sprawdziłam przed chwilą. Dlatego ja zdradzę jak najmniej. "W kręgu miłości" to historia związku żywiołowej Elise, tatuażystki, i starszego od niej Didiera, grającego i śpiewającego w bluegrassowym zespole, potężnego faceta o twarzy proroka. Tyle niech wystarczy, bo im mniej, tym lepiej, a właściwie ciekawiej. A kto już widział, może przeczytać ciąg dalszy. Zapraszam.

Teraz, w ciągu dalszym, mogę zdradzić, czego się spodziewałam, oglądając, parokrotnie, zwiastun filmu. Otóż myślałam, że to kolejna historia o tym, jak wielka miłość zostaje pokonana przez prozę życia. Zupełnie nie przypuszczałam, że film z jednej strony będzie opowieścią o największej stracie, jaką jestem sobie w stanie wyobrazić, o stracie dziecka, a z drugiej okaże się klasycznym melodramatem. Nawet kiedy siedziałam w kinie, długo nie spodziewałam się, że Maybell umrze, a już kompletnym zaskoczeniem była dla mnie śmierć Elise. Może jestem naiwna, ale do końca myślałam, że uda się ją uratować. Tak bardzo kibicowałam tej filmowej parze. Elise i Didier mieli w sobie tyle uroku, radości życia, żywiołowości, szaleństwa, tak bardzo byli w sobie zakochani. Nie da się ukryć, że spełniali potoczne wyobrażenia o wielkiej miłości, której codzienność nie pokona. Niekonwencjonalna para artystów, barwne, swobodne ptaki. Koncerty, przyjaciele muzycy, imprezy, wolność, mieszkanie w przyczepie, a potem w starym domu gdzieś pod miastem, nawet taranda, małżeński kompromis pomiędzy werandą (marzenie Elise), a tarasem (marzenie Didiera) to manifestacja oryginalności i harmonii. Nieplanowane narodziny dziecka również nie burzą sielanki. Jednym słowem luzacki stosunek do codzienności i zgrabne ominięcie znienawidzonej, rutynowej, codziennej udręki, a przy tym odrobina mieszczańskich wygód. Któż z nas o tym nie marzy? Ale i ta opowieść o parze wolnych artystów okazuje się iluzją. Nieprzypadkowo poznajemy ją z poszatkowanej, niechronologicznej retrospekcji. Jest jak wspomnienia. Pamięć wyrzuca to, co złe, upiększa przeszłość. Zawsze nam się wydaje, iż to, co kiedyś, było lepsze. Że życie Elise i Didiera od momentu, kiedy na świecie pojawiła się Maybell, nie było wolne od nieporozumień, sporów i trosk, dowiemy się później, w momencie dramatycznego kryzysu.

Bo tak naprawdę jest to film o utracie. Jak poradzić sobie ze śmiercią dziecka? Oboje cierpią, ale Elise zamyka się w swoim cierpieniu, nie chce pomocy od Didiera, stąd mnożące się nieporozumienia. Niby stara się żyć normalnie, ale nie potrafi. Na nic próba powrotu do namiętności, miłosne zbliżenie kończy się szlochem, który mógłby być oczyszczający, ale nie jest. Na nic likwidacja dziecięcego pokoju. Tylko śpiew, który z radosnego zmienia się w smutny, sprawia (chyba) Elise jakąś przyjemność. Mnożą się wzajemne pretensje, oskarżenia i nieporozumienia. Ale przyczyna ich rozstania będzie inna. W świecie bez Boga ona tak bardzo chce wierzyć, że Maybell nie umarła całkiem. Bo i o tym jest ten film. Po śmierci dziecka Elise odczuwa pustkę, nie ma czym jej wypełnić. Nie obwinia Boga, nie buntuje się przeciwko Niemu, nie bluźni, bo w niego nie wierzy. Znamienna jest scena w szpitalu, kiedy daje córeczce krzyżyk, który dostała niegdyś od swojej matki. Ale to tylko talizman, który ma dodać choremu dziecku sił i odwrócić zły los. Może dla jej babki albo prababki ten krzyżyk był symbolem religijnym, dla niej już nim nie jest. Więź z przeszłością została zerwana, ale w Elise, jak w dziecku, drzemie potrzeba transcendencji, która budzi się w chwili kryzysu. Dlatego wierzy, że Maybell wraca do niej pod postacią ptaka, tak jak dziewczynka wierzyła, że martwy ptak stał się gwiazdką na niebie. Inaczej Didier. Nie wierzy i nie ma w sobie takiej potrzeby. Przeciwnie, o śmierć córeczki obwinia religijnych konserwatystów, którzy sprzeciwiają się badaniom nad komórkami macierzystymi. Jej pragnienie jakiejkolwiek wiary, że po śmierci jest coś, i jego materialistyczny fanatyzm objawiający się furiackimi, pełnymi nienawiści perorami są przyczyną ich rozstania i doprowadzają do drugiej tragedii.

Na zakończenie chciałabym zwrócić uwagę na jeszcze coś. To dyskretnie poprowadzony wątek przyjaźni i ukojenia, jakie może nieść muzyka, która jest treścią życia. W najważniejszych i najtrudniejszych momentach są z Didierem jego przyjaciele z zespołu i jest muzyka. Grą i śpiewem witają Maybell wracającą ze szpitala, a potem w taki sam sposób żegnają ją na cmentarzu. Kiedy umiera Elise, wspólny ból też wyrażają muzyką. Tak jak kilka lat wcześniej byli z nimi w czasie ich ślubu. To piękne, chwytające za gardło sceny.

Być może "W kręgu miłości" znajdzie swoich krytyków, być może niektórzy będą się zżymali na sentymentalizm (to w końcu melodramat), być może niektórych będą drażniły ptaki, w których Elise chce widzieć Maybell (słyszałam takie ironiczne głosy po seansie), ale mnie film bardzo się podobał. Poruszył , wzruszył i nie daje spokoju. A przecież o to chodzi.

"Blue Jasmine" Woody Allena

Z umiarkowaną niecierpliwością czekałam na najnowszy film Woody Allena "Blue Jasmine". Mój ulubiony reżyser, odkąd zaczął kręcić w Europie, przyzwyczaił mnie do tego, że złotą erę ma już za sobą. Wyjątkiem było "Co nas kręci, co nas podnieca", ale to przecież powrót do Stanów i do starego scenariusza wyciągniętego z szuflady. Oczywiście wśród jego europejskich dokonań obok słabych ("O północy w Paryżu", "Scoop - Gorący temat") były i lepsze ("Wszystko gra", "Poznasz przystojnego bruneta"), ale generalnie niedobrze się działo. Miałam wrażenie, że Allen w Europie kręci gorsze wersje swoich dawnych filmów ("Wszystko gra" to echo jednego z moich ulubionych, "Zbrodni i wykroczeń") albo za pieniądze miast wyłożone na produkcję robi im reklamę ("Zakochani w Rzymie"). Dlatego z dużą nieufnością podchodziłam do entuzjastycznych (no, może bardzo dobrych) recenzji "Blue Jasmine". Czyż poprzednie nie były komplementowane na wyrost (albo dla przyciągnięcia widowni)? Ale na szczęście tym razem jest inaczej. Na pewno to nie powrót do złotej ery nowojorskiej, ale ja film obejrzałam z dużym zainteresowaniem, zaryzykuję stwierdzenie, że jednym tchem. W ogromnej mierze, może nawet największej, jest to zasługa aktorstwa. Cate Blanchett gra rewelacyjnie, oczu od niej oderwać nie można. Ale ma godną siebie partnerkę w osobie Sally Hawkins, a i kilku panów spisuje się znakomicie. Gdyby nie aktorski popis (w dobrym tego słowa znaczeniu), film o dwóch niezbyt bliskich sobie siostrach nie robiłby aż takiego wrażenia. Nic tak nie służy Woody Allenowi jak Stany. Nawet kiedy porzuca swój ukochany Nowy Jork dla San Fransisco. To oczywiście moja opinia. Znam takich, którym bardzo podobało się "O północy w Paryżu" (ja się wynudziłam), a wychodząc z "Blue Jasmine", słyszałam marudzenie. Na koniec, tak na wszelki wypadek, uprzedzę, że najnowszy film Allena nie jest ironiczną, kpiarską komedią. Owszem, kilka razy można się uśmiechnąć, ale świat pokazany na ekranie optymizmem nie napawa. Nie jest to dzieło smutne do bólu jak niegdyś "Wrzesień", ale jednak. To tyle tytułem wstępu, a dla tych, którzy już "Blue Jasmine" widzieli, jest ciąg dalszy.

Zacznę od tytułowej bohaterki, Jasmine. Chociaż wszystkie momenty, kiedy pogrążona w swoim świecie mówi do siebie, a szczególnie scena ostatnia, są przejmujące, to trudno mi było poza litością wykrzesać pozytywne uczucia dla postaci granej przez Cate Blanchett. Można o niej powiedzieć wiele złego. Pusta kobieta prowadząca wygodne, próżniacze życie u boku bardzo bogatego męża, przymykająca oko na jego finansowe machlojki. Kiedy jednak dowie się, że od dawna ją zdradzał, z premedytacją wykorzysta swoją wiedzę. Siostra i jej mąż są dla niej balastem. Po prostu wstydzi się ich, bo nie należą do towarzystwa. Jak tu takich prostaków zaprosić na eleganckie przyjęcie? Ale gdy wpadnie w finansowe tarapaty, bez skrupułów zamieszka u Ginger, nie zważając na to, że mocno komplikuje jej życie osobiste. Na domiar złego nie ma żadnych wyrzutów sumienia z powodu tego, że kiedyś przyczyniła się do zrujnowania rodziny siostry. Smutkiem tchnie scena, kiedy spotkany przypadkowo były mąż Ginger  opowiada o swoich krzywdach. Jasmine nadal miesza w życiu siostry, pouczając ją i krytykując jej wybory. Ale uwag, że nie powinna dać się tak traktować mężczyźnie, że stać ją na kogoś lepszego, nie da się traktować poważnie. To takie samo gadanie jak słowotok, który bez przerwy wylewa się z jej ust.  Nie wie, co chce dalej robić, jej plany są z kategorii księżycowych. Właściwie marzy tylko o tym, aby poznać kogoś odpowiedniego, co w jej przypadku oznacza po prostu bogatego. Kiedy go wreszcie spotka, bez skrupułów i bezmyślnie oszuka, żeby tylko dopiąć swego. Wszystko układa się jak w baśni: jest książę, który wybawia księżniczkę z opresji, ale księżniczka jest przecież czarnym charakterem, więc jak w baśni zostanie ukarana. Może karą gorszą od utraty wygodnego życia jest samotność? Kiedy błaga swojego pasierba o uwagę, kiedy wraca do domu Ginger i nikt nie dostrzega, jak jest nieszczęśliwa, kiedy wreszcie samotnie siedzi na ławce, bo nawet obca kobieta od niej ucieka, i mamrocze coś do siebie pod nosem, budzi litość. Ale jednocześnie myślę: masz za swoje, sama jesteś sobie winna. Tak prawdziwie współczułam jej tylko wtedy, kiedy napastował ją szef, wykorzystując swoją władzę.

Zupełnie inna jest Ginger. Wesoła, radosna, trzpiotowata, nie lubi konfliktów. Na tyle bezmyślna, że nie dostrzega, iż Jasmine i  Hal wstydzą się jej i jej męża. Przyjmuje siostrę pod swój dach, chociaż, jak już wspominałam, to bardzo komplikuje jej życie osobiste. Stale musi lawirować pomiędzy nią a swoim przyjacielem, który nie może doczekać się, kiedy razem zamieszkają. Ale najgorsze jeszcze przed nimi. W końcu gadanina Jasmine wyda plon i Ginger ulegnie pokusie: wda się w romans z poznanym na przyjęciu mężczyzną. Kiedy jednak okaże się, że została oszukana, szybko się otrząśnie, posypie głowę popiołem i wróci do Chiliego. Czy i jej, tak jak siostrze, nie  chodzi w gruncie rzeczy tylko o to, aby wygodnie ułożyć sobie życie? Oczywiście nie zapominajmy, że dla każdej z nich wygoda oznacza coś innego. Obie są zaprzeczeniem bohaterek, do jakich Woody Allen przyzwyczaił widzów. To nie wyrafinowane, przebojowe albo wrażliwe intelektualistki lub artystki dzielące włos na czworo, szukające swojego miejsca w świecie, często przy pomocy drogiego, nowojorskiego terapeuty, które bez skrupułów porzucą mężczyznę, kiedy znajdą się na innym etapie życia. Jasmine i Ginger to proste kobiety, które mężczyzny do życia potrzebują. Nawet wtedy, kiedy potrafi wybuchnąć niekontrolowaną złością jak porzucony Chili.

Inni są też mężczyźni w tym filmie. Zamiast neurotycznego, zakompleksionego, odczuwającego zło świata wszystkimi zmysłami nowojorskiego intelektualisty albo artysty dostajemy bezwzględnego biznesmena i zwyczajnych Bożych prostaczków, raczej macho niż wrażliwców. Chociaż uczciwie trzeba zauważyć, że Chili potrafi cierpieć z miłości, a były mąż Ginger jest trochę takim pechowcem nieudacznikiem.

Trudno nie dostrzec, że Woody Allen opowiada w swym filmie o bezwzględności, nieuczciwości i chciwości możnych tego świata. Ich ofiarą padają zwykli ludzie znęceni szybkimi zyskami. Ale inaczej niż w znakomitej, przerażającej "Chciwości"  tu w końcu bezwzględny Hal poniesie konsekwencje swoich czynów, chociaż sprawiedliwość dopadnie go trochę przypadkowo: z woli zdradzanej żony pragnącej się zemścić. W tej warstwie nie ma "Blue Jasmine" takiej siły rażenia jak wspomniana przed chwilą "Chciwość". Ale nie dziwmy się, wszak to Woody Allen, mistrz dowcipu, ironii i ciętej puenty. Mimo że film jest raczej poważny, znać na nim allenowski charakter filmowego pisma. Pewnie to on łagodzi ostrze krytyki.

Jerzy Pilch "Moje pierwsze samobójstwo", "Miasto utrapienia"

Nie raz, nie dwa w tych zapiskach zwierzałam się, że z rzadka sięgam po polską współczesną beletrystykę. Nie, to nie wynika z żadnego ortodoksyjnego założenia (mam znajomego kinomana, który z zasady nie ogląda filmów amerykańskich), po prostu niezbyt często znajduję coś dla siebie. Dlatego pewnie, może wstyd się przyznać, nie przeczytałam żadnej książki Jerzego Pilcha. Autor nie jest mi obcy. Lubię jego felietony, pilnie czytam wywiady, których udziela, bawi mnie jego charakterystyczny, rozpoznawalny styl, ale dotąd nie przeczytałam żadnej powieści, tym bardziej żadnego opowiadania. A dziś będzie aż o dwóch  książkach Pilcha: zbiorze opowiadań (!) "Moje pierwsze samobójstwo" (Świat Książki 2006) i powieści "Miasto utrapienia" (Świat Książki 2004). Cóż się nagle stało, że oddałam się lekturze i to aż dwóch książek pisarza? Przyczyna jest banalna. Chcę przeczytać najnowszą powieść Pilcha, bardzo chwaloną. Nie, nie dlatego że chwalona, przecież nie czytam wszystkiego, nad czym rozpływają się krytycy, po prostu temat mnie zainteresował. A że, jak słyszę, jest to rzecz poważna, całkiem serio, o najważniejszych problemach egzystencjalnych traktująca, postanowiłam nie zaczynać znajomości z prozą Pilcha od jego opus magnum. Chciałam przeczytać najpierw typową dla jego twórczości powieść. Poprosiłam znawców pisarza o wskazanie mi najlepszej (nie jestem pewna, czy nie zaszła pomyłka, kto inny radził, kto inny pożyczał, ale w końcu nie ma to wielkiego znaczenia), ale ponieważ wyjeżdżałam w podróż, na pierwszy ogień poszedł zbiór opowiadań "Moje pierwsze samobójstwo" (dawno odkryłam, że w podróży najlepiej sprawdzają się krótkie, zamknięte formy). "Miasto utrapienia" przeczytałam zaraz po powrocie. Rozpisałam się, czas przejść do sedna.

Ale na początek jeszcze jedna uwaga. Odkąd prowadzę te notatki, ile razy przeczytam coś klasycznego (a przecież Pilch jest już takim współczesnym klasykiem), zawsze zastanawiam się, czy warto pisać o tym, co wszyscy świetnie znają (Tak było z "Blaszanym bębenkiem" Grassa. Przeczytałam, nie napisałam.). Oczywiście z tymi wszystkimi nieco przesadzam, niemniej wątpliwości mnie nie opuszczają. Mimo tego tym razem zamierzam podzielić się swoimi wrażeniami z lektury. Kto, tak jak ja, zaczął znajomość z twórczością pisarza od felietonów i wywiadów, ten pewnie mniej więcej wie, czego spodziewać się po jego beletrystyce. Przede wszystkim tego samego, rozpoznawalnego, barwnego, dowcipno-ironicznego stylu, charakterystycznej frazy (to modne słówko jest chyba jednym z ulubionych słów pisarza). Potem opowieści, bo opowieść to żywioł Pilcha. A wreszcie możemy być pewni, że na kartach książki spotkamy mniej lub bardziej literacko przetworzonych jego krewnych, przyjaciół rodziny, znajomych, jego Wisłę (czasem dla niepoznaki nazwaną inaczej), jego Kraków i jego Warszawę. Pilch garściami czerpie ze swojego życia, szczególną kopalnią literackich tematów jest rodzinna Wisła, babka Czyżowa, dziadek Czyż, nie zapomina też o rodzicach i wszystkich tych, którzy przewijali się przez kuchnię domu dziadków. No i oczywiście kobiety, szczególnie arcylaski, jak je nazywa. Tak jest i tym razem.
W zbiorze opowiadań "Moje pierwsze samobójstwo" nawet narrator to alter ego autora. Mieszkający w Warszawie pisarz, który przekroczył już smugę cienia, snuje swoje opowieści. Najczęściej zabawne, czasem tak śmieszne, że zaśmiewałam się w głos, ale są i poważne w tonie. Bywa też, że to, co zaczyna się lekko, kończy się całkiem serio. Szczególnie, kiedy narrator pisze o przeszłości, której już nie ma, o przemijaniu, śmierci, tęsknocie za tym, co bezpowrotnie odeszło.  No i oczywiście jest wszystko to, o czym wspominałam. Rozmaite arcylaski: a to najpiękniejsza kobieta świata, a to początkująca piosenkarka w jaszczurczo-zielonej sukni, a to pierwsza miłość, Gocha, i jeszcze inne. Jest oczywiście babka, która w tym zbiorze nazywa się Pechowa, i jej drugi mąż, dziadek Pech, są rodzice, zwani starymi, rozmaici bywalcy wielkiej kuchni w starym wiślańskim domu, którego podwórko wyłożone było rzecznymi kamieniami, są przyjaciele z czasów dzieciństwa i z czasów studenckich. Jest Wisła, jest rodzinna przeprowadzka do Krakowa, jest wreszcie Warszawa. No i oczywiście, jakbym mogła zapomnieć, miłość do piłki nożnej, a szczególnie do jednej z krakowskich drużyn. Ale najważniejsza jest wywiedziona z hrabalowskiego ducha opowieść, poprzetykana rozmaitymi dygresjami, jednak zawsze zmierzająca do puenty. Momentami przypominała mi moją ukochaną książkę innego czeskiego pisarza, Skvoreckiego "Opowieści inżyniera ludzkich dusz" (rzecz jasna Pilch to jednak nie Skvorecky). Muszę przyznać, że opowiadania z tomu "Moje pierwsze samobójstwo" czytałam z dużą przyjemnością. Ratowały mnie przed nieuchronną melancholią, jaka z rzadka, ale jednak, dopada samotnego podróżnika, także wtedy, gdy moja wędrówka osiadała na mieliźnie (też z rzadka, ale jednak). Oczywiście nie wszystkie opowiadania są równie dobre, ze dwa mnie nieco nudziły, ale w sumie naprawdę przyjemna lektura.

Inaczej rzecz ma się z powieścią. I tu odnajdziemy ulubione motywy pisarza, nie będę się powtarzać  (Wisłę rozpoznamy w Granatowych Górach, rodzinnej miejscowości narratora, babka ma tu na imię Joanna, a dziadek to Jan Nepomucen Wojewoda). Bez trudu rozpoznamy też znak rozpoznawczy, charakterystyczny styl (czasem mam wrażenie, że wszyscy bohaterowie jego książek mówią Pilchem). Jest to historia na poły kryminalna, na poły sensacyjna o tym, jak to narrator, młody student prawa obsesyjnie oceniający laski w punktowej skali do jedenastu (chyba), pewnego dnia odkrywa w sobie niezwykłą umiejętność: słyszy to, czego zwykły człowiek usłyszeć nie potrafi. Zaczyna się od rozpoznawania z wystukiwanych dźwięków pinów do kart bankomatowych. A potem wracają do niego słyszane i wyobrażone rozmowy i opowieści. I znowu gawęda jest najważniejszym żywiołem. Akcja w każdym rozdziale przerywana jest jakąś historią, a to rodzinną, a to szkolną, a jeśli nie opowiada narrator, to robią to ludzie, których spotyka, szczególnie wiele jest opowieści Konstancji (nietrudno zgadnąć, kim jest). Niektóre historie są naprawdę przednie. Moją ulubioną jest opowieść o tym, jak to w Granatowych Górach rozeszła się pogłoska, że wkrótce zamieszka tam sam ojciec święty (Jan Paweł II, rzecz jasna), który zamierza opuścić Watykan i spędzić swe ostatnie lata właśnie w Granatowych Górach, bo podobno jeździł tu kiedyś na nartach. Oczywiście wszystko w największej tajemnicy. Początkowo na mieszkańców pada blady strach, no bo przecież trzeba będzie wreszcie zacząć żyć po Bożemu, ale szybko dochodzą do wniosku, że skoro papież zamieszka w Granatowych Górach incognito, to tym bardziej należało będzie żyć po staremu, aby tajemnica się nie wydała. Opowieść jest pyszna, pysznie, brawurowo napisana, obnaża nasz powierzchowny katolicyzm. Trzeba jednak zauważyć, że Pilch pochyla się nad wadami rodaków z sympatią. Owszem, czyni je przedmiotem kpin, satyry, ale nie chłoszcze batem, nie kipi nienawiścią, ma zrozumienie dla ludzkich przywar (sam zresztą do swoich publicznie lubi się przyznawać). Ale obok takich fantastycznie opowiedzianych kawałków, jest też wiele zwyczajnie nużących. Zaliczę do nich przede wszystkim niektóre opowieści Konstancji. W końcu ileż można czytać o jej dziwacznych związkach z facetami. Ale nie to przeszkadzało mi najbardziej. Ostatecznie przecież powieść czytało się dobrze. Moje podstawowe rozczarowanie sprowadza się wątpliwości: o czym właściwie jest "Miasto utrapienia"? Ta powieść rozpada mi się na kawałki, na osobne historie, nie umiem znaleźć w niej spoiwa, nie potrafię dokonać syntezy. Ale może to moja słabość? Może tym razem okazałam się czytelnikiem nie dość przenikliwym i pojętnym? A może tak miało po prostu być? Może takie są wszystkie powieści Pilcha? Nie wiem, sprawdzę. Bo mimo wszystko nie zniechęciłam się. Wkrótce sięgnę po najnowszą powieść pisarza, w końcu to od niej moja przygoda z jego beletrystyką się zaczęła, a za jakiś czas pewnie wrócę do tych dawniejszych. Wytypowałam sobie dwie. No ale kiedy to nastąpi, trudno przewidzieć, bo półka z książkami oczekującymi pęka w szwach.

"Książę nie z tej bajki"

Jakoś tak chyłkiem, bez większej reklamy wszedł do kin najnowszy film francuskiej aktorki, reżyserki i scenarzystki, Agnes Jaoui. Jeśli ktoś nie kojarzy nazwiska, spieszę wyjaśnić, że to ona nakręciła "Opowiedz mi o deszczu" i "Popatrz na mnie". Dalej nie wiadomo, o kogo chodzi? Nie dziwię się, bo i ja, chociaż te filmy doskonale pamiętam i lubię, bez sprawdzenia u źródła tytułów też nie potrafiłabym wymienić. Ale kiedy napiszę, że najsłynniejszym obrazem Jaoui są "Gusta i guściki", pewnie większość natychmiast krzyknie eureka! Bardzo lubię jej filmy, szczególnie ostatni z wymienionych i "Popatrz na mnie", jasne więc było, że i ten muszę zobaczyć. Trochę jednak mi zeszło, zanim dotarłam, no ale w końcu obejrzałam i dzielę się wrażeniami.

"Księcia nie z tej bajki" obejrzałam z przyjemnością, chociaż nie jest to oczywiście dzieło wybitne. Można powiedzieć, że Agnes Jaoui, jak Woody Allen, stale kręci ten sam film. Mądre kino obyczajowe o zawiedzionych uczuciach, relacjach między dorastającymi dziećmi a rodzicami, wyborach drogi życiowej, egoizmie, samotności i przełamywaniu siebie. Wybiera też stale podobnych bohaterów. To bufonowaci, egoistyczni biznesmeni, artyści spełnieni lub nie albo tacy, którzy dopiero marzą o artystycznym sukcesie, i oczywiście zwykli ludzie, a to barmanka czy ochroniarz ("Gusta i guściki"), a to gospodyni domowa ("Opowiedz mi o deszczu"). Takich znaków rozpoznawczych jej kina jest jeszcze kilka. Wyrazista muzyka, często utwory klasyczne, ale przede wszystkim Jean-Pierre Bacri w jednej z głównych męskich ról. Samą Agnes Jaoui również za każdym razem możemy zobaczyć na ekranie. Zawsze też ta para wspólnie podpisuje scenariusze do reżyserowanych przez nią filmów.

To wszystko odnajdziemy także w "Księciu nie z tej bajki". Jest tu młody, skonfliktowany z ojcem kompozytor marzący o sukcesie. Jest młoda, piękna, naiwna dziewczyna, córka bogatego biznesmena, tęskniąca za miłością. Jest niespełniona, nieco zwariowana aktorka. Jest galeria nieszczęśliwych bohaterów marzących o ... miłości oczywiście albo przynajmniej o bliskości. Nie ma tu wielkich tragedii, ot codzienne nieszczęścia, które potrafią boleć. To, co odróżnia ten film od poprzednich, to zabawa motywami baśniowymi, traktowanymi dosłownie albo z przymrużeniem oka, na wspak. Bo jest to opowieść o dziewczynie, która marzy o swoim księciu z bajki. Raz zobaczymy ją we wcieleniu czerwonego kapturka, innym razem jako śpiącą królewnę, jest i wilk, i przewrotny książę, i wywrócony na nice Kopciuszek, i wiele innych znanych nam doskonale z różnych baśni motywów. Wszystko inteligentne i zabawne. Nawet obraz bywa stylizowany na baśniowy, a jedna z bohaterek swoim strojem, nie tylko, przypomina postać jakby żywcem wyjętą z baśni.

Nie jest to oczywiście ani nic wielkiego, ani nawet film rangi "Gustów czy guścików", ale, jak przed chwilą wspomniałam, inteligentny, trochę zabawny, trochę smutny film obyczajowy rozgrywany w przyjemnych dekoracjach. Jeśli ktoś lubi takie kino, przynajmniej od czasu do czasu, jeśli ktoś lubi Agnes Jaoui w roli reżyserki, aktorki i scenarzystki, jeśli ktoś lubi jej filmowego partnera, charakterystycznego Jeana-Pierra Bacri, może śmiało wybrać się do kina.

Peter Hessler "Przez drogi i bezdroża. Podróż po nowych Chinach"

Po przeczytaniu znakomitej książki Liao Yiwu "Prowadzący umarłych. Opowieści prawdziwe. Chiny z perspektywy nizin społecznych" nabrałam ochoty na kolejne opowieści o Chinach. Szybko nadarzyła się okazja. Chociaż w moim pięknie oprawionym zeszycie, w którym między innymi mam długą listę książek wartych przeczytania, zapisałam sobie kiedyś kilka tytułów wydanych już jakiś czas temu, to sięgnęłam po nowość: reportaż Petera Hesslera "Przez drogi i bezdroża. Podróż po nowych Chinach" (Czarne 2013; przełożył Jakub Jedliński). Kupiłam przed wakacjami, miałam wielka ochotę przeczytać natychmiast, ale przed podróżą już nie zdążyłam, ponieważ książka jest naprawdę pokaźnych rozmiarów. Hessler, amerykański dziennikarz i pisarz, mieszkał w Chinach przez wiele lat. W 2001 roku postanowił zdobyć chińskie prawo jazdy, aby zacząć podróżować po kraju i dokumentować przemiany, jakie w nim zachodzą. Kiedy zaczynał swoją przygodę, motoryzacja dopiero raczkowała. Niewielu Chińczyków posiadało prawo jazdy, niewielu miało własne samochody, a i sieć dróg pozostawiała wiele do życzenia. Dlatego początkowo podróżował sobie Hessler wypożyczonym samochodem po drogach, a jeszcze częściej po bezdrożach, z rzadka tylko spotykając jakieś inne pojazdy. Jako cudzoziemiec, a tym bardziej cudzoziemiec za kierownicą, budził spore zdumienie i zainteresowanie. Szczególnie, że na początek wybrał sobie tereny raczej odludne: peregrynował na wschód od Pekinu, zahaczając aż o Mongolię Wewnętrzną (łatwo zgadnąć, skąd taka nazwa), a wszystko po to, aby szukać śladów Wielkiego Muru. Bywało, że błądził, a samochód zakopywał się w piaskach. Chociaż samochody, motoryzacyjne perypetie, tytułowe drogi i bezdroża, a z czasem nowe autostrady stale są obecne w książce, to jednak tytuł jest nieco mylący. Książka składa się z trzech części: Mur, Wieś, Fabryka i tylko pierwsza z nich w ścisłym znaczeniu tego słowa traktuje o podróży. Druga jest opowieścią o tym, jak autor razem ze swą przyjaciółką postanawia wynająć na chińskiej wsi dom i przyjeżdżać tam na weekendy, rzecz w tamtym czasie (rok 2002) w Chinach zupełnie egzotyczna. Przez całe lata, aż do powrotu do Stanów, co nastąpiło w roku 2007, Hessler przygląda się i dokumentuje, jak zmienia się chińska wieś. Na laboratorium wybrał sobie  położoną na północ od Pekinu w górach Jundu, zapomnianą przez wszystkich, opuszczoną przez młodych wioskę Sancha. Wreszcie część trzecia to, jak łatwo się domyślić, opowieść o fabryce. Tym razem amerykański reporter penetruje południe Chin. Region, gdzie wraz z budową nowych dróg w okolicznych miastach władza tworzy specjalne strefy ekonomiczne, w których z niczego w błyskawicznym tempie powstają nowe fabryki. Przez lata autor przygląda się jednej z nich, fabryce w mieście Lishui produkującej, uwaga, uwaga, tylko dwa przedmioty: kółka do biustonoszy i druty usztywniające tę część damskiej garderoby. Towarzyszy jej od narodzin do czasu, kiedy właściciele postanawiają przenieść ją w inne miejsce.

Książka Hesslera to bardzo ciekawa opowieść o współczesnych Chinach i ich mieszkańcach. Autor zatrzymał w kadrze swoich reportaży gwałtowne procesy, które przeorały chińską rzeczywistość, zmieniły ludzi i obyczaje. Bo jasne jest, że nie da się opowiadać o kraju, nie mówiąc o ludziach. W pierwszej części są to spotykani na drogach autostopowicze głaszczący niewidzialne psy (w taki obrazowy sposób Hessler wyjaśnia, jakim gestem w Chinach zatrzymuje się samochody; to jedna z miliona różnic dzieląca Chińczyków i mieszkańców Europy czy Ameryki). Łapią okazję, aby dostać się z okolicznych miast, do których wyjechali w poszukiwaniu pracy, do swej rodzinnej wioski, gdzie zostawili rodziców, a nierzadko dzieci. Korzystają z autostopu, bo komunikacja zbiorowa marna. Rozmawia też z kierowcami ciężarówek, mieszkańcami małych miasteczek prowadzącymi z powodzeniem lub bez swoje małe biznesy, starcami, którzy pozostali w opuszczonych przez młodych wsiach, pasjonatami historii Wielkiego Muru i wielu, wielu innymi. Druga część to spotkanie z mieszkańcami Sanchy, górskiej wioski, gdzie pisarz wynajął dom. Przede wszystkim historia jednej rodziny, z która stała mu się bardzo bliska. Hessler opowiada o Wei Ziqi, jego żonie i synku. Jak przez mikroskop przygląda się swojemu rówieśnikowi, który jako jeden z nielicznych trzydziestolatków został we wsi i stale wierzył w swoją szansę właśnie tu, a nie w mieście, którego nie lubił. Dzięki przemianom obyczajów związanym z gwałtownym rozwojem motoryzacji (chińska klasa średnia zaczęła robić prawo jazdy, aby podróżować kupowanymi samochodami i spędzać weekendy na łonie przyrody) taką szansę otrzymał i wykorzystał. Ale to nie tylko optymistyczna opowieść o człowieku, który spełnił swoje marzenia. Hessler pokazuje też negatywny wpływ zachodzących zmian na życie Wei Ziqi i jego rodziny. Oczywiście to nie jedyni bohaterowie tej części. Autor przygląda się całej wiejskiej społeczności, międzyludzkim relacjom, wzajemnym powiązaniom, zależnościom, zawiściom, przyjaźniom czy niechęciom. Nie tylko jego przyjaciel, ale cała, niegdyś skazana na wymarcie, wieś dzięki swojemu położeniu zyskała drugą szansę. Jednak zmiany, jakie w szybkim tempie zachodzą, jak to bywa, mają też koszty. I wreszcie w trzeciej części Hessler opowiada o swoich spotkaniach z ludźmi zamieszkującymi specjalne strefy ekonomiczne: właścicielami powstających fabryk, pracującymi w nich majstrami i robotnikami, właścicielami drobnych biznesów (straganów, sklepików, restauracji), robotnikami równającymi góry pod budowę nowych dróg i wieloma innymi. To chyba najciekawszy rozdział książki. Pokazuje, w jakim tempie powstaje coś z niczego (dosłownie): dzielnica, fabryka, miasto, autostrada. Hessler objaśnia ekonomiczne i społeczne mechanizmy, które to umożliwiają. Na mnie największe wrażenie zrobiła niezwykła energia ludzi, najczęściej pochodzących ze wsi, bez wykształcenia, którzy stopniowo dzięki optymizmowi, niezwykłej wytrwałości i cierpliwości, zaczynając od pracy za grosze, pną się w społecznej hierarchii. Najwytrwalsi, najzdolniejsi i ci, którym najbardziej szczęście sprzyja, zostają właścicielami fabryk. Migracja nie tylko ze wsi do miast, ale po prostu z miejsca na miejsce, to dla nich rzecz całkiem zwyczajna. A jeśli się nie powiedzie, jeśli zbankrutują? Cóż, nie rwą włosów z głowy, przyjmują to ze stoickim spokojem i bywa, zaczynają od nowa. Takie cechy można podziwiać. Ale ci sami ludzie kierują się w swoim pędzie do celu niekoniecznie tylko tym, co szlachetne. Są cyniczni, bezwzględni, nielojalni, podstępni i nie widzą w tym nic złego. To dla nich normalny sposób postępowania w biznesie. Ale robią to na swój odrębny, chiński sposób. Jest w tym cynizmie, bezwzględności, nielojalności coś innego niż u nas. To różnica subtelna, niemal nieuchwytna, na pewno nieobjaśnialna. Aby zrozumieć, trzeba książkę przeczytać. Hessler jest zafascynowany rozwojem, tym tworzeniem czegoś z niczego. Zastanawia się, jak to możliwe, że to wszystko działa właśnie tak: coś z niczego stwarzają ludzie bez wykształcenia, w pośpiechu i często na wariackich papierach, w sposób dla  Europejczyków czy Amerykanów zupełnie niezrozumiały. Ale pokazuje też niebezpieczeństwa takiej drogi: chińska gospodarka najczęściej dostarcza tylko elementy do większej całości, owe kółka do biustonoszy, albo produkuje tandetę. Bez innowacyjności i kreatywności dalszy szybki rozwój nie będzie możliwy. Jest też w tej trzeciej, najciekawszej części książki, wiele informacji działających na wyobraźnię, ot na przykład taka, że w jednym z miast tego regionu w kilku fabrykach produkuje się siedemdziesiąt procent wszystkich zapalniczek na świecie (!), z innego pochodzi jedna trzecia światowej produkcji skarpetek (!). A w specjalnie stworzonej artystycznej wiosce malarze masowo produkują na przykład widoki Wenecji, którymi potem w europejskich miastach handluje się w sklepach z pamiątkami. Pewnie w taki sam sposób powstają inne nikomu niepotrzebne, wątpliwej urody przedmioty, jakie można dostać wszędzie tam, gdzie są turyści. Na przykład sprzedawane na chodnikach przez uciekinierów z Afryki obrzydliwe, kolorowe gluty, które ciśnięte o ziemię najpierw rozpłaszczają się, a potem przyklejają do podłoża. Dlaczego ludzie są zmuszeni w tak bezsensowny sposób zarabiać na życie? Dlaczego nie mogą sprzedawać czegoś użytecznego i ładnego? Jak to działa? Kto to kupuje? Zawsze się nad tym zastanawiam, obserwując takie sceny. No ale odbiegłam od tematu.

Czas już kończyć, ale nie byłabym sobą, gdybym nie dodała jeszcze, że książka Petera Hesslera to naprawdę niezwykle ciekawa opowieść o błyskawicznie rozwijającym się kraju, tak bardzo kulturowo różnym od tego, co znają Europejczycy czy Amerykanie. Mnóstwo tu ciekawych informacji, począwszy od chińskiej historii, przez Wielki Mur (autor obala mity na jego temat i wyjaśnia, czym tak naprawdę był i jak wygląda; dla mnie wiadomości całkowicie nowe) po opowieści o tym, jak wyglądają chińskie kursy prawa jazdy czy jak jeżdżą chińscy kierowcy. Widoczny na zdjęciu znajdującym się na okładce wycięty z kartonu policjant, który stoi przy drodze, to też jedna z takich pasjonujących osobliwości. A przecież to nie wszystko. Właściwie miałam nieco poutyskiwać na nużący mnie zalew informacji motoryzacyjnych najobficiej występujący w pierwszej części (Nic mnie tak nie nudzi jak motoryzacja! Jedyna audycja, jakiej nie jestem w stanie wysłuchać w moim ulubionym radiu, dotyczy  motoryzacji właśnie.), ale w końcu postanowiłam to autorowi wybaczyć.

Trzeba oczywiście mieć świadomość, że w swoim reportażu Hessler prawie zupełnie pomija problem łamania praw człowieka. Nie o tym jest ta książka. Czytając ją, do czego namawiam, i podziwiając chiński skok gospodarczy, pamiętajmy jednak, że Chiny mają swoje bardzo ciemne oblicze. Aby je poznać, warto sięgnąć do książki Liao Yiwu, od której zaczęłam tę opowieść (i oczywiście do innych, których nie znam).

Philip Roth "Upokorzenie"

Kolejny Roth, tym razem "Upokorzenie" (Czytelnik 2011; przełożyła Jolanta Kozak). Niewielka książeczka wydana w serii Nike, tak cienka i delikatna, że w czasie lektury momentami miałam wrażenie, iż mam puste ręce. Chciałoby się poczuć w dłoniach jej ciężar. Piszę o tym, bo być może właśnie jej  mizerny rozmiar sprawił, że autor nie nabrał rozpędu, nie wszedł w temat dość głęboko, jednym słowem zabrakło rozmachu potrzebnego do tego, aby czytelnik przejął się historią  Simona Axlera, wybitnego aktora teatralnego po sześćdziesiątce, który nagle kładzie dwie role z rzędu, załamuje się i wycofuje z życia. Tak, to niewątpliwie słabsza książka Rotha, na pewno najsłabsza z pięciu, które dotąd przeczytałam. Nie zniechęca mnie to jednak do dalszego, systematycznego odzyskiwania amerykańskiego pisarza. Wiadomo, jeśli napisało się tak dużo powieści, nie wszystkie będą wybitne czy choćby bardzo dobre. Dlatego na mojej półce czeka ostatnia z prezentowego pakietu choinkowego, a wkrótce, też w prezencie, dostanę aż cztery kolejne starannie wybrane. A teraz o "Upokorzeniu", pewnie krócej niż zwykle, bo przemyśleń i wrażeń nie ma tak wiele.

To kolejna książka Rotha o starości. Nie mogę uciec od porównań do mojej przedostatniej rothowskiej lektury, znakomitej powieści "Duch wychodzi". Historia starego pisarza Nathana Zuckermana, który pod wpływem nagłego uczucia do młodej kobiety wychodzi ze swojej samotni, naprawdę porusza. Kontrast pomiędzy młodym wnętrzem, a starzejącym się ciałem pokazuje tragedię człowieka u schyłku życia. Uniwersalny, egzystencjalny temat. Oczywiście to nie wszystko, bo "Duch wychodzi" jest nie tylko o starości, ale o tym już przecież obszernie pisałam, a tematem tej notki jest wszakże "Upokorzenie". I tu także, jak wspominałam, mamy starzejącego się człowieka, chociaż o dziesięć lat młodszego od Zuckermana. Może dlatego nie tyle starość jest tematem książki, a twórczy kryzys. Simon Axler nie potrafi podnieść się po klęsce swoich dwóch ostatnich ról, wycofuje się ze sceny, nie chce słyszeć o żadnych nowych propozycjach, nie ma w sobie sił na podjęcie kolejnych wyzwań, przechodzi nawet załamanie nerwowe i spędza miesiąc w ekskluzywnej klinice psychiatrycznej. Muszę szczerze wyznać, że ta pierwsza część powieści raczej mnie nużyła. Nie potrafiłam przejąć się losem opuszczonego bohatera, którego dotykają kolejne niepowodzenia, nie poruszały mnie też rozważania o samobójstwie (Simon spotyka w szpitalu niedoszłych samobójców) ani nawet historia młodej kobiety, która nie potrafi poradzić sobie z odkryciem, że mąż molestował jej córeczkę. Ożywiło mnie dopiero to, co nastąpiło potem. Otóż nieoczekiwanie w życie Simona wkracza kobieta, młodsza od niego o ponad dwadzieścia lat, nieco zwariowana córka jego dawnych przyjaciół. Pegeen, bo tak ma na imię, dotąd żyła z kobietami, teraz, nieoczekiwanie dla siebie, wiąże się z Axlerem. Nowy związek, seks, przekraczanie granic dają napęd do życia. Simon stwarza Pegeen na nowo, jednak tylko w sferze fizycznej. Uczy ją seksu z mężczyzną i kupuje nowe, kosztowne stroje. Ale jego partnerka pozwala mu na zmiany tylko w ograniczonym zakresie. Szybko okaże się, że przemiana dotyka wyłącznie jej nowego imagu, nawet w sferze seksualnej to ona zaczyna stawiać warunki, a jej duch w ogóle nie daje się kontrolować. Oboje muszą rozstrzygnąć dylemat: czy warto ryzykować  i angażować się w nowy związek,  nowe uczucie. Simon boi się, nie chce cierpieć. Jest za bardzo doświadczony, aby powiedzieć sobie: trudno, może będzie bolało, ale najpierw przeżyję kolejną miłość, więc warto. Nie ma przecież żadnej pewności, że Pegeen z nim wytrwa. Wszak nie chodzi tylko o różnicę wieku, ale także o jej przeszłość. Czy potrafi związać się z mężczyzną? Czy nie ucieknie do kobiety? Pegeen z kolei nie umie zerwać więzi z rodzicami, którzy robią wszystko, aby odciągnąć ją od Simona. Bo dużo starszy, bo przeszedł załamanie nerwowe. Jaka naprawdę jest? Taka, jaką widzi ją Simon czy taka, jaką przedstawia ją jej ostatnia, zraniona przez nią, kochanka. Mimo że narracja prowadzona jest w trzeciej osobie, świat poznajemy tylko z perspektywy Simona. Nie wiemy, co naprawdę robi i myśli Pegeen. Nasza wiedza jest jego wiedzą. Czy to modliszka, która niszczy swoje kolejne ofiary? Czy kobieta w drodze, stale szukająca nowych wrażeń? Właściwie dlaczego nagle zjawia się w jego domu? Simon cały czas pozostaje aktorem. O życiu zaczyna myśleć jak o roli. Aby rozwiązać swoje problemy, potrzebuje odwagi. Szuka jej, z jednej strony inspirując się zachowaniem innych, z drugiej traktując to, co robi, jak zadanie aktorskie. Czy gra wielką rolę czy jest tylko kabotynem? Dwa spotkania, dwie kobiety zaważą na jego przyszłości. I o tym też jest ta książka. O spotkaniu, które może człowieka zbudować na nowo albo zniszczyć.

Mogłabym pewnie jeszcze tak przez chwilę snuć swoje rozważania, to wszystko jednak nie zmienia faktu, że "Upokorzenie" nie jest powieścią porywającą. Każdą historię już przecież opowiedziano i dlatego liczy się przeżycie. Albo autor potrafi tak sprzedać swoją story, żeby wznieść ją na wyższe piętro i poruszyć czytelnika, a nawet nim wstrząsnąć, albo pozostawi go obojętnym. Tak niestety było tym razem. Nie obrażam się jednak na Rotha, bo zawdzięczam mu wiele wrażeń i, jeśli wierzyć krytykom, wszystko jeszcze przede mną. Czekają na mnie kolejne powieści amerykańskiego pisarza uznawane za wybitne czy przynajmniej bardzo dobre. Za jakiś czas sięgnę po kolejną.

"Lore" - poruszający niemiecki film (właściwie australiski!)

Chciałam iść na ten niemiecki film wyreżyserowany przez Australijkę Cate Shortland (i na podstawie jej scenariusza), ale nie obiecywałam sobie wiele. Niemieckie kino nie gości często na naszych ekranach, więc nie pomijam niczego, co może mnie zainteresować. Cztery gwiazdki (na sześć) pozwalają ryzykować, ale niekoniecznie oznaczają film rzeczywiście wart uwagi. Tymczasem jakie zaskoczenie! Naprawdę ciekawy, poruszający, interesująco zrealizowany film na ważny temat. Niemcy wiosną 1945 roku, tuż po podpisaniu kapitulacji i śmierci Hitlera. Lore, najstarsza z rodzeństwa, musi dotrzeć wraz z siostrą i trzema braćmi z południowych Niemiec w okolice Hamburga do babci, bo rodzice zostali aresztowani przez aliantów. I o tym jest ten film w warstwie fabularnej. Bałam się, że zniszczony wojną kraj zostanie pokazany po hollywoodzku, że Niemcy zostaną pokazani tylko jako ofiary, słowem bałam się uproszczeń charakterystycznych dla kina popularnego. Tymczasem nic z tych rzeczy. Shortland pokazuje cierpienie, wojenne zniszczenia, gehennę ludności cywilnej w sposób realistyczny i poetycki jednocześnie, a co znacznie ważniejsze nikt tu nie zostaje rozgrzeszony. Bohaterowie cierpią głód, brud, poniewierkę, żyją w wiecznym lęku, ale jednocześnie ani na chwilę nie pozwalają nam zapomnieć, dlaczego tak się dzieje. Posłużę się tu niedokładnym cytatem ze zbioru reportaży szwedzkiego dziennikarza, który w roku 1946 i 47 przemierzał podzielone na strefy okupacyjne Niemcy, wysyłając korespondencję do swojej gazety (Stig Dagerman "Niemiecka jesień"; film zmobilizował mnie, aby wreszcie zdjąć ją z półki z książkami oczekującymi i przeczytać). Otóż Dagerman opisując zrujnowany alianckimi nalotami kraj i tragiczne warunki, w jakich żyją Niemcy, kilkakrotnie przypomina: "Ale najpierw było Coventry" (cytat z pamięci). To samo w inny sposób robi Shortland. Gorąco polecam ten poruszający, bardzo sprawiedliwy film. Tyle szumu narobił ostatnio, podobno kiepski, niemiecki serial "Nasze matki, nasi ojcowie", który mimo kontrowersji zdecydowała się pokazać nasza telewizja, tymczasem "Lore", film wartościowy, mądry, przejdzie kompletnie niezauważony. Tylko jedna uwaga, tak na wszelki wypadek: akcja toczy się niespiesznie, film jest dość poetycki, co niektórych widzów może irytować (ale nie ma tu przerostu formy nad treścią, którego w kinie nie znoszę!). A kto już widział, może przeczytać ciąg dalszy.

Jeśli ktoś w tym filmie jest ofiarą, to niewątpliwie są to dzieci. Dzieci zindoktrynowane przez dorosłych, przesiąknięte złem. Dzieci, które żyły i żyją w piekle, z czego nie zawsze zdają sobie sprawę. Najprawdopodobniej do czasu ucieczki na wieś ich jedynym cierpieniem była tęsknota za ojcem, który poszedł na front. Ale zostały przecież wychowane w rodzinie fanatycznych nazistów otaczających kultem Hitlera, więc z pewnością były dumne z tego, że  jest żołnierzem. Nawet potem, na wsi i w drodze, zdarza się, że bliźniacy potrafią zapomnieć o niebezpieczeństwie, głodzie, poniewierce i beztrosko się bawić. A już na pewno nie rozumieją, jakie piekło na ziemi zgotowali podbitym narodom Europy ich rodacy. Przerażająca jest scena, kiedy bracia ubrani tylko w brudną bieliznę śpiewają zachwyconej starej wieśniaczce piosenkę sławiącą niemieckich żołnierzy. Siłą wyrazu prawie nie ustępuje słynnej scenie z "Kabaretu" Boba Fosse. I nie ma znaczenia, że tamci chłopcy byli weseli i swoją pieśń śpiewali żarliwie, a ci są smutni, zmęczeni i głodni. Przecież wierzą, że rodziców nie muszą się wstydzić, przeciwnie, powinni być z nich dumni, że zwycięstwo  kosztuje, że Thomas tylko udawał Żyda (Amerykanie lubią Żydów, więc tak mu łatwiej żyć). Gdyby byli w wieku swoich sióstr, wierzyliby pewnie, jak wszyscy dyskutujący o tym dorośli, że na  wieszanych przez aliantów w zrujnowanych miastach zdjęciach, które pokazują niemieckie zbrodnie wojenne, są aktorzy. To nieprawda, tak nie było, to niemożliwe, mówią wszyscy wokół.

Film pokazuje przerażający świat zniszczony przez faszystowską ideologię i wojnę. Niewątpliwe jest cierpienie mieszkańców: głód, brud, choroby, poniewierka, utrata domu, koszmarne warunki egzystencji, gwałty, śmierć, strach przed okupantem (nie zawsze wyimaginowany). Ale jednocześnie ci sami ludzie nadal otaczają czcią Hitlera, traktują niemieckich żołnierzy jak bohaterów, uważają zbrodniarzy wojennych za ofiary aliantów, nie wierzą w ich zbrodnie, nie dopuszczają takiej możliwości, nienawidzą Żydów. Nie zrozumieli nic, z lekcji, jaką dostali. O tym właśnie pisałam we wstępie. Kiedy widzimy brudne, głodne, zmęczone dzieci, kiedy patrzymy na zgwałcone kobiety, na matkę, która musi porzucić swoje potomstwo, na koczujących w strasznych warunkach uciekinierów, współczujemy im, ale oni natychmiast tym, co mówią, przypominają nam, co jest przyczyną, a co skutkiem. Najpierw przecież było Coventry, że wrócę do, chyba niedosłownego, cytatu ze zbioru reportaży Dagermana. Ale to nie koniec. Wojna i koszmarne warunki egzystencji spowodowały znieczulenie na zło, zanik ludzkiej bezinteresowności i życzliwości. Zbrodnię popełnić jest niezwykle łatwo, jeśli śmierć była i jest codziennością. Przerażająca jest scena zabójstwa właściciela łodzi. Przerażające jest to, co ją poprzedziło. I nie ma czasu na rozpacz, refleksję, wyrzuty sumienia, odczucie tragedii, bo trzeba przepłynąć rzekę i ruszać dalej. Co myśmy zrobili, rzuca Thomas (cytat z pamięci) i już w kolejnej scenie widzimy, jak siedzą w łodzi, o którą poszło. Trzeba zdobyć jedzenie, nawet posuwając się do kradzieży, trzeba żebrać, a nawet złożyć ofiarę ze swojego ciała. Przerażające jest też to, że kiedy wreszcie dzieci dotrą do domu swojej babci, gdzie o dziwo czeka na nie względny dostatek, nie znajdą tam całkowitego ukojenia. Mogą się wreszcie umyć, śpią w czystej pościeli, nie są głodne, ale panuje tu emocjonalny chłód. Babcia potrafi być bezwzględna i ostra jak brzytwa (podobnie inni dorośli). Te obrazy przypominają sceny w domu pastora, jednego z bohaterów "Białej wstążki" Hanekego. Zło w "Lore" jest tym straszniejsze, że wszystko rozgrywa się w sielskim otoczeniu. Okolice, przez które wędrują dzieci razem z Thomasem, są często piękne, pozornie nietknięte wojną, niezniszczone (wieś niemiecka ucierpiała znacznie mniej, bombardowane były miasta). Piękno krajobrazu wydobywają poetyckie obrazy, których tutaj tak wiele. Ale poezja wcale  nie łagodzi ostrza filmowej opowieści. Przeciwnie.

Na osobną uwagę zasługuje para głównych bohaterów: tytułowa Lore i pomagający jej Żyd, Thomas. Dziewczyna dojrzewa, zmienia się. Nie tylko musi nagle stać się dorosła, wziąć odpowiedzialność za młodsze rodzeństwo, podejmować kontrowersyjne, trudne decyzje. Jako jedyna wie, co naprawdę stało się z rodzicami. Zstępuje do piekła. Jest najstarsza, najwięcej rozumie. Kiedy młodsze dzieci widzą tylko zakrwawionego trupa kobiety, ona domyśla się, co ją przed śmiercią spotkało. Chcąc ratować bliźniaków i siostrę, jest gotowa oddać najmłodszego brata. Szukając ratunku, handluje swoim ciałem, czym pośrednio przyczynia się do jego zamordowania. To wszystko już jest potworne, ale może jeszcze gorsze jest powolne uświadamianie sobie, co robił  ojciec w czasie wojny. Stopniowo dopuszcza do siebie myśl, że na zdjęciach, które wieszają alianci, są prawdziwi ludzie, nie aktorzy, a jej ojciec uczestniczył w tej zbrodni. Nie może też oszukiwać się, jak jej młodszy brat, że Thomas udaje Żyda, bo Amerykanie ich lubią. Nie tylko wie, że nim jest, ale powoli zdaje sobie sprawę, co przeszedł i jaki udział mieli w tym jej rodacy, czciciele Hitlera, którego i ona czcią jeszcze wczoraj otaczała. Początkowo nienawidzi Thomasa, wręcz się nim brzydzi, właśnie dlatego, że jest Żydem. Potem go potrzebuje. Jednocześnie pod jego wpływem budzi się w niej kobieta. Ich relacja nie jest prosta i łatwa. Nienawiść, strach, obarczanie winą za śmierć brata i zabójstwo rybaka mieszają się z fizycznym pożądaniem, fascynacją, kiełkującym uczuciem i współczuciem. Lore dostrzega w nim nie tylko mężczyznę, ale także człowieka, co jest znacznie ważniejsze. I znowu filmowa poezja, poetyckie kadry w subtelny sposób, bez zbędnych słów, pokazują nieoczywistą relację między dwojgiem na wskroś obcych sobie ludzi. Także to jak Lore dorasta. Dorasta do człowieczeństwa.

I jeszcze na chwilę pochylę się nad Thomasem, najbardziej tajemniczą postacią. Przede wszystkim niejasne są jego motywacje. Dlaczego decyduje się pomagać Lore i jej rodzeństwu? Zwyczajna ludzka przyzwoitość, życzliwość? Samotność? Potrzeba kontaktu z drugim człowiekiem za wszelką cenę? Wrażliwość na cudze nieszczęście? Umiejętność współodczuwania pogłębiona przez własne tragiczne, obozowe doświadczenia? A przecież mógłby nienawidzić, pragnąć zemsty. Być może ktoś zarzuci twórcom filmu, że postawa Thomasa jest nieprawdopodobna, że jego postać trąci naiwnością. Ale przed zarzutem, że to bohater uproszczony, broni go jego niejednoznaczna postawa. Czasami obojętność i szorstkość, kradzieże, znieczulenie na śmierć, wreszcie zbrodnia. Co się z nim stanie? Nie zostały mu nawet zdjęcia, które nosił w portfelu, jedyne pamiątki z przeszłości. Tak jak nagle pojawia się w życiu Lore i jej rodzeństwa, tak nagle znika. Pomógł im, a jednocześnie przyczynił się do tragedii. 

Warto jeszcze zwrócić uwagę na świetne role aktorek grających siostry. Mnie przekonuje także aktor wcielający się w milczącego, tajemniczego Thomasa. Jego smutna, nieruchoma twarz ma w sobie jakiś magnetyzm.

Popularne posty