Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sztuka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sztuka. Pokaż wszystkie posty

Marek Beylin "Ferwor. Życie Aliny Szapocznikow"

Pamiętam, że kiedy kilka lat temu ukazała się książka Marka Beylina

"Ferwor. Życie Aliny Szapocznikow" (Karakter i Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie 2015) przez moment zastanawiałam się, czy jej nie przeczytać, ale ostatecznie zrezygnowałam. O Alinie Szapocznikow oczywiście słyszałam,  jednak nie interesowała mnie na tyle, aby po jej biografię sięgać. Nie umiem powiedzieć, czy widziałam jakąkolwiek jej rzeźbę w galerii czy muzeum. Pewnie tak, ale świadoma tego nie byłam. I najprawdopodobniej nic by się nie zmieniło, gdyby nie, dość skromna, wystawa jej prac w moim mieście. Znacznie wcześniej wpadły mi w ucho dwa podcasty poświęcone jej sztuce i osobie. Wystawę postanowiłam obejrzeć w ramach oprowadzania przez historyczkę sztuki, bo czułam, że bez komentarza spłynie to po mnie jak woda po gęsi, po prostu niewiele zrozumiem. Tak mam ze sztuką współczesną i oczywiście nie jestem wyjątkiem. O ile w galeriach i muzeach prezentujących sztukę umownie zwaną dawną mogę spędzać godziny, o tyle z odbiorem nowoczesnej mam problem. W każdym razie oglądanie rzeźb Aliny Szapocznikow z komentarzem specjalistki i opowieść o jej życiu zrobiły na mnie, a także na innych uczestniczkach, takie wrażenie, że postanowiłam sięgnąć po jej biografię.

Chociaż książkę przeczytałam stosunkowo szybko, muszę stwierdzić, że nie jest to lektura łatwa. Dlaczego? Bo autor, z wykształcenia historyk sztuki, w dużej mierze zajmuje się w tej biografii analizą prac Aliny Szapocznikow i dyskusjami, jakie toczyło środowisko artystów i ludzi parających się sztuką w czasie, kiedy bohaterka tej książki żyła i tworzyła. Oczywiście to nie zarzut, tylko stwierdzenie faktu. Po prostu na pewno nie jest to rzecz, która trafi do szerokiego grona odbiorców. A może inaczej - jeśli sięgnie po nią ktoś taki jak ja, zainteresowany sztuką, ale nie fachowiec, musi się liczyć z tym, że wiele fragmentów będzie dość hermetycznych. Mam takie wrażenie, oczywiście nie prowadziłam statystyki, że samej Aliny Szapocznikow jest w "Ferworze" mniej niż jej rzeźb. To wszystko nie znaczy jednak, że żałuję lektury. Jak słyszałam, nad kolejną biografią rzeźbiarki pracuje Weronika Kostyrko. Ciekawa jestem, jaka będzie jej książka.

A czym uwiodła mnie Alina Szapocznikow i jej sztuka opowiadana przez jej doświadczenia? Wolą życia i żywiołowością. Alina Szapocznikow, która przeszła przez łódzkie getto, Auschwitz i inne obozy, która w jakiś czas potem wywinęła się śmierci dzięki zastosowaniu, wówczas eksperymentalnej, terapii streptomycyną, a w końcu przez cztery ostatnie lata swojego życia chorowała na raka piersi, przy czym w ostatnim okresie była świadoma, że nie ma już dla niej ratunku, do końca zachowywała wielką wolę życia i pogodę ducha. 

Kiedy już wiedziała, że umiera, odwiedzający ją przyjaciele widzieli tylko radość i energię. Teatr? Raczej żywiołowy program życiowy, zachowanie nierzadkie wśród tych, którzy przetrwali zagładę.

Mimo dramatycznych doświadczeń, a może na przekór nim, starała się korzystać z życia pełnymi garściami. Kształcić się, tworzyć, kochać, założyć rodzinę, szukać lepszych miejsc do mieszkania i tworzenia. 

... powiedziałbym, że Szapocznikow, uformowana do ciężkości życia, wybrała jego lekkość i poszukiwała jej mimo przeciwieństw.

Nie chciała mówić o tym, co przeszła w czasie wojny. Pozostaje tajemnicą, czy niektóre jej prace czerpią z doświadczeń wojennych. Tak je często interpretowano. Marek Beylin w swoich rozważaniach raczej nie podziela tego zdania. Odczytuje te rzeźby inaczej, chociaż nie ucieka od stwierdzenia, że:

Światu ukazywała twarz nieodmiennie radosną, pełną nadziei i życiowego optymizmu, a ból, zwątpienia i udręki gromadziła w sztuce. 

Ale to stwierdzenie dotyczy raczej jej późniejszej twórczości, która odwoływała się do jej choroby. 

Zaskoczyło mnie, że Alina Szapocznikow nie zrobiła międzynarodowej kariery. Być może stałoby się inaczej, gdyby nie jej przedwczesna śmierć. Bo zainteresowanie jej pracami rosło. Autor pokazuje, ile zabiegów, trudu i wyrzeczeń wymagało, a pewnie i dziś wymaga, utrzymanie się na rynku sztuki. Niemałe znaczenie miało też niestety to, że była artystką, a nie artystą. Jako kobieta miała trudniej. 

Delikatna dziewczyna przy wielkim kamieniu, ekspresja miłości, czyli kobieta i jej emocje - takie ujęcie przydawało jej medialnej atrakcyjności, lecz zarazem zamykało w klatce sztuki kobiecej, odrębnej od sztuki "prawdziwych" artystów, gdzie emocje stanowiły część przemyślanego projektu.

Jej prace wykorzystujące cielesność, operujące ironią, dyskutujące z traktowaniem przez popkulturę i media kobiet jako obiektów erotycznych spotykały się z niezrozumieniem. Nie pomagało jej to, że zdecydowała się zamieszkać na stałe we Francji. Póki funkcjonowała jako artystka zza żelaznej kurtyny, była na swój sposób interesująca, bo egzotyczna.

Osiedlając się w Paryżu, traciła wiele z egzotycznej atrakcyjności, jakiej przydawano twórcom z Europy Wschodniej. Traktowano ich jak atrakcję, a nawet przyznawano im pewne przywileje - dopóki wracali do siebie i nie chcieli na równi funkcjonować w świecie, który ich gościł. Jeśli chcieli się poczuć częścią Zachodu, wyrastały przed nimi bariery, jakich nie doświadczali twórcy cieszący się "lepszym" miejscem urodzenia. 

Kiedy zdecydowała się zamieszkać i tworzyć we Francji, stała się jedną z wielu. A ona nigdzie nie była u siebie. W polskim konserwatywnym świecie artystycznym czuła się obca, nieprzynależna do żadnej grupy, szczególnie jako osoba młoda i kobieta. Uważała też, że przestaje się rozwijać, że utknęła w martwym punkcie. 

Szapocznikow i Cieślewicz przyjechali do Francji nie po to, by biedzić się z Polską, lecz by uwolnić się od jej licznych ciężarów, pozostając Polakami. Chcieli zakorzenić się we francuskim życiu artystycznym, które miało ich - zwłaszcza ją - wprowadzić do obiegu europejskiego i amerykańskiego. 

W cytowanych listach do pierwszego męża, Ryszarda Stanisławskiego, i drugiego, Romana Cieślewicza, nie szczędzi złośliwości starszym od siebie rzeźbiarzom, facetom o, jak wynika z jej słów, obleśnym wyglądzie, za to przemądrzałym. Ale i we Francji nie była do końca u siebie, i tu dręczyła ją jej osobność, obcość. Czuła się też jak uboga krewna z powodu problemów finansowych.

W Paryżu mogli cieszyć się życiem w jego ludycznych przejawach. I nie z powodów materialnych, bo oboje biedowali. Ale tłoczne do nocy ulice, kawiarnie, knajpki, tanie wino, wystawy i dyskusje - wszystko to budowało bogactwo różnorodności. Coraz mniej obecnej w Polsce, gdzie narastały monopol doktryny i szara, znojna bieda.  Paryż był więc do codziennego życia, kształcenia się dojrzewania. Polska stanowiła przedmiot wiary przywracającej podmiotowość. Wiara zaś ułatwiała zakorzenianie się w Polsce. Toteż we Francji Alina tęskniła za Polską, czy też za sobą w Polsce, W Polsce  - brakowało jej siebie we Francji.

Miała nadzieję na zaistnienie na rynku sztuki amerykańskiej, ale niestety nic z tego nie wyszło. Po śmierci została właściwie zapomniana. Większość zachowanych prac leżała w garażu jej syna. Część uległa zniszczeniu z powodu kruchości. Materiały, jakimi dysponowała i z jakimi eksperymentowała, nie były wtedy dobrej jakości. Jak mówi Anda Rottenberg w jednym z podcastów, o których wspominałam, dziś trudno urządzić dużą wystawę jej prac, bo są bardzo rozproszone. Może to tłumaczy, dlaczego ta w moim mieście jest tak skromna.

Marek Beylin nie unika oczywiście rozmowy o jej wczesnych pracach, socrealistycznych z ducha. 

Nastawiona na życie Szapocznikow nade wszystko chciała robić własne rzeźby, musiała jednak zarabiać; pragnęła też, jak każdy twórca, być widoczna, zabiegała więc o zamówienia, a w jej zawodzie rzeźbiarki zleceniodawcą mogło być tylko państwo.

Nawet później, mieszkając już w Paryżu, nie zerwała kontaktów z Polską, nie miała statusu emigrantki czy uciekinierki i potrafiła brać udział w plenerach rzeźbiarskich czy konkursach pod mocno zideologizowaną egidą. Robiła to z powodów finansowych i żeby istnieć w artystycznym obiegu. A poza tym nie ukrywała swoich lewicowych poglądów. Nie była w tym odosobniona.

Szapocznikow nie zgłębiała ideologii. Kierowała się nie tyle historiozoficznymi przemyśleniami, ile ogólną modą i moralnym odruchem, który kazał jej stanąć po stronie tego, co nowe i młode, przeciw temu, co stare i skompromitowane.

A tak Czesław Miłosz pisał o klimacie panującym w latach powojennych w Europie.

Ludziom, którzy nie pamiętają powojennego dziesięciolecia, niełatwo uzmysłowić sobie triumfalną siłę marksistowskiej wiary, do której w owym czasie lgnęły najlepsze umysły z obu części podzielonej Europy. Ten okres tak szybko odchodzi w zapomnienie, że wciąż słyszy się pytanie, dlaczego tylu intelektualistów padło wtedy ofiarą własnej ślepoty; tymczasem rozsądniej byłoby zapytać, dlaczego niektórzy oparli się pokusie.

Słodko-gorzka droga życiowa. Najeżona przeciwnościami, ale także radością. Artystycznie spełniona, jednak nie do końca.

Anna Kaszuba-Dębska "Przybyszewska/Pająkówna. Głuchy krzyk"

Na podwójną biografię matki i córki "Przybyszewska/Pająkówna.

Głuchy krzyk" pióra Anny Kaszuby-Dębskiej (Marginesy 2023) ostrzyłam sobie zęby od dawna. Kiedy już ją kupiłam, a sprawiłam sobie prezent z jakiejś okazji, bo cena trzymała się mocno, stale nie miałam czasu, bo książka papierowa to ponad pięćset stron. Oczywiście należy odliczyć bibliografię i przypisy. Tak czy inaczej wydawało mi się, że będę potrzebowała czasu, aby ją przeczytać. Tymczasem kiedy wreszcie się za nią zabrałam, połknęłam w tydzień z niewielkim haczykiem.

Muszę przyznać, że zanim ukazała się książka, o Anieli Pająkównie nie słyszałam w ogóle albo niewiele, a o Stanisławie Przybyszewskiej tylko tyle, że była nieślubną córką Stanisława Przybyszewskiego i autorką dramatu "Sprawa Dantona", który po dziesięcioleciach stał się podstawą scenariusza filmu Andrzeja Wajdy pod tym samym tytułem. Widziałam go dawno temu i jakoś nie trafiła się okazja, aby zobaczyć ponownie, a szczególnie teraz, po lekturze książki, miałabym ochotę. A przed laty udało mi się obejrzeć inscenizację dramatu w reżyserii Jana Klaty ze świętej pamięci Teatru Polskiego z Wrocławia. (Jak słyszę, jest nadzieja na zmartwychwstanie, bo dyrektorem ma zostać Michał Zadara.)

Biografia obu pań nie jest bardzo łatwą lekturą, a powody są dwa. Po pierwsze autorka obszernie cytuje rozmaite listy, ale także artykuły prasowe. Czasem miałam wrażenie nadmiaru, a trzeba do tego dodać, że wywody Stanisławy Przybyszewskiej nie zawsze czyta się dobrze ze względu na filozoficzne rozważania i język, powiedziałabym, miejscami barokowy. Ale najważniejszy jest powód drugi. Otóż dawno nie czytałam biografii tak smutnych, a nawet tragicznych! Powiedzieć, że ani matka, Aniela Pająkówna, ani jej nieślubna córka, Stanisława Przybyszewska, nie miały łatwego życia, to nic nie powiedzieć. A już życie Stachny, jak była nazywana przez najbliższych, to naprawdę dramat skłaniający do niejednej refleksji.

A zaczęło się bardzo dobrze i wszystko miało potencjał ułożyć się pomyślnie, gdyby nie jedno fatalne spotkanie. Bo na życiu Anieli Pająkówny, a w konsekwencji jej córki Stanisławy Przybyszewskiej zaważyły właśnie dwa spotkania. Pierwsze było cudownym zrządzeniem losu, bo pozwoliło jej, córce stangreta w majątku rodziny Pawlikowskich w Medyce, wykształcić się i zostać uznaną portrecistką, która z powodzeniem mogła na siebie zarabiać. A koniecznie należy wspomnieć, że była przedstawicielką pierwszego pokolenia Polek wykształconych, artystek i feministek, przepraszam, emancypantek, bo tak wtedy mówiono. Niestety zdobywać wykształcenie musiała za granicą, w Paryżu, bo polskie uczelnie jeszcze dzielnie broniły się przed studentkami. Jej malarstwo zaistniało także na międzynarodowej scenie artystycznej. A więc to pierwsze, szczęśliwe, spotkanie to spotkanie ze wspomnianą już rodziną Pawlikowskich, ludźmi zamożnymi, wykształconymi i filantropami, którzy swoje życie dzielili pomiędzy Medykę i Kraków. Helena i Mieczysław zwrócili uwagę na bystrą i utalentowaną dziewczynkę i postanowili się nią opiekować, co robili z wielkim oddaniem. I pewnie życie Anieli potoczyłoby się jak w bajce, gdyby nie drugie spotkanie i związane z nim fatalne zauroczenie. Aniela Pająkówna nie była pierwszą kobietą, która uległa destrukcyjnemu wpływowi Stanisława Przybyszewskiego, guru młodopolskich artystów. Efektem tego krótkotrwałego związku była ciąża i narodziny nieślubnej córki, co w tamtym czasie oznaczało hańbę dla matki i dla dziecka. Aby jakoś żyć, za namową najbliższych udaje ... nianię dziewczynki, a ściślej rzec biorąc kobietę, która przygarnęła dziecko. To czyn szlachetny, a nie hańbiący jak urodzenie bękarta.

W towarzystwie znacznie łatwiej zaakceptować, że panna przysposobiła dziecko, bo to szlachetny czyn. Broń Boże mieć własne bez obrączki na palcu. Udawanie niani to dla kobiety mniejsze upokorzenie niż jawne przyznanie się do pozamałżeńskiego seksu i jego konsekwencji.

Bez obrączki na palcu panna z bękartem to kobieta lekkich obyczajów, upadła grzesznica, bezwstydnica. Aniela dojmująco odczuwa swój status wykolejeńca i wyrzutka społecznego.

Jej dalsze, krótkie, życie to zmagania z codziennością, malowanie, opieka nad córką i bezustanne starania o to, aby ojciec uznał oficjalnie dziecko i zechciał się z nim zobaczyć. Można powiedzieć, że to pogoń za Stanisławem Przybyszewskim, który ją nieustannie zwodził, zapewniając o ... swojej miłości i swoich dobrych chęciach wobec dziecka, a niepowodzenia zrzucał na zazdrosną żonę, Jadwigę, dawniej Kasprowiczową, z którą w atmosferze skandalu zaczął romansować wtedy, kiedy równocześnie uwodził Anielę. Powiedzieć, że był to męski odpowiednik femme fatale, to nic nie powiedzieć. Złamał życie niejednej kobiecie. A bezsilna w tej sytuacji Aniela potrafiła mu jeszcze wysyłać pieniądze, których stale nie miał! To krótkie, naznaczone nieszczęściem życie, miało trzy jasne punkty - malowanie, miłość do dziecka i pomoc kilku życzliwych osób, w tym rodziny Pawlikowskich, która nigdy nie odwróciła się od Anieli i od jej córki.

Natomiast życie jej córki, Stanisławy Przybyszewskiej, to jedno pasmo tragedii i ... samozagłada. Chociaż otoczona miłością matki, od dzieciństwa żyła w schizofrenicznej rzeczywistości, bo do Anieli musiała mówić nianiu. Kiedy zrozumiała, że to jej matka? Trudno powiedzieć, potem już zdawała sobie sprawę, jaka jest prawda. Kolejne problemy, które odcisnęły się na jej życiu, to oczywiście relacja z ojcem, którego za życia matki widziała chyba dwa razy. Najpierw była nim zafascynowana, potem znienawidziła. Jako kobieta stanie się też ofiarą rozgrywek pomiędzy Stanisławem Przybyszewskim, a jego żoną Jadwigą, która robiła wszystko, aby utrudnić mu kontakt z córką. To oczywiście go nie usprawiedliwia, bo tak jak zwodził kiedyś Anielę, tak później zwodził Stanisławę. Obiecywał, usprawiedliwiał się żoną, nie odzywał się miesiącami. No i oczywiście wielką tragedią w życiu dziewczynki była śmierć jej matki. Chociaż Aniela zdając sobie sprawę, że umiera, w ostatniej chwili powierzyła opiekę nad córką życzliwym sobie osobom, to nie w każdym domu Stachna znalazła ciepło i bliskość. Najlepiej czuła się u ciotki, z którą utrzymywała kontakt do końca życia. Do czasu osiągnięcia pełnoletniości mogła też liczyć na finansową pomoc Pawlikowskich.

Najbardziej jednak przerażające jest to, co stało się z dorosłą Stachną. Można powiedzieć, że unicestwiła ją sztuka. Chciała tworzyć i chciała się twórczości oddać całkowicie, a do tego musiała być wolna. 

Ceną wolności są żebraczo-pustelnicze życie, głód, choroby i nędza. Czasem niespodziewanie zdarzy się cud, raz w postaci ciepłego posiłku od Stefanii Augustyńskiej, innym razem nieoczekiwanego przekazu pieniężnego od cioci Barlińskiej z Warszawy.

Dlatego z czasem rzuciła nawet korepetycje, których niechętnie, ale jednak, udzielała, i pisała, pisała, pisała. Obsesyjnie i maniakalnie. Część swojej twórczości traktowała jako wprawki, rodzaj doskonalących ćwiczeń, inne utwory przerabiała wielokrotnie, pisała ich nowe wersje. Właściwie tylko "Sprawą Dantona", najważniejszym dla niej utworem ze względu na ogromną fascynację rewolucją francuską i Robespierrem, próbowała zainteresować pisma literackie, wydawców i teatr, innych nie próbowała wydawać. Była przekonana o swojej wielkości, nie znosiła kompromisów. Pogrążała się w samotności, biedzie, strachu przed śmiercią i brakiem pieniędzy. Żyła na kredyt udzielany przez okolicznych sklepikarzy. Ukojenie znajdowała w morfinie, którą po raz pierwszy dostała od ojca, i dzięki silnym lekom uspokajającym. Gdyby nie finansowa pomoc przyrodniej siostry Iwi, córki Stanisława Przybyszewskiego i Dagny Juel-Przybyszewskiej, oraz ciotki, a także opieka sąsiadki, która nie mogła bezczynnie patrzeć na jej nędzę i samounicestwienie, umarłaby z wycieńczenia i głodu znacznie wcześniej. Do głodu, zimna i biedy dokładają się jeszcze szykany ze strony uczniów miejscowego gimnazjum.

Wybili szyby, otwierają okna od środka, odczepiają okiennice i dla własnej uciechy wynoszą je do ogrodu miejskiego, zaglądają do wnętrza pokoju i z głupawymi śmiechami głośno komentują życie mieszkanki "mrozowni".

Aby pokazać, w jakiej nędzy żyła, przytoczę garść cytatów.

Z bólem szczypiących poranionych rąk, czarna jak Kongijczyk i lodowata jak sopel rozpala zimny piec. Zmora zatyka się średnio raz na trzy, cztery dni, doszczętnie zadymiając mieszkanie. Tej zimy żyje z dymem za pan brat. W stanie niekończącej się walki o przestrzeń do oddychania rozpędza smog rękami i szmatami, nawet po trzy godziny wietrząc w mrozie pokój. Sadza niczym całun pokrywa meble, rzeczy osobiste, książki i maszynopisy. 

Żeby móc wystukiwać słowa na maszynie i kontynuować pracę literacką, co chwilę moczy ręce w gorącej wodzie.

Egzystuje teraz w zimnym baraku z wybitym oknem, hulającym wiatrem i myszą wybudzającą ją ze snu.

Mimo ochrony skórzanej walizki adleretta [maszyna do pisania] pokrywa się rdzą, z kolei na ubraniu i butach pojawia się obrzydliwy biało-zielonkawy nalot. W liście do siostry Stachna z wrodzonym sarkazmem dziwi się, oglądając własną skórę, że jeszcze nie jest zielona. Mimo przeszkód, stadka myszy, wszechobecnej wilgoci, zimna i pleśni pracuje i próbuje nawiązywać kontakty z wydawcami. 

Nie chciała dać sobie pomóc, a trudno nieść komuś prawdziwą pomoc, jeśli ktoś ją odrzuca. Godziła się tylko na tę doraźną, często o nią prosiła. Na kompleksową pod żadnym pozorem. A czy można winić państwo, które nie dba o swoich artystów? W jej przypadku chyba jednak nie. To była jej cena za wolność i możność całkowitego oddania się sztuce. Pytanie, czy było warto? Za życia nie odniosła sukcesu, "Sprawa Dantona" po wielu perypetiach została wystawiona dwukrotnie, odbiór sztuki i spektaklu był różny. Jedni uznawali jej tekst za arcydzieło, inni krytykowali. Znacznie gorszy był odbiór samych inscenizacji. A dziś kto czyta, Stanisławę Przybyszewską? Kto wie, że pisała też powieści? Na pewno do historii literatury i teatru przeszła jej "Sprawa Dantona". Więc czy było warto? Jej odpowiedź była jednoznaczna.  

Tylko, że niestety, nie posiadam innego życia. Niestety? Raczej dzięki Bogu. Czarna nędza, w jakiej żyję, to doprawdy niezbyt wysoka cena za posiadanie własnego życia. Niezbyt wysoka zapłata za możność napisania "Sprawy Dantona".

Jestem szczęśliwa, bo mogłam postawić na swoim i żyć zgodnie z moją naturą - spełnić zadanie nałożone mi przez Stwórcę. Mimo stałego strachu przed śmiercią, mimo wielu tygodni piekła: dopóki nie głoduję, jestem znacznie szczęśliwsza od większości ludzi z mego otoczenia. (...) Męki doznane tego roku, muszą mieć sens, muszą być w jakiś sposób konieczne dla mego dalszego rozwoju.

Niestety z czasem zaczyna też głodować. 

Bardzo smutne życia, bardzo smutna książka.

Ewa Mańkowska "Hanna i Dorota"

Na książkę Ewy Mańkowskiej "Hanna i Dorota" (EMG 2024)

ostrzyłam sobie zęby, odkąd wysłuchałam kilku rozmów z autorką. To jej pierwsza książka, a zrodzona została z odkrycia rodzinnej przeszłości i z gniewu. Zanim przejdę do książki i do rozwikłania zagadki z poprzedniego zdania, kilka słów o Ewie Mańkowskiej. Jest malarką i redaktorką w wydawnictwie EMG oraz współorganizatorką dwóch wrocławskich festiwali - Międzynarodowego Festiwalu Kryminału i Bruno Schulz. Festiwal.

Zacznę od łyżki, a może nawet łychy, dziegciu - czytanie tej książki dla wielu osób może być swoistą drogą przez mękę, są pewnie i tacy, którzy będą zmuszeni przerwać lekturę. I nie, nie chodzi o treść, nie chodzi też o wojnę, która odgrywa niebagatelną rolę w tej historii, chodzi o coś tak prozaicznego jak ... druk. Otóż nie przypominam sobie, abym spotkała się z tak małą czcionką! Osoby starsze czy słabiej widzące, a nawet takie jak ja, które do czytania używają okularów, będą miały problem. Muszę przyznać, że bardzo mnie to zbulwersowało - no bo pamięta się już o osobach na wózkach, poruszajacych się o kulach, widać powszechne starania, aby robić wszystko, żeby miasto było dla nich dostępne, a nikt nie myśli o tym, aby książka była dostępna dla każdego. Jestem przekonana, że są tacy, którzy nie będą w stanie przeczytać "Hanny i Doroty". Domyślam się, że chodzi o koszty - książka jest gruba (400 stron bez bibliografii), więc wydrukowana przyzwoitą czcionką byłaby jeszcze grubsza, a więc droższa. No ale dlaczego nie ma ebooka?! To też nie rozwiązałoby problemu do końca, nie wszyscy lubią czytniki, ale na pewno poszerzyłoby krąg odbiorców, byłoby alternatywą. Piszę o tym, bo ta kwestia wydaje mi się zupełnie niedostrzegana. 

No a teraz czas przejść do książki, która okazała się tak ciekawa, że mimo objętości i tej nieszczęsnej czcionki przeczytałam ją w tydzień. Kim są kobiety, których imiona pojawiają się w tytule? Pierwsza, Hanna, jest na pewno szerzej znana - to malarka Hanna Rudzka-Cybisowa. O drugiej, Dorocie, nie słyszałam nigdy wcześniej - to też malarka Dorota Seydenman, z domu Berlinerblau, polska Żydówka pochodząca z bardzo bogatej rodziny przemysłowców. Nic zresztą dziwnego, że nie miałam o jej istnieniu pojęcia, skoro Ewa Mańkowska, która jest jej krewną, też niewiele o niej wiedziała. Pojawiała się we wspomnieniach jej ojca, którego ciotką była, tak jak i inne kobiety-malarki z tej rodziny. I to z gniewu i zdziwienia, że została zapomniana i niemal całkowicie wymazana z historii sztuki i ze wspomnień nawet tych, z którymi była blisko, wzięła się ta książka. 

Autorka nazywa ją biografią dwóch przyjaciółek, Hanny Rudzkiej-Cybisowej i Doroty Seydenman, ale tak naprawdę jest to opowieść o całej grupie kapistów i o ludziach, którzy jakoś byli z nimi powiązani, między innymi o rozległej rodzinie Doroty. Tu koniecznie muszę wyjaśnić, kim byli kapiści, bo i ja, chociaż uwielbiam odwiedzać galerie malarstwa, jeszcze jakiś czas temu niewielkie miałam o nich pojęcie - znałam ten termin, wiedziałam, że to jacyś malarze, ale nic poza tym. Książka, chyba przez przypadek, bo pracę nad nią wydłużyła pandemia, wstrzeliła się w stulecie kapistów. Z tej okazji w moim mieście otwarto niewielką wystawę ich obrazów, a w Warszawie drugą. Niestety o tej ostatniej dowiedziałam się zbyt późno, aby na nią pojechać. Otóż była to grupa młodych studentów krakowskiej ASP, którzy zaczęli studia na tej uczelni w latach dwudziestych zeszłego wieku, różnej narodowości i o różnym statusie społecznym i majątkowym. Byli wśród nich Żydzi, jeden Ukrainiec, Polak urodzony w Petersburgu, który dzieciństwo spędził w Gruzji, Niemiec, który wybrał sobie polskość, no i oczywiście Polacy. Większość biedna, nieliczni zamożni, jeden arystokrata, ale bez pieniędzy. Oczywiście głównie mężczyźni i trzy kobiety. Wszyscy trafili do pracowni przybyłego z Paryża Józefa Pankiewicza, który stał się na pewien czas ich guru. Zafascynował ich kolor, który stał się w ich malarstwie najważniejszy. To pod wpływem Pankiewicza postanowili na jakiś czas wyjechać do Paryża, aby tam zetknąć się ze światową sztuką. Aby zrealizować ten zamiar, zaczęli zbierać pieniądze, które pozwoliłyby się im utrzymać przez jakiś czas we Francji. Kwestowali, urządzali bale, dopięli swego. Zostali w Paryżu przez dziesięć lat, oczywiście nie wszyscy, czasem z przerwami. Skąd nazwa kapiści? Od skrótu kp, czyli komitetu paryskiego, który zawiązali, aby zorganizować wyjazd. Dziś najbardziej rozpoznawalnymi z tej grupy są przede wszystkim Józef Czapski, potem Hanna Rudzka-Cybisowa i Jan Cybis. Autorka upomina się nie tylko o pamięć o swojej krewnej, ale także o Zygmunta Waliszewskiego czy Seweryna Boraczoka. Wiele ich obrazów, czasem większość, unicestwiła wojna. I ten problem został w książce bardzo mocno podkreślony. Niby się o tym wie, ale jednak fragmenty opowiadające o mechanizmie strat były jednymi z mocniejszych.

Zniknęły tysiące dzieł innych artystów niebędących bohaterami tej opowieści. Niektórym wydaje się, że artysta żyje dłużej niż inni, bo zostają jego prace. To piękne i idealistyczne stwierdzenie. Obrazy zostają albo nie. Wojny, pożary, szabrownicy, wilgoć piwnic czy dziurawe dachy niechroniące już strychów przed deszczem, który kapie na porzucone płótna, fatalne zbiegi okoliczności - wszystko to powoduje, że także dzieła sztuki mogą przepaść bezpowrotnie.

"Hanna i Dorota" to taki rodzaj książki, która pochłania całkowicie, sprawia, że się nią żyje, że się przenosi w świat jej bohaterów, a prawdziwe życie staje się tylko, niepotrzebnym, przerywnikiem. Co najbardziej zwróciło moją uwagę? Fascynująca jest opowieść o paryskim życiu kapistów, którzy musieli się mierzyć z różnymi przeciwnościami losu, z brakiem pieniędzy, z artystycznymi porażkami, a jednocześnie uwielbiali to miasto, jego artystyczną atmosferę, twórczy ferment, no i prowadzili bujne życie towarzyskie. To czas trudny, ale z drugiej strony beztroski i wspaniały. Cybisowie po powrocie do kraju wracali jeszcze do Paryża, bo tak tęsknili za jego artystyczną atmosferą. Ponieważ wiadomo, jak potoczyła się historia, tym bardziej czytając tę książkę, miałam poczucie jakiejś chwilowości, czasu darowanego, szczególnie w wypadku Doroty Seydenman, której koniec będzie tragiczny. 

Niezwykle ciekawe jest odkrywanie przez autorkę jej osoby. Są okresy w jej życiu, o których niewiele wiadomo, kopalnią wiadomości okazała się odkryta w archiwach korespondencja przyjaciółek, Hanny i Doroty. Autorka przywraca pamięć o swojej krewnej, oddaje jej sprawiedliwość, podkreśla jej bezinteresowne zasługi dla całej grupy kapistów. Ponieważ wywodziła się z bogatej rodziny, często pomagała im finansowo albo wprost, albo szukając kupców na ich obrazy. Z pamięci historii sztuki jej zasługi zostały wymazane niemal zupełnie. To Józef Czapski w swoich pismach przypisuje sobie wyłączną pomoc przyjaciołom, którą zawdzięczali nie tyle jego pieniądzom, bo ich nie miał, ale towarzyskim koneksjom. To prawda, ale nie był jedyny, a o tym, co robiła Dorota, nie wspomina. 

Ani słowa o Dosi w rozchwytywanej książce Józia  zatytułowanej "Patrząc", nasyconej wspomnieniami o kapistach, Paryżu i przyjaciołach, ilustrowanej reprodukcjami ich obrazów. Dosia została wymieniona jedynie w przypisie wyliczającym uczniów Pankiewicza, którzy wyjechali do Francji.  

Nie wspominali o niej także niemal wszyscy pozostali z tej grupy. Autorka nie przypisuje im złej woli, raczej składa wszystko na karb traumatycznych wojennych przeżyć, które spowodowały chęć odcięcia się od wspomnień, nierozgrzebywania ran. 

Chociaż sporo wiem o antysemityzmie w międzywojennej Polsce, to przykłady, które przytacza w książce Ewa Mańkowska  wstrząsnęły mną. Nigdy nie zrozumiem takiej bezinteresownej nienawiści skierowanej do osób innej narodowości czy wyznania. 

W "ABC - Nowiny Codzienne" Maria Rutkowska, marząca o Warszawie bez Żydów, zauważała na Mokotowie "gniazda luksusowych domów żydowskich". Wyliczała żydowskich właścicieli nieruchomości w tej dzielnicy, nie mogąc uwierzyć, że ktoś taki mógł żyć w dobrobycie. Ta sama felietonistka w kolejnym artykule snuła wizje wysiedlenia mieszkańców Nalewek i stworzenia nowych dzielnic, do których Żydzi będą mieć zakaz wstępu.

Niezwykłą osobą jawi się w tej książce Hanna Rudzka-Cybisowa, która długo pozostawała w cieniu męża, a przecież była równie oddana sztuce jak on. Niezależna, silna, borykająca się z trudnościami losu, a w czasie wojny chociaż ledwo wiązała koniec z końcem, pomagała wielu ludziom, no i swojej przyjaciółce Dorocie. A czas wojny to swoista kronika zapowiedzianej śmierci. Od początku przecież wiemy, że Dorota nie przeżyje. Rozdział poświęcony temu okresowi jest bardzo przygnębiający. Szamotanie się, ukrywanie, ucieczki, zmiany adresów, bieda, a w końcu śmierć najprawdopodobniej poprzedzona torturami. A przecież nie dotyczy to tylko Doroty.

Ewa Mańkowska doprowadza opowieść właściwie do końca wojny. Potem w dwóch krótkich rozdziałach zajmuje się pamięcią, a właściwie niepamięcią, i zwięźle relacjonuje powojenne losy najważniejszych bohaterek i bohaterów swojej opowieści.

Brakuje mi w "Hannie i Dorocie" indeksu osób, czasem można się pogubić w tym, kto jest kim, zwłaszcza wśród licznych krewnych Doroty, i może, chociaż mniej, kalendarium. Za to chwała autorce za liczne zdjęcia i kilka reprodukcji obrazów namalowanych przez kapistów. 

Bardzo ciekawa książka, skłaniająca do refleksji, a poza tym olbrzymie źródło wiedzy. Nie tylko dla osób interesujących się malarstwem.

Audrey Magee "Kolonia"

Dziś o kolejnej książce z serii irlandzkiej. I na pewno nie jest to

ostatni tytuł z tego cyklu - jeszcze coś czeka w czytniku, na jedną pozycję poluję, dwie kolejne będą miały premiery wkrótce. Tym razem to "Kolonia", debiut Audrey Magee (Wydawnictwo Poznańskie 2024; przełożyła Dobromiła Jankowska). Muszę przyznać, że chociaż interesuje mnie literatura irlandzka, zastanawiałam się, czy sięgać po tę akurat powieść. Podchodziłam do niej z ostrożnością, temat niekoniecznie mnie nęcił. A kiedy już czytałam, miałam moment rozczarowania. Tylko tyle? To tak? Ale to był moment, a potem rozwiązał się worek z bardzo interesującymi problemami poruszanymi przez autorkę i czytałam z zapartym tchem, zastanawiając się, jak skończy się historia jednego z głównych bohaterów, nastoletniego Jamesa, a właściwie Seamusa. O co chodzi z imieniem, wyjaśnię w swoim czasie.

Akcja powieści toczy się w roku 1979 na oddalonej od lądu małej skalistej irlandzkiej wyspie o zachwycających klifach. Warunki do życia są trudne, mężczyźni żyją z połowów ryb, kobiety zajmują się domem i niewielkimi gospodarstwami. Zarobek zgromadzony od wiosny do jesieni musi wystarczyć na zimę. Na wyspie pozostało niewielu mieszkańców, głównie kobiety. Większość wyjechała za lepszym, łatwiejszym życiem albo na stały ląd, albo nawet za ocean. Kto wyjeżdża, zmienia się, początkowo wraca, z czasem coraz rzadziej i na krócej, a wreszcie wcale. Każdy, kto pozostał, ma takich krewnych - braci, siostry, dzieci. Nie ma tu nic interesującego oprócz pięknych widoków, jeszcze nieodkrytych, dlatego na wyspę nie docierają turyści. Tymczasem na stałym lądzie toczy się krwawy polityczny i religijny konflikt. Jego echa docierają tu przez radio. Tak jak mieszkańcy jesteśmy bombardowani wiadomościami o zamachach i morderstwach. Te krótkie, ociekające krwią fragmenty podawane beznamiętnie stanowią nawracający leitmotiv.

Od pięciu lat przyjeżdża tu pewien Francuz, Jean-Pierre Masson, językoznawca, który bada język irlandzki (gaelicki), jakim posługują się jeszcze mieszkańcy. To jeden z wymierających języków. W tym roku kończy swoje badania, zamierza je opublikować i wierzy, że jego praca zwróci uwagę na wyspę i jej mieszkańców. Czy na pewno? 

... nie będzie żadnych ekip telewizyjnych, dziennikarzy z prasy, nikt nie przypędzi tu na spotkanie z Bean Ui Fhloinn, ostatnią mówiącą tylko po irlandzku kobietą na wyspie, nikogo bowiem nie obejdą (...) badania na temat języka, jego historii, upadku, przejścia w stronę dwujęzyczności w tym odległym zakątku Europy. Ekipy telewizyjne i dziennikarze z prasy przyjadą na te ziemie tylko po to, by mówić o żołnierzach, broni i bombach, to teraz temat, artykuły o śmierci, nienawiści, strachu, o zemście, odwecie wziętym za odwet, spirala żółci nakręcająca się, aż w końcu zabójcy krążący w środku nocy po ulicach nie będą pamiętali, za co właściwie biorą ten odwet.

Ale tego lata przybył jeszcze ktoś - Anglik, Loyd, który jest malarzem. Przyciągnęły go tu piękne widoki, a zwłaszcza klify. Pragnie je malować. Jego przyjazd powoduje perturbacje. Po pierwsze panowie bardzo szybko się skonfliktują. Każdy z nich pragnie pracować w spokoju i samotności. Jean-Pierre jest zły na właściciela dwóch opuszczonych chat za to, że wynajął tę drugą Loydowi, zazdrosny o swój teren badań. Ten drugi też ma pretensje, bo był przekonany, że będzie jedynym gościem na wyspie. Ich kłótnie raczej śmieszą stałych mieszkańców, którzy w gruncie rzeczy mają ich dość, szczególnie Loyda, bo wydaje się im pretensjonalny i dziwny. No i jest Anglikiem. Cóż zrobić, kobiety ich obsługują, bo to dodatkowe pieniądze. Ale konflikt pomiędzy nimi to nie wszystko. Loyd bardzo wpłynie na młodego Jamesa, który zainteresuje się malowaniem i nieoczekiwanie okaże się, że ma talent.

Jakie problemy porusza powieść? Jest ich kilka. Po pierwsze dylemat - czy wyspa ma pozostać skansenem, reliktem przeszłości, gdzie chroni się język irlandzki, czy ma się zmienić - zacząć swoim pięknem przyciągać turystów?

... Tę wyspę powinno się chronić przed Anglikami.

Micheal się zaśmiał.

Jak jakieś muzeum, JP?

Bardziej rezerwat.

Albo zoo?

Wyspa, której mieszkańcy mówią po irlandzku, to cenna rzecz, Micheal.

Nie możesz zamknąć ludzi na tej wyspie, bo mówią po irlandzku, JP.

Możesz, jeśli to pomoże ocalić język.

(...)

Myślałem, że zadaniem językoznawcy jest obserwacja, powiedział Loyd.

Obserwuję.

Wcale nie. Wpływa pan. Prowadzi kampanię.

Tego pierwszego chciałby Jean-Pierre, który naiwnie nie dostrzega, że niektórzy mieszkańcy nie mówią mu prawdy - rozumieją więcej z angielskiego, niż on sądzi. Tu rodzi się pytanie - po co w ogóle chronić język? Czy stanie się jakieś nieszczęście, kiedy zaniknie? Czy mieszkańcom nie zacznie się żyć lepiej, kiedy poznają angielski? 

To ich język, odparł Masson. Ich, wyjątkowy.

No i?

Zawiera w sobie ich historię, sposób myślenia, ich istnienie.

(...)

Na Boga, JP, zaciekły z ciebie romantyk.

Czyżby?

Zapalił papierosa.

To tylko język, JP. Sposób porozumiewania się. Żeby kupić chleb w sklepie. Nic więcej.

Jest jeszcze  pytanie o szczerość intencji Francuza. Dlaczego zajął się właśnie gaelickim, a nie wymierającymi odmianami arabskiego? Przecież ma takie korzenie - jego matka pochodzi z Algierii. Czy nie jest tak, że Jean-Pierre chce być świętszy od papieża, chce za wszelką cenę udowodnić swoją francuskość, ma kompleksy wynikające z mieszanego pochodzenia, a irlandzką wyspę traktuje jak etnograf-kolonizator? Tymczasem Loyd uważa, że należy odkryć piękno wyspy - to przyciągnie turystów i zapewni mieszkańcom dobrobyt. Co jest złego w zmianie? Tymczasem i on zachowuje się jak kolonizator. Traktuje miejscowych jak etnograficzną ciekawostkę, maluje ich, chociaż się na to nie zgadzają, ma nadzieję, że swoimi wyspiarskimi obrazami odniesie sukces. Czuje się jak Gauguin. Jak widać, każdy z nich ma swój interes do ugrania, ale pytanie o przyszłość wyspy pozostaje otwarta. Zmiany są nieuchronne. Trudno żyć w skansenie.

Z tym wiąże się kolejny problem. To historia Jamesa, który pod wpływem malarza odkrywa swoją pasję i talent. Nie chce żyć jak jego ojciec, wuj i dziadek. Nie chce być rybakiem, nie chce zginąć w morzu jak oni. Chce mówić po angielsku, wyjechać, uczyć się malować. Dlatego wzbrania się przed swoim prawdziwym irlandzkim imieniem, Seamus, wybierając jego angielską wersję, James. Tylko Jean-Pierre uparcie tak się do niego zwraca, a on go wytrwale prostuje. Ryby kontra pędzle, praca na morzu kontra sztuka. Ta metafora pojawia się w książce wielokrotnie. Dając upust wyobraźni, marząc o wielkim sukcesie, wspólnej wystawie, którą obiecał mu Loyd, dostrzega w sztuce coś, co mogłoby połączyć dwie zwaśnione strony, Anglików i Irlandczyków, malarstwo stałoby się mostem miedzy nimi. Jego matka, chociaż będzie tęsknić, godzi się na ten wyjazd, chce dla niego lepszego życia. Ale James/Seamus zdaje sobie sprawę, że jest ostatnim młodym mężczyzną na wyspie. Jak poradzą sobie kobiety, matka, babka i prababka, kiedy jego zabraknie? Kto będzie łapał króliki, łowił ryby? To źródło jedzenia i utrzymania. Czy wolno mu wyjeżdżać, iść za swoimi marzeniami?

Jesteś jedynym mężczyzną w tym domu

Nie możesz mnie zmusić, żebym został, Francis.

Nie możesz zostawić tych kobiet na pastwę losu.

Mogę robić, co chcę, Francis. Wyjechać, dokąd chcę.

Francis oparł się na krześle.

Nie, James. Nie możesz.

Postawa Jamesa rodzi jeszcze jeden konflikt. Loyd dostrzega jego talent, początkowo pozwala mu malować, ale z czasem zaczyna być zazdrosny. Bo malarstwo chłopaka jest autentyczne, wypływa z jego korzeni, zżycia z naturą, a Loyd jest gościem, nie rozumie tutejszych subtelności. Czuje się zagrożony. 

Jest jeszcze wątek feministyczny. Matka Jamesa pod wpływem Loyda zaczyna się po cichu buntować. Nie tylko zgadza się na pozowanie, ale malarstwo budzi w niej jakieś tęsknoty - za pięknem, za stanowieniem o sobie. Sprowadza sobie na wyspę album z reprodukcjami dzieł sztuki, co budzi wśród mieszkańców zdziwienie i zgorszenie. Po co jej to? Póki sypiała z Jean-Pierrem, można było przymknąć na to oko, ale pozowanie i oglądanie obrazów, to już za wiele. Powinna wyjść za mąż za brata zmarłego męża, taka jej powinność. A ona nie chce. Odkrywa nie tylko swoje ciało, jego potrzeby, ale znacznie więcej. Inne życie, inne możliwości, inny świat. Jak długo uda jej się bronić przed niechcianym zamążpójściem?

Do poruszanych przez autorkę problemów dochodzą wspaniałe opisy wyspy oddające jej klimat i atmosferę oraz wnikliwe portrety bohaterów.

Bardzo interesująca powieść. 

Ali Smith "Jesień"

Dziś będzie o wielkim rozczarowaniu. To powieść "Jesień" (W.A.B.;

przełożył Jerzy Kozłowski) Ali Smith, która według słów wydawcy jest uznawana za najwybitniejszą współczesną szkocka współczesną pisarkę. Już wielokrotnie wspominałam w tym miejscu, jak ostrożnie podchodzę do wyboru świeżych powieści czy opowiadań. Nie lubię poczucia zmarnowanego czasu, nie lubię książek letnich, które mnie nijak nie obchodzą. Dlatego poruszanie się pośród nieprzeliczonych nowości przypomina stąpanie po polu minowym. Jeden nieostrożny wybór i zawód gwarantowany. Oczywiście jako świadoma czytelniczka nie daję się nabrać reklamom wydawców, którzy zawsze, zawsze polecają rzecz wspaniałą, znakomitą, bla, bla, bla. Ostrożnie podchodzę do rekomendacji literackich autorytetów umieszczanych na okładkach książek. Niby nie powinni zachwycać się wbrew swoim przekonaniom, ale czy ja wiem, jak jest naprawdę? Czy zawsze potrafią się oprzeć prośbom znajomego wydawcy? Nie muszę też podzielać ich gustów literackich. Staram się starannie cedzić szum medialny. Kiedy pisarz przez tydzień wyskakuje z każdego miejsca,  nawet z lodówki, to przecież efekt promocji, powtarzam sobie. Ostatecznie kieruję się przede wszystkim własnymi upodobaniami - są książki, po które prawie na pewno nie sięgnę, bo nie lubię na przykład realizmu magicznego, groteski, fantasy, fantastyki naukowej. Oczywiście zdarzają się wyjątki. Kiedy już po tej ostrej selekcji zastanawiam się nad lekturą, szukam opinii kilku recenzenckich autorytetów. No ale zdarza się, że nawet suma tych działań nie chroni przed rozczarowaniem. Tak było i tym razem.

"Jesień" to pierwsza część eksperymentalnego cyklu. Trzy następne mają tytuły kolejnych pór roku. "Zima" w Polsce oficjalnie ma ukazać się na dniach, ale chyba już można ją kupić. Na czym polegał eksperyment? Każdy tom związany jest z inną porą roku, ma uchwycić czas, w którym powstaje, i aby ten walor świeżości zachować, musi zostać wydany jak najszybciej. 

"Jesień" ma dwoje głównych bohaterów. Jednym z nich jest ponad stuletni Daniel Gluck. Pogrążony w śpiączce, dożywa swoich dni w domu spokojnej starości. Druga bohaterka to znacznie młodsza, trzydziestoletnia, Elisabeth Demand, która regularnie go odwiedza. Co ich łączy? Kiedy przed laty razem z matką przeprowadziły się do nowego domu, był ich sąsiadem. Bardzo ekscentrycznym sąsiadem, dodajmy. I tajemniczym. Tak naprawdę niewiele o nim wiadomo. Jego dom wypełniony był dziwnymi, czytaj współczesnymi (w znaczeniu modern), obrazami i rzeźbami. Tak odbierała je matka Elisabeth. Mieszkał sam, niegdyś prawdopodobnie obracał się wśród artystów, niewiele o sobie mówił. Kim był? Tancerzem? Kompozytorem? Piosenkarzem? Trochę dowiadujemy się ze strzępów snów i wspomnień pogrążonego w śpiączce Daniela. Prawdopodobnie pojawiają się jakieś echa Holokaustu. Piszę prawdopodobnie, bo pewności mieć nie możemy. Jakaś rodzinna tragedia związana z jego  pochodzeniem, która wydarzyła się w dzieciństwie. 

Co łączy tych dwoje? Przed laty Elisabeth spędzała z nim wiele czasu. Daniel miał na nią ogromny wpływ, sprawił, że stała się niezależna, wyzwolił wyobraźnię, nauczył samodzielnego myślenia, pokazał, że można iść pod prąd. Ich ulubioną formą spędzania czasu było snucie opowieści. Swój początek miały w dziwnych obrazach tajemniczej malarki, które Daniel przywoływał z pamięci. Po latach, już jako studentka historii sztuki, Elisabeth odkryje, że obrazy istniały naprawdę. Malarka to Pauline Boty, postać autentyczna. Przedstawicielka brytyjskiego pop artu, która zmarła młodo, a jej twórczość została na lata zapomniana. W podtekście domyślamy się, że to jej płeć sprawiła, iż nie traktowano jej poważnie.

I tak to się wszystko plecie. Czyta się szybko i gładko. Niestety nie potrafiłam zżyć się z bohaterami, nie obeszły mnie ich problemy. Układ między Danielem i Elisabeth, jego tak wielki wpływ na nią wydaje mi się wydumany. W tle współczesna Wielka Brytania z jej problemami. Całość robi na mnie wrażenie rzeczy wykoncypowanej, uszytej według jakiegoś przepisu. Za dużo tropów, zbyt szkicowe to wszystko, aby pozwoliło czytelnikowi znaleźć jakiś punkt zaczepienia. Przynajmniej takiemu czytelnikowi jak ja. Bo sądząc z kilku recenzji poważnych krytyków zamieszczonych na poważnych łamach, niektórych zachwyca. Co my tu mamy oprócz story? Niestabilność egzystencji - Elisabeth nie wie, czy nadal będzie miała pracę, na jakich zasadach zostanie zatrudniona, zarabia jakieś śmieciowe pieniądze. Brexit, społeczne pęknięcie, niechęć do imigrantów, a nawet aferę Profumo, która, jak rozumiem, ma się rymować z czasami współczesnymi - zakulisowe wpływy, polityczne machinacje i manipulacja opinią publiczną. Teraz myślę, że doświadczenia Daniela z czasów dzieciństwa też w zamyśle autorki stanowią paralelę do współczesności. Bo wszystko już było, wszystko może się powtórzyć. 

Jest jednak coś, co mi się w powieści Ali Smith podoba. To językowy słuch. Świetne są dialogi z urzędnikami na poczcie obnażające absurdy biurokracji, świetnie jest zapisana złość, jaką wylewa z siebie Elisabeth, obserwując skutki brexitu. Rozmowy z matką. I świetnie oddał to tłumacz. Ale to za mało. Mogę śmiało napisać - przeczytałam i już prawie zapomniałam. Na kolejne powieści cyklu raczej się nie skuszę. 

PS. Nie pomaga informacja od wydawcy o "Zimie".

Zima? Ponura. Mroźny wiatr, ziemia jak żelazo, woda jak kamień. Najkrótsze dni, najdłuższe noce. Drzewa gołe i drżące. Letnie liście? Martwa ściółka. Świat się kurczy; soki zanikają. Zima sprawia jednak, że pewne rzeczy stają się lepiej widoczne. I jeśli jest lód, będzie ogień.

I dalej w tym stylu. Zero konkretów. Zawsze irytują  mnie takie noty.

"Przedszkolanka"

Korzystając z majowego weekendu, wreszcie wybrałam się na "Przedszkolankę", amerykański film pokazywany na festiwalu w Sundance, gdzie dostał nagrodę za reżyserię dramatu. Obraz na polskich ekranach gości już od jakiegoś czasu, ma bardzo dobre recenzje, ale jakoś nie pałałam wielką ochotą, aby go zobaczyć, no a teraz wreszcie postanowiłam nadrobić zaległość. Film obejrzałam z przyjemnością i zainteresowaniem. To takie kino, które z jednej strony zachwyca detalami, na których skupia się kamera, skłaniając do kontemplacji szczegółu, z drugiej prowokuje do zadawania pytań o wybory głównej bohaterki.


Lisa pracuje w przedszkolu, lubi swoją pracę, ma męża, dorastające dzieci, które stoją u progu wyboru drogi życiowej. Mieszka w domu na przedmieściach Nowego Jorku i od jakiegoś czasu chodzi na kurs kreatywnego pisania, a właściwie pisania wierszy. Dlaczego? Czy czuje się niespełniona? Szuka czegoś więcej? Chciałaby zacząć pisać? Albo doskonalić swoje wiersze? Nie na wszystkie pytania znajdziemy odpowiedź w filmie. W każdym razie ta decyzja zmienia życie Lisy. Zaczynają ją drażnić jej dzieci, które nie czytają książek, są przeciętne, za mało wrażliwe. Swoje pretensje pod ich adresem potrafi wyrazić w sposób tak egzaltowany, że zęby bolą.  Rozczarowana jest też sobą, bo jej poetyckie próby nie znajdują uznania ani u prowadzącego kurs, ani u pozostałych uczestników warsztatów. Tymczasem jeden z jej podopiecznych okazuje się niezwykle utalentowanym chłopcem - od czasu do czasu improwizuje wiersz. 

I właśnie od tego momentu widz zostaje zmuszony do zadawania sobie pytań. Jakie są prawdziwe intencje Lisy? Czy rzeczywiście zależy jej na pielęgnowaniu i rozwijaniu talentu chłopca, czy chodzi jej o coś innego? Twórcy filmu zwodzą, właściwie nie wiadomo, czy bohaterka zmienia zdanie, czy od początku jest rozdarta. I kolejne pytania - jak daleko można się posunąć, próbując pomóc chłopcu? Czy można postępować wbrew woli jego ojca, który trochę lekceważy zdolności swojego syna, przykładając wagę do praktycznej strony życia? Rozdźwięk pomiędzy tym, co praktyczne, zwyczajne, zdroworozsądkowe, a tym, co czyni ludzką egzystencję niezwykłą, czyli sztuką, jest w filmie zaznaczony dość wyraźnie, chociaż chwilami nieco nachalnie. Nie o wszystkim trzeba mówić wprost. Jakby nie dowierzano widzowi, który przecież i bez płomiennych tyrad Lisy zrozumiałby intencje twórców. Rozczarowało mnie również zakończenie  - trochę nieoczekiwanie film skręcił w inna gatunkową ścieżkę. 

Wielką wartością "Przedszkolanki" jest rola grającej główną bohaterkę Maggie Gyllenhal, której wcześniej nie widziałam, chociaż to nie anonimowa aktorka. Mimo że Lisa drażniła mnie czasem, a im dłużej film oglądałam, tym uczucie irytacji narastało, to jednak przykuwała moją uwagę. Równie magnetyzujący jest chłopiec grający utalentowanego przedszkolaka. 

Popularne posty