Istvan Szilagyi "Dudni kamień, dudni ...", czyli jeszcze inna Transylwania.

Książkę Istvana Szilagyi "Dudni kamień, dudni ..." (Pogranicze 2001) znalazłam w taniej książce, a kupiłam pod wpływem  innych bałkańskich lektur, szczególnie "Fortepianu we mgle" Schlattnera. Kiedy tylko skończyłam jego "Czerwone rękawiczki", zapragnęłam przedłużyć swoje spotkanie z Transylwanią (Siedmiogrodem) i od razu sięgnęłam po powieść węgierskiego pisarza, która od jakiegoś czasu leżała na półce. To jednak zupełnie inna Transylwania, przede wszystkim węgierska, ograniczona do jednej górskiej doliny, jednego miasteczka o wdzięcznej nazwie Lament, paru górskich zboczy porośniętych winnicami i kilku okolicznych wiosek. Nie ma tu tej różnorodnosci narodów i kultur, którą znalazłam u Schlattnera. Nie ma też polityki. Jest za to mroczny świat ludzkich namiętności, tajemnic skrywanych w zakamarkach dusz i w odmętach przeszłości.

Akcja toczy się na początku dwudziestego wieku w małym miasteczku zamkniętym w górskiej dolinie, niemal odciętym od świata. Daleko stąd do wielkich metropolii. Autor pokazuje mikrokosmos Lamentu w momencie, kiedy jeszcze nie dotknęły go zmiany. Nadal pracują garbarnie, z których słynie, trwa ustalona przed wiekami społeczna hierarchia, wszyscy żyją tak, jak ich ojcowie, dziadowie i pradziadowie. Ale zmiany czuć już w powietrzu, zapowiada je narrator od czasu do czasu prowadzący filozoficzne rozważania, przewiduje jeden z bohaterów. Ale nie jest to powieść społeczna czy filozoficzna, to tylko naddatki. Jeśli miałabym ją jakoś zaszufladkowac, nazwałabym psychologiczną.

Jest to opowieść o młodej, dwudziestokilkuletniej kobiecie, Ilce Szendy, córce bogatego garbarza i właściciela paru winnic w okolicy. To kobieta samodzielna. W kilka lat po śmierci ojca, owianej mroczną tajemnicą, którą w końcu  odkrywa, sama zarządza winnicami. Najmuje ludzi do okopywania winorośli, zbierania dojrzałych owoców czy tłoczenia wina. Sama też nie próżnuje, dozorując ich i szykująć im posiłki. Ale nie to jest głównym tematem opowieści, chociaż ten codzienny, odwieczny trud nadający sens ludzkiej egzystencji jest tu też istotny. Ilka jednak pragnie czegoś więcej. Marzy o wielkim świecie i innych ludziach, marzy o odmianie i o miłości. Może te marzenia zasiał w niej młody pastor, który przed laty gościł w Lamencie. Uwiódł Ilkę, a potem wyjechał i nigdy nie powrócił. A może niepokój duszy spowodował obraz księcia, który wisi od niepamiętnych czasów w pokoju. Kogo kocha Ilka: księcia czy Denesa Goncziego, którego uwiodła i z którym ma potajemny romans? Denes to prosty chłop, starszy o kilkanaście lat od Ilki, ma żonę i dwóch małych synów. Od pokoleń jego rodzina pracowała w winnicach należących do  rodu Szendych. Kiedy kocha się z nim, spogląda na obraz i myśli o księciu. Trudno dociec, co właściwie czuje Ilka, być może ona sama tego nie wie. Czy to miłość czy tylko pożądanie? A może chęć władania drugim człowiekiem, posiadania go? W ich relacji nie ma równości: to ona decyduje. A on? Denes jest rozdarty między rodziną i panienką, jak nazywa Ilkę. Kiedy jest z nią, zapomina o żonie i synach, kiedy  z nimi, nie myśli o niej. Ale ta sytuacja mu ciąży, dlatego postanawia uciec za lepszą pracą do Ameryki. A ta Ameryka jest dla Mari, żony Denesa, tym, czym na przykład Wiedeń dla Ilki. Dzięki tej Ameryce, która jest gdzieś za morzem, co trudno zrozumieć, można odmienić swój los, który zostaje w tym świecie przypisany człowiekowi w dniu i w miejscu urodzenia. Jeśli urodziłeś się chłopem, chłopem będziesz, jeśli panem, panem pozostaniesz. Tylko Mari naiwnie wierzy, że pieniądze zarobione za morzem mogą to zmienić.

Pieniędzy jednak nie będzie, bo Denes nigdzie nie wyjedzie. Zabije go Ilka, nie godząc się na rozstanie, a ciało wrzuci do studni, którą będzie systematycznie zasypywać kamieniami. Niczego tu nie zdradzam, bo morderstwo dokonuje się na początku powieści, dopiero potem poznajemy historię ich romansu, historię rodziny, mroczne tajemnice z przeszłości. Zbrodnia w tym świecie nie jest niczym nadzwyczajnym, zdarza się, a potem jest głęboko skrywana. Mamy tu wyraźną aluzję do Dostojewskiego, do jego "Idioty". Tak jak w tamtej powieści Rogożyn dziwił się, że tak mało krwi wypłynęło, kiedy wbił nóż w pierś Nastazji, tak tu temu samemu dziwi się Ilka, kiedy wbije nożyczki w pierś Denesa. Dalsza część powieści to obraz szaleństwa, w które stopniowo popada młoda kobieta. Dzieje się tak  pod wpływem wyrzutów sumienia, a może bardziej tęsknoty za Denesem. Pewnie nie bez znaczenia jest też poczucie, że w jej życiu nic się nie zmieni. Odtąd monotonnie będą upływać dni, powtarzać się będzie ten sam odwieczny rytuał pracy i obowiązków. A Ilka marzy o odmianie, o wyjeździe, o innym świecie. Ale tego zrealizować nie potrafi. Zazdrości wujowi, który spędził młodość na hulankach w wielkim świecie. Ale i on nie jest człowiekiem szczęśliwym. Ilka w swoim szaleństwie coraz bardziej odgradza się od świata. Zawsze była osobna, ale teraz  postronnym jej dziwne zachowanie zdaje się dziwactwem.

Czy Ilka budzi sympatię? Mojej raczej nie. To kobieta bezwzględna, zdecydowanie sięgająca po swoje niezależnie od okoliczności. Kiedy pierwszy raz prześpi się w swoim domu z Denesem, zrobi to, mimo że w pokoju obok umiera jej matka. Potem, po zabójstwie Denesa będzie prowadziła cyniczną grę z jego żoną, Mari. Z drugiej strony jest nieszczęśliwa, naznaczona ciemną przeszłością.

T

"Dudni kamień, dudni ..." to powieść mroczna, niełatwa w lekturze, nie da się jej pochłonąć szybko. Raczej studium ludzkiego losu, mrocznego człowieczego wnętrza niż romans. Nie żałuję, że przeczytałam, tkwi we mnie cały czas, chociaż chyba nie należy do tych powieści, do których chciałabym kiedyś powrócić. Zdecydowanie wolę Transylwanię Schlattnera.   

"Kobiety bez mężczyzn", poetycko-symboliczne kino z Iranu.

Dawno nie byłam w kinie, jakoś nic nie kusiło tak bardzo, aby iść. Ale zapowiedzi na najbliższy czas są obiecujące, więc mam nadzieję, że znowu będę mogła wybrać się za tydzień, jak lubię. A teraz do rzeczy. Nie mogłam oczywiście przeoczyć filmu irańskiego. "Kobiety bez mężczyzn", produkcja austriacko-niemiecko-francuska, jest filmowym debiutem Shirin Neshet. To mieszanka kina kobiecego i politycznego, realistycznego i poetycko-onirycznego. Wiele tu symboliki niełatwej do odczytania, wiele zdarzeń, które trudno zrozumieć. I chociaż film nakręcony został za europejskie pieniądze, więc pewnie dla widza międzynarodowego, to wydaje mi się, że nie wszystkie niuanse jesteśmy w stanie wychwycić. Ale jeśli ktoś lubi wyjść poza europejską czy amerykańską perspektywę, film powinien zobaczyć. To opowieść o czterech kobietach osadzona w roku 1953, kiedy Iranem wstrząsały polityczne niepokoje. Ciąg dalszy dla tych, którzy byli już w kinie.

Od razu muszę powiedzieć, że wolę inne irańskie filmy, które ostatnio widziałam (pisałam o nich na blogu), ale mimo zastrzeżeń nie żałuję, że go obejrzałam.

Moim zdaniem jest tu trochę wszystkiego a za dużo: i historia czterech kobiet, i polityka, która początkowo na uboczu stopniowo staje się być może głównym tematem filmu. Że jest ważna, świadczy dedykacja zamieszczona na końcu: dla wszystkich walczących o wolność od 1906 roku do zielonej rewolucji w 2009. Tak jakby reżyserka nie umiała się zdecydować, jaki film ma nakręcić albo, po zielonej rewolucji, chciała koniecznie zaznaczyc swoje stanowisko i w tej sprawie. Pewnie można by zrobić taki film i niczemu by to nie przeszkadzało, gdyby trzymać się tylko konwencji realistycznej. Tu dochodzi jeszcze warstwa poetycka, oniryczna czy surrealistyczna i to powoduje chaos. Razi też naiwna deklaratywność. Takie są komentarze wypowiadane na początku i na końcu przez jedną z bohaterek, Munis. To moje zastrzeżenia główne. Ale film mimo wszystko obejrzałam z zainteresowaniem. Dlaczego? O tym dalej.

Mamy tu portret czterech kobiet, które czują się nieszczęśliwe i w różny sposób dorastają do wolności.

Jest trzydziestoletnia Munis mieszkająca z bratem, który chce ją wydać za mąż, a ona wcale nie pragnie aranżowanego małżeństwa i ucieka w śmierć dającą wyzwolenie. Dopiero wtedy może zająć się nie tylko sobą, ale poszukiwaniem wolności  pojętej szerzej. Towarzyszy zwolennikom premiera, który chce uniezależnić kraj od wpływów amerykańskich i brytyjskich (Zainteresowanych odsyłam do świetnej książki Marka Kęskawca "Czwarty pożar Teheranu", o której tu pisałam.) To jej oczami patrzymy na demonstracje rozlewające się po ulicach Teheranu. Te partie filmu zrobione są w konwencji dokumentu a może czarno-białego kina lat pięćdziesiątych, robią wrażenie kręconych w dekoracjach, sztucznych, trochę teatralnych i dlatego mimo pozorów realizmu i one są jakoś odrealnione. Munis pragnie wolności, ale szybko przekonuje się, że droga do niej prowadzi przez przemoc. Pewnie dlatego z czułością pochyla się nad zamordowanym reżimowym żołnierzem (może słuszniej byłoby powiedzieć: w służbie reżimu, bo jakie ma poglądy, nie wiadomo; po prostu wykonuje rozkazy).

Jest jej przyjaciółka Faeze, przeciwieństwo Munis. Chodzi w burce i marzy o mężu, nie rozumie zainteresowania polityką. Chce być żoną, mieć rodzinę, jest nieszczęśliwie zakochana w bracie Munis. Ale i ona, kiedy zostanie zgwałcona przez przypadkowych mężczyzn, powoli się zmieni. Zrzuci zasłonę, a kiedy Abbas zaproponuje jej, aby została jego drugą żoną, wzgardliwie odrzuci jego propozycję. Nie chce byc drugą, a potem może i trzecią żoną.

Jest wreszcie Zarin, najbardziej tajemnicza z kobiet. Młoda, piękna prostytutka wykorzystywana przez mężczyzn. I ona ucieknie, ale nie będzie umiała zapomnieć o przeszłości. Czy nie wie, co ma dalej zrobić ze swoim życiem? Czy tak głęboko zraniona nie potrafi się odnaleźć? Czy nie ma możliwości, aby zacząć wszystko od nowa? Czy i jej dopiero śmierć przyniesie zapomnienie i ostateczną wolność?

Wreszcie ostatnia z kobiet, pięćdziesięcioletnia Zinat, żona wysoko postawionego wojskowego. I ona też ucieka od swojego dotychczasowego życia: od męża (najprawdopodobniej despoty), od miasta, od polityki. Pragnie odnaleźć dawną siebie: wrócić do śpiewu, do poezji, chyba do miłości sprzed lat (to pod wpływem dawnego ukochanego zmienia swoje życie). Azyl znajduje w tajemniczym domu i onirycznym ogrodzie nazywanym  sadem. To tu rozgrywa się większość odrealnionych, symbolicznych scen. To tu szuka zapomnienia Zarin, to tu Munis przyprowadza zgwałconą przyjaciółkę. To przez ten sad płynie strumień, który oczyszcza.  Ale nawet to miejsce, pięknie, malarsko fotografowane, nie przynosi wszystkim szczęścia. Tu też wdzierają się żołnierze szacha, tropiąc politycznych przeciwników. Czy kobieta nie może być wolna w zniewolonym kraju? Czy ucieczka w sztukę to pozorna wolność, jeśli wolności nie ma wokół? Takie pytania stawia reżyserka, tak odczytuję jej intencje.

Mężczyźni w tym filmie pokazywani są w czarnych barwach. Właściwie wszyscy wykorzystują i zniewalają kobiety, traktują je przedmiotowo. Taki jest Abbas, brat Munis. Tak traktuje swoją siostrę, a potem Faeze. Tacy są gwalciciele. Podobnie klienci korzystający z usług Zarin. Również mąż Zinat. Nawet jej dawny ukochany to postać niezbyt sympatyczna. Ma do niej pretensje, że na niego nie czekała, kiedy wyjechał do Europy. Daje jej nadzieję, a kiedy ona, być może dla niego, rzuca męża, znajduje sobie angielską narzeczoną. I tylko tajemniczy właściciel, a może opiekun, sadu i domu jest inny. Ma łagodne oblicze i czuwa, pomaga. Ale to postać symboliczna. Kim tak naprawdę jest?

Takich symboli czy tajemniczych, fantasmagorycznych scen jest w tym filmie bardzo dużo. Symboliczna jest pusta,długa droga, którą przemierzają kobiety z Teheranu do otoczonego murem sadu. Symboliczny jest ogród, strumień i okolica. Wreszcie Munis, która po samobójczej śmierci rzuca się w wir politycznych zdarzeń. Mam z tym filmem kłopot. Takie tu nagromadzenie symbolicznych scen, że gdzieś gubią się emocje. Owszem, jest pięknie fotografowany, wiele kadrów przypomina obrazy, doceniam to wszystko, ale pozostaję obojętna. A przecież los tych czterech kobiet mógłby mnie poruszyć.  




"Linia zanurzenia", czyli jeszcze raz Jean Hatzfeld.

Poszłam za ciosem i pod wływem lektury "Strategii antylop"  od razu kupiłam wydaną właśnie powieść Jeana Hatzfelda "Linia zanurzenia" (Biblioteka Gazety Wyborczej 2010). Napisał ją pomiędzy drugą a trzecią częścią trylogii rwandyjskiej (więcej informacji w poprzednim wpisie). Jest to powieść skromna (tylko dwieście stron) i oszczędna. Przez oszczędność rozumiem niezbyt rozbudowaną narrację, sporą ilość dialogów, zaledwie naszkicowanie miejsc akcji i postaci. Więcej dzieje się tu pomiędzy niż w. Czy to wada czy zaleta zależy od upodobań. Ja jestem miłośniczką powieści solidnych,a grubych z mięsistą narracją, jednak mimo to książkę francuskiego reportera przeczytałam z dużym zainteresowaniem. Słowo przyjemność nie byłoby tu może na miejscu ze względu na poważny i smutny temat. Powieść powinna zainteresować miłośników literatury faktu, ponieważ stanowi swoisty komentarz do pracy reportera wojennego.

Akcja toczy się w Paryżu, gdzie właśnie wraca z reporterskiej misji w Czeczenii Frederic. Obserwujemy go na lotnisku, kiedy czeka na  bagaż. Od razu udaje się do paryskiego mieszkania swojej węgierskiej przyjaciółki Emese, z którą dzieli życie już od wielu lat. Podjął jakąś ważną decyzję, którą chce jej przekazać, ale stale nie znajduje odpowiedniej okazji. Jaką? Tego dowiemy się znacznie później. Czas w Paryżu upływa mu na pracy w redakcji i spotkaniach z liczną reporteską i fotoreporterską bracią. Plotkują, dyskutują, snują łączące ich wspomnienia z różnych miejsc, w których skrzyżowały się ich zawodowe losy. Oczywiście te miejsca związane są z konfliktami zbrojnymi, bo wszyscy oni to reporterzy wojenni. Tylko Emese nie chce rozmawiać z Fredericiem o jego pracy. Ona wiedzie spokojne, pracowite życie, o jakim marzyła przed laty, kiedy mieszkała gdzieś na prowincji  komunistycznych Węgier. Jej świat to praca tłumaczki i redaktorki, ciekawe spotkania zawodowe, kotka, eleganckie mieszkanie w ładnej dzielnicy Paryża, przyjaciele, sztuka, lekcje salsy, knajpki, dobre wino i dobre jedzenie, no i Frederic. Brzmi banalnie, ale pomimo tej zwyczajności Emese nie wydaje się osobą płytką. Pamiętajmy, skąd przybyła i o czym marzyła. Weźmy pod uwagę, że wszystko zawdzięcza sobie i swojej determinacji.

Jakże odmienny jest jego świat. Poznajemy go ze wspomnień, które od czasu do czasu snuje, i z mejli otrzymywanych od przyjaciół z Vukovaru czy Jerozolimy. Wojna zdaje się być żywiołem Frederica. Dlaczego? I o tym właśnie jest powieść Hatzfelda. Wbrew pozorom nie ma w jego pracy wzniosłych pobudek, nie o zbawianie świata tu chodzi, nie o informowanie opinii publicznej Zachodu o okropnościach wojny. Uwaga tej opinii na pstrym koniu jeździ i nigdy nie wiadomo, w którym momencie konfliktu zainteresuje się nim i będzie współczuła jego ofiarom. Za tym współczuciem oczywiście nic więcej nie pójdzie, bo i co miałoby pójść? Po jakimś czasie wszyscy zapomną, a ludzie będą zabijali się dalej lub próbowali ułożyć sobie życie na zgliszczach, ale to tym bardziej niewielu zainteresuje.

Wróćmy jednak do Frederica. Czego szuka na wojnie? Przygody, a może raczej odmiany, ucieczki od zwyczajnego, mieszczańskiego życia w Paryżu. Los reportera wojennego to z jednej strony przebywanie na froncie, ale i gdzieś na jego tyłach, w hotelach, nierzadko wytwornych. To spotkania z reporterami całego świata i z miejscowymi. Czasem takie spotkania przeradzają się w trwalsze więzi, czego dowodem mejlowa korespondencja czy przyjaźń z synem czeczeńskiej tłumaczki. Reporter jest kimś pomiędzy, ma wszystko: przygodę, emocje, stałe dzianie się i jednocześnie swój bezpieczny, zachodni świat, do którego w każdej chwili może wrócić i w nim pozostać. On ma wybór, ludzie, z którymi przebywa i o których pisze tego wyboru nie mają. Nie można jednak zapominać, że ta praca bywa niebezpieczna. Śmierć może być jej częścią. Ale smierć czyha też na himalaistów, na uprawiających sporty ekstremalne i na wielu innych. I oni też szukają ucieczki od codzienności.

Na tym polega konflikt między Fredericiem i jego ukochaną, konflikt, który toczy się gdzieś podskórnie. Tylko raz Emese wybuchnie i zarzuci mu, że postawił się w roli bezpiecznego obserwatora, a tak naprawdę niewiele wie na ten temat. To jej dziadek walczył na froncie wschodnim, to jej ojciec brał udział w węgierskim powstaniu w 1956. I chociaż ona sama wojny nie doświadczyła, to odczuła jej bliskość, także geograficzną, wszak Vukovar, o którym tyle się tu mówi, jest o wiele bliżej Węgier niż Paryża. A Frederic nie chce dokonać wyboru między pracą a miłością, pragnie jednego i drugiego.

Powieść Hatzfelda owiana jest melancholią i smutkiem. Autor odziera czytelnika ze szlachetnych złudzeń. Dzięki spotkaniu, o którym pisałam w poprzednim wpisie, wiem, że poglądy na pracę reportera, które tu wykłada, są w dużym stopniu jego własnymi, co nie znaczy, że to powieść autobiograficzna. Jak sam powiedział, nie wie, ile w nim z Frederica.

W tej melancholinej, oszczędnej powieści dostajemy i wojnę, i miłość, i utratę.


"Strategia antylop" Jeana Hatzfelda. O książce i spotkaniu.

Ten wpis będzie o tyle nietypowy, że tym razem nie tylko przeczytałam książkę, ale miałam też okazję uczestniczyć w bardzo ciekawym spotkaniu z jej autorem. Tak więc to, co przeczytałam i to, co usłyszałam trochę się wymieszało. Myślę jednak, że niczemu to nie przeszkadza, przeciwnie.

A zaczęło się wszystko kilka miesięcy temu, kiedy to w Dużym Formacie znalazłam krótki wywiad z Hatzfeldem. Wiedza, którą z niego wyniosłam, wstrząsnęła mną. Niby coś tam słyszałam o masakrze w Rwandzie. Tutsi, Hutu, jakieś straszne rzezie i okrucieństwa, ale na dobrą sprawę nie bardzo nawet pamiętałam, kto kogo wymordował. Tyle lat już od tamtych wydarzeń upłynęło, świat zdążył o nich zapomnieć, stale dzieje się coś niewyobrażalnego. Potem przeczytałam "Heban" Kapuścińskiego, który w swojej książce poświęca tym wydarzeniom rozdział, jeszcze później w Wysokich Obcasach natknęłam się na wywiad z mieszkającą w Paryżu Tutsi, której prawie cała rodzina zginęła w rzezi, a ona dzięki wyjazdowi na studia uniknęła tego losu, a teraz zajmuje się naukowo tymi wydarzeniami, porównując je do Holokaustu. O tym wszystkim nie mogłam zapomnieć, więc kiedy książka Hatzfelda ukazała się w Polsce, oczywiście ją kupiłam.

Teraz trochę porządku. Ludobójstwo, o którym mowa, zdarzyło się w roku 1994. Zamieszkujący Rwandę Hutu w ciągu trzech miesięcy wymordowali około osiemset tysięcy Tutsich, również mieszkańców tych samych ziem. Robili to w sposób planowy, zorganizowany i przemyślany. Cel był jeden: zlikwidować Tutsich. Kiedy dziennikarze zjechali do Rwandy, zobaczyli Hutu uciekających do Konga w obawie przed zemstą i to ich początkowo uznano za ofiary. Hatzfeld zjawił się tam właśnie wtedy, aby relacjonować to, co się dzieje, dla swojej gazety. Obserwował, pisał, aż po jakimś czasie, jak wszyscy, wrócił do domu, do Paryża. Świat powoli zapominał o Rwandzie. Hatzfeld czytał, zastanawiał się i doszedł do wniosku, że uległ wraz z resztą reporterskiej braci złudzeniu. To Tutsi byli ofiarami zaplanowanego ludobójstwa. Po trzech latach wrócił tam, zamieszkał w wiosce Nayamata i próbował rozmawiać z ocaleńcami. Nie było to łatwe, bo ludzie ocaleni z ludobójstwa na ogół nie chcą mówić o swoich przeżyciach. Chodzi nie tylko o to, że pragną zapomnieć. Po prostu wstydzą się poniżenia, upokorzenia, zezwierzęcenia, brudu, wszy, nagości. Poza tym mają klopot z pamięcią o tym, co przeżyli. Nie wiedzą, co jest prawdą, a co im się tylko wydaje. Boją się, że nie pamiętają wszystkiego. Po jakimś czasie udało mu się nawiązać kontakt z kilkunastoma Tutsi i w ten sposób powstała książka pierwsza "Nagość życia. Opowieści z bagien Ruandy." (Czarne wyda ją w 2011). W sumie spędził tam dziesięć lat z przerwami na Paryż i napisał jeszcze dwie książki: "Sezon maczet" (również wyjdzie w 2011), czyli rozmowy z kilkunastoma oprawcami, Hutu, i "Strategię antylop", ostatnią część rwandyjskiej trylogii (Czarne 2010; wiosną otrzymała, po raz pierwszy przyznaną, Nagrodę im. Ryszarda Kapuścińskiego za reportaż literacki; swoją drogą nie rozumiem strategii wydawnictwa, które najpierw wydaje część ostatnią).

"Startegia antylop" to opowieść o tym, jak muszą żyć obok siebie w wioskach Rwandy ofiary i kaci, ocaleńcy - Tutsi i mordercy - Hutu. To rozmowy z mieszkańcami tej samej wioski Nayamata, sąsiadami. Jedni w 1994 roku ukrywali się w pobliskich bagnach (celowo używam zaimka w a nie na) lub w lasach porastających pobliską górę Kayumbę. Drudzy codziennie rano wychodzili z maczetami i przez kilkanaście godzin (z przerwą na obiad) polowali na swoich sąsiadów Tutsi, aby dosięgnąć ich  maczetą i ściąć. Wieczorem wracali do swoich domów, do żon i dzieci, jedli kolację, bawili się, śmiali, żartowali, kochali. Słowem żyli normalnie. Zabijanie stało się ich pracą. Pamiętam, że kiedy kilkanaście miesięcy temu przeczytałam wywiad z Hatzfeldem, to właśnie zrobiło na mnie takie wstrząsające wrażenie: codzienne wychodzenie na polowania na ludzi, od ósmej do siedemnastej, z przerwą na obiad (w Naymacie rzezie trwały siedem tygodni). Dlaczego są na wolności? Dlaczego nie siedzą w więzieniach? Początkowo tak było, myśleli, że zostaną tam do końca swoich dni, ale przyszła amnestia i w więzieniach zostali tylko ci, którzy byli strategami i ideologicznymi planistami ludobójstwa oraz wielokrotni zabójcy. Pozostałych wypuszczono, bo nie sposób skazać wszystkich (dla tej ilości skazanych brakuje sędziów, sądów itd.), poza tym ktoś musi uprawiać ziemię. Rwanda to mały kraj, brakowało ludzi. Wymyślono więc politykę pojednania (wspólnie z ludźmi Zachodu). Wypuszczeni na wolność Hutu trafiali najpierw do obozów przejściowych, gdzie uczono ich, jak mają się zachowywać wobec ocalonych, jak reagować na możliwe zaczepki czy akty nienawiści. I tak wrócili do swoich wiosek i żyją obok tych, których kiedyś ścigali, na ulicach mijają tych, którym zamordowali rodzinę. Obie strony zostały zmuszone do udawania, że da się tak egzystować obok siebie. Proces, który w Europie trwał kilkadziesiąt lat, tu musiał dokonać się w ciągu kilku. Oczywiście prawdziwe pojednanie się nie dokonało, bo nie mogło. Wszyscy udają, próbują, bo nie mają wyjścia. Nie ma jednak mowy o prawdziwym wybaczeniu, zapomnieniu i pojednaniu. Bohaterowie książki Hatzfelda rozumieją, że tak trzeba, ale jest to dla nich, dla ocaleńców Tutsi, źródłem ciągłego bólu. Jak można zapomnieć, jak można żyć, skoro twój oprawca mieszka obok ciebie? Wielu nie potrafi wyzbyć się lęku. Mówią, że skoro raz się zdarzyło, może zdarzyć się ponownie. Czytając książkę, miałam nieodparte wrażenie, że to Hutu wchodzą w role ofiar. To z nimi trzeba się cackać, nie można ich urazić, trzeba pomóc wrócić do normalnego życia, dobrocią i wyrozumiałością przywrócić społeczeństwu. Z bólem Tutsi nikt się aż tak nie liczy, skoro skazuje się ich na życie obok morderców. Czy było inne wyjście? Jeśli zdecydowano się na wypuszczenie ich z więzień, to pewnie nie. Rwanda to niewielki kraj (proszę spojrzeć na mapę), więc jak ich rozdzielić?

Świadomość, jak niewiele można zrobić, jest przygnębiająca. Podobnie refleksja, że trudno takim zdarzeniom zapobiec, a kiedy już do nich dochodzi, przerwać. Co jakiś czas w jakimś zakątku świata ludzie fundują sobie masakrę. I mimo że potem, kiedy wszystko zostaje opisane, osądzone, zagojone, obiecujemy sobie, że nigdy więcej, że będziemy mądrzejsi, że nie dopuścimy, że nie damy się porwać nienawiści, to po jakimś czasie gdzieś historia się powtarza. Hatzfeld mówi i pisze o tym, że zobaczyć coś, przeczytać o czymś, dowiedzieć się nie jest tym samym, co zrozumieć i przyjąć do wiadomości. A dopiero wtedy można zacząć działać. W ten sposób tłumaczy bierność świata, który nie przyszedł z pomocą Tutsim. Nie przyszedł, bo nie uwierzył, nie przyjął do świadomości, że takie okrucieństwo jest możliwe. Podobnie było w czasie Holocaustu. Długo nie dawano wiary w to, co działo się w Auschwitz czy w innych obozach zagłady. Początkowo buntowałam się przeciw takiemu stawianiu sprawy, ale kiedy zastanowić się nad tym, to niestety przychodzi stwierdzić, że rację ma autor. Podobnie poczułam rozczarowanie, kiedy Hatzfeld powiedział, że swoich książek nie napisał, aby interweniować, ale po prostu z potrzeby pisania. Naiwnym jest myślenie, że książka coś zmieni. Może jedynie pokazać tym, którzy zechcą ją przeczytać, świat, jakiego nie znają. Patrz drogi czytelniku: oto w Rwandzie w 1994 sąsiedzi wymordowali sąsiadów, oto teraz muszą żyć obok siebie, robiąc dobrą minę do złej gry. I ty, drogi czytelniku, i ja, autor tej książki, nic nie możemy zrobić. Niestety nie mamy też gwarancji, że coś takiego się nie powtórzy i to niekoniecznie gdzieś w odległej Afryce (patrz Bośnia). Po zastanowieniu i ta argumentacja mnie przekonała.

Rozpędziłam się, więc na koniec jeszcze o tym, co zrobiło na mnie wrażenie (przygnębiające).

Banalność zła. Hatzfeld mówi i pisze o tym, że oprawcy, z którymi rozmawiał to grzeczni, uprzejmi, normalni ludzie, zwykli sąsiedzi. Tacy, o których nieraz się mówi, że nigdy nie spodziewalibyśmy się po nich, że są zdolni do niewyobrażalnego okrucieństwa. Jak w człowieku rodzi się bestia? I czy każdy bestią może zostać? Ja też? Co bym zrobiła? Milczała, jak żony wykonujących swoją morderczą dniówkę Hutu? Plądrowała domy opuszczone przez Tutsich ukrywających się w bagnach lub lasach Kayumby? Żadna z tych kobiet głośno się nie buntowała, najwyżej niektóre same przed sobą przyznawały, że to, co się dzieje, im się nie podoba. Ale nie zrobiły nic. Bały się swoich mężów?

Świadectwa ocalonych. Szczególnie przejmujące są opowieści tych kilku osób, które ocalały z masakry w lasach Kayumby. Z sześciu tysięcy, które się tam skryły ocalało dwadzieścia osób i niektóre z nich opowiadają, jak całymi dniami uciekały przed ostrzami maczet, jak gromadziły się w kilkuosobowych grupach, jaką startegię przyjmowały, jak spędzały noce (jedyne chwile wytchnienia), o czym myślały. Wstrząsające, podobnie jak opowieści ocalonych z bagien.

I ostatnia sprawa. Co uderza w opowieściach ocalonych Tutsi i wypuszczonych na wolnośc Hutu? To że wszystko zmieniło się na gorsze, w każdym wymiarze, także tym osobistym. Dawniej żyło się lepiej. Wielu z nich miało sporo ziemi, pozycję, jakieś urzędnicze czy inne posady. Teraz wszystko trzeba zaczynać od nowa ze świadomością, że nie zdąży się już osiągnąć tego, co  kiedyś. Z urzędnika w garniturze stało się rolnikiem ciężko pracującym na kawałku ziemi. Wygodny dom trzeba było zamienić na glinianą lepiankę. I wzajemna nieufność, udawanie, że życie wraca do normy (i na powierzchni tak jest: ludzie pracują, uczą się, kochają, spotykają w knajpach, rozmawiają), no i świadomość, że wszystko może sie powtórzyć. Więc dlaczego i po co?

P.S. W listopadzie Czarne ma wydać książkę Wojciecha Tochmana o Rwandzie. Ciekawa jestem, co napisał po Hatzfeldzie.


Marek Kęskawiec "Czwarty pożar Teheranu", czyli Iran jest inny niż myślicie.

Kiedy (ze wstydem przyznaję całkiem niedawno) zaczęłam oglądać irańskie kino, które czasem pojawiaja się na naszych ekranach (pisałam o nim na blogu: "Filmy irańskie - to naprawdę ciekawe!"), przeżyłam szok. Otóż nie tak wyobrażałam sobie irańskie miasta i życie ich mieszkańców. Teheran pokazywany na ekranie niczym nie różnił się od wielkich miast europejskich czy amerykańskich. Szerokie ulice, pędzące samochody, węzły komunikacyjne, sklepy, ruch. Podobnie bohaterowie i bohaterki tych filmów. Problemy jak nasze, mieszkania też, tylko chusty na głowach kobiet, ale kolorowe. Czego się spodziewałam? Lepianek? Wąskich zaułków? Zaniedbanego miasta? Kobiet zakutanych od stóp do głów? Egzotycznych problemów? Wstyd się przyznać, ale pewnie tak. Niewiedza i stereotyp! Moje wyobrażenia potwierdzał obraz prowincji: maleńkie, zagubione gdzieś w górach wioski. Odtąd zafascynowana tym, co zobaczyłam, nie przechodzę obojętnie obok irańskiego kina. Nie mogłam też oczywiście pominąć książki Marka Kęskawca "Czwarty pożar Teheranu" (W.A.B. 2010, seria terra incognita). Czy w reportażu Kęskawca odnalazłam ten filmowy Iran? Tak! Książka potwierdza obraz, jaki zobaczyłam na ekranie i oczywiście, co zrozumiałe, pokazuje dużo, dużo więcej.

Osią  reportażu jest rok 2009, czas przed i tuż po wyborach. Wyborach, z którymi część liberalnego społeczeństwa wiązała wielkie, dziś już wiemy, że niespełnione, nadzieje. Autor opisuje zieloną rewolucję (zielony był kolorem zwolenników Musawiego, który ostatecznie wybory przegrał, najprawdopodobniej w wyniku fałszerstw). Najpierw radosne wiece i manifestacje poparcia dla kandydata, wszystko w atmosferze radości, zabawy i nadziei, a po wyborczej klęsce demonstracje i starcia z policją, aresztowania i tortury, jakim poddawani są w Iranie od dawna, niezależnie od tego, kto akurat sprawuje władzę, więźniowie polityczni. Kęskawiec pokazuje, jak po przegranej zmieniają się jego irańscy przyjaciele. Nie są już tak radośni, otwarci, boją się o siebie i swojego przyjaciela z Europy. Wielu, szczególnie mężczyzn, zostało aresztowanych. Ale zielona rewolucja to tylko konstrukcyjna rama tej świetnej książki. Jej treścią jest Iran współczesny i krótko podana historia tego kraju.

Przede wszystkim trzeba pamiętać, że nie ma jednego Iranu. Tak jak w filmach, które obejrzałam, jest kraj liberalny, tęskniący do wolności, pragnący upadku republiki islamskiej, i kraj tradycyjny, bardziej religijny. Stop. Znowu zaczynam powielać stereotypy, które autor obnaża. Z religijnością wcale nie jest tak prosto. Kęskawiec pisze o tym, że liberalna część społeczeństwa wbrew pozorom nie jest niereligijna. Irańczycy po prostu nie chcą żyć w państwie wyznaniowym. Wiara to ich prywatna sprawa, tak uważają. W dużym uproszczeniu, powtarzam: uproszczeniu, ten podział to duże miasta kontra prowincja. Bo nawet Teheran jest wyraźnie podzielony. Północny to miasto znane mi z filmów. To właśnie tu są te szerokie arterie, wieżowce, modne sklepy, uliczny ruch, to tu mieszkają znajomi autora: liberalni, młodzi, wykształceni ludzie. Południowy Teheran jest zupełnie inny: biedne, wąskie uliczki, ponure blokowiska, ubogie sklepiki, głównie mężczyźni, bo kobiety siedzą w domach, a jeśli wychodzą, to zasłonięte.

Bardzo zainteresowały mnie bohaterki książki Kęskawca:  wyksztalcone, samodzielne,  nienawidzące  chust na swoich włosach i poddawania się nakazom obowiązującym w republice islamskiej. Wiele z nich marzy o tym, aby wyjechać, bo, jak mówią, tu nie da się żyć. Prawie wszystkie chociaż raz miały do czynienia z policją do spraw moralności. Kiedy jadą samochodem ze swoimi przyjaciółmi, nawet tymi płci męskiej, chusty niepostrzeżenie zsuwają się im z głów, najchętniej zrzuciłyby je w ogóle, ale natychmiast włącza się wewnętrzny cenzor, który przypomina, że nie wolno. Nienawidzą tego cenzora w sobie, jak mówi jedna z nich: "Ta chusta wrasta mi w mózg." Często słychać  nawet liberalne muzułmanki broniące chust i nakazów religijnych związanych ze sferą płci. Mówią o korzyściach, nie o opresji, pokazują sens, jaki  z tego płynie. Młode, wykształcone, liberalne Iranki tego sensu nie dostrzegają, dla nich to tylko opresja.

Teraz z konieczności krótko i chaotycznie o tym, czego jeszcze z książki Marka Kęskawca dowiemy się o Iranie, a wszystko po to, aby zachęcić do jej przeczytania i odkrycia nieznanego lądu.

Irańczycy to ludzie niezwykle radośni, kochający taniec, śpiew, zabawę i poezję, życzliwi i gościnni, ciekawi świata i obcych, gotowi natychmiast po krótkiej rozmowie zaprosić do siebie cudzoziemca, który zechcial ich kraj odwiedzić i się nim zainteresować. To raj dla turysty, który lubi podróżować nieutartymi szlakami, który nie znosi turystycznego przemysłu i tłumu. Póki nie nastąpią zmiany, tak będzie, ale autor jest przekonany, że przeobrażenia, chociaż pewnie nie od razu, są nieuniknione. Trzeba więc się spieszyć. Życie w republice islamskiej wykształciło w Irańczykach podwójne myślenie, swoistą schizofrenię, która głęboko wdarła się w język, obyczaje i jest już dzisiaj często nieuświadamiana.

Iran to państwo osobne w swoim regionie. Osobne politycznie, mentalnie, historycznie i obyczajowo. To dawna Persja, a nie kraj arabski, jak często jest mylnie postrzegany. Arabowie nienawidzą Irańczyków z wzajemnością. Tę osobność zawdzięcza Iran swojej historii i religii. Kiedyś Persja nie była krajem muzułmańskim, a zaratustriańskim, a dziś większość jej mieszkańców wyznaje szyicką odmianę islamu, a nie sunnicką jak pozostałe kraje arabskie. Tutaj nie prześladuje się chrześcijan czy żydów (Uwaga! Mała litera, bo chodzi o wyznanie), ale nie pozwala się budować sunnickich meczetów. Ta osobność i burzliwa przeszłość Persji wyksztalciły w Irańczykach jednocześnie poczucie wyższości i narodowe kompleksy oraz przekonanie, że cały świat się na nich uwziął, rzuca im kłody pod nogi i nie docenia. Znamy?

I teraz juz w telegraficznym skrócie. Dzięki książce Kęskawca poznamy najciekawsze zabytkowo miejsca, historię tego kraju (od tej najdawniejszej, do tej nowszej dwudziestowiecznej). Zrozumiemy, dlaczego Irańczycy z jednej strony nienawidzą Ameryki i Zachodu (traktowanie Iranu jak kolonii, patrzenie na ten kraj tylko poprzez pryzmat interesów związanych z ropą i zwyczajne wykorzystywanie), z drugiej chcieliby się zmienić na amerykańską czy zachodnią modłę. Poznamy kulisy polityki w regionie (skomplikowane relacje z Izraelem i państwami arabskimi) i politykę globalną. Po raz kolejny przekonamy się, że ta polityka podszyta jest hipokryzją (sankcje wobec Iranu, jednoczesne przymykanie oczu na to, co dzieje się w Arabii Saudyjskiej). Poznamy różne frakcje w irańskim świecie politycznym i całe jego skomplikowanie. Dowiemy się, dlaczego rewolucja islamska była tu w ogóle możliwa i dlaczego wielu z tych, którzy kiedyś Chomeiniego popierało, potem go znienawidziło. Wreszcie przekonamy się, jak to jest z irańskim zagrożeniem nuklearnym, ile w tym prawdy, ile mitu i politycznej hipokryzji. To tyle.

Kto ciekawy innego, kto lubi zmierzyć się ze stereotypem i przewietrzyć swój obraz świata, powinien koniecznie sięgnąć po niezwykle interesującą książkę Marka Kęskawca.    


"Chrzest" Marcina Wrony. Czy można uciec od przeszłości?

Przez trzy kolejne tygodnie nie byłam w kinie. Rzadko mi się zdarza taka długa nieobecność. Jakoś na nic nie miałam ochoty. Co wydawało się w zapowiedziach interesujące, miało tak miażdżące recenzje, że szkoda było marnować czas. I wreszcie w tym tygodniu "Chrzest" Marcina Wrony nagrodzony w Gdyni. Nie widziałam jego pierwszego filmu, ale potem czytałam interesujący wywiad z reżyserem. "Chrzest" koniecznie trzeba zobaczyć, chociaż nie jest miły, łatwy i przyjemny, a momentami lepiej zamykać oczy. I mimo że teraz, kiedy myślę o nim na chłodno, dostrzegam pewne wady, to jestem w stanie je wybaczyć. Lubię filmy, które tak bardzo angażują mnie emocjonalnie i stawiają ważne pytania. Dodatkowym plusem są dwie główne role: Michała (Wojciech Zieliński) i Janka (Tomasz Schuchardt) oraz demoniczny Adam Woronowicz jako Gruby. Nie chcę nic zdradzać z treści, bo kieruję się dewizą,że im się mniej wie o filmie, tym lepiej się go ogląda. Więcej w ciągu dalszym, dla tych, którzy już widzieli.

Tak, jak wspomniałam, wolę film z pewnymi niedociągnięciami, ale taki, który mnie poruszy i zaangażuje emocjonalnie, niż chłodne arcydzieło. Taki jest "Chrzest". Reżyser stopniowo odkrywa przed widzem kolejne tajemnice bohaterów. Początkowo wydaje się, że Michał jest w najlepszym momencie swojego życia. Osiągnął sukces, jest właścicielem fabryki okien, ma piękną żonę, którą kocha, i kilkumiesięcznego synka Adasia. Właśnie szykuje się do jego chrztu. Ojcem chrzestnym ma zostać Janek, przyjaciel z czasów młodości, z którym łączy go silna więź, nieomal braterska. Wiemy, że Michał ma za sobą niechlubną przeszłość, którą jakoś dzieli z przyjacielem. Chwali się przed nim swoim udanym życiem, udziela rad, pyta, czego od życia chce. Janek nie pasuje do świata Michała, co natychmiast zauważa jego żona. Właśnie wyszedł z wojska, nic nie ma, jest prostacki, nie stroni od alkoholu. Ale ogłada Michała, z której jest tak dumny, jest też świeża. Autentyczne są uczucia i duma z sukcesu. Szybko okazuje się, że nad jego życiem wisi klątwa niczym w antycznej tragedii. Nie ma ucieczki, różnica jest taka, że Michał o tym wie i spokojnie czeka na wyrok. Chce tylko ocalić żonę i synka i załatwić rzecz najważniejszą w tej chwili: chrzest. Od pewnego momentu biernie czeka na nieuniknione, dopiero pod koniec postanawia jeszcze się bronić. Jakby milczące pożegnanie z rodziną i życiem, nasycenie się szczęściem w trakcie rodzinnej uroczystości obudziły w nim żal i ponowną wolę walki. Zawsze robią na mnie wrażenie (w literaturze i filmie) takie świadome momenty pożegnań na wieczność. Mam ich kilka w swojej literackiej i filmowej pamięci i ile razy o nich myślę, przejmują mnie dreszczem.

Czy naprawdę nie ma wyjścia? Zastanawiałam się nad tym. Pomoc teściów, którym zawdzięcza to, że tak szybko osiągnął finansowy sukces, sprawy nie załatwi, odsunie w czasie termin wykonania wyroku. Dlaczego jednak nie pójdzie na policję? Czy policja może mu pomóc? Nie wiem. Dlaczego  nie ratował się wcześniej? Mógł wyjechać z kraju, mógł zaszyć się gdzieś w Polsce, gdzie trudniej byłoby go odnaleźć. Dlaczego w takim razie nie zważając na ścigającą go klątwę, ożenił się? To pytanie zadaje mu Janek. Michał milczy, odpowiedź jest oczywista i cisza, która zapada, bardzo mi się podoba, słowa w takiej sytuacji zawsze brzmią banalnie.

Lubię w tym filmie pewną symetrię. Symetryczna jest zdrada. W przeszłości zdradził Michał, bojąc się więzienia, którego przedsmakiem była brutalność policjantów, teraz zdradza Janek, też ze strachu,ale przed bezwzględnymi bandytami. Obaj znaleźli się w potrzasku, nie sprostali wyzwaniu. Może łatwo byłoby ich oskarżyć, gdyby reżyser nie pokazał nam tak dosadnie bezwzględności ich prześladowców. Zdrada Janka wydaje się większa, bo dotyczy najlepszego przyjaciela, brata prawie. Michał zapewnia, że on kumpla nie wydał. Janek miota się, próbuje walczyć o Michała, nieśmiało wstawia się za kolegą, ale szybko pojmuje, że nic nie wskóra. Staje przed murem, którego nie przebije. Zdaje sobie sprawę, że został skalany i zbrukany. Jest brudny i dlatego wzbrania się przed wzięciem małego Adasia na ręce. Przyznam się, że nie jest dla mnie jasne, dlaczego zabija Michała. Czy wykonuje wyrok, bo mu kazano czy uderza kamieniem, aby ratować przyjaciela, nie pozwolić mu pójść do bandytów, a potem budzi się w nim bestia? Bestia, którą już raz obudzono. Wystarczy jedna chwila, splot okoliczności, aby człowiek potrafił zamienić się w bezwzględnego, bezmyślnego, zaślepionego oprawcę.

Symetria kolejna to dwa chrzty. Pierwszy, ten w kościele: niewinnego, czystego Adasia, chrzest, który ma symbolicznie wprowadzić dziecko do ludzkiej wspólnoty. I chrzest drugi: wprowadzający do bandyckiej wspólnoty Janka. Po tym, czego był biernym świadkiem a potem uczestnikiem, może zrobić już wszystko. Od tej chwili jest z tym światem związany na zawsze, nie wyzwoli się z niego, co pokazują losy Michała. Nie ma ucieczki. Jest brudny, zbrukany, naznaczony zbrodnią. Może dlatego morduje? Pierwsze uderzenie to próba ratunku, ale potem do głosu dochodzi obudzona w nim bestia?

Symetria druga łączy się trochę z poprzednią. To czystość, niewinność i brud, zbrukanie, zbrodnia. Te dwa pierwiastki przewijają się w świecie Michała i Janka. Michał zmienia się w innego człowieka, kiedy bierze na ręce swojego synka, kiedy obserwuje swoją żonę karmiącą Adasia. Z taką samą tkliwością obserwuje te sceny Janek. Kobieta póki jest matką, też jest święta i nietykalna. Kiedy staje się żoną, kochanką pojawia się szybki, namiętny seks a nawet brutalność. Brutalny i bezwzględny staje się Michał, kiedy próbuje walczyć ze swoimi prześladowcami. Chociaż biernie poddaje się wyrokowi losu, to kiedy bandyci szargają matkę jego dziecka, staje się bezwzględny. Podobnie Gruby, grany przez Woronowicza (trudno uniknąć skojarzeń z rolą Chyry w "Długu"). Zimny, okrutny nie wkracza jednak do świętej strefy, nie wtargnie na rodzinne przyjęcie po chrzcie, ale spokojnie czeka, aż Michał tę strefę opuści. I Michał tak robi, jakby nie chciał, aby to, co nieuniknione i brudne, skalało to, co czyste i niewinne. Niewinność w tym świecie związana jest z nieświadomością. Nikt na rodzinnym przyjęciu, oprócz zbrukanych Michała i Janka, nie wie, jaka tragedia za chwilę się rozegra.

I ostatnia symetria, też jakoś powiązana z poprzednimi. To dwa światy: świat zwyczajny, ten widoczny i świat zbrodni, brudu, ukryty. Jedno życie toczy się na powierzchni: w domach, w restauracyjnych salach dla gości. Drugie gdzieś pod powierzchnią, na zapleczu, w restauracyjnych kuchniach, do których prowadzą pokrętne, długie korytarze. To stamtąd bezwzględnie rządzi Gruby, to tam rozmawiają o swoich brudnych tajemnicach Michał i Janek. To w takich miejscach wykonuje się wyroki (wyrok na właścicielu jakiegoś drobnego biznesu i jego żonie został wykonany nie w ich domu, ale właśnie gdzieś na zapleczu).

I jeszcze na zakończenie jedna refleksja, która nasunęła mi się w trakcie pisania. Co jest prawdziwe? Czy ta fasada czy to zaplecze? Gruby, który przychodzi do kościoła na chrzest, wyraźnie wypowiada słowa chrzcielnego przyrzeczenia: wyrzekam się (zła, szatana), a przecież wie, że się nie wyrzeknie. Podobnie Janek. I podobnie my wszyscy. Ile warte są słowa? A może wypowiadając je, na chwilę wierzy w nie, bo znalazł się w strefie sacrum? W strefie profanum obowiązują inne zasady. Obie najwyraźniej rozdzielają te metry symbolicznych korytarzy, przez które trzeba przejść.

Bardzo dobry film o tym, że przeszłość czasem dopada i nie ma przed nią ucieczki. No właśnie, czy nie ma? Zawsze, kiedy kino czy literatura pokazują  takie sytuacje, intensywnie zastanawiam się, czy bohaterowie mieli jakieś wyjście, czy mogli uniknąć swego przeznaczenia. Wydaje się, że tym razem nie.

Zeruya Shalev "Życie miłosne", czyli o gmatwaninie ludzkich uczuć.

To druga powieść tej izraelskiej pisarki, którą przeczytałam. Poprzednia "Po rozstaniu" jest właściwie zamknięciem cyklu, który "Życie miłosne" (W.A.B. 2008) rozpoczyna. Tak przynajmniej twierdzi wydawca, ale kolejność, w jakiej sięga się po te pozycje,  nie ma żadnego znaczenia, bo są to całkowicie odrębne powieści. Łączy je oczywiście styl i w pewnym sensie tematyka.
Zacznę od stylu. Zeruya Shalev pisze w sposób dla siebie charakterystyczny. To lektury pozornie bez dialogów, sama gęsta narracja, często bardzo długie zdania. Warto o tym wiedzieć, sięgając po jej powieści, bo zetknięcie z nimi może być początkowo trudne. Ale to trudność tylko na pierwszy rzut oka. Dość szybko można się przyzwyczaić do takiego sposobu pisania i potem książki się połyka. Nieobecność dialogów jest zresztą pozorna, bo naprawdę ukryte są w narracji. Od czasu do czasu Shalev posługuje się językiem barwnym, niemal poetyckim. Oto przykład:
"... ja na przykład wpadam w rozpacz na samą myśl o tych wszystkich latach, które mnie czekają, dybią na mnie jak jakieś monstra (...), a ja muszę kolejno wskakiwać im na grzbiet, cwałować z zapałem ich ścieżkami i okazywać przy tym radość życia, obejmować włochatą, grubą szyję, która napawa mnie wstrętem, mieć przed zamkniętymi ze strachu oczami cały obmierzły pysk."
Tyle o stylu i języku, a teraz  przejdę do sedna. To powieści psychologiczne, które portretują  dusze bohaterek-narratorek i pokazują ich stany emocjonalne, uczucia, pragnienia najczęściej głęboko ukrywane. Poznajemy je w momentach w ich życiu przełomowych, a droga, jaką wybierają, może budzić sprzeciw, niezrozumienie czy złość. Posuwając się nią, stąpają po kruchym lodzie, dowiadując się o sobie i innych prawd, które nie zawsze są przyjemne. Rzucają się w nową dla siebie sytuację niczym pływak skaczący na główkę do nieznanej wody. Podążając tą drogą, odkrywają tajemnice innych, ich powikłane życiorysy. Powieści Shalev pokazują rewers ludzkich losów, wyciągają na powierzchnię to, co zwykle ukrywamy przed światem i do czego, bywa, sami niechętnie się przyznajemy. To mroczny, pesymistyczny świat.
Po pierwszą z nich ("Po rozstaniu") sięgnęłam, kiedy zrobiło się o niej głośno w związku z wizytą autorki w Polsce przy okazji jej premiery, znęcona faktem, że to literatura izraelska. I chociaż  akcja tych powieści osadzona jest w Jerozolimie, niewiele tu, w przeciwieństwie do książek Oza, izraelskiej obyczajowości. W gruncie rzeczy wydarzenia mogłyby rozgrywać się gdziekolwiek. Jak już wspomniałam, to przede wszystkim lektury psychologiczne i chyba takie, w których bardziej gustują kobiety.
Bohaterką "Życia miłosnego" jest dwudziestokilkuletnia Ja'ra Korman bezdzietna mężatka, która próbuje zrobić karierę naukową na uniwersytecie. Powinna skupić się na pracy, bo rywalizuje z koleżanką o etat na uczelni. Jest zdolna, wierzy w nią profesor, jej naukowy opiekun i protektor. I pewnie wszystko szłoby gładko, gdyby przypadek nie postawił na jej drodze Ariego Ewena, dawnego przyjaciela jej rodziców, który po latach spędzonych we Francji wrócił do Jerozolimy. Czy możliwa jest tak nagła fascynacja (zakochanie? miłość?) młodej kobiety mężczyzną w wieku jej ojca? Myślę, że w sferze relacji międzyludzkich naprawdę wszystko (no, może bezpieczniej będzie powiedzieć, że prawie wszystko) może się zdarzyć. Ja'ra tak dalece traci dla Ariego głowę, że przestaje panować nad własnym życiem. Zawala sprawy na uniwersytecie (ku nieskrywanej radości konkurującej z nią koleżanki), ryzykuje małżeństwo, naraża się na gniew rodziców. Nic się nie liczy, tylko ten niedawno poznany starszy od niej, zmęczony i nasycony życiem, ale jednocześnie fascynujący mężczyzna, który całkowiecie przejął nad nią duchową władzę. Chociaż Ja'ra szybko orientuje się, że on nią manipuluje, że się nią bawi, że niekoniecznie obdarza uczuciem, nie umie odejść. Coraz bardziej brnie w ten romans, nie-romans. Arie na przemian kusi ją, a potem odpycha. Co jest prawdą, a co złudzeniem? Czy kiedy dzwoni do niej i błaga o spotkanie czy kiedy twierdzi, że wszystko sobie wymyśliła? Pozwala mu robić ze sobą wszystko, czując raz fascynację raz obrzydzenie. Jest jego więźniem w sensie psychicznym i w pewnym momencie dosłownym, uwięziona, trochę przypadkowo, w jego mieszkaniu (nie będę zdradzać okoliczności). Sytuacja coraz bardziej się komplikuje, coraz więcej wychodzi na jaw. Ja'ra powoli odkrywa, jakie naprawdę więzi łączyły Ewena z jej rodzicami, dokopując się do rodzinnej tajemnicy sprzed lat. I mimo że wszyscy, którzy zaczynają się orientować, co się dzieje, ostrzegają ją przed nim, Ja'ra brnie w tę sytuację niczym ćma w płomień świecy.
Postawa narratorki może drażnić. Jeśli traktować to, co robi, dosłownie, trudno ją zrozumieć. Ale z drugiej strony, czy sami nie postępujemy często w życiu nieracjonalnie? Czy nie rzucamy się w przepaść, nie oglądając się na rzeczywistość wokół? Nie rozumiem jej fascynacji tym konkretnym mężczyzną: egoistycznym, egocentrycznym, niesympatycznym, ponurym. Ale Arie jest tu przecież także symbolem kogoś, dla kogo nagle tracimy głowę. I to zrozumieć potrafię. Ścieżki ludzkich uczuć są często naprawdę pogmatwane. Trzeba też powiedzieć, że dzięki spotkaniu  z nim Ja'ra musi zadać sobie kilka pytań, przyjrzeć się swojemu małżeństwu, swoim życiowym wyborom. Dlaczego właściwie wyszła za Joniego? Chyba po prostu pomyliła miłość z bezpieczeństwem, które jej obiecywał. Może chciała wyrwać się z domu rodzinnego, na którego atmosferę wpłynęła  tragedia, z której jej matka długo nie potrafiła się otrząsnąć. Ja'ra po prostu okazała się niedojrzała, ale czy można być dojrzałym w wieku dwudziestu kilku lat? Czy wtedy człowiek wie, czego chce? Czy powinien podejmować decyzje, które mają zdefiniować jego życie? Co lepsze: bezpieczeństwo czy szaleństwo? A może coś pomiędzy? Teraz, kiedy zrujnowała swoje życie, będzie musiała podjąć decyzję: czy próbować je odbudować czy tworzyć coś nowego, już bez Ariego i bez męża. Ma szansę odnaleźć siebie na nowo, żyć samodzielnie a nie wsparta na mężczyźnie. Ofiarą dojrzewania Ja'ry jest Joni, jej mąż. Tak po ludzku jest mi go żal. Ale czy można wymagać od niej, aby była z nim tylko dlatego, że nie chce go skrzywdzić? Tak już jest, nie da się przejść przez życie nie raniąc. (Zresztą Joni wydaje się być spokojnym, dobrym, ale nudnym człowiekiem, uległym wobec losu. Nie potrafi walczyć, cierpi w milczeniu.) Ja'ra nadal nie jest dojrzała, ciągle fantazjuje na temat swojego życia. Proces wglądania w siebie dopiero się rozpoczął. Co będzie dalej, nie wiemy.
Trudno powiedzieć, abym szczególnie polubiła bohaterki i bohaterów książek Shalev, abym przejęła się bardzo ich losami, abym je głęboko przeżyła. Raczej przyglądam się im po części z irytacją, po części z zainteresowaniem, po części ze zrozumieniem. Ale na pewno za jakiś czas sięgnę po kolejną książkę z cyklu (środkową) "Mąż i żona". W jakiś sposób swiat powieści tej izraelskiej pisarki przyciąga i fascynuje. W nadmiarze taka literatura może drażnić, czytana od czasu do czasu jest przyjemnością (chociaż to niewłaściwe słowo).

"Czerwone rękawiczki" Eginalda Schlattnera, czyli przygnębiająca wyprawa do powojennego Siedmiogrodu.

Właśnie skończyłam czytać drugą wydaną w Polsce powieść rumuńskiego pisarza

Eginalda Schlattnera. O pierwszej "Fortepian we mgle" (Czarne 2010), którą się zachwyciłam, pisałam jakiś czas temu. Dobra wiadomość jest taka, że "Fortepian" znalazł się w ścisłym finale (siedem książek) Angelusa (nagroda dla pisarzy z krajów Europy środkowo-wschodniej). Trzymam kciuki. Ale do rzeczy.

Schlattner to pisarz, który odkrył przede mną nieznany ląd: Siedmiogród, krainę zamieszkaną przez siedmiogrodzkich Sasów, czyli Niemców sprowadzanych na te ziemie przez królów węgierskich od XII wieku. To oni zbudowali tutaj siedem warownych miast, w których się osiedlili. Stąd nazwa Siedmiogród. "Czerwone rękawiczki" (Czarne 2004) są jego wcześniejszą powieścią, ale lepiej czytać te książki w kolejności, w jakiej ja to przypadkowo uczyniłam, ponieważ akcja "Fortepianu" obejmuje lata czterdzieste dwudziestego wieku (wspomnieniami bohaterowie sięgają też wcześniej), a zdarzenia opowiedziane w "Czerwonych rękawiczkach" to lata pięćdziesiąte. I chociaż każda z tych lektur to odrębny byt, w jakiś sposób uzupełniają się, kreśląc panoramę tego zakątka Europy i losów ludzi tam urodzonych. A to nie tylko siedmogrodzcy Sasi, ale i Węgrzy, Cyganie, Żydzi i wreszcie Rumuni.

Z góry uprzedzam: to nie jest wesoła powieść. I chociaż losy bohatreów "Fortepianu" też nie były różowe, to tamten świat tworzył swoistą mieszankę tego, co zwyczajne i fantastyczne, niezwykłe, magiczne. Nad wszystkim unosił się duch ludowych opowieści, legend, wierzeń i zabobonów. Obcowanie żywych z duchami zmarłych nie było tam niczym niezwykłym. Tu jest inaczej: magia pojawia się w zasadzie dopiero w zakończeniu powieści i jest dyskretną zapowiedzią tragedii, która ma nastąpić rok później. Ale akcja kończy się latem na rok przed  sygnalizowanym nieszczęściem i czytelnik nie dowie się, co to będzie, może się tylko domyślać. A i bez tego zdarzenia, o których mowa, są tragiczne i ponure. Większa część powieści rozgrywa się w areszcie Securitate. Aresztowanie, transport, pobyt w obrzydliwej celi, wlokące się miesiącami brutalne przesłuchania, wreszcie sfingowany proces o tym jest powieść Schlattnera. Te przygnębiające partie przetykane są wspomnieniami głównego bohatera (równocześnie narratora), Johannesa, dwudziestokilkuletniego studenta hydrologii, wcześniej teologii, zarazem początkującego pisarza. Dzięki nim poznajemy tragiczne losy jego rodziny i sąsiadów (utrata majątków, brutalne wysiedlenia, bieda, zsyłki do obozów pracy, aresztowania), życie studenckie, miłości, przyjaźnie, środowisko młodych literatów i przede wszystkim galerię barwnych, często dziwacznych, ludzkich charakterów. I mimo że świat, jaki wyłania się z tych wspomnień, jest też najczęściej ponury i tragiczny, jest światem w trakcie rozpadu, światem biedy, to jednak otacza go jakaś aura niezwykłości i pogody. Może dzięki barwnej ludzkiej mieszance typów i narodowości? Może dzięki egzotyce? A może dzięki niezwykłym historiom? Takie też są wspomnienia więźniów, którzy przewijają się przez celę głównego bohatera.

Ale istotą tej powieści jest Johannes, postawa, jaką przyjmuje  wobec rozpadu  swojego świata i powstawania świata nowego: komunistycznej tyranii. Mimo utraty dostatniego domu dzieciństwa, domu z kamiennymi lwami, i przymusowej przeprowadzki do szczurzego pałacu, w którym gnieżdżą się rodzice i rodzeństwo oraz narrator (no i oczywiście szczury), mimo dotkliwej biedy, ciągłego zagrożenia aresztowaniami lub wywózką, mimo panoszenia się nowej kasty panów, którzy przed wojną byli często parobkami, a teraz awansowali na rozmaitej maści dyrektorów, jakoś żyć trzeba. I Johannes, tak jak i inni, próbuje. Studiuje, pisze, prowadzi studenckie koło literackie, jeździ na wieczory autorskie, odbywa krajoznawcze wycieczki po okolicy, bawi sie, kocha. Ale to nie jest normalny świat, może dlatego od czasu do czasu chowa się w szpitalu psychiatrycznym, gdzie poddaje się kuracji. Pobyt tam jest ucieczką i azylem. To, co najważniejsze i najtragiczniejsze zarazem, rozegra się jednak po aresztowaniu. Obserwujemy dwuletnie trwanie w areszcie. Strach, odarcie z godności, bezradność, nadzieję, że to tylko nieporozumienie, rezygnację, próbę ocalenia człowieczeństwa, przesłuchania, odmawianie współpracy (przyznania się do wyimaginowanej winy i oskarżenia innych), aż wreszcie poddanie się i zdradę. Dlaczego zdradza? Trudno to jednoznacznie rozstrzygnąć. Może złamały go brutalne, długie przesłuchania, które w końcu odbywały się o różnych porach dnia i nocy. Może zorientował się, że opór nie ma sensu, bo prześladowcy  wiedzą wszystko. Może chęć ocalenia starszego brata i studentów należących do koła literackiego (nie chodzi o kilka osób, ale o kilkadziesiąt). Może doszedł do wniosku, że nie ma odwrotu od świata, który powstaje, więc postanowił w niego uwierzyć. A może wreszczie zadecydowało stworzone przez oprawców przekonanie, że aresztowani zostali wszyscy: najbliższa rodzina, dalsi krewni, przyjaciele, znajomi. Trudno go oskarżać, trzeba próbować zrozumieć.

Ale dla mnie najsmutniejsze jest to, co następuje, kiedy wreszcie po ponad dwóch latach wychodzi na wolność. Wraca do świata, który jeszcze bardziej się zmienił, chociaż wydawałoby się, że to juz niemożliwe. Wielu znajomych nadal siedzi w więzieniach, inni skończyli studia i wyjechali, dziewczyny powychodziły za mąż lub mają narzeczonych. Symbolicznym znakiem tych zmian jest kolejna przymusowa przeprowadzka rodziny Johannesa. To już nie szczurzy pałac, ale jeszcze gorsze miejsce. W tym świecie, choć na powrót wolny, jest samotny. To groza wolności. Wielu się go boi, wszak przechrzcił się na komunizm i może donosić, innych  nie ma. On sam woli unikać ludzi, nie chce nic wiedzieć w obawie przed kolejnymi przesłuchaniami. Trwa przy nim tylko rodzina, szczególnie młodsza siostra. Nie należy już do starego świata, ale nowy, dla którego zdradził, też wcale go nie chce. Nie może wrócić na studia, wydawać książek, nie może znaleźć żadnej pracy. Na ulicach ciągle spotyka swoich prześladowców, wszak mieszkają w tym samym mieście. Strach pozostał. Najgorsza jest wszechogarniająca beznadzieja, myśl, że nic się nie zmieni. jak sam mówi: "Kto jest tam (...), może jeszcze mieć nadzieję. Kto jest tutaj, nie." Wreszcie przychodzi poczucie winy. Aby wrócić do świata, aby odzyskać godność, musi się oczyścić, znaleźć sens w bezsensie. I w końcu próbuje. Odrodzenie może przyjść dzięki wierze i miłości (także miłości bliźniego). To znajomy pastor i prawosławna mniszka, ciotka przyjaciółki, próbują mu pomóc. Nie potępiają, ale i nie usprawiedliwiają, po prostu wskazują drogę. Przełożona mówi: "...przeszłości nie można cofnąć, ale można ją odkupić." Czy tak się stanie?  Rozstajemy się z nim, kiedy ten proces jeszcze trwa. Co będzie dalej, nie wiemy. Symboliczna, oczyszczająca nocna kąpiel w ciepłych, czystych wodach Aluty kończy się zaplątaniem w odpady spływające potokiem z miejskiej rzeźni. Taki jest opisywany świat Siedmiogrodu: z jednej strony ciepły i tajemniczy, jak nocna rzeka, z drugiej strony obrzydliwy jak zwierzęce flaki, które do niej wpadają. Pociechę mogą nieść słowa ojca: "Wszystko przechodzi i wszystko mija, po każdym grudniu maj kwiaty rozwija."

Kończę, jak zawsze z niedosytem, ze świadomością, że uchyliłam zaledwie rąbka z bogactwa tej książki. Świat w niej pokazany wymyka się wszelkim schematom, jest skomplikowany i pokręcony. Nic nie jest czarne, nic nie jest białe. Wszak siedmiogrodzcy Sasi, prześladowani przez rumuńskich komunistów, mają za sobą przymierze z Hitlerem, a niektórzy nadal tamte czasy wspominają z sentymentem. Podobnie w więzieniu. Los więźniów jest okropny, ale strażników wydaje się jeszcze gorszy. Więzień ma nadzieję, że jego los się odmieni, los strażnika samotnie, beznadziejnie snującego się po pustych korytarzach więzienia Securitate nie zmieni się nigdy.

Kto jest ciekaw innego świata, kto lubi pochylić się nad poplątanymi ludzkimi losami, kto nie boi się długiej, partiami przygnębiajacej powieści, powinien sięgnąć po "Czerwone rękawiczki" Schlattnera.

P.S.

Już po ukończeniu tego wpisu znalazłam na stronach Domu Norymberskiego w Krakowie wywiad z autorem, który gościł po wydaniu "Czerwonych rękawiczek" (a więc kilka lat temu) w Polsce. Smutny i krzepiący zarazem. (Ta powieść w dużym stopniu jest odbiciem losów pisarza.)       

Robert D. Kaplan "Bałkańskie upiory. Podróż przez historię."

Robert D. Kaplan to amerykański dziennikarz, komentator polityczny i pisarz. W latach osiemdziesiątych mieszkał w Grecji, skąd odbywał liczne podróże po krajach bałkańskich. Książka wydana przez wydawnictwo Czarne (2010) jest plonem tych peregrynacji. Pisana na początku lat dziewięćdziesiątych może wydawać się nieaktualna, ale tak nie jest. Problemy narodów bałkańskich, które ciągną się od stuleci, nadal nie zostały rozwiązane, a ich zapatrzenie w przeszłość, życie przeszłością sprawia, że  nie możemy być pewni, iż względny spokój zawitał na Bałkany na stałe (zresztą, co jest w życiu na stałe i na zawsze?). Po przeczytaniu książki amerykańskiego dziennikarza łatwiej zrozumieć to, co teraz dzieje się na przykład w Grecji. Jeszcze raz zadałam sobie pytanie, jak to się stało, że ten kraj przyjęto do strefy euro? A Kosowo, czy rzeczywiście społeczność międzynarodowa powinna uznawać niepodległość tego kraju, skoro te ziemie to kolebka starej Serbii? Czy w ogóle możliwe jest rozwiązanie konfliktów targajacych tymi ziemiami, jeśli zamieszkuje je mieszanka narodów, a historia sprawiła, że granice zmieniały się tam bardzo często? Takie pytania stawiam sobie po przeczytaniu tej pasjonującej książki: reportażu połączonego z niezwykle przystępnym i zwięzłym wykładem historycznym.

Po pracę Kaplana sięgnęłam, ponieważ od jakiegoś czasu czytam książki z tego kręgu kulturowego i dzięki nim go odkrywam (ślady tych zainteresowań na blogu). Aby pozostać w bałkańskim klimacie, zaraz po skończeniu lektury zabrałam się za kolejną powieść Eginalda Schlattnera, siedmiogrodzkiego Sasa, "Czerwone rękawiczki" (Czarne 2004; o "Fortepianie we mgle" pisałam). Ale do rzeczy. Kaplan poświęca swoją książkę czterem krajom. W pierwszej części pisze o dawnej Jugosławii jeszcze przed rozpadem i tuż po, ale  przed wybuchem konfliktu zbrojnego, który zresztą przewidział. Poświęca swoją uwagę Serbii, Chorwacji, wzajemnej nienawiści zamieszkujących te kraje narodów, pisze o jej korzeniach. Nie zapomina o Bośni, a nawet Albanii, no i o Kosowie. Niezwykle ciekawa jest historia Macedonii, kraju do którego przyznają się i Serbowie, i Bułgarzy, i Grecy. Następny rozdział to fascynująca podróż przez Rumunię, kraj dotkliwie poturbowany przez komunistyczny reżim Causescu (o latach wcześniejszych, bo czterdziestych i pięćdziesiątych, traktują książki Schlattnera). Kraj, który najpierw zawarł sojusz z Hitlerem, a potem sprytnie udał się pod skrzydła Stalina, za co gorzko zapłacił. Państwo pełne kontrastów, które w obecnym kształcie istnieje właściwie dopiero od czasów traktatu w Trianon. Zupełnie inna jest przeszłość Dobrudży, Mołdawii, Bukowiny (z tą ostatnią dzięki korzystnemu położeniu najłagodniej obszedł się reżim) czy Siedmiogrodu. Przeraża niezwykle wyrafinowane okrucieństwo rumuńskich faszystów (prześladowania Żydów) i komunistów. Kolejny rozdział to Bułgaria. O ile Rumuni uważali wyzwolenie ich przez Rosjan za nieszczęście, o tyle Bułgarzy w jakimś stopniu godzili się z podporządkowaniem rosyjskiemu bratu, a to dlatego, że mieli w pamięci kilkuwiekową okupację osmańską, która dawała się we znaki całym Bałkanom, ale najdotkliwiej właśnie Bułgarii. A to właśnie dzięki Rosji Bułgarzy zostali wyzwoleni. Bułgaria w porównaniu z Rumunią jawiła się Kaplanowi jako kraj pogodny i cieszący się większą swobodą. Rozmowy, jakie przeprowadzał z bułgarskimi przyjaciółmi, w Rumunii byłyby niemożliwe. Co ciekawe w latach osiemdziesiątych Rumunia, w której szalał niewyobrażalny reżim Causescu, cieszyła się w Stanach dobrą opinią, była nawet objęta klauzulą specjalnego uprzywilejowania (Causescu odciął się od Rosji). Inaczej Bułgaria, którą Związek Radziecki wykorzystywał  do zadań specjalnych (Kaplan szeroko pisze o udziale bułgarskich służb specjalnych w zamachu na Jana Pawła II). Amerykański pisarz wytyka Stanom i Zachodowi polityczną ślepotę i kompletną nieznajomość bałkańskich realiów wynikającą z braku zainteresowania tym odległym zakątkiem Europy. Żeby pokazać, jak bardzo się mylą, często ukazuje podobieństwo zachodzacych tam procesów do tego, co dzieje się na Bliskim Wschodzie. I wreszcie ostatni rozdział poświęca Grecji, którą traktuje jak część Bałkanów, o czym się zwykle nie pamięta, sytuując ten kraj na Zachodzie. Najpierw niezwykle ciekawie pisze o Salonikach, mieście przed drugą wojną zamieszkanym w większości przez Żydów, mieście, w którym Grecy stanowili mniejszość w stosunku do innych nacji. Ale dziś o tym nie pamiętają. Podkreśla, że Grecja to nie tylko starożytność, ale przede wszystkim Bizancjum, a potem też osmańska okupacja. Obszerny fragment zajmuje pasjonująca i przerażająca historia rządów Andreasa Papandreu.

Nie sposób tu napisać o wszystkim, zresztą ta notka nie ma zastąpić lektury, ale do niej zachęcić. Dlatego wspomnę jeszcze tylko o trzech problemach najlepiej oddających prawdę o tym regionie Europy. Pierwszy: każdy z tych krajów dążył do stworzenia państwa narodowego etnicznie i zrobił wszystko, aby wymazać z pamięci fakt, że kiedyś tak nie było, a bałkańskie nacje mieszały się na różnych terenach. Drugi: dzisiaj ta wiedza stanowi w tych krajach tabu. Trzeci: wieczne oglądanie się w zamierzchłą przeszłość, mieszanie jej z teraźniejszością. Jak pisze Kaplan "... każdy naród uważał za swoje naturalne terytorium wszystkie ziemie, które posiadał w okresie swej najdalszej historycznej ekspansji." To tak jakby Polacy marzyli, ba, poważnie myśleli, o Polsce w granicach od morza do morza.

I już zupełnie na zakończenie wspomnę jeszcze o dwóch niezwykle ciekawych i charakterystcznych rysach tej książki. Kaplan poznaje Bałkany przez historyczny szczegół. Pisze, zachwycając się najczęściej, o jakiejś ważnej budowli (czasem jest to cerkiew, a czasem historyczny budynek hotelu) i z niej wywodzi czasy współczesne (to znaczy lata osiemdziesiąte i wczesne dziewięćdziesiąte). Drugi sposób to rozmowy z ludźmi: przypadkowo spotkanymi, z którymi rozmawiał tylko raz, albo z takimi, z którymi podczas swoich częstych pobytów w tych krajach zaprzyjaźnił się. Przez książkę Kaplana przewija się galeria barwnych, często dziwacznych postaci. I rzecz ostatnia:lektury, do których często nawiązuje. Niektóre z tych pozycji to dla niego bałkańskie Biblie.

Wspaniała, świetnie napisana książka odkrywająca przed czytelnikiem historię i współczesność krajów, które znamy zwykle z nadmorskich wakacji i medialnych doniesień sprzed kilkunastu lat, kiedy to te tereny ogarnięte były zbrojnym konfliktem. A na mojej półce czeka już najnowsza książka tego samego autora, która ukazała się pod koniec września ("Na wschód do Tatarii. Podróże po Bałkanach, Bliskim Wschodzie i Kaukazie."; Czarne 2010). Już się cieszę na jej lekturę.

P.S.

A powieść Eginalda Schlattnera "Fortepian we mgle", którą w tej notce przywołałam i o której pisałam jakiś czas temu, znalazła się w finałowej siódemce nagrody Angelus. Trzymam kciuki i namawiam do przeczytania!!!


"Najtrudniej jest spotkać Lilit" Anki Grupińskiej - książka niezwykle ciekawa!

Tak jak nieszczęścia chodzą parami, tak czasem i inne zdarzenia układają się w pewien ciąg. Tak było i tym razem. Kilka dni po obejrzeniu "Oczu szeroko otwartych" (pisałam tu o tym poruszajacym i ciekawym filmie) znalazłam w księgarni książkę, o której kiedyś słyszałam, ale wtedy jakoś się nią nie zainteresowałam: "Najtrudniej jest spotkać Lilit" Anki Grupińskiej (Wydawnictwo Austeria 2008, wydanie trzecie poprawione i uzupełnione; pierwsze ukazało się w 1999 roku). Na okładce można przeczytać, że są to rozmowy z chasydkami, czyli żonami chasydów mieszkajacych w Izraelu. Nie do końca jest to ścisła informacja, bo nie ma tu rozmów - wywiadów (ja tego się właśnie spodziewałam), lecz raczej relacja z licznych spotkań z kobietami.  Te spotkania-rozmowy ułożone są tematycznie, dlatego niektóre bohaterki spotykamy kilkakrotnie. To jednak zaleta, a nie wada tej książki. Trzy pierwsze rozdziały opowiadają o sytuacji religijnej we współczesnym Izraelu, o tym, czym właściwie jest ortodoksja i jak to pojęcie ewoluuje oraz o powstawaniu dworów chasydzkich. Dwa ostatnie to uzupełnienia, zwrócenie uwagi na te grupy Żydów, które nie mieszczą się w religijnym mainstrimie. Książka jest po prostu świetnym, przystępnie napisanym wykładem o religijności współczesnych izraelskich Żydów, szczególnie tych ultraortodoksyjnych i ortodoksyjnych, z pewnymi wycieczkami do Stanów i w przeszłość. A z autorką zetknęłam się jakiś czas temu, słuchając jej arcyciekawych audycji "O Polakach i tych innych"  na podobne tematy w radiu TOKFM. Niestety cykl się skończył.

Muszę ze wstydem wyznać, że książka Grupińskiej to dla mnie jak odkrycie nieznanego lądu. Co dotąd wiedziałam o Żydach ortodoksyjnych, chasydach? Same powierzchowności. Po prostu to ci najbardziej religijni z religijnych, wyróżniający się strojem, skrupulatnie przestrzegający religijnych zasad. Tak mniej więcej myślałam. Błąd tkwi już w myleniu pojęć. Otóż dziś Żyd ortodoksyjny i chasyd to nie to samo. Kiedyś można było te pojęcia utożsamiać, współcześnie już nie. Kim zatem są chasydzi? Przede wszystkim  pojęcie dotyczy tylko części Żydów aszkenazyjskich. To rzeczywiście grupa najbardziej religijna, żyjąca w swoim zamkniętym świecie. Szczególnie dziś w Izraelu szczelnie odgradzają się od znacznie liczniejszego świata Żydów niereligijnych czy też wierzących niepraktykujących lub praktykujących okazjonalnie (wykorzystuję  tu pojęcia używane na określenie katolickiej czy chrześcijańskiej religijności). Grupują się w tak zwanych dworach (Grupińska używa też nazwy rebustwo stworzonej od rebego), na czele których stoi rebe, wielki autorytet, znawca Tory, Talmudu i halachy (prawa religijne). Każda taka grupa ma swoją synagogę, swoje szkoły religijne i swoją mykwę. Dwory chasydzkie stale ewoluują: jedne zanikają, inne powstają, a najczęściej po śmierci rebego, jeśli nie ma wyznaczonego następcy, dochodzi do podziału.  Mieszkają w swoich dzielnicach, ich dzieci kształcą się w szkołach religijnych, gdzie świeckie przedmioty ograniczone są do niezbędnego minimum, nie studiują, często używają jidysz (bywa, że hebrajskiego uczą się dopiero w szkole). Oczywiście ściśle wypełniają wszystkie religijne zasady i nakazy, świętują szabat, przestrzegają koszerności (to pojęcie nie dotyczy tylko jedzenia, np. telefon komórkowy też może być koszerny lub nie) i czystości rodzinnej, czyli wszelkich praw seksualnych między małżonkami, wyróżniają się strojem, we wszystkim słuchają swojego rebego, nie czytają niereligijnych książek, nie oglądają telewizji, nie chodzą do kina i tak dalej, i tak dalej. Nie sposób tu wymienić wszystkich cech tej społeczności.  Mężczyźni zajmują się głównie studiowaniem Tory w jesziwach czy innych szkołach religijnych. Wielu z nich z tego powodu nie pracuje. Z czego żyją, jak utrzymują swoje liczne rodziny (chasydzi mają zwykle ponad dziesięcioro dzieci)?

I tu wkraczamy na obszar, który głównie interesuje Grupińską, czyli kobieta w świecie chasydów. Otóż cały ciężar utrzymania rodziny, wychowywania dzieci, prowadzenia domu spada  w tym świecie przede wszystkim na kobiety. To one oprócz zajmowania się domem muszą dorabiać, aby utrzymać liczną rodzinę. Czym się zajmują? Pracują w szkołach religijnych, jako sekretarki w różnych chasydzkich instytucjach, ale przede wszystkim dorabiają, wykonując jakieś drobne prace rękodzielnicze. Mężczyźni, o ile nie pracują (a jeśli pracują to zawsze jest to praca w dzielnicach chasydzkich), otrzymują niewielkie stypendium ze szkoły religijnej. Nic więc dziwnego, że większość rodzin chasydzkich żyje bardzo skromnie, ledwo wiążąc koniec z końcem i gdyby nie liczne istytucje pomocowe popadłyby w nędzę. Kobieta w tym świecie sprowadzona jest do roli matki wychowującej religijnych Żydów i tej, która służy mężczyźnie. Dzięki niej on może studiować Torę (mąż religijny i uczony w Torze to marzenie większości dziewcząt chasydzkich). Jej zadaniem jest jeszcze prowadzenie religijnego domu. Żadnych pytań, żadnych wątpliwości. Najczęściej w rozmowach z Grupińską powtarza się stwierdzenie: ja nie muszę wiedzieć, wystarczy, że wie mój mąż (mąż z kolei jeśli nie wie, pyta rebego; ten decyduje często o wszystkim, nawet o imieniu dziecka). Dziewczęta w tym świecie od początku przygotowywane są do takiej roli i nie wyobrażają sobie innego życia, choćby dlatego, że go po prostu nie znają. Temu służy całkowite odcięcie od świata Żydow niereligijnych. Oczywiście, jak bywa w takich zamkniętych grupach, te kobiety są szczęśliwe, bo szczęściem dla nich jest właśnie takie życie: zgodne z nakazami religii i społeczności. Grupińska często stara się swoimi pytaniami prowokować, wzbudzać wątpliwości, pytać o prawa kobiety, o to, czego naprawdę chcą. Ale najczęściej bez skutku, natrafia na mur niezrozumienia, obojętności lub ucieczkę.

Oczywiście ponieważ spotyka się z różnymi kobietami, rozmawia też z takimi, które są gdzieś na pograniczu lub takimi, które ten świat opuściły. Te bywają bardzo krytyczne, chociaż nie wszystkie. Co im przeszkadza? Zamknięcie, brak i niesamodzielność poglądów (nie tylko kobiet, ale i mężczyzn; nie trzeba myśleć, roztrząsać, rozważać, wystarczy ściśle podążać za ustawionymi drogowskazami; ktoś kiedyś pomyślał za ciebie), całkowite poddanie mężczyźnie i społeczności, niemożność kształcenia, zdobywania świeckich zawodów. Mówią też o tym, jak przeszkadzały im niektóre religijne nakazy. Tu szczególnie częśto wymieniają chodzenie do mykwy, które jest dla kobiety z wielu względów wyjątkowo upokarzające (rzeczywiście opis  obowiązującej tam procedury wzbudza dreszcz obrzydzenia). O tym, że nie lubią tam chodzić, wspominają też niektóre chasydki.

Nie sposób w tej notce napisać o wszystkim, nie chodzi też przecież o streszczenie całości. Wspomnę więc jeszcze krótko, o czym jeszcze pisze Grupińska. Przede wszystkim porządkuje wiadomości na temat świata żydowskiego: pisze o sefardyjczykach, askenazyjczykach, mitnagedach, asymilacji, synagodze reformowanej i konserwatywnej. Pokazuje różnice między sytuacją społeczności żydowskiej w USA i w Izraelu. Pisze o tym, jak było kiedyś np.w Polsce (chasydzi nie izolowali się tak bardzo jak dziś w Izraelu, byli bardziej otwarci) i jak  jest dziś, a przede wszystkim, jak wszystko się zmienia (z jednej strony ten świat coraz bardziej się zamyka, z drugiej pewna ewolucja następuje: wielkim wyzwaniem jest internet). Sporo miejsca poświęca też różnicom między dworami chasydzkimi. Pokazuje różne odcienie religijności w Izraelu i w środowiskach żydowskich rozsianych po świecie. Zwraca uwagę na wzajemną niechęć chasydów i niereligijnych Żydów w Izraelu. Te dwie społeczności, mimo że żyją w jednym państwie, niewiele o sobie wiedzą i boją się siebie wzajemnie. Chasydzi uważają, że asymilacja i zeświecczenie to tragedia na miarę Holocaustu, natomiast środowiska niereligijne, że chasydzi stopniowo pozbawiają ich wszelkich praw, zamieniając Izrael w państwo religijne. Te obawy pewnie trochę wyolbrzymione nie są całkiem bezpodstawne, ponieważ ultraortodoksi mają znacznie więcej dzieci, potrzebują stale nowej ziemi na rozrastające się swoje dzielnice (w Jerozolimie procent chasydów stale wzrasta i wielu niereligijnych opuszcza miasto, twierdząc, że coraz trudniej w nim żyć). Wprawdzie Izrael nie jest państwem wyznaniowym, ale niektóre obszary życia podporządkowane są rabinom np. śluby, rozwody, pogrzeby, a chasydzi cieszą się licznymi przywilejami np.są zwolnieni z służby wojskowej. Jak wielkie są te obawy przekonałam się, czytając niedawno  wywiad z izraelskim poetą i psychologiem, wykładowcą uniwersytetu w Hajfie Zviką Szternfeldem (Gazeta Wyborcza z 11-12 września "Izrael. Wielki strach").

Znakomita, świetnie napisana, arcyciekawa książka. Polecam.       

Zwyczajne zło? "Matka Teresa od kotów" Pawła Sali.

Obejrzałam "Matkę Teresę od kotów" filmowy debiut Pawła Sali, o którym głośno było po festiwalu w Gdyni, chociaż, o ile dobrze pamiętam, nagrody żadnej nie otrzymał. Film zobaczyć trzeba koniecznie, mimo że nie jest wolny od błędów. To historia, oparta na faktach (nie wiem, w jakim stopniu), o brutalnym zabójstwie matki popełnionym z zimną krwią przez jej dwóch synów. Wszystko zdarzyło się w tak zwanej normalnej rodzinie. Dlaczego dochodzi do zbrodni? Na to pytanie próbuje odpowiedzieć film, ale czyni to moim zdaniem tylko częściowo. Nie jest to, co oczywiste, obraz miły i przyjemny, ale reżyser oszczędza widzowi makabrycznych widoków i brutalnych scen. Obserwuje swoich bohaterów z klinicznym chłodem. Nie ma tu takiego poziomu emocji jak w "Placu Zbawiciela" Krauzego. Tamten film mną wstrząsnął, ten raczej kazał się zastanawiać i rozmyślać. Nie można przejść obojętnie wobec znakomitych ról Mateusza Kościukiewicza i Filipa Garbacza, a szczególnie Ewy Skibińskiej. Kto film już widział, może przeczytać ciąg dalszy.

Porównania z filmem Krauzego nasuwają się same. W obu tragedie rozgrywają się w normalnych, zwyczajnych, na pozór porządnych rodzinach. Kto stoi z zewnątrz, niewiele zobaczy, a nawet jeśli, to na pewno nie przejdzie mu przez myśl, że możliwa jest zbrodnia. "Plac Zbawiciela" to wiwisekcja. Widzimy, jak narastają problemy i rodzinny mobbing. Pamiętam, że kiedy oglądałam tamten film, towarzyszyło mi poczucie sytuacji bez wyjścia. Udręczona bohaterka nigdzie nie może znaleźć pomocy. Porzucona przez męża, zaszczuta przez teściową, zostawiona sama sobie przez siostrę i jej rodzinę, doprowadzona do stanu bezsilności i rozpaczy popełnia zbrodnię. Emocje aż kipią, historia pokazana na ekranie wbija w fotel. Jakże inaczej jest u Pawła Sali.

Film zaczyna się sceną aresztowania dwóch braci i jeszcze wtedy, kiedy obserwujemy brutalne zachowanie policjantów niewiele starszych od Artura, możemy się nad chłopcami litować. Twarze stróżów prawa są i niewinnne, jak twarz Marcina, i wykrzywione złością i nienawiścią. Jak niewiele różni morderców i policjantów. Mamy prawo wyobrażać sobie, że do zbrodni pchnęły ich wielkie emocje, nieszczęście, pewnie matka była jakimś potworem. Stopniowo, krok po kroku poznajemy życie rodziny Artura i Marcina, cofając się systematycznie w czasie, co ma nas zapewne doprowadzić do odpowiedzi na pytanie: dlaczego? Moim zdaniem jednak nie do końca się to udaje. A może taki był zamysł rezysera? Życie bohaterów obserwujemy trochę z boku, być może stąd częste ujęcia z góry. Przyglądamy się kilkunastu sytuacjom, które są zaledwie szkicami: pokazują wybrane zdarzenia, pozwalając odtworzyć ciąg zdarzeń, które poprzedziły zbrodnię, ale nie wchodzimy w dusze bohaterów, możemy o nich powiedzieć tyle, ile zobaczymy. Reszta to sfera domysłów.

Co wiemy a czego się tylko domyślamy? Matka, agentka ubezpieczeniowa, miłośniczka kotów, których w mieszkaniu jest pełno i pewnie nie każdemu musi to odpowiadać. Teresa nie przejdzie obojętnie obok żadnego opuszczonego kociaka. Wyciągnie go z krzaków czy spod samochodu, nie zważajac na swój elegancki strój, i przyniesie do domu, żeby obdarzyć  czułością i opieką. Czy jest złą matką? Nic na to nie wskazuje. Może jest za mało czuła i opiekuńcza? Może za bardzo pochłania ją i dręczy wyjątkowo niewdzięczna  praca? Klienci zbywają ją tak jak synowie.  Na pewno jest bezradna wobec starszego syna Artura, który kompletnie się z nią nie liczy. Młodszy, Marcin, wpatrzony w niego jak w obrazek, traktuje go  jak guru. Pod jego wpływem prawie nie chodzi do szkoły, spędzając z nim czas. Teresa nie potrafi temu zaradzić. Najpierw usprawiedliwia wszystkie opuszczone godziny, a potem przyznaje się nauczycielce do swojej bezradności. Ta zresztą też nie oferuje pomocy. Kiedy odgrzebujemy z czasu jej przeszłość, docieramy do różnych życiowych udręk, które doprowadziły ją pewnie do stanu bezradności i zmęczenia, w jakim ostatecznie się znalazła, co świetnie oddaje pozbawiona makijażu (w początkowych scenach filmu) twarz aktorki. W domu rozmemłana, kiedy wychodzi do świata, przywdziewa niczym zbroję elegancką sukienkę a usta maluje bordową szminką. Jakie to udręki? Choroba i śmierć ciotki, która, jak możemy się domyślać, była dla niej jak matka. wiadomość o chorobie koleżanki, z którą kiedyś pracowała. No i problemy z mężem, Hubertem. Właściwie tylko jej kuzynka, Ewa, która od pewnego czasu mieszka z Teresą i jej dziećmi, wydaje się przejmować jej losem.

Hubert, to równanie z niewiadomymi. Zawodowy żołnierz, który wrócił z misji w Afganistanie. Nie chce o niej opowiadać, ale łatwo się domyślić, że pobyt tam był traumatyczny. I tylko nie wiemy, czy zdarzyło się coś strasznego czy też to suma zdarzeń, oglądanie śmierci kolegów, strzelanie do ludzi doprowadziły go do stanu, w jakim go oglądamy. Wyraźnie unika rozmowy, kiedy podnieceni synowie wypytują go, czy kogoś zabił. W tym miejscu film porusza niezwykle istotny temat: nasza misja wojskowa w Afganistanie i jej koszty (o sens reżyser nie pyta, ale to film o czymś innym). Od czasu, kiedy obejrzałam znakomity duński film "Bracia" (amerykańską wersję wolałam sobie darować), jestem bardzo wyczulona na tym punkcie. Do dalszego załamania z pewnością przyczyniła się też utrata pieniędzy, które  zarobił na misji. Z drugiej  strony jego nerwowa reakcja na wieść o tym może być wynikiem traumy. Każdy, kto wkłada pieniądze w fundusze, powinien zdawać sobie sprawę, że to inwestycja długoterminowa i mniej lub bardziej ryzykowna. Albo więc postapił lekkomyślnie, albo działa pod wpływem stresu i emocji. Chyba że intecją reżysera było oskarżenie bezdusznego maklera, ale to byłoby naiwne. Dalej to już tylko niewiadome. Czy molestował swoich synów, co zarzuca mu Artur? Czy to tylko oskarżenie bezwzględnego chłopaka? Czy dlatego chłopcy wstawili zamek do drzwi swojego pokoju? Czy mała Jadzia dlatego pewnego ranka upiera się, że jest brudna i chce się umyć? Czy Teresa wie albo się domyśla, ale zaprzecza? Wszak widzimy, jak ważny jest dla niej mąż. Czy dlatego nie reaguje, kiedy Artur zmusza ojca do opuszczenia domu? Czy może tylko dlatego, bo nie potrafi mu się przeciwstawić, gdyż nie ma na niego żadnego wpływu? Czy to jeden z powodów nienawiści synów do matki i ojca? Ale dlaczego w takim razie nie chronią młodszej siostry? Na te pytania odpowiedzi nie będzie.

I wreszcie najważniejsze osoby dramatu, bracia: Artur i Marcin. Snując swoje rozważania o filmie Sali, zdałam sobie sprawę, że właściwie o nich wiemy najmniej. Młodszy Marcin ślepo zapatrzony w starszego wierzy, że brat posiadł niezwykłą moc: może przewidywać przyszłość, wpływać na sny, na ludzkie działania, a nawet ożywiać ludzi. Czy dlatego pomógł bratu zamordować matkę? Myślał, że będzie można ją ożywić? Chyba jednak nie, bo przekonał się wcześniej, że brat nie wskrzesił zmarłej ciotki. Ale może nie chciał? To Marcin jest tu ofiarą: przede wszystkim brata, ale i rodziców, którzy nie potrafili wyrwać go spod wpływu Artura. Dopiero kiedy w areszcie oddzielają go od niego, zdaje sobie sprawę, co się stało. Nikt mu już pomóc nie może. I chyba to oderwanie jest dla niego prawdziwym wstrząsem. A Artur pokazany jest w tym filmie jak demon zła. Wszystko, co robi, podszyte jest złem. Podłoży nogę sąsiadowi, zdemoluje sklep, w którym pracuje, nie wpuści do mieszkania Ewy, będzie jej groził. O tym, jak traktuje rodziców, już pisałam. I tylko brata, którego zaraża złem, będzie bronił.

I tu rodzą się moje wątpliwości. Pierwsza. Czy Artur zawsze był taki? Te trzynaście miesięcy z życia rodziny nie odpowiadają na pytanie: od jak dawna jest taki i dlaczego? Ma zły charakter czy błędy wychowawcze wyzwoliły w nim wszystko, co najgorsze? Przyjaciel Teresy powie: "Artur nikogo nie potrafi kochać" (cytat z pamięci). A może tak bardzo zmienił się od powrotu ojca? Ale czy to możliwe? Kto jest ofiarą: on czy matka? I sprawa druga. Artur owładnięty jest czarną magią, o czym wspominałam przed chwilą. Studiuje ją chyba (są takie studia?). Być może to właśnie te demoniczne, magiczne zainteresowania są przyczyną zła, które w nim tkwi. Taka odpowiedź  mnie wydaje się naiwna. Wątek czarnej magii sprowadza film w obce mi rejony, moim zdaniem osłabia jego wymowę. To właśnie najbardziej  przeszkadza. Chyba że tak było rzeczywiście, wszak film oparty jest na faktach. Pytanie tylko, w jakim stopniu.



Popularne posty