Colm Tóibín "Long Island", "Brooklyn"

Dawno, dawno temu w czasach przedblogowych przeczytałam

bardzo chwaloną wówczas powieść "Brooklyn" irlandzkiego pisarza Colma Tóibína (Rebis 2009, nowe wydanie 2025; przełożył Jerzy Kozłowski). Przeczytałam i się rozczarowałam. O co tyle hałasu? Dziś już nie bardzo potrafię odtworzyć, jaki był powód mojego zawodu. Chyba miałam jej za złe to, że jest za krótka i w związku z tym autor zaledwie szkicuje problemy, a nie wchodzi w nie głęboko. Tak, chyba o to mi chodziło. Dowodem na to, jak ją potraktowałam, jest fakt, że pozbyłam jej się z domu przy okazji książkowego remanentu, a miałam ją  w wersji papierowej, bo był to czas przedczytnikowy. 

Kiedy w zeszłym roku wyszła kontynuacja "Brooklynu", czyli

"Long Island" (Rebis 2025; przełożył Jerzy Kozłowski), i do Polski na Festiwal Conrada przyleciał autor, a ja byłam na tym spotkaniu, postanowiłam dać Colmowi Tóibínowi drugą szansę i sięgnąć po jego najnowszą powieść. Ale żeby to zrobić, musiałam jednak, także z ciekawości, przeczytać część pierwszą. Tak też zrobiłam. Z braku czasu nie odniosłam się do niej bezpośrednio po lekturze, więc dzisiaj, pisząc o "Long Island", wspominam też trochę o "Brooklynie", tym bardziej że obie powieści mają podobną konstrukcję. 

Jak po ponownej lekturze wypada pierwsza część opowieści o Eilis Lacey, młodej irlandzkiej dziewczynie, która w latach pięćdziesiątych zeszłego wieku zostaje wysłana przez swoich najbliższych do Stanów, gdzie ma dzięki irlandzkiemu księdzu, znajomemu  starszej siostry, zapewnioną pracę, dach nad głową i wsparcie na obczyźnie? Otóż muszę ze zdumieniem stwierdzić, że zupełnie nie rozumiem, o co się wówczas czepiałam. Dziś nie dopatruję się w tej książce braku wnikliwości i powierzchowności. Powieść przeczytałam z dużym zainteresowaniem. Oczywiście to nie arcydzieło, ale bardzo dobra literatura środka. Wielką zaletą jest pogłębiony portret głównej bohaterki. Eilis wcale nie ma ochoty jechać do pracy za ocean, najchętniej zostałaby w domu, z matką i starszą siostrą, która jest dla niej autorytetem i wsparciem. Ale nie ma wyboru. Tam ma szansę na lepszą pracę, tu w małym irlandzkim miasteczku pracuje dorywczo w sklepie, znosząc humory właścicielki. Jej starsi bracia też wyjechali, tyle że bliżej, bo do Anglii. Wyobraźmy sobie jej sytuację - młoda dziewczyna, która nigdy nie była dalej niż w najbliższej okolicy swojego miasteczka, nagle musi zostawić najbliższych, nie wiadomo, kiedy ich ponownie zobaczy, i sama płynąć do Stanów, a tam odnaleźć się w nowym otoczeniu. Wszystko jest dla niej nowe i obce. Podróż do Anglii, gdzie na szczęście zaopiekują się nią bracia, rejs statkiem, a potem Nowy Jork, Brooklyn, mieszkanie na stancji, praca w dużym domu handlowym, inny świat, inne zwyczaje, tęsknota za najbliższymi, z którymi może tylko korespondować. Gdyby nie opieka, jaką roztacza nad nią ów irlandzki ksiądz, znajomy siostry, na pewno byłoby jej o wiele trudniej. Ale Eilis nie jest szarą myszką. Okazuje się dziewczyną samodzielną, umiejętnie nawigującą wśród współmieszkanek wynajmujących pokoje u tej samej właścicielki. A to prawdziwe kłębowisko żmij i znalezienie się pomiędzy nimi a właścicielką nie jest łatwe. 

Bardzo ciekawa jest druga część książki, kiedy Eilis, która już zdążyła się jakoś zadomowić na Brooklynie, z powodu sytuacji rodzinnej wraca na jakiś czas do Irlandii. Początkowo czuje się tam obco, a jednocześnie dla miejscowych jest kimś, bo przecież przyjechała z tej mitycznej Ameryki. Inaczej się ubiera, jest pewniejsza siebie. To inna Eilis, trudniej jej ułożyć się z matką, za którą przecież tęskniła. Ale najbardziej interesujące są jej duchowe i uczuciowe rozterki, które przeżywa po powrocie do domu. Przyjechała tylko na jakiś czas, aby wspomóc matkę, ma wrócić do Nowego Jorku, tymczasem dzieje się coś, co sprawia, że zaczyna się zastanawiać nad swoimi wyborami. Zostać czy wrócić? Niestety muszę pisać ogólnikowo, aby nie zdradzić nic z treści, bo to, co się dzieje z Eilis, jest po prostu bardzo ciekawe. Przyznam, że nie do końca pamiętałam, w jaki sposób główna bohaterka rozwiąże swoje duchowe dylematy, bo że wróci, wiedziałam, a poza tym można się tego domyślić, czytając info o "Long Island". Dlatego nie mogłam się oderwać od ostatniej partii powieści.

Podobnie było w wypadku części drugiej. Minęło dwadzieścia lat. Eilis mieszka razem z mężem, amerykańskim Włochem, i dwojgiem dorastających dzieci na tytułowym Long Island. Obok  domy mają jego rodzice i dwaj bracia razem z rodzinami. Jest samodzielna, pracuje, życie ma ustabilizowane, trochę przeszkadza jej bliskość rodziny męża, a trochę to lubi. Regularnie koresponduje z matką, dokumentując swoje życie zdjęciami. Napisałam, że obie powieści mają podobną konstrukcję. Bo nagle odwiedza ją obcy jej człowiek, który informuje o czymś, co burzy jej dotychczasowe życie. Eilis, co świadczy o jej sile, zachowuje się stanowczo, stawia pewne warunki, czegoś żąda, a chwilowo postanawia przeczekać burzę w Irlandii. Po latach wraca do rodzinnego domu i znowu będzie przeżywać podobne rozterki, bo nagle wróci do niej przeszłość, tamto lato spędzone w domu. Niestety nic więcej zdradzić nie mogę, bo odebrałabym wielką przyjemność płynącą z lektury! 

Mamy tu wiele niedopowiedzeń i płynących z tego nieporozumień, sprzeczne interesy bohaterek i bohaterów, co prowadzi do wielkich komplikacji. Kto zawinił? Do kogo można mieć pretensje? Co zrobią bohaterki i bohaterowie? Jak postąpi ostatecznie Eilis? Na pewno gdyby wszyscy byli od początku szczerzy, nie doszłoby do takiej sytuacji. A jest to bardzo prawdziwe i bardzo ludzkie, bo tak się przecież w życiu zdarza. Im bliżej finału, tym bardziej nie potrafiłam oderwać się od lektury, bo teraz naprawdę nie miałam pojęcia, jak skończy się ta historia, no i jak zostanie to rozwiązane. A autor podsyca ciekawość, umiejętnie mieszając wątki. Na sytuację patrzymy z punktu widzenia różnych bohaterek i bohaterów. 

Oprócz tego bardzo ciekawa jest konfrontacja Eilis, już częściowo Amerykanki, ze światem swojej wczesnej młodości, szczególnie z losem jej przyjaciółki. Zderzenie tych dwóch bohaterek wypada na korzyść Eilis. Jej się powiodło, bardzo dobrze wygląda, ma pieniądze, chociaż nikt nie wie, że nie do końca swoje, a to co z perspektywy małego irlandzkiego miasteczka może się wydawać wielką karierą, nie do końca jest nią z perspektywy amerykańskiej. Tymczasem jej przyjaciółka czuje się przy niej jak kopciuszek czy uboga krewna. Chociaż wcześniej lubiła swoje życie, teraz widzi, że się zaniedbała, no i musi ciężko harować, aby po śmierci męża utrzymać siebie i dorastające dzieci. A praca dodatkowo łączy się z pewnymi problemami. Ciekawie opowiedziane są też relacje Eilis z  matką, za którą przecież tęskniła, ale z którą niełatwo jej się żyje. 

"Long Island" jest moim zdaniem jeszcze lepszą powieścią od "Brooklynu", bo równie ważnymi postaciami jak Eilis są także inne osoby, których motywacje i przeżycia opowiedziane są niezwykle wnikliwie.

Z czystym sumieniem polecam obie powieści. Wielka, ale niebłaha, przyjemność. Warto od czasu do czasu dać się po prostu ponieść lekturze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Popularne posty