Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pojednanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pojednanie. Pokaż wszystkie posty

Susanne Bier "W lepszym świecie". Nie przegapcie!

Nadrabiam kinowe zaległości. Na pierwszy ogień poszedł film duńskiej reżyserki Susanne Bier, a to dlatego, że jestem jej wielką miłośniczką. Spodobał mi się już pierwszy jej obraz, jaki zobaczyłam, "Otwarte serca", ale wtedy jeszcze nie zapamiętałam nazwiska. Kojarzę ją od "Braci", filmu, który mną wstrząsnął. Od tej pory nie opuszczam niczego, co reżyserowała a co pojawia się w naszych kinach. Bier ma swoje ulubione tematy i motywy. Najczęściej przygląda się skomplikowanym relacjom rodzinnym. Swoich bohaterów lubi stawiać w sytuacjach granicznych, każąc im dokonywać wyboru niemożliwego, niczym w antycznej tragedii. Lubi też konfrontować nasz europejski świat ze światem egzotycznym targanym wojnami albo dręczonym przez nędzę. Tak jest i w jej najnowszym filmie. Pojawia się w nim także coś nowego: równoprawnymi bohaterami uczyniła oprócz dorosłych i dzieci. Nie jest to kino lekkie, łatwe i przyjemne, brak w nim zawrotnego tempa, reżyserka skupia się na psychologicznej obserwacji i emocjach. Niby wszystko to już w kinie widzieliśmy, ale Bier o cierpieniu, samotności i braku porozumienia w rodzinie opowiada tak, że trudno o jej filmie zapomnieć. Kto, jak ja, polubił jej kino, na pewno i tego nie przegapi. Kto dotąd się z twórczością Susanne Bier nie spotkał, powinien tę lukę nadrobić. A kto już "W lepszym świecie" widział, może przeczytać ciąg dalszy.

Anton, chirurg, jeden z głównych bohaterów filmu, żyje w dwóch światach. Tym tytułowym, lepszym (czytaj: europejskim, duńskim) i tym drugim, w domyśle gorszym: gdzieś we wstrząsanej plemiennymi, krwawymi konfliktami Afryce. W obozie dla uchodźców leczy chorych i ofiary przemocy. Na pewno jest tam potrzebny. Kto, jeśli nie tacy jak on, pomoże tym ludziom? Ale każdy medal ma dwie strony. Pracując na rzecz jednych, zaniedbuje własną rodzinę, za usprawiedliwienie mając to, że przecież jego najbliżsi żyją w lepszym świecie. A może praca w Afryce jest ucieczką od konfliktu z żoną? Tymczasem ten europejski świat tylko z pozoru jest lepszy. I tu, i tu rządzi przemoc, zemsta, i tu, i tu umierają ludzie. Chorującej na raka matki Christiana lekarze nie są w stanie uratować, ba, nie mogą nawet ulżyć jej cierpieniu, mimo że dysponują nieporównywalnymi możliwościami do tych, które ma Anton w swoim polowym, afrykańskim szpitalu. Dzieci w duńskiej szkole robią sobie wzajemnie piekło. Ktoś jest katem, ktoś ofiarą: poniżaną, wyśmiewaną, bitą. I znikąd pomocy. Elias, krzywdzone, miłe dziecko o bezbronnym uśmiechu, do którego instynktownie czujemy sympatię, nawet nie stara się obciążać matki swoimi problemami. Jakby nie wierzył, że to coś może zmienić. I chyba ma rację, bo kiedy wreszcie dochodzi do szkolnej konfrontacji, nauczyciele w imię bezstronności i politycznej poprawności usprawiedliwiają kata, a winę dostrzegają w ofierze i jej rodzinie. Nic dziwnego, że Elias po prostu biernie godzi się ze swoim statusem kozła ofiarnego i stara się jakoś przetrwać. Dlaczego się nie buntuje? Dlaczego nie walczy? Może jest po prostu słaby? Może nie wierzy, że bunt cokolwiek da? A może wziął sobie do serca postawę ojca, Antona, który przemocą się brzydzi i jest przekonany, że nie w ten sposób okazuje się swoją odwagę?

Zupełnie inny jest Christian. Zamknięty w sobie, o spokojnym, zimnym, stalowym , przenikliwym spojrzeniu, bez uśmiechu, poważny, zdaje się bacznie obserwować otoczenie. Tłumi w sobie bunt spowodowany śmiercią matki. Jest wściekły na los i na ojca, nie może mu wybaczyć, że się poddał, że z ulgą przyjął śmierć żony mimo obietnicy, że nie pozwoli jej umrzeć. Nie wie, bo i skąd kilkunastoletnie dziecko ma wiedzieć, że tak bywa: nie możemy w swej bezradności patrzeć na cierpienie najbliższej osoby i z ulgą przyjmujemy koniec. Obarcza ojca całą winą, zarzuca mu kłamstwa i nieczyste intencje, wmawia zdrady i romanse (raczej nic nie potwierdza jego oskarżeń). Nie chce z nim rozmawiać, nie szuka też oparcia u babci. Ale czy ta bogata, elegancka starsza pani potrafi dać mu coś więcej poza dostatkiem, materialną opieką i zainstalowaniem internetu? Dlatego Christian, nie wierząc dorosłym i nie mogąc liczyć na ich pomoc, postanawia sam uporać się ze złem świata. Niczym starotestamentowy Bóg pokazuje swoją siłę i wymierza sprawiedliwość. Krzywdy muszą być pomszczone, kara wymierzona. Niczym Bóg obserwuje świat z dachu silosu górującego nad okolicą. Stamtąd widać lepiej, widać niemal wszystko. Dość szybko orientujemy się, że musi dojść do tragedii, że ten dziecięcy bunt i gniew doprowadzi do nieszczęścia. Dorośli zajęci swoimi problemami i nieszczęściami, pracą, zbawianiem świata nie widzą, co się święci. Zrozpaczony, zszokowany Anton nie ma siły na rozmowę z Eliasem, a przecież to jest moment, kiedy jeszcze wszystko da się odwrócić. Dopiero katastrofa, której omal nie spowodował, wstrząsa Christianem, pokazuje, że i on jest słaby, i cierpi, a siła i bezwzględność to maska. Dopiero wtedy jest w stanie wykrzyczeć ojcu swoje żale i na końcu się z nim pojednać.

Wszyscy jesteśmy i silni, i słabi jednocześnie. Nasza siła często bierze się z chęci zemsty, z nienawiści. Niedaleko jest od poczucia mocy do ogromnego strachu. W środku trapi nas niepokój, egzystencjalne lęk, jesteśmy tak samo bezbronni jak dzieci. Christian, jeszcze przed chwilą pan świata, teraz drży ze strachu przed gniewem Marianne, matki Eliasa. Claus, ojciec Christiana, biznesmen, człowiek interesu, jest bezradny wobec choroby żony i cierpienia syna, szaleje z rozpaczy, kiedy ten znika. Sofus, który bezwzględnie dręczy Eliasa, sam staje się ofiarą Christiana i zwierzęco boi się jego gniewu. Okrutny i cyniczny afrykański watażka, diabeł wcielony, nagle jest bezbronny wobec tłumu, który chce go zlinczować z zemsty za wszystkie krzywdy. Jesteśmy częścią natury: wygrywa aktualnie silniejszy, zastawiamy na siebie pułapki jak pająk snujący sieć, aby schwytać w nią swą ofiarę (nie przez przypadek Anton dwukrotnie przygląda się misternej pajęczynie i jej twórcy).

Czy jest jakiś ratunek? Czy możemy ocalić swoje człowieczeństwo? Filmy Bier przynoszą pocieszenie. Reżyserka najpierw widzów emocjonalnie przeczołga, by potem pozwolić przeżyć katharsis, przynieść ukojenie. Wystarczy ze sobą rozmawiać, nie zamykać się w swojej skorupie, dać sobie pomóc, przebaczyć. Niby proste i oczywiste, ale dobrze wiemy, że trudne. To Anton ze swą filozofią niestosowania siły ostatecznie zwycięża. Klęskę ponosi wtedy, kiedy powodowany bezradnością i olbrzymimi emocjami, na moment rezygnuje ze swych zasad i w napadzie wściekłości wyrzuca z obozu afrykańskiego watażkę, któremu wcześniej uratował życie, czego nie mogli zrozumieć miejscowi. Wyrzucając, skazuje go na śmierć z rąk wściekłego tłumu pałającego chęcią zemsty. Zgodnie z teorią chaosu motyl ruchem swoich skrzydeł może spowodować nieobliczalne skutki tysiące kilometrów dalej. Podobnie Anton: jednym czynem tu, w Afryce, powoduje nieszczęście gdzieś daleko, w tym lepszym świecie. Dopiero kiedy znowu zacznie przestrzegać zasad, które wyznaje, kiedy wyrzeknie się przemocy, nienawiści i chęci zemsty, może naprawić wszystko, co, nie tylko on, zepsuł.

Więc jest jednak ten lepszy świat? To świat zasad i wartości, moralnego ładu. Może być wszędzie i może go nie być nigdzie.

"Strategia antylop" Jeana Hatzfelda. O książce i spotkaniu.

Ten wpis będzie o tyle nietypowy, że tym razem nie tylko przeczytałam książkę, ale miałam też okazję uczestniczyć w bardzo ciekawym spotkaniu z jej autorem. Tak więc to, co przeczytałam i to, co usłyszałam trochę się wymieszało. Myślę jednak, że niczemu to nie przeszkadza, przeciwnie.

A zaczęło się wszystko kilka miesięcy temu, kiedy to w Dużym Formacie znalazłam krótki wywiad z Hatzfeldem. Wiedza, którą z niego wyniosłam, wstrząsnęła mną. Niby coś tam słyszałam o masakrze w Rwandzie. Tutsi, Hutu, jakieś straszne rzezie i okrucieństwa, ale na dobrą sprawę nie bardzo nawet pamiętałam, kto kogo wymordował. Tyle lat już od tamtych wydarzeń upłynęło, świat zdążył o nich zapomnieć, stale dzieje się coś niewyobrażalnego. Potem przeczytałam "Heban" Kapuścińskiego, który w swojej książce poświęca tym wydarzeniom rozdział, jeszcze później w Wysokich Obcasach natknęłam się na wywiad z mieszkającą w Paryżu Tutsi, której prawie cała rodzina zginęła w rzezi, a ona dzięki wyjazdowi na studia uniknęła tego losu, a teraz zajmuje się naukowo tymi wydarzeniami, porównując je do Holokaustu. O tym wszystkim nie mogłam zapomnieć, więc kiedy książka Hatzfelda ukazała się w Polsce, oczywiście ją kupiłam.

Teraz trochę porządku. Ludobójstwo, o którym mowa, zdarzyło się w roku 1994. Zamieszkujący Rwandę Hutu w ciągu trzech miesięcy wymordowali około osiemset tysięcy Tutsich, również mieszkańców tych samych ziem. Robili to w sposób planowy, zorganizowany i przemyślany. Cel był jeden: zlikwidować Tutsich. Kiedy dziennikarze zjechali do Rwandy, zobaczyli Hutu uciekających do Konga w obawie przed zemstą i to ich początkowo uznano za ofiary. Hatzfeld zjawił się tam właśnie wtedy, aby relacjonować to, co się dzieje, dla swojej gazety. Obserwował, pisał, aż po jakimś czasie, jak wszyscy, wrócił do domu, do Paryża. Świat powoli zapominał o Rwandzie. Hatzfeld czytał, zastanawiał się i doszedł do wniosku, że uległ wraz z resztą reporterskiej braci złudzeniu. To Tutsi byli ofiarami zaplanowanego ludobójstwa. Po trzech latach wrócił tam, zamieszkał w wiosce Nayamata i próbował rozmawiać z ocaleńcami. Nie było to łatwe, bo ludzie ocaleni z ludobójstwa na ogół nie chcą mówić o swoich przeżyciach. Chodzi nie tylko o to, że pragną zapomnieć. Po prostu wstydzą się poniżenia, upokorzenia, zezwierzęcenia, brudu, wszy, nagości. Poza tym mają klopot z pamięcią o tym, co przeżyli. Nie wiedzą, co jest prawdą, a co im się tylko wydaje. Boją się, że nie pamiętają wszystkiego. Po jakimś czasie udało mu się nawiązać kontakt z kilkunastoma Tutsi i w ten sposób powstała książka pierwsza "Nagość życia. Opowieści z bagien Ruandy." (Czarne wyda ją w 2011). W sumie spędził tam dziesięć lat z przerwami na Paryż i napisał jeszcze dwie książki: "Sezon maczet" (również wyjdzie w 2011), czyli rozmowy z kilkunastoma oprawcami, Hutu, i "Strategię antylop", ostatnią część rwandyjskiej trylogii (Czarne 2010; wiosną otrzymała, po raz pierwszy przyznaną, Nagrodę im. Ryszarda Kapuścińskiego za reportaż literacki; swoją drogą nie rozumiem strategii wydawnictwa, które najpierw wydaje część ostatnią).

"Startegia antylop" to opowieść o tym, jak muszą żyć obok siebie w wioskach Rwandy ofiary i kaci, ocaleńcy - Tutsi i mordercy - Hutu. To rozmowy z mieszkańcami tej samej wioski Nayamata, sąsiadami. Jedni w 1994 roku ukrywali się w pobliskich bagnach (celowo używam zaimka w a nie na) lub w lasach porastających pobliską górę Kayumbę. Drudzy codziennie rano wychodzili z maczetami i przez kilkanaście godzin (z przerwą na obiad) polowali na swoich sąsiadów Tutsi, aby dosięgnąć ich  maczetą i ściąć. Wieczorem wracali do swoich domów, do żon i dzieci, jedli kolację, bawili się, śmiali, żartowali, kochali. Słowem żyli normalnie. Zabijanie stało się ich pracą. Pamiętam, że kiedy kilkanaście miesięcy temu przeczytałam wywiad z Hatzfeldem, to właśnie zrobiło na mnie takie wstrząsające wrażenie: codzienne wychodzenie na polowania na ludzi, od ósmej do siedemnastej, z przerwą na obiad (w Naymacie rzezie trwały siedem tygodni). Dlaczego są na wolności? Dlaczego nie siedzą w więzieniach? Początkowo tak było, myśleli, że zostaną tam do końca swoich dni, ale przyszła amnestia i w więzieniach zostali tylko ci, którzy byli strategami i ideologicznymi planistami ludobójstwa oraz wielokrotni zabójcy. Pozostałych wypuszczono, bo nie sposób skazać wszystkich (dla tej ilości skazanych brakuje sędziów, sądów itd.), poza tym ktoś musi uprawiać ziemię. Rwanda to mały kraj, brakowało ludzi. Wymyślono więc politykę pojednania (wspólnie z ludźmi Zachodu). Wypuszczeni na wolność Hutu trafiali najpierw do obozów przejściowych, gdzie uczono ich, jak mają się zachowywać wobec ocalonych, jak reagować na możliwe zaczepki czy akty nienawiści. I tak wrócili do swoich wiosek i żyją obok tych, których kiedyś ścigali, na ulicach mijają tych, którym zamordowali rodzinę. Obie strony zostały zmuszone do udawania, że da się tak egzystować obok siebie. Proces, który w Europie trwał kilkadziesiąt lat, tu musiał dokonać się w ciągu kilku. Oczywiście prawdziwe pojednanie się nie dokonało, bo nie mogło. Wszyscy udają, próbują, bo nie mają wyjścia. Nie ma jednak mowy o prawdziwym wybaczeniu, zapomnieniu i pojednaniu. Bohaterowie książki Hatzfelda rozumieją, że tak trzeba, ale jest to dla nich, dla ocaleńców Tutsi, źródłem ciągłego bólu. Jak można zapomnieć, jak można żyć, skoro twój oprawca mieszka obok ciebie? Wielu nie potrafi wyzbyć się lęku. Mówią, że skoro raz się zdarzyło, może zdarzyć się ponownie. Czytając książkę, miałam nieodparte wrażenie, że to Hutu wchodzą w role ofiar. To z nimi trzeba się cackać, nie można ich urazić, trzeba pomóc wrócić do normalnego życia, dobrocią i wyrozumiałością przywrócić społeczeństwu. Z bólem Tutsi nikt się aż tak nie liczy, skoro skazuje się ich na życie obok morderców. Czy było inne wyjście? Jeśli zdecydowano się na wypuszczenie ich z więzień, to pewnie nie. Rwanda to niewielki kraj (proszę spojrzeć na mapę), więc jak ich rozdzielić?

Świadomość, jak niewiele można zrobić, jest przygnębiająca. Podobnie refleksja, że trudno takim zdarzeniom zapobiec, a kiedy już do nich dochodzi, przerwać. Co jakiś czas w jakimś zakątku świata ludzie fundują sobie masakrę. I mimo że potem, kiedy wszystko zostaje opisane, osądzone, zagojone, obiecujemy sobie, że nigdy więcej, że będziemy mądrzejsi, że nie dopuścimy, że nie damy się porwać nienawiści, to po jakimś czasie gdzieś historia się powtarza. Hatzfeld mówi i pisze o tym, że zobaczyć coś, przeczytać o czymś, dowiedzieć się nie jest tym samym, co zrozumieć i przyjąć do wiadomości. A dopiero wtedy można zacząć działać. W ten sposób tłumaczy bierność świata, który nie przyszedł z pomocą Tutsim. Nie przyszedł, bo nie uwierzył, nie przyjął do świadomości, że takie okrucieństwo jest możliwe. Podobnie było w czasie Holocaustu. Długo nie dawano wiary w to, co działo się w Auschwitz czy w innych obozach zagłady. Początkowo buntowałam się przeciw takiemu stawianiu sprawy, ale kiedy zastanowić się nad tym, to niestety przychodzi stwierdzić, że rację ma autor. Podobnie poczułam rozczarowanie, kiedy Hatzfeld powiedział, że swoich książek nie napisał, aby interweniować, ale po prostu z potrzeby pisania. Naiwnym jest myślenie, że książka coś zmieni. Może jedynie pokazać tym, którzy zechcą ją przeczytać, świat, jakiego nie znają. Patrz drogi czytelniku: oto w Rwandzie w 1994 sąsiedzi wymordowali sąsiadów, oto teraz muszą żyć obok siebie, robiąc dobrą minę do złej gry. I ty, drogi czytelniku, i ja, autor tej książki, nic nie możemy zrobić. Niestety nie mamy też gwarancji, że coś takiego się nie powtórzy i to niekoniecznie gdzieś w odległej Afryce (patrz Bośnia). Po zastanowieniu i ta argumentacja mnie przekonała.

Rozpędziłam się, więc na koniec jeszcze o tym, co zrobiło na mnie wrażenie (przygnębiające).

Banalność zła. Hatzfeld mówi i pisze o tym, że oprawcy, z którymi rozmawiał to grzeczni, uprzejmi, normalni ludzie, zwykli sąsiedzi. Tacy, o których nieraz się mówi, że nigdy nie spodziewalibyśmy się po nich, że są zdolni do niewyobrażalnego okrucieństwa. Jak w człowieku rodzi się bestia? I czy każdy bestią może zostać? Ja też? Co bym zrobiła? Milczała, jak żony wykonujących swoją morderczą dniówkę Hutu? Plądrowała domy opuszczone przez Tutsich ukrywających się w bagnach lub lasach Kayumby? Żadna z tych kobiet głośno się nie buntowała, najwyżej niektóre same przed sobą przyznawały, że to, co się dzieje, im się nie podoba. Ale nie zrobiły nic. Bały się swoich mężów?

Świadectwa ocalonych. Szczególnie przejmujące są opowieści tych kilku osób, które ocalały z masakry w lasach Kayumby. Z sześciu tysięcy, które się tam skryły ocalało dwadzieścia osób i niektóre z nich opowiadają, jak całymi dniami uciekały przed ostrzami maczet, jak gromadziły się w kilkuosobowych grupach, jaką startegię przyjmowały, jak spędzały noce (jedyne chwile wytchnienia), o czym myślały. Wstrząsające, podobnie jak opowieści ocalonych z bagien.

I ostatnia sprawa. Co uderza w opowieściach ocalonych Tutsi i wypuszczonych na wolnośc Hutu? To że wszystko zmieniło się na gorsze, w każdym wymiarze, także tym osobistym. Dawniej żyło się lepiej. Wielu z nich miało sporo ziemi, pozycję, jakieś urzędnicze czy inne posady. Teraz wszystko trzeba zaczynać od nowa ze świadomością, że nie zdąży się już osiągnąć tego, co  kiedyś. Z urzędnika w garniturze stało się rolnikiem ciężko pracującym na kawałku ziemi. Wygodny dom trzeba było zamienić na glinianą lepiankę. I wzajemna nieufność, udawanie, że życie wraca do normy (i na powierzchni tak jest: ludzie pracują, uczą się, kochają, spotykają w knajpach, rozmawiają), no i świadomość, że wszystko może sie powtórzyć. Więc dlaczego i po co?

P.S. W listopadzie Czarne ma wydać książkę Wojciecha Tochmana o Rwandzie. Ciekawa jestem, co napisał po Hatzfeldzie.


Popularne posty